Dorota Kłuszyńska: Tadeusz Reger – rycerz niezłomny (1938)

Dorota Kłuszyńska: Tadeusz Reger – rycerz niezłomny (1938)

Odszedł w zaświaty Tadeusz Reger, najwierniejszy z wiernych wielkiej sprawie wyzwolenia ludzi pracy z niewoli i poniżenia.

Bezprzykładne poświęcenie, prawość charakteru, pracowitość niespotykana, ofiarność i bezinteresowność – oto zalety, które zdobyły mu miłość klasy pracującej, szacunek ogólny nie tylko w Polsce, ale i w zagranicznych organizacjach.

Urodził się Tadeusz Reger w Nowym Jorku 2 kwietnia 1872 r. Pochodził z niezamożnej rodziny mieszczańskiej. Ojciec Jego był inżynierem. Do szkół uczęszczał w Przemyślu i w Krakowie. Rozpoczął praktykę aptekarską w 1892 r. Został asystentem aptekarskim.

Już w 1889 r. pisywał artykuły i korespondencje do wychodzącej w Genewie „Pobudki”, do robotniczej „Pracy”, wydawanej we Lwowie przez Daniluka, następnie do „Robotnika” i „Siły”, redagowanych we Lwowie przez tow. Daszyńskiego.

W lipcu 1891 r. przemawiał na zebraniu socjalistycznego stowarzyszenia „Siła”. Zadenuncjowany przez pobożny organ szlachty galicyjskiej „Czas”, stracił pracę w aptece. Zapisał się na uniwersytet. Zdał świetnie kilka egzaminów, został relegowany w 1893 r. za udział w stowarzyszeniach i zgromadzeniach robotniczych.

Reger objął redakcję krakowskiego „Naprzodu”, ale już w lutym 1894 został aresztowany; wynikł z tego ogromny proces, sędziowie przysięgli wydali wyrok uniewinniający Regera i towarzyszy.

Na rozkaz hr. Kazimierza Badeniego, ówczesnego namiestnika Galicji, aresztowano Regera pod zarzutem organizowania zamachu na cesarza Franciszka Józefa, ale z tej opresji wychodzi wolny wyrokiem sądu przysięgłych.

Wraca natychmiast do pracy partyjnej jako redaktor, agitator i organizator socjalistyczny. Ścigany często przez c.k. władze austriackie był wielokrotnie więziony w Krakowie, Cieszynie, Ostrawie Morawskiej, Nowym Jiczynie, Przemyślu, Nowym Sączu itd. Ogółem przesiedział w więzieniach trzy lata.

W 1895 r. przeniósł się na żądanie organizacji na Śląsk Cieszyński, by organizować tam polski ruch socjalistyczny. Porzucił piękny Kraków i jako pierwszy polski misjonarz socjalizmu poszedł na trudną pracę siewcy nowej wielkiej idei, która miała przynieść odrodzenie Śląska Cieszyńskiego. Reger utworzył polską partię socjalistyczną, a przed Jego przyjściem były tylko niemiecka i czeska; polski robotnik, hutnik, górnik czekał na hasło Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej i to jest największą zasługą Regera, że wskazał polskiemu proletariatowi Śląska drogę do Polski i z jego trudu i twardej pracy jest ten radosny plon.

Z całym zaparciem o głodzie i chłodzie przemierzał wzdłuż i wszerz ziemię śląską, 3 i 4 zgromadzenia dziennie nie należały do wyjątków, wprost nie można było nadążyć za pracą tow. Regera.

Ruch polityczny, zawodowy, kulturalny przez założenie „Siły” [robotnicze stowarzyszenie oświatowo-kulturalne „Siła”, istniejące na Śląsku Cieszyńskim od roku 1908, powstałe z inicjatywy m.in. Regera – przyp. redakcji NO] postawiły Śląsk Cieszyński na czołowym miejscu socjalizmu polskiego w zaborze austriackim.

Jako poseł do parlamentu austriackiego, wybrany dwukrotnie, bronił sprawy górników i spraw śląska. W kasach chorych jako przewodniczący odegrał ważną rolę, sanując te instytucje dla dobra ubezpieczonych.

Kiedy Polska Partia Socjalno-Demokratyczna opowiedziała się za programem niepodległościowym, utrzymywał najsilniejsi kontakt z PPS, organizował Strzelca, wstąpił do Legionów. Po powrocie do Cieszyna stanął natychmiast do pracy jako komisarz wojskowy Legionów. W czasie przewrotu w październiku 1918 r. wziął Reger czynny udział w rozbrajaniu wojsk austriackich i obejmowaniu władzy na rzecz Rady Narodowej ks. Cieszyńskiego, której był jednym z trzech prezesów.

Podczas najazdu Czechów na Śląsk brał osobiście czynny udział w organizowaniu zbrojnej obrony. W lipcu 1920 r. udał się do Paryża, Londynu i Brukseli jako delegat Rady Narodowej, aby uzyskać arbitraż sprawiedliwy dla Śląska.

W Sejmie polskim piastował mandat ze Śląska od 1919 do 1935 roku. W komisjach ochrony pracy odegrał wybitną rolę.

Dobry mówca, był referentem na plenum Sejmu kilku ustaw ubezpieczeniowych. Przemawiał na wielkich zgromadzeniach w całej Polsce, wygłosił setki odczytów, słuchany przez tysiące robotników.

Żegnamy Tadeusza Regera pełni żalu i smutku. Odszedł z naszych szeregów działacz niezastąpiony, wierny do ostatniego tchu sprawie wolności, człowiek honoru, który nie ugiął karku przez całe życie.

Za trud i znój, za najcięższe ofiary doczekał, że padła granica na Olzie.

Ta granica – to był Jego bólów ból, rana krwawiąca Jego serce i duszę, podział Śląska Cieszyńskiego.

Tadeuszu, Przyjacielu nasz drogi, odpoczywaj w spokoju. Pamięć o Tobie i Twoim trudzie dla chwały Polski i ludu roboczego – nie zaginie!

Dorota Kłuszyńska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w dzienniku „Robotnik”, głównym organie prasowym Polskiej Partii Socjalistycznej, nr 295/1938, 18 października 1938 r. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Tekst publikujemy w 86. rocznicę śmierci Tadeusza Regera.

Wąskotorowe podejście

Wąskotorowe podejście

Samorządy przeznaczają miliony na koleje wąskotorowe. Ale wcale nie z myślą o włączeniu ich w regionalne systemy transportowe.

Gdy w Austrii, Szwajcarii, Niemczech czy Włoszech koleje wąskotorowe są normalnym elementem systemu transportu publicznego, w Polsce wciąż traktuje się je wyłącznie jako atrakcję turystyczną. I wygląda na to, że nie zmienią tego ani setki tysięcy wydawane na analizy ich rozwoju, ani nawet miliony przeznaczane na modernizację linii wąskotorowych.

Produkt turystyczny

W latach 2021-2023 na 46-kilometrowej kolei wąskotorowej Przeworsk – Kańczuga – Dynów wykonano prace modernizacyjne warte 56,3 mln zł, z czego 37,7 mln zł pochodziło z dotacji unijnej dla powiatu przeworskiego z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podkarpackiego 2014-2020 z puli na infrastrukturę kolejową.

Wykonujący prace austriacki koncern Swietelsky Rail ściągnął z zagranicy specjalne maszyny do napraw infrastruktury wąskotorowej. Przeworska kolejka na całej trasie odzyskała przejezdność, utraconą po tym jak w 2020 r. ulewy zniszczyły nasyp i tor koło Jawornika Polskiego. Może teraz chwalić się wręcz magistralnym standardem: na długich odcinkach powstał tor z podkładami strunobetonowymi i sprężystym przytwierdzeniem szyn. Mimo to na tej linii o rozstawie 750 mm prędkość maksymalna to 35 km/h. Przyjęte w 1998 r. rozporządzenie ministra transportu o warunkach technicznych budowli kolejowych określa, że na liniach wąskotorowych pociągi nie mogą przekraczać prędkości 40 km/h. Tymczasem w Austrii na liniach o rozstawie szyn 760 mm pociągi jeżdżą 70-80 km/h.

W opisie rewitalizacji Przeworskiej Kolejki Wąskotorowej wskazano, że celem przedsięwzięcia jest skrócenie czasu podróży, poprawa jakości usług przewozowych, zmniejszenie negatywnego wpływu na środowisko w wyniku przeniesienia ruchu pasażerskiego z dróg na tory, poprawa dostępności terenów wiejskich oraz poprawa dostępności transportowej województwa w ruchu kolejowym. Trudno o spełnienie tych celów, gdy kolej funkcjonuje wyłącznie jako atrakcja turystyczna – pociąg „Pogórzanin” kursuje tylko w soboty i niedziele w sezonie wiosenno-letnim (bilet z Przeworska do Dynowa kosztuje 50 zł).

Czy w ogóle istnieją plany włączenia tej kolei w system transportowy i uruchomienia regularnych przewozów? – „Właścicielem i zarządcą infrastruktury Przeworskiej Kolei Dojazdowej jest powiat przeworski” – zaznacza Monika Konopka z samorządu województwa podkarpackiego. – „Obecny stan prawny nie pozwala powierzać realizacji kolejowego transportu publicznego bez przetargu. Prowadzona działalność na linii wąskotorowej ma charakter komercyjny. Dlatego też objęcie Taryfą Podkarpacką przejazdów na linii wąskotorowej w ramach wspólnego biletu byłoby możliwe do rozważenia po uruchomieniu przewozów powiatowych jako usługi publicznej”.

