Koniec języka polityki?

Koniec języka polityki?

W moim przeczuciu mamy coraz większą trudność w opisywaniu polityki za pomocą języka. Tak w ogóle. Moją hipotezą jest to, że kończy nam się język, a razem z nim kończy się pewien sposób myślenia o świecie. Słowa, których używamy – lewica, prawica, centrum, frakcja, partia, lider – pochodzą z początku XX wieku. Powstały w czasach, gdy świat był ciągły i płaski, klasy miały granice, a ta czy inna wspólnota była czymś, co dało się opisać jednym zdaniem.

Język ma znaczenie

Nie wiem, czy tylko mnie te słowa brzmią jak relikty z innej epoki. Nadal ich używamy, ale one już coraz mniej wyjaśniają. Dlaczego to wyzwanie w sensie analitycznym? Bo zasadniczo myślimy tymi samymi strukturami, którymi mówimy. Bardzo trudno wymyślić nam coś nowego, czego nie da się opisać słowami. W myśleniu odruchowo grawitujemy do określeń, których znaczenie znamy. A jeśli język nie nadąża za rzeczywistością, to przestajemy być w stanie ją przetworzyć, przeanalizować i zrozumieć.

Podział na prawicę i lewicę przestał mieć znaczenie ideowo-społeczne, a zaczął być definiowany na podstawie stosunku do przeszłości, czyli do PRL i Kościoła. Zamiast sporów o przyszłość, zaczęliśmy toczyć spory o interpretację przeszłości. Zamiast mówić o tym, dokąd chcemy iść, mówimy o tym, kto miał rację trzydzieści czy pięćdziesiąt lat temu. W ten sposób język polityki zamienił się w język pamięci. To już nie język wizji, lecz język tożsamości. W efekcie polityka przestała być projektem, a stała się rytuałem potwierdzania, kim jesteśmy i skąd pochodzimy.

Co ciekawe, sami politycy już dawno porzucili ten stary słownik. Rzadko kto mówi dziś o sobie jako o „lewicy”, „prawicy” czy centrum. Zamiast tego pojawiły się nowe, bardziej pojemne i emocjonalne etykiety: „obóz patriotyczny” czy „siły demokratyczne” albo „obóz normalności”. To już nie są kategorie ideowe, lecz marketingowe. Nie opisują kierunku myślenia, tylko przynależność emocjonalną.

A jednak większość komentatorów, mediów i analityków wciąż próbuje interpretować politykę w dawnych ramach. Wciąż rysują mapy z osiami lewica–prawica, mimo że sami uczestnicy gry politycznej już dawno zeszli z tej planszy. W efekcie analizujemy coś, czego już nie ma – jakbyśmy opisywali ruchy kontynentów według map sprzed ery geologicznej, która dawno minęła.

Jedyny widoczny południk

Jedyną wyraźną osią, jaka dziś pozostała w polskiej polityce, jest ta rozpięta pomiędzy PO a PiS, ten południk dzielący Polskę. Ale to przecież nic nowego – korzenie tego podziału sięgają sporu między PC a UW, a jeszcze wcześniej tzw. wojny na górze z początku lat dziewięćdziesiątych. Od tamtej pory polska scena polityczna obraca się wokół tych samych emocji, nazwisk i wspomnień. To już nie konflikt programów, lecz przedłużony personalny spór pomiędzy Jarosławem Kaczyńskim a Donaldem Tuskiem.

Dwie biografie, dwa temperamenty, dwie narracje o Polsce, które przez lata działały jak dwa pola grawitacyjne przyciągające wszystko wokół siebie. Partie, media, elektoraty i przystawki. I choć czas mija, układ ten wciąż determinuje ruchy wszystkich pozostałych ciał na scenie politycznej. To znaczy: dotychczas determinował.

Dziś widać, że energia tego układu się wyczerpuje. Te same postaci, te same emocje, te same narracje – odtwarzane w nieskończoność jak stary film puszczany w kółko. Wszyscy znamy jego zakończenie, ale i tak siedzimy w kinie. Zmieniają się dekoracje, ale historia wciąż ta sama. I może właśnie dlatego rośnie znużenie – nie tylko polityką, ale samym sposobem jej opowiadania.

