Obywatelu, stul gębę!

Transformacja ustrojowa dała wielu Polakom poczucie, że teraz wszystko będzie już dobrze. Rządzić będą nasi, polityka nie będzie sztuką samą dla siebie na usługach sprawujących władzę, wolne/niezależne media zagwarantują jawność i powszechną dostępność do życia publicznego, instytucje państwowe będą przyjazne obywatelom, a rynek, uwolniony od absurdów tzw. realnego socjalizmu, da możliwość wolnej konkurencji, podniesie jakość usług, towarów, pracy i płacy. Jednym słowem: powróci normalność.

Oczywiście, co to jest tzw. normalność, to już temat na osobną dyskusję między różnymi opcjami ideowo-polityczno-ekonomicznymi. W każdym razie, o czym Polaków zapewniano, wreszcie będą mogli dyskutować o tym wszystkim otwarcie, publicznie i bez skrępowania. Oczywiście, byli i tacy, którzy twierdzili, że to zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe i że coś tu skrzeczy, ale tych, niezależnie, czy byli z prawa, czy z lewa, sprawnie spacyfikowano, etykietkując jako oszołomów i mniej lub bardziej grzecznie wypraszając poza nawias tzw. opinii publicznej.

Gdy dziś mówimy o III RP, tego entuzjazmu jest już jakby mniej. Cenzurę PZPR-owską zastąpiły różne formy cenzur środowiskowych. Każdy mainstreamowy, opiniotwórczy tytuł i medium elektroniczne mają własną ulicę Mysią. Cenzorów zastąpili reklamodawcy, presja towarzyska, zależności polityczne, czasem tępy duch sekciarstwa. Bo cenzura nie polega jedynie na tym, że przemilcza się rzeczy niewygodne, ale i na tym, by odpowiednio zinterpretować fakty, aby nie sprawiały niepotrzebnych kłopotów. A że ludzie lubią być oszukiwani i lubią mieć słuszne poglądy na wszystko, to każdy znajdzie tu coś dla siebie, co utwierdzi go w jego racjach. Jednym zdaniem: oto Hyde Park w krzywym zwierciadle.

Co do polityki, to i owszem, kto chce i lubi może brać udział w wyborach, referendach. I są to wydarzenia niepomiernie bardziej demokratyczne niż „wybory” i „referenda” czasów PRL. Ale i tu wskazać można na liczne mankamenty: sposób finansowania partii, który kilku najważniejszym ugrupowaniom daje szansę na największy udział w politycznym marketingu (nazywanym czasem dla niepoznaki „debatą publiczną”), koteryjność ugrupowań partyjnych, nawet tych największych, medialno-polityczne zblatowanie. Tu dodam, że osobiście jestem zwolennikiem takiej sytuacji, sięgającej korzeniami XIX wieku, w której każde ugrupowanie miałoby własny, utrzymywany ze swoich środków, jawnie określający się tytuł prasowy. PO mogłoby wydawać „Biuletyn Obywatelski”, PiS „Gazetę Prawych”, a SLD i PSL zwyczajowo „Trybunę” i „Zielony Sztandar”. Dziś jest zaś tak, że poważne pisma i media elektroniczne udają bezstronność i obiektywizm, choć kładę dolary przeciw orzechom, że same w tę iluzję nie wierzą.

Zresztą, owa bezstronność i niezależność instytucji publicznych w Polsce to istne targowisko hipokryzji: od KRRiTV po spółki skarbu państwa. Po każdych wyborach słyszymy te same śpiewki o przywracaniu właściwych proporcji, bezpartyjnych fachowcach czy – jak ostatnio – dożynaniu watah. A to przecież jedne wilki w owczej skórze zastępują inne, im podobne niewiniątka. I zawsze niezależni publicyści (tyle że różnych opcji) podnoszą rejwach i krzyk, że znów psują nam państwo. Ale czy można zepsuć coś, co już nie działa? Oczywiście, stuprocentowa apolityczność instytucji państwowych i jej biurokracji to utopia. Ale po co łgać ludziom w żywe oczy, że np. w IPN nie mają swoich sympatii politycznych, albo że sympatia „GW” czy PO wobec Wałęsy motywowana jest olbrzymim szacunkiem dla tej persony? Myślałby kto, że obiektywizm i niezależność sądów to jakiś polski fetysz, ba, naczelna wartość narodowa, gdy jest to po prostu listek figowy chorego na trąd nepotyzmu, układzików, korupcji, kolesiostwa i stadnego myślenia człowieka.

Dlaczego o tym piszę? Bo zastanawia mnie, czy przy okazji budowania III RP nie stracono z oczu człowieka. I nie chodzi o to, żeby dać mu za darmo kiełbasę i co tydzień wysyłać z Belwederu lub URM-u umyślnego z pytaniem, czy aby mu czego nie brak. Ani żeby robić za „gęby za lud krzyczące”. Jak lud chce, niech sam krzyczy, także na ulicach. Nawet lepiej, gdyby krzyczał sam, niż mieliby to robić w jego imieniu różni „zawodowi rewolucjoniści”.

Zastanawia mnie natomiast, czy dzisiejszą Polskę zbudowano dla ludzi, czy znów dla tzw. elit: politycznych, biznesowych, medialnych, a także kościelnych. Oczywiście są to już elity znacznie bardziej cywilizowane i humanitarne, często z solidarnościowym rodowodem, z pięknymi kartami w życiorysach. Te elity, mówiąc w dużym skrócie, pod sejm kontraktowy podjeżdżały trabantami, w wyciągniętych swetrach, w niemodnych, rogowych oprawkach okularów, a odjeżdżały porządnymi samochodami, w dobrych garniturach, „obznajomione” z meandrami polityki. I już mniej czułe na los tych na dole, na których plecach, często też sinych od milicyjnych pał, wybiły się na dobrobyt, po drodze często-gęsto przepijając bruderszafty ze swoimi dawnymi przeciwnikami. I tak już zostało. Dziś już nieliczni ludzie z tamtej epoki, jak Zbigniew Romaszewski, mają odwagę i chęć, ale też moralne prawo, by mówić językiem „ideałów Sierpnia”, językiem wspólnych wartości. Językiem, w którym czuć coś więcej, niż obecność pieniądza.

Elity zawsze wiedzą lepiej. Trywialnym, ale nigdy nie dość wartym przypominania przykładem jest fakt, że żaden z projektów Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej (i tak potraktowanej po macoszemu przez ustawodawców) nie został ani w większym stopniu nagłośniony przez media, ani nie znalazł uznania w oczach większości parlamentarnej kilku kadencji. Nie dość zatem, że współczesny Polak jest dość leniwy na niwie publicznej i swoje pasje obywatelskie ogranicza co najwyżej do niezobowiązującej paplaniny/stukaniny. Nie dość, że traktowany jak mięso wyborcze i konsument marketingu politycznego, któremu przed wyborami do europarlamentu zamiast rzeczowej dyskusji podrzuca się durne filmiki, to non stop odbiera od własnego państwa ten jeden podstawowy komunikat: obywatelu, stulcie lepiej gębę! Ale koniecznie idźcie na wybory…

Deliberata

Zrewitalizowała go sprawna ekipa, którą wynajęła –wybrana przez Ciebie! – administracja samorządowa.

No dobra, powiem jak jest naprawdę: jeszcze nie zrewitalizowała, tylko ma właśnie w planach. W ostatniej chwili się dowiedziałeś, bo komuś tam przysłali przez pomyłkę informację o tym, co ma się dziać. Lokalna gazeta o tym napisała i alarmuje*. Park Skaryszewski. Warszawa – Saska Kępa.

Gdy wybierałeś swój samorząd – jeśli w ogóle wybierałeś – to sądziłeś, że będą podejmować decyzje dla wspólnego dobra. A oni ci mówią, że koniecznie trzeba wyciąć 250 starych drzew w parku, bo po rewitalizacji na alejkach musi się zmieścić ciężki sprzęt do sprzątania, więc korzenie starych drzew przeszkadzałyby w ułożeniu odpowiedniej nawierzchni.

Do tej pory mogłeś sądzić, że park jest po co innego niż po to, żeby alejkami jeździł ciężki sprzęt sprzątający.

Błąd.

Park jest po to, po co może być potrzebny urzędnikowi. A urzędnik, wiadomo, swój rozum ma. Na pewno jest szkolony za europejskie pieniądze w sprawnej realizacji zadań związanych z obsługą mieszkańców, więc wie.

