przez Jan Opielka | środa 21 marca 2018 | opinie
Spór polsko-izraelski trwa. Wiele mogliśmy się już w ostatnim czasie o nas i o naszej władzy dowiedzieć. O tym na przykład, że można posiadać jedną prawdę, że można prawdę skrzywić, że można za prawdę chcieć karać. I że chyba wiele jeszcze wody Wisłą popłynie, zanim granie na ludzkich emocjach i niezagojonych ranach już nie będzie popłacało politycznie – emocjach wrogości, bo do tych jak na razie prowadzi cały spór. Padło wiele słów, zarzutów, usprawiedliwień, podjęto pozorne próby łagodzenia, a potem zaostrzenia. Jednak jedna z wypowiedzi – kilka miesięcy przed wybuchem tego sporu – szczególnie utkwiła mi w głowie. „Cały naród polski powinien mieć jedno wielkie drzewo Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata”, powiedział premier Mateusz Morawiecki 18 września 2017 r. w Warszawie z okazji wręczenia odznaczenia im. Antoniny i Jana Żabińskich. Jest ono przyznawane Polakom i Polkom, którzy ze względów formalnych nie zostali wyróżnieni przez izraelski Instytut Yad Vashem. W Warszawie odznaczone zostały franciszkanki z Klasztoru Maryi, Natalia Jakoniuk z rodziną oraz pośmiertnie rodzina Jana Kawczyńskiego. Wiceprzewodniczący izraelskiego Knesetu Yehiel Hilik Bar powiedział wówczas, że uroczystość zorganizowano „w głębokim podziwie i szacunku dla tych niezwykłych polskich bohaterów”.
„Polscy bohaterowie” a bohaterski „cały naród Polski” – to jednak dwa różne ujęcia. Dlatego w wypowiedzi Morawieckiego tkwi wiele światopoglądowej treści, która odsłania sposób myślenia prawicy o wspólnocie, narodzie. Tkwi w niej wiele treści także o tym, dlaczego ludzie prawicy, którzy z przekonania lub z wyrachowania wchodzą w buty narodowców, nie mogą przyznać, że naród to nie spójne ciało organiczne i że dlatego nigdy całościowo nie można być z niego dumnym. Morawiecki domaga się uznania bohaterskości całego polskiego narodu. I mimo tego, że nigdy nie było, nie ma i chyba nigdy nie będzie czegoś takiego jak bohaterskość całych narodów, sama tęsknota za bohaterstwem jest istotnym zjawiskiem – i warto ją bardziej docenić.
„Wstajemy z kolan” – to jeden z fundamentalnych przekazów, jakie obecna władza kieruje do Polek i Polaków. Jak się wydaje, to między innymi fakt tych symbolicznych i faktycznych „wstawań z kolan” i, jak słusznie pisze Edwin Bendyk w „Polityce”, ukazanie w tym „siły i skuteczności”, przynosi PiS-owi poparcie. Partia pod twardą ręką mistrza władzy Jarosława Kaczyńskiego zręcznie miesza poczucie prostowania kręgosłupów z przekierowaniem tego ważnego faktu w coraz bardziej wypukły i rozrastający się nacjonalizm. Bo wstawanie z kolan to dopiero pierwszy krok – on łączy się bezpośrednio z drugim, mianowicie z przedstawianiem ludowi, z jakim oporem to się z perspektywy władzy wiąże: z „totalnym nie” ze strony Unii Europejskiej, dawnych elit, sędziowskiej kasty, komunistów i złodziei, zepsutych zagranicznych mediów – i ostatnio także ze strony rządu i społeczeństwa Izraela.
Jednak polski rząd za żadną cenę w tej walce polec nie chce i nie może, bo z chorobami czasów (po)nowoczesnych walczy po staroświecku i rycersku – i bohatersko-heroicznie. To symboliczne starcie świata starych, tradycyjnych, narodowych wartości oraz domniemanego czy rzeczywistego świata relatywizmu, ciągłych zmian, spisków nowych, negatywnie-nowoczesnych elit, przemysłu pogardy. Szlachetni rycerze narodowi vs. zimny, lewacki, zracjonalizowany uniwersalizm i relatywizm – oto przekaz, który poprzez specyfikę polskiej historii nad Wisłą trafia na szczególnie podatny grunt.
Wydaje się jednak, że ten czynnik pragnienia heroizmu jest nieco niedoceniony przez oponentów PiS-u, gdy analizują powody tak silnego poparcia władzy. Bo dążenie do heroizmu i bohaterstwa, które ukazują się w faktycznej czy domniemanej gotowości do szeroko pojętej walki – a nawet do śmierci – jest u swych źródeł wzniosłą zasadą. Co więcej, jest potrzebą człowieka. Głębokim źródłem tego poczucia jest dążenie i tęsknota do realizacji we własnym życiu czegoś, co jest większe niż dotychczasowe Ja (lub też My) i otaczające nas środowisko i społeczeństwo. To dążenie w swojej czystszej, nienarodowej postaci także zawiera gotowość do heroizmu – i do obrony nie tyle własnego narodu, lecz ludzi i wartości niezależnie od narodowości.
Natomiast nacjonalizm przekierowuje to dążenie i tę tęsknotę za bohaterstwem wyłącznie w stronę narodu. To zaś zawsze prowadzi do wrogości, ponieważ narody w swych dzisiejszych kształtach (i granicach) powstały z wrogości, walki i wojen. Bodajże wszystkie dzisiejsze granice państw są wynikiem mniejszych lub większych konfliktów. Dlatego też tak śmiały jest projekt Unii Europejskiej, która w odległej perspektywie mogłaby się stać detonatorem granic narodowych, nie tylko tych kapitałowych – i dlatego też tak silny, i zrozumiały, opór PiS-u i pokrewnych ugrupowań w Polsce i w innych krajach wobec jakiegokolwiek oddawania suwerennej władzy na rzecz Brukseli. Oddanie choćby części ledwo co odzyskanej suwerenności podważa samą istotę, sam sens istnienia wszelkich narodowych czy narodowo-konserwatywnych formacji.
A więc trzeba bohatersko walczyć. Oto przekaz naszej władzy kierowany do wszystkich tych wśród nas, dla których w naszych nowych, wspaniałych światach postmodernistycznych wiele istotnych spraw – odwaga, bohaterskość, wzniosły tragizm – pozostaje niezrealizowanych, ponieważ pływamy w światach płytkiej konsumpcji, bezkierunkowego pędu materialistycznego, utraty poczucia autentycznej wspólnoty. Postmodernizm w swej mainstreamowej wersji nie uznaje bohaterskości albo w ogóle, albo się z niej śmieje – jest to śmiech racjonalizmu, który drwi z romantyzmu. Jednak w Polsce romantyzm mesjanistyczny, czy też romantyczny mesjanizm, ma się, inaczej niż choćby w krajach Zachodu, całkiem dobrze. Nad Wisłą jest on silnie powiązany z doświadczeniem okupacji, niewoli, walki i wojen – i interpretacji tego wszystkiego. Jak pisał rosyjski filozof Mikołaj Bierdiajew, „romantyczna idealizacja wojny wiąże się z kultem heroizmu i bohaterów. Kult bohaterów jest antyczny, ma korzenie grecko-rzymskie. W świecie chrześcijańskim przekształcił się w rycerskość. W cywilizacjach burżuazyjnych rycerskość zanika, jednak w dalszym ciągu wielkość wiąże się z wojną”.
Ta idealizacja wojny i walki powiązana jest z wyobrażonym podziałem świata według sztywnych granic: czarne/białe, przyjaciel/wróg, sprawca/ofiara, Polak/Niemiec itd. Bohaterowie są w takiej perspektywie jednoznacznie bohaterami, herosami, ludźmi odważnymi, mądrymi, archaiczno-romantycznymi – ale w żadnym bądź razie nie mogą nosić poważnej skazy. Dlatego też choćby nowemu kultowi żołnierzy wyklętych towarzyszy romantyzowanie ich walk przy jednoczesnej niemożności propagatorów tego kultu do uznania faktu, że część wyklętych mogła być jednocześnie sprawcami zbrodni.
Wspomniany Bierdiajew pisze też, że „wojna jako zjawisko światowe bierze się z tego, że brakuje wystarczających sił ducha. Ludzie nie wierzą w moc ducha, wierzą jedynie w ducha siły. Zamiast postrzegać cel w życiu duchowym i kulturze, postrzegają go w państwie i we wzroście potęgi. Cele życia zostały zastąpione przez środki życia”. Przy czym określenie „życie duchowe” wcale nie musi być tożsame z wierzeniami lub religią, ale także ze zwykłym niezwykłym „duchem” ziemskim.
Takim „duchem” wypełniona była pierwsza „Solidarność”. Wielki ruch „Solidarności” rósł w pewnym momencie faktycznie samoistnie, duch solidarności w konkretnej sytuacji polityczno-społecznej łączył ludzi i przy tym łączeniu każdorazowo się wzmacniał i poszerzał – dopóki nie został zduszony najpierw przez władzę Wojskowej Rady Ocalenia Narodu, a później, po ponownej legalizacji, przynajmniej częściowo skorumpowany został przez zwykłą, odwieczną chęć władzy, którą coraz więcej głównych aktywistów tego ruchu stawiała ponad ducha i treść solidarności. Duch tej pierwotnej „Solidarności” w pewnym sensie został spaczony i wykorzystany do dojścia i wstępu do polityki władzy. Potwierdzenie tego znajdziemy choćby patrząc, ile ze słynnych 21 postulatów z 1980 roku zostało zrealizowanych już po 1989 r. lub czy w ogóle podjęto próbę ich realizacji. Tym samym, wraz ze zbanalizowaniem wzniosłego ducha solidarności i przekształceniem go w postać dość zwykłego instrumentu polityki zatraciła się też bohaterskość, która cechowała ten ruch. I która cechowała tak wiele odważnych kobiet i mężczyzn, gotowych do niebywałego ryzyka, poświęcenia i solidarnej walki o wyższe ideały.
Czasy się zmieniły, jednak dążenie do bohaterskości w imię wyższych wartości niż te, według których dziś żyjemy, pozostaje ludzkim pragnieniem. Źródło, które leży u początku tego myślenia, tego głębokiego pragnienia, nie jest ani błędne, ani złe. Natomiast błędem i niebezpieczeństwem nacjonalistycznych idei heroizmu i bohaterstwa jest fałszywe ukierunkowanie tego ludzkiego pragnienia. Nacjonalizm wpierw zawłaszcza wzniosłe uczucie dążenia każdego człowieka do przeżycia siebie i życia wspólnoty jako czegoś większego i dziejowo znaczącego, a potem przekierowuje te uczucia na przerysowaną, przecenioną i w dużej mierze skonstruowaną tożsamość grupową. Żeby taka idea narodu była przekonująca (jak dla wielu ta PiS-owska), musi nadać narodowi cechy nad wyraz pozytywne, odpowiadające na pragnienia ludzkie – jedną z tych cech jest właśnie bohaterskość narodowa. Dlatego obecny rząd, trzymając się tej logiki, nie może odejść od swojej wersji historii Polski i Polaków, czy to jest kompleksowa historia Polaków i Żydów (którzy także byli Polakami), czy są to inne istotne karty przeszłości ludzi, którzy niegdyś zamieszkiwali, działali, żyli i umierali w zmieniających się granicach naszego kraju.
