Neoliberalny samorząd

Neoliberalny samorząd

Samorząd ma w Polsce zaskakująco dobrą prasę. Często w debacie publicznej podkreśla się wręcz, że akurat samorząd terytorialny należy do tych nielicznych obszarów, które udało nam się dobrze zorganizować. Jeśli poddajemy krytyce sytuację w Polsce, to zwykle obrywa się państwu i parlamentowi. Również krytyka z perspektywy prospołecznej czy lewicowej dotyczy głównie polityków centralnych i to ich najczęściej obarcza winą za wszelkie ekscesy nadwiślańskiej odmiany kapitalizmu. Niestety ten powszechny obraz polskiego samorządu jest nieprawdziwy, a niezła renoma, jaką cieszą się wspólnoty lokalne w naszym kraju – niezasłużona. Samorząd w Polsce to jeden z głównych podmiotów wprowadzających nad Wisłą liberalny model kapitalizmu, a poziom wypełniania przez niego ustawowych zadań jest wyjątkowo niski. Mówiąc w skrócie, polski samorząd jest neoliberalny i nieskuteczny.

Spokojnie, to tylko komercjalizacja

Komercjalizacja jest jednym z podstawowych narzędzi tzw. nowego zarządzania publicznego (NPM) – popularnego od lat 90. modelu liberalizacji sektora publicznego. NPM polega z grubsza na implementowaniu zasad i mechanizmów rynkowych do tradycyjnych obszarów działania instytucji publicznych. Komercjalizacja polega na przekształcaniu podmiotów publicznych w spółki prawa handlowego – zaczynają one zatem działać na zasadach czysto rynkowych, kierując się zyskiem. Komercjalizowane podmioty są następnie niejednokrotnie sprzedawane prywatnym właścicielom – komercjalizacja jest wręcz często wykorzystywana tylko jako pierwszy etap prywatyzacji, jako swoisty listek figowy. Najpierw zamienia się podmiot publiczny w spółkę, uspokajając mieszkańców danej wspólnoty, że to nie prywatyzacja, bo spółka pozostanie w rękach gminy czy państwa. Następnie po jakimś okresie, czasem niezwykle krótkim, sprzedaje się tę spółkę podmiotowi prywatnemu. Uspokaja się mieszkańców wspólnoty, że przecież i tak firma działała już na zasadach rynkowych, więc co to za różnica, kto ją posiada.

Szczególnie ochoczo są w Polsce poddawane komercjalizacji szpitale publiczne pozostające w gestii samorządów. Zwykle mechanizm wyglądał tak, jak wyżej zarysowano – uzupełniano go opowieścią, że szpital jest nierentowny, a przekształcenie go w spółkę pozwoli mu wychodzić na swoje. Według raportu NIK w latach 1999-2010 (do września) skomercjalizowano 105 szpitali publicznych, zamieniając je w NZOZ-y, czyli w Niepubliczne Zakłady Opieki Zdrowotnej. Od października 2010 do 2013 r. samorządy skomercjalizowały kolejne 64 szpitale publiczne. Między innymi dzięki temu procesowi w 2015 r. szpitali publicznych było mniej niż szpitali niepublicznych (540 tych pierwszych, wobec 560 tych drugich) – do niepublicznych zaliczane są podmioty zarówno stricte prywatne, jak i skomercjalizowane, z których wiele też już jest obecnie w pełni prywatnych.

Dopiero w 2016 r. nowa koalicja rządząca wprowadziła ustawę blokująca możliwość komercjalizacji szpitali. Jednak lata obowiązywania tej możliwości sprawiły, że tysiące pracowników służby zdrowia trafiły do firm prywatnych, których nowi właściciele często nie mieli pojęcia o służbie zdrowia. Ich jedyną zasługą było to, że mieli dostęp do kapitału i informacji, które pozwoliły uczestniczyć w prywatyzacji części systemu. Na przykład w Tychach pielęgniarki szkolne trafiły do prywatnej firmy NZOZ Medycyna Szkolna, która działa jako… spółka cywilna (sic!). A samorząd? Pozbył się odpowiedzialności za prowadzenie kłopotliwej działalności.

NIK przyjrzał się komercjalizacji szpitali publicznych za lata 1999-2010. Główną tezą raportu było to, że komercjalizacja nie przyniosła żadnych spodziewanych efektów. Sytuacja finansowa skomercjalizowanych szpitali wcale się nie poprawiła, a kolejki nie uległy skróceniu. Co więcej, samorządy popełniły mnóstwo błędów. Na przykład przenosiły na spółki własność nieruchomości (zamiast je dzierżawić), co w razie upadłości spółki nie zabezpieczało im infrastruktury do prowadzenia opieki medycznej na swoim terenie. Inna część samorządów co prawda wydzierżawiała nieruchomości, ale nie dbały o odpowiednią wycenę, więc pobierały absurdalnie niskie stawki. A podczas przenoszenia dóbr trwałych na poczet nowych spółek nawet nie zadbały o ich inwentaryzację.

Mieszkanie komunalne tanio sprzedam

Kolejnym obszarem ustawowych działań samorządów, z którego zupełnie się nie wywiązują, jest mieszkalnictwo. Co więcej, podobnie jak w przypadku szpitali, samorządy, a w tym wypadku konkretnie gminy, z lubością umywają ręce od problemu, pozbywając się mieszkań komunalnych w zastraszającym tempie. Pomimo że liczba mieszkań w latach 2002-2013 wzrosła o 18 proc., to liczba mieszkań w zasobach gmin spadła o… 31 proc. Głównie w wyniku sprzedaży ich osobom prywatnym, czyli zwyczajnej prywatyzacji. O ile jeszcze w 2002 r. gminy posiadały 12 proc. wszystkich mieszkań w Polsce, to w 2016 r. było to już tylko 6 proc. Gminy są także wyjątkowo mało aktywne w zakresie budowy nowych mieszkań komunalnych – w latach 1989–2014 odpowiadały one zaledwie za 2,6 proc. wybudowanych w tym czasie mieszkań. Co gorsza, trend jest spadkowy – o ile jeszcze w latach 90. budowały ok. 5 proc. mieszkań, to w pierwszej dekadzie XXI wieku 2-3 proc., a w obecnej dekadzie ok. 1,5 proc. A w ubiegłym roku polskie gminy pobiły swój niechlubny rekord – mniej niż jeden procent oddanych w 2017 r. mieszkań było komunalnymi.

Mieszkaniom komunalnym także przyjrzał się NIK. Wnioski płynące z raportu są przygnębiające. W skontrolowanych gminach mieszkanie komunalne co rok otrzymywało zaledwie 16 proc. oczekujących. Komunalny zasób mieszkaniowy spadł w nich o 5,5 proc. w zaledwie trzy lata (2009–2011). W 34 kontrolowanych gminach na mieszkanie komunalne oczekiwało 48 tys. rodzin. Najdłużej w Kielcach – 27 lat. W Kutnie 19 gospodarstw domowych czekało na mieszkanie od kilkunastu lat.

W 2016 roku ukazał się raport Portalu Samorządowego na ten sam temat. Wnioski są podobne – gminy mają bardzo niewielki zasób mieszkaniowy (np. Poznań posiada 13 tys. mieszkań), a i ten mały zasób bardzo chętnie wyprzedają. Na przykład Łódź sprywatyzowała w trzy lata 10 tys. mieszkań z 57 tys., które miała do dyspozycji. Niektóre z… 95-procentową bonifikatą. Dzięki temu uzyskała z tytułu gospodarki mieszkaniowej 125 mln zł na czysto, zamiast kilkumilionowego minusa, jak wcześniej. Samorządy nie palą się też do budowy mieszkań komunalnych – w 2006-2014 na jedną gminę w Polsce przypadał średnio… jeden oddany nowy lokal komunalny. W badanym okresie niektóre całkiem spore miasta w ogóle nie oddały żadnego mieszkania gminnego – np. Gorzów i Opole w latach 2014-2015. W momencie pisania raportu Gorzów, Rzeszów i Gdynia nie budowały ani jednego mieszkania komunalnego.

Problemy z komunikacją

Niewiele lepiej wygląda zaspokajanie przez samorządy potrzeb mieszkańców w zakresie komunikacji zbiorowej. Stan polskiej komunikacji publicznej, szczególnie w mniejszych ośrodkach, jest już wręcz legendarny, doskonale znany nie tylko z rzetelnych opracowań, ale też z setek anegdot czy zdjęć.

W tym roku pojawił się raport Krajowego Instytutu Polityki Przestrzennej i Mieszkalnictwa, który przyjrzał się aglomeracjom wojewódzkim, a dokładnie ich zewnętrznym strefom miejskiego obszaru funkcjonalnego (MOF). Mówiąc po ludzku, chodzi o stan komunikacji miejskiej w gminach otaczających miasto wojewódzkie, które tworzą razem z nim jeden miejski obszar funkcjonalny. W przypadku Śląska mowa o gminach otaczających Górnośląski Związek Metropolitalny. Okazuje się, że w zasięgu pieszego dostępu do przystanku żyje zaledwie 52 proc. Polaków żyjących w strefach zewnętrznych MOF-ów wszystkich miast wojewódzkich. Inaczej mówiąc, co drugi Polak żyjący w jednej z 16 głównych polskich aglomeracji, ale poza jej rdzeniem, nie mam jak dojechać do jej rdzenia komunikacją publiczną. Pozostaje więc samochód, co oczywiście zwiększa korki w samym mieście, a więc także obniża dobrostan mieszkańców rdzenia. Najgorzej jest w gminach wokół Zielonej Góry – tam zaledwie 20 proc. mieszkańców żyje w zasięgu pieszej dostępności przystanku.

Zresztą problemem jest także gęstość siatki połączeń, która w zewnętrznych strefach MOF miast wojewódzkich jest mizerna. Średnia dobowa liczba połączeń wynosi w nich 7,4 połączenia na tysiąc mieszkańców – w wielu gminach jest niższa, wynosi 2-3 połączenia, a niektóre gminy w ogóle nie mają połączeń. Nawet mieszkając w zasięgu pieszej dostępności przystanku komunikacja zbiorowa może nie być żadną alternatywą.

NIK przyjrzał się temu, jak funkcjonuje regionalny publiczny transport zbiorowy, którym powinny zajmować się powiaty oraz województwa. Wnioski są dosyć zatrważające – otóż skontrolowane samorządy… nie wykazywały zainteresowania organizowaniem lokalnych systemów transportu zbiorowego. Ograniczały się jedynie do wydawania pozwoleń na wykonywanie tego typu usług chętnym podmiotom. Co więcej, połowa skontrolowanych jednostek samorządu terytorialnego (JST) nawet nie badała lokalnych potrzeb komunikacyjnych, choć jest to ich obowiązkiem. Zresztą te JST, które przeprowadziły badania, z których wyszło, że komunikacyjne potrzeby lokalne nie są spełniane, i tak nie podjęły żadnych kroków, tj. na przykład nie podpisały żadnych umów na świadczenie usług z przewoźnikami.

Chaos zamiast metody 

Nie tylko stan komunikacji zbiorowej w Polsce jest legendarny – równie znany jest chaos przestrzenny, który dominuje w naszych miastach, miasteczkach czy wsiach. Najwyższa Izba Kontroli przyjrzała się gospodarowaniu przestrzenią w polskich gminach. Wnioski, jakie wyciągnął NIK po kontroli, pokrywają się dokładnie z tym, co podnoszą wszelkiej maści działacze miejscy. Przede wszystkim gminy nie uchwalają planów zagospodarowania przestrzennego. Zaledwie 30 proc. naszego kraju pokryte jest planami zagospodarowania. Planami pokryte jest zaledwie 12 proc. terenów zagrożonych powodzią oraz 25 proc. pasa nadbrzeżnego. W efekcie nadużywane jest wydawanie decyzji o warunkach zabudowy (WZ), przez co miejsce ma przestrzenny chaos, niekontrolowana urbanizacja oraz brak należytej ochrony przyrody. A wszystko to razem negatywnie wpływa na dobrostan mieszkańców. Niestety nie widać też specjalnie woli po stronie gmin, by zmieniać ten stan rzeczy na lepsze, a tempo uchwalania planów zagospodarowania jest wysoce niesatysfakcjonujące.

