Społeczna gospodarka rynkowa – wzloty i powroty

Kryzys finansowo-gospodarczy ostatniej dekady uwidocznił wiele społecznych, ekonomicznych i politycznych aspektów, które wskazują na niewydolność obecnego systemu. Zmniejszenie roli państw w obliczu doktryny liberalizacji i globalizacji, „zwijanie” przemysłu i pogłębiające się rozwarstwienie społeczne degenerują narodowe systemy polityczne, przesuwając wektor od demokracji w stronę plutokracji. Z nostalgią wspominana jest złota era powojennego kapitalizmu. W jej trakcie wypracowano efektywne, choć nieco różniące się modele rozwoju społecznego, które pod względem wskaźników wzrostu gospodarczego, poziomu bezrobocia czy nierówności społecznych wydają się dla nas niedoścignionym wzorem. W przeciwieństwie do arbitralnego neoliberalnego wzorca, zwanego konsensusem waszyngtońskim, ówczesne ścieżki rozwoju wielu państw były kulturowo i funkcjonalnie dopasowane do potrzeb poszczególnych społeczeństw. Jednym z ciekawych przykładów „narodowej drogi do dobrobytu” są Niemcy.

To właśnie z Niemiec pochodzi określenie „społeczna gospodarka rynkowa” (Soziale Marktwirtschaft), oznaczająca regulowany kapitalizm o dużym zakresie wolności gospodarczej, podporządkowany jednak prymatowi dobra wspólnego. Studiowanie przypadku właśnie niemieckiej złotej ery ma z naszej perspektywy szczególną wartość. Po pierwsze dlatego, że to właśnie na Niemcy i architekta tamtejszego sukcesu gospodarczego Ludwiga Erharda powoływano się w naszym kraju okresu transformacji jako na wzór dobrych przemian. Niestety za nominalnym pojęciem „społecznej gospodarki rynkowej”, użytym w Konstytucji RP z 1997 r. na oficjalne określenie ustroju gospodarczego Polski, nie szło zrozumienie tego terminu, poza domyślnym życzeniem „żeby było jak na Zachodzie”.

Drugi powód jest szczególnie doniosły. Model niemiecki ze wszystkich powojennych systemów społeczno-gospodarczych wydaje się najbardziej umiejętnie wykorzystywać dobrodziejstwa wolnej przedsiębiorczości. W dzisiejszej turbokapitalistycznej rzeczywistości jest więc najbliższy wyobrażeniom, jak mógłby wyglądać „kapitalizm po poprawkach”. Wreszcie po trzecie – studiowanie polityk Niemiec (i Francji) złotego wieku i ich neoliberalnej mutacji, która nadal zachowuje w swym genotypie dawne modele instytucjonalne i ideologiczne, pozwoli nam zrozumieć mechanizmy osiągania i utrzymywania przez te kraje wysokiej pozycji w relacjach międzynarodowych. Ich kształt i niemal instynktowne „dbanie o własne interesy”, w istocie będące efektem utrzymania kultury i metatradycji poprzednich modeli gospodarczych, mogą wiele nauczyć także Polskę.

Krajobraz społeczeństw i systemów gospodarczych w roku 2014 jest daleki od tego, który mieliśmy cztery dekady temu. Zatem analiza społecznej gospodarki rynkowej musi być krytycznie poddana testowi wydolności dzisiejszych warunków. Nie wszystkie wyzwania przyszłości można będzie rozwiązać poprzez bardziej prospołeczne regulacje, zmianę polityk fiskalnych czy poskromienie wpływów wielkich grup interesu. Niektóre procesy, np. globalizacja handlu, tak bardzo posunęły współzależności państw i podmiotów, że są w swej istocie nie do cofnięcia, jak wskazuje prof. Grzegorz W. Kołodko. Do tego dochodzą inne tak bardzo doniosłe procesy społeczne, m.in. w sferze demografii i ról społecznych, że badacze polityki społecznej, jak Gøsta Esping-Andersen, wyrażają wątpliwości co do możliwości utrzymania lub powrotu do maksimum zdobyczy społecznych z okresu zwycięskiego pochodu modelu państwa dobrobytu. Tym większym zadaniem wydaje się dziś wydobycie esencji społecznej gospodarki rynkowej i stworzenie teoretycznych podstaw pod budowę przyszłego prorozwojowego, zrównoważonego modelu społecznego i gospodarczego postępu. Punkt wyjścia dla rozważań powinna stanowić refleksja nad tym, czym była niemiecka społeczna gospodarka rynkowa (i jej bliskie odpowiedniki) oraz co stało u podstaw jej atrofii.

Społecznie i kapitalistycznie: niemiecka harmonia interesów

Ludwig Erhard, wieloletni minister gospodarki Republiki Federalnej Niemiec i przez krótki okres kanclerz tego kraju, jest postacią, którą trudno byłoby przypisać do któregokolwiek z obecnych nurtów ideowo-politycznych. Chadek, gorący przeciwnik gospodarki centralnie planowanej, był jednocześnie niezwykle daleki od dogmatycznego uwielbienia dla wolnego rynku. Jego wiara w dobroczynny potencjał modelu kapitalistycznego przysparza mu po dziś dzień wielu zwolenników po stronie radykalnego leseferyzmu, zaś jego pragmatyczna metoda rządzenia i osadzenie gospodarki w kontekście społecznym zdobywają mu uznanie krytyków neoliberalizmu.

Idea społecznej gospodarki rynkowej Ludwiga Erharda pod pewnymi względami przypomina dzisiejsze założenia konsensusu waszyngtońskiego. Inspirowany niemiecką szkołą ordoliberalizmu („uporządkowanego” liberalizmu) Erhard sporo miejsca poświęcił takim kwestiom jak stabilność cen, konieczność łagodnego reżimu fiskalnego czy wyższość wolnego wyboru nad przeregulowaną lub planową gospodarką. Oto co Erhard mówił na temat znaczenia stabilności pieniądza dla gospodarki oraz, co brzmi znajomo, zagranicy: Nie miałem wątpliwości, iż frywolna polityka ekspansji [pieniężnej – przyp. K.M.] nie tylko zagroziłaby stabilności waluty, ale także naszemu bilansowi płatniczemu na długi czas. Stalibyśmy się nieuczciwi na początku drogi, której celem było bycie uczciwym partnerem w globalnym handlu. Ale to tylko jedna strona medalu. Ordoliberalizm łączył bowiem wiarę w silne państwo z przekonaniem o kluczowej roli konkurencji. Jednak społeczna gospodarka rynkowa nie jest prostą aplikacją ordoliberalizmu – jej dodatkowy komponent stanowi bowiem odpowiedzialność społeczna, inspirowana katolicką nauką społeczną.

Początki idei społecznej gospodarki rynkowej są nieoczywiste, krystalizując się dopiero po drugiej wojnie światowej. Już w roku 1913 ekonomista Werner Sombart, przedstawiciel „szkoły historycznej”, używa pojęcia „społeczny kapitalizm”, mając na myśli regulowaną wersję kapitalizmu, z miejscem dla związków zawodowych, z godnymi zarobkami i standardami pracy. Ważną postacią dla Erharda był jego nauczyciel ekonomii, Franz Oppenheimer, autor pojęcia „liberalny socjalizm”, rozumianego jako socjalizm osiągany metodami liberalnymi (kapitalistycznymi). Wreszcie, chociaż nie tożsamy, wykształcony po wojnie nurt ordoliberalny ma wiele wspólnego ze społeczną gospodarką rynkową. Jako manifest idei ordoliberalizmu można traktować poniższy fragment z pierwszego numeru pisma „Ordo”: Wszystko, czego pragniemy, to stworzenie ekonomicznego i społecznego porządku, który w równym stopniu gwarantuje aktywność gospodarczą i godne warunki życia. Nawołujemy do konkurencji, ponieważ może być użyta do osiągnięcia tego celu – w istocie cel nie może być osiągnięty bez niej. Jest to środek, a nie cel sam w sobie.

Tworząca się niemiecka społeczna gospodarka rynkowa kładła jednak nieco większy nacisk na kwestie społeczne, niż wskazywałaby na to teoria „regulowanego” liberalizmu nurtu ordo. Niemiecki ekonomista Alfred Müller-Armack przedstawił bodaj najdokładniejszy opis społecznej gospodarki rynkowej. Wierzył, iż system oparty na konkurencji tworzy bogactwo znacznie lepiej niż systemy niekapitalistyczne. Inaczej wprawdzie rozkładał akcenty, będąc przekonanym, że rezultaty procesu gospodarowania wymagają co do zasady korekt czy też „kompensacji”. Erhard podkreślał: Polityki gospodarcze i społeczne łączą siły. W połowie XX wieku zamożność gospodarki jest ściśle związana z losami kraju, a odwrotnie, każdy kraj lub rząd natychmiast odczuwa brak polityki gospodarczej.

Ludwig Erhard rozpoczął swoje działania od uwolnienia cen w 1948 r. Jednocześnie, bojąc się inflacji, sprzeciwiał się nadmiernej akcji monetarnej. Represjonowany dotychczas popyt wkrótce, szczególnie od nadejścia koniunktury związanej z wojną koreańską, zaczął korzystać ze stabilnych ekonomicznych podstaw rozwoju. Nie były one jednak dogmatycznie wolnorynkowe. Wielka część tego sukcesu jest w istocie sukcesem instytucjonalnym, opartym na miękkim przywództwie. Regulacje i prawa zabraniające nagłych podwyżek cen są tego najlepszym przykładem. Jak podkreślał Erhard, niezwykle istotne było znalezienie społecznego kompromisu, gdzie dobro wspólne nie ustępowało egoistycznym przesłankom. Zgodnie z tym myśleniem nie tylko zachęcano związki zawodowe do umiaru w wysuwaniu żądań płacowych, lecz równie twardo wywierano presję na pracodawców, wskazując, że podwyżki cen w celu uzyskania nadzwyczajnych zysków przez przedsiębiorców, będą traktowane jako czyn aspołeczny. Prawo przeciwko zawyżaniu cen z 7 października 1948 r. było bezpośrednim aktem interwencji. Państwo musi chronić żywotny długofalowy interes obywateli przed sprzecznymi krótkowzrocznymi żądaniami indywidualnych grup interesu czy jednostek. Dlatego właśnie społeczna gospodarka rynkowa jest, jak podkreśla np. János Kornai, systemem kapitalistycznym, ale jednocześnie zawiera wiele elementów łagodzących. System układów zbiorowych i współodpowiedzialność przedstawicieli rad pracowniczych za zarządzanie niemieckimi przedsiębiorstwami są tego najlepszym przykładem. Tak zorganizowane stosunki przemysłowe pozwalały połączyć interes społeczny z koniecznością ekonomicznego rozwoju, walnie się do niego przyczyniając nie tylko dzięki koordynowanemu z potrzebami przedsiębiorstwa wzrostowi płac, lecz również za pomocą aktywnego wpływu pracowników na procesy racjonalizacji i wzrostu efektywności produkcji. To jeden z powodów, dla którego niemiecka gospodarka w swym złotym okresie była zdolna do szybkiego podnoszenia produktywności i skutecznego konkurowania na rynkach międzynarodowych.

Społeczny model interwencji gospodarczej

Erhard podkreślał, jak bardzo, szczególnie w pierwszych latach odbudowy, gospodarka potrzebowała opiekuńczej roli rządu: Oferowaliśmy stale nowe impulsy dla inwestycji, zaś dodatkowy wysiłek był nagrodzony, gdyż płatności za nadgodziny pozostały wolne od podatku. Radość ze swobodnej pracy, niedawno przywrócona, teraz dawała o wiele lepsze płace, które w końcu odzyskały siłę nabywczą, a człowiek był w stanie żyć godnie. Efekty tych zmian są wyraźnie widoczne w statystykach godzin przepracowanych w tygodniu przez robotników przemysłowych. Ponownie odkryta radość z pracy doprowadziła do dłuższego średniego czasu pracy, który to trend dopiero niedawno nieco zmalał. Wydajność przemysłowa, która wzrosła o ponad 60% od 1949 r., obecnie umożliwia skrócenie czasu pracy.

Niemcy również dopuszczały oraz z powodzeniem stosowały bardziej bezpośrednie formy interwencji. Rozpędzający się potencjał przemysłowy potrzebował w krótkim okresie wiele surowców potrzebnych do produkcji dóbr przetworzonych. To spowodowało, że pod koniec lat 40. Niemcy nabawiły się sporego deficytu handlowego. Erhard wiedział, że jest to sytuacja przejściowa i już wkrótce dobre niemieckie produkty będą zyskiwać pozycję w światowym handlu. Nie pozostawił jednak problemu niewidzialnej ręce rynku: W tej sytuacji Minister Gospodarki [pisał o sobie Erhard – przyp. K.M.] nie mógł po prostu stać bezczynnie. Jego diagnozą sytuacji było: wewnętrzna gospodarka jest hamowana, istniejące obiekty produkcyjne nie są w pełni wykorzystywane. Ale wskaźnik produkcji przemysłowej wzrósł z 75,2 w grudniu 1948 r. do 96,1 w grudniu 1949 (1936 = 100). W związku z bezrobociem wydawało się możliwe, że wewnętrzna sytuacja gospodarcza może korzystać z obfitej polityki kredytowej, wspomaganej przez inne środki ekspansji.

Oprócz pomocy kredytowej przedsiębiorstwom wytwórczym ważnym elementem, powiedzielibyśmy, „keynesowskiej” stymulacji w wykonaniu Erharda był program państwowych inwestycji. Tani kredyt i polityka państwa działały w tandemie: Presja masowego bezrobocia wymusiła dalsze wzmocnienie ekspansywnej polityki gospodarczej w okresie zimowym. Została udzielona pomoc finansowa dla stworzenia programów robót publicznych, a także dla robót budowlanych. W ramach tej specjalnej akcji udostępniono 3,4 mld marek. Kredyty krótkoterminowe, które na koniec 1948 r. wyniosły 4,7 mld, wzrosły w 1949 r. o dalsze 5,1 mld, w pierwszym półroczu 1950 ponownie wzrosły o 2,3 mld. Objętość średnio- i długoterminowych kredytów od banków, w tym Banku Odbudowy, osiągnęła sumę 2,6 mld, w pierwszym półroczu 1950 r. wzrosła o kolejne 2 mld.

Polityka kredytowa i inwestycyjna jest jednym z najważniejszych instrumentów polityki gospodarczej, jeżeli tylko państwo zdecyduje się na aktywne wsparcie gospodarki. Niemcy, poprzez swój bank Kreditanstaltfür Wiederaufbau, taką politykę prowadziły, ale jeszcze wyraźniej widać tę rolę w przypadku złotej ery Francji. Jak wskazuje Ben Clift, francuski model aktywnej polityki gospodarczej uznawał rolę państwa jako strażnika dostępu do strategicznego kapitału. Jak dalej wyjaśnia Clift: Klasyczny model francuski dirigiste zawierał w swej istocie instytucjonalny przydział kredytu państwa francuskiego i różnych parapublicznych instytucji finansowych. Pozwoliło to francuskim organom kierować procesem dostarczania strumieni kapitału i zasobów gospodarczych wzdłuż wybranej ścieżki rozwoju gospodarczego kraju.

W obu przypadkach, niemieckim i francuskim, państwo zachowywało wpływ na wynik procesów gospodarczych, wskazując, że zysk nie jest jedyną podstawą działalności przedsiębiorstw. Podczas gdy model niemiecki bazował na regułach konstytucyjnych, model francuski oparty był przede wszystkim na nieformalnym rozumieniu roli państwa, wykluczającym klasyczne liberalne postulaty całkowitej równości w gospodarce. Dlatego też nie przejmując się rynkowymi dogmatami, francuskie elity nawet dziś mają mniej skrupułów wobec podejmowania stronniczych decyzji wpływających na gospodarkę, struktury instytucji rynkowych i procesy na warunkach korzystnych dla francuskich graczy na rynkach międzynarodowych.

Efektem niemieckiej i francuskiej polityki gospodarczej był bezprecedensowy długotrwały wzrost gospodarczy tych państw oraz wciąż malejące nierówności społeczne. Ponad pięcioprocentowe tempo wzrostu przy stopie bezrobocia często mniejszej niż jeden procent! Gdy w październiku 1966 roku Ludwig Erhard zrezygnował z kierowania niemiecką nawą państwową, jednym z powodów jego decyzji było nadzwyczajnie wysokie bezrobocie, niespotykane w tamtej dekadzie. Sięgało ono niemal… trzech procent.

Zarówno we Francji, jak i w Niemczech osiągnięcia złotej ery są już w dużej mierze przeszłością, jednak pewne szczególne rysy kapitalizmu ze społeczną twarzą zostały zachowane.

W opałach

Trudno jednoznacznie wskazać początek odwrotu od społecznej gospodarki rynkowej. Warto jednak poruszyć kilka aspektów, które mogą być pożyteczne przy analizie warunków przyszłych prospołecznych przekształceń na świecie, w tym również w naszym kraju.

Po pierwsze – badając proces przekształceń państw o prospołecznych i zrównoważonych systemach gospodarczych, warto odróżnić okoliczności tych zmian. Z jednej strony są te endogeniczne, będące niemal nieuchronnym skutkiem określonego globalnego porządku gospodarczego, determinowanego przez stadium rozwoju światowych gospodarek i społeczeństw. Z drugiej z kolei mowa o czynnikach „nie-nieuchronnych”, będących wynikiem decyzji i świadomego wpływania przez różne podmioty na kształt instytucjonalny stosunków społecznych i międzynarodowych. Pytanie więc brzmi: co stać się musiało, a co natomiast było wynikiem presji zwolenników zmiany modelu państwa?

Po drugie – na bazie powyższych rozróżnień przydatne jest zadanie pytania o właściwe, użyteczne modele dostosowania państw do realiów globalnego porządku neoliberalnego, a zatem „dobrych praktyk” państw dbających w dzisiejszej dobie o interes społeczny. Te dwie perspektywy mogą przyczynić się do odpowiedniego ujęcia esencji „kapitalizmu przyjaznego społecznie”, w którym np. nie zawsze muszą się zawierać wszystkie postulaty państwa socjalnego. To zaś może dać pewne wskazówki co do pożądanego modelu społecznej gospodarki rynkowej w XXI wieku.

Postępujący zanik idei wspólnotowej w kształtowaniu polityk państw przypisywany jest wielu procesom. Najczęściej w roli winowajcy występuje tzw. konsensus waszyngtoński, idea będąca w dużej mierze spełnieniem postulatów wielkiego biznesu w zakresie polityki gospodarczej państw. Konsensus waszyngtoński skłania kraje do jak największej liberalizacji oraz deregulacji rynku i przepisów, a także do jak najmniejszego zakresu oddziaływania państwa i jak najdalej posuniętej globalizacji handlu. Ideologiczne podstawy tego neoliberalnego porządku uznawały za szkodliwą obecność państwa, poza jego rolą jako gwaranta umów (enforcing contracts). W praktyce nawet ta liberalna idea cierpi na nierespektowanie przez wielki biznes wobec coraz bardziej zaburzonej równowagi sił nacisku, gdzie zorientowane na zysk i dysponujące ogromnymi środkami megaprzedsiębiorstwa stają się hegemonem w relacjach nie tylko z pracownikami czy organizacjami konsumenckimi, lecz także z organami państwa. W tych warunkach nawet rola regulacyjna, w tym nakładanie kar za łamanie przepisów, może powoli obumierać.

Krytycy neoliberalizmu słusznie wskazują, że jedną z jego ofiar stał się przemysł, którego kosztem zaczął rosnąć rynek usług finansowych. Ten stan rzeczy z pewnością wpłynął na bardziej plutokratyczne, nierówne rozmieszczenie dochodów z pracy, jak też i na spowolnienie wzrostu dochodu globalnego. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na ten ostatni aspekt. Dość jednoznacznie sugeruje on, że system neoliberalny jest nieoptymalny z punktu widzenia długotrwałego rozwoju gospodarczego, maskując księgowymi operacjami zatrzymanie postępu cywilizacyjnego, którego jednym ze wskaźników jest poziom produkcji przemysłowej.

Czy neoliberalizm był nieuchronny? Z całą pewnością nie. Kolejne kamienie milowe na drodze do neoliberalnego porządku zazwyczaj nie były jednoznacznie zdeterminowane koniecznością historyczną, lecz stanowiły efekt decyzji określonych podmiotów. Tak właśnie stało się z liberalizacją rynku usług finansowych czy też ze zgodą państw podczas międzynarodowych rund rokowań GATT na stopniowe obniżanie taryf celnych, skutkujące coraz pełniejszą globalizacją.

Nawet powyższy przykład ma jednak także drugą stronę medalu. Mimo iż tak dalece posunięta globalizacja nie była historycznie zdeterminowana, to kierunek zmian był również katalizowany przez procesy wypływające z natury systemu. Chociaż tak rozwinięta globalizacja handlu – z prawie nieistotnymi barierami protekcyjnymi i hegemonią biznesu nad poszczególnymi państwami, zredukowanymi do roli kandydatów na miejsce robienia intratnych interesów przez wielki biznes – nie była konieczna, to część aspektów systemu jednoznacznie sugerowała coraz większą tendencję do globalizowania się gospodarek niezależnie od interwencji stronniczych aktorów przyspieszających lub spowalniających ten proces. Światowy poziom rozwoju od lat 60. ubiegłego wieku, a więc u progu kolejnych rund rokowań obniżających poziom ceł, wykazywał się tendencjami naturalnie globalizującymi. Rosnąca produktywność i efekty skali w połączeniu z coraz sprawniejszą logistyką i systemami transportu skutkowały organiczną skłonnością przedsiębiorstw do wzrostu i szukania zysków także poza granicami macierzystego kraju. Poprawa sprawności organizacji procesów sprawiała, że międzynarodowy handel, napędzany korzyściami z różnic w produktach i cenach, był naturalnie skłonny do wzrostu.