Istnieją jednak i mogą istnieć społeczności, grupy ludzi i jednostki, które realizują tę wzniosłą ideę bohaterskości i heroizmu na innych, z zasady bezgranicznych polach, i dlatego też nie wykluczają, lecz wkluczają innych. Taką unikatową społecznością była właśnie „Solidarność”, która zmaterializowała treść zawartą w solidarności pisanej przez małe „s”. A solidarność zasadniczo, już poprzez swoje etymologiczne źródło, nie wyklucza. Solidarność jest sama w sobie czynnikiem eliminującym granice międzyludzkie oraz nacjonalizm, solidarność sama z siebie pomniejsza znaczenie narodowości – znamienne jest, jak wiele sympatii i konkretnej pomocy płynęło do Polski od konkretnych osób i grup ludzi z krajów zza żelaznej kurtyny. Czyli od systemowego, także narodowego, wroga.
Przy czym solidarność wcale nie jest bezgraniczna i taką być nie może wobec każdego, bo to wcześniej czy później zgubne. Solidarność wobec jednostki czy grupy ludzi jest uwarunkowana tym, czy te jednostki lub grupy przyjmują tę solidarność i również są solidarni – to jedyne kryterium możliwego współuczestnictwa czy wykluczenia. Ale właśnie z tego powodu solidarność jest bardzo kruchym ciałem, i wymaga od każdego zaangażowanego i każdej zaangażowanej nieustannego wysiłku i pracy z sobą samym i z innymi. Na dodatek wspólnotowa solidarność to praca zawsze równych z równymi, bez hierarchii, lecz w przestrzeni płynnej komunikacji, dialogu i koordynacji działania. I także heroizmu, który przystaje swym czasom.
Prawdziwa „Solidarność” – unikatowa w skali świata – której duch zaistniał w Polsce niemal cztery dekady temu, zrodziła wiele bohaterskich osób. W opowiadaniach i historiach tych bohaterów i bohaterek – i nie waham się ich tak właśnie nazwać – zawsze czuję ducha tych czasów, tej spontanicznej, improwizowanej, pobudzającej energii, szczególnie w pierwszych tygodniach i miesiącach od sierpnia 1980 r. Relacje te sprawiają również wrażenie, że ta pierwotna „Solidarność” była rządzona, a raczej rządziła i rozwijała się w sposób, który można określić kreatywną anarchią. Dlatego też żadna z dzisiejszych partii opozycyjnych nie wznieciła i nie wznieca nowej solidarności przez duże S, bo poza brakiem pomysłów i śmiałych wizji jest uwiązana w struktury, które nie dopuszczają anarchii niezbędnej do wskrzeszenia czegoś większego. Także progresywnym ugrupowaniom jak choćby partii Razem, daleko jest do tego ducha. Pięć „propozycji” wysuniętych przez Razem w styczniu br. pod tytułem „inna polityka jest możliwa” – złagodzenie ustawy aborcyjnej, skrócenie tygodnia pracy do 35 godzin, wprowadzenie związków partnerskich i równości małżeńskiej, bezpłatne miejsce w żłobku i przedszkolu dla każdego dziecka, ograniczenie pensji poselskich – to, oprócz ostatniego, słuszne postulaty. Są postępowe, sensowne, potrzebne – ale do rozpalenia umysłów, do wskrzeszenia ducha nowej solidarności, się raczej nie nadają. Nie wzbudzą twórczej, solidarnościowej anarchii.
Prawdziwa twórcza anarchia bowiem, wbrew potocznemu myśleniu, wymaga ogromnych pokładów pracy, energii – i właśnie szczypty niepragmatycznego heroizmu. Wskrzeszenie i utrzymanie tak pojętej aktywności i działania w starciu z przeciwnikiem, jest szalenie wymagające. W naszych cyfrowo-ustrukturyzowanych światach istnieje przeogromny potencjał na znacznie potężniejszą, solidarnościową anarchię, ale go w pełni nie wykorzystujemy. Nie realizujemy tego potencjału w pełni być może dlatego, że brakuje nam nie tylko faktycznej realizacji siostrzeństwa i braterstwa – ale i liczniejszego spełnienia bohaterstwa, które w przekrzywionej, opisanej wyżej formie dostrzec możemy po tej domniemanie drugiej, coraz bardziej radykalizującej i nacjonalizującej się stronie polskiego społeczeństwa.
Tym samym wracamy do punktu wyjścia. Korzenie heroizmu i bohaterstwa cechują zarówno solidarność, jak i nacjonalizm – ten ostatni w wersji, której aktualnie jesteśmy świadkami. Być może powinniśmy dostrzec tę wzniosłą, choć skrzywioną tęsknotę za heroizmem w słowach i działaniach tych, od których się faktycznie czy pozornie tak mocno różnimy, od których się zbyt mocno odcinamy. Odliczając manipulujących cyników władzy, którzy świadomie i z wyrachowaniem wykorzystują ten element heroizmu do swej gry o trony i korony, pozostanie nam sporo osób z tego „innego obozu” – z którymi zadziwiająco dużo dzielimy. I którym być może bliżej do solidarności, aniżeli do błędnego nacjonalizmu.
Jan Opielka
przez Tomasz S. Markiewka | niedziela 18 marca 2018 | opinie
Przyznam, że wzdrygam się, gdy ktoś wywołuje temat nowych technologii w kontekście wyzwań społecznych. Budzą się wtedy we mnie najgorsze stereotypowe wyobrażenia. Od razu myślę o niebezpiecznym zachwycie nad pomysłami miliardera Elona Muska lub o nadmiernie optymistycznej wierze w rewolucyjny potencjał drukarek 3D. Uważam, że ludzie podejmujący taką tematykę pokładają zbyt duże nadzieje w tym, że sam rozwój techniczny rozwiąże problemy, z którymi borykają się społeczeństwa kapitalistyczne.
Na szczęście nie jest tak źle i wśród osób interesujących się nowymi technologiami są ludzie, którzy patrzą na ich rozwój nie tylko z zainteresowaniem i nadzieją, ale też z odpowiednią dozą dystansu i sceptycyzmu. Na przykład autorzy i autorski książki „#FutureInsights. Technologie 4.0 a przemiany społeczno-gospodarcze” pod redakcją Krzysztofa Kozłowskiego i Jana J. Zygmuntowskiego.
Czym są tytułowe technologie 4.0? Zygmuntowski i Kozłowski piszą we wstępie o czterech rewolucjach: neolitycznej, przemysłowej, cyfrowej i wreszcie o zmianach pozwalających za pomocą zaawansowanych technik sztucznej inteligencji lepiej zbierać i wykorzystywać informacje. Mówiąc zatem najprościej, technologie 4.0 to narzędzia i rozwiązania związane z rozwojem internetu oraz dalszym postępem w dziedzinie komputeryzacji. Książka stanowi analizę szans oraz, głównie, ryzyka, jakie się z nimi wiążą.
Na przykład Zygmuntowski pisze o platformach wielostronnych, takich jak Uber czy Airbnb. Często określa się je za pomocą sformułowania „ekonomia współdzielenia”, które wywołuje jak najlepsze skojarzenia. Czy współdzielenie nie jest wspaniałą rzeczą. Czy to właśnie nie czegoś takiego potrzebujemy w naszym cynicznym świecie? Zarówno Uber, jak i Airbnb są reklamowane jako wspaniałe przykłady rozwiązań technologicznych pomagających w swobodny sposób łączyć usługodawców z klientami. Rzeczywistość, jak zauważa Zygmuntowski, jest jednak o wiele bardziej skomplikowana. Na przykład właściciele Ubera przedstawiają go jako usługę informatyczną, choć tak naprawdę wszyscy wiedzą, że oferuje on przewozy osobowe. Ten trik pomaga ominąć Uberowi konieczności podporządkowania się regulacjom nakładanym choćby na taksówki. Nie dość, że takie rozwiązanie daje firmie przewagę konkurencyjną, to jeszcze – a raczej przede wszystkim – pomaga jej omijać obowiązki związane z prawami pracowniczymi.
Spotkałem się z memami sugerującymi, że ludzie walczący z Uberem przypominają naszych przodków, którzy próbowali ocalić konie jako główny środek transportu. Sugestia jest jasna – przeciwnicy Ubera są z innej epoki i hamują postęp. Rzecz w tym, że ta nowa, uberowska epoka bardzo przypomina starą kapitalistyczną historię o wzbogacaniu się kapitalistów kosztem klasy pracowniczej za pomocą cwaniackiego omijania reguł gry.
O Uberze wspomina także Zuzanna Kowalik w tekście na temat gig economy. Ten anglojęzyczny termin nie doczekał się jeszcze ustalonego przekładu na język polski. Niektórzy proponują tłumaczyć go jako „ekonomia na żądanie”. Jak pisze sama Kowalik, gig economy obejmuje pracowników, „których życie zawodowe oparte jest na wykonywaniu zadań dla różnych osób lub organizacji. Może to być zaprojektowanie logo firmy, lecz również przewozy osób lub sprzątanie”. Autorka słusznie zauważa, że działalność Ubera należałoby określać za pomocą właśnie tego terminu, a nie szlachetnie i myląco brzmiącego sformułowania „ekonomia współdzielenia”.
Popularność gig economy jest związana z rozwojem Internetu. Ułatwia on bowiem szybkie wyszukiwanie pracowników i, mówiąc brutalnie, pozbywanie się ich, gdy przestają być potrzebni. Kowalik przywołuje w tym kontekście słowa prezesa CrowdFlower: „Przed pojawieniem się internetu byłoby naprawdę ciężko znaleźć kogoś, kazać mu usiąść na 10 minut, by wykonał swoje zadanie, a potem go zwolnić – a właśnie to robisz dzięki technologii. Znajdujesz ich, dajesz jakieś małe zadanie, a potem, gdy ich już nie potrzebujesz, po prostu się ich pozbywasz”.
Autorka tekstu słusznie zauważa, że choć tego typu stosunki pracy próbuje się reklamować za pomocą atrakcyjnych słów w rodzaju „elastyczność” czy „samozatrudnienie”, to w rzeczywistości zazwyczaj prowadzą one do pogorszenia sytuacji pracownika na rynku. Ludziom zatrudnionym w taki sposób trudniej bowiem zakładać związki zawodowe i dopominać się zbiorowo o lepsze warunki pracy. Co gorsza, zdarzają się takie sytuacje, gdy wykonywane przez nich zadania w ogóle nie są rozpoznawane i traktowane jako pracownicze. Małe, dziesięciominutowe zlecenia łatwo przecież reklamować jako „staż”, „wolontariat” czy – mój ulubiony argument – „sposób na zdobycie doświadczenia”. Trudno w związku z tym nie zgodzić się z puentą Kowalik: „postęp technologiczny może znacznie przyczynić się do poprawy jakości społeczeństw, ale w jego imię nie można zgodzić się na oddanie praw pracowniczych, za które związkowcy ginęli niegdyś na ulicach miast. Dziś świat gig economy to świat sprzed Rooseveltowskiego Nowego Ładu, gdzie nie ma mowy o balansie sił aktorów społecznych, a kolektywny głos pracowników nie istnieje”.
