przez Mateusz Trzeciak | poniedziałek 6 lutego 2017 | opinie
Lewicowa propozycja zmiany świata wypływa z systemu wartości odmiennego niż konserwatywny, liberalny czy nacjonalistyczny. Wolność, Równość i Braterstwo to fundament lewicowego systemu etycznego (dziś również Siostrzeństwo lub zastępująca ostatni człon Solidarność) i najkrótszy opis punktu, do którego zmierzamy.
Realizacja tej propozycji oznacza stworzenie świata, w którym wszyscy ludzie będą wolni od przymusu ekonomicznego i prześladowań, równi wobec prawa i siebie nawzajem. Długofalowym planem jest stworzenie warunków, które sprzyjać będą rozwojowi najlepszych cech rodzaju ludzkiego.
Stojąc na gruncie idei wyprowadzonych z Marksa, lewica stwierdza, że zło dzisiejszego świata wynika z takiego a nie innego systemu gospodarczego – sposobu produkcji, oraz służącej mu ideologii, czyli kultury, instytucji, systemów wartości.
Pierwszym krokiem do zmiany stosunków gospodarczych i społecznych jest wyzwolenie się społeczeństwa z ram tej ideologii. Odrzucenie postaw pożądanych w kapitalizmie, szkodliwego systemu wartości, stawiającego na indywidualizm, konkurencję oraz sukces rozumiany jako dojście do bogactwa i pozycji.
Logiczną konsekwencją takiej diagnozy jest stwierdzenie, że ruch proponujący inne urządzenie świata musi zaproponować również, jeśli nie w pierwszym rzędzie, alternatywny system etyczny.
W odróżnieniu od prawicy konserwatywnej i nacjonalistycznej, lewica wie, że tego nie da się zadekretować. W odróżnieniu od liberałów uważa, że jednostkowe wolności nie sumują się w wyzwolenie społeczne. Ruchy emancypacyjne na całym świecie propagowały lewicowy system etyczny poprzez tworzenie nowej kultury oraz obiegu edukacji alternatywnego wobec państwowego i kościelnego.
Przykładem tekstu poruszającego to zagadnienie na gruncie polskiej tradycji lewicowej jest „Program wykładów nowej etyki” (zwany również Katechizmem) Edwarda Abramowskiego. W latach 20. i 30. program stworzenia nowej kultury – od malarstwa, przez turystykę, literaturę i teatr – był kluczową kwestią dla działaczek i działaczy lewicy. Tak pisał o tym działacz oświatowy PPSD, późniejszy prezes pepeesowskiego Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, Kazimierz Czapiński:
[…] Charakter tej kultury jest inny. Jest to kultura optymistyczna. Kultura zaufania do nauki. Kultura solidarności ogólnoludzkiej, a więc pokojowej współpracy – kultura pracy, bo właśnie praca jest największym szlachectwem okresu proletariackiego. Kultura równości, kultura równego startu dla wszystkich. Kultura wolności prawdziwej, bo opartej na gwarancjach równości gospodarczej. Kultura maksymalnego, największego wysiłku całej ludzkości – w kierunku szczęścia i sprawiedliwości. […] Partia socjalistyczna dobrze rozumie, że nie podoła olbrzymim zobowiązaniom i wielkiej odpowiedzialności, jeśli nie potrafi wytworzyć ludzi obowiązkowych, wykształconych i moralnie odpowiedzialnych.
Lewica w Polsce od lat błąka się na marginesie sceny politycznej. W wyobraźni społecznej funkcjonuje głównie jako spadkobierczyni PZPR lub bananowa wielkomiejska młodzież. Nie ma swojego obrazu świata, systemu wartości, wizji przyszłości, z którymi potrafiłaby dotrzeć do ludzi, jakich powinna reprezentować, nie była w stanie sformułować własnej propozycji etycznej.
Wynika to oczywiście z dziesiątek powodów – najbardziej oczywiste z nich to obciążenie PRL-em oraz nierównowaga sił i środków w porównaniu z prawicą i liberałami. O tym, że lewica bardzo długo nie miała wpływu na rzeczywistość (a i dziś ma bardzo ograniczony), zdecydowały siły dużo potężniejsze niż SLD czy garstka aktywistek i działaczy lewicy pozaparlamentarnej. Nie zmienia to faktu, że ten brak wpływu był i jest silnie demoralizujący. Jedną z reakcji na tę niemoc jest popadanie w skłonność do niemalże programowego sprzeciwu wobec posługiwania się w działalności politycznej systemem etycznym. Sprzeciwu wobec oceniania rzeczywistości przez pryzmat wartości – Równości, Wolności i Solidarności. Przekonanie, że wartości jako takie są przestarzałe, a już na pewno nie są lewicowe. Przyjęcie i uwewnętrznienie prawicowej opowieści o sobie – jedyne wartości to, oczywiście, Bóg Honor i Ojczyzna (względnie wolność, własność, sprawiedliwość), a wszystko inne to nihilizm i brak moralności.
W warunkach takiej autokastracji pozostają dwie propozycje – technokratyczna lub negatywno-ironiczna. Żadna z nich nie stanie się Dobrą Nowiną, której lewica potrzebuje jak powietrza.
Propozycja socjaldemokratyczna bez wejścia na poziom wartości – równości, wyzwolenia, godności i wolności – sprowadza się do wizji armii urzędników i formularzy podatkowych. Za punkt wyjścia obierana jest koncepcja jednostki posiadającej swoje egoistyczne dążenia i pragnienia. W tej propozycji do koncepcji socjaldemokratycznej jednostkę przekonać można poprzez wykazanie matematycznego rachunku zysków i strat: może twoje pragnienia nie są wspólnotowe, ale bardziej opłaca ci się płacić wyższe podatki i wstąpić do związku zawodowego, niż zdać się na dobrą wolę najbogatszych i ekonomię skapywania.
To nie jest opowieść, która może porwać kogokolwiek. Klub miłośników biurokracji nie jest środowiskiem, z którym można się utożsamiać na poziomie emocji. Wysoko ustawiony próg wejścia uniemożliwia otwarcie się na osoby, których hobby nie jest porównywanie systemów opieki społecznej w krajach UE. A ugrupowań, które lepiej niż lewica posługują się tabelą rachunkową, jest sporo.
Propozycja socjaldemokratyczna pozbawiona pierwiastka utopijnego – wizji celu, do którego dążymy jako ruch i wspólnota – staje się szeregiem niepołączonych ze sobą recept na zwalczanie poszczególnych symptomów kryzysu realnego kapitalizmu. Takiej wizji nie jest pozbawiona nowa prawica, która światowe rynki widzi jako arenę zmagań służących odnowieniu narodowych wspólnot. Odwołanie do wartości, wspólnoty i celu pozwala na ubranie nawet najbardziej reakcyjnej agendy w szaty rewolucyjne. Ograniczając się do rocznika statystycznego w roli źródła naszych przekonań, skazujemy się na bezsilne reagowanie na postępy prawicy.
Pozycja negatywno-ironiczna jest jednak wielokrotnie gorsza. Dla części istniejącego środowiska aktywistycznego drogą do lewicowego zaangażowania było odrzucenie norm społecznych, kategorii i wspólnot uznawanych za tradycyjne. Równoczesny brak sformułowania własnych kategorii wspólnotowych skutkuje przejściem na pozycje negacji i poczucia wyższości, komunikowanych na zewnątrz poprzez otwarte wyśmiewanie grup i jednostek stosujących takie kategorie. To recepta na pewną porażkę.
Taki model myślenia i działania jest alienujący i destrukcyjny również wewnętrznie. Ciągłe toczenie beki uniemożliwia operowanie na poziomie pozytywnych emocji i wytworzenie własnej silnej tożsamości grupowej. Ten brak wizji przyszłości, nadziei i poczucia wspólnoty, połączony z kulturą wyśmiewania wszystkiego, co poważne, skutkuje popadnięciem w błędne koło frustracji i konfliktów. Najczęstszą reakcją na taki stan rzeczy jest jeszcze więcej dystansu, jeszcze więcej ironii – w tym wobec siebie, własnej działalności, organizacji i Sprawy.
W takim układzie spora część niewielkiego lewicowego środowiska zmienia się w swego rodzaju internetową subkulturę. Grupę posługującą się hermetycznym kodem kulturowym, obracającą się we własnym kręgu, coraz bardziej wyobcowaną i w kontakcie ze światem zewnętrznym reagującą właśnie jak subkultura. Z krążącymi wewnątrz grupy komunikatami musimy być na bieżąco, jeżeli chcemy utrzymać ciągłość i w ogóle rozumieć, co się dzieje.
Praktycznym przykładem tego procesu jest zaangażowanie widocznej części lewicy w internetową kulturę dank memes – wciąż bardziej hermetycznych i autotelicznych grafik, intencjonalnie brzydkich, pozbawionych sensu i wartości dla wszystkich, którzy nie są na bieżąco z forami w rodzaju 4chan i innych internetowych śmietnisk.
To wszystko ma daleko idące konsekwencje. Kultura internetowego flejmu zostaje przeniesiona na wszelkie odcinki komunikacji. Każda rozmowa zmienia się w monolog, w którym nie chodzi o przekonanie kogokolwiek, wyjaśnienie swojego stanowiska, nawet nie o ostrą polemikę, ale o zaoranie i zmasakrowanie, postrzegane jako domyślny sposób prowadzenia dyskusji.
Rozpowszechnienie wzorów komunikacji takich jak programowe przyjmowanie roli zdystansowanego obserwatora i cynicznego komentatora można, zgodnie z lewicową tradycją, interpretować jako skutek alienacji człowieka w społeczeństwie kapitalistycznym. Wiąże się ona z zanikiem bądź utowarowieniem więzi społecznych, poczuciem jednostkowej bezsilności i, w konsekwencji, epidemią zaburzeń depresyjnych.
