Rozmyślania o pieniądzach

Nowe plecaki są ciężkie, wisi z nich mnóstwo dziwnych troczków i nie chcą stać, więc trzeba rzucać je w błoto.

Z mojej praktyki filozoficznej wynika, że przed wycieczką w nowe wysokie góry dobrze jest poprawić sobie nastrój. Zawsze trochę się boję, czy dam radę. Kiedyś na wykładzie prof. Wolniewicza, zawodowego filozofa, dowiedziałam się, że jedynym źródłem poczucia religijnego jest lęk przed śmiercią albo piękno i potęga dzikiej przyrody. Niezupełnie zgadzam się z profesorem, ponieważ przeczucie Boga wydaje mi się stałą cechą ludzkiej natury, ale jest tu jakaś analogia ambiwalentnych uczuć: lęku i uwielbienia.

Podbudowana filozoficznie, nadal zwyczajnie się boję, czy nie spadnę na słabo zabezpieczonych szlakach i nie wiem jak poczuć się macho, bo wtedy wszystko się udaje. Nawet komercyjni uzdrowiciele duszy zalecają podobną filozofię. W wersji dla ubogich brzmi ona tak: myśl zawsze o pieniądzach i tylko o pieniądzach, a będziesz ich miał dużo. Dla ambitniejszych zamiast pieniędzy wstawia się słowo „sukces”. Nie jest to zła rada przed wakacjami, bo trzeba myśleć jak zaopatrzyć się w pieniądze i jak ich nie stracić, czyli nie dać się okraść, co w podróży może się zdarzyć.

Plecak szyje się mozolnie, a mnie myślenie o pieniądzach wpędza w jeszcze większą frustrację. Nie martwię się o pieniądze, bo w górach do życia potrzebna jest mi woda. Pieniądze mogłyby się przydać tylko do rozpalenia ogniska, jeśli zabraknie benzyny do juwla. Myślę o pieniądzach, których biednym ludziom brakuje na najskromniejsze choćby wakacje.

Na takie zmartwienie żadna filozofia nie ma recepty. W lipcowym numerze miesięcznika „Niezależna Gazeta Polska” Andrzej pisze o tajdze: „tajga wyżywi”, „step wyżywi” – ale teraz za darmo na Sybir nie wożą. Trzeba mieć na bilet i strzelbę, bo żywienie się dzikimi roślinami jest marne. Kiedy byliśmy na Syberii, Andrzej zachęcał mnie do jedzenia swoich pyszności, zajadał się dzikim czosnkiem, ale mnie tylko dzika truskawka, kłubienika, wydawała się jadalna.

Przeglądam dalej miesięcznik porządnej, chrześcijańskiej polskiej prawicy w poszukiwaniu jakiegoś sposobu na smutki egzystencjalne, ale nie smutki Sartre’a czy innych egzystencjalistów, tylko ludzi, którzy nie mają pieniędzy na bilet. Znalazłam artykuł „Polityczna poprawność niszczy brytyjskie kino”. Dramaty społeczne zawsze były mocną stroną brytyjskiego kina, ale autorka twierdzi, że pojawiły się dopiero po zwycięstwie Partii Pracy w 1997 roku. W epoce Margaret Thatcher filmy brytyjskie jeszcze sławiły tradycję, patriotyzm, brytyjski styl życia i cywilizacyjną misję imperium. Podobno dramaty społeczne, niszczące brytyjskie kino, wyrażają światopogląd „liberalnej klasy średniej, wciąż oglądającej się na »Kapitał« Marksa, antyamerykańskiej i zdecydowanie probrukselskiej”.

Trochę skomplikowana ta figura światopoglądowo-polityczna – przez prawe ucho do lewej nogi. Na szczęście autorka na przykładach wyjaśnia, o co jej chodzi. Jako czołówkę filmów poprawnych politycznie wymienia „Orkiestrę”, „Trainspotting” i „Goło i wesoło”. Jej zdaniem, w tych filmach „ekrany zaroiły się od typów spędzających większość czasu w pubie, których jedyną aktywnością jest bicie żon i dzieci i którzy za swą nędzną wegetację winią kapitalizm, Margaret Thatcher i wszystkich świętych, ale palcem nie ruszą by zmienić sytuację na lepsze”.

Nie bronię „Trainspottingu”, chociaż pewnie jest to też dramat społeczny. Wyszłam z kina po obejrzeniu narkomana bardzo artystycznie nurkującego w kiblu. Gust mam trochę staroświecki, ale to nic dziwnego, ponieważ do klasy średniej się nie zaliczam, ani tej liberalnej, poprawnej politycznie, ani niepoprawnej. Nie te pieniądze, czytanie „Kapitału” nic mi nie pomoże.

„Orkiestrę” i „Goło i wesoło” obejrzałam z zapartym tchem, a po latach jeszcze raz w telewizji. Wzruszyły mnie opowieści o ludziach w małych miasteczkach północnej Anglii, gdzie wszyscy stracili pracę po zamknięciu hut i kopalń. Stracili źródło utrzymania, sens życia, ale nie poddali się, ratowali godność, odnaleźli radość wspólnego działania. Jeśli autorka pisze, że nie ruszyli nawet palcem, to nie wiem, czy widziała te same filmy, co ja. W „Goło i wesoło” ruszali nie tylko palcem.

W pierwszej chwili poczułam zazdrość. Oto pogląd na świat prosty jak drut. Nawet w komunizmie czasami winien był sekretarz albo politruk. A tu nic, żadnych okoliczności łagodzących. Źle ci się wiedzie, to wyjdź z pubu, nie bij żony i rusz palcem.

Zazdrość mnie opuściła, kiedy za chaotycznym atakiem na tych, „którzy za swą nędzną wegetację winią kapitalizm”, dostrzegłam strach przed buntem. Autorka pociesza się, że te filmy „szeroka publiczność najoczywisciej ignorowała” i chociaż poprawne politycznie, „do multipleksów nie miały wstępu”.

