Eko-mohery?

Największy obszar dzikiej przyrody, na jakim kiedykolwiek byłam – bezdroża wielkości Portugalii, pokryte gęstą siecią rzek, z pełną przepychu fauną, na której codzienne bytowanie człowiek nie wpływa w żaden sposób – to historia na inne opowiadanie. Poniższa jest o tym, co stało się później, gdy wraz z kanadyjskimi aktywistami ekologicznymi dotarłam do osady robotników leśnych, położonej w dalekim północno-wschodnim zakątku Kolumbii Brytyjskiej, do miasteczka składającego się z ciągu domków po obu stronach autostrady na Alaskę.

Postanowiliśmy uczcić naszą dwutygodniową przeprawę tratwą w miejscowym nocnym klubie (czy może raczej: spelunie), gdzie didżej nie przestawał puszczać piosenek country, podrywających miejscowych gości do wdzięcznych przytupów w objęciach. Moim towarzyszom grymas niesmaku nie schodził z twarzy, nie przestawali nalegać, by puszczono coś innego. Gdy didżej dał się w końcu uprosić i zaczął grać także reggae, natychmiast znaleźliśmy się na parkiecie, gdzie solo, w dowolnym stylu poruszaliśmy się w takt muzyki. Gdy puszczano „obce” melodie, wszyscy pozostali goście siadali, by cierpliwie je przeczekać. Cała ta sytuacja niespecjalnie sprzyjała budowaniu poczucia więzi. Czy można zaprzyjaźnić się z ludźmi, których muzyki nie tylko nie znosisz, ale nawet nie potrafisz dyplomatycznie tego ukryć? Dziesiątki razy przerabiałam podobne sceny, co niedawno przypomniał mi list od Dicka.

Z położonego pod San Francisco horrendalnie drogiego daczowiska, wysłał mi list o jednym z rozdziałów mojej ostatniej książki. Oświadczył w nim: „Tak lubiane przez Ciebie regiony Stanów Zjednoczonych, gdzie chętnie słucha się muzyki country, są także miejscem zamieszkania najbardziej rasistowskich, reakcyjnych, autorytarnych w kwestiach religijnych (lub „wyznających ideologię dominionizmu”, jeśli wolisz) ludzi w tym kraju. Wystarczy rzut oka na to, jak te buraki, rednecks (potomkowie białych, średniorolnych farmerów – jeżeli chcesz być uprzejma) głosują. Kochają Busha i są bardzo opóźnieni w przyswajaniu wartości Oświecenia. Powstaje pytanie, jaka jest zależność między muzyką country i politycznym wstecznictwem, o ile w ogóle jakaś jest?”.

Moje pierwsze pytanie do Dicka mogłoby brzmieć: o której muzyce country mówimy? Można przecież przywołać choćby długoletnie oddanie Johnny’ego Casha walce o prawa Rdzennych Amerykanów i jego sprzeciw wobec wojny w Wietnamie, piosenkę Merle Haggarda „Irma Jackson”, opowiadającą o miłości przekraczającej bariery rasowe (jej wydania odmówiła jednak wytwórnia płytowa; stała się ona hitem później, w 1970 r., w wykonaniu gwiazdy mniejszego kalibru – Tony’ego Bootha) albo utwór „I believe the South is gonna rise again” („Wierzę, że Południe znów powstanie”), zuchwale zaśpiewany przez Tanyę Tucker w 1974 r.:

Dla sąsiadów-Jaśniepaństwa byliśmy „chamami”:
Bez własnej ziemi, z nędznymi chałupami…
Jacksonowie z naprzeciwka też nie dojadali
Lecz ich skóra była czarna, a my byliśmy biali.

Wierzę jednak, że Południe znów powstanie
Jednak nie takie, jak kiedyś
Lecz wspólnie, ramię w ramię…

Można też po prostu wspomnieć o 36-krotnym zdobywcy pierwszego miejsca na liście przebojów country magazynu „Billboard”. Charley Pride też nie wpisuje się w definicję Dicka, ponieważ jest Afroamerykaninem. Jeśli chodzi o poglądy polityczne, można przywołać pochodzącą z Teksasu żeńską grupę Dixie Chicks, która tuż przed rozpoczęciem wojny w Iraku odmówiła powstrzymania się od krytyki prezydenta Busha. Członkinie zespołu, by użyć słów jednego z ich przebojów, „nie miały zamiaru być miłe”.

Muzyka country to skomplikowany zwierz, czasem w opozycji lub wyśmiewający się z głównego nurtu myśli oraz z prowincjonalnego Południa, czasem służący za jego zwierciadło albo wyśpiewujący hymn na jego cześć; produkt wielu głosów i pokoleń, zrodzony z kultury, która nigdy nie była jednorodna.

Kolejne pytania do Dicka dotyczyłyby tego, dlaczego tak bardzo pogardza on ludźmi i miejscami, z których wzięła się ta muzyka – i jakiego rodzaju głębsze podziały zdradza jego zachowanie. Odpowiedź wymaga wgłębienia się w historię amerykańskiej muzyki oraz tutejszych walk rasowych i klasowych, a także analizy rozległego kryzysu ruchu ekologicznego, obserwowanego w ostatnich latach.

Owe walki szczególnie wyraźnie unaoczniają opowieści o Elvisie. Wychowano mnie na historiach o tym, jak ukradł on swoją muzykę Czarnym. W tej jednostronnej wersji nie ma miejsca na głos, że zasypał on ogromne podziały, przekazując kipiącą energię afroamerykańskiej muzyki białym uszom, sercom i biodrom. Jest ona także ślepa na wiele jego „białych” inspiracji, począwszy od bluesującego Hanka Williamsa a kończąc na sentymentalnym Perrym Como, oraz na genialny sposób, w jaki łączył różne amerykańskie tradycje muzyczne w coś zupełnie nowego. Ignoruje także brak segregacji rasowej w rdzennie amerykańskiej muzyce. Wykonywany przez białych country blues czy pieśni gospel były częścią tej samej szerokiej rzeki dźwięków, która płynęła z Południa na długo zanim pojawił się Presley. Pomimo panującej segregacji, biali i czarni muzycy uczyli się od siebie i wzajemnie na siebie wpływali. Takie spojrzenie na Elvisa znajdziemy w artykule opublikowanym w „Billboardzie” w 1958 r., w którym czytamy: „W jednym aspekcie amerykańskiego życia kulturalnego, integracja już się dokonała”.

Opowieść o tym, że Elvis ukradł swoją muzykę Afroamerykanom, uczyniła z rock’n’rolla niemal idealnie białe dziecko, cudownie poczęte przez wyłącznie czarną rodzinę. To był sposób na powiedzenie, że mili i poprawni biali mogą kochać rock’n’rolla – białą muzykę z korzeniami na Południu – ale odcinają się od jakichkolwiek powiązań z białymi mieszkańcami tej części kraju. Mogą wyobrażać ich sobie jako zupełnie innych od siebie i z łatwością ich nienawidzić, z żarliwością i pogardą, którą następnie swobodnie przelali na wszystkich pracowników fizycznych mieszkających na prowincji. Ta nienawiść miała i ma szeroki zasięg. Spytajcie Dicka.

Historia o tym, że rasizm przynależny jest biednym mieszkańcom Południa, brzmi trochę zbyt prosto. Tak jak nie wszyscy ludzie tu na górze, w sensie ekonomicznym i geograficznym, znajdują się po dobrej stronie barykady, tak nie wszyscy tam na dole znajdują się po złej. Wspomniana historia pozwala jednak przedstawicielom klas średnich nienawidzić wszystkich ubogich, a jednocześnie twierdzić, że wspierają prawdę, sprawiedliwość i wszystko inne, co dobre.

Dorastałam w otoczeniu liberalnej lewicy i lewaków, którzy uwielbiali przedrzeźniać osoby z południowym akcentem, robić sobie żarty z „białej nędzy” (white trash) czy z biedoty zamieszkującej przyczepy samochodowe, a także wydawać dziwaczne dźwięki, ilekroć usłyszeli Dolly Parton. Jeżeli Okies z Muskogee [1] sądzili, że się z nich wyśmiewano, przynajmniej po części mieli rację. Tego rodzaju kpiny były szczególnie powszechne w latach 70. i 80., jednak bynajmniej nie są obecnie wyłącznie odległym wspomnieniem – w końcu Dick napisał do mnie latem 2007 r. Moja starsza już mama cały czas używa słowa „burak” w liberalnym znaczeniu, by opisać ludzi, pomiędzy którymi wzrastałam (choć byli oni po prostu konserwatystami z przedmieść), a w 2007 r. na letnim obozie w Nevadzie poznałam chłopaka z Nowego Jorku, który powiedział, że jego również wychowano w nienawiści do country. Szczęśliwie nauczył się kochać tę muzykę, jednak tak samo jak ja – czyli dopiero po latach.

Moje „nawrócenie” na country przyszło nagle, w 1990 r., przy innym obozowym ognisku, także w Nevadzie. Bill Rosse, z Szoszonów Zachodnich, słynny działacz antynuklearny i na rzecz praw Indian do ziemi, odznaczony weteran II wojny światowej i były zarządca gospodarstwa rolnego, wyjął gitarę i godzinami śpiewał piosenki Hanka Williamsa oraz tradycyjne utwory. Byłam pod wrażeniem zarówno nieskrywanej urazy zawartej w niektórych z tych piosenek, jak i najczystszej tęsknoty emanującej z innych. Nie miałam pojęcia, że rzeczy, którymi gardzić uczono mnie zanim w ogóle je poznałam, kryją w sobie taki spokój, rozsądek i poetyckie piękno.

Nienawiść do białych z Południa, zwłaszcza biednych białych z Południa, która często rozciągana jest dalej, na wszystkich biednych białych z prowincji, wydaje się być dziedzictwem ruchu obrony praw obywatelskich. O ile mi wiadomo (jestem zbyt młoda, żeby to pamiętać), zaczęło się od tego, że mający szlachetne intencje mieszkańcy regionów poza Południem byli przerażeni rasistowskimi pierwiastkami w amerykańskiej kulturze i wypływającą z nich segregacją, dyskryminacją i przemocą – i słusznie. Ale spotkałam wściekłych białych rasistów także na przedmieściach Detroit, zaraz po drugiej stronie innej Mississippi – tej kanadyjskiej. A ostatnimi ostentacyjnymi rasistami, z którymi miałam do czynienia, byli spadkobierca bajecznie bogatej rodziny oraz jego koleżka z klubu jachtowego. Było to właśnie tutaj – na wschodnim wybrzeżu supernowoczesnego San Francisco. Rasizm przekracza granice stanów i klas społecznych.

Tak więc z jednej strony mamy białych, którzy nienawidzą czarnych. Z drugiej – białych nienawidzących innych białych na podstawie przekonania, że ci ostatni nienawidzą czarnych. Ale ta druga nienawiść wielu oskarża bezpodstawnie, służy także jako wygodna zasłona dymna dla innych rodzajów rasizmu. Powód, dla którego wszystko to jest tak ważne, to fakt, że pogarda żywiona przez klasy średnie wobec biedaków stała się podstawowym konfliktem klasowym, a niekończące się zniewagi pod ich adresem stanowią przynajmniej połowiczną odpowiedź na pytanie o to, co w ostatnich latach osłabiło prospołeczne ruchy w ogóle, a ruch ekologiczny w szczególności.

Prawicowi politycy służą najbogatszym, tnąc dla nich podatki i dając im tyle deregulacji i prywatyzacji, ile ich dusze zapragną. Ale umiejętnie potrafią się także stroić w szaty obrońców „tradycyjnych amerykańskich wartości”, co przynajmniej do czasów gwałtownego spadku popularności Busha sprawiało, że wielu amerykańskich prowincjuszy widziało w nich raczej sojuszników niż wrogów. Prawica wykonała też świetną robotę w malowaniu obrazu lewicy jako elitarnej i wrogiej interesom klasy pracowniczej, a walka klasowa tocząca się wewnątrz i na zewnątrz grup lewicowych i ekologicznych oddała tej propagandowej ofensywie nieocenioną przysługę. Konsekwencją tego procesu było zmarginalizowanie ruchu obrońców środowiska, czy bardziej precyzyjnie – wykluczenie z kręgu jego potencjalnych sprzymierzeńców wielu z tych, którzy żyją najbliżej tego „środowiska”.