Doskonale widać te zmiany na przykładzie rewolucji teleinformatycznej, której efekt – znaczące obniżenie kosztów komunikacji – całkowicie odmienił podejście do prowadzenia biznesu, wprowadzając outsourcing usług do miejsc odległych o tysiące kilometrów czy też umożliwiając koordynowanie działalności na różnych kontynentach w czasie rzeczywistym. Na skutek rewolucji w komunikacji i technologii do pewnego stopnia musiały zmienić się krajowe struktury zatrudnienia, a z pewnością zmieniły się kalkulacje kosztowe rosnących w siłę i umiędzynarodawiających się korporacji. Temu wszystkiemu towarzyszyła oczywiście wielka liczba procesów dodatkowych. Przykładowo rewolucja w komunikacji i środkach masowego przekazu wpływała na rynek reklamy i PR, umiędzynaradawiając marki, pozwalając na kształtowanie nowych potrzeb konsumenckich i nowych rynków, zwiększając zyski i jeszcze bardziej pozwalając na rozrost biznesu.

Dlatego nie przyzwalając na absolutyzowanie globalizacji, nie sposób nie zgodzić się z dwoma spostrzeżeniami. Po pierwsze – procesy okołoglobalizacyjne oraz do pewnego stopnia sama globalizacja niosą ze sobą szanse na poprawę jakości życia ludzi. Jest to możliwe dzięki okazjom efektywnościowym tworzonym przez globalizację. Choć dzisiejszy podział korzyści z globalizacji premiuje korporacje, to niewykluczona jest możliwość podziału bardziej społecznie użytecznego, tak przez swą premię za wydajność i potencjał zwiększenia globalnego bogactwa, jak i miękkie zarządzanie państw, eliminujące co bardziej pasożytnicze wersje globalizacji. Po drugie wreszcie – niezależnie od naukowej oceny korzyści i strat oraz potencjału społecznego globalizacji jest ona w dużej mierze faktem dokonanym. Liczba globalnych powiązań i zależności jest tak wielka, iż powrót do modeli gospodarek stricte narodowych jest niemożliwy. Oczywiście tendencje protekcjonistyczne nadal będą występowały, a nawet mogą się nasilać, jednak ten protekcjonizm może się objawiać głównie poprzez „miękkie” rozwiązania (np. prawo własności intelektualnej) i nie zagrozi umiędzynarodowieniu gospodarek. Pozostaje pytanie o znaczenie i ewolucję instytucjonalną oraz oddziaływanie na ład międzynarodowy państw, które zachowały większy wpływ na sektor prywatny. Czy np. państwowo sterowane Chiny będą wymuszać ład mniej kontrolowany przez korporacje? Tego nie sposób przewidzieć, ale wiadomo, że globalizacja jest i z nami pozostanie.

Globalizacja to tylko jeden z endogenicznych czynników wpływających na żywy, społeczny proces gospodarczy i zmieniający postawy jego aktorów oraz jego kontekst. Wielu badaczy twierdzi, że wielki wpływ na zwijanie społecznych funkcji państwa mają kwestie np. zmian postaw życiowych. Stephan Leibfried i Herbert Obinger wskazują, że od lat 70. wielkich obciążeń dla Niemiec było więcej niż tylko globalizacja. Procesy demograficzne, wyróżniając szczególnie postępujące starzenie się społeczeństwa, a także zmiany w strukturze zatrudnienia, spowodowały wiele napięć w niemieckim systemie świadczeń społecznych, który od lat 80. zaczął być powoli ograniczany. Czy to oznaczało koniec społecznej gospodarki rynkowej? Liebfried i Obinger twierdzą, że niemiecki cud gospodarczy dał podstawy do ciągłego wzrostu państwa dobrobytu. Do początku lat 70. Niemcy przeznaczały na wydatki społeczne najwięcej spośród ogółu krajów Zachodu. Jak podkreślają, państwo dobrobytu było postrzegane jako integralna część społecznej gospodarki rynkowej.

Pojawiają się również głosy, jakoby „czysta” społeczna gospodarka rynkowa skończyła się wraz ze wzmocnieniem państwa socjalnego i keynesizmu przez koalicję socjal-liberalną w drugiej połowie lat 60. Starzejące się społeczeństwo, jak wskazują Liebfried i Obinger, jako elektorat w swoim interesie oddziałuje na przesunięcia budżetu federalnego na pozycje bardziej wpływające na przyszłe pokolenia, takie jak edukacja czy badania i rozwój. Ta ostatnia pozycja zresztą i tak poddana była presji neoliberalizmu, wymuszającego wycofanie aktywności państwa. Napór żądań społecznych dodatkowo zaważył na podcięciu tych fundamentów produktywności. Ten proces w różnym natężeniu jest obserwowany w wielu państwach transatlantyckich, począwszy od spadku wydatków badawczo-rozwojowych pod koniec lat 60., przez presję kryzysu naftowego, po niepokoje związane z mniej stabilnym zatrudnieniem czy dość fałszywy miks rozwiązań (lata 80.) większej liberalizacji i zarazem osładzania zmiany systemu hojnymi wydatkami socjalnymi. Symptomatyczne jest, że decyzje prywatyzacyjne we Francji w połowie lat 80. wśród głównych celów miały finansowanie wydatków socjalnych z tych przychodów.

W samych Niemczech dodatkowym obciążeniem były wydatki związane ze zjednoczeniem RFN i NRD. Ponadto struktury siatki bezpieczeństwa socjalnego, będące połączone z tradycyjnymi formami zatrudnienia oraz promujące rodziny, stały się słabo przystosowane do nowej rzeczywistości, m.in. wzrostu liczby rozwodów, rosnącej imigracji i nowych form zatrudnienia. Wydatki państwa dobrobytu zostały nieco przesunięte z edukacji i służb rodzinnych w stronę konsumpcji. W połączeniu z neoliberalnymi kleszczami wolniejszego wzrostu i ideologii dyscypliny budżetowej Niemcy pod rządami Schrödera ograniczyły hojność systemu, jednocześnie starając się zyskać konkurencyjność płacową. Neoliberalne reformy systemu zasiłków dla bezrobotnych i „uelastycznienie” warunków zatrudnienia są oznaką odwrotu od społecznej gospodarki rynkowej. Jaki jest ich efekt? Niemcy jako kraj korzystają ze strukturalnego uprzywilejowania, osiągając duże nadwyżki w eksporcie. Jednocześnie jednak, chociaż mówi się, że w Europie „wygrane” są Niemcy, to od 20 lat poziom życia przeciętnego Niemca pozostaje w stagnacji.

Jakie są w takim razie dobre wzory postępowania w obliczu neoliberalnej transformacji? To, co jest widoczne zarówno w przypadku francuskim, jak i niemieckim, to olbrzymie znaczenie dobrze zorganizowanej elity przemysłowej i państwowych tradycji aparatu administracyjnego. Już w XXI wieku państwa niemieckie i francuskie nie wahały się użyć instrumentów pomocy dla ratowania swojego przemysłu, także w tak bezpośredni sposób jak poprzez skup samochodów używanych i dopłaty do zakupu nowych. Do legendy przejdzie również telefon Angeli Merkel do prezesa Deutsche Banku, nakazujący prywatnemu bankowi ratowanie prywatnego producenta aut – firmy Porsche. Porządek neoliberalny nie zerwał bowiem całkowicie ciągłości tradycji zarządzania państwem. Co więcej, już na starcie neoliberalnej gry dobrze kierowane instytucjonalnie państwa miały wielką przewagę nad krajami doktrynalnie trzymającymi się neoliberalnych zasad, takimi jak Polska. Jak wskazuje Ben Clift, we Francji era post-dirigisme uwidacznia potężne historyczne i ideowe dziedzictwo dirigisme (epoki kierowania) oraz trwały ciężar oczekiwań – ze strony francuskiego społeczeństwa oraz elit – wobec wyrazistego francuskiego interwencjonizmu państwowego. Francuskie zdolności państwa są nieco zmniejszone w jego nowej sytuacji i nie cieszy się ono już dawnym wpływem. Oznacza to, że jego chęć oddziaływania przekracza zasięg jego wpływu, ale mimo tego państwo utrzymuje ambicję ciągłego kształtowania francuskiego kapitalizmu.

Dziedzictwo dirigisme ukształtowało strukturę odporną na zagrożenia zewnętrzne. Na przykład w ramach francuskiego sektora bankowego historyczne ulgi podatkowe (wolne od podatku rachunki oszczędnościowe, które tylko wybrane instytucje mogą zaoferować) sprzyjały towarzystwom ubezpieczeń wzajemnych, oferując znaczną krajową „ochronę” francuskiego sektora bankowego. Gdy wielkie banki i towarzystwa ubezpieczeniowe kupiły mniejszych graczy, odniosły wówczas korzyści z tych chronionych rynków. To pomaga wyjaśnić bardzo wysoki stopień koncentracji kapitału, który utrudnia wykupienie bankowości francuskiej przez obcych. Dlatego właśnie kilka głównych banków francuskich kontroluje aż 90 procent tamtejszej bankowości.

Społeczna gospodarka rynkowa dziś?

Społeczna gospodarka rynkowa jeżeli będzie w przyszłości możliwa, musi być wymyślona na nowo. Michael Jacobs zwraca uwagę, że jej racja bytu i uzasadnienie muszą zostać w dzisiejszych czasach sformowane od nowa, gdyż w XXI wieku to nie socjalizm, a nieograniczony leseferyzm powinien się tłumaczyć ze swoich błędów. Zamiast więc wychodzić od kluczowej roli kapitalistycznej przedsiębiorczości i nakładać kilka poprawek co do roli dóbr publicznych (jak to było w dawnej społecznej gospodarce rynkowej) – proponuje on nową aksjologię, z równorzędnymi podsystemami, gdyż rozmaite instytucje działają w różnych strukturach wartości i motywacji, a w konsekwencji alokują zasoby w szczególne sposoby i generują różnego rodzaju efekty. Motyw zysku zawarty w prywatnych przedsiębiorstwach jest siłą napędową w gospodarce rynkowej: rodzi w ogóle konkurencję, efektywność i innowacyjność. Ale nie kieruje żadnym z pozostałych czterech systemów produkcji. Jacobs przywołuje jako jeden z nich środowisko naturalne, poddane prawom termodynamiki. Dalej zauważa: Gospodarka rodziny działa na podstawie motywacji miłości i obowiązku, które tworzą silne motywacje opieki i wzajemności. Gospodarki wspólnotowe działają w motywacjach przynależności, altruizmu, wzajemności i często statusu, opartych na idei wspólnego dobrobytu oraz lokalnych lub innych form zbiorowej tożsamości. Publiczna gospodarka ma jeszcze inne systemy motywacji i produkcji: pojęcie interesu publicznego, który chce wzbogacić zbiorowość i pogodzić interesy prywatne ze spełnieniem zbiorowych potrzeb i aspiracji społeczeństwa jako całości; etyki sprawiedliwości społecznej, która ma na celu sprawiedliwą dystrybucję towarów między równymi obywatelami; ideał profesjonalizmu, w którym osoby zaangażowane w służbie publicznej różnego rodzaju starają się przestrzegać norm instytucjonalnych, uosabiających umiejętności, bezstronność i mądry osąd. Takie podejście Jacobs uważa za kluczowe, ponieważ wartość jest generowana nie tylko w gospodarce rynkowej, ale także w czterech innych systemach produkcji.

Nowy system nie może zatem za cenę jednego tylko wyznacznika – efektywności prywatnych przedsiębiorstw w wypracowywaniu zysku – zaniedbywać wszystkich innych aspektów. Ostatnie dekady pochodu neoliberalizmu zaowocowały dalszą degradacją środowiska, atomizacją społeczeństwa, atrofią poczucia sprawiedliwości i wiary w państwo. Na końcu pasożytniczy podsystem wpadł w kłopoty poprzez globalny kryzys finansowy, podcinając społeczne fundamenty potrzebne do wyjścia z kryzysu, jak chociażby siłę nabywczą (coraz słabsza w zubożałych społeczeństwach).

Z neoliberalizmem nie trzeba się układać, ale nie wolno ignorować już zaistniałych procesów, np. globalizacji. To zaś wymagać będzie od państw pragmatycznej współpracy w ustalaniu nowych, bardziej prospołecznych zasad i standardów wymiany handlowej, ochrony środowiska, bezpieczeństwa i higieny pracy oraz innych. Kraje lepiej zarządzane niż Polska zawdzięczają swoją pozycję nie posłuszeństwu jednej czy drugiej ideologii, lecz pozostałościom państwowej etyki dbania o wspólne sprawy. Wyzwania przyszłości wydają się być ogromne, lecz w porównaniu ze zrujnowanym krajobrazem 1945 r. mamy naprawdę duże szanse, aby przeskoczyć sukces budowniczych złotej ery kapitalizmu.

Wspólne dobro tanio sprzedam

W Polsce mimo protestów społecznych władze samorządowe decydują się na oddawanie miejskich spółek komunalnych w ręce prywatnych firm. Wbrew temu, co mówią zwolennicy prywatyzacji, bywa ona niekorzystna zarówno dla pracowników, jak i dla samych odbiorców usług komunalnych. Przyjrzyjmy się kulisom prywatyzacji kilku miejskich przedsiębiorstw tego rodzaju.

Zaczęło się w Gdańsku

Temat prywatyzacji usług komunalnych nie jest w Polsce nowy. Pierwszy przypadek miał miejsce w 1992 r. Wtedy to francuska firma Saur International przejęła większość akcji w sprywatyzowanej spółce Okręgowe Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji w Gdańsku. Saur zawarł z miastem trzydziestoletni kontrakt na eksploatację wodociągów i tym samym na rynku pojawił się nowy podmiot – Saur Neptun Gdańsk. Był to pierwszy przykład partnerstwa publiczno-prywatnego w dziedzinie usług komunalnych w tej części Europy.

Sprzeciw wobec tej prywatyzacji połączył wiele środowisk politycznych. W komitecie protestacyjnym znaleźli się przedstawiciele związków zawodowych, Federacja Anarchistyczna – sekcja Trójmiasto, Wrzeszczański Komitet Obywatelski, Kupcy Dominikańscy, kupcy z Targu Siennego oraz wielu niezrzeszonych gdańszczan. W tych wydarzeniach uczestniczył aktywista i społecznik Janusz Waluszko, związany ze środowiskiem anarchistów. – Podjęliśmy szereg działań mających na celu zablokowanie prywatyzacji gdańskich wodociągów. Organizowaliśmy liczne demonstracje, wydawaliśmy również pismo „Ulica”, w którym nagłaśnialiśmy tę sprawę. Dzięki zaangażowaniu kupców nakład tej gazety liczył kilkanaście tysięcy egzemplarzy. Dodatkowo zbieraliśmy wśród mieszkańców Gdańska podpisy o zorganizowanie referendum w sprawie odwołania prezydenta. Wtedy udało nam się zebrać ponad 30 tys. podpisów, ale część unieważniono, bo „Solidarność” ze Stoczni Gdańskiej dostała podpisy od osób spoza Gdańska. Na demonstracjach pojawiały się radykalne hasła, takie jak „Uwolnić Polskę od Wałęsy, a Gdańsk od Jamroża” – opowiada Waluszko. Prezydent Gdańska Franciszek Jamroż w 2004 r. został skazany prawomocnym wyrokiem za przyjęcie łapówki. Na początku lat 90. to właśnie on dążył do sprywatyzowania gdańskich wodociągów. Wskutek wielu wydarzeń, m.in. protestów w sprawie prywatyzacji, w 1994 r. przegrał w wyborach z kretesem i musiał oddać władzę.

Jakie były zatem argumenty strony społecznej? Uważaliśmy, że jeśli dojdzie do przejęcia spółki przez Saur, to prywatny zysk inwestora okaże się ważniejszy od dobra przedsiębiorstwa i odbiorców usług. Przewidywaliśmy podwyżki opłat, zwracaliśmy uwagę na brak konsultacji z mieszkańcami – wyjaśnia Waluszko. Prywatyzacja niestety doszła do skutku, a obawy protestujących w dużej mierze się sprawdziły. – Prywatny inwestor dokonał radykalnych podwyżek opłat za wodę. Z tego powodu wielu ludzi zamontowało liczniki na wodę, aby oszczędzać. Przyczyniło się to do spadku dochodów przedsiębiorstwa. To z kolei skłoniło Saur do kolejnej podwyżki opłat, która nastąpiła na skutek żądań inwestora skierowanych do miasta. Ponadto prywatny inwestor, nie bacząc na dobro mieszkańców, do wody dobrej, pochodzącej z ujęć podziemnych, dołączył gorszą – z ujęcia powierzchniowego w Straszynie. To znacznie pogorszyło jej jakość – dodaje.

Skutki tej prywatyzacji są odczuwalne do dzisiaj. W listopadzie 2013 r. lokalna prasa informowała o tym, że Saur Neptun Gdańsk wysłał do prezydenta Abramowicza propozycje nowych taryf opłat za wodę i odprowadzanie ścieków w 2014 r. Choć sprawa dotyczy wszystkich gdańszczan, nie będzie omawiana na sesji Rady Miasta. Wiceprezydent Gdańska Maciej Lisicki w wywiadzie dla „Panoramy” powiedział, że żaden mieszkaniec ani polityk nie ma prawa ingerować w taryfy opłat za wodę. Lisicki twierdził, że wniosek taryfowy jest dokumentem prywatnym. Saur Neptun Gdańsk przedstawił prezydentowi propozycję do negocjacji. Firma powołuje się na tajemnicę negocjacji, choć Saur jest monopolistą na rynku i przy braku konkurencji nie jest to konieczne. Sytuacji, w której tego typu rozmowy odbywają się w tajemnicy przed mieszkańcami, nie akceptuje gdańskie SLD i w związku z tym domaga się ujawnienia poufnych informacji. – Chcemy wiedzieć, czy podczas negocjacji cen wody weryfikowana jest zasadność nader wysokich wynagrodzeń członków zarządu SNG oraz Rady Nadzorczej i jakie przepływy finansowe są dokonywane pomiędzy SNG a Saur Polska i Saur International, byśmy byli pewni, że zarządowi miasta nie są obce zasady transparentności, otwartości i demokracji – uzasadniał swoje stanowisko na łamach „Gazety Gdańskiej” Marek Formela, przewodniczący gdańskiego SLD.

O udostępnienie informacji dotyczących propozycji cenowych wystąpiła również redakcja wspomnianego dziennika. Niestety miasto po raz kolejny odpowiedziało, że dokument jest prywatny i nie może zostać upubliczniony. Dziennikarzy zapewniono jedynie, że SNG do wniosku o zatwierdzenie taryf dołączyło szczegółową kalkulację cen i opłat oraz aktualny plan, które będą weryfikowane przez prezydenta pod kątem zgodności z prawem. Urząd Miasta poinformował, że taryfy staną się informacją publiczną dopiero w momencie przekazania przez prezydenta Gdańska Radzie Miasta uchwały w sprawie zatwierdzenia tejże taryfy. Jednym słowem – obywatele dowiedzą się o wszystkim po fakcie.

O tym, jaki stosunek mają władze Gdańska do obywateli, przekonał się jeden z gdańszczan, który na portalu społecznościowym wdał się w ostrą wymianę zdań z prezydentem Adamowiczem. Mieszkaniec wyraził zdziwienie, że Rada Miasta nie będzie brała udziału w negocjacjach dotyczących taryf i opłat za wodę. Prezydent stwierdził, że ceny muszą być konsultowane z radnymi, a jego adwersarz manipuluje opinią publiczną. Wtedy właśnie gdańszczanin przywołał słowa Macieja Krupy, szefa klubu radnych PO, który powiedział, że Rada Miasta nie ma wpływu na wysokość cen wody. Następnie mieszkaniec wprost zapytał prezydenta, jak wysokie będą opłaty, lecz otrzymał jedynie wymijającą i dość uszczypliwą odpowiedź, że zostanie to podane publicznie dopiero, gdy przyjdzie na to czas, a odpowiednia procedura zawarta jest w ustawie, z którą on powinien się zapoznać. Tymczasem Rada może odrzucić taryfy tylko wówczas, gdy są one niezgodne z przepisami, a nie gdy zachodzi podejrzenie, że są zbyt wysokie. Reguluje to ustawa o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i zbiorowym odprowadzaniu ścieków. Jej nowelizacja z 2010 r. de facto powoduje, że Rada nie ma wpływu na wysokość stawek.

Do opisanego zamieszania mogłoby nie dojść, gdyby gdańskie wodociągi pozostały spółką miejską. Wtedy ceny zależałyby wyłącznie od miasta, a nie od prywatnego inwestora, w którego interesie leży dyktowanie jak najwyższych opłat. Obecnie gdańszczanie nie wiedzą,na jakiej podstawie planuje się kolejne podwyżki. Wiadomo natomiast, że należąca do francuskiego inwestora Saur Neptun Gdańsk w 2012 r. wypracowała zysk w wysokości 25 mln zł. Ponad 9-milionowa dywidenda trafiła do francuskiej Saur International. Francuzi robią więc w Polsce dobry biznes, ale kosztem mieszkańców, którzy muszą za to płacić w cenie wody.

