przez Krzysztof Wołodźko | piątek 3 kwietnia 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Nie sposób odnieść wrażenia, że około-solidarnościowe wydarzenia mają dziś charakter wyłącznie wspominkarski. Do „Solidarności”, podobnie jak do postaci Jana Pawła II wraca się pamięcią zbiorową przy okazji rocznic, okrągłych dat. I po wszystkim zostaje nieco wzruszeń, albo, co gorsza, rozdrapane na nowo rany. Strajk sierpniowy, gdańskie postulaty, „karnawał”, kilka medialnych obrazków i klisz oraz poczucie, że to dawno za nami, że to sprawa zaprzeszła, szacowna pamiątka, której się nie rusza, nie dotyka, jak wciąż nie zdjętego ze ściany obrazka Papieża.
Bo też i dzisiejsi Polacy kilkadziesiąt lat od pierwszej „Solidarności” są dziś zupełnie innymi ludźmi, z problemami i radościami, których wtedy nie można sobie było wyobrazić. Bo też i ci, co niegdyś „Solidarność” tworzyli, mają te trzydzieści lat więcej na karku. Kto w sierpniu 1980 miał lat dwadzieścia, dziś jest pięćdziesięciolatkiem, kto pięćdziesiąt, dziś stoi nad grobem. Twarze z siateczką zmarszczek lub zupełnie pobrużdżone wiekiem, twarze dziś zmęczone i przygasłe lub syte władzą, splendorami i pieniądzem – co mają wspólnego z tamtymi twarzami?
Nie myślę tu wcale o Wałęsie, Joannie i Andrzeju Gwiazdach, o Adamie Michniku, ani Annie Walentynowicz. Bo choć w nich, niczym w ikonach skupia się treść losów „Solidarności”, to przecież znaczna część wysiłku tworzenia i funkcjonowania związku zależała od anonimowych dziś, zwykłych ludzi, szeregowych działaczy. I to właśnie oni nie mają swojej legendy, nie mają swoich opowieści, brak dla nich miejsca w życiu i pamięci zbiorowej III RP. Owszem, mają prywatne wspomnienia, jakieś półsłówkami opowiadane historie, momenty wzlotów i upadków, swoje radości i traumy, ale to wszystko przykryte piachem czasu, poupychane po kątach, niewyartykułowane publicznie, więc de facto nieobecne. Ukradziono im publiczną pamięć. I może to właśnie oni najboleśniej przeżyli upadek solidarnościowego mitu. Dlatego nie dziwi mnie, że tak często w ludziach, którzy z tamtą „Solidarnością” się utożsamiali, jest czasem tylko złości albo rezygnacji. Bo jeśli Ikar przeżył upadek w locie ku słońcu, to cóż mu pozostało poza bezsilnym wygrażaniem niebu?
Oczywiście, ktoś powie, nie ma sensu nadto dramatyzować, ludzie pierwszej „Solidarności” jakoś tam ułożyli sobie życie w III RP. Czy jest krajem na miarę ich marzeń? Nie wiem, nie mam prawa odpowiadać w cudzym imieniu. Kusi mnie jednak czasem, by zapytać tak w miejscu publicznym, na oślep, przypadkowego przechodnia: „co Pan robił w tamtych latach, co Pan myślał, w co wierzył, co czuł, jakiej chciał Polski, jakiego ustroju, jakiej gospodarki, jakiej władzy, jakiej przyszłości dla siebie i najbliższych?”. Tak, wiem, równie dobrze mógłbym natknąć się na emeryta zasłużonego dla utrwalania albo kapusia. Ale pokusa pozostaje.
Rzecz nie w czczej ciekawości, ale w nienasyceniu: brak tych opowieści, filmów, książek, spektakli, która przywróciłaby nam „Solidarność”. Zwykłą, przyziemną, pewnie i banalną, ale najbardziej żywą i treściwą, nie posypaną lukrem, cynizmem, nie usadowioną na zabrudzonym piedestale, „Solidarność”, której Duchowi nie rzuca się rocznicowych ochłapów, by uspokoić wyrzut sumienia, by kadłubkowi pamięci umilić dogorywanie.
Im dalej od pierwszej „Solidarności”, tym częściej kwiaty pod jej pomnikami będą składać ludzie coraz bardziej odlegli od tamtych wydarzeń, coraz mniej współodczuwający, czy może nawet obojętni. I właściwie trudno oprzeć się wrażeniu, że historię „Solidarności” z całą przenikliwością opowiedział poeta: „tak zdobędziesz królestwo, którego nie zdobędziesz”. Bo jeśli przyjąć, że ludzie walczyli o coś więcej niż wolne soboty i Msze w radio w niedzielę, że walczyli o godność, o podmiotowość, o szacunek dla siebie i dla innych, to ile z tego osiągnięto? O to też chciałbym pytać ludzi tamtej „Solidarności”, jej anonimowych herosów, Ikarów z przyciętymi skrzydłami. Ilu z nich pamięta, ilu wolało zapomnieć, ilu się złajdaczyło, ilu wyparło, ilu zmarło na zawał, ilu z najniższymi emeryturami czeka w kolejkach do lekarzy, ilu czuje się spełnionych? Ilu nigdy nie wróciło i nigdy już do nas nie wróci? Ilu dziś nienawidzi Polski za to, co się z nią stało, a ilu odczuwa wdzięczność za to, że jest choć taka, jaką widzimy? Ilu ich jest? Pewnie coraz mniej…
„Solidarność obumarła”. „Solidarność” żyje. Może jest jak ziarno rzucone w ziemię? Może czeka na swój czas? Może wnuki szarych ludzi spod sztandaru przygarbionej panny „S” schylą się kiedyś ku ziemi, zobaczą kiełkujące nasionko i zapytają, skąd się tu wzięło. Może zrobią z niego pożytek. Bo jeśli nie, to prawdę wyśpiewał Kaczmarski: „Z tej mąki nie będzie chleba, / Z tych prac nie będzie korzyści, / Z tych świątyń nie widać nieba, / Z tych snów już się nic nie ziści. /…/ Z tych ziaren nie będzie mąki, / Nie będzie ciała z tych słów, / Z tych modlitw nie będzie świątyń, / Z tych czasów nie będzie snów”…
Tylko jak my wtedy spojrzymy w twarz swoim zmarłym?
przez Anna Mieszczanek | piątek 3 kwietnia 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Gnać do sukcesu, bo przecież on jest najważniejszym wyznacznikiem prestiżu nowoczesnego społeczeństwa, a że należy go osiągać, wie każdy nowo urodzony. Książkę Malcolma Gladwella, „Poza schematem”, właśnie wydano też w Polsce. Autor stara się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego niektórzy ludzie odnoszą sukces, analizuje ich życiorysy, tropi okoliczności, które im sprzyjały i ich ograniczały. Cały jego wywód sprowadza się w sumie do tezy, że „bez pracy nie ma kołaczy”. I nie byłoby w tym nic interesującego, gdyby nie wyrazistość, z jaką autor prezentuje jedną ze stron cywilizacyjnego starcia, którego świadkami jesteśmy już oficjalnie od chwili, gdy mainstreamowe media uroczyście odtrąbiły początek kryzysu.