Podobnie krytyczny ton pojawia się w innych tekstach zgromadzonych w książce. Konrad Grabowicz używa nawet mocnego sformułowania „feudalizm technologiczny”, aby opisać zagrożenia związane z rozwojem technicznym w świecie wielkich korporacji i nierówności społecznych. „Coraz więcej przesłanek świadczy o tym, że społeczeństwa państw wysoko rozwiniętych wracają do takiego stanu własności (w tym wypadku główną rolę będzie odgrywała własność niematerialna), który wytwarza własną hierarchię i relacje dostępu/pracy za dostęp” – pisze Grabowicz. Kamil Gapiński dodaje do tego ponurego obrazu niebezpieczeństwa związane z cyberprzestępczością, a Filip Lubiński z bezrobociem technologicznym. Choć ten drugi stara się dodać do swoich rozważań trochę optymizmu, pisząc o bezwarunkowym dochodzie podstawowym jako potencjalnym sposobie na zawarcie nowej umowy społecznej gwarantującej ochronę klasie średniej i niższej w nowym otoczeniu społecznym.
Pierwiastek optymizmu jest jeszcze mocniej obecny w tekstach Karoliny Porębnej o nordyckim modelu rozwoju, Tomasza Janasza i Michała Hetmańskiego o samochodach bezzałogowych oraz Grażyny Meller o energii elektrycznej w Afryce Subsaharyjskiej. Cała wymieniona czwórka stara się znaleźć albo dobre strony rozwoju technicznego, albo sposoby na radzenie sobie z nim. Dobrze, że takie teksty też znalazły się w książce, bo sugerowanie, że nowe technologie są czymś z natury złym, byłoby rzecz jasna przesadą i przejawem lekkomyślności. Każda z osób czytających ten tekst korzysta w jakiś sposób z jej zalet. Rzecz w tym, aby nie popadać w nadmierny zachwyt z powodu pojawiania się nowych technologii, ponieważ same w sobie nie rozwiązują one jeszcze najważniejszych problemów ludzkości. Z czego zresztą nawet ci optymistyczniejsi autorzy i autorki zdają sobie doskonale sprawę.
W ogólnym rozrachunku wydźwięk książki pozostaje jednak zdecydowanie krytyczny. To dobrze. Nie dlatego, że technologia jest czymś z gruntu złym – przeciwnie, ma wiele zalet – albo że sceptycyzm jest najwyższą z cnót. Po prostu w przestrzeni publicznej naprawdę nie brakuje entuzjastów nowych rozwiązań technicznych. Dobrze, że dla przeciwwagi pojawiają się też uzasadnione głosy krytyczne. Jeszcze lepiej, że skupiają się one na sytuacji pracowników, czyli większości z nas. W tej kwestii nic się nie zmienia od wieków. Rozwój techniczny musi być związany z określonymi działaniami politycznymi, aby poprawić sytuację klasy pracującej. W przeciwnym wypadku staje się kolejnym narzędziem wyzysku.
dr Tomasz S. Markiewka

przez Monika Kostera | wtorek 13 marca 2018 | gospodarka społeczna, opinie
Mój szwedzki doktorant Patrik Persson przeprowadził bardzo interesujące badania etnograficzne w przedsiębiorstwie z obszaru wysokiej technologii (high tech), które znane jest z nowatorskiego wzornictwa. Firma ta, oprócz zajmowania się wzornictwem, włączyła się w modny jakiś czas temu nurt design management, czyli w podejście mające wpłynąć na samą istotę zarządzania, promując intensywną innowacyjność i zwalczając „skostniałe struktury”. Badacz zauważył dość szybko pewien paradoks – o ile pracownicy nie mieli nic przeciwko wzornictwu jako takiemu, to często w bardzo zasadniczy sposób odżegnywali się od design managementu. Inżynierowie na co dzień cechujący się typową szwedzką flegmatycznością – kluczowe dla zrozumienia szwedzkiej kultury jest słowo lagom, oznaczające mniej więcej tyle co „w sam raz” w bardzo pozytywnej tonacji – reagowali niespodziewanie burkliwie na to hasło, a jeden z rozmówców wręcz nie-szwedzko zakrzyknął: „Tylko nie to cholerne modne badziewie, którym wszyscy się teraz rajcują! Dlaczego???”.
Doktorant spędził w firmie kilka lat, jak na badania etnograficzne przystało, i zagadka zaczęła się wyjaśniać. Inżynierowie rzeczywiście nie mieli problemów z wzornictwem, przeciwnie, bardzo je cenili. Nie przeszkadzało im też nowoczesne zarządzanie ani innowacyjność, ani pomysł, żeby wzornictwo miało większy wpływ na podejmowanie decyzji. To, co było zasadniczym problemem dla ludzi, to imperatyw pozbywania się „skostniałych struktur”. Czy to znaczy, że teren badawczy Patrika był szczególnie konserwatywny? Niekoniecznie. Czy panował tam jakiś złowrogi „opór wobec zmian”? Możliwe, ale nie tyle złowrogi, co sensowny i zrównoważony, bardzo lagom. Ludzie w terenie badawczym Patrika, i ludzie w ogóle, potrzebują struktur, by móc działać w sposób zorganizowany. Ba, aby w ogóle móc współ-działać z innymi ludźmi. Gdy zmiana zagraża poczuciu równowagi i sensowności, stawiają opór. Gdy zmiana staje się nadrzędnym imperatywem, najważniejszą zasadą i celem samym w sobie, opór może ocalić zdrowie psychiczne poszczególnych osób, a także sensowność wspólnych działań. Tak, zdarzają się jednostki „innowacyjne”, wprowadzające zmiany, dążące do nich. Ale ich rola społeczna polega właśnie na wyjątkowości. Ich los nigdy nie był lekki, a ich działalność – prosta. Można je za to podziwiać, można się od nich uczyć. Natomiast zmuszanie wszystkich, by zachowywali się w ten sposób, jest szkodliwe i całkiem słusznie budzi opór (jeśli komuś z trudem przychodzi skojarzenie słowa „opór” z czymś pozytywnym, to proponuję wziąć pod uwagę hasło „ruch oporu”). Nie, nie wszyscy powinniśmy być przedsiębiorcami. Nie wszystkie organizacje powinny być przedsiębiorcze. „Kreatywna destrukcja” bywa cenna jako duch wynalazczości i walki z opresją, jak chcieli twórca tego pojęcia Michaił Bakunin oraz propagator terminu Joseph Schumpeter, ale nie jako recepta na codzienne skuteczne działanie. Do tego ostatniego potrzebne są nam struktury i instytucje.
Struktura to jedna z podstawowych ram pozwalających nam działać i porozumiewać się społecznie. To mniej więcej taka niepisana „instrukcja obsługi” świata społecznego, czyli wzorce postępowania, których uczymy się od dzieciństwa, zawierające role społeczne, które odgrywamy, zasady, które kierują współżyciem społecznym, „nasze miejsce” w świecie. Dzięki nim wiemy, kto jest nauczycielem, a kto uczniem, jak rozpoznać lekarza, jak zachować się w autobusie. Instytucje społeczne to jeszcze głębsze wzorce, na ogół przyjmowane jako oczywiste, niekwestionowane i niepoddawane w wątpliwość. Ludzie w danym miejscu i czasie wiedzą „jak jest” – a potem, w innym czasie, gdy zasady życia społecznego już uległy zmianie, wiedzą czasami, że kiedyś było „po staremu”, ale teraz „jest tak jak jest”. Kiedyś nikt nie kwestionował studenckich indeksów w postaci książeczek, do których wpisywane były oceny. Teraz większość studentów nie wie, co to takiego. Za to każdy wie, co to jest USOS (chyba jedyne, co z taką siłą łączy studentów i wykładowców – we wspólnej niechęci). Inne współczesne instytucje to mycie zębów, małżeństwo, rynek. I wiele innych, małych i wielkich.
Ludzie radzą sobie ze złożonością świata przez typifikacje. Typifikacja polega na kompletowaniu zestawów wiedzy określającej to, „co jest typowe”, z pominięciem indywidualności, czyli na zasadzie prawomocnej społecznie stereotypizacji. Widzimy szefa za biurkiem i już wiemy, czego się po nim spodziewać – „wiadomo”, kto to szef i jak się zachowa. Dzieje się to „automatycznie,” zanim zdążymy się zastanowić i dopiero później zaczyna się, albo i nie, proces rozpoznawania indywidualności spotkanego człowieka (czy też zjawiska). Takie kategorie ograniczają spontaniczność naszych przeżyć, narzucają ramy naszym oczekiwaniom. To zubaża nasz świat, ale przez to umożliwia nam poruszanie się w nieskończenie skomplikowanej rzeczywistości. Zamiast zastanawiać się za każdym razem, gdy chcemy zapalić gaz pod kuchnią, nad technologią rozniecania ognia, wykorzystujemy jeden przydatny typ działań i wiedzy i możemy koncentrować uwagę na czymś innym, np. na słuchaniu muzyki, albo rozmyślaniu o przepisie na krupnik. Gdy powtarzamy stypizowane działania zbiorowo i wszyscy, którzy widzą szefa „wiedzą, kto to szef”, wówczas mamy do czynienia ze strukturą. Działamy dzięki temu razem z innymi bez konieczności każdorazowego definiowania, „czym jest szef i jak się wobec niego zachować”, rozpoznawania sytuacji, negocjowania pozycji itd. Kumuluje się społecznie wiedza o życiu codziennym, która staje się wiedzą w działaniu, społeczną, może nawet ponad-pokoleniową wykładnią tego „jak jest”, „co kto ma robić”, jest uprawomocnionym zestawem oczekiwań społecznym, co do tego jak ludzie się mają zachowywać i jakie przyjmować role. Powstaje instytucja społeczna złożona ze struktur i założeń: „kierowanie”, „hierarchia”, „podejmowanie decyzji”.
W ostatnich czasami sytuacja się skomplikowała. Mamy do czynienia z powszechnym kwestionowaniem wielu fundamentalnych dotąd instytucji społecznych. Stąd dyskusje nad sprawami, których wcześnie „po prostu” przez kilka pokoleń nie dyskutowało się, bo były „oczywiste”, były właściwie „prawami” życia społecznego obowiązującymi w tym czasie, które wiele osób brało za prawa natury – takie jak rodzina (czym jest? kto wchodzi w jej skład?), płeć (jaka jest kobieta i co musi, a czego nie musi robić?), praca (kto ma wykonywać pracę, dla kogo i po co?), naród/wspólnota (kto jest w środku, a kto na zewnątrz?) i wiele innych. Niektóre podstawy naszego wspólnego życia kruszą się, ba, kruszą się podstawy wielkiego systemu społeczno-politycznego, który obejmował całą epokę (jaka jest rola państwa? jaka jest rola rynku? na czym opiera się obywatelstwo?). Zygmunt Bauman mówił o interregnum, czyli takim momencie, gdy stary system umiera, lecz nie ma jeszcze nowego, który miałby go zastąpić.