Listę neoliberalnych grzechów polskiego samorządu można ciągnąć w nieskończoność. Fatalna sieć żłobków gminnych – niektóre gminy nie mają żadnego miejsca żłobkowego, tymczasem w skali kraju miejsc we wszystkich żłobkach jest mniej niż 10 proc. dzieci do lat trzech. Część gmin tylnymi drzwiami prywatyzuje… szkoły. Dzięki furtce, jaką stanowi możliwość zlecania prowadzenia szkół z liczbą uczniów poniżej 70 osobom fizycznym lub prawnym. W małopolskich Iwanowicach sprywatyzowano w ten sposób wszystkie szkoły, co spowodowało głównie kłótnie o subwencję oświatową oraz eksplozję wynagrodzeń dyrektorów – nawet do 300 tys. zł rocznie.

Samorządy chętnie też outsourcują usługi publiczne. W Warszawie część usług komunikacji miejskiej świadczą spółki prywatne – np. Arriva Bus Transport Polska czy Europe Express City. Przez lata robił to też koncern Veolia, znany z tego, że swego czasu wytoczył sprawę przed arbitrażem Egiptowi za to, iż ten ośmielił się podnieść płacę minimalną. W tamtym czasie Veolia wywoziła śmieci w Aleksandrii, co podwyższyło jej koszty. Jeszcze dalej poszedł Gdańsk, który sprywatyzował dostarczanie wody oraz odprowadzanie ścieków, co świadczy tam prywatna spółka Saur Neptun Gdańsk. Teraz cena za odprowadzania ścieków jest jedną z wyższych w dużych polskich miastach.

Samorząd ma bardzo ważne zadanie w prospołecznym modelu gospodarczym – wiele usług publicznych najlepiej organizować na szczeblu lokalnym lub regionalnym. Jednak samorząd i elity lokalne są w równym stopniu narażeni na działanie doktryny neoliberalnej i jej przeróżnych lobbystów, co państwo i jego decydenci. Zwodnicze i zwyczajnie nieprawdziwe są teorie, według których to wspólnoty lokalne wyrwą nas z neoliberalnego modelu kapitalizmu, ponieważ nie da się już wrócić do czasów „dużego państwa”. Nie ma żadnego dowodu na to, że samorząd będzie mniej zaczadzony neoliberalizmem, niż państwo. Obserwując sytuację w Polsce można dojść do wniosku, że jest wręcz przeciwnie.

Piotr Wójcik

Ideologia na lodzie

Frostpunk, nowa gra 11 bit studios, to więcej niż zabawa w (od)budowę społeczeństwa. To cyfrowy test, który pozwala graczowi sprawdzić, czy jego działania będą zgodne z wyznawaną przez niego ideologią.

Według badacza Jaspera Juula gry wymagają od odbiorcy więcej niż inne formy sztuki. Czas i zrozumienie konwencji są niezbędne, aby nie tylko czerpać przyjemność z rozgrywki, ale także osiągać różnorakie cele. Poprzez granie, a zatem „wymuszanie” na graczu nie tyle zaakceptowania określonych mechanizmów i reguł, lecz przede wszystkim aktywnego udziału w odtwarzaniu wizji świata gry – takiego, jak wymyślili go sobie twórcy – rozgrywka wpływa na gracza w określony sposób. Tam, gdzie jedni zobaczą zwykłe łączenie kropek, inni dostrzegą autentyczny akt interpretacji. Akt nie różniący się niczym od interpretacji innego dzieła sztuki, jak obrazu czy utworu muzycznego. Tu jednak podobieństwa się kończą, gry mają bowiem tę zaletę, że poza formowaniem ideologii, pozwalają również sprawdzić ją w działaniu.

O ile takie Call of Duty może zmusić gracza do zastanowienia nad sensem wojny, o tyle nie pozwoli mu w żadnym momencie w odpowiedni sposób zamanifestować swojej niechęci do konfliktów zbrojnych. Tak, zabijam tych terrorystów, ale robię to niechętnie, więc mechanizm gry nie ma na mnie żadnego wpływu pod względem politycznym i ideologicznym. W tym kontekście warto przypomnieć scenę na cmentarzu w Call of Duty: Advanced Warfare, gdzie wciskając jeden przycisk możemy złożyć hołd zabitemu podczas walki przyjacielowi.

Chodzi mi raczej o gry, w których gracz może wystawić swoje przekonania na próbę. Dobrym przykładem tego typu gier są strategie, zwykle dające graczowi pewną autonomię w osiąganiu wyznaczonych celów. A nic nie sprawdza ideologii jednostki bardziej niż ekstremalne sytuacje. Wyobraźmy sobie XIX-wieczny, cyberpunkowy świat, skuty lodem po nadejściu zimy wulkanicznej. W 1883 roku erupcja wulkanu Krakatoa przyczyniła się do globalnego ochłodzenia – średnia temperatura na półkuli północnej spadła o 1,2 stopnia Celsjusza. W grze Krakatoa wybucha w roku 1886, wraz z innym wulkanem, Tamborą. Jakby tego było mało, możliwe, że w Ziemię uderzają również meteoryty. Nawarstwienie tych wypadków prowadzi do globalnej zimy, a ta zmusza ludzkość do przeprowadzki na północ. Tam nieliczni ocalali próbują od nowa zorganizować społeczeństwa wokół specjalnie wybudowanych generatorów, będących bezcennym (i jedynym) źródłem ciepła. To właśnie świat przedstawiony w najnowszej grze rodzimego 11bit studios – Frostpunk.

Gracz ma w swoich rękach życie tych mieszkańców Londynu, którzy wyruszają na północ. Jak każde społeczeństwo, to również wymaga pewnej organizacji. Od tego jest Karta Praw, pozwalająca graczowi zaprząc dzieci do pracy lub ulokować je w świetlicach, eksploatować robotników i inżynierów do granic możliwości, ale także organizować życie społeczne mieszkańców wokół kościołów lub pubów. XVIII-wieczny holendersko-brytyjski poeta Bernard de Mandeville w filozoficznym poemacie/satyrze „Bajka o pszczołach” pisał, że dopóki instytucje funkcjonują dobrze, ludzie mogą być plugawi i postępować nieetycznie. Jakkolwiek wygodne byłoby rozdzielenie prywatnego rozpasania od publicznej skrupulatności, tu jednak statystyki nie zdadzą się na wiele – ludzi nie ma tyle, by traktować ich jako jedną zbiorowość. Oczywiście bezpośredni kontakt z robotnikami jest niemożliwy, ale funkcjonowanie naszego ula szybko ustanie bez indywidualnych pszczół oddanych sprawie.

Niestety, dość szybko okazuje się, że łamanie praw pracowniczych będzie niezbędne, jeśli miasto ma przetrwać. Wydłużone, dobowe zmiany są nieuniknione, bo w przeciwnym razie nie tylko miasto nie będzie odpowiednio nagrzane, ale również nie dokona się postęp, który w dłuższej perspektywie ułatwi życie mieszkańcom. Nie wszyscy będą mieli wystarczająco cierpliwości, aby go doczekać. A jeśli Niezadowolenie – jeden z dwóch, obok Nadziei, wskaźników informujących gracza o ogólnych nastrojach panujących w społeczeństwie – osiągnie poziom maksymalny i utrzyma się, rozgrywka się skończy, a postać kontrolowana przez gracza zostanie wygnana na mróz. Ponieważ celem głównej kampanii gry jest przetrwanie aż sześćdziesięciu dni, taki scenariusz wydaje się integralnym elementem pierwszej rozgrywki, zwłaszcza bez wcześniejszego przygotowania. Przy kolejnych gracz jest już bardziej świadomy następstw swoich wyborów, ale nie znaczy to wcale, że są one łatwiejsze.

Przetrwanie w grze Frostpunk to operacja na żywym organizmie. Każdy człowiek wysyłany do pracy na dodatkową zmianę, lądujący w szpitalu czy osierocający dzieci, ma imię i nazwisko, twarz oraz własne zdanie, którym czasem dzieli się z nami na pasku na dole. W pewnym momencie dziecko zamarznie na grobie matki, a robotnik odmrozi sobie nogi podczas pracy w nieludzkich warunkach. Napotkane przez zwiadowców grupki ocalałych będą chciały trafić do naszej wioski. Z jednej strony to ludzie, trzeba im pomóc. To również więcej rąk do pracy, a tych nigdy za wiele, zwłaszcza w okolicach dwudziestego dnia, kiedy wszystko zaczyna nam się walić na głowę. Z drugiej, to jednak więcej posiłków do wydania, baraków do wybudowania i pomieszczeń do ogrzania. Jasne, to tylko gra, ale właśnie takie dylematy wystawiają na próbę moralność gracza. Wartości, obojętnie, socjalistyczne czy liberalne, schodzą na drugi plan, gdy mieszkańcy przymierają głodem. W zasadzie każdy dzień to również walka o ogień i chociaż bohaterowie gry są uzbrojeni w wymyślną technologię, bardzo szybko mogą mentalnie powrócić do Paleolitu.

Dlatego, chociaż wszyscy mieszkańcy rozumieją, że celem nadrzędnym jest przetrwanie, ważne jest też to, aby organizować im czas wolny. Już Marks w „Zarysie krytyki ekonomii politycznej” zauważył, że czas wolny to czas „dla pełnego rozwoju indywiduum”. W myśl idei racjonalnej rekreacji, w wiktoriańskiej Brytanii pracodawca dbał o to, żeby robotnicy nie oddawali się pijaństwu i bijatykom. Tu o rozwoju nie ma mowy, zapewniamy im właśnie pijaństwo i bijatyki. A dokładniej mówiąc, stawiamy im Pub i Arenę Walk – miejsca, w których mogą rozładować napięcie, a w konsekwencji mieć jakąś namiastkę normalności. To ciekawe również dlatego, że w społeczeństwie opresyjnym – kierunku, który gracz może obrać nawet przy najlepszych intencjach – nie ma miejsca na samoistne skupiska ludności, o czym przekonali się całkiem niedawno mieszkańcy Iranu. Tamtejszy rząd w obawie przed rewolucją pozamykał kawiarnie. Tu jednak puby są czymś dobrym i nieszkodliwym, a zatem są pewnym uproszczeniem, nieodzownym przy tworzeniu gry strategicznej. Wart odnotowania jest też fakt, że Nadzieję obywateli podnosi wybudowanie… cmentarza.

Jak na grę przesączoną ideologią, perfekcyjnie odzwierciedlającą przytoczoną na początku obserwację Juula, sam Frostpunk pozostaje zaskakująco bezideowy. Zarówno wyzysk robotników, jak i troska o tych najsłabszych, to rozwiązania, które warto rozważyć. Kościoły i centra propagandy skutkują tym samym – uspokajają nastroje społeczne. Tu możemy się z kolei odwołać do mistrza społecznej kontroli, Lenina, który uważał, że stronniczość jest nieunikniona przy prezentacji prawdy, gdyż ta zawsze wpisuje się w jakieś stanowisko polityczne i ideologiczne. Dyscyplina organizacyjna była najmocniejszą stroną bolszewików, ale odtworzenie tej biurokratycznej maszyny, funkcjonującej niczym mandeville’owski ul, jest w Frostpunku niemożliwe. Robotnicy są tu definiowani jedynie przez swoją pracę, a odpowiedzią na problemy mieszkańców z kontrolą jest… jeszcze większa kontrola. Frostpunk jednak nie jest w żadnej mierze apoteozą wczesnego komunizmu. W innych rękach może równie dobrze stać się pochwałą kapitalizmu. Takie nieoczywistości i możliwości wyboru są największą siłą tej gry.