W „Gazecie Wyborczej” z Gladwellem rozmawia Vadim Makarenko (27 marca 2009):
V. M.: A czy kryzys nie przynosi nowych definicji tego, co jest, a co nie jest sukcesem? Jeszcze rok temu praca w banku inwestycyjnym Lehman Brothers była czymś pożądanym, a dziś – gdy bank zbankrutował – to poważna rysa w życiorysie.
– Kryzys może przynieść pewne roszady. Zawód bankiera inwestycyjnego już nie jest tak atrakcyjny jak kiedyś. Być może tradycyjne zawody wrócą do łask? Może teraz bycie lekarzem, nauczycielem czy inżynierem będzie więcej znaczyć? Możemy też rewidować swoje wydatki i wyobrażenia o ilości pieniędzy, którą potrzebujemy na życie. Możemy zastanawiać się, jak bardzo sukces w ogóle wiąże się z pieniędzmi.
Ale w każdej epoce były okresy, w których żyliśmy ponad stan tak długo, aż w końcu wszystko straciliśmy. Ale potem zbieraliśmy się do kupy i wracaliśmy do poprzednich zwyczajów. Nie wierzę w trwałe przewartościowanie.
A więc bieg po sukces wyrażony milionową premią wciąż pozostaje ideałem sporej grupy myślących zza Wielkiej Wody, którzy z wielką siłą narzucają swoje standardy chętnej reszcie świata. Bo książka Gladwella od tygodni jest na pierwszym miejscu listy bestsellerów „New York Timesa”.
Na tej liście bestsellerów chyba nigdy nie znalazł się za to „Koniec świata, jaki znamy” amerykańskiego socjologa Immanuela Wallerstaina, którego przywoływałam w „Obywatelu” w 2006 roku. Wallerstein uważa – a ja podzielam tę opinię – że mamy obecnie do czynienia z początkiem końca kapitalizmu, który przekształci się za kilkadziesiąt lat w nową, bardziej sprawiedliwą, formację społeczną. Polityka świata zachodniego przez ostatnie 500 lat opierała się na podbijaniu nowych terenów, w celu pozyskania tanich pracowników i surowców oraz znalezienia nowych rynków zbytów. Obecnie skończyły się możliwości ekspansji, a biedne kraje Południa (peryferia) domagają się równego dostępu do korzyści z wymiany handlowej i sprawiedliwego podziału zasobów. Spotyka się to ze sprzeciwem bogatych krajów Północy, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych, próbujących zachować pozycję hegemona, co spowoduje nasilenie konfliktów. Koniec kapitalizmu nastąpi nie w wyniku rewolucji, ale w wyniku obiektywnych zmian: zmniejszenia się rezerwuaru taniej siły roboczej, zamieszkującej typowe tereny rolnicze, demokratyzacji życia (robotnicy oczekują godziwego wynagrodzenia i zabezpieczenia na starość, dostępu do odpowiedniej opieki zdrowotnej i edukacji dla dzieci), kryzysu państwa i wzrostu tendencji antypaństwowych, (co ma zagrozić np. monopolom) oraz zanieczyszczenia środowiska (dalszy dynamiczny rozwój gospodarczy może zagrozić równowadze ekologicznej świata).
Co myśli o tym najnowszy guru nowojorskich inteligentów, Malcolm Gladwell?
V. M.: Jakiej wiedzy i umiejętności potrzebuje dziś Ameryka, żeby dźwignąć się z kryzysu?
– Historycznie rzecz ujmując, Ameryka wygrzebywała się z kryzysów, uwalniając wyobraźnię i w dużej mierze robiła to z pomocą imigrantów. Trochę niepokoi mnie, że tym razem stosunek wielu Amerykanów do imigrantów jest wrogi. Przybysze nie są postrzegani jako potencjalna deska ratunku, ale jako źródło kłopotów.
Uważam, że zastrzyk ciężko pracujących ludzi spoza Ameryki może pomóc odbudować ten kraj. To oni przynoszą nową energię i nowe pomysły, a Ameryka zawsze była na tym budowana. Dlatego dziś chciałbym tu każdego, kto ma ochotę przeprowadzić się do Ameryki właśnie teraz, gdy jej gospodarka nie przypomina rozgrzanego do białości silnika.
Czy ktoś z Czytelników się wybiera, żeby ratować innowacyjny i kreatywny kapitalizm? Czy ktoś wierzy, że ci, którzy spowodowali kryzys, mogą znaleźć narzędzia, by z niego wyjść?
W połowie lat 90. Heidi i Alvin Tofflerowie, w książce „Budowa nowej cywilizacji. Polityka trzeciej fali”, zwracali uwagę na prosty fakt:
…każda polityczna struktura – nawet jeśli wyposażona jest w rozbudowaną sieć komputerową – może zawsze przetworzyć i zużytkować tylko określoną ilość informacji, może uporać się tylko z określoną liczbą decyzji o określonym charakterze, obecne zaś instytucje rządowe bezradnie uginają się pod brzemieniem wyraźnie dla nich zbyt wielkim.
Więc choćby z tego powodu wyjście z kryzysu musi dokonać się inaczej niż z błogosławieństwem obecnie rządzących.
