Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej

Gdybym był ministrem, dążyłbym do skierowania działań podległego mi resortu zgodnie z jego nazwą: na szeroko rozumianą politykę rynku pracy i politykę społeczną. Obecnie działania tego ministerstwa w zakresie rynku pracy ograniczają się głównie do rejestrowania bezrobotnych, zaś w zakresie polityki społecznej są pozbawione planu i niepodparte żadną wizją rozwoju.

Do podstawowych wyzwań z zakresu polityki społecznej zaliczyłbym: wzrost nierówności dochodowych, komercjalizację usług zdrowotnych, demontaż państwa opiekuńczego, pojawienie się prekariatu (życie w ciągłej niepewności; w którym trudno cokolwiek zaplanować), niewolnicze wykorzystywanie pracowników, patologie w zatrudnieniu (umowy śmieciowe, zmuszanie do samozatrudnienia, rekordowa liczba umów terminowych itd.), dramatycznie wysokie bezrobocie, ucieczkę z Polski najmłodszych, najcenniejszych pracowników, coraz większą populację biednych pracujących (working poor), rosnącą liczbę bezdomnych, wzrost skali niewypłacania wynagrodzeń pracowniczych czy radykalne zwiększenie liczby osób żyjących poniżej minimum egzystencji.

Problemy te wymagają szczególnie pilnych działań i odpowiedzi na pytanie, jak naprawić państwo, by wykorzystać ogromny „margines” wykluczonych dla rozwoju gospodarczego i wyrównać rażące nierówności szans, dochodów i majątku, zerwać z biedą i bezrobociem, które w coraz większym stopniu stają się dziedziczne.

Punktem wyjścia dla nowej strategii ministerstwa byłoby odejście od dotychczasowej polityki, prowadzącej do likwidacji miejsc pracy, na rzecz tworzenia nowych miejsc pracy. Uważam, iż należy radykalnie zmienić w ministerstwie podejście do zatrudnienia – odejść od traktowania go jako „reszty” procesów gospodarczych na rzecz budowania zintegrowanej, prozatrudnieniowej strategii rozwoju. Dlatego proponuję „pracę zamiast zasiłku”. W tym celu odblokowałbym zamrożone środki Funduszu Pracy i przeznaczyłbym je na aktywizację bezrobotnych. Obecnie niska skuteczność działań aktywizacyjnych finansowanych z tego Funduszu wynika z oderwania decyzji o kierunkach wydatkowania jego środków od rzeczywistych potrzeb rynku pracy. Dlatego należy zwiększyć wpływ partnerów społecznych na decyzje dotyczące wykorzystania tych zasobów finansowych.

Kolejną prostą rezerwą, w dodatku nie pochodzącą z budżetu państwa, są ogromne zyski przedsiębiorstw. Szacuje się, że przedsiębiorcy zgromadzili na swoich kontach ok. 200 mld zł. To są tylko kapitałowe inwestycje w formie depozytów lub obligacji. Należy pilnie wprowadzić motywację w postaci ulg inwestycyjnych, aby przedsiębiorcy zaczęli tworzyć nowe miejsca pracy. Musi powstać realny Narodowy Program Zatrudnienia, obejmujący m.in. stymulowanie inwestycji, kształcenie zawodowe, promowanie programu rozwoju budownictwa mieszkaniowego na wynajem, pobudzenie rozwoju małych przedsiębiorstw, opracowanie i wdrożenie stabilnych warunków prawno-ekonomicznych sprzyjających zatrudnieniu oraz tworzeniu miejsc pracy, m.in. w dziedzinie podatków oraz pożyczek udzielanych ze środków publicznych na tworzenie nowych miejsc pracy.

Aby zapobiec zwolnieniom grupowym, niezbędne są rozwiązania na rzecz ochrony miejsc pracy, związane z łagodzeniem skutków spowolnienia gospodarczego dla pracowników i przedsiębiorców. Ponadto uważam, iż należy przekazać część zadań i środków finansowych Europejskiego Funduszu Społecznego partnerom społecznym. Polska jest jedynym państwem Unii Europejskiej, w którym ci partnerzy nie otrzymują do swojej dyspozycji istotnej części środków EFS na realizację zadań wynikających z przyjętych priorytetów i muszą się o nie ubiegać w postępowaniach konkursowych. Niewielki jest też ich wpływ na pozostałą część tych funduszy, a przecież to oni wiedzą najlepiej, jaka pomoc konieczna jest na ich terenie oraz są zainteresowani zmniejszeniem bezrobocia i lepszym przygotowaniem pracowników do potrzeb zakładów pracy.

W zakresie ochronnym należałoby stworzyć alternatywę dla osób, które mają bardzo długi staż ubezpieczeniowy. Projekt ustawy, który do sejmu wnieśli obywatele, ma na celu stworzenie pracownikom o bardzo długim stażu możliwości przejścia na emeryturę przed osiągnięciem ustawowego wieku emerytalnego. Proponowane rozwiązanie dotyczyć ma kobiet, których okres składkowy wynosi co najmniej 35 lat, oraz mężczyzn z okresem składkowym co najmniej 40 lat. Społeczne skutki projektowanej ustawy są jednoznacznie pozytywne. Kreuje ona swoistą nagrodę, jaką jest niewątpliwie większa elastyczność w określaniu momentu przejścia na emeryturę dla tych osób, które będą miały bardzo długi staż ubezpieczeniowy – i to staż oparty na faktycznej aktywności zawodowej, bowiem pod uwagę będą brane jedynie lata składkowe.

Kolejne moje decyzje dotyczyłyby: 1. uzależnienia świadczeń z pomocy społecznej od dochodu, ale urealnionego w stosunku do dzisiaj obowiązujących progów dochodowych; 2. wprowadzenia możliwości wyboru lokowania składki ubezpieczeniowej w drugim filarze pomiędzy OFE a ZUS (wprowadzenie dobrowolności przynależności do OFE); 3. wprowadzenia rozwiązań prawnych zachęcających pracodawców do organizowania Pracowniczych Programów Emerytalnych; 4. nowelizacji przepisów ustawy o emeryturach pomostowych – nie wszystkie stanowiska pracy w warunkach szczególnych i o szczególnym charakterze zostały zakwalifikowane do wykazu ryzyk, więc należałoby rozszerzyć katalog takich prac; 5. wzrostu najniższych emerytur i rent; 6. rezygnacji z warunku, że świadczenie przedemerytalne przysługuje po upływie co najmniej 6 miesięcy pobierania zasiłku dla bezrobotnych; 7. wzrostu świadczeń z pomocy społecznej oraz innych świadczeń kierowanych do najuboższych.

W zakresie polityki społecznej należy w pełni ratyfikować Konwencję 102 Międzynarodowej Organizacji Pracy, dotyczącą minimalnych norm zabezpieczenia społecznego. Konwencja 102 nazywana jest często europejską konstytucją socjalną, bo taki ma charakter. Mówi o warunkach i wysokości przyznawanych świadczeń w zakresie opieki lekarskiej, zasiłków chorobowych, pomocy dla bezrobotnych, ubezpieczeń na starość, świadczeń w razie wypadków przy pracy i chorób zawodowych, zasiłków rodzinnych i macierzyńskich, świadczeń w razie inwalidztwa i śmierci żywiciela rodziny. Po 51 latach obowiązywania Konwencji Polska zdecydowała się ją przyjąć do porządku prawa polskiego. Zgodnie z postanowieniami umowy przyjęła część jej założeń. Do dnia dzisiejszego nie ratyfikowano jednak konwencji w części dotyczącej zasiłków chorobowych, świadczeń w razie bezrobocia, świadczeń w razie wypadków przy pracy i chorób zawodowych oraz świadczeń w razie inwalidztwa.

Z uwagi na to, że jesteśmy członkiem Unii Europejskiej, nie można pominąć także kwestii Karty Praw Podstawowych. Fakt, iż uzyskała ona charakter prawnie wiążący, ma niebagatelne znaczenie dla obywateli UE. Chodzi o możliwość bezpośredniego i pełnego powoływania się na jej treść i dochodzenia swoich praw przed sądami unijnymi – obecnie z powodu postawy polskiego rządu możemy to robić tylko w ograniczonym zakresie. Powoduje to niedopuszczalny stan niepewności i nierówności wśród obywateli Wspólnoty. Polacy w pewnym sensie stali się w Unii Europejskiej obywatelami drugiej kategorii – trzeba nadrobić to zaniedbanie.

Ministerstwo Dialogu Społecznego i Demokratyzacji Ekonomicznej

Najważniejszym zagadnieniem dialogu społecznego jest zwiększenie emancypacji pracowników. W Polsce aktualnie wolność i szczęście większej liczby osób ogranicza pracodawca, nie polityk. Zbyt często lęk przed niezawinioną utratą zatrudnienia prowadzi do tolerowania w miejscu pracy praktyk urągających godności człowieka. Lęk ten wpływa także na życie pozazawodowe.

Co oznacza emancypacja pracownika? To rozłożone na kilka kadencji przesunięcie jakiejś części władzy w przedsiębiorstwach na rzecz reprezentacji pracowniczej. Reprezentacja ta miałaby kierować się interesem przedsiębiorstwa (ale nie jego właścicieli!). Byłby to w skali mikro proces trochę podobny do demokratyzacji państw europejskich w XIX i XX w. W jego wyniku poszanowanie wolności drugiego człowieka będzie sprzyjać rozwijaniu przez niego skrzydeł. Dla pracowników reprezentujących załogę, którym zostanie powierzona odpowiedzialność za coś więcej niż tylko los swój i rodziny, zostanie utworzony kanał awansu wzmacniający w ten sposób struktury społeczne.

Dowartościowanie pracowników sprzyjać będzie dobrowolnemu związaniu ich z przedsiębiorstwem, tworząc kolejną wspólnotę wiążącą obywateli w społeczeństwo pojmowane jako wspólnota wspólnot. W konsekwencji metodami nieadministracyjnymi prowadzić to będzie do mniejszego zróżnicowania płac, co jest jednym z warunków powstania społeczeństwa egalitarnego, gdzie z dobrem wspólnym identyfikować się będzie większość obywateli. Jeżeli osiągniemy ten cel, znaczna część szczegółowych problemów, które obecnie niesłusznie postrzegane są jako zagadnienia fundamentalne, przed którymi stoi minister, będzie łatwiejsza do rozstrzygnięcia, bowiem osłabnie opór grup interesów, które dziś blokują lub stępiają potrzebne rozwiązania. Ilustracją niech będzie spór na temat wieku emerytalnego. Jeżeli kiedykolwiek powstanie rząd kierujący się wartościami bliskimi środowisku „Nowego Obywatela”, nie można wykluczyć, iż ze względu na czynniki, na które rządy narodowe nie mają już wpływu, przyjdzie mu powiedzieć współobywatelom, że będą musieli pracować jeszcze dłużej. Łatwiej jednak znosić wyrzeczenia, przynależąc do wspólnoty egalitarnej, gdzie bieda jest dzielona sprawiedliwie. Być może egalitarne społeczeństwo sprzyjać będzie także zaradzeniu problemom demograficznym, skoro wielodzietność, wspierana przez państwo, nie będzie oznaczała obniżenia statusu materialnego w relacji do innych.

