przez Paulo Rivas | środa 2 września 2015 | opinie
Na początku 1989 roku plac Santa Ana, serce madryckiej dzielnicy Huertas, znajdujący się zaledwie 200 metrów od Puerta del Sol, nie był tym, czym jest obecnie. Mimo że była to strefa bardziej turystyczna od innych części centrum miasta, to auta blokowały ulice, gdzie dziś ograniczony jest ruch samochodowy, handel haszyszem był na porządku dziennym, a modne lokale, bary i restauracje dla turystów znajdowały się wciąż w zdecydowanej mniejszości. W tamtych miesiącach każdego dnia zbieranina rzemieślników oraz weteranów ery hipisowskiej i Movidy ustawiała swoje stoiska, współtworząc popularny targ.
Ale nie mogło to trwać wiecznie. Już wtedy mówiło się, że socjalistyczne władze miasta mają inne plany wobec placu: wydawać masowe pozwolenia na restauracyjne ogródki. Na domiar złego, w czerwcu 1989 roku, po wspartym przez Partię Ludową wotum nieufności dla socjalisty Juana Barranco, burmistrzem został Agustín Rodríguez Sahagún z partii Unión de Centro Democrático. Około 140 rzemieślników miało pozwolenia na pracę, podpisane przez byłego radnego z dzielnicy Centrum Francisco Herrerę, a wydane jeszcze w 1982 r. Jednak Ratusz postanowił działać i rozpoczęło się nękanie handlarzy. Najpierw były to ciągłe wizyty służb mundurowych, następnie sprawa stała się poważniejsza. 14 października 1989 r. policja miejska rozpoczęła eksmisję handlarzy z placu.
Dzień ten był początkiem trwającej kilka miesięcy „bitwy o plac Santa Ana”. Byli liczni ranni, kilka podpaleń i barykady w dzielnicy, a zakończyło się usunięciem rzemieślników z okolicy. W 1996 r. Sąd Najwyższy uznał, że usunięcie ich było nielegalne. Ale kogo to obchodziło po sześciu latach?
Dziś miejsce to ma podstawowe cechy typowego „placu komercji”, jakich wiele w innych większych miastach Hiszpanii: wypełnione jest przynoszącymi zyski ogródkami restauracyjnymi, zajmującym chodniki i środek placu morzem krzeseł, na których można usiąść, jeśli ma się ochotę – i odpowiednią ilość pieniędzy, żeby kupić wcale nie najtańsze piwo. Na placu zostało zaledwie jedno drzewo, nie ma zieleni, którą trzeba byłoby utrzymywać, i przy której można byłoby przeszkadzać turystom podjadając z dziećmi tortillę. Rzuca się w oczy brak ławek, bo przecież nie do pomyślenia jest, żeby jakaś grupka usiadła i rozmawiała niczego nie konsumując. Od tego są ogródki, bo za wypicie piwa poza nimi, zgodnie z miejskim regulaminem, grozi mandat do 600 euro.
Miasto na sprzedaż
Tradycyjnie miasto było przestrzenią reprodukcji społecznej, gdzie nawiązywały się relacje, a nie tylko stosunki produkcji. Stoi to w sprzeczności z inną wartością: zmiany opartej na przekonaniu, że miasto jest ostatnią z przestrzeni, z których można wyciągnąć zyski, gdy nie mamy już czego prywatyzować. Wielkie firmy przeniosły swoje fabryki, a machina kapitału musi wciąż działać – w takich realiach przestrzeń miejska staje się kolejnym zasobem do wykorzystania. To opinia José Mansilli z Obserwatorium Antropologii Konfliktu Miejskiego (OACU) i Katalońskiego Instytutu Antropologii (ICA). Według niego, ogródki lokali gastronomicznych są wykorzystywane do zajmowania przestrzeni publicznej w ramach realizacji specyficznego sposobu rozumienia miasta, który wprowadzany jest w życie poprzez plany zagospodarowania miejskiego i rozporządzenia władz. To tak zwany model neoliberalny, według którego miasto jest na sprzedaż, podobnie jak jego przestrzenie i infrastruktura: kupując bilet na spektakl w teatrze Calderona w Madrycie i jadąc metrem, wysiądziesz na stacji Vodafone Sol i wejdziesz do teatru Haagen-Dazs Calderon.
Aspołeczne zachowania
W licznych miastach hiszpańskich proces ten wyglądał podobnie. Oczywistym przykładem jest Barcelona. – W pewnym momencie Ratusz doszedł do wniosku, że mają miejsce „zachowania aspołeczne” – opowiada Mansilla. Stało się to wymówką dla zastosowania czegoś, co określa się środkami urbanistyki prewencyjnej. Tradycyjne ławki są wymieniane na jednoosobowe, oddalone jedne od drugich, tak, że można usiąść na chwilę, ale już nie porozmawiać. Likwiduje się pozostałe – i tak już nieliczne – obszary zielone. Ogradza się je, ustanawia godziny otwarcia, lub zmienia się je w betonowe place, gdzie nie można zatrzymać się i pogadać. Są one urządzane tak, żeby później było dużo łatwiej zamienić ławki, na których się siadało, w bary i ich ogródki. Mimo to „zachowania aspołeczne” nie zostają zwalczone, lecz wynoszą się z centrum, ponieważ władze nie zajmują się przyczynami, a tylko skutkami – tłumaczy Mansilla. W ten sposób centrum miasta zamienia się w przestrzeń pozbawioną konfliktów, skrojoną na potrzeby sektora turystycznego.
Jon Aguirre Such, architekt, urbanista i członek stowarzyszenia zajmującego się miejskimi innowacjami Paisaje Transversal, utrzymuje, że: ogródki mogą być częścią miejskiego życia, ale jeśli żywotność przestrzeni publicznej ogranicza się jedynie do nich, zachodzi prywatyzacja przestrzeni publicznej. Według niego, w hiszpańskich miastach ma miejsce „nadużywanie ogródków”, przy jednoczesnym braku równowagi między rozrywką konsumpcyjną a niekonsumpcyjną.
Nie istnieje również polityka sprzyjająca wykorzystywaniu przestrzeni publicznej jako miejsca relacji, zauważa Aguirre. – Mamy do czynienia z projektami ograniczającymi możliwość spotkań. Wystarczy pomyśleć o placach takich jak Callao, Dali czy Sol, wyłożonych granitem pod pretekstem tego, że łatwiej będzie je utrzymywać w czystości – wyjaśnia. Tym sposobem miasto zmaga się z jednej strony z nadmiernym opanowaniem przestrzeni publicznej przez działalność nastawioną na zysk, a z drugiej ma mnóstwo placów i innych przestrzeni, których rola ogranicza się do przemieszczania.
Liczba ogródków i ich powierzchnia na Starym Mieście w Barcelonie dają wyobrażenie o tym, co ma miejsce także w pozostałych miastach. W 2002 roku istniały 192 ogródki, zajmujące 3494 metry kwadratowe. W 2012 roku było ich już 317, a ich powierzchnia uległa prawie potrojeniu – do 9986 m2, jak wynika z badań Adriana Cordero, zatytułowanych „Przestrzeń publiczna: między dominacją a oporem”. W ciągu siedmiu lat liczba wydanych zezwoleń wzrosła o 39%, a powierzchnia ogródków o 65%. W porównaniu z ławkami publicznymi, stosunek wyniósł 1 do 9. To prawdziwy pogrom ze strony prywatnych krzeseł. Liczba publicznych ławek wręcz spadła: między 2006 a 2012 rokiem w dzielnicy zniknęło ich 39. Dane dotyczące całego miasta przynoszą podobne wyniki: między 2012 a 2014 rokiem liczba pozwoleń na ogródki przy lokalach gastronomicznych wzrosła z 2832 do 4574.
Miejskie laboratorium
Barcelona stała się, jak twierdzi Mansilla, „laboratorium miejskich praktyk”. Miejski regulamin z 2005, skopiowany później przez liczne miasta, skupiał się na dostosowaniu miasta do potrzeb turystów, zostawiając im je na wyłączność: Jeśli chcesz miasta-pocztówki dla turystów, musisz usunąć przeciętnych ludzi. Jesteśmy zbędni. Jeśli obchodzę urodziny córki popijając piwo na ulicy – to brzydkie.
Taki model miasta nabiera kształtów od kilku dekad. Mimo tego wciąż pojawia się opór. Przykładami są Campo de la Cebada czy Esto es una Plaza (dosłownie „To jest Plac”) – samorządne przestrzenie w Madrycie. Na razie są jednak to bardzo ograniczone eksperymenty, jak zauważa Aguirre. Alternatywa zaczyna się w samej koncepcji przestrzeni. Należałoby zainicjować serię ulepszeń na placach, tworząc projekty pozwalające na nawiązywanie relacji między ludźmi, począwszy od ustawiania ławek i sadzenia drzew, przemyśleć jakie są potrzeby w przestrzeni publicznej, ale z udziałem społeczności sąsiedzkiej – twierdzi architekt. I dodaje, że musi to być powiązane ze zmianą w sposobie zarządzania przestrzenią publiczną, dotyczącą zasad związanych z ogródkami lokali gastronomicznych, które powinny ograniczać ilość miejsc, gdzie pożerają one ulice i place.