Bo zużył się też sam język, którym ta historia była opowiadana. Słowa, które kiedyś miały moc – „zdrada”, „patriotyzm”, „liberalizm”, „solidarność” – z czasem straciły ciężar. Stały się pustymi znakami, które można dowolnie przestawiać w zdaniach, zależnie od potrzeb chwili. Przestały znaczyć. Nie opisują już rzeczywistości, tylko mają wywołać reakcję: wzruszenie, oburzenie, lojalność. Ten język nie służy już do rozumienia świata, lecz do mobilizowania swoich. Ale z tym też lepsze jutro było wczoraj. Dlatego coraz trudniej w nim powiedzieć coś prawdziwego – bo każde słowo natychmiast zostaje wciągnięte w stary konflikt i traci sens, zanim zdąży wybrzmieć.

Małymi krokami idzie nowe

Może dlatego właśnie największe emocje budzą dziś politycy spoza głównego układu – tacy jak Braun, Mentzen czy Zandberg. Każdy z nich, w zupełnie inny sposób, szuka nowego języka. Brauna napędza mesjanistyczny ton i apokaliptyczne metafory, Mentzen gra językiem rynkowym i ironicznym, a Zandberg odwołuje się do języka równości i wrażliwości społecznej. Łączy ich to, że próbują mówić do ludzi, ale nie są echem starych opowieści. Szukają słów, które znów coś znaczą, które budzą emocje, a nie tylko przywołują zakurzoną historię. I choć każdy z nich robi to inaczej – czasem radykalnie, czasem prowokacyjnie – to właśnie w tych poszukiwaniach widać, że dotychczasowy język polityki się wypalił.

Często słyszymy, że Platforma pilnuje swojej lewej strony, a PiS prawej. Nic bardziej mylnego. Nie ma już ani lewej, ani prawej strony – są tylko granice istniejącego układu. W rzeczywistości obie partie pilnują tego samego: żeby nikt nowy nie opowiedział Polski w innym języku. Żeby nie pojawił się ktoś, kto nazwie świat inaczej, poza ich słownikiem i poza ich logiką. Bo nowy język to zawsze zagrożenie – unieważnia stare podziały i odbiera władzę tym, którzy z nich żyją. Dlatego w tej polityce nie chodzi już o spór, ale o kontrolę narracji. O to, by nikt nie napisał nowego rozdziału.

Myślenie, że te partie i ugrupowania czy ich liderzy reprezentują jakichś konkretnych ludzi, grupy społeczne czy elektoraty, jest z gruntu mylne. Ten świat tak już nie działa. Dzisiejsza polityka nie opiera się na reprezentacji, lecz na rezonansie emocji. Politycy nie reprezentują już zawodów, klas ani środowisk – reprezentują nastroje: lęk, złość, zmęczenie, potrzebę przynależności. W tym sensie nowi aktorzy sceny, ci spoza głównego układu, są bardziej symptomem niż alternatywą. Nie niosą programu, ale emocjonalny ładunek. Nie obiecują rozwiązań, lecz ulgę. Polityka przestała być zwierciadłem społeczeństwa, a stała się jego głośnikiem.

To jest historia o samotności

Jeśli miałbym szukać źródła tego wszystkiego, postawiłbym na naszą rosnącą samotność. Z naszymi emocjami zostaliśmy sami, bo po prostu jesteśmy sami. I nawet nie chodzi o to, że nie możemy się nimi z kimś podzielić, żeby ktoś je wziął za swoje. Często nie mamy nawet komu ich opowiedzieć, żeby samemu je usłyszeć, nazwać, zrozumieć i przetworzyć. A emocja, której nie można wypowiedzieć, nie znika – ona szuka ujścia. Więc szukamy miejsc, które te emocje przyjmą za nas. Nasza polityka staje się zbiorowym wentylem dla tego, czego nie możemy przeprocesować sami.

W ten sposób polityka stała się formą emocjonalnej opieki zastępczej. Partie nie wychowują już obywateli, nie uczą odpowiedzialności ani nawet myślenia wspólnotowego. One tylko reagują na krzyk. Na potrzebę, żeby ktoś nas zauważył, wysłuchał, potwierdził, że mamy rację. Jak rodzice, którzy przestali wychowywać, a zaczęli nagradzać za głośność. I tak powstał system, w którym nie ma już idei, są tylko emocje krążące w zamkniętym obiegu. Krzyk, echo i poczucie, że ktoś nas słyszy – nawet jeśli nikt naprawdę nie słucha.

