Eksportowa marność polskiej zbrojeniówki

Eksportowa marność polskiej zbrojeniówki

Według opublikowanego w bieżącym roku raportu Stockholm International Peace Research Institute (SIPRI) największym światowym eksporterem uzbrojenia są Stany Zjednoczone, odpowiadając za 34% światowej wartości sprzedaży w latach 2013-2017. Drugie miejsce zajmuje Rosja (22%), trzecie Francja (6,7%), kolejne są Niemcy (5,8%), Chiny (5,7%) i Wielka Brytania (4,8%). Polska w tym rankingu zajmuje dopiero 29. miejsce, a przypada na nią niecałe 0,13% sprzedaży w tym okresie. Przełożenie specyficznej metodologii SIPRI na bezwzględne wartości transakcji nie jest łatwe. Posiłkując się innymi danymi można jednak wskazać, że w roku 2016 wartości amerykańskiego eksportu uzbrojenia wyniosła 33,6 miliarda dolarów, natomiast eksportu polskiego ok. 400 milionów (382,9 miliona euro).

Handel bronią można uznawać za problematyczny moralnie, a nierzadko również politycznie. Jednak nie sposób nie zauważyć pozytywnego wpływu eksportu na kondycję przemysłu zbrojeniowego eksportera, ułatwiającą mu spełnienie wymogów również własnych sił zbrojnych. Sprzedaż za granicę pozwala uzyskać zwrot kosztów prac badawczo-rozwojowych i zmniejszyć cenę jednostkową wytwarzanych wzorów. Przekłada się też oczywiście bezpośrednio na miejsca pracy, w tym te najcenniejsze, związane z zaawansowanymi technologiami.

W roku 2017 wartość polskiego eksportu wzrosła do nieco ponad 470 milionów euro. Porównanie ze Stanami Zjednoczonymi można zasadnie uznać za nieadekwatne z uwagi na niewspółmierność potencjałów politycznych, naukowych i przemysłowych obu krajów. Odnośnikiem może być więc np. Bułgaria, kraj o podobnej historii po roku 1945, a znacznie mniejszy i wyraźnie uboższy. Tymczasem bułgarski eksport uzbrojenia w roku 2017 przekroczył 1,2 miliarda euro, natomiast polski przekroczył nieco 470 milionów. W dodatku o ile Bułgarzy eksportują wyłącznie produkty rodzimego przemysłu, o tyle w Polsce największym eksporterem (około połowy wartości całego eksportu uzbrojenia) pozostaje sektor lotniczy, należący w całości do podmiotów zagranicznych. Liczone są wyłącznie podzespoły wytworzone w kraju i wartość montażu, nie np. całe śmigłowce S-70i z należących do koncernu Lockheed Martin zakładów PZL Mielec, w przypadku których, jak chwalą się, 80% elementów powstaje w Polsce, jednak największą wartość ma ta pozostała część, która jest sprowadzana.

Dlaczego tak to wygląda? Powiada się często, że Polska nie ma siły politycznej, że rząd nie wspiera eksportu. A czy Bułgaria takową siłę ma? Informacje, które dochodzą na temat tamtejszych rządów, wskazują nie na jakieś wybitne kompetencje, lecz na klasyczny postkomunistyczny nieporządek, słabość państwa, wątpliwe powiązania polityków, siłę układów mafijnych.

Kwestią istotną jest pewna specjalizacja. Bułgaria eksportuje sprzęt o genezie sowieckiej – moździerze, granatniki, rakiety przeciwpancerne, amunicję itp. Jest on nieszczególnie zaawansowany (chociaż z ciekawymi autorskimi modyfikacjami), tani i przeznaczony dla niewymagających odbiorców, w szczególności z Bliskiego Wschodu. Największymi odbiorcami są Irak i Arabia Saudyjska, sporo kupują też Stany Zjednoczone dla wspieranych przez siebie formacji zbrojnych.

Natomiast Polska pozostaje na poziomie średnim, stanowiącym jej przekleństwo. Nie wytwarzamy już tanich postsowieckich wzorów, których świetność dawno minęła, jednak w aspekcie własnych zaawansowanych opracowań jest, ogólnie rzecz biorąc, przeciętnie, i to ujmując eufemistycznie. Powstają u nas przeważnie produkty licencyjne, dobre dla Wojska Polskiego, w odniesieniu do których jednak dysponentami praw własności intelektualnej itp. pozostają na mocy zawartych umów podmioty zagraniczne z krajów wallersteinowskiego Centrum, będące również dostawcami najważniejszych elementów. Przykładami są sztandarowa dla krajowego przemysłu rodzina pojazdów Rosomak, powstająca na licencji fińskiej, z podzespołami konstrukcji szwedzkiej, włoskiej czy amerykańskiej, haubicoarmata Krab czyli skonstruowana przez Brytyjczyków wieża z działem postawiona na południowokoreańskim podwoziu, napędzanym niemieckim silnikiem, albo pocisk przeciwpancerny Spike wytwarzany na izraelskiej licencji, z kluczowym udziałem komponentów pochodzących od licencjodawcy.

Krajowe produkty spotkamy w obszarach radiolokacji, łączności, elektroniczno-informatycznych systemów wspomagających działania bojowe, ostatnio pojawiły się też proste drony. Swoistą „perłą w koronie” pozostaje przenośny przeciwlotniczy zestaw rakietowy Grom/Piorun, który jednak stanowi też egzemplifikację problemu: pozostaje daleką pochodną sowieckiej „Igły”, z importowanym materiałem pędnym dla pocisku. W ubiegłej dekadzie Polska utraciła póki co definitywnie zdolność uzasadnionej ekonomicznie produkcji czołgów – spowodowała ją likwidacja wytwarzających silniki zakładów PZL-Wola. Wskutek tego realizacja kontraktu podobnego do sprzedaży pojazdów PT-91M do Malezji nie miałaby już racji bytu z uwagi na konieczność udziału podzespołów importowanych, praktycznie uniemożliwiającą uzyskanie opłacalności.

Swój wkład w niską wartość krajowego eksportu ma indolencja menedżerów. Opisywane są przypadki braku odpowiedzi zakładów na zapytania potencjalnych importerów. Były wiceminister Bartosz Kownacki poinformował o takiej sytuacji w odniesieniu do zainteresowania Arabii Saudyjskiej radarami z zakładów PIT-Radwar. Na pewno fatalna jest karuzela strukturalno-personalna związana ze zmianami politycznymi, trwająca od 2005. Z drugiej jednak należy zachować jak najdalej idący sceptycyzm wobec pojawiających się apoteoz starych postkomunistycznych fachowców. Gdzie byli ci fachowcy w latach 90., co sprzedawali? Przeważnie oczekiwali na zamówienia krajowe, nie udało im się osiągnąć niczego naprawdę konkretnego nawet na doskonale znanym rynku indyjskim. Nie potrafili wzbudzić zainteresowania klientów nowymi ciekawymi – realnymi, nie obliczonymi na mamienie krajowych decydentów makietami czy prezentacjami – opracowaniami ani nawet skapitalizować istniejących (takich jak mający, jak się wydaje, niemały potencjał, nieograniczający się do jednego tylko kontraktu eksportowego, czołg PT-91). Zatem ciągłość indolencji jest pewną stałą. Na pewno lata 90. z uwagi na tragicznie niskie zakupy ze strony Wojska Polskiego były niezwykle trudne, jednak właśnie to powinno stymulować zainteresowanie rynkiem eksportowym, który pomógł przetrwać znajdującym się w swoim czasie w jeszcze gorszej sytuacji zakładom rosyjskim czy białoruskim.

Genezy niewielkiej konkurencyjności polskiego przemysłu zbrojeniowego należy szukać w historii sprzed roku 1989. Krajowa zbrojeniówka jest – poza firmami prywatnymi, z którą największą jest WB Electronics – materialną spadkobierczynią PRL-owskiej, okrojoną o firmy, które zostały sprzedane kapitałowi zagranicznemu lub zlikwidowane. Po roku 1945 przemysł zbrojeniowy znacznie rozbudowano względem stanu przedwojennego, jednak tylko do lat 60. stał on na relatywnie przyzwoitym poziomie światowym. Również on został dotknięty wyczerpaniem się impulsu modernizacyjnego związanego z forsowną industrializacją i utknięciem w problemach strukturalnych. Lata 60. przyniosły również fiasko kilku dość ambitnych krajowych programów rozwojowych, szczególnie w dziedzinie lotnictwa, a także ograniczenie dostępu do nowoczesnej technologii sowieckiej. Hegemon zaczął zachowywać dla siebie najambitniejsze opracowania, udostępniając satelitom tylko mniej nowoczesne i zubożone. Nie mogła tego zrównoważyć bardzo słaba współpraca horyzontalna między pozostałymi krajami obozu, a ze zrozumiałych względów dostęp do potencjału intelektualnego Zachodu był nad wyraz ograniczony. Stąd lata 70. przyniosły zbrojeniówce wyraźną stagnację i utratę dystansu do światowej czołówki, jeszcze bardziej pogłębioną przez kryzys gospodarczy lat 80.

Braki te zostały w bardzo małym stopniu nadrobione po roku 1989, mimo otwarcia drzwi tak na Zachód, jak i na wschód. Polska nie nawiązała w omawianym zakresie znaczącej współpracy z ośrodkami zachodnim, nie weszła do wspólnych przedsięwzięć, nie skorzystała też z możliwości dostępu do znaczącego potencjału postsowieckiego, który pozostał w szczególności na Ukrainie. Pewien progres przyniosła dopiero pierwsza dekada XXI w., jednak z efektem opisanym powyżej, którego dominantą jest niska samodzielność intelektualna.