Wallerstein mówił w 2006 r. w wywiadzie dla „Polityki”:
Wyczerpaliśmy te mechanizmy rozwoju, które przez 500 lat pchały nas do przodu. /…/ Dopóki źródła wzrostu się nie wyczerpały, jakoś się udawało. System gospodarczy hierarchizował i różnicował ludzi, a system polityczny demokratyzował i egalitaryzował procesy społeczne Teraz to stało się trudne i na coś trzeba się będzie zdecydować… Ludzie już to widzą albo przeczuwają i jedni próbują skręcić w jedną, a drudzy w druga stronę. Stąd to napięcie, które widzimy dokoła. /…/ Są poszukiwania, których ogólny kierunek wyznacza hierarchiczny, elitarny duch Davos albo demokratyczny, egalitarny duch Porto Allegre, ale nikt nie może przewidzieć, jak ten nowy system będzie wyglądał. /…/ Dopóki system funkcjonuje normalnie, ludzka wola może go moderować, ale te możliwości są bardzo ograniczone przez możliwości systemu. Gdy zaczyna się transformacyjny chaos, wola nabiera znaczenia. Od tego, co zrobimy teraz, zależy dużo więcej niż od tego, co ludzie robili 100 czy 200 lat temu.
Tofflerowie:
Fabryka stała się jednym z podstawowych symboli społeczeństwa industrialnego, a nawet więcej: stała się modelem instytucji powstałych w warunkach drugiej fali. Widzieliśmy już jednak, że czas fabryk się kończy, albowiem stanowią one ucieleśnienie takich zasad jak standaryzacja, centralizacja, maksymalizacja, koncentracja i biurokracja.
Wytwórczość trzeciej fali opiera się na innych zasadach, a rozwija się w miejscach mało podobnych do fabryk. Coraz więcej produktów trzeciej fali rodzi się w domach, urzędach, samochodach czy samolotach.
Najłatwiejszym sposobem na ustalenie, czy jakaś inicjatywa – obojętne, w Kongresie czy w korporacji – należy do świata drugiej fali, jest zadanie sobie pytania, czy nie odwołuje się ona do modelu fabryki. Przykładowo więc, amerykańskie szkoły ciągle poczynają sobie jak fabryki, w których surowiec (uczniowie) poddawany jest standardowej obróbce przy rutynowej kontroli. Ilekroć przeto spotykamy się z jakąś inicjatywą edukacyjną, wystarczy zapytać: Czy jej celem jest usprawnienie działania fabryki, czy też zamierza ona uwolnić się od systemu fabrycznego, aby zastąpić go kształceniem bardziej zindywidualizowanym, bardziej dostosowanym do osobowości uczniów? Podobne pytania stawiać trzeba tam, gdzie chodzi o ochronę zdrowia, zasiłki społeczne czy reorganizację biurokracji federalnej. Ameryce potrzebne są nowe instytucje, których podstawą są modele post-biurokratyczne, post-fabryczne. Propozycji, których intencją jest usprawnienie bądź rozbudowanie poczynań fabrycznych, może być bardzo dużo, niemniej zawsze będą mieć ze sobą coś wspólnego: nie będą należały do cywilizacji trzeciej fali.*
Wallerstein, w bieżącym komentarzu z lutego 2009:
Co się tyczy naszych bezpośrednich, krótkoterminowych i tymczasowych perspektyw, to, co się dzieje, nie wymaga chyba komentarza. Zmierzamy w stronę świata protekcjonistycznego (zapomnijcie o tak zwanej globalizacji). Mamy do czynienia ze zdecydowanie większą niż wcześniej bezpośrednią rolą rządu w sferze produkcji. Nawet Stany Zjednoczone i Wielka Brytania częściowo nacjonalizują banki i upadające wielkie gałęzie przemysłu. Wkraczamy w obszar populistycznej redystrybucji sterowanej przez rząd, która może przyjąć zarówno formy lewicowe, socjaldemokratyczne, jak i skrajnie prawicowe, autorytarne. Na horyzoncie czekają ostre wewnątrzpaństwowe konflikty społeczne, bo wszyscy walczą ze sobą o kurczące się zasoby. Najbliższa perspektywa bynajmniej nie rysuje się różowo.
Możemy z pewnością stwierdzić, że obecny system nie przetrwa. Czego nie jesteśmy w stanie przewidzieć, to tego, który spośród nowych porządków zostanie wybrany w jego miejsce, ponieważ wybór ten stanowić będzie efekt nieskończonej ilości indywidualnych napięć. Wcześniej czy później jednak nowy system zostanie powołany do życia. Nie będzie to system kapitalistyczny, ale może okazać się zarówno nieporównywalnie odeń gorszy (jeszcze bardziej polaryzujący i hierarchiczny), jak i zdecydowanie lepszy (względnie demokratyczny i względnie egalitarny). Wybór tego systemu stanowi największe polityczne wyzwanie naszych czasów.**
Jest pewnie tak, że kryzys już transformuje naszą rzeczywistość – inaczej niż byśmy się tego spodziewali. Trochę niezależnie od naszej woli.
Immanuela Wallerstaina inspirowały prace rosyjskiego wicehrabiego Ilyi Prigogine’a, chemika, który w 1977 r. otrzymał Nagrodę Nobla za pracę na temat termodynamiki układów działających dynamicznie w warunkach nierównowagi. Jego badania doprowadziły do podważenia modelu nauki klasycznej, koncentrującej się na analizowaniu procesów deterministycznych i do odejścia od deterministycznego modelu rzeczywistości na rzecz modelu świata, w którym regułą jest przypadkowość i nieodwracalność. Prigiogine sformułował jedną z podstawowych teorii procesów nierównowagi, a jego prace dały podstawy do nauki o chaosie.
Prigogin udowodnił, że układy dalekie od równowagi, z dużym przepływem energii, mogą produkować wyższy stopień porządku.
Mamy dziś układ daleki od równowagi. Mamy duże przepływy energii. Możemy się spodziewać powstania wyższego stopnia porządku.
Ja pozostaję z nadzieją, że w tym „wyższym porządku” skala będzie ludzka i że wolno tam będzie chodzić tylko tak szybko, żeby zauważać mijane po drodze drzewa.
* http://www.geocities.com:80/Athens/Forum/5921/books/toffler/
** http://www.recyklingidei.pl:80//wallerstein_kryzys_perspektywa_dlugofalowa
przez Joanna Duda-Gwiazda | piątek 3 kwietnia 2009 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Ze 120 000 osób głosowało na niego ponad 50 000. Internautom najbardziej podobało się, że pytał prezydenta o problemy alkoholowe, nazwał go chamem i przyniósł do studia telewizyjnego ociekający krwią łeb świni jako prezent dla prezesa PZPN.
