przez Remigiusz Okraska | piątek 31 lipca 2015 | Felietony - Remigiusz Okraska, opinie
Na pytanie o to, jak powinna wyglądać polska polityka historyczna, odpowiem: powinna nie być hegemoniczna i nie przypominać komiksu. Czy to realne, to zupełnie inna kwestia.
Podstawowy problem z narracją o przeszłości w Polsce dotyczy w moim odczuciu jej zbytniego uwikłania w teraźniejszość. Inaczej mówiąc, polityka historyczna w zbytniej mierze jest polityką. Instrumentalizacja narracji o przeszłości nie jest oczywiście niczym nowym – niemodni dzisiaj myśliciele zauważyli w „Manifeście komunistycznym”, że „Ideami panującymi każdego okresu były zawsze tylko idee klasy panującej”. Klasy panujące zaś doskonale wiedzą to, co wyraża zgrany do cna w takich dyskusjach cytat z „Roku 1984”: „Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość”. Wiedzieli to władcy poprzedniego ustroju, wydający w milionach egzemplarzy „ideowo słuszne” wykładnie dziejów i cenzurujący czy choćby tylko marginalizujący i opatrujący „stosownym” komentarzem edycje tekstów z czasów jeszcze wcześniejszych. Wiedzą to także władcy obecni – z tą różnicą, że cenzury już nie ma, więc hegemonia musi być kształtowana bardziej subtelnymi metodami.
Nakłada się na to jeszcze jeden, oczywisty w swych przyczynach, proces. Jest nim popeerelowska synteza neofityzmu oraz dążenia do rozpoznania i opisania tematów, wątków i zjawisk niegdyś wprost zakazanych lub tylko źle widzianych w debacie naukowej i opiniotwórczej. Stara prawda, że zakazany owoc smakuje najlepiej, przekłada się na postawy badaczy i popularyzatorów przeszłości jeszcze wiele lat po tym, gdy zakazy zostały zniesione. Bowiem to, co początkowo jest odważne i odkrywcze, z czasem staje się, po umasowieniu zjawiska – modą, głównym nurtem czy wręcz konformizmem.
W efekcie polska polityka historyczna jest w swej istocie prawicowa. Tu należy poczynić zastrzeżenie, że terminu „prawica” używam nie tyle w powszechnym w dzisiejszej Polsce jego skojarzeniu partyjno-środowiskowym, ile tak, jak definiowały to klasyczne idee lewicowe – jako wyraz interesów warstw posiadających. Drugie zastrzeżenie, znów idące wbrew popularnym opiniom, dotyczy rozróżnienia między prawicowością a antykomunizmem, bo dzisiejszy antykomunizm jest de facto antylewicowością, zwalczaniem czy przemilczaniem także takich postaw i wartości lewicowych, które z komunizmem nie miały wiele wspólnego, a wręcz pozostawały z nim w sporze.
Konspiracja z czasów II wojny światowej jest dziś opowiadana głównie przez pryzmat walki z okupantem, z pominięciem czy marginalizowaniem takiego jej aspektu ideowo-programowego, jakim był dystans wobec realiów ustrojowych i gospodarczych II RP, a przecież główne dokumenty programowe Polski Podziemnej zapowiadały na okres powojenny daleko posunięte reformy prospołeczne w duchu bliskim zachodnim koncepcjom „państwa opiekuńczego”, i dotyczyło to także formacji dalekich od politycznego radykalizmu. Siły zbrojne podziemia antyhitlerowskiego to w tej narracji zwarta masa, bez ideowych podziałów, i w zasadzie poza środowiskiem naukowym i garstką pasjonatów-amatorów mało kto wie, że znaczącą „frakcją” Polski Podziemnej była m.in. Gwardia Ludowa PPS-WRN, a gdy mowa o Batalionach Chłopskich – które trudniej przemilczeć, gdyż wiadomo o nich więcej, bo historiografia z czasów PRL nie obeszła się tak okrutnie z tym nurtem – to niewiele mówi się o ideowopolitycznym obliczu tej formacji, które wedle dzisiejszych standardów i frazesów polskiej debaty publicznej byłoby wręcz „lewackie” w wymiarze społeczno-gospodarczym. W swoistej modzie na pamięć o Powstaniu Warszawskim w zasadzie nie ma miejsca na wskazanie, że znaczną część jego sił bojowych stanowili socjaliści – ba, gdyby na serio potraktować „subkulturową” otoczkę owej mody, należałoby dojść do wniosku, że oto nagle obóz narodowy porzucił zwyczajowo niechętne wobec „insurekcjonizmu” stanowisko i rzucił się w „szaleńczy, wariacki zryw”, zapominając o „realnej polityce” i „ostrożnym szafowaniu polską krwią”. To samo dotyczy także okresu powojennego. Niezliczonej ilości wywodów o „żołnierzach wyklętych” – w których przypadku zwykle też tworzony jest mit zawsze „bogoojczyźnianego” czy „tradycjonalistycznego” oblicza takich formacji – towarzyszy znikoma ilość informacji, publikacji czy inicjatyw edukacyjnych na tematy takie, jak choćby motywowany ideami emancypacyjnymi opór przeciwko postępującej komunizacji ze strony środowisk robotniczo-socjalistycznych w pierwszych latach nowego ustroju. Nie ma chyba nikogo, kto nie słyszałby o „wyklętych”, ale niewiele osób miało okazję usłyszeć o tym, jak wyglądała np. rozprawa z Polską Partią Socjalistyczną – zarówno z jej nurtem całkowicie odrzucającym sowietyzację, a symbolizowanym przez Kazimierza Pużaka i Zygmunta Zarembę, jak i z tym, który w swej naiwnej wierze w możliwość choć częściowego pluralizmu politycznego zdecydował się na działania jawne.
To samo dotyczy także wydarzeń mniej odległych w czasie. W przekazach o wystąpieniach społecznych przeciwko „komunie” coraz mniej miejsca zajmuje ich robotniczy charakter, a przede wszystkim hasła socjalne, demokratyczne i postępowe – w wypreparowanym obrazie tych zjawisk pozostają głównie wątki niepodległościowe, antysowieckie i religijne. A jeśli już cokolwiek mówi się o kwestiach społeczno-gospodarczych, to jedynie tak, żeby wskazać na oczywistą niewydolność PRL-owskiej gospodarki, niekoniecznie zaś pracownicze dążenia do jej zreformowania w duchu efektywnym, ale i egalitarnym, zwiększającym „socjal” czy domagającym się urzeczywistnienia tego, co partia „robotnicza” wypisała na swoich sztandarach i w enuncjacjach ideowych, czyli pracowniczej kontroli nad środkami produkcji. Do rzadkości należą publikacje poświęcone np. ruchowi rad pracowniczych z okresu Października ’56 i tego, jak owe zalążki realnej „władzy robotników” zostały stłumione przez reżim Gomułki; niewiele przeczytamy czy usłyszymy o tym, że jednym z ważnych postulatów „Solidarności” w okresie jej rozkwitu była samorządność pracownicza, nie zaś wolny rynek w wersji anglosaskiej. Ile razy przeciętny odbiorca medialnych, naukowych czy publicznych przekazów o opozycji wobec PRL mógł się dowiedzieć, że trzon „starego KOR-u” to głównie osoby o korzeniach PPS-owskich czy postępowych? Ile razy pisano/mówiono o tym, że Deklaracja Komitetu Założycielskiego Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża wprost odwołuje się do tradycji lewicowych? A przecież pisano w niej: „Dziś, w przededniu 1 maja, święta od ponad 80-ciu lat symbolizującego walkę o prawa robotnicze, powołujemy Komitet Założycielski Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. Celem Wolnych Związków Zawodowych jest organizacja obrony interesów ekonomicznych, prawnych i humanitarnych pracowników”.
Taka wersja polityki historycznej jest oczywiście odzwierciedleniem politycznego układu sił, ale również wspiera i petryfikuje ten układ. Prawicowa, a nie, jak wspomniałem, antykomunistyczna – bo pomijająca rolę lewicowo-postępowych inicjatyw krytycznych wobec PRL i komunizmu – hegemonia jest pochodną m.in. braku znaczących ugrupowań politycznych odwołujących się do socjalizmu niepodległościowego, a także tego, że w III RP lewicowość skojarzono z formacjami postkomunistycznymi (przyczyny tych zjawisk to temat na osobny tekst). Te zresztą dołożyły starań, żeby rzecz całą dodatkowo zagmatwać, np. SLD-owski think tank przybrał imię niepodległościowego socjalisty i antykomunisty Ignacego Daszyńskiego, a jednym z inicjatorów postawienia pomnika tejże postaci jest były aparatczyk PZPR. Nie bez znaczenia jest tu również fakt, że to prawica lepiej odrobiła w III RP lekcję z nauk marksistowskiego myśliciela Antonio Gramsciego o hegemonii kulturowej.
