przez Joanna Duda-Gwiazda | niedziela 5 lipca 2015 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda, opinie
30 czerwca upłynął termin zakończenia negocjacji rządu Grecji z Komisją Europejską. Grecja mogłaby kontynuować zadłużanie państwa w instytucjach finansowych pod warunkiem „wdrożenia programów dostosowania strukturalnego”. Premier zapowiada referendum w tej sprawie. Komentatorzy skupiają się na ocenie zręczności polityków, ale pojawiają się też opinie kwestionujące neoliberalną receptę na rozwój gospodarczy.
W ożywionej dyskusji na temat sytuacji Grecji dominuje pogląd, że państwo było źle rządzone, co doprowadziło do kryzysu zadłużenia, a społeczeństwo gwałtownie protestuje, ponieważ chce nadal żyć na kredyt.
Nikt nie wspomina o dużych wydatkach związanych z organizacją Olimpiady w Atenach, które przyczyniły się do zapaści finansowej państwa. W Polsce nie mówi się o tym, ponieważ zbyt oczywista jest analogia do Euro 2012. Sława autostrad i eurostadionów jako sukcesu finansowego i cywilizacyjnego nieco zbladła. Dopiero Brazylijczycy wyciągnęli wnioski z doświadczeń poprzedników i organizowali protesty przeciw mistrzostwom.
W Polsce nie mówi się też o greckich armatorach, którzy rejestrują greckie statki w egzotycznych rajach podatkowych. Ciekawa jestem, kto potrafi wskazać Vanuatu na mapie. W Europie lepiej znany jest Cypr, popularny raj podatkowy armatorów. Według nowomowy neoliberalnej unikanie płacenia podatków nazywa się „optymalizacją podatkową”. Pusta kasa państwowa to zmartwienie polityków, którzy nie potrafią prowadzić takiego biznesu, jakim jest państwo. Rząd Grecji odrzucił korzystną ofertę sprzedaży kilku wysp na Morzu Egejskim. Polskim politykom spieszy z pomocą armia samorządowców pana Kukiza, doświadczonych gospodarzy, wspierana przez ekonomistów z Centrum im. Adama Smitha. Może uda się sprzedać kolumnę króla Zygmunta równie korzystnie, jak Polskie Nagrania…
Warto jeszcze wyjaśnić, co to jest „dobre rządzenie”, którego zabrakło w Grecji. Intuicyjnie wiemy, że to „system Tuska”, ale sięgnijmy do źródeł. Bank Światowy i OECD nieustannie troszczą się o polityków, wdrażając zasady „dobrego rządzenia”. „Optymalny program” pozwala ciąć wydatki na cele społeczne przy „minimalnym ryzyku politycznym”, czyli ryzyku protestów społecznych.
W 2003 r. prywatny właściciel dobrze prosperującej fabryki kabli w Ożarowie zamknął fabrykę. Prawdopodobnie chodziło o zlikwidowanie konkurencji dla importu kabli francuskich, ale są to tylko nasze domysły. Załoga protestowała, szukała wsparcia w rządzie, parlamencie, kościele. Pamiętam, że przyjechał wtedy do Ożarowa poseł Zbigniew Ziobro, wyraził poparcie zdesperowanym pracownikom, obiecał interwencję, ale nic to nie pomogło. Prawo własności jest święte. Pracownicy dzień i noc trzymali straże przed budynkiem, aby nie dopuścić do wywiezienia maszyn. Prawa własności broniły firma ochroniarska i policja. W dramatycznych okolicznościach blokada została pokonana przemocą i fabryka znikła. Protest był głośny w całej Polsce. Powstał OKP – Ogólnopolski Komitet Protestacyjny, wydawał nawet własne pismo pt. „Walka trwa”, ale ta inicjatywa ratowania miejsc pracy też upadła, jak wiele innych w tamtym czasie.
W numerze z grudnia 2003 pisma OKP trafiliśmy na trop prowadzący do interesującego opracowania autorstwa Christiana Morrisona pt. „Polityczna wykonalność programów dostosowawczych”. Jest to rzetelna praca naukowa oparta na badaniach i danych statystycznych z kilkudziesięciu zadłużonych państw zmuszonych przez banki do cięcia wydatków. Można ją znaleźć w serii „Political Economy Notebook” OECD.
Szokujący jest cynizm dobrych rad, jak „dobrze rządzić”. Podam kilka przykładów za pismem OKP.
„Jeśli pracownicy najemni przedsiębiorstw prywatyzowanych są dobrze zorganizowani, mogą skutecznie przeciwstawić się decyzji rządu (o prywatyzacji czy masowych zwolnieniach z pracy). Pożądana byłaby wszelka polityka osłabiająca tego rodzaju interesy zawodowe – z gospodarczego punktu widzenia usunęłaby ona przeszkody stojące na drodze wzrostu, a pod względem politycznym rząd uzyskałby swobodę działania – bezcenną w okresie przystosowawczym. Ktoś mógłby zgłosić zastrzeżenie, że taka polityka wywoła opór, ale lepiej, żeby rząd stoczył walkę na tym polu w sprzyjającej koniunkturze gospodarczej niż w sytuacji kryzysowej, gdy jest osłabiony”.
„W przypadku wdrażania programu dostosowawczego, rząd może zrekompensować spadek popularności, spowodowany cięciami wydatków budżetowych, stosując w obliczu zaburzeń represje”.
„W trudnej koniunkturze, w której mogą być potrzebne siły porządkowe, odradza się znoszenie premii dla sił porządkowych”.
„Cięcia wydatków budżetowych na inwestycje zwykle nie wywołują żadnych reakcji, nawet gdy są bardzo ostre”.
„Jeśli zmniejsza się wydatki na ich (służb publicznych) utrzymanie, należy wystrzegać się zmniejszania ilości świadczonych usług, można natomiast sobie pozwolić na obniżanie ich jakości. Np. można zmniejszyć środki na utrzymanie szkół czy wyższych uczelni, lecz niebezpieczne byłoby zmniejszenie liczby uczniów czy studentów. Rodzice zareagują gwałtownie na odmowę przyjęcia swoich dzieci do szkół czy na studia, ale nie na stopniowy spadek jakości nauczania”.
„Stopniowo i w odpowiednich chwilach szkoła może wprowadzać odpłatność za naukę lub zlikwidować nauczanie pewnych przedmiotów. Należy to robić krok za krokiem”.
„Jeśli przy wdrażaniu programu dostosowawczego rząd ma posiadać odpowiednie pole manewru, powinien mieć poparcie jednej czy dwóch wielkich partii, a nie w koalicji małych partii, co oznacza, że wybierając parlament, należy preferować ordynację większościową, a nie wybory proporcjonalne (w najgorszym razie doradza się kombinacje obu tych systemów)”.
Dziesięć lat temu słuchacze traktowali informacje o wspieraniu niewidzialnej ręki rynku przez przemoc i politykę rządu jak bajki o żelaznym wilku. Wróciliśmy do tematu, ponieważ ekonomiści i pani premier wciąż mówią nam o dobrym rządzeniu, które PO opanowała perfekcyjnie, oraz straszą przykładem Grecji.
Joanna Duda-Gwiazda
1 lipca 2015 r.
przez Michał Wójtowski | poniedziałek 29 czerwca 2015 | opinie
W ciągu ostatnich miesięcy często bywam w piwnicy. Sukcesywnie opróżniam kartony, wyjmuję z nich książki i przenoszę na trzecie piętro. Zawirowania życiowe sprawiły, że wiele spośród nich biorę do ręki po raz pierwszy od dziesięciu lat. Oprócz waloru sentymentalnego, opróżnianie piwnicy ma i tę zaletę, że natrafiam czasem na ciekawe, mocno przykurzone, archeologiczne znaleziska, do których – jak pamiętam – nie miałem niegdyś dość serca i cierpliwości. Należy do nich praca Krzysztofa Kicińskiego „Wizje szkoły w społeczeństwie posttotalitarnym”. Rzecz została wydana w 1993 roku, zaś podstawę zawartych w niej rozważań o kierunkach zmian polskiej szkoły stanowią wywiady prowadzone w środowisku nauczycielskim u zarania transformacji, w roku 1991 (warto nadmienić, że Kiciński kontynuował w ten sposób swe badania sprzed roku 1989).
Pytania, jakie zadawano nauczycielom, dotyczyły głównie sposobów wyjścia poza odziedziczony po PRL model szkoły indoktrynującej i krępującej wolność, a także takiej jej przemiany, aby stała się instytucją odpowiadającą wizji państwa demokratycznego. Postawiono więc, przykładowo, kwestie granic ingerencji szkoły w postawy światopoglądowe uczniów, pytano o model socjalizacji, partnerstwo i paternalizm, zróżnicowanie podręczników szkolnych, kształcenie obywatelskie, ale też o stosunek państwa i nauczycieli do szkolnictwa niepublicznego. Wyniki badań pozwalały sformułować tezy o istnieniu w środowisku nauczycieli wyraźnie zarysowanego podziału na zwolenników postaw partnerskich i stosunku paternalistycznego, a więc na frakcję „reformatorską” i „zachowawczą”, przy czym – wprost i między wierszami – wskazywano na korelację tych postaw z posttotalitarnym dziedzictwem ancien regime’u. W wywiadach można jednak było także dostrzec, na poziomie obecności ideologii w systemie szkolnym, obawy przed zmianami, jakie wynikły z dekretu ministerialnego o nauczaniu religii.
Mniejsza jednak o ideologiczne spory z zamierzchłych czasów, jako że badania wykazały coś jeszcze. Otóż nauczycielom, nawet tym „z pasją”, oraz szkołom, nawet tym „z klasą”, niebywale mocno doskwierało coś innego. Z jednej strony degradacja majątkowa personelu, z drugiej – degradacja materialna instytucji. Dlatego właśnie wielu nauczycieli, także tych najbardziej rzutkich i entuzjastycznych, powątpiewało w możliwość pozytywnych zmian lub, po prostu, przytłoczonych codziennymi zmaganiami, nie miało do nich głowy. Pytanie, ile potencjału reformatorskiego ugrzęzło w czasach górnolotnych zamierzeń i przyziemnej nędzy, jest retoryczne. Warto jednak postawić je na nowo. Oprócz książek z piwnicy mamy wszak gazety oraz portale, gdzie w ostatnich miesiącach i tygodniach natrafiłem na dwa teksty odkurzające problematykę podnoszoną przed ćwierćwieczem.
Ratujmy dzieci!
Kilka tygodni temu wpadł mi w oko artykuł poświęcony różnym formom edukacji pozasystemowej. Złożyły się nań historie rodziców, którzy bądź to zabrali swoje dzieci ze szkoły tradycyjnej, bądź też zdecydowali, by ich tam nigdy nie posyłać. Wybrali natomiast szkoły demokratyczne lub nauczanie domowe, sami podejmując trud edukacji potomków. Tytuł artykułu sformułowano z pewną rezerwą, podkreśloną znakiem zapytania – „Koniec tradycyjnej szkoły?”. O wiele mniej zniuansowane są z kolei tezy wywiadu, jakiego „Uważam Rze” udzielił amerykański psycholog Peter Gray, którego poglądy na szkołę systemową dobrze streszcza tytuł „Szkoła to więzienie”.