Świnia jest poręcznym zwierzęciem politycznym. Świnia pomalowana w czerwone paski z napisem „Głosuj na mnie” spacerowała kiedyś po Długim Targu w Gdańsku. Nie wyglądała na zestresowaną, a przechodnie traktowali ją życzliwie. Świnia podłożona burmistrzowi przez Mariana Zagórnego wprawdzie kwiczała, gdy znalazła się w gabinecie, ale podobno była to porządna świnia, która protestowała przed wejściem do klasy politycznej. Obaj autorzy tych happeningów zostali aresztowani. Zwierzęta były dobrze traktowane, farba nieszkodliwa i zmywalna, nic nie kojarzyło się z rzeźnią. Mariana Zagórnego oskarżono o znęcanie się nad zwierzętami, pomimo że świnię przewoził na miękkich siedzeniach samochodu osobowego. W happeningu posła Palikota odwrotnie – świnia straciła życie, na szczęście nie na oczach telewidzów, autor został Człowiekiem Roku. Taka jest różnica między happeningiem z prądem i happeningiem pod prąd.
Prawdziwego happeningu nie zobaczy się siedząc przed telewizorem lub komputerem. Trzeba wyjść na ulicę, ponieważ najważniejszym elementem tej sztuki jest zaplanowanie udziału przechodniów i sił porządkowych. Przed referendum w sprawie UE, na Długim Targu odbywała się wielka spontaniczna manifestacja entuzjastów z tysiącami błękitnych baloników, w trakcie której kręcono reklamowy spot Donalda Tuska. Przed kamerami nieoczekiwanie pojawiali się gdańscy anarchiści z niewłaściwymi transparentami. Zrozpaczeni operatorzy błagali policjantów – zabierzcie ich chociaż na chwilę. Przepędzeni anarchiści przenieśli się przed budkę telefoniczną. Ustawili drewnianą ramkę z napisem UE i komentowali: Pan do Europy nie wejdzie, za wysoki, a pani jest szersza niż dopuszcza europejska norma. Na protesty odpowiadali – tylko znormalizowanych wpuszczą do Europy. W pierwszy dzień wiosny na sopockim molo młodzież znęcała się nad słomianą zimą w ciemnych okularach i generalskiej czapce. Milicja, czy może już policja, biła młodzież i ratowała kukły generała przed utopieniem lub spaleniem. Uliczne happeningi pod prąd są niebezpieczne. Jednak przeżycia są niepowtarzalne – milicja szturmuje Pancernik Potiomkin albo wyłapuje na ulicach krasnoludki lub Mikołaje.
Zawód polityka jest trudny i niewdzięczny. Trzeba nieustannie grubiańsko atakować konkurencję i podlizywać się wyborcom. Specjaliści od politycznego marketingu na podstawie różnych badań określają grupy targetowe (proszę podziwiać, jak uczenie się wyrażam) i stosownie do ich gustów i zainteresowań dobierają sposoby skaptowania. Nie da się do wszystkich trafić jedną reklamą wyborczą. Zwolennicy posła Palikota to nawet nie wszyscy internauci, ale już wiadomo, że błaznowanie i chamstwo polityków jest przez elektorat wysoko cenione. Janusz Palikot prywatnie jest producentem wódek, więc zapraszany jest do telewizji jako poseł.
Wspólne zainteresowania dla wszystkich grup elektoratu, jak słusznie ktoś zauważył, to tylko pieniądze i kobiety, ewentualnie mężczyźni. Dlatego przesłanie adresowane do wszystkich to miłość, godność, entuzjazm, piękno we wszystkich postaciach, no i oczywiście pieniądze, dużo pieniędzy.
W szczególnej cenie jest subtelny, pełen melancholijnego współczucia i filozoficznej zadumy nad głębią przeżyć człowieka uwikłanego w historię, stosunek do tajnych współpracowników służb specjalnych PRL. Sięgnęłam po recenzję biografii pisarza Ryszarda Kapuscińskiego w nadziei, że autor choć odrobinę zdoła mnie, zjadacza chleba, w anioła przerobić. Tytuł obiecujący „Cena podróży”, a źródło, „Tygodnik Powszechny”, gwarantujące najwyższe rejestry duchowych wzlotów. Nie rozczarowałam się. Przeczytałam, że „cena miłości do świata i wiecznego reisefieber może być wysoka. Rzecz nawet nie w chorobach i wycieńczeniu fizycznym – o tych szczegółach również wiemy sporo. Ważniejsze wydaje się pytanie, jak rodzina Kapuścińskich potrafiła sobie poradzić z trudem nieustającej rozłąki”. Naprawdę się wzruszyłam. Wiem, co to jest reisefieber, gdy plecak okazuje się za mały i bilety na autobus w Pireneje za chwilę przepadną. Nie przyznaję się do tego, bo objawy tego stanu ducha są mało eleganckie. Wiem też, co to jest trud rozłąki, gdy mąż przez trzy lata podróżuje od więzienia do więzienia. Do Kapuścińskiego mam stosunek osobisty. Dzięki niemu moja szwagierka Ajka Gwiazda, utalentowana malarka i grafik, dodatkowo przeszła do historii literatury. Ryszard Kapuściński, który wspierał strajkujących w Stoczni Gdańskiej, uwiecznił rozmowy z Ajką w utworach literackich, które znajdują się w zasobach IPN.
