Goszyzm, gaullizm, partycypacja, „Solidarność” – w pięćdziesiątą rocznicę Maja ‘68

Goszyzm, gaullizm, partycypacja, „Solidarność” – w pięćdziesiątą rocznicę Maja ‘68

Lata 60. ubiegłego wieku były bardzo burzliwe. Począwszy od inwazji w Zatoce Świń oraz rakietowego kryzysu kubańskiego z 1962 r., poprzez zmiany w kulturze, sztuce, modzie i muzyce, aż po słynny rok 1968. Stare, skostniałe i konserwatywne struktury powoli kruszyły się pod naporem nowych megatendencji. Koniec dekady i kres niespełnionych snów marzycieli wyznaczał festiwal Woodstock z 1969 r. W tym samym roku CIA przetestowała protoplastę internetu, tzw. ARPNET. Z roku 1968 wypływają nowe wartości, podsycane przez postindustrializm, a nie, jak wcześniej, przez materializm i konsumpcjonizm. Wyłaniają się ruchy emancypacyjne: kobiet, Afroamerykanów, Latynosów, środowisk LGBT. Z symbolicznego 1968 czerpią później ruch New Age, ruch alterglobalistyczny, ruch ekologiczny, obrońcy praw zwierząt itp.

Chciałbym wrócić do wydarzeń z czasów francuskiego Maja 1968 roku i wskazać wspólne elementy u tych, którzy wznosili barykady na ulicach Paryża, czyli radykalnej nowej lewicy (goszystów), oraz ich przeciwników z obozu władzy, czyli gaullistów (szczególnie ich lewego skrzydła), którzy podjęli walkę w obronie swojego „dziecka”: V Republiki Francuskiej. Tę wspólną wartość stanowiła idea partycypacji.

Historycy powiedzieliby, że miała ona swoje źródło w starożytnym greckim polis, kiedy obywatele aktywnie wpływali na politykę, a także w dawnych proto-republikach: Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego oraz kupieckich na Półwyspie Apenińskim. Politolodzy powiedzieliby raczej, że narodziła się w czasach II wojny światowej wraz z Wolną Francją, kiedy to snuto plany budowy nowego państwa francuskiego. Inni sięgnęliby do poglądów intelektualistów Szkoły Frankfurckiej, szczególnie pierwszego jej pokolenia z dwudziestolecia międzywojennego. Religioznawcy i teolodzy znaleźliby też jej wizje w encyklikach niektórych papieży oraz w katolickiej nauce społecznej. Można też po prostu uznać, że partycypacja to pojęcie bardzo zbliżone do demokracji bezpośredniej.

Jej koncepcje zarysowano wyraźniej dopiero w 1962 r. w Stanach Zjednoczonych w Deklaracji z Port Hurton. Jednym z autorów był Tom Hayden, czołowy działacz SDS (Studenci na Rzecz Demokratycznego Społeczeństwa). To właśnie on stworzył zarys ideologii rodzącej się Nowej Lewicy. Co głosił ten dokument nowej fali lewicy amerykańskiej? 1) Krytykę wojny i rasizmu – nawiązanie do Ruchu na Rzecz Praw Obywatelskich, 2) Postulat stworzenia prawdziwej demokracji społecznej – swoistej inkluzji obywatelskiej, zamiast ciągłej rywalizacji dwóch partii, 3) Konieczność stworzenia grup nacisku w ramach społecznego nadzoru i wpływu na władze, 4) Zwiększenie roli robotników i pracowników, włączenie ich w proces zarządzania firmą, fabryką, instytucją etc. 5) Żądanie walki z ubóstwem, 6) Wezwanie do rozwoju służby zdrowia, szkolnictwa (w tym wyższego) oraz poprawy warunków mieszkaniowych.

Można wyróżnić trzy główne formy wprowadzenia tych wizji w życie: a) porozumienie/konsensus, b) decentralizację, c) kontrolę robotniczą.

Zasada konsensusu oznaczała, zamiast głosowania, debaty, w której każdy mógłby się wypowiedzieć, w celu wyrobieniu wspólnego stanowiska. Bez liderów, bez relacji „władza odgórna” – „ci na dole”. Pomysły, plany, idee i wartości powinny płynąć zarówno z góry w dół, jak i z dołu do góry. Notowano wszystkie pomysły: inteligentne, przenikliwe, prostackie, naiwne. Prowadzić miał to ku jednolitemu stanowisku, które poprą wszyscy uczestnicy debaty.

Decentralizacja władzy miała stworzyć elementy kontroli społecznej. Przykładowo, takiej kontroli byłaby poddana policja, bowiem relacje władza-obywatele i obywatele-władza równoważą się i stwarzają sytuację taką, iż policja uwrażliwiłaby się na potrzeby ludności, a miejscowa społeczność miałaby tym samym szacunek dla służb mundurowych.

Kontrola robotnicza miała cele głównie ekonomiczne. Zakład pracy powinien być zarządzany zespołowo. Taka recepta miała być lekarstwem na alienację. Wobec  protestu pracowniczego, zarząd powinien ustąpić. Relacje zarządzający – robotnicy miałyby być relacją dialogu oraz braniem odpowiedzialności przez jednych i drugich za kierunek, jaki obierze przedsiębiorstwo. Takie rozumienie miało prowadzić do zrównoważenia dwu wartości: wolności i równości.

Nowy ruch krytykował system kapitalistyczny, sowiecki komunizm oraz faszyzm i nazizm. Podjęta przez Nową Lewicę krytyka systemu kapitalistycznego tworzyła nowe ramy, gdzie spotykała się nonkonformistyczna i nieco anarchistyczna koncepcja wolności z socjalistycznymi marzeniami o społeczeństwie niemal całkowicie równym. Taka propozycja nowej demokracji, systemu opartego na w-kluczeniu grup społecznych i zwykłych obywateli do zarządzania państwem – na wszystkich jego szczeblach – niosła ze sobą także idee nowej ekonomii. Tworzyła wyłom w bipolarnym świecie – alternatywną „Trzecią Drogę” pomiędzy dzikim zachodnim kapitalizmem a nieludzkim wschodnim komunizmem. Ta demokracja uczestnicząca (partycypacyjna, bezpośrednia czy, jak określał to Alvin Toffler,, „na wpół bezpośrednia”) miała zastąpić demokrację przedstawicielską.

Zalążki Nowej Lewicy we Francji było już widać w latach 50. XX wieku. Jednak przyszły bunt osłabiła wojna algiersko-francuska, zakończona w 1962 r. W kwietniu tego roku opracowano program działań Narodowego Związku Studentów Francuskich. Jego główne założenia to: 1) Zwiększenie autonomii uczelni od państwa w zakresie programu studiów, 2) Demokratyzacja na uczelniach wyższych w relacjach naukowiec-student, 3) Uproszczenie systemu stypendialnego. Trzeba pamiętać, że francuski system szkolnictwa wyższego nie przechodził gruntownej reformy od czasów napoleońskich. Wobec tego spór studentów z władzą był nieuchronny i musiał kiedyś wybuchnąć. Również konserwatyzm młodej V Republiki Francuskiej po części przyczynił się do zaognienia sytuacji.

Zanim wybuchła rewolta majowa ‘68, w kraju, po reformach gospodarczych, które przyczyniły się do znacznego spadku bezrobocia oraz po walce ze USA na arenie międzynarodowej w sprawie zakończenia hegemonii dolara (wystąpienia prezydenta Charlesa de Gaulle’a oraz ministra finansów Valery Giscarda d’Estainga) część kadr gaullistowskich stwierdziła, że nie ma właściwie się czym zajmować. „Francja się nudzi” – brzmiały nagłówki gazet. De Gaulle i współpracownicy nie zauważyli nadciągającej burzy. Prezydent był w Rumunii, gdy rozpoczęły się bunty. Premier Georges Pompidou – związany z prawym i liberalnym skrzydłem gaullistów – początkowo w ogóle nie zdawał sobie sprawy z zagrożenia. Władza myślała, że bunty dotyczą tylko jednego uniwersytetu, w Nanterre. Rewolta studencka rozlała się jednak na większość kluczowych francuskich uczelni. Potem wypłynęła na ulice miast. Zaniepokojony Pompidou zlecił sprawdzenie sytuacji służbom specjalnym. Ich raport mówił, że motorem napędowym zajść były „bojówki” studenckie o zabarwieniu castrowskim, maoistowskim i trockistowskim. Radykalny nurt Nowej Lewicy francuskiej faktycznie taki był. Do tego walczył z konsumpcjonizmem. W głowach premiera i ministrów nie mieściło się to zupełnie – przecież mamy wzrost gospodarczy i niskie bezrobocie, czyli prosperity, więc o jakichkolwiek rozruchach mowy być nie mogło.

Gdy w trybie pilnym prezydent de Gaulle wrócił do kraju, w większych francuskich miastach studenci wznosili już barykady i dochodziło do licznych starć z policją. Do tego obudziły się związki zawodowe. We Francji ogłoszono strajk generalny. Związkowcy, robotnicy, partia socjalistyczna i część obywateli popierali przynajmniej wybrane postulaty studentów. Przemówienie de Gaulle’a do narodu nie uspokoiło protestów. Kraj był sparaliżowany. W strajku generalnym brali udział m.in. kolejarze i obsługa lotnisk, a nawet pracownicy stacji benzynowych. De Gaulle zdecydował się na ryzykowny krok – szantażu emocjonalnego. Helikopterem udał się do francuskiej bazy w RFN. Kilka dni przed wylotem generał mówił swoim najbliższym doradcom: „reformy tak – anarchia nie”. Czyli zgadzał się na jakiś dialog ze zbuntowaną częścią studentów i pracowników. Tymczasem nikt z polityków gaullistowskich nie wiedział, co się dzieje z prezydentem Francji przez prawie cały dzień. Gdy dowiedzieli się, że wyleciał poza Francję i wiadomość o tym została przekazana opinii publicznej, pojawiła się konsternacja wśród elity władzy i w społeczeństwie. Czy de Gaulle zamierzał użyć wojska zza granicy, by stłumić protesty? Generał jednak wrócił i wygłosił kolejne orędzie, tym razem radiowe, a nie telewizyjne. Wzywał w nim do spokoju – donośnym głosem, a w radiu już nie było widać zmęczenia, podeszłego wieku i okularów. Był to przełom maja i czerwca 1968. Na drugi dzień na ulice wyszły rzesze Francuzów – sympatyków partii gaullistowskiej oraz tych, którzy dotychczas pozostawali bierni. Było ich coraz więcej W Paryżu mieli przewagę nad protestującymi studentami. Bunt powoli zaczął wygasać. Systemowi V Republiki Francuskiej udało się wyjść z twarzą z poważnego kryzysu.

Charles de Gaulle po uspokojeniu sytuacji zdecydował się rozpisać wybory do parlamentu (30 czerwca 1968 r.). Partia gaullistowska wygrała je, lecz przeważała opcja związana z Pompidou. Ten był skonfliktowany z generałem de Gaullem. Wymieniono niemal wszystkich ministrów, oprócz jednego – Ministerstwa Sprawiedliwości. Szefował mu René Capitant – lewicowy gaullista, uważany za jednego z ojców francuskiej koncepcji partycypacji. Inny polityk i zarazem zwolennik tej koncepcji, Bernard Ducamin, był jednym z najbliższych doradców prezydenta w Pałacu Elizejskim.

Źródeł idei partycypacji w ruchu gaullistowskim należy szukać w społecznej nauce Kościoła (encykliki papieża Leona XIII), chrześcijańsko-panteistycznej filozofii Henriego Bergsona czy w samej Ewangelii. Wzmianki o partycypacji pojawiły się w dokumentach tego środowiska już u kresu II wojny światowej i miała ona stanowić podstawy społeczno-gospodarcze nowej Francji, o czym wspomina zresztą Stephane Hessel („ojciec” współczesnego ruchu „Oburzonych”) w swoim eseju „Czas Oburzenia”. Jednak dopiero rok 1968 przyniósł jej konkretne zarysy.

Idee sprawiedliwości społecznej czy demokracji ekonomicznej towarzyszyły generałowi de Gaulle’owi niemal przez całe dorosłe życie. Koncepcja bardziej sprawiedliwego społeczeństwa, lepszej polityki gospodarczej oraz demokratyzacji kraju (np. wprowadzenie wyborów powszechnych na urząd prezydenta) była może nie w samym centrum myśli gaullistowskiej, lecz na pewno popularna wśród lewicy gaullistowskiej. Konserwatywne prawe skrzydło partii oraz jej liberalne centrum, nie rozumiało partycypacji. Była to dla nich kolejna utopia.