Aguirre podkreśla także znaczenie idei prawa do infrastruktury: Pracowaliśmy nad polityką i wzorcami działania dotyczącymi przestrzeni publicznych w Donostii i widzieliśmy, że trzeba stworzyć sposoby pozwalające na bardziej wspólnotowe zarządzanie, tak aby każda osoba chcąca zorganizować niewielkie wydarzenie, mogła to łatwo zrobić. Jako Paisaje Transveral wyznają ideę, że każdy dba o to, co uznaje za swoje, więc jeśli nie powstanie identyfikacja z przestrzenią i nie zajdzie społeczne zaakceptowanie placów, zarządzanie przestrzenią będzie bardziej kosztowne. Z tego powodu istnienie przestrzeni publicznych, w których lepiej się żyje, zależeć będzie od stworzenia nowych ram zarządzania i współodpowiedzialności za przestrzeń publiczną. Oraz od tego, czy społeczności sąsiedzkie będą miały na nią wpływ.
Pablo Rivas
tłum. Jan Świeczkowski
współpraca: Angelina Kussy
Tekst pierwotnie ukazał się na portalu Diagonal Periodico w dniu 22.06.2015 r.
przez Michał Wójtowski | wtorek 25 sierpnia 2015 | opinie
Krótką, lecz najgłębiej zapadającą w pamięć część zeszłorocznej kanikuły spędziłem, po raz pierwszy od lat, z tatą. Zatrzymaliśmy się w niewielkim hotelu w miasteczku Floss, we wschodniej części Bawarii. Lipiec tamtego roku był, zgodnie ze zwyczajem, upalny. Mieszkańcy położonej w Lesie Czeskim mieścinki również kierują się nakazem dobrego obyczaju, bowiem i siebie nawzajem, i obcych zawsze uprzejmie witają uśmiechem i pozdrawiają grzecznie „Dzień dobry!” lub „Szczęść Boże!”. Dobry społeczny obyczaj zaznacza się i tak, że w niedzielę nie spotka się otwartego sklepu, zaś hotelowa kuchnia wieczorem jest zamknięta, by odpoczywać mogli nie tylko goście. Tak właśnie trafiliśmy z tatą do jedynej otwartej gospody.
Od futbolowego triumfu niemieckiej reprezentacji nie minął wówczas jeszcze tydzień, nic więc dziwnego, że przy jednym ze stolików spowity w narodową flagę mężczyzna co jakiś czas wykrzykiwał „Jesteśmy mistrzami!”. Wszystko jednak w najlepszym patriotyczno-futbolowym guście, z dumą, lecz bez śladu agresji lub nieobyczajnego zachowania. Przy stoliku ze świętującym zasiadali żona i zaprzyjaźnione małżeństwo, które, widząc nieznane twarze, postanowiło zagaić rozmowę. Żałosne podstawy niemczyzny, której nigdy nie zacząłem się porządnie uczyć, oraz inne języki świata pomogły podtrzymać rozmowę. Kolega futbolowego fana okazał się kierowcą autobusów wycieczkowych. Objechał kawał Europy, bardzo podobało mu się w Polsce, szczególnie podczas Euro 2012. Gdy zapytał, czy jesteśmy tu na wakacjach, potwierdziłem. Cóż, nie była to prawda, w każdym razie nie cała. Obawiałem się, że to, co przemilczałem, mogłoby mocno zwarzyć nastrój niezobowiązującej rozmowy, w której wszyscy chcieli być dla wszystkich mili. Myślę, że nasi rozmówcy domyślali się celu naszej wizyty.
Do Floss trafiliśmy z okazji corocznych spotkań byłych więźniów Flossenbürga, na które zapraszane są również rodziny ofiar i ocalonych z całego świata. Nad obozem góruje skaliste wzniesienie z ruinami średniowiecznego zamku, stamtąd także najlepiej widać, że jego część zajęta została przez osiedle domów mieszkalnych. Tym bardziej należy docenić starania na rzecz zachowania historycznego kształtu tego miejsca, jakich dokonały organizacje więźniów, miejscowa ludność oraz badacze. Dziś w obozie funkcjonują muzeum i archiwum historyczne. Wcale nie musiały one powstać i sprawnie udzielać wszelkich dostępnych informacji o losach więźniów. Skoro jednak powstały, stanowią dowód dobrze odrobionej lekcji historii. Nie zmienią tego celowo zatarte anonimową ręką zdania na jednej z tablic informacyjnych przy drodze łączącej obóz z zamkiem.
Wspominam to w kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego. Na Pradze, gdzie mieszkała moja rodzina, trwało ono krótko. Rozkaz powrotu do konspiracji – wobec braku jakichkolwiek szans uzyskania łączności z lewym brzegiem – został wydany już w pierwszych dniach sierpnia. Nikt nie wie, co robił wtedy ojciec mojego taty. Babcia nie chciała o tym opowiadać, wiadomo tylko, że pewnego dnia nie wrócił do domu i tak już zostało na zawsze, a najgorsze obawy potwierdził wkrótce po wojnie Czerwony Krzyż. Jedynymi śladami sierpniowych i posierpniowych losów dziadka Kazimierza pozostały numery obozowe z Auschwitz i Flossenbürga oraz zapisy transferu z obozu do obozu, wreszcie pozycja na liście zgonów podczas jednego z „marszów śmierci” z połowy kwietnia roku 1945. Armie alianckie spóźniały się zawsze nieznacznie, a zajmujący Bawarię i wyzwalający obóz we Flossenbürgu Amerykanie – o zaledwie kilka dni. Dopiero po siedemdziesięciu latach udało się nam postawić znicz na symbolicznej zbiorowej mogile.
Wspomnienia ubiegłorocznej wyprawy i uczestnictwa w obchodach nie dają mi spokoju. Wyznaczony przez organizatorów termin przypadł wszak na 70-lecie nieudanego zamachu na Hitlera. Właśnie we Flossenbürgu więziono, sądzono pod zarzutem udziału w spisku i stracono na początku kwietnia 1945 roku m.in. Wilhelma Canarisa, Hansa Ostera i Dietricha Bonhoeffera. Informuje o tym pamiątkowa tablica wmurowana na terenie obozu, ale w ubiegłym roku wspomnienia poświęcone uczestnikom niemieckiego ruchu oporu akcentowano także wyjątkowo mocno podczas oficjalnych przemówień. Miałem przy tym dojmujące wrażenie, że ich wektor skierowany jest wyraźnie ku takiemu upamiętnieniu przeszłości miejsca, które jednocześnie uwydatni skalę niemieckiego cierpienia i wskaże na przyszłość jako szansę na współżycie nieobciążone winami przodków.
Dążenie do tego, by zamknąć mroczny rozdział narodowej historii Niemiec doskonale rozumiem. Nie dziwi mnie też, że do udziału w uroczystościach zaproszono niemiecką młodzież szkolną, wieloetniczną i wielojęzyczną, wypowiadającą się w duchu pojednania i tolerancji. Bo przecież podobne uroczystości nie są tylko narzędziem prowadzenia polityki historycznej. Są także świadectwem trwającej od dziesięcioleci pracy edukacyjnej. Tym dziwniej czułem się, gdy wobec więźniów, także Żydów, występował młodzieniec owinięty w arafatkę, której symboliczna wymowa, czy choćby odległe sugestie, zanadto odsyłały do teraźniejszości w miejscu naznaczonym taką przeszłością. Był to zaledwie zgrzyt, który umknął prawie niezauważony i nie wywołał żadnej reakcji. Niestety, takie „zgrzyty” są dziś chlebem powszednim w moim kraju.
Proroctwa „końca historii” okazują się dziś jedynie pokazem myślenia życzeniowego. Rosyjska napaść na Ukrainę, upokorzenie Grecji i kryzys europejskiego projektu budzą niepokój. Nie tylko jako wyraz rozchwiania równowagi realnego układu sił, ale również jako skutek rozluźniania się więzów, jakie na agresorów sprzed lat nakładały wina i pamięć o popełnionych zbrodniach.
Powinno to budzić w Polsce szczególny niepokój, ale też szczególną, skierowaną do wewnątrz, ostrożność. Tymczasem wydarzenia z ostatnich miesięcy i lat zdają się sugerować, że największym marzeniem Polaków stało się dostarczanie amunicji każdemu, kto w stosownym momencie nasz kraj i nasze społeczeństwo chciałby przedstawić w jak najgorszym świetle.