Polityków cechuje jeszcze jedna anielska właściwość – nie obrażają się na wyborców. Miota nimi burza urażonych uczuć, gdy obrazi ich polityk-konkurent lub jakiś pismak i biegną do sądu bronić dobrego imienia. Szaremu wyborcy wolno więcej i słusznie, ponieważ ma on mniejsze możliwości. Musi swoją opinię wyrazić skrótowo i z większą ekspresją. Dlaczego dziennikarzom prowadzącym popularne audycje w telewizji też wolno rugać polityków? Polityk w telewizji to potencjalny Człowiek Roku, nawet jeśli wypije koktajl ze zmiksowanych dżdżownic, co też widziałam na własne oczy w jakimś programie.
przez Remigiusz Okraska | piątek 3 kwietnia 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Od kilku miesięcy trwają przymiarki do sprzedaży państwowych udziałów w dzienniku „Rzeczpospolita”, a właściwie w Przedsiębiorstwie Wydawniczym Rzeczpospolita, które jako mniejszościowy udziałowiec spółki Presspublica wydaje oprócz tego czasopisma jeszcze dzienniki „Parkiet” i „Życie Warszawy” oraz zajmuje się pomniejszą działalnością wydawniczo-handlową. Dziś Skarb Państwa posiada 49% udziałów w PWR. W chwili obecnej zaawansowane są prace nad ich sprzedażą prywatnemu podmiotowi – wstępnie zaakceptowano oferty dwóch chętnych na zakup mniejszościowego pakietu, z którego państwo chce się pozbyć 85% udziałów.
Jestem zwolennikiem tej prywatyzacji, mimo iż zazwyczaj sceptycznie lub wręcz negatywnie oceniam sprzedaż mienia publicznego i pozbywanie się przez państwo kontroli nad kolejnymi podmiotami, które dotychczas stanowiły narzędzie jego polityki w jakiejś istotnej dziedzinie życia. Są takie sytuacje, gdy nawet „etatysta” i przeciwnik urynkowienia czego się da, uważa, że sprywatyzowanie jakiegoś podmiotu będzie lepszym rozwiązaniem.
Obecna sytuacja związana z „Rzepą” jest bowiem absurdalna. Państwo posiada niemal połowę udziałów w tej gazecie, a w dodatku „zapewnia” jej znaczną część czytelników i dochodów. Formuła gazety „państwowej”, przez lata zamieszczającej jako jedyna istotne informacje formalno-prawno-instytucjonalne, przekłada się wprost na sprzedaż czasopisma. Przy sprzedaży na poziomie 130-150 tys. egz. każdego numeru, około 95-100 tysięcy nabywców gazety stanowią instytucje i firmy. Czyli na „naprawdę” wolnym rynku po „Rzepę” sięga jakieś 30-50 tysięcy osób (co oznacza, że chyba tylko „Trybuna” ma wśród dzienników niższą sprzedaż). A mimo to spośród dużych ogólnopolskich dzienników właśnie ten najmocniej promuje wolny rynek. Poza sporadycznymi artykułami autorów „z zewnątrz”, gros komentatorów i publicystów „Rzepy” forsuje liberalne, nierzadko skrajnie, poglądy w kwestiach gospodarczych. Równie dobrze państwo mogłoby zatem zostać udziałowcem i „promotorem” czasopisma anarchistycznego, które wzywa do likwidacji owego państwa.
Oczywiście sprawa prywatyzacji „Rzeczpospolitej” ma, jak wszystko w Polsce, wymiar skrajnie upolityczniony. Po objęciu stanowiska redaktora naczelnego przez Pawła Lisickiego, dziennik ten coraz bardziej ewoluował w kierunku konserwatywno-liberalnym, tzn. konserwatywnym w sferze kulturowej i liberalnym w kwestiach gospodarczych. Nic dziwnego, że z takim profilem i doborem autorów, „Rzepa” postrzegana jest jako pismo „pisowskie” – jeśli nie wprost wspierające Prawo i Sprawiedliwość, to przynajmniej spośród dzienników najbardziej przychylne temu ugrupowaniu. Dlatego też prywatyzacja PWR traktowana jest przez wiele środowisk – „pisowskich” i „antypisowskich” – jako posunięcie, które sprawi, iż rząd PO wytrąci swemu konkurentowi prasowy oręż z ręki. To z kolei u sympatyków PiS-u skutkuje protestami przeciwko „zamachowi” na „niezależną prasę”. Oczywiście daleko posuniętą naiwnością byłoby nie branie pod uwagę scenariusza polityczno-pragmatycznego, wedle którego ekipa Tuska faktycznie zamyka usta czasopismu przychylnemu swemu najgroźniejszemu przeciwnikowi. Ale nie to stanowi sedno problemu. „Rzepę” należy sprzedać – obojętnie, czy zrobi to obecny rząd, czy któryś z kolejnych.
Nie wiem, czy flagowy okręt firmy PWR jest „pisowski”. Czytam „Rzepę” regularnie i oczywiście postrzegam ją jako bliską ideowo PiS-owi, aczkolwiek nie posunąłbym się do twierdzenia, że stanowi ona nieformalny organ partyjny. Co więcej, uważam, że jest to dziennik dobry. Jego linię konserwatywno-liberalną „skonstruowano” na przyzwoitym poziomie, a liczne „pozapolityczne” teksty i działy sprawiają, że sięgam po to pismo bez poczucia odrazy, mimo że moje poglądy są niemal przeciwieństwem opcji konserwatywno-liberalnej. Nie zmienia to faktu, że obecna „Rzeczpospolita” – wyraźnie sprofilowana ideowo – nie powinna być w żadnej mierze powiązana własnościowo z państwem.
Po pierwsze, liberalne „przegięcie” w kwestii poglądów na tematy gospodarcze nie powinno odbywać się w oparciu o państwowe mienie. Dlatego choćby, że jeśli ktoś wielbi wolny rynek i ograniczoną rolę państwa w gospodarce, to w imię elementarnej zgodności poglądów z postępowaniem, powinien taką gazetę wydawać całkowicie prywatnie. Ale także dlatego, że ideologia neoliberalna ma niewiele wspólnego z troską o państwo i jego kondycję. Nie miejsce tu na rozważania o różnych aspektach liberalizmu gospodarczego – nawet gdyby przyjąć, że jest on, w co bardzo wątpię, optymalny z punktu widzenia interesów społecznych, to jednocześnie ideologia ta wprost godzi w etos państwowy. Neoliberałowie zajmują się głównie krytyką rozmaitych funkcji państwa – nie tylko faktycznych błędów tego, co Amerykanie nazywają „wielkim rządem”, ale podważaniem sensu samej aktywności państwa i jego agend. Państwo jest złe, państwo się wtrąca, państwo jest niesprawne, państwo jest niepotrzebne – to neoliberalna mantra. Doprawdy, trudno o większy absurd niż taki właśnie profil ideowy gazety postrzeganej jako „państwowa”.