No ale Ty, Czytelniku, też jesteś trochę szkolony, parę organizacji pozarządowych już zaliczyłeś, więc robisz z tego użytek. Skrzykujesz ludzi. Sprawdzacie, czy wymagane były konsultacje społeczne. Jeśli były, ale właśnie minął termin – piszecie wniosek o przywrócenie terminu. Drugi wniosek – o uwzględnienie opinii mieszkańców, którzy korzystają z parku. Piszecie też parę komunikatów prasowych i rozsyłacie e-mailami po lokalnych redakcjach. Gdy redakcja przyśle kogoś, to tłumaczycie jak normalnym ludziom, że do parku chodzi się, żeby odpocząć w cieniu starych drzew, a nie po to, żeby słuchać jazgotu maszyny sprzątającej.

Potem idziecie do burmistrza albo innego ważnego rządzącego dzielnicą i mówicie do niego to samo, co do kamery. On swoje – że musi wjechać sprzęt i że posadzą przecież nowe drzewa, które już za 40 lat będą tak samo piękne, jak te ścięte.

Sprawdzacie, kogo i co jeszcze można zaskarżyć, może nawet robicie zrzutkę i wynajmujecie prawnika, żeby popisał wnioski gdzie tam trzeba.

Tak mija wiosna, lato i jesień, nadchodzi zima. Drzewa jeszcze stoją, Ty nie możesz już patrzeć na segregatory pełne Twoich pism do urzędu i urzędowych odpowiedzi na te pisma. Półki odmawiają współpracy. Nawet Twoja własna drukarka nie chce już drukować kolejnego wniosku o wzięcie pod uwagę opinii społecznej…

Więc w końcu dajesz spokój. Przychodzi wiosna – drzewa wycinają. Całą starą aleję, stanowiącą oś parku. Wkrótce potem znani publicyści ubolewają na łamach, że społeczeństwo obywatelskie nam się nie zbudowało, że ludzie nie chcą się angażować.

Ale w końcu: ile można? – pytasz sam siebie. Ile czasu i własnej energii można tracić, żeby coś, co dla normalnego człowieka jest oczywiste – ochronić przed inwazją szkolonych biurokratów w służbie samorządowej. Kto ma na to siłę?

***

Teraz będzie cytat. Ze strony Laboratorium Monitoringu Budżetu**. O konferencji z listopada 2008.

Marek Ziółkowski, wicemarszałek Senatu RP podkreślił, że „demokracja posiada słabości, których nie można usunąć w całości”. Są to m.in. biurokracja, struktury oligarchiczne, zakulisowe podejmowanie decyzji. Demokracja często ograniczona jest do sfery instytucjonalno-politycznej. – „Innowacje demokratyczne mogą zwiększyć świadome uczestnictwo obywateli we władzy” – podkreślił Ziółkowski. Dużo prościej zastosować nowe rozwiązania w samorządach, niż na szczeblu centralnym. Wśród innowacji demokratycznych naukowcy obecni na konferencji wymienili m.in. przedsięwzięcia demokracji deliberatywnej, technologiczne panele, partycypacyjne zarządzanie budżetem, losowo-amerykańską selekcję. Narzędzia te wprowadzane od kilkunastu lat m.in. w Danii i Stanach Zjednoczonych pozwalają na większe zaangażowanie obywateli i rozwiązywanie lokalnych konfliktów. – Większość z tych rozwiązań jest do wprowadzenia na poziomie samorządowym, np. myślenie o tym, żeby ludzie partycypowali w wydawaniu budżetów lokalnych…

Socjolog, Radosław Markowski, mówił o europejskich innowacjach w demokracji, m.in. o – skandynawskich głównie – próbach wprowadzania modelu demokracji deliberatywnej, gdzie próbuje się na serio poznać rozkład opinii obywateli na konkretny temat, a potem wypracować wspólne – mimo różnic w poglądach – stanowisko, które stanie się rekomendacją dla władz samorządowych.

Jego zdaniem, bardzo dobrym pomysłem jest też zastosowanie w Polsce testów dla kandydatów do pełnienia funkcji w samorządzie stosowanych w procesie selekcji przedstawicielstwa, tzw. cywilokracji. Chodzi o testy mierzące z jednej strony umiejętności merytoryczne i poprawnego rozumowania kandydatów na przedstawicieli, a z drugiej test określający etyczne standardy kandydata.

Mierzyć naszym samorządowcom umiejętności merytoryczne i poprawnego rozumowania? Yes, yes, yes!

Czytajcie ludzie Markowskiego***. Tekst jest długi, ale inspirujący. Deliberatywnie.

* http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,95190,6592470,Chca_wyrabac_250_drzew_z_Parku_Skaryszewskiego.html

** http://www.lmb.lgo.pl/node/43

*** http://www.samorzad.pap.pl/palio/html.run?_Instance=cms_samorzad.pap.pl&_PageID=6&_media_id=21553&_filename=RM_innowacje_doc&_mimetype=application/msword&_CheckSum=-1031189798

Bardzo długi marsz?

Wydawałoby się, że najbliższe wybory są mało istotne w porównaniu z np. dwoma ostatnimi wyścigami do polskiego parlamentu – tymi z lat 2005 i 2007. Tymczasem ilość pytań o to, „kogo popieram”, „co zrobi »Obywatel«” itd., jest znacząco większa niż wówczas. Na pewno jest to zrozumiałe ze względu na profil naszego pisma – jego czytelnicy i sympatycy rekrutują się spośród przeciwników gospodarczego liberalizmu, a zatem dominacja rządzących liberałów z PO niepokoi ich znacznie bardziej niż gdyby rządził ktokolwiek bardziej prospołeczny.

Ale mnie z kolei niepokoi ten sposób myślenia, który towarzyszy autentycznej – co do tego nie mam wątpliwości – trosce o to, jak odsunąć owych liberałów od władzy. Coraz bardziej bowiem utwierdzam się w przekonaniu, że ani te, ani kilka najbliższych wyborów niczego istotnego nie zmienią. Owszem, lepiej byłoby odsunąć PO od władzy, gdyż bez wątpienia szykuje ona wiele szkodliwych posunięć. Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie? – jak śpiewał artysta. Ano spieprzą jeszcze zapewne to i owo: skomercjalizują do reszty służbę zdrowia, kto wie, czy podobny los nie spotka szkolnictwa, w ramach tzw. partnerstwa prywatno-publicznego wielkie firmy, w tym zagraniczne koncerny, będą „kręciły lody” za pieniądze budżetowe, w kolejce jest jeszcze liberalizacja kodeksu pracy, pogłębianie przepaści cywilizacyjnej między kilkoma ośrodkami wielkomiejskimi i subregionami a prowincją (gdyby były inne plany, to zamiast budowy „szybkich kolei” i autostrad między aglomeracjami, reanimowano by lokalne linie kolejowe i takież drogi), dalsze urynkowienie systemu emerytalnego itd. Strach się bać – mnie też przeraża taka wizja.

Nie potrafię jednak uznać, że jakimś istotnym zwrotem mogą stać się któreś wybory. Nie podzielam też wiary moich różnych znajomych w bunt społeczny, który radykalnie zmieni wizje, cele i mechanizmy polskich społeczno-gospodarczych. Siła neoliberałów bierze się ze słabości alternatyw wobec nich, a te z kolei są słabe, gdyż słabe jest społeczeństwo. Oczywiście łatwiej byłoby je umocnić, gdyby nie rządzili liberałowie i gdyby nie rozmontowywano kolejnych elementów tkanki społecznej – bo wszak do tego sprowadza się pochód neoliberalizmu – ale oni rządzą dlatego, że już dziś nie sposób stworzyć trwałej bazy społecznego poparcia dla innej polityki.

Być może za jakiś czas będzie ją stworzyć jeszcze trudniej. Ale być może jedynym sposobem, aby ona jednak powstała, jest mozolna, długotrwała praca, pozbawiona emocji związanych z wyborami, oszczędnie gospodarująca niewielkimi zasobami – nie tylko kadrowymi czy finansowymi, ale także zasobami emocji, bo nic tak nie niszczy ludzkiej aktywności, jak obietnice triumfów i następujące po nich spektakularne klęski.