Naprawdę nie wiemy, co będzie dalej, a we wszystkich sfera życia społecznego daje się zauważyć ogromną niepewność. Wiele osób widzi w tym „upadek obyczajów”. Jednak nie wszystko spośród tego, co się dzieje, jest „upadkiem”. Sporo spośród kwestionowanych instytucji i struktur wyczerpało swoją moc mobilizowania ludzi do wspólnego działania i było w coraz większym stopniu postrzeganych jako narzędzia opresji. Weźmy choćby wspominaną wcześniej niekwestionowaną hierarchię. Dodajmy, że ta instytucja była definiowana kulturowo w wielu społeczeństwach w sposób wykluczający kobiety, imigrantów, osoby z niższych klas społecznych itd. Typizacja jest szczególnie mocną formą stereotypizacji. Jeśli przed stu laty pochodziło się z biednej chłopskiej rodziny, a w dodatku było kobietą, to objęcie funkcji dyrektorki szkoły było po prostu niemożliwe, i to nie tylko z powodu braku środków finansowych czy trudności w zdobyciu wykształcenia. O wiele bardziej niż te konkretne, zasadnicze trudności, uniemożliwiały taką karierę obowiązujące instytucje społeczne. Jadwinia, córka chłopa spod Wyszkowa, „po prostu” nie mogła zostać dyrektorką, dokładnie tak samo, jak nie mogłaby nią zostać, gdyby była wierzbą polną albo muszlą morską. I tak samo nikt nie zastanawiał się, czy ma jakieś uzdolnienia lub powołania w tym kierunku.
Jednak pozbywanie się struktur przypomina w obecnej fazie wylanie dziecka wraz z kąpielą. Zamiast nich mamy: nieskuteczność wszelkich rozwiązań, niezdolność systemu do samo-naprawiania się i samo-regeneracji, a do tego dochodzą autentyczne zagrożenia dla całej planety, tragiczne w skutkach zniszczenia ekosystemu. Stoimy jako ludzkość w obliczu wielkiej niewiadomej, a przy tym doświadczamy ogromnej systemowej nieskuteczności działania, o wiele większej, niż cokolwiek, co pamiętają najstarsi ludzie. Koszmarne wojny ubiegłego stulecia były tragediami na skalę masową, ale miały w sobie zatrważającą zbiorową skuteczność działań. Obecne wojny na Bliskim Wschodzie niszczą, ale niczego nie rozwiązują. Nie ma starcia przemożnych wektorów, nie ma poczucia, że na końcu procesu jest jakiś konkretny cel czy rezultat. Jest erozja.
Interregnum to bezkrólewie. Oczywiście metaforyczne – nie czekamy na monarchę, który rozwiąże nasze problemy. Czekamy na wygenerowanie się nowych instytucji, które umożliwią nam znów współdziałanie na „automatycznym pilocie”, a w okresie przejściowym – trudne i twórcze docieranie się pomysłów na rozwiązania. Póki co, nadal chyba jesteśmy w fazie szoku i oczekiwania, że jednak jakoś to wszystko się uładzi i „ktoś to wreszcie rozwiąże”. Stąd taka ogromna popularność socjopatów i psychopatów – oni nadal są skuteczni, bo działają bez zahamowani emocjonalnych i moralnych, po prostu mają cel i realizują go, niezależnie od kosztów ludzkich. Taka skuteczność jest straszliwie kosztowna – erozja norm, wartości i instytucji odbywa się przez to znacznie szybciej i w trybie znacznie bardziej niebezpiecznym.
Miejmy nadzieję, że ta faza szybko się skończy, zanim naprawdę spowodujemy szkody nieodwracalne nie tylko dla organizacji, społeczności, ludności całych regionów i krajów (Syria), ale i dla planety. Następna faza, o ile nastąpi, będzie zapewne polegała na bardziej zasadniczych próbach stwierdzenia podstaw przyszłego systemu. Musimy mieć struktury i instytucje, aby funkcjonować jako społeczeństwa, społeczności i organizacje. Musimy też mieć odmieńców, nowatorów, artystów, proroków i wizjonerów, którzy działają poza strukturami i pokazują nam możliwości, które w strukturach nie są zawarte i których na co dzień nie dostrzegamy. Ale nie możemy być wszyscy nowatorami, bo wtedy każda najdrobniejsza kolektywna czynność pochłania energię ludzką i społeczną niewyobrażalnej wielkości, i, jak widać wokół, towarzyszy temu chaos i zamieszanie, poczucie zagrożenia, wręcz paniki społecznej. Tę energię łatwo jest wykorzystać komuś czy czemuś, kto lub co ma na tyle zakumulowanej władzy i środków, że może po prostu przechwycić wysiłki innych dla własnych korzyści.
Tak stało się w terenie badawczym mojego doktoranta – twórcze zespoły zostały rozbite, wielu wybitnych fachowców zwolniono, innowacje nie zadziałały (choć były generowane), bogaci jeszcze bardziej się wzbogacili, a ubożsi stracili. To bardzo smutny rachunek. Ale nie ostateczny – ktoś to wszystko zanotował, ktoś zebrał razem w spójną ustrukturyzowaną opowieść, ktoś będzie bronił pracy naukowej w ramach instytucji i struktur akademii. Zostanie wiedza, którą, gdy przyjdzie czas, będziemy mogli wykorzystać dla poprawy świata.
prof. Monika Kostera
przez Karol Trammer | sobota 10 marca 2018 | opinie
Mazowieckie PKS-y w tarapatach: tylko przez ostatni rok skasowano setki kursów. Swój koniec właśnie ogłosił przewoźnik z Ostrołęki.
1 lutego 2018 r. Mobilis Ostrołęka całkowicie wycofał się z obsługi rejonu Wyszkowa – zlikwidowanych zostało 50 kursów tego przewoźnika, które łączyły Wyszków z okolicznymi gminami: Rząśnik, Długosiodło, Brańszczyk, Somianka, Zatory i Obryte. Swoje zniknięcie z Wyszkowa i okolic ostrołęcki Mobilis ogłosił pasażerom z zaledwie tygodniowym wyprzedzeniem.
Poprzednie duże cięcia ostrołęcki Mobilis przeprowadził rok temu – w marcu 2017 r. zlikwidowano aż 104 kursy. Zeszłoroczne likwidacje były początkiem końca tego przewoźnika. W połowie lutego 2018 r. Grupa Mobilis podjęła decyzję o rozwiązaniu całego ostrołęckiego oddziału, obsługującego powiaty ostrołęcki, wyszkowski i ostrowski. Ostrołęcki Mobilis będzie działał tylko do końca czerwca 2018 r. Tak oto znika pierwszy z podmiotów sprzedanych osiem lat temu w ramach hurtowej prywatyzacji mazowieckich przedsiębiorstw PKS.
Szybki rozwój i gwałtowny regres
W czerwcu 2010 r. Grupa Mobilis – należąca do izraelskiego koncernu Egged – za 77 mln zł kupiła od skarbu państwa PKS-y z Płocka, Ciechanowa, Mławy, Przasnysza, Ostrołęki i Mińska Mazowieckiego. Po podpisaniu umowy prywatyzacyjnej z Mobilisem ówczesne Ministerstwo Skarbu Państwa informowało, że „powstaje silna grupa przewozowa, zarządzana przez inwestora branżowego, której celem jest wprowadzenie nowej jakości na rynku autobusowym przewozów pasażerskich w regionie Mazowsza. Szeroko zakrojony pakiet socjalny i zobowiązania inwestycyjne firmy Mobilis są sukcesem prywatyzacji mazowieckich PKS-ów i realnym gwarantem ich szybkiego rozwoju”.
Rząd Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego, sprzedając Grupie Mobilis mazowieckie PKS-y, nie oczekiwał gwarancji zapewnienia określonej sieci połączeń. Co więcej, jak ujawniła Najwyższa Izba Kontroli, zobowiązania inwestycyjne złożone przez Mobilis i zaakceptowane przez rząd przewidywały cenę zakupu nowego autobusu na poziomie 150-295 tys. zł, gdy tymczasem koszt zakupu nowego autobusu wynosił około 700 tys. zł. Ministerstwo Skarbu Państwa zrezygnowało z negocjacji nad zobowiązaniami, nie chcąc doprowadzić do obniżenia kwoty, jaką Mobilis gotowy był wyłożyć na zakup sześciu PKS-ów.
– Do niedawna przedsiębiorstwa sprywatyzowane z udziałem inwestorów zagranicznych charakteryzowały się dosyć dużą stabilnością istnienia. Niestety, ostatnio obserwujemy gwałtowny regres dawnych PKS-ów należących do niemieckiej firmy Arriva. Istnieje obawa, że ten sam proces właśnie dotyka PKS-ów spod znaku Mobilisa – mówi dr Ariel Ciechański z Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania Polskiej Akademii Nauk.
Opóźniony, odwołany, połączony
Płocki Mobilis na przełomie 2017 i 2018 r. nie radził sobie z realizacją rozkładu jazdy. Kursy były masowo odwoływane lub wykonywane z dużymi opóźnieniami. W dużej części to skutek deficytu kierowców, z którym boryka się nie tylko Grupa Mobilis.
PKS Grójec – należący do pracowników firmy, gminy Tarczyn oraz powiatów grójeckiego i białobrzeskiego – terminy funkcjonowania najdłuższego ze swoich kursów, łączącego Warkę i Łódź, ograniczył do piątków i niedziel. Tak kierowcę, który na całe popołudnie i wieczór „znikał” na kursie łódzkim, odzyskano do lokalnych kursów obsługujących codzienne dojazdy.
Płocki Mobilis próbował z kolei stosować bieżące łączenie kursów: na przykład autobus odjeżdżający o godz. 15.45 z Płocka przez Blichowo do Wyszogrodu był odwoływany, a autobus odjeżdżający o godz. 16.10 z Płocka przez Blichowo do Staroźrebów najpierw obsługiwał swoją planową trasę, następnie zawracał do Blichowa, skąd kierował się do Wyszogrodu. Skutek był taki, że do Wyszogrodu autobus docierał ponad godzinę po planowym przyjeździe.
Problemy płockiego Mobilisu z realizacją przewozów stanowiły przygrywkę do dużych cięć: w połowie lutego 2018 r. przewoźnik z dnia na dzień ogłosił, że na stałe likwiduje 46 swoich kursów w rejonie Płocka. Cięcia są także w innych oddziałach grupy: mławski Mobilis z początkiem 2018 r. zlikwidował 34 kursy na terenie powiatu żuromińskiego, następnie z początkiem marca 2018 r. 18 kursów zlikwidował przasnyski Mobilis.
