przez dr hab. Rafał Łętocha | środa 25 kwietnia 2018 | opinie
Termin „lewica chrześcijańska” wydaje się dziś być sprzecznością. Jest to oczywiście pogląd uproszczony, bowiem mamy do czynienia w naszym kraju i w innych zakątkach świata z osobami, ruchami, środowiskami, które w ten sposób właśnie się identyfikują. Jednak w powszechnej świadomości katolicyzm czy chrześcijaństwo łączone są z określonym zestawem wartości, postaw i przekonań, które wyrażane i bronione są przez inicjatywy o proweniencji prawicowej. Lewica w każdej swojej postaci natomiast jawi się zazwyczaj jako programowo antychrześcijańska czy wręcz antyreligijna, w najlepszym wypadku zaś antyklerykalna. Tymczasem sprawa nie jest tak prosta, jak sugerują nam różnej maści polityczni pałkarze z jednej i drugiej strony barykady.
Od początku istnienia myśl lewicowa wchodziła w różne skomplikowane relacje z katolicyzmem czy szerzej chrześcijaństwem. Nie jest to li tylko specyfika polska. Co prawda wielu myślicieli uznawanych za lewicowych, przynajmniej od czasów oświecenia wieszczyło coraz większy zanik wpływów religii, postrzegając ją jako swoisty atawizm, który wraz z industrializacją, powstawaniem społeczeństwa przemysłowego i postępami nauki zostanie wyparty na margines życia społecznego. Jednak te przewidywania bynajmniej się nie spełniły, a przynajmniej nie przybrały takiego oblicza, jak niektórzy prognozowali.
Wiek XIX, postrzegany często jako okres galopującej sekularyzacji i wypierania wpływów religii z przestrzeni publicznej, mimo wszystko był niewątpliwie wiekiem religijnym, co widać na różnych płaszczyznach, również politycznej. Nawet na marginesie ruchów i idei o charakterze, wydawałoby się, antyreligijnym czy antychrześcijańskim, pojawiały się próby ich „ochrzczenia”, połączenia z zasadami wypływającymi z chrześcijaństwa. przykładami mogą być katolicki liberalizm czy socjalizm chrześcijański. Dość wspomnieć tutaj takie postaci jak Philippe Buonarotti, Étienne Cabet, Hugues-Félicité-Robert de Lamennais, Wilhelm Weitling, później zaś cała grupa francuskich saintsimonistów oraz fourierystów, którzy usiłowali łączyć katolicyzm z socjalizmem utopijnym (saint-simoniści Philippe Joseph Buchez, François Huet, Pierre-Célestin Roux-Lavergne, August Ott, fourieryści – Abel Transon, Louis Rousseau czy Hippolyte de La Morvonnais).
Chodzi oczywiście o wczesną postać myśli socjalistycznej, nazwaną, nie bez złośliwości, przez Marksa i Engelsa socjalizmem utopijnym. Jego dojrzała, „naukowa” postać, czyli marksizm, miała już być wyzbyta wszelkich złudzeń co do religii, traktowanej jako opium ludu. W „Świętej rodzinie” Marks i Engels pisali, iż problemy religijne nie są de facto problemami religijnymi, lecz społecznymi, które występują w postaci zmistyfikowanej. W związku z tym zadaniem jest wyłuskiwanie owej świeckiej treści z religijnej formy. Religia bowiem nie posiada własnej istoty czy religijnej treści, jej treścią jest jedynie religijny odblask rzeczywistego świata. Konsekwentny materializm marksistów zdawał się być nie do pogodzenia w żaden sposób z religią w jakiejkolwiek postaci. Wszelkie religie i kościoły, jak pisał na początku XX w. Lenin, wszystkie organizacje religijne stanowią jedynie organy burżuazyjnej reakcji, służące do obrony wyzysku i tumanienia klasy robotniczej.
Jednak i tu sprawa nie jest aż tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Z przykładami łączenia marksizmu i religii czy też zakopywania pomiędzy nimi rowów, będziemy mieli przecież do czynienia. Druga połowa XX w. przyniesie choćby w Ameryce Łacińskiej erupcję teologii wyzwolenia, która postawi sobie za cel schrystianizowanie i adaptację przynajmniej niektórych elementów myśli marksistowskiej. Spotkanie sacrum z rewolucją na gruncie polskim doskonale zostało natomiast opisane choćby w książce Andrzeja Chwalby, zwracającego uwagę, że rodzimi działacze socjalistyczni niejednokrotnie dawali dowody, iż nadzieję na sukces swojej sprawy pokładają w Opatrzności, modlili się o wyjednanie pomocy dla walczących, spragnionych sprawiedliwości i chleba (choćby w czasie rewolucji 1905 r.), oczekiwali, że Bóg przeważy szalę zwycięstwa na stronę świata pracy. Organizowali też nabożeństwa pierwszomajowe, a podczas pochodów używali świętych obrazów i intonowali pieśni religijno-patriotyczne.
Przypominam o tych, być może oczywistych dla niektórych, faktach mając przed oczami trzytomową pracę przygotowaną przez Tomasza Sikorskiego, badacza z Uniwersytetu Szczecińskiego, zatytułowaną „Ewangelia zbawienia. Polska lewica chrześcijańska (1832-1914)”. Trzeba powiedzieć, że autor podjął się niezwykle trudnego zadania, jakim jest przypomnienie nie dość że zapomnianej, to i dla wielu niewygodnej tradycji. Niewygodnej, co trzeba jasno wyartykułować, tak dla osób identyfikujących się dziś z rzeczownikiem z tytułowego wyrażenia „lewica chrześcijańska”, jak i tych utożsamiających się z dookreślającym go przymiotnikiem. Zarówno bowiem środowiska katolickie w swej przeważającej części nie chcą zbytnio być wiązane z tego rodzaju postaciami i ideami, podobnie współczesnym formacjom lewicowym nie jest zazwyczaj po drodze z antenatami ideowymi akcentującymi swoje związki z chrześcijaństwem i wartościami przezeń reprezentowanymi.
Postaci, których teksty Sikorski nam przypomina, w większości nie przystają ani do modelu wzorowego katolika, ani do modelu wzorowego lewicowca. Często są to polityczni outsiderzy, ideowi apatrydzi, niespokojne dusze wierzące w możliwość syntezy chrześcijaństwa z socjalizmem. Co prawda akcentują oni wątki chrześcijańskie, jednakowoż nierzadko mamy tutaj do czynienia z chrześcijaństwem w wersji heterodoksyjnej. Jednocześnie nie wahają się zazwyczaj poddawać bezpardonowej krytyce duchowieństwo oraz Kościół instytucjonalny. Oczywiście nie można tego nadmiernie uogólniać, mamy bowiem tutaj do czynienia z różnorakimi postaciami. Obok wizjonerów i marzycieli, Sikorski przypomina też postępowych kapłanów propagujących podniesienie materialne warstw ludowych. Trzeba również pamiętać, że autor dość swobodnie posługuje się terminami „lewica chrześcijańska” czy „socjalizm chrześcijański”, rozumie je sensu largo, trochę właśnie w dziewiętnastowiecznym duchu, kiedy pojęcia te traktowano bardziej intuicyjnie. Bohaterowie książki Sikorskiego mogą więc nie mieścić się we współczesnych wizjach lewicowości czy socjalizmu, zostali jednak uznani za ludzi lewicy, ponieważ sami się za takich uważali.
Lewicowość w rozumieniu Sikorskiego jest tutaj tożsama z postępowością, demokratyzmem, radykalizmem, obroną ludu, poglądami egalitarnymi i emancypacyjnymi. Podobnie jest z chrześcijaństwem, które nie stanowi tutaj określonego systemu religijnego, lecz raczej specyficzny styl myślenia i pisania cechujący się silnymi porywami religijnymi, odwołaniami do Ewangelii i Chrystusa. Przywoływanym postaciom bliższa zazwyczaj przy tym była wizja wyidealizowanego chrześcijaństwa pierwotnego, religii Ewangelii, nieskażonej jeszcze i nie zniekształconej przez Kościół instytucjonalny. Jak podkreśla Sikorski, autorów tekstów przedstawionych w omawianej antologii różniły idiomy „chrześcijańskiego komunizmu”, „lewicowych ludowców”, „socjalistycznej arystokracji”, postępowców, anarchistów, radykałów. Jednakże coś ich również łączyło. Była to „negacja istniejących stosunków społecznych i politycznych, sprzeciw wobec niesprawiedliwości, dysproporcji społecznych, i powszechnej biedy, chęć zmiany relacji międzyludzkich w imię zasad etyki chrześcijańskiej, miłości bliźniego, ewangelicznego braterstwa (różnie pojmowanego), równości i wolności. Łączyła ich również gorliwa wiara w Boga i przekonanie, że w niedalekiej przyszłości ziści się ich marzenie o wolniej, demokratycznej i sprawiedliwej Polsce. Te składniki czyniły z odrębnych jednostek wspólnotę – odrębną formację intelektualną chrześcijańskiej, demokratycznej i postępowej lewicy”.