Mamy zatem do czynienia z dwiema wypowiedziami z odległych obszarów mapy prasowej. Ich wymowa jest jednak zbieżna i daje się zasadniczo sprowadzić do dwojakich odniesień do rzeczywistości edukacyjnej. Odniesieniem negatywnym jest tu model „szkoły tradycyjnej”, „systemowej”, czyli – po skonkretyzowaniu miłych dla wolnościowego ucha frazesów – szkoły publicznej. Miałaby się ona opierać na staromodnej dyscyplinie, rywalizacji, hamowaniu indywidualnej samorealizacji oraz zinstytucjonalizowanej przemocy skierowanej przeciw wolności uczniów. Przy tym wszystkim miałby to być model edukacji nie tylko sprzeczny z ideałami demokratycznymi, ale też nieefektywny, gdyż niedostosowany do współczesności, w której źródła wiedzy są łatwo dostępne i zdecentralizowane. Takiej krytyce „tradycyjnego” modelu edukacji towarzyszy propozycja pozytywna, którą stanowią szkoły demokratyczne lub tzw. unschooling (nauczanie domowe), a więc formy znoszące opresję, by zastąpić ją w edukacji wolnością, demokratycznymi procedurami i efektywnością.
Mój synek za półtora roku skończy sześć lat i pójdzie do szkoły. Mógłbym więc uchodzić za idealnego adresata wspomnianych artykułów. Jako rodzice obawiamy się, niepokoimy, lękamy. A trudno chyba znaleźć kogoś, kto ze „szkoły systemowej” nie wyniósł jakichś urazów, nie doświadczył niesprawiedliwości lub przemocy – fizycznej lub psychicznej. Lęk jest potężnym narzędziem społecznej obróbki, szczególnie w sytuacji, gdy może sycić się rzeczywistymi niedomaganiami polskiego systemu edukacji. Skierowanie potencjału lęku przeciw szkole publicznej, odmalowanej w najczarniejszych barwach, jest więc zadaniem dziecinnie łatwym, jak ideologiczne mnożenie agresji przez opresję i zniewolenia przez więzienie. Dlatego, jako przedmiot urabiania, mówię: „Sprawdzam!”.
Demokracja czy segregacja?
Peter Gray, któremu tak łatwo przychodzi nazywanie szkoły systemowej więzieniem, przywołuje jako przykład sukcesu szkolnictwa demokratycznego amerykańską Sudbury Valley School. Sukcesy absolwentów, ich samorealizacja oraz demokratyzm wewnętrzny mają, jak się okazuje, swoją cenę. Roczne czesne za naukę jednego dziecka wynosi 8700 dolarów, za rozmowę wstępną rodzice płacą dolarów 50, tydzień próbny kosztuje zaś 250 dolarów. Nie są to kwoty bagatelne nawet po wzięciu poprawki na większą zamożność społeczeństwa amerykańskiego. Ustawiają one poprzeczkę na wysokości dostępnej dla klasy średniej. W Polsce wysokość czesnego w szkołach niepublicznych, włączając w to demokratyczne, również wyklucza z udziału w takiej formie kształcenia zdecydowaną większość dzieci. Jest rzeczą oczywistą, że demokracja, która opiera się na segregacji majątkowej, zasługuje jedynie na miano deklaratywnej. I nie zmienią tego żadne zniżki lub dobroczynne zbiórki, mające na celu dokooptowanie do wyselekcjonowanej majątkowo grupy dzieci spoza niej. Wymierne bariery finansowe i konsekwencje ich istnienia to tylko jedno z oblicz segregacji społecznej. Innym, o wiele mniej wymiernym, ale pociągającym za sobą podobne konsekwencje, jest różnica potencjałów kulturowych. Zobaczymy ją najwyraźniej, gdy weźmiemy pod lupę zjawisko nauczania domowego.
Dość często przeglądam oferty pracy dla nauczycieli. Od jakiegoś czasu znajduję wśród nich propozycje zatrudnienia guwernerów i guwernantek. Słowa te, które pobrzmiewają echem odległych czasów, wróciły do łask i użycia. Często oznaczają osobę dyspozycyjną przez niemal cały tydzień, o nienagannych manierach, znającą w mowie i piśmie języki obce, realizującą podstawę programową, podającą zdrowe posiłki i otrzymującą wynagrodzenie w wysokości kilku tysięcy złotych. Takie guwernantki i tacy guwernerzy wychowali Polsce całe pokolenia elit społecznych i kulturalnych, które wywodziły się ze szlacheckich dworków. Dziś zapewne nie pracują w dworkach, ale ich misja będzie podobna. Tym, których nie stać na wydatek kilku tysięcy miesięcznie oraz zapewnienie stancji, lecz pragnących podarować swym dzieciom jak najlepsze miejsce w społecznej hierarchii, pozostają właśnie unschooling i nauczanie domowe. Finansowanie takiej formy nauczania jest możliwe przy spełnieniu – w zmiennych proporcjach – dwóch warunków. Po pierwsze, warunku względnej zamożności lub pracy w wolnym zawodzie, która pozwoli rodzicom zrezygnować lub ograniczyć obowiązki zarobkowe. Po drugie, konieczne jest tu posiadanie – w zastępstwie lub jako uzupełnienie dobrej sytuacji finansowej – dużego kapitału wiedzy i kwalifikacji. W skali społeczeństwa znaczna jego część została zgromadzona w trakcie wieloletniej i często finansowanej z publicznych środków „edukacji systemowej”. Kapitał ten (znamy to zjawisko z innych dziedzin życia społecznego) jest w ten sposób wyprowadzany z domeny publicznej do domeny prywatnej, chociaż fakt ten nie pozostawi żadnych śladów w postaci faktur i bankowych przelewów.
Ten rodzaj prywatyzacji publicznego, przy zachowaniu wszelkich pozorów decyzji indywidualnych, oddolnych i opartych na wolnym wyborze, ma swoje społeczne konsekwencje, których zasięg nie ogranicza się do bezpośrednio zainteresowanych rodziców i dzieci. O ile taka wizja demokratyzacji edukacji będzie się urzeczywistniać lub ostatecznie powiedzie się, uczniowie nieuprzywilejowani finansowo lub kulturowo zostaną pozbawieni kontaktu z tymi, których odpowiednio wyposażeni rodzice zdecydowali się na różne formy walki ze „szkolną opresją”. Finansowa baza i kulturalna nadbudowa, działające ręka w rękę i wołające o pluralizm i demokratyzację, doprowadzić mogą do usankcjonowania segregacji. Diagnoza szkoły-więzienia, tak chętnie wygłaszana przez krytyków publicznego systemu edukacji, nie straci ważności, a problem sam z siebie nie zniknie. Rzecz w tym, że w aspołecznym świecie, którego bojowy okrzyk brzmi „Ratuj się, kto może!”, będzie to już problem cudzy.
Uprzywilejowani nie będą już musieli trapić się poziomem edukacji mniej uprzywilejowanych, dzieci z lepszych i gorszych domów poznawać wzajemnie swych światów, zaś nauczycielskie ziarno uda się wreszcie oddzielić od plew. Przy okazji niejako dokonuje się swoista, wyprzedzająca stygmatyzacja tych uczniów, którzy w więzieniu pozostaną. Bo skoro pozostają i reprodukować będą tę więzienną mentalność, tak obcą awangardzie zmian, to może lepiej zainstalować kamery monitoringu, wstawić solidniejsze kraty i wzmocnić ogrodzenie?
Czego można nauczyć się w więzieniu?
Straszenie więzieniem nie przekonują mnie jakoś, może dlatego, że nie spełniamy kryteriów pozwalających na skorzystanie z alternatyw. Moglibyśmy ostatecznie, z marnymi szansami powodzenia, ubiegać się o kredyt lub, odwołując się do kapitału zgromadzonej wiedzy, uczyć syna w domu. Co prawda i tak wpadłby w końcu w łapy więziennych klawiszy, bo domowa edukacja nie zwalnia z egzaminów klasyfikacyjnych. Dlatego też, obok obywatelskiego niepokoju o segregacyjne konsekwencje podkopywania szkolnictwa publicznego, warto mieć na uwadze coś jeszcze.
Wielu z nas, być może wszyscy, wynieśliśmy ze szkoły trudne doświadczenia, może nawet, jak wypada dziś mówić, traumy. Stykaliśmy się z agresją i niesprawiedliwością, miewaliśmy w szkole różnych kolegów, koleżanki, nauczycieli i nauczycielki. Oni byli prawdziwi, doświadczani wszystkimi zmysłami i całą psychiką. W żadnym razie nie byli to ludzie, których poznawało się przez szybę samochodu lub ekranu komputerowego czy telewizyjnego. Oczywiście, zderzenia z takimi przeszkodami bywały nieprzyjemne. Ale wiem też, że okazały się one bardziej kształcące od stosów psychologicznych podręczników oferujących lekkostrawny budyń osobistego rozwoju i nieskrępowanej samorealizacji. Życie w szkole, która stawia opór, gdzie opresja i agresja są z konieczności i mimo wszelkich starań obecne, ma tę zaletę, że świat poznajemy takim, jaki jest i będzie po wyjściu ze szkoły w dorosłość. Jeśli naszą ambicją nie jest pozostanie w granicach grodzonych osiedli i innych sztucznych baniek społecznych, szkoła tradycyjna działa jak szczepionka i wzmacnia organizm. Pozwala też na naukę nazywania niesprawiedliwości niesprawiedliwością, a agresji – agresją.
O wiele mniej dziś oczywiste jest zaś to, że szkoła stawiająca granice ostro, szkoła rozumnie opresyjna – daje młodszym dzieciom poczucie bezpieczeństwa, zaś w starszych kształtuje postawy oporu i buntu. Wystarczy rozejrzeć się po świecie, by zrozumieć, jak bardzo są nam one dziś potrzebne. Odwołując się do słów pewnego działacza, można wszak zapytać, jak możliwe jest to, by w kraju tak bardzo rozwarstwionym i niesprawiedliwym demonstracje przypominały niedzielne spacery? Nam i naszym dzieciom, którym przyjdzie żyć w świecie, gdzie trudno spodziewać się powitalnych kobierców rozwijających się pod stopami, przyda się i taka szkoła demokratyczna. Taka, w której namacalne przejawy społecznej niesprawiedliwości nie będą tabu wypychanym na margines, zaś ich stała, napominająca obecność doprowadzi wreszcie do powstania takiej kultury demokratycznej, gdzie postawy buntu i niezgody nie będą jedynie dziwactwami lub przedmiotem kpin z palących opony.
„Odszkolnienie” po polsku – doktryna szoku na raty
Bywa, że rzeczywistość bezlitośnie natrząsa się z reformatorów, spełniając ich życzenia w osobliwy sposób. Dotyczy to także krytyków polskiego systemu oświaty. W 1976 roku ukazał się pierwszy przekład książki Ivana Illicha „Deschooling society” („Społeczeństwo bez szkoły”). Autor głosił, że szkoła nie służy wyrównywaniu szans, lecz konserwuje hierarchie i nierówności, wtłaczając do głów uczniowskich zbędną wiedzę oraz ideologię status quo. Należałoby więc zastąpić ją czymś w rodzaju policentrycznej, zdemokratyzowanej sieci wymiany wiedzy i doświadczeń, która ukształtuje społeczeństwo prawdziwie wolne. Nie potrafię oprzeć się pokusie przytoczenia współczesnej recenzji Małgorzaty Szpakowskiej: Bronię szkoły. Najbardziej konserwatywnej, upupiającej, ogłupiającej. Nienadążającej za życiem, wpędzającej w kompleksy, powracającej w koszmarnych snach. Bronię jej nie dlatego, że jest dobra. Bronię jej, ponieważ to, co proponują reformatorzy, jest o całe niebo gorsze. Gorsze, ponieważ wyzwolicielski utopista proponował, zdaniem recenzentki, likwidację niezbędnego społecznie wspólnego kodu kulturowego, nie proponując w zamian nic na tyle wiarygodnego, by mogło zagwarantować społeczną spójność.