Nadjeżdża deweloper
PKS Siedlce w drugiej połowie zeszłego roku cięć w sieci połączeń dokonywał nawet co dwa tygodnie. Od września do grudnia 2017 r. w ramach pięciu fal cięć w sumie zlikwidowano 61 kursów, a 14 skrócono.
W 2012 r. państwowy PKS Siedlce został sprzedany funduszowi inwestycyjnemu Retail Provider, który – jak pisał wówczas magazyn „Forbes” – „postanowił przywrócić dawną świetność Państwowej Komunikacji Samochodowej”. W rzeczywistości fundusz był zainteresowany położonym w centrum Siedlec dworcem autobusowym w celu zbudowania na jego miejscu centrum handlowego. W 2017 r. Retail Provider – zachowując sobie dworzec pod przyszłą inwestycję – sprzedał autobusy i bazę siedleckiego PKS-u firmie Poznański Bus, która jak widać wcale jednak nie zatrzymała ograniczania działalności przewozowej.
Prywatyzacja PKS Siedlce nie jest jedynym przypadkiem, gdy państwo oddało przewoźnika w ręce dewelopera. W 2005 r. rząd Sojuszu Lewicy Demokratycznej sprzedał PKS Zakopane firmie deweloperskiej MK Projekt, która na terenie bazy zbudowała apartamentowce, a PKS doprowadziła do upadłości. – Część PKS-ów zniknęła wcale nie z powodu wyłącznie złej kondycji ekonomicznej, ale dlatego, że była narzędziem do spekulacji nieruchomościami – mówi Ariel Ciechański.
Polska Komunikacja Samorządowa
Samorządowcy jako bezpieczniejsze od prywatyzacji rozwiązanie zwykle wskazują komunalizację, czyli przejęcie PKS-ów przez powiaty i gminy. O ile prywatyzacja zapewnia wpływy do budżetu państwa, o tyle komunalizacja odbywa się nieodpłatnie. Z tego powodu rząd albo ignorował wnioski samorządów o gotowości do przejęcia przewoźników działających na ich terenie, albo uzależniał wydanie zgody na komunalizację od tego, czy ubogie PKS-y pokryją koszty analiz prywatyzacyjnych, których wykonanie rząd w międzyczasie zlecił zewnętrznym firmom konsultingowym.
Na terenie województwa mazowieckiego do samorządów lokalnych należą PKS-y z Garwolina, Grójca, Łosic, Radomia i Sokołowa Podlaskiego. Wcale nie jest jednak tak, że przewoźnicy ci nie tną swoich sieci połączeń. – Trudno oczekiwać, że PKS będzie jeździł wszędzie, nie patrząc na koszty. Jak w każdej firmie, musimy dbać o sytuację finansową – mówił „Życiu Siedleckiemu” wiceszef sokołowskiego PKS-u Rafał Pieniak po likwidacji części kursów jesienią 2016 r.
– Zasadniczo nie ma istotnych różnic między formami własnościowymi PKS-ów, tyle tylko że często prywatni inwestorzy mają nieco mniejszą cierpliwość do nierentownego przedsiębiorstwa – uważa Bartosz Jakubowski, ekspert ds. transportu z Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, współautor publikacji „Publiczny transport zbiorowy poza miejskimi obszarami funkcjonalnymi” wydanej przez Szkołę Główną Handlową w Warszawie.
Pekaes w labiryncie
Przewoźnicy, chcąc ciąć koszty, dążą do obsługi jak największej liczby miejscowości możliwie najmniejszą liczbą autobusów. Prowadzi to do coraz bardziej poplątanych przebiegów linii. Trasa realizowanego przez płocki Mobilis kursu Płock – Psary na terenie gmin Bielsk i Drobin przypomina labirynt. Skutek jest taki, że aby dojechać do leżących 17-20 km od Płocka miejscowości Smolino, Kleniewo i Krajkowo, trzeba pokonać autobusem aż 45-48 km.
PKS-y – notując spadek przewozów w kursach do wsi położonych poza głównymi drogami – często decydowały się na obsługę takich miejscowości „przy okazji” przez autobus jadący między większymi miastami. Cieszące się niezłymi wynikami kursy otrzymywały więc kolejne wjazdy kieszeniowe, zbaczające z głównej drogi do miejscowości położonych na uboczu. Zniechęceni tym pasażerowie podróżujący w pełnej relacji przesiadali się wówczas do busów prywatnej konkurencji, która skrzętnie wykorzystując sytuację, rozwijała ofertę kursów niezjeżdżających z głównej drogi.
PKS Gostynin – obsługujący powiat gostyniński oraz część powiatu płockiego położoną na południowym brzegu Wisły – w ostatnich latach znacząco zmniejszył liczbę połączeń w rejon Gąbina, Sannik i Słubic. Aby jednak mieszkańców tych rejonów nie odciąć od komunikacji, modyfikowano trasę kursu Gostynin – Gąbin – Świniary tak, że obecnie ma ona kształt wielkiej podkowy. I choć Gąbin i Świniary dzieli 13 km, to autobus między tymi miejscowościami jedzie 47-kilometrową trasą biegnącą naokoło przez Sanniki, Iłów i Słubice.
Takie decyzje tworzą błędne koło, w którym odpowiedzią na zmniejszające się potoki pasażerów jest kierowanie autobusów coraz bardziej okrężnymi trasami z coraz dłuższymi czasami przejazdu, czego skutkiem jest odpływ kolejnych pasażerów zniechęcanych coraz mniej atrakcyjną ofertą.
PKS zawsze był i jeździł
– Zasadniczo wszystkie PKS-y, które rozwijają lub choćby utrzymują ofertę na odpowiednim poziomie, czynią to dzięki dobrej współpracy z samorządami powiatowymi lub gminnymi – mówi Bartosz Jakubowski. – Generalnie jednak samorządy są przyzwyczajone, że PKS zawsze był i zawsze jeździł, więc nie chcą rozmawiać o dofinansowaniu transportu autobusowego. W tej sytuacji wątpliwym jest uzyskanie choćby minimalnej rentowności, pozwalającej na rozwój przedsiębiorstw i przewozów.
Brak rozwoju widać między innymi w tym, że w wielu PKS-ach podstawowym typem autobusu wciąż jest Autosan H9: wysokopodłogowy i po prostu nieatrakcyjny dla pasażerów. To tak jakby po miastach nadal jeździło się przede wszystkim Jelczami i Ikarusami. – Ten problem mogły pomóc rozwiązać samorządy, które stały się przecież właścicielem części przedsiębiorstw. Co jednak zaskakujące, tylko w kilku przypadkach zakupiono ze środków unijnych nowe, lepiej dopasowane do potrzeb pojazdy. Brakuje tu nam zdecydowanie sytuacji obserwowanej na kolei, gdzie to samorządy zakupują tabor i oddają go do użytku przewoźnikom – mówi Ciechański.
Jedyne publiczne wsparcie, jakiego mogą być pewni przewoźnicy autobusowi, to rekompensaty za stosowanie ulg ustawowych – przede wszystkim ulg na uczniowskie bilety miesięczne. Skutkiem systemu finansowania opartego na dopłatach do biletów szkolnych jest jednak to, że przewoźnicy na większości tras ograniczyli się do zaspokajania tylko potrzeb uczniów.
Autobus za dwa miesiące. Albo nigdy
Na 67 kursów PKS Łosice wyruszających z miejscowego dworca, aż 56 realizowanych jest tylko w dni robocze, z czego 32 wyłącznie w dni nauki szkolnej. Z 70 kursów PKS Gostynin wyruszających z gostynińskiego dworca 44 realizowane są tylko w dni nauki szkolnej. Również PKS Garwolin ponad połowę swoich kursów realizuje wyłącznie w dni zajęć w szkołach.
W powiecie białobrzeskim do wszystkich czterech wsi gminnych – Promna, Radzanów, Stara Błotnica i Stromiec – autobusy obsługującego ten rejon PKS-u Grójec docierają wyłącznie w dni robocze. Na przykład ze Starej Błotnicy kursuje dziesięć autobusów dziennie, z czego osiem tylko w dni nauki szkolnej. Ostatni kurs odjeżdża o godz. 16.59. W soboty i niedziele żaden autobus nie dociera też między innymi do wsi gminnych Iłów, Młodzieszyn i Rybno w powiecie sochaczewskim obsługiwanym przez PKS Grodzisk Mazowiecki.
Nagminnie występujące w rozkładach jazdy PKS oznaczenie „kursuje tylko w dni nauki szkolnej” – poza brakiem komunikacji w weekendy – oznacza, że w tysiącach polskich miejscowości po odjeździe autobusu pod koniec czerwca następny pojawia się dopiero na początku września.
Układ funkcjonowania komunikacji opierający się na przejazdach do i ze szkoły przestał zaspokajać potrzeby osób pracujących w handlu, usługach i zakładach produkcyjnych. Wczesny koniec kursowania w piątki i zupełny brak kursów w niedziele to też odwrócenie się PKS-ów od osób dojeżdżających w cyklu tygodniowym do pracy i na studia w dużych miastach. Tak całe grupy pasażerów przez lata zmuszono do zakupu samochodów i dziś bardzo trudno je odzyskać. Tymczasem mocno się wykrusza ostatnia wierna grupa pasażerów: w Polsce w roku szkolnym 2016/2017 do szkół uczęszczało 4,9 mln dzieci i młodzieży, podczas gdy jeszcze w roku 2005/2006 liczba uczących się dzieci i młodzieży wynosiła 6,3 mln. Kolejni przewoźnicy PKS nagle orientują się, że są w dramatycznej sytuacji.
– Genezy obecnych problemów przedsiębiorstw PKS doszukiwałbym się w ponad 25-letniej historii transformacji rynku transportowego w Polsce i błędnych decyzjach na szczeblu rządowym. Przede wszystkim mylnie założono, że samoregulacja rynku będzie najbardziej optymalnym rozwiązaniem i pozostawiono ten segment przewozów całkowicie bez regulacji i wsparcia, pozwalając na wyniszczającą konkurencję na głównych połączeniach z jednej strony, a z drugiej przy okazji pozbawiając całkowicie wiele mniejszych miejscowości dostępu do transportu publicznego – podkreśla Ariel Ciechański. – W rezultacie otrzymaliśmy niespójny system transportowy na, o ironio, wzór post-radziecki. Pozamiejski transport autobusowy potraktowano w sumie więc znacznie gorzej niż transport kolejowy.
I pomyśleć, że gdy w minionych dekadach znikały kolejne połączenia kolejowe, zwykle zapewniano społeczności lokalne, że pociągi mogą z powodzeniem zostać zastąpione przez znacznie bardziej efektywną komunikację autobusową.
Karol Trammer
PS: W marcu 2018 r. Grupa Mobilis podjęła decyzję o likwidacji kolejnych PKS-ów: w Ciechanowie i Mińsku Mazowieckim.