Jak instytucjonalnie może wyglądać wdrożenie powyższej idei? Przyczółek już istnieje – są to utworzone ledwie w kilku tysiącach polskich przedsiębiorstw na podstawie dyrektyw UE rady pracowników o kompetencjach konsultacyjnych. W zasadzie nie spełniają one swojej roli, bowiem polska ustawa jest niejasna i pełna sprzeczności, co lepiej uzbrojonym prawnie pracodawcom pozwala paraliżować jej funkcje. Dodatkowo pomysł rad pracowników jest kontestowany przez centrale związków zawodowych, które obawiają się konkurencji. Dlatego zmian tych nie wprowadzi się ani zwykłą zmianą prawa, ani konfrontacyjnie.

Wdrożenie projektu powinno być rozłożone na kilkanaście lat, począwszy od etapu, w którym rady miałyby jedynie kompetencje konsultacyjne, następnie ostrożnie, w ramach dojrzewania reprezentacji pracowniczej, poszerzane o wpływ na niektóre, ale nie wszystkie decyzje.

Rada pracowników współzarządzająca przedsiębiorstwem jest dobrym przygotowaniem do wprowadzenia akcjonariatu pracowniczego. Przede wszystkim w przedsiębiorstwach na tyle dużych, że groźba ich upadłości może spowodować takie konsekwencje społeczne, iż państwo czuje się zobowiązane do interwencji w ich obronie. Również przedsiębiorstwa strategiczne z punktu widzenia interesu publicznego (np. monopole naturalne lub korzystający z rzadkich dóbr koncesjonariusze) w pierwszej kolejności powinny zostać objęte takim programem. Wywłaszczenie prywatnych właścicieli powinno mieć miejsce za odszkodowaniem. Dziś duże korporacje nie kierują się duchem przedsiębiorczości i funkcjonują bardziej jak urzędy, tyle że cel i nagroda za jego osiągnięcie są inaczej sparametryzowane. Dotychczasowe doświadczenia pokazują jednak, iż firmy zarządzane przez pracowników mają skłonności do przejadania nadwyżek zamiast ich inwestowania i są mało innowacyjne. Bardzo szybko pracownicy sprzedają swoje akcje, gdyż długofalowy rezultat ich posiadania jest zbyt abstrakcyjny, w przeciwieństwie do konkretnej gotówki już dzisiaj. Dlatego wprowadzenie własności pracowniczej musiałoby zostać obwarowane wieloma warunkami dotyczącymi ograniczeń w wypłacaniu wynagrodzeń lub dywidendy, a także w zbywaniu akcji. Być może najwłaściwsza byłaby forma własności spółdzielczej, oczyszczona z pewnych archaizmów.

Program własności pracowniczej, wprowadzany ostrożnie (po przeanalizowaniu przyczyn niepowodzeń podobnych programów, w tym fiaska ostatniego na szerszą skalę wywłaszczania prywatnych inwestorów we Francji na początku lat 80.), nie powinien po spełnieniu pewnych warunków obniżyć jakości produktów i usług dostarczanych społeczeństwu.

Jednym z takich warunków jest ograniczenie uprawnień związków zawodowych w przedsiębiorstwach objętych programem własności pracowniczej. Aktualnie związki zawodowe zaadaptowały się w systemie neoliberalnym jako jeden z wielu reprezentantów interesów partykularnych, a nie dobra publicznego. Retoryka wyższości moralnej wynika z reprezentowania interesów większej niż w przypadku pracodawców liczby – i to uboższych – osób, ale przecież nie wszystkich. Takie przypadki jak choćby poparcie przez związki prywatyzacji Stołecznego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej w zamian za atrakcyjny pakiet socjalny albo presja wywarta na rząd, żeby upublicznić na giełdzie (czyli podzielić się suwerennością nad podmiotem strategicznym dla państwa) Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo SA, by nabyć prawo do 15% akcji pracowniczych, pokazują, iż związki zawodowe nie zawsze dbają o interes publiczny. Tym niemniej, jako strona słabsza, związki zawodowe muszą od państwa otrzymać rozsądne wsparcie w konfliktach z pracodawcami.

Dziś w zasadzie jedynym argumentem negocjacyjnym organizacji pracowniczych jest ogłoszenie strajku, co poza aktualnymi lub byłymi przedsiębiorstwami państwowymi jest bardzo trudne do realizacji. Być może w dużych firmach w zamian za obwarowanie ogłoszenia strajku dodatkowymi wymogami związki zawodowe powinny otrzymać prawo zawieszenia na pewien czas niektórych działań pracodawcy. Takie rozwiązanie zmusiłoby obie strony do rzeczowego dialogu.

Drugim zagadnieniem wymagającym przełomu jest pozycja kobiet na rynku pracy. Nierówności w wynagradzaniu za tę samą pracę są skandalem wymagającym stanowczej interwencji państwa. To prawda, że wolny rynek, kierując się zabsolutyzowanym kryterium efektywności ekonomicznej prawidłowo wycenia pracę kobiet – częstsze niż w przypadku mężczyzn zwolnienia na opiekę nad dziećmi, urlopy macierzyńskie i wychowawcze czynią pracę kobiet droższą. Ale społeczeństwo ma szersze cele niż wolny rynek i dlatego państwo powinno wkroczyć w ten obszar. Taką interwencją mogłoby być wdrożenie ustawy inspirowanej po części rozwiązaniami Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Pracodawca musiałby odprowadzać na rzecz tego funduszu kwotę, której wyliczenie oparte byłoby o różnice w średnim wynagrodzeniu mężczyzn i kobiet na tym samym stanowisku. Różnica w stosunku do PFRON-u polegałaby na tym, że po wyrównaniu przez pracodawcę wynagrodzeń uwolni się on od daniny, która w związku z tym miałaby charakter przejściowy. Dowartościowania wymaga także praca kobiet w domu proporcjonalnie do liczby osób nieletnich i niepełnosprawnych znajdujących się pod jej opieką. Proces ten można zacząć od wdrożenia ustawy przepisującej na konto osoby pracującej w domu do 50% składki na ubezpieczenie społeczne, zapisywanej dziś na koncie osoby zatrudnionej.

Wychodząc poza emancypację pracowniczą, ważnym elementem dialogu społecznego jest wprowadzenie systemu permanentnych referendów lokalnych. W pewnych sprawach organ stanowiący samorządu terytorialnego powinien mieć obowiązek ogłoszenia referendum. Na przykład trzy terminy takich referendów powinny być wyznaczone w jednym dniu dla całego kraju w dacie innej niż wybory. Pytania powinny mieć zawsze charakter wyboru między alternatywnymi rozwiązaniami. Wobec zdominowania mediów przez jedną opcję ideową nie widzę możliwości zarządzania przez referenda sprawami państwa, bowiem wpływ grup interesu powiązanych z korporacjami medialnymi zawsze zniekształcać będzie wolę obywateli na niekorzyść dobra publicznego. I tak znacznym postępem w dialogu społecznym na szczeblu centralnym będzie zlikwidowanie tzw. niezależności niektórych instytucji centralnych, blokujących dziś demokratyczną debatę poprzez umocowanie w nich dominującej mniejszości ideowej. Mam na myśli takie instytucje jak Rada Polityki Pieniężnej, Prokuratura, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji itp. Natomiast za całkowicie fikcyjną w dziele odzyskania demokracji uważam możliwość referendum ws. odwołania z funkcji prezydenta/burmistrza/wójta gminy. Referenda takie widzę jako zaproszenie do dokonywania nieodpowiedzialnych wyborów, skoro w trakcie kadencji teoretycznie ewentualny błąd mógłby być naprawiony. Obywatel ma wiedzieć, że jego decyzje niosą ze sobą realne konsekwencje. Na drugi raz może rozważniej odda swój głos.

Za główną barierę wdrożenia egalitarnych i wspólnotowych wartości w życiu społeczeństwa uważam daleko posuniętą demoralizację wszystkich chyba grup społecznych (także tych najbardziej upośledzonych) wartościami neoliberalnymi, stawiającymi ponad dobrem wspólnym swój własny, osobisty interes. Przełamanie takiego stanu rzeczy nie jest możliwe bez odnowy standardów etycznych. Niestety, z jednej strony kiełkująca dopiero w Polsce etyka laicka zagłuszana jest przez chwast nihilizmu, z drugiej strony Kościół w zasadzie rezygnuje z aspiracji do kształtowania standardów w obszarze społecznym. Bez masowego wsparcia osób opowiadających się po stronie dobra wspólnego wdrożenie samych ustaw niczego nie zmieni, pogłębiając tylko nieład.

Ministerstwo Gospodarki Społecznej

Gdybym mógł decydować, to starałbym się nadać inny niż obecny kierunek gospodarczej i społecznej polityce Polski. Oczywiście ta polityka powinna być zakotwiczona w profesjonalnej diagnozie i orientować się na jasno określone cele. Te ostatnie nigdy nie mogą być jednak w pełni obiektywne. Ich zdefiniowanie zawsze związane jest z preferencją określonych interesów i wyrasta z aksjologicznych przekonań.

Patrzę na procesy społeczne i gospodarcze przede wszystkim przez pryzmat długookresowych interesów dużych grup (pracowników, rolników, a także świadczeniobiorców). Jestem przekonany, że realna równość szans jest najważniejszym warunkiem możliwie szybkiego rozwoju gospodarczego. Przyjmuję, że nie ma globalnej i pozytywnej alternatywy dla ładu ustrojowego opartego o demokrację przedstawicielską, rynek i prywatną własność. Rynek ma jednak pewne wady i dlatego konieczna jest aktywna polityka suwerennego państwa. Poniżej formułuję postulaty zgodne z tą generalną orientacją.

