Towar jak każdy inny i paranoja

Towar jak każdy inny i paranoja

Gdy Martin Shkreli, nowy szef firmy Turing Pharmaceuticals, podjął decyzję o podniesieniu ceny leku Daraprim stosowanego w leczeniu toksoplazmozy m.in. u chorych na AIDS, przez światowe media i internetowe społeczności przetoczyła się potężna burza. Cena wzrosła z 13,5 do 750 dolarów za dawkę. Pan Shkreli, wcześniej zarządzający funduszami hedgingowymi, młodzieniec, jak widać, nie tylko zdolny, ale i prostolinijny, powiedział dziennikarce telewizji Bloomberg, że firma musi zacząć zarabiać na tym leku. Przyznał, że koszt produkcji dawki wynosi ok. 1 dolara. Dodał też co prawda, że producent ponosi koszty dystrybucji, marketingu, badań, ale ponieważ specyfik jest w obiegu już od 60 lat, trudno sądzić, żeby rzeczywiście ponosił jakieś zauważalne wydatki na jego opracowanie. Prawa patentowe obowiązują w USA tylko przez 20 lat, ale wielkie koncerny farmaceutyczne co jakiś czas minimalnie i nieistotnie dla działania specyfików zmieniają ich formułę, aby przedłużyć ochronę patentową o kolejny okres.

Burza wybuchła, jednak pojawiły się także komentarze, że to właściwie problem z zakresu public relations. Gdyby firma pana Shkreliego długo przed ogłoszeniem decyzji o podwyżce cen leku rozpoczęła profesjonalnie przygotowaną kampanię „informacyjną” (he he), z której opinia publiczna dowiedziałaby się o niedostatkach dotychczasowej formuły, o pilnej konieczności wdrożenia niezwykle skomplikowanych i kosztownych badań nad jej udoskonaleniem, gdyby rzutki prezes dużo, dużo wcześniej, a nie dopiero gdy wybuchła awantura, zaczął opowiadać o tym, że firma chciałaby doprowadzić lek do stuprocentowej skuteczności, sprawy mogłoby nie być. Gdyby ładnie – jak to się przecież powszechnie praktykuje w biznesie – ubrać chciwość w kostium troski, firma zarobiłaby krocie, jej prezes zgarnął iście hedgingową premię, a że dla tysięcy ludzi zachorowanie na AIDS i toksoplazmozę oznaczałoby ruinę? C’est la vie!

Po przetoczeniu się gigantycznej, wszechświatowej fali oburzenia (pan Shkreli został nawet okrzyknięty „najbardziej znienawidzonym człowiekiem w Ameryce”) firma ogłosiła, że podwyżka ceny leku nie będzie tak drastyczna, ot, taka tylko, żeby produkt przynosił niewielki zysk. Oczywiście w to, że zysk będzie niewielki, tudzież że dzisiejsze 13,5 dolara za tabletkę zysku nie przynosi, musimy uwierzyć na słowo, bo działające na wolnym rynku firmy nie mają ani obowiązku, ani zwyczaju publikować dokładnych wyliczeń.

Czy panu Shkreliemu należała się taka nienawiść? Przecież próbował po prostu robić swoje. I on sam, i inni akcjonariusze firmy wyobrażali sobie jego misję jako dostarczyciela zysków i wysokich cen akcji, a nie jako kogoś współczującego i do głębi przejętego losem chorych. Mogą przecież sami być bardzo współczujący i większość z nich z pewnością co jakiś czas wpłaca stosowną kwotę na numery kont umieszczone na plakatach ze zdjęciami zapłakanych dziewczynek. Ale przecież żeby na te wpłaty zarobić, potrzebują porządnych dywidend i wzrostu kursów, i po to przecież inwestują w prawa do leków, żeby na tym zyskać. To przecież istota inwestowania: kupić tanio, sprzedać drogo. Czy ktoś z państwa chciałby inwestować inaczej? Shkreli oczywiście zaniedbał te paskudne, ale konieczne w biznesie rytuały mizdrzenia się do opinii publicznej. Dobrze jednak przyswoił nauczane dziś na studiach menedżerskich Ameryki i reszty świata złote zasady: „Celem wszelkiej działalności gospodarczej jest zysk” czy „Lekarstwo to towar jak każdy inny”.

Ja złotemu hedgingowemu dzieciakowi, który zaniedbał lekcje PR-u, chciałbym podziękować za to, że przez swoją bezczelną szczerość pozwolił publiczności dostrzec pewien problem. Obawiam się bowiem, że w przemyśle farmaceutycznym przeważają jednak prezesi, którzy strategiczne decyzje, a zwłaszcza wypowiedzi dla prasy, konsultują z odpowiednimi specjalistami. I nie dałbym sobie uciąć ręki za to, że z podobnymi – tylko świetnie przygotowanymi PR-owo – operacjami na patentach i cenach leków, które chorzy grzecznie przełykają (leki i operacje), nie mamy do czynienia na co dzień.

Nie jestem specjalistą od marketingu, ale myślę, że chorzy – zwłaszcza na choroby śmiertelne, przynoszące ogromne cierpienie, utratę komfortu życia – są idealnymi klientami. Są fantastycznie zmotywowani i gotowi wydać ostatni grosz, aby przedłużyć swoją egzystencję czy pozbyć się – rujnujących życie – bólu i niesprawności. Także ich kochający bliscy, kiedy trzeba będzie kupić lekarstwo, będą gotowi wiele poświęcić, żeby zdobyć pieniądze. Co prawda w wielu krajach – także w naszym – istnieją systemy refundacji cen leków, ale tutaj takim szczególnie zmotywowanym klientem staje się podatnik. Dlatego sądzę, że kalkulacja ich cen nie powinna być pozostawiona wyłącznie działającym w imię maksymalizacji zysku wytwórcom. Mamy wierzyć, że oni zawsze myślą o naszym dobru, a ogromne ceny wynikają wyłącznie z kosmicznych kosztów badań. Ale ja w to jakoś nie wierzę, a sprawa Daraprimu w tej niewierze mnie utwierdza.

A może idzie to jeszcze dalej? Naprawdę trudno mi uwierzyć, aby nastawione na zysk koncerny farmaceutyczne były w jakikolwiek sposób zainteresowane wprowadzaniem na rynek tanich leków rzeczywiście pomagających chorym. Pofantazjujmy trochę, wyobraźmy sobie, że zatrudniony przez prezesa z doświadczeniem w funduszach hedgingowych zespół genialnych uczonych odkrywa nagle superskuteczny specyfik leczący raka, którego masowa produkcja będzie bardzo tania. Jeśli wdroży się jego produkcję, gigantyczne wydatki na badania szybko się zamortyzują dzięki skali zastosowania, a po wygaśnięciu patentu w gabinetach lekarskich odbywać się będą takie rozmowy:

– Skarżył się pan na ból brzucha i złe samopoczucie, mam już wyniki pańskich badań i muszę pana uspokoić. To nie żadna nadkwasota, tylko rak trzustki. Proszę bardzo, tu jest recepta, wykupi pan opakowanie tego leku za siedem pięćdziesiąt, proszę łykać tabletkę rano i dwie wieczorem – tylko regularnie! – a za miesiąc przyjdzie pan na kontrolę i będzie po sprawie.

– Ach, rzeczywiście mnie pan uspokoił, bo już się bałem, że będę musiał zrezygnować z piwka i chipsów.

I rozgorączkowani uczeni idą do prezesa z doświadczeniem w funduszach hedgingowych, przedstawiają mu swoje odkrycie, w myślach układając już przemówienie, które wygłoszą w Sztokholmie przed Komitetem Noblowskim.

Jak to może wyglądać dalej? Prezes myśli sobie: „Chory na raka to przecież dzisiaj fantastyczny, zmotywowany klient. I co teraz, pozbyć się żyły złota? Zamienić grube, grube tysiące dolarów zarabiane na każdym chorym przez długie lata na siedem pięćdziesiąt do podziału z aptekarzem za skuteczną kurację?”. Przypuszczam, że taki prezes poprosiłby dzielnych uczonych o zatrzymanie sprawy w tajemnicy, w dźwiękoszczelnym i odpornym na podsłuchy pomieszczeniu odbyłby burzliwą naradę z zarządem, po czym znów zaprosiłby badaczy do swojego gabinetu:

– Szanowni państwo. Nagroda Nobla, która się wam bezsprzecznie należy, to coś około miliona dolarów i wieczna sława, proszę bardzo, tu jest czek na dwa miliony dolarów zamiast miliona, a teraz pogadajmy, jaki finansowy ekwiwalent wiecznej sławy by państwa satysfakcjonował. No i oczywiście kolejna kwota za zobowiązanie do milczenia.

A może z góry źle oceniam prezesa z doświadczeniem w funduszach hedgingowych, może i trafiłby się tu taki, który w humanitarnym natchnieniu zrobiłby wszystko, by tanie, proste w użyciu, nieszkodliwe i skuteczne lekarstwo zlikwidowało problem raka raz na zawsze? Nawet kosztem bankructwa firmy? Ale – zostawmy na boku strategicznych inwestorów, którzy zaczęliby mieć kłopoty ze spłacaniem rat za ośmiopokładowe jachty – cóż wtedy stałoby się z dziesiątkami tysięcy emerytów, którzy prezesowi zaufali, przeznaczając oszczędności swego życia na akcje jego firmy, mające przynieść zysk pozwalający na w miarę godne przeżycie starości? Przecież kupowali akcje komercyjnego przedsiębiorstwa nie po to, żeby uwolnić świat od problemu raka, ale po to, żeby na stare lata nie musieć żebrać. „Cóż nam panie prezesie – mogliby powiedzieć – po pańskich narcystycznych filantropijnych uniesieniach, skoro głód nam zagląda w oczy, a komornik już licytuje nasze mieszkania?”. Kapitalistyczne korporacje z definicji nastawione są na zysk, więc ich prezesi właśnie zysk, a nie cokolwiek innego, mają mieć na uwadze. A wniosek z tego potrafię wyciągnąć tylko taki, że między dążeniem do zysku a działaniem dla dobra ludzkości istnieje jednak przepaść nie do zasypania.

I oczywiście od wniosków do paranoi tylko jeden krok. Bo skoro trudna do wyobrażenia jest sytuacja, w której nastawiona na zysk kapitalistyczna korporacja – zajmująca się tu akurat produkcją i sprzedażą leków – rezygnuje z zysku dla zaspokojenia potrzeb ludzi czy w imię wysokich wartości, to wcale nietrudna do wyobrażenia jest taka, w której ta sama korporacja farmaceutyczna kreuje sztuczną potrzebę i wciska swoim klientom coś, co zupełnie nie jest im potrzebne, a wręcz im szkodzi. Niemożliwe? A właśnie czytam, że nasi rodacy wydają gigantyczne pieniądze na produkowane przez te korporacje leki bez recepty i suplementy diety. „Większość lekarzy mówi głośno, że suplementy nic nie dają, a wręcz szkodzą. Ich zakup to więc wyrzucanie pieniędzy w błoto. Pomimo to odbiorcy dają się omamić” – mówi „Dziennikowi Gazecie Prawnej” prof. Zbigniew Fiałek, dyrektor Narodowego Instytutu Leków. Gigantyczne pieniądze idą do mediów (3,1 mld zł w 2014 r.) na reklamę tych szkodliwych, jeśli wierzyć lekarzom przywoływanym przez prof. Fiałka, substancji.

No a jeśli – tu już doprowadźmy paranoję do końca – farmaceutyczne korporacje mogą nam wciskać szkodliwe leki bez recepty, które nie leczą, suplementy diety nieuzupełniające żadnej diety, skoro mogą wciskać nieskuteczne, niepotrzebne i niedostatecznie przebadane szczepionki przeciw ptasiej grypie (pamiętamy sprawę sprzed ponad pięciu lat?), to dlaczego nie miałyby wciskać niepotrzebnych szczepionek na ospę, polio czy gruźlicę? Skoro korporacje wymyślają wciąż nowe sposoby, aby tworzyć popyt na swoje sprzedawane możliwie najdrożej produkty i uzależniać od siebie klientów, to dlaczego nie miałyby tworzyć popytu na niekończące się kuracje różnych postaci autyzmu? Chcą zarobić – w gospodarce rynkowej to przecież ich święty obowiązek. Oczywiście, niby istnieją państwowe procedury kontroli potrzeby i działania szczepionek. Ale czyż poważne korporacje na państwowe procedury, których zadaniem jest ciągłe uprzykrzanie życia przedsiębiorcom, nie mają swoich procedur? Czyż nie finansują kongresów medycznych na Seszelach? Czyż nie przelewają na konta czwartej władzy ponad trzech miliardów złotych tylko w naszym małym biednym kraju? Czyż w razie czego nie stać ich na zatrudnienie stosownych przedstawicieli pierwszej i drugiej władzy w charakterze konsultantów merytorycznych i członków rad nadzorczych?

Ponieważ niejednokrotnie już przekonałem się, że nie wszyscy czytelnicy rozpoznają odautorski dystans, oświadczam wprost, że jestem zwolennikiem bezwzględnych przymusowych szczepień. Administrację strony „Nowego Obywatela” upraszam o wycinanie wszelkich powielających antyszczepionkowe bzdury komentarzy pod tym tekstem Jednak stanowczo nie zgadzam się z tym, aby winne zadziwiającej kariery tych bzdur były wyłącznie odwieczna ciemnota i nie dość szybkie postępy oświecenia. Zazwyczaj irracjonalność ma racjonalne podstawy, a w tej sprawie widać to jak na dłoni. Pan Shkreli i jego koledzy z branży ciężko sobie zapracowali na brak zaufania, a to że ów brak zaufania zaowocował właśnie w taki sposób? Duch wieje, kędy chce.

Niemal równo dwa lata temu pisałem o tym, że biznes zawsze wypuszcza między nas swoje odchody. Zatruwa nas nie tylko wyrzucanym do atmosfery dymem czy wpuszczanymi do rzek ściekami, ale i całym wypuszczanym w przestrzeń mentalnym szlamem: czyni nas coraz bardziej nieufnymi, irracjonalnymi. Myślę, że biznes farmaceutyczny uwalnia tego trującego szlamu szczególnie dużo. I proszę czytelników o jedno: kiedy za kilka lat na naszych ulicach zaczną pokazywać się dzieci powykrzywiane przez polio (obrazek, który starsi czytelnicy pamiętają z dzieciństwa), nie wymyślajcie ich rodzicom od ciemniaków. Pomyślcie o jachtach członków zarządu, a może i o emerytach zażywającym względnie dostatniej starości dzięki udanym inwestycjom w akcje firm farmaceutycznych.

Przewodnik po Bliskim Wschodzie

Przewodnik po Bliskim Wschodzie

Europejczycy (i szerzej – ludzie tzw. Zachodu) mają zwyczaj postrzegania wszelkich zjawisk, gdziekolwiek by one nie zachodziły, z eurocentrycznej perspektywy. W każdym więc konflikcie politycznym doszukują się „prawicy” i „lewicy”, przy czym oczywiście te pojęcia mają odpowiadać współczesnym zachodnim kryteriom1. Ponieważ jednak świat nie jest powiększoną Europą (czy Ameryką Północną), nieraz prowadzi to do konfuzji2. Podziały ideowopolityczne w innych regionach nieraz przebiegają zgoła odmiennie. Spróbujmy więc te sprawy uporządkować, z zastrzeżeniem, że próba uczynienia tego w krótkim artykule musi wiązać się z nieuniknionymi uproszczeniami. W końcu nie jest to tekst ściśle naukowy.

Obecna sytuacja na Bliskim Wschodzie jest pochodną nałożenia się na siebie co najmniej dwóch konfliktów. Pierwszy to konflikt geopolityczny między blokiem szyickim (Iran, zdominowany przez szyitów Irak, alawicki rząd Syrii, Hezbollah w Libanie) a światem sunnickim, w którym przywódczą rolę próbuje odgrywać Arabia Saudyjska; dodajmy, że pierwszy wspierany jest przez Rosję, podczas gdy Arabia Saudyjska pozostaje najbliższym (poza Izraelem) sojusznikiem USA w tym regionie. Drugi konflikt ma charakter ideologiczny – to zmagania między obozem sekularystycznym (laickim) a islamistycznym. Uwzględniać jednak trzeba oba czynniki, bo inaczej nie zrozumiemy np. sojuszu fundamentalistycznego Hezbollahu z laickim rządem Asada czy wsparcia irackich baasistów Ibrahima al-Duri’ego dla Państwa Islamskiego.