Czy istnieją jakieś drogi wyjścia z opisanego stanu? Oczywiście nie ma sensu naśladować Bułgarii i cofać się do pozycji producenta tanich, mało zaawansowanych wyrobów. Przy niewysokim krajowym potencjale naukowym i badawczo-rozwojowym jedyną drogą jest modernizacja zbrojeniówki przez absorpcję rozwiązań pochodzących od liderów przy okazji programów modernizacyjnych Wojska Polskiego. Taką szansą może być w szczególności odbudowa obrony przeciwlotniczej w postaci programów „Wisła” i „Narew”. Należy dążyć do maksymalnego transferu technologii do kraju, co oczywiście nie będzie łatwe z uwagi na obronę pozycji przez partnerów, w szczególności chyba najtrudniejszego pod tym względem, czyli Stany Zjednoczone, wybranych jako dostawca systemów średniego zasięgu w ramach „Wisły”. Znacznie większe możliwości może nieść anonsowana współpraca z europejską zbrojeniówką przy „Narwi”.

Z drugiej strony potencjał należy rozwijać kładąc nacisk na wybrane, najbardziej perspektywiczne sektory, bez chwytania zbyt wielu srok za ogon. Bardzo wątpliwe wydają się zapowiedzi dotyczące udziału w budowie okrętów podwodnych (program „Orka”). Polska nie posiadała nigdy kompetencji w tym zakresie, krajowe potrzeby są niewielkie, rynek światowy – bardzo nasycony, szanse zaistnienia nawet jako kooperant wydają się znikome. Każdy transfer technologii siłą rzeczy podraża kontrakt, trzeba przeto unikać rozbijania szczupłych środków. Zwiększenie samodzielności intelektualnej i poziomu produktów przy znaczącej poprawie w aspekcie organizacyjnym jest warunkiem sine qua non poprawy konkurencyjności na arenie światowej. Bez tego będziemy przegrywać w tej dyscyplinie nawet z państwami znacznie uboższymi.

dr Jan Przybylski

Tylko złożoność nas uratuje

Tylko złożoność nas uratuje

Szwedzki profesor nauk zarządzania Pierre Guillet de Monthoux pisze pięknie i niebanalnie o sztuce i zarządzaniu. Przekonuje, że sztuka jest zjawiskiem bardzo szerokim, organicznym, a zarządzanie jest jego częścią, choć często nieuświadamianą. Estetyka znajduje się w przestrzeni pomiędzy prawdą naukową a sferą moralną i jakby poszerza ludzki horyzont widzenia i rozumienia świata – wnosi kontekst poznania, niedostępny dla technokratów i zwolenników zwężonej wizji efektywności. Taki kontekst jest bardzo potrzebny, bo przywraca poczucie sensu i proporcji świata. Może być inspiracją dla tych kierowników i menedżerów, którzy czują, że świat wskaźników, krótkoterminowych korzyści i postępującej fragmentaryzacji jest wydmuszką; to świat, gdzie, zgodnie ze znaną maksymą Oscara Wilde’a, każdy zna cenę wszystkiego, ale nikt nie zna wartości czegokolwiek. Guillet de Monthoux uważa, że każde ludzkie działanie posiada wymiar estetyczny i jeśli nie kultywujemy piękna i prawdy, to wybijają brzydota i fałsz.

Bez świadomego poczucia piękna zarządzanie nie ma sensu, żeby nie wiadomo jak bardzo było efektywne i nowoczesne. Musimy odzyskać sens, który został w ostatnich dekadach utracony. Droga do tego nie jest ani prosta, ani nawet nie da się jej jednoznacznie opisać i zaplanować. Można i należy jednak aktywnie jej poszukiwać. Guillet de Monthoux proponuje szefom, by często odwiedzali muzea i galerie oraz czytali książki. Teoretykom i edukatorom poleca naukę od myślicieli związanych z anarchizmem. Uczą oni jak radzić sobie ze złożonością idei, jak nie zadowalać się uproszczeniami i doceniać to, że świat jest nieskończenie różnorodny i skomplikowany. Po prostu tak jest i trzeba nauczyć się z tym żyć. Z różnorodności mądrzej jest czerpać, niż ją na siłę ograniczać.

Ten sposób patrzenia na zarządzanie nie jest dziś ani tak znany, ani tak popularny, jak na to zasługuje. Tymczasem już stare dobre podejście systemowe, kierunek dominujący w naukach zarządzania w połowie ubiegłego wieku, zwracało uwagę, że nie ma nic bardziej niebezpiecznego, niż proste rozwiązania złożonych problemów. Takie rozwiązania wyglądają kusząco, zwłaszcza w niespokojnych i niepewnych czasach, ponieważ przemawiają do naszego poczucia bezpieczeństwa i zmysłu porządkowania. Oczekiwanie, że da się prosto zarządzić – że możliwe i słuszne jest zaplanowanie wszystkiego, jak w systemie komunizmu państwowego, czy tak jak obecnie, że niewidzialna ręka rynku rozwiąże wszystkie problemy, jest nie tylko naiwne, ale aktywnie szkodliwe. Takie podejście do zarządzania nie rozwiązuje złożonych problemów, lecz powoduje dramatyczne marnotrawienie zasobów i wartości wplecionych w różnorodność, a do tego generuje nowe problemy, do których podchodzi się w ten sam redukcjonistyczny sposób… i mamy spiralę dysfunkcji.

Mechanizm „więcej tego samego”, jako filozofia upadłego zarządzania, został znakomicie opisany przez badacza strategii organizacji, profesora Krzysztofa Obłója, w książce „Zarządzanie: Ujęcie praktyczne”, opublikowanej w połowie lat 80. Autor przedstawia coraz bardziej niewydolny system państwowego komunizmu, reagujący na każdy problem w ten sam prosty sposób. Jeśli specjalizacja prowadzi do wystąpienia problemów, to do każdego z nich stosuje się jeszcze więcej specjalizacji. Jeśli formalizacja generuje kryzysy, to każdy „leczy się” przy pomocy jeszcze większej ilości przepisów. System zarządzania wpadł w korkociąg i nie jest w stanie poderwać się do góry, ponieważ nie jest zdolny do tego, aby choćby tylko dostrzec złożoność sytuacji i samej organizacji, którą próbuje kontrolować. Pole widzenia ogranicza się, zarządzający mogą być autentycznie przekonani, że postępują słusznie i że tak po prostu musi być, bo inaczej ich organizacje, instytucje i państwa wypadną z grupy liczących się nowoczesnych podmiotów.

Tymczasem według innej zasady systemowej, znanej jako prawo niezbędnej złożoności Rossa Ashby’ego, a w polskich naukach zarządzania spopularyzowane przez Andrzeja Zawiślaka, podsystem zarządzający musi być co najmniej równie złożony, jak system, którym on kieruje. Oznacza to, że dobre, zdrowe zarządzanie musi rozumieć i uwzględniać, a najlepiej także korzystać z różnorodności organizacji, za którą odpowiada. Na przykład Kooperatywa Dobrze, którą obecnie badam, posiada bardzo rozbudowany system demokratycznego podejmowania decyzji. Pewne zasadnicze sprawy dyskutowane są podczas zebrań otwartych dla wszystkich spółdzielców i spółdzielczyń. Działanie bieżące regulowane jest przez grupy robocze, które podejmują decyzje w drodze konsensusu. Jedną z grup roboczych jest grupa koordynująca, która ma pieczę nad całością działań, a w skład jej wchodzą wszyscy członkowie i członkinie stowarzyszenia. Zebrania grupy koordynacyjnej są częstsze i zajmują się kwestiami bardziej roboczymi. Notatki z zebrań koordynacyjnych są też dostępne dla członków i członkiń, można  przeczytać notatkę. Zarządzanie Kooperatywą opiera się nie na podejmowaniu decyzji na zasadzie prostej większości ani na centralizacji odpowiedzialności, lecz na szerokiej i głębokiej demokracji, czyli braniu pod uwagę pełnej gamy różnorodności opinii i propozycji.

Innym przykładem zarządzania na zasadzie niezbędnej różnorodności jest system kolegialny. Uniwersytet, który jest niezwykle złożoną formą organizacyjną, a przy tym mającą wbudowany w normalne funkcjonowanie konflikt i niezgodę, wypracował sobie przez setki lat swojego funkcjonowania  skomplikowany system oparty na rzemieślniczym starszeństwie i reprezentacji różnych warstw i poziomów profesji. W zarządzaniu kolegialnym przyjmuje się, że najwyższą wartością jest wiedza i prawda, a dążeniu do nich musi być podporządkowane wszystko inne, włącznie z zyskiem i polityką. Jest to trudny warunek i tylko władza rozproszona i bezustannie kontrolowana jest w stanie mu podołać. Sam w sobie model nie jest lekarstwem na każde zło – wymaga dostosowania do coraz większej złożoności naszych czasów.

Demokrację należałoby pogłębiać i poszerzać, by wypracować dobry system zarządzania współczesną uczelnią. Niektóre szwedzkie uczelnie tak właśnie robią, podczas gdy brytyjskie poszły w kierunku prywatyzacji, centralizacji i przekształcenia typu biznesowego. Ostatnio podejmowane są kroki w celu zreformowania polskiej akademii w tym samym kierunku i przeciwko temu trwają kolegialne protesty pracowników i studentów, które objęły w czerwcu cały kraj. Protestujemy i organizujemy się, bo wiemy, że biznesyfikacja akademii to tendencja samobójcza, powodująca utratę wartości akademickich, a w efekcie zniszczenie tożsamości uniwersytetu. W ostatnich dekadach wszystkie branże i sektory poddane są na całym świecie presjom tego rodzaju i jest to tendencja, której należy się przeciwstawiać, bo wcale nie jest nieuchronna ani „jedynie słuszna”. Tak wydaje się tylko wówczas, gdy mamy zawężone pole widzenia, gdy mamy systemowe klapki na oczy, eliminujące różnorodność i złożoność.