Choć PO i podobne jej ekipy neoliberałów z lewa i prawa – dość wspomnieć SLD czy niesławnej pamięci AWS – są lokalną emanacją ogólnoświatowej tendencji, to jednak polska specyfika ma wpływ na taki rozwój wydarzeń, jaki obserwujemy. Ta specyfika to natomiast nieistnienie w naszym kraju zorganizowanego społeczeństwa. Neoliberalizm wszędzie działa podobnie i prowadzi do jednakich następstw. Jeśli jednak w USA możliwy jest triumf Obamy, jeśli w Wielkiej Brytanii po wieloletnich ekscesach thatcheryzmu (także tego w wykonaniu New Labour) – a pamiętajmy, że jego twórczyni wsławiła się wyjątkowo kretyńskim stwierdzeniem, że „nie ma czegoś takiego, jak społeczeństwo” – nadal istnieją tysiące aktywnych inicjatyw obywatelskich, jeśli we Francji czy w Niemczech demonstracje przeciwko zamachom na dobro wspólne gromadzą nie setki, lecz setki tysięcy ludzi, jeśli w Skandynawii niemal nikt nie traktuje serio bredni o konieczności prywatyzacji i „deregulacji”, to widać jak na dłoni, że reakcje na tenże neoliberalizm są rozmaite. A polska reakcja jest z nich najgłupsza.

To nie jest żaden przypadek. Jedna sprawa to tzw. charakter narodowy. Z górą sto lat temu trafnie opisał go Aleksander Świętochowski w lapidarnym stwierdzeniu, że Polacy są narodem, który dla odzyskania niepodległości rzuci się na komendę tłumnie, aby wypić wodę z Wisły, ale za żadne skarby nie chodziliby w tym samym celu regularnie przez rok, aby codziennie wypijać z niej szklankę. Nie jestem zwolennikiem kurczowego trzymania się „pracy organicznej”, która poza swym logicznym i rozsądnym aspektem bywa mocno podszyta cynizmem, tchórzostwem i lenistwem intelektualnym. Pewne jest jednak, że same wielkie zrywy, wielkie hasła i wielkie ofiary nie wystarczą, gdy nie towarzyszy im – przed i po – wytężona, mozolna, regularna, choć mało widowiskowa praca.

Przede wszystkim wynika to wprost z ludzkiej psychiki, która nie jest w stanie długofalowo funkcjonować na najwyższych obrotach w kwestii zaangażowania w życie publiczne. Na tym „przejechali” się wszyscy rewolucjoniści. Rozmaite buntownicze zrywy były w swej większości romantyczne, piękne i wyzwalały w ludziach ogromne pokłady szlachetnych uczuć, ale po nich następował albo marazm, albo na ich fali wypływały przeróżne kanalie, którym bez większego sprzeciwu pozwalano robić rzeczy daleko odbiegające od haseł wyjściowych. Tylko tam, gdzie grunt był przygotowany i gdzie istniała sieć inicjatyw umożliwiających mniej spektakularną kontynuację owych buntów – lub gdy buntownicy zadbali o jej szybkie stworzenie – owe rewolucje nie zamieniały się w swoje przeciwieństwo lub nie kończyły nostalgicznymi wspominkami o bardzo krótkim okresie „burzy i naporu”.

W Polsce tego wszystkiego brak. Rozumieli to także krytycy Świętochowskiego, którzy w swej większości uważali, że jakkolwiek „praca organiczna” nie wystarczy, to jednak te wszystkie pozornie niewielkie sprawy – spółdzielnie, kółka rolnicze, kursy kształceniowe, niszowe wydawnictwa, kółka dyskusyjne itp. – nie są przeciwieństwem, lecz dopełnieniem Wielkich Rzeczy. Jeśli rewolucja ma nie stać się nieudolną błazenadą lub – co gorsza – szkodliwą i zbrodniczą jatką pogarszającą sytuację, powinna wyrastać z setek małych „ewolucji”. Jeśli spojrzymy na to, kto w Polsce przed I wojną światową lub w II RP tworzył zręby różnych mikroinicjatyw społecznych, to zobaczymy tam wielu radykalnych wizjonerów, którzy o lata świetlne odlegli byli od drobnomieszczańskiej ideologii „pracy organicznej”.

Być może udałoby się przeorać „zrywową”, niechętną wobec systematycznej pracy mentalność Polaków, gdyby nie PRL. Nie mam ochoty na znęcanie się nad truposzem, ani nad jego coraz mniej licznymi nekrofilskimi zwolennikami, ale jeśli dziś nurtuje nas problem mizernej aktywności społeczeństwa, to nie sposób uniknąć krytyki powojennego 45-lecia, nawet gdybyśmy uznali, że tylko to obciąża komunistyczne władze. Centralizm polityczny, zamordyzm, faktyczne upaństwowienie wszelkich form aktywności, fasadowość wielu instytucji – musiały oduczyć ludzi autentycznego zaangażowania w życie publiczne, zwłaszcza, że reżim nie ulegał stałej liberalizacji, lecz okresowo „zaostrzał kurs” wobec inicjatyw choć trochę niezależnych i samodzielnych. Żeby nie było tak antykomunistycznie sztampowo, dodam, że pewne negatywne zjawiska w tej kwestii miały miejsce również wraz z rosnącym autorytaryzmem sanacyjnej ekipy w międzywojniu.

PRL zrobił jednak coś więcej niż tylko stłumił rozwój autentycznego społeczeństwa obywatelskiego. Izolacja od świata i zachodzących w nim przeobrażeń sprawiła, że to, co na Zachodzie trwało lata i było rozłożone w czasie, nam spadło na głowę nagle i w wielkim stężeniu. Pozytywnych rozwiązań i mechanizmów nie mieliśmy czasu się nauczyć, zaś wobec negatywnych zjawisk nie wypracowaliśmy mechanizmów obronnych. Efektem jest dzisiejszy stan życia publicznego, cechującego się mizernym poziomem kapitału społecznego (niemal nikt nikomu nie ufa), ucieczką w konsumpcyjną prywatność, ogromną podatnością na najgłupsze trendy popkultury, ostentacyjnym wręcz „olewactwem” wszystkiego, co wykracza poza czubek nosa i próg „własnego M”. Oczywiście na taki stan rzeczy złożyło się wiele zjawisk, nie tylko spuścizna PRL-u. Swoje zrobiła „zdrada elit” opozycyjnych, które wypięły się na masy popierające je swego czasu. Ale nie bądźmy dziećmi – w krajach Zachodu elity też nie raz i nie dwa zdradzały masy, a mimo to nie są one do tego stopnia zdemobilizowane, jak w Polsce. Ktoś inny powie z kolei, że przyczyną mizernej aktywności Polaków jest niezamożność, konieczność walki przede wszystkim o przetrwanie. Bądźmy jednak poważni – stokroć silniejsze ruchy i inicjatywy społeczne niż w Polsce istnieją choćby w Brazylii czy Argentynie, przy których my jesteśmy może nie rajem finansowym, ale na pewno znajdujemy się kilka pięter wyżej pod względem stabilizacji społecznej i tej zwykłej, życiowej. Poza tym, gdy słyszę, że większości Polaków nie stać na 5 złotych miesięcznej składki, na niezależny kwartalnik za 7 czy 10 złotych albo na bilet autobusowy lub litr benzyny, by dojechać na demonstrację, to pukam się w czoło, bo na moim niezamożnym osiedlu w jeszcze bardziej niezamożnym mieście natrafiam niemal za każdym razem, gdy wynoszę śmieci, na kolejne pudło po nowym wielkim telewizorze.

Czy emigranci z przedmieść Paryża są o wiele bogatsi od Polaków, by mieć środki na udział w życiu politycznym? Czy niemiecki urzędnik pracuje znacząco krócej od polskich „budżetowców” i dlatego ma czas na aktywność społeczną? Czy na polskich studentach ktoś wymusza zainteresowanie niemal wyłącznie alkoholem, muzyką i podróżami, więc dlatego nie mogą się zdobyć na choćby takie inicjatywy, jakie podejmują ich rówieśnicy ze Szwecji, Hiszpanii czy USA? Czy nad Polską ciąży jakieś fatum, które sprawia, że ludzie po zawarciu małżeństwa i dorobieniu się dzieci ograniczają swoją aktywność do grillowania z podobnymi małżeństwami? Czy jakiś zły duch sprawił, że akurat Polakom tyłki przyrosły do krzeseł i za szczyt aktywności społecznej uchodzą tutaj jałowe pyskówki w Internecie?