Kwestia demokracji w gospodarce dojrzewała wraz samym de Gaullem. Im był starszy, tym ta koncepcja, stanowiła coraz bardziej jasny obraz. Generał nie znał się dobrze na gospodarce, ale miał nosa do dobierania dobrych doradców w tej kwestii. I tak w pierwszym rządzie po wojnie kluczowe ministerstwa dotyczące tej kwestii przyznał komunistom, żeby znacjonalizowali kluczowe sektory francuskiej gospodarki. Po objęciu urzędu prezydenta w 1958 r., w czasie wojny w Algierii i zarazem „pełzającej wojny domowej” i zaraz po niej, jego ministrowie podnieśli na nogi francuską gospodarkę. Czy to w kwestii wzmocnienia waluty, czy w kwestii walki z bezrobociem – na tych polach gaulliści odnieśli niewątpliwe sukcesy.

Warto przypomnieć dwie wypowiedzi de Gaulle’a na tematy społeczno-gospodarcze: „Kapitalizm jest nieakceptowalny z powodu swoich społecznych skutków. Miażdży najsłabszych. Sprawia, że człowiek dla człowieka staje się wilkiem. W równej mierze niemożliwy do zaakceptowania jest kolektywizm; pozbawia ludzi smaku walki, przemienia ich w barany. Trzeba znaleźć trzecią drogę: między baranami a wilkami”. „Należy przekazać robotnikom w gospodarce narodowej odpowiedzialność i uprawnienia wynoszące ich w znacznej mierze ponad rolę narzędzia, do jakiej dotąd byli zredukowani. Pragnę doprowadzić do tego, aby byli zainteresowanymi współuczestnikami funkcjonowania przedsiębiorstw, aby ich praca dawała im te same prawa, z jakich korzysta kapitał, aby ich wynagrodzenie łączyło się, tak jak zyski akcjonariuszy, z osiąganymi wynikami”.

Wielkim przeciwnikiem partycypacji był z kolei przyszły prezydent Pompidou. Uważał poglądy de Gaulle’a za utopię, niemal za komunizm. Pozostawał też w sporze z lewym skrzydłem partii.

De Gaulle czuł, że to ostatnia rozgrywka w jego życiu politycznym. Wobec tego, gdy już nowy gabinet rządowy został wyłoniony, przystąpił do ofensywy. Zaczął snuć plany reformy systemu podatkowego, opowiedział się też za reformą uniwersytetów. Jednak w kraju znowu odnotowano strajki, a frank notował drastyczne spadki wartości. Po dramatycznej walce w obozie władzy i panice przedsiębiorców, de Gaulle w lutym 1969 r. zdecydował się na referendum. Miało ono dotyczyć reformy senatu i regionów – był to wstęp do wprowadzenia we Francji systemu partycypacji. W wywiadzie telewizyjnym prezydent zapowiedział, że poda się do dymisji, jeśli większość obywateli nie zaakceptuje jego propozycji. Stwierdził, że straci wtedy legitymizację i mandat społeczny do sprawowania urzędu. Większość jego doradców była przeciwna tak zuchwałym krokom i odradzała ten ruch. Wiedzieli, że była to walka z wielkim kapitałem. W dodatku pojawiły się pogłoski, że były premier Pompidou chce kandydować w następnych wyborach prezydenckich.

19 marca 1969 r. Rada Ministrów przyjęła projekt mający być przedmiotem referendum. Zakładał on nową dużą wspólnotę terytorialną zwaną regionem, z jej radą regionalną, w 3/5 wyłanianą w pośrednim głosowaniu, a 2/5 składu miało być obsadzanych przez reprezentantów organizacji społeczno-zawodowych. Senat miał pełnić funkcję bardziej opiniodawczą i konsultacyjną. Jego przedstawiciele mieli być wybierani z metropolitalnych wspólnot terytorialnych, z terytoriów zamorskich oraz spośród przedstawicieli środowisk gospodarczych, związków zawodowych, organizacji społecznych i kulturalnych. Lewicowi demokraci z różnych środowisk i ugrupowań postulowali od lat to samo, lecz jako odrębną izbę władzy.

De Gaulle zdawał sobie sprawę z tego, że świat zarówno zachodniego kapitalizmu, jak i wschodniego komunizmu, zmierza do katastrofy. Chciał spróbować ostatni raz wyłamać się z tych bloków. Referendum odbyło się 27 kwietnia 1969 r. Wyniki oznaczały przegraną stosunkiem 53% do 47% głosów. Wobec tego Charles de Gaulle ustąpił z urzędu prezydenta V Republiki Francuskiej. Giełdy, wielki kapitał i przedsiębiorcy odnieśli zwycięstwo. W następnym roku generał zmarł. Idea partycypacji została pogrzebana we Francji w latach 1968-1969.

Z kontrkultury, której efektem był Maj ’68, wyrósł jednak choćby nowy ruch na arenie politycznej, tzw. Zieloni. Te nowe partie na scenie kapitalistycznego Zachodu cechowały podobne koncepcje w kwestii partycypacji. Z kolei za żelazną kurtyną w 1980 r. powstał ruch społeczny „Solidarność”. Jego inspiracje były szerokie i wielonurtowe, z jednej strony był to Komitet Obrony Robotników, częściowo inspirowany dziedzictwem Nowej Lewicy, z drugiej społeczna nauka Kościoła i przesłanie Jana Pawła II.  To jeden z licznych paradoksów historii i polityki, kiedy dwie odległe tradycje głoszą podobne koncepcje, choć oczywiście rozumieją je w trochę inny sposób. W „Solidarności” silna była idea partycypacji. W materiałach z I i II Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarność” znajdują się postulaty przesiąknięte duchem tej idei, np. „Wprowadzenie demokracji na wszystkich poziomach zarządzania” czy „Kontrola społeczna nad władzą, kryzysem ekonomicznym oraz sądami”. Jan Sowa miał rację, że rewolucja „Solidarności” w roku 1980 była chyba najbardziej demokratycznym ruchem na świecie. Po latach Andrzej Gwiazda określał „Solidarność” z 1980 r. jako ruch antyglobalistyczny.

W marcu 2016 r. młodzi Francuzi wyrazili swój sprzeciw wobec zmian w kodeksie pracy i okupowali kluczowe tereny wielkich miast, powołując do życia neogoszystowski ruch Nuit Debout. Uzyskał on poparcie części kombatantów z „Wolnej Francji” de Gaulle’a z czasów wojny. W 2015 r. w Polsce powstały Kukiz’15 oraz Partia Razem. Pierwsza otrzymała poparcie prof. Witolda Kieżuna, kombatanta Armii Krajowej. Druga została wsparta przez część środowisk byłego lewego skrzydła dawnej „Solidarności”. Część środowiska Zjednoczonej Prawicy nawiązuje do myśli gaullistowskiej.

Czy tym razem takie środowiska podejmą ze sobą dialog w sprawie partycypacji? Czy może wzorem 1968 r. znowu staną po przeciwnych stronach barykady? Tego jeszcze nie wiemy. Jak pokazała historia lat 1968-1969, żeby nie pogrzebać pięknej idei – trzeba o niej rozmawiać w duchu wzajemnego szacunku. W przeciwnym razie neoliberalna zglobalizowana gospodarka doprowadzi do opłakanych konsekwencji. Duch roku 1968 oraz ideały z roku 1980 powinny wrócić do debaty publicznej jako ważna inspiracja.

Piotr Wildanger

Co jest w Polsce możliwe?

Co jest w Polsce możliwe?

Chcecie wiedzieć, przez jaką ideologię zostało opanowane wasze społeczeństwo? Zobaczcie, co jest uważane przez ludzi – szczególnie tak zwane autorytety – za możliwe i normalne, a co za niemożliwe i nienormalne. Na przykład w Polsce wiele osób uważa za niemożliwe wprowadzenie 35-godzinnego tygodnia pracy. To się nie uda, ucierpi gospodarka, nie jesteśmy gotowi – mówią. Od razu pada setka powodów, dlaczego więcej czasu dla rodziny, na rozrywkę czy samokształcenie jest ponoć szalonym postulatem. Jednocześnie za jak najbardziej możliwe i normalne uważamy, że ośmiu najbogatszych ludzi ma tyle samo majątku, co biedniejsza połowa ludzkości. Zawsze było tak, że jedni mieli więcej niż inni – brzmi uzasadnienie.

Jako niemożliwe, śmieszne, idiotyczne traktowane są próby walki z nierównościami społecznymi. Za to wielkiemu gronu „znawców” za jak najbardziej możliwe wydaje się to, że wbrew tysiącom badań i ostrzeżeń naukowców możemy utrzymać dotychczasowy model kapitalizmu bez doprowadzania do katastrofy środowiskowej. Niemożliwa jest polityka sprzyjająca większości ludzi. Możliwa jest za to podobno taka, w której garstka najbogatszych urządza świat po swojemu.

Ekonomia, głupcze! Tak zawołał Borys Budka, poseł Platformy Obywatelskiej, na propozycję Razem, aby walczyć o 35-godzinny tydzień pracy. Ten postulat najwyraźniej tak bardzo zaprzecza wszelkich prawom ekonomii i przyrody, że Budka nie kwapił się nawet, aby uzasadnić swoją opinię. Wybrał śmieszkowanie. „Proponuję 7 godzin pracy w tygodniu. Albo nie – w miesiącu!”. Hahaha, pośmiejmy się, przecież mówimy tylko o prawach milionów Polek i Polaków. Zastanawialiście się kiedyś, jak to się ciekawie składa, że twarde prawa ekonomii i niewzruszona logika dziejów zawsze sprzyjają najbogatszym? Cóż za niesamowity zbieg okoliczności! Tak to już jakoś jest, że obrona pracowników jest zdaniem naszych nadwiślańskich ekspertów zawsze niezgodna z obiektywnymi faktami i procesami gospodarczymi. Platforma, za której kadencji kwitły umowy śmieciowe, coś o tym wie. Za to decyzje sprawiające, że bogaci stają się jeszcze bogaci, jak najbardziej tym faktom i procesom odpowiadają. Są wręcz tak faktyczne, tak rzeczywiste, tak prawdziwe, że musi przed nimi ustępować nawet katastrofa klimatyczna. Gdyby Borys Budka potrafił rozmawiać z klimatem, kazałby mu uczyć się niewzruszonych praw ekonomii z podręczników Miltona Friedmana.

Niektórzy lubują się we wszelkiego rodzaju teoriach spiskowych. Wierzą w ukryte grupy interesu rządzące światem. Najśmieszniejsze jest to, że tutaj nie trzeba żadnej teorii spiskowej. Wystarczy czytać najświeższe doniesienia dziennikarzy, ekonomistów, socjologów czy klimatologów. Wszystko jest podane na tacy. Najbogatsi ludzie mają nieporównywalnie większy wpływ na politykę niż przeciętna obywatelka. To fakt. Panująca przez ostanie kilkadziesiąt lat ideologia ekonomiczna sprawiła, że obrzydliwie bogaci stali się jeszcze bogatsi, podczas gdy w krajach rozwiniętych klasa średnia i niższa stoją w miejscu albo wręcz biednieją. To kolejny fakt. Niszczymy klimat, gleby, całe środowisko i jest to bezpośrednią konsekwencją kapitalistycznego nakazu nieustannego wzrostu, a także braku regulacji dotyczących działania wielkich korporacji. To też fakt. Uparte trwanie przy tym modelu kapitalizmu sprzyja prawicowym fanatykom, którzy wszędzie na świecie wzrastają w siłę i są zagrożeniem dla podstawowych praw człowieka, np. praw kobiet. Jeszcze jeden fakt.

Mimo to jakakolwiek próba uratowania tego świata przed katastrofą jest niemożliwa, głupia, dziecinna. Możliwe, odpowiedzialne i mądre jest za to liczenie na to, że jeśli jedna centroprawicowa partia połączy się z inną, wesprze ich kilka neoliberalnych autorytetów i może jakaś centrolewica na dokładkę, najlepiej taka, która od lat przedkłada pragmatykę ponad idee, to PiS przegra wybory. I wtedy, hej ho, wszystkie nasze problemy nagle magicznie znikną.