Paradoksalnie, coś jednak dziś łączy Brauna, Zandberga i Mentzena. To nie programy ani wartości, lecz antysystemowość – wspólne przekonanie, że obecny porządek trzeba przerwać, zburzyć lub przynajmniej podważyć. Każdy z nich robi to innym językiem i z innych powodów, ale źródło jest podobne: intuicja, że system się wypalił, że nie działa ani instytucjonalnie, ani emocjonalnie. W świecie, w którym polityka przestała odpowiadać na ludzkie potrzeby, antysystemowość staje się nową formą bliskości. Nie chodzi już o zmianę systemu, tylko o bycie przeciwko niemu. Bo w świecie samotnych ludzi sprzeciw to często jedyny sposób, żeby poczuć wspólnotę.

Antysystemowość jako siła odśrodkowa

Każdy z nich walczy z innym systemem. Braun – z systemem nowoczesności, który jego zdaniem odciął człowieka od Boga, tradycji i hierarchii. Jego bunt jest metafizyczny – przeciw światu, który przestał być święty. Mentzen – z systemem biurokratycznym i fiskalnym, który dławi przedsiębiorczość i nagradza zależność od państwa. To bunt liberalny, ekonomiczny, ubrany w język racjonalności, ale napędzany złością na bezsilność wobec instytucji. Zandberg – z systemem nierówności i wykluczenia, który w jego oczach uczynił społeczeństwo polem wyzysku i pozornej wolności. To bunt społeczny, oparty na empatii i poczuciu niesprawiedliwości. Trzy różne walki, trzy różne narracje, ale wspólne doświadczenie: poczucie, że świat, jaki odziedziczyliśmy po transformacji, już nie daje sensu.

Do każdego z nich grawitują ludzie wkurzeni. Nie tyle na konkretną władzę, ile na swoje miejsce w świecie – a raczej na jego brak. To ludzie, którzy czują, że w tym systemie nie mają już gdzie stanąć: nie są ani przegrani, ani zwycięzcy, po prostu zawieszeni. Mają pracę, ale bez poczucia wpływu. Mają głos, ale nikt go nie słyszy. Mają wolność, ale nie wiedzą, co z nią zrobić. Ich gniew nie jest ideowy – jest egzystencjalny. Wynika z poczucia niewidzialności, z tego, że świat się przesunął, a oni zostali w miejscu. Dlatego nie szukają już programu ani rozwiązań, lecy kogoś, kto nazwie ich emocje i powie, że to, co czują, ma sens.

Dlatego ideologie stały się dziś raczej wymówkami niż drogowskazami. Nie wyjaśniają świata, lecz pozwalają zrzucić z siebie jego ciężar. Dlaczego żyje nam się tak, jak się żyje? Bo Żydzi, bo kapitaliści, bo komuniści, bo Unia, bo korporacje, bo LGBT, bo globaliści. Zamiast zrozumienia – mamy gotowe winy. Zamiast języka analizy – język oskarżenia. Każda z tych opowieści działa jak bezpiecznik: pozwala poczuć sens w chaosie, nawet jeśli ten sens jest fałszywy. I właśnie dlatego ruchy antysystemowe rosną – bo oferują coś, czego brakuje w złożonym świecie: proste wytłumaczenie.

Ale to nie znaczy, że nic większego się z tych ruchów nie wykluje. Wręcz przeciwnie – właśnie w takich emocjach rodzą się nowe idee i języki. Jednak na razie to ludzie, którzy najłatwiej wyrywają się z pola grawitacyjnego dwóch wielkich mas – PO i PiS. Ich energia jest jeszcze chaotyczna, nieukształtowana, czasem autodestrukcyjna, ale właśnie dlatego tak silna. Bo nie jest obliczona na władzę, tylko na ucieczkę. To energia odśrodkowa – emocjonalny impet ludzi, którzy nie chcą już krążyć po tych samych orbitach, w tym samym systemie, wciąż wokół tych samych nazwisk i historii.

Chmura gazów i pyłów

Jeśli te dwa pola grawitacyjne naprawdę osłabną i układ w końcu pęknie, dopiero wtedy zobaczymy, co z tej energii zostanie. Czy powstanie coś nowego i trwałego, czy tylko rozpadnie się, nie zostawiając nic w zamian. Bo gniew i sprzeciw są jak zapłon – potrafią uruchomić ruch, ale nie utrzymają go długo. W pewnym momencie potrzebny jest język, który łączy, a nie tylko rozsadza. Nowy porządek zawsze zaczyna się od emocji, ale przetrwa tylko wtedy, gdy z emocji powstanie sens. I może właśnie tego dziś najbardziej brakuje – nie nowej partii, tylko nowego języka, który pozwoliłby nam na nowo opowiedzieć, kim jesteśmy i dokąd chcemy iść. Ale to wcale nic pewnego.