W najbliższych latach polityka makroekonomiczna powinna być zrównoważona, tzn. musi ograniczać deficyt, a jednocześnie w maksymalnie możliwym stopniu stymulować popyt globalny. Jedyna droga to zwiększenie podatkowych obciążeń grup o wysokich dochodach. Tylko gospodarstwa domowe o wysokich dochodach mogą bowiem ponieść dodatkowe ciężary na rzecz redukcji deficytu, a mimo to nie ograniczyć bieżących wydatków na dobra krajowe.

Kompleksowa reforma podatkowa (nie tylko z powodu wyżej wspomnianych uwarunkowań makroekonomicznych) powinna generalnie zmierzać do ustanowienia realnie progresywnych obciążeń. W moim przekonaniu powinna ona obejmować: likwidację podatku liniowego dla samozatrudnionych (ten podatek płacą tylko najbogatsi), niewielkie (o 1–2 punkty procentowe) obniżenie dolnej stawki podatku PIT i ustanowienie nowej górnej stawki od nadwyżki ponad bardzo wysokie dochody (np. ponad 50 tys. miesięcznie), stopniowe obejmowanie podatkiem PIT na ogólnych zasadach dochodów z rolnictwa (wliczając w nie dotacje obszarowe z UE), ograniczenie (przez wprowadzenie na szeroką skalę kategorii kosztu zryczałtowanego) zaniżania dochodów do opodatkowania dokonywanego przez sztuczne zaliczanie do kosztów wydatków konsumpcyjnych (np. na luksusowy samochód), opodatkowanie transakcji na rynku kapitałowym (pod warunkiem wprowadzenia takiego podatku w UE).

Reforma podatkowa powinna też zmienić konstrukcję podatku od nieruchomości poprzez przyjęcie, że podstawą wymiaru podatku jest jej wartość. Powinny być jednak zastosowane bardzo niskie stawki, tak by ciężary podatkowe np. właściciela „standardowego” mieszkania lub domu jednorodzinnego nie wzrosły. Należy też powrócić do pobierania podatku od spadków i darowizn, ale znaczna wartość spadku (np. 500 tys. zł) przypadająca na jednego spadkobiercę powinna być z podatku zwolniona.

Zasadniczych zmian wymaga również system ubezpieczeń emerytalno-rentowych. Najważniejsze jest ustanowienie zasady, że wszystkie dochody z pracy są „oskładkowane” według jednolitej stawki. Zasada ta powinna obejmować również rolników i „mundurowych”. Można oczekiwać, że w konsekwencji wprowadzenia tych zmian ustaną zasadnicze przyczyny wymuszania tzw. umów śmieciowych. Ponadto należy znieść jednolity wiek emerytalny, ustalając normę minimalną (62 lata dla kobiet i 64 dla mężczyzn), upoważniającą pracownika do przejścia na (nieco obniżoną) emeryturę, i normę maksymalną (odpowiednio 64 i 66 lat), upoważniającą pracodawcę (ale nie obowiązkowo) do „wysłania” pracownika na emeryturę. Uczestnictwo (i jego zakres) w II filarze powinno być dobrowolne, a katalog podmiotów rynkowych upoważnionych do gromadzenia składek ubezpieczeniowych rozszerzony na duże banki. Dla likwidacji (lub choćby ograniczenia) redystrybucji na rzecz ubezpieczonych o wyższych dochodach należy wprowadzić łagodną degresję wysokości świadczeń względem zgromadzonych kapitałów emerytalnych. Limit wynagrodzenia (dochodu) oskładkowanego należy powiększyć z obecnych 2,5 średnich wynagrodzeń do np. pięciu średnich. Jednocześnie ustanowić trzeba prawo ubezpieczonego do jednorazowego pobrania części kapitału emerytalnego, ponad kwotę zabezpieczającą wypłatę świadczenia na przeciętnym poziomie – oczywiście świadczenie byłoby wtedy odpowiednio obniżane.

Konieczne jest również poprawienie zabezpieczenia socjalnego dla osób bezrobotnych poprzez rozszerzenie uprawnień do zasiłku, a także jego niewielkie zwiększenie. Równolegle z tym wzmocnić należy kontrolę zatrudnienia, a także ustanowić w ograniczonym zakresie obowiązek świadczenia pracy przez osoby bezrobotne na rzecz społeczności lokalnej.

Wzmocniłbym również politykę przeciwdziałania zapaści demograficznej. Konieczne jest w krótkim okresie zagwarantowanie powszechnego dostępu do żłobków i przedszkoli – bezpłatnych dla rodzin wielodzietnych i wysoko dotowanych dla pozostałych. W nieodległej przyszłości ustanowione powinno być także uprawnienie rodzin do bonów na zakup „wyprawki szkolnej” (przede wszystkim podręczników). Płatne urlopy macierzyńskie zastąpiłbym „stypendiami” dla matek/ojców zajmujących się dziećmi do lat 3. Stypendia w tej samej wysokości, np. na poziomie minimalnego wynagrodzenia, byłyby przyznawane bez względu na wcześniejsze zatrudnienie.

Ponadto konieczne jest ograniczenie niektórych rodzajów wydatków publicznych. Wiele instytucji jest rozbudowanych ponad miarę. Liczba członków Trybunału Konstytucyjnego, Rady Polityki Pieniężnej, Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji powinna być radykalnie zmniejszona. Dodatkowo zmniejszone powinny być koszty administracyjne, a także nakłady na utrzymanie sejmu, senatu, urzędu prezydenta. Poza tym zrezygnowałbym z trójszczeblowego systemu samorządów terytorialnych i zlikwidowałbym samorządy powiatów. Można także bez szkody zmniejszyć dotacje do partii politycznych nawet o 2/3.

Istotne oszczędności można uzyskać również poprzez rezygnację z ostentacyjnych wydatków publicznych i zmniejszenie jednostkowych kosztów infrastruktury (np. słynnych ekranów dźwiękochłonnych na budowie dróg).

Uważam też, że państwo powinno zaangażować się w realną pomoc uzyskania mieszkania przez młode rodziny o niewysokich dochodach. Trzeba podjąć znaczący program budowy mieszkań na wynajem (20–30 tys. mieszkań rocznie). Czynsz w tych zasobach powinien pokrywać bieżące koszty eksploatacyjne. Rodziny wynajmujące mieszkania powinny mieć – po określonym czasie – prawo do ich wykupu po cenie równej wartości odtworzeniowej.

Podobnie za konieczne uważam radykalne przeciwstawienie się upolitycznieniu kadr przedsiębiorstw publicznych. Można tu uzyskać poprawę, powołując instytucję analogiczną do RPP, wyłanianą przez parlament (jednak nie według zasady, że większość obsadza wszystkie miejsca, lecz w przybliżonej proporcji do liczebności większości rządowej i opozycji) spośród osób o odpowiednich kwalifikacjach, nie pełniących w przeszłości żadnych funkcji politycznych. Rada powinna mieć wyłączną i bezpośrednią kompetencję do powoływania w trybie konkursowym kadr kierowniczych w „strategicznych przedsiębiorstwach”.

Sądzę też, że w Polsce powinien istnieć mniejszościowy sektor przedsiębiorstw publicznych działających generalnie zgodnie z zasadami rynkowymi, ale korzystających (w niektórych przypadkach i tylko w niedługim okresie przejściowym) z pewnych form pomocy publicznej. Powinny to być nieliczne przedsiębiorstwa technologiczne, przedsiębiorstwa w sektorach „naturalnego monopolu” (np. na kolei), wybrane banki i przedsiębiorstwa ubezpieczeniowe, a również przedsiębiorstwa w sektorach silnie zdominowanych przez kapitał zagraniczny. Przesłanką do utworzenia listy takich przedsiębiorstw publicznych powinna być aktywna polityka przemysłowa.

Uważam również, iż pracownicy powinni uzyskać realne prawa współuczestnictwa w zarządzaniu przedsiębiorstwami – zarówno prywatnymi, jak i publicznymi. Wynagrodzenia menedżerskie powinny być ograniczone przez prawo: w przedsiębiorstwach publicznych przez określenie bezpośrednich limitów (wyższych niż obecnie), natomiast w przedsiębiorstwach prywatnych ten limit powinien dotyczyć wypłat wliczanych w ciężar kosztów. Jednoznacznie prawnie powinna być też uregulowana kwestia wysokości odpraw, np. dla menedżerów z tytułu zakazu pracy u konkurencji.

W moim przekonaniu państwo powinno – przez system ulg podatkowych oraz decyzje dotyczące inwestycji infrastrukturalnych – silniej wspierać regiony o niskim poziomie rozwoju i wysokim bezrobociu. Potrzebne jest przeciwstawienie się demontażowi usług publicznych (szczególnie poczty i transportu publicznego) na terenach o niskim rozwoju gospodarczym. Ze względów ekologicznych (a również dla wzmocnienia pozycji konkurencyjnej krajowych wytwórców) przystąpić należy do realizacji programu „TIR-y na tory” w przewozach transgranicznych.

Niezbędne jest także jednoznaczne określenie długookresowej polityki integracyjnej. Polska nie powinna w dającym się przewidzieć czasie przystępować do strefy euro, natomiast musi stanowczo domagać się respektowania przez Brukselę zasady solidarności zgodnie ze standardami stosowanymi w przeszłości (transfery finansowe do 4% PKB na „politykę spójności” – na lata 2014–2020 byłoby to 450–500 mld zł). Nie można też akceptować dyskryminujących Polskę programów redukcji zanieczyszczeń. Nie ma również dobrych powodów, by przystępować do zintegrowanego europejskiego nadzoru finansowego. Jednocześnie Polska powinna energicznie zabiegać o oszczędności na rozdętej brukselskiej biurokracji, a także o racjonalizację wydatków na dotacje rolnicze.

Na koniec chciałbym podkreślić, iż chociaż dotychczasowa transformacja ma na koncie istotne sukcesy, nie była ona (szczególnie z perspektywy „zwykłych ludzi”) polityką optymalną. Najważniejsze jest jednak to, że polityka ta już się „zużyła” i warunkiem rozwoju w najbliższych latach jest zasadnicza jej korekta. W szczególności odrzucić trzeba zamiar rządu, by koszty kryzysowych procesów w gospodarce niemal w całości przerzucić na uboższe grupy, chroniąc środowiska uprzywilejowane, stanowiące polityczne zaplecze obecnej większości parlamentarnej. Również warunkiem zapewnienia większego dynamizmu (i przeciwstawienia się peryferyzacji gospodarki) jest dużo bardziej aktywna polityka państwa.

Ewidentnie demagogiczny jest argument, że zwrot „socjalno-interwencyjny” miałby być nierealny z powodów budżetowych („nie stać nas”). Polska decydując się na pobieranie podatków według standardów powszechnie stosowanych w krajach Unii ma wszelkie możliwości, aby celową i możliwą korektę programu gospodarczego państwa sfinansować bez popadania w pułapkę zadłużenia.