Kiedyś jakaś przyszła, mądrzejsza cywilizacja zajmie się badaniem historii XXI wieku, żeby sprawdzić, w jaki sposób zgładziliśmy samych siebie. Nasze podejście do tego, co jest możliwe, a co niemożliwe, będzie stanowiło dla nich niemałą zagadkę.

dr Tomasz Markiewka

Elegia dla czarnej Ameryki

Elegia dla czarnej Ameryki

Doskonały serial „Seven Seconds”, w którym rodzina czarnego chłopaka zabitego przez samochód stara się, wbrew całemu otoczeniu, wyjaśnić jego śmierć, dość brutalnie przypomina nam, że Afroamerykanie nadal są w USA ludźmi drugiej kategorii – jeśli nie trzeciej lub czwartej. 150 lat po formalnym zniesieniu niewolnictwa i po dekadach działalności ruchu praw obywatelskich, sytuacja czarnoskórych obywateli USA wciąż średnio przypomina sytuację równoprawnych obywateli jednego z najbogatszych krajów świata. Nie zmieniły tego kolejne inicjatywy emancypacyjne ani nawet akcje afirmacyjne – i nie chodzi o to, że były niepotrzebne. Po prostu mechanizmy dyskryminujące są tak głęboko zakorzenione, że wpływ tych akcji musiał być ograniczony. Nie zmienił tego nawet pierwszy czarnoskóry prezydent USA Barack Obama, który był raczej wyjątkiem potwierdzającym regułę. I wreszcie nie zmieniła tego rzekomo ślepa na kolor skóry gospodarka rynkowa – choć przecież od lat 70. staje się ona za oceanem (i nie tylko tam) coraz bardziej wolnorynkowa.

Skaza wypisana na twarzy

Kolor skóry jest grzechem pierworodnym, z którym muszą żyć do śmierci czarni Amerykanie. To piętno, którego nie da się zmyć czy odpokutować. Nie da się założyć białej skóry na rozmowę kwalifikacyjną. Białemu człowiekowi trudno sobie wyobrazić, jakie to uczucie, gdy zdajesz sobie sprawę, że twoje ciało, którego nie możesz nie zabrać ze sobą na rozmowę, jest twoim głównym obciążeniem. Oczywiście nie jest tak, że nie masz szans: po prostu mając do wyboru kandydata o podobnych kwalifikacjach, twój niedoszły pracodawca wybierze tego białego. Niezwykle trudno też wskoczyć w białą skórę przy przejeżdżającym radiowozie. O ile podczas rozmowy kwalifikacyjnej z powodu czarnej skóry twoje szanse na angaż spadają, to podczas interakcji z policją szanse na bycie zatrzymanym gwałtownie rosną. Według danych podanych przez Cathy O’Neil w książce „Broń matematycznej zagłady”, aż 85 proc. rutynowych zatrzymań w Nowym Jorku dotyka Afroamerykanów oraz Latynosów.

Jako grupa społeczna od wieków upośledzona ekonomicznie, czarni Amerykanie zamieszkują czarne dzielnice, w których ich bieda się reprodukuje na kolejne pokolenia, reprodukują też niekorzystne zachowania i przyzwyczajenia osób od dziesiątek lat wykluczonych. Zresztą już sam fakt zamieszkiwania w tych dzielnicach zamyka przed nimi wiele drzwi. Chodzą do szkół zdominowanych przez ludzi cierpiących na podobne problemy ekonomiczno-społeczne, więc kształtuje się w nich przekonanie, że tacy jak oni muszą kończyć tak, jak reszta. Nie są to dobre szkoły, więc nie zapewnią też dobrego wyniku na egzaminie SAT (tamtejsza matura). Płatne studia dla większości z nich również są poza zasięgiem, a jeśli już, to wybiorą się raczej na mało renomowany uniwersytet stanowy, niż na którąś z uczelni Ivy League. Nic więc dziwnego, że dla wielu z nich najlepszą i najbardziej dostępną drogą kariery jest zawód dilera, który daje szybko godziwe zarobki, a po wspięciu się kilka szczebli wyżej – także niezbędny prestiż. Co prawda to tylko prestiż we własnej dzielnicy i jej podobnych, ale kto by się przejmował opinią mieszkańców zamożnych osiedli, z którymi nie czuje się żadnej wspólnoty losu?

Biali od zarządzania, czarni od usług

Nic więc dziwnego, że wszystkie dane socjoekonomiczne pokazują wręcz niezwykłe i wielowymiarowe upośledzenie czarnoskórych Amerykanów w stosunku do ich białych rodaków. Mediana rocznego dochodu czarnego gospodarstwa domowego wynosi 38,6 tys. dolarów. Dla białych gospodarstw domowych wynosi ona 63,2 tys. dolarów. Czarni więc statystycznie osiągają dochód na poziomie 60 procent dochodu białych – to mniej więcej taka różnica, jak pomiędzy Polakami a Niemcami (oczywiście z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej). Aż 20 proc. gospodarstw domowych tworzonych przez Afroamerykanów żyje poniżej granicy ubóstwa, tymczasem wśród białych gospodarstw domowych stopa ubóstwa wynosi tylko 6,4 proc., a więc jest ponad trzykrotnie niższa.

Różnice w dochodach i ubóstwie biorą się w dużej mierze z bardzo dużych różnic w poziomie wykształcenia. Aż 15 proc. czarnych Amerykanów w wieku 25 lat lub więcej nie skończyło szkoły średniej. Wśród białych odsetek ten jest dwa razy niższy. Podobna różnica, tylko że w odwrotną stronę, widoczna jest dla osób, które skończyły studia wyższe – dyplom uniwersytetu zdobyło 13,5 proc. białych Amerykanów w wieku 25 lat i więcej i tylko 7,8 proc. czarnych Amerykanów.

Afroamerykanie są też zdecydowanie słabszą grupą na rynku pracy niż biali obywatele USA. Stopa bezrobocia wśród czarnych wynosi 10,1 proc, tymczasem wśród białych ledwie 4,6 proc. 42 proc. białych Amerykanów pracuje w „zarządzaniu, biznesie, nauce i sztuce”, tymczasem czarnych tylko 29 proc., a i to jest zawyżone faktem, że do tej kategorii zawodowej nie wiadomo dlaczego wciągnięto sztukę, w której Afroamerykanie są reprezentowani nieco powyżej średniej. Czarni Amerykanie częściej niż biali trafiają oczywiście do usług (pracuje w nich 25 proc. Afroamerykanów i tylko 15 proc. białych) oraz do produkcji i transportu (16 proc. wobec 10 proc.). Tylko 3,4 proc. Afroamerykanów w wieku powyżej 16 lat to przedsiębiorcy – wśród białych ten odsetek jest dwa razy wyższy.

Służba zdrowia nie dla każdego

W USA nie istnieje powszechne publiczne ubezpieczenie zdrowotne, więc wielu Amerykanów pozbawionych jest dostępu do bezpłatnej służby zdrowia, której koszty pokrywałoby ubezpieczenie. Jednak także tu widać ogromne różnice rasowe. O ile trzy czwarte białych dysponują prywatnym ubezpieczeniem zdrowotnym, to wśród czarnych pochwalić się tym może tylko nieco ponad połowa. Czarni Amerykanie muszą więc częściej korzystać z publicznych programów ubezpieczeniowych, skierowanych do osób potrzebujących. Jednak i one nie trafiają do wszystkich, w związku z czym 10 proc. Afroamerykanów w ogóle nie posiada ubezpieczenia zdrowotnego. Wśród białych odsetek ten jest dwa razy niższy.

W USA nie tylko dostęp do służby zdrowia urąga cywilizacyjnym standardom. Niski jest także poziom wielu innych usług publicznych. Na bardzo wielu obszarach w fatalnym stanie jest chociażby komunikacja publiczna. Posiadanie własnego samochodu staje się więc dla wielu Amerykanów koniecznością. Niestety aż 18,6 proc. czarnych Amerykanów nie posiada auta, podczas gdy wśród białych ten odsetek jest trzy razy niższy. Nic więc dziwnego, że proporcjonalnie trzy razy więcej Afroamerykanów niż białych korzysta na co dzień z komunikacji publicznej, by dojechać do pracy, co w wielu miejscach za oceanem nie jest specjalnie komfortowym sposobem podróży.

Zaledwie 41 proc. czarnoskórych Amerykanów mieszka we własnym domu lub mieszkaniu. Tymczasem wśród białych aż 71 proc. osób zamieszkuje własnościowy lokal lub dom. Niemal 30 proc. Afroamerykanów mieszka w blokach mieszkalnych, tymczasem wśród białych odsetek ten jest ponad dwa razy niższy. Za to trzy czwarte białych mieszka w domach wolnostojących, jednorodzinnych – wśród czarnych nieco ponad połowa. Wielowymiarowo gorsza sytuacja socjoekonomiczna czarnych Amerykanów sprawia też, że są oni zdecydowanie mniej skłonni do zawierania małżeństw. Tylko 29 proc. Afroamerykanów w wieku 15 lat lub wyżej żyje w związku małżeńskim, a wśród białych ten odsetek wynosi 52 proc.

Światy równoległe

Wszystkie powyższe dane pochodzą z United States Census Bureau (amerykański odpowiednik GUS) i dotyczą najświeższego dostępnego okresu, czyli roku 2016. Wyłania się z nich dosyć szokujący obraz dwóch niemalże równoległych światów. Oczywiście można się było domyślać, że sytuacja czarnych obywateli USA jest wyraźnie gorsza niż ich białych rodaków. Jednak liczby pokazują to czarno na białym (nomen omen) i niezwykle dobitnie. Niemal wszystkie wskaźniki socjoekonomiczne wśród białych Amerykanów są dwa lub trzy razy lepsze niż wśród czarnych. W ramach jednego kraju takie różnice to wręcz przepaść. Co więcej, nie są to różnice między najbardziej i najsłabiej rozwiniętymi częściami USA, lecz między dwoma grupami rasowymi. Pomimo różnych symbolicznych wydarzeń, takich jak prezydentura Baracka Obamy czy wiele karier sportowych i artystycznych czarnych obywateli USA, ten nieformalny apartheid trwa w najlepsze i nie zanosi się, by miał się skończyć. Nieustannie gorsza sytuacja socjoekonomiczna Afroamerykanów tworzy kolejne mechanizmy, które utrzymują ich w gorszym położeniu. Przykładowo, niska stabilność życiowa czarnych Amerykanów sprawia, że zdecydowanie mniej chętnie zawierają oni małżeństwa, co jeszcze bardziej obniża ich stabilność życiową – zaklęty krąg. Czarni nie mogą też liczyć na to, że z ich położenia spróbuje ich wyciągnąć nieco bardziej aktywna polityka społeczna na wzór europejski. Skoro sytuacji czarnych niespecjalnie pomogła prezydentura Afroamerykanina, to tym bardziej nie pomoże jej prezydentura białego milionera.

Piotr Wójcik

Druga mila

Druga mila

Według relacji Mateusza Ewangelisty, podczas Kazania na Górze Jezus powiedział do zebranych: „Jeśli ktoś przymusza cię do przejścia jednej mili, przejdź z nim dwie”. Myślę sobie, że pierwsza mila jest dla struktur, a druga – dla wyobraźni. Pierwszą przejść trzeba, bo ten, kto nas przymusza, ma władzę i może spowodować, że z nim pójdziemy. Drugą postanawiamy przejść sami, po to, by zrozumieć, co właściwie się stało, co spowodowało, że musieliśmy się posłuchać. Jakie środki przymusu, perswazji, zachęty miał do dyspozycji ten, kto nas do tego skłonił? A także: jak to właściwie jest iść z tym, kto ma nad nami władzę, jakie przyjmujemy role, jaka jest między nami relacja? Wreszcie: skąd – dokąd wiedzie droga?

Miałam kiedyś na Uniwersytecie Warszawskim dwoje studentów magisterskich zaocznych, doświadczonych szefów i wieloletnich pracowników biznesu – Ewę Kruk i Arkadiusza Kłosa. Prowadziłam zajęcia z etnografii organizacji i, jak co roku, studenci przygotowywali prace zaliczeniowe na podstawie badań różnych organizacji. Ewa i Arkadiusz postanowili zbadać grupę pracowników cieszących się mniejszą sympatią wśród koleżanek i kolegów – ochroniarzy w klubie nocnym, blokujących wstęp niektórym potencjalnym klubowiczom i wypraszających z imprezy niewłaściwie zachowujące się osoby. Badacze chcieli przekonać się, jak ochroniarze widzą swoją pracę, jak to jest być kimś, kogo studenci nazywają „wykidajłą”. Praca była bardzo ciekawa, a w Ewie i Arku obudziła się pasja poznawcza. Dołączyli do mojego seminarium magisterskiego, by móc poprowadzić kolejne badania etnograficzne. Jako przedmiot wybrali sobie cyrk. Po obronieniu pracy jeszcze przez wiele lat, już bez żadnej instytucjonalnej potrzeby, dalej badali „swój” cyrk. Napisali i opublikowali o tym kilka naprawdę ciekawych tekstów. Śmiałam się, że kiedyś uciekało się z cyrkiem z małego miasteczka, a teraz oni uciekli z cyrkiem z korporacji. Jednak wiele spośród ich przemyśleń nie dotyczy wątków bardziej egzotycznych, lecz roli szefa – po co właściwie jest szef i czy może zrobić coś dobrego w organizacji, jaką jest cyrk? A może też i w innej?