Świńskie łby pod meczetem oraz inne islamofobiczne ekspresje; małoduszność wobec uchodźców i ich, oparta na religijnym kryterium, selekcja; antysemickie napisy na murach i żenujące werdykty sądów w sprawach o szerzenie nienawiści; antyukraińskie stanowiska dziwnych partyjek – to jedna strona medalu. Jest i druga. Ukazała się w medialnej nagonce na Grecję i Greków, w której uczestniczyły też redakcje i osoby uchodzące za wyjątkowo oświecone. Nawiasem mówiąc, podobnie zdarza się im traktować także rodaków, którzy bywają zanadto „roszczeniowi”. Nic z tego, żaden ksenofobiczny akt i żadne wyparcie się solidarności z będącymi w potrzebie nie zostaną zapomniane, gdy trzeba będzie przeprowadzić kolejną wojnę hybrydową lub inną, choćby prowadzoną orężem ekonomicznym, agresję. Niekoniecznie musi ona nadejść ze wschodu.
Wypada się cieszyć, że obchody rocznicy wybuchu Powstania są dziś w Polsce powszechne do tego stopnia, że 1 sierpnia o 17.00 słyszałem syreny pośrodku lasu nieopodal Wdzydz Tucholskich. Budujący jest też fakt, że pamiętamy już nie tylko o walczących z bronią w ręku, ale także o cywilnej historii Powstania. Jest to dla mnie ważne także z uwagi na małą, rodzinną historię. Ale tym bardziej boję się, byśmy jako zbiorowość nie zapomnieli, by pamięć uparcie konfrontować z tym, co czynimy dzisiaj, gdy licho nie śpi. Nie stać nas dziś na takie wakacje.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 19 sierpnia 2015 | opinie
31 października 2005 roku swój urząd złożył premier Marek Belka, stojący na czele ostatniego jak dotąd formalnie lewicowego rządu III Rzeczpospolitej.
Wkrótce minie dekada od tamtego momentu. Z perspektywy długiego trwania to wciąż niewiele. Ale w ludzkim życiu dekada to dość długi okres. W 2005 roku dzisiejsi dwudziestolatkowie byli jeszcze dziećmi, socjalizowanymi do życia w realnym liberalizmie wedle wszelkich jego znanych nam już dobrze kanonów, skupiających się na indywidualnym zapewnieniu sobie sukcesu lub środków do przetrwania. W 2005 roku dzisiejsi trzydziestolatkowie dopiero zaczynali studia, nabywali kompetencji, zawierali i wzmacniali korzystne znajomości, jeśli zapewniały im to odpowiednie uczelnie i koneksje rodzinno-towarzyskie. Ale znaczna część z nich studiowała w Wyższych Szkołach Ulotnej Myśli, Gotowania na Gazie i Wszystkiego Dobrego, domyślając się może, że i tak nie ma większego znaczenia, czego (nie)dowiedzą się na „uczelni”. Bo o ich jednostkowym i zbiorowym losie rozstrzygnie otwarcie zachodnich rynków pracy, względnie ułożenie sobie życia w którejś z lokalnych metropolii.
W 2005 roku dzisiejsi czterdziestolatkowie pocieszali się myślą, że w ciągu kolejnej dekady z pewnością zaczną więcej zarabiać, będą w stanie bez problemów spłacać kredyty (jakże one były wtedy modne!) i zakładać lub powiększać rodziny. Jeszcze starsze pokolenie, które w pierwszych latach III RP dzieliło między sobą schedę po Polsce Ludowej (ach, te wszystkie mniejsze i większe uwłaszczenia i mniej lub bardziej złodziejskie prywatyzacje, o których pamięć stanowi część wstydliwej historii niejednej polskiej rodziny), dekadę temu oswajało się z własnym, na ogół niższym niż wyższym statusem w III RP. I dziwiło się niepomierne, że dzieci tak często zmieniają pracę i coraz rzadziej „łapią etat”, choć umowy śmieciowe nie były wówczas jeszcze tak rozpowszechnione jak dekadę później. A jeszcze starsi często przenosili się na drugą stronę rzeczywistości, co z pewnością napawa ich smutkiem, bo nie doczekali radosnych lat na zielonej wyspie, pełnej szczawiu, mirabelek i unijnych inwestycji, z których część faktycznie się przydaje, a część zostanie jako pomnik megalomanii władz, na ogół samorządowych.
31 października 2005 roku desygnowany na premiera został były członek Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, czyli Kazimierz Marcinkiewicz, o którym wiemy dziś znacznie więcej niż wówczas, a to przede wszystkim dzięki tabloidom śledzącym perypetie uczuciowo-łóżkowe różnego sortu celebrytów. Cała prawoskrętna Polska, którą wkrótce czekał poważny rozłam, nie posiadała się z radości przynajmniej z tego jednego powodu – odsunięto od władzy „komuchów”, którzy wcześniej, niesieni falą społecznego gniewu, znokautowali rząd Jerzego Buzka. Gdy postkomuniści sami znaleźli się w końcu na deskach, wieszczono liberalne reformy gospodarcze i sanację państwa. Głośno mówiono o polskiej korupcji, choć na prawicy zwyczajowo chętniej podkreślano jej postkomunistyczno-okrągłostołowe korzenie, niż fakt, że sprawy zdążyły się przez ostatnich kilkanaście lat skomplikować. I niejeden ważny dawny opozycjonista zamienił ideały Sierpnia na podmiejską willę zdobytą w niezbyt jasnych okolicznościach. Nikt wtedy jeszcze powszechnie nie krytykował panabuzkowej antyreformy systemu emerytalnego ani antyreformy szkolnictwa. Na prawicy radośnie powiewały sztandary prawa, sprawiedliwości i gospodarczego liberalizmu. Jan Maria Rokita jeszcze nie wiedział, że zrzucą go wkrótce z partyjnej furmanki, więc nigdy nie szarpnie za cugle demokracji. Przyjemnie brzmiały opowieści o ciepłej wodzie w kranach, a polski hydraulik wyglądał jak żigolo z mokrego snu naszych prawo-lewych elit – zbędne gęby wreszcie legalnie da się wypchnąć z kraju.
Nikt specjalnie nie zaprzątał sobie głowy faktem, że premier Marcinkiewicz, autor książki „Pracowitość i uczciwość w polityce”, jest tym samym człowiekiem, który współtworzył ustawę rozwalającą nasze szkolnictwo zawodowe. Akcja Wyborcza „Solidarność” zlikwidowała 6 tys. szkół zawodowych, pozbawiając w ten sposób pracy 50 tys. nauczycieli: „relacja absolwentów liceów ogólnokształcących do absolwentów szkół zawodowych miała docelowo wynosić 80:20. Liczba uczniów techników i szkół zawodowych miała się zmniejszyć z 62 proc. (w 2000 r.) do docelowych 20 proc.” (cyt. za artykułem Krzysztofa Świątka „Student – absolwent – bezrobotny” opublikowanym ponad dwa lata temu w „Tygodniku Solidarność”). Uznano je za zbędne w kraju, który nie chciał już własnego przemysłu, własnych innowacyjnych technologii, za to gorąco pożądał kolejnych galerii handlowych i kolejnych zagranicznych inwestycji. O patriotyzmie gospodarczym, repolonizacji banków i reindustrializacji rzadko kto wtedy przebąkiwał, nawet na naszej arcypatriotycznej przecież prawicy. To był inny etap: wraz z wejściem do Unii wreszcie miało być już tylko lepiej.
Na kwestie socjalne, na lewicową perspektywę społeczno-gospodarczą nie zwracała wówczas uwagi nawet większość, nadającej ton w przestrzeni publicznej, lewicy, która na ogół śniła o tym, że wreszcie oświeci obyczajowo i kosmopolitycznie lokalny ciemnogród. Po dziesięciu latach można stwierdzić, że po wielkiej misji zostało nie mniejsze zdziwienie, dziś już wprost wyrażane: jak to się stało, że prawica zawłaszczyła politykę historyczną, wyobrażenia społeczne i polskie insurekcje? Chętnie podpowiem odpowiedź: sami wówczas oddaliście te wielkie mity i pasje, utożsamiając patriotyzm z faszyzmem/nacjonalizmem, a pamięć historyczną z prawicową, już wówczas bardzo świadomie formatowaną martyrologią narodową.
A post-PRL-owska lewica? Zachowała parlamentarny byt w ciągu kolejnych kadencji, ale poza tym niewiele interesującego da się o niej powiedzieć. A wkrótce być może odtrąbi sukces, jeśli uda się jej przybrać parlamentarną formę przetrwalnikową. Choć i to nie jest pewne. Patrząc szerzej: mamy dziś dwie „zjednoczone lewice” plus partię Razem – tyle w ramach oferty dla wyborców. Tylko że dekada wystarczyła, by elektorat gdzieś sobie poszedł. A może zniknął, dotknięty przez Ducha Dziejów czarodziejską różdżką transformacji?