Powiat przeworski wcale jednak nie ma w planach rozszerzenia działalności o przewozy regularne. – „Rewitalizacja miała sprawić, by Pogórzanin stał się rozpoznawalny jako produkt turystyczny odpowiadający wymogom współczesnego turysty” – mówi Robert Mądry, dyrektor zarządzającego koleją wąskotorową Powiatowego Zarządu Dróg w Przeworsku. Linia Przeworsk – Dynów, choć w całości jest własnością powiatu przeworskiego, to biegnie również przez trzy gminy powiatu rzeszowskiego. Gdy trasa przekracza granice powiatów, to – w myśl ustawy o publicznym transporcie zbiorowym – podjęcie decyzji o uruchomieniu regularnych połączeń należy do samorządu wojewódzkiego. Codzienne przewozy zapewniłyby dojazd z Pogórza Dynowskiego do stacji Przeworsk na linii Przemyśl – Rzeszów – Kraków, rozszerzając sieć połączeń kolejowych na Podkarpaciu.

Kolej krajobrazowa

Samorząd województwa świętokrzyskiego w 2023 r. uzyskał 27 mln zł z funduszu Polski Ład na renowację linii wąskotorowej Jędrzejów – Motkowice – Umianowice – Pińczów (obecnie pociągi turystyczne kursują między Jędrzejowem i Motkowicami w niedziele od maja do września).

W zakres przedsięwzięcia wchodzi remont toru między Motkowicami a doliną Nidy i między Umianowicami a Pińczowem, modernizację stacji i zaplecza w Jędrzejowie, modernizację stacji i dworca w Pińczowie, a także naprawę parowozu Px48, lokomotywy spalinowej Lxd2 i sześciu wagonów. Ponadto planowana jest renowacja biegnącej nad doliną Nidy unikatowej przeprawy z 1915 r.: „W ramach programu Fundusze Europejskie dla Świętokrzyskiego 2021-2027 planowany jest remont mostów i estakad, który umożliwi połączenie szlaku kolejki od Motkowic do Umianowic, dzięki czemu zrewitalizowany zostanie cały szlak od Jędrzejowa do Pińczowa” – mówi Przemysław Chruściel z samorządu województwa świętokrzyskiego. – „Przywrócenie do ruchu odcinka Jędrzejów – Pińczów planowane jest w 2027 r.”.

Choć 10-tysięczny Pińczów jest miastem powiatowym leżącym poza siecią połączeń kolejowych, to rewitalizacja wąskotorówki nie jest prowadzona z myślą o uruchomieniu codziennych przewozów w celu zapewnienia dojazdu do położonej na linii Kraków – Kielce – Warszawa stacji Jędrzejów. Tu dodatkowym problemem jest to, że na terenie miasta kilkanaście lat temu rozebrano 700 metrów toru, którym wąskotorowe pociągi docierały do stacji normalnotorowej. – „Ze względu na zmiany zagospodarowania przestrzennego miasta Jędrzejów dotyczące zabudowy mieszkaniowej, usługowej i drogowej aktualnie brak jest możliwości odtworzenia tego odcinka” – mówi Chruściel.

Od dwóch lat kolej wąskotorowa działa w strukturze Zespołu Świętokrzyskich i Nadnidziańskich Parków Krajobrazowych – podlegająca samorządowi wojewódzkiemu jednostka wpisała kolejkę w swoje działania. W 2022 r. na trójkątnej stacji węzłowej Umianowice powstał ośrodek edukacji przyrodniczej – odrestaurowano drewniany budynek dworca, kolejową wieżę ciśnień przebudowano w wieżę widokową, a atrakcją ośrodka są też drezyny rowerowe działające na odnodze Umianowice – Hajdaszek.

Celem przywrócenia przejezdności 29-kilometrowego odcinka z Jędrzejowa do Pińczowa jest rozwój turystyki na Ponidziu. – „Po wykonaniu wszystkich prac pozwalających na uruchomienie przejazdów na trasie Jędrzejów – Pińczów planowane są w sezonie turystycznym pociągi sobotnio- niedzielne oraz czarterowe w tygodniu” – informuje Przemysław Chruściel.

Świętokrzyski wicemarszałek Marek Bogusławski, odbierając w 2023 r. promesę z programu Polski Ład, oznajmił: „W ciągu najbliższych trzech, czterech lat będziemy mieć naprawdę piękną perełkę turystyczną”.

Brak systemowego wsparcia

O wykorzystaniu wąskich torów nie tylko jako atrakcji turystycznej myślał samorząd województwa łódzkiego, zlecając w 2022 r. za 971 tys. zł opracowanie studium rozwoju linii wąskotorowej Biała Rawska – Rawa Mazowiecka – Rogów. W ekspertyzie brano pod uwagę kompleksową modernizację w celu uruchomienia codziennych przewozów. Zapewniłoby to dojazd z powiatu rawskiego do stacji Rogów, na której zatrzymują się pociągi Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej i Polregio kursujące na trasie Łódź – Skierniewice – Warszawa.

Prace nad ekspertyzą zakończyły się we wrześniu 2023 r. Koszt modernizacji został oszacowany na kwotę wahającą się – w zależności od zakresu przedsięwzięcia – od 198 mln zł do 431 mln zł. Choć w grudniu 2022 r. linię wąskotorową Biała Rawska – Rogów jako predystynowaną do regularnych przewozów ujęto w planie transportowym województwa łódzkiego, to coraz więcej wskazuje na to, że nic z tego nie będzie. Urzędnicy samorządu województwa łódzkiego nieoficjalnie mówią, że nastawienie do tej koncepcji zmieniło się po powyborczych zmianach we władzach regionu. Od czerwca 2024 r. marszałkiem województwa łódzkiego nie jest już Grzegorz Schreiber z Prawa i Sprawiedliwości, który promował się na transporcie publicznym. Zastąpiła go Joanna Skrzydlewska z Koalicji Obywatelskiej – w latach 2019-2024 była wiceprezydentką Łodzi, gdzie komunikacja zbiorowa znajduje się w kryzysie.

W kryzysowym stanie pogrąża się linia wąskotorowa. Z powodu degradacji toru pociągi turystyczne kursują tylko na odcinku Rogów – Jeżów, czyli na liczącym 8 km fragmencie 49-kilometrowej linii.

„Obecna sytuacja jest skutkiem wieloletniego braku systemowego wsparcia utrzymania infrastruktury torowej. Prowadzone na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat rozmowy z samorządami, a także instytucjami rządowymi niestety nie doprowadziły ani do zapewnienia wsparcia bieżącego utrzymania torów, ani do realizacji projektu rewitalizacyjnego” – oświadczyła Fundacja Polskich Kolei Wąskotorowych, która zarządza linią Rogów – Biała Rawska.

Rozważanie możliwości

Dzięki dotacji unijnej z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Pomorskiego 2014-2020 opracowana została dokumentacja rewitalizacji 32-kilometrowej sieci Żuławskiej Kolei Dojazdowej, na którą składają się wykorzystywane w sezonowym ruchu odcinki Nowy Dwór Gdański – Stegna i Sztutowo – Stegna – Prawy Brzeg Wisły.

W ramach wartego 1,2 mln zł zlecenia sporządzono studium wykonalności, program funkcjonalno-użytkowy i dokumentację środowiskową. Koszt rewitalizacji – obejmującej remont infrastruktury torowej, mostów i przepustów, a także instalację urządzeń sterowania oraz renowację peronów – oszacowano na 102 mln zł. W studium wykonalności wskazano, że rewitalizacja jest niezbędna nie tylko dla dalszego funkcjonowania kolei wąskotorowej, ale także pozwoli na jej rozwój i rozszerzenie oferty przewozowej. W opisie studium czytamy, że „realizacja przedmiotowej inwestycji istotnie przyspieszy integrację przestrzenną i gospodarczą regionu Doliny Delty Wisły w województwie. Umożliwi wyższą dostępność rynku pracy i edukacji”.

Wszystko stoi jednak pod dużym znakiem zapytania. – „Na chwilę obecną nie ma zapewnionego finansowania na kontynuację działań dotyczących powyższego projektu” – mówi Dorota Patzer z samorządu województwa pomorskiego. – „Program Fundusze Europejskie dla Pomorza 2021-2027 nie przewiduje wsparcia działań dotyczących linii kolejowych. Zgodnie z przedstawioną przez Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej linią demarkacyjną – czyli podziałem wdrażania krajowych i regionalnych programów unijnych na lata 2021-2027 – infrastruktura kolejowa ma być finansowana na poziomie krajowym”.

W tej sytuacji przyjęty przez samorząd województwa pomorskiego w 2022 r. „Regionalny plan strategiczny w zakresie mobilności i komunikacji” wskazuje na potrzebę rewitalizacji Żuławskiej Kolei Dojazdowej, oczekując, że władze centralne zapewnią finansowanie przedsięwzięcia, a jego realizacją zajmie się właściciel kolejki, czyli powiat nowodworski. – „Sieć ŻKD zlokalizowana jest w całości na obszarze powiatu nowodworskiego, zasadne jest więc prześledzenie strategii lokalnych – dokumentów powiatowych czy planu zrównoważonej mobilności Obszaru Metropolitalnego Gdańsk-Gdynia-Sopot” – mówi Dorota Patzer. – „Przeanalizowaliśmy je i ze zdziwieniem nie widzimy żadnej wzmianki o planach dotyczących ŻKD”.

Władze powiatu nowodworskiego zaznaczają, że to nie one zamówiły studium rewitalizacji Żuławskiej Kolei Dojazdowej, w związku z czym w planach finansowych powiatu nie jest przewidziana realizacja tego przedsięwzięcia. – „Jeżeli pojawią się możliwości finansowania przedsięwzięć związanych z Żuławską Kolej Dojazdową, powiat rozważy taką możliwość” – deklaruje starosta Barbara Ogrodowska.

Wąskotorowe błędne koło

O uwzględnienie w programach rozwoju kolei potrzeb wąskich torów – zarówno w zakresie remontów linii, jak i zakupów taboru – zwróciła się do Ministerstwa Infrastruktury posłanka Paulina Matysiak, przewodnicząca parlamentarnego zespołu ds. walki z wykluczeniem transportowym.