Prospołeczny gabinet cieni – ankieta „Nowego Obywatela” (część II)

W poprzednim numerze opublikowaliśmy pierwszą część odpowiedzi w naszej ankiecie. Przypomnijmy, że jej pomysł bazował na takim doborze osób i recept na rozwiązanie problemów nękających Polskę, który bazuje na perspektywie wspólnotowej, egalitarnej, prospołecznej, demokratycznej i przyznającej instytucjom publicznym istotną rolę w kreowaniu lepszej kondycji naszego kraju niż obecna.

Wyboru „ministrów” dokonaliśmy kierując się ich poglądami i postawą, sięgając m.in. także po kandydatów nie zamierzających pełnić funkcji publicznych. Jak to bywa w tego rodzaju eksperymentach intelektualnych, wybraliśmy osoby z przeróżnych, nieraz skonfliktowanych, środowisk ideowo-politycznych. Łączy ich natomiast krytyczny osąd neoliberalizmu – ważniejszy z naszego punktu widzenia niż lojalność środowiskowa czy przynależność partyjna.

Na potrzeby ankiety sformułowaliśmy następujące pytania/zagadnienia:

  • Jakie sfery leżące w obrębie zainteresowań Państwa resortu wymagają szczególnie pilnej bądź szeroko zakrojonej interwencji publicznej (m.in. najbardziej dotkliwe problemy społeczne, instytucje wymagające pilnego doinwestowania, mechanizmy, które nie działają z powodu braku odpowiednich przepisów wykonawczych)?
  • Jakie byłyby Państwa pierwsze decyzje po objęciu teki ministra (np. inicjatywy ustawodawcze w celu korekty wadliwych przepisów czy ustanowienia nowych mechanizmów, zmiany w organizacji lub sposobie finansowania instytucji podległych ministerstwu, w tym ich likwidacja albo tworzenie nowych)?
  • Pomysły na wykorzystanie potencjału, jaki oferują: fundusze europejskie, współpraca z innymi instytucjami centralnymi, samorządami, organizacjami społecznymi, środowiskami naukowymi oraz biznesem.
  • Główne cele do osiągnięcia w ciągu czteroletniej kadencji, z zarysem celów długofalowych.

W konstruowaniu list najpilniejszych/najważniejszych działań proszę nie obawiać się wyznaczania ambitnych celów, np. w odwołaniu do krajów o najwyższym poziomie rozwoju. Jednocześnie prosimy odnosić się do własnych doświadczeń praktycznych i wiedzy o stanie obecnym (kontekst społeczny, realia finansowe i instytucjonalne w obrębie danej sfery). Zależy nam na dokonaniu inwentaryzacji celów dla polityki państwa, które będą zarazem odważne, jak i możliwe do realizacji na przestrzeni jednej-dwóch kadencji.

Nie licząc ograniczonej objętości wypowiedzi, wynikającej zarówno z możliwości naszego pisma, jak i z chęci podobnego potraktowania wszystkich resortów, nasi „ministrowie” mieli pełną dowolność w kwestii formy, proporcji itp. Z tego względu niektórzy z nich formułowali konkretne postulaty i zapowiedzi decyzji, inni natomiast przedstawili ogólną wizję ideową, która miałaby przyświecać poczynaniom danego resortu.

W poprzednim numerze zaprezentowaliśmy koncepcje 12 ministerstw, obecnie natomiast przedstawiamy 10 kolejnych resortów. Zapraszamy do lektury.

Ankietę przygotował zespół w składzie:
Konrad Malec, Remigiusz Okraska, Michał Sobczyk.

Niepodległość kontra neokolonializm

Mija właśnie dekada od wydania Pańskiej „Demokracji peryferii” – rozrachunku z projektem III RP. Wtedy, po aferze Rywina, po – jak określała ową przemianę Jadwiga Staniszkis – „rewolucji semantycznej”, kiedy karierę robiła idea odnowy państwa, idea IV RP, wydawało się, że będzie to bilans zamkniętego już okresu. Tymczasem z dzisiejszej perspektywy może się wydawać, że opisana w Pana książce filozofia władzy – polski liberalizm – i patologie państwa, jakie za sobą niesie, mają się jak najlepiej.

Zdzisław Krasnodębski: Niestety. Z całą pewnością Polska A.D. 2013 jest w daleko większym stopniu kontynuacją tej z roku 2003, aniżeli wówczas się spodziewaliśmy. W czasie gdy „Demokracja peryferii” była wydawana, mój ówczesny bliski kolega, Jarosław Gowin, który wcześniej usilnie namawiał mnie do jej napisania, sugerował, że jest spóźniona – takie były wtedy nastroje. Dzisiaj, o ironio, ten sam Gowin zmaga się z wieloma opisanymi w niej problemami jako minister.

Diagnoza z mojej książki okazuje się w znacznej mierze aktualna, aczkolwiek warto podkreślić też istotne zmiany: pojawienie się względnie silnej, cieszącej się stabilnym poparciem opozycji w stosunku do establishmentu III RP czy zmianę pokoleniową, która osłabia znaczenie grup interesów wywodzących się z PRL-u. Jeśli jednak chodzi o założenia ustrojowe i funkcjonowanie państwa polskiego w praktyce, zmiany te mają znaczenie drugorzędne. W „Demokracji peryferii” zwracałem na przykład uwagę, że w filozofii polskiego liberalizmu kwestia reguł prawa i ich przestrzegania była kompletnie zaniedbana, co doprowadziło w pewnej mierze do „oddania” tej przestrzeni rozmaitym układom. Kolejne afery Polski Tuska tylko tę diagnozę potwierdzają.

Ale jest jeszcze jeden wymiar, w którym opis zaproponowany w „Demokracji peryferii” pozostaje aktualny. Pod koniec książki sformułowałem hipotezę, iż model III RP skazuje nas na status europejskich peryferii. Zasadniczy cel krytyki tego modelu i główna motywacja do poszukiwania alternatywy były takie, żeby umożliwić autentyczny rozwój Polski, który prowadziłby do przesunięcia nas trochę bliżej centrum. I to się niestety nie udało. Można wręcz powiedzieć, że peryferyjność Polski została usankcjonowana i utrwalona, a perspektywy zmiany tego statusu rysują się bardziej pesymistycznie niż przed dziesięcioma laty.

Co przez te 10 lat zmieniło się w Pańskim sposobie postrzegania polskich spraw?

Przede wszystkim wyzbyłem się złudzeń. Mam dziś poczucie, że idealizowałem w „Demokracji peryferii” kondycję moralną polskiego społeczeństwa i przeceniałem transformującą siłę polityczną tradycji solidarnościowej i republikańskiej. Przez te 10 lat mieliśmy do czynienia z dwoma fazami: najpierw było upolitycznienie Polaków i próba sanacji państwa, która jednak, niezależnie od oceny metod, okazała się nieskuteczna. Efektem tej porażki była rezygnacja polskich obywateli z podmiotowości, z bycia społeczeństwem politycznym, a także zwycięstwo postpolityki. Ten mechanizm „wycofania się” Polaków z polityki jest być może zrozumiały, ale trudno – wobec trwania tych postaw, które sprzyjają ugruntowywaniu się systemu Tuska i którymi ten system się żywi – o optymizm.

Polskę Tuska da się, Pana zdaniem, opisać wyłącznie w kategoriach „powrotu III RP”? Czy jest to jednak system w jakiejś mierze nowy?

Niewątpliwie mamy do czynienia z nowymi zjawiskami. Zmieniły się chociażby środki sprawowania władzy: wzrosła rola mediów elektronicznych, PR-u czy technik marketingowych. W tym sensie Polska Tuska jest nowocześniejsza, bardziej sprawna w obezwładnianiu tego, co polityczne, aniżeli Polska Millera czy Buzka. Dzisiejsza Polska, można powiedzieć, jest realizacją projektu postdemokratycznego. III RP lat 90. była demokracją pełną defektów, ale nie sposób zaprzeczyć, że istniały w niej realne napięcia społeczne, toczyły się fundamentalne spory polityczne i ideowe, z których niewiele dziś zostało. Weźmy chociażby publicystykę „Gazety Wyborczej”, która stanowiła dla mnie przecież jeden z podstawowych punktów odniesienia i polemiki, gdy pisałem „Demokrację peryferii”. Dziś nie pojawiają się już na tych łamach argumenty i koncepcje warte jakiejkolwiek dyskusji. Powątpiewam nawet, czy sama „Wyborcza” traktuje promowane przez siebie idee poważnie – wydaje się raczej, że podchodzi do nich dość instrumentalnie. W tym sensie obecny system jest nawet gorszy niż dawna III RP. Atrofia krytycznej debaty powoduje, że polityka bezrefleksyjnej modernizacji, rozumianej wyłącznie jako wzrost gospodarczy (finansowany z zewnątrz), postępuje jeszcze szybciej.

Skupmy się przez chwilę na różnicach ideowych między dzisiejszą władzą a obozem „Gazety Wyborczej”. Może główna różnica polega na tym, że Tuskowi udało się w jakimś sensie to, o czym Michnik dopiero marzył – dogonił Europę? Tyle że jest to trochę inna Europa niż ta z fantazji polskich liberałów lat 80. i 90., Europa postdemokratyczna właśnie.

Rzeczywiście, choroba demokracji w ciągu ostatnich dwudziestu kilku lat postępowała nie tylko w Polsce. Wydaje się jednak, że ma tu zastosowanie diagnoza, którą postawiłem w „Demokracji peryferii”, mówiąca o tym, że realne patologie systemu europejskiego przyjmują na peryferiach bardziej skrajne formy. Weźmy choćby zjawisko przekształcania się życia politycznego w jedną z gałęzi show-biznesu – we Włoszech czy w Polsce jest ono wyraźnie silniejsze niż w Niemczech. Zanik kontrolnej funkcji mediów, rezygnacja z rozliczania władzy – które w tak drastyczny sposób dają o sobie znać w Polsce, np. w związku z katastrofą smoleńską – są to wszakże procesy, które dotyczą również, a być może nawet mają źródła w europejskim centrum.