Presja na biznesyfikację wszystkiego jest dokładnie tak samo obłędna, jak rozwiązywanie wszelkich problemów w systemie państwowego komunizmu przez dodawanie jeszcze więcej planowania i jeszcze więcej szczebli kontroli. Błędne koło niewydolności zniszczyło zdolność tamtego zarządzania do odnowy. Tak samo dzieje się obecnie z zarządzaniem w epoce późnego kapitalizmu, zwanego neoliberalizmem. Nie sprawdza się już nawet dominująca wcześniej kapitalistyczna zasada organizatorska, aby zawsze gromadzić kapitał poprzez generowanie dochodów i zyskowność. Zyskowne przedsięwzięcia są likwidowane i niszczone przez krótkowzroczne decyzje inwestorskie. Ta strategia zarządzania określana jest przez profesora nauk zarządzania Petera Fleminga jako wreckage economics, czyli po prostu gospodarka rabunkowa. Sprawne ekonomicznie, dobrze działające firmy i organizacje, w tym także służba zdrowia i uniwersytety, przygotowywane są do prywatyzacji jako marki (brands), poprzez zabiegi znane jako asset sweating i asset stripping, czyli maksymalne obciążanie i wykorzystywanie poza granice dyktowane możliwością odtworzenia istniejących zasobów, w tym ludzkich. Jednocześnie inwestuje się w nieruchomości, będące częścią marki, i na koniec, pozbywa się ludzi i wszystkiego, czego są nośnikami: wiedzy, tradycji, kultury, wartości, lojalności, struktur… Mimo zgromadzonych środków sprawia to wrażenie organizacji w kryzysie, cierpiącej niedostatek i tak często widzą to uczestnicy, sądząc, że oszczędzanie i rywalizacja o środki są konieczne i pomogą przetrwać. Tymczasem te działania służą wyłącznie nadrzędnemu celowi systemu, który definiowany jest przez coraz bardziej wąsko definiowane imperatywy finansowe i inwestycyjne. Pracownicy i jednostki konkurujące między sobą i oszczędzające zasoby kopią jakby swój własny grób. Oszczędności nie pomogą utrzymać zatrudnienia, gdyż nigdy nie było to celem ani nawet efektem ubocznym tej fazy neoliberalnego zarządzania.

Nakręcaniu się tej spirali dysfunkcji, zniszczenia i tworzenia papierowego zysku dla anonimowych funduszy inwestycyjnych sprzyja ograniczanie różnorodności, upraszczanie rozwiązań, stwarzanie iluzji, że nie istnieje alternatywa, zgodnie ze słynnym aforyzmem brytyjskiej premier Margaret Thatcher, że there is no alternative. Badacze organizacji Morten Bøås i Desmond McNeill zauważyli, że w obecnych czasach państwa i instytucje posiadające władzę, takie jak USA czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy, oddziałując bezpośrednio albo poprzez media i struktury takie jak dyscypliny akademickie (ekonomia i biznes), realizują swoją władzę poprzez ograniczanie złożoności, framing, odcinanie i pozbawianie władzy marginesów, idei, które mogłyby się okazać radykalne i faktycznie stanowić alternatywę wobec istniejącego porządku.

Samo dostrzeżenie, że alternatywa istnieje, ma potencjał radykalny i zagraża istniejącemu systemowi. Nasza złożoność, nasza niejednowymiarowość, nasza ludzka kondycja – to wszystko, co system definiuje i piętnuje jako naszą słabość, jest w gruncie rzeczy naszą siłą. Sam fakt, że jesteśmy zbyt skomplikowani jak na narzucane nam sztywne formy zarządzania, że żaden żywy człowiek nie jest homo economicus, kompromituje neoliberalne zarządzanie i demaskuje jego całkowitą nieskuteczność, nawet przy posiadaniu przezeń niemal pełni władzy i bogactwa. Celebrowanie, zgłębianie i używanie złożoności do koordynowania organizacji jest aktem radykalnej niezgody i rewolucyjnym podejściem do zarządzania. Dlatego właśnie propozycje Pierre’a Guilleta de Monthoux, by zarządzać w oparciu o sztukę i idee anarchistyczne, są czymś o wiele więcej, niż tylko ładnymi teoriami. Są zaproszeniem to budowania nowej, żywej gospodarki w poprzek i na wskroś jednowymiarowych neoliberalnych wydmuszek. Gdy zbierze się masa krytyczna złożoności, rozsadzimy krępująca nas śmiertelną skorupę i przejmiemy dla wspólnego dobra to, co zagrabiła i tłamsi swoim niszczycielskim uchwytem.

prof. Monika Kostera

Nieznośny powab Specjalnych Stref Ekonomicznych

Nieznośny powab Specjalnych Stref Ekonomicznych

Specjalne Strefy Ekonomiczne (SSE) to jeden z bardziej kontrowersyjnych tematów polskiej debaty ekonomicznej. O ich likwidacji mówiło się od lat, a przeróżni komentatorzy wskazywali ich słabości i wady. Co ciekawe, wśród przeciwników SSE znajdowali się zarówno komentatorzy i eksperci wolnorynkowi, jak i prospołeczni i progresywni. Ci pierwsi zwracali uwagę, że istnienie SSE zaburza wolną konkurencję – czyli w ich wyniku boisko przestawało być równe. Ci drudzy zwracali uwagę  przede wszystkim na fakt drenowania finansów publicznych.

Mimo to kolejne rządy decydowały się na przedłużanie okresu działania stref – ostatnio aż do roku 2026. Chyba mało kto spodziewał się, że zamiast zakończenia ich działania, będziemy mieli coś wręcz odwrotnego – czyli rozciągnięcie zasad SSE na terytorium całego kraju. Tymczasem właśnie na takie działanie zdecydowała się obecna koalicja rządząca. Niestety PiS, który do tej pory dał się poznać z dosyć progresywnej polityki gospodarczej, tym razem dał się ponieść typowym liberalnym przesądom, według których niższe podatki, to wyższe inwestycje i zatrudnienie.

140 tys. zł za miejsce pracy

Przypomnijmy, że w Polsce formalnie funkcjonowało 14 Specjalnych Stref Ekonomicznych. Jednak była to liczba czysto umowna, ponieważ dopuszczono możliwość tworzenia tak zwanych podstref, z czego ochoczo korzystały gminy, które nie znalazły się na terenie pierwotnych SSE. W efekcie SSE były objęte niemal wszystkie polskie miasta powyżej 100 tys. mieszkańców – a jest ich ok. 40. Co więcej, tereny podstref wcale nie musiały do siebie przylegać. Dochodziło do takich absurdów, że do Mieleckiej SSE należały… Szczecin i Częstochowa. W sumie terenem SSE było objęte 0,1 proc. terytorium naszego kraju. Oczywiście główną zasadą ich działania było udzielanie inwestującym w ich ramach przedsiębiorstwom ulg podatkowych. Ulgi były udzielane w podatku dochodowym od osób prawnych (CIT), choć możliwe też było, aby decyzją rady gminy udzielały też ulg w podatku od nieruchomości. Firma mogła otrzymać ulgę w CIT wysokości od 15 do 50 procent sumy nakładów inwestycyjnych lub sumy dwuletnich kosztów pracy nowo zatrudnionych pracowników. Teraz, decyzją obecnej ekipy rządzącej, ulgi tego typu można uzyskać na terenie całego kraju.

Oczywiście udzielanie ulg podatkowych na tak masową skalę musiało się odbijać wyraźną stratą niezrealizowanych dochodów po stronie budżetu państwa. W 1998 r., czyli w pierwszym roku działania SSE, z ulg skorzystały jedynie 24 podmioty, a suma ulg wynosiła 34 mln złotych. Jednak liczba chętnych rosła lawinowo – w 2005 r. z ulg w SSE korzystały 289 firmy, a w 2012 roku 538. Według Fundacji Kaleckiego w latach 1998-2012 budżet państwa nie otrzymał z tego powodu z tytułu CIT aż 12 mld zł, czyli można powiedzieć, że do jednego utworzonego miejsca pracy w SSE dopłaciliśmy… 139 tys. złotych. W samym 2012 roku suma ulg z tytułu CIT wyniosła 1,6 mld zł, co stanowiło 16 proc. całości wpływów z podatku dochodowego od osób prawnych. Między innymi dlatego dochody z podatku korporacyjnego w Polsce niezwykle odstawały od dochodów z tego tytułu w innych krajach Zachodu. Według raportu Instytutu Globalnej Odpowiedzialności pt. „Uciekające podatki”, wpływy z CIT wynoszą nad Wisłą 1,5 proc. PKB, tymczasem średnia dla krajów OECD jest dwa razy wyższa. Oczywiście głównych powodów tak nieproporcjonalnie niskich wpływów z CIT jest więcej – chociażby niższa niż na Zachodzie stawka podatku oraz słaba efektywność organów skarbowych, co ułatwia firmom optymalizację fiskalną. Jednak istnienie SSE to ważny element tego, że koncerny od lat mają w Polsce wyjątkowe możliwości unikania podatku dochodowego.

Wątpliwe założenie

Oczywiście główną ideą stojącą za tworzeniem Specjalnych Stref Ekonomicznych, jak i za samym rozszerzeniem ich na terytorium całej Polski, jest przeświadczenie, że niski podatek korporacyjny sprawia, iż firmy chętniej podejmują inwestycje oraz zwiększają zatrudnienie. Niestety to założenie jest czysto intuicyjne i nie stoją za nim żadne przekonujące dowody. Gdyby sprawa była taka prosta, bezpośrednie inwestycje zagraniczne płynęłyby szerokim strumieniem do Czarnogóry oraz Macedonii, które mają najniższą stawkę podatku CIT w Europie (odpowiednio 9 proc. i 10 proc.), a jak wiemy nic takiego nie ma miejsca. Za to kraje z wyraźnie wyższym podatkiem CIT niż w Polsce (19 proc.), mogą się pochwalić zarówno bardzo wysokimi wskaźnikami zatrudnienia, jak i inwestycjami wysokiej jakości – w Niemczech wynosi on ponad 30 proc. (dokładna stawka jest zróżnicowana regionalnie), w Szwajcarii oraz Austrii 25 proc., a w Danii i Szwecji 22 proc. Koncepcję rozruszania gospodarki poprzez obniżanie podatku korporacyjnego wziął na warsztat australijski ekonomista Andrew Leigh. Postanowił sprawdzić, czy niższy podatek dochodowy od korporacji rzeczywiście przekłada się na większą skłonność do zatrudniania. Podzielił badane firmy na te, które płacą CIT wyższy niż 25 proc., i płacące stawkę niższą niż 25 proc. I o dziwo, większą skłonnością do zwiększania zatrudnienia charakteryzowały się spółki z tej pierwszej grupy. Jednak gdyby się dobrze zastanowić, te wyniki wcale nie muszą być takie zadziwiające. Niższy podatek CIT to wyższy zysk netto przy takich samych przychodach. Zatem właściciele i akcjonariusze firm mają mniejszą motywację do ekspansji i zwiększania sprzedaży oraz skali działania.