Nie chodzi o to, by obwiniać kogoś personalnie i rozliczać z tego, co robi lub czego zaniechał. Nie ma też sensu pojawiająca się czasem u różnych „weteranów” aktywności społecznej nuta cynizmu połączonego z rozczarowaniem, która prowadzi ich do wniosków, że „mają to, na co zasłużyli”, „chcą być kopani w tyłek, to proszę bardzo”, „wybrali liberałów, to niech teraz płaczą, gdy są wywalani z pracy” itd. Problem tkwi w czymś innym. W tym mianowicie, że dopóki nie odtworzymy tkanki publicznego zaangażowania, dopóty nie ma co marzyć o istotnych zmianach, a już na pewno nie o tym, że wykroczą one poza chwilowy triumf. Społeczeństwo, które nie jest zorganizowane, nie dysponuje własnymi kanałami komunikacji i forami debaty, nie ma nawyków brania przynajmniej części spraw we własne ręce, nie obawia się podnieść głowy – zawsze padnie łupem inwazji kolorowych billboardów, kampanii tandetnych obietnic, zagrywek spin-doktorów itp. I będzie święcie przekonane, że miły, wygadany facet w fachowo dobranym krawacie chce dobrze właśnie dlatego, że dobrze wygląda. Nawet jeśli tacy ludzie zagłosują czasem na „partię protestu”, to ich sympatia potrwa tylko do czasu, aż oligarchiczne media nie przypuszczą na nią zmasowanego ataku pod byle pretekstem. A wymyślić pretekst, który trafi w gusta bezkrytycznej, tabloidowo-telewizyjnej publiczności, jest doprawdy nietrudno.

Nie ma drogi na skróty. Dziś i jutro najważniejsze nie są wybory do któregoś z ciał przedstawicielskich, nie mają większego znaczenia doraźne polityczne pyskówki, nie ma żadnego sensu emocjonowanie się kolejnymi Inicjatywami Zbawczymi Dla Polski. Nie pomogą nam żadni Oni, żaden Wódz, Geniusz i Wybawiciel. Jeśli nie nauczymy się pomagać sobie sami, krok po kroku, dzień za dniem, ziarnko do ziarnka – to nie pomoże nam nikt.

Solidarność w Instytucji Totalnej

Stojąc tuż nad moim łóżkiem, krzyczała w przestrzeń ile sił w płucach: „Mieszczanek!!! Do zabiegowego!!!”. O siódmej kończyła swój szpitalny dyżur i do tego czasu musiała pobrać komu tam trzeba krew do badania i napisać ładny raport z nocnego dyżuru. Laboratorium zaś musiało wyrobić się z wynikami badań przed obchodem o ósmej. Obchód musiał być o ósmej, żeby lekarze mogli odpowiednio szybko podiagnozować i poleczyć pacjentów przy pomocy swojej kosmicznej technologii Szpitala Najlepszego w Rankingach i żeby zdążyli wyjść przed 14, bo inaczej spóźniliby się do swoich drugich prac w prywatnych przychodniach i klinikach. Stąd ta piąta trzydzieści pięć.

Większość z tych miłych zapewne na co dzień kobiet, krzyczących skoro świt – ale i w ciągu dnia, przez korytarz – „Mieszczanek!!!” – miała na szczęście talent do wkłuwania się w pochowane głęboko żyły, wybaczone im więc bywało szybko owo uprzedmiotawiające pokrzykiwanie. Choć to wybaczanie nie wykluczało z kolei niezbyt głębokiej – z powodu chwilowego otumanienia na szpitalnym łóżku – ale jednak refleksji o tajemniczym sposobie, w jaki instytucje, mające z definicji pomagać i służyć człowiekowi, gdzie tylko mogą, traktują go jak powietrze lub zbędny element zakłócający pracę systemu.

W naszym, zachodnim społeczeństwie, możemy wyodrębnić pewną klasę instytucji, które stwarzają większe ograniczenia niż inne – pisał pół wieku temu w klasycznej pracy o szpitalach, przytułkach, domach opieki, więzieniach i zakonach amerykański socjolog Erving Goffman. Ich ograniczający charakter symbolizują często fizyczne bariery, uniemożliwiające kontakt ze światem zewnętrznym: zamknięte drzwi, wysokie mury, zasieki z drutu kolczastego. … Nazywam je instytucjami totalnymi…

Między „totalną instytucją” a „systemem totalitarnym” rozciąga się zwykle całkiem spora przestrzeń. W systemach totalitarnych życie ludzi podporządkowane jest całkowicie wszechobecnej kontroli ze strony władzy, która wyznacza standardy i normy zachowania, określa status socjalny obywateli, ustala kierunki, obszary i granice aktywności publicznej oraz kształtuje wzorce życia osobistego. W „totalnej instytucji” bywa podobnie. Ale choć całe życie ich mieszkańców toczy się w jednym i tym samym miejscu i podlega tej samej władzy…; choć we wszystkich fazach codziennej działalności ich członkowie pozostają w bezpośrednim towarzystwie dużej liczby innych członków…; choć cały ich dzień jest ściśle zaplanowany…; choć plan ten narzucony jest z góry przez system formalnych rozporządzeń, a jego przestrzegania pilnuje zespół nadzorców…; choć poszczególne czynności są przymusowe i stanowią część jednego planu ogólnego, którego celem jest realizacja oficjalnych zadań danej instytucji… – jednak istnieją poza nią spore enklawy wolności. Z instytucji totalnej można się po pewnym czasie wydostać. Ale warto obserwować reguły w niej działające.

***

Nowicjusz przychodzi do instytucji totalnej z ukształtowaną już osobowością i powiązaniami ze środowiskiem, które pozwalały mu istnieć. Więzi te zostają przecięte już w początkowych fazach pobytu w instytucji, kiedy to jego osobowość zostaje poddana systematycznemu, choć często niezamierzonemu procesowi degradacji. Procesy deprywacji osobowości, w których jest ona systematycznie znieważana, są w naszych instytucjach totalnych powszechne. … Następuje dzięki nim usunięcie elementów warunkujących identyczność podwładnego, pozbawia się go bowiem przedmiotów, z którymi mógłby się utożsamić. Typowym przykładem jest tu przechowywanie jego rzeczy osobistych w magazynie, do którego nie ma dostępu. … Namiastką tego, co zostało mu odebrane są przedmioty, które otrzymuje od instytucji. … Efektem tego jest standaryzacja i depersonalizacja. Ograniczona zostaje również niezbędna dla osobowości jednostki separacja od współtowarzyszy. … Zbiorowa realizacja codziennych zajęć według narzuconego z góry planu pozbawia ich możliwości swobodnej decyzji.

Ja, mniej więcej równocześnie z założeniem szlafroka, przydzieleniem mi osobistego termometru i podaniem pierwszej kroplówki, przestałam być panią Anną Mieszczanek, panią Anną, panią Anią czy nawet zwykłą Anną. Zostałam nazwiskiem, przekręcanym kreatywnie na najdziwniejsze sposoby, co w sumie rozumiem, bo nazwisko mam takie, że żaden Amerykanin go nie wymówi. Choć mogło być gorzej. Mogłam jeszcze zostać numerem pesel, który i tak podawałam przy kolejnych badaniach, za co byłam chwalona jako dobry pacjent – że pamiętam.

Ludzie są tu materiałem, z którego coś się wytwarza, a więc nabierają poniekąd charakteru przedmiotów nieożywionych. Podobnie jak wyprodukowanie w fabryce jakiegoś artykułu musi pozostawić ślad na papierze, wskazujący kto i co z nim zrobił, co jeszcze należy zrobić i kto ponosił za niego ostatnio odpowiedzialność, tak i przedmiotom-ludziom, przechodzącym przez poszczególne ogniwa w systemie szpitala … musi towarzyszyć łańcuch dokumentów informacyjno-diagnostycznych, w których szczegółowo opisuje się co pacjentowi już zaaplikowano i kto był za niego ostatnio odpowiedzialny.

Sześcioosobowa sala. Najpierw pięcioosobowa. Ale któregoś dnia wparowały – z hukiem jak to zwykle, bez „dzień dobry” i bez chwili choćby spojrzenia na nas – dwie salowe z łóżkiem. Bez słowa ścieśniły nasze łóżka, przesuwając dziarsko co tam trzeba razem z lokatorkami i dostawiły szóste. Szafki szóstej nie było, więc nasza nowa towarzyszka dostała dla siebie tylko krzesełko, na którym miała zmieścić swoje osobiste zasoby.

Salowe to dobre kobiety. Poproszone – zwykle pomagały. Kubek pożyczyły. Wodę dały zagotować. Zawartość popielniczki z nielegalnej, choć koedukacyjnej palarni w męskiej toalecie wyrzuciły, a i papierosa potrafiły pożyczyć, jak się komuś skończyły i nie mógł kupić, bo przecież w szpitalnym kiosku nie ma. Tak samo jak siostry w białych fartuchach. Jak już się wkłuwały, to z determinacją. Jak leciały wieszać kroplówki, to nieważne – śniadanie czy obiad. – „Siostra poczeka?” – popiskiwał pacjent niesubordynowany. – „No, jeśli dla pani ważniejszy od leczenia w szpitalu jest obiad, to poczekam” – wygłaszała zwłaszcza jedna z nich i zamierała w niemym oczekiwaniu na reakcję.