W latach 90. spędziłam trochę czasu z działaczami ekologicznymi. Ci, którzy byli szczególnie radykalni w deklaracjach, nader często mieli jednocześnie wyjątkowy talent do takiego wchodzenia w wiejskie społeczności, by praktycznie każdy z mieszkańców miał prawo poczuć się urażony. Stało się dla mnie jasne, że w ich oczach najgorsze zbrodnie, jakich dopuszczali się lokalni mieszkańcy, nie miały nic wspólnego z piłami łańcuchowymi czy zachowaniem przy urnach, ale wiązały się z kulturą i wszystkim, co ma związek z tzw. stylem życia. To była wojna kulturowa, która dość znacznie odbiegła od rozważań, kto tak naprawdę szkodzi Ziemi oraz kto i w jaki sposób może to powstrzymać.
Niechlujni, zarośnięci, bezdzietni pseudo-nomadowie, którzy mogli schrzanić właściwie wszystko, a nadal utrzymywali się na powierzchni – a gdy zaczynało być naprawdę źle, z opresji wyciągały ich długie ręce rodziców z klasy średniej – jawnie gardzili ciężkimi wyborami ekonomicznymi rodzin mających dzieci i obciążone hipoteki, za to pozbawionych możliwości restrukturyzacji swoich długów czy podjęcia pracy innej niż fizyczna. Wielu z tych aktywistów zrobiło wspaniałe rzeczy dla ratowania drzew, ale z punktu widzenia budowania szerokiego ruchu społecznego ich podejście nie zawsze było, mówiąc oględnie, optymalne. Nie było to oczywiście żelazną regułą. W ruchu ekologicznym byli także ludzie o szerokich horyzontach, niektórzy nawet o plebejskim pochodzeniu. Pogarda była jednak tak rozpowszechniona, że przesądzała o wizerunku ruchu; wydaje się, że po części właśnie dlatego wielu mieszkańców prowincji nie znosi „ekologów”.

Przypominam sobie rozmowę z młodym ranczerem w jednym z tych „antyekologicznych” barów na najgłębszej prowincji Nevady, który nieśmiało zasugerował, że ekolodzy, w tym ja oraz grupa, z którą byłam, brzydzą się nim. Jego kapelusz był szeroki, a serce – dobre. Chwalił się trawą rosnącą aż do brzuchów jego krów, mówił o regularnym przeprowadzaniu stada w kolejne miejsca, by zapobiec erozji oraz potępiał kopalnie złota (które przecież eksploatują region nieporównywalnie intensywniej niż on). Nie mogło być wątpliwości, że byliśmy na złej drodze – ruch ekologiczny jako całość, gdyż moi zaprzyjaźnieni działacze z Nevady wykonywali dobrą robotę, zasypując kolejne podziały. Skądś się one jednak wzięły. Wspomniany bar w miejscowości Eureka, przynajmniej jeszcze w lipcu 2007 r. nadal sprzedawał koszulki z akronimem WRANGLERS, Western Ranchers Against No-Good Leftist Environmentalist Radical Shitheads (Ranczerzy z Zachodu Przeciwko Złym Lewackim Ekologicznym Radykalnym Gnojom) – hasła równie dyplomatycznego, co list od Dicka.

Socjalizm i inne postępowe ruchy społeczne, rozkwitające przez całe lata 30., za swoją bazę społeczną uważały farmerów, drwali, rybaków, górników, robotników portowych i fabrycznych. W którym miejscu jesteśmy teraz? Wciąż dostrzegamy kolejne zaprzepaszczone szanse. Budowa szerokiego ruchu lewicowego, opartego o pracowników najemnych, została po części stłamszona przez zjadliwego, antykomunistycznego i antyzwiązkowego ducha czasów powojennych. Kolejne możliwości zostały podważone przez wojnę kulturową, zrodzoną z ruchu obrony praw obywatelskich. Do lat 80., kiedy to stałam się dostatecznie dorosła, by zacząć zwracać na to uwagę, podziały stały się całkiem spore. A działaczy ekologicznych zazwyczaj można było spotkać tylko po jednej ze stron.

Powstanie ruchu na rzecz sprawiedliwości środowiskowej (environmental justice) wynikało także z chęci, by naprawić tę sytuację. Celem wyjściowym było zmierzenie się z następującą sytuacją: oto inwestycje potencjalnie szkodliwe dla środowiska, jak rafinerie, spalarnie śmieci czy wysypiska toksycznych odpadów – są zwykle budowane na terenach zamieszkiwanych przez biedne i/lub kolorowe społeczności. Jednakże kwestie klasowe, a co za tym idzie biała biedota, szybko znikły z tego równania. Mówi się, że ruch na rzecz sprawiedliwości środowiskowej zapoczątkowała w 1982 r. sprawa składowania odpadów toksycznych na terenach wiejskich w Północnej Karolinie, zamieszkiwanych przez Afroamerykanów. Jednak pierwszy przypadek typowej „niesprawiedliwości środowiskowej” został ujawniony kilka lat wcześniej, w zdominowanej przez białych społeczności Love Canal, w zachodniej części stanu Nowy Jork. Nie był to wyjątek od reguły. Do powodzi w dolinie rzeki Buffalo Creek w 1972 r. doszło po pęknięciu kopalnianej zapory na szczycie jednego ze wzniesień w Zachodniej Wirginii. Spływający muł węglowy zabił 125 osób, a 4000 pozbawił dachu nad głową; zniszczył wiele małych osad i zdruzgotał tych, którzy przetrwali – prawie wszyscy z nich byli biali. Współcześnie kopalnie węgla nadal niszczą biedne, zamieszkane głównie przez białych regiony Południa. Antrim Caskey, dziennikarka obywatelska zajmującą się sprawami środowiska, opisuje, „jak przedsiębiorstwa wydobywcze nastawiają społeczności przeciwko sobie, wmawiając swoim pracownikom, że ekolodzy chcą zlikwidować ich miejsca pracy”.

Biali mieszkańcy terenów wiejskich byli uwodzeni (a następnie dymani) przez prawicę, zaś lewica w najlepszym razie ich ignorowała. Mapa preferencji wyborczych, tak naprawdę nie powinna pokazywać „czerwonych” i „niebieskich” stanów, ale niebieskie miejskie wysepki rozsiane po Morzu Czerwonym [2]. Antyekologiczne, często wspierane przez korporacje ruchy, przyczyniły się do pogłębienia tej przepaści, dzięki przekonaniu białych mieszkańców prowincji, że ich źródła utrzymania są zagrożone działaniami organizacji ekologicznych. Drobni farmerzy, tracący swoje ziemie, byli podatni na prawicową retorykę, która deklarowała zrozumienie dla ich cierpienia, a winnych podpowiadała szukać na lewej stronie sceny politycznej, wśród imigrantów, ekologów itp., choć prawdziwą przyczyną problemów była przecież rosnąca potęga korporacji, globalizacja i inne mechanizmy ekonomiczne. W okresie rządów Billa Clintona, gdy prawicowi prowincjusze bali się ONZ oraz „rządu światowego”, a ruch milicji obywatelskich [3] był niezwykle silny, żałowałam, że ruch sprzeciwu wobec korporacyjnej globalizacji nie potrafił dotrzeć do tych potomków starych Postępowców [4], Wobblies [5] oraz chłopskich buntowników, by opowiedzieć im o tym, że istotnie, istnieją przerażające scenariusze osiągnięcia światowej dominacji, jednak z udziałem nie Organizacji Narodów Zjednoczonych, lecz Światowej Organizacji Handlu. Ruch ekologiczny, lub szerszy ruch prospołeczny, którego przesłanie trafiałoby do owych społeczności, byłby naprawdę potężny – i demokratyczny.

Są już jego zaczątki. Przykładowo, Quivira Coalition i wiele innych grup na całym Zachodzie znalazły wspólny język z ranczerami, a fundusze powiernicze na rzecz ochrony gruntów zawiązały sojusze z farmerami. Przypominam sobie wspaniałą robotę, którą odwalają działacze na Południu – jak walczący o ochronę gruntów aktywista, któremu udało się uzyskać znaczące wsparcie ze strony lokalnych właścicieli ziemskich, czy wielki osiłek o czerwonej twarzy i typowo południowym akcencie, który fantastycznie pomaga afroamerykańskiej społeczności Lower Ninth Ward w Nowym Orleanie w jej walce o sprawiedliwość środowiskową. I podobni do Vana Jonesa z Oakland, którzy dążą do tego, by ochrona środowiska oznaczała jednocześnie tworzenie miejsc pracy. Nawet kandydat na prezydenta, John Edwards – syn pracowników zakładów tekstylnych w Północnej Karolinie – mówi o kwestiach klasowych czy ubóstwie w sposób, w jaki nie czyniono tego w głównym nurcie debaty publicznej od wielu lat, a nawet dekad. Argument, że niezniszczone środowisko może być dla wiejskich społeczności najlepszym źródłem dochodów, np. z turystyki, staje się dziś coraz bardziej wiarygodny, a nawet najbardziej zatwardziali przeciwnicy ograniczeń w jego eksploatacji, jak poławiacze homarów z Maine, zaczynają uznawać związek między stanem przyrody a swoją przyszłością. Wiele jednak jest jeszcze do zrobienia.

Założony w 1892 r. Sierra Club, pierwsza amerykańska organizacja ekologiczna, widział naturę nie jako miejsce, w którym się żyje czy pracuje, ale takie, w którym się odpoczywa. Dlatego do dziś niejeden „tradycyjny” amerykański działacz ekologiczny wyobraża sobie naturę wyłącznie jako cel wakacyjnych podróży czy dziką przyrodę, zupełnie zapominając o krajobrazach półnaturalnych, jak tradycyjne krajobrazy wiejskie. Od kiedy jednak ruch ekologiczny zmuszony jest stawiać czoła problemom o typowo systemowym charakterze, jak kwestia pestycydów czy kwaśnych deszczy – jego aktywiści zaczęli odchodzić od niepisanego założenia, że wiejskie i miejskie, ludzkie i dzikie, jest od siebie niezależne, nadal jednak robili niewiele, by faktycznie połączyć ludzi i sprawy ze wsi i miasta.
Dziś mieszkańcy prowincji postrzegają samych siebie jako niedocenianą, szybko kurczącą się strefę leżącą pomiędzy „dziką naturą” i „rozwojem”. Na szereg sposobów, kultura wiejska umiera i wydaje się, że wpędza to wielu mieszkańców prowincji w stan bliski paranoi. Podczas kryzysów niedoboru wody w dorzeczu rzeki Klamath na granicy stanów Kalifornia i Oregon, farmerzy mówili o „wiejskich czystkach” i najwyraźniej wierzyli, że działacze ekologiczni marzą o wyludnieniu się terenów wiejskich. Niektórzy z nich rzeczywiście to robią. Wiejskie realia, jakże odmienne od sentymentalnych fantazji o idyllicznej przeszłości, kowbojskiej mitologii czy stylu życia tych, którzy mieszkają w pseudorustykalnych domach, ale dojeżdżają do pracy w szklanych biurowcach, są czymś, czego większość z nas przez większość czasu sobie nie uświadamia. To prawda, że dzika przyroda i rolnictwo często ze sobą rywalizują – farmerzy z dorzecza Klamath walczą z łososiami o dostęp do wody. Ale jeżeli kultura wiejska i wiejskie życie będą uznawane za pozytywne wartości, również godne ochrony, łatwiej będzie o mądre kompromisy.

Niemal pół wieku temu Wallace Stegner [6] napisał: „Coś w nas, jako ludziach, umrze, jeżeli pozwolimy, by ta dzika przyroda która pozostała, została zniszczona”. Ale coś umrze w nas także wtedy, jeżeli zniknie zaradność, poczucie zakorzenienia i inne wartości obecne w wiejskiej kulturze. Dlatego właśnie tak ważne są koalicje ekologów z farmerami oraz te wszystkie nowe sojusze, które podczas ery Busha zawiązały się w obronie spalonego słońcem Zachodu przed chciwym przemysłem naftowym. Są one jednak tylko niewielką cząstką kultury i ruchu, który powinien robić o wiele więcej.
Jednym z zadań byłoby niedopuszczenie, by prawica nadal nadawała ton debacie publicznej. Na głębszym poziomie, musimy znaleźć drogi do podtrzymania zarówno życia na wsi, jak i dzikiego życia. Rozwiązania cząstkowe – grodzenie nadrzecznych ekosystemów, budowanie korytarzy dla zwierząt, wspieranie zmian w modelu rolnictwa, z przesyconej chemią produkcji przemysłowej w kierunku zrównoważonej, na potrzeby lokalnych rynków – w większości umożliwiają dążenie do obu celów jednocześnie. Rozwiązaniem systemowym będzie natomiast stworzenie kultury ceniącej wszystkie krajobrazy, które karmią nasze ciała oraz wyobraźnię, ziemie uprawne i dziką przyrodę. Oczywiście jedną z przeszkód będzie tu fakt, że życie na wsi przez lata podlegało uprzemysłowieniu – często mamy tam do czynienia ze swego rodzaju fabrykami, gdzie żywność wytwarzają wykorzystywani sezonowi pracownicy, a zyski trafiają do nieobecnych właścicieli. Zmiana tego stanu rzeczy byłaby korzystna zarówno z punktu widzenia praw człowieka, jak i środowiska – a także dla naszego zdrowia i dla jakości naszych posiłków.