Kody kulturowe wygenerowane przez platformy typu 4chan są w jakimś sensie kulturą konserwatywnego kapitalizmu w stanie czystym. Cechuje je postawa pogardy wobec słabości (do której zaliczane jest właściwie całe spektrum wartości lewicowych – feminizm, solidarność, pomoc wzajemna), wyrażana z pozycji doskonale wyobcowanej anonimowości, usytuowanej poza jakąkolwiek więzią społeczną. Dlatego platformy takie nie są w stanie wytworzyć niczego innego niż jakaś odmiana alt-rightu – wynika to wprost z natury takiego medium.
Żywiołowość pewnych internetowych form komunikowania się nie oznacza, że nie powinniśmy utrzymywać do nich krytycznego dystansu. Nie ma możliwości uczestniczenia w takiej kulturze bez wzmacniania jej podstawowego przekazu. Zamknięcie się w getcie internetowej subkultury znacząco osłabia możliwości przyciągnięcia osób spoza wąskiego środowiska oraz wpływa na zdolności poznawcze i komunikacyjne. Oparcie tożsamości na formach językowych, a nie wartościach, nie wzmacnia wewnątrzgrupowych więzi.
Uczucia wspólnotowe nie są same w sobie związane z ideologią konserwatywną, choć wiele osób na lewicy zdaje się żywić właśnie takie przekonanie. Położenie większego nacisku na kwestię podzielanych wartości posłuży wewnętrznej integracji ruchu, w którym uczestniczymy. Może też posłużyć zwiększeniu naszych szeregów – w końcu identyfikacja polityczna w znacznym stopniu oparta jest na emocjonalnym zaangażowaniu. A trudno jest je wykrzesać odwołaniem do technokracji albo niezrozumiałymi formami komunikacyjnymi.
Nie było nam łatwo, jako dzieciom transformacji ustrojowej, odrzucić liberalną opowieść o byciu kowalem własnego losu i głębokiej niesprawiedliwości wsparcia socjalnego, odrzucić kategorie „nierobów” i „patologii” – a jednak to robimy.
Nie jest nam łatwo, jako osobom wychowanym w społeczeństwie patriarchalnym, wdrażać postulaty równości płci – a przecież postulujemy wprowadzanie parytetu i suwaka w działalności politycznej, kształtujemy zasady dyskusji dążące do zniwelowania przewagi mężczyzn nad kobietami, wypracowujemy standardy równościowe.
Na co dzień, w miarę możliwości, rezygnujemy z jedzenia mięsa lub nabiału, produktów zawierających olej palmowy, nie kupujemy ubrań szytych w Bangladeszu, bojkotujemy firmy represjonujące związki zawodowe, przestajemy oglądać tresującą nas do indywidualizmu i konsumpcji telewizję. Ograniczamy rzeczy, które szkodzą planecie, społeczeństwom lub nam samym.
Równocześnie część z nas jak zamach na swoje prawa człowieka traktuje pomysł odrzucenia szkodliwej i nieprzynoszącej niczego kultury ironicznego dystansu i wulgarnego rechotu. Kultury, która stworzyła Donalda Trumpa, alt-right i popularność Janusza Korwina-Mikke, kultury plucia na wszystko, co dla kogoś ważne. Oburzenie jest domyślną reakcją na propozycję, żeby zacząć otaczać się rzeczami dobrymi, pięknymi i mądrymi, a w działalności społecznej i politycznej kierować się etyką – kategoriami empatii, wspólnoty i solidarności.
Projekt lewicowy, socjaldemokratyczny, wypływa z wartości, z systemu etycznego. Dąży do zapewnienia wolności, godności i bezpieczeństwa wszystkim ludziom. Zakłada, że prawo jednostki do przyjemności, jej wolność pozytywna może i powinna być ograniczana w celu minimalizacji cierpienia wszystkich.
Światopogląd, który odrzuca wartości wspólnotowe i dąży do maksymalizacji przyjemności jednostki, to libertarianizm. Tego rodzaju wizja zakłada indywidualne wyzwolenie jednostki z więzi wspólnoty, postrzeganych niemal wyłącznie jako źródło opresji. Jako spadkobiercy i spadkobierczynie tradycji socjalistycznych uznajemy, że emancypacja odbywa się wewnątrz wspólnoty, w ramach wspólnotowych wartości i zobowiązań. Jest to lekcja, którą z powodzeniem odrobiła prawica. Zlekceważenie roli etyki i wartości w najlepszym przypadku skazuje lewicę na bycie dostarczycielem socjalnej korekty programowej projektu konserwatywnego lub liberalnego. W najgorszym – na polityczny niebyt.
Michał Maleszka, Mateusz Trzeciak
przez Ignacy Husarski | środa 1 lutego 2017 | opinie
PZU i Polski Fundusz Rozwoju poinformowały 8 grudnia 2016 r. o zakupie za 10,59 mld zł 32,8% akcji Pekao SA od włoskiego banku Unicredito. Tym samym udział polskiej własności w polskim systemie bankowym ponownie przekroczy 50%. Polska straciła na całej operacji z Pekao SA około 2% PKB, a Włosi odzyskali zainwestowane pieniądze za pomocą zaledwie 2,5-letniej średniej dywidendy. Ryszard Petru (obecnie z Nowoczesnej) doradzał wicepremierowi Balcerowiczowi w rządzie w latach 1997-2000 w rządzie premiera Buzka (obecnie PO). Ciekawe, czy także w kwestii tej, delikatnie mówiąc, niedoszacowanej i niegospodarnej prywatyzacji?
Bank był „prywatyzowany” od 1998r. Do 1999 r. Za 100 mln złotych sprzedano 5,29% EBOiR i za 3,93 mld zł Unicredito Italiano i Allianz AG otrzymały 52,09%. Pekao SA w latach 2001-2015 wypłaciło 22 mld zł dywidendy.
Nie wchodząc w kwestię wpływu inflacji, zysku z wniesionych włoskich innowacji, strat wynikłych z braku troski o jakość instrumentów finansowych w Polsce i potencjalnych „trupów” w księgach Pekao SA, można uznać, robiąc proste kalkulacje, że rząd polski dopłacił do interesu jakieś 28 mld złotych, pozbywszy się 57% akcji, a odzyskawszy tylko 32,8%. Aby dojść do wyjściowych 57%, trzeba by dorzucić jeszcze przynajmniej z 8 mld zł, a to już 35 mld zł strat Skarbu Państwa. Unicredito zwróciło sobie zakup w około 2,5 roku przeciętnej dywidendy za lata 2001-2015. Nie chcę wchodzić w kalkulacje względem prywatyzacji pozostałych 47% akcji, bo nie znalazłem danych.
Tygodnik „Polityka” trochę się cieszy, a trochę martwi faktem odkupienia akcji Pekao SA. Przedmiotem troski jest nadmiar kontroli polityków, w domyśle PiS, nad polskim sektorem bankowym: Gdyby to były ręce drobnych, prywatnych inwestorów giełdowych, którzy kupiliby jego akcje na GPW – moglibyśmy się tylko cieszyć. Bank znów byłby polski, pozostając jednak bankiem prywatnym. Tak się jednak nie stało. Repolonizacja Pekao SA oznacza bowiem jego renacjonalizację. Stanie się bankiem kontrolowanym przez wielkie spółki skarbu państwa, czyli faktycznie kontrolowanym przez polityków. Podobnie jak drugi największy bank detaliczny, PKO BP… [Politycy] Ulegną pokusie, by udzielał pożyczek przedsiębiorstwom bez zdolności kredytowej, których inne banki kredytować nie będą chciały.
Czasopismo martwi się wpływem polityków PiS na polski system bankowy, nie zająknąwszy się o tym, czyja decyzja i wpływ doprowadziły do ubytku pieniędzy publicznych w wysokości, mniej więcej, budżetu obronnego Polski w roku 2016: 35 mld zł, czyli około 2% PKB. Nie udało mi się również znaleźć w Internecie komentarzy panów Balcerowicza i Petru na temat tego zakupu. A przecież w latach 1997-2000 Leszek Balcerowicz pełnił funkcję wicepremiera i ministra finansów w rządzie Premiera Buzka, a Ryszard Petru był jego doradcą. Warto się ich dopytać, na podstawie jakiej oceny skutków i kalkulacji dokonali decyzji o takiej prywatyzacji i co o tym sądzą z perspektywy czasu.
Pekao SA to około 13% polskiego sektora bankowego. Rząd premiera Buzka i wicepremiera Balcerowicza w dwa lata „sprywatyzował” 52,9% polskiego sektora bankowego. Jeśli równie „korzystnie” prywatyzowano pozostałe banki w latach 1998-1999, to biorąc pod uwagę, że Pekao SA stanowił 25% całości bankowej prywatyzacji/przejęć tych lat, można roboczo założyć patrząc na liczby, że straciliśmy na tym jako kraj i podatnicy około 8% PKB Polski z roku 2015 i około 12% PKB z roku 1998. Zapewne Nowoczesna czy PO nie będą analizować odpowiedzialności swoich prominentnych polityków za ten oczywisty brak gospodarności.
Co dalej z repolonizacją banków? Nie ma magicznego algorytmu, który potrafi ocenić, ile z nich powinno się znaleźć w polskich rękach. Na podstawie rozmów z finansistami i posługując się zdrowym rozsądkiem można założyć, że o ile da się uzasadnić mądrością etapu dojście do psychologicznych 50% przy pomocy państwowego kapitału, o tyle ta forma polonizacji nie powinna być kontynuowana. Zbyt duża koncentracja banków w rękach państwowych spółek zagrozi konkurencji na tym wrażliwym rynku.