Procesy te są wspierane instytucjonalnie. Dobrym przykładem jest tu Instytut Pamięci Narodowej, który równie dobrze mógłby nazywać się Instytutem Prawicy Narodowej. Jego oferta wydawnicza czy edukacyjna w przeważającej mierze jest opowieścią na wskroś prawicową – czy będzie to akcentowanie nacjonalistyczno-zachowawczych nurtów konspiracji wojennej lub podziemia powojennego, czy akcentowanie roli i prześladowań Kościoła w PRL, czy przemilczanie lub marginalizowanie innych nurtów opozycyjnych; wystarczy porównać, ile publikacji IPN poświęcił rozmaitym formacjom narodowców, a ile PPS-owi, ile było ich o Kościele, a ile o postulatach samorządności pracowniczej czy buntach ekonomicznych i ich hasłach. Uległo to pewnej zmianie za kadencji obecnego prezesa IPN (mającego w dorobku przed objęciem stanowiska m.in. książkę o strajkach w powojennym trzyleciu, ukazującą robotniczo-socjalny opór wobec „nowych porządków”), kiedy to wśród publikacji czy inicjatyw Instytutu pojawiają się m.in. poświęcone młodzieżowo-kontrkulturowej opozycji wobec PRL, ale dokonuje się to już, gdy jest, kolokwialnie mówiąc, „po ptakach”.
Nawiasem mówiąc, sam dzisiejszy antykomunizm również w niewielkim stopniu przypomina to, co tym terminem określano w latach 70. czy 80. Wówczas był to przede wszystkim – oprócz aspektów niepodległościowo-suwerennościowych – protest przeciwko realiom i praktykom totalnego, a później autorytarnego reżimu; protest w obronie praw człowieka, swobód obywatelskich, pluralizmu politycznego i światopoglądowego. Dziś nierzadko te same środowiska, które jedną ręką biją w bęben antykomunizmu, drugą wypisują peany czy przynajmniej „wyrazy zrozumienia” wobec reżimów Franco, Pinocheta i Salazara, a redakcje czasopism znanych z zajadłej krytyki PRL promują tezy autorów głoszących, że sojusz z Hitlerem był dla Polski dobrym, bo antysowieckim rozwiązaniem.
Wszystko to w dodatku z biegiem lat staje się coraz bardziej toporne i utrzymane w manierze komiksowej. Weźmy niedawną, którą to już, falę „dekomunizacji” nazw ulic w Warszawie. W efekcie ulicę swojego imienia stracił Julian Brun-Bronowicz – niewątpliwie twardogłowy komunista, którego politycznych wyborów i afiliacji nie należy przemilczać czy usprawiedliwiać, ale zarazem oryginalny myśliciel polityczny, w partii komunistycznej poddany nagonce za „nacjonalbolszewizm”, a przede wszystkim autor jednej z najlepszych polskich rozpraw politycznych, „Stefana Żeromskiego tragedii pomyłek”, inspirowanej nie tyle Stalinem, ile Stanisławem Brzozowskim. Traktowanie Bronowicza jako – używając języka dzisiejszych antykomunistów – „sowieckiego pachołka” to po prostu zubażanie dorobku kultury narodowej i rugowanie z niej wszelkich światłocieni. Takich przykładów można przywołać wiele, ale to już bez znaczenia, skoro żyjemy w kraju, w którym „Dąbrowszczacy” są „stalinistami”, choć oprócz poparcia komunistów cieszyli się atencją ze strony PPS czy piłsudczykowskiego Związku Związków Zawodowych jako obrońcy demokratycznej republiki i ofiary ekspansjonizmu hitlerowskiego, tego samego, który wkrótce zabrał się za Polskę.
Celowo kilkakrotnie zwracałem powyżej uwagę na polityczny aspekt tego zjawiska. Jałowe byłoby potępianie takiego stanu rzeczy – mającego miejsce pod każdą szerokością geograficzną i będącego praktyką ugrupowań i środowisk wszelkich opcji ideowych, jeśli tylko zyskują one ku temu okazję i możliwości. Istotna jest świadomość takiego stanu rzeczy, bowiem to przede wszystkim stanowi o diagnozie problemu i nadziejach na jego zmianę. O nadzieje takie wszakże trudno w związku z nową prezydenturą. Andrzej Duda jest beneficjentem opisanych tendencji – to nie zarzut, lecz stwierdzenie faktu – zatem nie ma żadnego interesu w tym, aby podejmować działania na rzecz jego zmiany. Polityczny rozsądek będzie mu raczej nakazywał wzmacnianie takich tendencji w interesie własnego obozu ideowopolitycznego. Pozostaje oczywiście pytanie, czy to, co dobre dla Dudy i jego środowiska, jest też dobre dla Polski.
W wymiarze ogólnym sądzę, że nie – jednowymiarowa wizja przeszłości jest fałszywa faktograficznie, naganna moralnie, ale także, długofalowo, może być przeciwskuteczna politycznie, bowiem, mówiąc w uproszczeniu, takie choćby zjawisko jak bunt pokoleniowy może sprawić w przyszłości, że dzisiejszej modzie na „żołnierzy wyklętych” obecni kilkulatkowie przeciwstawią za jakiś czas modę na bezrefleksyjne idealizowanie PRL, komunizmu itp. W wymiarze ideowopolitycznym jest to ślepa uliczka także z tej prostej przyczyny, że w żadnym demokratycznym społeczeństwie nie osiągnięto jednomyślności w kwestii poglądów, zatem polityka historyczna, która pomija ważną część zdarzeń i postaw z minionych dekad musi siłą rzeczy stać się obca sporej części społeczeństwa.
Jeszcze inna kwestia to pytanie o skuteczność takiej polityki w wymiarze międzynarodowym – wątpliwe jest, by polska narracja „tożsamościowa” interesowała kogokolwiek poza Polakami, a prawicowo sprofilowane wizje wydarzeń z przeszłości zachwyciły kogokolwiek poza osobami o podobnych poglądach w innych krajach. Szczególnie w wymiarze międzynarodowym powinniśmy akcentować raczej postawy uniwersalne czy pluralizm rodzimych postaw. Sądzę, że więcej dla dobrego imienia naszego kraju zrobiłyby nie rytualne wyrazy oburzenia, że ktoś znów napisał/powiedział o „polskich obozach koncentracyjnych”, lecz np. dobry film o tragedii Szmula Zygielbojma, Żyda, Polaka, socjalisty, antykomunisty, antyhitlerowca i antystalinowca, człowieka niezłomnego aż do końca. Tyle że taka inicjatywa daje się dzisiaj, w opisanym klimacie, pomyśleć co najwyżej jako prowokacja intelektualna, a nie jako realny program działania w imię Polski i dla Polski. I tym niezbyt optymistycznym akcentem zakończę.
Remigiusz Okraska
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na portalu http://histmag.org w ankiecie poświęconej polskiej polityce historycznej i jej tendencjom w związku z nową prezydenturą RP.
przez Jarosław Górski | poniedziałek 27 lipca 2015 | opinie
Samobójcza śmierć Dominika Szymańskiego – gimnazjalisty zaszczutego przez szkolnych kolegów, a także późniejsza internetowa fala nienawiści wobec ofiary dały początek kolejnym dyskusjom o polskiej szkole, homofobii, nietolerancji, przemocy. Myślę, że uczestnicy tych dyskusji wyciągają z wydarzenia błędne wnioski. Jako przyczynę śmierci Dominika wskazuje się szczególnie w naszym kraju mocną homofobię, a dla zapobiegnięcia podobnym tragediom w przyszłości proponuje się działania edukacyjne: warsztaty antydyskryminacyjne, wydawanie publikacji „oswajających” dzieci i młodzież ze zjawiskiem homoseksualizmu i odmienności. Homofobia uczniów jednak jest, jak sądzę, przyczyną płytką. Należy jej oczywiście przeciwdziałać, podobnie jak należy przeciwdziałać wszelkiej dyskryminacji, należy ją, podobnie jak wszelką dyskryminację, zwalczać, jednak tylko w sytuacji, kiedy ma to sens.
Z własnego nauczycielskiego doświadczenia wiem, że nawet znakomicie przeprowadzone warsztaty antydyskryminacyjne nie przerywają w wielu szkołach fali dyskryminujących zachowań, a wręcz mogą ją wzmacniać. Pamiętam taką gimnazjalną klasę, w której po szlachetnych zajęciach dotyczących wielokulturowości dzieciaki przez wiele tygodni wymyślały sobie od Żydów i Cyganów, dodając do tego jeszcze „przepracowane” na zajęciach obraźliwe określenia tych narodów. Wcześniej nic podobnego się tam nie zdarzało, później także to ożywienie wygasło. Ale warsztaty poruszyły jakieś niezdrowe zainteresowanie odmiennością, pewnie również dlatego, że animatorki wychodziły ze skóry, aby pomóc uczniom odczuć, jaką przykrość sprawia przedstawicielom mniejszości obcowanie z nazwami swoich grup w funkcji obelgi.