Łukasz Muniowski

Łukasz Muniowski – doktorant w Instytucie Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Autor artykułów naukowych o literaturze, koszykówce i grach. Szef działu recenzji książkowych na portalu Szuflada.net. Ma trzy psy.

Socjal albo barbarzyństwo

Socjal albo barbarzyństwo

Prezydent Republiki Włoch Sergio Mattarella zaakceptował propozycję składu nowego rządu. Wobec tego powołanie gabinetu ze stabilną, wyłonioną w wiosennych wyborach większością, stało się faktem.

Dwa ugrupowania, które utworzyły nowy włoski rząd – Liga oraz Ruch Pięciu Gwiazd (M5S), nie mieszczą się w tradycyjnym głównym nurcie włoskiej polityki partyjnej, zdominowanej od II wojny światowej przez bloki ugrupowań centroprawicy i centrolewicy. Liga (dawniej: Liga Północna) to ugrupowanie o skrajnie szowinistycznych, czasem wręcz neofaszystowskich inspiracjach, dotychczas nawet nie marzące o tak wielkim wpływie na kształt państwa włoskiego. Ruch Pięciu Gwiazd to formacja eklektycznego populizmu, aideologicznego, lecz nieodcinającego się od nastrojów ksenofobicznych i nacjonalistycznych.

Czas będzie grać na korzyść populistów, szczególnie Ligi, która dzięki zręcznemu przywództwu ucieknie od odpowiedzialności za stan gospodarki, koncentrując się na widowiskowych akcjach antyimigranckich. Umocniony demokratyczną elekcją nowy włoski rząd Ligi i M5S, a zatem i włoskie państwo, byłyby pierwszym tak wpływowym podmiotem realizującym w polityce zagranicznej przesłanie „Europy egoizmów”, popularne również w naszym kraju.

Rządy nacjonalistyczne i reżimy hybrydowe mogą w ciągu kilku cykli wyborczych stać się popularnym modelem politycznym w Europie. Transformacji ulec mogą stosunki wewnątrz społeczeństw, jak również stosunki między państwami, w tym w ramach Unii Europejskiej. Obecnie dezintegrujące się liberalne establishmenty nie szukały recept na rosnący społeczny niepokój, wywołany m.in. trwałym bezrobociem, pogorszeniem standardów życia, likwidacją usług publicznych. Pozwoliły, aby wielu ludzi wycofało swoją legitymizację dla systemu. Reżimy ksenofobicznego populizmu nie popełnią tego błędu, wskazując społeczeństwom „kozły ofiarne” – wewnątrz i na zewnątrz krajów – i budując stabilność swojej władzy na gruncie złych myśli, słów i czynów.

Rosnące nierówności społeczno-ekonomiczne wśród społeczeństw zachodnich podważają coraz mocniej legitymizację istniejącego systemu politycznego. Najmocniejszą reakcją liberalnego establishmentu jest marketingowy face lifting starych idei, przeprowadzany za pomocą charyzmatycznych liderów obiecujących zmianę: Baracka Obamy w USA, Emmanuela Macrona we Francji, Justina Trudeau w Kanadzie. To wszystko oczywiście tylko odsuwa w czasie logiczną konsekwencję konstrukcji systemu. Te procesy nie są zaskoczeniem dla wołających o silne reformy zwiększające spójność społeczną obywateli.

Nazistowski zbrodniarz Heinrich Brüning

W czasie Wielkiego Kryzysu gospodarczego na początku 1930 r. rządy w przedwojennych Niemczech (Republice Weimarskiej) objął liberalny technokrata Heinrich Brüning. W obliczu szybko słabnącej aktywności gospodarczej i kłopotów budżetowych uczynił priorytetem stabilizację budżetową – kosztem gospodarki. Liczba bezrobotnych zwiększyła się do sześciu milionów, w ich szeregach wiarę w system straciło wielu przyszłych wyborców Narodowosocjalistycznej Partii Niemiec (NSDAP). Olbrzymią niechęć zwykłych Niemców do Brüninga rekompensowało mu poparcie ekonomicznych i intelektualnych elit – zarówno w Niemczech, jak i za granicą. Jego sława jako „żelaznego kanclerza”, niepoddającego się popularnym dążeniom i prośbom, zapewniła mu m.in. obecność na okładce magazynu „Time”.

Gdy składał urząd kanclerza po ponad dwuletnich rządach, marsz nazistów do władzy był już nie do powstrzymania (udało się zaledwie odsuwać go przez kolejny rok). Można by wówczas zapytać kanclerza Brüninga, czy całe poświęcenie obywateli było warte osiągniętych rezultatów. Dzięki relacjom samego kanclerza znamy jego ówczesną odpowiedź: było warto.

Co jednak o wiele bardziej interesujące, kilkadziesiąt milionów ofiar wojny później, w latach pięćdziesiątych, Heinrich Brüning nadal nie zmienił zdania. W powojennej Europie jego gwiazda jako europejskiego reformatora może już nieco przygasła, z pewnością jednak nie był przytłoczony pretensjami o przyczyny, które spowodowały tamte skutki.

Wygląda to śmiertelnie poważnie, gdy echa kariery żelaznego kanclerza tak doskonale słychać chociażby w krótkiej (2011-2013), acz pełnej zdarzeń misji rządowej włoskiego premiera Mario Montiego. Premier technokrata, wcześniej, w latach 2005-2011, członek rady doradczej firmy inwestycyjnej Goldman Sachs (fakt ten pominięto w anglojęzycznej wersji Wikipedii), przeprowadził cały szereg cięć budżetowych.  Odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu zachował pogodę ducha, gdy jego koleżanka z rządu, Elsa Fornero, wybuchła płaczem podczas ogłaszania cięć drakońskich dla włoskich rodzin, co stało się wówczas medialną sensacją.

Przed szkodą, po szkodzie i po następnej szkodzie

Wiele razy opisano, co należy zrobić, by odwrócić bieg wydarzeń, na którego końcu jest faszyzm. W krótkich syntetycznych prezentacjach, w pięknych długich esejach, w mądrych głębokich książkach. Dwa lata temu w Davos, kilkanaście lat temu w (Nowym) „Obywatelu”, w latach trzydziestych w prospołecznych wydawnictwach. Na podstawowym poziomie w tej dyskusji nie ma już nic do dodania. Ruch od dawna jest po stronie liberalnego establishmentu. Przynajmniej teoretycznie może nastąpić gwałtowna zmiana sposobu myślenia. Mało kto jednak wstrzymuje w napięciu oddech.

Wypada z zaciekawieniem spojrzeć na wysiłki środowisk takich, jak polska „Kultura Liberalna”, przekonujących establishment liberalnego centrum do zmian. Takie pedagogiczne podejście zakłada, iż zasadniczą przeszkodą w zaakceptowaniu konieczności dokonania prospołecznych zmian jest wywołana samozadowoleniem i długotrwałą jednomyślnością niemoc poznawcza tegoż establishmentu. Idąc tym tokiem myślenia, wystarczyłoby (odpowiednio wiele razy) wykazać związki przyczynowo-skutkowe zachodzących procesów społecznych, aby przekonać liberalny establishment do konieczności reakcji poprzez głębokie reformy społeczne, nie zaś za pomocą marketingowych sztuczek. To lekko obraźliwe (wobec establishmentu) podejście może być oparte na chybionych kalkulacjach.

Niewypowiedzianym zagrożeniem pozostaje to, że, szczególnie dla biznesowej części establishmentu, stopniowe i niechętne przyłączenie się do szowinistyczno-populistycznej fali może okazać się ostatecznym rozwiązaniem problemu tracenia legitymizacji przez obecny porządek społeczno-gospodarczy. Zasadnicza część sposobu funkcjonowania stosunków społecznych w hybrydowych nieliberalnych demokracjach nie ulegnie zmianie. Część specjalistów i menedżerów z obszarów polegających na mechanizmach merytokratycznych odczuje negatywne konsekwencje, lecz dla wielkiego biznesu możliwości działania pod ideologiczną ochroną pozostaną szerokie. Nie zmieni się konstrukcja porządku społecznego: skrzywiony rozkład równości szans, reglamentowana dystrybucja szacunku, rosnąca koncentracja majątku. Zmieni się „tylko” otoczenie: więcej akceptacji dla nienawiści, więcej konformizmu, zuchwałości i podłości. W zamian stabilność społeczno-polityczna i utrzymanie hegemonii w sferze własności i gospodarki.

Przykłady antyfaszystowskich polityk społecznych przedwojennych Stanów Zjednoczonych i Francji pokazują, że z zaklętego kręgu można wyjść, ale nie bez gwałtownego zerwania z dotychczasowymi założeniami co do tego, co jest dopuszczalne i możliwe. Społeczeństwo coraz bardziej klasowo podzielone w reżimie ksenofobicznego populizmu albo społeczeństwo dóbr publicznych i szeroko rozpowszechnionego dobrobytu. Jedno – albo drugie. Po tym wyborze poznajemy priorytety deklaratywnych humanistów.

XXI wiek

Może zarysowany powyżej obraz nie jest pełen i nie warto polegać na powtarzaniu raz wymyślonej recepty „mniej cięć i nierówności, więcej usług i redystrybucji” jako remedium na każdy objaw chorobowy? Analogie z najciemniejszymi latami trzydziestymi mogą budzić wątpliwości. Konkretne sytuacje poszczególnych krajów europejskich znacząco się między sobą różnią. Wielu ekspertów zajmujących się tematyką populizmu wskazuje na nie-bezpośrednio-ekonomiczne źródła wzrostu populizmu i stopnia delegitymizacji status quo. Na dodatek nasz czas jest coraz bardziej czasem groźby  wojen handlowych bądź manewrów, cyber- i hybrydowych operacji zaczepnych, wojen propagandowych, przyspieszającej technologii wraz z potencjalnie niebezpieczną sztuczną inteligencją. Słowem – jest to czas, gdy najbardziej potrzebni są właśnie technokraci i eksperci, będący rdzeniem, podporą, mieczem i tarczą liberalnego establishmentu.

O ile można się zgodzić, że wyzwania są wielowymiarowe, o tyle trudno obronić tezę, iż w jakimkolwiek z wymiarów liberalny establishment da sobie z nimi radę. W tym zakresie, w którym za wzrost populizmu nie odpowiadają czynniki ekonomiczne, lecz związane ze sferą kultury i wartości, globalistycznie zorientowane liberalne elity mają niewielkie szanse na nawiązanie empatycznego dialogu z marginalizowanymi „lokalnymi”. W kwestiach bezpieczeństwa i relacji międzynarodowych liberalna elita „cnotę straciła i rubelka nie zarobiła”, zdobywając w dobie internetowej widzialności miano pełnej hipokryzji. W dodatku poprzez strategiczną nieskuteczność systematycznie obniżała geopolityczne znaczenie Zachodu. W zakresie rewolucji technologicznej, która właśnie się zaczyna, a w ciągu najbliższych dekad dramatycznie zmieni wygląd rynków pracy, nie zabezpieczyła społeczeństw przed nadciągającym społecznym tsunami bezrobocia technologicznego oraz gospodarczymi skutkami technologicznych oligopoli. Możliwe również, że autokanibalizacja potencjału rozwojowego sprawiła, iż państwa Zachodu przegrają bitwy o przewagę w sferze kluczowej technologii przyszłości – sztucznej inteligencji – z Chinami.