„Ministerstwo Infrastruktury dostrzega i ma na uwadze potrzeby kolei wąskotorowych. Potwierdza to fakt, że od 2020 r., przy udziale przedstawicieli zarządów kolei wąskotorowych, prowadzone były rozmowy i spotkania, na których analizowano różne możliwości finansowania i dofinansowania kolei wąskotorowych” – oznajmił w odpowiedzi wiceminister Przemysław Koperski. – „Na obecną chwilę nie wypracowano konkretnego instrumentu wsparcia, jednak należy zauważyć, iż resort podejmie prace w kierunku zmiany zapisów ustawy i możliwości finansowania kolei wąskotorowych. Z uwagi na złożoność sprawy Ministerstwo Infrastruktury nie ma możliwości wskazania konkretnego terminu”.

Jak widać, resort infrastruktury nie traktuje potrzeb wąskotorówek poważnie. Tak będzie, dopóki samorządy nie będą planowały włączenia kolei wąskotorowych w regionalne systemy transportowe. Samorządowców zniechęca jednak brak źródeł finansowania. I tak oto zamyka się wąskotorowe błędne koło.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 5/132 wrzesień-październik 2024), http://www.zbs.net.pl. Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Karol Trammer.

Czołowe zderzenie historii z historią

Czołowe zderzenie historii z historią

Jadą ze wsi wozy / Aprowizacyjne, / Jadą na wieś wozy / Asenizacyjne. / Przy rogatce się minęły / Pod szlabanem, / Jak kareta ślubna z karawanem. / Przyjechała na targ zielenizna, / Przyjechał nawóz na pole, / I zaczęła nowy dzień ojczyzna, / Żeby pełnić posłannictwo dziejowe / I odegrać historyczną / Rolę.
Julian Tuwim, Bal w Operze

 

Skończył się tragiczny dla wielu Polaków – z powodu powodzi – wrzesień 2024, a wraz z nim 85. rocznica Wojny Obronnej 1939. Inspirując się interesującym wywiadem z prof. Andrzejem Friszke, w którym ceniony historyk poddaje silnej krytyce naszą współczesną narodowo-konserwatywną historiografię, należy dodać, że nie tylko Zachód nie docenia (nie zauważa) – jak twierdzi prof. Friszke – w takim stopniu, w jakim chcielibyśmy polskich w sensie etnicznym ofiar II wojny światowej. Nie dostrzegają jej także kręgi opiniotwórcze o proweniencji liberalnej czy lewicowo-liberalno-progresywnej, zwłaszcza z ośrodków wielkomiejskich, co bardzo silnie – patrząc z oddolnej perspektywy – wzmaga po prawej stronie sceny politycznej narrację o celowym przemilczaniu pamięci o polskich ofiarach wojny wśród wielkomiejskich liberałów (liberalnej lewicy). Podsyca także konflikt historyków po obu stronach ideowej barykady. Wydaje się, że u praprzyczyn lekceważącego stosunku naszych rodzimych liberałów do historii tkwi m.in. trafna diagnoza prof. Friszke, dotycząca braku historycznego wykształcenia domowego Lecha Wałęsy przedstawiona w innym ciekawym wywiadzie tegoż naukowca udzielonym dla programu „Historia bez kitu”.

Otóż u źródeł nieodebrania domowego wykształcenia historycznego bardzo wielu dzisiejszych mieszkańców wielkich miast, w tym wielkomiejskich liberałów, stoi nie tyle nawet samo ich plebejskie w dużej mierze pochodzenie, ile fakt, że dwa czy trzy pokolenia wstecz przeprowadzili się oni (ich rodzice, dziadkowie) ze wsi, zrywając z różnych powodów więzi ze środowiskami, w których tkwią ich korzenie. Spotęgowała to zjawisko po 1989 roku nadmierna gloryfikacja „błękitno-krwistego” pochodzenia społecznego, z której dorobku czerpie nasza współczesna narodowo-konserwatywna historiografia. Wskazywanie szlacheckich korzeni nawet u prominentów komunistycznych (gen. Wojciech Jaruzelski) miało prawo być poczytywane jako oczywista nobilitacja tychże osób i spuścizny szlacheckiej jako pewnej trwałej wartości. Tymczasem większość przybyłych po wojnie do Nowej Huty, Warszawy czy Gdańska była plebejuszami i nie tylko herbowym pochodzeniem poszczycić się nie mogła, ale wcale nierzadko miewała dziadków w Armii Czerwonej, Wehrmachcie, SB, nie mówiąc już o PZPR, przez którą przewinęły się miliony Polaków. Jako rodzinną legendę stworzoną u schyłku PRL na użytek państwowy należy bowiem poczytywać tę z „Drogi nadziei” Lecha Wałęsy, gdzie jest mowa o tym, jakoby dziadek naszego noblisty walczył ramię w ramię z Piłsudskim, zaś sami Wałęsowie wywodzą się od jednego z żołnierzy Wielkiej Armii Napoleona. Prof. Friszke zdecydowanie, choć nie wprost, obala ten mit już na wstępie wywiadu.

Ponieważ większość mieszkańców naszych miast, w tym metropolii – nie tylko Lech Wałęsa – nie posiada herbowych przodków, a ciekawość własnych korzeni jest u nich równie duża jak u tych „nobliwych”, niejako w kontrze do narodowo-konserwatywnej i zarazem postszlacheckiej wizji dziejów od jakiegoś czasu kształtuje się m.in. ze wszech miar potrzebna i wielowymiarowa ludowa wizja naszej historii. Niestety jednak w swej masie próbuje strząsnąć z siebie religijno-romantyczną spuściznę, będącą, czy to nam się podoba czy nie, immanentną cechą polskości – zwłaszcza tej ludowej. Jej rozmaici reprezentanci nazbyt często próbują opisywać historię ludu wiejskiego lekceważąc albo nawet kompletnie pomijając aspekt religii i towarzyszącej jej wiary w Boga, ewentualnie traktując ten obszar jako co najwyżej ciekawostkę etnograficzną. Nie potrafią dostrzec, a czasami nie umieją bądź nie chcą zrozumieć, że historii i współczesności polskiego ludu najzwyczajniej w świecie nie da się opowiedzieć bez religii, kościołów, kaplic i kapliczek, figurek i krzyży. I to niezależnie od tego, że laicyzacja dotyka od pewnego czasu także wieś.

Co najmniej ostatnie dwa stulecia wiejski lud zapisywał w takich obiektach bardzo wnikliwie swoje dzieje – np. te związane z zapominaną przez Zachód i część naszych wielkomiejskich elit martyrologią (o czym było na początku), ale i te związane z pamięcią o uwłaszczeniu chłopów czy upadku pańszczyzny. Ich fundatorami bądź odnowicielami bywają w większości oczywiście osoby wierzące, ale nierzadko również i zeświecczone, czasem nawet zupełnie indyferentne religijnie. Gdy wygłaszają hasła „wolność”, „równość”, „tolerancja”, czerpią z dumą – i mają do tego pełne prawo – ze źródeł i inspiracji odmiennych niż robi to lewicowo-liberalny wielkomiejski patrycjat. Na przykład religijnych i romantycznych. Niekoniecznie z oświeceniowych – czego będący autorytetem dla liberałów Lech Wałęsa z wizerunkiem Matki Boskiej w klapie jest także żywym przykładem.

Wobec niechęci świeżo nobilitowanych liberalnych „wielko-mieszczan” do owej religijno-romantycznej tradycji, wywodzący się z ich kręgów niektórzy głośni historycy zaczęli poszukiwać swojego „herbu” przeszczepiając na polski grunt wszystko, co zachodnie, byle było zachodnie, w tym tezy przystające doskonale do społeczeństw postkolonialnych o bardzo silnych od wieków korzeniach mieszczańskich (Francja, Holandia, Niemcy) ukształtowanych na tradycji oświeceniowej. Ale niekoniecznie dobrze przystające do naszych realiów. Znaleźli w tym oczywiście głośnych promotorów w postaci wpływowych mediów. W tym toku myślenia, świadomie bądź nie, wypierają z siebie fakt, że w Polsce religijno-romantyczna spuścizna – wzmocniona w XXI wieku katastrofą smoleńską – jest i na długie lata pozostanie fundamentem mentalności dużej części społeczeństwa, w tym m.in. tej, z której wyrasta owa konserwatywna czy konserwatywno-narodowa wizja dziejów. Przy lekceważącym stosunku naszych liberałów do martyrologii tę ostatnią wzmagać będą na pewno np. rodzinne i grupowe wycieczki Polaków do muzeum bajek braci Grimm w niemieckim Alsfeld. Zwłaszcza gdy po wyjściu z niego ten i ów turysta uda się z dziećmi na centralny plac tamtejszej starówki i natknie na tablicę ilustrującą niniejszy artykuł. Wspominam o tym celowo, jako że ze środowisk lewicowo-liberalnych nierzadko słyszy się głosy o konieczności niezajmowania się już historią, bo „na nowoczesnym Zachodzie” patrzy się przede wszystkim w przyszłość, a nie wstecz. No to proszę spojrzeć na fotografię wykonaną przeze mnie w wakacje 2023 r.