Olbrzymia część inwestycji, które powstały w SSE, i tak by miały miejsce. Firmy inwestowały tu na potęgę, skuszone rzeszami dobrze wykształconych pracowników, którzy są niezwykle tani w porównaniu do swoich odpowiedników na zachodzie kontynentu. Ale skoro na terenie strefy mogły jeszcze uzyskać ulgi w CIT, to decydowały o lokowaniu inwestycji dokładnie w nich. Nie mówiąc już o wielu sytuacjach, w których spółki po prostu przenosiły działalność do SSE, więc zysk dla jednej gminy oznaczał stratę dla drugiej i bilans się zerował.

Optymalizacja zamiast modernizacji

Według rządu rozszerzenie SSE na teren całego kraju ma zmniejszyć zróżnicowanie terytorialne Polski. Obecnie licząc PKB per capita najzamożniejsze województwa są nawet dwa razy bardziej rozwinięte niż najbiedniejsze. Ma temu pomóc konstrukcja ulg – ich poziom będzie zależeć od poziomu rozwoju regionu. A dokładnie będzie odpowiadać limitom pomocy publicznej, których można udzielać w poszczególnych regionach zgodnie z zasadami UE. O ile więc w województwie lubelskim czy podkarpackim będzie można uzyskać ulgę na poziomie 50 proc. poniesionych nakładów, to w dolnośląskim oraz śląskim jedynie 25 proc. Problem w tym, że dokładnie te same zasady funkcjonowały w ramach SSE i jakoś nie zapobiegło to tak dużym różnicom w rozwoju. A inwestycje w SSE i tak ogniskowały się nie tam, gdzie były największe ulgi, lecz tam, gdzie znajdowały się najlepiej rozwinięta infrastruktura i kompetentna kadra. Zdecydowanie największe zatrudnienie daje Katowicka SSE – pracuje w niej 58 tys. ludzi. A obejmuje ona również bardzo zamożne miasta, takie jak Tychy. Druga w kolejności jest leżąca na Dolnym Śląsku Wałbrzyska SSE – daje zatrudnienie 45 tys. osobom. W Krakowskiej SSE pracują 22 tys. osób, tymczasem w SSE na ścianie wschodniej te liczby są bez porównania mniejsze. Przykładowo w Warmińsko-Mazurskiej SSE pracuje 12 tys. osób, a w Starachowickiej SSE zaledwie 7 tys. Doprawdy trudno zrozumieć, dlaczego teraz miałoby być inaczej – wciąż inwestycje będą się ogniskować w najlepiej rozwiniętych regionach kraju, tym bardziej, że również one będą oferować ulgi.

Trzeba też pamiętać, że konstrukcja ulg zapewnia większe preferencje największym koncernom – według zasady im większa inwestycja, tym większa ulga w liczbach bezwzględnych. Właśnie dlatego polski kapitał odpowiadał zaledwie za 20 proc. nakładów inwestycyjnych w SSE. I to się przecież nie zmieni – polski kapitał był w mniejszości w SSE nie dlatego, że miał zablokowane wejście do stref, bo to zupełna nieprawda, lecz dlatego, że koncerny zagraniczne mają więcej środków na inwestycje. Nie wiadomo więc dlaczego według rządzących rozszerzenie SSE na teren całego kraju ma polepszyć sytuację polskich firm. Płonne są również nadzieje rządzących, że ten ruch przyciągnie nad Wisłę inwestycje w wysokie technologie. Owszem, za najwięcej inwestycji w SSE odpowiadała branża samochodowa (25 proc.). Ale następne w kolejności były już wyroby gumowe, wyroby metalowe i wyroby papierowe. A inwestycje w elektronikę czy komputery były porównywalne z inwestycjami branży spożywczej.

***

Niestety wychodzi na to, że polskie władze nie mają innego pomysłu na wzrost inwestycji i modernizację struktury polskiej gospodarki, niż ulgi podatkowe. Przecież wcześniej wprowadzono obniżony CIT 15 proc. dla małych spółek, który ma być znów obniżony do 9 procent. Jak widać przeświadczenie o wielkiej roli w ulgach podatkowych dla korporacji nadal trzyma się mocno. Problem w tym, że dowodów na ich skuteczność nie ma. Ulgi są traktowane przez korporacje jako kolejna forma optymalizacji podatkowej, ale modernizacyjnego impulsu zwykle nie przynoszą. O czym sami mogliśmy się przekonać po latach funkcjonowania polskich Specjalnych Stref Ekonomicznych.

Piotr Wójcik

Mikrobrowary i makrowyzysk

„Wysoka kultura” rzemieślniczych browarów nie dotyczy ich pracowników.

Scott Timms robi sobie właśnie przerwę od warzenia piwa. W wieku 35 lat zajmuje się tym już od trzynastu. Jego ostatnie miejsce pracy to Falling Sky Brewing, popularny pub z browarem miejskim w mieście Eugene w stanie Oregon, pojawiający się regularnie na liście najlepszych takich miejsc w całym stanie.

Komercyjne warzenie piwa potrafi okazać się ciężką, niewdzięczną pracą. Timms mówi: „To zawód, który niszczy kręgosłup, bo dźwiga się setki pięćdziesięciofuntowych worków ze składnikami [50 funtów wagi = prawie 23 kg – przyp. tłum.] i wnosi je po schodach, by dodać do zacieru”. Może się to okazać niebezpieczne: „Ma się do czynienia z wrzącymi cieczami i bardzo zjadliwymi chemikaliami, które mogą spowodować urazy… To w żadnym wypadku nie jest lekki kawałek chleba”. W małych warzelniach wizyty OSHA [Occupational Safety and Health Administration, czyli odpowiednik polskiej Inspekcji Pracy z naciskiem na BHP – przyp. tłum] są rzadkie, a procedury postępowania nie są zestandaryzowane. Obowiązująca w firmie „wizja zasad bezpieczeństwa” może okazać się polityką wolnej ręki, na granicy z absolutnym „olewactwem” i brakiem uważności w tej kwestii.

Za pracę na stanowisku menedżera produkcji w Falling Sky, polegającą na nadzorowaniu drużyny piwowarów i trwającą do 65 godzin w tygodniu, Timms dostawał niewiele ponad 40 tys. dolarów rocznie. Sfrustrowany, rzucił pracę na początku 2018 roku, ponieważ był przekonany, że browary rzemieślnicze są w całym kraju oszukiwane przez przemysł piwny. „Są ludzie, którzy robią na tym pieniądze – mówi – ale to nie my nimi jesteśmy”.

W 2017 r. Lauren Michel Jackson napisała w magazynie „Eater” artykuł o fali wznoszącej w „kulturze kraftowej”, czyli o rynku jedzenia i napojów, który „fetyszyzuje to, co autentyczne, w tradycyjny sposób produkowane, szczególne, a nienawidzi odgórnie zaprojektowanego, masowo produkowanego i pozbawionego konkretnego pochodzenia”. Piwo rzemieślnicze – produkowane przez piwowarów takich jak Timms w ponad 6 tysiącach małych niezależnych browarów w całej Ameryce – jest od ponad dwudziestu lat w awangardzie tego ruchu, stopniowo zakażanego „antykonsumpcyjnym” podejściem. Jego oszałamiający sukces sprzedażowy wywołał wręcz eksplozję rynkową nowych produktów spożywczych i napojów, także w innych kategoriach. Ich rynkowym celem byli klienci podobni do tych kupujących piwa rzemieślnicze. Przejdźcie się tylko pomiędzy regałami w waszym lokalnym sklepie Whole Foods i kultura „rzemieślnicza” otoczy was z każdej strony.

Jednak chociaż sprzedaż produktów kraftowych stale rośnie, to warunki pracy osób, które je produkują i sprzedają, potrafią bardzo się między sobą różnić. To często praca bardzo wymagająca pod względem fizycznym. Wyspecjalizowani pracownicy są proszeni o „noszenie odróżniających się nakryć głowy”, żeby zatuszować fakt, że obsada w browarze restauracyjnym jest zbyt mała, a także muszą z radością przyjmować wezwania do pracy w nadgodzinach, ponieważ  autentycznie zależy im na produkcie, który tworzą. Właściciele minibrowarów, nie chcąc lub nie mogąc zatrudnić wykwalifikowanych zarządców, przejmują menedżerskie obowiązki, do których nie są przygotowani. Zasób siły roboczej jest w takich placówkach często bardzo skąpy, co powoduje wytworzenie się stosunków niemal rodzinnych i, w konsekwencji, przynosi – także typowe dla rodzin – dysfunkcje związane z faworyzowaniem niektórych pracowników oraz manipulacją. Płace i dodatki pozapłacowe są w tym przemyśle bardzo różne – a nawet mogą bardzo różnić się w obrębie poszczególnych firm.