Postawmy robocze pytanie: gdzie rozpłynął się lud, w jakiej dziejowej magmie się roztopił? Gdzie polski lud, podobno naturalny sojusznik lewicy, gwarantujący jej polityczne istnienie w ramach parlamentarnych demokracji? To pytanie warto połączyć z inną kwestią. Otóż, pomimo wyraźnego triumfu lumpenliberalnych sloganów w coraz marniejszej jakości debatach publicznych, przynajmniej część przeprowadzanych badań i ankiet wskazuje, że duża część Polaków chce na przykład bardziej sprawiedliwego/progresywnego rozkładu podatków, czyli chociażby dodatkowego progu podatkowego dla najbogatszych. Do tego wciąż znaczna część społeczeństwa uważa, że instytucje publiczne, centralne i samorządowe powinny odpowiadać za szeroko rozumianą sferę zabezpieczeń socjalnych i nie powinno zamykać się kolejnych szkół.
W dodatku gołym okiem da się zauważyć narastający antagonizm wokół tematyki społeczno-gospodarczej. Owszem, przybywa liberalnych radykałów (a może po części ludzi, którym państwo i „wspólnota odpowiedzialności” są kompletnie obce), co istotne – właśnie w młodszych pokoleniach. Z drugiej jednak strony w pokoleniu trzydziesto- i czterdziestolatków często słychać głosy niezadowolenia z realnego liberalizmu i modelu rodzimej transformacji. Zaznacza się też upadek wiary, że mechanizmy rynkowe są jedynym sposobem na organizację życia kilkudziesięciomilionowego społeczeństwa. Dla tych ludzi mankamenty życia w puszczonym na żywioł kapitalizmie nie są już opowiastkami rodem z PRL-owskiej propagandy – za lekcję rzeczywistości płacą stresem, zmęczeniem, poczuciem niestabilności życia, prowizorką międzyludzkich więzi. Ale doświadczenie na własnej skórze tego stanu rzeczy nie czyni jeszcze nikogo wyborcą lewicy. Nierzadko wręcz przeciwnie i powoduje reakcje: państwo to znów okupant, i to dość nieudolny, chcemy więcej gospodarczego liberalizmu. Oparte na tym przekonaniu wyobrażenia społeczne są na tyle silne i tak popularne dzięki swojemu sloganowemu przekazowi, że stanowią nieledwie „mądrość ludową” społeczeństwa, które niespecjalnie ma ochotę pomyśleć, że może brak mu predyspozycji do budowania cywilizowanej „architektury państwowej”.
Ale ludu w klasycznym tego słowa znaczeniu, ważnym dla lewicowej tradycji, już nie ma. Rzecz nie tylko w zaniku wielkoprzemysłowej klasy robotniczej i słabości rodzimych związków zawodowych. Sedno sprawy w tym, że bardzo nam się przemieszały relacje statusu zawodowego, przynależności klasowej i sytuacji materialnej/społecznej/kulturowej: dziś sztygar z KGHM, facet w średnim wieku, który odchował już dzieci, ma się znacznie lepiej niż spauperyzowany wielkomiejski post-inteligent, który najchętniej zostałby sławnym pisarzem, ale w rzeczywistości żyje z obsługi krótkoterminowych grantów. Który z nich będzie głosował na lewicę? Ktoś powie: oczywiście ten drugi! Ale ten drugi, nazywany dziś modnie prekariuszem, bywa tak „umeblowany” na umyśle, że śni mu się po nocach jeszcze więcej liberalizmu, tyle że w znacznie mniejszej cenie i z ładną melodyjką czasoumilacza w tle – zupełnie gratis. A państwa nie cierpi organicznie, bo państwo to ZUS i kolejki w szpitalach, gdy przecież nasz prekariusz bywa prywatnie u dentysty i tam nie ma kolejek. Podobnie u prywatnego weterynarza, do którego chodzi z pieskiem. A może na lewicę chciałby głosować młody terminujący na śmieciówce dziennikarz z wielkiej redakcji? Owszem, pod warunkiem że ta lewica będzie jadła kiełki, bywała w „Charlotte”, miała zrozumienie dla niskich podatków dla wyższych sfer i przeklnie górników, hutników, pielęgniarki i nauczycieli. Mówiąc w skrócie: nie, prekariat wcale nie jest naturalnym sojusznikiem lewicy politycznej. Bywa nim – tylko i aż tyle.
A sztygar z KGHM? Załóżmy, że w czasach PRL był w „Solidarności”. I nadal w niej jest. Przypuśćmy, że w latach 90. głosował na prawicę, popierał Wałęsę przeciw Kwaśniewskiemu, że poparł parasol ochronny związku nad Akcją Wyborczą „Solidarność”, czyli – oczywiście nie zapominając o ideałach Sierpnia – traktował liberalną politykę prawicy jako słuszną drogę do lepszego bytu polskich rodzin. Później się wkurzył i nie poszedł na wybory, z odrazą patrzył na premiera Millera. A następnie zagłosował, licząc na spokojną koalicję PO i PiS. Potem żył w politycznej rozterce, choć prywatnie całkiem dostatnio. 10 kwietnia 2010 roku szczerze płakał, ale po jakimś czasie uznał, że sentyment to jedno, a ciepła woda w kranach to drugie. Niedawno do cna znienawidził rządy Platformy Obywatelskiej, waha się między antysystemowcami Pawła Kukiza a Prawem i Sprawiedliwością. W drugiej turze wyborów prezydenckich głosował na Andrzeja Dudę. W internecie klnie premier Kopacz, że lekceważy niedożywione polskie dzieci. I narzeka na zniszczenie polskiej gospodarki przez zagraniczny kapitał. Ale już nie pamięta, kto to był Emil Wąsacz ani dlaczego Jan Kulczyk nieźle się dogadywał z ekipą Jerzego Buzka. On z pewnością nie zagłosuje ani na Zjednoczoną Lewicę, ani na jeszcze bardziej Zjednoczoną Lewicę-bis, ani na partię Razem, którą podejrzewa o różne brzydkie rzeczy, bo tak już ma, że nie ufa niczemu, co się rusza i jest lewoskrętne.
Gdzie jest zatem lud, nadzieja lewicy? Aby rzecz skomplikować przypomnę fragment wywiadu, jaki przeprowadziłem dla „Nowego Obywatela” z dr. hab. Rafałem Chwedorukiem. Politolog zapytany, na ile lewicowe jest polskie społeczeństwo i czy możemy wyróżnić warstwy społeczne o naturalnie lewicowych inklinacjach odpowiedział: może zabrzmi to dla wielu lewicowców przykro, ale jeśli przeanalizujemy dokładnie geografię wyborczą i sondaże opinii publicznej, to można wskazać, że najbardziej lewicową grupą wyborczą są byli pracownicy Ministerstwa Obrony Narodowej, w tym żołnierze zawodowi. Tu naukowiec zaśmiał się i dodał: na drugim miejscu musielibyśmy wymienić pracowników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. I być może to właśnie są korodujące już resztki „żelaznego elektoratu” lewicy po-PRL-owskiej: grupa wciąż malejąca, która nawet wzbogacona o mini-elektoraty Zielonych czy Twojego Ruchu nie wystarczy już, by zagwarantować tak zwanej Zjednoczonej Lewicy miejsca w sejmie następnej kadencji.
Warto przy tej okazji poświęcić kilka słów partii Razem. Rzadko kto zwraca uwagę na pewien interesujący wątek. Otóż mamy do czynienia z formacją, która wyłoniła się wprost z bytu, jaki zwiemy społeczeństwem obywatelskim. Określenie to kojarzymy dziś na ogół już niemal wyłącznie ze sprofesjonalizowanym i ugrantowionym Trzecim Sektorem. Ale jeśli dobrze przyjrzeć się Razem (i przeanalizować to, co ta partia mówi o swoich początkach) to zauważymy, że duża część jej członków to często ludzie, którzy postanowili „wziąć sprawy w swoje ręce” i upolitycznić się/upartyjnić, choć wcześniej nie widzieli po temu sensu. Oczywiście osoby nadające ton w Razem to ludzie często już znani z działalności społecznej, obywatelskiej, lewo-publicystycznej, okołopolitycznej. Ale sama partia zawdzięcza większość swych członków (i skromnych wciąż struktur) tzw. zwykłym ludziom. To wcale nie przesądza o ich szansach na sukces, a może rzecz całą czyni trudniejszą. Ale samo w sobie jest interesujące właśnie jako fenomen polityczny, i to zarówno jeśli spojrzeć na prawą, jak i lewą stronę sceny partyjnej, na której rządzą mechanizmy kooptacji do starych struktur i liderów.