Czy tego chcemy czy nie, w Polsce doszło już do czołowego zderzenia dwóch wizji dziejów (upraszczająco na potrzeby artykułu: pluralistyczno-demokratycznej i narodowo-konserwatywnej), z których tę drugą, faktycznie niedoskonałą, bo opartą zbyt mocno na zero-jedynkowym widzeniu świata, wcale nie będzie łatwo przeformatować negując w tej rodzimą tradycję i spuściznę. Niestety bowiem wielkomiejskie opiniotwórcze środowiska lewicowo-liberalne o progresywnym odcieniu, będące zarazem promotorami innych niż narodowo-konserwatywna wizji dziejów, tak właśnie czynią, uderzając obuchem siekiery po kolei w „polską tolerancję”, Jana Pawła II, poszukując na siłę volkistowskich i rasistowskich elementów w rodzimym nacjonalizmie czego szczytowym osiągnięciem było porównywanie antysemickich młodzieńczych wypowiedzi kardynała Wyszyńskiego do „Mein Kampf” Adolfa Hitlera, czy wreszcie stawiając tezy o rzekomych polskich koloniach na ziemiach współczesnej Białorusi i Ukrainy. Najnowszą puentą tej polityki były bliźniaczo podobne do siebie teksty, które ukazały się nieomal w tym samym czasie, zachęcające de facto do ataku internetowych trolli na zalanych falą powodziową franciszkanów z Kłodzka, którzy na swoim profilu facebookowym „ośmielili się” wystąpić do ludzi dobrej woli z prośbą o wsparcie.

Po ukazaniu się tych artykułów wybiło skrajnie antykościelne i antyreligijne szambo, można by sarkastycznie rzec „o zdrowej, odżywczej – bo przecież nowoczesno-wielkoświatowej – woni i konsystencji”, którego świadomych przecież twórców nie sposób uznać – pomimo dobrych chęci prof. Friszke – za część otwartej, tolerancyjnej i demokratycznej Polski. Czy wobec takich zachowań liberalnych i lewicowo-liberalnych promotorów pluralistyczno-demokratycznej wizji dziejów należy doprawdy dziwić się naszym narodowo-konserwatywnym historykom i ich poplecznikom, że bardziej niż o przypadkach mordów niektórych Polaków na Żydach w czasie II wojny światowej chcą mówić o celowych działaniach sojuszu liberałów i progresywnej lewicy dążących do zniszczenia naszego dziedzictwa kulturowego, tudzież o lekceważeniu przez nich polskich ofiar nazizmu i komunizmu?

dr Andrzej Dwojnych

Zgromadzenie robotnicze w stolicy wita braci zza Olzy (1938)

Zgromadzenie robotnicze w stolicy wita braci zza Olzy (1938)

„Klasa pracująca Warszawy wita radośnie i serdecznie prastarą ziemię śląską, powracającą do Polski.

Jesteśmy zadowoleni, że wypadki ostatnich tygodni nie doprowadziły do wojny, chcemy mieć z Czechosłowacją jak najlepsze stosunki sąsiedzkie, nie chcemy, żeby Czechosłowacja padła, żeby stała się łupem zaborczości niemieckiej – łupem hitleryzmu”.

Tymi słowy zakończył prezes Centralnego Komitetu Wykonawczego Polskiej Partii Socjalistycznej, tow. Tomasz Arciszewski, zagajenie olbrzymiego zebrania zorganizowanego przez Towarzystwo Uniwersytetu Robotniczego w sali teatru „Wielkiej Rewii” pod hasłem: Prastara ziemia śląska łączy się z Polską.

W przemówieniu swoim przypomniał tow. Arciszewski cały ogrom pracy socjalistów polskich w sprawie Śląska Zaolziańskiego. W zastępstwie tow. Kotarby, który nie mógł przybyć do Warszawy, przemawiał tow. Mecner, redaktor „Robotnika Polskiego”:

„Historia walk Śląska dowiodła niezbicie, że lud nasz jest najbardziej oddany Polsce i najwierniejszy ideałom Demokracji i Socjalizmu. Na nim spoczywał cały ciężar walki o polskość i do ostatniej chwili tę rolę swoją spełniał”.

Tow. Mecner omawia dalej wielką rolę, jaką w walce robotników śląskich odegrały nasze organizacje. „Jesteśmy Polakami szczerymi – mówi – jesteśmy szczęśliwi, że przekazaliśmy naszą ziemię Rzeczypospolitej i jesteśmy przygotowani jednocześnie na to, że mogą nas spotkać niespodzianki, ale stajemy do waszej dyspozycji gotowi z wami walczyć i zwyciężać.

Chcemy pracować dla Polski, chcemy, żeby Polska była silna i szczęśliwa. Robotnik śląski dowiódł, że umie o Polskę walczyć. Ma prawo żądać, żeby nie decydowano o nim bez niego. Nie może mu się stać w Polsce żadna krzywda. Ma swoje postulaty, dotyczące uregulowania kwestii waluty, zapobieżenia drożyźnie, dostosowania zarobków do jego warunków, zagwarantowania ruchu jego kopalń, swobody ruchu klasowego i socjalistycznego”.

Przemówienie tow. Mecnera sala przyjęła długo niemilknącymi oklaskami.

Następnie mówca dr. Jarosz w pięknym przemówieniu przedstawia zebranym „wiano, które przyniósł Polsce lud śląski”. Przyniósł je Polsce, bo wytrwał. I przykład Śląska Zaolziańskiego jeszcze raz dowodzi, że najpewniejszym gwarantem obrony bytu narodowego są właśnie masy ludowe. „Nikt z przeciwników naszych nie zaprzeczy, że władzy Rzeczpospolitej ziemię śląską oddają nie wyższe sfery społeczne zniemczone i sczechizowane, ale właśnie robotnik śląski”.

Ostatni mówca, tow. Kazimierz Pużak, stwierdza, że „sprawa śląska nie jest sprawą skończoną. Śląsk Zaolziański łączy się ściśle ze Śląskiem Górnym, krwawiącym się niesprawiedliwą granicą z Niemcami hitlerowskimi, które wypowiedziały polskości i sprawie robotniczej walkę na śmierć i życie. Nie wolno nam zapominać, że polityka polska osiągnęła sukces dzięki temu, że w ostatniej niemal chwili zdobyła się na samodzielność i niezależność od Hitlera, który w Monachium zapomniał o Śląsku Zaolziańskim. Ale pamiętał o Polsce lud śląski przez sześć wieków. I z dystansu tych sześciu wieków patrzy na nas mit ludu polskiego, który pozbawiony łączności z innymi klasami społeczeństwa, zniemczonymi i sczechizowanymi – trwał, dobywając węgiel, w którym zaklęty był ogień jego wielkości”.

„W momencie, kiedy robotnik śląski oddaje swoją ziemię Rzeczypospolitej, »opinijka« polska musi zaprzestać poklepywania go po ramieniu. Polska ma wobec niego obowiązki – musi mu dać możność życia w pełni jego pracy i wolności, w pełni praw. Udzielenie tych praw nie może być uzależnione od nacisku opinii społecznej”.

Następnie mówca przechodzi do związanych ze sprawą Śląska zagadnień międzynarodowych, wskazując na zakłamanie polityki międzynarodowej i upadek myśli politycznej, którego obrazem było oświadczenie Anglii, że „o rzeczy małe, o sprawy małe, o małe narody Anglia bić się nie będzie”. Na tle tego upadku jeszcze piękniej, jeszcze wspanialej odcina się postawa ludu, nad którym mogą nawet w pewnych okresach historycznych triumfować wszyscy, a który trwa niezłomnie i niezłomnie wierzy w chwilę wyzwolenia. Tak było właśnie z ludem zaolziańskim. I tak jest z każdą walką ludu.

Wszystkie przemówienia spotkało entuzjastyczne przyjęcie ze strony zebranych tłumów robotniczych. Okrzykami na cześć robotników Śląska Zaolziańskiego i na cześć Socjalizmu zebranie zakończono.

Powyższy tekst ukazał się pierwotnie w dzienniku „Robotnik”, centralnym organie prasowym Polskiej Partii Socjalistycznej, nr 286/1938, 10 października 1938 r. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Przypominamy go w 86. rocznicę odzyskania Zaolzia przez Polskę.

Świat jako komunikacyjne nie-miejsce

Świat jako komunikacyjne nie-miejsce

Mój tekst ma dwie tezy.

Pierwsza mówi, iż nasza codzienność, w tym szczególnie różne przestrzenie, które przemierzamy i gdzie spotykamy się z innymi ludźmi, krok po kroku, w coraz szybszym tempie, zaczynają zamieniać się w nie-miejsca.

Druga teza jest związana z przyczynami owej zmiany, których upatruję w przemianie wartości kulturowych oraz sposobach komunikacji. Skutkują one kurczeniem się sfery symbolicznej kultury (J. Kmita) czy też sfery publicznej (R. Sennett), a co za tym idzie kłopotów komunikacyjnych, a nawet malejącej chęci podejmowania komunikacji międzyludzkiej. Coraz dalej posuwający się indywidualizm, wręcz hiperindywidualizm, czyli nastawienie tylko i wyłącznie na swoje Ja, sprawia, że przestajemy chcieć i potrafić komunikować się z innymi ludźmi. Ostatecznie grozi to kulturowym autyzmem i komunikacyjnym solipsyzmem, czyli rozpadem społeczeństwa na zbiór niepołączonych ze sobą jednostek. W tym sensie świat społeczny stanie się jednym wielkim nie-miejscem.

Po kolei.

Pojęcie nie-miejsca wprowadził francuski etnolog Marc Auge. Oznacza ono taką przestrzeń, w której ludzie są razem fizycznie, ale nic ich ze sobą nie łączy. Nie-miejsce gromadzi ludzi ze względu na określony cel, np. zakwaterowania, zakupów czy podróży. Z tego względu nie-miejsca to m.in. hotele, centra handlowe, lotniska, dworce kolejowe. Można nawet powiedzieć o tendencji łączenia nie-miejsc, np. jak we Wrocławiu, gdzie dworzec autobusowy jest w środku galerii handlowej. Słowem nie-miejsce to odwrotność miejsca, które jest oswojone, gdzie czujemy się u siebie, jesteśmy zadomowieni i mamy świadomość więzi z innymi ludźmi.