Niewielka to pociecha. Nie widziałam jeszcze demonstracji wychodzącej z kina. A jak się lud zbuntuje, to i z kościoła wychodząc burdy będzie wzniecać i szkody czynić. To już nawet widzieliśmy. Ciężki jest los intelektualistów broniących burżujów przed Marksem. W razie czego burżuje wyjadą na Seszele, a oni zostaną sam na sam ze swoim strachem przed ulicą. A u mnie odwrotnie, tradycyjnie pozostał mi strach przed policją.

W lecie rewolucji nie będzie, bo nikomu nie chce się fatygować w upały. Wracam do szycia plecaków. Wyjeżdżamy.

Co się stało z waszą klasą?

Histeria wokół niedawnych wyborów szefa Parlamentu Europejskiego nie była niczym szczególnie nadzwyczajnym – naród pozbawiony realnych sukcesów, chwyta się czego się tylko da. Nie ma już Papieża-Polaka, więc pozostają pomniejsze sukcesy. Nie spełnił jednak oczekiwań Bokser-Polak, nie zawojowali Europy Piłkarze-Polacy nawet z pomocą Holendra, Kierowca-Polak i Narciarz-Polak też wypadają słabiej. Ba, Hydraulik-Polak również już nie cieszy się takim powodzeniem jak niedawno, bo mamy kryzys. Nic dziwnego, że narodowa duma znalazła nową nadzieję – jest nią Polityk-Polak.

Żarty żartami, ale mnie wcale nie jest do śmiechu. Wręcz przeciwnie. Popularność Jerzego Buzka to wymowny dowód, że moi rodacy mają silne natężenie ciągot masochistycznych. Wydawałoby się, że nie trzeba wsadzać ręki do ogniska, aby wiedzieć, iż można się sparzyć. Wydawałoby się chociaż, że gdy raz się sparzy, to drugi raz się ręki w ogień nie włoży. Nic z tych rzeczy.

Nie interesuje mnie przy tym rytualny i jałowy spór między zwolennikami PiS a PO, w którym chodzi już wyłącznie o stadne identyfikacje – krytykujący Buzka „pisowcy” wychwalaliby go, gdyby europosłem i szefem PE został jako człowiek tej partii, nie zaś z ramienia konkurencji. Dla mnie to bez znaczenia – Buzek mógłby mieć poparcie Polskiej Partii Wszystkiego Najlepszego, a i tak byłby kimś, kogo popularność sprawia, że mam mdłości i wstydzę się za swój kraj.

Nie ukrywam, mam do tej postaci stosunek emocjonalny. Bo mam dobrą pamięć. I pamiętam ten wielki, ideologiczny przekręt w wykonaniu ekipy nowego szefa PE. Tych cynicznych łotrów, którzy wycierali sobie gęby solidarnością i antykomunizmem, a całą treść ich rządów stanowiły egoizm i rozbijanie wszelkich podstaw solidarności, przy których to wyczynach człowiek zaczynał tęsknić za postkomunistami, choć nigdy wcześniej ich nie popierał. Nie mogę wprost pojąć, że ktoś taki jak Buzek uchodzi za polityka, któremu można zaufać. Bo za dobrze pamiętam, kiedy w Polsce dokonano trzecioświatowej (o przepraszam, wzorowanej na cywilizowanym kraju o nazwie Chile) reformy emerytalnej. Tej samej, o której niedawno pisano, że okazała się – i jeszcze bardziej okaże – fiaskiem. I wszyscy się oburzali zaledwie 2-3 miesiące temu, że „oszukano nas” – oszukano, owszem, a nawet ktoś konkretny oszukał. Jerzy Buzek i jego rząd.

Kojarzy mi się ów „mąż stanu” również z czymś, co jest bardziej namacalne i mniej ulotne niż wyimaginowane zyski z II filara i OFE. Mianowicie z tym, co miałem okazję obserwować na własne oczy. Z zamykaniem śląskich i zagłębiowskich kopalń. Część z nich była rentowna lub na granicy zyskowności, do kilku innych wkrótce, gdy węgiel okazał się nie taki znowu „stratny”, zaczęto za ciężkie pieniądze przebijać chodniki z tych zakładów, które ocalały przed „reformatorską” pasją awuesowskich „fachowców”. Oczywiście, wiem, że „budżet” i „podatnik” na tym oszczędzili w skali kilku lat – mnie jednak bardziej interesuje, ile budżet długofalowo dołoży (albo i nie, bo budżet nie ma sumienia i serca) do śląskich dzielnic nędzy, do takich miast jak choćby Bytom; interesuje mnie nie abstrakcyjny podatnik, lecz żywi ludzie.

Budżet i podatnik to zresztą twory cokolwiek kapryśne i obrotowe. Pamiętam bowiem, że rządowy kumpel Buzka, niejaki Wąsacz, raczył był wówczas sprzedać nierentowne polskie huty – pół roku później, gdy wróciła koniunktura na stal, były już rentowne i przyniosłyby budżetowi zysk, ale tego wszak awuesowscy „fachowcy” nie przewidzieli. Och, tak, wiem, państwo nie jest od tego, żeby produkować stal. Polskie państwo jest wyłącznie od tego, żeby obywateli – tych samych, co to są podatnikami – zmuszać do transferowania pieniędzy do kieszeni OFE. Oczywiście rentownych – kosztem naszych emerytur.

Więc pamiętam „cztery reformy”. Pamiętam, jak w apogeum owego „reformowania” górnictwa organizowaliśmy pikiety na katowickim rynku przeciwko wyczynom „solidarnego” rządu, a „Solidarność”, której śląsko-dąbrowska centrala mieściła się sto metrów stamtąd, po raz drugi w swej historii roztaczała parasol ochronny nad neoliberalnymi działaniami „swoich”. Owa „Solidarność” zapewniła wtedy dostęp do koryta swemu szefowi, niedawnemu kandydatowi z listy ultraliberalnej PO – pokażcie mi drugi taki związek zawodowy na świecie… I pomniejszym jego klonom, jak choćby Marek Kempski – chyba jedyny na świecie „związkowiec”, który bazując na poparciu regionalnej górniczej „bazy” wychwalał „reformy” Thatcher i likwidację brytyjskiego górnictwa w jej wykonaniu. Pamiętam też, jak się skończyło to pasmo fachowych sukcesów rządu AWS – skokiem bezrobocia, a na Śląsku zapaścią całych miasteczek i dzielnic, wzrostem patologii, plagą kradzieży węgla z pociągów itp. Modelowy solidaryzm i konserwatyzm…