Zwalczanie dyskryminacji – homofobii, antysemityzmu i różnych krzywdzących stereotypów dotyczących grup mniejszościowych, pogardy dla biedniejszych, gorzej ubranych, dziwnych, inaczej myślących, czujących, zachowujących się w niestandardowy sposób – może okazać się nieskuteczne, a nawet przeciwskuteczne w szkole, której system do głębi przeniknięty jest ideą unifikacji, ujednolicenia, standardów i testów. Śmiem twierdzić, że dziecko, które od najmłodszych lat szkolnych, a nawet od przedszkola doświadcza zestandaryzowanych wymagań, a dobrze oceniane jest za to, że odgadnie oczekiwania egzaminatora, standardu, „trafi w klucz”, udzieli dokładnie takiej odpowiedzi, jakiej się od niego oczekuje, nie będzie skłonne do uznania odmienności stylu życia, poglądów czy opinii za coś normalnego.
Nie będzie też raczej skłonne do akceptacji inności dziecko uczone przez nauczycieli mających pod swoją opieką zbyt wielu uczniów i przeładowane klasy. Nauczyciele, podobnie jak uczniowie, mają ograniczone możliwości wchodzenia w zindywidualizowane relacje. Historyk lub fizyk, który, aby wyrobić swoje pensum, uczy w dwunastu 35-osobowych klasach, spotyka się raz lub dwa razy w tygodniu z 420 uczniami. Czy ktoś naprawdę liczy na to, że nawet najbardziej charyzmatyczny i kochający swoją pracę człowiek zapamięta tyle imion i nazwisk, nie mówiąc już o skomplikowanych życiowych historiach, sukcesach i porażkach podopiecznych? Czy ktoś naprawdę liczy, że taki nauczyciel z każdym ze swoich uczniów chwilę porozmawia, żeby zorientować się w jego słabych i mocnych stronach, wymyślić rozwijające zadanie albo po prostu pokazać mu, że jest ktoś, komu nie są obojętne jego kłopoty? Czy taki nauczyciel jest w stanie dać uczniom jakikolwiek inny komunikat poza tym, że są oni tłumem, zbiorem elementów, z których każdy nie jest niczym więcej niż składową czegoś większego?
Wiem, że to system szkolny i warunki, w jakich znajdują się dzieci (np. nadmierna liczebność szkolnej klasy) wzmacniają, a nawet generują agresję. Trzydziestka kolegów to dla dziecka idącego do szkoły groźny tłum. Jedno dziecko przestraszy się tego tłumu i wycofa w swój świat (który rzadko bywa światem akceptowanym przez rówieśników nielubiących odmienności), inne wybierze sobie kilkoro bliższych kolegów, z którymi wejdzie w empatyczne relacje, reszcie pozostawiając rolę tła, w którego motywacje i emocje nie wchodzi się zbyt głęboko. Jeszcze inne będzie próbowało jakoś ten tłum opanować, oswoić, zrozumieć czy też intuicyjnie przyswoić rządzące nim mechanizmy, a czasem znaleźć kogoś, na kogo będzie mogło, niejako w obronie własnej, przekierować jego uwagę i niechęć. Dogadywać można się z kolegami, z tłumem nie można się dogadać, negocjować, poszukiwać wspólnoty, pięknie się różnić – tłumowi można się tylko poddać lub nad nim zapanować. Wiedzą o tym policjanci, nauczyciele, politycy – wiedzą także dzieci. Jeśli dziecko szczęśliwym trafem znajdzie się w mniej licznej klasie, ma szansę oswoić nie tłum, ale kolegów, wszystkich razem i każdego z osobna.
Tam, gdzie dzieci jest mniej, na ich korzyść działa także przestrzeń, a tam, gdzie ich więcej, tłok działa na ich niekorzyść. W tłoku łatwiej się potrącić, pokłócić, przeszkadzać sobie nawzajem, a trudniej znaleźć dla siebie miejsce. W tłoku nawet nie ma dokąd odejść, kiedy sytuacja z kolegami robi się nieprzyjemna. Pamiętam taką wychowawczą rozmowę z delikwentem, który rozbił drugiemu nos:
– Dlaczego go uderzyłeś?
– Bo mnie przezywał.
– To nie mogłeś sobie pójść gdzieś indziej?
– Nie.
Wtedy to „nie” zabrzmiało nam, nauczycielom, jak prowokacyjna odzywka hardego młokosa, ale on naprawdę nie miał gdzie pójść.
Nie mają dokąd pójść dzieci, które muszą zostać w szkole po lekcjach. Nauczycieli w świetlicach jest mało, więc dzieci upycha się kolanem w pomieszczeniach, które jeden dyżurny opiekun może ogarnąć wzrokiem. Kiedy nauczyciel – nawet pasjonat kochający swoją pracę i przepadający za dziećmi – ma pod opieką w małym pomieszczeniu kilka dziesiątek dzieciaków, z którymi nie zdążył się zgrać, dotrzeć, i które nie zgrały, nie dotarły się między sobą, których imion i życiowych historii nie zna, może tylko pilnować, żeby siedziały możliwie nieruchomo i bezgłośnie, a jedynym dostępnym mu narzędziem pedagogicznym jest terror. Efekt tego jest taki, że uczniowie różnych klas, a więc tym bardziej obcy sobie i postrzegający innych jak niebezpieczny tłum, siedzą po kilkadziesięcioro w jednej sali, markując odrabianie lekcji czy jakąś inną samodzielną aktywność, a więc bezpowrotnie tracąc czas i myśląc o sobie jako o zawadzającym ludziom dorosłym bagażu, który zamknięto w przechowalni. Taki właśnie komunikat odbiera dzieciak w przepełnionej świetlicy od swojej szkoły, od swojego państwa: Jesteś niepotrzebne. Tylko kłopot z tobą. Trzeba cię gdzieś upchnąć, pilnować, żebyś nie zrobiło krzywdy sobie albo innemu.
Dziecku, które od zerówki doświadcza w szkole ścisku i tłoku, a zbyt licznych kolegów postrzega jako tłum, raczej trudno będzie później wyjść z kolein postępowania z innymi ludźmi nie jako z bliźnimi, ale składowymi niebezpiecznej masy. W tłumie nie ma miejsca na odmienność, a jest mnóstwo okazji, żeby zbierać razy, siniaki czy choćby tylko nieprzychylne spojrzenia, które jednak w duszy kumulują się w postać agresji i poszukują ujścia. W tłumie jakakolwiek odmienność zawsze będzie prześladowana, i to prześladowana tym okrutniej, im bardziej tłum będzie pozostawiony sam sobie, pozbawiony kontroli i granic zewnętrznych.
***
Mamy już dosyć długie doświadczenie funkcjonowania szkół prywatnych i społecznych, do których zamożni rodzice posyłają swoje dzieci, aby z jednej strony uchronić je (to chyba dziś najczęstsza motywacja) przed doświadczaniem przemocy ze strony kolegów, z drugiej zaś zapewnić im możliwość rozwijania indywidualnych potencjałów oraz bycia traktowanym przez nauczycieli po ludzku. Po ludzku, czyli indywidualnie, jako osoba, a nie część tłumu. Zadziwiające jest dla mnie to, że kolejni włodarze naszej oświaty nie starają się w żaden sposób wykorzystać tego doświadczenia dla dobra naszego publicznego systemu szkolnictwa. Nie rozumiem, dlaczego, skoro powszechnie mówi się o przewadze szkół prywatnych nad publicznymi, nie upodobnić szkół publicznych do prywatnych w tych aspektach ich działalności, które wymagają reform.
To nie jest tak, że w szkołach prywatnych (czy społecznych) nie istnieją problemy przemocy, prześladowania czy wręcz szczucia, nietolerancji dla odmienności, homofobia czy ksenofobia. Mówi się, że jest tam mniej przemocy dzięki finansowej i towarzyskiej selekcji, dzięki temu, że chodzą tam dzieci, które z domu wyniosły kulturę postępowania z innymi ludźmi. Myślę, że jeśli jest w tym nawet trochę prawdy, to bardzo niewiele. Dzieci w domu raczej nie uczą się radzenia sobie z grupą rówieśników, te doświadczenia zdobywają właśnie w szkole. Pracowałem w szkołach państwowych i prywatnych, i nie sądzę, żeby do tych drugich chodziły dzieci mniej skłonne (czy też bardziej skłonne) do przemocy w grupie, prześladowania kolegów, nietolerancji. Także w szkołach prywatnych młodzi prześladowcy spotykają swoje ofiary i uprzykrzają im życie. Poznałem kilkoro niezwykle kulturalnych młodych ludzi z bardzo dobrych rodzin, wobec bliźnich poza szkołą grzecznych i układnych, a w szkole inicjujących okrutne nieraz prześladowania. Takich choćby, którzy – skoro od homofobii wyszliśmy – wśród krewnych i przyjaciół domu mieli jawnych i uwielbianych homoseksualistów, a w szkole niszczyli kolegów, odkrywając czy też imputując im homoseksualne skłonności, nie z żadnej homofobii, ale po prostu dlatego, że było to szczególnie bolesne.