Prywatyzacja kontra rozsądek

W Polsce na szeroką skalę przeprowadza się prywatyzację miejskich spółek zajmujących się energetyką cieplną. Dotychczas w 39 największych miastach Polski sprywatyzowano aż 19 tego typu przedsiębiorstw. Jedna z najszerzej komentowanych i najbardziej nagłośnionych w mediach prywatyzacji odbyła się w Warszawie. W 2011 r. rządząca miastem Platforma Obywatelska zdecydowała się na sprzedaż Stołecznego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej w ręce prywatnej firmy Dalkia.

O tym, że zrobiono to wbrew woli społeczeństwa, odrzucając wszelkie racjonalne argumenty, przekonuje Piotr Ciompa, były radny Warszawy oraz członek Rady Honorowej „Nowego Obywatela”, który próbował zablokować prywatyzację SPEC-u. Nie było żadnych argumentów za tą prywatyzacją, nawet z punktu widzenia neoliberałów. SPEC był w dobrej kondycji finansowej, więc nie było potrzeby ratowania go przed upadłością. W skali Unii Europejskiej była to jedna z najnowocześniejszych firm zajmujących się dostarczaniem energii cieplnej. Ponadto SPEC był jedyną spółką w Europie wdrażającą technologię inteligentnej sieci ciepłowniczej, więc odpadał argument o prywatyzacji podyktowanej chęcią modernizacji przedsiębiorstwa. Jeszcze przed prywatyzacją odnotowywano stabilny zysk i prowadzono inwestycje. Działo się tak pomimo pobierania najniższych ze wszystkich miast w Polsce opłat za ciepło. Dodatkowo wskaźnik awaryjności na jeden kilometr był bardzo niski, a zatrudnienie mieściło się w średniej dla branży, w której blisko połowa przedsiębiorstw tego typu w dużych miastach jest już prywatna. A przecież według liberałów podstawowym wskaźnikiem efektywności przedsiębiorstwa jest liczba zatrudnionych – argumentuje Ciompa. I dodaje: Uczciwi liberałowie powinni być przeciwko prywatyzacji SPEC-u, bo ten obecnie jest klasycznym monopolistą na rynku, a według doktryny liberalnej prywatna własność dobrze funkcjonuje tylko wtedy, gdy może konkurować z innymi podmiotami.

Mój rozmówca razem z warszawską strukturą PiS-u, związkami zawodowymi oraz lokalnymi stowarzyszeniami zbierał podpisy za przeprowadzeniem referendum w tej sprawie. Niestety Rada Miasta, kontrolowana przez Platformę Obywatelską, odrzuciła wniosek. – Rada odrzuciła 151 tys. podpisów pod wnioskiem o referendum, tłumacząc to tym, że liczba podpisów po odrzuceniu tych nieważnych spadła poniżej wymaganych 134 tys. Sąd Administracyjny przyznał rację Radzie Miasta, ale należy zauważyć, że narzucono dość wyśrubowane kryteria decydujące o tym, czy podpis jest ważny. Rada Miasta twierdziła na przykład, że podpis musi być czytelny, choć ustawa tego nie wymaga. PO użyło również innych sposobów, żeby nie dopuścić do referendum. Stwierdzono, że pytanie: „Czy jesteś za sprzedażą SPEC?” wprowadza mieszkańców w błąd, ponieważ zdaniem radnych to nie była sprzedaż SPEC, lecz sprzedaż… akcji SPEC – odsłania kulisy tamtych wydarzeń Piotr Ciompa.

Przed prywatyzacją jej przeciwnicy sugerowali, że po przejęciu SPEC-u opłaty za ciepło mogą się znacznie zwiększyć. Na nieszczęście dla mieszkańców stolicy okazało się, że mieli rację. Ciompa uważa, że podwyżka opłat jest bulwersująca właśnie ze względu na duże zyski firmy, które były wcześniej osiągane przez SPEC, przy jednoczesnych najniższych cenach za ciepło wśród większych miast w Polsce. Dalkia w pierwszym roku po prywatyzacji wystąpiła do Urzędu Regulacji Energetyki z wnioskiem o podwyżkę ciepła o 14 proc., ale dostała zgodę na 7 proc. – Stało się tak, choć Hanna Gronkiewicz-Waltz obiecywała, że podwyżek nie będzie, a jeśli już, to niewielkie – przypomina Ciompa. Prezydent stolicy na sesji Rady przedstawiała wyliczenia, z których wynikało, że w spółkach komunalnych ceny ciepła rosły szybciej niż w sprywatyzowanych. Jednak według Ciompy doszło tutaj do poważnej manipulacji. – W wyliczeniu nie uwzględniono przykładu Gdańska, gdzie prywatny dostawca dyktuje najwyższe ceny, a także Krakowa, w którym spółka komunalna dostarczała najtańsze obok warszawskiego SPEC-u ciepło w Polsce. Po uwzględnieniu cen z tych miast wynik byłby odwrotny. Dodatkowo prezydent chwaliła Dalkię (firmę, która przejęła warszawski SPEC) za umiarkowane podwyżki ciepła w Poznaniu. Nie powiedziała jednak, że Dalkia miała tam ok. 40% udziału w rynku, więc porównanie z warszawskim monopolistą jest manipulacją – mówi Ciompa.

Wysokie opłaty za ciepło to nie jedyny problem, który pojawił się po zmianie właściciela warszawskiej spółki. Obecnie w SPEC-u trwają redukcje zatrudnienia w ramach programu dobrowolnych odejść. Pracownicy korzystają z niego, bo gwarantuje im odszkodowania w wysokości 114 tys. zł. Szacuje się, że w ramach tego programu z pracy odejdzie około 350 osób. Niestety do prywatyzacji spółki swoją „cegiełkę” dołożyły również związki zawodowe. Mój rozmówca negatywnie ocenia ich rolę: Korzystając z tego, że mieszkańcy Warszawy masowo podpisywali wniosek PiS-u o referendum ws. prywatyzacji, związki wynegocjowały pakiet socjalny i zostawiły mieszkańców samych sobie. Po prostu zachowały się jak typowa korporacja nastawiona na maksymalizację swojego zysku kosztem dobra wspólnego. Przedstawiciele związków nie poinformowali również innych podmiotów o tym, że wycofują się z kampanii. W trakcie sesji Rady Miasta Hanna Gronkiewicz-Waltz ku zaskoczeniu przeciwników prywatyzacji, którzy bronili pracowników, odczytała warunki zgody na prywatyzację – oburza się mój rozmówca.

Dalkia dominuje

Francuski prywatny koncern Dalkia przejął usługi związane z ciepłem nie tylko w stolicy. W 2004 r. Dalkia nabyła 85 proc. akcji Zespołu Elektrociepłowni Poznańskich. Rok później podpisała umowę prywatyzacyjną Zespołu Elektrociepłowni w Łodzi, stając się przy okazji monopolistą w mieście. Decyzji ministerstwa skarbu państwa nie chciały jednak zaakceptować władze miejskie na czele z ówczesnym prezydentem Łodzi Jerzym Kropiwnickim. Przedstawiciele władz miasta twierdzili, że sprzedanie spółki zagranicznemu inwestorowi doprowadzi do podwyżki cen i tym samym uderzy w mieszkańców. Urzędnicy powoływali się na profesjonalne analizy zlecone specjalistycznej firmie. – Prywatny inwestor nie ma szans na pozyskanie środków unijnych, na rozbudowę i modernizację sieci, a jednocześnie nie zrezygnuje z rozwoju przedsiębiorstwa. Dlatego właśnie będzie on angażować kapitał, który, co naturalne, zechce odzyskać. I sięgnie do portfeli łodzian, maksymalnie podwyższając opłaty. Firma nastawiona na zysk i mająca taki monopol nie zechce walczyć o odbiorcę ceną – mówił w 2005 r. na łamach „Dziennika Łódzkiego” wiceprezydent Łodzi Włodzimierz Tomaszewski.

Jeszcze przed prywatyzacją Jerzy Kropiwnicki przekonywał ówczesnego ministra skarbu Jacka Sochę, żeby ten nie sprzedawał łódzkiego przedsiębiorstwa w całości, lecz dokonał jego podziału na dwie spółki. Jedna z nich miałaby produkować ciepło, a druga zajmować się dystrybucją. Zdaniem Kropiwnickiego to właśnie akcje tej drugiej spółki ministerstwo powinno oddać nieodpłatnie gminie. W jego ocenie chroniłoby to mieszkańców przed nieuzasadnionymi podwyżkami cen. Niestety zarówno interwencje u ministra skarbu, jak i u premiera Marka Belki nie przyniosły skutku. Ten ostatni twierdził, że nie ma groźby wzrostu opłat za ciepło, bo zadba o to Urząd Regulacji Energetyki. Po nieudanych pertraktacjach z ministerstwem i premierem władze miasta wsparli łódzcy parlamentarzyści, którzy z pomocą profesora Michała Kuleszy złożyli poselski projekt ustawy dotyczący prywatyzacji przedsiębiorstw ciepłowniczych – jednoosobowych spółek skarbu państwa. Projekt zakładał wydzielanie przed sprzedażą przedsiębiorstw sieci cieplnej i przekazywanie ich pod opiekę samorządów.

Wiosną 2004 r. władze Łodzi zdecydowały się na powołanie Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej, którego celem było zebranie 100 tys. podpisów pod obywatelskim projektem ustawy. Projekt ten miał uchronić miasto przed umocnieniem się monopolu cieplnego po prywatyzacji elektrociepłowni. – Łódź jest jedynym dużym miastem w Polsce, w którym w rękach jednego podmiotu znajduje się zarówno produkcja, jak i dystrybucja ciepła. Efektem wejścia w życie ustawy będzie normalizacja sytuacji – mówił wówczas Kropiwnicki. W Komitecie Inicjatywy Ustawodawczej znaleźli się przedstawiciele pięciu spółdzielni mieszkaniowych, pięciu administracji gminnych i pięciu wspólnot mieszkaniowych oraz radni ze wszystkich opcji politycznych. Zabrakło jednak niewielkiej liczby podpisów i do pomysłu wrócono w listopadzie tego samego roku. Tym razem uzbierano wymaganą ilość podpisów i w lutym 2005 r. projekt trafił do marszałka sejmu. Niestety projekt utknął w podkomisji i tym samym starania miasta zostały zniweczone. W grudniu 2005 r. ministerstwo podpisało umowę prywatyzacyjną, na mocy której Dalkia otrzymała 85 proc. akcji ZEC.

Podobnie jak w przypadku prywatyzacji SPEC-u w Warszawie, różnie można oceniać rolę zakładowych związków zawodowych, które zgodziły się na prywatyzację w formie zaproponowanej przez ministerstwo – w zamian za 6- i 9-letnie gwarancje zatrudnienia, premie prywatyzacyjne oraz pakiety akcji. W rozmowie z dziennikarką „Dziennika Łódzkiego” przewodniczący komisji zakładowej Jan Pióro powiedział, że cieszy się z porozumienia zawartego z Dalkią i nie ma żadnych podstaw do obaw. Jednak teraz, z perspektywy czasu, Bogdan Osiński, wiceprzewodniczący „Solidarności” w regionie łódzkim, inaczej ocenia tamte wydarzenia. – Już wtedy ministerstwo starało się „kupować” pracowników, oferując niektórym z nich premie i wysokie odprawy w przypadku odejścia. Wielu się skusiło i tym samym pracowników udało się podzielić – mówi. Osiński przyznaje także, iż prywatyzacja miała wiele negatywnych następstw. Na skutek całkowitej monopolizacji rynku doszło do dużych podwyżek cen ciepła i prądu. Miały miejsca również liczne zwolnienia pracowników. Wielu z tych, którzy pracują tam do tej pory, i tak będzie musiało odejść, bo w 2014 r. skończy im się zagwarantowany okres ochronny. Uważam, że pozbywanie się wpływu państwa i samorządu na ciepło i prąd jest niedopuszczalne z punktu widzenia interesów obywateli – wyjaśnia. Niewątpliwie podwyżki opłat od wielu lat są znaczące. Według danych podawanych przez „Express Ilustrowany” tylko w listopadzie 2011 r. ciepło zdrożało o 6,81 proc., a w listopadzie 2012 r. o kolejne 8,73 proc. Wielu mieszkańców Łodzi na forach internetowych wyraża niezadowolenie z tego powodu.

W Poznaniu w 2004 r. ministerstwo skarbu państwa sprzedało konsorcjum Dalkii i Poznańskiej Energetyki Cieplnej 85 proc. akcji Zespołu Elektrociepłowni Poznańskich. Warto nadmienić, że Dalkia już od 2002 r. była właścicielem Poznańskiej Energetyki Cieplnej, która zajmowała się dystrybucją i była w posiadaniu miejskiej sieci cieplnej w Poznaniu. W wyniku nabycia akcji Zespołu Elektrociepłowni Poznańskich grupa Dalkia, obecna w Poznaniu od 2002 r., będzie oferowała poznaniakom w pełni zespolony proces wytwarzania i dostaw ciepła – tak brzmiał komunikat Dalkii wystosowany do mieszkańców w 2004 r.

Umowa sprzedaży została podpisana rok wcześniej, ale kulisy tej prywatyzacji po dzień dzisiejszy wzbudzają spore kontrowersje. Powodem jest to, że inwestor nie porozumiał się wtedy ze związkami zawodowymi, które były sceptyczne wobec prywatyzacji. Związkowcy twierdzili, że inwestor jest niewiarygodny, a proponowany przez niego pakiet inwestycyjny jest niewystarczający i zahamuje rozwój przedsiębiorstwa. Nie doszło również do porozumienia w sprawie pakietu socjalnego. Wątpliwości w tej sprawie zgłosili do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Najwyższej Izby Kontroli. Choć Dalkia początkowo zapewniała o gotowości współpracy ze związkami, to ostatecznie umowa została zawarta bez konkretnych ustaleń ze stroną społeczną. – Pomimo wielkich chęci nie byliśmy w stanie nic więcej zrobić. Miasto oraz inwestor nie liczyli się z naszymi apelami – powiedział mi jeden ze związkowców, który pamięta tamte wydarzenia. Niestety związkowcy nie chcieli ze mną o tej sprawie rozmawiać, tłumacząc się rygorystycznymi wytycznymi ze strony firmy.

Oczywiście odnotowano również negatywne skutki dla załogi. Przed prywatyzacją w zakładzie pracowało 560 osób, obecnie zatrudnionych jest tylko 250. Na te dane powoływali się związkowcy, którzy sprzeciwiali się prywatyzacji SPEC-u w Warszawie. Chcieli w ten sposób zasugerować, że sytuacja z Poznania może się powtórzyć w stolicy. Co prawda ceny ciepła w Poznaniu nie wzrosły tak bardzo jak w innych miastach, w których nastąpiła prywatyzacja, ale jest to spowodowane tym, że udział Dalkii na poznańskim rynku wynosi jedynie 40 proc., a w Warszawie już około 80 proc.

Białystok się broni

W 2012 r. prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski ogłosił, że zamierza sprzedać udziały w Miejskim Przedsiębiorstwie Energetyki Cieplnej. Była to decyzja dość nagła i zaskakująca dla mieszkańców. Na początku listopada 2012 r. Rada Miasta, zdominowana przez Platformę Obywatelską, podjęła uchwałę o upoważnieniu prezydenta do zbycia udziałów w MPEC-u. Z tą decyzją nie zgadzała się opozycja. Przeciwko prywatyzacji protestowała również zakładowa „Solidarność”, radni Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Solidarnej Polski oraz przedstawiciele spółdzielni mieszkaniowych i lokalnych stowarzyszeń. Radni PiS-u, SLD i SP głosowali przeciwko uchwale o zbyciu udziałów.

Należy zwrócić uwagę na to, że zarówno radni opozycji, jak i związkowcy wzięli przykład z doświadczeń innych i przypominali, że w tych miastach, w których dokonano prywatyzacji miejskich spółek komunalnych, dochodziło do podwyżek cen. Pojawiały się też inne argumenty, bardzo podobne do tych, których używał Piotr Ciompa przy okazji prywatyzacji warszawskiej spółki. – Nie było żadnego racjonalnego uzasadnienia dla takiej decyzji władz. MPEC jeszcze w 2012 r. miał 17 mln zł zysku, a także mógł poszczycić się wielomilionowymi inwestycjami. Ponadto po prywatyzacji możemy się spodziewać redukcji zatrudnienia o połowę. Tymczasem prezydent wyrażał niezrozumiałe dla nas opinie. Twierdził na przykład, że pieniądze z prywatyzacji potrzebne są miastu jako wkład własny do inwestycji – mówi Rafał Rudnicki, radny Prawa i Sprawiedliwości. Ponadto PiS oskarżał Truskolaskiego o brak transparentności. – Prezydent w pierwszej połowie roku zlecił wycenę MPEC-u, ale została ona utajniona. Bezskutecznie domagaliśmy się odtajnienia dokumentu. Odwołaliśmy się do Samorządowego Kolegium Odwoławczego i czekamy na decyzję – wyjaśnia Rudnicki.

Po poparciu decyzji prezydenta przez Radę Miasta, PiS razem z sojusznikami przystąpił do kontrofensywy. – W styczniu 2013 r. rozpoczęliśmy akcję zbierania podpisów pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum w związku z planem sprzedaży MPEC-u. Jeszcze w 2012 r. organizowaliśmy spotkania z mieszkańcami w tej sprawie i powołaliśmy komitet obywatelski – mówi Rudnicki. 26 maja 2013 r. odbyło się referendum, w którym udział wzięło 26 proc. uprawnionych do głosowania. Aby referendum zostało uznane za ważne, konieczna była 30-procentowa frekwencja. Warto jednak nadmienić, że aż 96 proc. głosujących opowiedziało się przeciwko prywatyzacji. Ostatnią próbę zablokowania tej inicjatywy PiS podjął 26 października. – Przygotowaliśmy uchwałę, która cofała upoważnienie prezydenta do sprzedaży udziałów MPEC-u. Niestety uchwała nie została przyjęta – wyjaśnia Rudnicki. Mój rozmówca uważa, że obecnie są małe szanse na to, aby wygrać walkę z władzami miasta. – Aktualnie nie widzę dla nas pola manewru. Prezydent będzie chciał zbyć udziały dopiero po wyborach, aby nie drażnić mieszkańców – przewiduje. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że Białystok już niedługo będzie kolejnym miastem, które pozbędzie się wpływu na gospodarkę cieplną.

Sprzeciw ma sens

Historie protestów przeciwko sprzedaży komunalnych spółek miejskich w Polsce pokazują, że niełatwo zablokować prywatyzację wobec dużej determinacji władz. Nie oznacza to jednak, że tego typu działania są skazane na porażkę. Doskonałym tego przykładem jest Łódź, gdzie co prawda sprywatyzowano ciepło, ale udało się obronić miejskie wodociągi. W 2011 r. ich przejęciem zainteresowany był francuski koncern Saur, któremu udało się to zrobić wcześniej w Gdańsku. Wtedy właśnie cena za metr sześcienny wody i ścieków w Gdańsku była o ponad 3 zł wyższa niż w Łodzi. Zakupem Zakładu Wodociągów i Kanalizacji w Łodzi zainteresowana była również zagraniczna spółka Veolia.

Pogłoski o prywatyzacji uaktywniły działające w Łodzi związki zawodowe, które nie zamierzały czekać i zdecydowały się na zorganizowanie protestu. Związkowcy zebrali prawie 47 tys. podpisów pod obywatelskim projektem uchwały przeciwko prywatyzacji miejskiej spółki. Zostały one złożone do Rady Miasta. W oficjalnym oświadczeniu wyjaśniającym powody protestu związkowcy napisali, że obecnie ZWiK jest bardzo nowoczesnym przedsiębiorstwem, które dostarcza mieszkańcom wodę dobrej jakości i to w cenie jednej z najniższych kraju. Zwrócili również uwagę, że spółka znajduje się w bardzo dobrej kondycji finansowej, a w 2010 r. wypracowała 5 mln zł zysku. Według nich w tej sytuacji prywatyzacja mija się z celem, gdyż pogorszyłaby sytuację odbiorców, bo prywatny inwestor mógłby dążyć jedynie do maksymalizacji zysku, co odbiłoby się zarówno na jakości wody, jak i na jej cenach. – Prywatyzacja ZWiK to tylko jednorazowy zastrzyk gotówki dla budżetu miasta mający na celu rozwiązanie bieżących problemów finansowych; prywatyzacja to spore koszty transakcyjne – wydatki przedprywatyzacyjne oraz przede wszystkim koszty pakietu socjalnego; prywatyzacja ZWiK to ograniczenie wpływu Miasta na koszty usług komunalnych; prywatyzacja ZWiK to bierna polityka taryfowa – przy przedsiębiorstwie publicznym polityka taryfowa samorządu jest bardziej elastyczna i prospołeczna; prywatyzacja ZWiK to ograniczenie wpływu na jakość usług oraz bezpieczeństwo dostaw wody i odprowadzania ścieków komunalnych – czytamy w oświadczeniu.

Po tym jak związki zawodowe nagłośniły sprawę, na sesjach Rady Miasta wielokrotnie poruszano temat prywatyzacji wodociągów. Poza tym między innymi plany prywatyzacji ZWiK były powodem rozpoczęcia zbiórki podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania prezydent miasta Hanny Zdanowskiej. Pani prezydent w marcu 2012 r. wycofała się z planów prywatyzacji miejskiej spółki.

Wszystko na sprzedaż?