Choć dla kogoś o prospołecznych poglądach zabrzmi to jak herezja, wolę już nawet Balcerowicza niż Buzka. Balcerowicz to technokrata maniakalny, ale szczery, jeśli roztaczający jakieś miraże, to raczej z powodu fanatycznej wiary w ich realność, nie zaś z wyrachowania. Natomiast ekipa Buzka zrobiła coś gorszego, o czym już wspomniałem – dokonała wielkiego ideologicznego przekrętu. To miało być solidarne państwo. To miała być polityczna reprezentacja ludzi pracy. Takich, jakimi ludzie pracy w większości w Polsce są – raczej konserwatywni obyczajowo, patriotyczni, bardziej zainteresowani pielgrzymkami czy rodziną niż feministycznymi czy proaborcyjnymi spędami. I właśnie dlatego zostali tak sprawnie – nazwijmy to po imieniu – wydymani przez cynicznych graczy.

Droga AWS-u do władzy i jej sprawowanie to była istna orgia ideologicznej „ściemy”. Intronizacja Chrystusa-Króla na przemian ze związkowymi manifestacjami, odrzucenie „bezbożnej” Konstytucji wymieszane ze sloganami o „rodzinie na swoim”, spoty z patriotyczną symboliką i obrazkami robotników. A gdy już Buzek, Krzaklewski, Wąsacz i reszta dostali władzę, gdy już ta władza okrzepła, wówczas narodowo-katolickie frazesy zostały, ale towarzyszyły im zamykane kopalnie, pałowane pielęgniarki i traktowani gumowymi kulami robotnicy radomskiego „Łucznika”. Był to wręcz „typ idealny” tego samego zabiegu, jakim z powodzeniem posługiwali się przez lata amerykańscy neokonserwatyści. Mobilizowali niższe warstwy społeczne jako ich rzekomi obrońcy przed „zgnilizną moralną”, „wynaturzeniami”, „zagrożeniami tradycyjnych wartości”, by po wygranych wyborach prowadzić politykę szkodliwą właśnie dla plebejuszy – robotników, emerytów, rolników, drobnych firemek – a korzystną dla wielkiego biznesu. W Polsce Chrystus-Król stał się wspólnikiem – ciekawe, co On na to – szefów OFE, a w cieniu walki z „bezbożną Konstytucją” zamykano kopalnie i wyrzucano z nich ponadprzeciętnie zazwyczaj pobożnych górników.

Wydawałoby się, że to jednorazowy numer. Pamiętam, w jakiej niesławie odchodził Buzek i spółka. Tymczasem zaledwie trzy lata później ten sam Buzek został posłem europarlamentu, osiągając najlepszy wynik w całej Polsce – ponad 170 tys. głosów. Myśmy wszystko zapomnieli… – jak pisał poeta. Gdy dziś ten sam Buzek urasta wręcz do rangi bohatera narodowego, to trudno o jakiekolwiek optymistyczne refleksje. Nasuwa się natomiast refleksja bardzo gorzka. Taka mianowicie, że Polacy całkowicie zatracili instynkt klasowy. Bo można oczywiście zrozumieć, że dla obywateli-wyborców ważne są również wartości etyczne i religijne, nie tylko kwestie materialne. Że Polacy są zbiorowością raczej konserwatywną. Że lewica kojarzy im się tylko z komuną i postkomuną, z Jaskiernią i Sekułą. Ale jeśli nie pamiętają po zaledwie kilku latach, jak pod płaszczykiem obrony wartości zostali cynicznie wykorzystani w sferze materialnej przez facetów, których religijność i „solidaryzm” były czystą pokazówką, to oznacza to jedynie tyle, że nie potrafią elementarnie zadbać o własne interesy. Można zrozumieć, że w polskich realiach „plebejusze” popierają prawicę – problem w tym, że nie jest to prawica solidarystyczna i prospołeczna, lecz neoliberalna.

To, że Buzek jest prominentnym kandydatem partii będącej wyrazicielem interesów wielkiego biznesu i finansowych oligarchów, posiada wielki sens w kontekście jego dotychczasowych „dokonań”. To, że otrzymuje on tak wielkie poparcie ze strony wyborców i obywateli, którzy na jego wyczynach sporo stracili, to brak jakiegokolwiek instynktu samozachowawczego, to nieumiejętność analizy własnych interesów nawet na poziomie przedszkolaka.

Remigiusz Okraska

 

Czerwcowe (re)sentymenty

Z tamtych czasów pamiętam wiszące w Poznaniu plakaty z Tadeuszem Mazowieckim. I zmęczenie Rodziców ogólnym brakiem wszystkiego, oprócz nadziei na zmianę. Jako dwunastolatek odbywałem wtedy przyspieszony kurs zainteresowania polityką. Ukazujący się wówczas „Świat Młodych” zaczynałem nie od lektury komiksów na ostatniej stronie, lecz od opisów „okrągłego stołu”, na poły propagandowych agitek opisujących jak ładnie i z kulturą oraz w poczuciu odpowiedzialności za kraj dogaduje się władza z opozycją. Także dla mnie, młodego Polaka, w imię lepszej przyszłości. Nie miałem zielonego pojęcia o „zdradzie w Magdalence”, „koncesjonowanej opozycji”, nie miałem pojęcia, że wszystkie te wydarzenia poddane zostaną krytycznemu osądowi. Nie wiem, czy spotkałem się wtedy z hasłem „Gwiazda miałeś rację”. Mój Ojciec radosny szczebiot Joanny Szczepkowskiej, że w Polsce właśnie skończył się komunizm skwitował z sarkazmem, że komunizm w Polsce skończył się w 1956 roku i że właściwie na szczęście nigdy go tu nie było.