Czym jest sfera symboliczna kultury?

W rozumieniu polskiego kulturoznawcy Jerzego Kmity, oznacza ona konwencjonalny zasób wiedzy podzielanej przez użytkowników, którzy w procesie komunikacji wymieniają i wzajemnie interpretują, zgodnie z tymi konwencjami właśnie, dane symbole. Od posiadania tej wiedzy zależy wzajemne siebie zrozumienie, muszą zatem tę wiedzę intersubiektywnie podzielać, aby uchwycić sens danego działania komunikacyjnego.

Przykładowo intencjonalne „puszczenie oka”, czyli wtedy, kiedy robię to świadomie i celowo, a działanie to nie jest spowodowane tikiem czy faktem jego zabrudzenia (coś wpadło mi do oka), oznacza inicjowanie podrywu, gdyż tak to się robi w naszej kulturze, tj. istnieje w niej taka konwencja realizowana w odpowiednim miejscu i czasie, np. na dyskotece. Komuś, kto nie zna tej konwencji, „puszczenie oka” nic nie powie, gdyż nie rozumie on właśnie sfery symbolicznej, czyli do czego odsyła czy na co wskazuje gest zamknięcia powieki. A zatem żeby skutecznie się komunikować, tj. żeby ktoś zrozumiał, co intencjonalnie chcemy powiedzieć („Podobasz mi się”), musimy znać pewne reguły gry, jak w szachach. Nie mogę tego zakomunikować innym działaniem, np. pokazaniem języka.

Zdaniem Jerzego Kmity w kulturze ponowoczesnej mamy do czynienia z procesem kurczenia się sfery symbolicznej. W tym sensie mówi on o „kulturze bez symboli”. Chodzi m.in. o to, że w dobie indywidualizacji światopoglądów komunikacja staje się coraz trudniejsza i coraz częściej prowadzi do frustracji, albowiem jednostki ludzkie posiadają coraz mniej wspólnych konwencji i wartości oraz coraz trudniej dojść im do porozumienia. W takim ujęciu dalsze kurczenie się sfery symbolicznej może prowadzić do daleko idących negatywnych konsekwencji, w tym do chaosu komunikacyjnego, w którym poszczególne podmioty, uwolnione od zaplecza sfery symbolicznej, będą musiały podejmować niebywały trud, aby uzgodnić co, jak i dlaczego komunikują.

Weźmy przykład: otwieranie drzwi przez mężczyznę w celu przepuszczenia kobiety jako pierwszej. To norma grzeczności, w której zostałem wychowany. Dzisiaj może być ona potraktowana przez feministkę jako przejaw dyktatury patriarchatu i okazania mojej męskiej wyższości i cielesnej dominacji. A zatem nie przepuszczam w drzwiach kobiety jako pierwszej. W innym przypadku kobieta o raczej tradycyjnym podejściu, jeśli jej nie przepuszczę w drzwiach, uzna mnie jednak za chama. Aby nie dyskryminować kobiety (przypadek z feministką) lub nie popełnić kulturalnej gafy (nie-feministka) musiałbym za każdym razem pytać każdą kobietę o to, czy mogę lub też nie otworzyć jej drzwi, bo przecież nie jestem w stanie rozpoznać światopoglądu po wyglądzie, a zatem nie wiem, jak się zachować, jakie podjąć działanie, aby nie narazić się na negatywną ocenę.

W takich okolicznościach dwójka spotykających się osób, pozbawiona konwencji, czyli sfery symbolicznej, musi wszystko między sobą negocjować. Część badaczy wita to z entuzjazmem, albowiem w ich ujęciu to prawdziwa wolność: nie dławią nas już kulturowo-komunikacyjne nawyki, możemy dowolnie tworzyć swoje mini-wspólnoty (mniej lub bardziej trwałe). Zgoda, lecz nie dostrzegają, iż owe negocjowanie wymaga czasu, energii i chęci. Brak jednego z tych zasobów prowadzi do zaniku komunikacji, zaniechania jej. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, albowiem komunikacyjne wymyślanie świata codziennie na nowo byłoby koszmarem i wymagało ogromnych pokładów czasu i energii, których trwałość konwencji nam zaoszczędza. W tym sensie sfera symboliczna jest gorsetem, ale gorsetem koniecznym, a jego zupełne rozsznurowanie doprowadziłoby do niemożności komunikacji, bowiem każdy z każdym musiałby wszystko ustalać od początku.

Warto w kontekście powyższego przykładu podkreślić dwie istotne kwestie.

Po pierwsze nie idzie mi o ocenę samej konwencji, ile o fakt ich mnożenia. Faktem jest, że nasze światopoglądy się pluralizują (choć i zachodzi proces ich ujednolicania), a zatem i zmieniają się działania komunikacyjne: jakieś zanikają, pojawiają się nowe, a dotychczasowe zmieniają znaczenia. Planem, w którym można opisywać żywioł komunikacji jest, z jednej strony, powszechne podzielanie sfery symbolicznej, w tym konwencji komunikacyjnych, z drugiej zaś idiosynkrazja. Obie strony są w dzisiejszych realiach kulturowych niemożliwe, albowiem nie wszyscy ludzie naszej kultury podzielają całość jej sfery symbolicznej oraz nie wszyscy komunikują się po swojemu, na własny sposób, pod groźbą bycia niezrozumiałymi. Chodzi mi jedynie o fakt, że być może zbliżamy się do pewnego punktu krytycznego komunikacji, w którym faktycznie trzeba będzie negocjować podstawowe znacznie działań komunikacyjnych, jak np. otworzenie drzwi czy „puszczenie oka”.

Po drugie, oba te działania mogą być różnie zinterpretowane. Zgadzam się, że w normach grzeczności jest zawarty pewien światopogląd. Koniecznym jest jednak uwzględnienie intencji działającego nadawcy, albowiem bez uwzględnienia intencji postrzegamy w tym przykładzie mężczyznę jako znacznie gorszego niż jest, nie mówiąc już o tym, że nasze światy się nie spotykają, gdyż uważamy go np. za chama, nie mając świadomości, że nie chciał nas dyskryminować (miał zatem dobre intencje). Wszak z tego względu prawo nakazuje surowiej karać kogoś, kto zrobił coś z premedytacją. Dzisiaj jednak mamy coraz większą tendencję do wydawania wyroków bez rozpoznania tej intencji. Dlaczego? Bo czujemy się urażeni, co starcza za załatwienie całej sprawy etykietą „cham” lub „męski szowinista”. Nawet jeśli jakieś zachowanie nas rani, to brak rozpoznania intencji jest wkroczeniem na ścieżkę wojenną, gdyż z tyłu głowy znajduje się przekonanie, że wszyscy chcą mnie skrzywdzić, bo poczułem się skrzywdzony (trafnie piszą o tej kwestii autorzy „Rozpieszczonego umysłu”). Moje odczucie blokuje komunikację, a zatem ustawienie go jako arbitra względem oceny sytuacji i jej znaczenia jest często drogą donikąd, gdyż zamykamy się w swoim świecie nie wiedząc do końca, czy ktoś faktycznie chciał nas urazić czy zdyskryminować. Słowem, nie wyciągamy wniosków z faktu pluralizacji, traktując swoje odczucia jako zastępujące poznanie, emocje zastępują analizę danej sytuacji, gdyż ta wymaga trudu, który jest pomijany. To prosta droga do rozwalenia komunikacji oraz rozpadu wspólnoty, gdyż jeśli tak się czuję, to w świecie jest właśnie tak. Czucie zastępuje sferę symboliczną, która znika, a zatem nie ma się do czego odwołać, aby sprawdzić, czy naprawdę powinienem czuć się urażony.

Warto przywołać jeszcze jednego badacza kultury, wspomnianego już Richarda Sennetta. Zanikanie sfery symbolicznej kultury w rozumieniu Kmity, które u Sennetta występuje pod nazwą sfery publicznej, związane jest nie tylko z rosnącym indywidualizmem, ale – obok sekularyzacji oraz dominacji kapitalizmu – także z narcyzmem. Narcyzm w ujęciu tego badacza polega na skupieniu się na samym sobie oraz zaangażowaniu tylko w to, co jest związane z Ja i co dla tego Ja ma być użyteczne. Wszystko inne bowiem jawi się jako nieciekawe, nudne, głupie i wymagające niepotrzebnego wysiłku emocjonalnego. Narcyz może być zaangażowany w kontakt z drugim człowiekiem o tyle, o ile przynosi mu to korzyści: w tym sensie narcyz to ktoś pozbawiony empatii, traktujący ludzi jako środek do swoich celów, nigdy zaś cel.

Zdaniem Sennetta dużą rolę w procesie „upadku człowieka publicznego”, czyli chcącego uczestniczyć w kulturze, odegrała psychologia, która znakomicie wstrzeliła się promowany przez kulturę kapitalistyczną indywidualizm, przekonując skutecznie, iż, po pierwsze, rozwiązania wszelkich problemów, zarówno społecznych, jak i indywidualnych, należy poszukiwać w jej życiu wewnętrznym, po drugie, kultura jest źródłem cierpień i aby być autentycznym, należy zrzucić jej gorset i robić to, co się czuje – wtedy jest się sobą.

Nie miejsce tutaj, aby rozważać, dlaczego kultura jest czymś znacznie ważniejszym i nie tylko źródłem cierpień. Ograniczę się do wskazania fundamentalnej konsekwencji komunikacyjnej wynikającej z takiego podejścia. Autentyczność, ten fetysz ponowoczesności, maskujący w zasadzie narcystyczną tendencję, sprawia, że stawiając siebie w centrum, przestajemy chcieć i potrafić grać w kulturę, tj. używać społecznych konwencji dla gładkiego porozumiewania się. Konwencje oczywiście w jakiś sposób nas krępują, ale zarazem umożliwiają bycie razem. W takim ujęciu Sennett mówi o barbarzyństwie indywidualizmu, które za czasów dawnych plemion prowadziły do przemocy.