Jedną z najważniejszych cech instytucji totalnych jest podział na personel i podwładnych. … Każda z tych grup ocenia członków drugiej grupy na podstawie ciasnych i wrogich stereotypów. Personel uważa, że podwładni są zatwardziali, zdradzieccy i spiskują, ci natomiast przypisują personelowi pogardliwość, wywyższanie się, despotyzm i nikczemność. … Personel czuje się wyższy i prawy, natomiast podwładni, przynajmniej w niektórych przypadkach, uważają się za niższych, nędznych i winnych. … Dystans społeczny jest tu szczególnie duży, a często wręcz oficjalnie nakazany. Nawet rozmowy między przedstawicielami jednej i drugiej grupy prowadzone są z określoną intonacją głosu.

Święte słowa. Gdyby siostra poszarpująca nas co czas jakiś i pokrzykująca szczególnie donośnie (to co, że ze szczególnym talentem do wyłapywania schowanych żył) wiedziała, że mówimy o niej Siostra-Kapo – lepiej nie wyobrażać sobie, co by mówiła na nasz temat w lokalu z dumną wywieszką „Pokój socjalny pielęgniarek”.

***

Święta były. Siostra gospodarcza zamknęła na kluczyk oddziałowy magazyn, poszła świętować i cały oddział nie miał w toaletach papieru. Ech, te nieustające reminiscencje peerelowskie…

Drugiego dnia Świąt o czwartej po południu podano kolację, bo dziewczynka, która ją rozwoziła, miała dwie godziny drogi do domu, a przecież też chce poświętować, chyba rozumiemy… Po kolacji szybki obchód lekarza dyżurnego. Zamykając drzwi, mówi miło: „Dobranoc paniom”. Krzyczę za nim: „Panie doktorze, proszę się nie wygłupiać, jeszcze nie ma piątej po południu”. – „ Ano tak” – mówi zafrasowany – „ano tak”. I zamyka za sobą drzwi.

Do procesu degradacji … nowicjusz musi się w pewien sposób przystosować. … Może przyjąć taktykę „wycofania się z sytuacji”. Przestaje się wówczas interesować czymkolwiek poza tym, co go bezpośrednio otacza i nie zwraca uwagi na obecność innych. … Można przyjąć taktykę „buntu”. Podwładni świadomie prowokują wówczas władze instytucji i odmawiają wszelkiej współpracy z personelem. … Jednym z typowych sposobów przystosowania jest „zadomowienie”. Wycinek świata, jaki stwarza instytucja, zostaje wówczas utożsamiony przez podwładnego z całością. Stara się on zbudować sobie – w ramach możliwości stwarzanych przez instytucję – stabilną, dającą względne zadowolenie egzystencję. … Kolejnym sposobem adaptacji do warunków życia w instytucji totalnej jest „konwersja”. Podwładny-konwertyta stara się grać rolę podwładnego doskonałego, … przyjmuje postawę zdyscyplinowaną i moralistyczną. … Większość podwładnych w większości instytucji totalnych stosuje „taktykę zimnej kalkulacji”. Polega ona na oportunistycznej kombinacji różnych elementów adaptacji wtórnej: konwersji, zadomowienia, i lojalności wobec współtowarzyszy, zależnie od okoliczności. Daje ona najwięcej szans na ewentualne wyjście z instytucji bez szkód fizycznych i psychicznych.

A jednak trafił mi się lekarz prowadzący, który przyniósł mi książeczkę z obrazkami i pokazywał cierpliwie te tajemnicze przewody w środku człowieka, które u mnie się pochorowały. Jak nie do końca rozumiałam, brał kartkę i rysował jeszcze jedną wersję.

Na własne uszy słyszałam też, jak lekarz z sąsiedniej sali mówi do swoich pacjentek: „Chodźcie dziewczyny, zaprowadzę was na to USG, żebyście się nie pogubiły”.

Jedna Siostra kończąca dyżur zajrzała do naszej sali któregoś wieczoru i powiedziała: – „Dobranoc, do jutra!”. Jak człowiek.

No i zrobili mi mnóstwo poważnych badań na super sprzęcie, postawili diagnozę, choć było naprawdę trudno, zaordynowali leczenie.

A także – co ważne – już po dziesięciu dniach moje nazwisko było wykrzykiwane w poprawnej formie, co mogło tylko dobrze rokować na przyszłość. Choć do końca nie sprawdziłam. Po 14 dniach znalazłam się w domu. Opuściłam moją Najlepszą w Rankingach Instytucję Totalną.

***

Może zaplanuję warsztat komunikowania się z pacjentami i zaproponuję dyrektorowi, żeby przeszkolił personel? Gdyby zechciał, uczylibyśmy się tam mówić pacjentom „dzień dobry”, budzić po ludzku o siódmej rano i zapamiętywać imiona.

Póki nie zrobię tego warsztatu, nie będę mogła pójść solidaryzować się z Siostrami do najbliższego Białego Miasteczka.

To lepiej zrobię, bo zawsze mnie ciągnie.

Diabeł sprawiedliwości

Każdy ma własne sposoby radzenia sobie ze stresem. W dzieciństwie groziłam: Będziesz się smażyć w piekle – i zaraz mi było lżej na duszy. Były to czasy, kiedy księża mówili o piekle, a nawet straszyli nim niegrzeczne dzieci. Teraz piekło się rozpłynęło. Kościół potępia zemstę i żąda przebaczenia przed ukaraniem winnego. Domaganie się sprawiedliwości brzydko pachnie żądzą odwetu i nienawiścią. Kto miłuje wroga, nie żąda kary. Na głodówce w obronie więźniów politycznych powiesiliśmy transparent z fragmentem ewangelii według św. Mateusza: „Błogosławieni, którzy cierpią prześladowania dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie”. Biskup Gocłowski kazał transparent usunąć, a księdza Trybowskiego zdjął z funkcji proboszcza.

Na świeckim rynku idei sprawiedliwość też jest nisko notowana. Jest zarzewiem rewolucji i innych krzywd, które lud wyrządza bogatym, np. strajkując. Sprawiedliwość prowadzi do „urawniłowki”, ergo – komunizmu. Domagających się sprawiedliwości społecznej posądza się o zazdrość, o demagogię (hasło równych żołądków), o wszystkie grzechy główne przeciw wolności i odpowiedzialności. Dopuszczalne jest dochodzenie sprawiedliwości indywidualnej na drodze sądowej, ale praktycznie jest to niewykonalne i tylko pogłębia stres.

Koleżanki i koledzy opowiadali mi jakieś horrory, przez które musieli przejść na rozprawach sądowych, aby otrzymać rekompensatę za uwięzienie w stanie wojennym. Wielu więźniów politycznych jest w dramatycznej sytuacji finansowej i stara się jak może, aby uzyskać maksymalną kwotę – 25 000 zł. Koleżanka z Gołdapi radziła mi wziąć adwokata, powołać świadków, zgromadzić dokumentację lekarską. Adwokat kosztował ją 2000 zł, koleżanka-aktorka jako świadek odegrała dramatyczne sceny cierpień i represji i udało się. Wniosek do sądu złożyłam w ostatnim terminie. Moja sytuacja finansowa jest dobra, więc nie był on martyrologiczny – wymieniłam kolejne więzienia i ośrodki internowania. Naiwnie myślałam, że sąd we współpracy z IPN ustalił jakieś kategorie tych lokali, analogicznie do klas hoteli. Na przykład zastępca naczelnika więzienia sadysta – dwa punkty, nieosłonięty kibel w celi – jeden punkt itp. Urzędniczka w sądzie mnoży punkty przez ilość dni i mamy stawkę podstawową, którą sąd przyznaje bez rozprawy. Jeśli ktoś chce otrzymać więcej, przedstawia świadków lub zaświadczenia lekarskie.

Okazało się, że sąd w całym majestacie rozpatruje każdą sprawę, a co gorsze, jakiś diabeł sprawiedliwości kazał mi dodać, że w celi w Fordonie grasowały hordy pluskiew i prusaków i miałam zapalenia dziąseł wywołane paradentozą. Nic nie pomogło, że zostawiłam Wysokiemu Sądowi ustalenie stawki, zapewniałam, że z interny wyszłam w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej i prosiłam o wykreślenie z wniosku tych nieistotnych cierpień. Sąd żądał przedstawienia dowodów.

