Białe plamy i czarne dziury

Białe plamy i czarne dziury

Patrząc na transport publiczny z perspektywy wielkich miast, może się wydawać, że po okresie fascynacji motoryzacją następuje rozkwit mobilności niezależnej od samochodów. Problem w tym, że równocześnie podupada transport publiczny na prowincji.

W Warszawie rozpoczęto budowę drugiej już linii metra. Uruchamiane są coraz to nowe linie szybkiej kolei łączącej miasta aglomeracji. Brzegi Wisły spaja niezależny od ruchu samochodowego pas autobusowo-tramwajowy, po którym pojazdy komunikacji miejskiej kursują co minutę. W Krakowie uruchomiono nitkę tramwajową pod centrum miasta – z podziemnego przystanku można wyjść na perony dworca kolejowego. W Poznaniu bezkolizyjna trasa szybkiego tramwaju zapewnia połączenie centrum z największymi osiedlami w północnej części miasta. To tylko wybrane nowoczesne inwestycje transportowe w dużych ośrodkach.

W tym samym czasie dla mieszkańców „Polski powiatowej” samochód coraz częściej staje się jedyną szansą na mobilność. Bo PKS likwiduje kolejny autobus do najbliższego miasta, a kolej wycofuje z niego ostatni już pociąg do dużych aglomeracji.

Zwijanie kolei

W ciągu kilkunastu lat używana sieć kolejowa zmalała w Polsce o ponad jedną czwartą. W 1990 r. liczyła 26,2 tys. km, by do 2008 r. skurczyć się do 19,6 tys. kmi. Codzienny ruch pasażerski prowadzony jest na jedynie 13,3 tys. km, co oznacza, że pociągi pasażerskie regularnie kursują po zaledwie połowie długości sieci kolejowej z początków transformacji.

Tabela 1. Zmiany długości eksploatowanej sieci kolejowej w państwach Unii Europejskiej (w km)

Jakby tego było mało, na wielu wciąż czynnych odcinkach oferta jest znikoma. Daną linią kursują wyłącznie pociągi dalekobieżne, nie zatrzymujące się w miejscowościach leżących po drodze lub obsługiwana jest ona zaledwie jedną parą pociągów na dobę. Tak jest m.in. na trasach z Wielunia przez Wieruszów do Kępna, z Opola Głównego do Jelcza-Laskowic, z Lwówka Śląskiego do Zebrzydowej czy z Inowrocławia przez Piotrków Kujawski do Babiaka. Tymczasem w polskich warunkach za atrakcyjną ofertę przewozową na kolejach regionalnych przyjmuje się 5-7 pociągów dziennie na danej trasie w każdym kierunku. Jest to i tak dalekie od europejskich standardów, gdzie pociągi regionalne kursują co 1-2 godziny od świtu do późnego wieczora.

Polska to niechlubny europejski rekordzista pod względem ograniczania długości sieci kolejowej. Co ciekawe, gdy u nas dokonywano cięć, w aż 11 spośród 25 krajów Unii Europejskiej eksploatowane sieci uległy wydłużeniu. Stało się tak m.in. w Słowenii, na Węgrzech czy w Czechach.

Gdy w Czechach małe autobusy szynowe zapewniają dogodny dojazd z obszarów wiejskich do miasteczek i miast, w Polsce kolej niemal całkowicie wycofała się z przewozów lokalnych. Ogranicza się w najlepszym razie do połączeń między dużymi ośrodkami powiatowymi a największymi miastami. Powstały przy tym ogromne połacie kraju, gdzie kolej – która powinna stanowić szkielet systemu transportu publicznego – nie dociera w ogóle.

Największa z takich „białych plam” zajmuje powierzchnię prawie 7,9 tys. km2 i zamieszkana jest przez 689 tys. osób. Ten zwarty obszar ciągnie się wzdłuż doliny Wisły od rogatek Krakowa aż po okolice Radomia i obejmuje jedenaście powiatów (proszowicki, dąbrowski, kazimierski, mielecki, buski, staszowski, sandomierski, opatowski, opolski, lipski, zwoleński), leżących na terenie pięciu województw: małopolskiego, podkarpackiego, świętokrzyskiego, lubelskiego i mazowieckiego. W całej Polsce w powiatach zupełnie pozbawionych kolei pasażerskiej mieszka ok. 3 mln ludzi.