Zacznijmy od scharakteryzowania obozu SEKULARYSTYCZNEGO. Jest łatwiejszy do zrozumienia dla Europejczyka, gdyż na ogół reprezentuje ideologie importowane z Zachodu. Nieraz jednak zachodnie idee zostały znacząco zmodyfikowane. Przede wszystkim trzeba zwrócić uwagę na inne znaczenie pojęcia świeckości: o ile w Europie laicyzm oznacza już walkę o dechrystianizację całej sfery publicznej (nieszczęsne choinki we francuskich szkołach!), to na Bliskim Wschodzie żadna siła polityczna nie walczy z religią jako taką. Wielu przedstawicieli obozu sekularystycznego jest głęboko wierzących i praktykujących, większość proklamuje szacunek dla religii i jej dziedzictwa kulturowego. Sprzeciwiają się jedynie monopolistycznym tendencjom islamu pretendującego do roli jedynego źródła legitymizacji władzy, a jeszcze częściej występują po prostu przeciw szczególnej, rygorystycznej interpretacji islamu. Co więcej, postulatem części ugrupowań świeckich wcale nie jest rozdział religii od państwa a jedynie kontrola państwa nad religią (tak jak uczynił to Naser w Egipcie, podporządkowując sobie słynny uniwersytet Al-Azhar, zwany „muzułmańskim Watykanem”). Gen. Sisi prezentuje się wręcz jako obrońca islamu „wypaczanego” przez Braci Muzułmanów.

Największym odłamem obozu laickiego są nacjonaliści3. Wymyślone w Europie pojęcie narodu pojawiło się na Bliskim Wschodzie stosunkowo późno, w zasadzie dopiero na przełomie XIX i XX w. To sprawiło, że w tym regionie mamy do czynienia z pewną dowolnością wyboru tożsamości i co za tym idzie – nacjonalizmu. Z jednej strony mamy do czynienia z nacjonalizmem panarabskim, dążącym do zjednoczenia wszystkich ludów języka arabskiego (bez względu na wyznanie) w jednym świeckim państwie. Laicyzm i antyimperializm (a co za tym idzie sojusz z ZSRR) nadawał panarabskiemu nacjonalizmowi na ogół lewicujące oblicze: jego zwolennicy postulowali szerokie reformy społeczne (nacjonalizacja przemysłu, gospodarka planowa, reforma rolna), często nazywali się „socjalistami”. Socjalizm ten odróżniać miał się od materialistycznego marksizmu narodowym i idealistycznym charakterem. Socjalizujący panarabski nacjonalizm występował w dwóch głównych odmianach: naseryzmie (zainicjowanym przez Dżamala Abd el-Nasera, od 1952 r. przywódcę Egiptu) i baasizmie (Hizb al-Baas, czyli Socjalistyczna Partia Odrodzenia Arabskiego, założona w 1947 r. w Syrii). Dziś panarabizm czas świetności ma za sobą. Ostatnią redutą baasizmu jest Syria, gdzie Baas opiera się na mniejszości religijnej alawitów. W Egipcie lewicowy naserysta Hamdin Sabahi z Nurtu Ludowego w wyborach prezydenckich 2014 r. uzyskał 3 proc. głosów4. Lewicowi nacjonaliści (Kongres na rzecz Republiki, Nurt Demokratyczny, Ruch Ludowy) znaleźli się natomiast w parlamencie Tunezji. Odnotować należy też aktywność w Iraku baasistowskiego ruchu oporu (Najwyższe Dowództwo Dżihadu i Wyzwolenia) pod wodzą Duri’ego5, jednak ugrupowanie to opiera się na sufickim6 bractwie Nakszbandija i pozostaje w antyszyickim sojuszu z fundamentalistami7.

Obecnie większą rolę odgrywają lokalne nacjonalizmy państwowe. W Egipcie przed II wojną pewną popularność w kręgach intelektualnych zyskał tzw. faraonizm, głoszący istnienie narodu egipskiego zachowującego swą ciągłość od czasów faraonów. Upadł w 1952 r. wraz z monarchią, ale odrodził się faktycznie już po śmierci Nasera – jego następca Anwar Sadat, zawierając w 1979 r. pokój z Izraelem, wykazał jasno, że stawia egipski interes narodowy ponad arabską solidarność. Kolejni prezydenci Egiptu Hosni Mubarak, a zwłaszcza obecny – Abd al-Fattah al-Sisi, pogłębiają tą politykę. W Libanie tamtejsi chrześcijanie-maronici głosili ideologię fenicjanizmu (uważali się za potomków Fenicjan, nie mających nic wspólnego z Arabami), w Syrii z kolei prawosławni chrześcijanie utworzyli Syryjską Partię Ludową dążącą do stworzenia Wielkiej Syrii (wraz z Libanem i terytorium Palestyny). Lokalne nacjonalizmy kultywowali gen. Abd al-Karim Kasim w Iraku, prezydent Habib Burgiba i partia Destur w Tunezji, Front Wyzwolenia Narodowego Huari Bumediena w Algierii. Specyficzny charakter miał nacjonalizm palestyński, wyrażany przez Fatah, ponieważ ze zrozumiałych względów mocno akcentował zarazem solidarność arabską. Oblicze ideowe tych ruchów było bardzo różne. Libańska Falanga miała charakter skrajnie prawicowy. Również SPL (później Syryjska Partia Socjal-Nacjonalistyczna) zaczynała jako ugrupowanie faszyzujące, ale w latach 60. przeszła na pozycje lewicowe. Kasim i algierski FLN współpracowali z komunistami i ZSRR. Obecnie jednak większość sił nacjonalistycznych ma oblicze prawicowo-autorytarne, czego dobitnym przykładem jest Sisi8, albo liberalne, jak post-burgibistowska partia Nidaa (Wezwanie) w Tunezji9.

Na Bliskim Wschodzie mamy do czynienia nie tylko z arabskimi nacjonalistami. Niewątpliwie najsilniejszy pozostaje nacjonalizm turecki – kemalizm, występujący w trzech odmianach: faszyzującej (Partia Ruchu Narodowego, MHP), socjaldemokratycznej (Ludowa Partia Republikańska, CHP) i ultralewicowej (Partia Robotnicza, IP). Nie ma natomiast żadnego znaczenia politycznego świecki nacjonalizm innego wielkiego narodu niearabskiego – Persów. Irańska Narodowo-Socjalistyczna Partia Robotnicza (SUMKA) i Liga Aryjska to drobne grupki emigracyjne, z nienawiścią odnoszące się do wszelkiej lewicy, islamizmu i „niższych rasowo” Arabów10.

Osobno zająć należy się nacjonalizmem najliczniejszego narodu bezpaństwowego – Kurdów. Ucisk tureckich, arabskich i irańskich władz sprawił, że wśród Kurdów uczucia narodowe przeważają nad religijną gorliwością („Kurdystan jest moją religią, Barzani moim prorokiem!”, mówił jeden z kurdyjskich bojowników). Z drugiej jednak strony podziały plemienne i klanowe sprawiają, że Kurdowie nigdy nie stworzyli jednolitego frontu. Najstarszym z kurdyjskich ruchów niepodległościowych jest Kurdyjska Partia Demokratyczna, utworzona (przy wsparciu ZSRR) w 1946 r. w Iranie przez Mustafę Barzaniego. W 1975 r. przeciw Barzaniemu wystąpił Dżelal Talabani, tworząc Patriotyczną Unię Kurdystanu. Do rozłamu doszło pod hasłami lewicowymi, ale miał on podłoże klanowe: KPD grupowała górali z Zagros, mówiących innymi dialektami kurdyjskimi niż mieszkańcy pogórza (region Sulejmaniji) stanowiący zaplecze PUK. Stosunki między dwoma frakcjami irackich Kurdów zawsze pozostawały napięte, w latach 90. przerosły w krwawą wojnę domową, w której PUK wspierane było przez Iran, a KPD przez… Saddama Husajna.

Własne partie posiadają też Kurdowie w innych krajach regionu. W Iranie działała Demokratyczna Partia Kurdystanu Irańskiego o socjaldemokratycznej orientacji oraz maoistowska Komala (właściwie Organizacja Rewolucyjnych Pracowników Irańskiego Kurdystanu); obecnie główną siłą jest Partia Wolnego Życia Kurdystanu (PJAK). Ugrupowanie to, mimo ultralewicowej ideologii i związków z turecką PKK, posądzane jest o współpracę z wywiadem amerykańskim w walce przeciw wspólnemu wrogowi – rządowi Iranu. W Turcji zakazane jest tworzenie partii na platformie etnicznej, jednak przyjmuje się, że interesy mniejszości kurdyjskiej reprezentuje Demokratyczna Partia Regionów (DBP), pozostająca w unii z lewicową Demokratyczną Partią Ludową (HDP). W podziemiu walkę zbrojną prowadzi od 1984 r. Partia Pracujących Kurdystanu (PKK) Abdullaha Őcalana. PKK początkowo wyznawała marksizm-leninizm, ale po aresztowaniu Őcalana w 1999 r. zmienić miała swój program w kierunku wolnościowego socjalizmu i „demokratycznego konfederalizmu”. W Syrii główną partią kurdyjską jest Partia Unii Demokratycznej (PYD), pozostająca w sojuszu z PKK. Syryjski rząd baasistowski przez długie lata wspierał partyzantkę kurdyjską w Turcji, co zaowocowało w czasie wojny domowej życzliwą neutralnością PYD wobec Asada11.

Pamiętajmy wszakże, że Kurdowie nie stanowią wspólnoty jednolitej w swych narodowo-lewicowych poglądach. Wielu zwolenników mają też w tym regionie islamiści – Islamski Ruch Kurdystanu i jego odpryski (Ansar al-Islam, Ansar al-Sunna) w Iraku, Ruch Uciskanych w Turcji. Urodziny Mahometa zorganizowane przez Uciskanych w Diyarbakir w 2010 r. przyciągnęły co najmniej 120 tysięcy (według organizatorów 300 tysięcy) ludzi. Bojówki Hizbullahi Kurd, toczące walkę zarówno z władzami tureckimi, jak i z PKK, liczyć miały nawet 20 tysięcy członków.

Znajdujemy wreszcie na Bliskim Wschodzie mikronacjonalizmy niewielkich grup etnicznych. W północnym Iraku w reakcji na nacjonalizm kurdyjski uaktywniły się partie mniejszości asyryjskiej (Asyryjski Ruch Demokratyczny) i turkmeńskiej (Iracki Front Turkmeński). W Libanie istnieją trzy partie ormiańskie: Dasznak, Hendżak i Ramgavar. Władze Izraela wspierają „aramejską” tożsamość tamtejszych chrześcijan, starając się ich wyodrębnić z ludności arabskiej. Praktycznie martwy jest natomiast obecnie nacjonalizm egipskich Koptów – swe poparcie przenoszą oni na ugrupowania liberalne, takie jak Partia Wolnych Egipcjan12.

Drugą istotną siłę obozu laickiego stanowią liberałowie. To reprezentacja wykształconej klasy średniej, silnej swą pozycją społeczną i poparciem (politycznym i kulturowym, formalnym i nieformalnym) Zachodu. Liberałowie chcą modernizacji swych krajów na wzór zachodni, laicyzacji, swobód politycznych, ale też gospodarki wolnorynkowej (w odróżnieniu od kapitalizmu etatystycznego czy oligarchicznego podtrzymywanego przez nacjonalistów). To liberałowie zainicjowali egipską rewolucję na placu Tahrir (nie tylko symboliczne znaczenie ma fakt, że Wael Ghonim, jeden z przywódców ruchu, był dyrektorem ds. marketingu Google na Bliski Wschód)13. Ich człowiek – Mohammed el-Baradei – wydawał się pewnym kandydatem na stanowisko prezydenta. Potem okazało się jednak, że poparcie społeczne dla nich jest zbyt nikłe: najpierw władzę przejęli islamiści, potem armia i autorytarni nacjonaliści. Większość liberałów zaakceptowała dyktaturę wojskową jako mniejsze zło w obawie przed islamskim „ciemnogrodem” – kandydaturę Sisiego poparły m.in. Partia Wolnych Egipcjan, Nowa Delegacja (Wafd), Partia Kongresowa, oraz głośny w swoim czasie ruch ulicznych aktywistów Tamarod (Rebelia)14. Jeszcze bardziej dramatyczne były losy formacji liberalnej w Syrii (Damasceńska Wiosna, Blok Niezależnych Liberałów) – tu też liberałowie najpierw z entuzjazmem przyłączyli się do antybaasistowskiej rewolucji, a potem zostali zepchnięci na jej margines. Gdy rozpoczęła się wojna domowa, okazało się, że znajomi z Facebooka nie stanowią dobrego materiału na bojowników. Stosunkowo największą siłę reprezentują liberałowie w Tunezji, gdzie oprócz ciążących ku liberalizmowi burgibistów z Nidaa mamy też typowo liberalne partie Wolny Związek Patriotyczny (16 mandatów) i Tunezyjskie Aspiracje (8).

Najsłabszym ogniwem obozu laickiego pozostaje lewica, stanowiąca z reguły dodatek do formacji nacjonalistycznej lub liberalnej. Tworzona jest w większości przez dwie zupełnie różne grupy ludzi: epigonów marksizmu-leninizmu, na ogół starszego pokolenia, oraz młodzież z klasy wyższej i średniej, zafascynowaną płynącymi z internetu zachodnimi modami kontrkulturowymi. W Egipcie sojusz partii lewicowych Rewolucja Trwa (m.in. Socjalistyczna Partia Sojuszu Ludowego i Socjalistyczna Partia Egiptu) uzyskał w 2011 r. niespełna 3 proc., po czym poszedł w rozsypkę. Na jego miejsce powstała Koalicja Sił Socjalistycznych obejmująca też komunistów, trockistów (Rewolucyjni Socjaliści) i opartą na związkowcach Demokratyczną Partię Robotniczą; wszystkie pięć partii Koalicji liczą łącznie ok. 5000 członków. Nadzieje na „drugą (czy nawet trzecią) rewolucję”, przeprowadzoną przez strajkujących robotników, nie spełniły się. W Syrii lewicę podzielił stosunek rządu. Partia komunistyczna pozostała w sojuszu z Baas i naserystami (tzw. Narodowy Front Postępowy). Postkomunistyczna Partia Woli Ludu utworzyła wraz SPSN Ludowy Front na rzecz Zmian, stanowiący tzw. lojalną opozycję. Zdecydowanie przeciw rządowi wystąpił Narodowy Komitet Koordynacyjny na rzecz Demokratycznych Zmian skupiający grupy lewicowe (Arabska Rewolucyjna Partia Robotnicza, Komunistyczna Partia Pracy, Syryjska Ludowa Partia Demokratyczna), lewicowo-nacjonalistyczne (Demokratyczna Arabska Unia Socjalistyczna, Demokratyczna Baas, Arabski Ruch Socjalistyczny) oraz Partię Unii Syriackiej, reprezentującą ludność asyryjską15. W Autonomii Palestyńskiej najsilniejszym ugrupowaniem lewicowym jest post-maoistowski Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny (nieco ponad 4 proc. w wyborach 2006 r.), któremu ustępują bardziej umiarkowany blok Alternatywa (m.in. Demokratyczny Front Wyzwolenia Palestyny i postkomunistyczna Palestyńska Partia Ludowa – niecałe 3 proc.) oraz lewicowo-nacjonalistyczny Palestyński Front Walki Ludowej (niecały 1 proc.). W Libanie jedyny mandat dla lewicy uzyskał Ruch Lewicy Demokratycznej; to socjaldemokratyczne ugrupowanie pozostaje jednak w antysyryjskiej koalicji z takimi partiami jak Narodowa Partia Liberalna czy… libańska Falanga. Także w Iraku lewica (komuniści) uzyskała jeden mandat – z listy chrześcijańskich Asyryjczyków. Silną pozycję ma natomiast radykalna lewica w Tunezji, gdzie Front Ludowy – koalicja grup marksistowsko-leninowskich (głównie hodżaistów) i lewicowo-nacjonalistycznych – stanowi z 15 mandatami czwartą siłę w parlamencie. W Turcji reprezentację parlamentarną ma bodaj jedyna w tym regionie partia lewicowa typu zachodniego (tj. łączącą postulaty socjalne z obyczajowymi) – HDP.