W tym sensie Razem może być zaczynem czegoś nowego w dziejach polskiej lewicy politycznej, a może zapowiedzią jej losu w kolejnych latach czy nawet dekadach. Być może czeka nas – odwołując się do skojarzenia historycznego – swoista lewicowa „kółkowszczyzna”, po części politycznie-partyjna, po części – inteligencko-stowarzyszeniowo-towarzysko-środowiskowa, bazująca na tym odłamie prekariackiego żywiołu, który nie da się nabrać na liberalną propagandę. Konieczne będą oczywiście sojusze z lewym skrzydłem rodzimego ruchu związkowego, o ile nie da się on uśpić, nie popadnie w rezygnację i nie rozbije go komercjalizacja służby zdrowia, prywatyzacja szkolnictwa, wyprzedaż i zamknięcie polskich kopalń. Pozytywem może być to, że realia zmuszą lewicę nie tyle do marszu przez instytucje i już posiadane struktury, co do marszu przez społeczeństwo: od dołu, a nie od góry.
Oczywiście są jeszcze pracujący ubodzy, ludzie na samozatrudnieniu, czyli bieda-przedsiębiorcy, outsourcingowane sprzątaczki w wielkich firmach, miesiącami czekające na wypłatę, są bankowi pracownicy niższego szczebla, którzy mają szczerze dość sprzedawania kredytów, gdy nikt już ich nie chce, żyjący za grosze prowincjonalni urzędnicy, są ludzie, którzy chcieliby płatnych urlopów, są społeczności, które boleśnie doświadczają skutków zniszczenia/uwiądu lokalnego przemysłu i transportu publicznego, są ludzie póki co przede wszystkim z gorzką ironią roztrząsający wysokość swoich przyszłych emerytur. Ale ich społeczna i zawodowa fragmentaryzacja, która kulturową wspólnotę odnajduje nierzadko w narodowo-liberalnej mitologii niczego obecnie lewicy społecznej nie ułatwia.
Lud nam się roztopił? Raczej: lud nam się skruszył. I póki znów nie okrzepnie, nie nabierze formy, dopóty lewicy politycznej – niezależnie od jej własnych błędów i wypaczeń – pozostaje trwać i przetrwać. I pytać samej siebie: jaki z nas wszystkich może być pożytek dla ludu? To najważniejsza sprawa, cała reszta to już konsekwencje udzielonej odpowiedzi.
przez Witold Ptak | środa 12 sierpnia 2015 | opinie
6 września odbędzie się w naszym kraju referendum. Obywatele mają możliwość zadecydować o następujących rzeczach: czy ustalić wybory parlamentarne w oparciu o jednomandatowe okręgi wyborcze (JOW); o zakazaniu finansowania partii z budżetu; o wprowadzeniu zasady, że wątpliwości co do wykładni prawa podatkowego rozstrzygane są na korzyść podatnika.
Oto prezydent wywodzący się z partii, która pokazywała wielokrotnie brak woli zwoływania referendów mimo wyraźnych próśb obywateli, nagle, „ratując” siebie i swoje ugrupowanie przed klęską wyborczą, występuje z pomysłem referendum dotyczącego aż trzech bardzo ważnych spraw.
Na pozór przyjęcie w referendum nowych zasad ma poprawić funkcjonowanie naszego kraju – oto parlamentarzyści mają być wybierani w jednomandatowych okręgach wyborczych, a więc dzięki temu lepiej znani swoim wyborcom, nie ustawiani według partyjnych list; oto partie polityczne przestaną być finansowane z budżetu, co odciąży nas jako podatników; obywatel ma poczuć się pewniej przy składaniu oświadczeń podatkowych.
W rzeczywistości sprawa nie jest tak prosta. Przede wszystkim także w nowym systemie partie będą powoływać do wyborów w JOW-ach swoich najbardziej zaufanych członków, a wyborcy, zamiast wybierać kandydatów z długich list skonstruowanych dla poszczególnych partii, będą w praktyce często wybierać na zasadzie „mniejszego zła”. W większości krajów, gdzie dłużej funkcjonują jednomandatowe okręgi wyborcze, w „głównym” życiu politycznym istnieją tylko po dwie partie, które na przemian „dzielą się” władzą w zależności od wyników wyborów. Wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych w ordynacji do parlamentu spowoduje jedynie trwałe „zabetonowanie sceny politycznej” – mniejsze partie nie będą miały szans, by w ogóle wejść do parlamentu, nie mówiąc o zawieraniu koalicji. Pomysł ich wprowadzenia należy więc ocenić jako teoretycznie odpowiadający na społeczne oczekiwania, a w praktyce umacniający pozycję obecnie dominujących partii.
Podobnie jest z postulatem likwidacji finansowania partii z budżetu. Nie jest niczym odkrywczym, że funkcjonowanie każdej partii wymaga dysponowania znaczną ilością pieniędzy. Same składki członkowskie nie pokrywają wszystkich kosztów działalności ugrupowania. Jeśli partia cierpi na niedobór funduszy, a równocześnie mamy zakaz finansowania z budżetu, to istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że zwróci się o dofinansowanie do potencjalnych sponsorów – najczęściej dużych firm, które są w stanie ponieść jego ciężar. Przy czym niekoniecznie muszą być to firmy pochodzenia rodzime, jako że mało jest bardzo zamożnych polskich firm. Jest wysoce prawdopodobne, że głównymi sponsorami partii politycznych będą firmy zagraniczne, co w rezultacie jeszcze bardziej może uzależnić Polskę od oczekiwań inwestorów z zagranicy. W najciemniejszym (ale prawdopodobnym) scenariuszu polscy parlamentarzyści mogą reprezentować interesy zagranicznych firm eksportujących do Polski energię – najlepszym przykładem jest chociażby rosyjski Gazprom. W ten sposób politycy nie będą działać w interesie polskiego społeczeństwa. W takiej sytuacji można będzie zapomnieć o wprowadzaniu ustaw choć trochę godzących w pozycję kapitału zagranicznego, np. dotyczących rzetelnego opodatkowania dużych sieci handlowych.
Zakaz finansowania partii z budżetu państwowego ma jeszcze jeden, być może najbardziej negatywny aspekt. Otóż podtrzyma szkodliwy dla ogółu wizerunek polityka w Polsce – osoby mało uczciwej, myślącej tylko o interesach swoich, rodziny i znajomych. W rankingach politycy zajmują wśród grup zawodowych jedne z ostatnich miejsc, jeśli chodzi o poziom zaufania społecznego. Jakby było tego mało, duża część społeczeństwa uważa ich za „złodziei” lub „darmozjadów”. Społeczeństwo nie tylko nie darzy polityków sympatią – ludzie często wręcz izolują się od polityki, traktując ją jako sferę nieczystych zagrywek. Świadczy o tym z jednej strony niska frekwencja w kolejnych wyborach, a z drugiej popieranie ruchów „antysystemowych” nawet o bardzo mało sprecyzowanym programie, jak ugrupowanie ludzi skupionych wokół Kukiza, których łączy niewiele poza chęcią „rozwalenia systemu” i dążeniem do wprowadzenia wspomnianych JOW-ów.
W takiej sytuacji zakazy finansowania partii z budżetu trafiają na podatny grunt. Coraz mniej ludzi chciałoby utrzymywać partie polityczne z pieniędzy zgromadzonych w budżecie, traktują to bowiem jako kolejny przejaw „złodziejstwa polityków”. Jednak wprowadzenie takich zakazów jedynie skomplikuje sytuację polityczną, bowiem jest to zerwanie z istniejącą w bardziej cywilizowanych społeczeństwach zasadą „płacę, więc wymagam”. Zasada ta w większości systemów demokratycznych obowiązuje także w relacjach między rządzącymi a ich przedstawicielami, w oparciu między innymi o system podatkowy. Partie finansowe ze źródeł pozabudżetowych – na przykład z pieniędzy oferowanych przez przedsiębiorstwa – raczej nie będą dbać o interesy wyborców. Nawet w przypadku przegranych wyborów członkowie takich partii mogą iść pracować do firm, które wcześniej wspierali różnymi ustawami. Prawidłowość ta nie jest typowa tylko dla krajów słabo lub średnio rozwiniętych, lecz nawet dla wysoko rozwiniętych. Co prawda w Niemczech partie są finansowane z budżetu, ale pouczającym przykładem może tu być osoba Gerharda Schroedera, który jako kanclerz Niemiec doprowadził do budowy Gazociągu Północnego, a po przegranych wyborach otrzymał wysokie stanowisko w Gazpromie. Nie tylko z perspektywy Niemiec, ale nawet z punktu widzenia obywateli „republiki bananowej” można takie postępowanie uznać za oburzające.
Zakaz finansowania partii z budżetu prowadzi do coraz silniejszego przenikania się polityki i biznesu. Bardziej rozpowszechniona może stać się chociażby korupcja, ponieważ desperacko poszukujące środków partie polityczne czy poszczególni politycy mogą bezprawnie „ułatwiać” wielu firmom prowadzenie działalności gospodarczej w zamian za pomoc finansową. Kto będzie przystępować do takich ugrupowań, które swoją działalność rozpoczynają od przekrętów, chyba nawet nie warto wspominać.