Charles Wright Mills ukuł w połowie ubiegłego stulecia pojęcie wyobraźni socjologicznej. Oznacza ono zdolność do wzniesienia się ponad bezpośrednią, codzienną rzeczywistość jednostki. Wyobraźnia socjologiczna polega na łączeniu doświadczenia pojedynczego człowieka z jego czy jej miejscem w społeczeństwie i historii. Dzięki temu wyzwalamy się z przymusu i nieuchronności – stajemy się zdolni, aby pokonać ograniczenia czyniące z nas niewolników losu. Nasz codzienny świat to dla nas oczywistość; warunki, jakie są nam dane: rodzina, praca, miejsce zamieszkania – obiektywne i niekwestionowalne. Wyobraźnia przekracza barierę oczywistości i buduje myślowe mosty między tym, co nasz własne, jednostkowe, a tym, co ogólnospołeczne, historyczne, strukturalne i instytucjonalne. Dzięki niej zyskujemy dystans, który nie jest zimny, ani „obiektywny”, zachowujemy empatię, zaangażowanie, gniew, strach – jako wektory potencjalnie łączące nas z innymi ludźmi. Nie stajemy się przez to „subiektywni” – łączy nas społeczna, intersubiektywna więź z innymi.

Sama w sobie wyobraźnia daje odwagę, by przedstawić sobie inny świat. Wyobraźnia socjologiczna pokazuje ograniczenia i możliwości, jakie wnosi obecność i dążenia innych osób, otwiera nasze umysły na istnienie przestrzeni większej niż jednostkowa. Taka przenikliwość świadomości pojawia się dzięki postawieniu sobie pytań: jak ma się moja sytuacja do szerszego kontekstu społecznego? Jak bywa z innymi osobami w podobnej sytuacji? Jak to wygląda w innych krajach? Co by na moim miejscu zrobił ktoś z innej grupy społecznej, z innego pokolenia, z innym kapitałem społecznym – i czy któraś z tych opcji byłaby możliwa dla mnie, gdybym dogadała się z innymi ludźmi? Z jakimi? Wyobraźnia socjologiczna to umiejętność zmagania się z takimi pytaniami poprzez przemieszczanie uwagi ze sfery polityki do psychologii i na odwrót.

Moja mentorka, profesor zarządzania i feministka Mary Jo Hatch, nauczyła mnie kiedyś ćwiczenia myślowego, które oszczędziło mi w życiu wiele smutku. Powiedziała tak: kiedy przytrafi ci się coś niemiłego w pracy, coś, co podkopuje twoją wiarę w jakąś własną fundamentalną kompetencję – nie chodzi o to, czego możesz albo powinnaś się nauczyć, lecz o to, czy w ogóle się nadajesz, na najbardziej podstawowym poziomie, wtedy zadaj sobie jedno pytanie: „Co by było, gdyby na moim miejscu w danej sytuacji znalazł się mężczyzna?”.

Przetestujmy, jak to działa na fikcyjnym przypadku. W pewnej bardzo hierarchicznej organizacji szefowa, nazwijmy ją Bernardą, prosi pracownika, młodego ambitnego mężczyznę, zadeklarowanego feministę, powiedzmy – Borysa, o wykonanie zadania w ramach swoich obowiązków pracy. Borys odmawia, tłumacząc się brakiem czasu – musi pomóc koledze z innej części organizacji w przyjmowaniu gości zagranicznych. Zastosujmy test Mary Jo Hatch: co by było, gdyby bezpośrednim przełożonym Borysa był Bernard, mężczyzna, a nie Bernarda, kobieta? Borys Bernardowi nie odmówi, i tyle. A jeśli to uczyni, spotka go – co najmniej – sroga reprymenda od wyższego rangą dyrektora, Brendana. W naszym fikcyjnym przykładzie dyrektor Brendan nie tylko nie zrugał Borysa, ale wyrzucił do śmieci formalną krytyczną coroczną ocenę, sporządzoną przez Bernardę i dotyczącą Borysa, podległego jej pracownika, uprzejmie odpowiadając na jej e-mail: „Dziękuje za informację o ocenie Borysa i Twoich racjach”.

Używając wyobraźni socjologicznej, rozpoznajemy natychmiast mizoginię strukturalną. Nie jest ważne, czy Bernarda jest „za miękka”, „zbyt uczuciowa” lub czy „wygląda i zachowuje się jak szef”. Nie jest ważne, jakie poglądy ma Borys ani nawet Brendan (też lubi głosić, że energicznie wspiera kobiety). Ważne, jakie postawy i działania i wobec jakiej kategorii pracowników umożliwia struktura organizacji, a jakie wyklucza. Bernarda, dzięki wyobraźni socjologicznej, może zaoszczędzić grube pieniądze, które wydałaby na coacha i nie musi sobie wyrzucać, że jest osobą słabą, zbyt emocjonalną, niezasługująca na szacunek. Borys, gdyby na co dzień używał wyobraźni socjologicznej, nie robiłby na nas wrażenia kogoś nieszczęśliwie zaplątanego między swoje poglądy a struktury, w których funkcjonuje. Brendan natomiast… cóż, Brendan to całkiem inna historia (felieton o władzy, ekscesach i moralnej ślepocie pewnie nastąpi w niezbyt odległej przyszłości).

Ale nie tylko w przypadkach dyskryminacji wyobraźnia pomaga coś lepiej zrozumieć i poszukać rozwiązań, które inaczej byłyby wykluczone przez poczucie bezsilności i wstydu. Dobromir, młody dobrze wykształcony człowiek „z dobrego domu”, od dwóch lat zatrudniony na prekaryjnych warunkach, może dzięki wyobraźni socjologicznej przestać wyrzucać sobie brak zaradności i nie musi się już więcej wstydzić, że po studiach tak bardzo nie umie zrobić kariery, nawet po części takiej, jak tato, który przecież miał trudniej, bo PRL, bo brak możliwości wyjazdów zagranicznych, niedobory itd. Wyobraźnia może pomóc mu zobaczyć, że jest częścią większego aktualnego zjawiska, że – takie czasy u nas i w całym świecie. Może wraz z Dobrogniewą i Domasławą, które też to zrozumiały, zacząć się organizować i założyć związek zawodowy, albo współzarządzaną spółdzielnię.

Wyobraźni socjologicznej możemy użyć do tego, aby uwolnić się od poczucia przymusu, że trzeba wtłaczać siebie i swój światopogląd w sztywne formy zastanych systemów wartości i ideologicznych dyskursów. Być może niektórzy dobrze czują się z narracją skoncentrowaną na korzyściach własnych i finansowej zyskowności wszystkiego, co ich otacza. Możliwe, że istnieją jednostki, które naprawdę wszystko przeliczają na forsę, ale, jak przekonująco dowodzi profesor zarządzania Peter Fleming w swojej najnowszej książce „The death of homo oeconomicus”, model człowieka ekonomicznego nigdy nie opisywał zbyt trafnie kondycji ludzkiej, a w ostatnim czasie szczególnie wyraźnie demonstruje swoją dysfunkcjonalność. Neoliberalna gospodarka oparta jest właściwie totalnie na tym modelu, znajdziemy go i logikę jemu pokrewną w mediach, w reklamach, w ustawodawstwie i polityce; taki język zaczął nas wszystkich obowiązywać. Nie możemy powiedzieć, że studiujemy, bo nas to pasjonuje, lecz tylko to, że nam się opłaca studiować. Nie wolno powiedzieć, że to, co robimy, daje nam poczucie sensu w życiu, a tylko, że dużo zarabiamy. Jednak większość osób mówiących w ten sposób to nie ekonomiczni zombie, ale zwykli ludzie, z emocjami, z uczuciami wyższymi, z marzeniami. Cenzurowanie w sobie wszystkiego, co ludzkie, to zadawanie sobie przemocy, wymagające ogromnego wkładu energii w każdej chwili, energii, której nie ma skąd uzupełnić (do tego potrzebny byłby wolny czas, korzystanie z uczuć wyższych), więc współcześni ludzie są ciągle zmęczeni, chorzy. Jednak działają tak, jak myślą, że trzeba, bo Zeitgeist mówi, że tylko tak jest dobrze, że tak jest dorośle, tak jest odpowiedzialnie i trzeba zapomnieć o wszystkim innym, o swej ludzkiej naturze. Takie życie jest rodzajem więzienia.

Wyobraźnia socjologiczna pomaga przestać się męczyć. Nawet jeśli nie spowoduje ona natychmiastowego zwrotu akcji, błyskawicznego wyzwolenia, to ból i poczucie bezsensu zmienią się w konstruktywny gniew, gdy zadamy sobie kilka pytań: Co będzie, gdy wszyscy naraz otworzymy oczy? Jak świat się kiedyś wyprostuje, jak będziemy o tym opowiadać? Jak media będą mówić i pisać? Beznadzieja jest banalna, podobnie jak zło. Trudno jest zmienić świat, ale trzeba marzyć o lepszym świecie. „Wyobraźnia nie jest jednym z ludzkich Stanów: jest samym Byciem Człowieka” – powiedział  ponad 200 lat temu poeta i wizjoner William Blake (dziękuję za tłumaczenie Tobiaszowi Cwynarowi). Wszystko przemija: pieniądze, rzeczy, symbole statusu, ideały urody. Tylko marzenia pozostają. Jeśli nie wierzycie, zerknijcie do historii i starej literatury.

Kolejne pokolenia moich studentów-praktyków bardzo lubią czytać teksty Ewy i Arka i chętnie dyskutują o nich. Ale rzadziej podnoszą wątki dotyczące cyrku, a znacznie częściej – mówią o tym, co te teksty mówią o byciu szefem. To tak jakby dzięki Ewie i Arkowi zobaczyli na nowo siebie i sens tego, co robią i zamarzyli o innym, pełnym fantazji zarządzaniu. Wyobraźnia jest domeną samodzielnych odkryć, ale można się tymi odkryciami dzielić z innymi i wtedy bywa, że zaczyna nas dzięki temu łączyć coś więcej, niż tylko estetyczna radość (a i to jest bardzo dużo) – poczucie woli, coś w rodzaju społecznej grawitacji ze sprawczym potencjałem. Dlatego warto iść tę drugą milę.

prof. Monika Kostera

Bramini, kupcy i widmo populistycznej lewicy

Elity, które wyróżniają się dobrym wykształceniem i postępowymi wartościami, głosują na lewicę. Posiadacze wysokiego kapitału ekonomicznego identyfikują się z prawicą. Natomiast ofiary rosnących nierówności, wobec zmierzchu polityki klasowej, zwracają się ku nacjonalistycznym populistom. Tak brzmi diagnoza przedstawiona przez Thomasa Piketty’ego, najgłośniejszego obecnie ekonomistę na świecie, oparta na badaniach elektoratów w Stanach Zjednoczonych, Francji i Wielkiej Brytanii w latach 1948-2017. Co jego studium może nam powiedzieć o polskiej scenie politycznej?

W raporcie „Lewica braminów kontra prawica kupców: rosnące nierówności i zmiany w strukturze konfliktu politycznego” francuski autor opatrzył swoje wnioski imponującym zestawem danych statystycznych – przez ponad sto stron ciągną się wykresy, na których przedstawiono np. to, jak kształtowało się poparcie ze względu na wykształcenie badanych od końca II wojny światowej do teraz, jak na postawy wyborcze wpływał osiągany dochód czy też jak ewoluowały wybory dokonywane przez mniejszości rasowe. Piketty nie tylko podjął się analizy tego materiału, ale przedstawił też swoją diagnozę demokracji i możliwe scenariusze przyszłości.

Wspólną cechą występującą na szeroką skalę w trzech badanych przez Piketty’ego krajach jest wyraźny wzrost nierówności społecznych, który można odnotować od lat 80. XX wieku. Wtedy to w Wielkiej Brytanii za sprawą zwycięstwa thatcheryzmu, w USA dzięki dominacji reagonomiki, a we Francji pod wpływem odwrotu lewicy prezydenta Mitteranda od wspólnego programu socjalistów i komunistów, hegemonię uzyskała neoliberalna polityka gospodarcza. Pomimo zaostrzającego się podziału klasowego, lewicowa polityka, która byłaby skoncentrowana na kwestiach redystrybucji bogactwa, znajduje się w kryzysie, a opór wobec neoliberalizmu wspieranego tak przez centroprawicę, jak i centrolewicę, artykułuje się głównie w kategoriach prawicowego, ksenofobicznego nacjonalizmu. Piketty próbuje rozwiązać zagadkę, dlaczego tak się dzieje. Czy to tylko fałszywa świadomość? Skuteczna promocja neoliberalnej ideologii? Bynajmniej.