Na marginesie lewicy funkcjonują nieliczne grupki sympatyków anarchizmu. Względnie trwały charakter ma ruch anarchistyczny tylko w Turcji (kiedyś Inicjatywa Anarchistyczno-Komunistyczna, obecnie grupa Czerwono-Czarny Istambuł). Ich rola jest niewielka, poglądy nieraz odbiegają od eurocentrycznych schematów. Na anarchosyndykalistycznym portalu Aitrus.info ukazał się artykuł „Black Bloc Myth”, którego autor ubolewał, że „poglądy młodych egipskich opozycjonistów są wysoce wątpliwe z anarchistycznego punktu widzenia”, gdyż „aktywiści [egipskiego] Czarnego Bloku nie ukrywają swych nacjonalistycznych przekonań”. Konstatował ze smutkiem, że „lewicowcy i młodzi liberałowie po prostu przejmują image anarchizmu […] ale nie jego treść”.

Zanim przejdę do omówienia drugiego antagonistycznego obozu – ISLAMISTYCZNEGO (nie: islamskiego!) poświęcić trzeba trochę uwagi na scharakteryzowanie samego islamu. Jest to bowiem wprawdzie religia tzw. abrahamiczna, a więc pokrewna chrześcijaństwu16, ale jednak wyraźnie odmienna17. Zacznijmy od tego, że islam jest religią opartą na ortopraksji (słusznym postępowaniu) a nie – jak chrześcijaństwo – na ortodoksji (słusznej wierze); muzułmanie skupiają się nie na przekonaniach człowieka, ale na jego uczynkach. W rezultacie kościec myśli islamu stanowi nie teologia, ale prawo (szariat). Drugą różnicą jest brak rozdziału między sferą sacrum i sferą profanum. W chrześcijaństwie już u jego zarania Jezus powiedział: „Oddajcie co cesarskie cesarzowi, a co boskie – Bogu”. W islamie władca był namiestnikiem Boga, dlatego religia obejmuje tu jednolicie całe życie społeczne – szariat odnosi się nawet do przepisów ruchu drogowego! Zarazem jednak ten system prawny jest bardzo zdecentralizowany (przypomina anglosaskie common law) – nie ma jednego centralnego organu tworzącego prawo i dającego jego wykładnię, mamy do czynienie z niezliczonymi autorytetami prawnymi funkcjonującymi w obrębie czterech różnych szkół prawa muzułmańskiego (mazahib): hanafickiej, malikickiej, szafiickiej i hanbalickiej. Względną zgodność orzecznictwa zapewnia jednak zasada taklid (naśladownictwa), nakazująca powoływanie się na dorobek poprzedników, jednak islamscy prawnicy mogą wydawać skrajnie odmienne fatwy (orzeczenia). Wynika to z faktu, że w islamie nie istnieje jednolita organizacja religijna na wzór kościołów chrześcijańskich, a w jej ramach centralny autorytet religijny. Każda wspólnota skupiona wokół meczetu zachowuje autonomię. W zasadzie nie występuje tu również wyodrębniona warstwa duchowieństwa. Prowadzić modlitwy może osoba świecka znająca Koran (imam), która wyznaczana jest przez władze lub wybierana przez wiernych. Wyjątek stanowi szyizm, gdzie wytworzyła się warstwa zawodowych duchownych (nauczycieli i interpretatorów prawa) ze swoją specyficzną hierarchią. Ale nawet ta hierarchia opiera się na wiedzy, autorytecie i konsensusie, przypomina raczej hierarchię naukową niż polityczną. I ostatnia różnica: dla pobożnego muzułmanina zasadnicze znaczenie ma nie państwo, nie naród, ale ponadnarodowa i międzyrasowa społeczność muzułmańska – umma. Bardziej umiarkowane nurty islamizmu (jak Bracia Muzułmanie) próbują wprawdzie pogodzić prymat ummy z lojalnością wobec ojczyzny (watan) ale islamscy radykałowie pokroju Sajjida Kutba byli zawsze konsekwentnymi kosmopolitami.

Oczywiście nie każdy wyznawca islamu jest islamistą. Islamista chce ustroju opartego na szariacie lub przynajmniej legitymizowanego przez religię. Tak jak wiele jest odmian islamu, tak wiele jest również odmian islamizmu.

Najstarszym nurtem w islamizmie – kiedyś dominującym, dziś w defensywie – jest tradycjonalizm. Islamscy tradycjonaliści są klasycznymi konserwatystami religijnymi i społecznymi, uzasadniającymi status quo przy pomocy religii. Co więcej, akceptują zachowaną formę religii także wtedy, gdy w ciągu wieków obrosła tradycjami odbiegającymi od pierwotnego kształtu. Tradycjonaliści rzadko tworzyli własne ruchy polityczne, z reguły ograniczali się do udzielania poparcia panującym. Elastyczność tradycjonalistów jest wręcz przysłowiowa. Do egipskiej telewizji zaproszono kiedyś jednego z ulemów (muzułmańskich uczonych), by przedstawił islamskie stanowisko na temat aborcji; ten zapytał tylko, czy ma się wypowiedzieć za czy przeciw. Bastionem tradycjonalizmu pozostaje religijny establishment (jak uniwersytet Al-Azhar) i podążające za nim masy pobożnych, ale zdepolityzowanych muzułmanów. Do tradycjonalistów zaliczyć możemy zwolenników panujących dynastii18 (w odróżnieniu od cesarskiego Iranu żadna nie zdecydowała się na zerwanie z religią) i przynajmniej niektóre ugrupowania tworzone przez zakony sufickie, takie jak Głos Wolności i Partia Zwycięstwa w Egipcie czy partia Umma, utworzona w Sudanie z inicjatywy zakonu Ansar (spadkobiercy XIX-wiecznych mahdystów)19.

Pod koniec XIX w. rozpoczęło się odrodzenie religijne w świecie islamu, zapoczątkowane przez Sajjida al-Afganiego. Zjawisko to od początku miało dwoistą naturę: z jednej strony chciało dostosować islam do wymogów współczesności, z drugiej – zamierzało tego dokonać poprzez oczyszczenie religii z wypaczających ją naleciałości, poprzez powrót do źródeł. Reformę religii miało umożliwić przywrócenie zarzuconej przed wiekami zasady reinterpretacji prawa (idżtihad), która pozwalała odwoływać się bezpośrednio do źródeł islamu z pominięciem dziedzictwa wypracowanego przez tradycyjne szkoły prawne. Ta reinterpretacja mogła pójść w różnych kierunkach, dlatego – paradoksalnie – zarówno islamski modernizm, jak i fundamentalizm mają wspólne korzenie.

Islamscy moderniści starają się łączyć religię z nowoczesnością, akceptując nie tylko zdobycze nauki i technologii, ale również demokrację, pluralizm i prawa człowieka (przypominają tym samym europejską chadecję). Ta synteza może być dokonywana w różnych proporcjach: czasem ogranicza się do żądania uznania prawa muzułmańskiej większości do islamskiego ustroju, czasem prowadzi tylko do szukania religijnego uzasadnienia dla liberalnej demokracji. Mamy tu szeroki wachlarz propozycji, których wspólnym mianownikiem jest poszukiwanie systemu politycznego, który nie byłby sprzeczny z zasadami islamu.

Najstarszym i najszerzej rozgałęzionym ruchem modernistycznym są utworzeni w 1928 r. Bracia Muzułmanie (Ichwan al-Muslimin). Choć zrodzili się w Egipcie, obecnie mają zasięg ogólnoświatowy. Początkowo ruch miał charakter ekstremistyczny: jego wyznanie wiary brzmiało: „Bóg jest naszym celem, Przewodnik20 jest naszym wodzem, Koran naszą konstytucją, dżihad jest naszą drogą, śmierć na drodze do Boga naszym największym pragnieniem!”; zbrojna gałąź Braci prowadziła terrorystyczne akcje przeciw brytyjskim okupantom i monarchii. Jednym z teoretyków Braci był Kutb, którego dzieła po dziś dzień stanowią inspirację islamskich terrorystów. Stopniowo jednak ruch ewoluował w kierunku umiarkowanym. W rezultacie Bractwo stało się niejako wylęgarnią różnych radykalnych ugrupowań islamistycznych, które zeń pączkowały: w latach 50. oderwała się jordańska Hizb ut-Tahrir (Partia Wyzwolenia), w latach 70. Tanzim al-Dżihad (Organizacja Dżihadu) w Egipcie i Talija Mukatila (Walcząca Awangarda) w Syrii, w latach 80. egipska Dżama al-Islamija (Grupa Islamska). Po odejściu dżihadystów w Ichwan konkurują dwie linie: zwolennicy oddolnej islamizacji społeczeństwa przez działalność misyjną i charytatywną (dawa) oraz zwolennicy akcji politycznej, tj. zdobywania wpływu na państwo przez udział w wyborach21. Czołowym ideologiem (czy raczej autorytetem religijnym) związanym z Bractwem jest Jusuf Karadawi. Współczesny program polityczny BM zasadza się na próbie wypracowania oryginalnego modelu islamskiej demokracji – „republikańskiego, parlamentarnego, konstytucyjnego i demokratycznego porządku politycznego w ramach zasad islamu”. Według Braci ludzie mają prawo powoływać, kontrolować i odwoływać rządzących, ale suwerenność przynależy do Boga i zesłanego przezeń szariatu. W praktyce oznacza to, że wolność opinii ograniczona będzie „moralnymi fundamentami społeczeństwa”, a kobietom i mniejszościom gwarantuje się pewne prawa, ale nie całkowitą równość. Pod względem społeczno-gospodarczym program Ichwan ma charakter liberalny (domaga się deetatyzacji i deregulacji gospodarki), ale zarazem kładzie nacisk na konieczność zapewnienia biednym opieki społecznej. Poparcie dla tego programu Bractwo znajdowało z jednej strony w klasie średniej (inteligencja techniczna i lekarska, drobni przedsiębiorcy), z drugiej – wśród biedoty.

Ichwan uzyskało szerokie poparcie. W Egipcie w wyborach 2011/2012 utworzona przez Braci Partia Wolności i Sprawiedliwości uzyskała pierwsze miejsce z 38 proc. głosów, a kandydat tej partii na prezydenta Mohamed Morsi – 25 proc. w I turze i 52 proc. w II. W Palestynie z inicjatywy Bractwa powstał Islamski Ruch Oporu (Hamas), który w 2006 r. wygrał wybory do władz Autonomii Palestyńskiej zdobywając 76 miejsc w 132-osobowej legislatywie22. W latach 90. Narodowy Front Islamski Hassana al-Turabiego rządził w Sudanie. Polityczne skrzydła Ichwan są największymi partiami parlamentarnymi w Jordanii (Front Akcji Islamskiej) i Maroku (Partia Sprawiedliwości i Rozwoju, PJD). Podobnie było w Tunezji w 2011 r.; trzy lata później Ennahda została zepchnięta na drugie miejsce, utrzymując jednak poparcie 28 proc. W Jemenie partia Islah zdobyła 23 proc. głosów. W skali międzynarodowej protektorem Braci był Katar, rywalizujący z Arabią Saudyjską o przywództwo w świecie sunnickim23.

Stosunkowo niewielkie wpływy Ichwan (występujące jako Ruch na rzecz Społeczeństwa Pokoju) ma w Algierii – tu główną siłą islamizmu był Islamski Front Ocalenia (FIS). W I turze wyborów parlamentarnych 1991 r. FIS uzyskał 48 proc., zanim został zepchnięty do podziemia (Islamska Armia Ocalenia, AIS) przez dyktaturę wojskową. Nie ma też związków z Braćmi wiodący ruch islamistyczny w Turcji. W tym kraju Necmettin Erbakan założył w 1969 r. organizację społeczno-religijną Millî Görüş, która stała się fundamentem szeregu partii islamistycznych: Partii Ładu Narodowego (MNP) 1970-71, Partii Ocalenia Narodowego (MSP) 1972-81, Partii Dobrobytu (Refah) 1983-98, Partii Cnoty (Fazileh) 1998-2001 i wreszcie Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) obecnego premiera Recepa Erdoğana. Kolejne wcielenia ruchu islamistycznego były coraz bardziej umiarkowane (odchodząc od islamizmu ku konserwatyzmowi)24, ale zarazem zyskiwały coraz większe poparcie (w ostatnich wyborach parlamentarnych 2011 r. AKP zyskała 50 proc. głosów). AKP przeciwstawia kemalizmowi i panturkizmowi program neoottomański, tj. odbudowanie pod przywództwem Turcji bloku państw muzułmańskich na Bliskim Wschodzie.

Niektóre ugrupowania islamistyczne jeszcze bardziej zbliżają się do liberalizmu w swych wysiłkach reformowania islamu. Przykładami mogą być np. egipska partia Centrum (Wasat) albo ruch Fethullaha Gülena w Turcji. Wasat deklaruje się jako „partia obywatelska o islamskich korzeniach”, kulturowe dziedzictwo islamu traktuje jedynie jako inspirację, gwarantuje pełnię praw obywatelskich innowierców i kobiet. Gülen krytykuje autorytaryzm Erdoğana i angażuje się w dialog międzyreligijny z chrześcijanami i Żydami.

O ile islamiści głównego nurtu stanowią polityczne centrum, to w islamizmie dostrzeżemy też lewe skrzydło. Zaliczyć można tu „Trzecią Teorię Światową” Muammara Kadafiego, który starał się łączyć heterodoksyjny suficki islam z antyimperialistycznym (arabskim, a potem panafrykańskim) nacjonalizmem, w sferze programowej postulując demokrację bezpośrednią (dżamahiryja) i socjalizm. Konsekwentną lewicę islamską stanowiła Organizacja Mudżahedinów (Bojowników) Ludowych w Iranie, prowadząca walkę partyzancką najpierw przeciw monarchii absolutnej szacha, potem przeciw władzy Chomeiniego. Mudżahedini dokonali syntezy marksizmu (a nawet feminizmu) z rewolucyjnym szyizmem Alego Szariatiego, jednak po klęsce swego protektora Saddama Husajna, zmuszeni szukać oparcia na Zachodzie, przeszli na pozycje liberalne. W Egipcie istnieją lewicujące Islamska Partia Pracy i Młody Egipt; po rewolucji Tahrir grupa działaczy młodzieżówki Bractwa utworzyła partię Egipskiego Nurtu, która znalazła się w lewicowej koalicji Rewolucja Trwa. Nawet w Turcji w niedawnych protestach na placu Taksim uczestniczyli – obok lewicowców, nacjonalistów, liberałów, Kurdów, ekologistów, yuppies i aktywistów LGBT – działacze islamskiej lewicy.

Arabska Wiosna przyniosła kryzys umiarkowanego islamizmu. Nie przegrał on w starciu z demokracją, jak prorokowali niektórzy. W najważniejszym państwie arabskim, Egipcie, islamiści wygrali demokratyczne wybory, ale potem (jak dwadzieścia lat wcześniej w Algierii), zostali obaleni na drodze wojskowego przewrotu. Nowy reżim przy obojętności międzynarodowej opinii publicznej, tak wyczulonej na przypadki łamania praw człowieka, zmasakrował islamistyczną opozycję25. W takich warunkach trudno zachować wiarę w demokratyczne pryncypia. Nic więc dziwnego, że skutkiem Arabskiej Wiosny stał się kolejny renesans dżihadyzmu, którego kres już tyle raz wieszczono26, a któremu ostatecznie grunt spod nóg miały wyrwać demokratyczne reformy.

W odróżnieniu od modernistów, islamscy fundamentaliści nie chcą dostosowywać islamu do współczesności, ale współczesność do wymogów religii. Chcą powrotu do fundamentów islamu, do jego nieskażonej formy z wczesnośredniowiecznego okresu „kalifów sprawiedliwych”. Oznacza to wyłączność stosowania prawa szariackiego i odrzucenie nowoczesnej demokracji, uważanej za „pogaństwo” (dżahilija). Rządom człowieka (zarówno w formie demokratycznej, jak i oligarchicznej czy autokratycznej) przeciwstawione jest „panowanie Boga” (hakimijja, jak nazwał to pakistański islamista Abul Al’a Maududi), choć fundamentaliści różnią się co do sposobów zapewnienia tego panowania. Najogólniej rzecz biorąc islamski ustrój (emirat/kalifat) to jedynowładztwo, ale pod kontrolą islamskiej jurysdykcji (emir/kalif podlega szariatowi, jest tylko jego wykonawcą) i z elementami demokracji bezpośredniej (obowiązek konsultacji społecznych, tzw. szura). Wewnątrz społeczności wiernych panuje internacjonalistyczne braterstwo i ostentacyjny egalitaryzm, wspólnota zobowiązana jest też do opieki nad swoimi członkami27.