W omawianej antologii odnajdziemy teksty tak różnych osób jak Adam Mickiewicz, ks. Piotr Ściegienny, Stanisław Worcell, Wiktor Heltman, Michał Chodźko, Jan Nepomucen Janowski, Leon Rzewuski, Jan Czyński, Edward Dembowski, Edmund Chojecki, Wojciech Darasz, Leon Zienkowicz, Ludwik Królikowski, Ludwik Bulewski, ks. Stanisław Stojałowski, Józef Hauke-Bosak, Jan Myjak, Tomasz Nocznicki, Antoni Szech i wielu innych. Jednak co najważniejsze i najciekawsze, postaci, które nie wahały się głosić śmiałych, a często nawet kontrowersyjnych czy bluźnierczych, z punktu widzenia zarówno ortodoksyjnego chrześcijaństwa, jak i ortodoksyjnej lewicy, poglądów. Jak chociażby Ludwik Królikowski deklarujący: „Tak, Jestem Komunistą, gdyż nie znam żadnej doktryny, żadnej nauki, żadnego systemu, żadnej religii wyższej i bardziej humanitarnej i to zarówno w swym celu, jak i w środkach, niż Komunizm! Któż to jest Komunista? […] Jest to wierny uczeń Jezusa Chrystusa, który czuje wstręt do wszystkich hipokrytów i wszelkich fałszerzy Ewangelii […] i który stara się przede wszystkim o urzeczywistnienie na Ziemi Królestwa Bożego i jego Sprawiedliwości. Jest to prawdziwy Chrześcijanin, który szczerze uznaje Boga za swego jedynego Prawodawcę, za ojca wszystkich ludzi, a w każdym człowieku widzi Dziecię Boże, Brata lub Siostrę Jezusa Chrystusa, Suwerena godnego wszelkiego szacunku. W nienawiści ma on wszelkiego ciemiężyciela ludzi, wszelkiego pana, wszelkiego prawodawcę, który nie szanuje sumienia ani woli swych Braci, tak samo jak on Suwerenów i z tego samego tytułu, i narzuca im jako prawo własną wolę, swe własne korzyści czy swe własne namiętności. Jest to niestrudzony Apostoł Solidarności i braterskiej Wspólnoty wszystkich ludzi, w każdej Gminie, w każdym Powiecie, w każdym Okręgu, Departamencie, Partii, Narodzie, Rasie, Kontynencie, a nawet całej Ziemi. Jest to niestrudzony i oddany Obrońca wspólnej własności”.
Albo Antoni Szech (wł. Izydor Kajetan Wysłouch), stwierdzający, że „Program ustroju Marksa i socjalistów można krytykować w imię nauki, w imię ekonomii politycznej, w imię filozofii czy psychologii mas, ale w imię idei Chrystusowej – właściwie nie. O ile by on dał światu szczęście, to on najzupełniej zgodny z ideą chrześcijańską. O ile w zamiarach socjalistów jest to dążenie, to one są chrześcijańskimi. I socjalista każdy – jeśli jest przejęty istotnie pragnieniem szczęścia dla ludzkości, dla świata, jeżeli nim powoduje nie interes osobisty, ale dobro innych – to on jest chrześcijaninem w duchu, chociażby się za takiego nie miał, chociażby sam nie wiedząc, co czyni, bluźnił Bogu i Chrystusowi”.
Trzytomowa praca przygotowana przez Tomasza Sikorskiego zawiera prawie sto różnego rodzaju publikacji: artykuły publicystyczne, traktaty, rozprawy, rezolucje i teksty agitacyjne. Większość z nich to materiały dziś trudno dostępne, rozsiane w bibliotekach polskich i zagranicznych, niektóre z nich pozyskane zostały natomiast przez autora ze zbiorów prywatnych. Praca poprzedzona została obszernym wstępem liczącym prawie 100 stron, w którym autor przybliża nam postaci, których teksty postanowił nam udostępnić i środowiska polityczne, z którymi były one związane. Zarysowuje w ten sposób szeroką panoramę myśli lewicowo-chrześcijańskiej, próbuje też wskazać na to, co łączy omawiane postaci i środowiska. Pomimo wielkiej różnorodności postaw i koncepcji, odmienności propagowanych rozwiązań wskazuje na to co stanowi differentia specifica tej formacji, na te idee, które pozwalają tak różnych myślicieli zakwalifikować do jednego nurtu.
Warto więc choćby z tych względów po nią sięgnąć i zapoznać się z prawie zupełnie zapomnianym dziś światem ideowym, który jednak odgrywał niebagatelną rolę jeszcze sto kilkadziesiąt lat temu. Być może stanowił on swoistą hybrydę, z zasady niepłodną lub też Darwinowską formę przejściową, skazaną na stopniowy zanik, a następnie obumarcie. Trudno jednoznacznie wyrokować. Nie jest to być może lektura do przysłowiowej poduszki, którą pochłoniemy błyskawicznie i „od deski do deski”. Zawiera natomiast wiele mało znanych, a czasami unikatowych materiałów, które bez wątpienia będą stanowić nieocenioną pomoc dla wszystkich osób chcących zająć się tą problematyką czy po prostu lepiej poznać dość oryginalny, a czasami nawet ekscentryczny, z dzisiejszej perspektywy, świat ideowy.
dr hab. Rafał Łętocha
Tomasz Sikorski, Ewangelia zbawienia. Polska chrześcijańska lewica (1832-1914), t. 1-3, Wydawnictwo von Boroviecky, Warszawa-Radzymin 2018.

przez Jan Przybylski | czwartek 19 kwietnia 2018 | gospodarka społeczna, opinie
Jedną z najistotniejszych zalet klasycznie pojmowanego kapitalizmu jest niewątpliwie konkurencja. Ma ona oczywiście, jak niemal wszystko, także swoje janusowe oblicze. Wiąże się z przerzucaniem redukcji kosztów na najsłabszych uczestników systemu, jednak ogólnie rzecz biorąc dążenie, aby wytworzyć produkt zapewniający korzystniejszy stosunek jakości do ceny stymuluje innowacyjność, sprawniejsze zarządzanie i zapobiega obrośnięciu wytwórców w piórka. Tymczasem nowoczesna globalna gospodarka często zmierza w kierunku oligopoli, zdominowanych przez bardzo nielicznych producentów, tak potężnych, że możliwość pojawienia się konkurencji jest w istocie zupełnie iluzoryczna. Nawet samo niepopadnięcie branż w pełny monopol nie wynika z procesów „naturalnych”, będąc wynikiem działań motywowanych politycznie. Jednym z najjaskrawszych przykładów takiego stanu rzeczy pozostaje sektor produkcji samolotów pasażerskich.
Cywilne lotnictwo pasażerskie zaczęło raczkować jeszcze przed I wojną światową, biorąc początek od rejsów sterowców. Dojrzałość techniczną, umożliwiającą myślenie o przewozach wykraczających poza poziom symboliczny, samoloty osiągnęły dopiero po zakończeniu tego konfliktu, podczas którego regularnie używano już całkiem dużych samolotów bombowych. Szybki postęp techniczny, którego kamieniem milowym było wdrożenie we wczesnych latach 30. konstrukcji całkowicie metalowych w dopracowanym aerodynamicznie układzie dolnopłata, przekładał się na rozwój w tej dziedzinie, która jednak pozostawała w dziedzinie przewozów marginesem, dostępnym wyłącznie dla bardzo bogatych, a przy tym odważnych. Już wtedy zarysowywała się wiodąca rola firm amerykańskich, takich jak Douglas czy Lockheed, jednak nad własną konstrukcją pasażerską pracowała nawet przedwrześniowa Polska (był to PZL-44 Wicher), a tym bardziej liczyli się producenci z krajów będących liderami postępu technicznego, takich jak Wielka Brytania, Niemcy czy Francja.
Kolejne przełomy i przetasowania przyniosła epoka po II wojnie światowej. Liderami największej rewolucji, polegającej na wdrożeniu w lotnictwie pasażerskim napędu odrzutowego, byli Brytyjczycy. Peleton opuściły siłą rzeczy państwa przegrane, wyniszczone i poddane różnorakim restrykcjom, odrodziły się jednak przemysły francuski i holenderski. Jako faktycznie niezależny producent samolotów pasażerskich zaistniał Związek Sowiecki, wcześniej opierający się w przeważającej mierze na konstrukcjach licencyjnych, znacznie doskonalszych i dojrzalszych niż rodzime. W Stanach Zjednoczonych u zarania epoki odrzutowej konkurowały Douglas, Convair oraz Boeing. Ten ostatni, choć przed wojną pozostawał w cieniu Douglasa i Lockheeda, wzrósł niezmiernie dzięki ogromnym wojennym i powojennym zamówieniom na bombowce. Prowadził też najodważniejszą politykę, symbolizowaną przełomowym modelem 707, do którego później dołączyły 727, 737 i legendarny Jumbo Jet 747, więc w efekcie zaczął wyraźnie wysuwać się na czoło i dystansować konkurentów. Jako pierwszy zakończył działalność w tym segmencie Convair, którego modele mimo wysokiego poziomu technicznego nie były w stanie przebić się na rynku. Chociaż udział przewozów powietrznych w ogólnej puli zwiększał się, nadal pozostawały one dostępne wyłącznie dla zamożnych albo gotowych na wyrzeczenia. Szczególnie dotyczyło to motywowanej politycznie demonstracji możliwości przemysłu europejskiego, brytyjsko-francuskiego naddźwiękowego samolotu Concorde.
Zmianę zaczęły przynosić dopiero lata 70., kiedy pojawiły się maszyny transoceaniczne odznaczające się bardzo niskimi kosztami w przeliczeniu na pojedynczego pasażera, określane jako szerokokadłubowe. Pierwszym był wspomniany Boeing 747, do którego dołączyły McDonnell Douglas DC-10 i L-1011, produkcji Lockheeda, dotychczas skoncentrowanego bardziej na samolotach wojskowych. Ten ostatni okazał się jednak kolejnym projektem, którego doskonałości technicznej nie towarzyszyła siła rynkowego przebicia i oznaczał koniec obecności firmy w branży pasażerskiej. „Demokratyzacji” przewozów towarzyszyła groźba bezwzględnej dominacji producentów amerykańskich – kroku nie byli w stanie dotrzymać im najsilniejsi dotychczas spośród reszty świata Brytyjczycy. Francuzi, holenderski Fokker czy producenci kanadyjscy ograniczali się do maszyn regionalnych.