Wspomniał Pan o nieskuteczności prób reformatorskich z lat 2005–2007. Z drugiej strony o ekipie Tuska można chyba powiedzieć, że jest wręcz zabójczo skuteczna, jeśli chodzi o demobilizację polityczną społeczeństwa…

To prawda. Zastosowano w Polsce, z sukcesem, strategię polegającą na tym, że nie rozmawia się, nie broni swoich poglądów czy działań, tylko dezawuuje się i wyszydza przeciwnika politycznego. Rolę narzędzia w tym scenariuszu przyjmują media – przykładem może być „Szkło kontaktowe”. Kolejnym elementem układanki jest związek Tuska z wyborcami, który ma charakter silnie emocjonalny. Polacy zainwestowali w Tuska uczuciowo. Dopełnieniem tej „libidalnej” relacji z Tuskiem są bohaterowie negatywni: opozycja. Ten model uprawiania polityki okazał się, rzeczywiście, niezwykle efektywny.

Czy sama opozycja, w tym opozycyjni intelektualiści – niezależnie od nierównowagi, jaka tkwi w polskim ładzie medialno-instytucjonalnym – nie przyczynili się jednak do tego sukcesu?

Oczywiście można stwierdzić, że osoby odpowiedzialne za polityczne działania opozycji okazały się w jakimś sensie nieskuteczne. Próba zmiany sytuacji w Polsce, którą podjęli, próba zmiany peryferyjnego statusu naszego państwa, nie powiodła się. Część z polityków kojarzonych z tym nieudanym projektem znajduje się dziś na marginesie, jak Jan Rokita. Z drugiej strony mamy intelektualistów, którzy zaangażowali się w politykę, w rodzaju Pawła Śpiewaka, Jarosława Gowina czy Ryszarda Legutki. Można się zastanawiać: czy udało im się coś zmienić w polityce, czy to polityka ich odmieniła? I znowu w pewnym zakresie będziemy zmuszeni przyznać, że podjęte przez nich działania naprawcze były nieskuteczne, nie przetrwały próby czasu.

Czy jakąś rolę w tej porażce odegrały także idee związane z projektem IV RP?

Nie widzę zasadnicznych błędów w diagnozie, jaka była podstawą tego projektu. Mogę natomiast mówić o częściowo negatywnej weryfikacji pewnych moich założeń. Perspektywa, z której pisałem „Demokrację peryferii”, była taka, że idee mają wpływ na rzeczywistość. Nie doceniałem natomiast, jak mi się dzisiaj wydaje, znaczenia społecznej i instytucjonalnej „materii”. Niewątpliwie takiemu spojrzeniu sprzyjał mój ówczesny punkt widzenia – teoretyka, spoglądającego na życie publiczne z akademickiego dystansu. Dopiero po tym, jak miałem okazję przyjrzeć się praktycznemu wymiarowi polskiej polityki, zrozumiałem, jak trudne zadanie stoi przed reformatorami. Pojąłem, że działalność na tym polu to tkanie z takich ludzi, jakich się ma, w tych uwarunkowaniach, z jakimi ma się do czynienia. A jakie są te uwarunkowania, łatwo zobaczyć, choćby jeżdżąc po Polsce – z jednej strony mamy zjawiska pozytywne, gotowość wielu obywateli do zaangażowania na rzecz wspólnoty, z drugiej niezwykle silne lokalne układy o charakterze klientelistycznym. Ogrom wyzwania, jakim jest zmierzenie się z dzisiejszym stanem państwa, jest elementem niedocenionym zarówno w mojej książce, jak i w większości innych publikacji tamtego czasu.

Rola i odpowiedzialność intelektualistów jest oczywiście inna niż polityków. To nie znaczy jednak, że nie odczuwam pewnego zawodu. O ile przed dziesięcioma laty miałem wrażenie, że „Demokracja peryferii” stanowić może przyczynek do artykulacji społecznego sprzeciwu wobec ideologii i praktyki polskiego liberalizmu, że może wskazać możliwe alternatywy, przyczynić się do ustanowienia jakiegoś nowego politycznego języka, o tyle dzisiaj zastanawiam się: a może to Donald Tusk lepiej artykułuje dążenia i aspiracje polskiego społeczeństwa? Trudno przecież polemizować z faktami, a rząd Tuska posiada demokratyczną legitymizację, został wybrany na drugą kadencję. Tymczasem celem ostatnich 10 lat mojej działalności było, nie ukrywam, przekonanie Polaków, żeby chcieli czegoś innego niż polski liberalizm.

W „Demokracji peryferii” pokazywał Pan, że wybór filozofii władzy oraz modelu rozwojowego, jakiego dokonały polskie elity po 1989 r., wcale nie był jedynym możliwym. Co więcej, idee stanowiące fundamenty nowej, III RP pod wieloma względami stanowiły zaprzeczenie dorobku opozycji demokratycznej czasów PRL-u. Zdawał się Pan wierzyć, że droga powrotu do koncepcji solidarnościowych jest wciąż otwarta. Jak jest dzisiaj?

Nadal sądzę, że to możliwe. Trzeba tylko chcieć wrócić. Specyfika ostatnich lat jest taka, że Polakom, w sensie materialnym, powodziło się w miarę dobrze – przynajmniej na tle wcześniejszych, transformacyjnych doświadczeń, choć pozostali jednym z najuboższych społeczeństw Unii. Wynikało to częściowo z takich czynników jak zaciąganie kolejnych długów czy napływ funduszy europejskich. Miało to zasadniczy wpływ na społeczne nastroje i wolę zmiany. Nie przypadkiem Donald Tusk powiedział po dojściu do władzy w 2007 r.: czas wielkich reform się skończył, a kto chce odczuwać ból, niech idzie do dentysty. Większości obywateli taka wizja zdaje się wciąż odpowiadać: część ją aktywnie popiera, część pasywnie akceptuje.

Z drugiej strony mamy do czynienia z pewną mobilizacją środowisk opozycyjnych, z pojawieniem się zalążków ruchu społecznego, który nazywany jest konfederacją wolnych Polaków. Wciąż jednak jest to twór mniejszościowy. Kluczowe pytanie brzmi, jak długo ta mobilizacja potrwa i jaka będzie jej dynamika. Może czas pokaże, że to system Tuska i odpolitycznienie społeczeństwa jest pewną fazą, epizodem związanym z porażką projektu IV RP w latach 2005–2007 i poczuciem niestabilności towarzyszącym tamtemu okresowi, intensywności konfliktu… Tak czy inaczej dziś mamy do czynienia z triumfem postawy postkolonialnej, z perspektywy której liczy się „postęp”, to, że się buduje (wszystko jedno co i za co), doganianie Zachodu, to, że chwalą nasz rząd za granicą (bo rzeczywiście chwalą). Kolejnym źródłem porażki idei IV RP jest fakt, że jest to idea wymagająca, oparta na krytycznym spojrzeniu na społeczne status quo, a więc także na przyjmowane powszechnie postawy. Donald Tusk mówi tymczasem Polakom: o to właśnie chodzi, jesteście fajni tacy, jacy jesteście. Trudno wygrać z takim, niezwykle w gruncie rzeczy populistycznym, przekazem.

Sam Pan jednak wspomniał, że przed dekadą czuł się Pan w jakiejś mierze wyrazicielem nastrojów i aspiracji większości społeczeństwa. Opisane przez Pana rozczarowanie, które, można domniemywać, stało się udziałem także innych ojców projektu IV RP, dałoby się odczytać w ten sposób: z populistów w najlepszym znaczeniu tego słowa, z siły autentycznie demokratyzującej skostniałe i zoligarchizowane życie publiczne – staliście się elitarystami. Wizję solidarnościowo-republikańską zastąpiła „konfederacja wolnych Polaków”, która nie jest już tylko ideą polityczną, ale też pewnym mniejszościowym wyborem tożsamościowym. Czy obranie tak zdefiniowanej strategii nie jest przypadkiem samospełniającą się przepowiednią? Czy tożsamościowa „baza” przyjęta przez obóz IV RP nie okazała się za wąska?

Ekskluzywność czy elitaryzm na pewno nie są pożądanymi cechami politycznej alternatywy dla Polski Tuska. Nie jestem jednak pewien, na czym polegać miałby elitaryzm „wolnych Polaków”. Nie kwestionuję, że mamy dziś w naszym kraju do czynienia z ostrym konfliktem, który ma także swój wymiar tożsamościowy. Nie wydaje mi się jednak, żeby został on wygenerowany przez stronę opozycyjną. Jednym z głównych czynników polaryzacji życia społecznego jest oczywiście katastrofa smoleńska. Można powiedzieć, że jedną z konsekwencji tej tragedii jest uniemożliwienie realnego dialogu w Polsce. Oprócz powierzchownego stwierdzenia, że wyraża się bądź nie wyraża aspiracje większości Polaków, trzeba przede wszystkim rozróżnić dwa modele budowania zaplecza społecznego: jeden, dużo łatwiejszy, polegający na afirmacji status quo oraz drugi, którego podstawą jest alternatywny projekt polityczny. Oczywiście nie jest tak, że w myśl tego drugiego modelu podważa się, że poprawa sytuacji materialnej społeczeństwa albo fakt, że mówią o nas dobrze za granicą, jest czymś, co należy oceniać pozytywnie. Chodzi natomiast o obudzenie obywateli ze śpiączki, żeby dostrzegli też coś więcej: w jakim kierunku się rozwijamy, jakimi metodami, jakie są skutki uboczne panującego systemu.

Eksperci na całym świecie są zgodni, że światowa ekonomia drży w posadach, lada moment podstawy naszego dobrobytu mogą się posypać, a tymczasem Tusk hipnotyzuje społeczeństwo mantrą o „zielonej wyspie”. I Polacy chcą mu wierzyć! Podobne są źródła sukcesu tej władzy na innych polach – np. w kwestii „układu”. Uznać, że układ został wymyślony, jest nieporównanie łatwiej niż przyjąć jego istnienie do wiadomości i się z nim zmierzyć. Tego typu polityczna inkluzyjność, oparta na schlebianiu ludziom czy też mówieniu im tego, co chcą usłyszeć, nie wydaje się interesująca.

Obozowi IV RP wydaje się jednak brakować pomysłu na stworzenie sojuszu na rzecz zmian. Konfederacja implikuje istnienie więcej niż jednego podmiotu politycznego. Tymczasem „wolni Polacy” to wciąż, mimo wszystko, zmobilizowany elektorat jednej z partii. Może przeciwnicy III RP potrzebują wspólnego programu minimum?