Dotowane likwidacje

Ostatnie lata to czas masowych cięć również w sieci pociągów pospiesznych. Zapewniały one komunikację między miastami powiatowymi a największymi aglomeracjami.

Wszystkie połączenia dalekobieżne straciło południowe Podkarpacie, obejmujące pas od Jasła przez Krosno, Sanok aż po Zagórz – bramę w Bieszczady. Linią tą jeszcze w 2009 r. kursowały pociągi pospieszne, oferujące – przede wszystkim w sezonie turystycznym – bezpośrednie połączenia z Górnym Śląskiem, Krakowem, Trójmiastem czy Warszawą. Dziś po żadnym z nich nie ma już śladu. Równocześnie na linii Jasło – Krosno – Sanok – Zagórz do zupełnego minimum ograniczono ofertę pociągów regionalnych – z siedmiu par ostały się dwie. A to oznacza, że z Krosna – byłego miasta wojewódzkiego – można dwa razy dziennie wyruszyć do Jasła (o godz. 7.49 i 13.52) i dwa razy do Zagórza (o godz. 7.19 i 14.47).

Spójrzmy dla odmiany na Suwałki. W ciągu ostatnich trzech lat straciły większość pociągów zapewniających północno-wschodniej Polsce połączenie z resztą kraju. Na przełomie 2007 i 2008 r. z Suwałk codziennie wyruszały pociągi bezpośrednio do Warszawy (trzy dziennie), Łodzi (jeden), Wrocławia (dwa), Poznania (jeden) czy Torunia (jeden). W sezonie letnim kursowały dodatkowe pociągi do Trójmiasta, Szczecina, Warszawy i Krakowa. Dziś Suwałki obsługiwane są przez jedno połączenie dalekobieżne: popołudniowy pociąg do Warszawy.

Masowe cięcia w sieci pociągów pospiesznych są o tyle zaskakujące, że ten segment połączeń, określanych jako przewozy międzywojewódzkie, objęto dotacjami Ministerstwa Infrastruktury. Teoretycznie gwarantować mają one utrzymanie ruchu również poza najważniejszymi trasami. W praktyce jednak resort, choć pełni funkcję organizatora przewozów międzywojewódzkich, nie określa pożądanej sieci połączeń oraz choćby minimalnego zakresu oferty w konkretnych relacjach. W efekcie w 2009 r. – mimo dokonanej w trakcie obowiązywania rocznego rozkładu jazdy zupełnej likwidacji połączeń międzywojewódzkich m.in. do Brodnicy, Grudziądza, Krasnegostawu, Mielca, Nysy, Olkusza, Rybnika czy Zamościa – ministerstwo zwiększyło dofinansowanie z wstępnie przewidzianych w budżecie 140 do 175 mln zł.

Nie można Polski lokalnej odciąć od połączeń z metropoliami i różnymi regionami kraju – apelował na łamach dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” Stanisław Bodys, burmistrz Rejowca Fabrycznego na Lubelszczyźnie, wiceprezes Unii Miasteczek Polskich. Była to reakcja na wycofanie w czerwcu 2010 r. ostatnich połączeń dalekobieżnych przez Rejowiec. – Rozumiem, że kolej musi dbać o swoje finanse, ale ma też obowiązek świadczenia usługi publicznej. To nie jest firma prywatna, dla której liczy się tylko zysk. Wykonuje usługę publiczną, za którą otrzymuje dofinansowanie z budżetu państwa.

Jeszcze w 2008 r. Rejowiec Fabryczny był węzłem kolejowym, na którym trasy pociągów dalekobieżnych z kierunku Warszawy rozdzielały się do Chełma i Zamościa. Dziś – po likwidacji wszystkich połączeń dalekobieżnych do Zamościa (2009) i Chełma (2010) – stał się zwykłym przystankiem dla pociągów regionalnych, kursujących między Chełmem i Lublinem.