Oddzielony Żelazną Kurtyną przemysł sowiecki stanowił odrębny świat, egzystujący poza pojedynczymi przypadkami, jak liczona w sztukach sprzedaż na Zachód Jaka-40, poza konkurencją. Zresztą mimo opracowania licznych udanych konstrukcji przez biura Iljuszyna, Tupolewa i Jakowlewa (w Polsce kojarzą się one jak najgorzej, jednak poza charakterystycznym dla realnego socjalizmu brakoróbstwem nie ustępowały one zbytnio produktom firm zachodnich, które również ulegały przecież katastrofom) i on zaczynał dostawać, tak jak cała gospodarka ZSRS, ciężkiej zadyszki. Pierwszy tamtejszy samolot szerokokadłubowy, Ił-86, wszedł do eksploatacji równo dekadę po amerykańskich odpowiednikach i nie dorównywał im pod względem komfortu oraz ekonomiki eksploatacji, przez co nie zdobył zupełnie żadnej pozycji rynkowej poza krajem producenta. Zapóźnione technologicznie o dekady Chiny ograniczały się do nienadających się zupełnie do wdrożenia konstrukcji eksperymentalnych i kupowały samoloty zachodnie.
Wspomniana bezwzględna dominacja Amerykanów nie stała się faktem tylko dzięki powołaniu na przełomie lat 60. i 70., z inicjatywy rządów Francji, RFN oraz Wielkiej Brytanii, przezwyciężającej krajowe partykularyzmy oraz imposybilizm, konsorcjum Airbus, które z biegiem czasu stało się instytucją paneuropejską. Zdołało ono wystawić do konkurencyjnej batalii bardzo udany model szerokokadłubowy A300. Zdobył on szerokie uznanie na całym świecie, w tym w Stanach Zjednoczonych, pozwolił konsorcjum okrzepnąć, a następnie opracować kolejne modele, rywalizujące w całym spektrum segmentu rynku średnich i dużych maszyn pasażerskich.
W Stanach Zjednoczonych równocześnie słabł McDonnell Douglas. Sprzedaż firmy uniemożliwiała opracowanie całkowicie nowych konstrukcji, które mogłyby skutecznie rywalizować z Boeingami i Airbusami. W rezultacie musiała ona ograniczać się do głębokich modernizacji produktów z przełomu lat 60. i 70. Problemy z zadowalającym dopracowaniem nowego-starego modelu MD-11, owocujące niezadowoleniem pasażerów i linii lotniczych, były gwoździem do jej trumny. W roku 1997 została ona przejęta przez Boeinga, który nieco wcześniej stał się na pewien czas również właścicielem firmy de Havilland Canada, produkującej samoloty komunikacji regionalnej. W latach 90. zakończył działalność niszowy Fokker, a przemysł postsowiecki znalazł się w stanie odpowiadającym całej gospodarce tego obszaru, czyli w najlepszym razie przetrwalnikowym. Linie lotnicze Rosji i innych krajów zaczęły kupować samoloty amerykańskie i zachodnioeuropejskie.
W świecie, w którym latanie na wielkie odległości stało się bardzo przystępne i zyskało status bezwzględnie dominującego sposobu masowego przemieszczania, zaistniał duopol Boeinga i Airbusa. Czyli producentów o bardzo zbliżonym ciężarze gatunkowym, zarzucających sobie nawzajem korzystanie z mniej czy bardziej ukrytej pomocy rządów. Poziom specjalizacji, koszty opracowania i przede wszystkim wprowadzenia na rynek (co musiałoby obejmować stworzenie zaplecza obsługowo-serwisowego) nowych produktów i waga gigantycznego doświadczenia, bez którego ich stworzenie byłoby porównywalne z chodzeniem po polu minowym, powodowały, że z pozycji rynkowych nikt nawet nie myślał o bezpośrednim rzuceniu im rękawicy. Konkurencja w pewnym zakresie wyłoniła się z segmentu samolotów regionalnych, w którym potentaci poza epizodami nie działali. Najważniejszymi graczami w tym segmencie stały się z upływem czasu założony przez państwo pod koniec lat 60. (acz sprywatyzowany w 90.) brazylijski Embraer oraz kanadyjski Bombardier, lotnicza część konsorcjum, powstała na bazie wcześniejszych firm de Havilland Canada oraz Canadair. Firmy te w miarę rozwoju budowały coraz większe samoloty, które w ostatnich latach osiągnęły rozmiary i zdolności przewozowe na poziomie najmniejszych maszyn oferowanych przez Boeinga oraz Airbusa. Wydawałoby się, że konkurencja mimo wszystko będzie działać, jednak…
Ostatnie miesiące przyniosły informacje, zgodnie z którymi tak wcale nie jest. Bombardier z wielką trudnością dźwiga koszty opracowania samolotów serii CS, co zresztą doprowadziło do konfliktu rządu Kanady z Boeingiem na tle pomocy publicznej. Ratunkiem dla firmy ma stać się nawiązanie współpracy z Airbusem. Praktycznie równolegle Boeing ogłosił plany fuzji z Embraerem, co w praktyce, z uwagi na nierównowagę wielkości, oznacza jego przejęcie. Duopol pozostanie zatem najpewniej póki co niezagrożony z Zachodu. Przyczyny pokazuje wielkość obu koncernów – w roku 2016 Boeing osiągnął przychody w wysokości 94,6 miliarda dolarów przy zysku wynoszącym 4,9 miliarda, Airbus natomiast 70,8 miliarda i 2,4 miliarda. Dla porównania wartości te wynosiły dla Embraera 5,8 miliarda i 247 milionów (dane za rok 2017), dla Bombardiera 11,2 miliarda i 133 miliony (dane za 2015).
Wynosząca rząd wielkości różnica skali pozwala liderom rynku prowadzić bardzo agresywną politykę cenową, daje im znacznie silniejszą pozycję w rokowaniach z konsorcjami leasingowymi oraz liniami lotniczymi, czyni znacznie mniej wrażliwymi na wahania rynku. Pozwala także przetrwać choroby wieku dziecięcego produktów opóźnionych nieuchronnie z uwagi na ogromny poziom skomplikowania – chociaż samoloty teoretycznie wyglądają dość podobnie, jak te z lat 70. i osiągają podobne prędkości czy zasięgi; vide początkowe problemy z Boeingiem 787 Dreamliner. W obecnej sytuacji wydaje się, że jedyną konkurencją dla duopolu będą częściowo działające na własną rękę, a częściowo kooperujące przemysły Chin i Rosji, chociaż póki co operują one bardzo wycinkowo, tworzą dopiero ofertę i de facto daleko im nawet do Embraera oraz Bombardiera…
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wydają się zatem wskazywać, że ukształtowany przed ponad 20 laty duopol Boeinga i Airbusa będzie trwał jeszcze długo. Nie ma praktycznie żadnych szans na to, aby konkurencja wykiełkowała w wyniku aktu przedsiębiorczości – bariery wejścia są zbyt wysokie, a najlepsze warunki skorzystania z rewolucji technicznych inne niż wynalazek teleportacji będą mieli potentaci, dysponujący ogromnym zapleczem i możliwościami, pozostający w bliskich stosunkach z rządami. Sytuację może zmienić dopiero za kilkanaście lat producent chiński, działający w oparciu o ogromny rynek i zapewne preferencje, od przyznania których tamtejsze władze nie będą się zapewne szczególnie uchylać. Niekoniecznie będzie to jednak oznaczało zmianę struktury globalnego układu – uwzględniając występujące dotychczas trendy można sobie wyobrazić, że wypchnięcie z lukratywnego rynku chińskiego każe koncernom amerykańskiemu i europejskiemu połączyć wysiłki poprzez fuzję…
dr Jan Przybylski
przez Tomasz S. Markiewka | niedziela 15 kwietnia 2018 | opinie
Jest grupa polityków, dziennikarzy oraz intelektualistów, która mnie szczególnie irytuje. Nazywam ich złośliwie „lewicowymi przyjaciółmi neoliberalizmu”. To ludzie, którzy na pozór wygłaszają poglądy lewicowe, ale tak naprawdę wspierają współczesny, nieuregulowany i nierównościowy kapitalizm. Po raz pierwszy zwróciłem uwagę na to zjawisko, gdy parę lat temu przeczytałem kilka wywiadów z Magdaleną Środą. Z jednej strony składała ona deklaracje, że neoliberalizm jest – jakże by inaczej – zły, Balcerowicz musi odejść, trzeba walczyć z nierównościami itd. Z drugiej twierdziła, że związki zawodowe i praca na etat to rzeczy, które nie pasują do współczesnego świata. W jednym zdaniu sugerowała, że potrzeba nam lewicy w stylu skandynawskim, w innym twierdziła, że gdy styka się z partią Razem, to przypominają się jej czasy komunizmu.
Środa z pewnością nie jest ani jedyną, ani najgorszą przedstawicielką tej postawy. Gwoli sprawiedliwości, trzeba powiedzieć, że polska filozofka przedstawia samą siebie jako liberałkę, więc jest pod tym względem fair. Gorzej, że najzwyczajniej w świecie wprowadza w błąd, kiedy mówi, że neoliberalizm jest zły. Sugeruje, że jest krytyczką neoliberalnych rozwiązań, a tak naprawdę odrzuca realne pomysły ich zastąpienia i utrwala szkodliwe przesądy, na przykład te dotyczące związków zawodowych. Prowadzi to do niebezpiecznego zjawiska, gdy neoliberalizm i jego symbole, takie jak Balcerowicz, wydają się z jednej strony kwestią przeszłości („Bo nikt już nie traktuje ich poważnie”), a z drugiej trwają niewzruszenie na swoich miejscach (bo wciąż powtarzane są neoliberalne dogmaty).