Można inaczej. W 2013 r. Berlin odkupił od firmy Veolia, za 590 mln euro wcześniej sprzedane udziały w spółce wodociągowej. Za powrotem wodociągów w ręce publiczne opowiedziało się w referendum ponad 600 tys. mieszkańców Berlina. Niemieccy działacze społeczni twierdzą, że jest to pierwszy krok ku lepszemu zarządzaniu usługami komunalnymi, nastawionymi nie tylko na zysk, ale również na dobro publiczne.

Również w Polsce mamy inicjatywy godne naśladowania. W gminie Czerwonak w województwie wielkopolskim wójt Mariusz Poznański postanowił utworzyć gminną spółkę wodociągową. – Gminne Przedsiębiorstwo Wodociągowe powstaje po to, aby stanowić konkurencję i przeciwwagę dla dyktatu spółki Aquanet obsługującej miasto Poznań i częściowo gminy ościenne – twierdzi wójt. Aquanet do tej pory zapewniał wodę w Koziegłowach i części miejscowości Czerwonak. Z kolei prywatna firma Meliopoz świadczy usługi w pozostałej części gminy Czerwonak. Zamysłem władz Czerwonaka jest w pierwszej kolejności utworzenie spółki wodociągowej, która będzie dostarczać wodę i przeprowadzać inwestycje na terenach obecnie będących w gestii Meliopozu. W tym celu niezbędny będzie wykup oraz dzierżawa części sieci należącej do prywatnej firmy. Trwają w tej sprawie negocjacje pomiędzy gminą a Meliopozem. Jednocześnie pięć gmin (w tym Czerwonak) współtworzy Związek Międzygminny „Puszcza Zielonka”, który obecnie buduje kanalizację o wartości ponad 300 mln zł. Ma być ona obsługiwana przez Aquanet, ale w przyszłości związek chce przejąć od nich kanalizację poprzez zakładanie swoich spółek.

Wójt tłumaczy, dlaczego gminie tak bardzo zależy na przejęciu obsługi kanalizacji i wodociągów. – Chcemy mieć większy niż dotychczas wpływ na taryfę cen dyktowaną przez Aquanet i miasto Poznań. Poza tym nowa spółka środki z odpisów amortyzacyjnych będzie mogła przeznaczać na liczne inwestycje, a to jest szczególnie istotne z punktu widzenia rozwoju obszarów wiejskich. Warto pamiętać, że prywatna firma nie ma prawa do odpisów z amortyzacji od majątku dzierżawionego od gminy. Obecnie Gminne Przedsiębiorstwo Wodociągowe jest na etapie rejestracji i ma ruszyć od 1 stycznia 2014 r. Jeśli ten eksperyment zda egzamin, być może inne gminy wezmą przykład z Czerwonaka.

Od dwudziestu lat państwo i samorządy konsekwentnie pozbywają się odpowiedzialności za podstawowe usługi komunalne, oddając je w ręce prywatnych koncernów, głównie zagranicznych. Ma to konkretne następstwa w postaci wzrostu – zwykle znacznego – opłat za ogrzewanie czy wodę, likwidacji miejsc pracy czy nieracjonalnej polityki usługowej inwestorów, których koszty muszą ponieść zwykli obywatele. Co więcej, prywatyzacja komunalnych spółek miejskich bardzo często nie ma uzasadnienia nawet z punktu widzenia argumentacji liberałów, gdyż te przedsiębiorstwa są przeważnie w dobrej kondycji finansowej i niejednokrotnie nie wykazują się przerostem zatrudnienia. Niestety gdy w grę wchodzi interes wielkich graczy, dobrze uzasadnione racje i argumenty przestają mieć jakiekolwiek znaczenie, a manipulacje faktami i danymi są na porządku dziennym. Najwyższy czas przerwać to błędne koło.

Wieczny kryzys mieszkaniowy – rozmowa z dr Ireną Herbst

Zacznijmy od naszkicowania ogólnego obrazu. Jaka jest sytuacja na rynku mieszkaniowym w III RP? Jakie są jego cechy szczególne i jakie mankamenty?

Irena Herbst: W Polsce brakuje świadomie realizowanej polityki sterowania rynkiem aby osiągnąć pożądane cele. Owszem, występują regulacje, jak na całym świecie, ale nie są one nakierowane na stymulację określonych, pożądanych przez państwo działań podmiotów rynkowych. W efekcie tego cele zapisane w polityce mieszkaniowej państwa nie są spełniane, a z pewnością nie służą poprawie potrzeb mieszkaniowych w Polsce. Co gorsza, wydajemy naprawdę dużo pieniędzy na stymulację zachowań, które utrwalają nierównowagę na rynku mieszkaniowym.

W początkach transformacji trudno w ogóle było mówić o typowym rynku mieszkaniowym. Mieliśmy bardzo wysoki poziom niezaspokojonych potrzeb tego typu – jeden z największych w Europie niedoborów mieszkań w stosunku do ilości gospodarstw domowych. Co więcej, nie istniała własność mieszkań, wysokość czynszu ustalano w ministerstwie budownictwa – jednakową dla wszystkich miast i gmin w Polsce. Na tym polegał centralny tryb zarządzania. To nie mogło działać i nie działało.

Bardzo często mówi się, że przed 1989 rokiem budowano więcej mieszkań niż teraz. To nie do końca jest prawdą, ponieważ dane statystyczne w tamtym okresie były często fałszowane. Jako o mieszkaniach oddanych do użytku mówiono o takich, które nie były jeszcze gotowe. W rzeczywistości nigdy nie budowaliśmy tych często przywoływanych 250 tys. mieszkań rocznie.

W jednym z wywiadów mówiła Pani, że obecnie buduje się podobną ilość mieszkań co w schyłkowym okresie Polski Ludowej.

Buduje się trochę mniej niż w końcówce PRL. Wynika to z wielu względów, m.in. z tego, że nie stawia się mieszkań w systemie wielkopłytowym, w którym powielało się „komórki do wynajęcia”, skupione w jednym miejscu. Jednak w stosunku do początku lat 90. budujemy dziś tyle samo, może trochę więcej. Właściwie nic się nie zmieniło przez te dwadzieścia kilka lat. Kryzys mieszkaniowy trwa w Polsce od wielu dekad. I co więcej, ma on charakter strukturalny, nie koniunkturalny.

To wszystko powinno dać do myślenia obecnym decydentom w zakresie praktyki mieszkaniowej w Polsce. Instrumenty, którymi się posługują, mają charakter oddziaływania interwencyjnego, związanego z cyklem koniunkturalnym, ale nie prowadzą do rozwiązania problemu. Mniej więcej od 2008 r. stosujemy wyłącznie wsparcie dla mieszkań nabywanych na własność, tym samym pogłębiając nierównowagę istniejącą na rynku. Mimo że od czasu urynkowienia gospodarki i uracjonalnienia przesłanek decyzji mieszkaniowej minęło ponad 20 lat, Polska nadal jest w absolutnym ogonie krajów europejskich, jeśli idzie o ilość budowanych mieszkań, ich zagęszczenie, wyposażenie w media, stan techniczny. W niektórych kategoriach za nami są jeszcze Bułgaria i Rumunia, ale w kilku innych zajmujemy kompromitujące ostatnie miejsce.

Co jest istotą tego strukturalnego problemu?

W połowie lat 90. została opracowana polityka mieszkaniowa, która formułowała cele i narzędzia ich realizacji. Najważniejszym założeniem było odejście od uspołeczniania ekonomii na rzecz podniesienia jej finansowej racjonalności. To było słuszne. Jednak mieszkanie jest dobrem specyficznym, zaspakaja ogromną ilość potrzeb człowieka, od biologicznych przez kulturowe po zawodowe. Jest równocześnie dobrem wyjątkowo drogim, kosztuje wielokrotność rocznych dochodów przeciętnej rodziny. W związku z tym nie ma takiego kraju, w którym wszystkie mieszkania byłyby własnościowe. Naszym zadaniem jako państwa demokratycznego, które zakłada solidarność i równość w dostępie do dóbr i usług, jest przede wszystkim konieczność zapewnienia ludziom pomocy i dachu nad głową, w drugiej kolejności wsparcie w dochodzeniu do własności mieszkania.

W każdym kraju, bogatym czy biednym, istnieje znaczna grupa ludzi, których nie stać na zakup własnego mieszkania. W Polsce struktura własności jest patologiczna: mamy 20 proc. mieszkań na wynajem, a 80 proc. prywatnych. To oznacza, że potrzebne są ogromne przedsięwzięcia ze strony państwa w zwiększaniu dostępu do dachu nad głową, bo w przeciwnym razie, w dłuższej perspektywie, ludzie będą lądować na dworcach. Od lat 2004–2005 znaczne środki przeznacza się na budowę noclegowni i innych tego typu ośrodków, które przestają być jedynie miejscem tymczasowego zamieszkania. Jeżeli nie zmienimy tej polityki, prędzej czy później nastąpi bunt społeczny. Bo co oznacza tylko 20 proc. mieszkań na wynajem? Przede wszystkim to, że opóźniamy wszelkie możliwe procesy dostosowawcze na rynku pracy, hamujemy możliwość wewnętrznej migracji za pracą. Pośrednio zwiększamy w ten sposób wydatki na pomoc publiczną i petryfikujemy różnice między poszczególnymi regionami kraju. To powoduje także, iż łatwiej jest emigrować za pracą do Anglii, Irlandii czy Niemiec, niż próbować odnaleźć się tutaj, wyjeżdżając np. do innego regionu. Tam dostępna jest nie tylko praca, ale i mieszkania.

Model rynku mieszkaniowego à la III RP od początku obarczony był tak poważną wadą systemową?

Byłam jedną z autorek programu przemian w tej dziedzinie. Razem z Andrzejem Bratkowskim przygotowałam w 1992 r. – na prośbę Jacka Kuronia – memoriał mieszkaniowy. Propozycje rozwiązań wzorowaliśmy na tych stosowanych na Zachodzie, mieliśmy wsparcie z Francji, Holandii i Wielkiej Brytanii. Trwało to dobrych kilka lat. W tamtym czasie zajmowałam się naukowo ekonomią mieszkalnictwa, rozwojem miast.

Sformułowana w połowie lat 90. polityka mieszkaniowa wprowadzała nie tylko elementy, które są właściwe dla gospodarki rynkowej, poczynając od restytucji prawa własności, poprzez czynsze, uwzględniające koszty eksploatacji, a kończąc na kredytowaniu opartym o zastaw hipoteczny. Formułując politykę mieszkaniową, przyjęliśmy następujące założenie: uruchamiamy kilka programów wsparcia – skierowanych do grup o różnym stopniu zamożności, zaczynając od sektora budowy mieszkań na wynajem o umiarkowanych czynszach. Miały one z biegiem czasu zastąpić sektor mieszkań komunalnych. Jestem zresztą ich zdecydowaną przeciwniczką. Uważam, że gmina nie powinna zarządzać mieszkaniami, nawet jeśli jest ich właścicielem. Z prostej przyczyny: urzędnik robi to gorzej.

Wprowadziliśmy na rynek nowy rodzaj inwestora, instytucję znaną dziś jako Towarzystwa Budownictwa Społecznego (TBS), nawiązującą w nazwie do przedwojennych inicjatyw spółdzielczości mieszkaniowej. Są to spółki prawa handlowego, które muszą kierować się rachunkiem ekonomicznym. Bardzo nam zależało, żeby nie były to jednostki budżetowe aparatu gminnego, urzędniczego.

Przy opracowaniu reformy mieszkaniowej otrzymaliśmy dużą pomoc merytoryczną z Francji i Anglii, a reformy czynszów – ze Stanów Zjednoczonych. Ta ostatnia sprowadzała się do uniezależnienia kwestii racjonalności ekonomicznej, określającej niezbędną wysokość czynszu, od kwestii tego, ile powinien płacić lokator. Ustawa, która to regulowała, nazywała się: „O wynajmie lokali i dodatkach mieszkaniowych”. Za rządów premiera Buzka została ona przerobiona na ustawę o ochronie lokatorów…

To źle?

Poprzednia ustawa mówiła, że czynsz powinien być ekonomiczny. Powinien pozwalać na pokrycie kosztów eksploatacji, akumulację środków na remont kapitalny. Stan techniczny mieszkań w Polsce jest fatalny, w okresie PRL nie zbierano praktycznie żadnych środków na ten cel. Dlatego kamienice w Polsce wciąż wyglądają tak, jak wyglądają. Ustawa mówiła też, że przez dziesięć lat czynsz nie powinien przekraczać 3 proc. wartości odtworzenia, a następnie powinien zostać uwolniony. W nowej ustawie czynszów nie uwolniono.

Wysokość czynszu to obecnie zazwyczaj około 1 proc., a powinna kształtować się na poziomie około 5 proc. wartości odtworzenia. Gminy jednak nie mają środków na zwiększenie dodatków mieszkaniowych, a właśnie druga część tej ustawy mówiła, że gmina/państwo powinny zapewniać dodatek mieszkaniowy ludziom, których nie stać na płacenie uwolnionego czynszu. Początkowo udało nam się wywalczyć, że 50 proc. tego dodatku płaciła gmina, a resztę dopłacało państwo. Później państwo z tego zrezygnowało i gminy również chciały się wycofać. Gdyby gminy podniosły czynsze, musiałyby dopłacać więcej. Jednak dopłacać nie chcą/nie mogą, zatem bezpieczniej jest nie podnosić czynszu. Jest to racjonalne politycznie i społecznie, ale nie ekonomicznie. Gdyby został zachowany pierwotny model, mielibyśmy dzisiaj o wiele lepszą sytuację. Ustawa o ochronie lokatorów w dzisiejszej formie jest nieefektywna. Trzeba ją zmienić. Jednak musi być także wyraźnie powiedziane, że państwo ma obowiązek utrzymywania pewnych standardów na szczeblu krajowym i lokalnym. Te cywilizacyjne normy polegają na tym, że trzeba odtwarzać kapitał mieszkaniowy, bo inaczej nasze wnuki będą mieszkały w slumsach. Jednak potrzebne są także pieniądze na dodatki mieszkaniowe.

Do 2008 r. realizowano projekt budowy mieszkań na wynajem. Zostało zbudowanych 100 tys. mieszkań. W 2009 r. zlikwidowano ostatecznie Krajowy Fundusz Mieszkaniowy. KFM zlokalizowany w Banku Gospodarstwa Krajowego udzielał kredytów preferencyjnych na budowę mieszkań na wynajem o umiarkowanych czynszach; wysokość czynszów nie mogła być wyższa niż 4 proc. wartości odtworzenia. Na ten cel przez kilkanaście lat wydatkowano z budżetu państwa 4 mld złotych. Ponadto Bank Gospodarstwa Krajowego pożyczył na ten cel 2 mld za granicą.

Kredyty TBS-owskie są znakomicie spłacane, mamy poniżej 2 proc. nieregularnej spłaty. Spłaty kredytów zasilają BGK. Kwota spłat pozwoliłaby w zupełności na budowę dalszych mieszkań na wynajem o umiarkowanych czynszach, bez konieczności sięgania po środki z budżetu państwa. Na tym zresztą polega przewaga instrumentów dłużnych nad dotacjami – udzielone wsparcie finansowe jest zwracane i może nadal służyć celom publicznym. Niestety, program został zamknięty. Kredyt preferencyjny, instrument, który zastosowaliśmy ponad 20 lat temu, dziś jest powszechnie zalecany w Unii Europejskiej jako alternatywa dla dotacji.

W przyjętej w latach 90. polityce mieszkaniowej zawarty był także moduł wspierania dochodzenia do własności mieszkania. Przewidziano znaczne ulgi podatkowe dla ludzi, którzy budowali mieszkania z myślą o ich wynajmowaniu. Po kilku latach od ich wprowadzenia zostały zniesione, z wielką szkodą dla sprawy. Główny, populistyczny argument za likwidacją brzmiał: „to była tylko opcja dla bogatych”. Jednak mieszkania budują/kupują tylko tacy, których dochody są wyższe od średniej krajowej… Przecież tak naprawdę potrzebujemy i wsparcia dla budownictwa na własność, i dla mieszkań na wynajem.

Z jaką sytuacją mamy do czynienia obecnie?

Polityka mieszkaniowa nie jest realizowana, likwiduje się sukcesywnie program po programie. Od 2008 r. zastąpiono projekt mieszkań na wynajem programem „Rodzina na swoim”, nakierowanym na kupno mieszkania. W dodatku kredyt preferencyjny zastąpiono dotacją, więc nic już nie wraca do puli środków, które można by wykorzystać na budowę kolejnych mieszkań. Program objął ponad 200 tys. mieszkań, ale połowa przeznaczonych na nie środków to kredyty na rynek wtórny. Uelastycznienie rynku wtórnego jest potrzebne, ale trzeba pamiętać, że wsparcie finansowe zakupów na nim nie uruchamia na szerszą skalę procesów gospodarczych – inwestycje w nowe budownictwo zastępowane są remontami mieszkań, nawet nie budynków. Wsparcie jest zatem mniej efektywne.

Co więcej, wybór instrumentu wsparcia – dotacji (finansowanie przez 8 lat części płaconych odsetek z tytułu zaciągniętego kredytu) jest mocno kontrowersyjny. Po pierwsze te środki nigdy już do systemu wsparcia nie wrócą. Po drugie nikogo nie interesuje, co nastąpi po upływie tych 8 lat. Przecież może być tak, że niemożność spłaty kredytu zmusi poszczególne osoby do sprzedaży tych mieszkań z dużą stratą itd. Jednak istotniejsze jest to, że przeznaczono na ten cel 7 mld złotych. Jest to zatem program prawie 2 razy droższy niż program TBS-ów.

Kto na tym zarabia?

Teoretycznie podstawowym beneficjentem powinna być rodzina, która kupuje mieszkanie. Jednak wszystkie badania pokazują, że ⅔ kwoty przeznaczonej na wsparcie trafia do banków jako marże, które natychmiast wzrosły, a także na marże – czyli zysk – deweloperów.

Dlaczego?

Podstawową słabością polskiego rynku mieszkaniowego nie jest sztywny popyt, lecz sztywna podaż. Mamy dobrze funkcjonujący rynek dłużnego finansowania mieszkalnictwa. Jeśli przy sztywnej podaży wspieramy finansowo popyt, to automatycznie rosną ceny.

Kończąc ten wątek: około miesiąc temu w prasie, radiu i telewizji pojawiły się informacje, że BGK uruchamia wreszcie program budowy mieszkań na wynajem. Ma powstać zamknięty fundusz inwestycyjny, w ramach którego za 5 mld złotych zostanie wybudowane 20 tys. mieszkań. I znowu jest to w takim razie projekt wielokrotnie droższy niż poprzednio funkcjonujący. Na budowę 100 tys. mieszkań TBS-owskich wydatkowano ok. 6 mld zł. Wyraźnie ktoś ma za dużo pieniędzy albo za mało wiedzy.

Rozumiem, że od lat brakuje myślenia?

Nie istnieje żaden poważny ośrodek strategiczny, nie ma celowej, długoterminowej polityki w tym zakresie. Wszelkie ustawy i kształt tego, co się nazywa „programami mieszkaniowymi”, to efekt tego, co uda się wytargować z kolejnymi ministrami finansów. Ta niekompetencja jest bardzo kosztowna społecznie, nie pozostaje bez wpływu także na spowolnienie gospodarcze. Tracimy setki tysięcy czy miliony ludzi, którzy wyjeżdżają tam, gdzie mają szanse na pracę, ale i szanse na mieszkanie.

Tracimy także spore kwoty przeznaczane na programy budownictwa, takie jak „Rodzina na swoim” czy „Mieszkanie dla młodych”, które niewiele pomagają w rozwiązaniu problemów mieszkaniowych. Jednak popełniono szereg innych błędów, o których nikt już w ogóle nie ma pojęcia…

O czym mowa?

W ciągu ponad dwudziestu lat istnienia III RP wydano ponad 20 mld na mieszkalnictwo. To nie tak dużo. Z tej kwoty 62 proc. wydatkowano na dwa cele. Po pierwsze – na refundację premii gwarancyjnych książeczek mieszkaniowych założonych przed 1990 r. i wykup odsetek od kredytów zaciągniętych przez spółdzielnie mieszkaniowe. I nie jest tak, że te pieniądze wydano zaraz na początku lat 90. czy na początku XXI w. Tylko w zeszłym, 2012 roku, na refundację książeczek przeznaczono 590 mln. W bieżącym roku już „tylko” 450 mln zł. Wzięło się to stąd, że rozszerzone zostało prawo do tej premii. Oczywiście środki z książeczek należało refundować, były to jedyne pieniądze, jakie wielu ludzi zgromadziło przez lata PRL i nie straciło choćby w wyniku hiperinflacji z 1989 r. Jednak ten proces powinien już dawno zostać definitywnie zamknięty, a zamiast tego wciąż „dopisywano ludzi”, rozszerzano tytuły. W tej chwili można książeczki scedować nawet na dalekiego kuzyna. Co więcej, można otrzymywać te środki nawet na wpłatę do wspólnoty mieszkaniowej na fundusz remontowy. Tymczasem największa roczna wpłata z budżetu państwa, którą wydatkowano na KFM w ciągu piętnastu lat działania, to było 450 mln.

Drugi cel, na który ciągle przekazywane są pieniądze w ramach tych 62 proc. wszystkich wydatków na wspieranie mieszkalnictwa, to wykup odsetek od kredytów spółdzielni mieszkaniowych sprzed 1989 r. Groza! Mechanizm, który wprowadzono w latach wysokiej inflacji, nadal funkcjonuje.

Dlaczego właściwie zmieniono kształt rozpoczętej na początku III RP polityki mieszkaniowej?