Autor „Kapitału w XXI wieku” zauważa, że w latach 50. i 60. podział na prawicę i lewicę wynikał przede wszystkim z różnic klasowych: lewica miała swoich wyborców wśród słabiej wykształconych i gorzej wynagradzanych grup, podczas gdy na prawicę głosowali raczej beneficjenci systemu z klasy wyższej i średniej. Trend ten zaczął ulegać zmianie w latach 70., gdy z lewicą zaczęli się utożsamiać coraz mocniej absolwenci szkół wyższych. Dopełnił się on w XXI wieku, gdy wyraźne stało się to, że lewicę popierają elity wykształcenia z wysokim kapitałem kulturowym, podczas gdy prawica lepiej reprezentuje elity majątkowe. W efekcie dominujący podział polityczny zorganizowany jest już nie między klasami, lecz w obrębie frakcji grup uprzywilejowanych, a ofiary neoliberalizmu skazane są albo na fałszywy wybór w nieswojej wojnie, albo na populistyczną reakcję wobec niej. W tej sytuacji coraz większa rzesza wyborców o niewielkim kapitale ekonomicznym i bez wyższego wykształcenia, rezygnuje z udziału w wyborach.

Komplikacja struktury społecznej, która wpływa na zmiany w artykulacji konfliktu politycznego, spowodowana jest nie tylko ekspansją sektora edukacyjnego – tym, co określa się przejściem do „gospodarki opartej na wiedzy”. Podsyca ją także neoliberalna globalizacja: deindustrializacja państw zachodnich i napływ imigranckiej siły roboczej. Ustanawia on ważny podział polityczny między „globalistami” a „natywistami”. Ci pierwsi wspierają otwarcie gospodarek na handel międzynarodowy i pozytywnie zapatrują się na migracje, podczas gdy ci drudzy przejawiają nastawienie protekcjonistyczne. Zdaniem Piketty’ego podział ten dał o sobie bardzo wyraźnie znać w zeszłorocznych wyborach prezydenckich we Francji, gdzie wyborcy, którzy opowiadali się za redystrybucją i byli przychylnie nastawieni do imigrantów popierali dwóch kandydatów lewicy (Jean-Luca Mélenchona i Benoîta Hamona), probiznesowi globaliści zwrócili się w kierunku centrysty Emmanuela Macrona, probiznesowi natywiści wsparli prawicowego Françoisa Fillona, a socjalni, lecz antyimigranccy natywiści głosowali na liderkę Frontu Narodowego, Marine Le Pen.

Znaczenie kontekstu globalizacyjnego widoczne jest także w USA, gdzie odpływowi spauperyzowanej białej klasy robotniczej od Demokratów do Republikanów towarzyszy formowanie się coraz bardziej pokaźnej bazy wyborczej wśród Afroamerykanów i Latynosów. Koalicja, na której wspierają się Demokraci nie ma więc charakteru klasowego – łączy ona raczej nieuprzywilejowane mniejszości z białymi wyborcami o liberalnych poglądach. W ten sam sposób Republikanie bazują na poparciu grup probiznesowych i tradycjonalistycznej, ksenofobicznej klasie średniej, z którą mogą się połączyć biali robotnicy, przekonani o tym, że Demokraci wspierają „kolorowych” ich kosztem. Co ciekawe, w ostatnich wyborach prezydenckich w USA Piketty dostrzega przesunięcie, które – choć w tym przypadku jednorazowe, co było „zasługą” Donalda Trumpa – to może okazać się zapowiedzią nowego trendu dla zachodnich demokracji: widoczny był sojusz elit wykształcenia i elit majątkowych przeciwko Trumpowi, podczas gdy ekscentryczny milioner zaskarbił sobie sympatie słabiej wykształconych i gorzej opłacanych wyborców. Również we Francji niechęć do Marine Le Pen popchnęła najzamożniejszych z prawicy bliżej centrum, ku Macronowi.

Kontrastuje z tym sytuacja w Wielkiej Brytanii. Po objęciu przywództwa w Partii Pracy przez Jeremy’ego Corbyna jasne stało się, że w przeciwieństwie do USA i Francji nie dojdzie tam do antyprawicowej koalicji braminów i kupców. W gronie tych pierwszych urosło poparcie dla lewicy, podczas gdy ci drudzy odwrócili się od partii, której wcześniejszy kurs na neoliberalizm przysporzył sympatii wśród części globalistycznie zorientowanych kupców. Przykład brytyjski podsuwa trzeci scenariusz przyszłości, z którym sympatyzuje sam Piketty: zamiast okrzepnięcia podziału politycznego ze względu na elity wykształcenia i elity majątkowe i w kontrze do przetasowania po liniach globaliści kontra natywiści, możliwy jest powrót do polityki klasowej, do którego dąży Corbyn. Problematyczne pozostaje to, na ile lewicowy populizm, budowany na poparciu klas niższych oprze się na sojuszu z absolwentami szkół wyższych (i przybierze orientację bardziej internacjonalistyczną), czy też zorientowany zostanie na wzmocnienie suwerenności państwa narodowego (przez co bliższy będzie natywistom). Brexitowe dylematy Partii Pracy dobrze zdają sprawę z tej dychotomii. Piketty jest zdania, że lewicowy suwerenizm jest na słabszej pozycji w rywalizacji z populistyczną prawicą, stąd optuje za „silną, przekonującą egalitarno-internacjonalistyczną platformą”, która „połączy słabiej wykształconych, gorzej opłacanych wyborców bez względu na pochodzenie w ramach tej samej partii”.

Proponowana przez francuskiego ekonomistę optyka „braminów i kupców” zdaje się dość dobrze przystawać do polskiej rzeczywistości. Piketty twierdzi, że nawet w kraju bez wzmożonej imigracji same przemiany edukacyjne powinny powodować ewolucję konfliktu politycznego analogiczną do tej, którą wychwycił w trzech przebadanych przypadkach. To przypadek Polski, gdzie między 2001 a 2013 rokiem doszło do wzrostu odsetka obywateli z dyplomem szkoły wyższej z 12% do 26% i gdzie 40% Polaków w wieku 30-34 lat może się nim poszczycić. Z drugiej strony, przed aktualnym napływem Ukraińców – których ma być niebawem w Polsce 3 miliony – i zanim Polacy przestraszyli się zalewu wyimaginowanej masy uchodźców, imigracja nie była zmienną, którą trzeba było brać pod uwagę w badaniach wzorców konfliktu politycznego.

Badania opinii publicznej zdają się potwierdzać obserwacje Piketty’ego. Wyłania się z nich wizerunek lewicy jako opcji popieranej przez wielkomiejskich „wykształciuchów” z klasy średniej. Z zeszłorocznego komunikatu badań CBOS wynika, że elektorat Partii Razem kształtuje się następująco: „co trzecia osoba ma od 25 do 34 lat, przy czym wśród ogółu ankietowanych odsetek ten wynosi tylko 19%. Prawie dwie trzecie (63%) sympatyków tej partii ma wyższe wykształcenie, czyli znacznie większy odsetek niż w przypadku zarówno zwolenników lewicy (34%), jak i ogółu ankietowanych (25%). Ponad połowę sympatyków Partii Razem stanowią mieszkańcy miast powyżej 100 tys. ludności, podczas gdy wśród zwolenników lewicy oraz ogółu badanych jest to około 30%. Prawie połowa sympatyków Partii Razem deklaruje, że w ogóle nie bierze udziału w praktykach religijnych. Aż 95% elektoratu tej partii popiera członkostwo Polski w UE, czyli więcej niż wśród ogółu ankietowanych. Można powiedzieć, że partia ta bliższa jest młodym ludziom z wielkich miast niż tradycyjnemu elektoratowi lewicy”. Z innego dokumentu dowiadujemy, że największe grupy popierające Razem to kadra kierownicza i specjaliści, podczas gdy w gronie robotników niewykwalifikowanych partia, która chce stać po stronie pracowników, nie notuje jakiegokolwiek poparcia.

Alarmujące jest także to, że w 2017 roku tylko 4% ogółu wyborców określających się jako lewicowych, było skłonnych zagłosować na Razem. Za to aż 38% tej grupy popierało Platformę Obywatelską – w 2005 roku było to tylko 7%. PO ma wśród wyborców lewicowych nawet większe poparcie niż SLD (20%), a wyborcy Sojuszu to dziś w 40% emeryci i renciści, a z grup czynnych zawodowo – podobnie jak w przypadku Razem – najwięcej zwolenników SLD ma wśród kierowników.

Gdzie zatem jest elektorat z klasy ludowej i niższej średniej, jeśli nie po lewej stronie sceny politycznej? Jak informuje CBOS, najbardziej robotniczy elektorat gromadzą Kukiz’15 i Prawo i Sprawiedliwość. Również wśród tych dwóch ugrupowań jest najwięcej wyborców, którzy sytuację materialną swoich gospodarstw domowych uważają za złą, podobnie jak mieszkańców wsi i miast poniżej 100 tysięcy mieszkańców. Wniosek, że dziś to populistyczna prawica sięga po wyborców, którzy nie odnajdują się w podziale na braminów i kupców, potwierdzają dane dotyczące tak istotnego dla Piketty’ego czynnika wykształcenia: w ostatnich wyborach parlamentarnych 50% wyborców PiS i 41% Kukiz 15’ ukończyło jedynie szkołę podstawową, gimnazjum lub zawodówkę.

Widmo populistycznej lewicy, o którą upomina się nawet tak głównonurtowy i umiarkowany reformista jak Piketty, być może krąży gdzieniegdzie w Europie, ale najwidoczniej ominęło Polskę.

Łukasz Moll

Sztafeta pokoleń. Tradycje PPS w opozycji demokratycznej 1956-1980

Sztafeta pokoleń. Tradycje PPS w opozycji demokratycznej 1956-1980

Chciałbym powiedzieć kilka słów o tym, skąd wyrośliśmy, bo to, że wyrośliśmy na ruchu „Solidarności” nie jest przypadkiem. Dobrze byłoby, abyśmy mieli jasność, że idee socjalizmu niepodległościowego i ruchu robotniczego „Solidarności” bardzo ściśle się ze sobą wiązały, więc nie był to też przypadek, że znaleźliśmy się właśnie w tym miejscu, w którym się znaleźliśmy. Starałem się przejrzeć akta IPN. To, co Państwu opowiem, jest rodzajem skrótu, pokazaniem, skąd się nasze idee wzięły. Uważam bowiem, że jesteśmy sztafetą pokoleń, że to nie jest tak, że nagle coś wybucha, lecz tli się, żarzy w mniejszym lub większym stopni, by pojawić się w kluczowych momentach historii.

yttrr-3

Dlatego nie chciałbym zaczynać od 1955 czy 1956 r., ale od lat wcześniejszych. Dopiero wczoraj – tocząc na Facebooku dyskusję o tekście Leszka Żebrowskiego o PPS-WRN, w którym usiłował zdeprecjonować dokonania PPS-WRN i jej oddziałów wojskowych – uświadomiłem sobie, jak nawet my niewiele wiemy o tych wydarzeniach. Jak historycy nie odrobili lekcji nie tylko z PPS lat 1987-1990, ale całego ruchu socjalistycznego. Nie powstała żadna dobra monografia dotycząca wojennych losów PPS. I to jest jedyna formacja zbrojna ruchu niepodległościowego w czasie wojny, która takiej monografii się nie doczekała. W PRL nie było klimatu do prowadzenia badań na ten temat, a książka powstała w tamtym czasie pozostawia wiele do życzenia ze względu na brak dostępu do źródeł, które dopiero teraz są znane. Dlatego chciałbym zacząć od 1945 r. Trzeba pamiętać, że PPS po wejściu nowej władzy w 1945 r. była w trudnej sytuacji, a losy socjalistów były bardzo skomplikowane. My też mamy swoich żołnierzy wyklętych. Stanisław Wencel z Zawiercia, pseudonim okupacyjny „Twardy” – syn działaczy Polskiej Partii Socjalistycznej i zesłańców syberyjskich (urodzony w Ust-Kucie na Syberii), przed wojną działacz PPS, Organizacji Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, Czerwonego Harcerstwa i korespondent pisma „Robotnik”. Podczas okupacji dowódca oddziału bojowego PPS-WRN, dowódca 1. kompanii oddziału rozpoznawczego „Surowiec” 23 DP AK Okręgu Śląskiego, dowódca 3 kompanii II batalionu 27. pp AK Okręgu Kielecko-Radomskiego. Dowodził w najbardziej ryzykownych akcjach zbrojnych na tym terenie, jego oddział wykonał około 80 wyroków śmierci na hitlerowcach i konfidentach Gestapo. W lutym 1945 trafił na przesłuchanie w UB, po wypuszczeniu wrócił do lasu, utworzył oddział składający się z kilkunastu osób, który m.in. zlikwidował posterunek milicji oraz znanego z okrucieństwa ubeka. Ujawnił się po tym, jak ubecy aresztowali jego matkę, w latach pięćdziesiątych zapłacił za to kolejnym wyrokiem.