Błędne koła PKS-u

Choć często sugeruje się, że energochłonne i kosztowne pociągi regionalne mogą zostać sprawnie zastąpione przez komunikację autobusową, okazuje się, że również ten segment transportu publicznego boryka się z poważnymi problemami.

Według danych zrzeszającej PKS-y Polskiej Izby Gospodarczej Transportu Samochodowego i Spedycji z 2008 r.ii, w 15 z 16 województw przewoźnicy autobusowi na przewozach pasażerskich osiągali straty (wyjątek stanowi woj. lubuskie). Tymczasem jedyne dofinansowanie, na jakie faktycznie mogą liczyć, to zwrot za honorowanie ulg ustawowych na bilety. Próbują więc ratować sytuację finansową wyprzedając majątek oraz wycofując się z obsługi miejscowości położonych na uboczu.

Poważnym problemem jest fatalny stan autobusów, co nie tylko nie zachęca do podróżowania, ale również generuje koszty przy niskiej efektywności. Według danych Izby, średnio w przedsiębiorstwie PKS na jeden autobus przypada zaledwie nieco ponad jeden kierowca (dokładnie: 1,182), przy czym w niektórych regionach nawet mniej – w Łódzkiem 0,919, w Zachodniopomorskiem 0,959. Powyższy wskaźnik – biorąc pod uwagę, że to kierowcy, a nie pojazdy objęte są przepisami o ograniczonym czasie pracy – z jednej strony pokazuje, jak wiele pojazdów wciąż przebywa w naprawach lub jest „magazynami części zamiennych”, a z drugiej strony obnaża minimalistyczne podejście do oferty przewozowej w wielu PKS-ach. Skutkuje to tym, że autobusy zamiast jak najwięcej jeździć, wykonują jedynie niezbędne kursy szkolne, a przez większą część dnia stoją na placach postojowych.

Przedsiębiorstwa PKS, próbując osiągnąć rentowność przewozów, wycofują się z obsługi mniejszych miejscowości, w których często autobus stanowił jedyne okno na świat. Na wielu lokalnych trasach plagą jest ograniczanie kursowania wyłącznie do dni nauki szkolnej. W efekcie do setek polskich miejscowości w weekendy, ferie oraz przez całe wakacje nie można dotrzeć transportem publicznym. W wielu z nich po odjeździe ostatniego autobusu w drugiej połowie czerwca, na następny trzeba czekać aż do początku września.

Coraz istotniejszą rolę odgrywają przewoźnicy busowi, którzy niejednokrotnie stanowią dla mieszkańców pozbawionych własnego samochodu ostatnią szansę na jako taką mobilność. Mali przewoźnicy ograniczają się jednak do obsługi najbardziej rentownych tras – i to tylko w porach gwarantujących wysoką frekwencję. Skutkuje to tym, że przewoźnicy prywatni cieszą się co prawda pewnym zyskiem, jednak tworzone przez nich sieci połączeń są ograniczone – nie tylko nie zapewniają regularnych kursów od wczesnego rana do późnego wieczora, ale także nie dojeżdżają do miejscowości położonych na uboczu. Ponadto obsługują trasy kilkunastoosobowymi busami, które często albo nie są w stanie zabrać wszystkich chętnych, albo wyruszają w trasę drastycznie przepełnione.

Taki układ transportowy tworzy błędne koło: prywatni przewoźnicy podbierają pasażerów przedsiębiorstwom PKS w takich porach i na takich trasach, gdzie kursy mogłyby być rentowne. Pogarsza to wyniki ekonomiczne PKS-ów, które zmuszone są szukać oszczędności poprzez wycofywanie się z obsługi połączeń do mniejszych miejscowości. Szanse na to, żeby na te boczne drogi – w miejsce wycofanych autobusów PKS – wjechały prywatne busy, są oczywiście nikłe.

Na spalonej ziemi

Pogarszająca się oferta transportu publicznego jest o tyle dokuczliwa, że równocześnie w małych miejscowościach coraz mniej spraw da się załatwić na miejscu.