Są dwie odpowiedzi. Pierwsza brzmi: zwyciężyła optyka ministerstwa finansów, skupionego na celach krótkookresowych. Druga odpowiedź – to brak kompetencji decydentów odpowiedzialnych za politykę mieszkaniową. Ułatwiało to zresztą sprawę ministerstwu finansów – fachowcy umieliby bronić niezbędnych priorytetów i zapewne wytargowaliby więcej.

Klasie politycznej nie przedstawia się to wszystko, o czym Pani tutaj mówi, jako problem?

Polska klasa polityczna jest wciąż bardzo niedojrzała. Myśli przede wszystkim słupkami sondażowymi, od wyborów do wyborów. Znacznie łatwiej jest też obiecywać ludziom w ramach kolejnych projektów mieszkania własnościowe: to jest lepiej widziane przez elektorat. Mieszkania na wynajem wydają się czymś egzotycznym.

Nieustanie wmawia się nam przecież, że prywatne jest zawsze lepsze…

Tak się nie da myśleć o efektywnej polityce mieszkaniowej. To głupota. Zawsze na tym polu wchodziłam w konflikt z politykami. Byłam przekonywana, że płacenie czynszu to unieszczęśliwianie ludzi, którzy przy niewiele większym wysiłku mogą te kwoty przeznaczać na spłaty kredytu mieszkaniowego. Mówiłam: proszę państwa, wielu Polaków nie było, nie jest i nie będzie stać na własne mieszkanie, bo nigdy w życiu nie osiągną takiego poziomu zarobków, który zapewni im wiarygodność kredytową.

Własny dach nad głową jest jednak marzeniem wielu ludzi…

Postawiłabym kwestię inaczej: posiadanie własnego mieszkania nie jest niezbywalnym prawem do szczęścia. W krajach Zachodu znaczna część osób, które żyją w mieszkaniach na wynajem, to ludzie całkiem zamożni. Zobaczmy, jak to wygląda w społeczeństwach dużo bogatszych niż nasze. W Szwajcarii i Japonii ponad 65 proc. to mieszkania na wynajem. W Danii to 55 proc. W Niemczech – 60 proc. W Ho­landii, Francji, Finlandii, Szwecji – 50 proc. W USA to ponad 40 proc. W Wielkiej Brytanii – 40 proc. W Polsce, przypominam, jest to jedynie 20 proc.

To jest pochodna m.in. stylu życia i kultury poszczególnych społeczeństw. To także kwestia niedojrzałości ekonomicznej Polaków.

Ile właściwie potrzebowalibyśmy dziś w Polsce mieszkań na wynajem?

Przez następne dziesięć lat powinniśmy budować między 30 a 35 proc. mieszkań na wynajem w stosunku do własnościowych. W tej chwili budujemy niecałe 5 proc., albo i mniej.

I kto je powinien budować?

Za zaspakajanie potrzeb mieszkaniowych odpowiedzialne są gminy. Powinny to robić nie poprzez system mieszkań komunalnych, gdyż i tak mają już problem z zadłużeniem, ale przez partnerstwo publiczno-prywatne. Równolegle powinien powstać program rządowy, który wspierałby kredyty dla podmiotów prywatnych budujących mieszkania na wynajem, w tym i TBS-y. Pieniądze, które spływają ze spłaty kredytów zaciągniętych w KFM, powinny być przeznaczone na ponowne uruchomienie kredytu preferencyjnego na ten cel. Można też skorzystać z instrumentów fiskalnych – ulg mieszkaniowych zachęcających osoby fizyczne i deweloperów do budowy mieszkań na wynajem. W tym przypadku przydatna byłaby ulga podatkowa. Tak robi się w Niemczech, stosuje się duże ulgi podatkowe dla budujących lokale na wynajem o umiarkowanym czynszu.

Czy możemy rozpisać „mapę niedoborów mieszkaniowych” w odniesieniu dla poszczególnych regionów, aglomeracji miejskich, dla prowincji, dla Warszawy?

Poziom niedoborów jest wszędzie podobny. To się wiąże jeszcze z historycznym punktem wyjścia naszej rozmowy. W PRL mieszkania budowano tam, gdzie planowano przemysł. Najbardziej ucierpiały na tym małe miasta. Tam, gdzie brakowało dużych inwestycji, tam nie było też mieszkań, odpowiedniej infrastruktury publicznej, komunikacyjnej – te sprawy się na siebie nakładały. Proszę sobie przypomnieć, jak bardzo opóźniona była choćby kwestia budowy kanalizacji czy sieci telefonicznej na polskiej wsi.

Dziś trudno wskazać takie specyficzne miejsce na mapie Polski, o którym można by powiedzieć, że właśnie tam jest największy niedobór mieszkań. Przede wszystkim dlatego, że dziś reguluje to rynek. W miejscach, gdzie jest gorzej, ceny mieszkań są o wiele niższe. Proszę sobie porównać ceny mieszkań w Łodzi i w Warszawie, w Sosnowcu i w Szczecinie.

Zaryzykowałabym tezę, że poziom niedoboru mieszkań w poszczególnych regionach jest w zasadzie odbiciem tego, co zastaliśmy na przełomie roku 1989 i 1990. Wynika to także z tego, że choćby tutaj, w Warszawie, buduje się dziś relatywnie dużo, ale przecież znacznie zwiększyła się migracja zarobkowa do stolicy z całej Polski.

Z pewnością zna Pani hasło: „mieszkanie prawem, nie towarem”. Z kontekstu naszej rozmowy wynika, że sprawa nie jest tak oczywista…

Mieszkanie jest i prawem należnym, i towarem. I zadaniem państwa sprawiedliwego i obywatelskiego jest wprowadzenie takiego instrumentarium, które pozwoliłoby osiągać te dwa cele. To ważne, aby budowa mieszkań była efektywna, racjonalna ekonomicznie, aby element rynkowy odgrywał swoją, istotną dla całości gospodarki rolę. Według mnie nic nie stoi na przeszkodzie, by przy dobrze prowadzonej polityce respektować prawo do dachu nad głową (niekoniecznie do własności mieszkania).

Wróćmy jeszcze do sloganu: „prywatne jest zawsze lepsze”. W Anglii w czasach rządów Margaret Thatcher wprowadzono na masową skalę prywatyzację tamtejszych mieszkań komunalnych. Część analityków ocenia, że w efekcie właściciele bez środków na remonty doprowadzili do błyskawicznej dekapitalizacji domów, co z kolei sprzyjało dalszej segregacji mieszkańców i powstawaniu gett ludzi ubogich.

Te mieszkania były odpowiednikiem naszych TBS-ów. Znaczną ich część sprywatyzowano za rządów Thatcher. Banki dostawały zwolnienia podatkowe, jeśli na ich zakup dawały kredyt o obniżonej stopie oprocentowania. Po dziesięciu latach okazało się, że te mieszkania trzeba na nowo rekomunalizować, bo stan budynków stawał się fatalny.

Według mnie każda polityka mieszkaniowa, która nie uwzględnia realnych możliwości rekapitalizacji budynków, to programowy wandalizm. I dotyczy to także rodzimych projektów, takich jak „Rodzina na swoim” czy „Mieszkanie dla młodych”, gdyż oferują one możliwość nabycia mieszkań na własność ludziom, którzy później będą mieli ogromny problem z ich utrzymaniem na odpowiednim poziomie.

Przy okazji: w Finlandii w latach 90. uruchomiono wielki program remontów mieszkań, skierowany do małych i większych właścicieli budynków. To znakomicie zmniejszyło poziom bezrobocia. W Polsce nic się nie robi w tej materii, a stan wielu budynków mieszkalnych osiągnął tak wysoki stopień dekapitalizacji, że nie nadają się do użytku. Tak naprawdę trzeba by je wyburzyć. Dotyczy to około miliona lokali mieszkalnych, czyli równowartości siedmioletniej produkcji mieszkań w Polsce.

Widzi Pani szansę na odrodzenie spółdzielczości mieszkaniowej? Czy nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki?

Myślę, że to jeszcze nie jest ten moment. Spółdzielczość została skompromitowana przez swoją formę istnienia w czasach PRL, w gospodarce nakazowo-rozdzielczej. Nie uważam jednak, że spółdzielczość należy zlikwidować, co postuluje znaczna część krzykaczy-politykierów. Spółdzielczość to forma wspólnego działania, podejmowanego nie dla zysków, ale dla minimalizowania kosztów. Tym się to różni od spółki. Nie należy likwidować tego narzędzia, bo jest użyteczne. Dzisiejsza spółdzielczość mieszkaniowa niestety wciąż bywa patologiczna. Nadal nie mamy podziału wielkich molochów spółdzielczych, a przynajmniej brakuje wypracowanych sensownych form zarządzania nimi. Niezależnie od wszystkich obecnych problemów z pewnością ważną kwestią byłby powrót do przedwojennego modelu spółdzielni mieszkaniowych, w którym zrzeszali się głównie właściciele mieszkań. Sądzę, że to jest łatwiejsze do odtworzenia.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 13 września 2013 r.

Państwa narodowe jako podmioty globalizacji

Dyskurs globalizacyjny często podejmuje problem pozycji państwa narodowego we współczesnym świecie. Literatura dotycząca roli państwa w dobie globalizacji w wielu przypadkach skłania się do postawienia tezy o wycofaniu państwa (retreat of the state), jego osłabieniu i niemocy w świetle szybko zmieniających się konfiguracji wpływów transnarodowych podmiotów. Jeśli przyjąć koncepcję podmiotowości organizacyjnej, to należy uznać, że państwa narodowe mogą być uznane za podmioty globalne. Pytanie brzmi – czy wszystkie państwa?

W odpowiedzi na pytanie o podmiotowość globalną państw, zaproponowana poniżej typologia państw narodowych została stworzona właśnie z myślą o różnicach w zakresie posiadanej podmiotowości organizacyjnej. Typologię tę tworzą trzy typy państw: państwa-katalizatory, państwa przechwycone i państwa upadłe. Punktem odniesienia dla poniższej propozycji były oczywiście funkcjonujące w dyskursie politologiczno-socjologicznym typologie państw, a wśród nich w szczególności następujące koncepcje1:

  1. „Miękkie państwo” – jak powiedział w wywiadzie Jerzy Hausner: Miękkie państwo to takie, które z jednej strony ma niewielką zdolność wypełniania swoich niezbywalnych funkcji, jak np. egzekucji prawa czy realizowania wielkich projektów infrastrukturalnych. Z drugiej strony przejawia skłonność do przejmowania zadań, które przynależą obywatelom. Takie państwo szuka klientów, a unika obywateli.
  2. „Silne państwo” – Francis Fukuyama definiuje takie państwo jako organizm nie tylko zdolny do realizacji zadań typowych dla państwa narodowego (edukacja, rządy prawa itp.), ale przede wszystkim zdolny do narzucania reguł, zasad uznanych przez siebie za pożądane i do wdrażania własnych polityk (Fukuyama rozróżnia między „możliwościami” państwa a jego „siłą” – scope and strength).
  3. Państwa Centrum, Półperyferii i Peryferii – koncepcja I. Wallersteina pokazująca zależności między poziomami rozwoju krajów w różnych częściach świata oraz strukturalne ograniczenia rozwoju krajów słabiej rozwiniętych gospodarczo i cywilizacyjnie.
  4. Państwo sieciowe – w koncepcji M. Castellsa etap rozwoju państwa narodowego, który oznacza akceptację konieczności współzależności suwerena (państwa) od zewnętrznych struktur i sieci aktorów. Państwo sieciowe buduje swoją pozycję poprzez płynne przechodzenie między różnymi „węzłami władzy” i płynną realizację swoich interesów w zależności od poziomu suwerenności, na jaki pozwalają sieci, w których uczestniczy.

Państwa-katalizatory

Państwa-katalizatory (catalytic states) to termin ukuty przez Michaela Linda, który przywołuję za książką Lindy Weiss „The myth of the powerlessstate. Governing the economy in a global era” (1998). Są to, jak pisze sama Weiss, państwa: …starające się osiągnąć swoje cele, polegając mniej na własnych zasobach, a więcej na osiąganiu dominującej pozycji w koalicjach z innymi państwami, transnarodowymi instytucjami lub grupami prywatnego sektora.

Kategoria państw-katalizatorów uwzględnia podmiotowe działania podejmowane przez niektóre państwa, działania budujące ich pozycję międzynarodową. Państwa-katalizatory przyjmują aktywną postawę wobec procesów zmiany i podejmują działania zmierzające do umocnienia ich wpływu na te procesy. Jak pisze Michael Lind: Państwo katalizator stara się odgrywać kluczową rolę w ukierunkowaniu konkretnej strategii koalicyjnej i osiągnięciu przez nią sukcesu, państwo to pozostaje jednak raczej niezależne od innych uczestników koalicji, bez względu na to, czy są nimi inne rządy, firmy czy nawet […] społeczeństwo.

Państwa-katalizatory to według Weiss kraje, które z zadowalającym dla siebie skutkiem stanowią elementy systemu UE, ASEAN czy NAFTA. Przykładami są Niemcy, Francja, Japonia, USA, Wielka Brytania, Australia, a więc państwa, które potrafią wykorzystać uczestnictwo w organizacji międzynarodowej dla uzyskania potrzebnych zasobów, bez zbytniej utraty samosterowności. Takie „katalizatory” posiadają między innymi zdolność do delegowania na forum organizacji międzynarodowych problemów, których same by nie rozwiązały. Angażują wówczas innych w działania, gdy jest to dla nich korzystne. Koalicje inicjowane przez państwa-katalizatory to zatem bardziej lub mniej trwałe sojusze z innymi państwami i prywatnymi podmiotami. Zawierane są na czas realizacji określonego zadania. Koalicje te nie muszą mieć charakteru prawnej, spisanej umowy. Mogą opierać się na przykład na nieformalnym porozumieniu przywódców.

Do grupy państw-katalizatorów należą wysoko uprzemysłowione kraje, głównie członkowie OECD, chociaż nie wszyscy, np. chociaż Polska jest w OECD, nadal nie ma moim zdaniem statusu państwa-katalizatora. Zauważamy jednak, że w ciągu ostatnich 10 lat do grupy tej „awansowały” na pewno dwa państwa – Chiny i Indie. Dziś niezwykle skutecznie wykorzystują one narzędzia ekonomiczne i polityczne do realizacji własnej podmiotowości.

Chińska Republika Ludowa jest dziś obok USA i Francji największym partnerem handlowym kontynentu afrykańskiego. Tylko pomiędzy rokiem 2002 a 2003 handel chińsko-afrykański podwoił się i osiągnął wartość 18,5 mld dolarów. W roku 2005 wartość obrotów handlowych między tymi regionami wzrosła zaś aż do 32 mld dolarów. Chiny importują dziś afrykańską ropę i minerały. Tworzą tam również swoje zakłady produkcyjne. Przy czym nie interweniują w polityczne sprawy wewnętrzne, dostarczając jednocześnie kompleksowego wsparcia gospodarczego. Przykładowo Angoli, która eksportuje 25% swojej ropy do Chin, Pekin zaoferował wart 2 mld dolarów pakiet pożyczek i pomocy w rozbudowie infrastruktury drogowej, szkół, szpitali.

Chiny budując swoją pozycję na kontynencie afrykańskim, korzystają z takich narzędzi wpływu, jak szerokie koalicje z afrykańskim biznesem, ale również wykorzystują instrumentarium organizacji międzynarodowych, angażując prawie 1500 swoich żołnierzy w operacje pokojowe ONZ w Afryce czy anulując 10 mld dolarów afrykańskich długów wobec Chin.

W Afryce Chiny odgrywają dziś kluczową być może rolę, określając na nowo pozycję tego kontynentu w globalnym systemie produkcji (np. w Afryce produkuje się część tekstyliów chińskich, obchodząc w ten sposób kontyngenty europejskie na ten typ chińskich towarów). Jako państwo-katalizator Chiny budują szeroki wachlarz stowarzyszonych organizacji (np. African Human Resources Development Fund), które wspomagają realizację interesów państwa chińskiego. Dzięki ważnej pozycji w Radzie Bezpieczeństwa ONZ budują zaś w Afryce swój pozytywny obraz i społeczny kapitał, wprowadzając nowe standardy współpracy z lokalnymi władzami, odmienne od np. kolonizatorskich tendencji Francji i francuskich korporacji.

Scharakteryzowany tu typ państwa narodowego posiada wszelkie umiejętności właściwe dla globalnego podmiotu. Państwa-katalizatory skutecznie identyfikują potrzebne im zasoby (surowce, obszary wpływu jako symboliczny „surowiec” – przykładem są działania amerykańskie i rosyjskie w walce o sferę wpływów wokół Morza Kaspijskiego), konwertują je (np. Indie wykorzystują jako ekonomiczny zasób swoją mniejszość etniczną zamieszkującą wybrzeże Kenii), wyznaczają nowe trendy w technologiach (jak Japonia, która przez większą część lat 80. i 90. XX wieku dawała impulsy do rozwoju nowych technologii).

Między innymi właśnie ze względu na takie procesy Antoni Z. Kamiński i Bartłomiej Kamiński, opisując problem korupcji w skali globalnej, piszą, że tezy o wycofaniu państwa są zbyt daleko posunięte. Przychylają się raczej do tezy przeciwnej i przytaczają myśl Martina Wolfa, że: …globalizacja następuje nie za sprawą losu, lecz wyboru lub wielkiej liczby wyborów dokonanych przez państwa narodowe. Może ona [globalizacja – J.S.] pogłębiać się tylko o tyle, o ile zezwolą na to rządy narodowe.

Warto zwrócić tu uwagę, że kraje wykazujące cechy fukuyamowskiego silnego państwa, zachowują się w sposób właściwy dla krajów Centrum (w świetle koncepcji Wallersteina), to znaczy budują takie struktury w gospodarce, które czynią z nich beneficjentów, przerzucając jednocześnie koszty do krajów półperyferii i peryferii. W ten sposób powstają między tymi sferami struktury zależności, które bardzo trudno pokonać (czego przykładem w ostatnich dziesięcioleciach stały się oczywiście Chiny i Indie).

Państwa przechwycone

Drugim typem państw są tzw. państwa przechwycone (captive state). Jeden z raportów Banku Światowego z roku 2000 podaje: Wszystkie formy zawłaszczenia państwa skierowane są na uzyskanie od państwa renty dla małej grupy jednostek, co potencjalnie może spowodować ogromne straty dla społeczeństwa jako całości.

Jak piszą Antoni i Bartłomiej Kamińscy, zjawisko przechwycenia państwa (state capture) polega na zawłaszczaniu sfery publicznej, często z zastosowaniem praktyk korupcyjnych, co prowadzi do zniekształcania reguł funkcjonowania państwa w sposób korzystny dla grupy przechwytującej. Efektem takich praktyk jest właśnie przechwycone państwo, a więc podmiot działający, realizujący określone potrzeby obywateli (w przeciwieństwie do państwa upadłego, o którym poniżej), ale w swoim rdzeniu pracujący głównie na rzecz nieformalnych grup, które decydują o wprowadzaniu korzystnych dla siebie reguł życia politycznego i gospodarczego.

Grupami, które mogą prowadzić do przechwycenia państwa bywają pozapaństwowi aktorzy (PPA), zwłaszcza, gdy ich interesy grupowe są odmienne od określonych interesów państwowych. PPA zmierzając do realizacji swoich interesów mogą wykorzystać struktury administracyjne, polityczne czy ekonomiczne słabszych państw. Janine Wedel opisując zjawisko przechwycenia państwa, wskazuje na proces „wplatania” nieformalnych sieci powiązań w legalny system państwowy. Nieformalne grupy interesów – próbując stać się niewidzialne w ten sposób dla reszty społeczeństwa – „podłączają się” pod legalne instytucje, co pomaga im osiągać założone cele.

W państwie przechwyconym splot legalnego i nielegalnego realizuje się zatem na korzyść tego ostatniego. Podmiotami decyzyjnymi stają się zaś nieformalne kliki, które formułują zasady działania w państwie w sposób korzystny dla siebie, drenując zasoby publiczne i wykorzystując je do własnych celów. Zjawisko konfliktu interesów staje się w takim wypadku tolerowanym mechanizmem, który nie skłania żadnych aktorów do podjęcia działań zabezpieczających przed takimi konfliktami.

Proces przechwytywania państwa dokonuje się poprzez stworzenie specyficznego połączenia prywatnych dążeń z publicznymi zasobami. Zjawisko to przedstawił m.in. Krzysztof Jasiecki, analizując sploty biznesu i polityki w Polsce po 1989 roku. Jasiecki między innymi pokazał typy strategii działania środowisk gospodarczych, prezentując, jak „naturalnym” elementem tych strategii stały się nieformalne powiązania biznesu ze światem polityki. W wyniku powstania sieci takich powiązań publiczne zasoby (np. firmy z udziałem Skarbu Państwa, państwowe kontrakty) mogą być przechwycone przez nieformalne grupy interesów powstałe w danym państwie. Grupy te wykorzystują znajomość lokalnych realiów oraz swoje ukryte zasoby, często w postaci starych klientelistycznych sieci. W ten sposób uzyskują wpływ na gospodarkę i politykę, który można określić mianem swoistej „kolonizacji” państwa.