A do czego prowadzi dzisiaj, gdy używanie przemocy jest zakazane?

Dobrą inspirację w tym zakresie stanowi mini-esej hiszpańskiego filozofa Javiera Goma Lanzona pod tytułem „Prawdę mówiąc, za szczerość dziękuję”. Autor pokazuje tam związek „cnoty uprzejmości” z wynalazkiem jednostki, byciem „Ja”, „samym sobą”. W XVIII wieku uznano, że najprawdziwsze „Ja” kryje się w naturalnych skłonnościach, w spontanicznym sposobie odczuwania, myślenia, działania. Jedynym obowiązkiem człowieka staje się „bycie sobą”, co wyrażane jest poprzez bycie szczerym, przyznawanie się otwarcie do swoich złych i dobrych cech, by powiedzieć światu: „Taki właśnie jestem”. Nie jest w cenie ujarzmienie namiętności, poskromienie popędów, ukrócenie szkodliwych skłonności czy szacunek dla konwencji, które od tej pory zostają potępione i uznane za hipokryzję, udawanie i przywdziewanie maski. Filozof mówi nawet o unicestwieniu kultury uprzejmości, polegającej na kompromisie z rzeczywistością (np. możemy chodzić nago, ale jednak ubieramy się) poprzez nowożytny „wybuch szczerości”, która pogardziła hamulcami wypracowanymi w wyniku kompromisów pomiędzy wrodzonymi skłonnościami a kulturą.

Autor przywołuje przykład Moliera, który wyśmiał nadmiar szczerości. W „Mizantropie” rozwścieczony Alcest nie chce kilkoma prostymi słowami pochwalić wierszy Oronta, infantylnie zadowolonego ze swojej poetyckiej twórczości, ponieważ, jak mówi, chce być szczery i jako człowiek honoru nie chce wypowiedzieć ani słowa, które nie pochodziłoby z głębi serca. Przez ten brak uprzejmości, przy którym konsekwentnie obstaje, ukochana zaczyna nim gardzić, przyjaciele odsuwają się, społeczeństwo go odrzuca i w efekcie mizantrop zaszywa się w swojej wieży, nienawidząc całego rodzaju ludzkiego.

To, o czym pisze Lanzon, zostało bez wątpienia spotęgowane przez kulturę narcystyczną. Finalny etap to samotność, odrzucenie, nienawiść do świata, w którym nie można być tylko na własnych warunkach, a zatem odmawia się udziału w kulturze i komunikacji. W konsekwencji inny człowiek staje się balastem, trzeba od niego uciekać, odcinać wszelkimi możliwymi sposobami, gdyż jego podmiotowość domaga się czegoś od mojej, np. czasu i uwagi. W efekcie wszyscy stajemy się mizantropami. Wszak często daje się słyszeć opinię, będącą powodem do dumy, iż „nienawidzę ludzi”. To zrozumiałe, bo jeśli te kontakty stają się trudne i kosztowne, to po co się męczyć? Lepiej zaspokoić potrzebę komunikacji z ludźmi innymi bytami (poza-ludzkimi) niż oni, gdyż to one dostosują się do nas, w tym naszych wyobrażeń.

Podam kilka przykładów, które zobrazują powyższy opis, opierając się na własnych doświadczeniach oraz obserwacjach.

Jednym z miejsc, które zamienia się w nie-miejsce, szczególnie w dużych miastach, jest siłownia. Posługując się opozycją „kiedyś – dzisiaj”, można powiedzieć, że kiedyś ćwiczenie na siłowni było bardziej lokalne, a zatem i wspólnotowe, wręcz towarzyskie. Wynikało to w dużej mierze z faktu, iż siłownie były w szkołach, w halach sportowych, przy kortach tenisowych lub w większych komendach policji. Istniał cały szereg rytuałów komunikacyjnych: od przywitania się, ogólnie bądź z każdym osobno, po pożegnanie się. Jeśli chciałeś używać jakiegoś sprzętu, pytałeś o ilość serii, jaką ktoś miał do zrobienia, ewentualnie czy możecie się zmieniać – był to normalne i bezproblemowe. „Za moich czasów”, czyli jakieś dwie dekady temu, w małym dolnośląskim mieście, starsi czy dłużej ćwiczący dawali rady mniej obeznanym z poprawną techniką, poszczególnymi ćwiczeniami, narażeniem się na kontuzje etc. I chociaż istniała swoista hierarchia ćwiczących, od największych do najmniejszych, czasami podszyta pewną wyższością, zazwyczaj jednak istniejącą w humorystycznej formie, to wszyscy wszystkich znali i nierzadko ze sobą rozmawiali w chwilach dłuższych przerw. Na siłowni panowała towarzyska atmosfera, miałeś na niej po prostu kolegów. Dzisiaj rady kolegów zastąpiły porady internetowych trenerów, które można w czasie treningu znaleźć w kilka sekund. Koledzy przestali być potrzebni.

Siłownia, na której dzisiaj ćwiczę, czyli podwrocławska siłownia ulokowana w hali sportowej, jest już innym miejscem, nie-miejscem właśnie, analogicznie jak tzw. siłownie-sieciówki. Te ostatnie są sprofesjonalizowane, łącznie z określeniem praktyk higienicznych, będących wynikiem zmiany w stosunku do ciała swojego oraz innej osoby. To także miejsce konsumpcji określonych suplementów, odpowiednich batoników etc. Bardzo ważna jest estetyka odzieżowa oraz estetyka ciała. Wylewany kiedyś na siłowniach pot dzisiaj odstrasza (niektórzy przychodzą wyperfumowani), a założenie najgorszych, powyciąganych dresów wręcz kompromituje. Moja obecna siłownia jest gdzieś pomiędzy miejscem a nie-miejscem.

Obserwując na niej różne przedziały wiekowe ćwiczących oraz prawdopodobną pamięć o „kiedyś”, widać, jak zamiera komunikacja miedzy ćwiczącymi. Witają i żegnają się osoby 30-40 plus (płci obojga), a młodsi w zasadzie w ogóle. Unikają oni jakiejkolwiek komunikacji; czasami widać, że chcą poćwiczyć na danej maszynie, ale nie pytają, ile komuś „jeszcze zostało”, tylko zaczynają ćwiczyć na innej. Każdy ćwiczy w słuchawkach, zamykając się tym samym w swoim świecie. Nie istnieją żadne interakcje, nawet wtedy, gdy mijamy się gdzieś na osiedlu. Zupełnie inaczej jest w przypadku osób starszych. Rzadziej używają słuchawek, a jeśli już, często je ściągają, by o coś zapytać, rytualnie zamienić dwa słowa np. w szatni. Często są to żarty lub rytualne narzekania na kontuzje, formę. Rozpoznajemy siebie w innych miejscach i witamy się, np. w osiedlowym sklepie. Słowem: „znamy się z widzenia”, tworzymy wspólnotę nie tylko ćwiczących, ale i wspólnotę sąsiedzką. Dzięki temu przestrzenie, w których przebywasz, są bardziej oswojone, jesteś bardziej u siebie.

Nie sposób w tym miejscu opisać wszystkich przyczyn owych przemian komunikacyjnych. Na pewno wpływ miała także sfera technologiczna: kiedyś z jednego magnetofonu wszyscy na siłowni słuchali tego samego i ewentualnie komentowali, dzisiaj każdy słucha tego, czego chce. Założenie słuchawek, już wtedy przecież istniejących, było raczej źle widziane, gdyż ich noszenie jasno komunikowało: mam swój świat, nie przeszkadzaj mi, chcę pobyć sam. Gdy kiedyś ktoś unikał ludzi, był traktowany jako dziwak, bo przecież lepiej mieć kolegów na siłowni niż ich nie mieć, a muzyki mogłeś posłuchać w domu. Dzisiaj dziwactwem jest sytuacja odwrotna.

Brak kontaktu dotyczy nawet osób zatrudnionych na siłowni, albowiem rzadko kto rozmawia z kimś z recepcji, a wręcz dąży się do zminimalizowania tego kontaktu poprzez aplikacje, które tylko przykładasz do odpowiedniego urządzenia bez konieczności kontaktu.

Nawet materialna infrastruktura na siłowni odzwierciedla te zmiany: przyrządy są ustawiane tak, aby jeden ćwiczący nie patrzył na drugiego. Zresztą unikanie kontaktu wzrokowego jest u młodego pokolenia bardzo częste, wręcz można mówić o tendencji do odcieleśniania komunikacyjnego, np. mało kto podaje sobie rękę na przywitanie (i było to zauważalne już przed pandemią).

Chciałbym być dobrze zrozumiany: nie twierdzę, że nie da się jakoś sensownie zracjonalizować braku komunikacji z innymi ćwiczącymi i że dotyczy to wszystkich młodych ludzi, albowiem mówię o obserwowanym wzorze czy schemacie. Nie znam rzecz jasna każdorazowych intencji w owej „niemej” komunikacji, ale nie należy zapominać, iż to kultura w dużej mierze zarządza tym, czego chcemy, a czego nie (nikt nie wymyśla sobie hierarchii wartości codziennie po przebudzeniu). Niezależnie jednak od intencji podejmowanych działań, faktem jest, że mamy do czynienia z zanikiem komunikacji w imię wyznaczanych samodzielnie wartości (i technologicznych możliwości ich realizowania), w hierarchii których najwyżej jest mój komfort. „Co w tym złego? – może ktoś zapytać. A to, że twój świat społeczny się kurczy. „To ja będę ustalał, w jakich światach chcę brać udział”. Zgoda, kłopot w tym, że z tymi, z którymi jesteś najbliżej fizycznie, jesteś jednocześnie najdalej. Każda zmiana w sferze wartości i wzorów komunikacyjnych to rachunek zysków i strat dla naszego bycia w świecie i z innymi ludźmi. Zyskując komfort – tracimy kolegów, a miejsce przekształca się w nie-miejsce, swoistą fabrykę ciał, w których ludzie-maszyny wykonują odpowiednie procedury, realizując projekt „ciało”.