Po drugie, o ile trudno od prywatnych gazet domagać się owego sloganowego „pluralizmu opinii” albo zarzucać im „wybiórczość” (w „Obywatelu” nie promujemy neoliberałów czy lewicy feministyczno-gejowskiej i jest to nasze dobre prawo) – bo niby czemu ktoś miałby za własne pieniądze prezentować poglądy, których nie podziela – o tyle od gazety „państwowej” mamy pełne prawo oczekiwać, że będzie na równych zasadach przedstawiała poglądy, wizje i pomysły jak najszerszego spektrum ideowo-politycznego. Z tego też względu wyżej ceniłem „Rzepę” sprzed „epoki Lisickiego” – była wówczas bowiem znacznie bardziej różnorodna ideowo i środowiskowo niż np. „Gazeta Wyborcza”. Gdyby ewoluowała ona jeszcze bardziej w takim kierunku, byłbym przeciwny prywatyzacji czasopisma. Jeśli natomiast „państwowy” dziennik ma forsować linię konserwatywno-liberalną, a pluralizm rozumieć tak, że na każdych dziesięć komentarzy Ziemkiewicza przypada jeden autorstwa dyżurnego lewicowca Sierakowskiego, a na pięć artykułów Wildsteina – jeden równie dyżurnej Magdaleny Środy, to taka farsa nie powinna być w żaden sposób kojarzona z państwem i wspierana przez nie.
Taką „Rzepę” trzeba sprzedać – i to całość państwowych udziałów. Niech prywatny właściciel decyduje, czy utrzymać obecną ekipę redaktorów i dziennikarzy oraz profil pisma, czy też dokonać personalnego i ideowego zwrotu, choćby o 180 stopni. Na własną odpowiedzialność i ryzyko. Niech sprywatyzowana „Rzepa” głosi dowolne poglądy, choćby najbardziej skrajnie liberalne gospodarczo. Ale niech nie kojarzy się ani trochę z państwem. Bo państwo to my, wszyscy obywatele, z lewa, prawa i z centrum, skrajni i umiarkowani, filo- i antykomunistyczni, socjaliści i libertarianie, „aborterzy” i „obrońcy życia”, tradycyjni katolicy i żydowscy postmoderniści, geje i ojcowie wielodzietnych rodzin, sympatycy Michnika i Macierewicza, itd., itp.
Sprzedaż „Rzepy” to jedyny realny dziś scenariusz. Ale jest jeszcze scenariusz inny, idealny, czyli zapewne niemożliwy do realizacji. Alternatywą wobec prywatyzacji byłoby utrzymanie kontroli państwa nad dziennikiem, wykupienie z rąk prywatnego udziałowca większościowego jego aktywów, a następnie taka zmiana profilu pisma, aby służyło ono interesowi państwa i obywateli. Taka „Rzepa”, zamiast ścigać się z innymi dziennikami o to, kto pierwszy ujawni tajnego współpracownika SB albo zaprezentuje dekolt kochanki ex-premiera, mogłaby stać się forum debaty o państwie. Mogłaby zarówno rządowi, jak i opozycji umożliwiać rzeczową dyskusję o konkretnych problemach – rzeczową, czyli pozbawioną tabloidowych pyskówek i PR-owych zagrywek. Mogłaby rzetelnie przedstawiać realia tej Polski – Polski prowincjonalnej – która w mediach nie gości wcale lub jedynie jako migawkowa ciekawostka na kształt relacji z egzotycznej krainy. Mogłaby tłumaczyć czytelnikom-obywatelom, jak są wydawane budżetowe środki i ile jest prawdy w liberalnej propagandzie o marnotrawstwie np. ZUS-u, który „pożera” na własne koszty mniejszą część naszych składek niż czynią to prywatne OFE. Mogłaby prezentować masowemu czytelnikowi mało znane ciekawe inicjatywy i idee, nie zaś – jak dzisiaj – po znajomości recenzować niszowe prawicowe periodyki. Mogłaby umożliwić debatę nie zawodowym politykom, medialnym „ekspertom” i „spin-doktorom”, lecz np. działaczom społecznym, ludziom kultury (niekoniecznie tym z „warszawki”) czy faktycznym fachowcom z istotnych dziedzin życia, dziś zepchniętym na forum niszowych konferencji, na łamy niewielkich czasopism lub w najlepszym razie do 10-sekundowych migawek telewizyjnych czy radiowych „debat”, podczas których wszyscy się przekrzykują. Mogłaby też taka nowa, państwowa „Rzepa” służyć debacie ideowej – ale takiej, w której biorą udział przeróżne środowiska i ich odłamy: jeśli prawica, to nie tylko konserwatywny liberał Ziemkiewicz, ale także zwolennik katolickiej nauki społecznej czy krytyk kapitalizmu z pozycji podobnych do Chestertona; jeśli lewica, to nie tylko Sierakowski, ale także radykał-marksista Ikonowicz czy ktoś spod znaku antykomunistycznego etosu emigracyjnego PPS-u.
Taka „Rzepa” miałaby sens jako pismo „państwowe”. Obecna sensu nie ma, niech więc zostanie sprzedana. Niech wolny rynek nas wyzwoli – chociaż raz skutecznie i sensownie.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 16 marca 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Przed Bożym Narodzeniem 2008 roku grupa blogerów www.salon24.pl zorganizowała akcję zbierania prezentów dla dzieci z ośrodka „Antidotum” w Szczypiornie. Ośrodek zrzesza osoby bezdomne, niezaradne życiowo oraz z problemem alkoholowym. Na jego terenie prowadzony jest także program terapeutyczny, służący społecznej reintegracji „trudnych rodzin”. Do akcji przyłączyła się spora grupa blogerów, a także, w mniejszym lub większym stopniu inne platformy blogerskie, np. niepoprawni.pl. Inicjatywa odniosła sukces i dzieciaki otrzymały upragnione prezenty: od hulajnogi po buty.
Powodzenie tej drobnej przecież akcji, zrobionej rękoma ludzi, którzy z reguły kontaktują się ze sobą jedynie przez Internet, pozwala poruszyć o wiele głębsze zagadnienie: co znaczy duch republiki i czy jesteśmy, jako Polacy, zdolni go reaktywować. Zacznijmy od tego, że w przedsięwzięciu uczestniczyli ludzie o bardzo różnych poglądach na sferę polityki, gospodarki, historii, obyczajowości itp., ludzie w różnym wieku i o odmiennych doświadczeniach życiowych, wyrażający mniej lub bardziej radykalne sądy na temat świata. W pewnym sensie można powiedzieć, że reprezentowali „Polskę w pigułce” albo że przedstawiali sobą „Polaków portret własny”, choć pewnie trafniej będzie mówić o szkicu.