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 2/94 marzec-kwiecień 2018), www.zbs.net.pl
przez Eliasz Robakiewicz | wtorek 6 marca 2018 | opinie
Komentarz do raportu „Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta”
Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że zawarta w niniejszym tekście krytyka dotyczy przede wszystkim nie samej części sprawozdawczej raportu (wyniki wywiadów), a konceptualnych ram, w które zostały one ujęte. Część opisową czytałem z zaciekawieniem, natomiast problematyczne są dla mnie przesłanki i wnioski z raportu, w szczególności diagnoza neoautorytaryzmu wyborców i wyborczyń PiS z małego miasteczka, gdzie prowadzono badania. Moje zaniepokojenie wzbudził także tekst współautora raportu, Kamila Trepki „Stwórzmy koalicję nadziei!”, który ukazał się niedługo po samym raporcie. Tekst nawołuje do stworzenia dwusegmentowego (dwie listy wyborcze) bloku koalicyjnego lewica + konserwatywni liberałowie (PO+Nowoczesna+PSL) i podpiera się raportem zespołu Gduli jako „dowodem” na „betonowy” charakter wyborców PiS. O ile nie wiem, jaka jest odpowiedź na pytanie „czy warto ubiegać się o elektorat PiS-u?”, o tyle wiem już teraz, że logika stojąca za diagnozą zarówno Trepki, jak i całego zespołu Gduli – jest błędna. Nie mam ambicji diagnozowania i proponowania tu „strategii lewicy”, w szczególności rozumianej jako „wygrywanie elektoratu”. Dlatego ograniczę moje dywagacje na ten temat do minimum, czyli nakreślenia w końcowej części tego, czym jest interes klasy pracującej. W niniejszym tekście skupię się na krytyce założeń i wniosków z raportu.
Założenia
Sam uznaję połączenie analiz klasowych (najchętniej marksistowskich) z badaniami socjologicznymi za bardzo dobry kierunek rozwoju badań społecznych. Dzieje się tak, ponieważ pozwala ono wyjść poza marksistowską tendencję do abstrakcyjnego rozumienia klasy i przyjrzeć się jej strukturze czy składowi, różnym interesom i warstwom w ich obrębie. Zwykle zrozumienie funkcjonowania sojuszów i konfliktów części klasy pracującej z częścią elit czy kapitalistów czy też różnych frakcji pracowników, pozwala zrozumieć, na czym polegają te „duże” konflikty i nie błąkać się po pustyni abstrakcji. W przypadku metodologii badań Gduli istnieje jednak pewien bardzo poważny problem z rozumieniem klas oraz ze sposobem ich opisu.
Raport ten, zgodnie z metodologią socjologii Pierre’a Bourdieu, bada poglądy i postawy mieszkańców małego miasta. Jego celem jest odnalezienie przyczyny utrzymującego się po dwóch latach wysokiego poparcia dla PiS-u. Założenia badania można podzielić na metodologiczne i tematyczne. Metodologiczne można sprowadzić do użycia teorii form kapitału Bourdieu (ekonomicznego, kulturowego i społecznego) oraz zanegowania jako punktu wyjścia teorii populizmu (nie wchodzę w szczegóły metodologii przeprowadzenia wywiadów, nie jestem tu kompetentny). Założenia tematyczne dotyczą wyboru tematów naświetlających poglądy i postawy polityczne badanych: sposób pozyskiwania informacji i zainteresowanie polityką, ocena rządów PO, 500+, trybunał konstytucyjny, całkowity zakaz aborcji, uchodźcy i ruchy społeczne.
Już na początku raportu (Gdula i in. 2017, s. 5) stwierdza się, że raport weryfikuje, jak się okazuje, błędne w kontekście obecnych rządów PiS, wyjaśnienie dojścia do władzy prawicy w ostatnich latach, odwołujące się do pojęcia „populizmu”. Populizm ma tutaj oznaczać formę polityki, w której zagospodarowuje się „prekarną” kondycję części społeczeństwa (wykluczenie, brak bezpieczeństwa, niskie zarobki, niski standard życia itd.), by sformułować wielkie „oskarżam!” wymierzone w establishment. Wyjaśnienie to, choć zdaniem autorek i autorów raportu trafnie opisywało sytuację dekadę temu (a i dziś także w niektórych regionach Europy), w chwili obecnej w Polsce jest nieprawidłowe. Dzieje się tak, ponieważ przyczyną poparcia PiS nie jest prekarny stan, sprowadzający się zasadniczo do złego statusu ekonomicznego. W rzeczywistości, według autorów raportu, ulega on stałej poprawie. To jakiś inny czynnik czy postawa motywuje Polki i Polaków do głosowania na PiS.
Zanim przyjrzę się wyjaśnieniu zespołu Gduli warto zaznaczyć, że pojęcie „populizmu” było z powodzeniem stosowane przez liberalne centrum (i nadal jest) do odsuwania roszczeń pracowniczych czy niwelowania wpływów nowych partii i ruchów oraz generalnie do pacyfikowania opozycji. Mówiąc prosto, zgodnie z tą teorią populistyczni liderzy, zwykle odwołując się do emocji, obiecując wiele i nie mając realnych sił, by podjęte postulaty zrealizować, kompromitują razem ze sobą postulaty grup wykluczonych, przez co „psują politykę”. Populizm porusza się w świecie opinii, karierowiczostwa, spektaklu społecznego i pozorów. Jak pouczają nas intelektualiści liberalni, populistom trzeba dać odpór (bronić „prawdziwej” demokracji). Teoria populizmu, nawet gdyby odjąć powyższy aspekt, jest nie tyle błędna, co zdaje sprawę z dość banalnej prawdy: żądania zmarginalizowanych grup mogły w ostatnich latach przebić się tylko w sojuszu ze zmarginalizowanymi radykałami (czy często pseudo-radykałami). W tym sensie ma ona oczywiście zastosowanie do pewnych aspektów utworzonej przez PiS hegemonii, choć prawdopodobnie nie są to najlepsze konceptualne ramy do analizy tego zjawiska. Teoria populizmu z całą swoją ambiwalencją zostaje jednak przez zespół Gduli odrzucona i to jest punkt wyjścia.
Analizowanie takich banałów wydawać się może stratą czasu. To, co jest tutaj istotne, to użycie tej teorii, by unieważnić problem ugruntowania poglądów i postaw w społeczno-ekonomicznych warunkach życia badanych. Odrzucenie wyjaśnienia wysokiego poparcia dla PiS w kategoriach teorii „populizmu” nie równa się rozwiązaniu problemu zgodności poglądów i postaw wyborców z ich sytuacją materialną. Zanegowanie banalnego rozwiązania problemu o fundamentalnej wadze nie równa się rozwiązaniu czy zanegowaniu samego problemu. Aby przekonać nas, że jednak problem jest rozwiązany, jeszcze na tej samej stronie, na której odrzucono teorię populizmu (Gdula i in. 2017, s. 5), podane są dane dotyczące spadku bezrobocia, wzrostu płac realnych oraz współczynnika Giniego, świadczące o tym, że pozycja społeczna i status ekonomiczny nie grają roli w poparciu PiS. Nie negując oczywiście prawdziwości tych danych należy jednak stwierdzić, że i one z pewnością nie rozwiązują tego problemu. Niezależnie od naszej oceny, na ile te dane dowodzą, że „Polacy biedni nie są” (a jest to moim zdaniem teza błędna, gdyż pomija szereg form nierówności), trzeba stwierdzić, że niezależnie od oceny badanych, czy ich sytuacja ekonomiczna jest „dobra” czy „zła”, stanowi ona i zawsze będzie stanowić podstawę (nie jedyną, ale ważną) zarówno dla formułowania poglądów i postaw, jak i wyrażania interesów. Dotyczy to zarówno poszczególnych ludzi, jak i klas (o interesie więcej na końcu tekstu). Na pewno warto rozważyć hipotezę zaproponowaną przez Michała Bilewicza w jego krytycznym wobec raportu tekście. Zgodnie z nią to nie zła sytuacja ekonomiczna, lecz powolne tempo zmian dla sporej części społeczeństwa powoduje niezadowolenie. Można by powiedzieć, że chodzi o dynamikę wzrostu gospodarczego i ogólnej poprawy warunków życia w Polsce. Uważam, że jest to ciekawa hipoteza, jednak warto ją uzupełnić o inne wymiary: nierównomierność geograficznego i klasowego podziału owoców tej dynamiki, a także, co równie ważne, o zbadanie czy nierównomierne czy po prostu niesprawiedliwe jest rozłożenie kosztów poniesionych, by zapewnić sobie poprawę sytuacji ekonomicznej.
Stwierdzenie na podstawie tych danych, że sytuacja ekonomiczna nie jest „zła”, nie obliguje nas do stwierdzenia, że nie stanowi ona podstawy dla formułowania poglądów, postaw czy decyzji – i że nie jest sama w sobie istotna. Zresztą wywiady przeprowadzone w raporcie potwierdzają moją intuicję – artykułowanie opinii, postaw czy interesu ma nieco odmienny kształt w różnych warstwach klasy pracującej w zależności od warunków życia. Oczywiście nie twierdzę, że istnieje tu prosta zależność i wszyscy badani mają poglądy zgodne w przejrzysty sposób ze swoją pozycją społeczną. Należy jednak stwierdzić, że istotne w tej konstrukcji jest wyrzucenie z dyskusji, pod przykrywką „motywacji ekonomicznej” poglądów, problemu społeczno-ekonomicznych podstaw wyrażanych w badaniu. Autorki raportu nie dopuściły analitycznie przeciwstawnej do tej założonej w raporcie możliwości: to dobrze ugruntowany i przemyślany interes pracowników znajduje dostępne mniej lub bardziej doskonałe formy eksplikacji i realizacji. Czy też mówiąc prościej: to realne warunki bytowe potrzebują wyrażenia w języku i działaniu, a nie postawy i poglądy wymagają „motywacji”.
Motywy ekonomiczne
Podążając dalej tokiem rozumowania raportu należy zapytać: jeżeli nie „motywacja ekonomiczna”, to co? Tu zaprezentowane są, same w sobie ciekawe, wywiady dotyczące wymienionego wcześniej szeregu spraw. Przedstawione różnice klasowe w ocenie ważnych zjawisk życia społecznego należy uznać za jedną z bardziej wartościowych części raportu. Nie będę się tutaj jednak zagłębiać w ich treść, ponieważ uważam, że wypowiedzi badanych warto przeczytać samodzielnie.
Poglądy i postawy dotyczące wymienionych powyżej kwestii stanowią tematyczne założenia dla sformułowania tezy o neoautorytaryzmie badanych. Kwestie te układają się dla autorek i autorów raportu w pewną całość nie dlatego, że w sprawach tych ujawniają się centralne problemy polskiego społeczeństwa. Dzieje się tak, ponieważ polityka PiS odpowiada ich zdaniem na niezrealizowane aspiracje klasy średniej, a w przypadku klasy ludowej pozwala ukierunkować resentyment. Można by powiedzieć, że to przecież oczywiste, że za tymi poglądami stoi coś więcej, natomiast raport badał poglądy i postawy, więc powyższa krytyka jest na wyrost – domagam się czegoś, czego raport wcale nie miał osiągnąć. Teoretycznie można by raportu w ten sposób bronić, gdyby kończył się on na części opisowej, jednak ani jego założenia, ani wnioski nie pozwalają nam na taką obronę.