Książkę Illicha w roku 2010 wydano w nowym przekładzie pod tytułem „Odszkolnić społeczeństwo”. Wstęp napisał Piotr Laskowski, zaś tom zamykał wywiad Jana Sowy ze Zbigniewem Liberą. Zadziwiające, jak mało spostrzegawczy byli autorzy polskich dopisków do projektu Illicha. Brak spostrzegawczości wynikał zapewne stąd, że wzrok mieli skierowany ku wyżynom najszczytniejszych ideałów. Gdyby bowiem skierowali spojrzenie nieco niżej, dostrzegliby bez trudu odszkolnienie najzupełniej dosłowne, polegające na likwidowaniu setek placówek edukacyjnych.
Jak wiemy, proces ten nie został zahamowany i prowadzi, szczególnie na prowincji, do regresu cywilizacyjnego. Tym dziwniejsze jest, że również dziś krytycy szkoły-więzienia zdają się zupełnie ignorować ów przyziemny, materialny sens unschoolingu i deschoolingu. Ktoś bardzo podejrzliwy mógłby nawet pomyśleć, że ślepota taka wpisuje się , chcąc nie chcąc, w schematy doktryny neoliberalnej.
Nauczyciele z książki Kicińskiego, narzekając na nędzę szkół i własną, coś niecoś musieli przeczuwać. Młoda polska demokracja sprzed ćwierćwiecza musiała być bardzo oszczędna, dlatego wielką zmianę szkolnictwa karmiła wielkimi ideami, skąpiąc przy tym materialnych środków. Wielkie idee przybierały najczęściej kształt reform podstaw programowych, wprowadzenia gimnazjów, nowych przedmiotów szkolnych, przekazywania zarządzania szkołami samorządom, zmiany zasad awansu zawodowego, niekonsekwentnie przeprowadzonej skolaryzacji sześciolatków, najpierw uwolnienia, następnie zaś centralizacji rynku podręczników. Powstawał zatem swoisty chaos, w którym jedynymi pewnikami były niedofinansowanie, niepewność i wzajemne pretensje uczniów, nauczycieli, rodziców. W takich warunkach obróbka lękiem przed szkołą systemową działała i działa znakomicie.
System publicznej oświaty, mimo nieustannego potrząsania i oszczędności, jeszcze jakoś się trzyma. O tym, by zmniejszać liczebność klas, utrzymać zatrudnienie i na nowo przemyśleć kształcenie nauczycieli – jakoś ostatnio cicho. Zapewne dlatego, że wymagałoby to długofalowej, zorientowanej na przyziemny konkret i dobrze finansowanej państwowej strategii. Na północy Europy znalazłyby się też zapewne takie modele edukacji publicznej, z których warto skorzystać. Zamiast tego słyszymy z różnych stron bajki o szkole demokratycznej i unschoolingu, które miałyby wyprowadzić dzieci, oczywiście nie wszystkie, z edukacyjnie niewydolnego publicznego więzienia. Być może jestem złym tatą, skoro chciałbym posłać syna do publicznej szkoły. Jednak, uwierzcie mi, rozpaczliwa nadzieja z jednej strony, z drugiej zaś obawy podejrzliwych przemawiają do mnie znacznie mocniej niż straszenie więziennym klawiszem i pruskim kapralem.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 22 czerwca 2015 | opinie
Wiele już powiedziano o kontrowersyjnej kampanii Fundacji Mamy i Taty „Nie odkładaj macierzyństwa na potem”. Jej obrońcy zwracali uwagę, że sukces życiowy i poczucie samorealizacji mogą okazać się pułapką i przeszkodą dla macierzyństwa. Krytycy udowadniali za to, że odkładanie macierzyństwa/ojcostwa „na potem” nie sprowadza się z reguły do sugestii zawartych w kampanijnym spocie. A to dlatego, że przytłaczająca część polskich kobiet i wielu potencjalnych rodziców broni się przed dziećmi (często wyczekiwanymi, w tym dramat!) wcale nie dlatego, że zwiedzali stolicę Kraju Kwitnącej Wiśni, ocierali z ust okruszki po śniadaniach w paryskich kawiarniach, albo wygodnie urządzali się w swoich apartamentach, loftach i posiadłościach.
Niewykluczone, że nie byłoby tak wielkiego zamieszania, gdyby prezes Fundacji Mamy i Taty, Paweł Woliński, poprosił twórców kampanii o opatrzenie filmu krótkim opisem: „spot przeznaczony tylko dla osób odpowiednio zamożnych”. Podobną informację powinien zawierać inny ze spotów tej fundacji, „Pomyśl o dziecku!”, w którym oglądamy dziewczynkę stwierdzającą: „fajnie mieć kucyka, ale siostrę fajniej”, a z offu słychać męski głos: „Im nas więcej – tym weselej. Pomyśl o dziecku!”. Jeśli wziąć pod uwagę dane zawarte w niedawnym raporcie Głównego Urzędu Statystycznego, wskazujące, że aż 27 proc. gospodarstw domowych z więcej niż trójką potomstwa żyje poniżej progu skrajnego ubóstwa, rzecz przestaje budzić ciepły uśmiech. Dodajmy, że próg skrajnego ubóstwa to wydatki poniżej 540 zł miesięcznie dla osoby samotnie gospodarującej lub 1458 zł dla gospodarstwa czteroosobowego.
Na marginesie: w spocie „Nie odkładaj macierzyństwa na potem” to kobieta nie chce mieć dziecka, a w spocie drugim, „Pomyśl o dziecku”, to mężczyzna zachęca do posiadania potomstwa. Nawet jeśli to tylko zbieg okoliczności, to rzecz jawi się interesująco – egoizm kobiet plus troska i zachęta ze strony mężczyzny. Tyle że w rzeczywistości to polskie kobiety są często zarządcami gospodarstw domowych, to na ich głowach i ramionach spoczywa troska o to, żeby często niewielkie domowe budżety pozwoliły związać koniec z końcem. Dla twórców kampanii „Nie odkładaj macierzyństwa na potem” bogata kobieta jest osobą, której trzeba przypomnieć (może nie bez racji), że może być matką. Jednak dla bardzo wielu polskich kobiet ich zdolności menedżerskie, ich samoorganizacja, umiejętność strukturyzowania otaczającego je świata mają zupełnie inny wymiar, niż troska o piękne urządzenie luksusowego wnętrza.
Rzecz nie tylko w tym, że panie wysyłają panów do sklepu z listą zakupów. I nie tylko w tym, że często mieszkania kobiet-wdów są schludne, a mężczyzn-wdowców zabałaganione. Nawet nie tylko w tym, że kobieta „musi mieć czas” i na dom, i na pracę, a jeszcze dobrze by było, żeby wyglądała jak top modelka. I również nie w tym, że – choć oczywiście nie jest tak zawsze – to kobieta musi łączyć doglądanie chorego dziecka z innymi obowiązkami, domowymi i zawodowymi, bo taka jest „jej naturalna rola”. Są i inne sprawy. Czas jakiś temu prof. Elżbieta Tarkowska opowiadała „Nowemu Obywatelowi”: Do znudzenia powtarzam przykład z moich badań przeprowadzonych w połowie lat 90. Matka ośmiorga dzieci mówiła, że każdego dnia zamyka się na klucz w łazience, ponieważ musi się skupić i zastanowić, co im dać do jedzenia. Śniadanie jest dla większości z nas rzeczą banalną, w ogóle nie zwracamy na nie uwagi. Natomiast w przypadku biednych rodzin to samo śniadanie urasta do problemu, który wymaga namysłu, wysiłku, strategicznego myślenia.
Prof. Tarkowska wskazywała na coś jeszcze: na ogromną wyobraźnię i kreatywność tych kobiet, które wcale nie odwiedzają Tokio, Paryża ani Szanghaju, a własny kucyk dla dziecka to dla nich wizja równie prawdopodobna jak to, że polecą na Marsa. Robienie czegoś z niczego to sztuka, w której biedne kobiety są mistrzyniami. Dlatego właśnie szybko się starzeją, chorują. Mówię głównie o kobietach, ponieważ jedną z postaci zjawiska feminizacji ubóstwa jest często przejmowanie przez nie odpowiedzialności za to, żeby potrzeby rodziny były zaspokojone. Kobiety nie tylko wykonują prace domowe, ale także pożyczają, zwracają się o pomoc, kupują na kredyt. W rzeczonych badaniach była również pozycja „nicnierobienie” – okazało się ono domeną mężczyzn.
To sprawy wstydliwe, bo wcale nie dotyczą one jedynie zdecydowanie uboższej części społeczeństwa, a stanowią pewien kulturowy schemat, który mężczyźnie daje pozycję „żywiciela rodziny”, a kobiecie „strażniczki domowego ogniska”. W rzeczywistości często kobiety pełnią obie te funkcje, co najwyżej czasami „biorąc sobie wychodne”. I szkoda, że obrońcy kampanii „Nie odkładaj macierzyństwa na potem”, często rekrutujący się z grupy „aspirujących do klasy średniej”, nie chcą dostrzec tych różnic między samodzielnością zawodową i „wyuczonym egoizmem” kobiet ze spotu a znacznie powszechniejszym losem Matek Polek, które muszą zdążyć ze wszystkim: to tańsza siła robocza pośród taniej siły roboczej. Ale nikt nie tworzy kampanii społecznych zwracających uwagę na ich sytuację. Nie jest tak, że krytycy kampanii Fundacji Mamy i Taty nie zrozumieli intencji jej twórców – za to twórcy kampanii sprawiają wrażenie absolutnie impregnowanych na świat bez kucyków, bez apartamentów i bez podróży na antypody naszej rzeczywistości.
A przecież rzecz nie tylko w biedzie. Nawet przy przeciętnych polskich zarobkach trudno znaleźć pieniądze na prawdziwego konika dla swojej pociechy. Nie mówiąc już o tym, że dane GUS i Eurostatu potwierdzają, że Polacy żyją w przeludnieniu. Na tzw. przeciętnego Polaka/przeciętną Polkę przypada 26,3 m kw. powierzchni mieszkaniowej, gdy statystyczny Duńczyk ma ich dwa razy więcej (50 m kw.), a Niemiec – o dwie trzecie więcej. Cytuję za „Nowym Obywatelem”: Nad Wisłą na mieszkańca przypada jeden pokój, a średnia europejska to 1,6 pomieszczenia. 45 proc. obywateli mieszka w za małych mieszkaniach, przy średniej dla Europy wynoszącej jedynie 17 proc. Gorzej niż w Polsce jest tylko w Rumunii i na Węgrzech. Jeszcze słabiej przedstawia się sytuacja podziału metrażu pomiędzy osoby w mieszkaniach wynajmowanych – Polacy aż w trzech przypadkach na cztery (73 proc. badanych) mieszkają w za małych pomieszczeniach, gdyż wynajmują niewielkie pokoje, często z kimś współdzielone. Jako typowy Krzysztof patrzę zatem na wspomniany wyżej spot i dziwię się niepomiernie: „ale skąd, psiakość, kucyk?”. A przecież wszystko jest jasne: to spot tylko dla bogatych. I to powinno być jasno powiedziane.