Jak proporcje między krajowym i zagranicznym kapitałem wyglądały w różnych krajach w 2010 r.? W większości krajów o silnych gospodarkach udział zagranicznych banków nie przekracza 30%. Moim zdaniem Polska powinna więc dążyć obniżenia poziomu zagranicznej własności do maksymalnie 20%, ale za pomocą innej metody polonizacji. Powinna się ona opierać na przejęciach przez polskie prywatne grupy kapitałowe, wspierane przez rozsądną, długofalową i zakulisową politykę państwa.
A jaki z tego wniosek dla propaństwowej i prospołecznej polskiej lewicy? Ano taki, że powinna się ona trzymać możliwie daleko od wszystkiego, co ma cokolwiek wspólnego z partiami i mediami należącymi do środowiska mającego cokolwiek wspólnego z taką niegospodarnością na wielką skalę publicznych środków, od mediów z Agorą i „Polityką” na czele, po PO czy Nowoczesną. I zadawać pytania osobom odpowiedzialnym za takie prywatyzacje, jak to się stało, że obywatele stracili dziesiątki miliardów zł na prywatyzacji samego sektora finansowego.
Ignacy Husarski
przez Remigiusz Okraska | czwartek 26 stycznia 2017 | opinie
Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi głównie o bazę. Czyli o stosunki produkcji i pracy, przeobrażenia technologiczne i organizacyjne, układ sił klasowych – koncentrację przestrzenną pracowników najemnych, poziom ich zorganizowania/uzwiązkowienia, liczebność i rozmieszczenie rezerwowej armii pracy itd., itp. Brzmi dziwnie, niemodnie, nudnie, mało „seksownie”? Owszem. Tyle że lewica jest dzisiaj wobec prawicy bezradna m.in. dlatego, że porzuciła coś, co kiedyś stanowiło ABC jej myśli ideowopolitycznej i narzędzi analitycznych.
Gdy podobne procesy zachodzą w skali kontynentu czy globu, to trudno mówić o przypadku. Od lat 70. gospodarki krajów Zachodu odchodzą od modelu fordowskiego, od kapitalizmu „skoncentrowanego”. Nowe technologie oznaczają zmianę form produkcji, m.in. jej decentralizację przestrzenną i czasową. Oznaczają też globalizację i outsourcing – przenoszenie produkcji, masowy i tani transport towarów na duże odległości itp. To z kolei równa się rozbiciu bastionów klasy robotniczej, dawnych central związkowych, zagłębi przemysłowych. To zaś sprawia, że klasa robotnicza ma mniejszą siłę polityczną, a także schodzi ze sceny życia publicznego i kulturalnego. Nowe formy produkcji skutkują odmiennymi modelami konsumpcji i stylu życia. Pracownicy coraz rzadziej postrzegają siebie przez pryzmat wykonywanego zawodu, miejsca zatrudnienia, przynależności do zbiorowości robotniczej itp. To wszystko oznacza, że elity polityki i biznesu stają się silniejsze. Państwo staje się bardziej prokapitalistyczne, a mniej prospołeczne. To oznacza jeszcze większe osłabienie związków zawodowych i bastionów robotniczych, jeszcze więcej outsourcingu, prac „śmieciowych” i bezrobocia, jeszcze większą słabość i „niemodność” pracowników, ich problemów, aktywności itp.
Co więcej, takie przeobrażenia podkopują także klasę średnią – czy to wskutek pauperyzacji społeczeństwa i związanego z nią spadku popytu na rozmaite produkty i usługi, czy to w efekcie typowej dla kapitalizmu koncentracji majątków i środków produkcji w rękach rekinów kosztem płotek (niczym już teraz niehamowanej, bo welfare state równie mocno co klasę robotniczą chronił klasę średnią przed biznesowymi gigantami). Spora część „średniaków” pikuje w dół – małe sklepy przegrywają z sieciówkami, mikrofirmy stają się zaledwie podwykonawcami większych bez żadnej faktycznej autonomii, liczne dobra niegdyś dostępne dzięki akumulacji kapitału są teraz już tylko na wieloletni i trudny do spłacenia kredyt itd. Wbrew korwinowskiej propagandzie, małych sklepikarzy nie dobijają składki na ZUS, lecz to, że pod nosem wyrosła im Biedronka (lub Wal-Mart), z którą nie mają szans konkurować nawet przy zerowych składkach i podatkach dokładnie tak samo, jak niedoświadczony chuderlak przegra z mistrzem świata wagi superciężkiej.
To oczywiście schemat, który ma w różnych krajach i regionach inne tempo, niuanse, dynamikę i zakres, ale opisujący pewien ogólny trend.
Lewica ma z takiej sytuacji cztery wyjścia. Być taką, jak dawniej, czyli „upierać” się przy elektoracie robotniczo-przemysłowym. Ten jednak nie tylko maleje pod względem liczebnym, ale i zostaje zdekoncentrowany, nierzadko zamienia się w lumpenproletariat (to nie jest termin pogardliwy, lecz diagnostyczny – oznacza degradację z poziomu zorganizowanego proletariatu do poziomu wegetacji na obrzeżach rynku pracy ze wszystkimi tego konsekwencjami społeczno-kulturowymi). Z biegiem lat nie tylko nie zapewnia wygrania wyborów, ale nawet liczącego się poparcia, także wskutek odpolitycznienia czy odpływu takiego elektoratu do prawicy. Według niemodnych dziś myślicieli byt społeczny określa świadomość społeczną – rozwój masowej i silnej lewicy był możliwy dopiero po powstaniu wielkiego przemysłu i towarzyszącej mu robotniczej „armii”; sama idea jest doskonale bezpłodna, jeśli nie trafi na podatny grunt stosunków społecznych.
Drugi scenariusz to próby powiązania postawy propracowniczej ze wspieraniem i pozyskaniem innych grup słabszych – kobiet, rozmaitych mniejszości. Działa(ło) to stosunkowo dobrze np. w krajach skandynawskich, głównie z powodu silnego zakorzenienia lewicy oraz ugruntowanego etosu egalitarnego, uwarunkowanego historycznie. Ale i tam jest to „koalicja” trudna, bo podmywana zmianami na rynku pracy czy przeobrażeniami kulturowymi, jak indywidualizm, egocentryzm, decentralizacja społeczeństwa i jego „uplemiennienie” podług wzorców konsumpcyjnych, stylów życia, hobbies itp. Nawet tam rośnie w siłę ultraprawica i zbiera poparcie społecznych „dołów”, choć jeszcze dekadę, półtora temu było to nie do wyobrażenia.
Trzecia opcja to rejterada z pozycji klasowych ku reprezentowaniu „nowoczesnych” idei i postaw, mało szkodliwych dla elit biznesu i pieniądza. Tę opcję wybrała lewica w wielu krajach Zachodu. Na poziomie ideowym jej zwieńczeniem była „trzecia droga” Blaira i Schroedera itp., na poziomie praktycznym „lewicowy” demontaż państwa opiekuńczego i flirt z liberalizmem gospodarczym, natomiast na poziomie „elektoratowym” próby reprezentowania właściwie wszystkich, ale w coraz mniejszym stopniu środowisk plebejskich. Ludzie nowocześni i postępowi, kobiety, młodzież, mniejszości etniczne czy kulturowe – wszyscy mieli być zjednoczeni ponad podziałami klasowymi, samą swoją nowoczesnością, postępowością czy mniejszościowym statusem gwarantować prawdę, dobro i piękno, które pokonają fałsz, zło i brzydotę. Liczne sukcesy odniesione na gruncie, nierzadko ważnych, progresywnych zmian w sferze kultury czy obyczajowości, dokonały się jednak w tym samym czasie, gdy kondycja klasy pracującej i warstw ludowych ulegała stałemu pogorszeniu.
Wreszcie scenariusz czwarty, raczej wyobrażony niż realizowany na Zachodzie, choć w dużej mierze odpowiedzialny za sukcesy lewicy np. w Latynoameryce. Wychodzi on z założenia, że jakkolwiek na Zachodzie nie ma już (a w różnych „peryferyjnych” obszarach nie ma jej jeszcze lub nigdy nie będzie, bo industrializacja była tam tylko wyspowa i szczątkowa) takiej klasy robotniczej, jak dawniej, to jest wciąż duża, a właściwie rosnąca – wskutek lumpenproletaryzacji pracowników najemnych oraz kruszenia się klasy średniej – klasa ludowa. Nie gwarantuje ona wygrania wyborów, ale stać po stronie ludu oznacza spełniać historyczną powinność lewicy – być po stronie słabszych. To do nich lewica powinna się zwrócić, mówić ich językiem, odwoływać do ich kultury i tożsamości, ich gniewu, lęków, problemów, sytuacji, nadziei i marzeń. Jeśli tego nie zrobi, uczyni to ktoś inny.
I uczynił. Triumfalny pochód prawicy, a wręcz skrajnej prawicy, polega głównie na zagospodarowaniu gniewu i strachu klasy ludowej: resztek proletariatu przemysłowego, nowej klasy robotniczej (zatrudnionej raczej w logistyce czy montowniach niż w tradycyjnym przemyśle), chłopstwa i robotników rolnych, niższych warstw klasy średniej, uboższej części prekariatu oraz lumpenproletariatu. To znów jest uproszczony schemat, znów ma różne niuanse, ale sedno tej fali wygląda właśnie tak. Czy to I wojna, czy Wielki Kryzys – zaowocowało to popularnością czarnosecinnej prawicy i autorytaryzmów. Świat bez pracy, chleba, stabilizacji, nadziei – jest czasem szukania kozłów ofiarnych, wsobności, węszenia za wrogami, okopywania się we wspólnocie etnicznej, jest czasem wiary w silnych ludzi, którzy „zrobią porządek”, jest czasem szukania oparcia w „tradycji”, w tym, co znane, oswojone, dające poczucie bezpieczeństwa. Jest czasem kurczowego chwytania się każdej nadziei, najbardziej głupiej czy złudnej, a bywa że podłej.