Jestem przekonany, że w kwestii szkolnych prześladowań o wiele większe znaczenie niż środowisko pochodzenia ma liczebność szkolnej klasy, przestrzeń lub jej brak w szkole, i, co bardzo ważne, liczba nauczycieli, którzy mogą się dziećmi zająć.
Ponieważ nauczyciele ze szkół prywatnych mają pod opieką mniej młodych ludzi, mogą nie dopuścić do tego, żeby rówieśnicza przemoc i prześladowania osiągnęły pewien punkt krytyczny, spowodowały fizyczną krzywdę czy doprowadziły ofiarę do ostateczności. Nauczyciel prędzej dostrzeże przemoc i zareaguje w klasie dwudziestoosobowej niż trzydziestoosobowej, i dzieci o tym wiedzą. Nie jest chyba zbyt odkrywcze stwierdzenie, że młodzi ludzie badają granice stawiane im przez świat, a ci, którzy przekonują się, że ich niepożądane zachowania nie pozostają niezauważone, są mniej do nich skłonni.
W wielu szkołach prywatnych nauczyciel ma w dodatku ten luksus, że może przyznać się – przed zwierzchnikami, kolegami i samym sobą – do pedagogicznego niepowodzenia, poprosić o pomoc w sytuacji, która go przerosła. W wielu szkołach publicznych, szczególnie w ogromnych molochach z sześcioma klasami na jednym poziomie, których dyrektorzy nie pamiętają imion i nazwisk nie tylko uczniów, ale także nauczycieli, wszyscy są tak zmordowani, że każdy ma radzić sobie sam, a na przyznanie się do niepowodzenia czy trudności można usłyszeć: „Skoro nie daje sobie pani/pan rady, to może powinniśmy się rozstać”. Wszelka pomoc jest bowiem kosztowna (czy można sobie w takiej szkole wyobrazić choćby prośbę nauczyciela o przydzielenie współprowadzącego lekcje do „trudnej” klasy?), a najwyższą (często jedyną) cnotą dyrektora jest oszczędność. Uczniowie naprawdę świetnie wyczuwają, czy ich wychowawca albo nauczyciel przedmiotu może liczyć na pomoc i wsparcie.
Przemocy i prześladowań w naszych szkołach nie da się zwalczać przy pomocy warsztatów antydyskryminacyjnych i najbardziej nawet pomysłowych programów edukacyjnych w sytuacji sprzyjającej im państwowej polityki edukacyjnej (a także jej samorządowych pochodnych), której nadrzędnym celem jest poszukiwanie oszczędności. Likwidowanie szkół, dogęszczanie klas, wciskanie nauczycielom wciąż większej liczby godzin i nowych obowiązków biurokratycznych – to wszystko przekłada się na gorszą atmosferę w szkole, gorsze samopoczucie dzieci, obniżenie ich poczucia własnej wartości. Dzieci stają się bardziej skłonne do przemocy i poszukują uzasadniających tę przemoc ideologii, takich jak homofobia, ksenofobia, pogarda dla słabości, odmienności, biedy itp. Ideologię tę znajdują w przekazie religijnym: czy tym kościelnym, czy rynkowym, konsumpcyjnym.
Na natężenie przemocy w szkole ma wpływ każdy element szkolnej rzeczywistości. Ot, choćby funkcjonowanie szkolnej stołówki. Zatrudniona w szkole kucharka gotująca, a potem nalewająca dzieciakowi zupę to osoba współtworząca środowisko, dokładająca się jakoś do jego poczucia bezpieczeństwa i zakorzenienia, a w dodatku taka, przy której pewnych zachowań nie należy ujawniać, przy której należy ćwiczyć powściąganie agresji czy nieokrzesania. Rozdający styropianowe tacki z jedzeniem dostawcy z cateringu – dziś ci, jutro tamci – to obsługa taka jak w barze ze śmieciowym jedzeniem: mają zrobić swoje i sobie pójść, nic im do tego, co się dzieje między klientami. Atmosferę sprzyjającą przemocy tworzy także spożywanie posiłków w pośpiechu, tłoku, kiedy trzeba ścigać się z innymi klasami i z kolegami, żeby zająć miejsce przy stolikach. A także wszelka niestałość, niestabilność: zmieniający się zbyt często nauczyciele i inni pracownicy szkoły, wędrówki w poszukiwaniu wolnej sali lekcyjnej, system zmianowy.
***
Kiedy szukamy lekarstw na rodzącą się w szkołach przemoc, szukajmy pomysłów tam, gdzie problem udaje się w jak największym stopniu kontrolować. Mam wiele pomysłów, na niektóre z nich wpadłem, a wiele podpatrzyłem w szkołach, w których pracowałem: dużych i małych, publicznych i prywatnych. Najważniejsze z tych pomysłów: od pierwszej klasy podstawówki dwudziesto-, najwyżej dwudziestopięcioosobowe klasy. W każdej klasie dwójka wychowawców. Szkoły małe: dwie, najwyżej trzy klasy na każdym poziomie. Do końca podstawówki (może nawet ośmioletniej?) podział zajęć tylko na cztery-pięć przedmiotów i nauczyciele, którzy w każdej z klas spędzają co najmniej pięć godzin lekcyjnych. Obszerna, przestronna świetlica szkolna dla dwudziestki dzieci, z propozycją zajęć i pomocy nauczyciela w odrabianiu lekcji lub nadrabianiu zaległości. Jeśli dzieci jest więcej, należy otworzyć kolejną świetlicę. Do tego bogata oferta zajęć pozalekcyjnych w szkole i innych instytucjach kultury. W klasach, w których jest problem z przemocą, lekcje mogłyby być prowadzone przez dwójkę nauczycieli. Dyrektor szkoły powinien móc zatrudnić dodatkowych nauczycieli, jeśli uczniowie sprawiają więcej problemów wychowawczych.
Poza tym: minimum programowe z poszczególnych przedmiotów powinno się planować na 50% roku szkolnego, reszta czasu przeznaczona byłaby na projekty, działania według uznania uczniów i wychowawców. Samorząd szkolny i rady rodziców powinny mieć głos decyzyjny w takich sprawach, jak realizowanie projektów, zajęcia dodatkowe, wycieczki. Nauczyciele mieliby stabilne zatrudnienie, ale też podlegaliby ocenie samorządu uczniowskiego i rodzicielskiego. No i oczywiście istotne jest dofinansowanie szkolnej infrastruktury i materiałów dydaktycznych. Dzieci już od zerówki powinny lubić swoją szkołę także jako budynek, przestrzeń, miejsce spędzania czasu.
Problem przemocy można kontrolować tam, gdzie uczniowie się nie tłoczą, a nauczycieli jest dużo. I takie powinny być polskie publiczne szkoły. A że takich nie ma? Trzeba budować. Że za mało nauczycieli? Trzeba kształcić, zatrudniać, proponować stabilną posadę i dobre warunki, a wymagać dobrej pracy. A że nie ma na to pieniędzy? Nie rozumiem. Są na stadiony, autostrady, aquaparki, banki, zyski, dywidendy, apartamenty, SUV-y, jachty, a nie ma na szkoły? To wszystko jest postawione na głowie.
przez Karol Trammer | poniedziałek 20 lipca 2015 | opinie
Czy z linii niezelektryfikowanych uda się zdjąć odium nieatrakcyjnej oferty przewozowej, problemów technicznych i perturbacji ruchowych?
Czerwiec 2010 r., z torów znika ostatni pociąg dalekobieżny z Warszawy do Szczecina kursujący trasą przez Toruń, Bydgoszcz i Piłę. To połączenie zniknęło tylko dlatego, że liczący 58 km odcinek Piła Główna – Krzyż, stanowiący fragment tego prawie 500-kilometrowego ciągu, nie jest zelektryfikowany, przez co skład musiał być przeciągany lokomotywą spalinową.
Niespełna rok wcześniej, we wrześniu 2009 r., pociągi dalekobieżne zniknęły z uzdrowisk kłodzkich: Polanicy, Dusznik i Kudowy. W tym samym momencie – wraz z odjazdem ostatniego pociągu do Krakowa przez Warszawę – skończyła się historia połączeń dalekobieżnych w Grudziądzu. We wrześniu 2009 r. zniknęły też pociągi łączące Zamość z Warszawą. Następnie w grudniu 2009 r. zlikwidowano pociągi dalekobieżne łączące Krosno, Sanok oraz Bieszczady z resztą kraju.
Piekielna podróż
W minionych latach wiele nawet dużych miast czy popularnych kurortów nagle znalazło się poza siecią połączeń dalekobieżnych. Stało się tak właściwie tylko dlatego, że docierające do tych ośrodków linie kolejowe nie są zelektryfikowane.