Błędem byłoby jednak sądzić, że tylko rodzimi bogaci i bogobojni na tyle odkleili się od typowo polskich realiów, że epatują społeczeństwo własnymi klasowymi przekonaniami i przesądami, mniej lub bardziej subtelnie przekonując maluczkich, że są to wzorce uniwersalne i normatywne. Warto przypomnieć głośną wypowiedź sprzed kilku lat, autorstwa liberalnej feministki Magdaleny Środy. Wywiad z nią ukazał się w „Magazynie Świątecznym”, w czasie gdy trwał właśnie Kongres (Bogatych i Wyzwolonych) Kobiet. Agnieszka Kublik pyta: Wie pani, jak trudno jest kobietom łączyć pracę w domu z karierą zawodową? Na co jej rozmówczyni: Przecież łączyłam i łączę. Nie jest trudno. Kublik ripostuje: Nie? Pani pierze, prasuje, zmywa, gotuje… Ale trudno zbić z pantałyku Magdalenę Środę: Pierze pralka, prasować nie trzeba, gotować uwielbiam. A sprząta mi pewna pani. Szach mat, proszę państwa, szach mat, szanowne prekariuszki, które pewnie nigdy nie doczekacie się, że sprzątać wam będzie „pewna pani”. Szach mat, matki, które zarabiacie tyle, że na „pewną panią” musiałybyście wydać własną pensję, a może jeszcze coś dorzucić z pensji męża, partnera czy konkubenta. Szach mat i dla „pewnej pani”, która – jako służąca – musi sprzątać i u siebie, i u liberalnej feministki. Temat na wypracowanie (o ile w szkołach takie tematy są jeszcze omawiane): porównaj ścieżki kariery zawodowej Magdaleny Środy i „pewnej pani”, wskazując na determinanty ekonomiczne, klasowe, środowiskowe, kulturowe i społeczno-gospodarcze.
Przyznam szczerze: myślę, że to naprawdę sympatycznie mieć kucyka. Jeszcze sympatyczniej jest mieć i kucyka, i rodzeństwo. Cieszy mnie i to, że są w Polsce kobiety, przed którymi otworem stoją Tokio, Paryż i znaczne sukcesy zawodowe. Dlaczego by nie? Rozumiem i to, że ktoś chce przypomnieć tym kobietom, że mogą też być matkami. Ale nie zgadzam się na to, żebyśmy jako społeczeństwo byli zakładnikami najbogatszych. Choć, niestety, już jesteśmy. Tak urządzony jest ład społeczno-gospodarczy III Rzeczpospolitej.
Rozwarstwienie, szczelny podział klasowy to nie jest tylko problem ekonomiczny. To kwestia języka, obyczajów, perspektyw, szans na przyszłość, definiowania problemów i przedstawiania antidotum na nie. Świat bogatych rządzi się własnymi prawami – jest w nim większe przyzwolenie choćby na prywatną opiekę zdrowotną i edukację, na racjonalne – z punktu widzenia interesów bogatych – żądanie mniejszych obciążeń podatkowych, często też na bezkarność wobec fiskusa. Jest w tym świecie przyzwolenie na narastanie różnic między obszarami bogactwa i biedy. Jest w nim chęć odseparowania się od ogółu za wieloma już zamkniętymi drzwiami, za murami, za kordonami prywatnej ochrony, za barierami, które tworzy próg dochodów. Jest w tym świecie także znacznie więcej miejsca na nieznany ogółowi (z własnego doświadczenia) komfort życia, z którym wiążą się i pewne przyjemności, i możliwości działania i odpoczynku, i pewne zagrożenia.
Świat bogatych to łatwiejszy dostęp do polityki, większy wpływ na legislację, znacznie szersze możliwości wzmocnienia kapitału kulturowego własnej rodziny, zatroszczenia się o los swoich dzieci. To również lepszy dostęp do środków masowego przekazu, to możliwość opłacenia odpowiednich kampanii, spotów, billboardów itp. Przeciętni Polka i Polak skazani są zwykle na samych siebie, ponieważ oferta publiczna jest coraz skromniejsza, a często skierowana już jedynie do rzeczywiście najuboższych, a i to w formie rzuconego ochłapu. Polityczne oddziaływanie większości społeczeństwa jest znacznie słabsze niż oddziaływanie jego części nielicznej, ale uprzywilejowanej przez bogactwo. Skromnie żyjące matki, skromnie żyjący ojcowie, skromnie żyjące rodziny są prawie nieobecni w naszej debacie publicznej. Kto ma mówić w ich imieniu? I kto ich wpuści do telewizyjnych studiów, do redakcji opiniotwórczych gazet, kto im da pieniądze na dużą kampanię w nowych mediach i na billboardy?
Nie bez wpływu na to wszystko jest fakt, że niezależnie od wykonywanych zawodów, niezależnie od wahań w zarobkach, niezależnie od miejsca zamieszkania – ta znacznie większa część społeczeństwa jest zorganizowana znacznie gorzej niż kluby, koterie, lobby i sitwy najbogatszych. Trudno się w tym kontekście dziwić, że „antysystemowy” ruch w Polsce w kwestiach społeczno-gospodarczych bazuje na przekonaniu, że „liberalizm dla bogatych” wreszcie rozwiąże bolączki społeczne tej biedniejszej części społeczeństwa. Przecież wkurzony Paweł Kukiz jest człowiekiem jak na polskie realia naprawdę majętnym, a jego „wyobrażenia społeczne” i recepty na gospodarkę i państwo są do tego adekwatne. No chyba że duży dom z basenem i całkiem sporym areałem to rodzima norma…
Bogaci nie potrzebują państwa, a przynajmniej nie w taki sposób, jak ludzie zarabiający znacznie mniej. Mogą to państwo ominąć, tak jak mija się prowincjonalną Polskę z zamkniętymi dworcami kolejowymi, pełną dziurawych i wąskich dróg, podróżując pociągiem klasy premium z jednej metropolii do drugiej. Mówiąc publicystycznym skrótem: bogaci żyją w innej czasoprzestrzeni, w alternatywnym świecie. Ale dyktują swoje warunki, przekazują swoje wyobrażenia, nauczają i pouczają. Podstarzały bon vivant Janusz Korwin-Mikke, prorok liberalizmu po polsku, jest najwymowniejszym tego przykładem.
Cały kłopot w tym, że często ta znacznie skromniej żyjąca część społeczeństwa nie zdaje sobie sprawy, że logika bogactwa i racjonalność bogatych to nie jest ich własna logika i racjonalność. Dla wielu ludzi Kukiz, czyli burżua po polsku, jest „zwykłym, wkurzonym facetem”, „swojakiem” wściekłym na oderwaną od polskich realiów klasę polityczną. Ale to zwykły humbug – taki sam żart jak kucyk w każdym polskim domu. Nie wykluczam, że Kukiz raz po raz odczuwa wkurzenie, bo wściec się każdy może. Nie wykluczam, że Środa świetnie łączy życie rodzinne z zawodowym – tylko że ich świat nie jest światem znacznej części polskiego społeczeństwa. Niestety, jak długo w polskim życiu publicznym myślenie klasowe będzie leżało odłogiem, tak długo będziemy skazani na „jedynie słuszne” opowieści bogatych.
Póki co mamy swoją własną wieżę Babel. Języki już pomieszano, ale mowa bogatych znaczy więcej. Wyrobnicy, najemnicy, biedni dźwigający w górę coraz większe ciężary na coraz bardziej elastycznie zgiętych plecach, przynaglani, by wznosić kolejne piętra cudzego dobrobytu, słuchają tej mowy, próbują w niej mówić, uznając ją za własną. I w tym ich nieszczęście i kolejne lata w niewoli.
przez Amy Dean | poniedziałek 15 czerwca 2015 | opinie
Czy pracownicy najemni będą mieli cokolwiek do powiedzenia w neoliberalnym mieście? W nowych metropoliach są oni niewidzialni. Zwyczajni mieszkańcy są tymi, w imieniu których wdraża się decyzje – nie są natomiast podmiotowi i samodzielni w podejmowaniu decyzji.
Podczas gdy federalne stanowienie prawa utknęło niemal w martwym punkcie, a Republikanie w Kongresie blokują każdą odważną odpowiedź na stagnację gospodarczą, miasta wydają się być ostatnimi ocalałymi miejscami, gdzie nadal można prowadzić alternatywną politykę. To fakt, który postępowe organizacje zauważyły już dawno – od lat 90. koalicje wspólnotowo-pracownicze (community-labor coalitions) coraz bardziej skupiają uwagę na regionach metropolitalnych. Teraz potencjał miast zaczął przyciągać także wzrok neoliberałów.
Dla obozu neoliberalnego przyszłość Ameryki jest jasna: w nadchodzącej dekadzie burmistrzowie, elity biznesowe, filantropi i władze uniwersytetów muszą zbudować gospodarki metropolitalne oparte na innowacji, współzawodnictwie i wzroście gospodarczym. Niestety, na tym obrazku czegoś brakuje: ludzi pracy, związków zawodowych i społeczności. To pominięcie jest istotne. Przy nieobecności ich głosu szanse na wytworzenie w miastach takiego wzrostu gospodarczego, na którym skorzystają szerokie grupy, są niewielkie.
Debata na temat przyszłości metropolii została wzniecona przez Bruce’a Katza, wiceprezydenta Brookings Institution i współautora – wraz z Jennifer Bradley – niedawno wydanej książki pod tytułem „The Metropolitan Revolution: How Cities and Metros Are Fixing Our Broken Politics and Fragile Economy” („Rewolucja metropolitalna: Jak miasta i metropolie naprawiają naszą zepsutą politykę i kruchą gospodarkę”). Katz i Bradley robią z urbanistyką to, co Thomas Friedman zrobił dla globalizacji – promował brednie o nowym porządku światowym w korporacyjnych innowacjach, będąc jednocześnie ślepym na niebezpieczeństwa galopującej nierówności. Oferują neoliberalną ścieżkę postępowania, której założenia umieszczają elity „na siedzeniu kierowcy”, a robią niewiele, by zagwarantować, że rozwój gospodarczy w metropolii pozwoli na solidny rozrost klasy średniej.
Pytaniem nie brzmi: czy potrzebujemy wzrostu gospodarczego w naszych miastach. Brzmi ono: czy Amerykanie będą rozwijali się wspólnie, czy też oddalą się od siebie. Bez akcentowania interesów oddolnych wspólnot podczas projektowania nowej przyszłości miasta, Katz i Bradley – jak również władze miast takich jak Chicago i Filadelfia, które od pewnego czasu pędzą w tę przyszłość – przegapiają kluczową lekcję, jaką poznaliśmy już w latach 90., gdy regiony metropolitalne stały się tematem dyskusji o planowaniu gospodarczym. Jeśli korzyści z gospodarki konkretnego regionu metropolitalnego mają wyjść poza wąskie elity, w kształtowanie miejskiej polityki muszą być zaangażowane szerokie rzesze uczestników.