Analiza stawiająca w centrum uwagi „bazę”, nie zaś „nadbudowę”, nie jest lekiem na całe zło. Nie wyjaśnia absolutnie każdego zjawiska, bo istnieje sporo innych zmiennych, od psychobiologicznych po różnice kulturowe. Ale nawet toporny „ekonomizm” zbliża nas do rozpoznania problemu bardziej niż całkowite pominięcie lub lekceważenie roli przeobrażeń gospodarczych. Kto nie wierzy, niech zastanowi się nad tym, jak bardzo legły w gruzach wszystkie naiwne wizje środowisk demokratycznych czy lewicowych upatrujących nadziei w czynnikach pozaekonomicznych. Wejście do Unii Europejskiej i w ogóle „europeizacja” miały z Polski uczynić kraj nowoczesny, postępowy, liberalny kulturowo, tolerancyjny itd. Tymczasem dziś popularność postaw wręcz przeciwnych jest znacznie większa niż 10 czy 20 lat temu. Podobne oczekiwania wiązano ze zmianą pokoleniową – dziś to właśnie młode pokolenie jest najbardziej konserwatywne pod wieloma względami. Można oczywiście uznać, jak czyni niemała część „światłej” części opinii publicznej, że Polacy i Polki wysysają z mlekiem matek wszystko to, co złe, ciemne, zacofane itp.; że nad Wisłą mieszka jakieś dziwne, ohydne plemię. Cóż, od takiej diagnozy tylko krok do auto-nienawiści (wobec własnej wspólnoty) lub elitarnego nabzdyczenia. Sugerowałbym zrobić coś zupełnie innego – sprawdzić, jak rozwój „wstecznictwa” wiązał się z przeobrażeniami socjogospodarczymi, czyli jak wraz z nim lub przed nim rosła skala bezrobocia, zatrudnienia „śmieciowego”, samozatrudnienia, bieda-firemek i topornych mikrousług, a spadał odsetek stabilnych umów o pracę, zatrudnienia w branżach i zakładach nowoczesnych czy choćby mających postać staroświeckiego „porządnego” przemysłu. „Dzikie” warunki materialne skutkują zdziczeniem światopoglądowym.
Ale jedynie głupiec, nawet jeśli jest to głupiec z doktoratem czy z elitarnego saloniku kulturalnego, ma dla postaw spod znaku zdziczenia tylko potępienie i jałowe moralizowanie. Alternatywą dla tak czy inaczej pojętego faszyzmu, nawet jeśli to faszyzm zdecentralizowany, przybierający postać setek indywidualnych stron internetowych zamiast karnego maszerowania czwórkami w jednakowych mundurach, nie jest moralizowanie, nie są zaklęcia i pouczenia. Jest nią zmiana systemowa, zmiana reguł gry, zmiana podziału dochodu narodowego na korzyść słabszych. Tak stało się np. w ramach rooseveltowskiego New Deal. Reformy socjalne uchroniły USA przed piekłem autorytaryzmu, przemocy, czystek, wojny wszystkich ze wszystkimi. Ale reformy są trudne. Klasy posiadające rzadko kiedy stać na refleksję nieegoistyczną.
Lewica jest dzisiaj wobec tego bezradna. Po pierwsze, bo sytuacja jest o wiele trudniejsza niż dawniej – kapitalizm współczesny ma postać heterogeniczną. Trudno o wspólnotę w społeczeństwie indywidualistycznym i podzielonym na dziesiątki „sekt” kulturowych, zawodowych, konsumpcjonistycznych. Jedyne wciąż silne spoiwa – tożsamość narodowa i religijna – zostały całkowicie zawłaszczone przez prawicę, nie bez zaniechań lewicy (pisał o tym szerzej u nas Jarosław Tomasiewicz). Po drugie, bo lewica porzuciła perspektywę klasową czy choćby „ludową”. Mimo deklaratywnej prospołeczności (nierzadko przypominającej tandetną ludomanię) nie potrafi w to grać, często nie czuje takich identyfikacji. Nie jest to jej świat i naturalny punkt odniesienia mimo rozmaitych gestów, jak kreowanie się wielkomiejskiego inteligenckiego projektariatu czy akademików na poniewieranych prekariuszy, bez uwzględniania faktu, że dzielą ich styl życia, kapitał kulturowy czy perspektywy: niezamożny/-a młody/-a doktorant/-ka czy „pracownik/-ca kultury” będą za 20 lat kimś zupełnie innym, wyżej postawionym, a niezamożna młoda kasjerka czy kierowca – jedynie starszymi i sponiewieranymi życiem kasjerką i kierowcą. Myślenie w kategoriach klasowych jest takim środowiskom obce. Stąd karkołomne próby wykazywania, że „tak naprawdę” ksenofobiczna prawica nie wygrywa głosami klasy ludowej lub że to chwilowe.
A nawet jeszcze bardziej karkołomne, wręcz groteskowe pomysły polityczne. Kuriozalnym przykładem tego ostatniego jest tekst działaczki lewicowej partii opublikowany w lewicowym medium, mówiący, że prawicę przegłosują, a lewicę odbudują kobiety. Zupełnie brak tu refleksji, że interesy Grażyny Kulczyk i interesy sprzątaczki są zupełnie inne. Brak też refleksji, że w lewicowości nie chodzi tylko o przegłosowanie prawicy, bo kluczowe jest to, po co i w imię czego/kogo to zrobić. Bez zwrotu lewicy ku klasie ludowej, bez znalezienia kanałów komunikacji z nią i pozyskania jej poparcia, nie ma nadziei na świat lepszy, nie ma nadziei na silną lewicę, nie ma nadziei na trwałe przerwanie pasma sukcesów prawicy.
W Polsce będzie to jeszcze trudniejsze. Lewica jest tu skompromitowana podwójnie – komunistyczną odległą przeszłością oraz mniej odległą kolaboracją z sytymi liberalnymi elitami i uwikłaniami w skojarzenia z ich dziedzictwem, odrzucanym przez klasę ludową ze względu na antyspołeczny i nieegalitarny wymiar takiej polityki. Co więcej, o ile prawica w innych krajach nie zawsze jest prosocjalna (aczkolwiek na poziomie haseł i obietnic staje się taką coraz bardziej – vide ewolucja programowa Frontu Narodowego czy paternalistyczno-protekcjonistyczne wywody Trumpa), o tyle w Polsce jej główny nurt jest właśnie taki. Prawica ma dla ludu tożsamość – patriotyzm, „politykę historyczną”, religijność, etnocentryzm, straszenie imigrantami czy „upadkiem moralnym” – ale ma też chleb. Po fiasku rządów symbolizowanych przez Zytę Gilowską, dziś już nie tylko na poziomie haseł wyborczych jest to „Polska solidarna”. Klasa ludowa wprost odczuwa korzyści z 500+, walki ze „śmieciowym” zatrudnieniem, podwyżek minimalnych stawek płac, objęcia podstawową opieką medyczną osób niemających opłacanych składek na ubezpieczenie zdrowotne, malejącego bezrobocia itp. (a także coraz bardziej konkretnych kolejnych reform socjalnych: publicznego programu mieszkaniowego, podwyższenia zasiłków dla bezrobotnych itp.). I co z tego, że ta polityka jest daleka od doskonałości czy niekonsekwentnie socjalna według wyobrażeń lewicy, skoro jest bardziej prospołeczna niż poczynania poprzednich ekip. A że towarzyszy temu kontrowersyjny pakiet poczynań w innych sferach? Jeszcze nikt nie oszukał piramidy potrzeb Maslowa – a przynajmniej nie w wymiarze masowym.
Przy okazji „czarnego protestu” – tak masowego i udanego właśnie dlatego, że projektowane zmiany uderzały również, jeśli nie przede wszystkim, w kobiety z klasy ludowej – środowiska lewicowe przywoływały znane słowa z „Opery za trzy grosze”:
Panowie, co stawiacie wymagania,
by świat rozkosznie was podniecał wciąż —
jeść dajcie najpierw wszystkim bez żebrania,
a potem róbcie ewidencję ciąż.
Zgoda, słuszny postulat. Tyle że można to bez trudu sparafrazować tak: Jeść dajcie najpierw wszystkim bez żebrania, a potem róbcie ewidencję poparcia dla tolerancji, mniejszości, Trybunału Konstytucyjnego, ekologii, swobód obywatelskich i obyczajowych itd., itp. Bez zmian w „bazie” nie będzie zmian w „nadbudowie”. Jeszcze nikt nie oszukał piramidy potrzeb Maslowa.
Remigiusz Okraska
Powyższy tekst stanowi nieco zmienioną i rozszerzoną wersję wypowiedzi dla redakcji „Magazynu Kontakt”, która opublikowała ją w postaci jednego z głosów w ankiecie przedstawionej czytelnikom i czytelniczkom na facebookowym profilu czasopisma.
przez Rafał Gdak | wtorek 24 stycznia 2017 | opinie
Styczniowe mrozy dały się we znaki także pasażerom komunikacji miejskiej. Okazuje się, że wystarczy odrobina techniki, by uniknąć stania na przystanku. W niektórych miastach, m.in. w Lublinie, Łodzi czy Gdańsku funkcjonuje znacznie ułatwiający życie System Informacji Pasażerskiej. Wystarczy zainstalować w smartfonie odpowiednią aplikację i uzyskać dostęp do rozkładu w czasie rzeczywistym. Jak to działa? Bardzo prosto. Aplikacja wskaże aktualny czas dojazdu wybranego autobusu czy tramwaju do naszego przystanku. Zamiast marznąć w oczekiwaniu na często opóźnione pojazdy komunikacji miejskiej, możemy dostosować wyjście z domu czy pracy do realnego rozkładu.