Bo może być też tak, że czeka nas długi okres entropii – czas, w którym świat polityki straci swój środek i symetrię. Układ dwóch mas przestanie istnieć, ale nie pojawi się żadna nowa siła, która potrafiłaby nadać kierunek. Zostanie tylko obłok gazu i asteroidów – luźnych, dryfujących po przestrzeni emocji, opinii i sprzecznych narracji. Każda z nich będzie miała swoją grawitację, ale żadna nie stworzy już planety. I może to właśnie będzie nasza nowa epoka: polityka rozproszona jak pył kosmiczny, w której wszystko się porusza, ale nic już nie krąży wokół wspólnego środka.

Jeżeli jednak miałbym prognozować, to powiedziałbym, że jednak nowe uformuje się jak zawsze. Wokół dwóch sił, które już znamy. Z jednej strony – wokół starych pieniędzy, które jak zawsze przetrwają każdą zmianę ustroju i potrafią dostosować się do każdej narracji. Z drugiej – wokół zupełnie nowego języka, który dopiero się rodzi, jeszcze bez formy i reguł, ale z energią, która może zastąpić stary porządek słów. I może właśnie tam, między kapitałem a słowem, pomiędzy tym, co materialne a tym, co znaczące, zacznie się budować kolejny układ świata. Jest to pewna szansa. Już wyjaśniam dlaczego.

Gospodarka źle zaprojektowana

Ten stary porządek, ciągnący się jeszcze z lat dziewięćdziesiątych, miał jeden poważny efekt uboczny. W dużej mierze wciąż żyjemy w układzie gospodarczym, w który weszliśmy wtedy – z jego logiką taniej pracy, zagranicznego kapitału i ciągłego nadrabiania. Politycznie jechaliśmy różnymi drogami w różnych czasach, ale wciąż tak samo głębokimi koleinami. Nie mieliśmy momentu, w którym naprawdę moglibyśmy gospodarczo wymyślić się na nowo. Zmieniały się partie, hasła i budżety, ale fundament pozostał ten sam: być użytecznym dla cudzej gospodarki. Dlatego polityka przez lata mogła się zmieniać w słowach, a kraj w rzeczywistości pozostawał w tym samym miejscu.

Efekt jest paradoksalny. Mamy jeden z największych wzrostów gospodarczych w Europie w ciągu ostatnich trzydziestu lat – i jednocześnie jedno z największych rozwarstwień społecznych. Powstał kraj, który rośnie w liczbach, ale nie dla wszystkich lepszy w doświadczeniu codzienności. Średnia zamożność się zwiększyła, lecz poczucie bezpieczeństwa i sprawczości – niekoniecznie. Nie wiadomo, czy dało się to zrobić inaczej, czy może tak właśnie wygląda cena przyspieszenia, bo przecież Rumunia i Irlandia mają podobnie. Ale to już temat na inny tekst.

Może to nawet dobrze, że Zandberg i Mentzen sprawiają wrażenie, jakby pochodzili z zupełnie różnych kierunków, a Braun – jakby teleportował się z innego wymiaru. Bo być może właśnie w tym chaosie jest nasza szansa. Może potrzebujemy teraz właśnie takiego rozproszenia, żeby na nowo znaleźć równowagę. Żeby zderzenie skrajnych wizji pozwoliło nam zbudować coś w rodzaju nowej stabilizacji – nie opartej na jednym układzie, ale na napięciu między różnymi językami. Bo może dopiero z takiego zderzenia wyłoni się coś, co naprawdę zacznie opisywać świat, w którym żyjemy dziś, a nie ten, który pamiętamy sprzed trzydziestu lat.

Na koniec: „Granice mojego języka są granicami mojego świata” – Ludwig Wittgenstein

Od tego zdania wszystko się właściwie zaczyna. Bo jeśli nasz język się kończy, to kończy się też świat, który umiemy opisać. Polityka nie jest tu wyjątkiem – przeciwnie, to ona najboleśniej ujawnia, że zabrakło nam słów. A jeśli nie mamy nowych słów, nie mamy też nowych myśli. I właśnie dlatego polityka coraz częściej przypomina powtarzanie w kółko tego samego zdania, w którym ktoś kiedyś zapomniał postawić kropkę. I teraz kręci się ono zapętlone w kółko.