Metropolie na tronach
Katz i Bradley słusznie argumentują, że miasta są siłami napędowymi dzisiejszej gospodarki. Na konkretnych przykładach udowadniają, że regiony metropolii mają niepowtarzalne, często zdrowe ekosystemy gospodarcze, które w szybkim tempie stają się niezależnymi graczami w gospodarce globalnej. Piszą: Metropolie dominują, ponieważ uosabiają koncentrację i nagromadzenie – sieci nowoczesnych firm, utalentowani pracownicy, przedsiębiorcy odważnie podejmujący ryzyko, oraz wspierające instytucje i stowarzyszenia gromadzą się na terenach metropolii i wspólnie wytwarzają postęp gospodarczy oraz działają efektywnie. Nie istnieje w istocie gospodarka amerykańska (lub chińska, niemiecka czy brazylijska) – istnieje raczej gospodarka narodowa jako sieć gospodarek miejskich.
Poza byciem żywotnymi gospodarczo, regiony metropolitalne mają także znaczenie polityczne. W kontraście z wysoce upolitycznionym środowiskiem Dystryktu Waszyngtońskiego, obszary metropolii są mniej podatne na popadanie w polityczny impas. Katz i Bradley wyjaśniają: Miasta i regiony metropolitalne myślą w kategoriach sieci, której elementy współdziałają ze sobą, by osiągnąć wspólne cele, a także zachęcają do współpracy i pracy zespołowej. Mają skłonność do wdrażania postępu i ciągłego doskonalenia się. Tam dobry kierunek postępowania oznacza dobrą politykę – dla tych, którym zależy na zyskaniu zaufania i zaangażowania społeczności. Sukces w metropolii jest namacalny i niemalże dotykalny: można go skosztować, dotknąć i poczuć na sposoby, na które nie można doświadczyć abstrakcyjnych działań na poziomie narodowym.
Wizja Katza i Bradley na temat tego, kto uratuje naszą gospodarkę, ma zdecydowanie neoliberalne zabarwienie. To prawda, w obecnym politycznym klimacie jest wysoce nieprawdopodobne, by nastał boom federalnych inwestycji na wielką skalę, aby ratować miasta. W obliczu ich braku, Katz i Bradley w rolach bohaterów obsadzają znanych polityków, filantropów, instytucje akademickie i biznesowe – ta definicja przywództwa trąci paternalizmem. Autorzy włączają od czasu do czasu do swojej wizji przewodniczących związków zawodowych czy niesprecyzowane „organizacje obywatelskie”, gdy wymieniają liderów tych miejskich rewolucji; mówią także o „demokracji uczestniczącej” i „odwróceniu hierarchii władzy” na korzyść ludzi „najmocniej stąpających po ziemi”. Ale liderzy organizacji lokalnych i pracowniczych są przeważnie nieobecni w podawanych przez nich przykładach, a także w ich wizji pełnej realizacji rewolucji miejskiej. Gdy umiejscawiają kadrę dyrektorów naczelnych, zarządców akademickich i kierowników fundacji na pozycji „bardziej rozsądnych” i „pragmatycznych” niż grupy oddolne, takie jak Occupy, Katz i Bradley nie tylko spychają na boczny tor ruchy demokratyczne i robią to na korzyść planowania miejskiego zdominowanego przez korporacje, ale także ignorują istotną lekcję, jaką wysnuć można z ostatnich dekad rozwoju regionalnego.
Manuel Pastor z Uniwersytetu Południowej Kalifornii oraz Chris Benner z Kalifornijskiego Uniwersytetu w Davis stworzyli przekonujący zbiór analiz, których wnioski sugerują, że trwały wzrost zazwyczaj opiera się na fundamencie sprawiedliwego podziału dóbr. W swojej pracy z 2013 roku, powstałej dla MacArthur Foundation, przyjrzeli się oni kilku badaniom empirycznym, włączając w to jedno przeprowadzone w połowie pierwszej dekady XXI wieku przez ekonomistów Rezerwy Federalnej, opisujące kluczowe czynniki wpływające na wzrost gospodarczy na poziomie regionalnym. Konkluzją badania było to, jak piszą Pastor i Benner, że wykwalifikowana siła robocza, wysoki stopień integracji rasowej i postęp w zakresie równości dochodów łączą się w silny i pozytywny sposób ze wzrostem ekonomicznym.
Niewidzialny pracownik
Nie jest zaskoczeniem, że w schemacie Katza i Bradley, obejmującym nowoczesne firmy, utalentowanych pracowników, przedsiębiorców odważnie podejmujących ryzyko oraz wspierające instytucje i stowarzyszenia, to właśnie pracownicy odgrywają najmniejszą i najbardziej niekonkretną rolę. W 2010 r. Katz był bohaterem filmu nakręconego dla „Time” i pokazywanego w internecie, a demonstrującego, jak wyglądałyby innowacje w wielkich miastach. Kiedy Katz opowiadał o tym, jak regiony metropolitalne na całym świecie konkurują ze sobą na globalnej scenie, przyspieszony materiał filmowy pokazywał samochody śmigające przez miejską noc, dźwigi przerzucające ładunek w dokach jak ogromne pracowite insekty oraz, co prawdopodobnie najbardziej wymowne, fabrykę produkującą pojazdy mechaniczne, gdzie samochód był właśnie składany przez roboty. Ilustruje to rysę na założeniach Katza i Bradley: w nowych neoliberalnych metropoliach ludzie pracy są niewidzialni. Zwyczajni mieszkańcy są tymi, w imieniu których wdraża się decyzje – nie są natomiast podmiotowi i samodzielni w podejmowaniu decyzji.
W najlepszym razie Katz i Bradley chcą, aby pracownicy zmusili się do wysiłku i stali się bardziej wykwalifikowani, niż byli do tej pory. Oczywiście wykształcenie jest kluczowym dobrem publicznym, ale nie ma innej drogi niż nalegać, by wszelkie miejsca pracy w naszej gospodarce – a nie jedynie te obsadzone przez pracowników o wysokim poziomie wiedzy – zapewniały godne wynagrodzenia i pozwalały wejść do klasy średniej.
To napięcie jest widoczne w studiach przypadków opisywanych przez Katza i Bradley. W rozdziale dotyczącym Houston, autorzy prezentują Neighborhood Centers Inc., organizację charytatywną, która zapewnia pomoc społeczną i otwiera możliwości edukacyjne zubożałym dzieciom i dorosłym ze społeczności imigranckiej. Jej wysiłki są godne podziwu. Ale nie ma żadnej gwarancji na to, że – o czym wielu na rynku pracy ostatnio się dowiedziało – dorośli beneficjenci takich organizacji charytatywnych jak Neighborhood Centers Inc. zarobią wystarczająco dużo, aby zapewnić sobie przyzwoity poziom życia, gdy zaczną szukać nowego zatrudnienia.
W świecie na zewnątrz neoliberalnej bańki Katza i Bradley związki zawodowe, organizacje lokatorskie, koalicje ekumeniczne i grupy działające w społecznościach są narzędziami, które mieszkańcy metropolii wykorzystują, aby zyskać kartę przetargową w walce o władzę i rościć sobie prawo do części zasobów potrzebnych ich rodzinom, by mogły wejść do klasy średniej. Na przykład w 2006 r. w Houston strajk trwający aż miesiąc, wspierany przez płynące z całego kraju wyrazy solidarności ze strony liderów społeczności i organizacji religijnych, pomógł 5300 pracownikom firmy sprzątającej wygrać batalię o wyższe płace i ubezpieczenie zdrowotne. To nie jest rodzaj innowacji, o jakim myśleli Katz i Bradley. Sprzątacze z Houston nie odgrywają żadnej roli w ich rewolucji.
Oddolna siła
W przeciwieństwie do Katza i Bradley, organizacje pracownicze i społeczności lokalne podkreślają konieczność wytwarzania wzrostu, który będzie zrównoważony i dzielony szeroko. Koalicje wspólnotowo-pracownicze przetarły szlaki w regionalnych debatach dotyczących rozwoju, nalegając, aby projekty, które otrzymują wsparcie publiczne (np. odchylenia od planu zagospodarowania przestrzennego, ulgi podatkowe i subsydia rządowe) wytwarzały realne publiczne korzyści – takie jak tworzenie godnie opłacanych miejsc pracy lub Community Benefit Agreement (Umowa o Korzyściach Dla Społeczności) dla tych, którzy zostaną najbardziej dotknięci nowymi inwestycjami.
Choć Katz i Bradley pobieżnie zwracają uwagę, że prawdopodobnie bieda i nierówność mogą być zawadą dla wzrostu gospodarczego, model prezentowany w „Rewolucji metropolitalnej” unika jakiejkolwiek poważnej dyskusji na temat sprawiedliwego podziału zysków, akceptując wzrost sam w sobie jako wystarczający cel, i pośrednio popierając przysłowiowy – i w sposób oczywisty nietrafny – pogląd, że przypływ podnosi wszystkie łodzie.
Ich analiza sytuacji w Denver dostarcza na to przykładu. Prezentują oni zapoczątkowany w latach 80. sukces, jaki region Denver odniósł na polu pobudzania rozwoju gospodarczego i budowania regionalnej jedności za pomocą serii głosowań nad projektami infrastrukturalnymi. Kulminacja nastąpiła w 2004 r., gdy, pod przewodnictwem ówczesnego burmistrza miasta, Johna Hickenloopera, burmistrzowie kilku innych miast w tym regionie metropolitalnym współpracowali ze sobą w celu przekonania mieszkańców do zaaprobowania FasTracks, regionalnego systemu komunikacji miejskiej stworzonego kosztem 4,2 miliarda dolarów.
Katz i Bradley dokładnie opisują ten rodzaj współpracy w ramach okręgu administracyjnego, dokonujący się pomiędzy wybranymi w głosowaniu urzędnikami, a potrzebny do tworzenia polityki regionalnej. Jednak, skupiając się na Hickenlooperze jako na bohaterze pierwszoplanowym, koloryzują historię, opisując zorientowane na pomoc społecznościom inwestycje, których pomysły nie wyszły wcale z biura burmistrza. Ignorują na przykład intensywną pracę wykonaną przez Front Range Economic Strategy Center (zwane obecnie FRESC) – grupę, o której książka nawet nie wspomina, a która miała na celu znaczące skorygowanie projektu rozbudowy FasTrack w sposób mający na celu wspieranie równości ekonomicznej.
Podczas gdy burmistrzowie Denver i otaczających je przedmieść zastanawiali się, w jaki sposób ujednolicić kody pocztowe miast i ustalić kwestie granic, by ułatwić powstawanie FasTracks, FRESC pracowało, aby pomóc mieszkańcom zwyciężyć w batalii o wyraźne przepisy dotyczące sprawiedliwego podziału podczas rozrostu FasTracks i pobocznych inwestycji na przystankach tranzytowych, łącznie z klauzulami dotyczącymi dostępu do miejsc pracy o dobrej jakości, mieszkań w przystępnych cenach oraz wydzielonych miejsc dla drobnego biznesu. W innych regionach metropolitalnych, takich jak St. Paul w Minnesocie, trzeba było aż bojowych kampanii o „tranzytową sprawiedliwość”, prowadzonych przez grupy lokalne i pracownicze, by wywalczyć, żeby nowe linie tranzytowe obsługiwały społeczności o niskich dochodach, zamiast tylko przecinać zubożałe okolice bez zatrzymywania się.