Kilka dni temu rozmawiałem na temat wspomnianego rozwiązania z siedemdziesięciolatkiem korzystającym na co dzień z transportu publicznego. Pomysł go zachwycił. Czar prysł, gdy okazało się, że jest jedno „ale”. Żeby korzystać z tego dobrodziejstwa, trzeba mieć smartfon z dostępem do internetu. Rzeczony mężczyzna używa zwykłej komórki. Technologii się boi. Twierdzi, że nie potrafiłby używać smartfonu. – Próbowałem nauczyć się na telefonie znajomego – mówi. – Wszystko tak szybko ucieka, gdy przesunie się palcem – skarży się.
Rozkład jazdy online to tzw. potrzeba pierwszego świata, ale ten błahy w gruncie rzeczy przykład pokazuje spory problem. Dziś wiele aktywności wymaga od nas korzystania z technologii. Młodzi radzą sobie bez trudu. Starsi czują się zagubieni. Często wręcz nie nadążają za nowinkami i ma to realny wpływ na ich życie. Przykładów mogę przytoczyć wiele. Ograniczę się do tych, które sam widziałem.
Dwa, może trzy lata temu na jednym z dużych dworców w Polsce południowej byłem świadkiem sceny, gdy dwoje starszych ludzi próbowało dostać się do autokaru prywatnej firmy. Chcieli dotrzeć do miasta oddalonego o kilkaset kilometrów. Nie udało im się pojechać, bo nie mieli biletu ani nawet rezerwacji. Aby je zdobyć, konieczny był dostęp do internetu. Kierowca biletów już nie sprzedawał, bo w pojeździe nie było miejsc. Podobne sceny obserwowałem w pociągach dalekobieżnych. Tu problem jest mniejszy. Do pociągu się dostaniemy, ale bez miejscówki musimy odbyć podróż na stojąco. Zakup biletu w sieci kilka dni czy tygodni wcześniej, nie tylko zagwarantuje nam miejsce, ale też zniżkę rzędu nawet 30 procent. I znowu: wszystko to wygląda pięknie i wygodnie, gdy potrafimy się odnaleźć w wirtualnym świecie i mamy z nim połączenie lub chociaż nasi bliscy potrafią nam pomóc w jego okiełznaniu.
Dostęp do sieci, a coraz częściej również możliwość korzystania z niej w urządzeniach mobilnych, staje się powoli koniecznością. Rzecz nie dotyczy zresztą wyłącznie obsługi komputera czy smartfonu. Współczesny świat wymaga od nas umiejętności korzystania z wielu urządzeń elektronicznych: bankomatów, biletomatów, paczkomatów itp. Już teraz w wielu placówkach medycznych funkcjonują zapisy online. Bez wychodzenia z domu możemy zarejestrować się na wizytę u lekarza.
Jak radzą sobie z tym wszystkim osoby starsze? Bardzo różnie. W grudniu 2015 roku Kancelaria Senatu opublikowała raport „Wykluczenie cyfrowe w Polsce”. We wprowadzeniu do opracowania wyższej izby parlamentu czytamy: Wykluczenie cyfrowe, choć tożsame z wykluczeniem społecznym ze względu na skutki, jest jednak zjawiskiem bardziej złożonym, na które składa się wiele różnych czynników decydujących o znalezieniu się w grupie osób zagrożonych. W grę wchodzi zarówno fizyczny dostęp do Internetu, jak również cała gama przesłanek natury psychologicznej.
Dokument nie pozostawia złudzeń. Tylko 15 procent badanych przez CBOS osób w wieku powyżej 65 lat korzystało w 2014 r. z internetu. Nieco lepiej było w niższej kategorii wiekowej. 39 procent obywateli w przedziale 55-64 lata deklarowało korzystanie z sieci. Dla porównania, wśród 18-24-latków było to 97 procent. Oczywiście wyniki zależały też od innych kryteriów. Między innymi od zamożności i miejsca zamieszkania.
Wnioski? Oddajmy głos autorom senackiego opracowania. Według nich zjawisko to stanowi duże wyzwanie nie tylko dla administracji rządowej, ale i samorządów oraz organizacji społecznych. Celem miałoby być włączenie grup zagrożonych wykluczeniem do grona osób korzystających w pełni z możliwości, jakie daje internet poprzez likwidację barier, zarówno technologicznych, jak i psychologicznych – czytamy.
Jak wygląda w praktyce ta walka? Lublin to najbliższa ciału koszula, dlatego, żeby to sprawdzić, wszedłem najpierw na stronę Starostwa Powiatowego w Lublinie. Znalazłem na niej linki do programów prowadzonych na przełomie 2012 i 2013 roku. W serwisie Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego wyszukiwarka nie znalazła żadnych wyników. Z mediów dowiedziałem się za to, że w latach 2007-2013 rozdano na Lubelszczyźnie 7 tys. zestawów komputerowych w ramach projektu finansowanego z unijnych środków, prowadzonego przez Urząd Marszałkowski. Program kosztował 41 mln złotych. Marszałek chwalił się wówczas, że była to największa tego typu inicjatywa w Polsce.
Rzecz jasna tego typu programy należy pochwalić, ale trzeba pamiętać o tym, że, po pierwsze, problem wykluczenia cyfrowego nie został rozwiązany w 2013 roku. Po drugie zaś, w ostatnich latach nastąpiła rewolucja mobilna. Co to oznacza? Że rozdawanie komputerów nie wystarczy w sytuacji, gdy zmieniają się interfejsy i filozofia obsługi sprzętu. Dość powiedzieć, że rynek PC globalnie się kurczy, a w ubiegłym roku osiągnął historyczne minimum sprzedanych komputerów. Spadki mają się również utrzymać roku bieżącym. Kierunek musi być jeden: z wykluczeniem cyfrowym należy walczyć metodami przystosowanymi do czasów.
Paradoksalnie, trwająca od lat mobilna rewolucja może być szansą dla seniorów. Obsługa smartfonów i tabletów jest znacznie mniej wymagająca od obsługi komputerów PC. Wystarczy spojrzeć na bardzo małe dzieci, które bez problemów rozumieją sposób interakcji z urządzeniami już podczas pierwszego kontaktu. Na szczęście coraz częściej spotykam też osoby w wieku 50+, przeglądające internet w smartfonie. Patrzę jednak na swoich rodziców, teściów, i widzę, jak ważna jest edukacja ze strony najbliższych, którzy cyfrowy świat rozumieją. To jedna z form walki z wykluczeniem.
Rafał Gdak
przez Mariusz Braszkiewicz | czwartek 19 stycznia 2017 | opinie
Zgodnie z XX poprawką do Konstytucji Stanów Zjednoczonych Ameryki 20 stycznia 2017 r. o 12:00 czasu wschodniego, czyli o 18:00 czasu środkowoeuropejskiego, upłynie prezydencka kadencja Baracka Obamy, a rozpocznie się kadencja Donalda Trumpa.
Zwycięstwo Trumpa w głosowaniu w Kolegium Elektorskim, które odbyło się 19 grudnia 2016 r. z udziałem elektorów wyłonionych w głosowaniu powszechnym 8 listopada, było dużym zaskoczeniem w kontekście przedwyborczych prognoz bukmacherów, komentatorów i polityków. Głosowanie powszechne, zgodnie z przewidywaniami i sondażami, wygrała Clinton, jednak głosowanie elektorów wygrał Trump. Wymownym wyrazem zaskoczenia było niewystąpienie Hillary Clinton na wieczorze wyborczym i apel szefa sztabu, Tony’ego Podesty, do zwolenników zaniepokojonych cząstkowymi wynikami, by się rozeszli. Zaskoczenie pojawiło się również w Polsce. Poza Sławomirem Sierakowskim (który wcześniej przewidział Brexit) nie było chyba w polskich mediach głosu od początku przewidującego zwycięstwo Trumpa.
Dlaczego Trump wygrał?
Wśród słów, które zrobiły karierę przy okazji tych wyborów, wyróżnić należy deplorables, którym to mianem Hillary Clinton określiła zwolenników swego kontrkandydata. Słownik Longmana tłumaczy ten zwrot jako godni pożałowania. Osobiście wolę się posługiwać bardziej swobodnym, ale wpisującym się w polską stylistykę polityczną wyrażeniem gorszego sortu. Zwrotem tym Hillary Clinton popełniła ten sam błąd, który 4 lata wcześniej zrobił Mitt Romney – republikański rywal Baracka Obamy w walce o prezydenturę. Na spotkaniu ze sponsorami nazwał on wyborców Obamy ofiarami i oświadczył, że nie jest jego celem ubieganie się o głosy grupy, której liczebność obliczył na 47% Amerykanów. W jednym i drugim przypadku kandydaci spotkali się z negatywną reakcją wyborców na swoją arogancję, choć oczywiście nie był to jedyny powód ich przegranej.
Wymieniłbym 5 głównych powodów porażki Clinton.