Nowe idee nie rodzą się w programach ani w gabinetach – rodzą się w słowach, których jeszcze nie umiemy dobrze wypowiedzieć. W nieporadnych próbach nazwania rzeczy na nowo, w pomyłkach, w memach, w ironii, w gniewie i w milczeniu też. Ten język dopiero się składa, czasem niegramatycznie, często zbyt emocjonalnie, ale to w nim tli się coś żywego. Stary język polityki mówił o państwie, władzy i porządku wyobrażonym. Nowy – jeśli się narodzi – chciałbym wierzyć, że będzie mówił o emocjach, bliskości i sprawczości.

Może to właśnie ten moment, żeby mówić i pisać ile sił. Nie po to, żeby mieć rację, ale żeby znów nauczyć się słuchać własnych słów. Żeby próbować, mylić się, tworzyć nowe znaczenia, zanim świat ostatecznie ucichnie w szumie. Bo język nie odnawia się sam z siebie – ktoś musi go wypowiedzieć na nowo. Może więc warto mówić, nawet jeśli nie wiemy jeszcze, jak. Bo przecież na początku było Słowo.

Jakub Wojtakajtis

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Alexandra_Koch from Pixabay

Kraj, w którym nikt nie czuje się ważny

Kraj, w którym nikt nie czuje się ważny

Mam wrażenie, że chroniczną przypadłością naszego kraju jest nieważność. Że strukturalnie czujemy się nieważni. W pracy, w rozmowie, w państwie. Może dlatego, że większość z nas ma zaledwie góra trzy pokolenia wstecz doświadczenie biedy, zależności i braku wpływu. Awans materialny nie uleczył tego śladu ani nie przyniósł ulgi. Pieniądze nie kupiły poczucia ważności, bo ono nie bierze się z posiadania, lecz z bycia uwzględnianym.

Społecznie

Pradziadkowie i prababki albo dziadkowie i babki większości z nas to chłopi pańszczyźniani, robotnicy, repatrianci, ofiary wojen, ustrojów i przemian. Wszyscy żyli w warunkach, w których decyzje zapadały gdzieś ponad nimi. W takich historiach trudno odnaleźć doświadczenie sprawczości. I choć dziś mamy lepsze samochody, nieruchomości i tytuły stanowisk, to w środku często wciąż niesiemy echo tamtej bezsilności.

Często próbujemy więc odruchowo leczyć nieważność przez unieważnianie innych. Tych biedniejszych, słabszych, mniej wykształconych, tych „spoza bańki”. Wydaje nam się, że jeśli kogoś umniejszymy, to sami urośniemy. Ale to złudzenie. W ten sposób tylko wzmacniamy strukturę, w której nikt nie czuje się naprawdę ważny, a każdy musi coś udowadniać.

Widać to w drobnych gestach i codziennych rozmowach. W pogardliwym tonie wobec kasjerki, w złości na kierowcę autobusu, w memach o „Januszach” i „Grażynach”. Widać w komentarzach pod postami w internecie, w języku polityków, w sarkazmie, który udaje inteligencję. To są nasze narodowe rytuały obronne przed własnym poczuciem nieważności.

Mam przeczucie, że prawdziwe poczucie ważności – w sensie indywidualnym i społecznym – może przyjść właśnie z działań na rzecz tych, którzy są gorzej sytuowani lub wykluczeni. Bo wtedy przestajemy budować hierarchię – a zaczynamy budować wspólnotę. Nic nie robi tak dobrze, jak działanie na czyjąś rzecz i w czyjejś sprawie.

Poczucie ważności może rodzić się z prostych gestów. Zauważenia kogoś, kto zwykle jest niewidoczny. Wysłuchania zamiast oceniania. Wzięcia odpowiedzialności za wspólne dobro. To może być rozmowa z sąsiadem, wsparcie lokalnej inicjatywy, otwartość na inny punkt widzenia. Bo ważność to nie przywilej – to relacja. I kiedy zaczynamy ją budować razem, powoli uczymy się być społeczeństwem, które naprawdę się liczy. Ale czy w społeczeństwie możemy to zbudować, ale tak raz na zawsze? Nie. Dlaczego?

Statystycznie

Bo w każdym pokoleniu są tacy, którzy radzą sobie lepiej, oraz tacy, którzy radzą sobie gorzej. Statystyka jest w tym nieubłagana. Nawet jeśli wszyscy wystartują z tego samego miejsca, po czasie rozkład zawsze się rozjedzie. Jedni szybciej złapią wiatr w żagle, inni będą mieli pecha, zachorują, utkną, zostaną w tyle.