Sytuacja nie pozwala na samozadowolenie. Potencjał polityczny ruchów prospołecznych w większości krajów europejskich jest ograniczony – w walce o schedę po obecnym status quo populistyczni szowiniści są na uprzywilejowanej pozycji. Niewiele, nawet gdyby chciały, są w stanie zdziałać kraje mniejsze, których los w Europie Ojczyzn, czyli de facto Europie Egoizmów, będzie niewesoły, ale które już teraz nie mają dużego wpływu na agendę, pamiętne losu Grecji.

Kto mógłby zatem faktycznie rozpocząć zmiany ratujące Europę przed osunięciem się w reżimy populistów? Niemiecki rząd i niemiecki podatnik.

Krzysztof Mroczkowski

Nieodparta erotyka kości

Nieodparta erotyka kości

Radykalna uczona, profesor nauk zarządzania Maria Daskalaki, od wielu lat prowadzi badania greckich organizacji alternatywnych, czyli funkcjonujący poza głównym nurtem menedżeryzmu. Organizacje te umożliwiają zatrudnienie i sensowną pracę, pomagają uczestnikom osiągnąć godziwy byt, a nawet i bezpieczeństwo ekonomiczne, oferują klientom etyczne i zdrowe produkty. Organizacje, które bada Maria Daskalaki, mają, prócz tych wszystkich ważnych i racjonalnych funkcji, jeszcze jedną, pozaracjonalną rolę, kto wie, czy nie jeszcze ważniejszą.

Otóż w czasach kryzysu, ekonomicznej i instytucjonalnej mizerii, w Grecji powszechny jest nastrój beznadziei i poczucia uwięzienia w świecie, na który ma się wpływ nawet nie znikomy, bo żaden. Bywa jednak tak, że przygnębione, bezsilne, a nawet całkiem załamane jednostki zbierają się razem z intencją zorganizowania się i wtedy czasami dzieje się coś niezwykłego, co w publikacjach Marii Daskalaki określane jest jako drasis. To greckie słowo, oznaczające „działanie”, w języku organizatorów mówi o wspólnym i aktywnym stawianiu czoła, o kolektywnym radzeniu sobie. Badaczka proponuje je na określenie podstawowej zasady organizowania alternatywnego. Gdy zbierają się razem alternatywni organizatorzy, czasami pojawia się drasis (nie jest to do końca działanie przewidywalne, które dałoby się zaplanować) i wtedy wszystko się zmienia. Ludzie nie są już bezsilni i zdołowani. Zstępuje na nich duch sprawczości, dając poczucie sensu, siły i nadziei na to, że inna rzeczywistość jest możliwa.

W tych momentach następuje intensywne uczenie się i powstają wstępne społeczno-materialne warunki dla generowania nowych form organizacji („prefiguratywne organizowanie”), solidarności i oporu. Jest to możliwe tylko w osobistych spotkaniach i zgromadzeniach, bo, jak podkreśla Maria Daskalaki, drasis jest ucieleśnione, zajmuje miejsce w przestrzeni i czyni z tego miejsca bardzo ważny użytek. W internecie drasis nie istnieje.

Mural Banksy’ego

 

Niedawno chodziłam po Warszawie z Davidem Ostem, czyli socjologiem „od Solidarności”, i opowiadaliśmy sobie o tym, jak kiedyś, dawno, dawno temu wskoczyliśmy w miasto solidarnościowe – on, jako badacz i uczestnik, ja, jako przyjezdna, straszliwie młoda studentka z Lund w Szwecji. Oboje wspominaliśmy atmosferę tamtych czasów – życzliwość, nadzieję, łatwość rzeczy – niezwykłą i jednocześnie jakby oczywistą. Wszystko działo się jak najprościej, i wszystko było nie z tego świata. To był czas chodzenia po wodzie. Ludzie podawali sobie ręce, mówili patrząc sobie w twarz, dziennikarze pisali to, w co wierzyli. Taksówkarz, który wiózł mnie na Szpitalną z dworca (tak mi się spieszyło, że wskoczyłam do taksówki, na którą mnie nie było stać, z walizkami, od razu po przyjeździe), śmiejąc się, powiedział, że pod ten adres to nic nie płacę za kurs, jestem jego gościem. Czas cudów i czas ludzi. Kiedy raz się w takim czasie było, to on zostaje w kościach, i nosi się go już zawsze ze sobą. Nic się na to nie poradzi. Człowiek staje się sejsmografem, czułym narzędziem pomiaru, które na każdy podryg, każde najlżejsze mrugnięcie reaguje nagłym dreszczem rozpoznania i nadziei.

Podobnie było trochę później, choć nie tak mocno i nie w tych samych tonacjach. Niedawno rozmawiałyśmy z koleżanką, profesor nauk zarządzania Grażyną Prawelską-Skrzypek, o pewnym niezwykłym okresie w nauce, który połączył nas wspólnym poczuciem sensu, choć wtedy jeszcze nie spotkałyśmy się twarzą w twarz. Końcówka mrocznych lat 80. była w nauce polskiej pełna światła i energii. Nie miałam zostać naukowcem – ani nikt z mojej rodziny sobie tego nie życzył, ani ja nie miałam takich planów. Ale tak się stało, że wskoczyłam w naukę i nie miało to nic wspólnego z wyborem. Gdzieś koło wiosny 1987 nagle zaczęliśmy, my studenci, masowo czytać i dyskutować. Wykładowcy zapraszali nas do swoich domów, a my wpadaliśmy do nich na pogaduszki o książkach, zapowiedziani lub nie, o różnych porach dnia i nie tylko. Moi koledzy prosto z imprezy w niedzielę rano, unosząc ze sobą nieświeży zapach i wymięte książki w kieszeni kożucha, jechali do jednego z naszych wykładowców, który otwierał im, zaspany, wciągał na piżamę sweter, sadzał w kuchni i kazał mówić cicho, bo dzieci i żona jeszcze śpią. Nastawiał czajnik i rozmawiali przy herbacie dotąd, aż rodzina nie upomniała się o przestrzeń. Gadało się o wszystkim: o polskich szefach, o przyszłości, o tym, jak zarządzać sprawiedliwie, co to jest dobro, czy można je zapewnić w organizacjach. Wykładowcy dawali nam swoje prywatne numery telefonów, a my wydzwanialiśmy na okrągło, zadając pytania o egzaminy, oczywiście, ale też o rolę naukowca we współczesnym świecie – robiliśmy to sami z siebie, z takiej głębokiej potrzeby, która pochodziła bardziej z trzewi, niż z rozumu. Dopadaliśmy ich pod uczelnią i pytaliśmy ni stąd ni zowąd o to, czym naprawdę jest  rzeczywistość społeczna i można ją zmienić na życzenie. Nasi wykładowcy nie żałowali nam czasu. Przychodzili do nas na imprezy. Włączali się do rozmów i sami je prowokowali. Dyskutowaliśmy o tym, czym jest uniwersytet i po co (domem dla bezdomnych myśli i pragnień), kim i po co jest student (mocą wyobraźni), czy na uniwersytecie można mieć różne zdania (mieliśmy). Przechodzili z nami na ty, oczywiście nie wszyscy, ale spora ich część. Pozwalali palić na zajęciach, sami palili – jedni papierosy, inni fajkę. Wywoływali nas do odpowiedzi bez skrępowania, a my bez skrępowania się z nimi nie zgadzaliśmy. Na przerwach nie dawaliśmy im żyć, zresztą oni nie wyglądali na takich, którzy mieliby szczególną ochotę istnieć z daleka od nas i od tych wszystkich dyskusji.

Tak było. Na takim uniwersytecie zostałam. Takimi widziałam moich przyszłych kolegów i koleżanki – pełnych wewnętrznego światła. Jeszcze do 1990 roku trwał ten festiwal, potem zaczął się osłabiać i rozmywać. Akademicy nie byli w stanie utrzymać się ze swoich pensji, więc jeździliśmy po całej Polsce z chałturami. Potem nagle okazało się, że można zarabiać prawdziwe pieniądze nie ruszając się z Warszawy, pod warunkiem, że przestanie się zadawać tyle pytań. Nadal czytano, choć coraz mniej, nadal, długo jeszcze, nie wypadało się przyznać, że się nie czyta. Ale było coraz mniej czasu, coraz mniej przestrzeni na rozmowy, sprzeciw i wspólne budowanie wiedzy. Potem duch zgasł, ale pozostało po nim to mrowienie w kościach. Dlatego nie wierzę, bo nie umiem, że tak musi być, że każdy kowalem swojego, że rankingi, parametryzacja, każdy sobie rzepkę.

Pracuję nad dwiema książkami o nadziei i organizacjach – jedną autorską, a drugą redagowaną wspólnie z kolegą, szwedzkim uczonym zajmującym się naukami organizacji i zarządzania, Danielem Ericssonem. W tej pierwszej szukam drzwi, które można by otworzyć na nowe organizacyjne przestrzenie, poza korporacje i świat, gdzie wszystko ma cenę, ale nic nie ma wartości. Robię to maniakalnie, na chybił trafił, stukam, dzwonię, pohukuję pod domem filozofii, poezji, sztuki, religii…  W drugiej zapraszamy z współredaktorem innych, którzy czują, że wiedzą, gdzie są takie drzwi i prosimy, by je spróbowali odemknąć, a jeśli trzeba – wyważyć. Zbieramy idee, teksty, obrazy, działania, które niosą nadzieję, która, jak wiadomo, nie ma z naiwnym optymizmem absolutnie nic wspólnego.

Nadzieja to przekonanie, że niezależnie od tego, co się wokół dzieje, od tego, jak bardzo zdaje się to być nieuniknione, wcale tak być nie musi i kiedyś nadejdą inne czasy. Nadzieja to niezgoda na to, co nieludzkie, odmowa akceptacji i normalizacji dominującego porządku, a w szczególności jego roszczeń do prawomocnego definiowania przyszłości. Czeski dramatopisarz i legenda obywatelskiego oporu, Vaclav Havel w rozmowie z Karelem Huizdala, opublikowanej w 1990 roku w książce „Disturbing the peace”, mówi, że nadzieja nie powinna być mylona z radością, iż sprawy układają się po naszej myśli lub inwestowaniem w inicjatywy „skazane na sukces”. Nadzieja to determinacja i praca nad czymś, co uważa się za dobre.  Im bardziej sytuacja wygląda na przegraną i niemożliwą, tym bardziej nadzieja równa się mocy widzenia, że coś ma sens, niezależnie od tego, czy przyniesie sukces czy porażkę, pochwały czy kary czy obojętność. Podobnie uważał Zygmunt Bauman, dodając, że dla osoby zajmującej się naukami społecznymi nadzieja to impuls i dążenie do tego, aby uczynić naszą planetę miejscem bardziej gościnnym dla życia. Nadzieja jest aktem radykalnym, bo jest nieśmiertelna i nie potrzebuje dowodów, które mają swoje korzenie w przeszłości. Czyni życie wartym życia.

Papież Franciszek często podkreśla tę radykalną, wręcz rewolucyjną rolę nadziei. Nadzieja nie polega na ignorowaniu powagi naszej sytuacji ani na nieświadomości tragedii naszych czasów. Jest to natomiast cnota serca, mówi papież, polegająca na niezamykaniu się w tej tragedii i jej mroku, ale też nieakceptowaniu jej jako normalności i konieczności, lecz zawsze na dążeniu do zobaczenia lepszej przyszłości. O ile nadzieja jest uczuciem jednostkowym, to gdy zbierze się razem kilka osób posiadających nadzieję, wówczas tworzy się „my”, które rozpoczyna rewolucję czułości.