Przygotowując ostatnio wykład o postdemokracji i polityczności, czytałem tzw. nowych komunistów. Niezależnie od wszelkich różnic ich opis mentalności liberalnej, paradoksów liberalnej tolerancji wydał mi się niezwykle trafny, w podobny sposób postrzegamy kwestię deficytu demokracji we współczesnej Europie. Mówią oni o postdemokracji jako o ustroju, w którym demos został zastąpiony przez grupy nacisku, o ekonomizacji myślenia politycznego… Inna ciekawa kwestia: w Niemczech wokół spraw suwerenności państwa i prerogatyw UE wyłoniła się nietypowa koalicja CSU (zwłaszcza prawego jej skrzydła) z Die Linke, czyli partią na lewo od socjaldemokratów, która uważa, że na gruncie prawa zasadniczego Republiki Federalnej daleko idąca integracja z Unią nie jest możliwa. Lewica i prawica mają więc dziś, przynajmniej na poziomie teoretycznym, wspólne diagnozy, wspólne pola do dyskusji. Obecny kryzys przyczynia się do kolejnych zmian na mapie politycznej.

Nie mogę się jednak zgodzić z diagnozą dotyczącą zamkniętego czy też elitarnego charakteru opozycji patriotycznej. Środowiska, z którymi mam kontakt, wydają mi się zróżnicowane i otwarte na rozmaite nurty polityczne. Widzę tam też ciągły ruch – przez ostatnie dziesięć lat ludziom zmieniały się poglądy, pojawiali się nowi, niektórzy odchodzili… Nie mam też wrażenia, żeby „dostęp” do tych środowisk był jakoś szczególnie ograniczony czynnikami tożsamościowymi. Owszem, mówi się tu o Polakach, ale przecież nie w rozumieniu etnicznym – polskość definiuje się przede wszystkim przez przynależność do wspólnej tradycji. Taki też charakter mają obecne w naszym obozie odwołania do religii. Na ostatnim wysłuchaniu w Parlamencie Europejskim dotyczącym sprawy Telewizji Trwam – która, można powiedzieć, reprezentuje bardzo konkretny, czasem wykluczający model tożsamościowy – wypowiadali się Ziemkiewicz, Zybertowicz i Wildstein. Trudno uznać ich za rzeczników jakiejś integralnej wizji polskości. Andrzej Zybertowicz, który często występuje w mediach ojca Rydzyka i który jednocześnie podkreśla zawsze, że jest agnostykiem, mówi na przykład tyle, że w ramach pewnego minimum patriotycznego mieści się uznanie historii, w tym roli historycznej Kościoła. Nie wydaje mi się to kryterium tożsamościowym w polskich realiach wąskim czy wykluczającym.

Z drugiej strony mamy oczywiście pola, w których trudno o kompromis. Przenoszenie do Polski pewnych skrajnych kulturowych tendencji, np. przez Ruch Palikota, wydaje mi się działaniem w większym stopniu wykluczającym, elitarnym i uniemożliwiającym dyskusję niż odwołania do tradycji. Teoretycznie można sobie wyobrazić oddzielenie kwestii kulturowych czy tożsamościowych od projektów czysto politycznych, związanych z naprawą państwa. Takie rozwiązanie mogłoby się jednak w jakimś sensie skończyć realizacją liberalnego postulatu neutralizacji sporów tożsamościowych. Taka neutralizacja, o czym pisałem także w „Demokracji peryferii”, jest tymczasem zabiegiem tylko pozornie skutecznym. Według liberalnej koncepcji mielibyśmy po prostu nie zajmować się wartościami, co odbierałoby tym kwestiom znaczenie polityczne. Polityka miałaby się zajmować wyłącznie technokratycznym administrowaniem. To bardzo złudne – po pierwsze spory o państwo, spory ideowe, w istotnej mierze mają źródło w realnych konfliktach wartości. Po drugie zaś konflikty te w modelu liberalnym nie przestają istnieć, z czasem okazuje się, że wyrażają się po prostu w innych, niepolitycznych sferach, już niekoniecznie w sposób cywilizowany.

„Demokracja peryferii” jako jedna z pierwszych książek wydanych w Polsce po 1989 r. tak wyraźnie postawiła problem peryferyjnego statusu Polski, rozwoju imitacyjnego. Czy Pana zdaniem jednym z istotnych źródeł tych zjawisk jest, jak twierdzą niektórzy badacze, fakt, że Polska była w przeszłości obiektem praktyk kolonialnych? Jak istotna dla sytuacji Polski jest tzw. mentalność postkolonialna?

To jest oczywiście niezwykle ważne. Byłem ostatnio na konferencji filozoficznej poświęconej myśli niemieckiego socjologa i filozofa Helmutha Plessnera. Uderzające jest to, że w jego książce o niemieckiej tożsamości, zatytułowanej „Spóźniony naród”, tzw. wschód Europy w ogóle nie istnieje. Pada tam w zasadzie tylko jedno zdanie, które określa ziemie na wschód od Niemiec jako naturalny obszar ekspansji, obszar kolonizacyjny, kulturowa próżnia. I to pisze człowiek, którego ojciec był Żydem ze Śląska. Plessner to pochodzenie kompletnie wyparł, już jego ojciec przeszedł na protestantyzm, on sam z kolei utożsamił się całkowicie z kulturą i „ideą” niemiecką oraz „zachodnią” perspektywą. Myślenie w tych kategoriach, postrzeganie Zachodu jako jedynego źródła i rozsadnika cywilizacji, na który trzeba się otworzyć, by on tę naszą wschodnioeuropejską próżnię wypełnił, dążenie do podporządkowania, by zyskać szansę materialnego rozwoju, są postawami bardzo u nas powszechnymi. Gorliwe przyjęcie przez Polaków systemu postdemokratycznego i postpolityki jako metody sprawowania władzy ma swoje źródła w pewnego rodzaju przyzwyczajeniu Polaków do życia przez pokolenia w sytuacji „pół-wolności” – Galicja, Królestwo Kongresowe, PRL… W tym przyzwyczajeniu tkwi właśnie sedno polskiej postawy postkolonialnej.

Istotne są też polskie kompleksy wobec Niemiec. Wydaje mi się nieprzypadkowe, że większość liderów rządzącej partii wywodzi się z ziem dawnego zaboru pruskiego. O Platformie mówi się nawet czasem: partia pruska. Wyraźnie widać u tych ludzi autentyczny, głęboki respekt – niestety paraliżujący – wobec sąsiada zachodniego, który wyraża się chociażby w stosunku Tuska do kanclerz Merkel.

Trzecim wymiarem mentalności postkolonialnej jest obawa przed polityczną samodzielnością, przekonanie, że lepiej być po stronie silniejszych, nawet za cenę przyjęcia postawy klienta czy wręcz poddania się obcej dominacji.

Trzeba jednak pamiętać, że w przeciwieństwie do wielu innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej w Polsce posiadamy i kultywujemy przedkolonialną historię i tożsamość. W przypadku I Rzeczypospolitej nie można oczywiście mówić już o tożsamości narodowej w nowoczesnym sensie, jednak z mojego punktu widzenia republikanizm I RP i pamięć dawnej wielkości pozostają dla polskości bardzo ważnym, żywym punktem odniesienia. Efektem tego są postawy niezależne, świadomość, że jesteśmy największym krajem regionu, aspiracje do odgrywania w nim roli lidera, przekonanie, że mamy bardzo ciekawe tradycje ideowe i znakomity dorobek kulturowy. Polska tożsamość republikańska nie ma ponadto charakteru prawicowego czy lewicowego. Opiera się ona na pewnej idei wolnościowej, na sprzeciwie wobec tyranii. Jak ambiwalentny nie byłby mój stosunek do współczesnego polskiego społeczeństwa, to nie ulega mojej wątpliwości, że jesteśmy niezwykle inteligentnym narodem, trudnym do okiełznania i podporządkowania, że mamy niezwykły potencjał.

Na polskiej prawicy coraz częściej mówi się w ostatnich latach o postkolonializmie, co mnie naturalnie bardzo cieszy, również dlatego, że teoria postkolonialna jest w pewnej mierze częścią lewicowej tradycji intelektualnej. Trochę rzadziej mówi się o zjawisku, jakim jest neokolonializm, a więc nie tyle o kolonialnej przeszłości czy o zabiegach kulturowych mających na celu ustanowienie czy utrwalenie dominacji, co o nowych mechanizmach, które przyczyniają się do politycznej podległości i społeczno-gospodarczego zacofania pewnych regionów – w tym naszego.

Środowiska, które przyjęło się w Polsce określać jako prawicowe, bardzo często odwołują się do koncepcji z arsenału lewicy, w tym do teorii zależności – i bardzo dobrze, że tak czynią. Mam raczej wrażenie, że to lewica europejska porzuciła, a przynajmniej zaniedbała tę perspektywę, czego efektem jest niedostrzeganie na Zachodzie pewnych negatywnych zjawisk w najnowszej historii Europy Środkowo-Wschodniej. Ludzie, którzy jeszcze w latach 70. pisali o neokolonializmie czy uzależnieniu w odniesieniu choćby do Ameryki Łacińskiej, w znakomitej większości milczeli, gdy podobne działania podejmowano wobec naszego regionu. Peryferyjności Polski nie da się zrozumieć bez uwzględnienia tego neokolonialnego wymiaru. Sam na ubiegłorocznej konferencji w Krakowie prowadziłem seminarium na temat nowych form dominacji politycznej w Europie, a moja współpracowniczka z Bremy, dr Justyna Schulz – o zależności gospodarczej. Bardzo ciekawa była tam reakcja młodych ludzi, którzy idee suwerenności czy to w polityce, czy w gospodarce, odrzucali. Nie rozumieli na przykład, po co Polsce własny przemysł. Peryferyzacja Polski nie wydawała im się zjawiskiem negatywnym, a w każdym razie nie widzieli dla niej alternatywy. To zastanawiające, że z moich doświadczeń wynika, iż moje pokolenie jest zwykle w tych kwestiach odważniejsze. Jest to chyba rezultat częściowo pamięci buntu solidarnościowego i tamtego, porzuconego sposobu myślenia, a po drugie tradycji niepodległościowej.

Czy jest dziś jednak w ramach tej tradycji miejsce dla idei krytycznego patriotyzmu? Albo dla traktowanej po macoszemu historii zrywów robotniczych, rewolucji 1905 roku, Polskiej Partii Socjalistycznej itp. elementów etosu, owszem, niepodległościowej, ale jednak lewicy?