Najbardziej rozpowszechnioną odmianą islamskiego fundamentalizmu jest salafizm28. Jego źródeł szukać należy w działalności XVIII-wiecznego reformatora Mohammeda ibn Abd al-Wahaba, który żądał powrotu do wiary przodków poprzez oczyszczenie islamu z innowacji i obcych wpływów. Jednym z istotnych elementów wahabizmu była rewizja stosunku do tzw. ludów Księgi (czyli chrześcijan i judaistów), którym w tradycyjnym islamie przysługiwała opieka (choć nie równouprawnienie) – wahabici uznali ich za politeistów. W XX w. wahabici zjednoczyli swe siły z księciem Abdulazizem Ibn Saudem z Nedżdu, który stworzył królestwo Arabii Saudyjskiej. Od czasu boomu naftowego lat 70. Arabia Saudyjska zaczęła wykorzystywać swe wpływy do propagowania wahabizmu (salafizmu) na całym świecie.

Ruchy salafickie na świecie są zróżnicowane nie mniej od islamizmu umiarkowanego. Salafici dążą w pierwszej kolejności do zapewnienia muzułmanom warunków do życia codziennego zgodnego z rygorystyczną interpretacją szariatu. W drugiej kolejności chcą ustanowienia islamskiego ustroju politycznego – kalifatu. W trzeciej – objęcia kalifatem całej dar-ul-islam, czyli ziemi zamieszkałej przez muzułmanów29. To już rodzi konflikty. O ile Arabia Saudyjska zapewnia możliwość „promowania cnoty i zapobiegania występkom” (tak nazywa się tamtejsza policja religijna), to jej ustrój sprzeczny jest z pryncypiami kalifatu (monarchia nie ma mocnej legitymizacji w islamie). Kontrowersje wśród islamistów budzi też prozachodnia polityka zagraniczna Saudów, która była bezpośrednim powodem wystąpienia Osamy bin Ladena przeciw dynastii. Inną płaszczyzną sporów jest preferowana taktyka. Część salafitów koncentruje się na działalności misyjnej. Inni tworzą swoje partie polityczne (w Egipcie powstało ich… 10, z partią Nur na czele) i startują w wyborach (w Egipcie uzyskali blisko 29 proc.).

Niektórzy wszakże przechodzą do walki zbrojnej, traktując ją jako dżihad. Dżihadyzm jest faktycznie innowacją w stosunku do tradycyjnego islamu: po pierwsze – uznaje dżihad za „szósty filar islamu”30, po drugie – utożsamia dżihad (walkę ze złem) i kital (walkę zbrojną)31. Do pierwszych ugrupowań dżihadystycznych zaliczyć należy aktywne w latach 90. Islamską Grupę Zbrojną (GIA) w Algierii i Grupę Islamską w Egipcie. Potem pałeczkę w tej sztafecie ekstremizmu przejęła Al-Kaida, przenosząc islamski terroryzm na poziom globalny. Od czasu wojny w Iraku mamy do czynienia z „dżihadem 3.0”, czyli ukorzenianiem się dżihadystów w terenie. Owocem tego zjawiska jest m.in. Islamskie Państwo Iraku i Syrii (w skrócie Daisz)32, asz-Szabab w Somalii czy ruch Boko Haram w Nigerii. Dżihadyści nie stanowią monolitu, to nurt wewnętrznie skonfliktowany. W Syrii walczą nie tylko z armią rządową i prorządowymi milicjami, nie tylko z umiarkowaną Wolną Armią Syryjską, ale również między sobą: salafici prosaudyjscy (Front Islamski) z antysaudyjskimi (IPIS). Walki trwają nawet między dwoma syryjskimi odgałęzieniami Al-Kaidy: Dżabhat Al-Nusra i Daisz. Wiąże się to z rozpowszechnioną w tym środowisku praktyką „takfiryzmu”: dżihadyści przyznają sobie prawo okładania przeciwników rodzajem ekskomuniki (takfir); wykluczony staje się wówczas niewiernym, którego można i trzeba bezpardonowo zwalczać33.

Z tego nurtu wywodzi się islamski odpowiednik anarchizmu (choć oczywiście zwolennicy tego nurtu sami za anarchistów się nie uważają) – Takfir wal-Hidżra34, działająca w Egipcie w latach 70. XX w. Jej twórca Szukri Mustafa wierzył, że muzułmanie powinni akceptować tylko wiedzę pochodzącą bezpośrednio od Boga, a za taką uważał jedynie Koran (ortodoksyjni muzułmanie uznają także hadisy35 i sunnę36). Zakwestionował również zasady naśladownictwa, konsensusu (idżma) i analogii (kijas), stosowane przez islamskich prawników, uznając tylko idżtihad (wnioskowanie indywidualne), co prowadziło go do odrzucenia autorytetu ulemów i całego systemu szariatu. Rzecz jasna Szukri negował również wszelką lojalność wobec państwa – ku oburzeniu opinii publicznej twierdził np., że nie widzi różnicy między policją egipską a izraelską. Zwolennicy Szukriego założyli na pustyni wzorcową społeczność muzułmańską, ale po zabiciu ministra do spraw religii w 1977 r. zostali rozbici przez władze.

Odrębnym zjawiskiem jest fundamentalizm szyicki. Szyici, przez wieki stanowiący prześladowaną mniejszość w świecie islamu, w odróżnieniu od sunnitów kontestowali prawowitość muzułmańskich władców, lojalność przelewając na swych duchowych przewodników. Rozwinęli też szczególny kult martyrologii, który początkowo jednak oznaczał bierną akceptację cierpienia. Reinterpretacji szyickiej filozofii dokonał w latach 70. XX w. Ali Szariati. Po pierwsze, zerwał z tradycyjnym szyickim kwietyzmem przeciwstawiając dekadenckiemu „czarnemu szyizmowi” („religii żałoby”) aktywistyczny „czerwony szyizm” („religię męczeństwa”). Po drugie, ustrojowi społeczeństwa islamskiego nadał oblicze socjalistyczne, pisząc, że „kiedy jest powiedziane w Koranie, że własność należy do Boga, znaczy to, że kapitał należy do całego ludu”. Po trzecie, odrzucając taklid na rzecz idżma Szariati dochodził do wniosku, że islamska idea tawhid (jedności) wyklucza pośredników między Bogiem a człowiekiem, a co za tym idzie – postulował islam bez duchownych. Ideologię tę przejął częściowo ajatollach37 Ruhollah Chomeini, w przeciwieństwie jednak do Szariatiego i idących jego śladem Mudżahedinów Ludowych proklamował przywództwo duchowieństwa (welajet e-fakih) w rewolucji islamskiej. Wygrał Chomeini, rozgramiając zarówno lewicowo-islamskich Mudżahedinów, jak i liberalno-islamską Republikańską Partię Ludu Muzułmańskiego ajatollacha Szariatmadariego. W rezultacie w Iranie ukształtował się specyficzny ustrój łączący elementy demokratyczne (powszechne wybory parlamentu i prezydenta, odpowiedzialność rządu przed parlamentem) i teokratyczne (powoływane z duchownych organy: Najwyższy Przywódca, Zgromadzenie Ekspertów, Rada Strażników)38. Poza granice Iranu model ten próbują przenosić takie ugrupowania jak Hezbollah w Libanie czy Najwyższa Rada Rewolucji Islamskiej i Ruch Sadrystowski (Armia Mahdiego) w Iraku.

Na koniec wspomnijmy o ruchach, które trudne są do zaklasyfikowania w powyższym schemacie – o partiach komunalistycznych. Zjawisko to bardziej rozpowszechnione jest w Azji Południowej i Wschodniej (tzw. muzułmański nacjonalizm)39, ale występuje też w przypadku niektórych mniejszości religijnych na Bliskim Wschodzie. Chodzi tu o świeckie ugrupowania starające się reprezentować interesy swoich wspólnot wyznaniowych – np. szyicki Amal, alawicką Arabską Partię Demokratyczną i druzyjską Partię Postępowo-Socjalistyczną w Libanie czy Ruch Jezydów na rzecz Reform i Postępu w Iraku.

Jak widać, sytuacja na Bliskim Wschodzie wyraźnie odbiega od schematów świata Zachodu. Jeśli ktoś chce poznać pozaeuropejską rzeczywistość musi najpierw uczynić jedno: zbić swe europejskie okulary.

dr hab. Jarosław Tomasiewicz

Tekst pierwotnie ukazał się w anarchistycznym piśmie „Inny Świat”. Przedruk za zgodą autora i wydawcy.

Przypisy:

1 A więc np. lewica musi walczyć o prawa mniejszości seksualnych a prawica o wolny rynek.

2 Osobną kwestią są granice wyobraźni politycznej przeciętnego Polaka, który Arabów utożsamia z muzułmanami (choć zaledwie co piąty muzułmanin jest Arabem), muzułmanów z islamistami a islamistów z brodatymi terrorystami obwiązanymi dynamitem.

3 Przez słowo „nacjonalizm” rozumiem ideologię podmiotowości i/lub nadrzędności narodu (niekoniecznie etnicznego) a zarazem ruchy narodowe i narodowowyzwoleńcze. Traktuję to pojęcie jako neutralne a nie pejoratywne.

4 Choć faktem jest, że nastąpiło to przy bardzo niskiej frekwencji i w sytuacji rozbicia elektoratu naserystowskiego (Arabska Demokratyczna Partia Naserystowska i Narodowo-Postępowa Partia Unionistyczna poparły Sisiego). Dwa lata wcześniej Sabahi otrzymał w I turze wyborów 21 proc.

5 Jako ciekawostkę można podać, że iracki baasizm ma swój przyczółek w Polsce w postaci bloga antyimperializm.wordpress.com

6 Mistyczna odmiana islamu, na ogół skonfliktowana z fundamentalistami.

7 Ugrupowania świeckie atrakcyjne były zwłaszcza dla mniejszości wyznaniowych, dlatego w sunnickiej Syrii partia Baas zdominowana została przez alawitów, a szyickim Iraku – przez sunnitów. Wywarło to wpływ na nienawiść dzielącą oba rządzące odłamy baasistów Asada i Saddama Husejna.

8 Reżim Sisiego łączy kult jednostki, autorytarne represje wobec opozycji, nacjonalistyczną retorykę, konserwatyzm obyczajowy i neoliberalne reformy gospodarcze.

9 Zwyciężyła w ostatnich wyborach uzyskując 86 mandatów wobec 69 islamistów.

10 Choć podobno ich poglądy znajdują pewien rezonans w niektórych środowiskach młodzieżowych w Iranie, np. wśród kibiców.

11 Oprócz PYD działa też w Syrii konkurencyjna Kurdyjska Rada Narodowa, skupiająca ugrupowania powiązane z rządem Kurdystanu Irackiego.

12 Wspomnijmy jeszcze – choć to już wykracza poza region Bliskiego Wschodu – o nacjonalizmach ludów berberyjskich (np. Kabylów i Tuaregów) w Maghrebie.

13 Inny – Mohammed Adel – był uczestnikiem Center for Non-Violent Action and Strategies utworzonego przez serbską grupę Otpor, znaną z przeprowadzenia pierwszej „kolorowej rewolucji” w Europie Wschodniej. W tym kontekście warto bliżej przyjrzeć się Alliance of Youth Movements, założonemu z inicjatywy doradcy Hilary Clinton – Jareda Cohena.

14 Byli jednak i tacy (jak opisany przez „Financial Times” Ahmed al-Darawy), którzy dołączyli do dżihadu.

15 W 2014 mogliśmy zaobserwować próbę stworzenia „trzeciej siły” w konflikcie przez porozumienie między Ludowym Frontem i Narodowym Komitetem.

16 Czego nie dostrzegają prostaczkowie uważający, że muzułmanie czczą jakiegoś „Allacha”. „Allach” to po arabsku Bóg (tak jak po angielsku „God” a po francusku „Dieu”), dlatego muzułmanie wierzą po prostu w tego samego monoteistycznego Boga, którego czczą chrześcijanie i judaiści. Szacunkiem muzułmanów cieszy się również Jezus, ale nie jako Syn Boży i Zbawiciel, ale prorok poprzedzający Mahometa (co ma swe konsekwencje w stosunku wobec chrześcijan).

17 Czego uparcie nie dostrzegają inni prostaczkowie wypisujący androny np. o „muzułmańskim klerykalizmie”.

18 W tym ugrupowania monarchistyczne w Afganistanie (Narodowy Front Islamski, Front Ocalenia Afganistanu) w czasie inwazji sowieckiej.

19 Z kolei konkurencyjny zakon Chatmija utworzył świecko-nacjonalistyczną Demokratyczną Partię Unionistów.

20 Przywódca Bractwa.

21 Czasem jednak Bracia, na ogół przymuszeni przez okoliczności, sięgają broń – tak jak obecnie w Syrii, gdzie współtworzą Wolną Armię Syryjską.

22 Zwycięstwa Hamasu nie uznała jednak tzw. wspólnota międzynarodowa, popierająca bardziej umiarkowany Fatah, i islamiści utrzymali władzę tylko w Strefie Gazy.

23 Stąd zaskakujące niektórych poparcie Arabii Saudyjskiej i partii salafickich dla przewrotu wojskowego, który obalił rząd Braci Muzułmańskich w Egipcie.

24 „Twardogłowi” z rozwiązanej Fazilet założyli Partię Szczęścia (Saadet) ale pozostaje ona na marginesie polityki.

25 W jednej tylko masakrze opozycjonistów na placu Raaba w Kairze 14 sierpnia 2013 r. zginęło ok. 1000 osób wg Human Rights Watch (opozycja mówi o 2600, władze przyznają się do 638).

26 Gilles Kepel obwieścił klęskę dżihadyzmu w 2000 r. Rok później Al-Kaida atakiem na Nowy Jork rozpoczęła tzw. Global War On Terror.

27 I jeszcze jedno: mimo antyfeminizmu salafitów na uwagę zasługuje obrazek dostrzeżony przez zachodniego reportera w Państwie Islamskim: kobiety w burkach i z kałasznikowami na plecach, strzegące porządku na ulicy.

28 Innym przykładem może być wywodzący się z Indii ruch Deobandi, z którego wyrosła zarówno międzynarodowa organizacja misyjna Tablighi Dżamaat, jak i pakistańska milicja sunnicka Sipah-e-Sahaba, a pośrednio również afgański Taliban.

29 W skrajnym ujęciu dar-ul-islam to nie tylko obecne kraje muzułmańskie, ale również tereny kiedyś należące do świata islamu, np. Hiszpania czy Bałkany.

30 Klasycznych „pięć filarów” to wyznanie wiary, modlitwa, jałmużna, post i pielgrzymka do Mekki.

31 Tradycyjni muzułmanie kładą nacisk na tzw. wielki dżihad, czyli wewnętrzne zmagania ze złem.

32 Od: ad-Daula al-Islamija fil Irak wa asz-Szam.

33 W myśl islamu muzułmanie nie powinni ze sobą wojować a już na pewno nie mogą prowadzić dżihadu przeciw innym muzułmanom. Jednak w XIII w. ulem Ahmad Ibn Tajmijja, by uzasadnić prowadzenie „świętej wojny” przeciw świeżo nawróconym na islam Mongołom, zdemaskował ich jako „fałszywych muzułmanów”. Po kilku wiekach do jego koncepcji odwołał się (zgodnie z wymogiem taklid) Kutb, znajdując w nich argument przeciw świeckim rządom: formalnie muzułmański władca, jeśli nie stosuje ściśle szariatu, jest faktycznie niewiernym (co więcej, jako odstępca zasługuje na śmierć). Obecnie takfiryści hurtowo zaliczają do niewiernych już nie tylko sekty typu alawitów ale w ogóle wszystkich szyitów, a nawet (jak egipska grupa Takfir wal-Hidżra) całe współczesne społeczeństwa muzułmańskie.

34 Co można przetłumaczyć jako „Ekskomunika przez Emigrację” – hidżra to ucieczka Mahometa i jego zwolenników z Mekki do Medyny, która zapoczątkowała tworzenie islamskiego społeczeństwa.

35 Przypowieści o życiu Mahometa.

36 Tradycję prawną islamu.

37 Tytuł, który można porównać do profesora teologii w naszym kręgu kulturowym.

38 Obywatele wybierają Zgromadzenie Ekspertów spośród duchownych, Zgromadzenie wybiera Najwyższego Przywódcę (faktyczną głowę państwa) spośród wyższych duchownych, Przywódca wyznacza połowę członków Rady Strażników (pełniącej funkcje trybunału konstytucyjnego) – druga połowa wybierana jest przez parlament.

39 W Indiach po I wojnie powstała Liga Muzułmańska, uważająca indyjskich muzułmanów za naród odrębny zarówno od hinduistów jak i muzułmanów z innych krajów. Kryterium odrębności był nie język ale wyznanie, jednak religia nie determinowała wyznaniowego (teokratycznego) charakteru państwa (późniejszego Pakistanu). Obecnie podobne ruchy separatystyczne istnieją m.in. w Tajlandii i na Filipinach.