Przechwycenie publicznych zasobów w gospodarce może dokonać się przez legalny lobbing, sponsoring partii czy porozumienia handlowe osiągnięte przez nieformalne sieci biznesowo-polityczne. Jak pokazuje George Monbiot, lokalni politycy i instytucjonalni nomadzi mogą na drodze prawie zupełnie legalnych metod działania przechwycić publiczne zasoby. Kluczowym aspektem procesów przechwytywania państwa jest powstanie systemu gospodarczo-politycznego, który charakteryzuje się:

  1. niższym niż w państwach-katalizatorach rozwojem gospodarczym;
  2. ograniczoną suwerennością na polu artykulacji decyzji o kierunkach rozwoju;
  3. ograniczonym zakresem realizacji społecznych potrzeb;
  4. zmniejszającym się zakresem oddziaływania sektora publicznego na rzecz zwiększenia roli prywatnego sektora.

Państwa przechwycone nie uzyskują globalnej podmiotowości, ponieważ w wyniku wykorzystania ich struktur przez nieformalne grupy, zdolność tych państw do tworzenia impulsów strategicznych, a więc umiejętności tworzenia dla siebie m.in. sprzyjającego środowiska działania, jest prawie żadna. Poziom uczestnictwa państw przechwyconych w ponadnarodowych relacjach również jest niski i wiąże się zazwyczaj z udziałem w koalicjach inicjowanych przez państwa-katalizatory. Państwa przechwycone nadal są jednak uczestnikami procesów międzynarodowych i są rozpoznawane przez organizacje międzynarodowe jako stabilni partnerzy. Przykładami takich państw są m.in. Polska, Meksyk, Bułgaria, Kazachstan, Argentyna, a więc kraje, które ciągle zmagają się z niedokończonym kapitalizmem2 objawiającym się niepełnym zmodernizowaniem otoczenia instytucjonalnego gospodarki, a także instytucjami regulacyjnymi przejętymi przez grupy interesów (zjawisko regulatory capture opisane przez George’a J. Stieglera – zob. Afeltowicz 20103), a mimo tego są częścią organizacji regionalnych (UE, NAFTA, Mercosur) i sprawnie realizują podstawowe zadania państwa narodowego.

Kraje te zatem, używając terminologii Fukuyamy, mają liczne możliwości (scope), ale brakuje im ciągle siły (strength) do wprowadzania własnych polityk lub do bycia liderem na arenie regionalnej czy międzynarodowej4. Wykazują również cechy właściwe dla opisanego przez Hausnera i Marody „miękkiego państwa”.

Meksyk jako kraj członkowski NAFTA i bezpośredni sąsiad Stanów Zjednoczonych od lat zmaga się z problemem przechwycenia państwa. Wysoki poziom korupcji w sektorze publicznym doprowadził do tego, że sferze administracji utrwaliły się niedobre praktyki – np. proces podejmowania decyzji rzadko bywa dokumentowany w całej rozciągłości. Niejasne procesy wyłaniania publicznych kontrahentów przebiegają w Meksyku często przy minimalnej dokumentacji, co utrudnia dotarcie do prawdziwych decydentów. Gospodarcze i polityczne elity Meksyku stanowią środowisko zintegrowane kulturowo, które podobnie jak to dzieje się w wielu innych latynoamerykańskich krajach, nie podejmuje prób zniwelowania społecznych dystansów w swoich relacjach z resztą społeczeństwa. Nieformalne grupy interesów funkcjonują we wszystkich sektorach, powodując, że wiele publicznych zadań nie jest realizowanych w stopniu społecznie oczekiwanym (m.in. w edukacji i usługach komunalnych).

Charakterystyczne dla większości przechwyconych państw jest zastępowanie publicznych monopoli prywatnymi monopolami. W Meksyku, podobnie jak w Polsce, największa sieć telekomunikacyjna została sprywatyzowana, ale nie zmieniło to jej monopolistycznej pozycji.

Meksykańską politykę wewnętrzną charakteryzuje tendencja do utrzymywania enklaw ustabilizowanej władzy, takich jak media, policja czy sądownictwo, w których zmiany zachodzą bardzo powoli, a efektywność działania nie jest istotnym czynnikiem.

Meksyk jako przechwycone państwo nie jest liderem zmian ani w swoim regionie, ani w skali międzynarodowej. Niski poziom zaufania społecznego, wysoki wskaźnik korupcji nie sprzyjają zaś rozwojowi społecznemu, innowacjom technologicznym czy organizacyjnym. Na szerszą skalę czynniki te blokują też możliwości Meksyku w zakresie pełnego wykorzystania szans płynących z członkostwa w NAFTA.

Państwa upadłe

Trzeci typ państw to tzw. państwa upadłe (collapsed, failed states). W ich przypadku należy mówić raczej o fragmentarycznych (szczątkowych) strukturach politycznych, które często nie wypełniają najważniejszych funkcji przynależnych państwu. Państwo upadłe bywa państwem jedynie z nazwy. Jego obywatele5 nie mogą liczyć na żadne wsparcie ze strony instytucji publicznych (takim państwem jest np. Sudan, którego agendy rządowe w zasadzie nie realizują obecnie prawie żadnej systemowej polityki). W takich krajach interesy obywateli i ich społeczne potrzeby nie są w realizowane poprzez politykę instytucji państwowych.

Zjawiskiem pokazującym zakres niemożności prowadzenia polityki jest w przypadku Somalii problem zagranicznych okrętów, które swobodnie wpływają na wody terytorialne tego kraju, by wylać do morza toksyczne odpady będące efektem eksploatacji statku. Czasem te toksyczne „odrzuty” przybierają nawet postać całych wraków okrętów porzuconych na wodach terytorialnych Somalii. Jak dotąd agendy somalijskie nie potrafiły zająć się tym poważnym z punktu widzenia prawa międzynarodowego i zasad ekologii procederem6.

Innym przejawem upadku somalijskiego państwa jest zjawisko piractwa, które zwłaszcza w ostatnich kilku latach rozwinęło się na skalę trudną do ignorowania. Coraz zuchwalsze porwania okrętów przepływających u wybrzeży Somalii stały się swoistą branżą lokalnej gospodarki. Szacuje się, że w roku 2008 ugrupowania somalijskich piratów otrzymały ogółem 150 milionów dolarów okupu za porwane statki7. A zarobione w ten sposób środki podlegają procesowi prania brudnych pieniędzy za pomocą inwestycji na rynku nieruchomości w sąsiedniej Kenii – jak się uważa, to właśnie inwestorzy-piraci spowodowali wzrost cen na tamtejszym rynku8.

Według „Indeksu Upadłych Państw”, przedstawionego przez portal Foreign Policy, pierwszą dziesiątkę takich krajów tworzą w kolejności od pierwszego miejsca: Sudan, Irak, Somalia, Zimbabwe, Czad, Wybrzeże Kości Słoniowej, Kongo, Afganistan, Gwinea, Haiti. Jak piszą twórcy tego zestawienia, upadek państwa charakteryzuje dwanaście wskaźników – m.in. korupcja, przestępczość, niezdolność do poboru podatków, przymusowe przesiedlenia obywateli, kryzys gospodarczy, wysoki poziom nierówności społecznych, brak realizacji zadań publicznych, zniszczenie środowiska, ale również odpływ wykształconych obywateli (tzw. drenaż mózgów). Na to nakładają się zewnętrzna interwencja (zbrojna lub gospodarcza) i łamanie praw człowieka. Kluczowym czynnikiem jest fakt, iż na terytorium upadłego państwa administracja publiczna nie panuje już nad podległym oficjalnie obszarem geograficznym (granice są płynnie przekraczane i niekontrolowane), rozwijają się władze klanowe, zorganizowane działania siłowe podejmowane są także przez grupy o charakterze niepaństwowym, prywatnym.

Upadłe państwa stanowią zagrożenie nie tylko dla swoich obywateli. Europejska Strategia Bezpieczeństwa określa sytuację „upadku państwa” jako jedno z ważniejszych zagrożeń współczesności, wskazując w szczególności na potencjalne zagrożenia płynące z tego procesu dla UE. Upadek państwa prowadzi bowiem do rozkładu sektora bezpieczeństwa w danym kraju, co sprzyja pojawieniu się w nim – a następnie wzmocnieniu – grup przestępczych i terrorystycznych, które później infiltrują państwa rozwinięte. Słabe państwa stanowią zatem duże obciążenie dla globalnego systemu organizacji międzynarodowych. Państwa te wymagają nieustannego monitorowania i pomocy. Ich znaczenie wzrasta jednak, gdy na ich obszarze znajdują się cenne surowce. Wówczas państwa-katalizatory mogą podjąć próby stworzenia stabilnych enklaw, wspomagających eksploatację określonych surowców.

Państwo jako podmiot globalizacji?

Wśród przedstawionych typów współczesnych państw narodowych można wyróżnić rodzaj organizmu państwowego, który może być podmiotem globalnym. Jest to państwo-katalizator. W przeciwieństwie do państw przechwyconych czy upadłych, działa ono według formuły pozwalającej im na korzystanie z procesów globalizacji w sposób dla siebie dogodny9, wykazując cechy „silnego państwa” (w kategoriach Fukuyamy). Kraje te potrafią wykorzystać posiadane zasoby (np. technologie powstające w firmach z udziałem skarbu państwa) do zdobywania dalszych dóbr. Aktywnie działają na forach organizacji międzynarodowych i przede wszystkim systemowo podchodzą do problemu wykorzystywania swojej międzynarodowej obecności (działają ponadnarodowo)10. Gdy dziś mówimy o świecie wielobiegunowym i o braku jednego mocarstwa globalnego, być może kategoria państwa-katalizatora może odgrywać zastępczą rolę względem tradycyjnego „imperium”.

Podobnie jednak jak w przypadku organizacji międzynarodowych, państwa-katalizatory funkcjonują na polach działania pozapaństwowych aktorów. Przecinające się drogi korporacji transnarodowych i dyplomacji państwowej, zatrudnianie firm PR przez administracje państwowe – takie między innymi procesy skłaniają do namysłu nad tym, czyje interesy reprezentuje państwo. W sytuacji, gdy przedsiębiorcy tworzą sieci dystrybucyjne uwzględniające kraj pochodzenia kooperantów, gdy międzynarodowe banki komercyjne faworyzują wnioski kredytowe wielkich korporacji ze swoich rodzimych krajów, oddziaływania PPA i państw mieszają się.

Na podstawie powyższej charakterystyki można wymienić trzy typy globalnych aktorów – PPA, państw-katalizatorów i organizacji międzynarodowych. Relacje między nimi nie są jednak symetryczne i szala przechyla się często na stronę zdominowaną przez interesy PPA. To właśnie PPA znajdują się bowiem w centrum globalnych koalicji i to środowisko PPA jest ośrodkiem generowania impulsów strategicznych, które w dalszej kolejności mogą być nawet korzystne dla państw.

Powyższy tekst to rozdział niedawno wydanej książki Autorki pt. „Instrumentarium globalnego panowania. O podmiotowych aspektach globalizacji”. W przedrukowanym fragmencie pominięto wstęp, liczne odnośniki o charakterze bibliograficznym oraz niewielkie wzmianki nawiązujące do innych fragmentów tej rozprawy. Książkę można nabyć w sprzedaży wysyłkowej u wydawcy: http://sklep.zysk.com.pl.

Przypisy:

  1. Wśród innych ciekawych typologii państw, które jednak nie stały się dla mnie punktem odniesienia, jest koncepcja U. Becka państw etnicznych, liberalnych i transnarodowych.
  2. Jak określiła to Jadwiga Staniszkis w książce Postkomunizm (2001).
  3. Łukasz Afeltowicz jako przykład działania regulatory capture, a jednocześnie state capture, pokazuje polski przypadek afery związanej z tzw. Trójkątem Buczacza, w wyniku której wąska grupa interesów przywłaszczyła sobie (używając funkcji urzędniczych) mienie publiczne.
  4. W przypadku Polski widać to po zakończeniu okresu prezydencji w UE, która nie przełożyła się na zmianę pozycji negocjacyjnej Polski w sprawach strefy euro.
  5. Wydaje się zresztą, że w przypadku collapsed states trudno nawet mówić o „obywatelach”, bo w obliczu braku polityki państwowej poczucie obywatelstwa nie ma szans się wykształcić. Trzeba by więc chyba raczej mówić o „osobach zamieszkujących teren danego państwa”.
  6. Źródło: http://www.newscientist.com/article/mg13518390.
    400-toxic-waste-adds-to-somalias-woes-.html (dostęp: kwiecień 2010).
  7. Źródło: www.afryka.org/?showNewsPlus=3415 (dostęp: styczeń 2010).
  8. Źródło: www.afryka.org/?showNewsPlus=4832 (dostęp: styczeń 2010).
  9. Jak pokazuje w książce Gry o przyszłe światy Lech Zacher (2006), najsilniejsze mocarstwa podejmują liczne działania zmierzające w kierunku przewidzenia przyszłych trendów gospodarczych i politycznych.
  10. Tak na przykład działali szwedzcy dyplomaci, gdy przy każdej okazji zachwalali w Polsce samoloty wielozadaniowe Grippeny.

Jak Zabłocki na prywatyzacji

Historia Kieleckich Kopalni Surowców Mineralnych przeczy liberalnym mitom o optymalnej strukturze własnościowej. Jeszcze kilka lat temu wielkie, państwowe przedsiębiorstwo przynosiło duże zyski. Dzisiaj, po prywatyzacji, walczy o przetrwanie. Niestety za błędy urzędników Ministerstwa Skarbu Państwa do tej pory płacić muszą pracownicy, którzy od początku byli przeciwni sprzedaży zakładu.

Kieleckie Kopalnie Surowców Mineralnych to firma produkująca i wydobywająca kruszywa. Ma bardzo długą i zacną tradycję – aż od 1874 r. daje pracę kolejnym pokoleniom. Jest też niekwestionowanym liderem przemysłu wydobywczo-górniczego w woj. świętokrzyskim i jedną z wiodących firm w tej branży w Polsce. Związkowcy twierdzą, że w latach 2008–2009 mieliśmy do czynienia ze złotym okresem dla KKSM, które wtedy przynosiły spore zyski. Ministerstwo Skarbu Państwa zdecydowało się jednak na prywatyzację spółki. Przedstawiciele zakładowych związków zawodowych zwracają uwagę, że jeszcze w 2010 r., gdy w KKSM rozpoczynała się procedura prywatyzacyjna, sytuacja finansowa spółki była bardzo dobra. – W 2010 r. firma przy przychodach 84,1 mln zł zarobiła na czysto 7,3 mln. Poza tym spółka miała duży kapitał własny (32,5 mln zł), sporo gotówki (6,4 mln zł) i zaledwie ponad 0,5 mln zł kredytów i pożyczekinformuje Jacek Michalski, przewodniczący komisji zakładowej NSZZ „Solidarność” w KKSM.

Po wykupieniu przez spółkę Dolnośląskie Surowce Skalne (DSS) kieleckie przedsiębiorstwo zaczęło jednak popadać w coraz większe długi. Do marca 2012 r. liczba niezapłaconych faktur przekroczyła siedemset, a dług z tego tytułu osiągnął kwotę 78,8 mln zł. Obecnie dług wynosi 153 mln 515 tys. zł. – Była to jedna z najgorzej przeprowadzonych prywatyzacji w woj. świętokrzyskim. Firma istniała 139 lat, nie zniszczyły jej zabory, wojny, PRL, a jakoś nie może przetrwać w polskim kapitalizmie – komentuje Stanisław Puchała z zakładowej „Solidarności”.

To nie mogło się udać

Dlaczego doszło do zadłużenia tak świetnie prosperującej firmy? W 2010 r. działacze związkowi z „Solidarności” i Związku Zawodowego „Budowlani” w trakcie spotkania z przedstawicielami Ministerstwa Skarbu Państwa ostrzegali, że przejęcie zakładu przez DSS może zakończyć się katastrofą. – Proces prywatyzacyjny KKSM rozpoczął się w 2010 r. Inwestorzy zgłaszali się na przełomie 2009 i 2010 r. W 2010 r. w ministerstwie poinformowano nas, że został wybrany inwestor – Dolnośląskie Surowce Skalne, który ma przejąć 85% akcji. Jak się później okazało, nie były to DSS, lecz spółka-córka DSS, zarejestrowana na potrzeby prywatyzacji KKSM, z kapitałem o wysokości zaledwie 5 tys. zł. Wielokrotnie podnosiliśmy argumenty, że jest to niewiarygodna firma i że istnieje ryzyko wrogiego przejęcia, które może doprowadzić do likwidacji KKSM. Zwracaliśmy również uwagę, że spółka przynosi wymierne zyski dla skarbu państwa i jest przysłowiową kurą znoszącą złote jajka. Ponadto jest doskonale wyposażona pod względem technicznym i ma rozwiniętą sieć zbytu. Staliśmy na stanowisku, że rząd polski powinien zostawić w spokoju spółkę dostarczającą duże kruszywa, która daje zatrudnienie wielu pracownikom i kontrahentom. Nikt nas jednak nie słuchał – opowiada Jacek Michalski.

Związkowcy mieli twarde argumenty na obronę swoich tez. 30 lipca 2010 r. Jacek Michalski otrzymał pismo z kancelarii prawnej „Izabella Żyglicka i Wspólnicy” z Katowic. Prawnicy działając z upoważnienia spółki Sandvik Mining and Construction, poinformowali Michalskiego o tym, że domniemany nabywca akcji kopalni – Dolnośląskie Surowce Skalne – ma zobowiązania finansowe wobec firmy, opiewające na kwotę prawie 4 mln zł. W piśmie została również zawarta informacja o wszczęciu postępowania windykacyjnego i sądowego z tytułu zadłużenia oraz o wpisie DSS do Krajowego Rejestru Długów. To wszystko nie robiło jednak wrażenia na urzędnikach Ministerstwa Skarbu Państwa.

Związkowcy nie dość że nie mogli liczyć na zrozumienie ze strony pracowników ministerstwa, to jeszcze spotkali się z aktami arogancji z ich strony. – Urzędnicy biura projektów prywatyzacyjnych Ministerstwa Skarbu odpowiedzieli nam, że tak się dzieje wszędzie i że na potrzeby prywatyzacji w całej Polsce powołuje się tego typu spółki. Dodali także, iż „gdyby wszyscy postępowali tak jak my, to nie byłoby żadnej prywatyzacji w Polsce i panowie Kulczyk oraz Sołowow nigdy by nic nie kupili”. Dyrektor w biurze przekształceń własnościowych powiedział, że nikt nie kupuje teraz zakładów za własne pieniądze, lecz wszyscy robią to za kredyty – mówi z żalem mój rozmówca.

Również niektórzy przedstawiciele prasy lokalnej zignorowali niepokojące sygnały i stanęli po stronie urzędników ministerstwa oraz Dolnośląskich Surowców Skalnych. W jednym z artykułów z września 2010 r. w dużym regionalnym dzienniku „Echo Dnia” dziennikarz alarmował, że „Solidarność” nie chce nowego inwestora. Podważał też argumenty związkowców o tym, że firma DSS, startująca do przetargu z kapitałem 5 tys. zł, jest niewiarygodna. Stwierdził on, że banki, które przyznały kredyt DSS, tym samym potwierdziły wiarygodność spółki.

Stracili pracownicy

Mity o związkach zawodowych hamujących rozwój prywatyzowanego przedsiębiorstwa zostały boleśnie zweryfikowane przez rzeczywistość. Bardzo szybko okazało się, że to związkowcy i pracownicy mieli rację. Jednak to właśnie pracownicy, a nie urzędnicy Ministerstwa Skarbu Państwa czy dziennikarze odczuli na własnej skórze skutki sprzedaży przedsiębiorstwa.

W 2011 r. już prywatne KKSM przestały wywiązywać się z obowiązków płacowych wobec personelu. Jeszcze w 2010 r. związki zawodowe wynegocjowały pakiet prywatyzacyjny, którego część założeń pozostała jedynie na papierze. Tak w październiku 2011 r. na łamach „Echa Dnia” o sytuacji w firmie wypowiadał się Stanisław Puchała, przewodniczący komisji zakładowej Związku Zawodowego „Budowlani”: Odkąd inwestor przejął KKSM, firma jest niewypłacalna. Według założeń tego pakietu każdy pracownik miał dostać 8 tys. zł jednorazowej premii prywatyzacyjnej. Tak się jednak nie stało. Jako związek zawodowy próbowaliśmy rozmawiać w tej sprawie z Janem Łuczakiem, prezesem DSS. Chcieliśmy dojść do jakiegoś kompromisu. Skończyło się na tym, że obiecano nam do 12 września 2011 r. wypłacenie 30% premii prywatyzacyjnej, a do końca miesiąca 70% całej kwoty. Obietnic niestety nie dotrzymano.

To jednak nie wszystkie problemy pracowników w tym okresie. – Pakiet prywatyzacyjny zakładał również, że nasze średnie zarobki w ciągu pięciu lat będą rosnąć stopniowo o 30%. Początkowo wzrost miał wynosić 7%. Te ustalenia również nie zostały zrealizowane. Firma ma także zaległości w wypłacaniu pensji w tym miesiącu. Do końca maja pracownikom miały być też wypłacone środki z funduszu świadczeń socjalnych, jednak do tej pory pieniędzy nie ma. Dodatkowo firma jest teraz w takiej zapaści, że nowy właściciel nie odprowadza składek do ZUS, chociaż pobiera je z naszej pensji. To już jest niedopuszczalne. Jesteśmy bardzo zaniepokojeni sytuacją finansową firmy – dodawał wtedy Puchała. Ówczesny prezes Dolnośląskich Surowców Skalnych, Jan Łuczak, napisał wówczas w oświadczeniu do mediów, że nie rozumie zamieszania wokół tej sprawy, a wszystkie zaległości zostaną stopniowo uregulowane.