Powinniśmy nalegać, aby wybrani przez nas urzędnicy współpracowali ze sobą w obrębie okręgu w celu rozwoju infrastruktury. Powinniśmy też chwalić lokalne organizacje charytatywne za zapewnianie wsparcia i pomocy społecznej, których państwo nie oferuje. Ale charytatywność i paternalizm nie zastąpią nam upodmiotowienia i nie przydadzą nam władzy.
Sukces Denver i innych regionów metropolitalnych – gdzie grupy oddolne rozpisały na nowo wertykalne schematy i zamieniły je w plany szeroko dzielonego dobrobytu – pokazuje, że potrzebujemy nie tylko wzrostu. Potrzebujemy wzrostu, który wesprze rozwój klasy średniej. Potrzebujemy nie tylko miejsc pracy. Potrzebujemy dobrych miejsc pracy.
Sieć elit nie da rady podnieść wszystkich łodzi bez podjęcia walki z trwałą nierównością w miastach, do czego Katz i Bradley nie czują potrzeby nawiązywać. Nie dostrzegają także, iż związki zawodowe, grupy pasażerów komunikacji miejskiej, organizacje lokatorskie, rodzice dzieci ze szkół publicznych i nisko opłacani pracownicy usług mogą być, i są, istotną częścią rozwiązania. Rezultatem jest brak wyobraźni, który pomija wielką część mieszkańców metropolii – i ukrywa głęboko jeden z najbardziej interesujących i ekscytujących przewrotów organizacyjnych ostatnich dwóch dekad.
Amy Dean
tłum. Magda Komuda
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w lewicowym amerykańskim miesięczniku „In These Times”, październik 2013 r., vol. 37, nr 10.
przez Piotr Wójcik | poniedziałek 8 czerwca 2015 | opinie
Śmieciowe zatrudnienie wypiera dobre zatrudnienie – tak jak gorszy pieniądz wypiera lepszy. I tak jak wartość pieniądza jest chroniona odpowiednią polityką monetarną, tak wartościowe zatrudnienie powinno być objęte pieczą rozsądnej i aktywnej polityki rynku pracy. Tymczasem, choć śmieciowe warunki pracy wkraczają coraz śmielej nawet do sektora publicznego, który tradycyjnie był ostoją wysokich standardów pracy, to nie widać specjalnego poruszenia ani wśród polityków, ani ekspertów. Dziwnym trafem, o ile istnieje wśród ekonomistów konsensus mówiący, że państwo powinno stać na straży wartości pieniądza, to już według większości tych samych ekonomistów ochronę wartościowego zatrudnienia państwo powinno sobie odpuścić. O ile polityka fiskalna i monetarna powinny być wyposażone w szereg bezpieczników (granica zadłużenia publicznego, cel inflacyjny itp.), żeby pieniądza broń Boże nie dotknął zbyt duży spadek wartości, o tyle już rynek pracy powinien być maksymalnie zderegulowany, a fakt, że deregulacja ta prowadzi do dewaluacji zatrudnienia jakoś nie kłuje ekspertów w oczy. To dziwne, ponieważ śmieciowe zatrudnienie pociąga za sobą szereg bardzo poważnych konsekwencji. I nie mówię tu o takich „drobnostkach”, jak wyraźne pogorszenie się sytuacji pracowników – od większości współczesnych speców od ekonomii już dawno przestałem oczekiwać empatii czy troski o cokolwiek innego niż stan wskaźników makroekonomicznych. Śmieciowe zatrudnienie szkodzi jednak tym wskaźnikom w równym stopniu, co zatrudnionym. Skutkuje ono niższą wydajnością (co przekłada się na niższy wzrost PKB), niższą innowacyjnością (co wiąże się z niską konkurencyjnością) czy spadkiem wpływów budżetowych (czyli pogorszeniem się stanu finansów publicznych). A na to wszystko różnej maści eksperci zawsze zwracają pieczołowitą uwagę – niestety obok propozycji przeróżnych cięć czy restrukturyzacji, jakoś mało który z nich proponuje gruntowną reformę rynku pracy.
Śmieciowe zatrudnienie to praca na niegodnych warunkach, zarówno płacowych, jak i innych, np. dotyczących stabilności pracy czy jej czasu. Najczęściej wiąże się ono z umowami cywilnoprawnymi, które pozwalają bardzo łatwo omijać kodeksowe uprawnienia pracownicze czy regulacje dotyczące płacy minimalnej. Jednak dotyka ono także osób pracujących na umowach o pracę – trudno nie nazwać śmieciowymi warunków pracy pielęgniarki w NZOZ, która na etacie zarabia 1500 zł netto, mając 30-letni staż pracy. Reforma zmierzająca do zrobienia porządku na rynku pracy powinna więc iść w dwóch kierunkach. Po pierwsze w stronę polepszenia pozycji pracownika, by wzmocnić go podczas negocjacji z pracodawcą, tak by nie godził się łatwo na warunki nieadekwatne do wykonywanych zadań. Po drugie zaś w stronę zwiększenia wśród pracodawców motywacji do podpisywania umów o pracę, które siłą rzeczy gwarantują wyższy standard od umów cywilnoprawnych.
Siła przetargowa polskiego pracownika jest bardzo niska, przede wszystkim z powodu żałosnego poziomu zabezpieczenia społecznego w Polsce. Polską sieć bezpieczeństwa trudno w ogóle nazwać siecią, o bezpieczeństwie już nie wspominając. Łapie się w nią ledwie 14 proc. bezrobotnych – tylu ma prawo do zasiłku. Tym, którzy jakimś cudem z niej korzystają, ma do zaoferowania dość niepoważne wsparcie. 6-miesięczny zasiłek, którego wysokość to przeciętnie 19 proc. ostatniej pensji (w Czechach czy na Węgrzech to ponad 30, w Finlandii niemal 80 proc.), nie wystarczy absolutnie na nic, więc w gruncie rzeczy przynosi prawie taki sam efekt, jak by w ogóle nie istniał. Bezrobotny, który na rynku pracy jest pozostawiony samemu sobie, nie będzie grymasił i weźmie każda pracę, nawet na umowie zlecenie za 5 zł na godzinę, co niektórzy pracodawcy ochoczo wykorzystują.
Pierwsze więc, co należy zrobić, żeby zniwelować panoszące się w Polsce śmieciowe zatrudnienie, to wzmocnić naszą sieć bezpieczeństwa. Należałoby złagodzić wymagania dotyczące przyznawania zasiłków dla bezrobotnych, tak by objąć nimi ok. 80 proc. osób tracących pracę. Przekładałoby się to na 40 procent wszystkich zarejestrowanych w urzędach pracy – niemal 50 proc. z nich to osoby bezrobotne od ponad 12 miesięcy, do których powinno być skierowane wsparcie innego rodzaju. Jego wysokość powinna wzrosnąć do wysokości płacy minimalnej, która obecnie wynosi 1750 zł brutto, co oznaczałoby ponad dwukrotny wzrost. Zamiast 6 miesięcy, byłby on wypłacany przez rok. Trudno uznać taki poziom zabezpieczenia przed bezrobociem za jakiś szczególnie szczodry (w końcu płaca minimalna w niektórych częściach kraju zupełnie nie wystarczy na utrzymanie), jednak dopiero on spełniłby swoje zadanie i wzmocnił pracownika.
Ważnymi elementami sieci bezpieczeństwa są instytucje rynku pracy. Ich efektywność to w Polsce powód do drwin. Do urzędów pracy nie mają zaufania zarówno pracodawcy, jak i pracownicy – dość powiedzieć, że trafia do nich między 10 a 20 procent wszystkich ofert pracy. Urzędy pracy powinny się zamienić w pośredniaki z prawdziwego zdarzenia, oferujące bezrobotnym nie tylko możliwość płacenia składki zdrowotnej (tak, jak jest obecnie), ale także rozbudowany system szkoleń i poradnictwa zawodowego. Powinny też dysponować własnymi analizami rynku pracy i blisko współpracować z lokalnymi przedsiębiorstwami. Należałoby także rozliczać pracowników UP z wyników długofalowo, żeby ich głównym celem nie było wyrejestrowanie bezrobotnego za wszelką cenę, lecz znalezienie dla niego odpowiedniego miejsca na rynku pracy. System awansów oraz podwyżek powinien być powiązany z wynikami, a nie ze stażem pracy.
Również Państwowa Inspekcja Pracy ma spore zadanie domowe do odrobienia. Nie ulega wątpliwości, że to jej wyjątkowa impotencja doprowadziła do rozpanoszenia się śmieciowego zatrudnienia na taką skalę. W 2013 r. skontrolowała zaledwie 44 tys. umów cywilnoprawnych (według GUS, pracujących na takich umowach jest ok. 1,35 mln osób), choć dobrze zdaje sobie sprawę, że są one masowo nadużywane. Co więcej, do sądów skierowała zaledwie… 240 powództw o uznanie stosunku pracy, czyli wiążących się z zamianą umowy śmieciowej na umowę o pracę. W jej przypadku przede wszystkim należy zintensyfikować kontrole – w minionych latach przeprowadzała więcej kontroli niż obecnie, choć dysponowała mniejszą kadrą – oraz zwiększyć maksymalną możliwą wysokość mandatów za łamanie przepisów kodeksu pracy, np. zwykły z 2 tys. zł do 20 tys., a dla recydywistów z 5 tys. do 50 tysięcy. Dopiero przy takich karach łamanie prawa przestanie być dla wielkich spółek atrakcyjne. Należałoby także umożliwić inspektorom pracy stwierdzanie stosunku pracy tak, aby do sądów trafiały tylko przypadki niejednoznaczne. W sytuacji, gdy umowa zlecenie jest podpisana z ewidentnym naruszeniem przepisów, decyzja inspektora powinna wystarczyć, by zamienić ją na umowę o pracę, bez rozpoczynania długotrwałej procedury sądowej.
Na pozycji pracownika waży również aktywność organizacji pracowniczych. Niestety obejmują one w Polsce margines zatrudnionych – są z nich „z urzędu” wykluczone osoby na umowach cywilnoprawnych oraz pracujące w firmach zatrudniających do 9 pracowników, czyli ogromna część wszystkich pracujących. Związki zawodowe działają w mało którym z większych przedsiębiorstw. Rozwiązaniem jest upowszechnienie rad pracowników. Według dyrektywy UE powinny one działać w 30 tysiącach polskich firm (zatrudniających powyżej 50 pracowników i bez organizacji związkowej), tymczasem działają w… 528. Rady pracownicze znakomicie sprawdzają się chociażby w Niemczech, bo dzięki nim pracownicy mają realny wpływ na firmę. Pracodawca, mając przed sobą dobrze zorganizowaną radę pracowniczą, nie może już sobie pozwolić na traktowanie firmy jak własnego folwarku, na którym jest „równy wojewodzie”. Rady pracownicze jednak nie rozwiążą problemu wykluczenia najmniejszych firm ze zrzeszeń pracowników. Ukłonem w ich stronę byłoby umożliwienie im zrzeszania się w ponadzakładowych związkach branżowych lub terytorialnych.