Na szczęście Dick wydaje się być reliktem przeszłości. To, co sprawia, że mam taką nadzieję, to niektóre organizacje oraz pojawiające się tendencje. Wśród nich znajduje się powrót zainteresowania tym, skąd tak naprawdę pochodzi nasza żywność, coraz silniejszy trend do tego, by mniej potępiać, a bardziej angażować się w budowanie koalicji, oraz rosnąca zdolność do systemowego myślenia. Także dyskusja nad zmianami klimatycznymi może nas na nowe sposoby zjednoczyć, gdyż jasno pokazuje ona, jak współzależne jest wszystko na tej planecie oraz jak bardzo nadmierne przywileje i konsumpcjonizm stały się częścią problemu.

Antyekologiczna prawica w ciągu ostatnich kilku lat strzeliła sobie w obie stopy, tracąc wiarygodność i wyborców, co może oznaczać zbliżające się żniwa dla mądrej i dynamicznej lewicy. Konieczne będzie jednak zarzucenie czerpania moralnej satysfakcji z niegodziwości przeciwników i spojrzenie na nich jako na niezwerbowanych jeszcze sojuszników. Może to oznaczać, że typowy ruch ekologiczny straci rację bytu – zastąpi go bardziej całościowa refleksja nad tym, co i dlaczego chcemy chronić, wliczając w to ludzi, miejsca, tradycje i procesy nie należące do świata dzikiej przyrody. Może to nawet oznaczać porzucenie myślenia, że „lewica” i „prawica” są przydatnym czy choćby tylko zgodnym ze stanem faktycznym sposobem na określanie tego, kim jesteśmy i czego pragniemy. Musimy także zacząć z powrotem mówić o kwestiach klasowych, głośno i wyraźnie, bez unikania czy zapominania o kwestiach rasowych. Na końcu całej tej drogi znajdują się silniejsze sojusze społeczne, prawdziwa sprawiedliwość, czystsze środowisko, a może nawet muzyka, do której każdy będzie mógł potańczyć.

Rebecca Solnit

tłum. Marta Zamorska

Powyższy tekst to nieco skrócona wersja artykułu, który pierwotnie ukazał się w amerykańskim społeczno-ekologicznym piśmie „Orion”, w numerze marcowo-kwietniowym z 2008 r. Następnie przedrukowano go w „Obywatelu” nr 45 na początku roku 2009. Przedruk i skróty za zgodą autorki. Tytuł pochodzi od redakcji „Obywatela”.

_____________
Przypisy redakcji „Obywatela”:

1. Określenie, przez niektórych uznawane za nieco lekceważące, mieszkańców miasta Muskogee w Oklahomie. Jest także pewnym symbolem kulturowym, taki tytuł nosi jeden z przebojów Merle Haggarda.

2. „Niebieskie” stany to te, w których większość mieszkańców głosuje na Demokratów, „czerwone” – na Republikanów.

3. Mowa o popularnym w USA w latach 90., choć mającym długą tradycję, ruchu tworzenia oddolnych oddziałów paramilitarnych – większość z nich miała prawicowe oblicze ideowe, o odcieniu libertariańskim (obrona społeczności lokalnych przed „knowaniami Wielkiego Rządu”).

4. W Ameryce termin „postępowy” (progressive) ma specyficzne znaczenie; w dość znacznym uproszczeniu można go uznać za synonim słowa „prospołeczny”. Do tego terminu tradycyjnie odwołują się grupy kwestionujące status quo, nadmierną władzę biznesu itp. Przed II wojną światową Partia Postępowa miała nawet swoich przedstawicieli w Kongresie.

5. Popularne określenie członków Industrial Workers of the World, związku zawodowego o anarchosyndykalistycznych inklinacjach.

6. Ceniony historyk i pisarz, zaangażowany w ochronę środowiska; żył w latach 1909-1993.

Nie palcie szkół zarządzania

Nie palcie szkół zarządzania

Gdy po raz pierwszy zaczęłam studiować zarządzanie – przez graniczący z absurdem przypadek, bo ani mi się wtedy śniło zajmować czymś podobnym – było nas wszystkich zaledwie dwadzieścia kilka osób na roku. Program, na który się dostałam, był wspólnym projektem kilku wydziałów Uniwersytetu w Lund i miał na celu „poszerzenie” idei organizacji i zarządzania, zbliżenie jej do faktycznych potrzeb i zainteresowań maturzystów. Nie tylko nasz eksperyment, ale i bardziej tradycyjne kierunki zarządzania nie były bynajmniej przeludnione. Był to raczej wąski program nauczania, skierowany do osób, które z różnych powodów miały być kierownikami, na przykład dlatego, że ktoś musi przejąć firmę rodziców. Nie trafiało się tam z powodu zainteresowań szerokich i niemieszczących się w tradycyjnych przegródkach. Wręcz przeciwnie, na ogół studiowały tam dzieci z bogatych rodzin, od małego predestynowane do szefostwa.

Gdy, po skończeniu szwedzkich studiów, przez kolejny przypadek znalazłam się znów na studiach zarządzania, tym razem w Polsce – żaden inny wydział mnie nie chciał, bo nie miałam polskiej matury. Na zarządzaniu, gdzie udałam się na samiusieńkim końcu mojej żebraczej drogi akademickiej, okazałam się nie być dziwolągiem, który powinien być tak miły i sam zniknąć z oczu władz, bo nie wiadomo, co z nim zrobić. Ówczesny dziekan do spraw studenckich przyjął mnie warunkowo, twierdząc, że tacy jak ja tam się zdarzają, więc nie widzi problemu – wszak byli Węgier, Ekwadorczyk, Kubańczyk i Nigeryjczyk. Może być więc i dziwna Polka-Szwedka. Był to wydział bardziej światowy, ale też nie był, w żadnym razie, super popularny. Na całym roku było nas około 120 osób. W naszej grupie ćwiczeniowej – kilkanaście. Wykładowcy świetnie nas znali i doskonale wiedzieli, kogo na co stać. Trudno się było schować w tłumie. Tak było jeszcze przez jakiś czas, gdy skończyłam drugie studia i zaczęłam na moim wydziale pracować (w sumie przepracowałam tam 25 lat).

I nagle roczniki zaczęły rosnąć. Jak grzyby po deszczu. Nie, co tam grzyby – jak świeża rzeżucha pod zraszaczem – zaczęły się pojawiać wydziały i szkoły zarządzania. Tak działo się w Polsce i na całym świecie. W niektórych krajach, przede wszystkim w Wielkiej Brytanii, ten rozwój odbywał się kosztem innych dyscyplin i wydziałów. W latach 80. brytyjski rząd zaczął likwidować wydziały socjologii i kto żyw przenosił się na coraz bardziej rozbuchane zarządzanie. Kiedy opuszczałam moją macierzystą warszawską uczelnię, miałam na roku kilkuset studentów, a koledzy i koleżanki uczący na zaocznych liczyli ich w tysiącach. Jeden rocznik studentów zarządzania był tak liczny, jak za czasów moich studiów była cała studencka populacja, łącznie z różnymi wieczorowymi i zaocznymi. Miewałam grupy ćwiczeniowe składające się z ponad 80 osób. Czy taki sposób nauczania ma sens, to temat na odrębny felieton.

To, co teraz chciałam powiedzieć, dotyczy eksplozji popularności zarządzania, która miała miejsce dosłownie na moich oczach. Od kilku dziesięcioleci jest tak, że co roku na świecie miliony osób uczą się zarządzania na studiach ekonomii i biznesu lub na tematycznych kursach. Są to bardzo zróżnicowani ludzie, tylko mniejszość stanowią kierownicy i właściciele. Studiują zarządzanie młodzi ludzie, marzący o jakiejkolwiek pracy gdziekolwiek i na jakichkolwiek zasadach, tacy, jakich uczyłam niedawno na Uniwersytecie w Durham. Studiują szefowie średniego szczebla, urzędnicy, ludzie prowadzący własne firmy z potrzeby ducha, ale dużo częściej – z życiowej konieczności, pielęgniarki, dziennikarze, aktorzy, inżynierowie, duchowni, artyści… Właściwie przekrój całego wykształconego społeczeństwa.

Edukacja zarządzania przypomina mi triumfalny pochód starożytnego Rzymu przez ówczesny świat, kolonizację wszystkiego, co skolonizować się dało. Język zarządzania stał się współczesną łaciną, lingua franca, wszyscy go znają i wszyscy w jakimś tam zakresie używają, często nie do końca świadomie, w przekonaniu, że jest to normalny sposób mówienia o świecie, zawierający kategorie takie jak „sprzedać”, „marketing”, „strategia” czy „inwestycja”. Jak każdy kolonizator, zarządzanie dokonało sporo zniszczeń w naszym systemie wartości, języku, stylu życia.

Jednak, tak samo jak starożytny Rzym, zarządzanie okazało się bardzo otwarte i eklektyczne. Wkraczając na nowe obszary, gdzie dotąd było niepotrzebne lub wręcz niedopuszczalne (jak sztuka czy religia), nie tylko narzucało własne standardy, ale też po prostu intensywnie się od nich uczyło. Brytyjscy socjologowie wnieśli w nauki zarządzania ogromną wiedzę i wrażliwość społeczną. Artyści rozwinęli kierunek art of management, który ma niesamowicie ciekawy dorobek. Językoznawcy i antropolodzy solidnie podbudowali metodologicznie badania jakościowe w naukach zarządzania. Nauki zarządzania, które od zawsze szczyciły się swoimi interdyscyplinarnymi aspiracjami, rzeczywiście stały się interdyscyplinarne i to w czasie, gdy inne dyscypliny nauki poszły w odwrotnym kierunku, ku fragmentaryzacji i specjalizacji. Właściwie każdy zagubiony doktorant, jakim i ja kiedyś byłam, może dziś znaleźć coś dla siebie, jeśli tylko starczy jej czy jemu cierpliwości, żeby przejrzeć obszerny biblioteczny katalog.

Jednocześnie ten rozkwit treści w nauce ma się nijak do treści edukacyjnych. Szkoły biznesu, zwłaszcza w Polsce, uczą wersji świata, która jest aż do bólu zawężona, wyretuszowana, odarta z wszelkich znamion rzeczywistości. Brytyjski profesor zarządzania, Martin Parker, tak oto pisał o tym zakłamywaniu rzeczywistości w „The Guardian” już w 2008 roku: „Czy możecie sobie wyobrazić studiowanie na Wydziale Biologii, gdzie uczą was tylko o zwierzętach czworonożnych, a pomijają milczeniem wszystkie pozostałe? Albo zostanie magistrem historii jako zwieńczenie studiów dziejów Staffordshire w XVII wieku? To właśnie robią szkoły biznesu”.

Jeśli to robią brytyjskie szkoły biznesu, to polskie ograniczają się do uczenia o psach rasowych i rodach szlacheckich ze Staffordshire. Przeciętny polski student zarządzania nie ma pojęcia o istnieniu art of management i boi się pomyśleć, że nie wszystko musi przynosić zysk. Nawet jeśli nie ma na to szans ani ku temu najmniejszego przekonania, wyrwany do odpowiedzi mówi, że chce zostać menedżerem lub przedsiębiorcą (dopiero w głębszej rozmowie opowiada o sobie więcej, także o swoich obawach i problemach z niedostosowaniem do tego, co mówić „należy”). Uniwersytet ma otwierać horyzonty, uczyć odwagi myślenia i czytania ze zrozumieniem. Szkoły zarządzania, mimo tak świetnych warunków, robią coś dokładnie odwrotnego.
Martin Parker uważa, że szkoły biznesu bardziej szkodzą niż pomagają, zwłaszcza w obecnych czasach, gdy wokół nas upada system polityczno-ekonomiczny i sytuacja domaga się nowych idei, rozwiązań i pomysłów, coraz bardziej w trybie alarmowym. Tymczasem szkoły biznesu upajają i usypiają całkowicie zideologizowanym przesłaniem, przekazywaniem wersji świata, której nie potwierdza żadna z teorii naukowych, bywa, że współtworzonych przez te same osoby, które wykładają treści niezgodne z nauką. Szkoły zarządzania pełne są małych Galileuszów. Wkrótce ma się ukazać książka Martina Parkera „Shut down the business schools” (nakładem Pluto Press), która przedstawia powagę sytuacji. To nie jest tylko kwestia produkowania wiedzy niestosowanej i wykładania wiedzy niepotrzebnej, ale problem znacznie poważniejszy – zachęcania ludzi do przyjmowania postaw szkodliwych społecznie. Jakiś czas temu recenzowałam pracę doktorską młodej badaczki z UW, Anny Kuźmińskiej, która przekonująco zademonstrowała, że pewien rodzaj edukacji ekonomicznej rozwija postawy aspołeczne, egocentryczne, pozbawione empatii.