Wszystko zmieniało się szybko. W mojej rodzinnej szkole nauczyciele masowo przepisywali się z ZNP do nauczycielskiej „Solidarności”. Znarowiła się tylko moja Matka, zresztą bezpartyjna i jak niemal każdy pro-solidarnościowa, stwierdzając gorzko w domu, że dla lepszych paczek nie będzie się wygłupiać. W rocznicę odzyskania niepodległości na szkolnej gazetce ściennej, oczywiście za zgodą dyrektora, partyjnego aktywisty, który następnie z PZPR przepisał się do PSL, zawiesiła tekst „Pierwszej Brygady”. Zresztą później dyrektor został wójtem, a szkołę, którą wcześniej kierował, zamknął, tłumacząc to koniecznością dopięcia budżetu gminnego. Wielka zmiana na prowincji dokonywała się po cichu, bez fajerwerków.

Polityczne emocje były na dalszym planie, skoro większość czasu i tak trzeba było poświęcać na zmaganiach z realiami gospodarczymi. Owszem, żyło się radośniej i weselej, bo najpierw węższym, później szerszym strumyczkiem napływały dobrodziejstwa zachodniego dolce vita. Dochodziło do takich absurdów, że w GS-ie bez problemu można było kupić Hubę-Bubę, gumę w kształcie papierosów, napój coca-colo podobny w puszkach, ale chleb wciąż był na zapisy, a masło podejrzanie śmierdziało farbą malarską. W 1991 roku dostałem pierwszy paszport z pieczątką „na wsje strany mira”.

Skąd ten mało interesujący dla osób postronnych opis? Zastanawia, na ile Polacy w owym czasie przeżywali wielką zmianę w podobny, nieco dziecinny, a z pewnością prozaiczny sposób. Dla wielu Polaków zmiana nie była wydarzeniem heroicznym, pełnym patosu, ale czymś nader przyziemnym, z konieczną dawką konformizmu, egzystencjalnego banału, z postaciami nie do końca kryształowymi i nie do końca ześwinionymi. W tamtym czasie nie było takie oczywiste, kto gdzie stoi, podział na my/oni w realiach „zwykłej Polski” nie był wcale taki przejrzysty i oczywisty. Rzeczywistość przypominała raczej kopnięte butem mrowisko, w którym każdy, zdezorientowany, targa w swoją stronę słomkę żywota, a co z tego będzie: kto mógł wiedzieć? Nie każdy SB-ek został milionerem, nie każdy solidarnościowiec gołodupcem, choć faktem jest, że ci, co wiedzieli więcej, mogli też więcej. W tym sensie beneficjentami transformacji potencjalnie musieli zostać lepiej poinformowani, ci z lepszymi koneksjami, którzy lepiej się wkomponowali w polityczno-ekonomiczno-towarzyski misz-masz owych czasów. Dlatego Wałęsa ma dziś swój Instytut a Anna Walentynowicz żyje skromnie i zupełnie na uboczu. Dlatego Jerzy Urban jest dziś pełną gębą burżua, a wielu budowniczych Nowej Huty, sentymentalnie i biograficznie związanych z PRL, bynajmniej nie opływa w dostatki. Ba, zdecydowanie lepiej od wielu z nich mają się dziś Mieczysław Gil czy Stanisław Handzlik z pierwszej „Solidarności” ówczesnej Huty im. Lenina, co rzecz jasna można traktować jako objawienie się tzw. sprawiedliwości dziejowej, które to pojęcie, jak wiemy, zaczerpnięto z arsenału terminologicznego marksistów.

Stąd też, obserwując dziś spory o wydarzenia około-czerwcowe i ich konsekwencje ma się wrażenie, że w znacznej mierze debatują spóźnieni prorocy, prorocy po fakcie. Wynika z tego pewnego rodzaju iluzoryczność wszystkich tych fet i potępieńczych swarów, ich zmistyfikowanie na potrzeby (anty)mitu założycielskiego. Zresztą na tym polega dwuznaczna potęga (anty)mitów, że to, co jest tylko perspektywą, przedstawiają jako żelazne fakty. 4 czerwca dla większości Polaków był tylko preludium zmian, albo jednym z wielu wydarzeń w ciągu zachodzących przemian, gdy w rzeczywistości faktycznym (anty)świętem powinien być np. dzień, w którym zadekretowano lub zaczęto wcielać w życie reformy Balcerowicza, bo to one w większym stopniu niż wydarzenia stricte polityczne przesądziły o późniejszych losach obywateli naszego państwa, nierzadko o ich „być albo nie być”. I o tym, jak być, czyli, bardzo często, ile mieć. Ile mieć dla siebie z tamtych dni i lat. A komu i jak wychodzi bilans, to już chyba temat na osobną historię…

Jest jeszcze śledź…

Nieustające. Czyśmy 20 lat po 1989 roku bardziej wolni, czy bardziej zniewoleni. Jedni się cieszą i świętują. Inni – ja też – marudzą i się zastanawiają jak to się stało, że mi wypili moje kakao. Jeśli ktoś nie jest ciekawy albo już mu nosem to solidarnościowe kakao wychodzi – niech użyje swojej realnej wolności i kliknie sobie del.

***

Przeczytałam w salonie24 tytuł „Wyłącz system” – tak pisał do mnie Dom Spotkań z Historią, który na Krakowskim Przedmieściu namawiał ludzi, żeby wspominali ‘89 rok. Nie bardzo rozumiałam, w jaki sposób wspominanie ma wyłączyć jakiś system. Przecież tamten, peerelowski, mimo wszystko, został już dawno wyłączony. A ja bym chętnie wyłączyła system, któryśmy sobie sami, na gruzach poprzedniego, zbudowali. System, który z listy wartości wymazał słowo „solidarność” i zastąpił je słowem „zysk”. System marginalizujący kolejne grupy społeczne. System, w którym zwykły, pojedynczy człowiek jest tylko piątym kołem u wozu rozpanoszonej biurokracji. Prawdę mówiąc, tak już jestem znudzona tymi nieustającymi kontrowersjami wokół naszych narodowych świąt, że przyszedł mi do głowy pomysł niemal niegodziwy. Żeby zrobić sobie rok bez świętowania naszej polskości. OK: Boże Narodzenie, Wielkanoc. Może jeszcze Boże Ciało. I więcej nic. Koniec. Pracujemy i nie defilujemy. Oraz nie wręczamy sobie – i nie oddajemy co rychlej – medali. Żyjemy zwyczajnie. Co najwyżej w co drugą niedzielę piszemy na kartkach po 50 razy zapomniane słowo na „S”. Tak jakby nam to pani w szkole zadała za karę. Ale my wiemy, że to nie kara. Przyglądamy się temu słowu w niedzielnym – dla jednych kościołowym dla drugich po prostu wolnym od pracy – skupieniu. Zastanawiamy się: przeżytek to już, czy jeszcze cos żywego? Mury runęły czy dalej rosną? Łańcuch kołysze się u nóg czy nie?