Zwiększenie atrakcyjności umowy o pracę wśród pracodawców należałoby osiągnąć przez możliwie największe zbliżenie do siebie warunków i obciążeń dla obu rodzajów umów. Z jednej strony będzie się to więc wiązało ze zwiększeniem obciążeń dla umów cywilnoprawnych, a z drugiej ze zmniejszeniem obciążeń oraz uelastycznieniem umów o pracę. Umowy cywilnoprawne muszą znów spełniać swoją podstawową rolę umowy regulującej pracę dorywczą czy nieregularną, a przestać być dużo tańszym i dużo łatwiejszym substytutem zatrudniania regularnych pracowników. Należałoby więc w pierwszej kolejności obciążać każdą umowę zlecenie i o dzieło takimi samymi składkami, jak umowę o pracę, wyłączając jednak z tego składki płacone przez pracodawcę. Obecnie oskładkowana jest tylko jedna wybrana umowa zlecenie danej osoby (a umowy o dzieło nie są oskładkowane wcale), więc wybierana jest niemal zawsze ta z najniższą kwotą, a od pozostałych płacona jest jedynie składka zdrowotna. Od przyszłego roku oskładkowane będą wszystkie umowy podpisane przez konkretnego pracownika, lecz tylko do wysokości płacy minimalnej. Tymczasem składki powinny być płacone od całego wynagrodzenia zawartego w umowie i nie ma żadnego powodu, żeby w przypadku umów cywilnoprawnych było inaczej.
Z drugiej strony należałoby zmniejszyć składki płacone przez pracodawcę przy umowach o pracę. W przypadku tych umów pracodawca płaci dodatkowe składki na rzecz pracownika, które nie są „widoczne” w kwocie brutto wynagrodzenia. Obecnie wynagrodzenie 3000 zł brutto oznacza całkowity koszt dla pracodawcy w wysokości 3618 zł. Należałoby zlikwidować składkę rentową (tylko tę po stronie pracodawcy) oraz na Fundusz Pracy i FGŚP. W ten sposób całkowity koszt takiej umowy spadłby o 271,50 zł, do 3346,50 zł, a więc byłby tylko o 346,50 wyższy niż przy umowie zlecenie, nie zaś o 618 zł. Warto także uelastycznić umowy o pracę pod względem warunków ich rozwiązania, szczególnie w najmniejszych firmach (do 9 pracowników), tak, by mali pracodawcy nie mieli oporów przed zatrudnianiem nowych pracowników na etat na czas nieokreślony. W tym celu w najmniejszych przedsiębiorstwach można by skrócić okres wypowiedzenia z 3 miesięcy do 6 tygodni, a w przypadku pracowników pracujących krócej niż 3 lata wynosiłby on 3 tygodnie. Natomiast w pozostałych firmach do dwóch miesięcy zostałby zmniejszony okres 3-miesięczny. Na umowach o pracę na czas określony pozostałby we wszystkich przypadkach okres 2-tygodniowy. Oczywiście te rozwiązania należałoby wprowadzić wyłącznie w połączeniu ze wzmocnieniem sieci bezpieczeństwa oraz zwiększeniem efektywności instytucji rynku pracy, aby ogólne bezpieczeństwo pracowników etatowych nie zmalało nawet pomimo pewnego zmniejszenia stabilności ich zatrudnienia. Dobrym wyjściem uatrakcyjniającym umowy o pracę byłoby też zmniejszenie wymogów formalnych dotyczących dokumentacji, co jest szczególnie dotkliwe w małych firmach.
Umowy cywilnoprawne służą bardzo często omijaniu przepisów o płacy minimalnej. To właśnie dzięki nim można płacić np. pracownikom ochrony 4 zł za godzinę pracy. Żeby utrudnić takie obchodzenie prawa, należałoby wprowadzić, obok miesięcznej płacy minimalnej, minimalną stawkę godzinową, wynikającą wprost z wysokości płacy minimalnej. Obowiązywałaby ona przy wszystkich rodzajach umów, w których jest wyrażona godzinowa wysokość wynagrodzenia albo wskazana jest liczba godzin lub inna jednostka czasu, która jest wymagana od zleceniobiorcy, by mógł otrzymać wynagrodzenie. Utrudnienie obchodzenia płacy minimalnej dzięki umowom cywilnoprawnym może być kolejnym argumentem skłaniającym pracodawców ku rezygnacji z ich stosowania na szeroką skalę.
Bardzo ważną rolę w uatrakcyjnianiu umów o pracę odgrywa sektor publiczny. Nie mówię tu o takich oczywistościach, jak zaprzestanie praktyki zatrudniania części pracowników na umowy zlecenie, która jest popularna szczególnie w… urzędach skarbowych. Mowa o umieszczaniu w zamówieniach publicznych wymogu zatrudniania przez oferentów na umowy o pracę we wszystkich przypadkach, gdy charakter zadania do tego obliguje. Obecnie tak zwana klauzula społeczna stosowana jest w zaledwie 2 proc. wszystkich przetargów. Dość powiedzieć, że nawet Państwowa Inspekcja Pracy nie wymaga od oferentów umów o pracę w swoich zamówieniach – tak było chociażby przy niedawnym przetargu na świadczenie usług pocztowych dla PIP. Jeśli zamówienia publiczne, które są bardzo ważnym działem gospodarki, wciąż będą polem dla prekaryzacji pracowników, to trudno oczekiwać poprawy standardów zatrudnienia w pozostałych obszarach.
Pozostaje pytanie, skąd wziąć na to pieniądze. Obciążenie budżetu generowałyby głównie dwa rozwiązania – zmniejszenie oskładkowania umów o pracę po stronie pracodawcy oraz zwiększenie wsparcia w postaci zasiłków dla bezrobotnych. Pierwszy krok wygenerowałby maksymalnie 4,5 mld zł straty dla budżetu. Likwidacja składki rentowej oraz na Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych po stronie pracodawcy przy przeciętnym polskim wynagrodzeniu według GUS (ok. 4100 zł), zmniejszyłyby składkę o 371 zł. Przy ok. 12 mln Polaków zatrudnionych na umowach o pracę dałoby to właśnie 4,5 mld zł; należy jednak pamiętać, że średnia krajowa jest mocno zawyżona (nie uwzględnia chociażby płac w najmniejszych firmach), więc realny koszt byłby wyraźnie mniejszy. W pewnej części byłby on poza tym zrekompensowany przez zwiększenie wpływów z oskładkowania wszystkich umów cywilnoprawnych.
Natomiast koszt wyższych, dłuższych i powszechniejszych zasiłków wyniósłby ok. 12 mld zł. Jeśli objętych byłoby nim 40 proc. zarejestrowanych bezrobotnych, to otrzymywałoby go ok. 712 tysięcy Polaków. Pomnożone przez 1750 zł i 12 miesięcy dałoby to niecałe 15 mld zł, od których należałoby odjąć 3 mld zł, które już teraz wydajemy na zasiłki. Zatem można bezpiecznie założyć, że cały dodatkowy ciężar dla budżetu z tytułu przeprowadzenia opisanej reformy wyniósłby około 15 mld zł, czyli 0,9 procenta PKB. Jeśli zwiększylibyśmy o ten niecały procent generalne wpływy sektora finansów publicznych, to wynosiłyby one w Polsce 39,5 proc. PKB, czyli wciąż bylibyśmy grubo poniżej średniej UE (45,2 proc. PKB), krajów naszego regionu, takich jak Czechy (40,1 proc.) czy Węgry (47,6 proc.), a nawet raju podatkowego, jakim jest Cypr (tamtejsze dochody finansów publicznych to 40,3 proc. PKB). Skąd dokładnie należałoby wziąć ten 1 procent PKB, to już temat na inny tekst dotyczący polskiego skrajnie niesprawiedliwego i nieefektywnego systemu podatkowego, o czym zresztą po części już pisałem na portalu „Nowego Obywatela” w ubiegłorocznym artykule „Niesprawiedliwości stało się zadość”. W każdym razie, mówiąc krótko, przez nasz dziurawy jak sito system uciekają nieporównanie większe kwoty. Oczywiście 15 mld zł to całkiem sporo, jednak wydaje się to ceną niewygórowaną za stworzenie w końcu w Polsce zrębów w miarę cywilizowanej sieci bezpieczeństwa i uporządkowanie tej stajni Augiasza, zwanej szumnie rynkiem pracy.
przez Jarosław Górski | poniedziałek 1 czerwca 2015 | opinie
Miesiąc przed śmiercią (której 50. rocznicę obchodziliśmy w ubiegłym miesiącu, 19 maja) notowała w swoim dzienniku Maria Dąbrowska:
„Opowiadanie salowej p. Kazi o krawcu-strażaku, miłośniku pierścionków.
Pani Kazia mówi: Znam sama jednego strażaka, bo to i mój mąż jest strażak, więc ze środowiska. Ale tamten jest krawcem w straży. Córki wykształcił, jedna jest lekarzem. Żonę pochował i dopiero zaczął oszczędzać: miał krowę, bo to tak u nas na przedmieściu – to wszystko spod niej sprzedał, a sobie tylko litr mleka zostawiał. A tłuste było mleko, bardzo dobre. To do tego mleka dolał pół wody, i tym mlekiem żył. A miał tylko jedno zakochanie – a tym były pierścionki. To już tych pierścionków miał z pięć kupionych, aż w sklepie jubilera zobaczył taki, co mu się więcej podobał od wszystkich. To jak zaczął szyć, to prywatnej roboty sobie dobierał i szył całymi dniami i nocami, żeby zebrać na ten pierścionek. A co dzień biegł zobaczyć na wystawę do tego jubilera, żeby zobaczyć, czy on aby jest. Aż milicja zwróciła na to uwagę i zaczęli go śledzić, co on tak tę wystawę u jubilera ogląda.
Aż wreszcie zebrał tyle, ile mu potrzeba było na ten pierścionek, poleciał i kupił. I taki szczęśliwy, że ma, czego upragnął – aż tu przychodzi milicja, zrobili rewizję, znaleźli pierścionki, aresztowali go. I choć wszyscy za nim świadczyli, że uczciwy, tylko tę jedną manię ma pierścionki kupuje, strawy sobie od gęby odejmie, a kupi. – Ale nie. – Siedział 7 miesięcy jako spekulant.
– Ale pierścionki mu zwrócili?
– A – a – nie. Skąd by mieli zwracać. Zabrali sobie – taka gratka!”.
Fragmencik niezwykły, choć podobnych w „Dziennikach” Dąbrowskiej mnóstwo. Pół stroniczki, a gotowa nowelka z wciągającą fabułą, z dramatycznym momentem, wyrazistym bohaterem. Historia – banalna, utkana z elementów przyziemnych, przez którą jednak prześwituje tajemnica: nigdy niedające zrozumieć się do końca siły powodujące człowiekiem, los, którego wyroków ani przewidzieć, ani zrozumieć nie sposób.