Neoautorytaryzm
Problemy oceny rządów PO, funkcjonowania sądownictwa czy kwestii uchodźców układają się, jakby mogło się zdawać, w spójną wizję przyczyn poparcia autorytarnej formacji politycznej: bezwzględnej politycznej hegemonii nacjonalizmu siły i tożsamości opartej na negacji odmienności.
Już samo stwierdzenie, że „neoautorytaryzm mieści się w ramach paradygmatu demokratycznego, kładąc nacisk na uczestnictwo wyborcze, dawanie głosu zwykłym ludziom i niezależność państwa narodowego” (Gdula i in. 2017, s. 4) dyskwalifikuje to pojęcie niejako z definicji. Z pewnością tematy wywiadów zostały dobrane bardzo dobrze i są to istotne problemy. Jednak na tak dużym poziomie ogólności, na jakim pojęcie to zostało dopasowane do opinii przebadanych mieszkańców, jak zauważa Michał Bilewicz w swoim tekście, traci ono jakąkolwiek ostrość. Pojęcie neoautorytaryzmu staje się po prostu słowem-workiem, do którego wrzucone są rozmaite kwestie i problemy.
Najbardziej katastrofalną w skutkach konsekwencją przyjęcia poglądów proponowanych w raporcie jest odrzucenie wraz z napiętnowanymi postawami i poglądami problemów, których są one objawami. Problemy społeczne oraz motywacje i interesy z nimi związane zostają zredukowane do roli nieistotnych motywacji poglądów, które to z kolei zostają wrzucone do wora z napisem „neoautorytaryzm”. Z problemami tymi należy się zmierzyć i od tego, jaki realny wysiłek się w to włoży, zależy oczywiście powodzenie lewicy. Tylko realizując swoje wartości i dążenia ma ona szansę coś zaoferować i zdobyć jakąś legitymizację (nawiasem mówiąc, od kształtu ich rozwiązania zależy przede wszystkim przyszłość całego społeczeństwa). Droga na skróty, którą jak sądzę firmuje wizja Gduli, czyli sojuszu z opozycją liberalną przeciw autorytaryzmowi, nie ma dla mnie żadnej przyszłości. Nie dlatego, że „trzeba się radykalizować” i zamknąć w sekciarskim światku z sobie tylko zrozumiałym językiem i postulatami. Nie wydaje mi się, abym był rzecznikiem jakieś awangardowego czy radykalnego stanowiska, twierdząc, że problemy, które zostają na wiele sposób w raporcie poruszone przez samych badanych, nie powinny zostać zanegowane przy użyciu hasła „neoautorytaryzmu”, lecz podjęte z lewicowej perspektywy.
To nie dobieranie i nieprecyzyjne waloryzowanie grup elektoratów partii, lecz rozpoznanie struktury klasowej ma olbrzymie znaczenie dla zrozumienia społecznej funkcji problemów takich jak funkcjonowanie sądownictwa czy programu 500+. W tym sensie polską lewicę czeka podobna ciężka praca, jak ta wykonana przez ekipy Berniego Sandersa czy Jeremiego Corbyna. Rozpoznanie interesów grup i warstw klasy pracującej, które można powiązać i zrealizować przez postępowe postulaty polityczne, a także podjęcie aktywnej walki ideologicznej i politycznej – stanowi trudne i niewdzięczne zadanie. W szczególności gdy lewica parlamentarna nie ma swojego „twardego” elektoratu i jest postrzegana jako przybudówka neoliberalnej centroprawicy („lewactwo”). Istnieje także obok partii i intelektualistek żywe życie społeczne, w którym postępowe postulaty są formułowane, a ludzie gotowi są o nie walczyć. Niestety to równie trudne i niewdzięczne zadanie (a nawet bardziej, gdyż często ryzykuje się zwolnienie z pracy czy starcie z policją, nękanie w sądzie czy ignorowane przez wymiar sprawiedliwości napaści) stoi przed protestującymi przeciwko zakazowi aborcji, pocztowcami, nauczycielkami i nauczycielami, pracownikami sklepów wielkopowierzchniowych, pielęgniarkami, lokatorami – by wymienić tylko te najbardziej oczywiste przykłady.
Z pewnością pierwszym krokiem może być posłuchanie rady Sandersa, żeby dać sobie spokój ze swoimi uprzedzeniami i z charakterystycznym dla intelektualistów, studentów i ogólnie klasy średniej obsesyjnym skupieniem na sobie samych. Trzeba skupić się nie na sobie, ale na społeczeństwie. Oznacza to, że definitywne dla tego, czym jest i czym stanie się lewica w Polsce nie jest wcale to, jakie poglądy wyznaje czy jakiego koloru flagi wywiesza, lecz z jakimi problemami się zmierzy i jak szerokie sojusze stworzy. Nie chodzi tu o żadne „wsłuchiwanie się w głos ludu”, a o zrozumienie sytuacji, w której znajdują się potencjalni sojusznicy i potencjalne sojuszniczki lewicy. Zrozumienie to samo w sobie jest bronią w walce politycznej. Tak jak nie można pozwolić sobie na używanie takich generalizacji jak „neoautorytaryzm” wyborców PiS, tak też oczywiście nie można pozwolić sobie na jakiś naiwny moralizm „dobrego ludu”, który bezskutecznie próbuje się zresztą ostatnio lewicy wmawiać w imię równie naiwnego przeciwstawnego poglądu liberałów o istnieniu „ciemnych mas”, homo sovieticusach itp. (dowodzącego domniemanej naiwności lewicy i trzeźwego realizmu liberałów). Platformą dla postępowej polityki nie może być sam etyczny postulat lepszej polityki i lepszej przyszłości czy – w mdłej i niestrawnej wersji – „obrony słabszych”, lecz określony interes społeczny, przez realizację którego można taką politykę realizować.
Interes klasy pracującej
Na koniec warto postawić pytanie: czy odwracając przedstawione powyżej rozumowanie, oparte na negacji interesu klasy pracującej (czy przynajmniej olbrzymiej jej części) i zamknięciu go w dyskursywnej ślepej uliczce „autorytaryzmu wyborców PiS”, musimy godzić się na status quo, ażeby ten interes realizować? Czy musimy stawiać „interes narodowy” ponad wszystko, zaakceptować ONR, sławić „żołnierzy wyklętych”, zapałać miłością do ojca Rydzyka, zgodzić się na całkowity zakaz aborcji? Czy musimy w sporze o sądownictwo „wybrać stronę”? Albo zgodzić się bez szemrania na wszystkie pomysły reformatorskie PiS? Dostrzeżenie i zrozumienie, że obecna władza podejmuje, zagospodarowuje, zaprzepaszcza i rozwiązuje istotne problemy społeczne nie równa się zredukowaniu obiektywnej rzeczywistości życia społecznego do perspektywy obecnej władzy. Należy zrobić coś dokładnie odwrotnego do redukcjonistycznego rozumowania zespołu Gduli: dostrzec konflikt i niespójność tam, gdzie zdaje się panować nacjonalistyczny konsensus.
Istniejące rozwiązania nie są jedynymi możliwymi, choć trzeba się liczyć z realnością pozytywnych i negatywnych efektów działania obecnej władzy, nie dlatego, że można by wdrożyć jakiś genialny lewicowy plan polityczny (taki, jak wiemy, na razie nie istnieje), ale dlatego, że potencjał polskiego społeczeństwa nie wyczerpuje się ani w ramach wytyczonych przez PiS, ani przez ustępującą formację związaną z PO. Nie chodzi tu o naiwną i szowinistyczną wiarę, że „Polska będzie potęgą” (a zatem będzie mogła realizować swój interes bez ograniczeń – nieodzowny wyobrażeniowy komponent nacjonalizmu) uderzającą w nas z okładek tygodników, lecz o dostrzeżenie, że pewne partykularne dążenia i interesy są nośnikami interesów powszechnych i postępowych. Przykładowo walki nauczycieli o lepsze warunki pracy, wynagrodzenia i lepszą reformę edukacji są nośnikiem poprawy warunków materialnych dla pracowników sektora publicznego (których sytuacja z kolei oddziałuje na całe społeczeństwo) oraz lepszej edukacji powszechnej (czy analogicznie w przypadku pracowników medycznych). Jednocześnie oczywiście interesy różnych grup i warstw w obrębie klasy pracującej mogą być politycznie rozgrywane przeciwko sobie. Każdy przytomny polityk wie, że trzeba liczyć się i mieć odpowiednią strategię wobec potężnych interesów kapitału i wpływowych grup nacisku. Oczywiście autor niniejszego krótkiego komentarza nie ma odpowiedzi na postawione problemy, choć jest przekonany, że lepsza jest konfrontacja z realnymi problemami niż ich iluzoryczne rozwiązania.
Eliasz Robakiewicz
przez Jan Przybylski | wtorek 27 lutego 2018 | opinie
Handel narkotykami jest według szacunków branżą o rocznych obrotach rzędu 300 miliardów dolarów w skali światowej. Jest to wielkość nieporównywalna co prawda z generującą największe pieniądze ochroną zdrowia (ponad 24 biliony dolarów), inaczej jednak wygląda już zestawienie z np. ochroną środowiska, edukacją czy branżą medialną, mającymi wartość ocenianą w skali globu na około bilion dolarów. Podstawowym motorem handlu narkotykami jest chęć zysku, zatem wydaje się, że spojrzenie nań jak na działalność biznesową, strukturalnie analogiczną do wszystkich innych i borykającą się z podobnymi wyzwaniami, może przynieść interesujące wnioski. Takie właśnie podejście zaproponował redaktor magazynu „The Economist” Tom Wainwright w wydanej w roku 2016 książce „Narkonomia” (w wersji oryginalnej noszącej ciekawy podtytuł „Jak prowadzić kartel narkotykowy”, opuszczony z jakiegoś względu w wydaniu polskim).
Kartele jako korporacje
Materiał zebrany przez Wainwrighta dotyczy przede wszystkim studium przypadku największego na świecie rynku narkotyków – amerykańskiego, a także prowadzącego doń szlaku transportu towaru od producentów w Ameryce Południowej lub Meksyku, odgrywającego centralną rolę ze względów geograficznych jako główny szlak przerzutu. Funkcjonowanie karteli obejmuje całą paletę stosunków wzajemnych i wewnętrznych. Z jednej strony występuje bezwzględna konkurencja o zasoby terenowe, takie jak przejścia graniczne. Czyni ona np. z granicznego miasta Ciudad Juárez stolicę zbrodni, w której w wyniku wojen organizacji przestępczych współczynnik morderstw wynosił 130 osób na 100 tysięcy mieszkańców (wartość ta dla większości krajów UE oscyluje wokół 1). Z drugiej strony, kartele w sytuacji wyniszczającej i bardzo kosztownej przemocy, jak panująca w Salwadorze (w latach 90. zginęło tam z tego powodu 50 000 osób) potrafią zawierać porozumienia dotyczące podziału rynków, radykalnie ograniczające rozlew krwi. Organizacje meksykańskie z kolei przejęły od legalnego biznesu model franczyzowy, udostępniając za udział w zyskach swoją markę lokalnym drobnym organizacjom przestępczym.