***

Moja pointa oficjalnych obchodów 4 czerwca miała smak gorzkiej czekolady. W Polsacie oglądałam transmisję koncertu z Placu Teatralnego, bo zapowiedział się nie tylko Janerka Lech, ale wręcz Klauss Mitffoch. Po pół godzinie – teleobywatele dostali przerwę na reklamy, choć koncert trwał nadal. Po kwadransie – następne reklamy – koncert szedł swoją ścieżką. Minęła 22.00 i transmisja się urwała. Ot tak, bez zakończenia. Marek Niedźwiecki, który całość prowadził, coś tam chyba jeszcze mówił ,ale już leciały napisy i nie było dźwięku. I zaraz kolejne reklamy.

Jesteśmy wreszcie we własnym domu – jak się mawiało w ‘89 – pomyślałam. Jesteśmy w nim bardzo potrzebni. Przecież ktoś musi oglądać reklamy, prawda? To bardzo ważna, obywatelska, rola. Więc o co ci chodzi?

***

Wciąż podtrzymuję pomysł niedzielnego wpatrywania się w magiczne słowo na „S”. Można to nawet rozszerzyć o czytanie Programu Samorządnej Rzeczpospolitej, przyjętego przez pierwszy zjazd „Solidarności”. Nie ma go w Internecie? A to szkoda. Bo to był wyraz marzenia delegatów na zjazd o kształcie wolnej Polski.

***

Komunizm jest dziś szybko zapominany, a wiedzy o nim nie przekazuje się młodemu pokoleniu (chyba że w formie burleski à la „Miś” Barei). Jednym z powodów jest zbiorowe nieczyste sumienie tych, którzy przez doświadczenie komunizmu przeszli.

Ale zapominany jest także moment – chwilowego – oczyszczenia. Czyli piękne święto „Solidarności”, z buntem w imię godności i konfliktem między władzą a społeczeństwem (jakże celnie!) wyrażonym przede wszystkim w kategoriach moralnych, a nie tylko politycznych czy materialnych. Ta gwałtowna, podjęta w Sierpniu 1980 roku i mobilizująca miliony próba odzyskania godności rozpoczęła się, jak setki wcześniejszych strajków, od żądań ekonomicznych. Ale potem, w drugiej fazie, gdy ryzykowano już w imię wartości (czyli solidarności z załogami zakładów, gdzie wcześniejsze porozumienia zostały zerwane) dokonał się przełom. Doświadczenie moralne (ryzyko w imię wartości) stało się równocześnie doświadczeniem poznawczym. A kategorie etyczne – „dobro – zło”, „prawda – kłamstwo”, zostały uaktywnione jako język publiczny.

To w tym języku określono oś konfliktu, odpowiadając na własne wykluczenie z rządzenia wykluczeniem komunistycznego aparatu z domeny racji moralnej… właśnie to odwołanie się do mitu „dobra” walczącego ze „złem” decydowało o „rewolucyjnym” charakterze „Solidarności”… To w tym języku wyrażono też w 1980 roku wizję „gospodarki etycznej” i solidarnościową antypolityczną utopię (z państwem i społeczeństwem obywającymi się bez pośrednictwa polityki, bo operującymi według tego samego systemu wartości)…

To święto „Solidarności” zakończył stan wojenny. Przyjęty wtedy przez komunistów model represji miał przede wszystkim na celu niszczenie w ludziach „Solidarności” … przekonania o własnej racji moralnej. A tym samym niszczenie fundamentu solidarnościowego „mówienia wartościami”.

…Gdy zniknął mit racji moralnej, zniknął również język, w którym ludzie przeżywali doświadczenie „Solidarności”. Najpierw stało się tak na skutek łamania w stanie wojennym, a potem – za sprawą pierwszych lat transformacji rozmijających się radykalnie z solidarnościową utopią i pokazujących, że uwłaszczony aparat komunistyczny de facto wygrał, zaś wielkoprzemysłowa klasa robotnicza jest głównym przegranym. Wróciło – znane z lat poprzednich – milczenie i trudność wyrażenia zbiorowego doświadczenia.

…Być może, gdyby w Polsce zastosowano amerykański model demokracji, z silnym ładunkiem wspólnotowości (ale też indywidualizmu), naciskiem na samorządność „politycznego społeczeństwa” i aspekt moralny, los „Solidarności” byłby inny. Jednak model „obywatelstwa” w formule liberalnej, a nie republikańskiej, odwołujący się do abstrakcyjnych praw, a nie do wspólnoty, rozmijał się z solidarnościową utopią. Późniejsze republikańskie próby okazały się już karykaturą”

 

(Jadwiga Staniszkis na konferencji „Solidarność i upadek komunizmu”, 3 czerwca br., http://www.dziennik.pl/dziennik/europa/article398021/Solidarnosc_mit_i_amnezja.html)

***

Jest jeszcze śledź w śmietanie – metafizyczne danie – jak słusznie zauważył Wojciech Młynarski. Polacy to jednak dziwny naród. Nawet śledzia umetafizycznią.

Ja w tym widzę naszą szansę. Na to, żeby pamięć rzeczywiście wyłączyła system.

Rodzina państwem silna

Jest takie powiedzonko, popularne wśród prawicy, że lewica dość często trafnie rozpoznaje problemy, lecz proponuje złe środki zaradcze. Nie będę się w tym miejscu wdawał w ocenę prawdziwości owego bon motu. Zaproponuję inny: współczesna prawica, oddająca hołdy tyleż Panu Bogu, co Panu Dolarowi, nawet jeśli przypadkiem trafnie rozpozna jakiś problem, to pewne jest, że zaproponuje takie jego rozwiązanie, które być może miałoby sens, ale co najmniej 200 lat temu.