1. Trump i jego sztab lepiej zrozumieli wymagania geografii wyborczej. Po kampanii prawyborczej, adresowanej głównie do struktur partyjnych w poszczególnych stanach, przyszedł czas na przekonanie nieprzekonanych. Trump skupił się na obszarze Pasa Rdzy, czyli regionu dawnej świetności przemysłu ciężkiego. Głównie na Wisconsin, Michigan i Pensylwanii. Jak okazało się po ogłoszeniu wyników wyborów, właśnie te trzy stany okazały się kluczowe, tj. Clinton do zwycięstwa w skali kraju brakło właśnie tych stanów, w których przegrała różnicą odpowiednio 0,76 punktów procentowych, 0,22 pp. i 0,72 pp. Trump jeździł tam od miejscowości do miejscowości, czasem występował na kilku wiecach dziennie. Swoim running mate, czyli kandydatem na urząd wiceprezydenta, zrobił Mike’a Pence’a, byłego gubernatora Indiany, stanu leżącego właśnie w tamtym regionie. Co więcej, w debatach wyborczych ze swą kontrkandydatką wymieniał z nazwy właśnie powyższe stany, gdy wspominał o rozmowach z wyborcami. Ten zabieg socjotechniczny z pewnością przysporzył mu tam poparcia. Aktywność Hillary Clinton była dużo mniejsza. Na przykład po uzyskaniu nominacji Demokratów nie była w Wisconsin ani razu, uznając, że skoro od 1988 r. nieprzerwanie wygrywał tam kandydat Demokratów, również ona ma zwycięstwo zapewnione. W Michigan (to również od 1988 r. stan głosujący nieprzerwanie w wyborach prezydenckich na Demokratów) i w Pensylwanii (od 1992 r.) jej aktywność była mniejsza niż Trumpa. Jej running mate, Timowi Kaine’owi z Wirginii, który miał powalczyć o głosy Południa, nie udało się zapewnić zwycięstwa w Karolinie Północnej ani na Florydzie. Przegrała tam jeszcze większą różnicą niż we wspomnianych trzech stanach na Środkowym Zachodzie. Należało więc odpuścić Południe, wybrać running mate’a ze Środkowego Zachodu i tamże wiecować. Zwycięstwo Clinton w głosowaniu powszechnym 48% do 46% jest marnym pocieszeniem dla niej i jej zwolenników w obliczu systemu elektorskiego, którego lepszym zrozumieniem wykazali się sztabowcy Trumpa.
2. Trump dostosował program do wymagań kluczowych stanów. Wiedząc, jak wielu ludzi w Pasie Rdzy za pogorszenie swej sytuacji materialnej wini wolny handel, przenoszenie zakładów pracy zagranicę oraz napływ imigrantów, w kampanii wyborczej skupił się na krytyce Północnoamerykańskiego Układu o Wolnym Handlu, na zapowiedziach wysokich ceł i podatków dla producentów, którzy przenieśli produkcję zagranicę, a także na zamknięciu granic.
3. Trumpowi ze swym programem udało się zyskać większe poparcie wśród niegłosujących na Republikanów grup demograficznych, niż mieli poprzedni kandydaci tej partii. Spójrzmy tu na wyniki exit polls przeprowadzonych przez Edison Research na zlecenie National Election Pool (konsorcjum największych mediów amerykańskich: ABC News, AP, CBS News, CNN, Fox News i NBC News). Wolno uznać te wyniki za wiarygodne, gdyż dały Clinton 47,9% głosów (w rzeczywistości dostała 48%), a Trumpowi – 46,2% (w rzeczywistości 46%). Według nich zmalała przewaga Demokratów wśród mniejszości rasowych i osób słabo zarabiających. Przed wyborami na łamach „Nowego Obywatela”, w numerze 21 (72), zjawisko to przewidział Arun Gupta w artykule „Rany kłute klasy robotniczej”. Jego zdaniem Partia Demokratyczna odeszła od ludu i obecnie reprezentuje finansjerę z Wall Street. Obecny wśród wyborców Trumpa rasizm jest zdaniem Gupty często oznaką nie złej woli, lecz rozpaczy i błędnego przekonania, że to mniejszości „zabierają pracę” Amerykanom. Podzielam pogląd Gupty. Podobnie w artykule „A nie mówiłem?” pisze Jarosław Tomasiewicz. O ile jednak ma on rację w kwestii degeneracji lewicowo-liberalnych elit, o tyle zupełnie nie zgadzam się z nim, gdy pisze o rzekomym konserwatyzmie obyczajowym ludu i za utratę poparcia ludu wini walkę z religią. Kwestie światopoglądowe i obyczajowe były w tej kampanii drugoplanowe. Gdyby Republikanie szli do wyborów z hasłami obyczajowej kontrrewolucji, ich kandydatem zostałby Ted Cruz, który skrytykował Donalda Trumpa za to, że nie są dlań największym problemem toalety dla osób transpłciowych. Sam Trump jest zresztą bardziej przychylny osobom LGBT niż cała reszta republikańskiej wierchuszki, z jego zastępcą Mike’iem Pencem (który chce leczyć homoseksualistów elektrowstrząsami) na czele. Po wyborach zadeklarował, że nie popiera prawnego uchylenia zawierania małżeństw jednopłciowych. Republikańska młodzież popiera małżeństwa jednopłciowe. Starsi Republikanie wymrą albo zmienia poglądy (jak uczynił to kilka lat temu senator Rob Portman).
4. Demokraci dali prezent Trumpowi poprzez wystawienie w wyborach Hillary Clinton, osoby niemogącej poszczycić się nieposzlakowaną opinią, kojarzonej z licznymi aferami i już na starcie kampanii mającej wysoki wskaźnik niepopularności. Może więc lepszym wyborem byłby Joe Biden, który mimo 8 lat wiceprezydentury i 36 lat w Senacie nie był nigdy posądzany o udział w żadnej aferze grubszej niż plagiat przemówienia lidera brytyjskiej lewicy Neila Kinnocka (o który sam pokrzywdzony nie miał żalu)? On jednak, spodziewając się porażki w prawyborczym starciu z Clinton, nie zdecydował się na start. Nie wiem natomiast, czy lepszym kandydatem Demokratów byłby Bernie Sanders. Przy całej mojej sympatii do niego, on też mógłby przegrać z Trumpem. Wprawdzie nie budził wielkiej nieufności wśród Amerykanów, a nawet w kampanii wyborczej Donald Trump puszczał oko do jego wyborców, ubolewając nad brudnymi chwytami, jakie stosowała wobec Sandersa Clinton, ale zupełnie inaczej wyglądałaby sytuacja, gdyby to on rywalizował z Trumpem. Wtedy codziennie Sanders byłby obwiniany o głód na Ukrainie, łagry, Katyń i Kambodżę. Takie już są uniwersalne prawa walki wyborczej. Polscy czytelnicy i czytelniczki na pewno wiedzą, o czym mówię. U nas jest podobnie – ulubiona lewica polskiej prawicy to ta, której aktualnie nie ma. Gdy się pojawi, przestaje być ulubiona, a jej miejsce zajmuje ta lewica, która jeszcze wczoraj była wrogiem. Znamy to dobrze. Wiemy, z jakich pozycji atakowany był Sojusz Lewicy Demokratycznej. Wiemy też, że gdy na lewicy pojawiła się partia Razem, nie mająca na koncie tego wszystkiego, co zarzucano (często jak najsłuszniej) SLD, to nagle postkomuniści przestali być dla prawicy tacy straszni. Tak by też zapewne było z Sandersem.
5. Trumpowi pomógł system wyborczy. I nie mówię tu bynajmniej o dokonywaniu wyboru przez Kolegium Elektorskie, dzięki czemu wygrał mimo przegranej w głosowaniu powszechnym – wszak gdyby głosowanie powszechne było decydujące, Trump mógłby ciułać głosy w spisanych przezeń na straty stanach, jak Kalifornia czy Nowy Jork, i być może też by wygrał. Mam na myśli brak powszechności prawa wyborczego w Stanach Zjednoczonych. Wprawdzie przyjęta w 1965 r. Ustawa o prawie do głosowania (Voting Right Act of 1965) ma zapobiegać wszelkim przejawom dyskryminacji, ale wykonanie pozostawia stanom, nad czym od 2013 r. rząd federalny nie ma kontroli wskutek wyroku Sądu Najwyższego w sprawie Shelby v. Holder. Poza nielicznymi wyjątkami, w USA nie ma automatycznej rejestracji wyborców, nadto w regionach zamieszkałych przez mniejszości ogranicza się liczbę urzędów wydających dokumenty tożsamości (których posiadanie w USA nie jest obowiązkowe, ale jest niezbędne dla oddania głosu). Zjawisko voter supression opisał Adam Ostolski w artykule „Trump, Clinton i walki klasowe w USA”, toteż pozwolę sobie odesłać czytelnika do jego artykułu, zamiast powielać trafne spostrzeżenia. Ze swej strony dodam jeden czynnik, który Ostolskiemu umknął, czyli politykę karną. W wielu stanach byli więźniowie są dożywotnio pozbawieni praw wyborczych. Najkrótsza nawet odsiadka czyni człowieka dożywotnio obywatelem drugiej kategorii. Fakty mówią, że przestępczość jest wśród czarnoskórych i Latynosów wyższa niż wśród białych. Odrzucając całkowicie antynaukowe uprzedzenia rasowe, wśród przyczyn tego stanu wskazać należy trudną sytuację materialną. To wszyscy wiemy. Co jednak, w mojej ocenie, umyka większości osób piszących o wyborach w USA (w tym przywołanemu przeze mnie Ostolskiemu, z którym w większości się zgadzam), to rola wojny z narkotykami. Penalizacja posiadania narkotyków zarówno w Polsce, jak i w USA, służy celom statystycznym. W USA, poza poprawą statystyk policji, nadto pomaga eliminować ludzi z grona wyborców. Wśród konsumentów narkotyków jest nadreprezentacja mniejszości rasowych. Nie czynię mniejszościom z tego zarzutu, po prostu stwierdzam fakt. Narkotyki uważam za takie samo zło, jak alkohol (którego po nieudanym eksperymencie prohibicyjnym sprzed prawie 100 lat nikt poważny w Ameryce nie chce zakazywać), papierosy czy niezdrową żywność. Nie mam złudzeń, jakoby polegająca nie na leczeniu, a na karaniu ofiar nałogu War on Drugs była wyrazem troski o zdrowie Amerykanów. Rozpętana została przez republikańskiego prezydenta Nixona, podsycona przez jego partyjnego kolegę Reagana i złagodzona przez demokratycznego prezydenta Obamę (który posunął się nawet do nagięcia rażąco niesprawiedliwego federalnego prawa poprzez nieegzekwowanie go w tych stanach, które sobie tego nie życzą). I nic dziwnego, wszak eliminacja posiadaczy narkotyków z grona wyborców jest na rękę Republikanom.