Jednym z czynników wywołujących znikanie pociągów dalekobieżnych z linii niezelektryfikowanych były przekształcenia z 2008 r., w ramach których dokonany został podział taboru między spółki Grupy PKP. Do spółki PKP Intercity trafiło zbyt mało lokomotyw spalinowych – relokację taboru zaplanowano bowiem bez uwzględnienia faktu, że od 1 grudnia 2008 r. PKP Intercity przejmuje obsługę całego segmentu połączeń pospiesznych od Przewozów Regionalnych. Ponadto podjęto wówczas decyzję o przypisaniu wszystkich lokomotyw serii SU46 do przewoźnika towarowego PKP Cargo. Stało się tak, mimo że domeną tych spalinowozów była obsługa dalekobieżnych połączeń pasażerskich na liniach niezelektryfikowanych. Charakterystyka tych lokomotyw to prędkość maksymalna wynosząca 120 km/h, duża moc silników umożliwiająca dynamiczne prowadzenie dłuższych składów oraz prądnica zasilająca urządzenia w wagonach pasażerskich, takie jak klimatyzacja czy ogrzewanie.
Niedopasowanie taboru do potrzeb przewozowych w fatalny sposób dało o sobie znać w upalne wakacje 2013 r., gdy w pociągu ExpressInterCity relacji Warszawa – Hel dochodziło do dantejskich scen: nie działała klimatyzacja, z muszli klozetowych przelewały się fekalia, wyciekając do przedsionków i korytarzy. Wszystko przez to, że na odcinku Gdynia – Hel skład obsługiwała spalinowa lokomotywa manewrowa SM42, nie zapewniająca zasilania klimatyzatorów i toalet działających w układzie zamkniętym. – To jedyny tabor, którym dysponowaliśmy, aby móc zrealizować połączenie – rozkładała ręce Zuzanna Szopowska, rzecznik prasowy PKP Intercity. Urząd Transportu Kolejowego nałożył na przewoźnika karę za brak higieny w pociągu. Na ponury żart zakrawało to, że jednocześnie w innych częściach kraju spółka PKP Cargo wykorzystywała lokomotywy SU46 do pracy manewrowej ze składami towarowymi.
Dalej nie pojedziemy
Część lokomotyw serii SU46 owszem była wynajmowana przez PKP Intercity od PKP Cargo, problem w tym, że udostępniona przez przewoźnika towarowego liczba tych spalinowozów była jednak zbyt mała, by możliwe było stworzenie atrakcyjnej oferty przewozowej na ciągach leżących poza zelektryfikowaną siecią kolejową. Ba, była nawet zbyt mała, by zapewnić niezakłóconą obsługę na nielicznych funkcjonujących relacjach. W przypadku awarii lokomotyw, konieczności przeprowadzenia przeglądu czy większych opóźnień nasilały się perturbacje w codziennej obsłudze ruchu pociągów.
Niejednokrotnie dochodziło do takich sytuacji jak ta z 23 kwietnia 2014 r.: pociąg TLK „Solina” z Piły przez Bydgoszcz, Toruń, Warszawę zbliża się do Lublina. Tu ma nastąpić zmiana lokomotywy elektrycznej na spalinowóz, by skład linią niezelektryfikowaną mógł skierować się w dalszą drogę w kierunku Przemyśla. Jednak PKP Cargo w ostatniej chwili informuje spółkę PKP Intercity, że lokomotywę SU46, która miała przejąć pociąg, wysłano na przegląd techniczny, z którego wróci dopiero za kilka godzin. Podróżni musieli więc przesiąść się do autobusu zastępczego.
Podobne sytuacje miały miejsce również na innych trasach. Na przykład co najmniej kilka razy w pierwszych miesiącach 2014 r. – po tym, gdy PKP Intercity zrezygnowało z utrzymywania własnych wyeksploatowanych lokomotyw SU45 i łatało braki maszynami tego typu wypożyczonymi od spółki Przewozy Regionalne – zdarzało się, że pasażerów pociągu TLK „Hańcza” z Warszawy do Suwałk przesadzano w Białymstoku do autobusów. Powód? Brak sprawnej danego dnia lokomotywy spalinowej do poprowadzenia składu niezelektryfikowanym odcinkiem do Suwałk.
Na ciągu między Lublinem a Rzeszowem wielokrotnie dochodziło do tego, że PKP Cargo, zamiast zgodnie z umową podstawić lokomotywę SU46, udostępniało na potrzeby PKP Intercity spalinowóz o dużo gorszych parametrach trakcyjnych, przez co pociąg nie był w stanie pokonać trasy w rozkładowym czasie przejazdu, a powstające opóźnienie promieniowało na kolejne połączenia.
W obliczu coraz poważniejszych problemów taborowych spółka PKP Intercity zdecydowała się na wynajęcie lokomotyw spalinowych z zagranicy. Cztery spalinowozy serii 754 przewoźnika České Dráhy zostały ściągnięte do Polski w połowie 2014 r., piąty – na początku 2015 r. Dzięki czeskim lokomotywom, przystosowanym do pełnego zasilania elektrycznego wagonów, na trasie na Półwysep Helski udało się uniknąć kolejnej wakacyjnej kompromitacji spod znaku ukropu i fekaliów. Spalinowozy serii 754 skierowano jednocześnie do obsługi składów TLK na odcinkach Białystok – Suwałki i Ełk – Korsze.
Czeskie maszyny trafiły także na Podkarpacie, gdzie umożliwiły reaktywację połączeń dalekobieżnych w południowej części regionu. Albowiem to właśnie lokomotywa serii 754 obsługiwała pierwszy pociąg dalekobieżny, który po pięcioletniej przerwie wjechał na niezelektryfikowany odcinek z Rzeszowa przez Strzyżów, Jasło, Krosno i Sanok do Zagórza. Od 14 grudnia 2014 r. kursuje tędy pociąg TLK z Gdyni przez Warszawę i Kraków.
Spalinowe zakupy
Umowa na wynajem czeskich lokomotyw początkowo była zawarta do wiosny 2015 r., potem przedłużono ją do grudnia 2015 r. Beata Czemerajda z PKP Intercity mówiła jesienią 2014 r.: – Lokomotywy uzupełniają nasz park taboru spalinowego do czasu dostawy 10 nowych lokomotyw spalinowych dalekobieżnych przez Pesę i 20 lokomotyw modernizowanych przez Newag.
W maju 2015 r. Pesa dostarczyła spółce PKP Intercity pierwszą lokomotywę serii SU160. Całe zamówienie, obejmujące 10 spalinowozów, ma zostać zrealizowane do października 2015 r. – Zakup nowoczesnych lokomotyw spalinowych to ważny element naszej strategii taborowej – powiedział w chwili dostawy Piotr Rybotycki, członek zarządu PKP Intercity. – W efekcie możemy oferować naszym pasażerom wysoki komfort i bezpieczeństwo podróży również na liniach niezelektryfikowanych.
Pierwsze trzy lokomotywy z Pesy zostały skierowane na Podkarpacie i obsługują już pociągi kategorii TLK i InterCity na odcinkach Rzeszów – Zagórz, Rzeszów – Zamość i Rzeszów – Lublin. Kolejne pojazdy SU160 trafić mają do Białegostoku z myślą o trasie Ełk – Korsze, a także do Krzyża w celu doprowadzania pociągów dalekobieżnych do Gorzowa Wielkopolskiego, największego polskiego miasta, do którego nie dociera zelektryfikowana linia kolejowa. Spalinowozy SU160 skierowane do Krzyża mają też umożliwić reaktywację połączeń dalekobieżnych na odcinku Piła – Krzyż. W grudniu 2015 r. można więc spodziewać się powrotu pociągów łączących Warszawę ze Szczecinem trasą przez Toruń, Bydgoszcz i Piłę. Przypomnijmy, połączenia te zostały zlikwidowane w 2010 r.
Zrealizowane zostały już dostawy 20 lokomotyw spalinowych SM42 po modernizacji w zakładach Newag. W ramach tego zlecenia dziesięć dawnych lokomotyw manewrowych przystosowano do pracy liniowej (zmiana serii na SU42). Przebudowa objęła wymianę silników i podzespołów, wyposażenie w prądnicę zasilającą wagony i przebudowę kabiny maszynisty dla poprawy widoczności. Lokomotywy SU42 w Gdyni przejmują wakacyjne pociągi dalekobieżne docierające z różnych stron Polski i następnie prowadzą je na Półwysep Helski.
Z kolei na drugim końcu Polski – za sprawą wprowadzenia do eksploatacji zmodernizowanych lokomotyw SU42 – po prawie sześciu latach przerwy pociągi dalekobieżne powróciły do kłodzkich uzdrowisk. Od 27 czerwca 2015 r. do Kudowy-Zdrój przez Polanicę i Duszniki docierają dwa pociągi TLK: nocny „Rozewie“ z Trójmiasta przez Bydgoszcz, Poznań i Wrocław oraz dzienny „Śnieżka” z Warszawy przez Łódź i Wrocław.
Miasta elektryczne i spalinowe
Czy uzupełnienie parku taborowego o 20 lokomotyw spalinowych dostosowanych do liniowej obsługi pociągów pozwoli zdjąć z linii niezelektryfikowanych odium słabej oferty dalekobieżnej?