Można się spierać o to, dlaczego tak jest. Czy to kwestia talentu, systemu, przypadku czy odpowiedzialności. Ale historia uczy jednego: rzeczy pozostawione samym sobie nie ewoluują ku równowadze, lecz ku entropii. Bez korekty, bez współpracy, bez wzajemnego wsparcia wszystko powoli się rozwarstwia: kapitał, dostęp, szanse, język, emocje. I nie ma na to żadnego ostatecznego lekarstwa. Nie ma i koniec.

Redystrybucję, jako remedium na to, znamy od dawna – jeszcze sprzed rewolucji neolitycznej. W społecznościach łowiecko-zbierackich dzielenie się było formą ubezpieczenia na życie. Jeśli dziś coś nazwalibyśmy „programem społecznym”, wtedy był to po prostu obieg orzechów, suszonych owoców, mięsa, ubrań i współdzielenie schronienia – prosty, emocjonalny system zabezpieczeń. Tyle że wtedy populacja plemienia mieściła się w liczbie Dunbara, czyli 150 osób, które znały się nawzajem.

Dziś próbujemy robić to samo, lecz instytucjonalnie i na poziomie kilkudziesięciomilionowych społeczeństw. I nawet historycznie to przecież jest ciągle nowość, bo co to jest sto czy dwieście lat wobec całej historii gatunku. Wciąż uczymy się, jak skalować empatię, troskę i współzależność poza granice osobistego doświadczenia. Jak nieść odruch plemienny do społeczeństwa, w którym już nie znamy swoich współplemieńców.

Tak, w tej skali to wcale nie jest proste. Ale redystrybucja w tym sensie to nie tylko test naszej dojrzałości jako gatunku, ale także model ekonomiczny. Bo w gospodarkach działa to dokładnie tak samo jak w plemionach. I redystrybucja ma sens nie tylko moralny, ale też ekonomiczny. Zgaduję, że pan profesor Leszek Balcerowicz pewnie by się uśmiał – że niby w jaki sposób?

Ekonomicznie

W taki, że środki trafiające do ludzi o niższych dochodach nie znikają z gospodarki. Odwrotnie, one w niej krążą, podnoszą jej temperaturę i napędzają popyt. Nikłe jest prawdopodobieństwo, że od potrzebujących trafią na konta offshore albo zostaną stezauryzowane w aktywach. W tym sensie redystrybucja to nie „rozdawnictwo”, lecz inwestycja w obieg energii społecznej – w ludzi, którzy dzięki niej mogą znów poczuć się ważni i włączeni we wspólny rytm.

Tutaj mam przeczucie, że nurt neoliberalny w Polsce utknął w czasie. Jakby wciąż był rok 1990, złotówka była niewymienialna, a na horyzoncie czaiła się hiperinflacja. Jakby wciąż obowiązywało przekonanie, że za dużo pieniądza w kieszeniach ludzi skończy się katastrofą. I że trzeba oszczędzać, prywatyzować, dyscyplinować. Ale to jest lęk z innej epoki. Dziś nie grozi nam upadek z nadmiaru, lecz erozja wskutek braku zaufania i poczucia współzależności. A tego nie da się naprawić przez cięcia – tylko przez inwestycję w ludzi i w ich ważność.

To teraz matematycznie i na bardzo bieżącym przykładzie. Wystarczy spojrzeć na makroekonomiczne dane z ostatnich miesięcy. Wzrost gospodarczy powyżej 3%, inflacja poniżej 3%, stopy procentowe w okolicach 5%. Na papierze – całkiem niezły scenariusz. Więc dlaczego nagle bezrobocie zaczyna rosnąć z 5,0% do 5,5%, w dodatku niezgodnie z coroczną sezonowością?

Różnica między inflacją a stopami procentowymi sprawia, że ludzie wolą oszczędzać niż wydawać. Kredyt drożeje, lokaty rosną, a wraz z nimi poczucie, że lepiej mieć coś odłożonego na czarną godzinę. Ten impuls bezpieczeństwa, zupełnie zrozumiały psychologicznie, działa jednak jak ekonomiczny hamulec. Gdy ludzie przestają kupować, popyt spada. Gdy popyt spada, spada też podaż. Wtedy firmy ograniczają produkcję, inwestycje, zatrudnienie. Zaczynają się zwolnienia.

A zwolnienia wzmacniają dokładnie ten sam mechanizm lęku, od którego wszystko się zaczęło. Coraz więcej ludzi czuje, że idą trudne czasy i że trzeba jeszcze bardziej oszczędzać. I tak koło się zamyka. Z samospełniającego się proroctwa ostrożności rodzi się recesyjna spirala. To nie jest ekonomiczny paradoks. To po prostu emocja, która dostała wsparcie w polityce pieniężnej.