Jak będzie za Trumpa?
Przywołany wcześniej artykuł „A nie mówiłem” Jarosław Tomasiewicz kończy myślą, że zwycięstwo Trumpa jest buntem peryferii przeciwko centrum, ale bynajmniej nie jest zwycięstwem peryferii. Podzielam ten pogląd. Peryferie głosowały na Trumpa jako na kandydata antysystemowego. Ale antysystemowy może być kandydat, a nie prezydent. Trump, pomimo że jest miliarderem, wykreował w kampanii swój wizerunek jako kogoś, kto rozumie zwykłych Amerykanów, w przeciwieństwie do Clinton. Nie było to trudne ze względu na związki Clinton z wielkim biznesem (o czym pisał przywołany już Gupta). Co więcej, notowania giełdowe chwilę po wyborach wskazywały na to, że giełda negatywnie odebrała zwycięstwo Trumpa. To trwało jednak tylko chwilę. Potem indeksy poszły mocno w górę. W dużej mierze jest to efekt tego, że antysystemowy Trump zaraz po wyborach, gdy przyszło do decyzji personalnych, wziął do rządu parę grubych ryb świata biznesu: resort spraw zagranicznych obejmie Rex Tillerson (były prezes Exxona), skarbu – Steven Mnuchin (OneWest Bank), pracy – Andy Puzder (CKE Restaurants), edukacji – Betsy DeVos (żona byłego prezesa Amwaya). Taki skład rządu jest ceną, jaką Trump zapłacił za dobre relacje z wielkim biznesem. Toteż próżno się spodziewać, by zyskał na tym lud. Pewnym ustępstwem wobec dołów jest nominacja Steve’a Bannona, redaktora naczelnego portalu Breitbart News, będącego ulubionym medium antysystemowej prawicy, określającej się mianem alt-right, przypominającej do złudzenia tzw. prawą stronę internetu w Polsce.
W zeszłorocznych wyborach Republikanie zdobyli także większość w obu izbach Kongresu. Co więcej, ze względu na podeszły wiek dwojga lewicowych sędziów Sądu Najwyższego, konserwatyści zyskają prawdopodobnie niebawem większość w Sądzie Najwyższym, który nie będzie obalał ustaw uchwalonych przez Kongres i podpisanych przez Trumpa. To daje Republikanom pełnię władzy. Oczywiście w ramach samej partii ścierają się różne poglądy i w wielu kwestiach członkowie partii mówią różnymi głosami. Jedni mówią, że Obamacare (reforma systemu ubezpieczeń zdrowotnych) powinna być uchylona, inni – że stopniowo modyfikowana. Nie ma też w partii zgody co do prawa do aborcji czy w kwestii polityki zagranicznej. Zwłaszcza ta ostatnia kwestia, Polaków szczególnie interesująca, jest niewiadomą. Sam Trump raz wysyłał sygnały, że dojdzie do zbliżenia amerykańsko-rosyjskiego, a innym razem, że dojdzie do zaostrzenia konfrontacji. Antyrosyjskim jastrzębiem jest wiceprezydent Mike Pence, podczas gdy podczas gdy doradca ds. bezpieczeństwa, Mike Flynn, jest prorosyjski. Na razie nie podejmuję się przewidywać, które skrzydło partii w jakiej kwestii zwycięży.
Co dalej?
Z sukcesu amerykańskiej prawicy, jakim jest zwycięstwo Trumpa w wyborach prezydenckich i Republikanów w wyborach kongresowych, cieszą się akceleracjoniści, tj. zwolennicy poglądu, który sprowadzić można do słów: im gorzej, tym lepiej. Zdaniem akceleracjonistów zwycięstwo Trumpa, podobnie jak Brexit w Zjednoczonym Królestwie, rządy PiS (a najlepiej jeszcze kogoś bardziej na prawo od PiS) w Polsce i inne zwycięstwa prawicy na świecie skumulują niezadowolenie społeczne i skłonią lud do buntu, a po okresie rządów Trumpów, Kaczyńskich, Orbanów i Le Penów nastąpi rewolucja socjalistyczna.
Skupmy się jednak na ludziach i formacjach politycznych nieoderwanych od rzeczywistości. Na tych, którzy chcą przeprowadzać zmiany na tyle, na ile to możliwe, a nie na marzycielach i na ludziach skoncentrowanych bardziej na czystości ideologicznej niż na poprawie bytu Amerykanów. Niestety system partyjny jest zabetonowany, toteż amerykańska lewica musi działać w ramach Partii Demokratycznej. Już teraz, dzięki niezłemu wynikowi prawyborczemu Berniego Sandersa, udało się przyjąć najbardziej lewicowy program wyborczy od 1972 r. (podczas gdy Republikanie mieli najbardziej prawicowy od 1964 r.) Należy działać dalej w celu oczyszczenia Partii Demokratycznej z clintonizmu i nadania jej oblicza zdolnego do pokonania prawicy w następnych wyborach.
Po klęskach wyborczych w latach 80. Demokraci skręcili w prawo, czego uosobieniem był Bill Clinton. Wtedy to miało sens, gdyż więcej wyborców można było podebrać Republikanom z prawej strony niż z lewej. Teraz, gdy polaryzacja poglądów w USA jest większa, należy skręcić w lewo, by zyskać głosy wyborców lewicowych niegłosujących oraz głosujących na Trumpa, a przekonanych przezeń hasłami głoszonymi tradycyjnie przez lewicę – mam tu na myśli płacę minimalną, płatne urlopy macierzyńskie czy sprzeciw wobec sprzyjającym wielkim korporacjom umów o wolnym handlu. Oczywiście nie wolno przy tym porzucać kwestii obyczajowych (gdy rośnie liczba osób niewierzących lub obojętnych religijnie, a prawa mniejszości seksualnych nie budzą zbyt wielkiego sprzeciwu, nie zaszkodzą one Demokratom), ale przede wszystkim Demokraci winni być kojarzeni z reprezentowaniem interesów nizin społecznych. Dlatego dobrym kandydatem na prezydenta lub przynajmniej na wiceprezydenta będzie za cztery lata Sherrod Brown (zapamiętajcie to nazwisko) – związany ze związkami zawodowymi senator z Ohio, czyli stanu leżącego w Pasie Rdzy, graniczącego z Pensylwanią i Michigan. Jego kandydatura nie zaszkodzi utrzymaniu dotychczasowego żelaznego elektoratu z Północnego Wschodu (tam przewaga Demokratów jest zbyt wielka), a pomoże odzyskać Pas Rdzy.
Poza wspomnianymi wyżej kwestiami ideowymi, programowymi i kadrowymi, nie wolno zapominać o kwestiach PR-owych. Dotychczasowe zagrania Partii Demokratycznej, polegające na protestach przeciwko wyborze Trumpa, cichym wspieraniu żądanego przez kanapową Partię Zielonych ponownego przeliczenia głosów i krytyce systemu opartego na Kolegium Elektorskim, oceniam pozytywnie. Trzeba przeciwnika atakować, delegitymizować i nie iść na kompromisy, poza wspomnianymi w poprzednim akapicie sytuacjami, w których Trump być może wbrew własnej partii będzie zwolennikiem lewicowych rozwiązań. Być taką opozycją, jaką przez kilka ostatnich lat byli Republikanie, gdy stosowali obstrukcję parlamentarną, podważali legalność obywatelstwa Obamy (sam Trump w kampanii wyborczej przyznał w końcu, po latach głoszenia kłamstw w tej materii, że Obama jednak urodził się w USA), zarzucali Demokratom fałszerstwa wyborcze, a związane z nimi portale internetowe produkowały i powielały fałszywe newsy. W epoce postprawdy (posttruth – kolejne słowo, które zrobiło karierę po wyborach) nie ma znaczenia, czy Rosja wpłynęła na wyniki wyborów w USA. Jeśli tak, to należy to nagłośnić. Jeśli nie – należy to wymyślić. Nieważne, czy na Demokratów zagłosowały nielegalnie 3 mln ludzi bez obywatelstwa, jak twierdzą alt-rightowskie portale. Nagłaśniać zjawisko voter suppression. I nie palić szmatławych portali. Zakładać własne. Wtedy może za 4 lub 8 lat uda się przejąć władzę, a potem zrobić coś dobrego.
przez Jekatierina Szulman | poniedziałek 16 stycznia 2017 | opinie
Premier Węgier Viktor Orbán uradował niedawno świat nauki, oświadczając, że dobrze byłoby zbudować na Węgrzech nieliberalną demokrację na wzór Federacji Rosyjskiej. Ponieważ model liberalny w pewien sposób się wyczerpał. Zauważył przy tym bardzo przenikliwie, że „najpopularniejszym tematem refleksji jest dzisiaj funkcjonowanie systemów, które nie są ani zachodnie, ani liberalne, ani tym bardziej liberalno-demokratyczne”.