W przypadku Polski wprowadzenie ustawy o zakazie finansowania partii może oznaczać wręcz „oligarchizację”, lub „feudalizację” systemu politycznego. Pojęcie „feudalizacji” może być o tyle na miejscu, że w dawnej feudalnej Rzeczypospolitej też funkcjonowała demokracja, ale była to demokracja reprezentująca wyłącznie szlachtę, czyli ludzi o określonym statusie majątkowym. Również we współczesnej Polsce może dojść do tego, że znaczna część społeczeństwa – drobni rolnicy, pracownicy najemni, część inteligencji – może nie mieć reprezentacji politycznej, bo po prostu nie będzie jej stać, by z własnych środków „utrzymywać” jakąkolwiek partię.
Nietrudno sobie wyobrazić, że po wprowadzeniu proponowanych rozwiązań będziemy mieć do czynienia z rządami następujących partii: liberałów wspierających kapitał zagraniczny (w oparciu o stosunki chociażby z innymi krajami Unii Europejskiej lub z Rosją) oraz konserwatystów reprezentujących część bogatych przedsiębiorców krajowych. W takim kraju nie będzie raczej miejsca na inne ugrupowania, chyba że swoją działalność rozpoczną od wspierania jeszcze innych bogatych właścicieli lub wielkich przedsiębiorców. Można będzie natomiast zapomnieć o jakichkolwiek partiach o programie bardziej prospołecznym, reprezentujących interesy pracowników fizycznych i najemnych, drobnych rolników, mniej zamożną część inteligencji.
Innym scenariuszem, który może zagrozić Polsce po wprowadzeniu zakazów finansowania ugrupowań politycznych jest „oligarchizacja”, znana zwłaszcza z Rosji – gdzie sprawujący silną władzę prezydent (lub premier) kontroluje znaczną część krajowego biznesu, natomiast zamożni właściciele bogatych firm, którzy mogą wspierać konkurentów, są eliminowani poprzez fabrykowanie nieprawdziwych zarzutów. Jednak w przypadku Polski, ze względu na członkostwo w Unii Europejskiej, gdzie obowiązują demokratyczne reguły, bardziej prawdopodobny staje się scenariusz „feudalizacji” aniżeli „oligarchizacji”, zwłaszcza w wersji rosyjskiej.
Dodać należy, że w prezentowanym systemie finansowania partii spoza budżetu rację bytu stracą nie tylko partie o programach bardziej lewicowych (lub nawet centrolewicowych), lecz także partie reprezentujące ugrupowania ekologiczne (Zieloni), a także ugrupowania broniące praw mniejszości (zarówno narodowych, religijnych, jak i seksualnych). Trudno bowiem oczekiwać, aby partie reprezentujące interesy wielkiego biznesu brały z jakichś powodów pod uwagę interesy jakichkolwiek grup będących w mniejszości.
Społeczeństwo, broniąc się przed finansowaniem partii z budżetu, pozbawi się wpływu na własne losy. Czy warto oszczędzać na finansowaniu partii, jeśli w efekcie zaniknie kontrola społeczeństwa nad rządzącymi? Dodać trzeba, że również przyszłość Polski nie będzie się wówczas rysować różowo. Partie reprezentujące jedynie właścicieli oraz przedsiębiorców (niekoniecznie polskich) nie będą dbać o losy kraju, lecz działać prawdopodobnie jedynie w myśl zasady „tu i teraz”. Nie będą więc prowadzić żadnych dalekowzrocznych działań, aby za ileś lat Polska była lepszym miejscem do życia; chyba, że akurat te działania przyniosą w przyszłości wymierne korzyści wielkim przedsiębiorcom – choć niekoniecznie ich pracownikom.
Jeśli mimo wszystko Polska będzie się nadal rozwijać (chociażby dzięki pieniądzom unijnym), to może być to rozwój bardzo nierównomierny – przy planowaniu inwestycji mogą być brane pod uwagę jedynie te regiony, gdzie inwestorzy i właściciele reprezentowani w parlamencie mają swoje zakłady. Na przykład inwestor reprezentowany w parlamencie, a posiadający fabryki tylko na Śląsku lub w Wielkopolsce, będzie brał pod uwagę rozbudowę infrastruktury (autostrad, dróg ekspresowych, zmodernizowanych linii kolejowych) tylko w wymienionych regionach. Przy takim trybie rozwoju dojdzie do jeszcze ostrzejszych podziałów na „Polskę A” i „Polskę B”. Będzie więc można wówczas zapomnieć o takich długofalowych działaniach, jak inwestycje w edukację, ochronę zdrowia, badania naukowe czy ochronę środowiska. Nie wspominając o prospołecznych inicjatywach: dłuższych urlopach, podwyższeniu płacy minimalnej czy ulgach podatkowych dla rodzin wielodzietnych.
Którego z wielkich właścicieli będzie interesować los społeczeństwa polskiego? Przecież nawet jeśli w Polsce dojdzie do jeszcze głębszego kryzysu demograficznego w wyniku emigracji młodzieży i starzenia się społeczeństwa, to część przedsiębiorców przeniesie produkcję do krajów, gdzie sytuacja demograficzna jest lepsza.
System finansowania partii politycznych z budżetu to swoisty „bezpiecznik”, mający służyć temu, aby partie nie były zbyt uzależnione od wielkiego biznesu, który może wpływać na kształt ustaw w parlamencie.
Ponieważ społeczeństwo polskie najczęściej ocenia polityków negatywnie, wysoce prawdopodobny jest czarny scenariusz – w efekcie odcięcia partii od finansowania z budżetu dojdzie do eliminacji ugrupowań politycznych, które dbają o interesy większej części społeczeństwa. Pozostaną wyłącznie ugrupowania reprezentujące silniejszy biznes, któremu niekoniecznie będzie zależeć na rozwoju kraju.
Podsumowując, podczas najbliższego referendum warto sobie zadać pytanie: jakiej Polski chcemy? Czy Polski, gdzie posłowie i senatorowie starają się dbać o interesy wszystkich grup społecznych, a rozwój naszego kraju jest planowany w sposób dalekowzroczny i jak najbardziej równomierny? W takiej Polsce partie powinny być finansowane z budżetu. A może chcemy Polski nieco tańszej, za to rozwijającej się nierównomiernie, w oparciu o interesy wielkiego biznesu? Czy chcemy żyć we względnie taniej „republice bananowej” w środku Europy, pozbawionej własnej polityki wewnętrznej i zagranicznej oraz możliwości trwałego rozwoju? Czy wolimy choćby niewielką część budżetu przeznaczyć na to, aby podjęte decyzje służyły dobru wspólnemu?
Wybór należy do nas, obywateli – warto się nad tym zastanowić, zanim dnia 6 września wrzucimy kartkę do urny.
przez Janusz Korbel | piątek 7 sierpnia 2015 | opinie
7 sierpnia w wieku 69 lat zmarł dr Janusz Korbel. Był architektem, prekursorem w Polsce uwzględniania wątków ekologicznych w architekturze, urbanistyce i planowaniu przestrzennym. Przez wiele lat był działaczem ekologicznym i współtwórcą wielu inicjatyw na rzecz ochrony przyrody. Założył organizację Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, która organizowała wiele odważnych kampanii w celu ochrony polskiego dziedzictwa przyrodniczego, m.in. na rzecz objęcia całej polskiej części Puszczy Białowieskiej parkiem narodowym i jej skutecznej ochrony przed wycinką drzew i eksploatacją przez leśników. Był także twórcą i pierwszym redaktorem naczelnym pisma „Dzikie Życie”. W latach 2000-2003 był stałym współpracownikiem i felietonistą „Obywatela”. Żegnamy Go ze smutkiem i przypominamy jeden z tekstów napisanych dla naszego czasopisma, opublikowany w numerze 4 w roku 2001.

Autorem tego zdjęcia jest Janusz Korbel. Wykonał je jesienią 2000 r. w Bielsku-Białej, a przedstawia ono redaktora naczelnego „Obywatela” przeglądającego próbne wydruki pierwszego numeru naszego czasopisma.
***
Jacek Podsiadło napisał w swoim felietonie w „Przekroju”, że wysokonakładowa prasa codzienna i kolorowe magazyny służą dziś Mamonie i… czasami chcą służyć Bogu. Czyli, że wśród reklam papierosów i Dwóch Światów można się też doszukać, jeśli jest się dociekliwym, nutek krytyki tej mamoniej cywilizacji. Oczywiście krytyka, jeśli się pojawi, nigdy nie jest eksponowana tak bardzo, jak całostronicowe obrazki kowboja, który żyje szczęśliwie tylko dzięki nieodłącznym papierosom lub pięknych, seksownych osobników, głównie płci żeńskiej – takich szczęśliwych dzięki nowemu, superszybkiemu samochodowi podnoszącemu poziom adrenaliny. Ale gdzieś, w szarych strefach tych samych czasopism czytelnik znajdzie czasami apel o rzucenie palenia, picia lub życie mądre zamiast komfortowego i powierzchownego. Cóż za schizofrenia!