Dotarłem do dokumentów bezpieki, które dowodzą, że gdzieś już w 1945, 1946 r. sporządzano spisy PPS-owców aktywnych w czasie wojny. Wówczas gromadzono te dane na wszelki wypadek, a „przydały” się one później w latach pięćdziesiątych.

Mieliśmy też socjalistów, którzy stanęli po drugiej stronie barykady. Tu rzecz była bardziej skomplikowana, bo nie mówię teraz o żadnych szujach czy karierowiczach, ale o ludziach, którzy autentycznie chcieli odbudować Polskę: Aleksy Bień, przedwojenny prezydent Sosnowca, Józef Grzecznarowski, przedwojenny prezydent Radomia, Marian Nowicki, twórca Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Oni zdecydowali, że nie chcą walczyć, tylko odbudowywać.

Jak pisał w 2013 r. „Dziennik Zachodni”: gdyby zapytać dzisiaj młodych mieszkańców Sosnowca, kim był Aleksy Bień, niewielu potrafiłoby na to pytanie poprawnie odpowiedzieć. Jeden z najwybitniejszych działaczy zagłębiowskiej PPS i były prezydent tego miasta to dziś postać zapomniana. Budowa linii tramwajowych, łaźni miejskiej, wiaduktu pod torami kolejowymi na drodze w kierunku Starego Sosnowca i początek regulacji Czarnej Przemszy i Brynicy – to tylko niektóre z inwestycji zrealizowanych w Sosnowcu podczas prezydentury Aleksego Bienia. Nieudane próby reaktywacji przedwojennej Polskiej Partii Socjalistycznej sprawiły, że zapisał się do PPS działającej przy rządzie lubelskim. W 1947 r. został posłem na Sejm Ustawodawczy. W lutym 1948 r. objął stanowisko dyrektora Ubezpieczalni Społecznej w Warszawie. Już w październiku został jednak zwolniony i wyrzucony z partii. Zmarł w Sosnowcu 8 lipca 1977 roku. Jego grób znajduje się na cmentarzu na Małobądzu. Dzisiaj to postać praktycznie nieznana. Bień, członek Polskiej Partii Socjalistycznej, jeden z najwybitniejszych zagłębiowskich polityków w okresie dwudziestolecia międzywojennego, nie ma w mieście ulicy swojego imienia.

Józef Grzecznarowski w czasie II wojny światowej po zajęciu przez Niemców Radomia jako prezydent miasta został aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen, potem w Buchenwaldzie. Uratowany z niewoli pod Lubeką z tzw. Marszu śmierci przez wojska amerykańskie i skierowany na leczenie do Szwecji, powrócił do Radomia w październiku 1945 r. Podjął pracę w Społecznym Przedsiębiorstwie Budowlanym w Radomiu, a następnie został dyrektorem Zjednoczenia Budownictwa Miejskiego.

W 1946 r. doprowadził do utworzenia Radomskiej Spółdzielni Mieszkaniowej na wzór przedwojennej Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.

Uczestniczył wraz z Zygmuntem Żuławskim w próbie utworzenia Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej jako kontynuacji przedwojennej PPS i PPS-WRN. W wyniku porozumienia Zygmunta Żuławskiego z „lubelską” PPS, w kwietniu 1946 został dokooptowany do Rady Naczelnej „lubelskiej” PPS. Na XXVII Kongresie „lubelskiej” PPS w grudniu 1947 ponownie wybrany do Rady Naczelnej. W marcu 1946 wnioskował o wystawienie odrębnej listy PPS w wyborach i nietworzenie wspólnej listy z PPR. Przewodniczył Komitetowi Miejskiemu i Okręgowi PPS w Radomiu, wydawał pismo „Życie Robotnicze”. W październiku 1946 został wiceprzewodniczącym Wojewódzkiego Komitetu PPS w Kielcach. W wyborach do Sejmu Ustawodawczego w styczniu 1947 uzyskał mandat poselski. W Sejmie Ustawodawczym zasiadał w Komisji Odbudowy. 5 kwietnia 1948 r. w ramach „reorganizacji” Wojewódzkiego Komitetu PPS w Kielcach został usunięty ze składu Komitetu jako „duchowo nieprzygotowany do jedności organicznej obu partii”. W 1948 r. Grzecznarowski został usunięty z PPS i odwołany przez Sejm z komisji sejmowych. W 1952 r. otrzymał nakaz opuszczenia Radomia. Zdegradowany służbowo, od 1948 do 1955 r. kierował odcinkiem robót radomskiego zjednoczenia w Nowej Hucie.

„Po Kazimierzu Wielkim był niewątpliwie największym budowniczym Radomia, a jeszcze za życia jego legendą” – pisał kilka lat temu w „Wyborczej” Aleksander Sawicki, szef Społecznego Komitetu Ratowania Zabytków Radomia o Józefie Grzecznarowskim. „Gazeta Wyborcza” pokusiła się o przedstawienie jego dokonań. A było tego niemało. Józef Grzecznarowski przyczynił się do budowy w Radomiu Fabryki Obuwia Bata, miał swój udział w otwarciu fabryki telefonów Ericsson i Zakładów Przemysłu Tytoniowego. Przyczynił się do budowy fabryki nawozów, dbał o inwestycje komunalne. Za jego czasów zainwestowano w wodociąg, powstała m.in. wieża ciśnień przy ul. Słowackiego, stacja pomp Wodociągów Miejskich. Za czasów Józefa Grzecznarowskiego miasto zbudowało cztery szkoły, przebudowano rogatkę lubelską na łaźnię miejską, przy placu Jagiellońskim powstał Dom Robotniczy pełniący funkcję kina, domu kultury i sali koncertowej, zbudowano rzeźnię miejską w pobliżu skrzyżowania Wernera i Mireckiego, a na Borkach powstało 12 drewnianych czworaków dla bezdomnych, czyli tzw. kolonia robót. To Józef Grzecznarowski zorganizował w przedwojennym Radomiu Kasę Chorych. To Grzecznarowski zdecydował o budowie w Radomiu bloków magistrackich u zbiegu dzisiejszych ulic 25 Czerwca i Struga. Po wojnie z jego inicjatywy powstało osiedle XV-lecia i Radomska Spółdzielnia Mieszkaniowa. Przez ponad 15 lat był jej prezesem.

Marian Nowicki przed 1939 r. należał do wybitnych działaczy PPS, był sekretarzem Związku Zawodowego Robotników Rolnych, redaktorem dwutygodnika PPS „Chłopska Prawda” i autorem programu rolnego PPS. Był członkiem Rady Naczelnej PPS od 1921 do 1939 r. W wyborach parlamentarnych w 1928 r. uzyskał mandat z listy PPS, a w 1930 r. zdobył z listy Centrolewu.

Od 1932 r. był prezesem Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Od 1938 r. pełnił mandat radnego Warszawy z listy PPS. Uczestnik kongresów Międzynarodowego Związku Robotników Rolnych. W 1937 r. współorganizator Pierwszego Polskiego Kongresu Mieszkaniowego.

W czasie wojny należał do PPS-WRN. Po powstaniu warszawskim uczestniczył w ratowaniu mienia i archiwów warszawskich instytucji spółdzielczych w ramach tzw. akcji pruszkowskiej. W 1945 r. wraz z Zygmuntem Żuławskim był inicjatorem powołania PPSD, niezależnej od „lubelskiej” PPS. W wyniku porozumienia 31 marca 1946 r. został dokooptowany wraz z Zygmuntem Żuławskim i innymi działaczami do Rady Naczelnej „lubelskiej” PPS. Pełnił w niej funkcję zastępcy przewodniczącego. Od 1946 r. był również posłem do KRN, a następnie na Sejm Ustawodawczy. W latach 1947-1952 był działaczem spółdzielczości mieszkaniowej, a od 1956 r. członkiem Komisji Gospodarki Komunalnej i Budownictwa przy KC PZPR. Od 1947 do 1952 r. radny Stołecznej Rady Narodowej. W latach 1950-1954 członek Rady Nadzorczej Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej oraz prezes Centralnego Zarządu Budownictwa Miast i Osiedli Zakładu Osiedli Robotniczych, od 1956 do 1960 r. prezes Zarządu Centralnego Związku Spółdzielni Budownictwa Mieszkaniowego. Na I Krajowym Zjeździe Delegatów Spółdzielni Mieszkaniowych w grudniu 1956 r. powołany na przewodniczącego Związku Spółdzielni Mieszkaniowych.

To pokazuje, że losy socjalistów, nie tylko tych, którzy byli przeciwko, ale i tych, którzy byli za, były bardzo skomplikowane. W znacznie gorszej sytuacji byli oczywiście ci, którzy zdecydowanie opowiedzieli się przeciwko ustrojowi. W 1948 r. odbył się przed Wojskowym Sądem Rejonowym proces tzw. kierownictwa centrum WRN. Na ławie oskarżonych znaleźli się Kazimierz Pużak, Tadeusz Szturm de Sztrem, Józef Dzięgielewski, Ludwik Cohn, Feliks Misiorowski i Wiktor Krawczyk. Akt oskarżenia zarzucał im organizowanie zakonspirowanej partii WRN oraz przedsięwzięcie działań zmierzających do obalenia przemocą ustroju Państwa Polskiego i usunięcia jego zwierzchnich organów, tj. zbrodnię z art. 86 § 1 i 2 Kodeksu Karnego Wojska Polskiego. Sąd uznał wszystkich oskarżonych za winnych zarzucanych im czynów i skazał Kazimierza Pużaka i Tadeusza Szturm de Sztrema na kary 10 lat więzienia, złagodzone na podstawie amnestii do lat 5 oraz utratę praw obywatelskich i honorowych na 5 lat, Józefa Dzięgielewskiego i Wiktora Krawczyka na kary 9 lat więzienia złagodzone na podstawie amnestii do połowy, Ludwika Cohna i Feliksa Misiorowskiego na 5 lat więzienia, darowane na podstawie amnestii oraz utratę praw obywatelskich i honorowych na dwa lata. W stosunku do wszystkich skazanych sąd orzekł przepadek całego mienia na rzecz Skarbu Państwa. Ludwik Cohn zawdzięczał stosunkowo łagodny wyrok temu, że okres wojenny spędził w Oflagu. We wrześniu 1939 r. dostał się do niewoli jako uczestnik obrony Warszawy, co sąd podkreślił w uzasadnieniu wyroku jako okoliczność łagodzącą.

Chociaż bowiem formalnie nie oskarżono WRN-owców o kolaborację z okupantem, w uzasadnieniu aktu oskarżenia znajdują się następujące charakterystyczne zdania, zapowiadające procesy z lat 1949-55 przeciwko działaczom podziemia: „w okresie okupacji WRN szermując hasłami patriotycznymi, cały swój wysiłek skierowała przeciwko ZSRR i jego Armii Czerwonej, która była główną antyfaszystowską siłą wyzwoleńczą… Głosząc znaną teorię dwu wrogów, przygotowywała masy nie do walki z Niemcami, lecz do walki z wyzwoleńczą Armią Czerwoną… Nie dopuszczając do utworzenia jednolitego frontu i nawołując do walk bratobójczych, faktycznie działała na rękę Niemcom”. Niektóre procesy WRN-owców odbyły się jeszcze przed procesem kierownictwa. Adam Obarski skazany został przez Wojskowy Sąd Rejonowy na karę śmierci, złagodzoną następnie przez Najwyższy Sąd Wojskowy na 15 lat więzienia, za przystąpienie do utworzonego w roku 1945 komitetu porozumiewawczego stronnictw wchodzących w czasie okupacji w skład Delegatury. Obarski całej kary nie odbył, wyszedł na wolność przedterminowo w roku 1954. We wrześniu 1947 roku działacz związkowy Antoni Wąsik w indywidualnym procesie otrzymał karę czterech lat. W latach 1948 i 1949 sądzeni byli w różnych procesach, jako członkowie WRN-u, Stefan Zbrożyna, wiceprezydent Warszawy w podziemiu, Władysław Wilczyński, Kazimierz Rysiewicz, Stanisław Sobolewski, Wiesława Pajdakówna, córka Antoniego, Bolesław Gałaj, Józef Bielicki, Henryk Kwiatkowski, Marian Bomba i Wanda Stande. Wszyscy skazani zostali na kary 5-6 lat więzienia, odpowiednio złagodzone na zasadzie amnestii.