Rzeczywiście, nie ma we współczesnej politologii zagadnienia bardziej aktualnego niż studia nad reżimami hybrydowymi. Terminów na ich określenie jest mnóstwo, co odzwierciedla nieukształtowany jeszcze charakter przedmiotu badań: demokracje nieliberalne, demokracje imitacyjne, autorytaryzm elekcyjny, autokracja bez tyranii.
Jaki pożytek może przynieść w praktyce ten wysunięty przyczółek nauki? Naturę reżimów hybrydowych warto rozumieć chociażby po to, aby uniknąć narzucających się analogii historycznych i nie tracić czasu na oczekiwanie, kiedy za oknem nastanie faszyzm lub wzejdzie zorza sowietyzmu.
Pesymizm historyczny zawsze jest w modzie. Za najważniejszą lekcję płynącą z historii XX wieku uważa się świadomość, że w każdej chwili wszystko może obrócić się na gorsze oraz że żadne ucywilizowanie nie chroni przed nagłym napadem zdziczenia. Ale „gorzej” i „lepiej” to terminy wartościujące. A popularne opowieści o „dnie, w które ktoś zapukał od spodu”, i inne tego rodzaju kroniki nadchodzącej apokalipsy brzmią przekonująco, lecz racjonalnych podstaw mają nie więcej niż obyczaj plucia przez lewe ramię czy lęk, by nie zapeszyć. Podejmowanie decyzji na takiej podstawie jest tak samo pochopne jak kierowanie się optymistycznym „jakoś to będzie”.
Reżim hybrydowy to autorytaryzm na nowym etapie historii. Wiadomo, na czym polega różnica między reżimem autorytarnym a totalitarnym: pierwszy wzmacnia w obywatelach bierność, a drugi – mobilizację. Reżim totalitarny wymaga uczestnictwa: kto nie maszeruje i nie śpiewa, ten jest nielojalny. Reżim autorytarny na odwrót – przekonuje poddanych, by zostali w domu. Kto zbyt energicznie maszeruje i zbyt głośno śpiewa, ten jest podejrzany, bez względu na ideologiczną treść pieśni i kierunek marszu.
Reżimy hybrydowe powstają głównie w krajach zasobnych w złoża naturalne, nazywanych czasem petropaństwami (ale zasobem, z którego się utrzymują, nie musi koniecznie być ropa). Są to reżimy, którym pieniądze dostają się za nic: nie wskutek pracy narodu, lecz ze złóż naturalnych. Ludność reżimom hybrydowym tylko przeszkadza i stwarza dodatkowe zagrożenie dla ich tajnego marzenia, jakim jest niezmienność władzy. Sercem takich reżimów jest myśl, którą w Rosji z jakiegoś powodu przypisuje się Margaret Thatcher: dobrze by było mieć X obywateli do obsługi rury (odwiertu, kopalni), a reszta najlepiej by sobie gdzieś poszła. Z tego powodu reżim obawia się każdej mobilizacji: nie posiada on bowiem instytucji służących zagospodarowaniu obywatelskiej aktywności i zaangażowania.
Badacze zachodni, którzy nazwali reżim hybrydowy demokracją nieliberalną lub autorytaryzmem elekcyjnym, zwracają uwagę na jeden jego aspekt – dekoracyjność instytucji demokratycznych. W reżimach hybrydowych odbywają się wybory, ale władza się nie zmienia. Jest kilka kanałów telewizyjnych, ale wszystkie mówią to samo. Opozycja istnieje, ale nikomu się nie sprzeciwia. A zatem – mówią zachodni politolodzy – to wszystko to tylko pozłota, pod którą kryje się stary dobry autorytaryzm.
W istocie reżim hybrydowy ma charakter dwustronnie imitacyjny. Nie tylko symuluje demokrację, której nie ma, ale też przedstawia sobą dyktaturę, która w rzeczywistości nie istnieje. Łatwo jest zauważyć, że demokratyczna fasada powstała z papier-maché. Trudniej zrozumieć, że również stalinowskie wąsy są przyklejone. Jest to trudne także dlatego, ponieważ dla człowieka współczesnego „łagodna przemoc” i „niski poziom represji” to pojęcia wątpliwe z moralnego punktu widzenia. Żyjemy w epoce humanizmu, przerażają nas nawet takie ofiary w ludziach, które wedle kryteriów europejskich XX wieku byłyby znikome.
Reżim hybrydowy stara się wykonać swoje główne zadanie – zapewnić niezmienność władzy – za cenę względnie niskiego poziomu przemocy. Nie dysponuje on ani moralnym kapitałem monarchii, ani aparatem represji totalitaryzmu. Nie da się wprawić w ruch „koła zamachowego represji” bez czynnego udziału obywateli. Ale obywatele reżimów hybrydowych nie chcą w niczym uczestniczyć. Charakterystyczne, że propaganda w reżimach hybrydowych nikogo nie mobilizuje, tylko łączy obywateli na gruncie bierności.
Spójrzmy na owych 87% Rosjan, którzy popierają wszystko – od inwazji wojskowych po sankcje spożywcze. Na pytanie „czy akceptujesz to?”, odpowiadają „tak”. Lecz jednocześnie niczego nie robią. Nie wstępują do oddziałów ochotniczych, nie chodzą na prowojenne mityngi. Nawet na wybory chodzą nieszczególnie, przez co reżim hybrydowy musi bez końca martwić się o fałszowanie frekwencji i wyników. Spośród aktywności uwarunkowanych politycznie u tych osób zaobserwowano jedynie wypłatę pieniędzy z rachunku bankowego, zamianę ich na dolary i zakup masła.
Propaganda z oszałamiającą skutecznością kształtuje opinię właśnie tych ludzi, których opinia nie ma znaczenia. Nie dlatego, że są to ludzie jakoby „drugiego sortu”, lecz dlatego, że ich opinie nie mają związku z ich działaniami. Mogą oni zapewnić władzy akceptację, lecz nie wsparcie; nie można się na nich oprzeć.
Reżim pojmuje swoim gadzim mózgiem (to nie wyzwisko, lecz termin z neurofizjologii: najstarsza część mózgu, która odpowiada za bezpieczeństwo gatunku i podstawowe odruchy), że owe 87% akceptujących nie jest podmiotem procesu politycznego. Znaczenie ma tylko opinia aktywnej mniejszości. Tym tłumaczy się „paradoks ustawodawczy”: czemu władza, która dysponuje, zdawałoby się, masowym poparciem narodu jak kraj długi i szeroki, w żaden sposób z tego poparcia nie korzysta, a zamiast tego ustanawia wciąż nowe prawa o treści represyjno-obronnej?
Być może owe prawa mają za zadanie namacać tę aktywną mniejszość? Kim są jej członkowie? Może to ludzie z podwójnym obywatelstwem, albo związani z organizacjami pozarządowymi…? A może to blogerzy? Albo ci, co chodzą na mityngi i lubią palić w restauracjach? Jak ich uszczypnąć, jak przycisnąć – nie mocno, a tylko trochę? A jeszcze lepiej – jak przekonać, że są pozbawionymi wartości odszczepieńcami i że dobrze by zrobili, gdyby wyjechali? Reżim hybrydowy nigdy nie zatrzymuje swoich obywateli – przeciwnie, zachęca aktywną mniejszość do wyjazdu.
Reżimy hybrydowe są bardzo trwałe i żywotne. Korzystają z zalet gospodarki prawie rynkowej i częściowo wolnego społeczeństwa i dlatego nie rozpadają się w jeden dzień jak klasyczne dyktatury. To powinni wiedzieć zarówno ci, którzy oczekują remake’u z rozpadu Związku Radzieckiego, jak i ci, którzy spodziewają się nagłego odrodzenia imperium. W szesnastym roku sprawowania władzy upaść z pieca na łeb i przemienić się w chwackiego faszystę jest rzeczą tak samo trudną, jak zderzyć się ze ścianą i odrodzić jako promienny liberał.
Nie oznacza to, że reżim hybrydowy jest stabilny, choć zarazem łaknie stabilności i dla niej gotów jest znieść wszelkie wstrząsy. Korzeń tej pozornej sprzeczności tkwi w mechanizmie podejmowania decyzji, który dla reżimu hybrydowego jest tym, czym igła dla Kościeja.
Konsekwentnie odcinając lub zapychając śmieciem wszystkie kanały komunikacji zwrotnej, reżim zmuszony jest w wielu kwestiach działać po omacku. Kontakt z rzeczywistością dają mu: telewizja, która rozmawia sama ze sobą; dobrane wedle kryterium niekompetencji elity; wewnętrzne poczucie wodza, którego serce winno bić unisono z narodem, lecz przez długie lata przebywania w izolacji może zacząć bić własnym rytmem. Dlatego reżim zmuszony jest bezustannie zgadywać, jak jego działanie zostanie przyjęte przez wewnętrzne i zewnętrzne audytorium. Kiedy reżim popełnia błąd, nie ma żadnych narzędzi do jego naprawy. Reżim hybrydowy nie posiada biegu wstecznego: jest trwały, lecz niemanewrowalny.
Pojawienie się demokracji imitacyjnych nie jest rezultatem zepsucia demokracji nieimitacyjnych. Jest to owoc postępu obyczajów, który nie pozwala już stosować przemocy tak szeroko i bezpiecznie, jak było to przyjęte jeszcze pięćdziesiąt lat temu. Jeśli „obłuda to danina, którą występek płaci cnocie”, to imitacja jest podatkiem, który dyktatura płaci demokracji.
Jekatierina Szulman
Przełożyła Renata Lis
Tekst pierwotnie ukazał się w gazecie „Ведомости” 15 sierpnia 2014 r. Przedruk za zgodą autorki.