Już można mówić o zmianie podejścia do linii niezelektryfikowanych, na których dotychczas przede wszystkim zmniejszano liczbę połączeń, a tymczasem na obecnym etapie prac nad rozkładem jazdy, wchodzącym w życie w grudniu 2015 r., spółka PKP Intercity przewiduje zwiększenie liczby połączeń dalekobieżnych na kilku niezelektryfikowanych ciągach: do Gorzowa Wielkopolskiego, na trasie z Lublina do Rzeszowa czy na przecinającej Mazury linii z Olsztyna do Ełku.
Jednak z drugiej strony mieszkańcy części dużych miast leżących przy liniach niezelektryfikowanych nadal pozostaną tylko z pociągami regionalnymi. Mowa między innymi o Grudziądzu (98 tys. mieszkańców), Świdnicy (60 tys.), Starogardzie Gdańskim (49 tys.), Nysie (45 tys.), Chojnicach (40 tys.), a także o Żarach i Żaganiu (liczących razem 65 tys. mieszkańców) czy o 75-tysięcznym trójmieście Dzierżoniowa, Bielawy i Pieszyc.
Mimo zmian widocznych na poszczególnych odcinkach, wciąż jednak nie można mówić o perspektywach na generalne przezwyciężenie problemu podziału na miasta „elektryczne” i „spalinowe”. Nadal w zbyt wielu przypadkach oferta przewozowa dla porównywalnej wielkości miast będzie diametralnie się różnić w zależności od tego, czy do danego ośrodka dociera linia zelektryfikowana czy niezelektryfikowana.
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn”, nr 4/78 (lipiec-sierpień 2015).
przez Alex Andreou | czwartek 16 lipca 2015 | opinie
Przepraszamy wszystkich marksistów świata za to, że Grecja odmówiła popełnienia rytualnego samobójstwa dla dobra sprawy. Musieliście bardzo cierpieć na swoich kanapach.
O europejskim czy nawet światowym pejzażu politycznym bardzo wiele mówi fakt, że wszystkie marzenia o socjalizmie zostały złożone na barkach młodego premiera małego kraju. Pojawiła się żarliwa, irracjonalna, niemal ewangeliczna wiara w to, że malutki kraj, tonący w długach i rozpaczliwie potrzebujący płynności finansowej, w jakiś magiczny sposób (którego nikt oczywiście nie jest w stanie sprecyzować) pokona globalny kapitalizm, uzbrojony jedynie w kamienie i patyki.
Gdy okazało się, że do tego nie dojdzie, zaczęło się odwracanie plecami. „Tsipras skapitulował”. „Zdrajca”. Złożoność międzynarodowej polityki została sprowadzona do hashtaga, który szybko zmienił się z #módlmysięzatsiprasa na #tsiprasmusiodejść. Świat domagał się kulminacji, wielkiego finału, hollywoodzkiego rozwiązania. Wszystko poza walką do ostatniej kropli krwi było nieakceptowalnym tchórzostwem.
Bardzo łatwo jest zachować ideologiczną czystość, jeśli nie ryzykujemy niczym – nie doświadczamy braku podstawowych produktów, klęski spójności społecznej, groźby wojny domowej, nie ryzykujemy życiem. Jak łatwo jest żądać zawarcia umowy, której z całą pewnością nie zaakceptowałby żaden kraj członkowski strefy euro. Jak łatwo jest podejmować odważne decyzje, gdy sam nie nadstawiasz karku, gdy nie odliczasz, tak jak ja, ostatnich dwudziestu czterech dawek leku, który zapobiega atakom choroby twojej matki.
Dwadzieścia dawek. Czternaście.
Osobliwą właściwością patologicznych krytyków jest skupianie się jedynie na tym, co zostało stracone, zamiast na tym, co zyskano. Taka mentalność powoduje również, że ta mała część każdego społeczeństwa, która wygląda swojej idealnej Socjalistycznej Utopii, równocześnie na wszystkie możliwe sposoby unika płacenia podatków.
Sam koncept „zdrady” Tsiprasa bazuje w dużej mierze na cynicznej nadinterpretacji wyników zeszłotygodniowego referendum. „OXI”, jak wmawiają nam krytycy, oznaczało „nie” dla jakiejkolwiek formy umowy, upoważniało do wdrożenia chaotycznego Grexitu. Nic z tych rzeczy. We wszystkich przemówieniach Tsipras podkreślał, że potrzebuje silnego „OXI”, by użyć go jako dźwigni, która umożliwi osiągnięcie lepszego rezultatu w negocjacjach. Czyżbyście to przeoczyli? Możecie oczywiście uważać, że nie osiągnął lepszego układu – i tu być może macie rację – ale sugerowanie, że referendum oznaczało upoważnienie dla Grexitu, jest wyjątkowo obłudne. A co z 38%, które zagłosowały „NAI”? Czy ich Tsipras nie reprezentuje?
Nie lękajcie się. Umowa tak czy siak może okazać się niewykonalna lub nie przejść przez grecki parlament. Syriza może wewnętrznie eksplodować, a Grexit zostać wymuszony przez tych, którzy od lat starają się do niego doprowadzić. Wtedy zobaczymy, jak wygląda wasze lepsze rozwiązanie.
Dwanaście dawek. Dziesięć.
Porozumienie, które osiągnął Tsipras (czy raczej to z niego, co do nas dociera) po 17-godzinnych negocjacjach, jest o wiele gorsze, niż mogliśmy sobie wyobrażać. Jest też o wiele lepsze, niż mogliśmy mieć nadzieję. Zależy to po prostu od tego, czy skupimy się na zyskach, czy na stratach. Stratą jest potworny pakiet cięć i oszczędności. Pakiet, o którym każdy, kto rozumie cokolwiek z polityki, wiedział, że i tak nadejdzie. Jedyna różnica polega na tym, że usłużny rząd, jakich mieliśmy wiele wcześniej, przyjąłby go bez walki o odszkodowania.
To, co udało się zyskać, to o wiele więcej pieniędzy, niż wcześniej mogliśmy sobie wyobrażać, na sfinansowanie średniookresowych celów i umożliwienie rządowi wprowadzenia jego programu, znaczący pakiet stymulacyjny, uwolnienie funduszy z Europejskiego Instrumentu Stabilności Finansowej (czego do tej pory odmawiano „dobremu rządowi” Samarasa) i zgoda na restrukturyzację długu poprzez transfer zobowiązań z MFW i EBC do Europejskiego Mechanizmu Stabilności. Ale to przecież nic, krzyczą krzykacze. Michael Gelantalis, analityk greckich mediów publicznych Ellinikí Radiofonía Tileórasi, szacuje, że tylko ostatni z punktów oznacza od ośmiu do dziesięciu miliardów euro odsetek mniej każdego roku. To mnóstwo pieniędzy.
Przez ostatnie kilka godzin usłyszałem, że Grecja „musi dokonać #Grexitu TERAZ”; że mamy „doskonały klimat i z łatwością osiągniemy samowystarczalność”; że powinniśmy „przyjąć bitcoin i stosować crowdfunding, żeby obejść monetaryzm”; że „USA przyślą nam lekarstwa”. Żadna z tych osób, oczywiście, nie sugeruje, że to powinno się zdarzyć w ich kraju. Tylko w Grecji, żeby mogli zobaczyć, co z tego wyjdzie. Większość z nich żyje w krajach rządzonych przez centrowe gabinety, które popierają politykę cięć i oszczędności, ale gwarantują stałą liczbę najnowszych iPadów w sklepach. Każdy z tych krajów zaś, bez wyjątku, z nożem na gardle wynegocjowałby lepszą umowę, byłby odważniejszy.
Moje pytanie do krytyków brzmi: jakie bitwy toczycie obecnie w swoim kraju, mieście, wsi? O jak wysokie stawki? Czy przypadkiem nie jesteście podobni twardogłowym ideologom cięć i oszczędności, którzy chcą eksperymentować na „zabawkowym kraju”, nażyciu milionów ludzi, żeby zobaczyć co się stanie?
Osiem dawek. Pięć.
Porażka Grecji, jeśli patrzymy na nią jak na bitwę w Helmowym Jarze, jest monumentalna i beznadziejna. To chwila, w której już „wszystko stracone”. Jeśli patrzymy na nią jak na potyczkę inicjującą o wiele większą wojnę, jest ogromnie cennym doświadczeniem. Wróg został wyciągnięty na otwartą przestrzeń, pokazał swoją siłę i słabości. Dostarczył informacji innym, Hiszpanom, Portugalczykom i Włochom, którzy upewnią się, że są lepiej przygotowani do walki. W tej bitwie walczyliśmy odważnie. I mądrze, bo Grecja przeżyje, żeby móc walczyć dalej.
Wybraliśmy dobrego, uczciwego i odważnego człowieka, który walczył jak lew przeciw niewyobrażalnie potężnym siłom i interesom. Wynik może nie jest takim męczeństwem, na jakie liczyliście. Ale na chwilę obecną wystarczy.