Ależ oczywiście. Zwróćmy uwagę, że Brzozowski czy Gombrowicz są bardzo uważnie czytani na prawicy. To jest, by tak rzec, krytyka „wewnętrzna”, odbywająca się w ramach sporu Polaków o to, czym jest czy też czym powinna być polskość. Ponadto to prawica przejawia dziś skłonności rewolucyjne i przemawia w imieniu „wykluczonych”, a część „lewicy” należy do establishmentu i jest suto dotowana przez „kapitał”, który rzekomo zwalcza. Wróćmy jednak do pytania o program minimum dla przeciwników polskiego liberalizmu. Jeśli w gremiach kierowniczych Prawa i Sprawiedliwości dyskutuje się o nacjonalizacji banków, to czy jest to idea prawicowa, czy lewicowa? Czy koncepcja narodowej suwerenności jest koncepcją prawicową? A podmiotowość obywatela wobec państwa i podmiotowość państwa na arenie międzynarodowej? A spółdzielczość bankowa? Myślenie w kategoriach zbiorowości? Wydaje się, że są to wątki, które mogą nas połączyć.

Gdzie widzi Pan podstawowe ogniska peryferyzacji Polski? Działania polityczne w jakich obszarach wydają się dziś najistotniejsze i najpilniejsze, aby zmienić peryferyjny status Polski?

Bardzo istotnym obszarem wydaje mi się rola i zasady, na jakich funkcjonuje w Polsce kapitał zagraniczny. Przykładem może być system bankowy. Za sprawą śp. Prezydenta Kaczyńskiego miałem zaszczyt być członkiem utworzonej przez niego Narodowej Rady Rozwoju. Wśród uczestników byli samorządowcy, politycy, naukowcy oraz ludzie biznesu i sektora finansowego. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, także w sensie socjologicznym. Wcześniej miałem bowiem okazję obserwować kilkakrotnie podobne gremia w Niemczech na konferencjach organizowanych przez Związek Banków Niemieckich. Siłą rzeczy zastanawiałem się więc, na czym polega różnica. I najbardziej uderzające było dla mnie to, że elita niemiecka składała się niemal wyłącznie z pracowników niemieckich instytucji, w sensie własnościowym. W Polsce tymczasem normalna jest sytuacja, w której znakomita większość byłych premierów, ministrów finansów czy autorów reform ustrojowych pracuje dla międzynarodowych korporacji i instytucji finansowych, firm przejętych przez kapitał zagraniczny itp. Nie ma żadnego znaczenia rodowód polityczny, bo prawidłowość ta dotyczy w takim samym stopniu polityków lewicy, jak i prawicy. W Polsce nikogo nie dziwi, że lewicowy poseł jeździ jaguarem, a inny, prawicowy, doradza za pieniądze zagranicznemu inwestorowi w kwestiach prawnych. Mamy generalnie problem z pojęciem interesu narodowego. Bardzo wyraźnie widać to w myśleniu ekonomicznym. W głównym nurcie polskiej ekonomii zupełnie nie poddaje się refleksji kryzysu, nie wyciąga żadnych krytycznych wniosków na temat neoliberalizmu. Wciąż powtarza się te same komunały, wykluczające jakąkolwiek rolę czy przestrzeń dla interwencji państwa w gospodarkę. Tego samego rodzaju zjawiska widać w działaniach politycznych.

Pewnego rodzaju zależnością a rebours jest też niestety postawa spotykana wśród intelektualistów związanych z obozem opozycyjnym, którzy twierdzą na przykład, że współczesnej filozofii nie ma sensu czytać, bo to wszystko są bzdury. Tymczasem to nie tylko nie są bzdury, ale też mogą stanowić świetne narzędzia od analizy świata współczesnego i budowania własnej niezależności. Natomiast to wymaga po prostu pewnej gotowości i chęci zrozumienia drugiej strony medalu.

Obok koncepcji IV RP kluczową ideą obozu politycznego braci Kaczyńskich w 2005 r. – mającą odróżnić go od Platformy Obywatelskiej – była Polska Solidarna. To również był projekt, który dotykał pewnych fundamentalnych dla Polski pytań – przede wszystkim o model rozwojowy – bez budowania konfliktu tożsamości. Niestety można odnieść wrażenie, że nie miał on po 2005 realnej kontynuacji, a różnice między PO a PiS-em, jeśli chodzi o paradygmat społeczno-ekonomiczny, zbladły, czego symbolem są podatkowe reformy Gilowskiej. Czy dziś hasło Polski Solidarnej wydaje się Panu aktualne? Czy to polityczny epizod, do którego nie ma już powrotu?

Przede wszystkim trzeba zauważyć, że pod wpływem konfrontacji z realnym kapitalizmem i globalnymi procesami ekonomicznymi zmieniły się w Polsce dawne linie podziałów społeczno-ekonomicznych. Był taki czas, że na prawicy dominowała ideologia naiwnie wolnorynkowa. Kapitalizm jawił się w tej wizji jako idylliczny świat rodem z wczesnych pism Maxa Webera: indywidualni drobni przedsiębiorcy kierujący się rygorystycznymi wartościami etycznymi itd. Dziś jest już nieco inaczej. Niewątpliwie mamy jednak w dalszym ciągu napięcie między dawną ideą wolnorynkową i krytycznymi wobec niej alternatywami. Na przykład w Prawie i Sprawiedliwości mamy bardzo wyraźny podział między gospodarczymi liberałami a zwolennikami etatystyczno-solidarystycznej korekty kapitalizmu. Mam wrażenie, że zmiana zaszła też po stronie opinii publicznej: Polacy przekonali się, m.in. wyjeżdżając za granicę w celach zarobkowych, że współczesny kapitalizm jest systemem w wysokim stopniu uregulowanym, że bez tych regulacji on żyć nie może, a wizje mówiące o rynku uwolnionym od nich są czysto utopijne. Do przyjętych w cywilizowanych krajach regulacji należą te, których celem jest redystrybucja bogactwa. Nawiasem mówiąc, będąc krytykiem Niemiec, nie ukrywałem nigdy, że stanowią one dla mnie pewnego rodzaju wzór, również w tej dziedzinie. W Niemczech toczy się wprawdzie dyskusja wokół polityki realizowanej przez ostatnie rządy federalne i jej wpływu na gospodarkę – wiele osób zauważa, że polityczna pozycja Niemiec nie przekłada się na dobrobyt obywateli, a wręcz przeciwnie, budowaniu politycznej hegemonii w Europie towarzyszy (oczywiście relatywny) wzrost nierówności społecznych, pogłębiająca się bieda emerytów itp. Zasadniczo jednak model niemiecki jest przykładem ustroju, w którym większy solidaryzm idzie w parze z siłą polityczną i gospodarczą. W Polsce tymczasem mamy do czynienia z odchodzeniem od takiej wizji rozwoju – przykładem jest reforma emerytalna, oddalająca nas od idei solidarności społecznej i międzypokoleniowej. Nie chciałbym żyć w Polsce, w której znaczna część społeczeństwa wegetuje w biedzie. Nie można też mówić, że kontynuuje się tradycję solidarnościową, jeśli odrzuca się solidaryzm. Aktywna, prospołeczna polityka państwa jest czymś oczywistym w ramach myśli republikańskiej – nie można być wolnym obywatelem, przymierając głodem. „Uobywatelnienie” Polaków, którego jestem rzecznikiem, polega m.in. na redystrybucji dóbr i na upowszechnianiu własności. Zawsze byłem też zwolennikiem zwiększenia udziału państwa w gospodarce, realizowania przezeń projektów modernizacyjnych.

Przypomnijmy jednak, że w etyce „Solidarności” istotnym elementem była idea gospodarska czy wręcz idea społeczeństwa gospodarzy. Promowanie polskiej drobnej i średniej przedsiębiorczości czy bankowości za pomocą odpowiedniej polityki podatkowej i rozwojowej wydaje się zadaniem ważnym i wcale nie sprzecznym z ideą solidarystyczną. Mam wrażenie, że przede wszystkim o tak właśnie rozumianym liberalizmie można mówić w odniesieniu do wolnorynkowego skrzydła PiS.

Wspomniał Pan na początku, że struktury i środowiska ściśle związane z PRL-em i przebiegiem transformacji ustrojowej straciły na znaczeniu w związku z wymianą pokoleniową. Jaka jest dzisiaj ich rola? Czy ludzie młodego pokolenia wchodzą Pana zdaniem w stare struktury, czy może już zanika ta szara strefa, w ramach której funkcjonowały układy postkomunistyczne?

Z jednej strony wspomniany przeze mnie minister Gowin stwierdził niedawno, że za aferą Amber Gold mogą stać postkomunistyczne służby czy układy, które sprzymierzyły się przeciw premierowi Tuskowi, przyznając tym samym nieopatrznie, że tego typu układy istnieją. Stare sieci nie tyle zanikły wraz ze zmianą pokoleniową, co przekształciły się. To wyraźnie widać na przykładzie swoistego rezerwatu mentalności związanej z minionym ustrojem, jakim jest z mojego punktu widzenia polski świat akademicki. Zmieniły się poglądy, pojawiły się nowe dogmaty, ale postawy i mechanizmy pozostały nienaruszone. Dotychczasowe reformy nauki i szkolnictwa wyższego nie dotknęły tych podskórnych reguł świata nauki. Nowe pokolenia przejmują stare nawyki i modernizują je, zmienia się ich kontekst, zmieniają się technikalia funkcjonowania instytucji, ale z całą pewnością nie mamy tu do czynienia z jakimś naturalnym postępem. Pod wieloma względami jest wręcz gorzej. Wolność akademicka czy równość szans między naukowcami nawet w latach 90. nie były w tak kiepskiej kondycji.

Jaką rolę w przemijaniu układów postpeerelowskich odgrywają procesy związane z globalizacją, napływ zagranicznego kapitału czy ekspansja międzynarodowych korporacji? Czy międzynarodowy kapitał wprowadza w Polsce własne reguły, odmienne od postkomunistycznych?

W Polsce Tuska można mówić o równoległym współistnieniu różnych systemów. Dla zrozumienia sytuacji w instytucjach państwowych i publicznych przedsiębiorstwach wciąż istotna jest wiedza o mechanizmach postkomunistycznych. W sektorze państwowym mamy wręcz do czynienia ze swoistym renesansem pewnych postaw, który ma związek z największą w historii III RP koncentracją władzy w rękach jednego stronnictwa politycznego. Świetny przykład stanowi słynna rozmowa sędziego Milewskiego z dziennikarzem przedstawiającym się jako asystent ministra Arabskiego, którą pamiętamy z afery Amber Gold.