Duch republiki bierze się z uzgodnienia wspólnych celów i środków. Wspólny cel, kroki poczynione dla jego osiągnięcia, jeśli noszą w sobie znamiona szlachetności i dobra, godne są określenia mianem republikańskich. Bo rzecz pospolita, czyli przynależna ogółowi, opiera się na cnocie, czyli – pierwotnie – zdolności do działania, aktywności społecznej, a dalej, na przyjęciu wartości, w imię których warto poświęcić czas, pracę, pieniądze. Duch republiki nie wyraża się w monoideowości, dyktaturze proletariatu, pieniądza, w poddaństwie, ale w świadomym i wolnym wyborze, i uznaniu nadrzędności dobra wspólnego (Ignacy Loyola: Dobro jest tym większe, im bardziej powszechne) nad partykularyzmem. Duch republiki pozwala kwestionować cudze racje, ale wcielony w materię życia uznaje kompromis jako narzędzie konieczne dla budowy wspólnoty. Ten kompromis najlepiej wyraża słowo tolerancja w swoim pierwotnym, nie zafałszowanym przez poprawność polityczną znaczeniu. Tolerować to znaczy znosić coś, ścierpieć, powstrzymać się od takich reakcji, które niweczą możliwość porozumienia. Wszystko to sprawia, że duch republikański jest wyzwaniem trudnym, ale niezbędnym dla zdrowego ustroju społeczno-politycznego.
Blogerzy, którzy w grudniu 2008 roku uczestniczyli w akcji na rzecz dzieci ze Szczypiorna, niejako zawiesili swoje poglądy, decydując się na współdziałanie. Przecież można sobie wyobrazić sytuację (i takie rzeczy się zdarzają!), że ktoś wystąpiłby z wnioskiem, iż łysi, siwi, okularnicy, albo ci, co przed snem nie trzymają rączek na kołdrze – nie mają prawa uczestniczyć w inicjatywie. Duch republikański zawsze ściera się z duchem sekciarstwa różnorakiej proweniencji. Nie jest jednak tak, że istnieje proste przeciwstawienie: republikanizm versus sekciarstwo, bo równocześnie pojawia się problem granic wspólnoty, granic rzeczy pospolitej, granic tego, co wspólne.
Istnieją, owszem, różnego rodzaju utopijne uniwersalizmy, od komunizmu zaczynając, a na naiwnie kosmopolitycznym globalizmie kończąc, ale żaden z tych projektów nie może poszczycić się większymi sukcesami. Wiara, że wszyscy ludzie będą braćmi, jest tyleż szczytna, co niebezpieczna. Nawet na gruncie religii nie istnieje coś takiego jak „bezwzględny uniwersalizm”. Mówiąc nieco bezwzględnie: poczucie wspólnoty zawsze zakłada konieczność wyodrębnienia, zdefiniowania (definicja to zgodnie ze źródłosłowem wyznaczenie granic poszczególnych bytów czy pojęć).
Powie ktoś, że stosunkowo łatwo ustanawiać sobie wspólne, małe cele, lecz o wiele trudniej uczynić to na płaszczyźnie szerszej czy ogólnospołecznej, ogólnonarodowej. To prawda, ale trzeba pamiętać, że duch republikanizmu polega właśnie na oddolnym budowaniu więzi, ustanawianiu celów i środków, na budowaniu tożsamości nie zadekretowanej, ale rzeczywistej. Duch republikański jest sumą wielu działań i postaw. Tragedia PRL polegała także na tym, że zniszczono treść słów takich jak „obywatel” (słynne milicyjne: „pozwólcie no, obywatelu”), że jedność narodową próbowano budować przez manipulację, fałsz i przemoc, pod okiem i pod dyktando stojących na trybunach towarzyszy, że splugawiono „najświętsze słowa naszego życia”. Warto pamiętać, że osobny dramat kryje się w tym dla ludzi lewicy. A dziś? Dziś słowa te wegetują gdzieś na dnie społeczeństwa konsumpcyjnego.
Duch republikanizmu jest jedną z najpiękniejszych polskich tradycji historycznych, pomimo wszystkich kontrowersji, jakie towarzyszą naszym dziejom. Ale nie musi się kojarzyć jedynie z szacowną pamiątką, kontuszem czy karabelą. Możemy odbudować republikę w myśl zasady, która przecież także jest dobrem wspólnym: myśl globalnie, działaj lokalnie. Myśl w szerokich kategoriach, ale świat zmieniaj na miarę swoich możliwości. Inaczej inni zrobią to za ciebie i niekoniecznie dla wspólnego dobra.
przez Anna Mieszczanek | poniedziałek 16 marca 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
On opiekuje się mną zdrowotnie oraz zabezpiecza mnie społecznie. Ja zaś od paru lat chowam głowę do tapczanu przed jego pismami urzędowymi. Więc to na pewno nie o mnie mówi w publicystycznym cyklu dokumentalnym „System 09” Krzysztof Kłopotowski, że jestem przegrana po transformacji, której tragizm na tym polega, że ci, którzy ją wywołali, nie stali się jej beneficjentami.
Socjolog, patrząc z dystansu na global-rzeczywistość, zauważa, że coraz większe grupy ludzi, którzy nie są beneficjentami liberalnej – czy też liberalną udającą – gospodarki, tworzą kategorię ludzi zbędnych. W 1935 roku, ojciec polskiej socjologii, Stefan Czarnowski, stosował tę kategorię do niewielkich grup, nie znajdujących miejsca na rynku. Dzisiejszy – kreatywny i innowacyjny – System wypiera coraz większe grupy z rynku, który stworzył. Rynku szybkich przepływów pieniężnych, błyskawicznego transportu wody w butelkach z jednego krańca świata na drugi, rynku jaskiń tlenowych, do których obywatele mają udawać się, żeby znaleźć ukojenie po dniach pracy w środowisku w tlen coraz uboższym.