Alex Andreou
tłum. Mateusz Trzeciak
przez Piotr Wójcik | niedziela 12 lipca 2015 | opinie
Sporą naiwnością byłoby widzieć Greków wyłącznie w roli ofiary dramatu. Dlatego, obserwując jednostronne przedstawianie kryzysu greckiego w polskich mediach, dobrze byłoby nie popadać w drugą skrajność i nie tworzyć teorii, według których Bogu ducha winni Grecy zostali znienacka zaatakowani przez bezwzględną Trojkę. Nie ulega wątpliwości, że swoim beztroskim postępowaniem wyraźnie przyczynili się do załamania gospodarki, choć oczywiście nie był to jedyny powód kryzysu. Obecnie głównym problemem jest jednak to, że lekarstwo serwowane przez Komisję Europejską, Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy okazało się gorsze od samej choroby.
Co ciekawe i co wiele mówi o poziomie polskiej debaty publicznej, najczęściej przywoływane przez naszych komentatorów przewinienia Greków są, delikatnie mówiąc, dość wątpliwe. Słynna grecka rozrzutność i wydatki na „rozbuchany socjal” na tle danych makroekonomicznych nie wyglądają już tak jednoznacznie. W 2007 roku (czyli ostatnim przed tamtejszą recesją) ogólne wydatki sektora finansów publicznych wyniosły tam 46,9 proc. PKB, więc nie odstawały wcale od reszty strefy euro, w której wskaźnik ten przeciętnie oscylował na poziomie 45,2 proc. Szczodrość sektora publicznego była w tym okresie dużo większa chociażby we Francji (52,2 proc. PKB) czy Austrii (49,1 proc.), nie mówiąc już o Szwecji czy Danii, które do strefy euro nie należą. Jak widać, nawet wyższy od greckiego poziom wydatków publicznych nie musi prowadzić do katastrofy, a w niektórych krajach północnej Europy jest wręcz fundamentem trwałego rozwoju. Oczywiście te same pieniądze można wydawać rozsądnie lub bezmyślnie – i zapewne na miejscu byłby postulat bardziej skutecznego pożytkowania środków publicznych przez Greków. Jednak polityka oparta na takim postulacie miałaby zupełnie inny charakter niż strategia, którą podpowiadają Grekom zachodnie instytucje, czyli „zaciskanie pasa”.
Kolejnym często przywoływanym zarzutem wobec Greków jest ich rzekome lenistwo. To zarzut bez mała zdumiewający z uwagi na fakt, że Grecy są narodem pracującym niemal najwięcej na świecie. Przeciętny Grek przepracowuje aż 2042 godziny w roku, co daje drugie miejsce wśród krajów OECD. Przy tym wyniku praca statystycznego Niemca wygląda wręcz mizernie (1371 godzin). Oczywiście ktoś mógłby stwierdzić, całkiem słusznie zresztą, że sama liczba godzin pracy niewiele mówi o jej efektach. Jest w tym sporo prawdy – można przecież przesiedzieć w pracy cały dzień i nic w tym czasie nie zrobić. Jednak uznanie za szczególnie leniwego takiego narodu, który pracuje prawie najdłużej spośród państw rozwiniętych, po prostu nie ma sensu. Żeby zupełnie zaprzepaścić taką liczbę godzin pracy, całe społeczeństwo musiałoby permanentnie bimbać, a chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna, że w gospodarce rynkowej, opierającej się w przeważającej mierze na nastawionych na zysk prywatnych firmach, mogłoby uchować się społeczeństwo złożone prawie w całości z nałogowych bumelantów. Grecy nie są rzecz jasna herosami pracy, jednak nazywanie ich leniwymi jest absurdalne.
Słaba efektywność pracy jest bez wątpienia jednym z dwóch głównych zarzutów, które można postawić Grekom. W 2008 r. produktywność grecka wynosiła 22,2 euro na godzinę, czym zdecydowanie odstawała od przeciętnej wartości dla strefy euro (35,9). Wchodzenie do jednego obszaru walutowego przy tak ogromnych różnicach w produktywności jest bardzo niebezpieczne, szczególnie dla kraju, który nie zamierza konkurować niskimi kosztami. Niska efektywność pracy niewątpliwie jest jednym z tych czynników, z powodu których Grecy cierpią najbardziej. Jednak teorie mówiące, że niska wydajność jest wynikiem małego przykładania się do pracy, są zupełnie oderwane od rzeczywistości. We współczesnym świecie za wydajność odpowiada przede wszystkim poziom technologiczny przedsiębiorstw, a nie podejście do pracy. Doskonale powinni wiedzieć o tym Polacy, którzy doświadczają tego podczas wyjazdów do pracy za granicę. Wystarczy posłuchać opowieści naszych emigrantów o Norwegach potrafiących pół dnia malować jedną ścianę, którą Polak ku zdumieniu miejscowych pomaluje lepiej w godzinę, albo o Francuzach, pracujących niczym w zwolnionym tempie, w piątki wychodzących o 12, a do obiadu w pracy pijących wino. A mimo to zarówno Norwedzy jak i Francuzi produktywnością biją nas na głowę – po prostu dzięki wysoko rozwiniętym przedsiębiorstwom i zaawansowanej organizacji pracy nie muszą wypruwać sobie żył. Za niską efektywność odpowiada więc zacofanie technologiczne firm, a nie lenistwo. A wyjściem z takiej sytuacji jest skok technologiczny i wzrost innowacyjności, a nie dokręcanie ludziom śruby.
Drugim zarzutem, który należy postawić Grecji, jest niska dyscyplina podatkowa. Unikanie podatków stało się tam wręcz sportem narodowym, na co jednym z dowodów jest tamtejsza eksplozja samozatrudnienia. Grecja stała się wręcz europejskim zagłębiem osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą. W UE pod tym względem jest zupełnie bezkonkurencyjna – według OECD aż 37 proc. tamtejszej siły roboczej to samozatrudnieni. Drugie w kolejności Włochy mają ten wskaźnik na poziomie aż 12 pkt. proc. mniejszym. Nawiasem mówiąc, w czołówce są głównie kryzysowe kraje grupy PIGS oraz… Polska. Oczywiście taka forma działalności zarobkowej jest w tym kraju – tak jak i nad Wisłą – po prostu sposobem na płacenie niższych podatków, co w komplecie z innymi „pomysłowymi” rozwiązaniami optymalizacyjnymi doprowadziło do bardzo dużej dziury w finansach publicznych. O ile w wydatkach tego sektora Grecja trochę przewyższała średnią strefy euro, to w jego dochodach jest wyraźnie poniżej. Ogólne dochody sektora finansów publicznych w ostatnim, przedkryzysowym roku (2007) wyniosły tylko 40,2 proc. PKB przy średniej dla eurozony wynoszącej 44,7 proc. Jeśli ktoś chce mieć rozbudowany system świadczeń socjalnych oraz zabezpieczenia społecznego taki jak na zachodzie UE, to nie może mieć dochodów publicznych na poziomie krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Porządne państwo dobrobytu wymaga dyscypliny podatkowej, której na Peloponezie nie było. Musiało się to skończyć wysokim długiem publicznym, który przed rozpoczęciem akcji „ratunkowej” wynosił, bagatela, ok. 120 proc. PKB. Jest to zresztą zjawisko idące pod prąd dominującej wykładni wolnorynkowej, która wiedzie prym w krytyce Grecji. Widać przecież, że Grecy cierpią nie z powodu lenistwa, lecz z powodu swojej… przedsiębiorczości (masowe zakładanie firm) oraz dzięki wychwalanej w Polsce „zaradności” (optymalizacja podatkowa). Jeszcze bardziej zdumiewa, że ta krytyka Greków tak dobrze przyjęła się w Polsce, chociaż pod względem obu cech bardzo Greków przypominamy.
Problemy były więc głównie dwa – niska produktywność oraz wysoki dług publiczny w stosunku do PKB. Relację zadłużenia do PKB najprościej można zmniejszyć poprzez zwiększenie produktu krajowego. Natomiast zwiększenia wydajności można dokonać głównie dzięki skokowi technologicznemu. Spełnienie obu celów wymaga sporych wydatków – wzrost PKB wymaga zarówno inwestycji, jak i konsumpcji, natomiast rozwój technologiczny głównie nakładów na inwestycje (ale za to ogromnych). Nie da się zwiększyć PKB dławiąc popyt wewnętrzny. Nie da się dokonać skoku technologicznego drastycznie obcinając wydatki. To po prostu niemożliwe. Tymczasem dokładnie taką strategię Trojka narzuciła Grecji. Wyjściem Grecji z opisanego dołka miało być „zaciskanie pasa” na wszelkich możliwych polach – od popytu prywatnego (zmniejszanie płacy minimalnej, zwolnienia i obniżki płac w jednostkach publicznych, cięcia emerytur) do sektora publicznego (cięcia jego wydatków). Siłą rzeczy musiało to doprowadzić do pogłębienia lub przynajmniej utrwalenia jej problemów. PKB nie ma prawa rosnąć, gdy konsumpcja wewnętrzna drastycznie spada. Żaden przedsiębiorca nie zaryzykuje nakładów na inwestycje w lepszy i bardziej wydajny sprzęt, gdy nie ma najmniejszej nawet pewności, czy sprzeda swoje towary lub usługi, a nawet ma pewność, że ich nie sprzeda. To wydaje się oczywiste, jednak biurokraci z UE i MFW z jakiegoś tajemniczego powodu twierdzili inaczej. Konsekwencje tego były, jak przystało na Grecję, iście dramatyczne.