Szczególnie zabawne – choć to czarny humor – efekty przynosi to wtedy, gdy tego rodzaju prawica zaczyna „analizować” zjawisko tzw. rozkładu rodziny. Pomijam w tym miejscu sam sens owej diagnozy, bo pogłoski o zapaści życia rodzinnego są mocno przesadzone, podobnie jak mocno przesadzony w swym idealizmie jest obraz rodziny w „starych dobrych czasach”. Ważniejsze od tych opowiastek, śmiesznych dla każdego, kto choć otarł się o nauki społeczne, jest co innego – zdefiniowanie zagrożeń czyhających na życie rodzinne. Otóż wedle prawicy, nic tak nie zagraża rodzinie, jak ingerencja państwa.

Argument żelazny, to oczywiście podatki. Prawica rynkowa jest święcie przekonana, iż gdyby nie obowiązek płacenia podatków, wówczas każde małżeństwo miałoby co najmniej czwórkę dzieci i bez trudu utrzymywało je na odpowiednim poziomie. Że jest to bzdura, można stwierdzić przy pomocy kalkulatora w 3 minuty. Już tu kiedyś pisałem i nie chce mi się powtarzać, że nawet gdyby przeciętni małżonkowie odprowadzali w postaci podatków pośrednich i bezpośrednich po 1500 czy 2000 zł miesięcznie, to w przypadku konieczności sfinansowania z pensji wszystkich usług – od szkolnictwa i opieki medycznej po opłaty za przejście każdym chodnikiem, z którego zechce się skorzystać (wszak gdyby nie były one publiczne, lecz prywatne, to właściciel pobierałby opłatę za użytkowanie!) pochłonęłyby one znacznie większe kwoty.

Mniejsza jednak o ekonomię, choć i tu warto byłoby prawicowców zapytać, dlaczego w „socjalistycznej”, „bezbożnej” i „aborcyjnej” Szwecji jest wyższy przyrost naturalny niż w liberalnej, rozmodlonej i „chroniącej życie” Polsce. I bynajmniej nie jest to kwestia wysokiej rozrodczości imigrantów – jak lubi sobie tłumaczyć problem prawica – bo stanowią oni zaledwie ok. 5% społeczeństwa, a jeszcze mniej ci z krajów o „płodnej” kulturze i stylu życia. Jakim cudem Szwedzi, płacący wysokie podatki, a w dodatku liberalni obyczajowo i dysponujący prawem do legalnej aborcji, w ogóle się jeszcze rozmnażają, w dodatku sprawniej niż Polacy? Przecież gdyby prawicową bajkę potraktować serio, Szwecja powinna być krajem opustoszałym, za to w Polsce średnia ilość potomstwa powinna oscylować w okolicach czworga dzieci na rodzinę, a w USA wynosić co najmniej sześcioro. Oczywiście dodam dla jasności, że przyrost naturalny jest wypadkową bardzo wielu cech, w tym tak nieuchwytnych jak „klimat kulturowy” – w każdym razie sprowadzanie go do wysokości podatków niczego na serio nie wyjaśnia, a na każdy przykład „za” można bez trudu znaleźć taki kraj, który podważy ową rzekomą zależność podatkowo-rozrodczą.

Tym jednak, co szczególnie uderza w prawicowych połajankach, jest sprzeciw wobec „ingerencji państwa w życie rodzinne”. Ingerencje te są straszliwe, bo dotyczą np. objęcia 6-latków obowiązkiem szkolnym (nazywa się to „odrywaniem dzieci od matek”), przymusowych szczepień i innych okrucieństw. U nas i tak nie jest jednak najgorzej, bowiem w takiej właśnie Szwecji, totalitarne państwo obiera potomstwo rodzicom, gdy owi rodzice dzieci biją, należą do jakiejś paranoicznej sekty albo lubują się w narkotykach. A przecież polski prawicowiec wie, że rodzina święta rzecz, państwo zaś to potwór-Lewiatan, który żywi się ciałami małolatów oderwanych od matki-alkoholiczki albo od ojca – adepta sekty „Niebo”.

W tym wszystkim uderzają nie tylko ideologiczne klapki na oczach, ale przede wszystkim niezrozumienie podstawowego problemu czasów nowożytnych. Oczywiście, że państwo czy jego biurokracja popełniają błędy, rozrastają się w sposób niekontrolowany, mają zakusy na kontrolowanie dziedzin, w których są zupełnie niepotrzebne. Piszę to nie pro forma, aby mieć alibi, gdy ktoś skontruje moje wywody jakimś drastycznym przykładem nadużycia biurokracji wobec rodziny, lecz dlatego, że faktycznie tak bywa, a my, obywatele, powinniśmy przeciwdziałać nadmiernym zakusom „urzędasów” na nasze życie. Jednak rozrost państwa, choć czasem przesadny, nie jest dopustem bożym ani efektem tajemniczych knowań „lewaków”. Stanowi on odpowiedź na zniszczenie tradycyjnych form życia nie przez socjalizm, lecz przez kapitalizm.

Gdyby prawica rynkowa czytała coś więcej niż „Najwyższy Czas!”, „Frondę” i dzieła von Misesa, to mogłaby przeżyć szok podczas lektury tego, co o skutkach kapitalizmu pisali 150 lat temu Marks i Engels. Twórcy „socjalizmu naukowego”, choć kapitalizm krytykowali bez pardonu i wieszczyli jego śmierć, wychwalali go właśnie za to, czego rynkowa prawica nie cierpi. Cieszyli się bowiem, że dynamika procesów rynkowych, niehamowanych żadną ingerencją, rozbija w proch i pył „świętą rodzinę” czy „idiotyzm życia wiejskiego”, że – jak głosi słynna sentencja Marksa – „wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”.

Gdyby ta sama prawica zechciała czasami myśleć w sposób, który wykracza poza schematy Korwina-Mikkego, być może zastanowiłaby się, dlaczego pierwszy nowoczesny system przymusowych ubezpieczeń społecznych (na wypadek chorób, wypadków przy pracy, inwalidztwa i starości) wprowadzili nie socjalistyczni radykałowie, nie intelektualiści zapatrzeni w utopijne wizje, lecz tak trzeźwy i odległy od rewolucyjnych pomysłów polityk, jak Otto von Bismarck. Oczywiście częściowo można to tłumaczyć naciskiem ruchu robotniczego i chęcią rozładowania radykalnych nastrojów społecznych, ale u podłoża owego pomysłu legła znacznie bardziej poważna i długofalowa refleksja. Kanclerz Niemiec zrozumiał wiele dekad temu to, czego do dziś nie są w stanie pojąć zapalczywi chłopcy-korwinowcy.