I jeszcze jeden element niezwykły, dla mnie tym bardziej, że właśnie jestem po lekturze kilku dzienników pisarzy: kilku rówieśników Dąbrowskiej, kilku dużo od niej młodszych, niektórzy wciąż żyjący i tworzący (mogę nie wymieniać nazwisk?). I tam się zdarzały świetne, zgrabne i lakoniczne historie, i tam czuło się tchnienie tajemnicy, i tam z rzadka pomiędzy kolegami po piórze i koryfeuszami innych sztuk, tudzież postaciami ze świata polityki, nieśmiało przemknęła salowa. Ale nie zdarzało się raczej, aby salowa była panią Kazią (salowa wystarczy), opowiadała historie, których treść służyła czemuś więcej niż zabawnej ilustracji sposobu myślenia ludzi prostych. W „Dziennikach” neurotycznej i egotycznej – może nawet bardziej niż to w jej środowisku przyjęte – Dąbrowskiej to jest właśnie niezwykłe. Ich autorka żyje przecież w bańce: w swoim, inteligenckim i elitarnym środowisku, spotyka się z największymi intelektualistami kraju i kontynentu, o jej uznanie zabiegają ludzie władzy. A jednocześnie świat spoza tej bańki do niej czasem przenika i jest równie wyrazisty, jak to, co znajduje się wewnątrz: dozorca z jej kamienicy ma nazwisko, rodzinę, kłopoty; imiona i swój pogląd na różne sprawy mają gospodarze na wsi, w której Dąbrowska spędza wakacje; student, który przychodzi naprawić radio, jest sympatyczny, a dentystka kocha swoją pracę. Ludzie bywają dla Dąbrowskiej ciekawi niezależnie od zajmowanego życiowego stanowiska. Niby banał – ale czy znowu tak wielu jest pisarzy, tak wiele osób umiejących dać wyraz swojej ciekawości dla ciekawych ludzi, niezależnie od ich pozycji społecznej?
***
Czy ta ciekawość ludzi to przyrodzona cecha charakteru Dąbrowskiej? Chyba raczej element programu życiowego, świadomie wybranego jeszcze w latach młodzieńczej fascynacji Abramowskim i z Abramowskiego czerpiącego. Programu, który nakazuje, wbrew szlachecko-inteligenckiej tresurze, przyglądać się „ludziom stamtąd” równie uważnie, jak tym oswojonym. Ludziom, którzy w tradycyjnej optyce tej klasy nie istnieją jako samodzielne i oddzielne byty, ale jako kategorie bądź zbiorowości, wymagające czy to tresury, czy to troski i oświecania. Dzienniki Dąbrowskiej są niezwykłym dokumentem uprawianych przez całe życie duchowych ćwiczeń ciekawości, ciągłego ich porzucania – kiedy pisarka z falą życiowego powodzenia dryfuje w kierunku inteligenckiej alienacji, i kolejnych do nich powrotów. Wszyscy uczymy się, że ważnych – i dlatego ciekawych – ludzi możemy dostrzec patrząc w górę i wszyscy wyrobiliśmy w sobie odruch spoglądania w górę. Dąbrowska nakazała sobie na siłę zwracać oczy tam, gdzie one patrzeć nie chcą, bo spodziewają się czegoś brzydkiego i nieciekawego, a w każdym razie nieważnego. Etyczne ćwiczenie ciekawości wysublimowało w twórczości Dąbrowskiej w bardzo interesujący kształt estetyczny.
Wielu pisarzy pozytywistycznej proweniencji (jak choćby Sienkiewicz, Konopnicka czy Orzeszkowa, ale widać to także u twórców następnych pokoleń – Żeromskiego czy Nałkowskiej) wyobrażało sobie, że zrealizują swoją powinność wobec niższych klas w taki sposób, że dokonają artystycznej diagnozy ich upośledzenia, która dotrze do inteligentów, wstrząśnie ich sumieniami, skłoni do organicznej, edukacyjnej, społecznej pracy na rzecz tamtych. Dąbrowska widziała to inaczej. Ponieważ jako inteligentka posiada komunikacyjne umiejętności, których ludzie klas niższych nie posiadają: literacki język, kulturę literacką, znajomość konwencji, gatunków i form itp., a więc nie mogą we własnym imieniu wypowiedzieć własnych stanowisk i interesów, to ona powinna tych umiejętności tamtym ludziom udzielić. Najpierw słucha ich z ciekawością, bez jakichś odgórnych założeń, a potem mówi w ich imieniu, reprezentować ich takich, jakimi są, a nie takich, jakimi mają się dopiero stać, nawet wbrew własnemu inteligenckiemu oglądowi świata, klasowym interesom czy – co chyba najtrudniejsze – wbrew własnemu inteligenckiemu poczuciu troski o nich i wbrew przekonaniu o konieczności ich „oświecania” czy cywilizowania.
Opowiadania, które złożyły się na „Ludzi stamtąd”, były takimi właśnie szlachetnymi ćwiczeniami ciekawości, próbą oddania inteligenckiego pióra ludziom, którzy się piórem nie posługują. Ale był to raczej projekt artystycznie nieudany. Dąbrowska pokazała tam świat „ludu” jakby w ekstrakcie, laboratoryjnie czysty. Dopiero w „Nocach i dniach” przemówił on pełnym głosem, nieco paradoksalnie dlatego, że został może nawet nie tyle wycofany na drugi plan, co stworzył osnowę dla zasadniczych wątków. Główni bohaterowie – małżeństwo, a później także dzieci Niechciców – za sprawą życiowego zajęcia Bogumiła, najemnego administratora majątków rolnych (Bogumił jest pracownikiem najemnym, co warto podkreślać – „Noce i dnie” to nie jest powieść ziemiańska), żyją w ciągłej interakcji z „ludźmi stamtąd”, muszą wciąż się z nimi – wzajemnie – poznawać, dogadywać, docierać i użerać, muszą wciąż układać sobie z nimi wspólne życie. Choćby bardzo chcieli (a chcą), nie mogą odwrócić od nich wzroku ani oddalić ich od siebie inteligenckim frazesem o opiece i powinności, bo tamci są wszędzie dookoła i uparcie nie chcą być inni niż są. I Bogumił – kochający życie i bardzo go ciekaw, i Barbara – świata rzeczywistego się bojąca i bezskutecznie próbująca przed nim uciec, przez codzienną bliskość z pracownikami Krępy, Serbinowa, Pamiętowa, wręcz zmysłowo doświadczają współzależności ludzi różnych klas i stanowisk. Słowo „współzależność” wypadałoby tu powtórzyć, bo chodzi o to, że Niechcicowie nie mogą po inteligencku wyprzeć faktu, że są od „ludzi stamtąd”, od ich wysiłku i twórczości, ale także od obecności w przestrzeni nieskończenie wielkiego świata zależni co najmniej w równym stopniu, jak tamci od nich.
To m.in. właśnie dzięki takiej wizji społeczności, w której – mimo pochodzenia z różnych grup społecznych, wynikających z tego różnic w sposobie widzenia świata, mimo sprzecznych interesów i aspiracji – wszyscy są nawzajem zależni od swojego wysiłku i obecności, „Noce i dnie” są powieścią tak gęstą i wyrazistą. Dąbrowska potrafi fantastycznie wielowymiarowo pokazać nawet takich bohaterów z dalszego planu, którzy w życiu pierwszoplanowych pojawiają się tylko na chwilę czy zgoła pojawiają się obok nich, bo skoro los każdego człowieka tak bardzo od każdego człowieka zależy, to dla każdego jest istotne, kim jest, jaki jest, czego chce inny. W „Nocach i dniach” wielokrotnie jest wypowiadane (najczęściej przez panią Barbarę), ale i daje się odczuć nawet wypowiadane nie będąc, pytanie: „Czemu to wszystko [trud, wysiłek, „wieczne zmartwienie” i pogoń za wciąż uciekającymi mirażami, czy w ogóle życie] służy?”. Pytanie, na które jednocześnie odpowiedzi nie ma i są odpowiedzi niezliczone. Ale daje się wyczuć unoszącą się nad zmysłową realnością świata przedstawionego powieści mgiełkę przeczucia, że może właśnie ta zależność każdego wysiłku od innego wysiłku, każdego życia od innego życia, nadaje temu wszystkiemu jakiś sens. To właśnie zmysłowa, wręcz materialistyczna wizja świata Dąbrowskiej przepełnia jej powieść duchem i nadaje metafizyczną głębię.
Wart zauważenia jest jeszcze jeden, jednocześnie etyczny i artystyczny, zamysł Dąbrowskiej: bardzo przemyślany język, z jednej strony bardzo solidnie zanurzony w tradycji polszczyzny literackiej, z drugiej mający trafić także do czytelnika mniej wyrobionego literacko. Dąbrowska miała taką ambicję, aby trafić ze swoim przekazem nie tylko do uczestników własnej klasy, a jednocześnie miała na tyle zaufania do nieinteligenckiego czytelnika, aby sztucznie nie upraszczać ani przekazu, ani języka. Projekt ten był na tyle wymagający od samej autorki, że wyczerpał jej talent: nie zdołała ona ani go ukończyć – nie udało się jej, jak wcześniej planowała, doprowadzić akcji do czasów jej współczesnych – ani później realizować w żadnym innym dziele. A jednak projekt należy uznać za udany – zaowocował bodaj najlepszą polską powieścią XX w., powieścią, która trafiła do bardzo szerokiej rzeszy czytelników oraz wyobraźni masowej (i bezpośrednio, i za pośrednictwem filmu, serialu telewizyjnego, adaptacji radiowych czy teatralnych).
***
Program pisarski Dąbrowskiej chyba już trochę trąci myszką, z tego choćby powodu, że nie istnieje już klasa niepiśmienna, za którą ktoś musiałby się wypowiadać. Ja jednak tęsknię za polską literaturą piękną, polską epiką, która bez tezy, tendencji czy dydaktyzmu bierze pod uwagę fakt, że każdy przekaz, a przekaz artystyczny w szczególności, ma moc zmieniania świata na lepsze lub na gorsze. Za literaturą wykazującą namysł nad społeczeństwem jako siecią wzajemnych oddziaływań i nad wzajemną niezbędnością ludzi. Gęstą od postaci, które – niezależnie od swojej funkcji w świecie przedstawionym i przedstawionej społecznej hierarchii – oglądane są z ciekawością, z potwierdzającym się przekonaniem, że każdy człowiek posiada jakieś imię, nazwisko, aspiracje i problemy – jakąś głębię i jakiś sens. Literaturą, w której los (a także jego składowe: praca, miłość, aspiracje) ludzi zwykłych, nawet banalnych, ukazany jest z perspektywy pozwalającej dotknąć jego nieziemskości. I w dodatku literaturą, która mówi do odbiorcy z szacunkiem, a więc traktując go jako kogoś zawsze zdolnego do głębokiego przeżywania świata. Tego mi bardzo w naszej literaturze brakuje: skupienia uwagi na banalności, powtarzalności i ciągłej bezskuteczności ludzkich starań, na mozolnym podtrzymywaniu, a nie tylko efektownym inicjowaniu relacji miłosnych, na codziennej pracy (praca rozumiana nie jako posada, ale właśnie jako czynność, to temat niemal nieobecny w naszej dzisiejszej literaturze) i odnajdywania w tym nadzwyczajności i jakiegoś wyższego porządku. Nie domagam się – oczywiście – istnienia wyłącznie takiej literatury, która właśnie na banalność codzienności zwraca uwagę. Ale myślę, że także taka przydałaby się niejednemu czytelnikowi, już trochę zanudzonemu przez coraz to bardziej nadzwyczajnych bohaterów, coraz to większe wichry namiętności, coraz to głębsze mroczności ludzkiej duszy, coraz szybsze tempo ucieczki od banalnego życia.