Jaki jest tego efekt? Rząd, widząc rosnące spowolnienie, za wszelką cenę próbuje wpompować w gospodarkę pieniądze, żeby nie dopuścić do efektu kuli śnieżnej. Zwiększa transfery, dopłaty, inwestycje, czasem nawet na oślep – byle utrzymać ruch. Ale za co to robi? Za pożyczone pieniądze. I skąd jeszcze te pieniądze? No z podatków.

A jaki jest efekt tego wszystkiego? Wyższy i droższy dług publiczny. Im droższy dług, tym więcej kosztuje jego obsługa. A im więcej kosztuje obsługa, tym mniej zostaje na realne inwestycje, edukację, zdrowie, infrastrukturę. I tak koło się domyka – spowalnianie przez lęk prowadzi do pożyczania z lęku, które kończy się podnoszeniem podatków, żeby zasypać dziurę po strachu.

To ironia, której nie rozumieją neoliberałowie. Że ich własny strach przed „zbyt dużym państwem” ostatecznie prowadzi do jeszcze większego państwa, z jeszcze większymi podatkami i z jeszcze większym długiem. Bo system, który nie ufa ludziom i ich skłonności do współtworzenia, zawsze kończy z deficytem – i finansowym, i społecznym.

Więc proszę bardzo: poeksperymentujmy sobie teraz z ograniczaniem redystrybucji. Zobaczmy, co się stanie, kiedy jeszcze bardziej przykręcimy kurek, „żeby było odpowiedzialnie i uczciwie”. Przecież co złego może się wydarzyć? Kiedy wszystko zacznie spowalniać, gospodarka stygnąć, ludzie zaczną ciąć wydatki, firmy – koszty, a potem i etaty. Wtedy będzie można z dumą powiedzieć: „no tak, przecież ostrzegaliśmy przed rozdawnictwem”. Tylko, że wtedy to nie będzie już komu słuchać.

Globalnie

Na końcu takiej nie zatrzymanej w porę spirali zawsze ktoś się pojawia. Ktoś podobny do tych, których już z historii znamy. Chávez. Robespierre. Szela. Tacy ludzie pojawiają się nie dlatego, że mają plan, ale dlatego, że są wcieleniem gniewu, którego nikt wcześniej nie chciał wysłuchać. Nie chodzi o to, kim są i jacy są – lecz o to, że wszyscy oni są beznadziejnie nieskuteczni. Żaden z nich nigdy nie naprawił tego, co miało być naprawione. Bo nie da się uleczyć poczucia nieważności gniewem.

W ustach neoliberałów wolność i niskie podatki zawsze brzmią jak piękna obietnica – prosta, elegancka, kusząca. Problem w tym, że świat przestał być prosty. Globalna gospodarka nie działa już jak model z podręcznika, lecz jak sieć wzajemnych zależności, emocji, przepływów i lęków. Nie wystarczy więc poluzować śruby i czekać, aż mechanizm sam się wyreguluje. Dziś nawet najbardziej racjonalne decyzje ekonomiczne uruchamiają irracjonalne reakcje społeczne. Świat, w którym wszystko miało swoje punkty równowagi, skończył się mniej więcej wtedy, gdy zaczęliśmy żyć w jednym wielkim sprzężeniu zwrotnym.

Nie trzeba sięgać daleko, żeby zobaczyć, jak kończą się marzenia neoliberałów o samoregulującym się rynku. W Wielkiej Brytanii wielki eksperyment Thatcher – ostatecznie zakończył się Brexitem. W Stanach Zjednoczonych polityka zapoczątkowana przez Reagana – wyborem Trumpa. W Rosji gospodarcza terapia szokowa po upadku ZSRR – wyborem Putina i wojną w Ukrainie. Niektórym z nas może być ciężko połączyć te kropki, bo oddzielają je dziesięciolecia i kontynenty. Taki to urok długofalowych trendów w makroekonomii i przemianach społecznych.

Mechanizm jest zawsze ten sam: obietnica wolności, przedsiębiorczości i efektywności zamienia się w poczucie utraty wpływu i osamotnienia. „Niewidzialna ręka rynku” miała wszystko wyregulować i połączyć, a zamiast tego zdestabilizowała i rozdzieliła. Tam, gdzie zaufanie i współpraca ustąpiły miejsca rywalizacji i lękowi, prędzej czy później wraca odpowiedź na głód opieki, wspólnoty i znaczenia. Tylko już nie w liberalnej, lecz w bardziej autorytarnej formie.