Ale kultura kraftowa rozwija się i przynosi wielkie zyski.  Nie powstał jeszcze raport ani studium, które koncentrowałyby się na badaniu wyłącznie zasięgu produkcji i zbytu wykonanych metodami rzemieślniczymi napojów i żywności, ale wiadomo już, że według badań Specialty Food Association, w 2016 r. amerykański rynek jedzenia z kategorii „specjalne” był wart 127 miliardów dolarów, co oznacza piętnastoprocentowy skok w porównaniu z sytuacją o dwa lata wcześniejszą. W 2017 r. piwa kraftowe odnotowały znaczący wzrost sprzedaży w porównaniu do liczb z poprzedniego roku, i to pomimo faktu, że całościowo gospodarska amerykańska kurczyła się. W mniej rozwiniętych kategoriach żywności produkowanej rzemieślniczo wzrost ten był nawet jeszcze bardziej spektakularny. Według firmy Mintel, która bada rynki, sprzedaż w niesieciowych kawiarniach na terenie Stanów Zjednoczonych podskoczyła od 2011 r. o 40 proc. i w 2017 r. zanotowała 23,4 miliarda dolarów. Sprzedaż serów z kategorii „specjalne” wzrosła o ponad 10 proc., do około 4,42 miliarda dolarów, i to na przestrzeni jedynie dwóch lat.

W cieniu tych gałęzi przemysłu zaczął rozwijać się ruch pracowniczy. Pod koniec 2017 r. producenci sera z Nowego Jorku, pracujący tam dla firmy Beecher Handmade Cheese z Seattle, przegłosowali przyłączenie się do związku zawodowego International Brotherhood of Teamsters. W lutym 2018 bariści z sieci Gimmie Coffee ratyfikowali swój pierwszy układ związkowy z pracodawcami – było to wynikiem samoorganizacji rozpoczętej rok wcześniej. The Unionistas, czyli część związku zawodowego Workers United, to prawdopodobnie pierwszy na terenie kraju związek zawodowy baristów, którego istnienie uznaje pracodawca.

Pracownicy browarów rzemieślniczych mogliby stać się kamieniem węgielnym dla ruchu związkowego w branżach „specjalnej” żywności i napojów, ponieważ są wysoko wykwalifikowani, posiadają wyjątkowe umiejętności, przemysł, który ich zatrudnia, nie jest wykwitem przelotnej mody, lecz ma stałą pozycję na rynku, produkt przez nich wytwarzany jest popularny, a jednocześnie mają oni związki z klientelą o postępowych poglądach.

Dlaczego zatem, w przeciwieństwie do wielu swoich odpowiedników z rynku masowego, są prawie pozbawieni reprezentacji?

Na pewno nie dlatego, że są przesadnie dobrze opłacani. W 2017 r. pracownicy 6300 browarów rzemieślniczych w USA przyczynili się do ustalenia rekordu sprzedaży na poziomie 26 miliardów dolarów za sprzedaż roczną – to dane Beer Institute i Brewers Association. Jednak jednocześnie pomiędzy 2006 a 2016 rokiem tygodniowe wypłaty piwowarów… zmalały o jedną czwartą (według Bureau of Labor Statistics).

Bart Watson, główny ekonomista Brewers Accociation (Stowarzyszenia Piwowarów), które reprezentuje browary rzemieślnicze, mówi, że rozkwit browarów kraftowych spowodował, iż „typowa praca w amerykańskim piwowarstwie nie jest już pracą w wielkim browarze, lecz w małym zakładzie”. Piwowarzy pracujący w przedsiębiorstwie należącym do firmy Anheuser-Busch InBev, czyli do największego browaru w kraju, „zarabiają lepiej niż ludzie, którzy warzą piwo w twoim lokalnym browarze restauracyjnym” – powiedział mi.

Większość pracowników dużych browarów jest uzwiązkowiona: International Brotherhood of Teamsters reprezentuje około 5000 piwowarów w różnych fabrykach na terenie całych Stanów Zjednoczonych, łącznie z prawie wszystkimi, które posiada Anheuser-Busch InBev. Ci robotnicy nie doświadczyli spadku wynagrodzeń, o którym wspomina raport BLS – twierdzi rzecznik prasowy związku Teamsters. Biorąc pod uwagę, że BLS nie prowadzi statystyk pod względem podziału zarobków na małe i duże przedsiębiorstwa, a jedynie statystyki ogólne wynagrodzeń, porównanie przeciętnych pensji może być wyzwaniem. Ale wiemy, że Timms zarobił 40 tysięcy dolarów rocznie, a przeciętne wynagrodzenie menedżera produkcji w Anheuser-Busch wynosi 65 tysięcy rocznie, zaś w Glassdoor zarabia się 105 tysięcy.

W przemyśle piwowarskim jest zatem wiele posad, które nie są uzwiązkowione, a także nie są dobrze płatne. Albo ujmijmy to inaczej: „Pensje w browarach rzemieślniczych są do dupy, chyba że jesteś dyrektorem” – mówi Charlie Johnson, rzemieślnik, który przez piętnaście lat pracował dla Pacific Northwest, zanim rok temu w Kalifornii założył Spontaneous Fermentation Project. Jako że praca w browarze jest dla wielu spełnieniem marzeń, „ludzie po prostu godzą się z tym, że będą pracowali za byle grosze”.

Kolejny krok na drodze ku odczarowaniu pracy w browarach – dodatki finansowe i pozapłacowe. Jasne, podczas zmiany dostaje się darmowe piwo. Ale już takie drobiazgi, jak opłacanie pełnego czasu pracy, 401(k) [pracownicze konto emerytalne – przyp. tłum.] czy programy równościowe dla pracowników są rozdzielane na chybił trafił, mówią piwowarzy, z którymi rozmawiałem. Nie wspominając o opiece zdrowotnej. „Prawie nikt w przemyśle piwowarskim nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, które zapewniałby pracodawca” – mówi Johnson. To bardzo rozpowszechniony zarzut wśród pracowników browarów rzemieślniczych, choć niekoniecznie do końca prawdziwy. Tak jak większość amerykańskich pracodawców, browary zatrudniające więcej niż 50 osób w pełnym wymiarze czasu pracy muszą oferować im opiekę medyczną – wymaga tego prawo. Istnieje też wiele mniejszych browarów, które nie muszą zgodnie z prawem zapewniać takiej opieki, ale i tak to robią. Według wyników międzynarodowego raportu, którymi podzielił się ze mną Watson, spośród amerykańskich browarów wytwarzających rocznie tysiąc beczek lub mniej – czyli w przypadku trzech czwartych firm – jakąkolwiek opiekę medyczną oferuje nie więcej niż 25 procent.

Jednak informacje te bazują na niewielkiej próbie, jak ostrzega Watson. I oczywiście, oferowanie pokrywania tej opieki przez pracodawcę kwalifikuje się jako zapewnianie jej; to, czy owe „benefity” mają w ogóle jakąkolwiek jakość, to pytanie, na które dane nam nie odpowiedzą. Porównując sytuację osób pracujących w małych browarach do sytuacji pracowników największych browarów, Timms ujmuje to bardziej treściwie: „Oni mają pełne ubezpieczenie, a moje świadczenia to gówno”.

(W mailu do mnie właściciel Falling Sky, Rob Cohen, zauważa, że Timms został zakwalifikowany do opieki zdrowotnej, dentystycznej i okulistycznej zapewnianej przez firmę, ale odmówił jej. Cohen twierdzi także, że Falling Sky zapewnia pracowniczy plan emerytalny, dwa tygodnie płatnego urlopu oraz „dłuższy urlop bezpłatny niż to wymagane”).

Jednak, poza tymi indywidualnymi pytaniami, pojawia się też kwestia egzystencjalna: aby usprawiedliwić wyższe od przeciętnych ceny piwa, browary rzemieślnicze w całym kraju aktywnie podkreślają swoją wyższość moralną dotyczącą kierujących nimi zasad. To podkreślanie ma dwa etapy: po pierwsze, twierdzą, że piwo kraftowe smakuje lepiej niż jego inne odpowiedniki, ponieważ jest produkowane ze składników o wyższej jakości i wytwarzane z większą dbałością, a po drugie – że browary rzemieślnicze są w ogóle ze swej natury „lepsze”, zdrowsze, bardziej etyczne, bardziej społecznie odpowiedzialne od browarów korporacyjnych.

Takie opinie są puszczane w ruch w środowisku kultury kraftowej, i wydają się działać. Klienci lubią czuć, że wybory konsumenckie, których dokonują (także na rynku żywności i napojów), czynią dobro. „Kraftowe”, „rzemieślnicze”, „lokalne” – to terminy, które znajdują pozytywny oddźwięk u klientów właśnie pod względem ich dobrego samopoczucia” – mówi Margaret Grey, profesor nauk politycznych na Adelphi University, autorka „Labor and the locavore” („Praca i jedzący tylko produkty lokalne”; locavore to nowo powstały termin określający osobę, która je tylko produkty wytworzone w domu lub w niewielkiej odległości od niego – przyp. tłum], książki z 2014 r., opisującej warunki pracy w lokalnym biznesie żywnościowym w Hudson Valley w stanie Nowy Jork. „Istnieje wiele przyczyn, dla których powinniśmy cieszyć się, że kraftowe piwa są produkowane” – mówi, wymieniając wśród nich jakość i obietnicę zbudowania wspólnoty wokół nich. – „Ale celebrowanie tego wszystkiego i jednoczesne zaniedbywanie tematyki warunków pracy jest wysoce problematyczne”.

O wiele łatwiej jest stwierdzić, czy piwo smakuje dobrze, niż czy browar, który je produkuje, traktuje swoich pracowników w odpowiedni sposób. Zatem niektórzy producenci piwa korzystają z charakterystycznej dla tej kategorii rynku aury postępowości, ale bez zapewniania pracownikom postępowych warunków zatrudnienia.

Często objawia się to w pasywny sposób – poprzez niskie płace, zbyt małą w stosunku do potrzeb liczbę zatrudnionych osób, niebezpieczne warunki pracy, niedostosowany sprzęt. Czasami jednak ta hipokryzja przybiera formę aktywną. Jak pisze gazeta „Northwest Labor Press”, w 2011 r. Rouge Ales, producent piwa kraftowego o zasięgu ogólnokrajowym z Newport w stanie Oregon, miał prowadzić antyzwiązkową kampanię przeciw piwowarom i pracownikom zatrudnionym przy butelkowaniu piwa, ponieważ postanowili się organizować. Co ciekawe, firma wykorzystywała w swoim brandingu oczywiste nawiązania do sowieckich propracowniczych plakatów propagandowych, łącznie z uniesionymi w górę pięściami i czerwonymi gwiazdami. (Brett Joyce, obecny dyrektor Rouge, twierdzi, że „Northwest Labor” prowadziło „oczywistą kampanię przeciw firmie” i dyskutuje z rzetelnością raportu gazety, przyznając jednak, iż „to, co wydarzyło się w 2011 r., było sygnałem do pobudki”).