Cóż to za innowacyjność – zauważa ironicznie amerykański socjolog, Richard Sennett – która nie może zapewnić godziwych środków utrzymania tak wielkiej liczbie ludzi…
Póki co jednak, System ustawia ludzi zbędnych poza tym rynkiem i mówi: Nic dla was nie mam. Jesteście mało kreatywni, mało innowacyjni, nie umiecie biec dość szybko. Jesteście zbędni. Zagrożeni marginalizacją. Zmarginalizowani. Dla was brukselscy urzędnicy wymyślą jakąś precyzyjną procedurę z priorytetami, która sfinansuje kompleksowy albo lokalny program przeciwdziałania waszej marginalizacji. To nic, że zrobią to za wasze, wpłacane jeszcze chwilę temu podatki. Powinniście się cieszyć, że w ogóle istniejecie jako kategoria socjologiczna. Przecież mogłoby was w ogóle nie być, skoro nie ma was na rynku.
Tak z 80 procent ziemskiej populacji słucha tej przemowy, ponieważ są już zagrożeni marginalizacją albo zmarginalizowani. A jednak są zmarginalizowani i zbędni tylko relatywnie. Tylko z punktu widzenia Systemu.
Nie jest zbędna dla swojego małego syna matka, nawet jeżeli Niezbędny Urząd Przeciwdziałania Zbędności każe jej biegać dwa razy w tygodniu na zajęcia aktywizujące ją na rynku pracy, której potem dla niej nie będzie.
Nie jest zbędna dla swojego wnuka 55-letnia babcia, która pracowała przez lata na domowym i pozadomowym etacie, a teraz ma poddać się procesowi aktywizacji zawodowej w ramach programu 50 plus.
Nie jest zbędny dla swojej rodziny ojciec, którego zakład pracy stracił miliardy na opcjach i teraz w ramach innowacyjnej optymalizacji procesów wywalił całą załogę.
Nawet ja nie jestem zbędna ze swoją głową schowaną w tapczanie przed urzędniczą, służącą Systemowi nowomową. System może tak o nas powiedzieć. Ale nie znaczy to zaraz, że to obiektywna prawda.
Zbędna dla Systemu matka daje synkowi miłość. Zbędny dla Systemu ojciec nauczy go, jak się obronić przed agresywnymi kolegami. Zbędna dla Systemu babcia może im wszystkim zrobić na zimę konfitury, żeby pojedli do herbaty, którą wypiją razem w świetle świecy, jak nie starczy im na prąd. Zbędna dla systemu ja – napiszę felieton, który ktoś przeczyta i może się zastanowi: jak to właściwie, do cholery, jest.
A jest tak, że System nie jest nam dany prawem boskim czy – ateistycznie określając – wszechświatowym. System nie tworzy się sam, tylko zawsze tworzą go ludzie – nawet jeśli o tym nie wiedzą. Tworzą go, windując na piedestał konkretną kategorię, konkretną wartość, która potem staje się wzorcem, do którego porównuje się wszelkie działania. Wzorcem naszej odsłony cywilizacji jest kategoria zysku, jako główne kryterium oceny wszelkiej ludzkiej działalności. Tak żeśmy się umówili, nawet o tym nie wiedząc.
Ci sami ludzie mogą jednak ustawić na piedestale inną wartość i stworzyć tym samym inny system.
Co by było, gdyby głównym kryterium oceny stała się, na przykład, dobra jakość życia pojedynczego człowieka dziś i jego dzieci jutro? Albo gdyby wszelkie ludzkie działania oceniać pod kątem tego, czy dobrze służą innym ludziom, czy też nie. Gdyby, posługując się takimi kryteriami, a nie przebrzmiałą kategorią zysku, oceniać każdą nową inwestycję.
Czy Chińczycy – czego nie wymyślam, lecz podaję za lutową depeszą PAP – ostrzeliwaliby wtedy chmury jodkiem srebra, żeby sprowadzić deszcz? Czy nadal istniałaby giełda, na której pijani adrenaliną maklerzy spekulują akcjami, których wartość rośnie lub szybuje w dół bez związku z rzeczywistą wartością spółek, a w zależności od tego, jakie działania piarowskie podejmie zarząd?
Może raczej rozpowszechniłaby się praktyka muzułmańskich banków, które nie uznają lichwy, czyli odsetek i jeśli pożyczają pieniądze, to za udział w zyskach z przedsięwzięcia, które finansują. Może nie musiałoby tracić pracy pięć tysięcy stoczniowców w polskiej stoczni i kolejne 50 tysięcy z zakładów z nią współpracujących, tylko dlatego, że Komisja Europejska o tym zdecydowała. Może – jak teraz tylko gdzieniegdzie na świecie – sprawdzalibyśmy w każdej gminie raczej skuteczność budżetów partycypacyjnych i demokracji deliberatywnej?
To byłaby prawdziwa innowacyjność.
Zawsze jeden człowiek musi powiedzieć „nie”. Tak jak zmarły niedawno Mark Felt, były wiceszef FBI, który w latach 70. był „Głębokim Gardłem” podczas afery Watergate, bez którego decyzji o ujawnieniu własnej wiedzy, amerykański prezydent nadal nadużywałby władzy, a legalnie działające stowarzyszenie popierające go w wyborach dalej zajmowałoby się nielegalnymi operacjami, żeby zdyskredytować przeciwników politycznych.
Zawsze jest też nadzieja, że w Systemie uaktywnią się elementy samodestrukcyjne, dzięki którym pojawi się szczelina umożliwiająca zmianę wartości na piedestale. Tak, jak co jakiś czas odbywa się zmiana postaci na cokołach pomników.
Żeby zmienić postać na cokole pomnika, potrzebne są dwie rzeczy. Po pierwsze: świadomość tego, że już można. Po drugie: świadomość wagi, jaką ma zawsze pojedyncze ludzkie działanie, nawet jeśli jest działaniem ludzi zbędnych. W końcu ktoś musi nałożyć sznur na kamień na cokole, ktoś inny musi przywiązać ten sznur do dźwigu. Jeszcze ktoś musi tym dźwigiem pokierować, rozhuśtać kamienną postać, żeby w końcu zwalić kamień z cokołu.
Ważne, żeby tego momentu nie przegapić i nie zmarnować szansy.
Ludzie, zwani przez System zbędnymi, mogą postawić na cokole coś innego niż zysk. Do tego są Niezbędni.