Dokładnie ten sam problem jest z Robertem Biedroniem i jego zaproszeniem dla Leszka Balcerowicza, aby ten przyjrzał się finansom Słupska. Pamiętajmy, że to nie jest skorzystanie z usług takiego sobie zwykłego ekonomisty. Trudno nawet nazwać Balcerowicza typowym reprezentantem ekonomii neoliberalnej. Guru polskiej ekonomii nie ogranicza się do wolnorynkowego dogmatyzmu. Robi też wiele, aby wyrzucić myśl lewicową poza nawias dyskusji publicznej. Porównuje przedstawicieli lewicy do „ludzi o sowieckiej mentalności”, faszystów, bolszewików czy też Lenina. Innymi słowy, stara się wytworzyć w społeczeństwie skojarzenie, że lewica równa się totalitaryzm. Biedroń zapraszając go do Słupska, chcąc nie chcąc, przyczynia się do normalizowania takich postaw.
Lewicowi przyjaciele neoliberalizmu zachowują się tak, jakby nauczyli się, że po 2008 roku wypada krytykować neoliberalizm, ale nie bardzo mieli pojęcie, o co w tym wszystkim chodzi. W teorii są gotowi poprzeć różne lewicowe pomysły, ale gdy tylko ktoś chce je wprowadzać w praktyce, zaraz zaczynają sobie przypominać o komunizmie i innych strasznych rzeczach. Mogą krytykować neoliberalizm, ale nie przeszkadza im to przymilać się do jego przedstawicieli. Oczywiście ich akceptacja dla polityki neoliberalnej jest zawsze usprawiedliwiana ważnymi powodami. To nie jest tak, że popieramy neoliberalizację rynku pracy – mówią – lecz po prostu stare, lewicowe rozwiązania się nie sprawdzają, a nowych, lepszych jeszcze nikt nie wymyślił. Albo: tak, tak, trzeba nam reform prospołecznych, ale teraz ważne jest, żeby nie dopuścić Kaczyńskiego do władzy/odebrać Kaczyńskiemu władzę (niepotrzebne skreślić).
Lewicowe postulaty zawsze muszą ustąpić przed potrzebą historyczną. W przeciwieństwie do postulatów neoliberalnych, które zawsze są na czasie. Bez względu na to, co mówią fakty. W 2016 roku McKinsey Global Institute opublikował badania na temat państw należących do 25. najsilniejszych gospodarek świat. Statystyki obejmują lata 2005-2014 i wyłania się z nich ponury obraz. W przypadku 65-70% gospodarstw domowych realne dochody albo zmalały, albo pozostały na tym samym poziomie (mimo wzrostu produktywności poszczególnych państw). Zgadnijcie, w jakich krajach ten negatywny trend był najsłabszy. Ano w tych, gdzie najwięcej osób należało do związków zawodowych. Tak, te stare, niedzisiejsze organizacje, wyśmiewane przez nowoczesnych postępowców, nadal wydają się jedną z najlepszych broni przeciwko rosnącym nierównościom społecznym. No ale jak pouczają nas lewicowi przyjaciele neoliberalizmu, ich czas przeminął. Takie są obiektywne prawa przyrody, więc cóż zrobić?
Jeśli już mówimy o starych i nowych rozwiązaniach, to wymówki „lewicowych neoliberałów” też nie są pierwszej świeżości. Przecież to nic innego jak TINA (There is no alternative). „Nie ma żadnej alternatywy”, więc w praktyce musimy być chwilowo neoliberałami. Taka strategia jest wykorzystywana od kilkudziesięciu lat. To ona doprowadziła do marginalizacji lewicy. Po co bowiem głosować na neoliberalną lewicę, skoro można wprost poprzeć neoliberałów albo prawicę, która od czasu do czasu wyskoczy z prospołecznymi postulatami w sferze gospodarczej? Lewicowi przyjaciel neoliberalizmu są pod pewnymi względami niebezpieczniejsi niż otwarci neoliberałowie, bo przekleństwem lewicy ostatnich kilkudziesięciu lat było właśnie to, że pod jej szyldem ukrywali się ludzie w rodzaju Tony’ego Blaira czy Billa Clintona. Ludzie firmujący swoją rzekomą lewicowością świat wzrastających nierówności społecznych i pogarszających się warunków pracy.
Zastanawiam się, ile jeszcze razy nabierzemy się na ten trik? Ile razy stwierdzimy, że lewicowe postulaty można oddłużyć na jutro? Ile razy dojdziemy do wniosku, że ogólna sympatyczność jest ważniejsza od wierności ideałom? Ile razy będziemy nalegać, że zmarginalizowana lewica powinna być wspaniałomyślna wobec ludzi, którzy latami byli u władzy i pletli bzdury? W świecie polityki nie ma żadnych konieczności. Nie ma żadnej fizycznej blokady uniemożliwiającej wybór ludzi, którzy sprzyjają większości społeczeństwa, a nie tylko uprzywilejowanej garstce. Wystarczy nie dać robić się w konia.
dr Tomasz S. Markiewka
przez Monika Kostera | środa 11 kwietnia 2018 | gospodarka społeczna, opinie
W moim niedawnym felietonie pisałam, że jest za dużo szkół zarządzania. Studenci różnych kierunków zarówno w Polsce, jak i niemal na całym świecie, masowo uczą się rozumienia haseł takich jak przedsiębiorczość, projekt, marketing. Takie kształcenie jest nadmiarowe i oderwane od rzeczywistych potrzeb, a poza tym silnie nacechowane ideologicznie. W odróżnieniu od „zwykłych” kierunków studiów, kursy z zarządzania szczególnie często uczą treści niezgodnych, czy nawet sprzecznych z aktualną nauką, i nierzadko oczekuje się od studentów bezdyskusyjnego przyswajania wiedzy, nie samodzielnego, krytycznego myślenia. Jest zdecydowanie za dużo takich szkół zarządzania. To jednak nie znaczy, że jest za dużo zarządzania. Przeciwnie, uważam, że zarządzania jest za mało. Ale nie takiego, jakiego dziś uczą szkoły zarządzania.
Pracująca w Wielkiej Brytanii polska uczona zajmująca się naukami o zarządzaniu, prof. Martyna Śliwa, objęła badaniami osoby prowadzące małe firmy. W dzisiejszej terminologii to przedsiębiorcy, gloryfikowani i przedstawiani w mediach i edukacji biznesowej jako wzór do naśladowania przez nas wszystkich. Rozmówcy Martyny Śliwy jednak nie mają nic wspólnego z heroicznym „twórczym zniszczeniem”. To ludzie wyrzuceni poza neoliberalny rynek pracy, bez szans na zwykłe zatrudnienie, przedsiębiorcy z przypadku i z konieczności życiowej. Przypominają raczej postaci drugoplanowe z ludowych podań, aniżeli głównych bohaterów – te wszystkie dobre osoby, które heros spotyka podczas swojej olśniewającej przygody i które pojawiają się dokładnie wtedy, kiedy trzeba i robią dokładnie to, co trzeba. Przedsiębiorcy Śliwy są rzetelni, staranni, pracowici. Ich „firmy” nie osiągają wielkich sukcesów, w ogóle nie rosną ani nie zwracają na siebie niczyjej uwagi. Wykonują solidną pracę. Znaleźli się tam, gdzie są, bo tak się złożyło, ale wiedzą, co trzeba robić, żeby wszystko działało jak należy. Nie są absolwentami kursów zarządzania. Jednak zarządzają. Myślę, że takiego właśnie zarządzania brakuje nam w innych, większych organizacjach – kompetentnego, solidnego i cichego. Słynny teoretyk zarządzania Henry Mintzberg opublikował w 1999 roku tekst pod tytułem „Zarządzać po cichu”, gdzie nawoływał, aby brać wzór z osób skromnych i cichych i starać się zarządzać tak, by nie być widocznym. Jego apel nadal jest w mocy. Nadal bardzo nam tego trzeba w naszych przedsiębiorstwach, szkołach, służbie zdrowia, w akademii i w administracji publicznej.
W 1987 roku chodziłam na wykłady profesora – wówczas doktora – Krzysztofa Obłója na Uniwersytecie Warszawskim wokół jego świetnej książki „Zarządzanie: ujęcie praktyczne”. To była niezwykła książka kursowa, bo studenci naprawdę ją czytali; spotykałam kolegów i koleżanki z roku zaczytanych w autobusach i tramwajach, w tym osoby na ogół nieprzykładające się do nauki. Wykład był równie dobry, choć wcale niełatwy w odbiorze. Jednak nie o edukacji uniwersyteckiej miał być ten felieton, wrócę do tego tematu innym razem. Teraz miała być mowa o zarządzaniu. Wykład i książka trafiały w sedno. Punktem wyjścia była definicja – „zarządzanie to branie odpowiedzialności – powiedział Krzysztof Obłój – za przedsiębiorstwo, za ludzi, za siebie i, co najtrudniejsze – za przeznaczenie”. I tu zacytował Eklezjastę: „wszystko ma swój czas, czas sadzenia i czas wyrywania, czas zachowania i czas wyrzucania, czas rozdzierania i czas zszywania…”. Zarządzanie to nawigowanie razem z czasem, tak, by jak najlepiej zadbać o ludzi i o organizację.