Innym przykładem może być podróżowanie pociągiem. Kto pamięta czasy sprzed wagonów samolotowych, stref ciszy, numerowanych biletów, laptopów, smartfonów z dostępem do internetu wie, o czym mówię. Trafnie ten klimat „sprzed” oddała Paulina Wilk w „Między walizkami”.

Podróżowanie było znacznie bardziej towarzyskie, ludzie chętnie ze sobą rozmawiali, wymieniali się opiniami, opowiadali sobie różne historie, komentowali to, co za oknem, dawali rady. Istniały pewne kulturalne normy: „Dzień dobry”, „Do widzenia”. Kto chciał, ten zatapiał się w lekturze książki lub gazety (wszak zawsze istnieje jakiś sposób „wyłączenia się”), ale na ogół ludzie uznawali, że inny pasażer nie jest przeszkodą, po prostu widzieli w nim partnera do rozmowy: czy to luźniejszej, czy poważniejszej. Podjęcie rozmowy było ryzykiem, ale zazwyczaj się opłacało, gdyż okazywała się ona ciekawa lub zwyczajnie miło spędzało się czas, a droga nie dłużyła się tak bardzo.

Dużo podróżowałem i podróżuję pociągami. Tym, co rzuca się w oczy w opozycji kiedyś a dzisiaj, jest zanik komunikacji. Dzięki technologicznym możliwościom ludzie pracują, oglądają filmy, rozmawiają przez komunikatory, słuchają muzyki czy podcastów, ale nie rozmawiają już z innymi ludźmi. Współpasażerów traktuje się jako nieistniejących i nieważnych. Co więcej, szczególnie wśród młodego pokolenia, które w pociągu jest zupełnie „odcięte”, nierzadko zapytanie o coś, próba nawiązania rozmowy, budzą niepokój. Widać, że jest dla tych osób, choć zapewne nie wszystkich, niekomfortowe, gdyż narusza przestrzeń, w której się szczelnie zamknęli.

To wynik nie tylko tego, że jest się skoncentrowanym na sobie, ale także całego kompleksu milczących założeń narcystyczno-mizantropicznych, podpowiadających, że inny jest z pewnością głupszy niż ja, a w związku z tym nie jest w stanie w jakikolwiek sposób mnie zaciekawić, a zatem w rozmowie to ja stracę, a on zyska. Widać tutaj kapitalistyczno-rynkową logikę zysku i straty w komunikacji z drugim człowiekiem, w której to ja muszę być wygranym, tj. więcej dostać niż dać z siebie. Jeśli szybko ocenię, iż stracę, odmawiam komunikacji. Tym, co rządzi działaniami takich osób z młodego pokolenia, jest bezpieczeństwo zamiast ryzyka, choćby najdrobniejszego, jak podjęcie rozmowy z obcym.

Ich logika jest taka: zapłaciłem za bilet, jadę z A do B, a w między czasie będę robił to i tamto. Każde zakłócenie tego „projektu podróży” irytuje. Rozumiem to, sam, kiedy miałem coś pilnego do przeczytania, więc się wyłączałem. Robiłem to jednak w sposób delikatny, tj. przepraszałem współpasażerów, mówiąc, że naprawdę muszę to przeczytać, podając jakiś prawdziwy lub wymyślony powód. Tak, byłem nieszczery, ale to drobne kłamstwo sprawiło, że moi współpasażerowie nie odczuli, że nie chcę z nimi rozmawiać, a ja osiągnąłem swój cel.

Na tym polega zapomniana sztuka towarzyskości. Dzisiaj, twierdzi Sennett, nie chcemy już zakładać masek, ugryźć się w język, gdyż zawsze musimy być autentyczni, co nierzadko oznacza bezwzględną i sadystyczną niekiedy szczerość, ostentacyjne wręcz pokazanie, jak bardzo nie chce mi się z tobą rozmawiać. Ponadto, obserwując różne pociągowe sytuacje, widać, że część osób boi się podjąć działania komunikacyjne, albowiem grozi to, po pierwsze, naruszeniem komfortu innej osoby, a tego robić nie chcemy, a po drugie narażeniem się na uświadomienie mi, że nie jestem na tyle ważny, aby podjąć ze mną rozmowę. A zatem najlepiej nic nie robić, gdyż nie wiem, jak zostanie to zinterpretowane, choć najczęściej zakłada się scenariusz negatywny, blokujący podejmowanie działań.

Czy naprawdę chcielibyśmy żyć w świecie całkowitej szczerości? Wystarczy obejrzeć film „Kłamca, Kłamca” z Jimem Carreyem, żeby zobaczyć, jak mogłaby wyglądać taka rzeczywistość w sensie komunikacyjnym i jak wiele można wyrządzić szkody dobrą intencją mówienia prawdy. Nie chodzi mi o to, żeby rzucać się w ramiona współpasażerom, popadać w skrajność dyktatu innych, narażać się na cierpienie obcowania z kimś, z kim przebywać nie chcemy. Warto jednak dostrzec fakt, iż usytuowanie mojego Ja na pierwszym miejscu plus brak empatii to prosty przepis na rozwalenie komunikacji i wspólnoty, choćby na czas podróży.

Dlaczego ta Sennettowska towarzyskość jest taka ważna?

Wskazane powyżej wszystkie komunikacyjne zmiany są dla naszej wygody i komfortu, ale konsekwencje są także anty-społeczne, gdyż nas od siebie izolują. Warto w tym kontekście przypomnieć uwagę Theodora W. Adorno, który pisząc o samochodzie, zauważył, iż umożliwił on ucieczkę od współpasażerów w przedziale kolejowym. W tym sensie medium komunikacji może izolować ludzie od siebie fizycznie. Dzisiaj mamy takie media i urządzenia, które przenoszą naszą obecność w inny świat, pozafizyczny, choć nasze ciała są oddalone od siebie o kilkanaście centymetrów. Moim zdaniem jeśli coś rozwali naszą komunikację i wspólnotę, będzie to „dobrowolnie” wybierany komfort (i spersonalizowana przyjemność-oferta) – nowe, medialno-cyfrowe barbarzyństwo hiperindywidualizmu.

Nasz indywidualny świat, który możemy tworzyć na swoją miarę, niczym nieograniczona autokreacja, wydaje się niezwykle pociągającym pomysłem. Ma ona jednak i swoje wady, bo w rzeczywistości złożonej z takich jednostek każdy uważa dokładnie to samo i realizuje to samo: siebie. I tylko na sobie jest skupiona. Treść powszechnie podzielanego przekonania anihiluje społeczeństwo, sprowadzając je do zbioru identycznych jednostek, których nic ze sobą nie łączy. To przepis na katastrofę, którą już obserwujemy, czego widomym znakiem są epidemia samotności i depresji oraz entropia.

Możesz mieć swój świat, ale jeśli nie potrafisz go zakomunikować, a co gorsza, nikt nie jest go ciekawy, bo też jest skupiony na sobie, to zostajesz ze swoim światem sam. W tym sensie stajemy się, paradoks po raz pierwszy, społeczeństwem monadycznym.

Materialnością, która umożliwia powstawanie monad, jest technologia, służąca, znowu paradoks, komunikacji. Przyglądając się młodemu pokoleniu, uważam, że tak jak słuchawki zapewniają im bezpieczeństwo, tj. brak kontaktu z innym ćwiczącym, tak ekrany są ich tarczą przed światem kontaktu bezpośredniego, którego w dużej mierze się boją, gdyż trudniej w nim udawać kogoś, kim się nie jest, a z trudem budowany wizerunek może zostać zweryfikowany. To ucieczka od – paradoks numer trzy – fetyszyzowanej autentyczności. Komunikacja twarzą w twarz jest dużo bardziej spontaniczna, żywiołowa, nieprzewidywalna, a to budzi lęk i obawę przez utratą poczucia kontroli, gdyż komunikacja musi przebiegać po z góry ustalonym torze własnego projektu (to zresztą kluczowa metafora młodego pokolenia zarządzająca ich życiem, a także komunikacją). Jak słusznie zauważa Byung-Chul Han pierwotne znaczenie ekranu to powłoka.

W takim ujęciu komunikacja medialnie zapośredniczona, która miała pomagać w kształtowaniu kontaktów w rzeczywistości niewirtualnej, wcale jej nie pomaga, wręcz ją dewastuje, co opisała Sherry Turkle. Psycholożka technologii przekonująco udowadnia, że rozwój technologii oraz zapośredniczenie komunikacji poprzez nowe technologie przyczyniają się do utrudnienia komunikacji międzyludzkiej. Zaczyna to być coraz większym problemem, skutkując izolacją i niszczeniem więzi międzyludzkich. Młode pokolenie, w przeciwieństwie do pokolenia przedinternetowego, ze szczególnym uwzględnieniem mediów społecznościowych, było wręcz przymuszone do komunikacji face to face. Jeśli taka komunikacja była bezalternatywna, nie była w ogóle odczuwana przeze wiele osób jako przymus – była jedynym dostępnym światem. Dzisiaj jest inaczej. Trzeba jednak mieć świadomość, że zawsze w komunikacji jest coś za coś, nabywając jedne umiejętności tracimy inne, jedne medium coś daje, ale i coś zabiera. Warto nad tym rachunkiem się zastanowić.

dr Michał Rydlewski

Grafika w nagłówku tekstu: 愚木混株 Cdd20 z Pixabay

Klasa poprodukcyjna

Klasa poprodukcyjna

Francuski socjolog Pierre Bourdieu wyróżniał podklasy wewnątrz klas społecznych – fakcje. Społeczeństwo dzieli się według niego na trzy klasy: dominującą, średnią i niższą, a każda z nich dodatkowo na dominującą, pośrednią i zdominowaną. Wycofanie się z rynku pracy jest swego rodzaju hibernacją. Zaprzestanie działania wewnątrz agregatu rynkowego wiąże się z separacją od tych, którzy wciąż wewnątrz niego funkcjonują, a także z separacją od swojej dotychczasowej klasy społecznej. Zasady uczestnictwa emeryta w życiu społecznym zmieniają się – odbywa się to w sposób nieuregulowany. Można stwierdzić, że przechodzą oni do nowej klasy – poprodukcyjnej. Natomiast wedle teorii podziału na fakcje zachowują wewnątrz niej swoje dotychczasowe pozycje. Reprezentant klasy niższej po przejściu na emeryturę przynależy zatem do klasy poprodukcyjnej niższej, i tak dalej.