Możliwe, że „nowe”, w które wierzę, przyjdzie za 10, 50, za 100 lat nawet. Tego nie wiem. Możliwe, że będę dalej zmuszona patrzeć, jak instytucje i wartości, które cenię i kocham, kruszą się i rozsypują w pył. Jednak mam głębokie przekonanie, że to, co widzę, nie jest całą prawdą, ba, że to w ogóle nie jest prawda. Nawet jeśli wokół szaleją żywioły napełniające obawą i odrazą, to przecież to nie jest wszystko. Ta niezgoda, by przyjąć perspektywę mroku, to ziarnko życia – to nadzieja, którą tak bardzo warto przechować na lepsze czasy. Inny świat jest nie tylko możliwy, ale i sensowny. Takie przekonanie noszę w moich kościach, z gruntu rewolucyjne.

Papież mówi o rewolucji czułości. W badaniach Marii Daskalaki ludzie zdołowani spotykają się i czują nadzieję, i tak rodzi się działanie. Także my, pamiętający pierwszą Solidarność, doświadczyliśmy wszyscy ucieleśnionego, namacalnego znaczenia nadziei. Jest ono bliskie poczuciu, że coś jest prawdziwe – ta definicja prawdy wymyka się manipulacji i nie ma problemów z odróżnieniem jej od kłamstwa. W świecie ucieleśnionym „post-prawda” nie istnieje, jest zwykłą bzdurą. To poczucie troskliwości i tę czułość znaleźć można w spotkaniu, w przestrzeni, to ono zadomawia się w naszych kościach i daje nam siłę, by robić razem rzeczy zarazem oczywiste, jak niemożliwe. Tego nie osiągnie się przez internetowe dyskursy, memy i lajki. One mogą pomóc utrzymać kontakt, ale to nasze kości zajmują miejsce w przestrzeni i to łączy nas ze sobą więzią silniejszą, niż wszechmocny rozsądek beznadziei. Poeta Rainer Maria Rilke pisał, że przychodzimy na świat nieodwołanie, gdy raz się na nim pojawimy, nie ma odwrotu. Jeśli nic innego, to zostają po nas kości, całe lub w postaci popiołu, prochu.

prof. Monika Kostera

Za każdym napisanym komentarzem

Za każdym napisanym komentarzem

Wraz z nadejściem letniej pogody obrodziło na lewicy tekstami o tym, czym i jak lewica powinna się zajmować. W centrum zainteresowania znalazła się Partia Razem,  a co za tym idzie w ruch poszły znane i lubiane argumenty, które dobrze leżą pod piórem. W kierunku tzw. nowej lewicy formułuje się więc zazwyczaj ten sam pakiet zarzutów: że hipsterska, że za mało ludowa, że za bardzo radykalna, że osobno, że długi marsz.

Nie jest tajemnicą, że Partia Razem, a także szerzej „młoda/nowa  lewica”, w swojej politycznej działalności natrafia na bardzo silne bariery hamujące jej rozwój. Barierę dostępu do mediów, a co za tym idzie niskiej rozpoznawalności, opisał Hubert Walczyński w tekście „Dlaczego Partia Razem ma 3 procent poparcia”, więc nie ma sensu tego opisu ponownie przytaczać. Nie jest to jednak jedyna przeszkoda, bo możemy zauważyć również bariery pokoleniową, klasową i organizacyjną.

W tekście będę posługiwał się zamiennie określeniami „młoda lewica” i „nowa lewica”, choć bez odrębnego, wielostronicowego tekstu nie mogę zaproponować innego niż intuicyjne rozumienie terminu. Używam tych pojemnych określeń także dlatego, że opisywane cechy dotyczą ogromnej większości środowiska, wykraczając poza ramy jednej organizacji.

Bariera pokoleniowa

Pierwszym problemem, z jakim mierzy się obecnie „nowa lewica”, jest to, że jest młoda zarówno pod względem organizacyjnym, jak i wiekowym, a dyskurs polityczny kreowany jest przez pokolenie dziadków, którzy nierzadko mieszkają w Sejmie od ćwierćwiecza. Część politycznej śmietanki chce rozegrać dogrywkę do okrągłego stołu, część przekonuje do konieczności dokończenia reform Balcerowicza, a jeszcze inni postanowili odkurzyć wyprowadzony sztandar PZPR. Ta perspektywa czasowa ciąży polskiej scenie politycznej jak ogromna kotwica, która utrzymuje zramolałych kapitanów przy sterach statku stojącego w miejscu, a każdy, kto spróbuje podgonić trochę dyskusję o podatkach, państwie, społeczeństwie, energetyce czy sytuacji geopolitycznej bliżej teraźniejszości, natrafi na żelazny opór.

Dodatkowo należy wziąć pod uwagę, że dominujące na „nowej lewicy” pokolenie 20- i 30-latków wychowało się w warunkach zupełnie odmiennych od tych, które panowały w poprzednim i jeszcze wcześniejszym okresie. Choć wszyscy odczuwamy skutki PRL czy transformacji ustrojowej, to jednak początek naszego świadomego udziału w życiu politycznym i społecznym przypada na czas powszechnego dostępu do telefonii komórkowej i Internetu, a śmieszkizm czy memetyka nie jest hipsterską fanaberią, lecz językiem powszechnie używanym i rozumianym wśród rówieśnic i rówieśników (choć oczywiście często śmieszkujemy i memujemy różnie w ramach tego samego pokolenia).

Odmienne cechy pokolenia dominującego na „młodej lewicy” wobec tego panującego w mainstreamowej polityce, mediach i publicystyce, mają niebagatelny wpływ na sposób uprawiania polityki. Od politycznego mainstreamu różnimy się nie tylko progresywnym i społecznym programem, ale także na niemal każdej płaszczyźnie – od budowania struktur i procedur w naszych organizacjach, przez myślenie skierowane ku przyszłości (sprawiedliwy światowy podział dóbr, robotyzacja, nowe źródła energii, demokratyzacja polityki i gospodarki), na ubiorze i języku przekazu kończąc. W ten sposób na konflikt polityczny nakłada się konflikt pokoleniowy, pogłębiając ogólne wrażenie wyobcowania „młodej lewicy” na scenie politycznej.

Bariera klasowa

Analiza społeczeństwa pod kątem klas i relacji pomiędzy nimi zachodzących była intelektualnym paliwem, które najsilniej napędzało społeczną i polityczną siłę lewicy. Dzisiaj jednak jej deficyt hamuje nasz rozwój. Spora część lewicowego aktywu czy lewicowego zaplecza intelektualnego zdaje się czerpać swoją wizję klas z tekstów powstałych na przełomie XIX i XX wieku lub nowszych pozycji, ale powstałych zagranicą. Nierzadko powoduje to, że lewicowe narracje rozjeżdżają się z teraźniejszą rzeczywistością i są albo poważnie przestarzałe, albo zbyt płytko związane z lokalnymi warunkami. Wypadałoby nieco przewietrzyć swoją wiedzę o klasach w polskim społeczeństwie i wyprowadzać polityczne wnioski z ich analizy.

Problem klasowy „nowej lewicy” pojawia się na dwóch płaszczyznach: w kwestii własnej klasowości oraz w kwestii relacji z klasą ludową. W pierwszym przypadku można odnieść wrażenie, że aktyw „młodej lewicy” nie może pogodzić się z faktem, że, podobnie jak swój elektorat, jest częścią klasy średniej/mieszczaństwa/inteligencji. Dominujący w lewicowej świadomości historyczny obraz klasowego społeczeństwa powoduje strach przed zaliczeniem do burżuazji, stąd część osób wybiera ucieczkę w ludomanię, a część jako cel nadrzędny stawia możliwie jak najpełniejsze odcięcie się od swojej klasy w każdym możliwym aspekcie (szczególnie charakterystyczne dla Razem i okolic). Takie podejście jest pożywką dla krytyków „nowej lewicy” jako ostateczny dowód na hipsterskość, a także wzmacnia niekorzystny sojusz klasy średniej z klasą wyższą (o którym szerzej pisze Maciej Gdula w „Nowym autorytaryzmie”), przez ataki „młodej lewicy” na klasę średnią (zwłaszcza rosnące jej niższe warstwy). „Nowa lewica” lubi prezentować się jako grupa działająca w interesie klasy ludowej przeciw własnej klasie. Problem w tym, że bariera dostępu do mediów, a co za tym idzie jej niewielka rozpoznawalność, powoduje, iż przekaz skierowany do klasy ludowej trafia do niej w stopniu minimalnym (jeśli w ogóle), a przekaz, który trafia do klasy średniej – zraża tę klasę.

Odcina to „młodej lewicy” drogę do dialogu z klasą średnią rozczarowaną liberalnymi obietnicami, z którą ma większą wspólnotę języka i środowiska. Utrudnia też rozciągnięcie swoich pobudek i dróg dojścia do lewicowych wartości na całą swoją klasę, opierając się właśnie na wspólnych doświadczeniach. Lewicowy projekt opiekuńczego państwa o społecznym profilu gospodarki jest przecież najlepszym środowiskiem dla realizacji aspiracji i interesów klasy średniej, a „młoda lewica” jest nie tyle podgrupą działającą przeciwko swojej klasie, ale właśnie tą częścią klasy, która rozumie swoje interesy i to, że są one zbieżne z interesami klasy ludowej. Docenienie warstw klasy średniej, szczególnie niższych, nie jest żadną zdradą lewicowych wartości, a wręcz stwarza szansę na oparcie ich w szerszej grupie ludzi. Dobrym przykładem jest tutaj protest lekarzy-rezydentów z jego postulatem podniesienia nakładów budżetowych na ochronę zdrowia do 6,8%. Postulat ten jest korzystny dla klasy średniej (więcej dobrze płatnych i stabilnych miejsc pracy dla kadry lekarskiej i pielęgniarskiej), ale także dla klasy ludowej (większa dostępność do publicznej opieki zdrowotnej o wysokim standardzie). Działa natomiast przeciwko klasie wyższej, która blokuje dofinansowanie ochrony zdrowia przez lobbowanie za niskimi podatkami lub budowanie swoich wielomilionowych interesów w procesie postępującej prywatyzacji służby zdrowia. Układ ten jest nie tylko bardziej korzystny dla lewicy, ale także bardziej odpowiadający rzeczywistości klasowej.

Pogodzenie się z własną sytuacją klasową pozwala także uczciwiej podejść do relacji z klasą ludową, która, podobnie jak klasa średnia, przez ostatnie sto lat przeszła ogromne zmiany. Zrozumienie klasowości może być pierwszym krokiem do wyzbycia się paternalistycznego podejścia wobec klasy ludowej, którą część lewicy wiecznie chce edukować, uświadamiać czy organizować, jednocześnie posługując się własnymi wyobrażeniami na jej temat. Stąd rodzą się takie wizje ludu jako ostoi konserwatywnego modelu społeczeństwa, gdzie rządzą ojciec, mąż i pleban, ludzi nie interesuje nic co poza granicami własnego sołectwa, a radioodbiorniki odbierają wyłącznie Radio Maryja i piosenki Zenka Martyniuka. U niektórych komentatorów rodzi to przekonanie, że lewica musi koniecznie odpuścić część postulatów (zwłaszcza obyczajowych), bo jeśli pleban nie wyrazi zgody lub jakiś prawicowy elitarny salonik nie przybije symbolicznej pieczątki akceptacji programu, to wśród ludu żadnej lewicy nie będzie.