Zarządzać to znaczy brać odpowiedzialność za całość, za jutro; znajdować się we właściwym miejscu i czasie. Do tego nie jest potrzebna ideologia ani wyrafinowana, kosztowna edukacja. Potrzebna jest praktyczna, cicha postawa, gotowość do rozmowy, odpowiadania, mediowania. Konformizm. Dobra szefowa, dobry szef jest konformistą (ale już dobry naukowiec, także od zarządzania, w żadnym wypadku konformistą być nie może; nauka polega na dążeniu do prawdy, ogłaszaniu treści, które nie powinny być oczywiste ani zgodne z obiegową opinią). Stara się wyczuć, skąd wieje wiatr i nawiguje zgodnie z nim, po to, by zapewnić przetrwanie organizacji i powodzenie przedsięwzięciu, choć oczywiście ma też własny moralny kompas i zasady, których przestrzega. Jednak nie czyni tego na pokaz ani dla własnej chwały. To osoba, która odpowiada na skargi klienta i „poczuwa się”, nawet jeśli w gruncie rzeczy czuje się niewinna i uważa, że klient jest, powiedzmy to sobie szczerze, klientem upierdliwym. To osoba, która tak długo jak się da, dba o to, by ludzie w zespole jakoś się dogadywali, choć prywatnie może uważać, że pan Felek ma chore ambicje, a pani Melasia ma tysiąc opinii na każdy temat. To ktoś, kto zawsze znajdzie się tam, na samym końcu każdej sprawy, gotów, niezależnie od własnych uczuć i okoliczności, sprawdzić, czy nie dałoby się jej jakoś sensownie załatwić.
Taki konformizm nie jest oportunistyczny, lecz pragmatyczny. Nie jest ukierunkowany na największą korzyść własną czy sukces, ale chodzi w nim o to, żeby w każdym warunkach, dobrych, złych i beznadziejnych, starać się zadbać o organizację. Do tego nie jest potrzebna skomplikowana i kosztowna do zdobycia wiedza. Profesorowie zarządzania Peter Case i Jonathan Gosling twierdzą, że zarządzanie to ekonomia plus moralność. Ekonomii można się nauczyć, moralność można wspierać i rozwijać nauczając humanistyki.
Pierwszy składnik takiej edukacji jest potrzebny, aby orientować się w warsztacie zarządzania i aby, nawet jeśli on szybko się zmienia, wiedzieć, skąd czerpać nowe rozwiązania i jaka jest ich wewnętrzna logika. Albo przynajmniej, gdzie znaleźć odpowiedniego fachowca i jak się z nią lub z nim dogadać. Drugi jest niezbędny do tego, by umieć porozumieć się z ludźmi i być czułym na kontekst – to takie strojenie kompasu potrzebne do nawigowania po otoczeniu i wczuwania się w kierunki różnych dynamik. Dzięki takiej edukacji zarządzania powinien zniknąć z naszych organizacji tzw. syndrom młotka: dać komuś młotek, a będzie wszędzie widzieć gwoździe. Obecna edukacja menedżerska świetnie tę bolączkę ilustruje – dominujący język finansjalizacji, zysku, sukcesu kolonizuje współczesną kulturę; do zarządzania szkołami, uniwersytetami, szpitalami, galeriami sztuki podchodzi się tak, jakby były zorientowanymi na zysk korporacjami. A przecież wszystkie te organizacje mają swoją specyfikę i swoje cele i jeśli zarządzanie nimi może być sprowadzane do wspólnego mianownika, to tym mianownikiem nie jest zysk ani nawet koniecznie sukces czy wzrost, lecz właśnie branie odpowiedzialności, imperatyw nawigowania. Ostatnie dekady pokazały dobitnie – i nawet klasyczni ekonomiści zaczynają widzieć to w ten sposób – porażkę sprowadzania każdej działalności wyłącznie do wskaźników finansowych. Wiara w wolny rynek, który wszystko rozwiąże, jeśli tylko zrezygnuje się ze wszelkich innych celów i aspektów, generuje więcej patologii, niż śniło się filozofom (i ekonomistom z ubiegłego stulecia). Zarządzanie na zasadzie rynkowego „młotka” doprowadziło do gigantycznej nierówności, gdzie 1% najbogatszych ludzi świata jest właścicielami połowy majątku świata, a dostatek wcale nie „skapuje w dół”, jak naiwnie sądzili entuzjaści rynkowi z XX wieku. W najbogatszych krajach świata mamy do czynienia z masowym przyrostem biedy i bezdomności. Gospodarki zbudowane są na piasku, na dynamicznie skonstruowanym zadłużeniu i rabunkowym podejściu do zasobów, w tym ludzi i surowców naturalnych. Służby publiczne działają coraz słabiej i to wcale nie dlatego, że są zbyt mało zyskowne. Pracownicy służby zdrowia i uniwersytetów masowo cierpią z powodu depresji. Profesor zarządzania Peter Fleming pisze, że współczesny rynek pracy przypomina obóz przymusowej pracy – wszyscy są wykorzystywani, pracownicy po prostu cierpią w swoich miejscach pracy i staje się to coraz bardziej znormalizowane, a młodzi ludzie obecnie często myślą, że inaczej się nie da, że tak być musi. W dodatku panuje na wszystkich szczeblach przekonanie, że nic się nie da zrobić, że system całkowicie wymknął się spod kontroli i w najlepszym razie możemy mieć nadzieję, że jeszcze przez chwilę się nie zawali. Nikt nie podejmuje odpowiedzialności, nikt z wyjątkiem skromnych „przedsiębiorców” z konieczności, takich jak rozmówcy Martyny Śliwy i organizacji alternatywnych takich, jak te, które badam i o których pisałam niedawno. Organizacje alternatywne są często zarządzane kolektywnie, demokratycznie, zdarza się, że nie mają szefów lub szefowie są kadencyjni albo wpleceni w strukturę grup roboczych, opartą na zasadzie współzarządzania dobrem wspólnym. Takie organizacje i takie podejście istnieją, ale wciąż są marginesem w gospodarce, a zwłaszcza w sposobie mówienia i uczenia o niej.
A to wszystko znaczy, że jest za mało zarządzania. Nie dlatego, że jest zbyt mało szkół biznesu. Dlatego, że system kapitalistyczny naprawdę pada, a my za bardzo zapatrzyliśmy się w krzykaczy i psychopatów i wydaje nam się, że musimy ich naśladować, bo inaczej nie da się zarządzać. Druga część zdania sygnalizuje dobrą wiadomość – nie musimy, możemy sobie odpuścić, bycie człowiekiem jest OK, także człowiekiem drugiego planu; inne zarządzanie jest możliwe, jak zapewnia polsko-brytyjski badacz organizacji, Jerzy Kociatkiewicz. Przyjąć to oznacza wielką ulgę, która może pomóc nam z godnością i odpowiedzialnością przejść przez to, co niesie pierwsza połowa tego zdania.
prof. Monika Kostera
przez Joseph Todd | piątek 6 kwietnia 2018 | opinie
Google i Facebook to informacyjne pasożyty. Ograbiają nas z produkowanych przez nas danych i wyciskają z nich zysk. Zacznijmy domagać się wynagrodzenia. Żądajmy wyzwolenia danych.
Życie w erze dominacji datascape [głęboko zwirtualizowanego świata – przyp. tłum.] bywa szalone. Możemy za darmo komunikować się z każdą osobą na całej planecie. Jesteśmy w stanie w znacznym stopniu uczestniczyć w codziennym życiu ludzi, na których nam zależy, bez względu na ich położenie geograficzne. Możemy pławić się w wiedzy odległej o jedno naciśnięcie klawisza i „zwiedzać” obce miasta. Mamy możliwość tworzenia „na żywo” i dzielenia się z innymi jeszcze ciepłym tekstem, dźwiękiem, obrazem i filmem video – i to natychmiast, niemal w locie, za pomocą różnych urządzeń; możemy też współpracować z innymi ludźmi w ramach tworzenia tych rzeczy w czasie rzeczywistym. Nasze umysły, myśl i podmiotowość poszerzyły się o rzeczywistość opartą na technologii. Wyszukiwarki i sieci mediów społecznościowych stały się przybudówkami do naszej jaźni.
Negatywnym skutkiem życia w tej epoce jest ogromny ślad cyfrowy, jaki za sobą pozostawiamy. Każdy nasz ruch jest namierzany przez usługi lokalizacyjne w smartfonie. Każda nasza potrzeba i chęć są odnotowywane jako odpowiedź zwrotna z wyszukiwarki. Nasze rozmowy przez telefon, korespondencja mailowa i smsowa mogą być potencjalnie nagrywane i archiwizowane. Treść wiadomości mailowych i tekstowych jest automatycznie przeszukiwana przez algorytmy pod kątem słów kluczowych i zakresów tematycznych.
Takie dane – które są potem zbierane, dzielone na kategorie i opisywane w ogromnej większości jako metadane – stanowią zasób o sile ładunku wybuchowego, w dodatku bardzo szybko powiększający się na przestrzeni dwóch ostatnich dziesięcioleci. Nasze życie jest nagrywane, wyodrębnia się z tego zapisu kluczowe informacje i przechowuje się je. Informacje te, zanim cyfrowa komunikacja podbiła świat, zazwyczaj ginęły w eterze. I to właśnie na tych ogromnych magazynach danych, na tych wirtualnych przedstawieniach nas samych, pasożytują technologiczne monolity, jak Google i Facebook, i na nich się bogacą. To dlatego musimy domagać się zapłaty i wyzwolenia danych – aby walczyć z taką prywatyzacją.