Termin „emeryt” ma fatalne konotacje. Kojarzy się z obciążeniem dla państwa i rodziny, chorobami generującymi koszty leczenia, niedołęstwem, zapóźnieniem technologicznym i informacyjnym, biedą. Prawie 1/5 ludności Polski to osoby pobierające świadczenie emerytalne. Konsekwencją przejścia na emeryturę jest degradacja w hierarchii klasowej, związana z utratą produktywności ekonomicznej. Jakkolwiek konserwatywnie by to nie brzmiało, w kulturze zachodu rzecznikiem seniorów była zawsze religia chrześcijańska, która nakazywała szacunek i troskę. Wraz z sekularyzacja ta norma się rozmywa i kiedy zapadają decyzje – np. o rezygnacji z opieki – decydujące są zazwyczaj czynniki ekonomiczne, związane z utrzymaniem dotychczasowego statusu i komfortu domyślnych opiekunów. Nie istnieją wiążące zapisy prawne dotyczące opieki.

W kulturze kapitalizmu zawsze nadrzędna jest przydatność rynkowa. W takiej sytuacji poza pozycją socjoekonomiczną, którą zapewniało zatrudnienie, spada również szacunek społeczeństwa wobec emerytów. Jest to nierozerwalnie związane z wpływem systemu ekonomicznego na ustanawianie norm społecznych. Ponieważ nie ma żadnego powszechnego zestawu wartości, który gwarantowałby poważanie dla starych, stosunek do nich reguluje głównie rynek. Jest to więc tąpnięcie na wszystkich możliwych polach.

Różnice klasowe w ogóle w Polsce pogłębiły najpierw transformacja, a później finansjalizacja. Powstała drastyczna przepaść pomiędzy tymi, którzy uwłaszczyli się podczas przemiany ustrojowej, a tymi, którzy stracili. Duże znaczenie miały wiek, miejsce zamieszkania, sieć społeczna. Dla osób starzejących się w latach 90. nie było już szansy na przebudowanie swojego życia, pozostały im już tylko emerytury z poprzedniego systemu. Z kretesem przegrała przede wszystkim polska wieś.

Następnie finansjalizacja, czyli wzrost udziału sektora finansowego w produkcie krajowym brutto, doprowadziła do globalnego rozpadu tożsamości klasowych. Wzmocniło to pozycję jednych, osłabiło status innych, zmieniły się sojusze, pogłębiła się przemoc klasowa wobec najsłabszych. Podkopana została klasa średnia, a część klasy ludowej lub jej potomków trafiła na terytoria niczyje. Hierarchie społeczne zostały zrestrukturyzowane, pojawiła się również nowa klasa menedżerów.

Ze względu na problem starzejącego się społeczeństwa powstał w latach 70. termin „srebrna gospodarka”, omawiający strategie systemu produkcji, konsumpcji i dystrybucji z uwzględnieniem seniorów. Jest to w zasadzie zbiór usług i produktów skierowanych do zamożnych osób starszych lub ich rodzin (domy opieki). Osoby w wieku emerytalnym bez względu na wcześniej wykonaną pracę są jednak z punktu widzenia rynku prawie bezproduktywne. Są oni jakąś grupą konsumencką, ale niskie świadczenia sprawiają, że nie jest ona szczególnie istotna. Stanowią natomiast ogromną bazę nieodpłatnych pracowników opiekuńczych, zajmujących się dziećmi i osobami niesamodzielnymi. Ze względu na pogarszające się funkcjonowanie procesów poznawczych są idealnie plastycznym elektoratem wyborczym, żywymi nośnikami tez religijnych i hojnymi darczyńcami. Emeryci są wykorzystywani jako konsumenci, jako nieodpłatni pracownicy, jako wyborcy, jako wierni.

Wewnątrz klasy poprodukcyjnej najsłabsza jest klasa niższa. Jest ona najbardziej wykorzystywana reprodukcyjnie (zwłaszcza kobiety), ale również najkrócej żyje. Pomiędzy 2013 a 2017 rokiem wiek emerytalny wynosił 67 lat dla obu płci. Podniesienie tego progu na stałe doprowadziłoby do tego, że osoby z niższych klas spędziłyby znacząco mniej czasu na emeryturze ze względu na krótszą długość życia względem klas wyższych.

W skali makro ogólna długość życia jednak wzrosła. Na początku XX wieku było to ok. 50 lat w krajach rozwiniętych. Wydłużenie życia wiąże się jednak bardzo często z długim funkcjonowaniem w chorobie generującej wysokie koszty. Niekiedy osobom starszym potrzebna jest opieka całodobowa. Ponad 38 proc. emerytów otrzymuje świadczenia w wysokości 3000 zł lub mniej. 49 proc. z nich – do 3400 zł (dane GUS). Są to kwoty niepozwalające opłacić ani opieki domowej, ani komercyjnego ośrodka. Takie osoby są zdane na rodzinę lub pomoc społeczną. Wedle badań najlepszym miejscem dla seniora jest jego dom i opieka domowa. Jednak jeśli spojrzymy na koszty i wysokość emerytur, okazuje się, że jest to usługa ekskluzywna.

O tym, jak przebiegną ostatnie lata życia decyduje nie tylko przynależność klasowa emeryta, ale również jego rodziny – potencjalnych opiekunów. Jeśli dzieci awansowały społecznie względem klasy ludowej (klasy ojca/matki), bardziej prawdopodobne jest, że będą dysponowały wystarczającymi środkami, aby zapewnić im opiekę. Jeśli pozostały w tej samej klasie, wpływa to negatywnie na jakość i dostępność potencjalnej opieki.

Już trzy lata temu co szósty emeryt żył na granicy ubóstwa. Wedle ostatnich danych GUS skrajne ubóstwo wzrosło z 4,6 proc. do 6,6 proc. Poniżej minimum socjalnego żyło w Polsce w 2023 roku pół miliona emerytów. Wynosi ono między ok. 1500 a 1700 zł w zależności od ilości osób w gospodarstwie domowym. Długi, inflacja, koszty leczenia – generują gigantyczny stres finansowy, który wpływa na zdrowie psychiczne i fizyczne. Może to wywołać stany lękowe, depresję, pogłębić istniejące choroby, negatywnie wpłynąć na funkcje poznawcze, rozwinąć nadciśnienie tętnicze, alkoholizm. Rzutuje to również na funkcjonowanie społeczne, pojawia się problem izolowania się, pogarszają się kontakty z bliskimi, spada decyzyjność – następuje paraliż, wreszcie zwiększa się podatność na różnego rodzaju oszustwa finansowe.

Omówione kwestie dotyczą niższej klasy poprodukcyjnej, jednak problem dostępności państwowej opieki zdrowotnej jest uniwersalny dla niemal całej klasy emeryckiej. Osoby starsze zajmują najwięcej łóżek na oddziałach chorób wewnętrznych. Często trafiają tam z braku opieki ze strony rodziny lub niewłaściwej pielęgnacji w ośrodkach komercyjnych. Ponad milion z prawie trzech milionów interwencji ratownictwa medycznego w 2023 roku dotyczyło osób powyżej 65. roku życia. Pomimo nieuchronności zapadania na choroby wieku starczego pomoc seniorom jest udzielna opieszale i niechętnie, ponieważ nieudolność systemu doprowadza do nieustającego przerzucania odpowiedzialności: z przychodni na szpitale, ze szpitali na rodziny, z rodzin na ośrodki pomocy społecznej. Niesamodzielne osoby starsze są traktowane jak gorący kartofel – jest to najgorsza forma dyskryminacji tej klasy, za którą jednocześnie nie wiadomo kto właściwie powinien odpowiedzieć.

Emeryci, jako klasa poprodukcyjna, są mocno stygmatyzowani i doświadczają wykluczenia.

Jako grupa częściowo niesamodzielna, słabnąca, nie posiadają wystarczająco silnych i głośnych samorzeczników. Ich problemy są marginalizowane i trywializowane przez społeczeństwo. Oligarchia finansowa rośnie w siłę, potrzeby klasy średniej i wyższej są coraz większe, a osoby ze starszych pokoleń, którym społeczeństw wiele zawdzięcza, są skazani na życie pozbawione godności. Poziom problemów wzrasta wraz ze spadkiem w hierarchii. Była klasa dominująca zmaga się prawdopodobnie jedynie z kpiącym stosunkiem i nieprzychylną etykietką, natomiast najniżej mamy do czynienia z niemalże całkowitą dehumanizacją. Argumenty aksjologiczne nigdy nie są wystarczająco silne, może więc warto poszerzyć perspektywę i zacząć rozwiązywać problemy w swoim własnym interesie. Każdego z nas czeka przejście do klasy poprodukcyjnej. Szanse na beztroskie huśtanie się w bujanym fotelu wśród kwiatów bzu – są nikłe.

Małgorzata Greszta

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Gerd Altmann z Pixabay