Szczególnie kuriozalne są te głosy, który nawołują do odpuszczenia praw kobiet, bo nie dość, że padając z ust mężczyzn są zaciskaniem pasa na nie swoich spodniach (co zawsze jest tańsze), ale jeszcze ignorują fakt, że to właśnie kwestie dotyczące praw kobiet zmobilizowały jedne z największych protestów antyrządowych, na których wybrzmiały wyraźnie lewicowe postulaty, systematycznie powiększa się dla nich poparcie społeczne, a badania opinii wskazują, że kobiety są bliższe lewicy (i ogólnie są en masse lepszymi ludźmi niż mężczyźni). Nierzadko też „lud” występuje w ogóle poza jakąkolwiek analizą klasową, jako autorska projekcja wyobrażeń publicysty, a służy jako pałka w różnego rodzaju dyskusjach na lewicy. Różne komentatorki lepią więc w swoich tekstach własne koncepcje „ludu”, oparte na mocno historycznych opisach lub zwykłych klasistowskich kliszach, tylko po to, by tym „ludem” przyłożyć innemu środowisku lewicowemu, co kończy się żenującą bójką inteligentów w sukmanach okładających się gazetami.

Prawdziwej organizacji „klasy ludowej” nie będzie tak długo, jak „klasa ludowa” takich organizacji samodzielnych nie stworzy. Nigdy przedstawiciel klasy średniej nie będzie w pełni reprezentował kobiety z klasy ludowej i z tym trzeba się pogodzić. „Młoda lewica” powinna formułować do klasy ludowej przekaz pozbawiony klasowych barier, przekonywać, że lewicowy projekt jest najlepszym gwarantem realizacji ludowych interesów i aspiracji, a także otwierać swoje organizacje dla ludowych działaczek, usuwając niepotrzebne „progi wejścia”, a przy tym wystrzegać się tonu pouczającego, uświadamiającego czy opiekuńczego. Wszelkie inne niż partnerskie relacje z organizacjami ludowymi nie sprzyjają budowaniu wzajemnego zaufania i osłabiają pożądany sojusz klasy średniej i ludowej.

Bariera organizacyjna

Bariera organizacyjna to niezdolność „nowej lewicy” do stworzenia stałych i profesjonalnych struktur organizacyjnych o charakterze politycznym, to splot problemów, które przeszkadzają w przejściu na wyższy poziom zorganizowania. Przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt, że „młoda lewica” nie jest spadkobierczynią żadnej poprzedniej struktury czy środowiska (inaczej niż partie post-pzprowskie czy post-solidarnościowe) i poza symbolicznymi nawiązaniami do PPS czy „Solidarności” lat 80. w dużej mierze buduje wszystko od zera, poczynając od programów, przez organizacje, na mediach kończąc. Takie warunki startowe miały i nadal mają ogromny wpływ na powstające wokół niej środowisko, w którym można rozpoznać niepokojące cechy hamujące rozwój.

Przerost wiary w sprawczą moc programów i deklaracji ideowych jest nawet nie tyle świadomą decyzją naiwnych lekkoduchów, co wynikiem wielu lat bytowania poza jakimkolwiek wpływem na sytuację polityczną, braku działających struktur politycznych i zerowego udziału w sprawowaniu władzy. Programy, odezwy i deklaracje stają się w takim zmarginalizowanym środowisku niemalże jedyną aktywnością. Zarówno do treści, jak i języka deklaracji przywiązuje się coraz większą wagę, karmiąc swoje głębokie przekonanie o słuszności własnych poglądów, które nie muszą mierzyć się z otaczającą rzeczywistością i polityczną praktyką. Wszelkie problemy „nowej lewicy” postrzega się przez pryzmat nieodpowiednich programów i niewłaściwego języka, pomijając wszystko inne, stąd większość publicystek wyraża przekonanie, że np. zmiana przez Razem postulatu 75% progu podatkowego na np. 50% lub złagodzenie języka postulatów feministycznych przyniesie niemalże rozprucie worka z dobrymi wynikami sondaży. Z drugiej strony podobny przerost wiary w programy powoduje, że część lewicy ma przekonanie, iż każdy, nawet najdrobniejszy, problem polityczny musi znaleźć miejsce w programowym dokumencie, który powinien w pełni pokrywać wszelkie aspekty życia. Ustawienie programu i ideowej deklaracji w pozycji domyślnego źródła problemów sprawia, że inne tracimy z oczu. Jest to także jedna z przyczyn rozdrobnienia na lewicy. Jeśli bowiem tak ważna dla działalności w określonej organizacji jest całkowita akceptacja wszelkich jej założeń, od fundamentalnych po szczegółowe, to nie dziwi, że trudno o formacje masowe.

Znamiennie jest także to, że szersze projekty polityczne są realizowane za pośrednictwem ludzi łączących organizacje, a nie organizacji łączących ludzi. Częściej na lewicy można spotkać jedną osobę, która należy do wielu organizacji lewicowych o różnych profilach, niż organizację, która swoim szerokim programem łączy różnych ludzi. Prowadzi to do kuriozalnych przypadków, że w trakcie rozmów i dyskusji reprezentowanych jest więcej organizacji niż osób fizycznie siedzących przy stole.

Szczególny fetysz języka i pogłębianie rozważań ideologiczno-programowych może być fascynującym i owocnym działaniem publicystyki i lewicowej nauki, ale w działaniu organizacji politycznej może tworzyć wysoki próg wejścia dla nowych osób, których pozyskiwanie powinno być teraz najważniejszym zadaniem „młodej lewicy”. Osoby funkcjonujące w lewicowym środowisku od niedawna lub na jego obrzeżach, są często skutecznie odstraszane lub wręcz wykluczane z pełnego w nim udziału, właśnie przez to, że bardziej doświadczone działaczki mają za sobą taki zestaw lektur i operują takim językiem, który jest po prostu niezrozumiały lub przeintelektualizowany, a dyskusje sprowadzają się często do przerzucania się cytatami z lektur.

Bezkrytyczne i fundamentalistyczne przywiązanie do swoich poglądów i postulatów z nich wynikających nie ułatwia też tworzenia szerszych formuł organizacyjnych. Jeśli program organizacji jest rozumiany jak idealna całość, w której odstępstwo choćby o pół kroku rujnuje całą ideę, to trudno współpracować czy negocjować jakiekolwiek porozumienia. Wszelkie różnice poglądowe traktowane są wręcz jako personalne ataki na tożsamość, pozornie nieistotne detale stają się przyczyną rozpadów organizacji, a różnice, które można spokojnie usunąć w drodze negocjacji, są przeszkodami nie do pokonania. W tym stanie rzeczy polityka „osobno”, którą często wytyka się partii Razem, nie jest jej autorskim pomysłem lub wkładem w „nową lewicę”, ale raczej objawem cech zaczerpniętych wprost ze środowiska, których nie udało się przezwyciężyć. Która osoba zna wyśrubowane warunki startowe, jakie prezentują lewicowe organizacje przy negocjacjach, ta wie, jak czasem ciężko znaleźć tę wąską szczelinę dopuszczalnych ustępstw. Do pełnego obrazu dodajmy jeszcze wielość mikroorganizacji o bardzo wąskiej specjalizacji tematycznej (np. smog, polityka mieszkaniowa, zieleń miejska, rowery itp.) oraz stowarzyszenia i ruchy, które co prawda prowadzą działalność polityczną, ale poprzez zasadę „no logo” i pełnej apolityczności podnoszą „lewicowy osobnizm” do rangi dogmatu.

Nie oznacza to jednak, że „młoda lewica” musi dążyć do sojuszu z innymi nurtami ideowymi. Wręcz przeciwnie, powinna wyraźnie określić własne rubieże. Jeśli społeczna i demokratyczna lewica ma kiedykolwiek w Polsce powalczyć o władzę i stały wpływ na rzeczywistość, to musi zbudować własną infrastrukturę organizacji, mediów i grup poparcia, zamiast wiecznie oglądać się na pozornie korzystne pożyczki od obozu liberalnego czy konserwatywnego. Idea „długiego marszu”, którą głosi Razem, jest często interpretowana jako wyraz politycznej niedojrzałości i oderwanie od realiów. Ta krytyka byłaby słuszna, jeśli istniałby jakiś „krótki marsz”, dzięki któremu „nowa lewica” mogłaby po kilku strategicznych posunięciach w szybkim okresie czasu uzyskać solidną i niezależną pozycję w polityce.

W obliczu braku własnej infrastruktury wymusza to jednak współpracę z obozem liberalnym lub konserwatywnym i korzystanie z ich zasobów, co oznacza zaciągnięcie sporego zobowiązania, a rachunek z pewnością zostanie szybko wystawiony. Alternatywę dla długiego marszu można więc sprowadzić do przyjęcia roli przystawki jednego lub drugiego obozu. W tym stanie rzeczy koncepcja pracy u podstaw i wolnego, choć niezależnego, budowania struktur i wpływów, nie jest umiłowaną drogą niepoprawnych ideowców, lecz długą i pełną niebezpieczeństw wspinaczką, którą z braku innego rozwiązania godzimy się przejść, by osiągnąć cel. W gruncie rzeczy najistotniejszym warunkiem przetrwania „młodej lewicy” jako projektu politycznego będzie nie tyle wykucie idealnego programu, co utrzymanie ciągłości organizacyjnej. Wzmacnianie/zakładanie struktur partyjnych w województwach, powiatach i gminach będzie miało dużo większe znaczenie niż wydanie kolejnej uchwały programowej i to nie tylko w przypadku Razem, ale także innych organizacji. O przetrwaniu przesądzi nie to, czy uda się wypracować kompleksowe rozwiązanie polityki energetycznej, ale to, czy po trzech kolejnych wyborach uda się partiom „nowej lewicy” ustać na nogach i dalej maszerować, zamiast za każdym cyklem wyborczym demokracji zaczynać od nowa.

Podsumowanie

Przed „nową lewicą” stoją wielkie wyzwania i wielkie przeszkody do pokonania. Budowanie struktur, sieciowanie środowisk i gromadzenie poparcia wymaga ciężkiej pracy u podstaw i uzbrojenia się w cierpliwość.

Długi marsz może się udać tylko wtedy, kiedy będziemy gdzieś iść. Łatwiej będzie tego dokonać razem (czy wspólnie, jak kto woli). „Nowa lewica” musi wreszcie przejść na wyższy poziom zorganizowania i utrzymywać stałą, profesjonalną strukturę, która będzie realizowała cele polityczne. Taka struktura musi stale wzbogacać się o nowe aktywistki i grupy społeczne, a także musi być trwała i systematyczna. Czas zakopać topory wojenne, puścić w niepamięć konflikty oparte na tym, kto komu wyjadł dżem z pączka na jakiejś kanapie pięć lat temu, oprzeć współpracę nie o osobiste relacje, a o uporządkowane formuły współpracy różnych osób w ramach jednej organizacji politycznej. Wspólny projekt polityczny, w którym znajdzie się miejsce dla Razem i Zielonych, Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, Dziewuch, lewicowych ruchów miejskich, stowarzyszeń i kooperatyw, jest zapewne jeszcze zbyt nierealny, ale jakiś kompromis i organizacyjna współpraca są bardziej niż pożądane. Warto powalczyć o wzmocnienie i podjęcie stałej współpracy pomiędzy tymi partnerkami na lewicy, które są już teraz. Przecież i tak współpracujemy przez większość czasu, czemu więc nie uczynić z tego reguły? Przypominamy sobie o potrzebie środowiskowej reprezentacji politycznej przy okazji kolejnych wyborów i zazwyczaj tuż po nich boleśnie się rozliczamy, pogłębiając podziały, przez co kolejne wybory rozpoczynamy od tego samego punktu wyjścia.