Ale to była tylko jedna firma, i było to przed prawie dekadą. Co powstrzymuje dzisiejszych właścicieli mikrobrowarów przed podążaniem za przykładem wyznaczonym przez wielkie firmy lub przez ich bratnie dusze w tworzącym się właśnie ruchu pracowniczym w sektorze kraftowym? Rolę może odgrywać tu osobowość. „Przemysł piwowarski przyciąga dziwnych ludzi” – mówi Johnson. – „Niektórzy z nich są większymi indywidualistami od innych”.

Dana Garves, dyrektor naczelna i chemiczka z Oregon Brew Lab, firmy przyznającej piwu certyfikaty jakości, zgadza się, że ważnym czynnikiem jest tu mentalność „samotnego wilka”, wskazuje jednak także na inny, mniej oczywisty czynnik. „Piwowarzy naprawdę z ręką na sercu uważają, że mają najlepszą pracę, jaką można mieć. To pewna mentalność, która każe mówić: kocham robić piwo i jestem przy tym zatrudniony, zatem po co podcinać gałąź, na której się siedzi?” – mówi. Dla wielu piwowarów, tak jak dla mnóstwa pracowników w przemysłach kreatywnych, to nie jest po prostu praca przy linii produkcyjnej – to sposób na życie. A w nacechowanym wyzyskiem środowisku wymarzona praca może stać się ciężarem. Stawia to pracowników przed fałszywym wyborem: rób to, co kochasz i radź sobie z całym syfem, którym się z tym wiąże – albo zostaniesz zmuszony do pożegnania się z tym, co lubisz, by uciec przed tym, co w takiej pracy złe.

Druga strona medalu jest taka, że pozornie zasób osób, które chciałyby spróbować swoich sił w tym przemyśle, jest nieskończony. „Zawsze znajdzie się przeciętny lub przyzwoity piwowar-samouk, który chciałby pracować dokładnie na tym samym stanowisku za mniejsze pieniądze i trochę piwa” – mówi Garves. Nie jest wcale rzadkością, że fani konkretnego kraftowego browaru zgłaszają się, by pracować w nim za darmo. To wszystko może sprawić, że stali pracownicy przemysłu czują się mniej pewnie, a także może osłabić kiełkujący ruch związkowy. „Po co gadać o uzwiązkowieniu, jeśli mogą cię zastąpić kimś innym, kto za pracę weźmie znacznie mniej?”– pyta Garves.

Mamy tu także uniwersalny dla wszystkich gałęzi przemysłu czynnik odstraszający: obawę przed odwetem. „Strach przed zemstą jest silny” – opowiada Garves. Po opublikowaniu w 2015 r. wpisu blogowego, w którym wzywała piwowarów do samoorganizacji, zauważyła, że takie rozmowy chcą oni prowadzić prywatnie, ale rzadko otwarcie. W pracownikach zasiano silną obawę, że jeśli piwowar zażąda lepszych warunków pracy lub spróbuje przekonać współpracowników do solidarności pracowniczej, to administracja browaru urządzi mu po prostu piekło. Nawet jeśli ten strach nie jest uzasadniony, w mniejszych browarach gra może toczyć się o wyższą stawkę. „Właściwie to mamy powiedzieć szefowi, który jest naszym przyjacielem, ale i dyrektorem naczelnym, że nie sądzimy, abyśmy wystarczająco dużo zarabiali. Może się wydać, że jesteśmy chciwi lub niewdzięczni” – mówi.

Jeszcze inną przeszkodą dla samoorganizacji pracowniczej jest nieubłagane przeskakiwanie z firmy do firmy w obrębie branży. „Kocham swoją pracę, współpracowników i to, że służę społeczności” – opowiada Samantha Mason, która zapisała się w tym roku do związku zawodowego w Gimmie. –  „Ale mnóstwo ludzi po prostu skacze z jednego zakładu do kolejnego, w nadziei, że w następnym znajdą lepsze warunki i lepszego szefa”.

Takie przeskakiwanie pomiędzy miejscami pracy nie jest wcale rzadkie w świecie przemysłu żywności i napojów rzemieślniczych. To jedna z najpowszechniejszych uwag na pracowników z pokolenia millenialsów, i jest w tym ziarno prawdy. Ale Mason wierzy, że takie kwestie, jak niskie płace i niechętnie rozdzielane dodatki do nich są problemem strukturalnym tego przemysłu, a nie ograniczają się tylko do poszczególnych przedsiębiorstw. „Kiedy zdamy sobie sprawę, że nie uda nam się tak naprawdę uniknąć tych bolączek, może nas to przytłoczyć” – mówi Mason. Jak wyjaśnił gazecie „New York Daily News” jeden z serowarów pracujących dla firmy Beecher: „Kochamy swoją pracę, ale zależy nam również na tym, żeby była to dobra praca”.

Czy te miejsca pracy mogą stać się „dobrymi”? Oczywiście – bo nawet wysoce obecnie uzwiązkowione gałęzie przemysłu niegdyś mało płaciły i wyzyskiwały pracowników. Czy to właśnie uzwiązkowienie uczyni z nich dobre posady? Zobaczymy. Jeśli chodzi o postępowość etosu, zasób młodej siły roboczej oraz czyniący je intratnymi popyt na produkowane przez nie produkty, to właśnie miejsca pracy w przemyśle kraftowym wydają się naturalnymi punktami wyjścia dla uzwiązkowienia świata pracy. Ale jeśli browary kraftowe mają być papierkiem lakmusowym dla takiej sytuacji, to gwarancja związkowej przyszłości oddala się.

Teraz Timms wyrusza do Montany, gdzie jego znajomy z kursów piwowarskich otwiera nową wytwórnię i zaproponował mu „posadę” głównego piwowara. „Na pewno znajdę pracę – mówi – ale pewnie za barem lub jakąś inną, której tak naprawdę nie chcę wykonywać”. Innymi słowy – znów będzie zmagał się z syfem, po to, by dostać następną szansę w walce o realizację swoich piwowarskich marzeń.

Dave Infane

Tłum. Magdalena Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na portalu splinternews.com w maju 2018 r. Tytuł polskiego przekładu pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

Odejście Kaczyńskiego niczego nie zmieni

Odejście Kaczyńskiego niczego nie zmieni

Majątek przeciętnej czarnoskórej rodziny w USA zmniejszył się o 31 procent między 2007 a 2010 rokiem. Dla porównania w przypadku białych rodzin mieliśmy do czynienia ze spadkiem o 11 procent. Takie informacje możemy znaleźć w najnowszej książce Naomi Klein „Nie to za mało”. Kanadyjska dziennikarka zwraca na to uwagę, ponieważ proces pogłębiania nierówności między białymi a czarnymi rodzinami pokrył się w duże mierze z początkiem kadencji Baracka Obamy.

Nie chodzi oczywiście o to, że pierwszy czarny prezydent Stanów Zjednoczonych ponosi osobistą odpowiedzialność za wspomniane zjawisko. Klein zauważa, że przyczyną procesu zwiększania nierówności był najprawdopodobniej kryzys finansowy. Banki oferowały tanie kredyty mieszkaniowe głównie rodzinom afroamerykańskim, więc gdy przyszło załamanie, to właśnie te rodziny ucierpiały najbardziej. Idzie więc o dokonanie, w gruncie rzeczy banalnego, spostrzeżenia: wybór czarnoskórego prezydenta USA nie oznacza automatycznie poprawy losu Afroamerykanów ani nawet utrzymania ich dotychczasowego poziomu życia. Za tym oczywistym wnioskiem kryje się jednak powszechne i niebezpieczne zjawisko, które pozwolę sobie nazwać „polityką symptomów”.

Nie ma wątpliwości, że brak czarnoskórego prezydenta był efektem wielowiekowego rasizmu panującego w Stanach Zjednoczonych. Stanowił jego symptom. Zaczęło się od niewolnictwa, potem była segregacja rasowa, współcześnie zaś mamy do czynienia z sytuacją, gdy Afroamerykanom trudniej znaleźć dobrze płatną pracę niż białej części społeczności USA, łatwiej za to trafić do więzienia. Gdy dana wspólnota tak konsekwentnie dyskryminuje jakąś grupę, to przedstawicielom tej uciskanej mniejszości trudniej wdrapać się na najwyższe pozycje w państwie. Obamie się to udało. I z pewnością jego sukces stanowił powód do dumy i inspirację dla wielu osób.

Nie rozwiązał jednak systemowych problemów, z jakimi zmagają się czarne rodziny. Tak samo jak nie zrobił tego Michael Jordan, który swego czasu był najpopularniejszych sportowcem na świecie, uwielbianym przez miliony kibiców. Zwalczenie symptomu choroby nie wystarcza do jej uleczenia. Niby oczywiste, ale współczesna polityka jest wręcz obsesyjnie nastawiona na analizowanie i ewentualne radzenie sobie z symptomami właśnie – przy jednoczesnym lekceważeniu ich przyczyn. Bardzo dobrze widać to na przykładzie Trumpa. Jego zwycięstwo powinno prowadzić do głębokiej zadumy nad działaniem mediów w USA, nad obecnymi tam podziałami społecznymi, nad zadziwiającą i niepokojącą popularnością biznesmenów, od Elona Muska, przez Marka Zuckerberga, po Trumpa właśnie. Takie analizy powstają, ale na marginesie głównego nurtu debaty publicznej, w której dominuje skupianie się na charakterze obecnego prezydenta USA oraz na gwiezdnych wojnach: Trump vs Robert de Niro, Trump vs Oprah Winfrey, Trump vs Meryl Streep…

Ten problem dotyczy także naszego kraju. Jakiś czas temu w „Gazecie Wyborczej” ukazał się interesujący wywiad z Rafałem Matyją. Autor „Wyjścia awaryjnego” starał się spojrzeć na polskie perypetie polityczne z szerszej perspektywy. Próbował wyjść poza tragiczne pytanie: „Jesteś z tych, co nienawidzą Kaczora, czy z tych, którzy uważają Tuska za zdrajcę?”. Wskazywał przy tym na wiele bolączek państwa polskiego. Pod tekstem pojawiły się równie interesujące, choć z innego względu, komentarze czytelników. Najpopularniejszy z nich zawierał następującą tezę: „Ten katastrofalny, głęboki podział w społeczeństwie jest dziełem jednego człowieka. Jarosława Kaczyńskiego. To cechy jego charakteru odciskają się fatalnym piętnem na całym życiu kraju”.