Mamuna już nie mieszka tu
Ponieważ Mamona to boginka znana Słowianom od lat pod imieniem Mamuna, i w dodatku, podobno, mieszkanka lasów, sięgnąłem do nieocenionej książki Czesława Białczyńskiego o stworzach i zduszach. W lesie, gdzie często bywam, Mamuny nigdy nie spotkałem, chyba że był to las gospodarczy, zagospodarowany przez Lasy Państwowe, według zasad „ekologicznych”, więc pomoc literatury fachowej była niezbędna. Z książki dowiedziałem się, że Mamuny mają wygląd młodych kobiet o bardzo dużych piersiach (mam nadzieję, że feministki wybaczą mi ten patriarchalny punkt widzenia ciała kobiety). Smak mleka z tych piersi jest odurzający. Wypicie jego powoduje, że człowiek, wcześniej szczęśliwy, zaczyna żyć życiem koszmaru nienasycenia.
Moja teoria jest taka, że Mamuny już dawno wyniosły się z lasu przegnane przez jego prawowitych mieszkańców. Dzisiaj mieszkają w miastach i można je spotkać nie tyle na bezdrożach i rozstajach, co w miejskich lokalach, gdzie schodzą się wieczorami w poszukiwaniu nasycenia. Jak w dawnych czasach, tak i dzisiaj psy nie reagują szczekaniem na ich kroki, czasami Mamuny spełniają życzenia gości lub umawiają się z nimi zmuszając do spijania mleka. Nadmiar mleka w ich szpiczastych piersiach jest problemem Mamun. Według Białczyńskiego, czasami same spijają nadmiar mleka od siebie nawzajem. Tańczą nocą jak inne boginki, bywają oczarowane muzyką, a gdy szczytują z uwiedzionym młodzieńcem, ich mleko wzbiera i spite pożądliwie daje wielką energię posiadania rzeczy, jakich osiągnąć ów młodzieniec nigdy nie będzie mógł, bo musiałby wyciąć wszystkie lasy, przegrodzić tamami wszystkie rzeki i przepędzić wszystkich wieszczów, guślarzy i wróżki. Zwierzęta nawiedzane przez te boginie wyją okropnie bez żadnego powodu.
Potomstwo cokolwiek zwyrodniałe
Ich dzieci są grube, o mocnej budowie. Zostają dyrektorami multikorporacji i klientami najdroższych hoteli, albo zajmują się biznesplanami dla Lasów Państwowych, w wolnych chwilach polując w wydzielonych obwodach łowieckich. Czasami przeradzają się w kompletnych głupków, nieciekawych świata, lubiących polegiwać i oglądać seriale lub grać w gry komputerowe. Ich środowiskiem jest luksus, a szczytem szczęścia powodzenie wśród Mamun i otaczanie się zbytkiem. Zwalczając ociężałość będącą wynikiem samochodowo-biurowo-telewizyjno-kawiarnianego trybu życia są częstymi gośćmi fitness clubów i siłowni w piwnicach swoich rezydencji.
Przed Mamunami chroni tylko czeremcha. Czeremcha to ukraińska nazwa drzewa, które w dawnej Polsce nazywano niezbyt pięknie, choć adekwatnie (już wtedy wiedziano, co ma zwalczać) korcipą lub korciupą. Jej kwiaty mają odurzający zapach. Czeremcha jest jednak niedocenianym drzewem. Występuje na podmokłych olsach i łęgach, w górach przy potokach. Jej czarne owoce są przysmakiem wielu ptaków. Wielu postępowych ludzi, a także leśnicy nie lubią jednak czeremchy. Ni to drzewo, ni to krzak – po prostu chwast! Nie wiedzą, że czeremcha chroni przed Mamunami.
Czeremcha kontra postęp
Leśnicy, nie wycinajcie czeremchy! – bo gdy jej zabraknie wówczas nic nie uchroni nas przed Mamuną, a kiedy Mamuna uwiedzie was swoimi szpiczastymi piersiami, napoi mlekiem atrakcyjnych pożyczek i kredytów, oczaruje nowoczesnym sprzętem do wycinania lasu i nowoczesnymi autami, wówczas nic was nie powstrzyma przed grzebaniem w najpiękniejszych drzewostanach, a mówienie o „ekologizacji leśnictwa” będzie jak służenie Bogu (w specjalnym dodatku) przez pewną popularną gazetę zapełnioną reklamami diabła.
Janusz Korbel
przez Jan Keller | poniedziałek 3 sierpnia 2015 | opinie
Szkoła oraz wykształcenie uległy w XX wieku kilku znaczącym przemianom. Przez długi okres wykształcenie wyższe było przeznaczone tylko dla garstki uprzywilejowanych osób i miało charakter elitarny – tak było w Europie aż do II wojny światowej. Dopiero po niej w szeregu państw doszło do gwałtownej fali demokratyzacji wykształcenia, która poszerzyła grupę absolwentów o przedstawicieli nie tylko średnich, lecz także niższych warstw społecznych.
Dotkliwym skutkiem demokratyzacji (a pod pewnym względem wręcz umasowienia) szkolnictwa wyższego stała się swoista inflacja dyplomów oraz obniżenie praktycznego znaczenia wykształcenia. Wymogiem stały się coraz dłuższe studia, które kończono po to, by móc wykonywać pracę, jaką jeszcze w poprzednim pokoleniu można było zdobyć także z wykształceniem niższym niż uniwersyteckie.
Nas to dopiero czeka, lecz w krajach najbardziej gospodarczo rozwiniętych już od lat 70. XX wieku szkoła przestała odgrywać rolę biletu do windy, która wywoziła poprzednie pokolenia na coraz wyższe piętra drabiny społecznej. Przeciwnie, często podjęcie studiów sprawiało jedynie wrażenie wymuszonej strategii, swoistej polisy ubezpieczeniowej mającej zapobiec zejściu przez młodą osobę poniżej poziomu jakości życia jej rodziców.
Dlaczego tak bardzo propagujemy społeczeństwo wiedzy, skoro szkoła już dawno nie jest jej świątynią? Co więcej, traci ona funkcję windy umożliwiającej awans społeczny, a w krajach z największą liczbą studentów często nie pełni nawet roli ubezpieczenia dochodów i pozycji osiągniętej przez poprzednie pokolenie.
Jeśli za austriackim filozofem Konradem Paulem Liessmannem przyjrzymy się ewolucji europejskich uniwersytetów, odkryjemy, że na pierwszy rzut oka nie ma ona żadnego sensu. Doszło bowiem do takiego umasowienia studiów wyższych, że obecna jakość kształcenia na uczelniach niejednokrotnie znalazła się poniżej poziomu nauczania w niegdysiejszych liceach.
Wyraźną rolę w tym niefortunnym procesie odegrało rozbicie studiów na stopień licencjacki i magisterski. Wprowadzenie studiów licencjackich wprawdzie zwiększyło przepływ studentów przez uczelnie, lecz za bardzo wysoką cenę. Liessmann stwierdza, że osoby kończące studia licencjackie są właściwie absolwentami, którzy nie do końca je skończyli.
Zwiększenie podaży studentów na uczelniach prowadzi do obniżenia poziomu nauczania. Nauczyciele są przeciążeni kształceniem tych, o których z góry zakładają, że ostatecznie i tak nie będą pracowali w studiowanym zawodzie, a tym bardziej nie podejmą działalności naukowej. Czas wolny, pozostały po tak beznadziejnej pracy, wykładowcy muszą przeznaczyć na pracę biurową, której przybywa z każdym kolejnym programem komputerowym mającym ją rzekomo ułatwić. Resztę czasu poświęcają na pozyskiwanie funduszy, czyli pisanie nowych projektów i wniosków o granty. Wciąż muszą więc wybierać pomiędzy tematami, którymi chcieliby się zająć w ramach własnej specjalności i które uznają za użyteczne i budujące, a tematami, które uznają za przydatne przy pozyskiwaniu niezbędnych środków finansowych.
Muszą też dokładać coraz większych starań, ponieważ są oceniani na podstawie kryteriów powiązanych nie tyle z nauką, co z „chodliwością” uczelni. Liessmann stwierdza, że współcześnie do kariery profesora o wiele bardziej nadaje się średnio obyty księgowy niż prawdziwy naukowiec, a co dopiero filozof. Zwraca uwagę na karierę akademicką Kanta i pokazuje, że we współczesnym świecie akademickim taki dziwak nie miałby szans, ucieleśniał bowiem wszystko to, co jest solą w oku uniwersyteckich menedżerów ds. jakości.