Pasożyty informacyjne
Facebook i Google są przedstawiane na dwa sposoby – albo okrzykuje się je dobrodusznymi dostawcami korzystnej dla użytkownika i darmowej infrastruktury cyfrowej, albo praktykami nikczemnego, totalitarnego polowania na dane, mającego na celu nadzorowanie każdego naszego ruchu. Żadna z tych dwóch charakterystyk nie jest do końca zgodna z prawdą. Chociaż usługi takie, jak e-mail, wymiana wiadomości tekstowych, wyszukiwarki i wirtualne mapy zmieniły i poszerzyły nasze umiejętności komunikacyjne, logistyczne oraz intelektualne, to nie dostajemy ich wcale za darmo od życzliwych dostarczycieli.
Jednak jednocześnie, choć te korporacje posiadają możliwość stworzenia niesłychanie szczegółowego zbioru danych na temat poszczególnych jednostek, nie mają one ambicji totalitarnych. Nie interesuje ich wyzwolenie ludzkiego potencjału, ale w podobnym stopniu nie są zainteresowane kontrolowaniem nas za pomocą ciągłego nadzoru. Dążą za to do wydobycia z całej tej sprawy wartości dodatkowej. Ich celem jest reprodukowanie kapitału. Jak każda inna korporacja – gonią za zyskiem.
Właśnie w tym Google i Facebook są niesamowicie sprawne. Obecnie łącznie warte są prawie 800 miliardów dolarów – więcej niż całkowite PKB Holandii, a przy tym są dwiema najszybciej rosnącymi korporacjami w historii kapitalizmu. A jednak wydaje się to początkowo niezrozumiałe, zważywszy na to, skąd ta wartość się wywodzi. Ani Google, ani Facebook nie tworzą żadnego contentu, zapewniają tylko infrastrukturę katalogującą i szeregującą. Nie obciążają nas także kosztami zakupu usługi ani kosztami obsługi serwisowej, lecz ofiarowują je za darmo. Oba wymagają niewielkiego wkładu pracy najemnej, wziąwszy pod uwagę ich rozmiar – wartość Facebooka równa się siedmiokrotnej wartości sieci Starbucks, choć w portalu społecznościowym znajduje zatrudnienie liczba osób stanowiąca odpowiednik tylko 7 procent siły roboczej sieci kawiarni.
Jak to się zatem stało, że te firmy mają tak wysoką wartość? Przyczyną jest darmowa praca, którą my sami – jako konsumenci, użytkownicy i producenci – dla nich wykonujemy. To my tworzymy zawartość, którą one wykorzystują. To my eksponujemy nasze prywatne światy, by te firmy mogły je pochwycić w swoje cyfrowe macki. To my pozwalamy im uprawiać górnictwo w kopalniach naszych danych. Potem dane te są zbierane i opisywane jako metadane, a z ich pomocą są nam następnie serwowane precyzyjne, skrojone pod nas reklamy, od których zależy to, jak szeroki strumień dochodów spłynie do Facebooka i Google’a. To właśnie dlatego, że istniejemy w datascape, że staliśmy się cyfrowymi bytami, nasze życie jest wykorzystywane jako źródło wartości dodatkowej.
Praca danotwórcza
Ten sposób prezentacji pojęcia ukrytej „pracy danotwórczej” odzwierciedla poglądy takich teoretyków pracy cyfrowej jak Tatiana Terranova. Katalogowała ona wyzysk w wirtualnym świecie i ujawniła istnienie „cyfrowych sweatshopów”, co było bardzo istotnym czynnikiem dla odbrązowienia tej wirtualnej pracy i dla napiętnowania niektórych firm – np. gazety „Huffington Post”, która w dużej mierze polega na treściach tworzonych przez nieopłacanych piszących – za to, kim naprawdę są i co robią: wyzyskują powiększający się sektor pracy prekarnej w przemyśle kulturalnym i poza nim. Co więcej, Terranova twierdzi, że praca taka jest rozproszona, konieczna do wykonania oraz ma charakter bytowy. Zatem tylko dlatego, że istniejemy w datascape, nawet jeśli wykazujemy tam tylko najbardziej podstawowy poziom zaangażowania, pracujemy w interesie kapitału.
Muszę przyznać, że brzmi to osobliwie. Używanie Facebooka czy wyszukiwarki Google nie przypomina pracy. To czynność wykonywana w wolnym czasie, a jej wykonywanie uważamy za swój wybór, albo co najmniej za wygodną usługę podnoszącą poziom naszego życia. I chociaż to drugie jest prawdą, to coraz trudniej uniknąć używania pasożytów informacyjnych. Kiedy stają się one niewidzialną infrastrukturą zarówno świata wirtualnego, jak i fizycznego, nasze coraz bardziej wymuszone zaangażowanie zaczyna mocno przypominać wykonywanie pracy.
Jeśli chcemy w obecnych czasach istnieć w datascape, nie uda nam się uniknąć usług żerujących na zbieraniu danych na nasz temat, takich jak skrzynka mailowa, wyszukiwarka i media społecznościowe. Nieposiadanie adresu mailowego wykluczyłoby nas z możliwości udziału w społecznościach internetowych, z robienia zakupów w sieci, pozbawiłoby nas możliwości założenia konta bankowego i zakazałoby nam wstępu do prawie wszystkich platform komunikacji cyfrowej. Wyszukiwania także nie da się uniknąć. Jeśli chcemy faktycznie angażować się w aktywność w sieci, nie uciekniemy przed koniecznością używania Google’a lub któregoś z jego rywali. Jeżeli jednak będziemy korzystać z tych wszystkich możliwości, to każdy większy dostawca usług pocztowych czy usługi wyszukiwania użyje swoich algorytmów, by przeczesać każde słowo, które wystukamy na klawiaturze. Nasze myśli, zapytania, nasza komunikacja i nasze pragnienia – wszystko to zostanie przechwycone i zmienione w sprywatyzowane metadane o konkretnej wartości.
Można posunąć się jeszcze dalej. Istnienie w datascape i użytkowanie wymienionych komponentów (pasożytów technologicznych i informacyjnych) coraz częściej staje się także warunkiem wstępnym do sensownego istnienia poza przestrzenią wirtualną, a zatem wpływa na naszą realną egzystencję. Posiadanie skrzynki mailowej jest nie do uniknięcia, jeśli chcemy wykonywać w XXI wieku większość zawodów. Wyszukiwarka jest koniecznością, jeżeli paramy się jakąkolwiek pracą związaną z pozyskiwaniem informacji. Mapy Google są niezbędne wciąż rosnącej grupie pracowników-freelancerów, świadczących na prekarnych warunkach usługi polegające na nawigowaniu po mieście na czas.
W ten sposób pasożytom informacyjnym udało się zrobić z siebie wszechobecną, niemożliwą do zignorowania infrastrukturę, na której coraz bardziej nauczyliśmy się polegać, jeśli chodzi o naszą własną reprodukcję pracy. Ich użytkowanie staje się normalne i oczekuje się go od nas. Kanalizują one nasze życie w coraz bardziej zauważalny sposób. Coraz większa część naszych codziennych czynności jest przeszukiwana pod kątem informacji, w związku z czym sami wytwarzamy wartość dla tych korporacji. Do tej nieuchronności dodajmy fakt, że nasze zaangażowanie w wirtualnym świecie jest głównym źródłem pozyskiwanej przez nie wartości, że na danych, które od nas pozyskują, zasadza się ich zysk, i oczywistym okaże się, iż użytkowanie przez nas usług dostarczanych przez pasożyty informacyjne to jest praca. Nie możemy jej uniknąć. Jesteśmy przymuszani do jej wykonywania. Bezpośrednio wpływa ona na tworzenie się kapitału. Jesteśmy pracownikami najemnymi w sektorze danych.
Opór w datascape
W tak postawionym kontekście technologiczne sny twórców Google gwałtownie zmieniają się w nasz koszmar. Sergiej Brin spekuluje nad możliwością opracowania „mniejszej wersji Google, którą po prostu podpinałoby się wprost do mózgu”, po to, by, jak ujmuje to Schmidt, „na podstawie uzyskanych danych można było zaproponować nam dokładnie odpowiadające naszym oczekiwaniom informacje, newsy, reklamę – natychmiast i bezproblemowo”.
Ujawniono zatem zamiar Google’a, by móc całkowicie wtopić się w życie. Zająć pastwiska najżyźniejsze w dane, zamontować swojego pasożyta w samiutkim źródle – naszym mózgu – i zapewnić sobie dopływ i prywatyzację całości ludzkich procesów poznawczych. Google stałoby się biologiczne, a każde drgnienie naszej świadomości dostarczałoby mu zysków.
Niebezpieczeństwo takiej nędznej, dystopijnej przyszłości może zostać zażegnane, jeśli tylko potrafimy dowieść, że praca najemna, którą wykonujemy nad danymi, istnieje, oraz wykorzystać ją do zbadania bieżących metod oporu i poinformowania innych użytkowników o potencjalnych alternatywach. Na przykład – jeśli walkę o prywatność w nowym świecie będziemy nadal postrzegać w ujęciu panoptycznym, a nie ekonomicznym, czyli jako wojnę raczej z nikczemnym nadzorem, niż jako walkę o pozyskiwanie wartości dodatkowej, to własnymi rękami przyłożymy się do zaciemnienia prawdziwych intencji tych polujących na dane korporacji.