Weźmy na chwilę w nawias kwestię oceny PiS-u i jego lidera. W przytoczonym komentarzu mamy do czynienia z idealnym przykładem „polityki symptomów”. Zamiast myślenia w kategoriach systemowych przyczyn, mamy myślenie w kategoriach indywidualnych objawów. W wielu miejscach świata można dostrzec, że politycy centrowi, utożsamiani z establishmentem – przegrywają. Tak było nie tylko w Polsce czy na Węgrzech, ale też w USA, a nawet we Francji. W tym sensie, że dotychczasowe francuskie partie centrolewicowe i centroprawicowe dostały łomot w wyborach. We wszystkich tych krajach partie i politycy utożsamiani z prawicą odnieśli niespodziewanie duży sukces, choć nie wszędzie skończył się on wygraną w wyborach (przykładem Francja). Oskarżenia pod adresem establishmentu o porzucenie zwykłych ludzi, o nieudaczność, o brak wizji i odwagi, połączone z ksenofobią, szowinizmem i autorytarnymi zapędami – to cechy wspólne Trumpa, Kaczyńskiego, Orbana czy Le Pen.

We wszystkich tych krajach istnieją próby wskrzeszenia lewicy. Lewica również ma wiele złego do powiedzenia na temat partii centrowych lub establishmentu, ale łączy tę krytykę z otwartością, polityką równościową i próbą demokratyzacji naszych społeczeństw. Dzieje się to w kontekście problemów o globalnych zasięgu: świata po kryzysie finansowym, postępującej katastrofy klimatycznej, wzrastających nierówności społecznych i kłopotów migracyjnych.

Oczywiście, każdy z tych krajów ma swoją specyfikę. PiS wprowadził 500 plus, a Trump chce rozmontować namiastki publicznej służby zdrowia. To istotne różnice. Ale podobieństwa nie są przypadkowe. I już one powinny skłaniać do namysłu, że to, co dzieje się w Polsce, to nie jest kwestia charakteru jednego człowieka. Z Kaczyńskim czy bez, kraj, w którym postępują nierówności społeczne i kwitną umowy śmieciowe, kraj ze słabo rozwiniętymi instytucjami demokratycznymi, kraj z takimi, a nie innymi hierarchami kościelnymi, kraj będący częścią przeżywającej kryzys Unii Europejskiej – musi być podzielony. Zresztą w samym podziale, w sporze, nie ma niczego złego. Problemem może być jedynie to, na jakich zasadach się toczy i kto odgrywa w nim główne role.

Niestety myślenie systemowe i globalne słabo przebija się do opinii publicznej. Część winy spoczywa na mediach: na publicystach i tak zwanych ekspertach. Niekończące się analizy psychiki Kaczyńskiego zbyt często wygrywają z próbami spojrzenia na polską politykę z perspektywy ogólnoświatowych procesów. Właśnie stąd bierze się przekonanie, że gdyby tylko prezes PiS-u odszedł z polityki, wszystko wróciłoby do normy. To złudzenie, opierające się zresztą na micie genialnego Kaczyńskiego, a pomijające systemowe powody, które prędzej czy później musiały doprowadzić do zwycięstwa prawicy. Tak, oczywiście, bez przywódcy PiS-u polityka prawicowa wyglądałaby trochę inaczej. Zresztą niekoniecznie lepiej. Kto ma wątpliwości, niech przyjrzy się poglądom Krzysztofa Bosaka, ulubieńca TVN-u, „sympatycznego” nacjonalisty, który uważa, że PiS prowadzi zbyt życzliwą politykę wobec obcych. Nie zmieniłoby to jednak tego, że jakaś radykalna prawica, testująca wytrzymałość praw demokratycznych i folgująca standardowemu zestawowi prawicowych obsesji, zajmowałaby mocną pozycję na polskiej scenie politycznej.

Niestety wszystkie te subtelności umykają gdzieś między kolejną diagnozą stanu Kaczyńskiego, poszukiwaniem nowego lidera opozycji i gorączkowym dodawaniem procentów poparcia partii opozycyjnych. Jakie społeczeństwo budujemy poddając się tej obsesji na punkcie Kaczyńskiego – na punkcie złych czarnoksiężników i rycerzy na białych koniach? Patrząc na komentarze w „Gazecie Wyborczej”, śmiem twierdzić, że nie najlepsze.

dr Tomasz S. Markiewka

Neoliberalny samorząd

Neoliberalny samorząd

Samorząd ma w Polsce zaskakująco dobrą prasę. Często w debacie publicznej podkreśla się wręcz, że akurat samorząd terytorialny należy do tych nielicznych obszarów, które udało nam się dobrze zorganizować. Jeśli poddajemy krytyce sytuację w Polsce, to zwykle obrywa się państwu i parlamentowi. Również krytyka z perspektywy prospołecznej czy lewicowej dotyczy głównie polityków centralnych i to ich najczęściej obarcza winą za wszelkie ekscesy nadwiślańskiej odmiany kapitalizmu. Niestety ten powszechny obraz polskiego samorządu jest nieprawdziwy, a niezła renoma, jaką cieszą się wspólnoty lokalne w naszym kraju – niezasłużona. Samorząd w Polsce to jeden z głównych podmiotów wprowadzających nad Wisłą liberalny model kapitalizmu, a poziom wypełniania przez niego ustawowych zadań jest wyjątkowo niski. Mówiąc w skrócie, polski samorząd jest neoliberalny i nieskuteczny.

Spokojnie, to tylko komercjalizacja

Komercjalizacja jest jednym z podstawowych narzędzi tzw. nowego zarządzania publicznego (NPM) – popularnego od lat 90. modelu liberalizacji sektora publicznego. NPM polega z grubsza na implementowaniu zasad i mechanizmów rynkowych do tradycyjnych obszarów działania instytucji publicznych. Komercjalizacja polega na przekształcaniu podmiotów publicznych w spółki prawa handlowego – zaczynają one zatem działać na zasadach czysto rynkowych, kierując się zyskiem. Komercjalizowane podmioty są następnie niejednokrotnie sprzedawane prywatnym właścicielom – komercjalizacja jest wręcz często wykorzystywana tylko jako pierwszy etap prywatyzacji, jako swoisty listek figowy. Najpierw zamienia się podmiot publiczny w spółkę, uspokajając mieszkańców danej wspólnoty, że to nie prywatyzacja, bo spółka pozostanie w rękach gminy czy państwa. Następnie po jakimś okresie, czasem niezwykle krótkim, sprzedaje się tę spółkę podmiotowi prywatnemu. Uspokaja się mieszkańców wspólnoty, że przecież i tak firma działała już na zasadach rynkowych, więc co to za różnica, kto ją posiada.

Szczególnie ochoczo są w Polsce poddawane komercjalizacji szpitale publiczne pozostające w gestii samorządów. Zwykle mechanizm wyglądał tak, jak wyżej zarysowano – uzupełniano go opowieścią, że szpital jest nierentowny, a przekształcenie go w spółkę pozwoli mu wychodzić na swoje. Według raportu NIK w latach 1999-2010 (do września) skomercjalizowano 105 szpitali publicznych, zamieniając je w NZOZ-y, czyli w Niepubliczne Zakłady Opieki Zdrowotnej. Od października 2010 do 2013 r. samorządy skomercjalizowały kolejne 64 szpitale publiczne. Między innymi dzięki temu procesowi w 2015 r. szpitali publicznych było mniej niż szpitali niepublicznych (540 tych pierwszych, wobec 560 tych drugich) – do niepublicznych zaliczane są podmioty zarówno stricte prywatne, jak i skomercjalizowane, z których wiele też już jest obecnie w pełni prywatnych.

Dopiero w 2016 r. nowa koalicja rządząca wprowadziła ustawę blokująca możliwość komercjalizacji szpitali. Jednak lata obowiązywania tej możliwości sprawiły, że tysiące pracowników służby zdrowia trafiły do firm prywatnych, których nowi właściciele często nie mieli pojęcia o służbie zdrowia. Ich jedyną zasługą było to, że mieli dostęp do kapitału i informacji, które pozwoliły uczestniczyć w prywatyzacji części systemu. Na przykład w Tychach pielęgniarki szkolne trafiły do prywatnej firmy NZOZ Medycyna Szkolna, która działa jako… spółka cywilna (sic!). A samorząd? Pozbył się odpowiedzialności za prowadzenie kłopotliwej działalności.

NIK przyjrzał się komercjalizacji szpitali publicznych za lata 1999-2010. Główną tezą raportu było to, że komercjalizacja nie przyniosła żadnych spodziewanych efektów. Sytuacja finansowa skomercjalizowanych szpitali wcale się nie poprawiła, a kolejki nie uległy skróceniu. Co więcej, samorządy popełniły mnóstwo błędów. Na przykład przenosiły na spółki własność nieruchomości (zamiast je dzierżawić), co w razie upadłości spółki nie zabezpieczało im infrastruktury do prowadzenia opieki medycznej na swoim terenie. Inna część samorządów co prawda wydzierżawiała nieruchomości, ale nie dbały o odpowiednią wycenę, więc pobierały absurdalnie niskie stawki. A podczas przenoszenia dóbr trwałych na poczet nowych spółek nawet nie zadbały o ich inwentaryzację.