Wracając do Martina Parkera, to radzi on likwidację edukacji biznesowej, ale nie nauk zarządzania. Wielokrotnie i w wypowiedziach publicznych i prywatnych wyrażał przekonanie, które i ja bardzo popieram, że należałoby przekształcić uniwersyteckie wydziały zarządzania w wydziały nauk organizacji. Nie jest to żadna wielka rewolucja – gdy studiowałam zarządzanie w Polsce, kończyłam studia organizacji i zarządzania i taki tytuł mam w dyplomie. Ale co z pozostałymi szkołami, niepublicznymi, wydziałami politechnik, uczelni artystycznych, instytutami? Czy mają zniknąć?

W Wielkiej Brytanii chyba szczególnie powszechna jest wśród akademików świadomość, że kończy się pewna epoka. Dlatego jest sporo rozmów o przyszłości. Słyszałam niedawno pomysł, który bardzo mi się spodobał. Szkoły zarządzania mogłyby z pożytkiem dla wszystkich przestawić się na edukację obywatelską, stać się szkołami społeczeństwa obywatelskiego. Takie szkoły są bardzo potrzebne, dokładnie w takim zakresie, w jakim obecnie funkcjonują szkoły biznesu. Koniecznie trzeba edukować wyborców, posłów, aktywistów partyjnych, dziennikarzy, kandydatów na reprezentantów władz, właściwie wszystkich pragnących aktywnie uczestniczyć w życiu społecznym i politycznym, żeby nie pogrążała nas pasywność, nieświadomość konsekwencji, fałszywe wiadomości, zastępowanie kampanii politycznych marketingowymi, żeby nie zdarzały się naszym posłom takie wpadki, jak ostatnio polskiej opozycji, której postępowanie doprowadziło do odrzucenia w pierwszym czytaniu obywatelskiego projektu ustawy. Z płynnością, jaką teraz posługujemy się hasłami takimi jak „zysk” czy „reklama”, moglibyśmy już w ciągu kilku lat zaczynać używać pojęć takich jak „trójpodział władzy” czy „prawa obywatelskie”. Co więcej, my od zarządzania sporo na te tematy faktycznie wiemy i moglibyśmy z marszu o nich wykładać.

Bańka edukacji menedżerskiej jest bardzo długotrwała, ale na pewno kiedyś pęknie, być może niedługo. I nie będzie to zła wiadomość. Oczywiście, jeśli będziemy bardziej jak roztropni Jezuici, niż jak nierozsądni wyznawcy Świątyni Ludu, którzy popełnili zbiorowe samobójstwo w 1978 roku w Gujanie.

prof. Monika Kostera

Danger. €uro. Keep out?

Danger. €uro. Keep out?

Wspólna waluta europejska stała się projektem, który przedstawiany jest jako szczytowe osiągnięcie europejskiej integracji. Jako instrument, za sprawą którego procesy zjednoczeniowe w Europie nabrały jeszcze większego rozmachu i przyspieszenia. Zwłaszcza w środowiskach euroentuzjastycznych wskazuje się ją jako przedmiot pożądania wszystkich krajów, które znajdują się obecnie poza strefą euro.

Posiadanie euro staje się wręcz papierkiem lakmusowym pozwalającym stwierdzić poziom rozwoju danego państwa i jego dostosowania do standardów unijnych. Kraje, które nie wchodzą w skład dziewiętnastki (oprócz Danii, Szwecji i Wielkiej Brytanii, z której członkostwem unijnym mamy jak wiadomo pewien problem), prezentowane są jako te, które nie zdołały spełnić określonych wymagań, czyli tzw. kryteriów konwergencji w zakresie inflacji, długu publicznego, deficytu budżetowego, stóp procentowych czy stabilizacji kursu wymiany walut. Z własnej winy więc pozostają poza elitarnym klubem, na który jednak z tęsknotą spozierają i nieustannie do niego aspirują. Euro w tym ujęciu stanowi ostateczny sprawdzian czy glejt europejskości wydawany przez Radę Unii Europejskiej.

W naszym kraju również od dłuższego czasu trwa dyskusja na ten temat. Podnoszone są głosy o potrzebie jak najszybszego spełnienia przez Polskę kryteriów spójności, aby móc wystąpić o dopuszczenie do eurostrefy. Zdaniem niektórych miałoby to przynieść liczne błogosławione skutki, jak np. przyspieszenie dynamiki wzrostu gospodarczego, rozwój rynków finansowych, zwiększenie konkurencyjności i atrakcyjności polskiego rynku inwestycyjnego itp. Autorzy listu otwartego do premiera Mateusza Morawieckiego, który ukazał się na łamach „Rzeczpospolitej” 2 stycznia 2018 r. (m.in. Marek Belka, Henryka Bochniarz, Marek Goliszewski, Stanisław Gomułka, Jerzy Hausner, Wiesław Rozłucki, Witold M. Orłowski) stwierdzają wręcz apodyktycznie, iż mamy tutaj do czynienia z wyborem: euro albo Rosja. Zdaniem autorów tego listu, „produkt krajowy brutto strefy euro dynamicznie rośnie, napędzając koniunkturę w naszym kraju”, w związku z tym nie możemy tracić ani chwili. Wszystkie te tezy, wydawałoby się oczywiste i niepodważalne, kwestionowane są jednak otwarcie przez amerykańskiego noblistę w dziedzinie ekonomii Josepha E. Stiglitza.

Główną tezę monumentalnej książki zawarł już w samym jej tytule: „Euro. W jaki sposób wspólna waluta zagraża przyszłości Europy”. Jak widać, Stiglitz nie zadaje pytania „czy?”, nie zastanawia się nad istnieniem lub nieistnieniem takowych niebezpieczeństw, ale jasno stwierdza, że mamy z nimi do czynienia oraz usiłuje je wskazać. Można byłoby zrzucić winę na pochodzenia autora – euro przecież od początku było lansowane jako przeciwwaga dla dolara, mająca uczynić z Europy wiodącą gospodarkę świata. Stąd też mieliśmy do czynienia z pewnymi napięciami na linii dolar – euro. Ujawniało się to nawet przy okazji tak marginalnych spraw jak muzyka rozrywkowa. Ponad 10 lat temu dość duże ożywienie w USA wywołał videoclip do piosenki rapera Jaya Z pt. „Blue magic”, w którym ten pokazał walizy wypchane nie dolarami, lecz banknotami euro. O tym, w jaki sposób poruszyło to opinię publiczną w Stanach Zjednoczonych świadczy fakt, iż specjalną audycję temu poświęconą wyemitowała m.i. stacja CNN i to nie w sekcji dotyczącej rozrywki, ale biznesu. Widziano w tym bowiem dowód na słabnącą pozycję dolara oraz coraz większe kłopoty amerykańskiej gospodarki.

Jednak w żaden sposób nie możemy odnieść tego rodzaju stwierdzeń do amerykańskiego ekonomisty, zarzucić mu reprezentowania interesów amerykańskich czy też amerykocentrycznego spojrzenia na problemy Europy. Mamy u niego do czynienia z niekłamaną troską o sprawy europejskie, kondycję gospodarczą państw Starego Kontynentu, przebieg i charakter dokonujących się na nim procesów integracyjnych. Dawał temu zresztą wyraz w praktyce, działając jako doradca premiera Grecji Jorgosa Papandreu, doradca rządu szkockiego, wspomagając Jeremy’ego Corbyna w wyścigu o przywództwo w brytyjskiej Partii Pracy czy biorąc  udział w madryckim „I Foro Social del 15M”, gdzie wyraził poparcie dla całego ruchu antyoszczędnościowego w Hiszpanii.

Za główną tezę książki Stiglitza można uznać przekonanie, że wprowadzenie wspólnej waluty obniżyło zdolność krajów eurostrefy do reagowania na zmieniające się warunki w światowej gospodarce,  spowodowane głównie kryzysem finansowym oraz ekspansją Chin. Gdyby Grecja miała własną walutę, mogłaby w reakcji na kryzys doprowadzić do jej dewaluacji. Stanowiłoby to atrakcyjną zachętę dla turystów, w Grecji byłoby po prostu taniej, dzięki czemu dochód narodowy szybko by się zwiększył. Korekta kursu walutowego mogłaby mieć też na celu zniechęcenie do importu oraz wpłynąć dodatnio eksport, Grecja bowiem cierpiała na deficyt bilansu płatniczego, importowała więcej niż produkowała. Wreszcie Bank Centralny mógłby obniżyć stopy procentowe, czyli zrobić coś odwrotnego niż uczynił Europejski Bank Centralny.

Tymczasem wiodąca narracja propagowana przez kraje wielkiej Trojki na czele z Niemcami szukała przyczyn kryzysu gdzie indziej: w rzekomych mało elastycznych rynkach pracy funkcjonujących w poszczególnych krajach, skłonności do korupcji, marnotrawstwie czy nawet wrodzonym lenistwie. Tego rodzaju diagnoza powodowała, iż remedium na kłopoty szukano przede wszystkim w zmianie struktury gospodarczej krajów, które najmocniej dotknął kryzys. Polegało to na osłabieniu roli związków zawodowych, zmianie prawa pracy czy systemu podatkowego. Jak jednak wskazuje Stiglitz, jeśli te czynniki miałyby być źródłem kłopotów takich krajów jak Grecja, to ich stan gospodarczy powinien być równie katastrofalny przed kryzysem, jak po nim. Tymczasem przed kryzysem Grecja, Hiszpania, Irlandia, Portugalia czy Włochy notowały wzrost, czasami nawet powyżej średniej w strefie euro.

Zdaniem Stiglitza, projekt wspólnej waluty w Europie od początku skazany był na niepowodzenie z kilku względów. Przede wszystkim Europa stanowi zbyt zróżnicowany organizm, aby w prosty sposób można było łatwo wprowadzić tego rodzaju rozwiązania. Oczywiście kontrprzykładem w takim przypadku będą Stany Zjednoczone obejmujące obszar dwukrotnie większy niż kraje UE, dodatkowo również przecież mocno zróżnicowany pod względem gospodarczym, klimatycznym, kulturowym czy rozkładu bogactwa. Jednakowoż w przypadku USA, jak wskazuje autor, wprowadzono określone instytucje umożliwiające istnienie wspólnej waluty, o które nie zadbano w Europie. Po pierwsze, jeśli jakiś stan amerykański przechodzi gospodarcze trudności, dokonuje się z migracja z tych terenów, która nie stwarza żadnych problemów. Na terenie całego USA obowiązuje bowiem ten sam język, a podstawowe programy społeczne takie jak Social Security czy Medicare mają zaś zasięg ogólnokrajowy. W Europie zaś pod tym względem mamy do czynienia z barierami językowymi, kulturowymi oraz problemami odnośnie do prawa wykonywania zawodu. Kolejny mechanizm to pomoc od rządu federalnego dla stanu, który popadnie w kłopoty finansowe w postaci takich programów jak Medicaid, Medicare czy SNAP. W czasach kryzysu rząd federalny bierze na swoje barki dużą część kosztów związanych z bezrobociem. Tymczasem w Europie jeśli jakiś kraj popadnie w tarapaty, lokalny rząd, mimo spadających przychodów, musi znaleźć dodatkowe środki na świadczenia socjalne. Ponadto rząd federalny może udzielić bezpośredniej pomocy finansowej takiemu stanowi, podczas gdy europejski budżet na poziomie centralnym jest mikroskopijny i nie zawiera tego rodzaju funduszy (budżet Unii to ok. 1% jej PKB, budżet władz federalnych w USA wynosi zaś 20% PKB). Wreszcie zaś system bankowy funkcjonujący w USA ma charakter narodowy – jeśli jakaś instytucja finansowa popadnie w kłopoty, ratunek przychodzi ze strony określonej agencji federalnej. W Europie natomiast każdy kraj odpowiada za swój system bankowy.