Jedną z alternatywnych taktyk jest porównanie polityk prywatności Google’a i Facebooka do polityk związanych z tradycyjnymi stosunkami pracy – łącznie z całą przyrodzoną im walką o wysokość płacy, warunki pracy i jej godziny. Takie przewartościowanie pozwoliłoby nam zdać sobie sprawę z naszej prawdziwej pozycji w relacji do pasożytów informacyjnych. Nie jesteśmy wdzięcznymi beneficjentami darmowych usług, jak twierdzi Dolina Krzemowa. Nie jesteśmy jednak także przedmiotami totalitarnej obserwacji i absolutnej kontroli, jak to lubi powtarzać lewica liberalna. Zamiast tego wszystkiego – jesteśmy pracownikami. Pracownikami, którzy powinni domagać się poważniejszego wynagrodzenia niż tylko liźnięcie darmowych usług.
Ma to oczywiste, silne implikacje dla polityki postpracy. Srnicek i Williams, autorzy zapalczywego postkapitalistycznego traktatu pod tytułem „Inventing the Future”, argumentują, że wprowadzenie Gwarantowanego Dochodu Podstawowego nigdy nie będzie miało miejsca, jeśli łącznie z nim nie wprowadzi się antyhegemonicznego projektu, który w sposób radykalny osłabiłby etykę pracy. Takie zadanie byłoby trudne, jednak jeżeli popularne definicje cyfrowej pracy dopasuje się do tradycyjnych współrzędnych, definiując ją jako mierzalną, wyliczoną godzinowo i w sposób oczywisty i wyraźny wymuszoną, jeśli udałoby się nam spopularyzować koncepcję takiej pracy jako rozproszonej, nieprzerwanej i wikłającej nas w układ z cyfrową infrastrukturą, od której zależy nasze życie – wtedy uogólniona forma wynagrodzenia, jaką jest Gwarantowany Dochód Podstawowy, zaczęłaby mieć sens.
Innym z wniosków, jakie przyniosłoby takie przewartościowanie, jest potencjał, który niosą ze sobą metadane jako rezerwy wartości, oraz prędkość, z jaką są przechwytywane i prywatyzowane. Dawniej, gdy wyszukiwaliśmy jakąś informację w książce lub pytaliśmy o nią inną osobę w relacji twarzą w twarz, efekty zewnętrzne tego zapytania natychmiast znikały w eterze. Ale już w epoce informacyjnej nasze chęci, potrzeby, pragnienia i zasoby twórcze – czy też nasz „intelekt powszechny”, jak Marks określił go we „Wprowadzeniu do krytyki ekonomii politycznej” – są digitalizowane i archiwizowane.
Musimy postrzegać te sieci jako nowy środek produkcji, za pomocą którego można zebrać żniwo w postaci ogromnej wartości dodatkowej – co widać po tym, jak niewiarygodnie urosły Facebook i Google – gdyby tylko został on wyzwolony spod prywatnej kurateli. Nie ma co upierać się, jak robi to wielu utopistów z prawej i lewej strony, że samo w sobie mnożenie się i rozpowszechnianie informacji spowoduje rozkwit postkapitalistycznej ery braku niedoborów. Zamiast tego warto wziąć pod uwagę, że epoka informacji przyniosła ze sobą ogromne rezerwy wartości dodatkowej i że możliwości wykorzystania tej wartości przez jednostki, za pomocą połączonej w sieć produkcji opartej na open source, dopiero zaczynają się rysować.
Techno-przyszłość
Powyższe argumenty mogą sprawić, że niejednego lewicowca kusiłoby przyjęcie stanowiska sprzeciwu wobec technologii. Na bardziej tradycyjnej lewicy to nieprzejednana tendencja, zrodzona z inercji i dogmatu. Nadal zwycięża ortodoksyjne pojmowanie fabryki jako jedynego miejsca produkcji, oraz proletariatu jako klasy rewolucyjnej, co na wiele sposobów kłóci się z reprodukcją społeczną, istnieniem tłumów wykonujących pracę nad danymi, oraz, już w ujęciu całościowym, wagą niematerialnych technologii informacyjnych w obrębie kapitalizmu.
Za to na „nowej lewicy” akceptacja technologii przenika się z jej odrzuceniem. Podczas gdy na jednym poziomie dostrzegamy żarliwą radość z istnienia technologii jako środka rozwijania i wzmacniania naszej walki, na innych sytuują się impulsy o wręcz przeciwnym natężeniu, a przekazują nam one, że technologia nagradza najpierw tych, którzy działają bezzwłocznie i mają najlepsze położenie geograficzne. To wszystko dowody na praktykę polityczną, w której działanie oddolne [oryg. „unmediated” – niezapośredniczone] uznawane jest za najbardziej autentyczne – niech przykładami będą ruchy okupujące place, protesty uliczne czy radykalne grupy prowadzące akcje przeciwko producentom broni.
Taka lokalistyczna orientacja zagrzała miejsce w sercach nieliczonych inicjatyw solidarnościowych, w centrach społecznych, w kooperatywach i rozmaitych wspólnotach, które pewnego dnia mogłyby stworzyć podwaliny pod bezpaństwowe, zdecentralizowane społeczeństwo – a jednak te formy samoorganizacji skazane są na pokusę zapomnienia o sieci samej w sobie, na przegapienie istotności globalnych technologii. Czeka je także wycofanie się z analizy sieci komunikacyjnych i informacyjnych oraz prób ich wyzwolenia spod jarzma kapitalizmu. Swoją niechęć motywują tym, że nie można tych sieci w łatwy sposób zlokalizować i od razu fizycznie doświadczyć ich działania.
Musimy żywo przeciwstawić się takim pokusom. Chociaż dążenie do powrotu do świata sprzed epoki cyfrowej jest wysoce niepopularne – kto chciałby wyrzec się wyszukiwarki Google? – to jednak kulenie się ze strachu na wieść o złożonych technologiach informacyjnych byłoby również katastrofalnym w skutkach poddaniem tyłów na froncie walki o naszą utopię. Zamiast tego wszystkiego, musimy opracować radykalną wizję działania, tak abyśmy mogli przechwycić tendencje panujące w datascape i kształtować je na własną korzyść. Powinniśmy pogodzić się z tym, że przyszłość to dla nas naturalny teren. I dążyć do tego, by się takim stała.
Oczywistymi wydają się natychmiast dwie propozycje. Pierwsza z nich to Gwarantowany Dochód Podstawowy, finansowany z podatków pasożytów informacyjnych. Płynąłby on z naszej nareszcie dostrzeżonej ukrytej pracy, oznaczałby odpowiedniej wysokości, formalne wynagrodzenie za naszą aktywność online, przywracałby wagę uogólnionej i niemierzalnej naturze takiej pracy oraz faktowi, iż my wszyscy, na rozmaite sposoby, tworzymy i reprodukujemy datascape.
Taki ruch byłby jednak raczej skromny, porównywalny z przejściem od pracy prawie niewynagradzanej do pracy wynagradzanej pensją minimalną. Prawdziwym celem, który Paul Mason przedstawia w książce „Postcapitalism: A Guide to our Future”, jest nie tylko dostrzeżenie i wynagrodzenie pracy, jaką wykonujemy dostarczając danych, ale także dostęp do ogromnej ilości wcześniej niewidocznych informacji i wykorzystywanie ich za pomocą open source oraz do reprodukcji w trybie peer-to-peer.
Obecnie mamy niewiarygodnie wielką asymetrię danych. Pasożyty informacyjne, rządy państw i zwykłe firmy wiedzą na nasz temat niesłychanie dużo, a my sami wiemy niewiele o sobie nawzajem. Oczywistym staje się, że nie znamy się jako społeczeństwo. Możemy sobie tylko wyobrażać, jakie możliwości niosłoby wykorzystanie tak ogromnych rezerw metadanych dla publicznego dobra, wspólnie.
Kluczowe staje się wyrwanie tych danych z prywatnych rąk. Koniecznym jest uspołecznienie sporego bogactwa, jakie gromadzą pasożyty informacyjne. Już czas, byśmy zaczęli uspołeczniać internet.
Joseph Todd
Tłum. Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się w lewicowym kwartalniku politycznym „ROAR Magazine”, lato 2016 r.
przez Łukasz Muniowski | wtorek 27 marca 2018 | opinie
Tylko jeden psycholog kliniczny ma aż 770 tysięcy followersów na Youtube. Tylko jeden może poszczycić się fanami, którzy wypisują nieskończone peany pod kolejnymi filmikami i grożą śmiercią jego adwersarzom. Tylko jeden, co oczywiste, uchodzi według „New York Timesa” za „najbardziej wpływowego obecnie zachodniego intelektualistę”.
Doktor Jordan B. Peterson wykłada na uniwersytecie w Toronto, a jego prace mają łącznie jakieś osiem tysięcy cytowań. Jest jednak znany przede wszystkim za sprawą poglądów, które chętnie prezentuje na swoim kanale na Youtube. Szczególną sławę zyskał w roku 2016, gdy dosyć głośno wypowiadał się przeciwko przyjęciu ustawy C-16 o używaniu genderowo-neutralnych zaimków. Peterson podkreślał, że sprzeciwia się nie tylko samemu używaniu zaimków, ale przede wszystkim narzucaniu przestrzegania ich przez kanadyjski rząd. Nie ma zatem najlepszego zdania o przesadnie miłym i pozornie otwartym premierze Kanady, Justinie Trudeau. Zadaniem Petersona jako psychologa jest utrzymanie obecnego porządku, a ten przewiduje tylko dwie płcie. Tak było zawsze, więc czemu to zmieniać?