Populizm – problem i szansa

Populizm – problem i szansa

Jedną z obelg najczęściej używanych w przestrzeni publicznej jest określenie działań oponentów ideowych mianem populizmu. Postulaty popularne wśród społeczeństwa często zostają nim ochrzczone ze względu na swoją sprzeczność z ortodoksją panującą w dziedzinie polityk publicznych. Granice dzielące populizm od rozsądnego działania często bywają przy tym nominalne. Szkodliwe populistyczne rozdawnictwo może z łatwością przerodzić się w odpowiedzialną i dalekowzroczną politykę (np. prorodzinną), w zależności od tego, kto formułuje postulaty i kto je ocenia. Niejednokrotnie szybkie etykietowanie działań jako „populistycznych” zyskiwało w ostatnim 25-leciu komiczny rys, zastępując niejako przymiotnik „popularne”, mający w intencji oceniających odebrać znamiona racjonalności propozycjom lub działaniom nim naznaczonym.

Jednak populizm to nie tylko oręż erystyczny używany przez przeciwników popularnych postulatów. To także realne zjawisko o wielu odcieniach i potencjalnych skutkach. Jako taki powinien być więc również traktowany przez komentatorów narzekających na populizm rozumiany jako „tania zagrywka wyborcza” obliczona na zdobycie głosu naiwnych elektorów. Naiwnym, bowiem milczącym założeniem piętnujących populizm jest nieracjonalność wyborów społeczeństwa. „Uwierzycie populistom, a rachunek przyjdzie za kilka lat” – ostrzegają nas. Warto pochylić się nad tym argumentem, nad faktyczną mocą (lub niemocą) populizmu i założeniami stojącymi za tym poglądem.

Trudno uwierzyć, że faktycznie przy dokonywaniu aktów wyborczych ludzie nie kierują się własnym interesem, lecz są wodzeni na pokuszenie przez marketing polityczny i plemienne lojalności. Czynnik wrażenia ekonomicznej biegłości ekipy rządzącej i takiejże biegłości (lub jej braku) u pretendentów do władzy mógł być jedną ze składowych wyników wyborów choćby w 2011 roku. Powtórka z nich jest mało prawdopodobna. Tutaj również rolę może odgrywać kolejny ważny czynnik motywacji jak najbardziej ekonomicznej – poczucie osobistej wygranej części wyborców w przypadku obniżenia podwyższonego w 2012 roku wieku emerytalnego.

Ale jakie faktyczne wydarzenia będzie za sobą niosła zasmucająca część komentatorów fala populizmu ekonomicznego? W istocie na populizm warto spojrzeć jako na siłę rozciągającą dostępne ramy „rzeczywistości” zdefiniowane przez panujący konsensus dotyczący polityk publicznych. Taki populizm przeciwdziała tendencjom „zapominania” o sprawach ważnych, lecz mało widocznych z punktu widzenia arkuszy kalkulacyjnych ministerstwa finansów. Niech przykładem będzie lokalna infrastruktura, często ratowana dopiero w wyniku społecznych protestów – służba zdrowia, której przeznaczono zadanie utrzymania się z głodowych składek, i której głośny skowyt często ratował utrzymanie cywilizacyjnego minimum; lokalne szkoły i ich uczniowie, reprywatyzowane kamienice i ich lokatorzy. Innymi słowy, populizm może być głosem zwykłych ludzkich spraw, przesuwając granice rzeczywistości tam, gdzie „nie da się”, a już na pewno „nie opłaca”. Tego typu populizm osiągnął sporo małych zwycięstw.

Jednak od populizmu nie można oczekiwać za dużo poza swoistym działaniem grawitacyjnym. Ostatecznie, jakkolwiek mocno nie pomstowałyby zmieniające się (jedna na drugą) kolejne ekipy przy sterach gospodarczych, zarys granic rzeczywistości jest dość mocno wyznaczony – przez ramy traktatu z Maastricht zabraniającego tworzenia ponad 3-procentowych deficytów budżetowych. Są one akceptowane przez wszystkie ugrupowania potencjalnie rządzące Polską, co sprawia, że faktycznym narzędziem bardziej zdecydowanej zmiany polityki społeczno-ekonomicznej pozostaje polityka fiskalna. Kluczowe przy tych założeniach staje się pytanie: jakie zmiany podatkowe nas czekają i czyich portfeli dotkną?

Jak wskazuje w „Dzienniku Gazecie Prawnej” Rafał Woś, program wyborczy Platformy Obywatelskiej jest jej swoistym testamentem i świadectwem krętej 8-letniej drogi. Faktycznemu zmierzeniu się z umowami śmieciowymi i wprowadzeniu godzinowej płacy minimalnej towarzyszy obietnica wprowadzenia regulacji antyzwiązkowych. To wszystko, przy zwiększonej skali progresywności podatkowej, jest zdaniem publicysty „DGP” świadectwem swoistej wewnętrznej wędrówki przebytej przez tę formację.

Warto jednak zauważyć, doceniając zwiększenie progresywności podatkowej, że propozycje te dotykają tylko jednego możliwego wymiaru prospołecznych zmian. Znaczące zmniejszenie indywidualnych obciążeń mniej zarabiających Polaków jest działaniem słusznym i potrzebnym, aby w obliczu problemów demograficznych magnes zachodnich systemów socjalno-gospodarczych przyciągał nieco słabiej. Jednocześnie propozycje partii rządzącej przyjmują milczące założenie o bliskim do optymalnego stanie usług i dóbr publicznych. Jakże inaczej bowiem interpretować fakt, że na zmianach podatkowych mieliby skorzystać nie tylko mniej i średnio zamożni, ale również (choć w nieznacznym stopniu) zamożniejsi podatnicy. Ważne jest oczywiście, aby podatki były proste i jak najbardziej przyjazne mniej zarabiającym, ale ubytek dochodów podatkowych powinien być rekompensowany wyższymi poborami od lepiej zarabiających.

Przedstawiający program stwierdzają, że całościowe zmiany nastąpią dopiero wówczas, gdy będą przekonani o wzroście dochodów (PKB) pozwalającym na obniżkę opodatkowania. Tego typu deklaracje brzmią dobrze, jednak w praktyce oznaczają zmarnowanie dobrej szansy na doinwestowanie usług publicznych i wsparcie strukturalnych przemian gospodarki. Temu podejściu autorów programu jest oczywiście winny populizm – tym razem liberalny, spod znaku „zawsze trzeba obniżać podatki”. Biorąc pod uwagę, że, jak podaje (cytowany na portalu forsal.pl) Global Wealth Databook, w Polsce (23. gospodarce świata) żyje 50 tys. milionerów dolarowych, co daje nam 15. miejsce na świecie (w 2020 r. będzie ich 90 tysięcy) i dodając do tego poważne wątpliwości co do „normalności” rozmiarów nierówności społecznych, warto byłoby się zdobyć na nieco antypopulistycznej odwagi.

Również program PiS-u zdaje się być pod tym względem programem kontynuacji (także w założeniach polityki fiskalnej), pozbawionym postulatów zerwania z obecnymi założeniami systemu podatkowego. Rozmaite obietnice i postulaty będą miały oczywiście pewien wymiar „grawitacyjny”, rozszerzając najbardziej jak to możliwe granice wyznaczane przez rzeczywistość, jednak nie wyjdą poza nie.

Czy zatem już na zawsze definiowana przez ortodoksję rzeczywistość będzie dyktować warunki zamierzeniom? Tak stało się przecież w Grecji, której słuszne i racjonalne zamierzenia wyjścia z kryzysu skończyły się fiaskiem i upokarzającą tresurą głosicieli tego programu. Ale to nie znaczy, że zamierzeń nie można konfrontować z granicami ustalonej rzeczywistości, próbując je przesuwać. W 2020 r. w Wielkiej Brytanii odbędą się wybory, w których Partia Pracy będzie miała szansę pójść po zwycięstwo z liderem głoszącym koncepcję odbudowy gospodarczej za pomocą „luzowania ilościowego dla ludzi” (people’s quantitative easing). Pod tą niefortunną nazwą kryje się niepodnoszona od wielu dekad koncepcja zasilenia gospodarki poprzez bezpośrednie transfery z banku centralnego. Koncepcja ta, zupełnie zakurzona i prawdopodobnie całkowicie nieznana wśród ortodoksyjnych ekonomistów, została wskrzeszona na przełomie lat 2012/2013, gdy przypomnieli o niej ekonomista MFW Michael Kumhof oraz były brytyjski regulator finansowy Adair Turner. Od tego czasu, wraz ze względnym ustabilizowaniem tendencji kryzysowych największych gospodarek transatlantyckich, znów było o niej cicho, do momentu, gdy późnym latem 2015 r. nie okazała się być filarem programu nowego lidera opozycyjnej brytyjskiej Partii Pracy, Jeremy’ego Corbyna. Czy w 2020 r. czeka nas koniec obecnego paradygmatu, wyznaczanego przez ekonomiczną ortodoksję? To się okaże, ale jeśliby tak się stało, etykietki „populizmu” już nigdy nie będą brzmiały tak samo.

Liczby nie kłamią

Liczby nie kłamią

W neoliberalnym systemie ekonomiczno-społecznym aplikowanym Polsce od 26 lat, rozwój mierzy się głównie wybranymi wskaźnikami ekonomicznymi – korzystnymi z punktu widzenia globalnego kapitału, możliwości maksymalizacji zysku wielkich graczy czy zdolności państw do obsługi długu publicznego (czyli jego maksymalizacji). Wskaźniki takie jak wielkość długu publicznego, wzrost PKB czy inflacja nie są złe jako takie, gdyż kierują państwo w stronę stabilności ekonomicznej. Natomiast istnieje wiele innych wskaźników, które leżą w interesie społecznym i narodowym Polski i Polaków, a które są w konflikcie z celem maksymalizacji zysku przez globalny kapitał, za to zbieżne z celem zrównoważonego rozwoju społeczeństwa. Mówiąc inaczej, chodzi o podział dochodów wypracowanych w danym państwie i jakość jego rozwoju. Chodzi o to, mówiąc w skrócie, czy to kraj pełen zagranicznych oddziałów firm unikających płacenia podatków dochodowych, przejmujących krajowe dochodowe rynki i przyczyniających się do wzrostu dobrobytu w kraju swojego pochodzenia, czy kraj prężnego lokalnego kapitału zdolnego konkurować globalnie oraz płacącego wystarczająco dużo podatków na dobrą publiczną edukację, publiczną służbę zdrowia, zabezpieczenia od bezrobocia, solidne pensje. W poniższym tekście skoncentruję się na statystykach, dzięki którym można zrozumieć, na czym polega ten konflikt ekonomiczny.

Tabela 1. Dane statystyczne w miliardach (źródła: Eurostat, GUS, Global Financial Integrity, obliczenia własne).

liczby-nie-klamia-tab1

Tabela 1 pokazuje rozwój kilku istotnych wskaźników ekonomicznych i jest kopalnią informacji o przemilczanych aspektach polskiej „Zielonej Wyspy”. Skoncentrujmy się na kilku z nich:

  1. Widać, że średni wzrost PKB jest niższy od sumy dotacji netto z UE i od wzrostu długu publicznego. Gdyby dodatkowo oczyścić wzrost PKB z inflacji, dodać koszt odsetek długu publicznego oraz nielegalne wypływy finansowe z Polski, mit „Zielonej Wyspy” można wrzucić do kategorii baśni i fantazji. Statystyki pokazują jasno, że realny wzrost – w sensie bogacenia się Polski – nie istnieje od wielu lat i nawet nie pokrywa wzrostu długu i funduszy unijnych. Jeśli w perspektywie finansowej UE 2021-2027 drastycznie zmniejszą się fundusze dla Polski, to biorąc pod uwagę ograniczenia wynikające ze słusznej, konstytucyjnej zasady ograniczenie długu publicznego, okaże się – i widać już dzisiaj – że rozwój Polski jest toksyczną bombą z opóźnionym zapłonem. Po 2020 r., wraz z nałożeniem się problemów demograficznych, musi ona wybuchnąć, jeśli rzecz będzie się toczyć obecnym tokiem. Gdy patrzymy na zadłużoną Grecję i jej fundusz powierniczy, kluczowego znaczenia nabiera wzmocnienie konstytucyjnej ochrony państwowej kontroli nad lasami, zasobami mineralnymi, wodą pitną, ziemią rolną i strategiczną infrastrukturą energetyczną i transportową. Wtedy nie będzie wolno za pomocą zwykłej ustawy sprywatyzować tych aktywów, aby spłacać dług publiczny.
  2. Na czerwono został zaznaczony efekt nacjonalizacji 154 miliardów zł oszczędności emerytalnych Polaków w OFE. Oczywiście realnie żadnych problemów finansowych to nie zmieniło i było zwykłym trikiem księgowym mającym na celu odskoczenie od konstytucyjnego limitu zadłużenia. Samo zadłużenie realnie wzrosło w 2014 r. zapewne o przynajmniej 100 miliardów złotych. Tym samym nasuwa się istotny problem nieszczelności art. 216. Konstytucji RP: Nie wolno zaciągać pożyczek lub udzielać gwarancji i poręczeń finansowych, w następstwie których państwowy dług publiczny przekroczy 3/5 wartości rocznego produktu krajowego brutto. Sposób obliczania wartości rocznego produktu krajowego brutto oraz państwowego długu publicznego określa ustawa – a dokładnie pogrubionej części, pozwalającej na manipulacje wyliczaniem wysokości długu za pomocą zmiany ustawy w sejmie przez zwykłą większość.
  3. Warto tu zwrócić uwagę na nielegalne wypływy finansowe z Polski. Zapewne jest to kwota sporo mniejsza, niż drenowanie zysku z Polski przez duże, zagraniczne korporacje celem uniknięcia zapłacenia i tak w sumie niewielkiego podatku CIT. Biorąc pod uwagę omijanie tego problemu przez władze oraz fakt nacjonalizacji OFE, a także np. podatek Belki uderzający w zwykłych obywateli, jasno widać beneficjentów i sponsorów obecnego układu politycznego.
  4. Odsetki za dług zagraniczny są spore i bardzo ryzykowne, patrząc na przykład „frankowiczów”. Dług niezłotówkowy powinien być zamieniony na złotówkowy w pierwszej kolejności.

Tabela 2. Dane statystyczne w % (źródła: Eurostat, GUS, Global Financial Integrity, obliczenia własne).

liczby-nie-klamia-tab2

W tabeli 2 rzuca się w oczy kilka elementów:

  1. Na niebiesko został zaznaczony wzrost zadłużenia publicznego w latach 2008-2011. Zapewne był to efekt przeciwdziałania kryzysowi finansowemu, co kosztowało ekstra, porównując ze średnim przyrostem długu, około 10% PKB.
  2. Na czerwono ponownie widać efekt manipulacji ustawą obliczającą dług publiczny (efekt nacjonalizacji OFE). Biorąc pod uwagę, że Grecja podobnie manipulowała długiem przez lata, widać, jakie to może mieć dramatyczne skutki kilka lat później.
  3. Na szczególną uwagę zasługuje średnio -4,1% PKB rocznego bilansu płatniczego Polski, czyli dwukrotność wydatków na armię. To bardzo ważna informacja i wskaźnik, na którego zmniejszenie należy zwracać baczną uwagę w przyszłości.
  4. Warto być świadomym malejących funduszy UE w relacji do PKB. Zapewne trend ten będzie kontynuowany.
  5. Średnio 2,4% PKB Polska wydaje na odsetki (nie mylić ze spłatą) od długu publicznego. To około 50% kwoty wydawanej na publiczną służbę zdrowia, która, jak pokazuje tabela 3, wynosi zaledwie około 4,7% PKB.
  6. Około 1,1% PKB to zidentyfikowane nielegalne wypływy finansowe z Polski.