Napiętą sytuację pomiędzy zarządem a związkami zawodowymi dodatkowo skomplikowała niespodziewana śmierć prezesa Łuczaka. W końcu związki zdecydowały się wejść w spór zbiorowy z pracodawcą. Związki rozważały również wejście na drogę sądową. Jednak w listopadzie 2011 r. wydawało się, że doszło do przełomu. Związkowcy porozumieli się z zarządem KKSM. Podpisano nawet protokół z rokowań, w którym zanotowano, że wszystkie zaległości będą uregulowane w najbliższym czasie, a premię prywatyzacyjną pracownicy dostaną jeszcze w 2011 r. Ponadto pracodawca wreszcie opłacił zaległe składki ZUS-owskie. Przedstawiciele związków zawodowych mieli nadzieję, że do końca 2011 r. sytuacja się unormuje.

Tak się jednak nie stało. Choć związki godziły się na przesuwanie terminów zapłaty, to pracownicy dostali tylko część zaległych pieniędzy. Przy okazji narastała frustracja zatrudnionych, którym nie podobało się ciągłe odwlekanie terminów oraz to, że pertraktacje prowadzone przez związki nie przynosiły efektów. – Niestety sytuacja nie została do końca rozwiązana. Pracownicy do tej pory nie otrzymali obiecanej premii prywatyzacyjnej i są zbywani kolejnymi terminami. Chodzą słuchy, że dopiero od przyszłego roku wspomniana premia ma być wypłacana w ratach i doliczana do wynagrodzeń. Nie powinno tak być. To są pieniądze pracowników, które wypracowywali latami – mówił w grudniu 2011 r. z wyraźną irytacją jeden z zatrudnionych. W rozmowie ze mną wyrażał on również niepokój z powodu opóźnień w budowie jednego z odcinków autostrady A2. Według niego opóźnione pensje były efektem tego, że DSS nie płacił podwykonawcom, co w przyszłości może przyczynić się do pogorszenia sytuacji załogi w zakładzie.

Obawy te podzielali również inni pracownicy. Coraz częściej pojawiały się opinie, że problemy są spowodowane prywatyzacją. – Przez wszystkie lata działalności KKSM przechodziły przez różne okresy, ale problemy finansowe nigdy nie odbijały się na pracownikach i nie musieli się oni martwić o przyszłość. To żenujące, że tak dobrze prosperujące przedsiębiorstwo jak KKSM zostało sprzedane pierwszej lepszej firmie – przekonywał mój rozmówca. Atmosfera w zakładzie stawała się coraz bardziej napięta. Stanisław Puchała z „Budowlanych” próbował wtedy uspokajać nastroje i zwracał uwagę, że oprócz podwyżek pracownicy dostali środki z funduszu świadczeń socjalnych i pracowniczego programu emerytalnego. Z kolei biuro prasowe Dolnośląskich Surowców Skalnych zapewniało, że dotrzymany zostanie termin (maj 2012) ukończenia prac na odcinku autostrady, a tym samym nie będzie z tego tytułu żadnych kar. Jednocześnie sprawa była coraz częściej nagłaśniana przez lokalne media, a pracownicy z innych zakładów w woj. świętokrzyskim deklarowali wsparcie dla załogi KKSM.

Niestety rok 2012 nie przyniósł żadnej poprawy. Podobnie jak w 2011 roku, przez kilka miesięcy nie wypłacano pieniędzy z pracowniczego programu emerytalnego. Ponownie pojawiły się problemy z otrzymaniem ekwiwalentu z funduszu świadczeń socjalnych. Również w 2013 roku sytuacja pracowników daleka jest od ideału. Obiecanej premii prywatyzacyjnej pracownicy nie dostali do tej pory. Czekają na nią już od dwóch lat, choć zarząd DSS wielokrotnie obiecywał, że wypłacenie jest tylko kwestią czasu. Dodatkowo zarząd próbował wymusić na związkach zawodowych zrzeczenie się premii, ale te nie zgodziły się. – Zobowiązania wynikające z pakietu socjalnego w dalszym ciągu nie zostały zrealizowane. Nie mamy również zapewnianych rzeczy związanych z bezpieczeństwem i higieną pracy – odzieży ochronnej, środków czystości itp. Co prawda od czerwca firma stara się nadrabiać zaległości w tym zakresie, ale pozostawia to wiele do życzenia. Tylko niektóre świadczenia zostały uregulowane – premia barbórkowa za 2012 r. została teraz wypłacona. Z drugiej strony nadal nie otrzymaliśmy „barbórki” za bieżący rok, choć powinniśmy ją mieć już w lipcu. Na szczęście możemy chociaż liczyć na regularne i terminowe wypłacanie pensji, z czym wcześniej był problem – informuje Jacek Michalski.

Sprywatyzowali i zadłużyli

O to, co działo się z finansami spółki, że w tak krótkim czasie pogorszyła się jej sytuacja, zapytałem Jacka Michalskiego z zakładowej „Solidarności”, który od kilku lat skrupulatnie zbiera i upublicznia informacje dotyczące kondycji przedsiębiorstwa. – Inwestor po prywatyzacji przejął zyski KKSM w wysokości 9 mln zł, ale od samego początku spółka była zadłużana. W dniu 27 czerwca 2011 r., czyli niespełna dwa miesiące po prywatyzacji, Dolnośląskie Surowce Skalne dokonały zastawu na akcjach KKSM na rzecz obligatariuszy obligacji serii F – tłumaczy pan Jacek. Na skutek tej oraz późniejszych operacji doszło do zastawu akcji na kwotę 208 mln zł. Ponadto od 29 czerwca 2011 r. aż do stycznia 2012 r. Kieleckie Kopalnie Surowców Mineralnych były systematycznie zadłużane na wiele milionów złotych poprzez zaciąganie kolejnych kredytów, a także ich poręczanie.

To jednak nie wszystko. Lista przewinień, które doprowadziły do problemów finansowych kopalni, jest bardzo długa. – W 2011 r. zadłużenie zwiększało się także z powodu nieuzasadnionych zakupów węzłów betoniarskich, nieprzydatnych do wydobyć i przerobów kamienia. Poza tym leasingowano samochody technologiczne marki Volvo, które, co ciekawe, od chwili zakupu do dnia dzisiejszego pracują nie w okolicach Kielc, a w kopalni w Piławie, należącej do DSS. Również w Piławie do tej pory pracują mobilne zakłady do kruszenia kamienia nabyte na KKSM w 2011 r., i to bez zawartych umów o ich wynajmie. Kupiono również 37 samochodów osobowych wartych od 50 do 350 tys. zł. Były one użytkowane przez pracowników Dolnośląskich Surowców Skalnych. Ich zakup nie był więc przydatny dla KKSM. Ponadto KKSM dzierżawił 50 samochodów ciężarowych marki MAN, co zmusiło firmę do zatrudnienia dodatkowych pracowników, wygenerowało duże koszty eksploatacji i w konsekwencji spowodowało powstanie licznych wierzytelności, liczonych obecnie w setkach tysięcy złotych. Oczywiście znaczna część leasingowego sprzętu została przejęta przez komorników – wymienia Jacek Michalski.

Dług KKSM powstał również na skutek realizacji – w roli podwykonawcy – kontraktu na dostarczanie kruszyw potrzebnych do budowy autostrady A2 przed EURO 2012.W latach 2011–2012 odbywała się wręcz rabunkowa eksploatacja i przeróbka kamienia po to, aby wywieźć jak największą ilość towaru na budowaną A2. Niestety kopalnie nie otrzymały zapłaty za dostarczone materiały i usługi od wykonawcy, czyli Dolnośląskich Surowców Skalnych. W związku z tym KKSM zaczęły znajdować się w coraz trudniejszej kondycji finansowej, choć premier Donald Tusk oraz minister infrastruktury Sławomir Nowak zapewniali, że DSS nie upadnie, a autostrada zostanie ukończona. Kopalnie zwróciły się do Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad w Warszawie z prośbą o wypłatę należności w kwocie ok. 62 mln zł, przysługującą od DSS, na podstawie umowy na dostawę kruszywa. Tych pieniędzy jednak do tej pory spółce nie zwrócono – twierdzi Michalski. – Naszym zdaniem w latach 2011–2012 zaczęto w ekspresowym tempie budować wyrób „autostradopodobny”, aby zdążyć przed EURO 2012. W ten sposób doprowadzono do zadłużenia i upadłości wielu firm, w tym również KKSM – kwitują związkowcy.

W kwietniu 2012 r. Sąd Gospodarczy w Warszawie zadecydował o likwidacji spółki Dolnośląskie Surowce Skalne. Wniosek został złożony przez zarząd, który decyzję tłumaczył właśnie zaangażowaniem się w budowę A2. W dniu 29 czerwca 2012 r. sąd zmienił opcję prowadzenia postępowania upadłościowego na obejmujące możliwość zawarcia układu. – Sąd upadłościowy przychylił się do stanowiska Spółki, że w drodze układu wierzyciele zostaną zaspokojeni w wyższym stopniu niż po przeprowadzeniu postępowania upadłościowego obejmującego likwidację majątku Spółki – czytamy w oświadczeniu zarządu.

Kłopoty DSS musiały rzutować na sytuację KKSM. W 2012 r. sąd rejonowy rozpatrywał wniosek o ogłoszenie upadłości kieleckich kopalni. Podobnie jak w przypadku DSS, w grę wchodziły dwa rozwiązania – likwidacja spółki lub postępowanie układowe. Pomimo zastrzeżeń nadzorcy sądowego, w maju 2012 r. zdecydowano się na wariant korzystniejszy zarówno dla firmy, jak i pracowników – czyli postępowanie układowe. W 2013 r. sąd rejonowy rozpatrywał zmianę trybu upadłościowego z układowego na likwidacyjny, ale podtrzymano wcześniejszy werdykt.

Dzięki temu firma została uratowana. Ogłoszenie upadłości poprzez likwidację doprowadziłoby do zaprzestania produkcji oraz sprzedaży całego majątku, a także – co oczywiste – zwolnienia pracowników. Trudno się więc dziwić, że ci przyjęli decyzję sądu z entuzjazmem. Również prezes KKSM, Maksymilian Kostrzewa, pełniący tę funkcję od marca 2013 r., nie krył zadowolenia. Pomimo uratowania przed likwidacją sytuacja nadal jest bardzo trudna i wciąż trwa walka o kontrahentów oraz o stały napływ gotówki, aby na bieżąco spłacać długi i utrzymywać względną stabilność finansową kieleckich kopalni.

Obecnie zaległe zobowiązania Dolnośląskich Surowców Skalnych wobec KKSM wynoszą ponad 230 mln zł, z czego zarząd DSS uznaje tylko 140 mln. Po ogłoszeniu upadłości do sądu zgłosiły się 282 podmioty twierdzące, że są wierzycielami spółki. Ostatecznie sąd ustalił, iż lista wierzycieli składa się z 220 podmiotów. Związkowcy biją na alarm i uważają, że jeśli Ministerstwo Skarbu Państwa nie udzieli pomocy finansowej spółce lub nie unieważni prywatyzacji, to może dojść do całkowitego upadku KKSM, a wielu pracowników straci źródło utrzymania. W lutym 2013 r. wystosowali w tej sprawie pismo do Ministerstwa Skarbu Państwa. Większym optymizmem wykazuje się prezes Kostrzewa, który w wypowiedziach dla lokalnej prasy po korzystnej decyzji sądu podkreślał, że firma wychodzi z dołka finansowego i powoli zaczyna gromadzić pieniądze na spłatę długów. Czas pokaże, czy uda się sprostać temu wyzwaniu.

Mają wsparcie

Warto podkreślić, że związki zawodowe w zakładzie nie są osamotnione i mogą liczyć na pomoc zarówno kolegów ze świętokrzyskiej „Solidarności” i Związku Zawodowego „Budowlani”, jak i krajowych central tych organizacji. W kwietniu 2012 r. pod siedzibą Kieleckich Kopalni Surowców Mineralnych w Kielcach odbył się protest związkowców, którzy głośno wyrazili swój sprzeciw wobec doprowadzenia zakładu do upadłości. Pracownicy, którzy w tym czasie nie dostawali terminowo wynagrodzeń, żalili się, że nie mają co włożyć do garnka i za co utrzymywać swoich rodzin. Na pikiecie widoczne były transparenty z takimi hasłami jak Chcemy pracować, nie głodować. Wspólnie z pracownikami KKSM demonstrowali związkowcy z całego województwa. Na pikiecie obecni byli przewodniczący świętokrzyskiej „Solidarności” Waldemar Bartosz, przewodnicząca Związku Zawodowego „Budowlani” Anna Bujnowska oraz szef „Solidarności” Piotr Duda. Przywódca związku obiecał pracownikom, że „Solidarność” zrobi wszystko, żeby ta patologiczna sytuacja się skończyła.

Na konkretne działania nie trzeba było długo czekać. Tuż po proteście zarząd „Solidarności” w woj. świętokrzyskim upoważnił przewodniczącego Waldemara Bartosza do złożenia zawiadomienia do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa związanego z ewentualnymi nieprawidłowościami przy prywatyzacji firmy oraz z niewłaściwymi decyzjami inwestycyjnymi podejmowanymi przez zarząd spółki, które mogły doprowadzić do złej kondycji finansowej kieleckich kopalni. Sprawę wszczęła Prokuratura Kielce-Wschód. Obecnie toczy się ona w Prokuraturze Okręgowej w Kielcach. – Nie zostały naruszone procedury przy samym przetargu, albowiem wybrano firmę, która zaproponowała najwyższą cenę. Badamy jednak, czy sytuacja ekonomiczna Dolnośląskich Surowców Skalnych pozwalała im na przejęcie firmy. W tym celu planujemy powołać biegłych ekspertów – ekonomistów. Sprawa jest naprawdę dużego kalibru, bo dotyczy m.in. urzędników Ministerstwa Skarbu Państwa – powiedział w sierpniu w rozmowie ze mną prokurator Leszek Garbacz. W tej sprawie z kielecką prokuraturą współpracuje również Centralne Biuro Śledcze. W związku z prowadzonym postępowaniem w lipcu 2012 r. funkcjonariusze CBŚ zjawili się w siedzibie KKSM i zabezpieczyli dowody istotne dla merytorycznego rozstrzygnięcia sprawy. CBŚ przesłuchało już kilku pracowników kopalni.

Do pracowników i związkowców rękę wyciągnęli również politycy z woj. świętokrzyskiego. Ponieważ ratunkiem dla KKSM może okazać się odzyskanie pieniędzy z Generalnej Dyrekcji Dróg i Autostrad za produkcję kruszywa potrzebnego do budowy autostrady A2, 20 marca 2013 r. na zaproszenie posłów Prawa i Sprawiedliwości związkowcy pojechali na posiedzenie Sejmowej Komisji Skarbu, gdzie mieli okazję zwrócić się o pomoc dla spółki. Posłowie PiS wnieśli również pod obrady Sejmu projekt ustawy o bezpośrednich dopłatach dla podwykonawców A2. Debata nad projektem odbyła się 18 i 19 kwietnia, ale niestety głosami posłów Platformy Obywatelskiej i PSL-u został on odrzucony. Obecnie obowiązująca tzw. specustawa drogowa zakłada pomoc tylko dla małych i średnich firm (zatrudniających do 250 osób) biorących udział w budowie autostrady. Projekt miał to zmienić. – Bulwersuje nas to, że posłowie z tych partii, którzy również reprezentują region świętokrzyski, głosowali za odrzuceniem projektu ustawy – ocenia Jacek Michalski. Jednak nie tylko posłowie PiS-u walczą w Sejmie o KKSM. – Od początku bardzo pomagał nam poseł Jan Cedzyński z Ruchu Palikota. Włożył on sporo serca w naszą sprawę. Cedzyński pisał trzy razy petycję do Ministerstwa Skarbu. Później interweniował nawet u premiera. Ponadto zarówno Cedzyński, jak i przedstawiciele PiS-u uczestniczą w spotkaniach z nami. Ostatnie odbyło się w czerwcu 2013 r. Natomiast konsekwentnie ignorują nas politycy dwóch partii rządzących – mówi Stanisław Puchała. Przedsiębiorstwu starają się pomóc również politycy Solidarnej Polski. Jeszcze przed wakacjami eurodeputowani Zbigniew Ziobro, Tadeusz Cymański i Jacek Włosowicz wystąpili do Komisji Europejskiej z wnioskiem o finansowe wsparcie dla KKSM i zwalnianych pracowników. Europosłowie jako jedno z możliwych źródeł wsparcia wskazali m.in. Europejski Fundusz Dostosowania do Globalizacji. Swoją decyzję Komisja ogłosi niebawem.

Demagodzy nie odpuszczają

Choć sytuacja Kieleckich Kopalni Surowców Mineralnych nieco się ustabilizowała, to przez najbliższe miesiące i lata firma będzie musiała walczyć o przetrwanie. Jeśli nawet spółka nie upadnie, to już teraz wiadomo, że trudno jej będzie wyjść z dołka finansowego na tyle, żeby powrócić do tak dobrej sytuacji finansowej, w jakiej znajdowała się przed prywatyzacją. Być może niektórzy pracownicy stracą pracę, a ci, którzy zostaną, będą musieli się ponownie borykać z zaległościami finansowymi. Jeszcze kilka lat temu mało kto spodziewał się, że dojdzie do takiej sytuacji.

Jednak to nie pracownicy i związkowcy napisali ten czarny scenariusz. Pomimo istniejącej w środowiskach liberalnych opinii o związkach zawodowych działających na szkodę przedsiębiorstw i niemających wiedzy o podstawach ekonomii to właśnie przedstawiciele zakładowej „Solidarności” i „Budowlanych” oraz pracownicy zachowali rozsądek, przestrzegając przed szkodliwą prywatyzacją spółki. Ich racjonalne podejście nie miało jednak znaczenia, gdyż znów zwyciężyć musiała neoliberalna demagogia propagowana przez rząd i ponoć niezależnych ekspertów. Wedle niej każda państwowa firma musi zostać oddana w prywatne ręce, nawet jeśli świetnie prosperuje, a intencje i kondycja finansowa potencjalnego inwestora budzą wiele zastrzeżeń.

W ten sposób zniszczono w Polsce mnóstwo zakładów i pozbawiono pracy wiele osób. Kieleckie przedsiębiorstwo uniknęło całkowitej likwidacji, ale walka, którą toczą związki zawodowe, personel oraz wszyscy mniej lub bardziej wpływowi przyjaciele KKSM, jest ciężka i nierówna. Przecież przeciwnik od samego początku stosował ciosy poniżej pasa.

O własne białko

Choć media często informują o sukcesach eksportu polskich produktów żywnościowych, jesteśmy coraz bardziej zależni od zakupu płodów rolnych za granicą. Szczególnym przypadkiem jest białko paszowe. Jakie mamy szanse na obronę?

Polska ma długie i bogate tradycje rolnicze. Swego czasu byliśmy spichlerzem Europy. Mimo że po II wojnie światowej ostatecznie utraciliśmy żyzne pola Ukrainy, nadal mieliśmy nadwyżki żywności. – Docierała ona zarówno na Zachód, jak i żywiła „demoludy” aż po Władywostok – mówi Jan Krzysztof Ardanowski, poseł PiS, prowadzący własne gospodarstwo. Nasz kraj posiada 16 mln ha gruntów rolnych. – To dużo jak na warunki europejskie – komentuje Ardanowski. – Jednak pozycja polskiego rolnictwa nie odpowiada naszym aspiracjom i potencjałowi. Nasze możliwości są sztucznie ograniczane przez zachęty do zmniejszania produkcji i odłogowania ziemi, uzasadniane względami ochrony środowiska – dodaje. Poseł uważa, że należy przestrzegać norm środowiskowych, ale można to pogodzić z pełniejszym wykorzystaniem potencjału rolniczego.

Po transformacji ustrojowej doszło do szybkiej wyprzedaży sektorów przetwórstwa i produkcji żywności. – Naśladujemy drogę, którą przeszedł Zachód – odcinamy się od rolniczego charakteru naszego kraju i nie korzystamy z posiadanych zasobów – uważa dr Piotr Stankiewicz z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Tymczasem niemal na całym świecie żywność staje się produktem strategicznym. Dlatego wiele państw, np. Szwajcaria czy Japonia, dba o to, aby mieć żywność własnej produkcji, nawet jeśli jest ona droższa niż ta z zagranicy. Tymczasem my kiedyś dostarczaliśmy szynkę do Ameryki czy bekon do Anglii, a dziś sprowadzamy większość wieprzowiny na wyżywienie własnego narodu! – oburza się Ardanowski. Prof. Wojciech Jóźwiak z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej (IERiGŻ) dodaje: Co roku ubywa nam ponad ćwierć miliona świń. Kiedyś mieliśmy ponad 20 mln tuczników, obecnie mamy kilkanaście mln.

Ten ubytek wynika z upadku małych gospodarstw, a także z zaniku w nich produkcji zwierzęcej, spowodowanego długim cyklem hodowli (od 9 do kilkunastu miesięcy) i dużym zużyciem pasz. W nowoczesnym chowie świnia rośnie pół roku, a to przekłada się na wysoki udział kosztów paszy i pracy w ostatecznej cenie. Na Zachodzie od maciory pozyskuje się 15–18 prosiąt w miocie, u nas takie wyniki osiągają tylko największe fermy. Prawdopodobnie Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi (MRiRW) zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji – w latach 2014–2020 zamierza przeznaczyć istotną pulę środków na wsparcie tego sektora.