Najsłynniejszy jak dotąd medialny moment z udziałem Petersona miał miejsce podczas wywiadu, w którym „zaorał”, „zniszczył” i „zmiażdżył” brytyjską dziennikarkę Channel 4, Cathy Newman. Ta półgodzinna rozmowa najlepiej pokazuje, czemu Peterson jest tak popularny, a co za tym idzie – tak niebezpieczny. Charyzmatyczny i opanowany, konsekwentnie odrzucał kolejne prowokacje dziennikarki, która wydawała się zbyt skupiona na próbach demonizowania kanadyjskiego wykładowcy. Zamiast obnażyć poglądy Petersona jako przestarzałą i ograną mieszankę darwinizmu społecznego i liberalizmu, wkładała mu w usta kolejne sądy, których nie wygłosił. W ten sposób dała amunicję jemu, a przede wszystkim jego zwolennikom, którzy po wywiadzie grozili śmiercią dziennikarce.
Kim właściwie są zwolennicy psychologa? To w większości młodzi mężczyźni borykający się z kryzysem męskości. Chociaż rozwiązania go podejmowali się w ostatnich latach chociażby Michael Kimmel („Guyland”) czy Philip Zimbardo („Gdzie ci mężczyźni?”), to nie tego szukali millenialsi zniechęceni „polityczną poprawnością” i „feminizacją przestrzeni publicznej”. Oczywiście winienie go za emocje, jakie budzi w ludziach, samo w sobie jest problematyczne. Chociaż był daleki od obrony brytyjskiej dziennikarki przed atakami, ba, nawet podawał je w wątpliwość, utrzymując, że dopóki kobieta nie potrzebuje ochrony policyjnej, to nie można mówić o niczym poważnym, Peterson nawoływał jednak, by obrażający ją internauci skupili się na krytyce jej stanowiska, nie na groźbach. Odcina się również od klasyfikowania go jako prawicowego myśliciela, utrzymując, że bliżej mu do „klasycznego brytyjskiego liberała”. Nie znaczy to jednak, że widownia typu alt-right w jakiś sposób przeszkadza Petersonowi. Coraz częściej pojawia się jako ekspert na antenie prawicowej stacji Fox News.
Ostatnio stał się punktem odniesienia tekstu, który napisał Slavoj Żiżek. Co ciekawe, słoweński filozof nosił miano „najbardziej niebezpiecznego zachodniego filozofa”przed Petersonem i również jest zaciekłym przeciwnikiem „politycznej poprawności”. Sepleniący i energicznie gestykulujący Żiżek stanowi całkowite przeciwieństwo dostojnego i eleganckiego Petersona. Żiżek wypluwa książkę za książką, Peterson napisał zaledwie dwie. W artykule w „The Independent” Słoweniec określił popularność Petersona jako symptom, a nie powód niepowodzeń współczesnej lewicy. Konkretnie, chodziło o fakt, że ktoś o tak mało odkrywczych poglądach może być ikoną ruchu alt-right. Celem ataku była jednak lewica. Peterson w odpowiedzi wysłał kilka wkurzonych tweetów na fake’owe konto Żiżka, nie wiedząc, że atakuje bota.
Pod ciężarem ataków zwolenników Petersona, Żiżek odniósł się do swojego tekstu na witrynie The Philosophical Salon, gdzie ponownie poddał krytyce „polityczną poprawność” i akcję #metoo, utrzymując, że te liberalno-lewicowe ruchy osłabiają pozycję radykalnej lewicy i jedynie maskują ekonomiczne problemy niższych klas. Obydwaj myśliciele identyfikują te ruchy kulturowe w podobny sposób, jednak tam, gdzie Żiżek widzi energię, którą należy ukierunkować gdzie indziej, Peterson dostrzega zagrożenie dla status quo.
Pierwsza książka Petersona, wydana w 1999 roku „Maps of Meaning: The Architecture of Belief”, opisywała rolę religii, mitów i legend w definiowaniu sensu życia. Druga, bijąca obecnie rekordy popularności, to opublikowana w styczniu tego roku „12 Rules for Life: An Antidote to Chaos”. Piastowane stanowisko i liczba cytowań niejako legitymizują autora jako źródło porad. Ktoś z takim dorobkiem naukowym musi budzić szacunek również wśród przeciwników. Mówiąc krótko, Peterson to bardzo inteligentny facet, potrafiący jasno i przejrzyście wyartykułować swoje poglądy. Nawet jeśli same poglądy nie są niczym nowym.
Według niego życie jest proste, uporządkowane, a żeby to zobrazować, opiera się na hierarchii… homarów. Im wyższa pozycja społeczna danego homara, tym więcej serotoniny wydziela, a zatem tym szczęśliwszy jest. Odrzucając konflikt klasowy, marksizm, postmodernizm czy najbardziej znienawidzony przez niego „neomarksistowski postmodernizm”, Peterson utrzymuje, że szczęście nie jest odpowiednim celem dla współczesnego mężczyzny. Niejako wymyśla figurę zagrażającego zachodowi, tolerancyjnego neomarksisty – głównego wroga panującego porządku. Podobnie jak lewica, wini neoliberałów za społeczną opresję, gentryfikację etc. Wyjaśniający porządek świata przez mity Peterson zakłada pelerynę i z opanowaniem staje na straży kapitalistycznych wartości. Te, pożenione z religią, stanowią wartość nie tyle najwyższą, co wręcz niepodważalną.
Podstawą funkcjonowania tego sprawdzonego systemu jest Bóg, Wielki Inny. Nawet jeśli w niego nie wierzymy, powinniśmy żyć jakby istniał, czyli jakby każdy nasz uczynek był ewaluowany przez sprawiedliwego sędziego – twierdzi Peterson, w czym ponownie przypomina Żiżka. Jak homar ma się jednak do Boga? Na dobrą sprawę bóstwa narodziły się, żeby podkreślić izolację człowieka od natury, a nie żeby osadzić go mocniej w otaczającym świecie. Religia nie jest przecież porządkiem naturalnym, który wytworzył się w ramach relacji ludzi ze światem, lecz nadnaturalnym, narzuconym z góry, przez istotę lub istoty mądrzejsze, szlachetniejsze, po prostu lepsze od nas. I chociaż nie sposób zaprzeczyć jak wielkie znaczenie miały dla formowania współczesnych społeczeństw, trudno nie dostrzegać również niebezpiecznych aspektów religii, zaczynając od dyskryminacji innych poglądów, a na dyskryminacji innych istot kończąc.
Celem jednostki powinna według Petersona być dominacja. Należy porzucić bycie miłym i skupić się na osiągnięciu własnego sukcesu. To wymusza na mężczyznach natura. Dlaczego kobiety nie piastują dobrze płatnych, wysokich stanowisk? Mówiąc krótko: bo nie chcą. Wybierają posady pielęgniarek i nauczycielek z większą chęcią niż mężczyźni, bo troskliwość leży w ich naturze. To, że tego typu stanowiska nie pozwalają na dostatnie życie, jest w głównej mierze następstwem tysiącleci patriarchatu, co jakoś umyka Petersonowi.
Feministki i środowiska LGBTQ narzekają na niesprawiedliwe traktowanie, co zdaniem Petersona świadczy wyłącznie o ich słabości. Prawdziwy mężczyzna zaś nie narzeka. Uznanie ich roszczeń do równego traktowania prowadzi zdaniem Petersona do totalitaryzmu, jak w ustawie C-16. Słabi są również Afroamerykanie, którzy powołują się na rasizm instytucjonalny jako przyczynę problemów finansowo-społecznych. Zdaniem Petersona „biały przywilej” nie istnieje, są jedynie bogaci i biedni. Jeśli ktoś nie ma pieniędzy i warunków do rozwoju osobistego, ma przecież czas by je zdobyć. To praktycznie odpowiada na pytanie, czemu jego zwolennicy to przede wszystkim biali mężczyźni.
Trzeba oddać Petersonowi, że zawarte w jego książce zasady, same w sobie nie są (aż tak) złe, nie ma w nich wrogości czy podżegania do przemocy. Psycholog pisze, by słuchać innych i mówić prawdę, co jest godne pochwały, ale jednocześnie jego rady przepełnione są egoizmem. Świat jest zły, nie ma potrzeby, żeby ludzie również byli tacy dla siebie. Oczywiście wykorzystywanie słabości czy dobroci innych nie jest złem – to ich wina, że są ulegli. Czyńmy świat lepszym, ale skupiając się na sobie, a raczej zaczynając (i kończąc) na sobie. Nie porównujmy się do innych, to w niczym nie pomoże. W tym rozumowaniu Peterson przypomina Ayn Rand, która twierdziła, że samolubność i moralność są zbieżne, a egoizm jest naszym obowiązkiem jako ludzi. Rand nie wierzyła jednak w Boga, Peterson natomiast używa go do legitymizacji egoizmu.
Tego typu rady prowadzą do stworzenia oportunistycznego społeczeństwa, gdzie każdy skoncentrowany jest na własnym szczęściu. Z współczesnego punktu widzenia przystawanie na te rozwiązania jest zwykłym konformizmem. Istotą filozofii Kanadyjczyka jest indywidualizm, któremu daje wyraz przytaczając sporo osobistych historii na poparcie stawianych tez. Peterson utrzymuje, że na tym polega triumf zachodniej myśli – foruje samostanowienie bez zbytniej ingerencji społecznej, co pozwala ludziom maksymalizować swoje możliwości. Konsekwentnie odrzuca przy tym myśl, że społeczeństwo w równej mierze potrzebuje silnych i uległych, by uniknąć chaosu, który tak przeraża nie tylko autora, ale i współczesnych mężczyzn.
Łukasz Muniowski