Tabela 3. Wybrane dane ekonomiczne z baz danych Banku Światowego i Eurostatu (lata 2011-2013).

liczby-nie-klamia-tab3

W tabeli 3 rzuca się w oczy kilka kwestii:

  1. Widać, że w Polsce przeznacza się około 10% PKB mniej na cele socjalne, niż robią to kraje rozwinięte. Ta brakująca kwota zapewne jest bilansowana przez nielegalne wypływy finansowe, unikanie płacenie podatków przez zagraniczne korporacje, uprzywilejowanie podatkowe polskich superbogaczy itd., czyli istnienie de facto regresywnych, a nie progresywnych podatków, sumując CIT, PIT, VAT, akcyzy, podatki lokalne itd.
  2. Polski rynek pracy charakteryzuje się niskim udziałem pensji w PKB. Tygodnik „Polityka” podawał wartość 35,6%, mówi się też o około 48% – różnice to kwestia metodologii, jednak komunikat jest oczywisty: pensje są za niskie w relacji do PKB o przynajmniej 10%. Widać również strukturalnie za wysokie bezrobocie i za niski udział zatrudnionych w populacji. Mówiąc inaczej, polski rynek pracy jest bardzo niskiej jakości, jako patologiczny rezultat działań tak hołubionej przez neoliberałów „niewidzialnej ręki rynku”.
  3. Zwraca też uwagę, porównując np. z Czechami, zbyt niski odsetek eksportu zaawansowanych technologii. Jest to pośrednio powiązane z poniższym wykresem 1, pokazującym, że Polska na badania i rozwój wydaje dużo mniejsze kwoty niż inne państwa. Produkcja zaawansowanych technologii nie bierze się z „odwiecznych praw rynku”, lecz jej warunkiem koniecznym (choć niewystarczającym) jest zapewnienie odpowiednich publicznych finansów i przemyślanej, długoterminowej polityki przemysłowej.
  4. Spore zagrożenie dla rozwoju Polski stanowi nadmierny udział zagranicznego kapitału w polskiej bankowości. Takie kraje, jak Niemcy czy Dania wiedzą, co robią, utrzymując go na niskim poziomie i warto je naśladować. Pouczający jest poniższy wykres 2.

Wykres 1. Wydatki na badania i rozwój w latach 2002-2012 jako procent Produktu Krajowego Brutto (Źródło: Eurostat).

liczby-nie-klamia-wyk1

Wykres 2. Udział banków kontrolowanych z zagranicy w aktywach największych 10 banków w 2008 r. (za: http://www.sgh.waw.pl/katedry/kzfp/konferencjeseminaria/CS-SGH2012.01.17.pdf/download).

liczby-nie-klamia-wyk2

Poniższe tabela 4 i wykres 3 powinny być memento dla zwolenników nadmiernego zadłużania, zwłaszcza w obcych walutach. Mianowicie widać, jakie ryzyko niesie za sobą przy nadmiernym zadłużeniu skokowy wzrost kosztów obsługi długów, spowodowany utratą wiarygodności na rynkach finansowych czy atakami spekulacyjnymi.

Tabelka 4. Zadłużenie wybranych państw UE i odsetki od długu.

liczby-nie-klamia-tab4

Wykres 3. Koszty obsługi długu publicznego (odsetki) jako % PKB (2012 r.).

liczby-nie-klamia-wyk3

Rosnące nierówności społeczne to poważny problem w Polsce. Za pomocą wskaźnika Giniego można ten problem pokazać. Poniższy wykres 4 pokazuje, jak kształtuje się ten wskaźnik w różnych krajach.

Wykres 4. Wskaźnik Giniego dla wybranych państw (Źródło: Wikipedia).

liczby-nie-klamia-wyk4

Polska nie wypada tu najgorzej, choć gorzej to wygląda patrząc na rozwój wieloletni, co pokazuje poniższy wykres 5. Chile, neoliberalny raj wg licznych polskich „ekspertów”, ma jeden z wyższych poziomów nierówności, a USA idą łeb w łeb z Ukrainą i Rosją, wyprzedzając Chiny.

Wykres 5. Wskaźnik nierówności społecznych Giniego dla wybranych państw w latach 1985-2012 (źródło Bank Światowy).

liczby-nie-klamia-wyk5

Wykres 5 pokazuje kilka ciekawych rzeczy:

  1. Widać, że kraje komunistyczne miały w 1985 r. podobną wartość wskaźnika Giniego, około 0,25. Porównując z Rosją czy Chinami, Polska była nawet pionierem wzrostu nierówności w latach 1992-1997.
  2. Niewielki spadek od 2004r. łączy się ze zmianą metodologii liczenia.
  3. Nierówności społeczne rosną dużo szybciej w Chinach, Rosji czy Ukrainie, niż w Polsce.
  4. Czechy i Węgry nie poddały się neoliberalnej presji i utrzymują niski wskaźnik nierówności.
  5. Boliwia została poddana neoliberalnej kuracji kilka lat przed Polską. Można sobie tylko wyobrazić, jaki to oznaczało dramat dla tego, i tak ubogiego, społeczeństwa. Dopiero około roku 1999 odrzucono założenia Konsensusu Waszyngtońskiego, więc Boliwia, podobnie jak inne kraje Ameryki Łacińskiej, poszły swoją, zdroworozsądkową drogą. Ciekawostką jest, że znany nam dobrze prof. Jeffrey Sachs pełnił podobną rolę w Boliwii, jak potem w Polsce będąc doradcą z ramienia Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

W powyższym tekście pokazałem kilka wskaźników, które, powiedzmy, nie należą do wiedzy i refleksji mainstreamowej w Polsce. Widać z nich, że Polska w wielu obszarach rozwija się w sposób charakterystyczny dla kraju eksploatowanego w sposób niezrównoważony.
W ostatniej, poniższej tabeli 5 zastanowimy się, jak te wskaźniki powinny wyglądać za około 20 lat. Niestety, szybkie zmiany nie są tu możliwe, gdyż sprawy zaszły za daleko. To żmudny proces, który należy bardzo dobrze zaplanować i konsekwentnie wdrożyć.

Tabela 5. Przykładowe cele dla roku 2035 dla Polski jako wyraz wdrażania art. 2 Konstytucji RP o sprawiedliwości społecznej.

liczby-nie-klamia-tab5

Oczywiście, tabela 5 może być rozwinięta o inne wskaźniki, takie jak demografia, imigracja, emigracja, bieda i wykluczenie społeczne, udział wydatków w PKB dla edukacji czy ubezpieczenie od bezrobocia. Zaproponowane cele odzwierciedlają sytuację w krajach, na których powinniśmy się wzorować, takich jak Finlandia, Dania, Niemcy, a w niektórych przypadkach także Czechy i Węgry. Co takie zmiany by oznaczały?

  1. W obszarze finansów widać wyraźnie, że główną ofiarą takich zmian byłaby szeroko pojęta zagranica, obecnie drenująca Polskę z zasobów poprzez niewłaściwy system podatkowy, unikanie płacenia podatku od zysków kapitałowych, nielegalne wypływy kapitałowe oraz spore odsetki od długu publicznego. Straciliby także niektórzy polscy superbogacze, wyprowadzający swoje aktywa do rajów podatkowych. System podatkowy da się uszczelnić w kilka lat, natomiast oddłużanie to proces na 20-30 lat.
  2. Tym samym wywoła to zmasowaną kampanię przeciwko takiemu kierunkowi. W praktyce jej metodologię można zaobserwować już teraz, kiedy się mówi o podatku obrotowym dla dużych sieci handlowych oszukujących na podatku CIT, o przewalutowaniu kredytów we frankach czy o kwestii wzmocnienia konstytucyjnej ochrony lasów państwowych: liczne jednostronne artykuły w mediach, opinie „autorytetów” związanych z zagranicznym kapitałem, grożenie międzynarodowym arbitrażem, zwalczanie sił politycznych popierających ten kierunek czy epatowanie społeczeństwa katastroficznymi wizjami.
  3. Sfera socjalna jest obecnie niedofinansowana na około 10% PKB, co widać w marnych wydatkach na publiczną służbę zdrowia, publiczne nakłady na mieszkania czy – nieujęte w powyższych zestawieniach – niewielkie wydatki na ubezpieczenie od bezrobocia.
  4. Szczególnie zaniedbany jest rynek pracy. Jest on za mały, ze szczególnym wskazaniem na osoby starsze oraz udział pensji w PKB, który powinien wzrosnąć o kolejne przynajmniej 10%. To proces na lata, obarczony dużym ryzykiem konfliktów społecznych.
  5. Dobry rynek pracy to konkurencyjny przemysł, czyli produkcja zaawansowanych technologii. Tu brakuje kolejne 2% PKB rocznie na badania i rozwój, by z czasem polskie technologie zaczęły być globalnie konkurencyjne w masowej skali.
  6. To wszystko oznacza jednak duże wydatki publiczne, których nie wolno finansować przez zaciąganie kolejnych długów. Ich sfinansowanie powinno być dokonane dzięki systematycznej zamianie obecnego regresywnego systemu podatkowego na progresywny, wliczając w to najbogatszych rodaków oraz największe zagraniczne firmy, zwłaszcza w sektorach usług krajowych.
  7. Opodatkowanie zagranicznego kapitału sektorów produkcyjnych jest trudniejsze i powolniejsze, gdyż wiąże się z ryzykiem szybkiej wyprowadzki z Polski. Tym samym zwiększenie obciążeń podatkowych powinno być dostosowane do konkretnych sektorów i ich logiki biznesowej. Dotyczy to również Specjalnych Stref Ekonomicznych, których powolna fiskalizacja jest koniecznością.
  8. System bankowy to krwioobieg gospodarki. Obecnie nadmierny wpływ zagranicznego kapitału jest rażący i średnioterminowo powinien zostać zmniejszony o przynajmniej 50%, również dzięki inteligentnym regulacjom.
  9. Wskaźnik nierówności społecznych Giniego powinien systematycznie się polepszać. Myślę, że poziom Węgier, Czech czy Słowacji nie jest czymś niemożliwym.
  10. Dlaczego Polska nie miałaby stać się za 20 lat zamożniejszym państwem niż Niemcy czy Szwecja? To oczywiście trudny cel, ale czy nierealny, mimo że 20 lat to bardzo mało na wygenerowanie takiego wzrostu? Chodzi jednak o prowokację intelektualną. Dlaczego nie możemy mieć ambitnych celów i je realizować, zwłaszcza biorąc pod uwagę polskie zasoby naturalne, kapitał ludzki, silną tożsamość i kulturę?

Przykłady celów opisanych w tabeli 5 są zgodne z interesem narodowym i społecznym Polski i Polaków oraz z art. 2 Konstytucji RP, który stanowi, że Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Moim zdaniem wiele powyższych celów realizuje zapisy tego artykułu, a utrzymanie obecnego, neoliberalnego kierunku jest niekonstytucyjnym zaniechaniem.

Na górze myśliwce, na dole Qachaqbar

Na górze myśliwce, na dole Qachaqbar

1.

Już na ławkach, przed wejściem, ktoś rozpływa się w narkotykowym niebie. Na ziemi, zaraz po przekroczeniu furtki, leżą zużyte strzykawki. A trzydzieści metrów dalej rozłożone przez wolontariuszy namioty dla uchodźców.

Podobno około czterystu. Ostatnia fala to sami Afgańczycy, w większości nastolatki i dzieci. Niektóre bez krewnych. Rodzicom starczyło tylko na jeden przemyt.

Żar leje się z nieba, w połowie sierpnia temperatura dochodzi do trzydziestu ośmiu stopni. Wokół namiotów przechadzają się wolontariusze. Zabiorą dzieci na plac zabaw, zorganizują zajęcia plastyczne i gry zespołowe, puszczą bańki mydlane.

Od święta pojawi się w parku policja na kilkanaście minut. Na odcinek z narkomanami zamknie oczy. Przejdzie do obozowiska uchodźców, przespaceruje się w tę i z powrotem, odmaszeruje.

Fot. David Castro Caso

Fot. David Castro Caso

2.

Park Pedion Areos, „Pole Aresa”, jest ładny i zadbany, ale Ateńczycy nie przychodzą już tutaj na spacery. Pole greckiego boga zniszczenia i wojny to dziś skład żywności i wody. Za współczesną łaźnię grecką robi fontanna przed wejściem, choć niektórzy kąpią dzieci pod strumieniem z węża ogrodowego. Pod pomnikami bohaterów greckiej rewolucji kilku uchodźców ucina sobie drzemkę. Chłopiec z Afganistanu biega przebrany za Napoleona. Inni grają w piłkę.

Są afgańscy lekarze, przedsiębiorcy, studenci, robotnicy, dziennikarz, żołnierz, prawnik, nauczyciel akademicki. Nie ma wśród nich biedaków. Trzeba mieć kilka tysięcy euro, żeby zapłacić przemytnikowi, Qachaqbarowi, jak nazywają go Afgańczycy, który pomaga imigrantom przedostać się do Europy. Uchodźcy zazwyczaj uciekają z mniejszą częścią pieniędzy. Resztę dopłaci rodzina. Oczywiście, jeśli uchodźca dotrze do następnej bazy – w końcu dla nikogo, kto rozpoczyna drogę, nie jest pewne, czy zakończy ją żywy.

Qachaqbar jest katem i wybawcą. Nie da wody i jedzenia, zwyzywa, spoliczkuje przy wszystkich, doprowadzi do płaczu i kopnie leżącego. Przypominając, że ma zapłacić, inaczej droga do lepszego świata skończy się dla niego w miejscu, w którym stoi. Ale jest tym, który pomoże, gdy zjednoczona Europa zamknie oczy i granice na cztery spusty.

3.

– Na górze, na niebie, jest Chinook. Produkowany przez Amerykanów wielozadaniowy, wyposażony w trzy karabiny maszynowe śmigłowiec transportowy. Po jego prawej F-coś tam, może F-16?, lub inny myśliwiec. A na dole jest przemytnik na łodzi obok flagi z czaszką – tłumaczy jeden z pedagogów, który organizuje w parku zajęcia dla dzieci. – Obrazek pokazuje sytuację uchodźców: są zawieszeni między wojną a zarabiającą na niej mafią. Między śmiercią od bomb lub z rąk talibów a śmiercią na morzu lub podczas nielegalnego przekraczania granic.

Rozmawiamy o rysunku ośmioletniego chłopca.

Fot. David Castro Caso

Fot. David Castro Caso

4.

Samoloty wojskowe to codzienny widok dla ludzi mieszkających w rejonach konfliktów na Bliskim Wschodzie. Dzieciaki zapamiętują, jak ojcowie opowiadają, co akurat przelatuje nad głową. Afgańczycy więcej wiedzą o posługiwaniu się bronią palną, niż o uprawie roli.

Pytam, jak wyglądało ich życie w ojczyźnie, za czym będą tęsknić, jak pamiętają dzień, w którym postanowili, że muszą się wynieść. Odpowiedź zawsze jednakowa, wypowiedziana zdziwionym głosem wyliczanka kilku słów wyraźnie sygnalizująca, że pytanie było nie na miejscu. – No, wojna jest: bomby, wybuchy, samoloty, śmierć. Jak może wyglądać dzień w Afganistanie?

Zamiast gry w klasy i podchodów strach przed wyjściem z domu. Zamiast ilustrowanej „Encyklopedii samolotów wojskowych” codzienne obserwacje. Dziecięce rymowanki podobne do tych, które pamiętam z własnego dzieciństwa („Na górze róże, na dole fiołki…”, nie przestaje chodzić mi po głowie, kiedy mijam grupki dzieci w wieku przedszkolnym) zastępują doniesienia o kolejnych bombardowaniach.

Fot. David Castro Caso

Fot. David Castro Caso

– Człowiek by pomyślał, że taki obrazek z wojny będzie szary, brutalny, nie wiem… – dzielę się refleksją.

– Wolontariuszom zależy, aby dzieci miały chociaż kolorowe kredki.

Fot. Angelina Kussy

Fot. Angelina Kussy

5.

Żeby ze stolicy Afganistanu dotrzeć do Pedion Areos, trzeba pokonać ponad pięć i pół tysiąca kilometrów. Dziesięć godzin samolotem, ale prawie tysiąc piechotą. To prawie dwie szerokości Europy. Dwa razy od Lizbony do Warszawy. Przez wielkie państwa, Iran i Turcję, pustynie, morze, wysokie góry.

Do Iranu można dostać się na dwa sposoby: bezpiecznie, legalnie, z wizą. Lub nielegalnie, pod siatką. Ryzykując, przyłapanie przez żołnierza irańskiej Gwardii Rewolucyjnej, Sepāh-e Pāsdārān-e, który powie: „Masz 3 minuty na ucieczkę, potem zaczynam strzelać”. Osoby, które nie biegają wystarczająco szybko, giną na tym odcinku.

Łatwiejsza w przejściu jest granica irańsko-turecka, lecz potem zostaje kilkudniowa droga pod górę, czasem bez jedzenia i picia, jeśli zapasy się skończyły lub były zbyt ciężkie, by ciągnąć je na szczyt. Nie każdy daje radę.

Jak jedenastoletni syn Gofura. Nie miał siły iść kilka dni nieustannie pod górę, sapał i narzekał, nie było już wody dla wszystkich. Ojciec odwrócił się i poszedł sam. Zostawił go w górach po stronie tureckiej.