W zamierzeniu projektodawców eurostrefy, wspólna waluta miała przyczynić się do niwelowania różnic pomiędzy poszczególnymi krajami, zbliżania ich pod względem gospodarczym i poziomu życia. To z kolei miałoby zaowocować większą integracją na innych płaszczyznach. Tymczasem brak jakichkolwiek instrumentów, które pozwalałyby na prowadzenie polityki w tym kierunku, spowodował, iż różnice jeszcze się powiększyły. O ile kilka lat temu PKB per capita w Portugalii wynosił 57% Niemiec, to w 2016 r. dysproporcje te nie zmniejszyły się, lecz wzrosły i PKB per capita Portugalii wynosi zaledwie 48% niemieckiego, w przypadku zaś Estonii będzie to 38%,  Litwy natomiast  34%.  Rozbieżności te widoczne są również np. w kwestiach bilansu handlowego poszczególnych krajów. Niemcy od dawna mają olbrzymie nadwyżki handlowe, w procencie PKB prawie dwukrotnie wyższe od chińskich. Tymczasem suma deficytów musi równoważyć nadwyżki – skoro jedno państwo skupia większą ich część, pozostałe muszą być na minusie. Z definicji więc, nie wszystkie kraje mogą posiadać nadwyżki w handlu, bo wzrost nadwyżki jednych odbywa się kosztem powiększania deficytu innych, co skutkuje zmniejszonym popytem wewnętrznym i zwiększeniem ryzyka bezrobocia. Kumulowanie nadwyżek prowadzi do osłabienia popytu. Niektóre państwa nie wydają całego dochodu, a zbyt niski popyt spowalnia rozwój gospodarczy.

W strefie euro nie zrobiono dotychczas nic, aby ukrócić proceder nadmiernego odkładania środków. Efektem tego wszystkiego są zjawiska, które jeszcze bardziej intensyfikują problemy i pogłębiają nierówności: ucieczka kapitału z krajów dotkniętych kryzysem, migracja za pracą powodująca depopulację niektórych regionów i tzw. drenaż mózgów, zmniejszanie poziomu inwestycji publicznych czy powiększanie się dysproporcji technologicznych. Polityka cięć, zalecana jako remedium dla krajów ogarniętych kryzysem, wzmacnia jeszcze bardziej te niekorzystne tendencje, jako że nikt nie lubi inwestować w niepewnych miejscach czy pracować w krajach, gdzie płace spadają, a wraz z nimi pogarsza się jakoś usług publicznych. Wszystko to coraz bardziej nakręca spiralę recesji.

Pakiety pomocowe, które narzucono  krajom najbardziej pogrążonym w kryzysie, tylko go pogłębiły, dodatkowo osłabiając jedność, o którą przez lata w Europie walczono. Pomimo tego, wbrew liczbom i faktom, obwieszczono sukces tej polityki. Stiglitz przedstawia szczegółowo założenia pakietów pomocowych i skutki, jakie one przyniosły. Robi to przede wszystkim na przykładzie Grecji, co nie może dziwić w związku z jego zaangażowaniem w pomoc rządowi tego kraju. Jednak można to ekstrapolować również na inne państwa w rodzaju Hiszpanii czy Portugalii. Bezpośrednim celem programów pomocowych było doprowadzenie do stanu, w którym kraje nie musiałyby się już dalej zadłużać. Uznano, iż zostanie to zapewnione dzięki zmniejszeniu wydatków wraz z jednoczesnym podniesieniem podatków. Jednak, jak można było się spodziewać, polityka cięć doprowadziła do spowolnienia gospodarczego, które zaowocowało mniejszymi wpływami budżetowymi i zwiększeniem środków przeznaczanych dla rosnącej liczby bezrobotnych oraz na sferę socjalną.

W efekcie, jak konkluduje autor, pakiety pomocowe pomogły jedynie europejskim bankom, które zaczęły ściągać długi od państw pogrążonych w kryzysie, w żaden sposób natomiast nie przyczyniły się do poprawy kondycji gospodarczej tych krajów. „Wydawało się, że celem tych programów było raczej ratowanie euro, a nie troska o dobrobyt obywateli” (s. 278). Można powiedzieć, iż w równym stopniu przysłużyły się transnarodowym korporacjom, których zyski powiększyły się kosztem rodzimych przedsiębiorstw (taki charakter miały wprowadzone w Grecji regulacje dotyczące mleka, chleba, handlu lekami, długości godzin otwarcia sklepów). Pod różnymi górnolotnymi hasłami kryła się chęć zapewnienia międzynarodowym sieciom handlowym dostępu do greckiego rynku oraz wzmocnienia tych podmiotów. W momencie, kiedy bezrobocie wśród młodych w Grecji przekroczyło 60%, debatowano nad tym, ile może ważyć chleb lub jak stare może być mleko, żeby wciąż można było nazywać je „świeżym”. Programy narzucone przez strefę euro zakończyły się sukcesem w jednym znaczeniu: „francuskie i niemieckie banki odzyskały swoje pieniądze […] a na rachunkach bieżących krajów dotkniętych kryzysem przywrócona została równowaga. Był to warunek konieczny, aby bogatsze państwa mogły wytransferować z nich zasoby” (ss. 308-309).

Zdaniem Stiglitza, rachunek zysków i strat, jaki powinny sporządzić kraje dotknięte kryzysem oraz późniejszymi działaniami „naprawczymi”, przedstawia się ujemnie. Mieliśmy do czynienia z niewielkimi korzyściami związanymi z napływem kapitału w okresie od wprowadzenia euro do 2008 r. oraz z ogromnymi kosztami wynikającymi z kryzysu, którego korzenie immanentnie tkwią w unii monetarnej. Jego zalążki dojrzewać miały już w pierwszej dekadzie od stworzenia euro, a nasilenia problemów należy spodziewać się w przyszłości. Dowodem na to może być również porównanie wzrostu gospodarczego w krajach eurostrefy z państwami UE nieużywającymi euro. W 2015 roku państwa spoza strefy euro, pomijając kraje Europy Wschodniej, odnotowały wzrost o 8,1%  wyższy niż w 2007 r., natomiast eurogrupa na poziomie 0,6%. W przypadku krajów Europy wschodniej wskaźniki te były jeszcze wyższe, np. Polska 28%, Rumunia 12%.

Euro stało się przyczyną kryzysu z jeszcze jednego powodu, na który nie zawsze zwraca się uwagę. Chodzi o fakt, iż kraje zadłużały się we własnej walucie, nad którą jednak nie miały żadnej kontroli. Za sprawą tego dokonał się transfer władzy, która zaczęła być nadużywana, a unia walutowa ze związku równych państw podejmujących wspólne decyzje i wspólny wysiłek,  przemieniła się w agencję ściągającą długi na rzecz bogatych krajów, na czele z Niemcami. Kraje, które znalazły się w tarapatach finansowych, nie mogły już po prostu dodrukować pieniądza i wypuścić go na rynek, nie miały bowiem żadnej kontroli nad własną walutą. Aby prowadzić skuteczną politykę makroekonomiczną, poszczególne kraje potrzebują bowiem stóp procentowych na odpowiednich poziomach oraz elastycznego kursu waluty. Stiglitz ilustruje to tego rodzaju przykładem: „gospodarka niemiecka się przegrzewa, wisi nad nią groźba inflacji. Naturalną reakcją rządu w Berlinie jest chęć podniesienia stóp procentowych. Ale jeśli w tym samym czasie Grecja zmaga się z bezrobociem, stopa procentowa powinna spaść. Sęk w tym, że unia monetarna uniemożliwia tego typu działania. Jak pokazaliśmy na przykładzie Stanów Zjednoczonych, brak możliwości samodzielnego ustalania stóp procentowych może zostać złagodzony dzięki wprowadzeniu innych mechanizmów adaptacyjnych oraz odpowiednich instytucji. Tyle że Unia nigdy o takowe nie zadbała” (s. 141).

Europejski Bank Centralny posiada bardzo ograniczone kompetencje. W jego gestii leżą głównie sprawy związane z inflacją, co więcej, jak podkreśla Stiglitz, mamy w przypadku tej instytucji do czynienia ze swoistym zafiksowaniem na jej punkcie, przekonaniem, że jedynym wystarczającym warunkiem dobrej kondycji makroekonomicznej jest niska inflacja. Polityka tego rodzaju w czasach kryzysu miała przyczynić się do mniejszego wzrostu i większej niestabilności. Wynika to zarówno z neoliberalnego paradygmatu, który tam obowiązuje, jak i ze zwykłej pragmatyki. Inflacja redukuje realną wartość zadłużenia, wspierając tym samym kredytobiorców kosztem wierzycieli. „Jean-Claude Trichet, szef EBC w okresie poprzedzającym kryzys, wiedziony pogonią za stabilnością cen, przyczynił się znacząco do zwiększenia nierówności. W latach 2008-2011 wielokrotnie powtarzał, że Europa potrzebuje większej elastyczności płac (piękny eufemizm, za którym kryją się po prostu niższe zarobki. Jest to także doskonały przykład zagrania w stylu »zrzuć winę na ofiarę« […] Pracowników i pracownice obarcza się winą za wysokie bezrobocie, ponieważ mają oni rzekomo domagać się zbyt wysokich płac oraz umów zawierających jakiekolwiek zabezpieczenia społeczne). Oczywiście redukcja zarobków na krótką metę opłacała się korporacjom i ich właścicielom – ale, podkreślam, tylko na jakiś czas. Powinni oni bowiem zdawać sobie sprawę, że Europa wychodząca z kryzysu boryka się z niedostatecznym popytem, a niskie płace osłabiają go jeszcze bardziej, co prowadzi jedynie do pogłębienia recesji” (s. 215). Kryzys zresztą był poniekąd ostatecznym sprawdzianem tezy na temat pożytków płynących z niezależności banków centralnych (w tezie o konieczności tego rodzaju rozwiązań  Stiglitz widzi notabene ledwie maskowaną niechęć do demokracji) – te kraje, w których instytucje te miały ograniczoną autonomię, zniosły załamanie gospodarcze o wiele lepiej.

Co zatem w tej sytuacji zrobić? Czy istnieją jakieś sposoby przezwyciężenia istniejącego impasu? Stiglitz zarysowuje trzy alternatywy dla istniejącego stanu rzeczy. Najlepszym wyjściem wedle niego byłaby gruntowna naprawa istniejącego systemu w oparciu o hasło „więcej Europy”. Jest to jego zdaniem jednocześnie scenariusz najmniej realny. Euro bowiem można, wedle niego, uratować, ale nie za wszelką cenę, nie jeśli kosztem mają być recesje, załamania gospodarcze, rosnące nierówności i wysokie bezrobocie. Należy jednak wprowadzić kilka zasadniczych zmian, jeżeli chodzi o najważniejsze zasady rządzenia strefą euro, jak i podstawy gospodarcze, na których się ona opiera. Każdą z nich omawia szczegółowo, wskazując, w jaki sposób winna być wdrażana i w oparciu o jakie zasady powinna funkcjonować. Są to: unia bankowa zakładająca wspólne ubezpieczenie depozytów i te same procedury dla wszystkich; uwspólnienie długu zapobiegające nadmiernym przepływom na rynku pracy – w dobie powszechnej mobilności wiązanie zadłużenia z konkretnym miejscem, jak pisze, wydaje się być bezsensowne; wprowadzenie wspólnych ram dla stabilności będących gwarantem dobrobytu na całym kontynencie (stworzenie funduszu solidarnościowego,  stabilizacja polityki fiskalnej, regulacje zapobiegające ekscesom w rodzaju „baniek spekulacyjnych” itp.); rzeczywista polityka spójności (zniechęcanie do posiadania nadwyżek przez państwa w strefie euro, rozwój infrastruktury publicznej w rejonach zapóźnionych itp.); promocja pełnego zatrudnienia i polityki wzrostu w całej Europie; mocniejsze zaangażowanie na rzecz dobra wspólnego wyrażające się m.in. przesunięciem o wiele większej odpowiedzialności za redystrybucję na szczebel unijny czy opodatkowaniu na poziomie Unii wszystkich dochodów powyżej pewnego progu np. 250 tys. euro rocznie.