Otóż Bismarck dostrzegł, że za sprawą ekspansji kapitalizmu po dawnym ładzie społecznym nie został ślad. To właśnie dynamika tego systemu gospodarczego sprawia, że wspólnoty naturalne tracą siłę i znaczenie, że przestają zapewniać człowiekowi oparcie i schronienie, że dawne mechanizmy obronne już nie wystarczają w społeczeństwie masowym. Dlatego też, aby zapobiec stale rosnącej skali krzywd i wykluczenia, a także aby uchronić społeczeństwo przed rozpadem i chaosem, konieczne jest wkroczenie państwa i przejęcie przez nie ról, które dawniej spełniały rodziny, sąsiedztwa, parafie, cechy itp. Nie ma przy tym znaczenia, czy dawne realia oceniamy jako lepsze, czy jako gorsze – rzecz w tym, że pozostały po nich smętne resztki. Wzdychanie dziś za „starymi dobrymi czasami” wspólnot lokalnych, wielodzietnych rodzin, sąsiedzkich kręgów itp., które obywały się bez pomocy państwa, może być szlachetne, ale w sensie społecznym jest dokładnie tak samo przydatne i twórcze, jak westchnienia za „twardym, prawdziwym życiem” w epoce jaskiniowej.

Wiara w to, że gdyby nie ingerencja państwa, życie rodzinne rozkwitałoby w najlepsze, znamionuje nie tylko myślenie życzeniowe, ale również całkowite oderwanie od rzeczywistości. Widać to zresztą w Polsce jak na dłoni. Gdy prawicowi doktrynerzy narzekają, że wskutek wysokich podatków, libertynizmu oraz spisków gejów i lesbijek rodzi się w Polsce niewiele dzieci, badania socjologiczne wskazują, że potencjalni rodzice narzekają na coś zgoła odmiennego. Na brak przedszkoli tanich i położonych w pobliżu mieszkania lub miejsca zatrudnienia. Na niemożność pogodzenia wymogów rynku pracy z macierzyństwem. Na niedostępność – bez morderczych kredytów spłacanych do emerytury – mieszkań, w których byłoby można kultywować „wartości rodzinne” itp. Innymi słowy, Polacy narzekają na to, na co nie narzekają np. wspomniani Szwedzi, którzy te problemy mają rozwiązane. Ale facetów, którzy w „Rzeczpospolitej” publikują tyrady przeciwko „spiskom wymierzonym w rodzinę”, biorąc za jeden taki płaczliwy tekścik honorarium równe przeciętnej miesięcznej pensji 3/4 „głów rodziny” w Polsce, trudno podejrzewać o jakikolwiek związek z realiami.

O tym, jak w kapitalizmie nieskrępowanym ingerencją straszliwego państwowego Lewiatana wyglądało „życie rodzinne”, świetnie pisał już w roku 1937 Feliks Gross – działacz socjalistyczny i jeden z niewielu polskich humanistów, którzy zyskali światową renomę naukową. W PPS-owskim miesięczniku „Światło” (nr 6/1937), ten znakomity socjolog tak pisał w tekście „Rodzina robotnicza”: Rewolucja przemysłowa XIX stulecia zniszczyła dotychczas panujące systemy wytwórcze, upadł dotychczasowy ustrój gospodarczy. Z powstaniem fabryk zjawia się i proletariat fabryczny. Dotychczas rzemieślnik był właścicielem warsztatu, dzień cały spędzał u siebie w domu oraz z rodziną, gdyż i warsztat w domu się znajdował. Teraz warsztaty zaczynają się gwałtownie wyludniać, zapełniają się hale fabryczne. Przemysł ściąga do pracy wszystkich, zarówno mężczyzn, jak i kobiety czy dzieci. /…/ Przy produkcji koronek w Nottingham w 1860 roku, dzieci 9 i 10-letnie pracowały od 2, 3, 4 rano do 10, 11, 12 w nocy, w przemyśle ceramicznym od 6 rano do 9 wieczorem. /…/ Niskie zarobki zmuszały całą rodzinę do pracy fabrycznej. Pracował więc ojciec, matka, a najczęściej i starsze dzieci. W tym stanie rodzina ulegała automatycznie procesom rozkładowym. Czas pracy dochodził często do 16 godzin na dobę, niskie zarobki zmuszały do zatrudniania rodziców i dzieci. /…/ Jak mogło wyglądać w takich warunkach życie robotnicze? Rodzina stała się tylko zespołem „odświętnym” – w święta i niedziele widywali się za dnia dzieci, mąż i żona. /…/ Stronnictwa reakcyjne zarzucają z reguły natrętnie ruchowi robotniczemu, że „rozbija” rodzinę. /…/ Otóż stwierdzić możemy, że sam rozwój przemysłu i wyzysk przyczynił się do rozluźnienia więzów rodzinnych – a zdobycz praw ochronnych w stosunku do pracy kobiet i młodocianych, o przedłużenie wieku szkolnego itd., a więc zdobycze ruchu robotniczego, wzmocniły jej węzły.

Warto pamiętać o tych słowach, gdy jakiś prawicowo-rynkowy doktryner zacznie dowodzić, że „państwowy moloch” rozbija rodzinę. Warto mu wówczas przypomnieć, że gdyby nie ingerencja państwa w XIX-wieczny kapitalizm – tak bardzo wychwalany przez to towarzystwo – rodzina byłaby dzisiaj mniej więcej tak potężną instytucją, jaką są w XXI wieku cechy rzemieślnicze.

Nowa logika

Zdumiewające fakty, szokujące opinie pchały się pod pióro niemal nachalnie i dopóki ich nie opisałam, rosły stosy nie załatwionych papierów, nie oddzwonionych telefonów, nie wyprasowanych koszul. Od pewnego czasu wydajność producentów absurdów przekroczyła moje możliwości percepcji. Nie wiem co wybrać i jak to skomentować. Oto kilka próbek.