Mieszkanie komunalne tanio sprzedam

Kolejnym obszarem ustawowych działań samorządów, z którego zupełnie się nie wywiązują, jest mieszkalnictwo. Co więcej, podobnie jak w przypadku szpitali, samorządy, a w tym wypadku konkretnie gminy, z lubością umywają ręce od problemu, pozbywając się mieszkań komunalnych w zastraszającym tempie. Pomimo że liczba mieszkań w latach 2002-2013 wzrosła o 18 proc., to liczba mieszkań w zasobach gmin spadła o… 31 proc. Głównie w wyniku sprzedaży ich osobom prywatnym, czyli zwyczajnej prywatyzacji. O ile jeszcze w 2002 r. gminy posiadały 12 proc. wszystkich mieszkań w Polsce, to w 2016 r. było to już tylko 6 proc. Gminy są także wyjątkowo mało aktywne w zakresie budowy nowych mieszkań komunalnych – w latach 1989–2014 odpowiadały one zaledwie za 2,6 proc. wybudowanych w tym czasie mieszkań. Co gorsza, trend jest spadkowy – o ile jeszcze w latach 90. budowały ok. 5 proc. mieszkań, to w pierwszej dekadzie XXI wieku 2-3 proc., a w obecnej dekadzie ok. 1,5 proc. A w ubiegłym roku polskie gminy pobiły swój niechlubny rekord – mniej niż jeden procent oddanych w 2017 r. mieszkań było komunalnymi.

Mieszkaniom komunalnym także przyjrzał się NIK. Wnioski płynące z raportu są przygnębiające. W skontrolowanych gminach mieszkanie komunalne co rok otrzymywało zaledwie 16 proc. oczekujących. Komunalny zasób mieszkaniowy spadł w nich o 5,5 proc. w zaledwie trzy lata (2009–2011). W 34 kontrolowanych gminach na mieszkanie komunalne oczekiwało 48 tys. rodzin. Najdłużej w Kielcach – 27 lat. W Kutnie 19 gospodarstw domowych czekało na mieszkanie od kilkunastu lat.

W 2016 roku ukazał się raport Portalu Samorządowego na ten sam temat. Wnioski są podobne – gminy mają bardzo niewielki zasób mieszkaniowy (np. Poznań posiada 13 tys. mieszkań), a i ten mały zasób bardzo chętnie wyprzedają. Na przykład Łódź sprywatyzowała w trzy lata 10 tys. mieszkań z 57 tys., które miała do dyspozycji. Niektóre z… 95-procentową bonifikatą. Dzięki temu uzyskała z tytułu gospodarki mieszkaniowej 125 mln zł na czysto, zamiast kilkumilionowego minusa, jak wcześniej. Samorządy nie palą się też do budowy mieszkań komunalnych – w 2006-2014 na jedną gminę w Polsce przypadał średnio… jeden oddany nowy lokal komunalny. W badanym okresie niektóre całkiem spore miasta w ogóle nie oddały żadnego mieszkania gminnego – np. Gorzów i Opole w latach 2014-2015. W momencie pisania raportu Gorzów, Rzeszów i Gdynia nie budowały ani jednego mieszkania komunalnego.

Problemy z komunikacją

Niewiele lepiej wygląda zaspokajanie przez samorządy potrzeb mieszkańców w zakresie komunikacji zbiorowej. Stan polskiej komunikacji publicznej, szczególnie w mniejszych ośrodkach, jest już wręcz legendarny, doskonale znany nie tylko z rzetelnych opracowań, ale też z setek anegdot czy zdjęć.

W tym roku pojawił się raport Krajowego Instytutu Polityki Przestrzennej i Mieszkalnictwa, który przyjrzał się aglomeracjom wojewódzkim, a dokładnie ich zewnętrznym strefom miejskiego obszaru funkcjonalnego (MOF). Mówiąc po ludzku, chodzi o stan komunikacji miejskiej w gminach otaczających miasto wojewódzkie, które tworzą razem z nim jeden miejski obszar funkcjonalny. W przypadku Śląska mowa o gminach otaczających Górnośląski Związek Metropolitalny. Okazuje się, że w zasięgu pieszego dostępu do przystanku żyje zaledwie 52 proc. Polaków żyjących w strefach zewnętrznych MOF-ów wszystkich miast wojewódzkich. Inaczej mówiąc, co drugi Polak żyjący w jednej z 16 głównych polskich aglomeracji, ale poza jej rdzeniem, nie mam jak dojechać do jej rdzenia komunikacją publiczną. Pozostaje więc samochód, co oczywiście zwiększa korki w samym mieście, a więc także obniża dobrostan mieszkańców rdzenia. Najgorzej jest w gminach wokół Zielonej Góry – tam zaledwie 20 proc. mieszkańców żyje w zasięgu pieszej dostępności przystanku.

Zresztą problemem jest także gęstość siatki połączeń, która w zewnętrznych strefach MOF miast wojewódzkich jest mizerna. Średnia dobowa liczba połączeń wynosi w nich 7,4 połączenia na tysiąc mieszkańców – w wielu gminach jest niższa, wynosi 2-3 połączenia, a niektóre gminy w ogóle nie mają połączeń. Nawet mieszkając w zasięgu pieszej dostępności przystanku komunikacja zbiorowa może nie być żadną alternatywą.

NIK przyjrzał się temu, jak funkcjonuje regionalny publiczny transport zbiorowy, którym powinny zajmować się powiaty oraz województwa. Wnioski są dosyć zatrważające – otóż skontrolowane samorządy… nie wykazywały zainteresowania organizowaniem lokalnych systemów transportu zbiorowego. Ograniczały się jedynie do wydawania pozwoleń na wykonywanie tego typu usług chętnym podmiotom. Co więcej, połowa skontrolowanych jednostek samorządu terytorialnego (JST) nawet nie badała lokalnych potrzeb komunikacyjnych, choć jest to ich obowiązkiem. Zresztą te JST, które przeprowadziły badania, z których wyszło, że komunikacyjne potrzeby lokalne nie są spełniane, i tak nie podjęły żadnych kroków, tj. na przykład nie podpisały żadnych umów na świadczenie usług z przewoźnikami.

Chaos zamiast metody 

Nie tylko stan komunikacji zbiorowej w Polsce jest legendarny – równie znany jest chaos przestrzenny, który dominuje w naszych miastach, miasteczkach czy wsiach. Najwyższa Izba Kontroli przyjrzała się gospodarowaniu przestrzenią w polskich gminach. Wnioski, jakie wyciągnął NIK po kontroli, pokrywają się dokładnie z tym, co podnoszą wszelkiej maści działacze miejscy. Przede wszystkim gminy nie uchwalają planów zagospodarowania przestrzennego. Zaledwie 30 proc. naszego kraju pokryte jest planami zagospodarowania. Planami pokryte jest zaledwie 12 proc. terenów zagrożonych powodzią oraz 25 proc. pasa nadbrzeżnego. W efekcie nadużywane jest wydawanie decyzji o warunkach zabudowy (WZ), przez co miejsce ma przestrzenny chaos, niekontrolowana urbanizacja oraz brak należytej ochrony przyrody. A wszystko to razem negatywnie wpływa na dobrostan mieszkańców. Niestety nie widać też specjalnie woli po stronie gmin, by zmieniać ten stan rzeczy na lepsze, a tempo uchwalania planów zagospodarowania jest wysoce niesatysfakcjonujące.

Listę neoliberalnych grzechów polskiego samorządu można ciągnąć w nieskończoność. Fatalna sieć żłobków gminnych – niektóre gminy nie mają żadnego miejsca żłobkowego, tymczasem w skali kraju miejsc we wszystkich żłobkach jest mniej niż 10 proc. dzieci do lat trzech. Część gmin tylnymi drzwiami prywatyzuje… szkoły. Dzięki furtce, jaką stanowi możliwość zlecania prowadzenia szkół z liczbą uczniów poniżej 70 osobom fizycznym lub prawnym. W małopolskich Iwanowicach sprywatyzowano w ten sposób wszystkie szkoły, co spowodowało głównie kłótnie o subwencję oświatową oraz eksplozję wynagrodzeń dyrektorów – nawet do 300 tys. zł rocznie.

Samorządy chętnie też outsourcują usługi publiczne. W Warszawie część usług komunikacji miejskiej świadczą spółki prywatne – np. Arriva Bus Transport Polska czy Europe Express City. Przez lata robił to też koncern Veolia, znany z tego, że swego czasu wytoczył sprawę przed arbitrażem Egiptowi za to, iż ten ośmielił się podnieść płacę minimalną. W tamtym czasie Veolia wywoziła śmieci w Aleksandrii, co podwyższyło jej koszty. Jeszcze dalej poszedł Gdańsk, który sprywatyzował dostarczanie wody oraz odprowadzanie ścieków, co świadczy tam prywatna spółka Saur Neptun Gdańsk. Teraz cena za odprowadzania ścieków jest jedną z wyższych w dużych polskich miastach.

Samorząd ma bardzo ważne zadanie w prospołecznym modelu gospodarczym – wiele usług publicznych najlepiej organizować na szczeblu lokalnym lub regionalnym. Jednak samorząd i elity lokalne są w równym stopniu narażeni na działanie doktryny neoliberalnej i jej przeróżnych lobbystów, co państwo i jego decydenci. Zwodnicze i zwyczajnie nieprawdziwe są teorie, według których to wspólnoty lokalne wyrwą nas z neoliberalnego modelu kapitalizmu, ponieważ nie da się już wrócić do czasów „dużego państwa”. Nie ma żadnego dowodu na to, że samorząd będzie mniej zaczadzony neoliberalizmem, niż państwo. Obserwując sytuację w Polsce można dojść do wniosku, że jest wręcz przeciwnie.

Piotr Wójcik