Politycznie

I tu właśnie robi się ciekawie. Bo mało kto patrzy w liczby. W historii ekonomii nie ma potwierdzenia, że gdziekolwiek czy kiedykolwiek redystrybucja doprowadziła do katastrofy. Przeciwnie, zgodnie z przykładami to właśnie jej brak do katastrof doprowadzał bardzo często. Redystrybucja często stabilizuje gospodarkę i społeczeństwa, gdy inne mechanizmy zawodzą. Ale to i tak nie ma dzisiaj i tutaj dla nas większego znaczenia.

Bo narracja o redystrybucji w Polsce nie jest dyskusją o tym, co działa. Jest wściekłą tyradą o tym, komu się wydaje, że komuś innemu się należy lub się nie należy. O resentymentach, o poczuciu krzywdy, o dawnej biedzie, o lęku przed utratą zdobytego statusu. Dlatego tak łatwo wchodzi w nią moralny ton – że jedni „pracują na drugich”, że „rozdaje się leniom”, że „państwo się rozzuchwala”. I w ten sposób ekonomia zamienia się w teologię winy i zasługi, w której fakty przestają mieć znaczenie.

To jest to paliwo rakietowe dla całego systemu politycznego. Nie liczby, nie programy, nie strategie – tylko emocje. Pod spodem tego wszystkiego rozgrywają się niewypowiedziane lęki potomków chłopów pańszczyźnianych, robotników i ofiar systemów, które przez pokolenia uczyły się przetrwania, a nie sprawczości.

Polityka doskonale zna te emocje i gra na nich jak na trąbce. Pod spodem całej klasy politycznej są eksploatowane proste lęki ludu. Czyli nas wszystkich, bo przecież my wszyscy jesteśmy z ludu. I temu ludowi ciągle przed snem – z telewizora i z internetu – opowiada się, że ktoś przyjdzie i zabierze. Że zabierze i biednym, żeby dać bogatym, i bogatym, żeby dać biednym.

Że przyjdą wyzyskiwacze, matki, dzieci, rolnicy, prywaciarze, uchodźcy, Niemcy, Bruksela, Ruscy, Ukraińcy, lewacy, komuniści, prawacy, faszyści, liberałowie, socjaliści – zawsze „ktoś”. Ktoś, kto zagraża temu, co jeszcze nam zostało. I wtedy w środku nocy, ten mieszkający w nas biedny chłop pańszczyźniany czy robotnik sprzed pokoleń trzęsie się najpierw ze strachu, a potem ze złości. Bo pod tego wszystkiego spodem jest wciąż to samo: nieważność, która domaga się znaczenia.

Jeśli kiedykolwiek wydarzy się coś, co sprawi, że staniemy się dla siebie wzajemnie ważni, to cały nasz system polityczny straci swoje paliwo. Bo dziś karmi się on naszą nieważnością – naszym lękiem, że bez lidera, partii, tożsamości plemiennej nie istniejemy. Jeśli jednak poczujemy się ważni nawzajem, zniknie zapotrzebowanie na tych, którzy żyją z podziałów. Wtedy nie trzeba będzie nikogo obalać – system po prostu sam z siebie zacznie się zmieniać.

Na koniec

Paradoksalnie inspiracją do tej refleksji nie była żadna publikacja o charakterze społecznym, ekonomicznym czy politycznym. Był nią Dialog Motywujący autorstwa Williama R. Millera i Stephena Rollnicka. To taka metoda terapeutyczna, która powstała w pracy z osobami uzależnionymi. Była ona w kontrze do wtedy dominującego nurtu, który intuicyjnie zakładał, że zmianę wywołuje się przez „wbicie palca w ranę”. Czyli wzbudzenie wystarczająco silnego poczucia winy i wstydu.

Rollnick i Miller zauważyli i udowodnili, że jest dokładnie odwrotnie. Prawdziwa zmiana zaczyna się wtedy, gdy człowiek poczuje się ważny i podmiotowy – dla terapeuty, sam dla siebie i w procesie swojej zmiany. I może właśnie tego wciąż uczymy się jako społeczeństwo. Że uwzględnienie drugiego człowieka pomaga na różne rzeczy, na chorobę nieważności również. I że to wzmacnia obie strony – tych, których zaczynamy uwzględniać, ale także nas samych.

Jakub Wojtakajtis

Grafika w nagłówku tekstu: Hello Cdd20 from Pixabay.