Polityka „austerity” narzucona Grecji przez Trojkę, która miała przykładnie zacisnąć pas na jej cherlawym ciele, doprowadziła przede wszystkim do załamania PKB. W latach poprzedzających „pomoc” Trojki dla Grecji recesja była jeszcze umiarkowana – w roku 2008 wyniosła -0,8 proc. PKB, a w 2009 -4,4 proc. (w tym roku recesja np. w Estonii wyniosła -14,7 proc.). Od czasu, gdy Trojka zaczęła wdrażać „pakiety pomocowe”, recesja skoczyła dwukrotnie – w 2011 wyniosła -8,9 proc., a w 2012 r. -6,6. „Odchudzanie” sektora publicznego sprowadzało się do fali zwolnień, przez co bezrobocie skoczyło do ponad 25 proc., a odzyskiwanie konkurencyjności oparło się głównie na cięciach wynagrodzeń (np. obniżka płacy minimalnej), co skończyło się tym, ze w ostatnich latach płace realne w Grecji spadały o 5 proc. rocznie. Jak w takich warunkach budować prawdziwą konkurencyjność (technologiczną), nie do końca wiadomo. Nic więc dziwnego, że główny problem Grecji, czyli niska wydajność, jeszcze się pogłębił – produktywność spadła z 22,2 euro na godzinę w 2008 r. do 20,2 euro w roku 2013. Inaczej mówiąc, strategia Trojki, która powinna w pierwszej kolejności zadbać o wzrost greckiej produktywności, doprowadziła do jej spadku. Rzekomi Samarytanie z KE, EBC i MFW, zamiast wyciągnąć Grecję za uszy z jej kłopotów, jeszcze ją dobili. Co najlepsze, zrobili to przeznaczając na ten cel setki miliardów euro.
Od 2010 r. PKB Grecji spadł o 25 proc. W takiej sytuacji nie da się zmniejszać problemu długu publicznego. Nawet gdy wartość długu się zmniejsza, to szybko spadający produkt krajowy powoduje, że relacja zadłużenia do PKB rośnie, a więc staje się on coraz trudniejszy do obsługi. Nic więc dziwnego, że wszystkie pakiety pomocowe skończyły się tym, że dług publiczny Grecji z ok. 120 proc. PKB wywindowano w błyskawicznym tempie do poziomu niemal 180 proc. PKB. Spadek produktu krajowego drastycznie wpłynął także na pozostałe wskaźniki. Pomimo poczynienia wielkich oszczędności, wydatki sektora finansów publicznych w stosunku do produktu krajowego wzrosły aż do 60 proc. PKB w 2013 r., a więc skoczyły aż o kilkanaście punktów procentowych. Co najgorsze, terapia wstrząsowa zafundowana Grekom nie przyniosła nawet specjalnych widoków na poprawę. W 2014 r. „wzrost” PKB wyniósł marne 0,8 proc., chociaż po tak wielkich spadkach baza początkowa była na bardzo niskim poziomie – z reguły po bardzo głębokiej recesji odbicie wynosi czasem nawet kilkanaście procent, więc ten niecały jeden trudno nawet nazwać wzrostem.
Setki miliardów euro publicznych środków z tytułu „pakietów pomocowych” trafiły w przeważającej części do prywatnych wierzycieli Grecji, czyli głównie do banków zachodniej Europy. Ogromna publiczna pomoc przyniosła więc uspokojenie sektorowi finansowemu, jednak problem Grecji nie tylko pozostał, ale jeszcze się pogłębił. Tymczasem można było to przeprowadzić inaczej – długów wcale nie trzeba było umarzać, ale jedynie prolongować ich spłatę na dostatecznie długi okres. A pomoc dla Grecji, i to nawet mniejszej wysokości, skierować do realnej gospodarki (np. w postaci specjalnego funduszu unijnego), przeznaczając ją na nakłady inwestycyjne, by wzrosła wydajność greckich przedsiębiorstw. Uzyskana dzięki temu wartość dodana mogłaby zostać przeznaczona na spłatę zadłużenia, a nabyte bardziej efektywne środki produkcji zostałyby Grekom na lata. Oczywiście nie byłoby pewności, że to zadziała. Ale po pierwsze byłoby taniej, a po drugie UE mogłaby powiedzieć, że cokolwiek dla Grecji zrobiła. Bo na chwilę obecną tak naprawdę nie pomogła jej w żaden sposób. Tymczasem solidarność, na której podobno oparta jest Zjednoczona Europa, wymaga pomagania także tym, którzy wpadli w kłopoty w wyniku własnych błędów.
Piotr Wójcik
przez redakcja | czwartek 9 lipca 2015 | opinie
Niekończące się cięcia i oszczędności, które Europa narzuca ludowi greckiemu, po prostu nie działają. Grecja właśnie głośno powiedziała „nigdy więcej”. Finansowe żądania postawione przez Europę zmiażdżyły grecką gospodarkę, doprowadziły do masowego bezrobocia i załamania się systemu bankowego oraz sprawiły, że kryzys związany z zewnętrznym zadłużeniem jeszcze się pogłębił, a dług urósł do niespłacalnego poziomu 175 proc. PKB – co zresztą przewidywała większa część świata. Obecnie gospodarka jest w strzępach, wpływy z podatków ostro spadają, produkcja i zatrudnienie leżą odłogiem, a przedsiębiorstwa cierpią na dramatyczny brak kapitału.
Konsekwencje dla obywateli Grecji są ogromne: 40 proc. dzieci żyje obecnie w biedzie, śmiertelność niemowląt mocno wzrasta, a bezrobocie wśród młodych ludzi zbliża się do 50 proc. Korupcja, unikanie podatków i fałszowanie ksiąg księgowych przez poprzednie greckie rządy niewątpliwie przyczyniły się do powstania problemu długu. Grecy spełnili większość z żądań Merkel dotyczących cięć – obcięli pensje, ograniczyli wydatki rządowe, obniżyli emerytury, prywatyzowali, deregulowali, podnieśli podatki. Ale w ostatnich latach tak zwane programy dostosowawcze, narzucone Grecji i innym, posłużyły tylko powstaniu ogromnego kryzysu – na skalę, jakiej Europa nie widziała od lat 1929-33. Lekarstwo przepisane przez niemieckie ministerstwo finansów i Brukselę sprawiło, że pacjent wykrwawił się zamiast wyzdrowieć.
Nalegamy, by Kanclerz Merkel i Troika rozważyli zmianę kursu, aby uniknąć dalszych katastrof i umożliwić Grecji pozostanie w strefie euro. To, co dzieje się obecnie, to proszenie greckiego rządu, by przyłożył sobie broń do głowy i pociągnął za spust. Co smutne, kula wystrzelona z tej broni przekreśliłaby więcej niż tylko grecką przyszłość w Europie. Skutki uboczne dobiłyby strefę euro, postrzeganą jako światło nadziei, demokracji i dobrobytu, i mogłyby doprowadzić do dalekosiężnych gospodarczych konsekwencji dla całego świata.
W latach 50. Europa została ustanowiona na puszczeniu w niepamięć długów z przeszłości, szczególnie niemieckich, co miało ogromny wpływ na powojenny rozwój i wzrost. Dziś musimy zrestrukturyzować i zmniejszyć dług Grecji, dać gospodarce miejsce na oddech, by mogła ozdrowieć, oraz pozwolić Grekom spłacać zredukowane zadłużenie przez dłuższy czas. Nadszedł moment, by z ludzkiego punktu widzenia przemyśleć ponownie karzący i nieudany program cięć z ostatnich lat i wyrazić zgodę na znaczne zmniejszenie greckiego długu z połączeniu z bardzo potrzebnymi w tym kraju reformami. Nasz przekaz dla Kanclerz Merkel jest jasny: nalegamy, by podjęła pani energiczne działania przywódcze na rzecz Grecji i Niemiec, a także świata. Historia zapamięta panią i pani działania z tego tygodnia. Liczymy na panią w sprawie odważnych, hojnych działań na rzecz Grecji, które służyć będą Europie przez kolejne pokolenia.
Heiner Flassbeck, b. sekretarz stanu w niemieckim Ministerstwie Finansów
Thomas Piketty, profesor ekonomii, Paris School of Economics
Jeffrey Sachs, profesor ekonomii rozwoju, zdrowia i zarządzania publicznego, dyrektor Earth Institute na Columbia University
Dani Rodrik, profesor w katedrze międzynarodowej gospodarki politycznej, Fundacja Forda, Harvard Kennedy School
Simon Wren-Lewis, profesor polityki gospodarczej, Blavatnik School of Government, University of Oxford
***
Powyższy list-apel ukazał się 7 lipca 2015 r. na łamach dziennika „The Guardian”. Tłumaczyła Magdalena Komuda.