Skąd ja teraz wezmę te dowody? Zęby zaatakowane paradentozą wypadły, pluskiew nie udało się nam nałapać nawet w celu okazania ich lekarzowi w Fordonie, który czerwone cętki na skórze uparcie diagnozował jako uczulenie. Odmówiłam, ryzykując, że za fałszywe zeznania zostanę skazana na trzy lata więzienia, o czym Wysoki Sąd mnie pouczył i postanowił sam sprawdzić, czy mówię prawdę. Powstał ciekawy problem filozoficzno-prawny, czy jeśli teraz zamiast zadośćuczynienia dostanę trzy lata do odsiadki, to będę więźniem politycznym? Biorąc pod uwagę ciągłość prawną PRL i RP, nie powinnam dostać ani centa. Zeznałam, że po wyjściu z interny czułam się świetnie, zaraz wróciłam do pracy zawodowej i nielegalnej działalności. Cały wysiłek resocjalizacyjny władzy poszedł na marne i należałoby mnie teraz odesłać do więzienia do poprawki.

Niezawisłość sądów w III RP przekroczyła odporność społeczeństwa na podszepty diabła sprawiedliwości. Kiedy już dojdzie do rewolucji przeciw wymiarowi sprawiedliwości, proponuję, aby pierwszymi kandydatami do wywiezienia na taczkach byli sędziowie Trybunału Konstytucyjnego. Gdyby Trybunał nie zawetował ustawy otwierającej zawody prawnicze dla absolwentów prawa, może jakiś przytomny młody człowiek odradziłby mi wikłanie sądu w rozstrzyganie problemu owadów, których nie można złapać i chorób, których nie można stwierdzić. Ale stało się i naprawdę jest mi przykro, że naraziłam podatników na dodatkowe koszty. Niezawisłe sądy swobodnie oceniają świadków i dowody, a mimo to powołują wielu biegłych do rozstrzygania spraw dla laika oczywistych. Ten nadzwyczajny profesjonalizm powoduje, że sprawy ciągną się latami, kursują między instytucjami i tylko pieniacze i desperaci angażują sądy.

Może apele o przebaczanie krzywd i miłowanie wrogów mają jakiś sens? Jeśli nie ewangeliczny, to przynajmniej ekonomiczny. Domagając się sprawiedliwości, obywatele zrujnowaliby budżet, a w stresie trwającym latami nie mogliby wydajnie pracować. Ciekawe, że apele o przebaczenie zawsze są kierowane do ofiar. Zwróciła na to uwagę pani Fedyszak-Radziejowska w audycji „Warto rozmawiać”. Esbecy nigdy nie przebaczą mi, że naraziłam ich na stresy i wysiłki, utratę premii i awansów, pozbawiłam satysfakcji zawodowej. Co gorsze, wiem co wiem i chociaż w obawie przed odpowiedzialnością sądową tego nie mówię, oni będą żyć w stresie, dopóki prawdy ktoś nie ujawni. Wbrew powszechnej opinii uważam, że prawda i sprawiedliwość nie są wynalazkami szatana.

Na barykady, ludu konsumencki

Przez wiele dekad w środowiskach, które można nazwać postępowymi, lewicowymi czy emancypacyjnymi, panowała zgodność w pewnej kwestii. Krytycy istniejących porządków upatrywali nadziei na ich zmianę w poparciu danej „Sprawy” przez masy społeczne – masy definiowane poprzez swoją pozycję zawodowo-klasową. Żeby coś zmienić, stopniowo lub nagle, trzeba było mieć oparcie w robotnikach, czy szerzej – w pracownikach najemnych.

Niektórzy dołączali do tej grupy chłopstwo lub bezrobotnych, ale zawsze to „człowiek pracy” stał w centrum zainteresowania. Chłop co prawda był posiadaczem gospodarstwa, więc ortodoksyjna część lewicy traktowała go podejrzliwie, ale pozostali uznawali, że drobny rolnik pracuje „na własnym”, nikogo nie wyzyskuje, a trud i znój nie są mu obce. Bezrobotnych z kolei traktowano jako zarazem ex-pracowników, jak i potencjalnych zatrudnionych, więc też mieścili się w owym zbiorze – nieprzypadkowo nazwano ich „rezerwową armią pracy”. Jeśli ktoś miał odmienić zły świat, to właśnie pracownicy.

Na pewno postrzeganie zorganizowanych mas pracowniczych jako potężnej siły nacisku miało niegdyś wiele sensu. Czy to marksizm, czy XIX-wieczny anarchizm, czy ujmując rzecz zbiorczo – różne odmiany myśli „socjalizującej”, wszystkie one odwoływały się do robotników lub pracowników najemnych. Spierano się o metody (rewolucja czy stopniowe reformy parlamentarne), o cele (silne państwo w służbie społeczeństwa lub zniesienie państwa) itp., natomiast archimedesowy „punkt oparcia” był wciąż ten sam.

Po pierwsze, pracownicy najemni, jako pozbawieni możliwości dyktowania warunków zatrudnienia (muszą sprzedać pracę temu, kto posiada środki produkcji), są zawsze w gorszym położeniu niż warstwy posiadające. Nawet jeśli ich położenie ekonomiczne nie zawsze jest złe – bo wyzysk zelżał wskutek oporu, niedoboru rąk do pracy czy ingerencji państwa – to pozostaje jeszcze aspekt psychofizyczny, jakim jest brak możliwości decydowania o sobie, swoiste mentalne niewolnictwo wobec tych, którzy zatrudniają. Po drugie, bunt tych grup jest nie tylko możliwy, ale i groźny dla istniejącego porządku. Na przykład masowa odmowa pracy – strajk – sprawia, że nie powstają jakieś produkty lub nie są dostarczane do sprzedaży, więc właściciele fabryk nie osiągają zysków. Gdy strajki są odpowiednio masowe lub przynajmniej skoncentrowane w szczególnie newralgicznych branżach (np. energetyka czy transport kolejowy), sparaliżowany zostaje nie ten czy inny zakład, lecz region lub kraj, a spore kłopoty ma już nie tylko fabrykant, ale cała warstwa posiadająca i klasa rządząca. Gdy na ulice wyjdzie demonstracja pracowników znaczącej branży, liczy ona dziesiątki lub setki tysięcy – to już jest masa groźna dla nawet najsilniejszej władzy, dysponującej sprawnym aparatem represji. Gdy pracownicy najemni pójdą gremialnie do urn i zgodnie wybiorą swoich reprezentantów, w parlamencie pojawia się siła walcząca o interesy tej właśnie warstwy, która za pomocą nowych ustaw może naruszyć porządek korzystny dla innych grup interesów.

Po stronie atutów tego ruchu widniały trzy kwestie – masowość, koncentracja i jednorodność. W epoce przemysłowej do pewnego momentu stale przybywało robotników. Skoncentrowano ich w dużych ośrodkach przemysłowych, które najczęściej były też znaczącymi punktami systemu ekonomicznego oraz siedzibami struktur władzy. A sami robotnicy przemysłowi byli do siebie podobni – czy to producent samolotów, czy producent mebli, wszyscy żyli w podobny sposób, mieli podobne wartości, a także podobną tożsamość, bo postrzegali samych siebie właśnie przez pryzmat tego, iż są robotnikami.

Myśliciele i działacze polityczni odwołujący się do pracowników najemnych bez wątpienia dobrze zdiagnozowali realia tamtej epoki. Do tego stopnia, że nawet w ustroju mającym być antytezą kapitalizmu, czyli w realnym socjalizmie, gros „zaburzeń” wymierzonych w system polityczny związany był albo z buntami pracowników najemnych, albo powstawał na styku działalności inteligenckich dysydentów z pozyskaniem poparcia mas robotniczych. Dopóki w Polsce krytyka real-socjalizmu przybierała takie formy, jak „List Otwarty do Partii” Kuronia i Modzelewskiego, włodarze systemu wsadzali do więzienia kilku niepokornych i problem był rozwiązany. Gdy jednak ten sam Kuroń i Modzelewski stali się częścią 10-milionowej „Solidarności”, bazującej na masach robotników i zakładach pracy, decydenci otrzymali znacznie twardszy orzech do zgryzienia.