Szybko zmieniający się świat nie będzie na nas czekał. Mamy takie środowisko, jakie mamy i nikt z zewnątrz nas nie uratuje, żadna kawaleria sprawiedliwości społecznej nie przygalopuje z pomocą. Nie unikniemy ciężkiej pracy u podstaw, naszego własnego wysiłku intelektualnego i organizacyjnego. W Polsce będziemy mieć tylko taką lewicę, jaką sobie zbudujemy i każda musi sobie odpowiedzieć na pytanie, co jest w stanie do tego projektu dorzucić od siebie.

Musimy być gotowe, bo w każdej chwili wiatr historii może zacząć dmuchać w nasze żagle. Musimy być pewni, że uda nam się przyczynić do politycznej zmiany nastrojów i będziemy gotowi na jej przyjście, silne strukturami, uzbrojeni w programy, bogate doświadczonymi ludźmi i sprawdzonymi metodami współpracy.

Bo nawet jeśli dzisiaj jeszcze wyprzedzamy swój czas, to on nas kiedyś dogoni.

Bartosz Migas

Dlaczego listonosze strajkują?

Dlaczego listonosze strajkują?

Listonosze wszystkich krajów strajkują. Im szybciej cyrkuluje kapitał, tym więcej nadawanych jest ładunków, paczek i przesyłek. Zastępowanie handlu tradycyjnego handlem internetowym dokłada pracy listonoszom, kurierom i pracownikom logistyki. Skoro w epoce automatyzacji jest jeszcze jakaś praca, to skąd protesty? Aby zrozumieć ich tło, wystarczy chociażby zmapować wystąpienia pracownicze z ostatnich dwóch lat w Europie Środkowej.

Niemieccy listonosze rozpoczęli strajk w czerwcu 2015 roku. Bezpośredni udział wzięło w nim ponad 18 000 pracowników i pracownic. Powodem było obchodzenie układów zbiorowych dotyczących wynagrodzeń przez zatrudnianie pracowników w spółkach córkach. Sprywatyzowana w 1995 roku Deutsche Post coraz częściej stosowała praktykę tworzenia spółek działających w branży spedycji i logistyki, w których obowiązują mniej korzystne układy zbiorowe dotyczące wysokości wynagrodzeń. O ile bowiem minimalna płaca godzinowa listonoszy wynosiła w Niemczech 11,50 euro za godzinę, to w sektorze logistyki potrafi wynosić dużo mniej – nawet o 20%. Mimo wysokich zysków Deutsche Post, związkom zawodowym nie udało się doprowadzić do zrównania zarobków listonoszy z różnych spółek ani do skrócenia czasu pracy [1].

W grudniu 2016 zastrajkowała Poczta Chorwacka. Proces restrukturyzacji poczty w ostatnim dziesięcioleciu spowodował zwolnienie ponad 3000 pracowników i obcięcie licznych dodatków związanych ze stażem pracy. Tymczasem obciążenie pracą wzrosło. Przyczyną strajku były plany przedsiębiorstwa, aby między innymi wprowadzić możliwość pracy listonoszy i listonoszek na dwóch zmianach pod rząd [2].

W listopadzie 2017 doszło do strajku na Poczcie Serbii. Pracownicy rozpoczęli okupację głównego centrum przeładunkowego w Belgradzie-Zemunie. Posypały się pogróżki ze strony zarządu przedsiębiorstwa oraz najwyższych władz państwowych – w tym liberalnej twarzy Serbii, premierki Any Brnabić. Kilkudziesięciu pracowników zostało zawieszonych. Oprócz podniesienia pensji, pracownicy domagali się zapewnienia odpowiedniej liczby osób do obsługi stanowisk technicznych i umów o pracę dla zatrudnionych na śmieciówkach [3].

22 grudnia 2017, tuż przed świętami, kurierzy polskiego oddziału firmy DHL – nota bene, w posiadaniu sprywatyzowanej Deutsche Post – odmówili pracy. Przyczyną strajku była nieuzgodniona i niespodziewana obniżka pensji: obcięcie prowizji za doręczenie [4].

Sytuacja w Poczcie Polskiej napięta jest od dawna. Ostatnio w marcu 2017 roku serię pikiet zorganizowali działający w załogach listonoszy syndykaliści. Warto podkreślić, że zmobilizowali oni wielu pocztowców pozostających poza związkami zawodowymi. Oficjalne związki zawodowe, a jest ich na Poczcie Polskiej kilkadziesiąt („Gazeta Prawna” podaje – 71) [5], w tym NSZZ „Solidarność”, stały bowiem po stronie zarządu z prawicowego nadania. Rejony są przeciążone, a pracownicy nie są wynagradzani za nadgodziny z uwagi na „zadaniowy system pracy”. 5 lat temu na rynek weszła prywatna konkurencja, InPost, a administracja publiczna skwapliwie obdarzyła ją formą subwencji – przeprowadzając przetarg na doręczanie listów z urzędów i sądów. W odpowiedzi Poczta Polska powiększyła rejony listonoszom. I tak duże obciążenie pracą nie zmalało. Po plajcie kapitalisty odpowiedzialność za doręczenia „sądówek” wróciła w ręce Poczty Polskiej, ale rejonów nie pomniejszono, choć zwolniono część pracowników [6].

Po części więc obecna sytuacja listonoszy jest konsekwencją gry, jaka odbywa się przy ważnych przetargach. Gdyby państwo zastosowało te same metody, które obecne są w wielu krajach zachodnich i skandynawskich, gdyby podpisywało wieloletnie kontrakty na doręczanie państwowej korespondencji z państwowymi firmami, a nie szukało tańszej obsługi – wówczas opisywanego problemu można byłoby uniknąć. Nie można jednak twierdzić, że to dopiero wtedy zaczęły się problemy Poczty Polskiej.

Niemniej jednak lekcją, którą powinniśmy wyciągnąć z plajty InPostu, powinno być odrzucenie tez o wyższości prywatnej logistyki nad tą poddaną kontroli społecznej. InPost, firma, o której w kontekście warunków pracy można by napisać osobny artykuł, nie dała sobie rady z doręczaniem przesyłek administracji publicznej. O tym, dlaczego powinniśmy bardziej trzymać kciuki za pocztę solidarną (państwową) a nie liberalną (prywatną), pisano m.in. w „Nowym Obywatelu” [7]. Korzyści z poczty pod kontrolą społeczną odnoszą zarówno pracownicy, jak i klienci. Ci pierwsi zatrudniani są na normalnych umowach o pracę. Ci drudzy – z uwagi na to, że Poczta Polska jest bezkonkurencyjna, jeśli chodzi o zaplecze infrastrukturalne – mogą skorzystać z usług poczty nie obawiając się, że będą musieli pokonać kilkanaście kilometrów. Przypomnijmy, działo się tak, gdy InPost rozpoczął doręczanie korespondencji sądowych.

W 2014 roku mogliśmy jeszcze usłyszeć, że w Poczcie Polskiej istnieją silne związki zawodowe oraz że 3 na 4 pracowników firmy jest związanych z nią przynajmniej od 5 lat. Ta ostatnia wiadomość pochodzi z cytowanej w tekście Sobczyka wypowiedzi Zbigniewa Baranowskiego – ówczesnego rzecznika Poczty Polskiej. Obie informacje dzisiaj, po czterech latach, należałoby przedyskutować raz jeszcze. Oczywiście – w porównaniu z prywatnymi firmami istnienie związków zawodowych na Poczcie Polskie samo w sobie jest sukcesem. Abstrahując od porównania z firmami prywatnymi, sytuacja nie wygląda jednak już tak dobrze. W Poczcie Polskiej – jak już pisaliśmy – działa bardzo wiele związków zawodowych, które jednak niechętnie  upominają się o poprawę sytuacji pracowników.

Związki zawodowe zignorowały strajk listonoszy, w najlepszym wypadku milcząc. Za to bardzo chętnie chwaliły się sukcesami: podwyżką w wysokości około 100 złotych, czyli niczym w porównaniu z postulatami i realnymi potrzebami pracujących. Nie idzie wszak tylko o pieniądze, ale i o warunki pracy. Ten skromny sukces został triumfalnie odtrąbiony na stronie Poczty Polskiej [8]. Rzecznicy instytucji milczą jednak o brutalnej reakcji przedsiębiorstwa na protest. Lidera strajku listonoszy zwolniono dyscyplinarnie z pracy: miał on rzekomo godzić w dobre imię Poczty Polskiej [9].

Przyczyny protestu w Poczcie Polskiej mają wiele wspólnego z sytuacjami w Niemczech i krajach byłej Jugosławii. Są to przykłady najwulgarniejszej tendencji do obniżania płacy roboczej. Na pocztach najczęstszym sposobem jest zwiększanie intensywności pracy i przedłużanie jej czasu – ponad czyjekolwiek siły. Takie praktyki zapewne będą stosowane, dopóki pracownicy poczt nie wywrą zorganizowanego nacisku na przedsiębiorców i państwo, by poprawić organizację ich pracy i wykorzystać automatyzację, przy zachowaniu istniejącego zatrudnienia.

Usługi pocztowe i logistyka są bowiem kluczowe dla współczesnej ekonomii kapitalistycznej. E-commerce – handel internetowy – to tylko część historii. Lata 80. i 90., a w Polsce także kolejne dekady były czasem wprowadzania nowych metod zarządzania, które zbiorczo można etykietować jako lean production – odchudzona produkcja. W największym skrócie, opierają się one na unikaniu magazynowania półproduktów i polegają na hiperpunktualnych dostawach. Rewolucja logistyczna i lean production są ze sobą związane i wzajemnie się napędzają. Nie dziwi więc w ostatnich dekadach wzrost liczby centrów logistycznych, a co za tym idzie – pracowników logistyki. Jednak przestrzenna koncentracja pracowników niewykwalifikowanych daje nowe możliwości dzielenia się doświadczeniami, wzajemnego wsparcia i walki o lepsze warunki życia [10].

W znamiennym roku 1989 marksistowski geograf David Harvey zauważył kluczową rolę czasu i przestrzeni we współczesnym płynnym kapitalizmie. Czytając na nowo „Kapitał” Marksa, spostrzegł, że dzięki usługom doręczycielskim można uniknąć niekorzystnego stosunku kapitału stałego (tj. np. wzrostu nakładów na maszyny czy materiały) do kapitału zmiennego – czyli pracy. To zaś może zapobiec spadkowi zysków. Dlaczego? Odpowiedź można było oczywiście przewidzieć: konieczne staje się wyłożenie mniejszego kapitału czy to na materiały, czy to na stan magazynowy sklepu [11].

Z perspektywy kapitału listonosze i kurierzy są tylko wkładką mięsną. Jednocześnie znajdują się w samym centrum systemu – ekonomia, jaką jest teraz, nie umie się bez nich obejść. Na chwilę obecną system nie potrafi całkowicie zastąpić pracowników, próbuje więc zastosować technologię, by upodobnić pracę człowieka do pracy maszyny mechanicznej. Doskonałym przykładem może być tutaj elektroniczne naliczanie stopnia wypełnienia normy w polskich magazynach Amazonu [12] lub techniki śledzenia w amerykańskich firmach kurierskich [13].

Tymczasem doświadczeni pracownicy i ci ich reprezentanci ze związków zawodowych, którzy jeszcze nie utkwili w kieszeni prezesa, bez większych trudności potrafiliby sobie wyobrazić technologię, która mogłaby podnieść realną efektywność pracy, a nie jej intensywność. Byłby to faktyczny przełom. Aby to było możliwe, musimy jednak, myśląc o rozwoju sił wytwórczych, uwzględniać inne perspektywy niż tylko widoki prywatnych przedsiębiorców na zyski.