Równolegle do tych reguł i zwyczajów funkcjonują jednak inne, przyniesione z zewnątrz, wymuszane przez korporacje czy organizacje międzynarodowe. Przy czym trzeba pamiętać, że zasady wdrażane np. przez międzynarodowy kapitał w Polsce nie są tymi samymi zasadami, jakie panują w krajach centrum. Ostatnio miałem okazję rozmawiać z dawnym znajomym, który pracuje w branży hotelowej, i elementy zależności są tam, gdy się przyjrzeć z bliska, bardzo charakterystyczne. Całe zarządzanie odbywa się za granicą, zaś jeśli chodzi o stanowiska, mamy do czynienia ze szklanym sufitem: najwyższe zajmują obcokrajowcy, a Polacy pełnią funkcję asystentów lub są zastępcami do spraw lokalnych. Częstym zjawiskiem jest też pośredniczenie przez byłych polityków wysokiego szczebla w lukratywnych transakcjach, z których zyski lądują następnie na kontach szwajcarskich…

W tym też kontekście warto wspomnieć o tzw. lemingach, które zastąpiły dawnych „japiszonów” – jest to bowiem grupa ściśle związana z korporacyjnym stylem życia. Ich opowiedzenie się za PO ma w pewnym sensie charakter zupełnie apolityczny, uwarunkowany stylem życia i tym, co napiszą w kolorowych czasopismach albo powiedzą w TVN24, a nie konkretnym interesem politycznym lub ekonomicznym. Sojusz tak zdefiniowanej nowej polskiej klasy średniej z układami i układzikami sektora państwowego, symbolizowanymi przez „taśmy Serafina” czy aferę Amber Gold, określa kształt życia publicznego w Polsce Tuska. Podstawowym zadaniem politycznym dla opozycji jest stworzenie alternatywnego sojuszu i alternatywnego projektu – stąd na przykład w ramach współtworzonej przeze mnie inicjatywy Polska Wielki Projekt staraliśmy się przyciągnąć inne grupy społeczne: wolne zawody czy przedsiębiorców, i wypracować swego rodzaju kontrprogram.

Jak Pan myśli, jaki będzie kolejny, po demokracji peryferii, etap naszego rozwoju?

Scenariusz negatywny jest taki, że ten system się po prostu utrzyma. Wówczas nasza peryferyjność będzie się pogłębiała – możliwe, że dojdzie do rzeczywistego przeniesienia ośrodków władzy politycznej, ekonomicznej i ideologicznej poza granice Polski. Przyczynić się do tego mogą centralizujące tendencje w Unii, nadzór bankowy… Polacy będą w związku z tym orientowali się w coraz większym stopniu na zagraniczne metropolie. Już dzisiaj ze Szczecina czy Wrocławia łatwiej i szybciej przejechać do Berlina niż do Warszawy. W sferze ideowej też można się spodziewać nasilenia negatywnych zjawisk występujących już obecnie. Przykładem może być specyficzny „realizm polityczny” propagowany przez wielu polskich publicystów (różnych orientacji), polegający na przeświadczeniu, że Polska powinna powściągnąć ambicje poważniejsze niż „doganianie Zachodu”. Jeśli ta koncepcja będzie realizowana, Polska stanie się czymś w rodzaju Saksonii w ramach „Kaiserreich”, a w najlepszym wypadku obecnej Bawarii, która zachowuje w ramach Republiki Federalnej pewną dozę autonomii. Z drugiej strony grozić nam może, wraz ze wzmaganiem się aktywności rosyjskiej w regionie, znalezienie się w krzyżowym uzależnieniu pomiędzy Wschodem a Zachodem.

Druga możliwość, jaką widzę, jest taka, że projekt republikański, który opisałem w „Demokracji peryferii”, okaże się w jakimś stopniu aktualny, że uda się zastąpić elitę obecną przez elitę bardziej świadomą i bardziej ambitną zarazem. Wydaje mi się bowiem, że to przede wszystkim właśnie z elitą – mimo krytycznych słów wobec Polaków jako zbiorowości, które wypowiedziałem wcześniej – mamy największy problem.

Pytanie o kierunek jest wciąż jeszcze w dużej mierze otwarte. Dlatego też najważniejsza jest dziś praca nad świadomością młodego pokolenia, próba wpływu na opis świata, jaki przyjmie. Tym bardziej, że jednym ze zjawisk związanych z naszą peryferyjnością jest to, że media głównego nurtu, z których większość Polaków czerpie informacje, niewiele mówią już o świecie realnym, zająwszy się przede wszystkim zarządzaniem negatywnymi emocjami. Wielka odpowiedzialność spoczywa więc na tych – coraz liczniejszych – którzy mają dostęp do niezapośredniczonych informacji.

Podstawowy konflikt o dalsze losy Polski rozgrywa się i będzie rozgrywał pomiędzy zwolennikami imitacji, podporządkowania się globalizacji i włączania naszego kraju w szersze, ponadnarodowe struktury, a obozem niepodległościowym. Nie między lewicą a prawicą. Niepodległość należy tu rozumieć w znaczeniu nowoczesnym: nie tylko w sensie politycznym, lecz także ekonomicznym oraz ideowym. Wariant, w którym szczytem naszych ambicji jest status zasobnych peryferii, oznacza rezygnację z wolności zbiorowej i zubożenie wolności indywidualnej.

Dziękuję za rozmowę.

Mniej państwa = więcej draństwa

Niemal ćwierć wieku po upadku PRL-u rodzimi liberałowie bohatersko walczą z socjalizmem. W ich nowomowie oznacza to zwalczanie państwa. Tyle że u nas jest go mniej niż w większości nieodległych krajów, gdzie realsocjalizmu nigdy nie było.

Liberałowie miewają rację, gdy wskazują, że państwa bywało za dużo w reżimach, które wtrącały się w każdy aspekt rzeczywistości i kontrolowały go. Miewają też rację, gdy przypominają, że państwo nierzadko służy sprytnym wybrańcom, nie ogółowi obywateli, a dobro wspólne to parawan dla grupowych interesów. Ale przecież liberalne głuptasy nie oburzają się, gdy Kulczyk, Krauze czy Czarnecki otrzymują ulgi podatkowe, dotacje lub korzystne regulacje albo gdy budżet finansuje takie elementy infrastruktury, dzięki którym biznes przynosi właścicielom większe zyski. Oni rozdzierają szaty, gdy „roszczeniowe nieroby” – czyli np. osoby chore, samotne matki czy zwolnieni z pracy w wieku 60 lat – dostają kilkudziesięciozłotową podwyżkę kilkusetzłotowego zasiłku. Na takie dolce vita nie może być przecież zgody!

Nowoczesny transport publiczny dla mniej zamożnych? Przecież każdy powinien mieć samochód! Chyba że młodzież postanowi wracać z imprezy w środku nocy – wówczas należą się metro, autobus, tramwaj i ochrona osobista. A kogo obchodzi, że samochody jeżdżą po drogach budowanych za miliardy z budżetu? Nie będziemy płacić na „roszczeniową hołotę”, ale autostrady „powinni już dawno zbudować” wszędzie tam, gdzie zapragniemy się wybrać. Albo leczenie. Tylko prywatne, bo przecież NFZ to złodziejstwo i zdzierstwo, choć składki zdrowotne w Polsce są jednymi z najniższych w Europie. Liberałowie twierdzą, że gdyby nie „haracz” na publiczną służbę zdrowia, każdy korzystałby z prywatnych usług medycznych na lepszym poziomie. Ciekawe, ilu z nich stać na komercyjne leczenie białaczki, przeszczep nerki czy ciąg operacji po wypadku samochodowym.

Komentowanie tych głupstw można ciągnąć w nieskończoność. Jest to łatwe, ale przypomina walenie głową w mur. Dzisiaj już nawet mainstreamowe media stosunkowo często publikują zestawienia, z których wynika, że podatki, koszty pracy, składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne są w Polsce niższe nie tylko na tle państw wysokorozwiniętych i zamożnych, lecz również w porównaniu z wieloma krajami byłego bloku wschodniego. A „socjal” jest tam zazwyczaj większy. Czy to coś pomaga? Skądże: teksty prasowe, wywody radiowe i telewizyjne, internetowy słowotok – wszystko to roi się od wezwań, żeby było jeszcze mniej państwa.

W takie bzdury wierzą nawet ludzie, dla których „raj” bez podatków – czyli bez usług publicznych – oznaczałby wegetację pariasów. Nie wiedząc o tym, wysługują się możnym, są ich użytecznymi idiotami. I nie ma w tym niczego dziwnego – niemodni dzisiaj Marks i Engels ponad półtora wieku temu zauważyli, że Ideami panującymi każdego okresu były zawsze tylko idee klasy panującej. Choć stroi się w piórka a to „zdrowego rozsądku”, a to „obrony podatnika”, liberalizm wyraża interesy wyłącznie bogatych i wpływowych.

Polska ma złe doświadczenia z „dużym państwem” w okresie PRL. Ma też złe doświadczenia dzisiaj, gdy wiele publicznych instytucji nie działa sprawnie, uczciwie i rzetelnie, lecz pogrąża się w arogancji i bylejakości lub wprost służy wpływowym warstwom i klikom. Ale po pierwsze demokracja to system, który potrafi je zmusić do działania lepszego. Po drugie natomiast alternatywą wobec państwa jest rynkowa dżungla, w której przetrwają tylko najsilniejsi. Tam, gdzie było „mało państwa”, tam zazwyczaj było też niewiele cywilizacji, dobrobytu i stabilizacji. „Mało państwa” nie oznacza też „więcej społeczeństwa”. Oznacza społeczeństwo słabe i bezbronne wobec bossów biznesu, mafiosów, medialnych hochsztaplerów i innych grup interesu, które bynajmniej nie są zainteresowane godnym życiem zwykłego człowieka.

W tym numerze „Nowego Obywatela” akcentujemy właśnie rolę państwa. Czy to w kwestii „wewnątrzsterowności” i realizowania interesów wspólnoty narodowej, o czym mówi prof. Krasnodębski. Czy to w sferze wychodzenia z kryzysu gospodarczego, o której traktuje artykuł poświęcony niedawnym dziejom Islandii. Czy to w odniesieniu do walki z biedą i wykluczeniem obywateli, o czym opowiada tekst o Filipinach. Czy to w kwestii rozwoju cywilizacyjnego, której to tematyce poświęcone są arcyciekawe rozważania Filipa Białka na temat nowych technologii w USA. Czy to w artykule szwedzkiego biznesmena (sic!), wychwalającego model skandynawski za stworzenie warunków dogodnych dla aktywności gospodarczej.

„Mniej państwa” jest korzystne dla silnych i bogatych. Cała reszta zazwyczaj na tym traci – tym więcej traci, im mniej państwa istnieje na starcie wezwań do jego dalszego zmniejszania. We własnym interesie powinniśmy powiedzieć zatem: ani kroku dalej w zmniejszaniu polskiego państwa.