Na potrzeby chowu zwierząt, zwłaszcza w przypadku drobiu i świń, do Polski sprowadza się dużą ilość pasz. Co roku trafia do nas m.in. ok. 2 mln ton poekstrakcyjnej śruty sojowej, czyli resztek po produkcji oleju. Stanowią one pełnowartościowy składnik pasz, o bardzo wysokiej zawartości białka. Do całej UE tego rodzaju śruty przypływa rocznie 30 mln ton. Na świecie produkuje się jej 180 mln. Drugą najpowszechniej stosowaną na świecie śrutą poekstrakcyjną jest śruta rzepakowa. W Polsce stosujemy też poekstrakcyjną śrutę słonecznikową, ale ona w ostatnich latach zdrożała, więc jej sprzedaż prawdopodobnie zmaleje.

Prawie 80% zapotrzebowania na białko paszowe w Polsce zaspokaja import. Wartość sprowadzonych do Polski pasz w 2012 r. wynosiła prawie 6 mld zł. W chowie przemysłowym białko stanowi ok. 20% pokarmu zwierząt. Całkowite zapotrzebowanie na pasze w 2012 roku wyniosło 4,2 mln ton i w ciągu najbliższych lat zapewne będzie rosło. – Możliwości krajowe zwiększenia potencjału w zakresie produkcji białka paszowego są ograniczone – uważa Wiesław Dzwonkowski z IERiGŻ, badacz rynku pasz i ziemniaków. Importujemy głównie z USA, Brazylii i Argentyny. Amerykanie uzależnili świat od genetycznie modyfikowanej soi, której u siebie prawie nie stosują – we własnym kraju używają poekstrakcyjnej śruty zbożowej, pochodzącej z produkcji alkoholu wytwarzanego z przeznaczeniem na paliwo – twierdzi poseł Ardanowski. Ustawa o paszach nakłada obowiązek rozwijania przez Polskę krajowej produkcji białka i wprowadza zakaz stosowania pasz z organizmów genetycznie modyfikowanych (GMO). Pod wpływem nacisków hodowców termin wprowadzenia zakazu importu takich pasz, stanowiącego 90–95% całego przywozu, jest przesuwany w czasie za sprawą poczynań PSL. Niemal całość importu śruty sojowej odbywa się za pośrednictwem firm zagranicznych: amerykańskich – Cargill, ADM i Bunge oraz francuskiej Louis Dreyfus, niemieckiej Cefetry i holenderskiej De Heus Koudijs Hima. Cargill i Louis Dreyfus sprowadzają 60% ogółu używanej w Polsce śruty sojowej, a pierwsza z wymienionych firm wraz z De Heus Koudijs Hima kontrolują ponad 30% całego krajowego rynku pasz.

Sprzedaliśmy też znaczną część mieszalni pasz, z których wiele trafiło w ręce importerów śrut paszowych. – To znaczy, że począwszy od produkcji aż do tego, co otrzymuje konsument, jesteśmy zależni od ich postanowień. Decyzyjność Polski w tej sytuacji jest znikoma. Można to porównać do wpływu OPEC na ceny ropy – wyjaśnia dr Joanna Szalacha-Jarmużek z Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu, badająca globalizację gospodarczą. Firmy te nie chcą kupować polskich komponentów, wolą sprowadzać je z USA. Gdy 5 września 2013 r. w Głubczycach spotkali się krajowi producenci soi, wymieniali się doświadczeniami i debatowali, aż wreszcie podsumowali całość wnioskiem, że trudno im sprzedać swój produkt.

Nierówne siły

Rolnikom i niewielkim przetwórniom trudno konkurować z międzynarodowymi potentatami. – Duże firmy mają swoje strategie współpracy, swoich dostawców i podwykonawców, a to prowadzi do eliminacji mniejszych, lokalnych firm – wyjaśnia dr Szalacha-Jarmużek. Wdrażane są też inne rozwiązania, znane z zachodniej półkuli. Dwie firmy zawiązały współpracę z hodowcami z Podlasia. Cargill dostarcza paszę dla rolników, którzy nie mają prawa używać pokarmu własnej produkcji. Świnie „na wyłączność” dostarcza im natomiast Danish Crown, właściciel zakładów w Sokołowie. Taki model uzależniania rolników przez wielkie firmy doprowadził do bankructwa wielu farmerów w USA, np. w ciągu 20 lat w stanie Iowa liczba indywidualnych hodowców świń spadła z 60 do 10 tys., choć pogłowie tuczników nie uległo zmianie. W całych Stanach Zjednoczonych w tym samym czasie bankrutowało rocznie 30 tys. hodowców, którzy dali się wciągnąć w taki układ.

Rolników z rynku eliminuje również skala produkcji. – Na jednym świniaku można zarobić „na czysto” ok. 50 zł – jeżeli ktoś sprzedaje tylko 10 sztuk, to ma 500 zł, a gdy ktoś zbywa 1000 sztuk, to jego zysk wynosi 50 tys. zł. To są kwoty nieporównywalne, a mali producenci nie mogą w oparciu o nie konkurować z dużymi – wyjaśnia prof. Jóźwiak. Jeśli doliczymy większy koszt tradycyjnego chowu, problem ulega pogłębieniu. Prof. Jan Mikołajczak z Uniwersytetu Techniczno-Przyrodniczego w Bydgoszczy mówi wprost: Jeżeli zamiast importowanej soi nasi producenci mieliby umowy na dostawę białka paszowego ze źródeł krajowych, profity wędrowałyby do polskich rolników, a nasz kraj zyskałby na niezależności.

W genetycznym Matriksie

Abstrahując od ewentualnej szkodliwości masowej produkcji roślin modyfikowanych genetycznie dla środowiska oraz możliwego negatywnego wpływu na zdrowie ludzi i zwierząt, wielkim zagrożeniem jest uzależnienie krajowych rolników od 3–5 międzynarodowych firm, do których należą opatentowane geny. Rolnik przestaje być właścicielem swoich zbiorów, musi je w całości sprzedać przedsiębiorstwu, z którym podpisał kontrakt, a pozostawienie jakichkolwiek nasion na własne potrzeby grozi dotkliwymi karami. Osoby decydujące się na współpracę z producentami GMO są zobligowane także do używania ich „firmowych” środków ochrony roślin, co prowadzi do uzależniania od danej korporacji i maksymalizacji jej zysku kosztem gospodarza. Przykłady z USA i Argentyny pokazują, co grozi polskim rolnikom. W Ameryce takie praktyki doprowadziły do bankructwa wielu farmerów, inni ucierpieli przez zanieczyszczenie genetyczne ich tradycyjnych upraw. W 2011 r. w USA tylko przeciw Monsanto aż 270 tys. rolników złożyło pozwy sądowe. Jednocześnie korporacja oskarża farmerów o kradzież dobra intelektualnego, jakim są fragmenty zmodyfikowanego materiału genetycznego, który przez wiatr lub owady zapylające przedostał się do upraw konwencjonalnych.

Tymczasem istnieją inne możliwości niż GMO. – W Ameryce Południowej spółdzielnie rolnicze produkują soję niemodyfikowaną. Ukraińcy proponowali, że dostarczą nam taką soję, której uprawiają stosunkowo dużo. Rosjanie w obwodzie kaliningradzkim mają wielki terminal do jej przeładunku i przetwórstwa. Jednak firmy, które importują soję, często są jednocześnie producentami odmian modyfikowanych genetycznie i właściwie zmonopolizowały międzynarodowy handel tą rośliną – wyjaśnia Ardanowski. – Zwolennicy GMO posługują się argumentem wolności wyboru, lecz gdy 95% śruty sojowej pochodzi z roślin zmodyfikowanych, to wybór staje się fikcyjny – uważa dr Stankiewicz.

Prof. Jóźwiak ostrzega jednak: Śruta niemodyfikowana jest droga. Jeśli będziemy taką kupować, wówczas tempo zaniku hodowli świń przyspieszy, a mniejsza produkcja oznacza spadek zatrudnienia w rolnictwie, czyli kilkanaście tysięcy miejsc pracy mniej, głównie na wsi. Ale i ta kwestia nie jest oczywista. Producenci mięsa rozpętali kampanię przeciw wprowadzaniu zakazu stosowania soi modyfikowanej genetycznie jako paszy, argumentując, że spowoduje to wzrost cen mięsa. Ten ton podchwyciły media, np. 5 września 2012 r. tygodnik „Polityka” wyśmiał argumenty za ograniczeniem importu, a sam artykuł wyglądał jak skrypt podrzucony przez importerów.

Te same media nie informowały jednak, że Argentyna ograniczyła eksport soi o ok. 20%, uznając, iż przyda się ona na rodzimym rynku. Podobnie nie informują, że w 2012 r. w USA, Ameryce Południowej i Rosji susza ograniczyła zbiory o ok. 20%, zaś tylko ⅓ zbiorów to soja w pełni wartościowa. Nie dowiemy się też, że Chiny kupują 65 mln ton soi rocznie, a liczba ta wzrasta z każdym rokiem, tymczasem areał upraw tej rośliny nie może rosnąć w nieskończoność. To wszystko spowodowało dwuipółkrotny wzrost ceny śruty sojowej w Polsce. W efekcie koszty produkcji i ceny sklepowe mięsa poszybowały w górę mimo niewprowadzenia zakazu stosowania pasz modyfikowanych genetycznie.

W strączkach nadzieja

Czy wszystko już stracone? – Opłacalność upraw soi w Europie zmieniła się na plus – zauważa dr hab. Jerzy Nawracała z Katedry Genetyki i Hodowli Roślin Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. Tym bardziej że od dawna znane są odmiany mogące dawać plony w polskich warunkach. – Pierwszą z nich wyhodowaliśmy w 1991 r. – mówi dr hab. Nawracała.

Dr hab. Tadeusz Praczyk z Instytutu Ochrony Roślin – Państwowego Instytutu Badawczego w Poznaniu uważa, że możemy zmniejszyć uzależnienie od importowanego białka i do tego trzeba dążyć – ale całkowita samodzielność nie jest możliwa. Prof. Jerzy Księżak z Instytutu Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa w Puławach dodaje: Europa nie jest w stanie zaspokoić swoich potrzeb, u nas nie ma odpowiednich warunków do uprawy soi na taką skalę. Zaś prof. Jóźwik zauważa: Jesteśmy natomiast w stanie wyżywić zwierzęta hodowlane paszami węglowodanowymi [mieszanką ziemniaków i śruty zbożowej, stosowaną w tradycyjnym rolnictwie – przyp. K.M.], ale występuje u nas niedostatek białka, szczególnie w żywieniu drobiu, świń i warchlaków. Dr hab. Nawracała wylicza: Aby zastąpić import soi, musielibyśmy obsiać co najmniej 1 mln hektarów tą rośliną.

Według prof. Mikołajczaka nasze możliwości są inne: Rzepak, z którego możemy tłoczyć olej na biopaliwa, a śruta stanowi pełnowartościowy dodatek do pasz. Łubin, prastara polska roślina, która udaje się na słabych ziemiach, a jako roślina strączkowa wzbogaca glebę. Przy czym należy ją poddać ekstrakcji celem wypłukania glikozydów. Odgoryczonym łubinem możemy karmić zwierzęta, zaś ekstrakt wykorzystać np. jako ekologiczny środek ochrony roślin. Kolejną rośliną, również oleistą, jest słonecznik. Moglibyśmy też uprawiać soję w Polsce. Ponadto profesor zwraca uwagę na inne rośliny, które obecnie rzadko uprawia się jako paszowe. Wśród nich wymienia topinambur (słonecznik bulwiasty), sorgo, sylfię przerośniętą, a także stare odmiany zbóż, np. orkisz, płaskurka czy żyto stuletnie.

Tę opinię krytykuje Wiesław Dzwonkowski: W żywieniu drobiu mięsnego śruta rzepakowa może stanowić do 5% składu, w przypadku niosek niewiele więcej, podobnie u prosiąt. Wcześniej w żywieniu zwierząt nie stosowano roślin wysokobiałkowych. Świnie karmiono mieszanką ziemniaków i zbóż, natomiast drób żywiono przede wszystkim zbożem. Gdyby na świecie nadal stosowano tę metodę, rzeczywiście moglibyśmy być samowystarczalni. Zmiany pasz i ras mają jednak swoje następstwa. Mięso „przemysłowe” ma mniej tłuszczu. Znawcy kulinarni twierdzą, że walory smakowe nikną w nim. Pasze białkowe przyspieszają wzrost masy mięśniowej, natomiast tłuszczu w ograniczonym stopniu. Dlatego nawet zwolennicy tradycyjnych metod i ograniczania importu przyznają, że w hodowli przemysłowej soja jest niezbędna i niełatwo będzie znaleźć alternatywę.

W 2006 r. Wielkopolska Izba Rolnicza pod kierownictwem prof. Wojciecha Święcickiego z Instytutu Genetyki Roślin PAN opublikowała opracowanie „Białko w paszy – krajowe rośliny strączkowe czy importowana śruta sojowa?”. Według niego groch zawiera 22% białka, bobik 34%, łubin 36–44%, a poekstrakcyjna śruta rzepakowa 35%. Ziarno soi zawiera ok. 45% białka. – Plon białka z jednego hektara zawsze będzie najwyższy w przypadku soi. Ten gatunek jest fenomenem, żaden inny nie jest w stanie mu dorównać – wyjaśnia prof. Księżak. Opracowanie wskazuje, że zapotrzebowanie na białko dla trzody chlewnej może w całości zostać zaspokojone przez groch ze śrutą rzepakową. Gorzej przedstawia się sytuacja drobiu, który wymaga w swojej diecie większego udziału białka – soja może tylko częściowo zostać zastąpiona bobikiem i łubinem, jednak wówczas jej import mógłby spaść do zaledwie 0,24 mln ton rocznie! Badacze twierdzą, że cena krajowego białka może być nieco niższa od importowanego. Opracowanie to powstało przed skokiem cen śruty sojowej, zatem obecne realia są jeszcze bardziej korzystne dla rozwoju produkcji białka paszowego w kraju.

Dla wdrożenia tych planów konieczne jest zwiększenie areału upraw roślin strączkowych. W okresie powstania wspomnianego raportu wynosił on w Polsce ok. 100 tys. ha, tymczasem powierzchnia uprawy tylko łubinu i grochu musiałaby wynieść po 250 tys. ha. – To wykonalne, takie ilości uprawialiśmy za nieboszczki komuny. W takim wypadku wykorzystując również śrutę rzepakową moglibyśmy zaspokoić 25% naszego zapotrzebowania, co razem z paszami zbożowymi dałoby 50% zapotrzebowania uważa prof. Andrzej Rutkowski z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, prowadzący badania nad rodzimym białkiem paszowym. Możliwe będzie to jedynie wówczas, gdy rolnicy uzyskają dochody porównywalne do tych z obecnych upraw, czyli z pszenicy na ziemiach dobrych oraz żyta na słabszych. Nie jesteśmy bynajmniej prekursorami. Dostrzegając korzyści z pozostawienia pieniędzy w kraju, wiele państw UE, m.in. Niemcy, Austria czy Chorwacja, prowadzi badania nad własnymi źródłami białka paszowego.

Wskazania raportu zostały częściowo wdrożone. – W 2010 r. wprowadzono dotacje do upraw strączkowych – informuje Dariusz Mamiński z Biura Prasowego MRiRW. W latach 2012–13 przeznaczono na ten cel 30 mln euro, z których skorzystało ponad 120 tys. gospodarzy – w 2013 r. otrzymywali 720 zł dopłaty do każdego hektara takich upraw. Wsparcie to będzie utrzymane w 2014 r., jednak przyszłość pozostaje nieznana, gdyż w ministerstwie trwają prace analityczne dotyczące płatności w kolejnych latach. Niestety uprawy strączkowe przeznaczane na białko ujmowane są wspólnie z motylkowymi drobnonasiennymi. Prawdopodobnie dopłaty nie wpłynęły istotnie na wzrost produkcji roślin przeznaczonych na pasze. Powierzchnia obu tych rodzajów upraw w 2010 r. wynosiła ok. 204 tys. ha, zaś w 2013 r. 213 tys. – Z tych upraw pochodzi jedynie 400 tys. ton nasion, używanych głównie we własnych gospodarstwach. Z uwagi na ich rozdrobnienie duże firmy, produkujące po 300 tys. ton pasz, nie są zainteresowane zakupem małych ilości towaru – twierdzi Dzwonkowski. Winę za to ponosi system dopłat. – Rolnik dostaje dopłatę, nawet jeśli wysiewa na zielony nawóz. To dobrze, ale proponuję, by za sam siew było 50% dopłaty, a za zbiór nasion drugie 50% – sugeruje prof. Rutkowski.

Lepiej wygląda realizacja badań zalecanych w raporcie. – Badania nad produkcją roślin paszowych prowadzone są w ramach wieloletniego programu „Ulepszanie krajowych źródeł białka roślinnego, ich produkcji, systemu obrotu i wykorzystania w paszach”, finansowanego z budżetu ministerstwa. Podjęte prace zmierzają do doskonalenia roślin uprawnych w zakresie zwiększenia i stabilizacji plonów oraz poprawy jakości nasion. Celem głównym jest stworzenie warunków dla zmniejszenia importu białka paszowego o ok. 50% w wyniku zwiększenia wartości biologicznej i użytkowej białka roślinnego pochodzącego z rodzimych surowców – wyjaśnia Mamiński. Prof. Księżak ocenia, że osiągnięcie poziomu zaspokojenia 50% potrzeb za pomocą białka rodzimego znajduje się w naszym zasięgu.

Soja made in Poland

Jednocześnie prowadzone są badania dotyczące możliwości uprawy soi w Polsce. W poznańskim Instytucie Ochrony Roślin realizowany jest projekt pt. „Unowocześnienie technologii uprawy konwencjonalnych odmian soi w warunkach Polski”. Zdaniem prof. Księżaka soja jest trudna do uprawy w naszym kraju, ponieważ jest rośliną ciepłolubną, wymaga późnego siewu, a jej cykl wegetacji wynosi ponad 100 dni. Badania dotyczą odmian krajowych, np. Augusta i Aldana, a także ukraińskich – Annushka i Mavka, oraz kilku innych i ewentualnego wprowadzenia nowych. – Celem tych badań są poszukiwania nakierowane na rośliny, które będą dawały wyższy plon oraz wyżej osadzały strąk na łodydze, co ułatwi zbiór oraz ograniczy straty, a ponadto będą miały krótszy okres wegetacji – informuje prof. Księżak. Dr hab. Nawracała nie kryje zadowolenia: W 2012 r. w Polsce soją obsiano 2 tys. ha, gdy w 2010 r. było to zaledwie 300 ha. Szacunki na 2013 r. wskazują na 4–5 tys. ha. Wśród zasiewów dominuje Annushka. Krajowych odmian jest niewiele, ponieważ do niedawna nie było na nie zapotrzebowania. Z okresu prosperity skorzystały firmy ukraińskie, oferując swoje nasiona. W kolejnych latach powinna jednak wzrosnąć ilość polskich odmian na polach.

Uprawy soi próbuje Alfons Suchy, rolnik z Opolszczyzny, który eksperymentalnie siał ją już w latach 90. Co roku stara się obsiać 2 ha. Z jednego ha osiągam plon w granicach 3 ton. Spróbowałem też posiać soję jako poplon po jęczmieniu ozimym, na 5 ha, i nawet wówczas zebrałem 2 tony z ha. Średnie plonowanie tej rośliny wyniosło w 2012 r. w skali świata 2,7 t/ha. – W Polsce udaje się uzyskać 2,5–3 t/ha, a w warunkach badawczych, przy sprzyjającej pogodzie, nawet 4 t/ha. To przyzwoite wyniki ocenia Nawracała. Przy cenie 1,5–1,7 tys. złotych za tonę, jaką soja osiągała w 2013 r., daje to dobre perspektywy dochodów dla rolników.

Soja ma większy potencjał niż groch, łubin i bobik. Jest odporna na choroby i szkodniki, co ogranicza ilość niezbędnych zabiegów agrotechnicznych. Jedynym problemem, z jakim styka się pan Suchy, są chwasty: Nie ma w Polsce żadnego środka do ochrony upraw soi, więc muszę pielić ręcznie. Potwierdza to dr hab. Nawracała: Przy niewielkich areałach firmy chemiczne nie były zainteresowane wprowadzeniem na nasz rynek takiego specyfiku. Jest jednak nadzieja, gdyż związki producentów rolnych mogą wystąpić o rejestrację stosownego środka. Rozmowy na ten temat już się odbyły i dobrze rokują na przyszłość. Alfons Suchy polemizuje z tezą o niekorzystnych warunkach temperaturowych: Kiedy wchodziła do uprawy kukurydza, była wrzawa, że to roślina nie na nasz klimat. Sukces w uprawie soi najlepiej świadczy o tym, że się da – można ją zbierać nawet w październiku. Podobne procesy rozpoczynają się w całej UE. Niedawno zawiązało się Naddunajskie Stowarzyszenie Sojowe, skupiające liczne podmioty, w tym rządy, z 20 państw, a mające na celu promowanie uprawy, badań i rozwiązań dotyczących soi niemodyfikowanej genetycznie w krajach naddunajskich i Europy Środkowej.

– Można odnieść wrażenie, że Polska nie dba o zaspokojenie podstawowego zapotrzebowania na żywność z własnego rolnictwa, co dałoby obszarom wiejskim impuls do rozwoju – uważa Ardanowski. Działania na rzecz bezpieczeństwa żywnościowego wywołują skojarzenia z ideą samowystarczalności gospodarczej. – W zglobalizowanym świecie wydaje się to mrzonką. Nie oznacza to jednak, że nie należy starać się o zabezpieczenie podstawowych źródeł żywności – uważa dr Stankiewicz.

Współpraca Michał Juszczak