Gdy dotarli do wybrzeży, Gofur i 20 innych osób w lichych pontonach popłynęli w kierunku greckiej wyspy Lesbos. W tym samym czasie setki innych Afgańczyków, Syryjczyków, Irakijczyków cumowały na pierwszych napotkanych wyspach należących do Unii Europejskiej: Leros, Kos, Chios czy Samos. W prowizorycznym ośrodku dla uchodźców czekali na dokument poświadczający miesięczne pozwolenie na pobyt.

Fot. Angelina Kussy

Fot. Angelina Kussy

Na przeludnionych już wyspach będą przeszkadzać swoją obecnością europejskim turystom, którzy „lubią jeść, opalać się i odpoczywać”. I którzy będą udzielać wywiadów o tym, że „imigranci” (słowo „uchodźca” nie przejdzie im przez gardło) zamienili ich wakacje w koszmar.

Potem uchodźcy skontaktują się z Qachaqbarem w sprawie dalszych kroków.

Gdy szok minie, a głos instynktu przetrwania umilknie, Gofur będzie płakał w ośrodku przez cztery noce z rzędu. Będzie ściskał swoją koszulę między nogami i wył z bólu. Powtarzając, że nie rozumie, dlaczego to zrobił. Dlaczego zostawił syna.

6.

Grupa greckich anarchistów umawia się w południe. Pheobus, 19-letni chłopak z bródką, gra na pianinie, aby zarobić na rachunki, mieszka sam otoczony sporą kolekcją książek. Reszta studiuje na uniwersytecie lub dokształcają się samodzielnie. Wszyscy mają ciemne oczy i ciemne włosy, śmiejemy się, że wpisują się w polski stereotyp Greka. Jest wśród nich wysoka studentka filologii angielskiej. Między pracą w kawiarniach, oczywiście na umowach śmieciowych. Po robocie angażują się w różne struktury alternatywne wobec oficjalnej gospodarki: pomagają w kuchniach społecznych, udzielają korepetycji dzieciom, wymieniają się rzeczami za pośrednictwem różnych portali, tak, żeby jak najmniej pieniędzy było potrzebne do życia.

Idą na targ. Dyskutują, jak prosić o warzywa dla uchodźców i jak w uprzejmy sposób sformułować zdania po grecku, aby przekonać do siebie sprzedawców. Nie ujawniają się ze swoimi poglądami politycznymi; chcą, aby pomoc nie miała żadnego logo. Z takich akcji pochodzą surowce do potraw, które wolontariusze przynoszą do parku.

Jeśli już ktoś coś dawał – to nie mniej, niż pełną siatkę. Na około 50 stoisk, które obeszli, siedmiu sprzedawców odmówiło. Jedna pani oddała cały towar ze swojego stoiska. Niektórzy wybierali warzywa i owoce, które lada dzień się zepsują, takie jak miękkie już pomidory. Jeden sympatyczny sprzedawca podszedł do sprawy profesjonalnie: na pięć minut ich zatrzymał, żeby wymacać wszystkie swoje pomarańcze i wybrać te najlepsze.

W ogarniętej kryzysem ekonomicznym Grecji czasów polityki „zaciskania pasa”, gdy oszczędzać już nie ma na czym, nikogo nie dziwi pytanie o jedzenie. Cała Grecja pokryta jest siecią oddolnie zorganizowanych kuchni społecznych, w których wolontariusze zbierają jedzenie, gotują i rozdają potrzebującym. Organizowanie się, pomaganie i korzystanie z pomocy to codzienne doświadczenie większości współczesnych Greków.

– Pozwólcie im zginąć! – krzyczy zgarbiona i ubrana cała na czarno staruszka, która właśnie wkładała do swojego wózeczka zakupione warzywa. – Grecy też są głodni dodaje rozwścieczonym tonem.

– Ale my zbieramy warzywa na posiłki w parku, Grecy też czasami przychodzą, nie pytamy o narodowość rozdając jedzenie – tłumaczy jej jedna z anarchistek.

– I tak powinni umrzeć – usłyszą w odpowiedzi.

I pójdą dalej. Mają już tyle produktów, że więcej się nie zmieści do wozu.

Fot. David Castro Caso

Fot. David Castro Caso

7.

Warzywa i owoce pojadą do Steki, centrum zarządzania pomocą uchodźcom w dzielnicy Exargia, gdzie w kuchni społecznej wolontariusze przygotują posiłki. Tutaj jest też tablica, na której zapisuje się, czego brakuje w parku, a wolontariusze robią jej zdjęcie i wrzucają na Facebooka. W Steki przechowywane są rzeczy, które przynoszą ludzie, którzy zareagowali na zdjęcie: jedzenie, wodę, ciuchy, lekarstwa.

Jeden z tych, którzy „powinni umrzeć”, to Ata Aliazada, średniego wzrostu nieco krępy mężczyzna o nerwowym uśmiechu. Dotarł do parku po 40 dniach drogi. Był tłumaczem wojska afgańskiego. Rozmawiamy przy górze ciuchów, które przynieśli dziś Grecy.

Plan na przyszłość? Przeżyć.

Miał pieniądze, samochód, duży dom. Pokazuje mi na ekranie komórki zdjęcia posiadłości, braci i sióstr, swoje w wojskowym mundurze.

Wybuch nastąpił tuż obok niego, ledwo przeżył i wtedy stwierdził, że ma dosyć. Skontaktował się z kimś z rodziny, żeby mu przywiózł pieniądze i ze znajomym, który zna przemytnika.

– Pytasz mnie, co się dzieje w Afganistanie, ale ja sam tego nie rozumiem. Kiedyś talibowie walczyli przeciwko rządowi i Stanom Zjednoczonym, obecnie talibowie i rząd to jedno i to samo, chociaż niby ci pierwsi mają zwalczać tych drugich. Działania zbrojne finansowane są przez wrogich sąsiadów: Iran i Pakistan. Amerykanie szkolą nasze wojska i dostarczają broń, ich gospodarka oparta jest na wojnie, więc tylko korzystają na tym, co się u nas dzieje. Co mam na myśli? Eksploatują nasze surowce. Media o tym nie mówią. Krytyczne gazety w Afganistanie? Żartujesz?

Od roku, od początku kadencji nowego prezydenta Aszrafa Ghaniego, Afgańczycy boją się wychodzić z domu. Poprzedni, Hamid Karzaj, chciał pracować dla wszystkich: Uzbeków, Turkmenów, Tadżyków, Hazarów i Pasztunów. Tak mówią Afgańczycy z parku. Wraz z nowym prezydentem wrócił Afganistan plemienny, etnicznie podzielony.

8.

Pięć i pół tysiąca kilometrów, żeby dotrzeć do parku, pokonała Narges Hassanzadah z mamą. Pochodzą z Kabulu. Narges ma 18 lat, ciemną chustę na głowie i kontrastującą z jej czarnymi oczami różową szminkę na ustach. Siada bokiem, elegancko łącząc nogi.

Ma dwie siostry, 24 i 21 lat. Obie mężatki. Tylko dla niej nie zdążyli znaleźć mężczyzny. Śmieje się, że udało jej się uciec przed przeznaczeniem.

I przed życiem kobiety w Afganistanie. Do diabła ze wstawaniem o świcie, pieczeniem chleba w przydomowej piekarni, sprzątaniem domu i praniem. Koniec zakazu studiowania. Koniec skierowanych do mężczyzn próśb o pozwolenie na wyjście z domu.

Narges i Mohammadowi, który tłumaczy naszą rozmowę, zrobię zdjęcie telefonem komórkowym, gdy będziemy się żegnać. Ona każe mi je skasować i poprosi o takie, na którym będzie sama. Zapozuje wtedy ze szczerym uśmiechem.

Wkrótce mi wyjaśnią: zdjęcie kobiety z innym mężczyzną, bez ślubu, mogło być dla niej śmiertelnym zagrożeniem. Strach, że ktoś je zobaczy w mediach społecznościowych, był silniejszy od tego, co sama na ten temat myśli. Fotografia w Afganistanie to narzędzie niebezpieczne. Jeśli jest na niej uwieczniona kobieta, ktoś wywoła zdjęcie i zacznie rozdawać, ona nie będzie mogła wyjść za mąż. Rozdano jej wizerunek, od teraz ma „złe imię”.

Narges ma marzenie: chce zostać aktorką. Potrzebuje rozgłosu. Jeśli nie pojawi się na ekranie, nikt nie będzie jej słuchał. A chce mówić o rzeczach ważnych, o tym, co dzieje się w Afganistanie. O sytuacji kobiet.

A tak najbardziej w świecie chce pomóc mamie, która ciężko pracowała po śmierci ojca. Ma cukrzycę. Narges marzy, żeby mogła pójść do szpitala.

9.

– Rozejrzyj się po parku, czy ja jestem podobny do Narges? Powiedziałabyś, że jesteśmy z jednego kraju? – pyta Mohammad. W Atenach żyje od 10 lat, pracuje dla Wspólnoty Afgańskiej w Atenach. Uciekł po tym, jak stracił rodziców, kiedy z talibami walczyły jeszcze wojska amerykańskie.

Cztery najliczniejsze w Afganistanie grupy etniczne – Pasztunowie, Tadżycy, Uzbecy i Hazarowie – skupiają się w innych regionach. Mają swoje języki i odrębne lokalne rządy. Nietrudno jest rozpoznać „obcego”. Twarze podobne do europejskich o nieco ciemniejszej karnacji jak u Narges – Tadżycy. Niski wzrost i mongolskie rysy jak Mohammeda – Hazarowie. Jedni drugim są wrogami.

Dlatego uchodźcy docierają do ziemi europejskiej i płaczą ze szczęścia, bo czują ulgę. Myślą, że przemoc i segregację zostawili za sobą.

Mohammad przychodzi do parku ich ostrzec.

– Poczekajcie. Nie idźcie dalej w pośpiechu. Grecy wykończeni zagranicznymi długami, praktycznie pozbawieni publicznej służby zdrowia, być może nie pomogą wam tak jak Niemcy. Nie dadzą pracy.

Ale do Niemiec jeszcze daleka droga.

Po drodze Macedonia, Serbia i Węgry.

– Porywają i sprzedają ludzi na organy, dzieci do adopcji. Pobiją was służby graniczne i policja – mówi Mohammad, który współpracuje również z organizacją Act Up Drass Helas przeciwko handlowi ludźmi. Uchodźcy nie wiedzą jak przywita ich cywilizowana Europa.

Grecy wyuczeni są solidarności – tłumaczy. – Nawet jeśli sami nie mają, to się podzielą. A lewicowy rząd, choć nie pomaga, nie pozwoli uchodźcom zrobić krzywdy. Nie zamknie ich w ośrodkach o więziennych warunkach. Nie naśle policji, która spali im rzeczy i dokumenty pod parlamentem, jak Syryjczykom za poprzednich rządów.

Kilka dni po tej rozmowie Mohammad wyruszy w podróż po Europie. Jako aktywista będzie działał na rzecz praw ludzi uciekających przed wojną i terrorem.

Kryzys migracyjny to tragedia uchodźców, nie Europejczyków – będzie argumentował. – Dla Zachodu to jest okazja, aby przygotować nową generację, która pokończy europejskie uniwersytety, wróci i stworzy zdrowy kraj, który nie zagraża całemu światu jak rosnące w siłę Państwo Islamskie. Ci młodzi ludzie zasługują na drugą szansę.

10.

Aliakbar Jawahari do Aten dotarł po 45 dniach, a koledzy, z którymi przebył drogę, od trzech dni są już u celu. Mieli 3000 euro na trasę Grecja-Szwecja, więc poczekali na kolegę, który utknął w parku, bo brakuje mu 600 euro.

Był upał, jak to zwykłe w Afganistanie, kiedy zadzwonili talibowie i powiedzieli, że albo przestanie uczyć, albo podetną mu gardło. Potem jeszcze wysłali groźby potwierdzeniem na piśmie.

24-letni Aliakbar uczył informatyki. Jest ateistą. Takich jak on, od technologii i angielskiego, szerzenia zgniłej kultury Zachodu, talibowie nie lubią najbardziej.

Rodzinie nic nie powiedział. Zebrał się z innymi chłopakami, którzy postanowili wyruszyć w drogę i wymknął się w nocy. Wziął rodzinne oszczędności.

Nie było ataków bombowych w jego prowincji Dajkondii, ale talibowie nie odpuścili żadnemu lokalnemu liderowi, a za takich mieli nauczycieli. Najpierw ostrzegali telefonicznie. Potem śledzili i szkalowali.

Będzie tęsknił za krajem. Bardzo lubił uczyć dzieci. Uważa, że nie ma nic ważniejszego, niż bliscy. I nikt nie chciałby jechać do Europy, żeby być z dala od nich.

Wróci, jeśli kiedyś sytuacja w Afganistanie się ustabilizuje.

Boi się zadzwonić do rodziny.

11.

Część rodziny Khaleda Babori zginęła w eksplozji. – Zginą wszyscy, prędzej czy później. Nie może być inaczej przy czterech eksplozjach na prowincję dziennie – mówi ubrany od sześciu dni w niebieską koszulkę i niebieskie krótkie spodenki szesnastolatek. W parku zabrakło ubrań w rozmiarze odpowiednim dla szczupłych chłopaków.

Okropnie bał się wyjechać. Oglądał w wiadomościach informacje o kolejnych uchodźcach, którzy utonęli w drodze. Bił się z myślami aż w końcu w ramadan zadecydował. Przeprawa z Afganistanu do Aten zajęła miesiąc, podróżował w kilkuosobowej grupie. Po drodze pytali lokalnych mieszkańców: „w którą stronę do Europy?”. Nie mieli żadnej mapy.

Przez granicę między Iranem a Turcją przemycili ich w samochodzie Kurdowie. Potem spali na skałach, cztery dni nic nie jedli.

Wieczorem, zanim wypłynęli w stronę greckich wysp, przeszedł się na wzgórze. Popatrzył w dal, w morze. Zobaczył jakąś łódkę lub ponton. Wróciły obrazy, które oglądał wcześniej w telewizji. Ktoś na dużej łodzi z mocnym silnikiem podpłynął i krążył wokół jednego pontonu tak długo, aż poszedł na dno.

Na tyle daleko od lądu, żeby ludzie nie mogli się uratować i na tyle blisko, żeby Khaled mógł obserwować to z góry. W ciągu ostatniego tygodnia utonęło 70 osób. Mówi, że być może zatapiający to irańscy terroryści, ale skąd on może to wiedzieć. Nie ma już gdzie wrócić. Pozostało modlić się do Allaha. I wierzyć. Przecież na pewno nie zatapiają wszystkich pontonów.

12.

Shah Nazari ma ciemne włosy i lekki zarost. Jest Tadżykiem, rozpoznaję bez pytania po twarzach. W obozie na wyspie Lesbos skłamał, że ma 17 lat. O dwa mniej niż w rzeczywistości, „bo z Niemiec nie deportują nieletnich”. Inny Afgańczyk skłamał, że jest Syryjczykiem: „bo ich Niemcy uznają za uchodźców, a nas nie”.

Nie ma tak ciemnej skóry jak większość Afgańczyków, mógłby udawać Włocha. Przez chwilę będzie rozważał, czy nie kupić fałszywego dowodu. Spojrzy na mój, obróci we wszystkie strony i odda śmiejąc się ironicznie, jak bardzo życie zależy od obywatelstwa. – Masz ten plastik, jesteś wielką szczęściarą. Tylko go nie zgub – rzuci na zakończenie w żartach. – Bo do Polski wrócisz z nami przez Macedonię.

Był duszą towarzystwa i troskliwym bratem rozśmieszającym ósemkę rodzeństwa. Niełatwo było je zostawić. Ale plan jest taki – najstarszy syn dociera do Europy, ustatkuje się i sprowadzi rodzinę. Choć nie mają nawet na przemyt, bo zbankrutowali po tym, jak wybuch zniszczył ich sklep z hidżabami.

Pomogła przyjaciółka z Facebooka. Przyjęła jedno z wielu zaproszeń, które wysyłał, żeby porozmawiać z ludźmi o czymś innym, niż wojna; wypytywał o kulturę, zwyczaje, codzienne życie w ich kraju. Tak się poznali.

Daniela jest Rumunką mieszkającą w Belgii. Mąż ją zdradził i chciała rozwodu, zwierzała się Shahowi godzinami na czacie. Potem zaczęła dzwonić. On radził pamiętać o dziecku. Dać temu jeszcze szansę. Wróciła do męża i są szczęśliwi, a Daniela nie zapomniała o przyjacielu. Łącznie wysłała mu już 900 dolarów.