Drugie rozwiązanie to rozwód. Stiglitz podkreśla, że w takim przypadku należy dołożyć wszelkich starań, aby okazał się on najmniej bolesny i projektuje jak mogłoby to wyglądać. Przy czym nie oznacza on powstania automatycznie 19 odrębnych walut, rozwiązaniem mogą być 2 lub 3 odrębne unie walutowe. Wskazuje też, że w przypadku kontrolowanego rozłamu w strefie euro najbardziej sensownym wyjściem byłoby opuszczenie jej przez Niemcy, a nie przez kraje peryferyjne. Jak konstatuje: „wiele osób w Europie będzie zasmuconych śmiercią euro. Ale nie jest to jeszcze koniec świata: waluty przychodzą i odchodzą. Euro było zaledwie siedemnastoletnim eksperymentem, słabo przemyślanym i zaprojektowanym w taki sposób, aby źle funkcjonować. Pamiętajmy, że projekt europejski, wizja zjednoczonej Europy to coś o wiele więcej niż tylko umowa monetarna. Wspólna waluta miała zwiększyć solidarność, wesprzeć dalszą integrację i przynieść dobrobyt. Żaden z tych celów nie został osiągnięty” (s. 387).

Trzecie wyjście nazwano „elastycznym euro”. Jest to koncepcja bazująca na dotychczasowych osiągnięciach unii monetarnej i wykorzystująca je. Zakłada ona istnienie systemu, w którym państwa lub grupy państw będą posiadały własne euro, których wartość byłaby zmienna. Po jakimś czasie, kiedy wykształci się odpowiednia solidarność, różnice te mogłyby być niwelowane. W ramach dzisiejszej eurostrefy funkcjonowałoby zatem kilka odrębnych obszarów walutowych posiadających własną elektroniczną walutę.

Euro, jak widzimy, nie jest zdaniem Stiglitza skazane na klęskę. Można je uratować, jednakże nie może to stanowić celu samego w sobie. Celem głównym jest osiągnięcie solidarności i europejskiego dobrobytu, w czym wspólna waluta winna pomagać. Tak się jednak w tym momencie nie dzieje – co gorsza, euro staje się jego zdaniem zagrożeniem dla przyszłości Starego Kontynentu. Euro od swego zarania w mniejszym stopniu było projektem ekonomicznym niż politycznym, a w największym stopniu prawdopodobnie stanowiło projekt ideologiczny. Za jego sprawą miało dojść do pogłębienia procesu integracji na kontynencie, która wydawała się niedostateczna. Dziś możemy powiedzieć, że działania w tym kierunku okazały się wręcz przeciwskuteczne. Trzeba też pamiętać, że cały projekt unii monetarnej powstawał w czasach wielkiego optymizmu i dominacji myślenia w kategoriach neoliberalizmu czy rynkowego fundamentalizmu. Wedle niego polityka gospodarcza rządu winna ograniczać się tylko do utrzymywania inflacji na niskim poziomie, a wówczas rynki same zapewnią wzrost i powszechny dobrobyt. Do dziś wyraźnie to nad nim ciąży.

Można powiedzieć, że Stiglitz, nawołując do porzucenia euro, czyni to z pozycji euroentuzjastycznych. Podkreśla, że Europa powinna zdecydować się na rezygnację z niego po to, aby ratować coś donioślejszego, projekt o wiele ważniejszy dla niej samej i dla całego świata, tzn. polityczną jedność. Omawiana książka, będąc swego rodzaju diagnozą oraz programem naprawczym, może być przyjmowana rozmaicie. Nie sposób jednak odmówić autorowi śmiałości w formułowaniu tez i szerokości spojrzenia na analizowaną problematykę. Niezwykle cenne jest niewątpliwie osadzenie przez niego rozważań dotyczących euro w szerszym kontekście – wskazywanie jak problemy eurostrefy oddziałują na kwestie związane z kryzysem migracyjnym, wolnym handlem światowym, tendencjami separatystycznymi, prawami człowieka, globalizacją itp. Spektrum zagadnień poruszanych przez niego przy tej okazji jest naprawdę imponujące. Jednocześnie daje on oręż tym wszystkim, którzy nie zgadzają się na prymitywne dychotomie wykorzystywane zwłaszcza w politycznych przepychankach w rodzaju, euro albo Rosja, UE albo Białoruś.

    dr hab. Rafał Łętocha

Joseph E. Stiglitz, Euro. W jaki sposób wspólna waluta zagraża przyszłości Europy, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017.

euro-joseph-stiglitz

Ultrasi czterech kółek

Ultrasi czterech kółek

Zima to ta pora roku, która najdobitniej unaocznia, że ruch samochodowy jest realnym problemem obniżającym poziom życia w Polsce. Okres świąteczno-noworoczny zawsze przynosi śmiertelne żniwo wśród fanatyków szybkiej jazdy oraz amatorów prowadzenia auta po pijaku. Trudniejsze niż zwykle warunki drogowe jeszcze zwiększają poziom zakorkowania polskich miast, który już i tak jest ogromny nawet w piękne wiosenne dni. Natomiast sezon smogowy sprawia, że częściej niż zazwyczaj zwracamy uwagę na stan powietrza. Oczywiście smog jest przede wszystkim skutkiem ogrzewania domów, jednak w miastach ruch samochodowy odczuwalnie się dokłada do złego stanu powietrza. Zbyt duża w stosunku do polskich realiów skala ruchu samochodowego uderza w nasze najbardziej podstawowe potrzeby – bezpieczeństwo, zdrowie oraz ilość czasu do dyspozycji.

Autem za wszelką cenę

Ranną podróż autobusem do pracy zawsze umilałem sobie puszczaną w słuchawkach muzyką oraz obserwacją kierowców stojących w korkach. Mieszkam w jednej z południowych dzielnic Katowic, więc okazji miałem ku temu co niemiara. W drodze z południa do centrum mija się co najmniej kilka wąskich gardeł, z którymi od lat władze lokalne nie do końca wiedzą co zrobić. Zawsze zwracały moją uwagę dwa fakty. Po pierwsze niemal we wszystkich autach siedział tylko kierowca, a po drugie – zdecydowana większość stanowiły samochody na katowickich rejestracjach, chociaż połączenia autobusowe z południa są zupełnie przyzwoite, z mojego osiedla autobus odjeżdża regularnie co 10 minut. Infrastruktura dzielnic południowych jest zwykle położona blisko, więc najczęściej nie ma potrzeby dowożenia dziecka do przedszkola czy szkoły, można spokojnie je odprowadzić. Jeżdżę samochodem od kilkunastu lat, jednak nie wyobrażam sobie, jak można w zwykły dzień pracy jechać do centrum autem – męczyć się ze znalezieniem miejsca parkingowego, potem dreptać 15 minut do biura, w zimie jeszcze odśnieżać pojazd itd. I na dodatek płacić za całą tę „przyjemność” dużo więcej niż za dojazd komunikacją publiczną. Tymczasem w mojej pracy były osoby, którym cały dojazd autem z dojściem z parkingu włącznie zajmował więcej czasu niż dojście na piechotę lub podjechanie dosłownie kilku przystanków tramwajem.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wielu Polaków musi dojechać własnym autem z powodu braku połączeń z miejscem zamieszkania lub ze względu na konieczność załatwienia spraw –  odebrania dziecka z daleko położonej placówki lub zrobienia tygodniowych zakupów. Takie sytuacje są zupełnie zrozumiałe, jednak nawet pobieżna obserwacja codzienności dowodzi, że Polacy masowo korzystają z aut nie tylko wtedy, gdy nie jest to niezbędne, ale nawet wtedy, gdy jest to dużo mniej komfortowe i opłacalne.

Według związku ACEA, liczba zarejestrowanych w Polsce w 2015 roku wyniosła 628 na tysiąc mieszkańców, co było czwartym wynikiem w UE. Z większych krajów wyprzedzały nas jedynie Włochy (poza nimi przed Polską były Malta i Luksemburg) z 706 pojazdami na tysiąc osób. W Niemczech, w których przemysł samochodowy jest jednym z największych powodów do dumy, wskaźnik ten wynosi 593, w Wielkiej Brytanii 587, na Słowacji 438, a na Węgrzech zaledwie 372. Oczywiście wielu zauważa, że te dane są zawyżone, gdyż wiele samochodów w Polsce nie jest wyrejestrowywanych. Zapewne, tylko że tak jest we wszystkich krajach. Trudno dać wiarę, że wszystkie narody w Europie grzecznie biegną do wydziałów komunikacji zaraz po skasowaniu auta, a tylko Polacy masowo ignorują ten obowiązek. Dane ze wszystkich krajów są zawyżone, więc sama liczba 628 jest zapewne niedokładna, jednak bez wątpienia w stosunku do innych państw liczba samochodów w Polsce jest bardzo wysoka.

Nie ma więc co się dziwić, że nasze miasta należą do najbardziej zakorkowanych na kontynencie. Według Tomtom Traffic Index, Łódź jest najbardziej zakorkowanym miastem Europy, wyprzedzającym Bukareszt i Moskwę. Na 12. miejscu znajduje się Lublin, wyprzedzając między innymi czternasty Paryż. Siedemnasty Kraków wyprzedza osiemnaste Ateny, a znajdująca się na 19. miejscu Warszawa wyprzedza o jedno oczko Lizbonę. Wrocław (26. miejsce) jest zaraz nad Stuttgartem, a Poznań (29. miejsce) nad Kolonią.

Śmierć na czterech kołach

Zbyt duża liczba pojazdów to nie tylko korki, ale też gorszy stan powietrza. Polska rocznie emituje średnio 3,5 kg pyłów zawieszonych PM10 na osobę. To ósmy najwyższy wynik w UE – średnia unijna wynosi kilogram na osobę mniej. Podobnie jest z pyłami PM2.5 –  emitujemy ich rocznie 1,84 kg na osobę, co jest siódmym wynikiem w UE, przy średniej UE wynoszącej 1,38 kg. Oczywiście ruch samochodowy odpowiada za mniejszość tej emisji. Spaliny samochodowe odpowiadają za około 7 procent emisji pyłów zawieszonych, a kolejne kilka procent dokładają ścierane opony i klocki hamulcowe. Jednak w miastach, w których zanieczyszczenie powietrza jest szczególnie uciążliwe, udział ruchu samochodowego jest znacznie wyższy niż w skali kraju. Szacuje się, że w Warszawie ruch samochodowy odpowiada za ponad połowę zanieczyszczenia powietrza, a w Krakowie za jedną trzecią.

Fatalny stan powietrza w Polsce realnie odbija się na zdrowiu Polaków. Wskaźnik śmiertelności z powodu raka płuc wynosi nad Wisłą 69 przypadków na 100 tys. osób. Średnia unijna to tylko 54. W Niemczech śmiertelność z powodu raka płuc wynosi 51, na Słowacji równe 50, a w Szwecji zaledwie 39.

Ruch samochodowy zbiera śmiertelne żniwo także bezpośrednio – w wyniku wypadków. Bardzo duża liczba śmiertelnych ofiar w Polsce to oczywiście w dużej części efekt złego stanu infrastruktury. Choćby dziurawych dróg, na których łatwo stracić kontrolę nad pojazdem, braku oświetlenia czy chodnika wzdłuż pobocza dróg w gminach wiejskich, a także dużej liczby przejść dla pieszych pozbawionych sygnalizacji świetlnej. Jednak bez wątpienia olbrzymią rolę gra żałosna kultura jazdy nad Wisłą oraz dosyć niskie umiejętności polskich kierowców. Oczywiście sami wyobrażamy sobie, że jesteśmy narodem mistrzów kierownicy, jednak prawda jest zupełnie inna – większość z nas nie potrafi zachować się w sytuacji nagłego poślizgu czy niespodziewanego ruchu innego pojazdu. A połączenie ignorancji i przekonania o własnej genialności to najgorszy możliwy koktajl, w wyniku którego młodzi właściciele BMW rozjeżdżają rodaków na pasach lub zabijają własnych przyjaciół siedzących na fotelach pasażerów. Nie wspominając już o skończonych chamach prujących lewym pasem na łeb, na szyję i wymuszających zjechanie na pas prawy.