Wraz z postępującą degradacją uniwersytetów zarysowywane są plany stworzenia kilku wyjątkowych placówek akademickich w każdym kraju. Projekt elitarnych uczelni zawiera wszystko to, czego pozbawiono uniwersytety. Ma na nich studiować tylko ograniczona liczba studentów. Prowadzący zajęcia, minimalnie obciążeni obowiązkami dydaktycznymi i całkowicie zwolnieni z obowiązków administracyjnych i pozyskiwania funduszy, w pełni poświęcą się badaniom i prowadzeniu talentów. Rezultat wygląda z pozoru absurdalnie: Przywileju uzyskania solidnego naukowego wykształcenia ostatecznie dostąpi trzy czy cztery procent studiujących, którzy przed reformami studiowali na wówczas jeszcze funkcjonujących uniwersytetach – podsumowuje Liessmann.
Łatwo wykazać, że to, co na pierwszy rzut oka wygląda jak doskonały spektakl teatru absurdu, ma w rzeczywistości podwójny sens. Obecnie wykształcenie nie ma już pełnić swej pierwotnej roli emancypowania poprzez wiedzę. Znaleziono dla niego bardziej lukratywne zastosowanie. Z jednej strony ma stanowić źródło niemałych zysków dla elity majątkowej, z drugiej strony – być instrumentem nadzoru i kontroli nad resztą społeczeństwa.
Niewątpliwie daje się więc zauważyć postęp. W przeszłości do kontroli i nadzoru nad społeczeństwem zawsze wykorzystywano niewiedzę. Obecnie po raz pierwszy takim narzędziem ma stać się wiedza. Właśnie to stanowi rzeczywistą treść pojęcia społeczeństwo wiedzy.
Z coraz obfitszych przepływów studentów przez uczelnie największe profity będą czerpać ci, którzy sfinansują ich studia za pomocą pożyczek. Nakładany na każdą osobę obowiązek kształcenia się otwiera bankom, funduszom i innym instytucjom finansowym szanse porównywalne do tych, które przed prywatnymi funduszami ubezpieczeń zdrowotnych otworzyły się „dzięki” niebezpieczeństwu zachorowania, albo przed funduszami emerytalnymi „dzięki” procesowi starzenia się społeczeństwa. Płacenie za własne wykształcenie staje się w społeczeństwie wiedzy taką samą naturalną koniecznością, jak odkładanie pieniędzy na wypadek choroby czy na okres starości.
Konieczność podjęcia studiów, która dla jednych oznacza przymus zaciągnięcia pożyczki na studia, dla innych stanowi wyjątkową okazję wzbogacenia się na nowym polu pogoni za rentą. Przez „pogoń za rentą” najogólniej rozumie się zdolność jednostek albo grupy osób do czerpania zysków przez wykorzystywanie możliwości, które powstają dzięki decyzjom podjętym na poziomie państwowym w dziedzinie polityki publicznej i faworyzują jednych kosztem innych.
Możliwość prowadzenia dochodowego biznesu w sytuacjach, gdy państwo wskazuje na konieczność podjęcia ubezpieczenia w takim czy owym funduszu można uznać za swego rodzaju wyższe stadium pogoni za rentą. Umożliwia bowiem podmiotom prywatnym ciągnięcie zysków z obszaru, w którym pozostali muszą płacić regularne składki. Jeśli niewidzialna ręka rynku opatrzona jest okrągłą pieczęcią władzy państwowej, pieniądze płyną wartkim strumieniem. Właśnie dlatego jesteśmy dzień w dzień przekonywani o tym, że państwo jest najgorszym gospodarzem, natomiast prywatne fundusze za nieznaczną opłatą otoczą nas komfortem.
Oprócz tego, że mechanizmy tzw. społeczeństwa wiedzy umożliwiają elicie posiadającej majątek i władzę otwarcie nowego obszaru pogoni za rentą, dają jej zarazem skuteczne instrumenty do zarządzania i kontroli nad społeczeństwem.
Doniosłość wykształcenia nie jest bynajmniej społecznie uniwersalna. Dla każdego oznacza ono coś trochę innego. Członkowie elity majątkowej w krajach najbardziej rozwiniętych gospodarczo są na tyle materialnie zabezpieczeni, że nie potrzebują wykształcenia koniecznego do wykonywania zawodu. Studia jednakże stanowią dla nich dobrą okazję do rozszerzenia sieci kontaktów, które z determinacją budują w wymiarze ponadnarodowym. Ich właśnie najbardziej dotyczy konstatacja amerykańskiego ekonomisty Roberta Reicha: Prawdę mówiąc, rzeczywista wartość wyższego wykształcenia dla twego przyszłego życia zawodowego ma znacznie mniejszy związek z tym, czego się nauczyłeś, niż z tym, kogo spotkałeś. Stąd potomkowie elit korzystają z możliwości studiowania na najbardziej prestiżowych uniwersytetach świata, o których Reich mówi: Na wyższą wartość kształcenia na najstarszych i najbardziej szacowanych uniwersytetach składa się raczej jakość zdobytych kontaktów niż majestatyczność bibliotek lub inteligencja kadry profesorskiej.
Inaczej rzecz wygląda w przypadku warstw średnich, którym wykształcenie pozwala karmić się iluzją o wyjątkowości ich pozycji społecznej. Utrwala w nich złudzenie, że samym tylko wysiłkiem i bez majątkowego zabezpieczenia można przedrzeć się do elity ekonomicznej i majątkowej. Im bardziej to wyobrażenie staje się chimeryczne, tym bardziej jest pielęgnowane. Umożliwia bowiem górnym warstwom społecznym urabianie opinii, że ich własne położenie jest wynikiem włożonego wysiłku, a zarazem wyznacza ostrą granicę pomiędzy warstwami średnimi a niższymi. Wykształcenie daje członkom najemnych warstw średnich poczucie uprzywilejowania w stosunku do tych, którzy wykształcenia nie posiadają. Tym łatwiej potem zapominają, że sami są w pozycji pracowników najemnych.
Teoria społeczeństwa wiedzy wcale bowiem nie głosi, że wykształcenie samo przez się posiada jakąś wartość. Zapewnia jedynie warstwy średnie, że z wykształceniem będzie można sprzedać się na rynku pracy łatwiej, niż gdyby go nie posiadały. Sięgnijmy ponownie do Reicha: Kiedyś obowiązywała zasada, że najgorsze, co można było o kimś powiedzieć to to, że się sprzedał. Dziś najgorsze, co można o kimś powiedzieć, to to, że jest nie do sprzedania.
Dolnym, mniej wykwalifikowanym warstwom społecznym ideologia społeczeństwa wiedzy sugeruje, że same są winne swego losu. Nie nabyły wystarczającego wykształcenia! Tymczasowe lub trwałe wykluczenie całych grup społecznych z rynku pracy, będące wynikiem nowych form wyceny kapitału, przedstawia się jako osobistą klęskę życiową tych, którzy stali się ofiarami gwałtownych zmian w dynamice rynku.
Możemy zatem powrócić do wyjściowej alegorii świątyni, windy i ubezpieczalni. W czasach, gdy szkoła funkcjonowała jak świątynia, jej absolwenci tworzyli uprzywilejowaną grupę, która posiadała daleko idący immunitet wobec naporu rynku pracy oraz korzystała z całego szeregu przywilejów tylko dzięki swym tytułom akademickim. Na etapie windy masowe naśladowanie tej dawniej skutecznej strategii doprowadziło do mylnego oczekiwania, że uprzywilejowanie dzięki osiągniętemu stopniowi wykształcenia wywinduje na poziom wybrańców praktycznie całość warstw średnich.
Kiedy ta iluzja przeminęła, członkom średnich warstw społecznych pozostała jedynie nadzieja, że wykształcenie będzie w stanie zabezpieczyć ich przynajmniej w sposób indywidualny. Ta nowa fałszywa nadzieja stawia ich wykształconych członków w opozycji nie tylko do mniej wykwalifikowanych przedstawicieli warstw niższych, lecz gna ich także do wzajemnej konkurencji zarówno pomiędzy poszczególnymi profesjami, jak i wewnątrz nich.
Taka sytuacja umożliwia kontrolującym system edukacji nie tylko czerpanie korzyści na nowym polu pogoni za rentą, ale także wykorzystywanie wykształcenia jako instrumentu dzielenia reszty społeczeństwa i kontroli jego poszczególnych części. Również dlatego – i bynajmniej nie tylko w imię konkurencyjności gospodarki – o konieczności budowania społeczeństwa wiedzy będziemy słyszeć coraz częściej.
Jan Keller
Tłum. Krzysztof Kołek
Tekst pierwotnie ukazał się w czeskim magazynie literackim „Salon”. Przedruk za zgodą autora.