Stosunki wertykalne w handlu narkotykami z kolei potrafią znacznie odbiegać od bezwzględności znanej z hollywoodzkich produkcji. Grupy przestępcze borykają się z problemami z rekrutacją kadr, które muszą być choćby minimalnie kompetentne, aby realizować z powodzeniem dostawy, a także wolne od infiltracji przez policję i podobne służby. Ogranicza to możliwość rotacji i sprawia, że tolerowanie pewnego zakresu niesolidności staje się bardziej opłacane niż zwolnienie pracownika (w domyśle z zastosowaniem szczególnych metod) i rozpoczynanie nowej procedury rekrutacji. Materiały gromadzone przez służby policyjne wskazują, że organizacje zajmujące się narkobiznesem starają się maksymalnie ograniczać stosowanie przemocy wewnętrznej, nieodwracalnie zrywającej relacje. A w sytuacji konkurencji, takiej jak występująca w Meksyku, kuszą pracowników publicznymi ogłoszeniami, obiecującymi wysokie wynagrodzenia i pakiety socjalne.
Z uwagi na specyfikę działania, kartele w większym stopniu niż firny legalne są uzależnione od pewnego poziomu poparcia w społecznościach lokalnych, umożliwiającego im ukrywanie działalności przed policją. Muszą w związku z tym inwestować w działania PRowe i próbować wykazywać się „społeczną odpowiedzialnością biznesu”. PR polega m.in. na prowadzeniu polityki informacyjnej, np. przez wywieszanie w publicznych miejscach transparentów, które przed zdjęciem trafiają do mediów. W tych reklamach outdoorowych organizacje przedstawiają siebie w pozytywnym świetle, przypisując jednocześnie najgorsze zbrodnie konkurencji. Drugą metodą jest wywieranie wpływu na media w celu osiągnięcia korzystnej selekcji informacji. Narzędziami są tu korupcja i zastraszanie, często z sankcją ostateczną.
Natomiast „odpowiedzialność społeczna” organizacji przestępczych to nagłaśniana dobroczynność i wypełnianie pustki tworzonej przez źle funkcjonujące państwo, np. dzięki udostępnianiu płatnych zabójców, wynajmowanych przez społeczności trapione przez pospolity bandytyzm leżący poza zakresem zainteresowania wielkich gangów.
Podwójnie poszkodowane kraje ubogie
Jak wspomniałem, obroty narkobiznesu są szacowane na 300 miliardów dolarów rocznie. To duża wartość, porównywalna np. z całym PKB Kolumbii. Jednak korzyści ekonomiczne wynikające z tego dla społeczeństw państw-producentów są niewielkie. Wainwright obrazowo charakteryzuje łańcuch wzrostu wartości narkotyku. Do otrzymania kilograma kokainy potrzeba 350 kilogramów liści koki. Kosztują one w Kolumbii 385 dolarów. Kilogram narkotyku ma tam cenę 800 dolarów, przekroczenie granicy Kolumbii zwiększa jego wartość do 2200 dolarów, a granicy amerykańskiej – do 14500 dolarów. Po dostarczeniu do dealera-pośrednika cena wzrasta do 19500 dolarów, dealerzy uliczni sprzedają substancję w cenie w przeliczeniu na kilogram wynoszącej 78000 dolarów, a z uwzględnieniem rozcieńczenia – nawet 120000. Jak widać, bezpośredni producenci otrzymują drobny ułamek szacunkowej kwoty obrotów, reszta pozostaje w rękach złowrogich organizacji.
Przekłada się to na jeden bardzo ważny efekt: walka z kartelami po stronie podaży jest w zasadzie całkowicie nieskuteczna. Operacje policji i wojska przeciwko plantacjom, angażujące wielkie koszty z uwagi na stosowanie coraz bardziej wyrafinowanych technik, nie przekładają się w istotny sposób na zmniejszenie dostępności surowca. Z uwagi na brak realnej koordynacji wysiłków poszczególnych krajów w przypadku np. ofensywy przeciwko plantacjom w Kolumbii produkcja przenosi się do spokojnego w tym czasie po otrąbieniu wyeliminowania upraw Peru – i vice versa). Kartele, będąc monopsonami (jedynymi odbiorcami), mogą narzucać rolnikom stałe ceny mimo niższej w danym okresie dostępności surowca. Nawet dość znaczący wzrost tych cen nie był istotny i nie stanowiłby problemu dla konsumentów z uwagi na znikomy udział w koszcie produktu końcowego.
Większego i trwałego efektu nie dają również działania na szlakach tranzytowych. Ponownie wiążą się one z kosztownym w każdym aspekcie zaangażowaniem poważnych sił. W znacznej części Meksyku spowodowało to wystąpienie faktycznego stanu wojny, porównywalnego z konfliktem zbrojnym o małej intensywności – liczbę ofiar śmiertelnych od roku 2006 do dziś szacuje się na ponad 120000. Jednak kartele działają elastycznie i w sytuacji utrudnienia funkcjonowania i wzrostu jego kosztów w jednym obszarze, ciężar działalności przenosi się w inny (znów analogia z globalnymi korporacjami). Na przykład do ubogich, mających bardzo słabe struktury państwowe krajów Ameryki Środkowej, takich jak Salwador czy Honduras i na karaibski szlak przemytniczy. Napływ nieobecnych lub słabo obecnych wcześniej organizacji dysponujących relatywnie ogromnymi pieniędzmi, korumpujących jeszcze bardziej funkcjonariuszy państwowych, pogarsza i tak zły stan spraw, niezależnie nawet od fal gwałtownej przestępczości, windujących statystyki morderstw do rzędu 100 osób na 100000 mieszkańców (należy pamiętać, że kartele środki na bieżącą działalność gromadzą również z wymuszeń). Problem dla państw ubogich, wywołany brakiem skutecznych działań po stronie popytu, pozostanie zresztą realny nawet w przypadku ewentualnego okiełznania handlu narkotykami w sytuacji okrzepnięcia struktur przestępczych i zgromadzenia przez nie niebagatelnych zasobów finansowych i w zakresie specjalistycznej wiedzy. Organizacje kryminalne bowiem potrafią zdywersyfikować działalność, przerzucając się np. na przemyt ludzi przez bariery imigracyjne, tymi samymi kanałami i z zastosowaniem tych samych narzędzi korupcyjnych, co w odniesieniu do narkotyków.
Na marginesie: w odniesieniu do Ameryki Łacińskiej można postawić pytanie, nad którym nie pochyla się Wainwright. Dla Stanów Zjednoczonych wojna z narkotykami w miejscach produkcji i na szlakach tranzytowych wiąże się z ogromnymi kosztami i budżetami służb (które przez to mają interes w jej kontynuacji), ale stanowi również narzędzie kontroli politycznej nad krajami regionu. Skoro problem jest ponadgraniczny, istnieje argument, że działania również muszą być ponadgraniczne, uzasadniający obecność amerykańskich służb prowadzących działania operacyjne czy kontrolujących udzielaną pomoc materiałową.
Oddziaływanie nowych technologii
Większe zagrożenie dla tradycyjnego modelu działalności karteli stanowią, dość paradoksalnie, nowe technologie, wywierające też pewien wpływ cywilizujący na branżę. Wymykające się przynajmniej czasowo służbom policyjnym narzędzia w rodzaju przeglądarki Tor i platform handlowych pozostających w mrocznych obszarach Internetu, konkurują z modelem opartym o dealerów ulicznych. Może to ograniczać walki o panowanie nad terytoriami w miastach, tak jak już wcześniej ograniczenie związanych z tym przestępczości i zagrożeń spowodowały telefony komórkowe. Ułatwia też klientom pozyskiwanie używek lepszej jakości, dzięki mechanizmowi ocen, analogicznemu z istniejącym w zwykłych serwisach handlowych. W jakimś stopniu zmniejszy to zapewne najbardziej negatywne skutki zażywania narkotyków, powodowane przez używki zanieczyszczone czy wzmocnione toksycznymi substancjami.
Legalizować?
Wainwright analizując potencjalnie skuteczne sposoby walki z przestępczością związaną z narkotykami wskazuje jednoznacznie na konieczność działań po stronie popytu. Wydaje się, że eliminacja samej skłonności do zażywania substancji odurzających jest po prostu niemożliwa. Wojny z narkotykami pozostają z kolei nieskuteczne. Dane statystyczne wskazują, że aż 40% mieszkańców Stanów Zjednoczonych miało kontakt z marihuaną, zwalczaną na równi z innymi narkotykami. Eksperymenty legalizacyjne, podjęte np. w stanie Kolorado w odniesieniu do marihuany, wydają się dawać wyniki wskazujące, że jest to właściwa droga. Dekryminalizacja oznacza automatyczne pozbawienie organizacji przestępczych źródła dochodu, eliminację segmentu przestępczości, a także oczywiście wzrost dochodów budżetowych. Prowadzenie produkcji przez licencjonowane profesjonalne podmioty zapewnia konsumentom bezpieczeństwo dzięki wysokiej jakości produktom, których zażywanie daje przewidywalne skutki.
Zupełnie przeciwne efekty miała wojna z tzw. dopalaczami, legalnymi syntetycznymi substancjami odurzającymi. Zakazywanie ich ad hoc owocowało wyścigiem między producentami a władzami ze szkodą dla klientów. Ci pierwsi na prohibicję w odniesieniu do jakiejś substancji odpowiadali jej modyfikacjami stosunkowo niewielkimi z chemicznego punktu widzenia, umożliwiającymi ominięcie zakazu, jednak niekoniecznie obojętnymi dla konsumentów – oddziaływanie na organizm mogło zmieniać się radykalnie i negatywnie. Skoro popyt istnieje i prawdopodobnie będzie istniał, właściwszą drogą byłoby umożliwienie legalnej produkcji i zbytu pod warunkiem udowodnionego radykalnego ograniczenia szkodliwości ubocznej.
Oczywiście skutkom legalizacji wybranych narkotyków należy się bacznie przyglądać. Celem jest eliminacja dotychczasowych negatywnych skutków ich obecności, ale już niekoniecznie popularyzacja, która skądinąd leżałaby w interesie dążących do maksymalizacji zysków producentów, nadających produktom atrakcyjne formy, przyciągające ludzi niekoniecznie odpowiedzialnych czy potrafiących właściwie postępować z egzotyczną substancją. Władze państwowe powinny zatem postępować bez przechyłu ideologicznego w żadną stronę, kierując się czystym pragmatyzmem.
dr Jan Przybylski
Tom Wainwright, Narkonomia, Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2016.