Wskaźnik śmiertelności w wyniku wypadków komunikacyjnych wynosi w Polsce 10,3 przypadków na 100 tys. mieszkańców i jest czwartym najwyższym w UE. Wyprzedzają nas jedynie dwa kraje bałtyckie (Litwa i Łotwa) oraz Rumunia. Średnia unijna wynosi 5,8, a więc jest niemal dwa razy niższa. Szwedzi giną na drogach trzy razy rzadziej, a Brytyjczycy niemal cztery razy rzadziej. Także śmiertelność pieszych jest dosyć wstrząsająca – wskaźnik śmiertelności wynosi 3,2, a więc jest… trzykrotnie wyższy od średniej unijnej. Przypadki zabitych pieszych wracających z pasterki czy sylwestra, których było ostatnio sporo w mediach, nie są więc czymś okazjonalnym, lecz tragiczną codziennością polskich dróg.

Rozwiązanie: zakaz wjazdu

Konieczność ograniczenia ruchu samochodowego w Polsce wydaje się więc oczywista. Pojawiają się jednak pomysły zarówno dobre, jak i nietrafione. Zdecydowanie najbardziej przereklamowanym sposobem na ograniczanie ruchu samochodowego jest upowszechnianie transportu rowerowego. Przy polskim klimacie, w którym dosyć często pada, a temperatura spada poniżej 5 stopni, rower nigdy nie będzie masowym sposobem poruszania się. Jest on też środkiem transportu głównie dla osób młodych lub w średnim wieku, nie mających problemów z układem ruchu. Przede wszystkim jednak nieefektywnym środkiem transportu – w końcu to środek transportu indywidualnego. Zabiera niewiele mniej miejsca niż ruch samochodowy (oczywiście w hipotetycznej sytuacji przewożenia takiej samej liczby osób) i bardzo słabo komponuje się z ruchem pieszym, a to piesi powinni być grupą uprzywilejowaną w mieście. Efektywność ruchu rowerowego jest zupełnie nieporównywalna z transportem zbiorowym: tramwajami czy autobusami.

Bardzo złe są pomysły selektywnego wykluczania kierowców z ulic. Mowa np. o zakazie wjazdu do centrum starszych samochodów, emitujących więcej spalin, czy samochodów spoza danego miasta (takie pomysły pojawiają w Warszawie, co w przypadku stolicy jest szczególnie skandaliczne). De facto selektywne są także opłaty za wjazd do centrum, np. wysokości 30 zł, co poparła ostatnio nowa minister Jadwiga Emilewicz. Są one zwyczajnie niesprawiedliwe, gdyż uderzają w osoby mniej zamożne, których nie stać na opłatę lub zakup nowego samochodu. W ten sposób nie skłonimy do korzystania z komunikacji zbiorowej osób zamożnych, bo one tego nawet nie odczują, za to zrazimy do niej osoby mniej zamożne.

Dobra strategia ograniczania ruchu samochodowego jest więc dosyć prosta – to przede wszystkim wyłączanie z indywidualnego ruchu samochodowego coraz większych obszarów śródmiejskich, co będzie zmuszało do korzystania z transportu zbiorowego wszystkich, a nie tylko mniej zamożnych. Poza kijem należy oczywiście też stosować marchewkę, czyli zwiększać komfort i efektywność komunikacji publicznej. Zagęszczać siatkę połączeń, także w nocy i poza godzinami szczytu. Budować centra przesiadkowe, które pozwolą korzystać z komunikacji miejskiej również osobom spoza aglomeracji. Tworzyć buspasy, które pozwolą unikać korków autobusom, dzięki czemu będą one dowozić pasażerów szybciej niż prywatne auta. I budować nowe linie tramwajowe, gdyż to tramwaj jest najbardziej efektywnym środkiem transportu w mieście. Powyższe to żadne odkrycia, tylko „oczywiste oczywistości” znane od lat. Czas je wreszcie wprowadzić w życie, bo zbyt duży ruch samochodowy realnie wpływa na zmniejszenie standardu życia w Polsce. Ograniczenie ruchu samochodowego powinno być więc jednym z celów polityk publicznych w najbliższych latach – nawet za cenę jazgotu ultrasów motoryzacji.

  Piotr Wójcik

Odebrać prawicy monopol na krytykę UE

Odebrać prawicy monopol na krytykę UE

Obóz euroentuzjastów w krajach postkomunistycznych nie przestaje zachowywać się jak najpilniejszy uczeń w brukselskiej klasie, który posłusznie wkuwa na pamięć nawet te formułki, które bez szczególnej wiary wykłada już sam nauczyciel. Jeżeli lewica nie wybije się z tego obozu ze swoim niezależnym głosem i nie odbierze nacjonalistycznej prawicy monopolu na krytykę Unii Europejskiej, coraz trudniej będzie utrzymać poparcie dla integracji.

Chorwacki politolog Boris Buden w wydanej także w Polsce książce „Strefa przejścia”, zauważył, że po upadku reżimów realnego socjalizmu nawiązała się między Europejczykami ze Wschodu i Zachodu relacja pedagogiczna. Ci pierwsi mieli zostać przez tych drugich wychowani do wolności, nowoczesności, demokracji, kapitalizmu czy europejskości. Pokojowe rewolucje w dawnych „demokracjach ludowych” nie wywołały u zachodnich obserwatorów entuzjazmu znanego z przeszłych rewolucji. Nie zostały uznane za wydarzenia, które otwierają historię Europy na zupełnie nowy etap, który podda transformacji tak Wschód, jak i Zachód kontynentu. Postrzegano je jak dopełnienie dziejowej epopei Zachodu, która teraz zagości wreszcie za dotychczasową „żelazną kurtyną”. Transformacja Wschodu miała być transformacją w Zachód, w ślad za słowami popularnego wówczas przeboju grupy Pet Shop Boys: Go West / Life is peaceful there / There in the open air / Where the skies are blue / This is what we gonna do.

W szkole europejskości

Jednak obietnica „doganiania Zachodu” czy „powrotu do Europy” okazała się ideologiczną bujdą. Akcesja do UE odbyła się dla nowych państw członkowskich na warunkach peryferyjnych. Zajęły one podrzędne miejsce w gospodarczym podziale pracy, zlikwidowały lub oddały za bezcen znaczną część swojego potencjału przemysłowego, wyspecjalizowały się jako montownie zachodniego kapitału z tanią siłą roboczą, którą na dodatek można było eksportować. Systemy polityczne byłych krajów postkomunistycznych zareagowały na tę nową rzeczywistość polaryzacją. Z jednej strony ukształtował się obóz euroentuzjastów, przyjmujący pozycję najlepszego ucznia w klasie, który zasiada w pierwszej ławce i stara się zaimponować belfrowi. Z tyłu klasy zasiadły ugrupowania eurosceptyczne, które na zajęcia trzeba było zaciągać siłą. W trakcie lekcji rzucały papierkami w kujonów i przedrzeźniały nauczyciela, ale gdy były wywoływane do tablicy, na ogół pokornie rozwiązywały zadania, chcąc zdać kolejny egzamin. Swój bunt okazywały przede wszystkim na przerwach, przewodząc antybelferskiej krucjacie, która wygasała ilekroć rozległ się szkolny dzwonek.

Gdzieś pomiędzy tymi dwiema klikami rozsiadła się lewica. Czasem garnęła się do przodu, zafascynowana nauczycielem. Niekiedy z dumą demonstrowała swoje zdolności, pokazując, że w przeciwieństwie do naiwnych euroentuzjastów, potrafi przyswajać wiedzę bardziej refleksyjnie i krytycznie. Gdy w swoim młodzieńczym buncie i sceptycyzmie wobec autorytetów posuwała się za daleko, lądowała w oślej ławce, w oczach nauczyciela upodabniając się do eurosceptycznej bandy. W części przypadków gotowa była zaprzyjaźnić się z nowym towarzystwem, tworząc sojusz autsajderów. Ostatecznie jednak lewica nie wybiła się w stosunku do UE na autonomię, nie wykształciła własnego wyrazistego języka, który przebiłby się szerzej poza jej kółko pozalekcyjne, gdzie miała trochę więcej swobody.

Upadek belfra

Tymczasem z biegiem lat stawało się coraz bardziej oczywiste, że nauczyciel zestarzał się, nie nadąża za rzeczywistością i tkwi przy swoich pożółkłych podręcznikach. Jego niedomagania przestały być jedynie uprzedzeniami wobec hultajów z ostatniego rzędu. Posuwanie się naprzód w edukacji stało się możliwe tylko poprzez zmianę relacji pedagogicznej, dzięki wyjścia z „niezawinionej niedojrzałości” ku Oświeceniu, którego beneficjentem byliby już nie tylko uczniowie, ale i sam nauczyciel.

Przedstawiony tu metaforycznie upadek autorytetu nauczycielskiego, jakim jest Unia Europejska rozpoczął się na dobre wraz ze światowym kryzysem gospodarczym 2008 roku, po którym przyszedł kryzys zadłużeniowy strefy euro. Ujawnił on błędy w konstrukcji unii monetarnej, która okazała się na taki scenariusz nieprzygotowana. Brak mechanizmów solidarnościowych spowodował, że koszty pokrywania strat w sektorze bankowym spadły przede wszystkim na słabsze gospodarki strefy euro – Grecję, Hiszpanię, Włochy, Portugalię, Irlandię – które pogrążyły się w kryzysie długu publicznego. Brak woli politycznej w państwach o najlepszej kondycji, w szczególności w Niemczech, które rozdawały karty w zarządzaniu kryzysem, przyczynił się do wzrostu antyunijnej reakcji.

Kryzys systemowy nie był zatem widoczny dla wszystkich. Zarówno sam nauczyciel, jak i zapatrzeni w niego prymusi poszli w zaparte, zmuszając słabszych uczniów do przyswajania jeszcze większej dawki bezużytecznej wiedzy, która przyczyniła się do kiepskich ocen. Na porażki neoliberalnego programu nauczania zaaplikowano jeszcze więcej neoliberalizmu: cięć budżetowych, oszczędności w wydatkach socjalnych, wyprzedaży majątku publicznego, osłabiania prawa pracy. Kiedy zagrożeni tym programem uczniowie podnieśli wreszcie bunt, zrobiono z nich wyrzutków, którzy nie potrafią się dostosować do jedynie słusznych zasad i wystraszono ich groźbą odmowy promocji do następnej klasy.

Lekcja Piketty’ego

Na szczęście znaleźli się bardziej wiarygodni krytycy nauczyciela i jego pupilków. Wśród nich Thomas Piketty, najgłośniejszy ostatnimi czasy ekonomista na świecie, który wykazał systemowy wpływ kapitalizmu na wzrost nierówności. W odróżnieniu od licznych marksistów, alterglobalistów i prawicowych suwerenistów, którzy próbowali stawać w obronie buntowników, jego nie można było tak łatwo zdyskredytować. Był wzorowym uczniem dawnego nauczyciela, który opanował jego zestaw wiedzy po to, by poddać ją korektom, które były nie tylko zrozumiałe, ale nawet akceptowalne dla znacznej części grona pedagogicznego. Nie można było go obsadzić w roli niedorosłego, nieodpowiedzialnego bachora czy zadufanego w sobie wolnomyśliciela, który w swojej krytyce nadmiernie się zagalopował (potraktowano tak na przykład Janisa Warufakisa, swego czasu ministra finansów Grecji).

Tenże Piketty opublikował właśnie krótką, acz pouczającą diagnozę dla UE na rok 2018. Poświęcił w niej specjalną uwagę Polsce i pozostałym krajom Europy Środkowo-Wschodniej. Przyswojenie sobie jego wniosków nie powinno ujść uwadze polskiej lewicy. Stanowią one zaproszenie do wyrwania się z pozycji bezrefleksyjnych euroentuzjastów, którzy pozostają ślepi na oczywiste pomyłki nauczyciela. A przy tym chronią one przed pójściem „do kąta”, po którym lewica zbliżyłaby zanadto do prawicowych eurosceptyków.

Autor głośnego „Kapitału w XXI wieku” twierdzi, że w 2018 roku nierówności będą narastały w UE podług trzech osi. Dla polskiej lewicy najistotniejsza powinna być trzecia z nich.

Pierwsza oś to globalny trend ku nierównościom, który wynika z rywalizacji państw, by poprzez obniżki opodatkowania przyciągnąć obcy kapitał. Rywalizacja ta osłabia bazę podatkową, a zatem i możliwości aktywnego przeciwdziałania nierównościom poprzez redystrybucję bogactwa.

Druga oś to pęknięcie Europy na Północ i Południe, czyli pogłębienie kryzysu państw-wierzycieli i państw-dłużników w strefie euro. Państwa zadłużone uginają się pod wpływem wyższego oprocentowania obligacji, na czym korzystają państwa-wierzyciele. Te drugie mamią swoich wyborców, jak to podobno pompują pieniądze w biedną Grecję i resztę, podczas gdy w rzeczywistości płacą za przywilej niższego zaciągania pożyczek.