Komisja sejmowa do sprawy nacisków na wymiar sprawiedliwości przesłuchiwała prokuratora na okoliczność zorganizowania konferencji prasowej. Prokurator cytował chronologicznie wypowiedzi dziennikarzy i polityków szkalujących prokuraturę. Wyglądało to na zorganizowaną nagonkę, której celem było zaniechanie śledztwa, a przynajmniej jego utrudnienie. Prokuratura odwołała się do opinii publicznej. Trochę pomogło, po konferencji prasowej nacisk zelżał. Komisję sejmową te zeznania bardzo zdenerwowały. Chciała wykryć naciski, ale nie te, o których mówił prokurator, jakieś inne. Przewodniczący, poseł Karpiniuk, wpadł w trudny do zdefiniowania stan ducha i umysłu. Kompromitował się na wszystkie możliwe sposoby, ponieważ, jak twierdził, jest przewodniczącym i może mówić i robić, co zechce. W serwisach informacyjnych królował komentarz – przesłuchiwany prokurator reagował emocjonalnie, groził komisji skargą za naruszenie jego dóbr osobistych, a Jacek Kurski został wykluczony ze składu komisji.

Reagowanie emocjonalne jest najcięższym zarzutem, ale poprawne złe emocje zasługują na najwyższą pochwałę. Na przykład używanie rynsztokowych wyzwisk w słusznym gniewie na szarganie narodowych świętości i pozycji Polski na świecie, jest dowodem przynależności do sfer wyższych. Podobnie jest z tolerancją. Jest to cnota najwyższa, ale wiadomo, że nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji.

Najdoskonalszym produktem nowej logiki jest Lech Wałęsa, pogromca komunizmu, Logo Polski i przemian w Środkowo-Wschodniej Europie. Opanował zasady nowej dialektyki perfekcyjnie. Jako klasyk jest często cytowany – „za, a nawet przeciw”, „plusy dodatnie, plusy ujemne”, „nie chcę, ale muszę”. Wałęsę lubimy i szanujemy ponad podziałami. Kto nie pała miłością do Wałęsy, grzeszy emocjonalnym stosunkiem do naszego dobra narodowego. Nie wierzycie? – to posłuchajcie.

„Dziennikarz: Ale w tych podsumowaniach widać, że nie pała pan miłością do swojego bohatera. Paweł Zyzak: Nie zgadzam się, nie zawarłem w nich ocen moralnych. Dziennikarz: Czyli lubi pan Wałęsę? Jest to dla pana postać pozytywna? Paweł Zyzak: Nie mam do niego stosunku emocjonalnego. Odnoszę się do Wałęsy z szacunkiem jako do człowieka i byłego prezydenta mojego kraju. Zaletą mojego wieku jest natomiast to, że mogę na niego spojrzeć chłodnym okiem”.

Zaletą mojego wieku i wieku Wałęsy jest to, że nie musimy patrzeć na siebie chłodnym okiem. To znaczy on nie musi, a ja owszem, powinnam, a nawet muszę. Wypowiedzi Wałęsy nikogo nie szokują – przecież to nasz milusiński, a „Kaczory to obciach”. Na szczęście tyle demokracji jeszcze zostało, że mogę na Wałęsę w ogóle nie patrzeć, tzn. wyłączyć telewizor, kiedy mówi coś o mnie, albo o prezydencie mojego kraju. Nie muszę też chodzić na akademie ku czci Wałęsy, chociaż jest to bardzo źle widziane. W stosunku do Wałęsy naród powinno połączyć jedno uczucie – wdzięczności za obalenie komunizmu. Kiedyś organizowano akademie wdzięczności za pokonanie faszyzmu, ale też nie chodziłam. W Radzie Mędrców Europy Lech Wałęsa jest symbolem wyzwolenia z komunizmu i tak być powinno. To jedna z nielicznych decyzji premiera, którą popieram bez zastrzeżeń.

Jeśli jesteśmy przy Europie, muszę się przyznać do nieuctwa. Dopiero z okazji kongresu Europejskich Partii Ludowych w Warszawie dowiedziałam się, że PO należy do tego klubu. Byłam przekonana, że to „L” znaczy Liberalny, czyli postępowy ekonomicznie i światopoglądowo. Kiedy politycy omawiali szczytne ideały, świetlane perspektywy i znaczące osiągnięcia, lud roboczy na ulicach Warszawy dawał upust swoim emocjom. Pewnie też nie wiedział, że obradują jego przyjaciele. Może chodzi o to, że Platforma reprezentuje interesy ludu jako ogółu, tzn. akcjonariuszy, biznesmenów, urzędników, aktywistów z organizacji pozarządowych, a lud roboczy to przypadek szczególny? Może ludem roboczym zainteresują się partie zielonych, bo to gatunek wymierający?

Gdy pojawiła się informacja o świńskiej grypie, zadzwoniła moja siostra: „Nie wiesz, o co chodzi? Przy ptasiej grypie chcieli sprzedać szczepionkę z magazynów koncernu Dicka Cheneya, ale tym razem mówią, że szczepionkę trzeba wyhodować”. – „Może chodzi o wyeliminowanie meksykańskiej wieprzowiny z amerykańskiego rynku?” – próbowałam zgadywać i czekałam na reportaże z niechlujnych ferm w Meksyku, widoki stosów padliny i służb sanitarnych w ubraniach kosmitów. Zamiast tego pojawili się dwaj robotnicy meksykańscy i powiedzieli: „Wszyscy, którzy pracowali na amerykańskiej fermie świń, po powrocie do domu zachorowali”. Zrozumiałam, że to ferma w USA, chociaż niekoniecznie. Tej informacji nie powtórzono i żaden dziennikarz nigdy nie zapytał, gdzie znajduje się źródło epidemii, jak chorują świnie, czy zostały wybite i jakie straty ponieśli hodowcy. Prezydent Meksyku mówił tylko o wielkich stratach w branży turystycznej. Jak udało się osiągnąć taką cenzurę?

Dlaczego nikt się nie dziwi, chociaż wszyscy widzą to samo, co ja?