Zofia Pajdakowa, żona Antoniego, aresztowana w tym samym czasie w Krakowie, poniosła śmierć w gmachu UB, wyskoczywszy rzekomo oknem. Antoni Zdanowski, zwolniony w toku śledztwa, zmarł bezpośrednio po wywiezieniu go w stanie agonalnym karetką z więzienia. Dzięgielewski zmarł na gruźlicę, której nabawił się w więzieniu, kilka miesięcy po wyjściu na wolność. Misiorowski, ciężko torturowany w śledztwie, przebył w więzieniu zawał serca i zmarł krótko po zwolnieniu. Do Pużaka zastosowano szczególnie zaostrzony reżim. Ciężko chorego umieszczono w wilgotnej, nieopalonej celi – zmarł w więzieniu w Rawiczu 30 kwietnia 1950 roku.

Ocenia się, że co najmniej 200 osób ścisłego aktywu PPS przeszło przez wieloletnie więzienia. Czasami były to głośne nazwiska, czasami nikomu nic nie mówiące.

Przygotowując grunt pod zjednoczenie koncesjonowanej PPS i PPR zarządzono też czystki. Szacuje się, że z samej organizacji stołecznej wyrzucono 6 tysięcy osób i te 6 tysięcy miało swoje teczki. Tych spraw było naprawdę mnóstwo. To wszystko czeka na historyczne opracowanie. Pytanie, czy coś się wtedy działo, czy rzeczywiście istniała konspiracja. To kolejny element, który gdzieś tam pojawia się w dyskusjach o współpracy emigracyjnej PPS z krajową. Wskazywano, że przerzucano do kraju pieniądze, kurierów, że szukano wsparcia. Wiemy, że do Polski chodzili kurierzy, Franciszek Smereczyński to jeden z nich. Znalazłem np. ulotkę, która była przygotowana przez Centralny Komitet Zagraniczny PPS, ale była wysyłana z terenów Polski. Czyli ktoś musiał to przewieźć i rozsyłał na różne adresy. I oczywiście bezpieka usiłowała robić spisy ludzi, którzy te ulotki dostali, albo zgłosili że dostali. Usiłowano je wszystkie wyłapać, co było niemożliwe.

Co raz pojawiają się kolejne informacje, które są zupełnie nieznane, niezbadane. Niestety większość bohaterów tych działań nie żyje, pytanie, czy gdzieś zostawili swoje wspomnienia. Być może one istnieją. W połowie lat pięćdziesiątych nie żyje Kazimierz Pużak, nie żyje wielu działaczy zmarłych w więzieniu lub po wyjściu z więzienia. W 1955 r. z zesłania rosyjskiego wraca skazany w procesie szesnastu Antoni Pajdak. Komitet Centralny PZPR zadaje pytanie: czy siedzą jeszcze jacyś PPS-owcy? Z notatki dla Komitetu Centralnego wynika, że ostatnim więźniem PPS-owskim był Andrzej Czystowski, młody działacz z Żoliborza, który został skazany w procesie „Startu”, czyli Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa. Nazwa „Start” była kryptonimem powołanej w Warszawie w okresie okupacji w ramach Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa ekspozytury urzędu śledczego, przeznaczonej głównie do walki z bandytyzmem i kolaborantami. Urzędy śledcze PKB współdziałały ponadto z cywilnymi sądami specjalnymi przy delegaturach okręgowych, powołanymi do wymierzania sprawiedliwości w przypadkach zdrady, szpiegostwa, kolaboracji itp. Działalność ta nie stanowiła tajemnicy; tuż po wojnie została np. przypomniana w cyklu artykułów przez Stefana Korbońskiego. Dopiero na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych władze komunistyczne doszukały się w niej elementów zdrady narodowej, organizując serię procesów przeciwko kadrze dowódczej Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa. W procesie organizacji „Start”, w grudniu 1951 r., zostali oskarżeni: Witold Pajor, Zygmunt Ojrzyński, Stanisław Nienałtowski i właśnie Andrzej Czystowski. Trzech pierwszych zostało skazanych na karę śmierci, przy czym Rada Państwa skorzystała z prawa łaski w stosunku do Pajora i Nienałtowskiego. Wyrok wykonano na Zygmuncie Ojrzyńskim, zginął 2 stycznia 1953 r.

Zaczyna się okres odwilży i pojawia się pierwszy dość ciekawy symptom. Późną jesienią 1956 r. w mieszkaniu Józefa Stopnickiego przy ul. Filtrowej w Warszawie odbyło się prywatne spotkanie Ludwika Cohna, Tadeusza Szturm de Sztrema, Juliana Maliniaka i Stefana Zbrożyny z udziałem adwokatów-socjalistów Anieli Steinsbergowej, Stanisława Garlickiego, Maurycego Karniola i Józefa Stopnickiego. Zebrani zgodzili się z wnioskiem Ludwika Cohna, że nie będą ubiegać się o rehabilitację i odszkodowanie za więzienie, uznając, że tak naprawdę zostali skazani za coś, co uważali za słuszne, tzn. za walkę z komunistycznym państwem. Zdaniem Cohna „skoro zatem dziś partia uznaje, że rządy epoki stalinowskiej są godne potępienia, to nie mam powodu wypierać się tego, co nam imputuje wyrok sądu wojskowego – tj. że system tych rządów zwalczaliśmy”.

W tym czasie (1956 r.) pojawia się pomysł odtworzenia Polskiej Partii Socjalistycznej, zainicjowany – co ciekawe – przez Edwarda Osóbkę-Morawskiego. Wywołało to pewne poruszenie, wyrażane m.in. w anonimowym liście środowiska socjalistów, gdzie zastanawiano się na temat tej inicjatywy. Jednak osoba Osóbki-Morawskiego była traktowana dosyć niepoważnie i nieufnie. Tym bardziej, że z jednej strony Osóbka-Morawski wzywał do odtworzenia PPS-u, z drugiej zaś chciał się koniecznie dostać na listę Frontu Narodowego w wyborach, w których Wiesław Gomułka wezwał do głosowania bez skreśleń. Ostatecznie – choć było to przedmiotem wielu dyskusji – większość socjalistów zdecydowała się nie uczestniczyć w tego typu przedsięwzięciach, wiedząc, że jest to rodzaj hucpy politycznej, bądź też prowokacji. Tak naprawdę nawet gdyby odtworzono PPS w tamtym czasie, nie byłaby to ta właściwa PPS. Jan Józef Lipski w swoich Dziennikach z tamtego czasu, bardzo negatywnie ocenia postawę Osóbki-Morawskiego, uznając, że groźba reaktywacji PPS miała być kartą przetargową w walce o miejsca na liście Frontu Narodowego Niemniej jednak po wyjściu z więzień socjaliści zaczynają się ze sobą spotykać, rozmawiać. Słowo „organizować się” jest za daleko idące, bo tak naprawdę jeżeli pytamy, czy istniała jakaś organizacja socjalistów w tym czasie, to możemy sobie otwarcie powiedzieć: nie istniała. Ludzie się po prostu spotykali, pisali wspomnienia, zastanawiali co dalej.

Tak zwane elementy WRN-owskie oskarżano wówczas o wszystko, o sabotaże w fabrykach, o rozpijanie młodych pracowników. Ciekawe jest i to, że o ile staliniści mieli obsesję na punkcie Trockiego i trockistów, tak polskie UB miało obsesję na punkcie PPS-WRN. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego było sfokusowane na byłych działaczy WRN. W każdym departamencie, urzędach bezpieczeństwa był specjalny wydział. Notabene, jak się czyta ubeckie sprawozdania o WRN, to widać coś, co zahacza o paranoję. I tak np. Stefan Zbrożyna, były prezydent Płocka, były wiceprezydent Włocławka, były wiceprezydent podziemnej Warszawy, działacz WSM-u, po wyjściu z więzienia w latach pięćdziesiątych był już starszym panem, a liczba zdjęć z jego obserwacji jest tak olbrzymia, że jeżeli jemu poświęcali tyle czasu, to ile musiało to kosztować wysiłku i pieniędzy. Wydaje się, że każdy PPS-owiec miał swoich licznych „aniołów stróżów”. W stosunku do niektórych z nich tworzono nawet dzienne raporty z tego, co robili. Oczywiście – na ile to możliwe – starano się również podsłuchiwać wszystkie spotkania. Każda władza, nawet totalitarna czy autorytarna, nie jest w stanie sięgnąć wszędzie, ale była to – powiem szczerze – zadziwiająca struktura. Oto schemat, na jakim rozrysowano różnego rodzaju kontakty Stefana Zbrożyny – z Józefem Stopnickim, Tadeuszem Szturm de Sztremem, Julianem Maliniakiem, Januszem Ostrowskim, Wacławem Gajeckim. Miał dwóch stałych agentów: TW „Olimpię”, czyli Andrzeja Nowickiego, późniejszego słynnego filozofa, profesora, a do 1956 r. ochotniczo tajnego współpracownika oraz TW „Barda” Władysława Uziembłę. Też byłego działacza PPS, byłego posła PPS, który przeszedł na stronę Służby Bezpieczeństwa. To byli dwaj podstawowi agenci, a była jeszcze masa innych. Tak naprawdę działaczy WRN szpiegowano na różne sposoby. Nawet tak bzdurna informacja, że przesłano komuś zaproszenie na 75-lecie PPS organizowane przez Zakład Historii Komitetu Centralnego PZPR, wprawiała machinę w ruch, powstawały notatki, materiały. Bezpieka miała szczególną obsesję na punkcie spotkań przy grobie Kazimierza Pużaka. To smutne, że dziś grób Pużaka jest zniszczony i zapomniany. Przykre, że my o tę swoją tradycję nie dbamy. Socjaliści różnej maści od czasu do czasu spotykają się tam 30 kwietnia w rocznicę jego śmierci, ale tak naprawdę groby polskich socjalistów, włącznie z grobem Kazimierza Pużaka, zostały zapomniane. Kiedyś 1 sierpnia, w rocznicę Powstania Warszawskiego, na wszystkich grobach powstańców były zapalone świece, znicze, a grób Pużaka wyglądał tak jak każdego innego dnia. A mówimy przecież o przewodniczącym Rady Jedności Narodowej podziemnego parlamentu, również powstańcu warszawskim. Gdy jeszcze żyła Krysia Cała, która była takim nestorem Komisji Historycznej PPS, przed 1 listopada jeździliśmy porządkować groby. Ale tak naprawdę w tej naszej tradycji historycznej, w naszym myśleniu, zostało to zapomniane. To smutne, że od tego 1950 r., kiedy śledzono pogrzeb Pużaka, i później przez dziesiątki lat kiedy socjaliści spotykali się nad tym grobem w rocznicę śmierci, UB-ków było więcej niż uczestników – dowodem na to film, jaki można obejrzeć na Youtubie („Tajne Taśmy SB” (2002) od 34 min. 46 sek.). Socjaliści próbowali podtrzymywać tradycję, kultywować etos PPS m.in. przy okazji różnego rodzaju rocznic: śmierci Mieczysława Niedziałkowskiego, Feliksa Perla. Wszystkie spotkania były ściśle obserwowane przez bezpiekę.

W pewnym momencie bezpieka wymyśliła, że skoro cały aktyw PPS jest obserwowany, to wrogie działania musi prowadzić inna tajna komórka, której oni nie mogą jeszcze zidentyfikować. I tak dochodzili do kolejnego poziomu paranoi, np. zlecenia śledzenia Zbrożyny całodobowo, ukrytych zdjęć bezpieczniackich z kolejnych pogrzebów. Można wyliczać i wyliczać. W 1967 r. bezpieka postanowiła wytoczyć nowy proces PPS-WRN. Ustalono, że wokół adwokata Józefa Stopnickiego gromadzą się różni ludzie, właśnie Ludwik Cohn, Józef Sobolewski, Stefan Zbrożyna. Pojawiają się też nowe kontakty, które pokazują łączność starego z nowym. Tym nowym łącznikiem jest na przykład Jan Józef Lipski, który nie był nigdy działaczem PPS, nie był socjalistą w rozumieniu tradycji historycznej. Pojawiają się Krzysztof Dunin-Wąsowicz, Marian Marek Drozdowski, Jan Strzelecki. Na spotkaniach starszych działaczy, obok zastanawiania jak wydrukować jakieś ulotki na wybory Rad Narodowych, a może coś namieszać na spotkaniu Rady Adwokackiej, pojawiły się też różnego rodzaju inicjatywy społeczne, które były również inicjowane przez młodych. Te spotkania oni nazywali kółkiem, w nawiązaniu do historycznego PPS-WRN, która w czasie wojny miała kryptonim Koło.

Zaczęło pojawiać się nowe pokolenie ludzi, którzy zarazili się ideą socjalistyczną. Kiedy w 1971 r. zmarł Stefan Zbrożyna, to Jan Józef Lipski przekazywał jego przesłanie o społecznikostwie, które powinniśmy kultywować, nie aktywizmie, a społecznikostwie. O ludziach którzy nie strzelali, nie byli rewolwerowcami, ale budowali miasta, osiedla, Warszawską Spółdzielnie Mieszkaniową. To jest coś, co powinniśmy przenieść do naszej tradycji.