Wreszcie trzecie pęknięcie bazuje na podziale Zachód-Wschód. Piketty przytacza tu bardzo interesujące dane. Wynika z nich, że po 1989 roku w Polsce i innych byłych krajach bloku radzieckiego, które otworzyły swoje gospodarki dla obcego kapitału, doszło do znacznego zagarnięcia majątku przez zagranicznych inwestorów, w szczególności niemieckich. Niższy wzrost nierówności w tej części Europy niż w Rosji czy w USA ma wynikać z odpływu kapitału za granicę. Oznacza to, że krajowe nierówności wzrosły mniej, ponieważ pogłębiły się nierówności między Polską a krajami, z których pochodzą inwestorzy zagraniczni. Zdaniem Piketty’ego, oznacza to, że Polska i kraje naszego regionu znalazły się w sytuacji podobnej jak sprzed okresu realnego socjalizmu.

W latach 2010-2016 zagraniczny odpływ zysków z kapitału wyniósł 4,7% PKB w przypadku Polski, 7,2% na Węgrzech, 7,6% w Czechach i 4,2% w Słowacji. Dla porównania, przypływ kapitału z obszaru UE wynosił 2,7% PKB dla Polski, 4,0% dla Węgier, 1,9% dla Czech i 2,2% dla Słowacji. Oznacza to, że w przypadku każdego z krajów Grupy Wyszehradzkiej nastąpił większy ODPŁYW niż przypływ (2,0% PKB dla Polski, 3,2% dla Węgier, 5,7% dla Czech i 2,0% dla Słowacji).

Dać świadectwo dojrzałości

Wnioski polityczne płynące z tej analizy są czytelne. Polska, Czechy, Węgry i Słowacja mają, podobnie jak kraje Południa, wszelkie powody, by wskazywać na to, że obecny model gospodarczy Unii Europejskiej przyczynia się do pogłębienia dysproporcji rozwojowych pomiędzy krajami. Ponadto, słabiej rozwinięte kraje, realizujące strategię przyciągania obcego kapitału, kuszą go obniżkami podatkowymi, przez co osłabiają swoje funkcje redystrybucyjne i pozwalają na wzrost nierówności wewnątrz kraju. Mówiąc krótko: UE w obecnym kształcie napędza nierówności między krajami i w obrębie krajów (przede wszystkim krajów słabszych gospodarczo).

Lewica nie powinna z tego wyciągać wniosku, by z UE wyjść – Polexit, podobnie jak przerwanie edukacji, nie daje narzędzi do odwrócenia tego negatywnego trendu. Powinna natomiast nabrać odwagi, by domagać się reformy UE w duchu redystrybucji na poziomie tak europejskim, jak i krajowym. Jeżeli lewica nie stanie na czele konstruktywnego buntu przeciwko stetryczałemu nauczycielowi, narastające pęknięcia jeszcze lepiej niż dotychczas wykorzysta antyunijna, antyimigrancka, nacjonalistyczna prawica. Aby przedstawić korektę integracji, lewica musiałaby najpierw odważnie zakwestionować błędną diagnozę, która przyrost nastrojów antyunijnych w państwach Europy Środkowo-Wschodniej zrzuca na karb jakiegoś istotowego konserwatyzmu tych społeczeństw, wynikającego z „zapóźnienia kulturowego”. Do przyrostu tego zapóźnienia – czy też „rozwoju niedorozwoju” – przyczynia się obecny kształt integracji, który powoduje dezintegrację i polaryzację UE. To właśnie jest ta nieprawomyślna wiedza, z którą absolwenci ze Wschodu mogą opuścić szkolne mury i na jej podstawie zaproponować integrację w bardziej przyjaznym, równościowym środowisku, w którym nie będzie obowiązywało już ślepe posłuszeństwo wobec neoliberalnej wulgaty oraz kapłanów stających w jej obronie.

Łukasz Moll

Polska stanu wyjątkowego, Polacy stanu letniego

Polska stanu wyjątkowego, Polacy stanu letniego

Na początku stycznia mogliśmy przeczytać dwa teksty, które, potraktowane łącznie, doskonale streszczają sytuację polityczną w kraju. Pierwszy to wywiad z Agnieszką Holland opublikowany na stronie „Kultury Liberalnej”. Znana reżyserka uważa, że Polska znajduje się w stanie wyjątkowym – demokracja upada, PiS niszczy kraj, faszyzm stoi u bram. Sposobem na rozwiązanie tych problemów jest zdaniem Holland mówienie o nich najgłośniej, jak tylko się da. Kto tego nie robi, ten nie rozumie skali zagrożenia i szkodzi Polsce. Na uwagę, że ta strategia nie działa, Holland odpowiada: „Problemem nie jest to, iż ludzie obojętnieją, ale że od początku nie chcieli słuchać ostrzeżeń. A jeśli ludzie zatykają uszy, musisz krzyczeć coraz głośniej”.

Drugi tekst to krótkie omówienie sondażu CBOS, opublikowane na stronach „Gazety Wyborczej” pod wymownym tytułem „2017 był dla Polaków najlepszym rokiem od 1989”. 65% badanych rodaków stwierdziło, że poprzedni rok był dobry dla nich i ich rodzin. 49% oceniło, że 2017 był rokiem dobrym także dla Polski, co mogłoby się wydawać nieszczególnym wynikiem, gdyby nie to, że to najlepszy rezultat od 1989 roku. Polacy i Polki optymistycznie patrzą także w przyszłość – aż 46% uważa, że kolejny rok będzie lepszy, a tylko 6% sądzi, że czeka nas gorszy. Pozostałe osoby albo nie mają zdania, albo lokują się pośrodku.

welfare1

Takie wyniki oczywiście zupełnie nie pasują do alarmistycznego tonu Agnieszki Holland. Forumowicze na stronie „Wyborczej”, najwyraźniej stojący po stronie polskiej reżyserki, próbowali sobie tłumaczyć ten stan rzeczy na różne sposoby: a to niewiarygodnością CBOS-u, a to rządową propagandą, a to głupotą swoich rodaków. Prawda jest jednak taka, że większość ludzi, co zauważa sam CBOS, ocenia dany rok przez pryzmat swojej sytuacji materialnej, a ta w porównaniu z poprzednim latami dla sporej części Polaków była całkiem niezła, choć oczywiście daleka od doskonałości.

Większość ludzi nie interesuje się sprawami związanymi z sądami czy Trybunałem Konstytucyjnym tak bardzo, jak czyni to grupka polityków, dziennikarzy i intelektualistów. Zazwyczaj to jest ten moment, gdy jakiś zwolennik totalnej opozycji unosi się oburzony i zaczyna tłumaczyć, jak wielkie znacznie dla rządów prawa i demokracji ma to, co wyprawia PiS z Konstytucją oraz sądami. Jak można to lekceważyć? Jak można to usprawiedliwiać? Jak można to relatywizować? Ale tu nie chodzi o to, że działania PiS-u w tych obszarach są usprawiedliwione (bo nie są), lecz o proste zauważanie, że dla dużej części Polaków nie jest to aż tak istotne. Żaden krzyk ani szantaż moralny nie zmienią letniego nastawienia rodaków w odniesieniu do tych spraw. Każdy, kto mieni się obrońcą demokracji, musi to zrozumieć i wziąć pod uwagę. Ostatecznie w demokracji chodzi też o ludzi, prawda? O ich odczucia, dobrobyt i poglądy.

Brutalne fakty są więc takie, że mamy potężny rozdźwięk między elitami a społeczeństwem. Te pierwsze krzyczą, że Polska się wali i jest tak strasznie, że trzeba się zacząć zastanawiać, czy istnieje jakieś słowo gorsze niż „faszyzm”, bo nazwanie PiS-u faszystami to już za mało. Społeczeństwo z kolei odpowiada: wiele rzeczy nas denerwuje, ale w porównaniu z poprzednimi latami jest w sumie całkiem dobrze. Agnieszka Holland próbuje za ten stan rzeczy winić środowiska takie jak „Kultura Liberalna”, które niedostatecznie mocno biją na alarm. Ale nikt rozsądny nie może uwierzyć, że „Kultura Liberalna”, „Nowy Obywatel”, Rafał Woś czy partia Razem, które wspólnie mają mniejszy wpływ na opinię publiczną niż pojedyncze autorytety liberalne, są w stanie otumanić Polaków i Polki. Prawda jest banalniejsza: ludzie nigdy nie walczyli o abstrakcje i piękne idee, za to zawsze – o życiowe konkrety. Gdy Dominika Wielowieyska narzekała, czemu lekarze, domagając się lepszych warunków płacy, sięgają po tak drastyczne środki jak głodówka, słusznie przypomniano jej, że wiele słynnych protestów, w tym te najbardziej uświęcane w polskiej tradycji, brało się właśnie z takich „błahych” spraw. I właśnie dlatego do dziś jedną z najskuteczniejszych akcji przeciwko PiS-owi pozostaje „czarny protest”. Wiele kobiet zrozumiało, że oto istnieje bliskie, namacalne zagrożenie dla ich praw. Nie potrzebowały do tego pouczeń ze strony Tomasza Lisa o wartości demokracji.

Tak właśnie powinna wyglądać walka tych, którym rzeczywiście na sercu leży dobro kraju. Mniej naburmuszonych haseł o końcu demokracji, Polsce poza Europą i PiS-owskim totalitaryzmie, a więcej wskazywania na konkretne bolączki poszczególnych grup społecznych, którym partia Kaczyńskiego albo nie pomaga, albo wręcz przeszkadza w prowadzeniu godnego życia. Więcej mówienia o ludziach do ludzi, a mniej podniecania się własną elitarnością. To oczywiście bardzo nie spodoba się części opozycji. Wywiad z Holland dobitnie pokazuje, że wiele osób wciąż jest na etapie „im głośniej, tym lepiej i skuteczniej”. Nie bardzo potrafią zrozumieć, że rzeczywistość jest trochę bardziej skomplikowana, a najgroźniejszym przeciwnikiem danego polityka niekoniecznie jest ten, który najgłośniej go krytykuje. Czego jednak spodziewać się po środowisku, w którym wciąż pokutuje naiwna wiara w to, że za władzę PiS-u odpowiedzialność ponosi dobry występ Zandberga w studiu TVP, co rzekomo doprowadziło do wyeliminowania Zjednoczonej Lewicy z sejmu (a gdyby tylko ludzie Millera i Palikota znaleźli się w sejmie to ho ho, demokracja kwitłaby w najlepsze!). Nie ogólnoświatowy bunt przeciwko neoliberałom, nie błędy poprzedniego rządu, nie fatalna kampania wyborcza Bronisława Komorowskiego, ale przedstawiciel partii, która uzyskała 3% w wyborach, ukształtował naszą scenę polityczną…

Zaciekli liberałowie nie pomogą w najbliższym czasie w budowaniu lepszej Polski. Zbytnio są zajęci własnymi fantazjami. Ale zawsze są ludzie „pomiędzy”, do których warto i trzeba mówić. Ludzie, którzy czują, że liberalna opowieść o naszym kraju uległa wyczerpaniu, ale PiS od czasu do czasu przeraża ich na tyle, że odczuwają słabość wobec haseł o potrzebie stworzenia totalnej opozycji pod przywództwem Petru czy innego Kijowskiego. Im warto nieustannie przypominać kilka prostych prawd. Wielkie słowa sprzeciwu, którymi tak lubią szafować liberalne elity, od dwóch lat jedynie umacniają władzę Kaczyńskiego. Mówienie o tragicznej sytuacji Polski jest wyrazem pogardy dla ludzi, którym, np. z powodu 500 plus, dopiero od niedawna zaczęło się w tej Polsce znośnie żyć. Wszystkie pomysły jednoczenia się w obronie demokracji okazują się po czasie pomysłami na zebranie się wokół kilku facetów z rozbuchanym ego. W naszym kraju jest wiele rzeczy do poprawy. Nikt nie potrafi zagwarantować, że PiS nie pójdzie w stronę faszyzacji Polski. Nieporadność rządu na arenie europejskiej może w końcu skończyć się bardzo źle. Ale rozwiązaniem tych bolączek nie jest obrażanie się na rzeczywistość wokół nas, lecz próba uwzględnienia jej w naszych działaniach politycznych.

dr Tomasz S. Markiewka