Czy jednak dziś taki model oporu i dążenia do przemian społecznych zachował aktualność? Obawiam się, że nie, a jedną z przyczyn słabości lewicy (czy szerzej: środowisk prospołecznych) w świecie zachodnim jest właśnie zanik jej zaplecza społecznego. Pracowników najemnych mamy dziś co prawda więcej niż w czasach Marksa – bo koncentracja własności w miarę rozwoju kapitalizmu sprawia, że coraz mniej jest właścicieli środków produkcji (zwłaszcza drobnych właścicieli), a coraz więcej tych, których jedynym „kapitałem” jest własna praca na sprzedaż – jednak nie tworzą już oni żadnego „ruchu robotniczego”. I prawdopodobnie nie stworzą. Przemiany ekonomiczne, technologiczne i kulturowe sprawiły, że zbiorowość dawniej masowa i jednorodna, poszła w rozsypkę.

Globalizacja gospodarcza nie jest niczym nowym, ale niegdyś nie dotyczyła ona tak wielu produktów i ich składników. Obecnie nawet wyroby banalnie proste – jak choćby jogurty – są nierzadko stopniowo wytwarzane w oddziałach danej firmy oddalonych o setki kilometrów. Skutkuje to dekoncentracją klasy robotniczej – nawet jeśli w danym mieście istnieje wiele zakładów, to są one na ogół niewielkie i „nieprzystawalne” do siebie branżowo; coraz mniej regionów, które można określić mianem centrów przemysłu ciężkiego, spożywczego, elektronicznego itp. Z kolei te, które wciąż istnieją lub są tworzone od podstaw, z racji przemian technologicznych zatrudniają nieporównanie mniej osób niż dawniej – przy podobnej wielkości produkcji potrzeba od kilku do kilkudziesięciu razy mniej pracowników niż 20, a zwłaszcza 100 lat temu. Do tego dochodzą przeobrażenia form zatrudnienia – zamiast samych „etatowców”, istnieje wiele rodzajów stosunków pracy: etaty, pół- i ćwierćetaty, rozmaite umowy czasowe, praca zadaniowa, podwykonawstwo, świadczenie pracy na rzecz kilku podmiotów na raz itp. Zmiany te są nie tylko efektem – jak chcą „obrońcy robotników” – celowej strategii przedsiębiorców, pragnących zdezintegrować masy pracownicze, lecz również skutkiem wymuszonej realiami rynku i technologii większej elastyczności i „płynności” różnych rodzajów produkcji. Za tym idzie z kolei niestabilność zawodowa – o ile kiedyś większość pracowników była przez całe życie hutnikami, ślusarzami czy kierowcami, o tyle dziś czymś całkiem naturalnym są kilkakrotne zmiany fachu w okresie między pierwszym zatrudnieniem a emeryturą.

Nie rozstrzygniemy, czy pierwsze było jajko, czy kura, ale owe zmiany współgrają także z przemianami sfery kulturowej i stylu życia. Coraz mniej ludzi dokonuje autoidentyfikacji poprzez odniesienie do wykonywanej pracy. Zamiast tego postrzegają samych siebie przez pryzmat przeróżnych ról społecznych i postaw kulturowych. Wśród moich rówieśników znacznie rzadziej niż w pokoleniu naszych rodziców można usłyszeć definiowanie siebie w odniesieniu do wykonywanego zawodu – ludzie są raczej słuchaczami jakiejś muzyki niż hutnikami, albo adeptami jakiegoś hobby niż urzędnikami.

A przecież w Polsce mamy dopiero przedsmak tego, co się zapewne stanie. Z fazy industrialnej wychodzimy ze znacznym opóźnieniem w stosunku do krajów Zachodu, znacznie mniejsze znaczenie ma u nas konsumpcja symboliczna (i związane z nią nowatorskie sektory produkcji), nieporównanie mniejsza jest mobilność społeczna. Zacofana struktura ekonomiczna (układy oparte na „znajomościach” zamiast merytokracji) blokuje wiele ścieżek nie tyle awansu, co zmiany statusu. Do tego dochodzi znaczna skala szarej strefy itd. Prawie wszyscy jesteśmy pracownikami najemnymi – i coraz mniej z tego wynika.

Czy robotnicy/pracownicy ruszą z posad bryłę świata? Nie sądzę. Czy zatem nikt jej nie ruszy? Niekoniecznie.

Idee i wizje ruchu robotniczego były odpowiednie dla epoki industrialnej i słusznie uznano wówczas ich polityczną przydatność. Paradoksalnie, tej samej epoce zawdzięczamy jednak ideę, która wówczas była przedwczesna i niedopasowana do realiów, za to wydaje się mieć pewien potencjał na czasy obecne. Owa idea dopatruje się tych, którzy ruszą z posad bryłę świata nie w twórcach (pracownikach, którzy wytwarzają), lecz w konsumentach. Bo tak, jak wielu z nas jest pracownikami najemnymi, tak wszyscy jesteśmy konsumentami – mamy do dyspozycji ruch potencjalnie jeszcze bardziej masowy niż tamten.

Powiedzmy od razu, że nie chodzi o zwykły ruch konsumencki. W epoce industrialnej różni wizjonerzy zmiany społecznej dostrzegali interesy konsumentów. O ile jednak dbałość o interesy pracowników postrzegano w kategoriach zarazem etycznych (zniesienie lub ograniczenie wyzysku, jaki ich dotykał), jak i pragmatycznych (to oni są siłą zdolną obalić istniejący system), o tyle konsumentów traktowano wyłącznie w kategoriach etycznych. Uważano, że ponieważ ich prawa są w różny sposób naruszane, należy wspierać ich organizacje i żądania, ale nie można wiązać z nimi nadziei na fundamentalne zmiany. Ruch konsumencki postrzegano jako inicjatywę o charakterze samoobrony, np. gdy protestował przeciwko pogorszeniu jakości produktów spożywczych. Nieco później uznano go za partnera w dążeniu do zmian o szerszym charakterze, ale wciąż o ograniczonych możliwościach oddziaływania. Od kilkudziesięciu lat istnieją inicjatywy, które dbają o „etyczną” konsumpcję – np. bojkotują producentów zatruwających środowisko czy wykorzystujących pracę w warunkach „trzecioświatowych” – lecz nie naruszają w ten sposób samego porządku ekonomicznego. Owszem, to miłe i szlachetne jeść jajka od kur żyjących „po ludzku” zamiast od stłoczonych w gigantycznych fermach hodowlanych. Owszem, lepszy jest pracodawca, który szanuje i zatrudnia również niepełnosprawnych niż taki, który bez pardonu wyciska siódme poty z osób stuprocentowo zdrowych. Owszem, lepsze są meble z drewna pozyskanego z lasów gospodarczych, niż wytworzone w efekcie wycinki bezcennych obszarów przyrodniczych. Ale to wszystko nie zmienia faktu, że wciąż jesteśmy jako konsumenci pozbawieni większego wpływu na całokształt systemu.

A gdyby tak odwrócić optykę? Gdyby uznać, że o pracowników należy dbać wyłącznie ze względów etycznych (bo są ludźmi mającymi prawo żyć godnie, natomiast nie są potencjalnym rdzeniem reform społecznych), natomiast dbałość o konsumentów można uzasadnić zarówno etycznie, jak i strategicznie, bo tylko oni są dziś zdolni zmienić system całkowicie lub choć trochę go ulepszyć?