Angielskiego nauczył się zaledwie przez rok, na kursie, na który ciężko pracował jego ojciec. Liceum skończył z najlepszymi wynikami. Odebrał dyplom, spojrzał na niego, usiadł i wybuchnął płaczem dziecka. Zacisnął ręce ze złości, bo pomyślał, że może wyrzucić go do kosza. W kraju terroru talibów to zwykła kartka, która do niczego nie służy.

Zamknął książki, zatrudnił się w innym sklepie z hidżabami za 7 euro dziennie i spłacał powoli długi ojca. Marzy o tym, żeby skończyć w Niemczech studia i zostać lekarzem okulistą. Mówi, że to dlatego, że człowiek jest w stanie żyć pozbawiony wielu rzeczy, nawet ręki i nogi, ale jak się nie widzi tego, co się wokół dzieje, to tak jakby nie żyć.

13.

Gdy zamyka oczy, widzi pożar i ciała. Czasem wahał się, czy wyruszyć w drogę, ale wtedy przywoływał w głowie obraz taliba. – Dzieci nowego prezydenta są w Ameryce. Nie boi się o ich życie, jak nasi rodzice. Nie zna tego strachu – powtarza Shah kilka razy podczas naszej rozmowy. Prosi, żebym zanotowała.

Rodzice nie pozwolili mu przekroczyć granicy afgańsko-irańskiej nielegalnie, czekał dwa tygodnie na wizę. W Iranie przyjął go kuzyn, potem Shah przebił się do Turcji, zatrzymał się u przyjaciela i zadzwonił do ojca. – Sprzedaj dom, potrzebuję pieniędzy. Przyszły, gdy był w Stambule. Rodzice, czterech braci i cztery siostry mieszkają teraz w wynajmowanych czterech pokojach.

Pozostała droga ku idyllicznym greckim wyspom. Łódź miała 9 metrów. Zmieściła 40 osób. Usłyszeli odgłosy podobne do kruszonego lodu. Łódka trzęsła się cała, dzieci płakały, wszyscy zaczęli się modlić. Przetrwali. Rozbili się pod koniec drogi, 40 osób wylądowało w wodzie, ale byli już blisko, ojcowie i młodzi powyciągali małe dzieci na brzeg.

Do ośrodka dla uchodźców szli trzy godziny. Próbowali pojechać autostopem, ale bez skutku. Jedna osoba zwolniła, żeby wskazać drogę do najbliższego posterunku policji. 4 dni spędzili w obozie. Z tego dwa na zewnątrz, bo nie było już miejsca. Nie było nawet elektryczności. Do jedzenia dawali makaron z chlebem.

Wrócili na wodę, pozostało przepłynąć Morze Egejskie i dotrzeć do Grecji lądowej.

Obok nich płynęły 3 łodzie. Były fale, zaczął wiać wiatr, jedna wywróciła się bokiem. – Nie mieliśmy nawet jednego miejsca. Nie mogliśmy nic zrobić. Musieliśmy zamknąć oczy i przepłynąć obok, kiedy oni tonęli.


Niektóre imiona zostały wymyślone przez bohaterów tekstu. Mafia ściga tych, którzy wyjawiają szczegóły dotyczące jej działania.

Uchodźcy z parku Pedion Areos zostali przeniesieniu już do przygotowanego przez rząd grecki otwartego „centrum gościnnego” w Eleonas. W innych miastach Europy (np. w Belgradzie) uchodźcy wciąż mieszkają w tragicznych warunkach w parkach.

Tak niszczono tańsze pociągi

Tak niszczono tańsze pociągi

Wojna sześcioletnia

Jak Grupa PKP zwalczała tanie połączenia InterRegio.

Początek czerwca 2009 r., na dworzec Warszawa Centralna wjeżdża podmiejski skład elektryczny serii ED72. Tłum pasażerów szturmuje pociąg. Szybko zaczyna brakować miejsc siedzących – część osób staje w przejściach między siedzeniami, część siada na podłodze w przedsionkach. Słychać beczenie sygnału zamykania drzwi. Za chwilę ten podmiejski skład pomknie Centralną Magistralą Kolejową do Krakowa. Pokonanie całej trasy zajmie mu 3 godz. 18 min., czyli o 23 min. dłużej niż ekspresowi spółki PKP Intercity.

Wówczas za bilet na pociąg ekspresowy trzeba było zapłacić 97 zł. Podróż składem ED72 – kursującym pod marką InterRegio – kosztowała tymczasem 38,50 zł.

Wojenka podjazdowa

Uruchamiane przez należącą do samorządów wojewódzkich spółkę Przewozy Regionalne pociągi InterRegio na kolejnych trasach zdobywały dużą popularność zazwyczaj w ciągu zaledwie kilku dni po uruchomieniu. Przedstawiciele Grupy PKP nie byli w stanie tego znieść.

Połączeniom InterRegio natychmiast została wypowiedziana wojna. Początkowo była to wojna na słowa. W 2009 r. ówczesny rzecznik prasowy PKP Intercity Paweł Ney nie krył emocji: „To po prostu zwykłe pociągi podmiejskie, puszczone wbrew założeniom konstrukcyjnym na dalekie trasy. Teraz tylko czekać aż relacje międzynarodowe zaczną obsługiwać tramwaje, autobusy miejskie zaczną jeździć za granicę, a przewoźnicy towarowi zaproponują tani transport węglarkami na wakacje”.

W połowie 2009 r. ówczesny prezes PKP S.A. Andrzej Wach rozwój sieci połączeń InterRegio nazwał kanibalizmem na rynku kolejowym. Wkrótce potem spółka PKP Intercity opublikowała informację prasową, w której wejście spółki Przewozy Regionalne w segment połączeń dalekobieżnych określono „snem gęsi o byciu łabędziem”.

Cała sytuacja wywołała jednak w Grupie PKP także odruchy walki konkurencyjnej. W odpowiedzi na niskie ceny biletów InterRegio spółka PKP Intercity zaoferowała ograniczone pule tanich biletów – w przypadku pociągów kursujących w godzinach zbliżonych do kursów InterRegio ceny biletów zaczynały się już od 19 zł. Zmuszony do walki rynkowej państwowy przewoźnik nie czuł się jednak zbyt pewnie – Paweł Ney stwierdził, że to „wojenka podjazdowa, która w dłuższej perspektywie na pewno zaszkodzi kolei”.

Tych pociągów nie lubi minister

W ramach wojenki w okienkach informacyjnych obsługiwanych przez PKP Intercity – choć teoretycznie powinny być w nich udzielane informacje o połączeniach wszystkich przewoźników – nie informowano o pociągach InterRegio. Sprawę ujawniły w połowie 2009 r. „Wydarzenia” telewizji Polsat.

Walkę Grupy PKP z pociągami InterRegio otwarcie wsparł Juliusz Engelhardt, w latach 2008-2010 pełniący funkcję wiceministra infrastruktury odpowiedzialnego za kolej. W sierpniu 2009 r. skierował on pismo do wszystkich marszałków województw: „Z niepokojem obserwuję uruchamianie przez spółkę Przewozy Regionalne dużej liczby połączeń typu InterRegio” – pisał Engelhardt. – „Uruchomienie przez spółkę Przewozy Regionalne połączeń typu InterRegio spowodowało pogorszenie warunków ekonomicznych przewozów dokonywanych przez spółkę PKP Intercity”.

W październiku 2009 r. spółka PKP Intercity, kierując skargę do Urzędu Transportu Kolejowego, oficjalnie nazwała pociągi InterRegio nieuczciwą konkurencją.

Zamach na InterRegio

Do najostrzejszej batalii Grupy PKP przeciw InterRegio doszło na początku maja 2010 r. Wówczas spółka PKP Polskie Linie Kolejowe – mając na względzie zaległości Przewozów Regionalnych we wnoszeniu opłat za korzystanie z torów – zażądała od przewoźnika wycofania 13% realizowanych połączeń. Przewozy Regionalne przedstawiły listę pociągów Regio do wstrzymania. Spółka PKP PLK jej jednak nie zaakceptowała i przygotowała własne zestawienie składające się w całości z pociągów InterRegio.

– „Nie będziemy mieli z czego uregulować długu wobec PKP PLK, jeżeli będą wstrzymane pociągi InterRegio, bo to właśnie one są najbardziej dochodowe” – alarmowała Małgorzata Kuczewska-Łaska z zarządu Przewozów Regionalnych.

4 maja 2010 r. przygotowane do jazdy pociągi InterRegio nie zostały wpuszczone na trasy. Kursowanie połączeń InterRegio zostało przywrócone dopiero z początkiem czerwca 2010 r., po ustaleniu harmonogramu spłaty zadłużenia. Dodajmy, że – mimo tej miesięcznej luki w kursowaniu – 2010 r. był najlepszym w historii InterRegio. Ze składów tej kategorii skorzystało wówczas 18,2 mln pasażerów, co oznaczało zdobycie przez spółkę Przewozy Regionalne 33% rynku kolejowych połączeń dalekobieżnych. Ten wynik oznaczał, że zawieszenie broni między Grupą PKP a Przewozami Regionalnymi nie potrwa zbyt długo.

I rzeczywiście, już pod koniec 2010 r. Urząd Transportu Kolejowego i PKP PLK zarządziły proces uzgodnień oferty przez konkurujące spółki PKP Intercity i Przewozy Regionalne. Te „wzajemne uzgodnienia” w praktyce skończyły się wykreśleniem licznych pociągów InterRegio z rozkładu jazdy – tuż przed jego wejściem w życie.

Kolejny precyzyjny atak nastąpił w połowie grudnia 2013 r., gdy w życie wszedł wprowadzony przez PKP PLK zapis zakazujący wjazdu na Centralną Magistralę Kolejową składów jeżdżących z prędkością mniejszą niż 120 km/h. Był to cios wymierzony w połączenia InterRegio w relacji Warszawa – Kraków obsługiwane zespołami ED72 osiągającymi prędkość 110 km/h. Tak na spółce Przewozy Regionalne wymuszono skierowanie na tę trasę wagonów prowadzonych wynajętymi lokomotywami. Wpłynęło to na utratę rentowności w jednej z kluczowych relacji. I w efekcie po roku – w grudniu 2014 r. – spółka Przewozy Regionalne całkowicie wycofała się z obsługi połączenia z Warszawy do Krakowa.

Optymalizacja, czyli likwidacja

Decyzje o likwidacji połączeń InterRegio podejmowane były w dużym pośpiechu.

– „Przyglądamy się ich ekonomice” – tak na początku kwietnia 2015 r. powiedział o połączeniach InterRegio Tomasz Pasikowski, prezes spółki Przewozy Regionalne. Jego słowa – wypowiedziane sześć lat po wyruszeniu pierwszego pociągu InterRegio – świadczyły o tym, że w spółce oraz w jej otoczeniu zwyciężają zwolennicy ostatecznego wycofania się samorządowego przewoźnika z uruchamiania komercyjnych połączeń dalekobieżnych.

Dwa miesiące później, w połowie czerwca 2015 r., zlikwidowano pociągi InterRegio „Bolko” relacji Lublin – Radom – Kielce – Katowice – Opole – Wrocław oraz „Piast” relacji Warszawa – Katowice – Opole – Wrocław.

Pośpieszna likwidacja

Gdy z torów znikały pociągi InterRegio „Bolko” i „Piast”, w spółce PKP Polskie Linie Kolejowe prowadzone były właśnie prace nad konstrukcją rozkładu jazdy 2015/2016, wchodzącego w życie 13 grudnia 2015 r. Jak nieoficjalnie dowiedział się dwumiesięcznik „Z Biegiem Szyn”, trasy dla pociągów InterRegio jeszcze w połowie czerwca 2015 r. figurowały wśród zamówień spółki Przewozy Regionalne na rozkład 2015/2016. Zamówione były między innymi też trasy dla pociągów InterRegio „Bolko” i „Piast”. To pokazuje pośpiech, w jakim decydowano o przyszłości połączeń InterRegio.

Nieco ponad miesiąc później było już jasne, w jakim kierunku poszły decyzje. Pod koniec lipca 2015 r. spółka Przewozy Regionalne poinformowała bowiem, że na przełomie sierpnia i września zlikwiduje wszystkie komercyjne pociągi dalekobieżne. Wycofanie się z tego segmentu zostało przedstawione jako jeden z elementów prowadzonej restrukturyzacji przewoźnika, co w informacji prasowej opisano rażącą nowomową: „Restrukturyzacja oznacza szeroko pojętą optymalizację”.

TLK zamiast InterRegio

Decyzja o „optymalizacji”, czyli mówiąc po polsku: likwidacji połączeń InterRegio, stanowiła zapowiedź pogorszenia oferty kolei. Zwłaszcza w przypadku tych ciągów, na których składy InterRegio do końca sierpnia 2015 r. istotnie uzupełniały ofertę PKP Intercity. Przykładowo połowa połączeń w relacji Poznań – Toruń – Olsztyn realizowana była pod banderą InterRegio. Na siedem całorocznych pociągów kursujących między Warszawą a Szczecinem, dwa to były składy InterRegio. Na trasie Warszawa – Poznań pociągi kategorii InterRegio każdego dnia wzbogacały kolejowy rozkład jazdy o trzy dodatkowe połączenia. Jedyne bezpośrednie połączenie Bielska-Białej oraz Rybnickiego Okręgu Węglowego z Wrocławiem zapewniane było przez pociąg InterRegio.

Likwidacje tych połączeń nie przeszłyby niezauważone – tym bardziej w momencie powakacyjnego nasilenia się regularnych podróży, a także w gorącym okresie przedwyborczym.

W tej sytuacji w obliczu konieczności szybkiego zastąpienia znikających połączeń stanęła spółka PKP Intercity. O tym, że część likwidowanych połączeń InterRegio zostanie zastąpiona pociągami TLK, spółka PKP Intercity poinformowała dopiero 26 sierpnia 2015 r., a więc zaledwie kilka dni przed wycofaniem połączeń InterRegio.

Pociągi-widmo

Ostatecznie składami TLK zastąpione zostały jedynie trzy zlikwidowane połączenia InterRegio: „Mewa” z Warszawy do Szczecina, „Drwęca” z Poznania do Olsztyna oraz „Szyndzielnia” z Bielska-Białej do Wrocławia. Zastępujące InterRegio pociągi TLK – ponieważ wprowadzane były na wariackich papierach – początkowo funkcjonowały jako pociągi-widmo: choć rozpoczęły kursowanie, to nie występowały ani w internetowej wyszukiwarce połączeń, ani w tabelach z rozkładami jazdy dostępnych na stronie internetowej PKP Intercity.

Skutki trasowania pociągów na ostatnią chwilę najbardziej widoczne są w przypadku pociągu TLK „Mamry” z Olsztyna do Poznania, zastępującego pociąg InterRegio „Drwęca”. Na okres od 1 września do 17 października pociąg ten otrzymał aż osiem różnych wariantów godzin kursowania. Co więcej, w wariancie obowiązującym przez większość tego półtoramiesięcznego okresu pociąg na postoje na trzech kolejnych stacjach mitręży ponad 40 minut – 8 min. w Inowrocławiu, 25 min. w Mogilnie oraz 10 min. w Gnieźnie.

Skazani na ekspres

Jako że większość likwidowanych składów InterRegio nie została zastąpiona pociągami TLK, to na części tras podróżni odczuli nagłe zmniejszenie liczby połączeń – przykładowo liczba połączeń między Olsztynem a Poznaniem spadła z czterech do trzech, z kolei między Warszawą a Poznaniem kursują o dwa pociągi mniej.

Nawet gdy w miejsce wycofanych składów dalekobieżnych spółki Przewozy Regionalne uruchomiono pociągi TLK, to nie otrzymały one postojów we wszystkich miejscowościach dotychczas obsługiwanych przez InterRegio. W efekcie mieszkańcy małych i średnich miast, takich jak Gogolin, Janikowo, Pobiedziska, Swarzędz czy Trzemeszno, utracili dostęp do połączeń dalekobieżnych.

Wraz z likwidacją InterRegio znowu dał o sobie znać proceder skazywania pasażerów na najdroższe połączenia: z Poznania w kierunku Warszawy przez całe popołudnie nie wyrusza żaden pociąg kategorii niższej niż ExpressInterCity – powstała luka między tańszymi pociągami ciągnąca się od godz. 14:43 do godz. 19:35. Do końca sierpnia o godz. 17:22 odjeżdżał pociąg InterRegio.

Powyższy tekst to dokonana na potrzeby „Nowego Obywatela” kompilacja dwóch artykułów z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” nr 5/79 (wrzesień-październik 2015): www.zbs.net.pl.