Dążenia pocztowców mają kontekst szerszy niż tylko walka o bezpieczeństwo i higienę pracy. Ważne jest również to, w ramach jakiej polityki się toczą i jaką przyszłość polityka ta może zapewnić zwykłym ludziom. Przyszłością nie jest z pewnością fetyszyzacja kapitalistycznej kompresji czasoprzestrzeni. Właśnie sektor logistyczny pokazuje, w jak wielkim stopniu jest to ludzka praca w nieludzkich warunkach. Nie możemy też jednak uprawiać neoluddyzmu i sprowadzić techniki do nieprzyjaznych technologii śledzących, które dehumanizują pracę człowieka.

Także na poczcie nowe maszyny mogą być realnie przyjazne – zarówno dla pracujących, jak i użytkowników dóbr wspólnych. I powinny się one tam pojawić nazajutrz po podniesieniu pensji listonoszy: od Polski, przez USA po Serbię.

***

Przez lata płace doręczycieli stały w miejscu, a więc efektywnie spadały. Na domiar złego, zamiast chronić swoich pracowników przed zwolnieniami, szefostwo Poczty Polskiej… do nich zachęca. Przypadek z Krakowa. Po niewypełnieniu postulatów strajkowych z marca 2017, pocztowcy złożyli wypowiedzenia. W odpowiedzi pracowników pozostających w okresie wypowiedzenia pozbawiono podwyżek i premii świątecznych, choć w świetle prawa pracy byli wciąż takimi samymi pracownikami jak reszta.

Do tego dochodzą przypadki zwolnień listonoszy z Katowic i Wrocławia – represji po strajkach. Sytuacja to o tyle dziwna, że jednym z postulatów strajkujących było uzupełnienie kadr. Po proteście w Zielonej Górze – dla lokalnej telewizji wypowiadał się jeden ze strajkujących Ireneusz Kasa, który mówił o palących problemach Poczty Polskiej, m.in. o niedoborze pracowników, zbyt dużym obciążeniu pracą, niskich wynagrodzeniach [14]. To właśnie te główne postulaty na sztandarach mieli w marcu strajkujący w wielu miastach pocztowcy: podwyżki pensji, zmniejszenie rejonów i uzupełnienie kadry, aby skończyć z tzw. rozbiórkami. Właśnie w ramach tych ostatnich listonosze posiadający własne rejony dodatkowo obsługują obszary bez stałego listonosza. Jak na żądania pracowników zareagował zarząd Poczty Polskiej?

Trzeba tu oddać mu nieco sprawiedliwości – reagował nie tylko zwolnieniami. Dziś, mimo że pocztowcy dostali podwyżki, są one niemal dziesięciokrotnie mniejsze niż te, których oczekiwali protestujący. Na stronie Poczty Polskiej widnieje informacja o podwyżkach o 100 lub 120 złotych [15] – przypomnijmy, protestujący domagali się podwyżki o 1000 złotych. To nie wystarczy.

Wciąż istnieją wakaty na stanowiskach doręczycieli, problemem jest też – wynikająca z warunków pracy – rotacja załogi. Nie zachęcają one nowych pracowników do dłuższego związania się z firmą. Bardzo często więc praca listonosza jest zajęciem przejściowym, tymczasowym, przystankiem w drodze ku lepszej pracy. To, rzecz jasna, wpływa na społeczny wizerunek pocztowca. Dlatego kolejny postulat strajkujących – przywrócenie godności pracy listonosza, nie jest, jak mogłoby się wydawać, oderwanym od rzeczywistości, górnolotnym, naiwnym marzeniem. Przeciwnie – ma on silny związek z realiami pracy pocztowca, którego zajęcie ma charakter społeczny i wręcz afektywny – polega głównie na kontakcie z ludźmi.

Tym, co w tej pracy szczególnie wartościowe, jest bycie na co dzień częścią małej społeczności lokalnej, części osiedla, wsi, a także poczucie bycia potrzebnym tej społeczności. Miejscem pracy listonosza – o czym nie można zapominać – jest nie tylko placówka pocztowa, ale przede wszystkim rejon. Jednak pozytywnych relacji z ludźmi „na rejonie” nie da się budować, gdy listonosze zajmują się kilkoma obszarami na raz.  Zapewne każdy z nas słyszał lub sam narzekał na Pocztę Polską i listonoszy, zwłaszcza wtedy, gdy, będąc obecnym w domu, dostał awizo. Wszystkim nam, a i prezesom firmy, należałoby uświadomić, że poprawa wizerunku poczty i jej pracowników w dużej mierze zależeć będzie od realizacji postulatów strajkujących pocztowców, które na koniec warto jeszcze raz wypunktować. Postulowane przywrócenie godności pracy pocztowca nie zaistnieje bez: 1) realnych podwyżek, 2) uzupełnienia kadry, 3) zmniejszenia rejonów.

Listonosze wszystkich krajów strajkują: w ostatnich latach miały miejsce protesty w licznych państwach Europy Środkowej. Im szybciej kapitał obiega świat, tym więcej nadawanych jest ładunków, paczek i przesyłek. Obecny kapitalizm nie jest w stanie obyć się bez ogromnej rzeszy pracowników zajmujących się doręczeniami i logistyką. A jednak listonosze i listonoszki oraz pracownice i pracownicy logistyki traktowani są przez kapitał jak wkładka mięsna. Tendencja do kompresji czasoprzestrzeni łączy się z tendencją do obniżania ich płacy roboczej przez wymuszanie coraz bardziej intensywnej pracy, ponad czyjekolwiek siły – czego przykładem może być ekstremalny wyzysk pracowników Amazona. Jakie jest więc znaczenie protestów na pocztach i w centrach logistycznych? Być może najtrafniej uznać, że w swojej istocie wyrażają one żądania zmniejszenia obciążenia pracą przez automatyzację na warunkach zatrudnionych oraz zapewnienia udziału w zyskach przez podniesienie płac. Dlatego, w imię przyszłości, wszyscy powinniśmy kibicować swoim listonoszom.

Piotr Mirocha, Grzegorz Banasik

_______________

Przypisy:

1. Zob. Verdi verschärft den Druck, „taz” 13.06.2015, http://www.taz.de/!5203864/; P. Beucker, „Täglich wächst der Druck“, „taz” 23.06.2015; P. Beucker, Fast schon eine Kapitulation, „taz” 6.07.2015, http://www.taz.de/!5209956/.

2. Zob. Poštari najavljuju štrajk, „N1 Hrvatska”, 28.12.2016, http://hr.n1info.com/a170690/Vijesti/Hrvatska-posta-strajk.html; Prekinuti kolektivni pregovori u Hrvatskoj pošti. Sindikati pripremaju štrajk!, „Večernji list”, 28.12.2016, https://www.vecernji.hr/vijesti/prekinuti-kolektivni-pregovori-u-hrvatskoj-posti-sindikati-pripremaju-strajk-1138594

3. Zob. Štrajk u jp pošta srbije: Radnici nastavljaju blokadu, direktorka žestoko optužuje, „Kurir”, 7.11.2017, http://www.kurir.rs/vesti/drustvo/2936679/strajk-u-jp-posta-srbije-radnici-nastavljaju-blokadu-direktorka-zestoko-optuzuje; Štrajk poštara, „Večernje novosti” 21.11.2017, http://www.novosti.rs/vesti/naslovna/ekonomija/aktuelno.239.html:696991-Strajk-postara; Počeo štrajk radnika Pošte Srbije, „N1 Hrvatska” 21.11.2017, http://rs.n1info.com/a343599/Vesti/Vesti/Poceo-strajk-radnika-Poste-Srbije.html

4. Zob. M. List, Strajk w DHL. Nie wiadomo, gdzie jest część paczek, „Wirtualna Polska – Finanse”, 22.12.2017, https://finanse.wp.pl/strajk-w-dhl-nie-wiadomo-gdzie-jest-czesc-paczek-6201111407535745a

5. Zob. M. Miłosz, W Poczcie Polskiej jest 71 związków zawodowych. Kosztują 7 mln złotych rocznie, ale pożytku z ich działania nie ma, „Gazeta Prawna”, 20.08.2013, http://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/726255,w-poczcie-polskiej-jest-71-zwiazkow-zawodowych-kosztuja-7-mln-zlotych-rocznie-ale-pozytku-z-ich-dzialania-nie-ma.html

6. Zob. A. Rozwadowska, Protest listonoszy. Po podwyżce zarabiają 200 zł mniej, „Gazeta Wyborcza”, 16.03.2017, http://wyborcza.pl/7,155287,21502633,protest-listonoszy-po-podwyzce-zarabiaja-200-zl-mniej.html

7. M. Sobczyk, Poczta solidarna kontra liberalna, „Nowy Obywatel” Zima 2014,  https://obywatel3.macmas.pl/2015/02/02/poczta-solidarna-kontra-liberalna/

8. Zob. komunikat Centra Prasowego Poczty Polskiej z 4.12.2017 pt. Kolejna podwyżka wynagrodzeń w Poczcie Polskiej, https://media.poczta-polska.pl/pr/377973/kolejna-podwyzka-wynagrodzen-w-poczcie-polskiej

9. Zob. J. Madeja, Lider protestu pocztowców dyscyplinarnie zwolniony z pracy. Za wpisy na Facebooku, „Gazeta Wyborcza – Katowice”, 17.03.2017, http://katowice.wyborcza.pl/katowice/7,35063,21512090,lider-protestu-pocztowcow-dyscyplinarnie-zwolniony-z-pracy.html?disableRedirects=true

10. K. Moody, Modern capitalism has opened a major new front for strike action – logistics, „The Conversation”, 3.01.2018, https://theconversation.com/modern-capitalism-has-opened-a-major-new-front-for-strike-action-logistics-89616; zob. też: J. Allen, Organizing the Choke Points, „Jacobin” https://www.jacobinmag.com/2015/11/amazon-fedex-ups-post-office-teamsters i inne artykuły dotyczące usług pocztowych oraz logistyki w magazynie Jacobin.

11. Zob. D. Harvey, Time-space compression and the postmodern condition, [w:] tegoż, The Condition of Postmodernity, Cambridge MA 1992, s. 284-307; D. Harvey, A Companion to Marx’ Capital, vol. 2, rozdział 8.

12. A. Rozwadowska, Znamy opinię biegłego o pracy w Amazonie: „Może powodować urazy psychologiczne i fizyczne”, „Gazeta Wyborcza” 30.01.2018, http://wyborcza.pl/7,155287,22939723,krzeslo-laski-mamy-pierwszy-raport-bieglego-o-pracy-w-amazonie.html

13. Zob. J. Allen, Organizing the Choke Points, „Jacobin” https://www.jacobinmag.com/2015/11/amazon-fedex-ups-post-office-teamsters

14. Protest pocztowców, „Telewizja Zielona Góra”, 16.03.2017, https://www.youtube.com/watch?v=O-E4rnGr3gk [materiał video]

15. Zob. komunikat Centra Prasowego Poczty Polskiej z 4.12.2017 pt. Kolejna podwyżka wynagrodzeń w Poczcie Polskiej, https://media.poczta-polska.pl/pr/377973/kolejna-podwyzka-wynagrodzen-w-poczcie-polskiej

________________

Piotr Mirocha (ur. 1992) – badacz dyskursu politycznego Europy Środkowej i Bałkanów, okazjonalny publicysta i prozaik. Absolwent filologii serbskiej (2014) i chorwackiej (2016) w ramach Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim. Szczególnie zainteresowany sprawą miejską w Krakowie, Belgradzie i Wiedniu.

Grzegorz Banasik (ur. 1992) – absolwent polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Obecnie student Szkoły Edukacji Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności i Uniwersytetu Warszawskiego. W przeszłości pracował jako listonosz, w (ma nadzieje) niedalekiej przyszłości nauczyciel języka polskiego.