W 1955 r. pojawia się Klub Krzywego Koła, najważniejsze forum wymiany wolnej myśli między intelektualistami, dziennikarzami, pisarzami i artystami w ówczesnej Polsce. Należeli do niego m.in. byli członkowie PPS: Marian Falski, Julian Hochfeld, Edward Lipiński, Andrzej Munk, Aniela Steinsbergowa, Jan Strzelecki, Tadeusz Szturm de Sztrem, Stefan Zbrożyna, Jan Wolski – wybitny działacz spółdzielczy, który amerykańską nagrodę Jerzykowskich przeznaczył właśnie na działalność niepodległościową, postać trochę zapomniana, niedawno „odkopana” przez radomskiego historyka. A także późniejsi członkowie PPS: Aleksander Achmatowicz, Jan Kielanowski, Jan Józef Lipski.

Klub powstał przy ulicy Krzywe Koło w Warszawie w prywatnym mieszkaniu Juliusza (współpracownika SB, w latach 70. i 80. tworzącego agenturalne ugrupowania socjaldemokratyczne i socjalistyczne) i Ewy Garzteckich. Wiem, że niektórzy na tej sali znali Garzteckiego osobiście jeszcze z lat osiemdziesiątych. Klub Krzywego Koła nabierał szybko znaczenia politycznego, choć skala jego działań oraz zasięg były ograniczone. Socjalistyczni adwokaci wielokrotnie bronili przed sądami członków opozycji demokratycznej. I tak np. Aniela Steinsbergowa broniła w procesach członkiń Klubu Krzywego Koła Hanny Rewskiej (1958-1959) i Anny Rudzińskiej (1962, obrońcą był również Ludwik Cohn), w procesie Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego (1965), Jana Nepomucena Millera, Januarego Grzędzińskiego (1965). To z inicjatywy członków Klubu zrodziła się tradycja możliwie tłumnego uczestnictwa w procesach politycznych.

Jak wspominał jeden z jego członków Aleksander Małachowski, autorytet klubu sprawił, że na rozprawie przed Sądem Najwyższym przeciwko Annie Rewskiej, skazanej za związki z Giedroyciem, pojawiło się w sali sądowej aż kilkudziesięciu wybitnych intelektualistów, w tym takie postaci jak profesor Tadeusz Kotarbiński i Jan Parandowski. Jego zdaniem miało to wpływ na uniewinnienie Rewskiej. To również na korytarzach sądów spotykali się ci starzy socjaliści i ci nowi – nie wiem, czy można nazwać ich socjalistami, ale na pewno demokratami.

Ta tradycja przetrwała do lat 80. Widzę tutaj Czesława Borowczyka, na jego procesie w 1988 r. kontynuowaliśmy tradycję, która narodziła się właśnie w latach sześćdziesiątych.

Po zamknięciu Klubu Krzywego Koła pojawiła się inicjatywa powołania loży wolnomularskiej Kopernik, by w ten sposób prowadzić dalej tajną działalność. Przypomnę, że przed wojną niektórzy działacze lewicowi należeli do lóż wolnomularskich, które zostały zlikwidowane w 1938 r. To właśnie socjaliści Jan Wolski i Stefan Zbrożyna wpadli na pomysł wykorzystania loży wolnomularskiej jako podstawy dalszego działania w wymiarze niepodległościowym. Członkami loży byli m.in. działacze PPS: Ludwik Cohn (od 26.03.1972), Edward Lipiński (od 10.12.1972), Aleksander Lutze-Birk, Jan Wolski, Stefan Zbrożyna (od 19.02.1961). Przewodniczącym loży był dwukrotnie Jan Józef Lipski, w latach 1962-1981 i 1986-1988. Powstała w 1961 r. loża Kopernik do lat siedemdziesiątych nie została odkryta przez służbę bezpieczeństwa. Przeglądałem dokumenty, z których wynika, że wielokrotnie bezskutecznie próbowano poprzez Paryż dowiedzieć się, co dzieje w Polsce. Loża Kopernik była miejscem, w którym spotykały się różne tradycje i osoby, w tym siostrzeniec Stefana Okrzei, Jan Olszewski, oraz Aleksander Lutze-Birk, były działacz organizacji bojowej PPS.

To oczywiste, że inicjatyw było znacznie więcej, od podpisywania listów, po Klub Krzywego Koła. Bo list 34 to nie tylko Edward Lipiński, ale i Marian Falski, też wybitny działacz PPS. Utworzone przez Tadeusza Kotarbińskiego Towarzystwo Kultury Moralnej pozornie nie miało nic wspólnego z socjalizmem, budowało środowisko społeczno-etyczne, a powstała tam sekcja przeciwników kary śmierci. Pamiętajmy, że były to lata 60. Powiedzenie wtedy, że się jest przeciwko karze śmierci, to tak jakby powiedzieć, że się jest przeciwko PRL. Tak jeszcze było w 1988 r., gdy inicjowaliśmy powstanie Stowarzyszenia na Rzecz Przeciwników Kary Śmierci.

Różnych inicjatyw, podpisywania listów było znacznie więcej, nie wymieniałem ich wszystkich. Faktem jest, że nie było chyba żadnego wydarzenia w historii demokratycznej opozycji, w której nie byłoby socjalistów. Pytanie, czy miało to charakter formacyjny. Socjaliści znaleźli się wśród sygnatariuszy Listu 34, Listu w sprawie Legionów, Listu w sprawie Organizacji „Ruch”, Listu 15, Listu 59, Listu 14, byli wśród założycieli Niejawnego Funduszu Pomocy dla Represjonowanych.

Nie wspomniałem np. Ruchu Porozumienia Polskich Socjalistach w ramach KPN. Maciek Gawlikowski, gdy dowiedział się o tym spotkaniu, bardzo się oburzył i pewnie trzeba będzie zrobić spotkanie o tym. Wydano ostatnio Listy Jana Józefa Lipskiego do Giedroycia, gdzie można przeczytać, jak bardzo niepokoiła go ta inicjatywa. Andrzej Friszke też o tym pisze. W pewnym momencie pojawiła się propozycja, by w ramach Komitetu Obrony Robotników wyłonić grupę socjalistyczną. Ale natychmiast pojawiła się inicjatywa Juliusza Garzteckiego o nazwie Polscy Socjaliści – w tej chwili nie ma co do tego żadnych wątpliwości, że UB-cka – która miała na celu storpedowanie tego typu działań. To dziś pewnie jeszcze wybrzmi, ale o ile kiedyś UB miała obsesję na punkcie WRN, tak potem SB miała obsesję na punkcie PPS. Wynikało to pewnie z mitu założycielskiego PZPR. Pojawi się to potem w dokumentach SB z 1987 r. Mam czasem wrażenie, że więcej osób nas śledziło niż nas było.

Wracając do lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Tamto środowisko się rozrastało, przenikała się w nim stara i nowa opozycja, i działacze PPS byli w nim obecni. Na zdjęciu Komitetu Obrony Robotników z tyłu widzimy Antoniego Pajdaka, z przodu Ludwika Cohna, Anielę Steinsbergową, Wacława Zawadzkiego, z tyłu Piotr Naimski, a na samym skraju Jan Józef Lipski.

To kolejny kamyczek do budowy sztafety pokoleń. Jana Olszewskiego, Ludwika Cohna i Jana Józefa łączyła także współpraca w przechowywaniu dużych sum pieniędzy, odziedziczonych po okupacyjnej PPS WRN. Opozycja demokratyczna kilkakrotnie posiłkowała się tymi środkami. Skorzystał z niej KOR, a czym pisze Andrzej Friszke, a także opozycja lat 80. Jak wielkiego charakteru musieli być ludzie, którzy przez pięćdziesiąt lat przechowywali niemałe pieniądze. Wydawali je na prośbę organizacji, która już nie istniała. Świadomość, że byli ludzie, którzy mieli nadzieję, że te pieniądze będą przydatne na działalność pracowniczą, lewicową, socjalistyczną i nie uszczknęli z tego ani jednego dolara, przywraca wiarę w człowieka. Bo to były dolary, i gdy Andrzej Malanowski jedną z takich partii otrzymał i wymieniał w banku, okazało się, że są to dolary z 1937 r., stąd przez chwilę podejrzewano, że to fałszywki. Mówię o tej anegdocie, bo chcę pokazać jak silne były więzi, jak silne tradycje, które sprawiały, że ludzie przechowywali różne rzeczy, w tym pieniądze, i nie śmieli nic uszczknąć na swoje cele.

Pierwszy Krajowy Zjazd „Solidarności” jest zamknięciem działania Komitetu Obrony Robotników. Podczas swojego przemówienia Edward Lipiński przyznaje, że pierwszy raz w życiu na zebraniu związków zawodowych wystąpił w 1904 roku, a być może ostatni – co też okazało się prawdą – na I Krajowym Zjeździe NSZZ „Solidarność”. Kiedy mówimy o „Solidarności” patrzymy na nią przez pryzmat ostatnich działań, ale trzeba pamiętać, że my wyrośliśmy na wspólnej mitologii budowy tego lewicowego ruchu, robotniczego ruchu „Solidarność”. Bo ja uważam, że „Solidarność” była lewicowa z natury, co nie znaczy, że ludzie tej formacji byli ludźmi lewicowymi. Ta formacja stworzyła coś, co ja uważam za największe osiągnięcie, czyli program Samorządnej Rzeczpospolitej. Ostatnio uczestniczyłem na zorganizowanej przez organizacje pozarządowe w Europejskim Centrum Solidarności konferencji na temat idei solidarności wczoraj i dzisiaj. Poruszano tam wiele kwestii, od posłania do ludów narodów Europy Wschodniej, po sposoby, w jaki wybierano przewodniczącego. Natomiast brakowało informacji o Rzeczypospolitej Samorządnej, czyli głównej idei, która sprawiała, że to właśnie PPS, a nie jakaś inna formacja wystąpiła z najśmielszym – moim zdaniem i co ciekawe powstałym w PRL-u – programem w wymiarze ustrojowym, takim, jakiego dzisiaj nie mają politycy. Przypomnę choćby kwestię Izby Samorządowej czy też Izby Społeczno-Gospodarczej, zamiast kompletnie bezsensownego Senatu. Wspomnę program przedsiębiorstwa społecznego, którego założenia – może w zmienionej formie – próbujemy kultywować, programu, który został kompletnie zapomniany i wyparty.

W latach osiemdziesiątych ścieraliśmy się o to z mainstreamem „Solidarności”. W „Robotniku” Tomasz Litwin (pseudonim Michała Boniego) pisał o tym, że „Solidarność” oznacza reformy, my – że obronę praw pracowniczych, i pozostaliśmy wierni temu przekonaniu. Na bazie tego pomysłu powstawały Kluby Rzeczpospolitej Samorządnej Wolność Sprawiedliwość Niepodległość. Dwóch członków tych klubów zdaje się widzę na sali. To program, który był w istocie programem budowy formacji lewicowych, szkoda, że trwało to w zasadzie kilka dni, ale dowodzi, że w latach osiemdziesiątych to my podnosiliśmy hasło samorządów, przedsiębiorstwa społecznego, fabryk dla robotników, rezygnacji z liberalnych reform.

Kiedy ktoś mnie pyta, skąd się wziąłem, to odpowiem, że z nich wszystkich. Mimo że większości tych ludzi nie znałem – z historycznych działaczy rozmawiałam tylko z Lidią Ciołkoszową i Antonim Pajdakiem – to współpracowałem z uczniami tych starych socjalistów. To, że jestem jaki jestem, zawdzięczam tej sztafecie pokoleń. Idea niepodległościowego socjalizmu przetrwała, mimo że ta prawdziwa PPS zniknęła po 1945 r., jej działacze byli więzieni i represjonowani, pozbawieni faktycznej możliwości działania. A jednak idea przetrwała. Czy przetrwała do dzisiaj? A co dziś oznacza bycie socjalistą w rozumieniu PPS-owskim? Odpowiedź na to pytanie jest bardziej skomplikowana niż nam się wydaje i niż to wynika z poczucia przynależności do takiej czy innej grupy politycznej.

Cezary Miżejewski

Niniejszy tekst stanowi poprawiony i uzupełniony tekst wystąpienia na konferencji „Socjaliści z Solidarności”, która odbyła się 14 października 2017 roku z inicjatywy Stowarzyszenia Wolnego Słowa w Warszawie. Tekst w wersji niepoprawionej został opublikowany w okolicznościowej pokonferencyjnej publikacji „Socjaliści Solidarności”, którą można otrzymać w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa w Warszawie.