W roku 1928 Oskar Lange napisał rozprawę „Socjologia i idee społeczne Edwarda Abramowskiego”. Czytamy w niej: Abramowski przypisuje największą wagę kooperatywom spożywczym. Idea jego polega na zaatakowaniu kapitalizmu nie od strony produkcji /…/, ale od strony konsumpcji, przez zorganizowanie rynku. Zdaniem jego jest to najczulsza strona kapitalizmu. Przerwa pracy spowodowana strajkiem nie jest dla kapitalistów bardzo groźna, nieraz nawet podczas kryzysu może im być na rękę. Jeżeli jednak „przedsiębiorca widzi się zaatakowanym nie w produkcji, lecz w sprzedaży swoich towarów”, może to spowodować skutki o wiele poważniejsze. Zaatakowanie kapitalizmu od tej strony jest właśnie zadaniem kooperatyzmu. Zasadą kooperatywy spożywczej jest „oszczędzanie przez wydatki”. Chodzi o to, że kooperatywa usuwa pośrednictwo sklepikarzy, zakupując towary wprost u hurtowników. /…/ Zazwyczaj kooperatywy sprzedają swe towary jednak po tej samej cenie, co prywatny handel detaliczny, osiągając przy tym zysk równy różnicy między ceną detaliczną a ceną hurtową. Znaczy to, że kooperatywa zgarnia zyski, które w razie jej nieistnienia przypadłyby sklepikarzom. /…/ Ale na tym kooperatywy nie poprzestają. Dążą one do całkowitego usunięcia skomplikowanego i kosztownego kapitalistycznego aparatu dystrybucyjnego i do zakupywania wprost u wytwórców. W tym celu organizują się w związki zakupów hurtowych. Związki te przyjmują zamówienia od należących do nich kooperatyw i kierują je wprost do wytwórców z pominięciem kupców hurtowych. W ten sposób kooperatywy zagarniają nie tylko zyski kupców detalicznych, ale także zyski wielkiego handlu. Nagromadzają wskutek tego znaczne kapitały, będące wspólną własnością członków. W tym kierunku według Abramowskiego następuje rozwój kooperatyzmu. Zrzeszeni konsumenci stają się potęgą coraz większą, z którą produkcja kapitalistyczna już dzisiaj musi poważnie się liczyć, a z biegiem czasu opanują całkowicie kapitalistyczny rynek zbytu. /…/ Przypuśćmy, że kooperatywy spożywcze zdołają zorganizować w swoich szeregach znaczną większość ludności /…/ Pociągnęłoby to za sobą bardzo daleko idące skutki. Cały system dystrybucji kapitalistycznej, tak bardzo kosztowny i nieproduktywny, zostałby usunięty, a miejsce jego zajęłaby dystrybucja planowa, przeprowadzana i kontrolowana przez zorganizowanych konsumentów. „Przede wszystkim zanika cała klasa kupiecka, od największych hurtowników do najmniejszych sklepikarzy; olbrzymi i pasożytniczy dla społeczeństwa zastęp tych pośredników handlowych musiałby zwinąć swoje interesy i pracować w kooperatywach. Kapitalizm poniósłby tutaj swą pierwszą śmiertelną porażkę, skurczyłby się o całą połowę swego dzisiejszego królestwa”. /…/ Potęga rynku zorganizowanego idzie jednak dalej, dosięga również produkcji. Producenci nie mają już więcej przed sobą wielkiej, nie zorganizowanej masy klientów, ale tylko jednego klienta: związek kooperatyw, do którego wymagań muszą się stosować. /…/ Przedsiębiorstwa kooperatywne są punktem wyjścia dla przyszłej produkcji socjalistycznej. Konkurencja z przedsiębiorstwami kapitalistycznymi jest łatwa, ponieważ mają zapewniony z góry rynek zbytu, dla którego pracują. /…/ Produkcja kooperatywna będzie stanowiła dla produkcji kapitalistycznej niezwalczonego konkurenta, ponieważ kooperatywy będą zaopatrywały się w potrzebne towary przede wszystkim w fabrykach własnych, a do producentów kapitalistycznych będą się zwracały tylko wówczas, jeżeli produkcja kooperatywna nie zdoła pokryć całkowitego zapotrzebowania. Dlatego coraz to większy rozwój produkcji kooperatywnej będzie szedł w parze z kurczeniem się produkcji kapitalistycznej. Bankrutujące wskutek tego procesu przedsiębiorstwa kapitalistyczne będą wykupywane przez kooperatywy i zamieniane na przedsiębiorstwa kooperatywne.

Abramowski zaczerpnął tę teorię od myślicieli i liderów światowego ruchu spółdzielczego. Jeden z jego nestorów, Charles Gide, przekonywał, że tym, co łączy interesy wielu ludzi ponad podziałami klasowymi czy zawodowymi, jest rola spożywcy, czyli konsumenta. Wszyscy jesteśmy spożywcami, a ogół spożywców, poza garstką tych, którzy jednocześnie są właścicielami wielkich środków produkcji, ma podobne interesy. Chcemy konsumować jak najlepiej, lecz aby to osiągnąć nie wystarczy nacisk na indywidualnych producentów, nie wystarczy typowy ruch konsumencki. Aby mieć jak najlepsze warunki konsumpcji i jak najlepsze warunki bytowania, należy opanować sektor handlu, uspółdzielczyć go, przejąć w zbiorowe władanie, a w ten sposób oddziaływać także na sferę produkcji/zatrudnienia.

Gide pisał: Położy się siłą rzeczy kres temu wiekuistemu zatargowi pomiędzy sprzedającym a kupującym, właścicielem domu a lokatorem, wierzycielem a dłużnikiem w dniu, w którym w wyniku rozpowszechnionej spółdzielczości my, spożywcy, będziemy swoimi własnymi kupcami, własnymi bankierami, własnymi przedsiębiorcami /…/ Dopóki robotnik może się zjawiać na rynku tylko jako najemnik oddający swoje ręce na licytację, jego wielka liczebność czyni go słabym, gdyż los jego zależy od uznania przedsiębiorcy; ale w dniu, w którym stanie on tam jako spożywca, liczebność będzie jego siłą i zapewni mu zwycięstwo. /…/ kooperatyzm, posunięty do swych granic ostatecznych, skończyłby na organizacji społecznej, mającej wielkie analogie z ideałem kolektywistycznym. /…/ Uspokaja mnie /…/ to, że nie oczekujemy realizacji naszego ustroju społecznego /…/ ani od interwencji państwa, ani od jakiejkolwiek władzy przymusowej, tylko od swobodnej inicjatywy indywidualnej, działającej przez dobrowolne stowarzyszenia i występującej na rynku według zasad prawa powszechnego. /…/ Jest /…/ zasadnicza różnica między [liberalnymi] ekonomistami a nami, spółdzielcami: oni uczą, że laisser-faire, wolna gra konkurencji wystarcza do zagwarantowania interesów spożywców, podczas gdy my oświadczamy, że jeżeli spółdzielcy nie zorganizują się i nie zbuntują, staną się ofiarą. /…/ Ekonomiści ze szkoły liberalnej stawiają zarzut, że ta forma kolektywizmu spółdzielczego zniszczy wszelką inicjatywę indywidualną /…/. Jest to twierdzenie bardzo pesymistyczne, zwłaszcza w ustach ekonomistów, którzy za każdym razem, kiedy państwo /…/ zamierza interweniować w obronie spożywcy /…/, protestują przeciwko tej opiece i oświadczają, że „spożywca jest najlepszym sędzią swych interesów”. A więc, skoro jest najlepszym sędzią swych interesów, dlaczego nie oddać ich kierownictwa w jego ręce?

Jeszcze jedną ważną rzecz dodawał „ojciec” pan-kooperatyzmu, bo tak zwano wówczas ten nurt: Stowarzyszenia spółdzielcze są odpowiednikiem w ustroju gospodarczym głosowania powszechnego w ustroju politycznym, ponieważ wszyscy są spożywcami tak samo, jak każdy jest obywatelem.

Tak pomyślany ustrój, w którym kluczową rolę odgrywają konsumenci-spożywcy, zrzeszeni w spółdzielczości, miałby zatem zalety liberalizmu i socjalizmu – wolny wybór oraz wyeliminowanie prywatnego (wy)zysku. Romuald Mielczarski, twórca polskiej spółdzielczości spożywców o nazwie „Społem” (nie mylić z jej wersją wypaczoną i upaństwowioną przez komunistów po II wojnie światowej) pisał w roku 1923: Kooperacja twierdzi, że jakkolwiek to może się wydawać na pierwszy rzut oka bardzo dziwne, istnienie kapitalizmu jest całkowicie w ręku spożywców /…/ całe to bogactwo, jakim rozporządza kapitał, nie jest niczym innym, jak nagromadzonym zyskiem. Niech tylko spożywcy, organizując się we własne stowarzyszenia, krok za krokiem pozbawiają kapitał zysku i niech tylko zysk ten zamienią na kapitał wspólny, a stosunek sił zmieniać się będzie /…/ na korzyść spożywców. /…/ u krańca tej drogi ujrzymy Rzeczpospolitą Spółdzielczą, nowy ustrój, w którym cała działalność gospodarcza zamiast na zysk będzie obliczona na zaspokojenie potrzeb społecznych. Sześć lat wcześniej przekonywał: Zorganizować spożywców, aby ująć w swe ręce wymianę i produkcję i tym sposobem interes prywatny podporządkować interesom publicznym /…/ – „Spożywcy łączcie się, aby stać się własnymi kupcami i fabrykantami” – oto nasze hasło. Kooperacja nie odkłada przebudowy społecznej do czasów przyszłych i nie uzależnia jej od jakiegoś przewrotu, który ma rozsypać w proch kapitalizm. Kooperatyści nie śpiewają „my nowe życie stworzym sami”, lecz tworzą to nowe życie dziś, zaraz.