Dla przykładu, sieć placówek Poczty Polskiej podlega ciągłym ograniczeniom: urzędy pocztowe na terenach wiejskich zastępowane są przez filie oraz agencje pocztowe, które zwykle nie świadczą pełnego zakresu usług oraz mają skrócone godziny otwarcia. Co więcej, gdy w czerwcu 2008 r. Najwyższa Izba Kontroli przeprowadzała kontrolę Poczty Polskiej, na 8530 placówek aż 559 było zawieszonych – co oznacza, że liczba faktycznie czynnych (7971) była niższa od wyznaczonego rozporządzeniem ministra infrastruktury poziomu niezbędnego dla zapewnienia powszechnego dostępu do usług pocztowych (8240)iii. Rząd w dodatku prowadzi prace nad nowelizacją prawa pocztowego, która ma wejść w życie w 2012 r. Umożliwi ona Poczcie Polskiej trwałą likwidację ponad 1,1 tys. placówek na terenach wiejskich!iv

Z kolei urzędnicy Ministerstwa Sprawiedliwości od kilku lat mają zakusy na sądy i prokuratury rejonowe w mniejszych miastach powiatowych. – Pomysł zlikwidowania małych sądów rejonowych jest typowym przykładem patrzenia na Polskę z punktu widzenia dwumilionowej stolicy. Taka likwidacja spowodowałaby dla obywateli dwu-, trzykrotne wydłużenie przejazdów, aby załatwić sprawę w sądzie i prokuraturze – stwierdził Maciej Strączyński, wiceprezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” w rozmowie z „Dziennikiem” w 2009 r.

Dziś, gdy koncepcje reform sprowadzają się do ograniczania sieci usług, mieszkańcy kolejnych wsi nagle budzą się na spalonej ziemi. Tamtejsza szkoła podstawowa – nierzadko zbudowana przez miejscową społeczność – przestała działać, lokalny urząd pocztowy został zamknięty, punkt apteczny zlikwidowano, tory kolejowe porosły krzakami, a PKS właśnie zawiesił ostatni kurs do miasteczka, w którym wciąż jeszcze da się załatwić najważniejsze sprawy i zrobić większe zakupy.

Bez kolei, bez pracy

Prof. Zbigniew Taylor z Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania Polskiej Akademii Nauk prowadził badania wśród mieszkańców 20 wsi dotkniętych likwidacjami połączeń kolejowych, w różnych częściach Polski. Wykazały one niezwykle mocno odczuwalne negatywne skutki ograniczania sieci kolejowejv.

Likwidacja pociągów na linii Małdyty – Malbork ograniczyła dostęp do lepszych szkół średnich: Czasem wybiera się gorsze szkoły z lepszym dojazdem, a nie lepsze z gorszym dojazdem. Na przykład mieszkańcy Waplewa Wielkiego wybierają szkoły w Sztumie, a nie w Malborku, właśnie ze względu na trudności związane z dojazdem.

Co więcej, badania wykazały, że likwidacje połączeń wymuszały na mieszkańcach odciętych wsi rezygnację z pracy: Aż 28% respondentów sygnalizuje utrudnienia w dotarciu do miejsc pracy po zlikwidowaniu pasażerskiego połączenia kolejowego, a niektóre osoby musiały wręcz zrezygnować z dotychczasowej pracy, np. mieszkańcy Przybrody z pracy w Poznaniu, Olbrachtowic – we Wrocławiu.

Badanie zwróciło również uwagę na konsekwencje rozlewające się poza odcięte miejscowości. Straciły na znaczeniu zakupy dokonywane w miastach położonych na trasie zlikwidowanego połączenia kolejowego. Jest to zjawisko niekorzystne nie tylko dla mieszkańców badanych wsi, ale również dla rozwoju ekonomicznego małych ośrodków miejskich […], gdyż podcina to podstawę ich egzystencji – podkreśla prof. Taylor.

Samochód w każdym gospodarstwie

Upadek transportu publicznego poza dużymi miastami wpycha Polaków w objęcia „luksusu” posiadania samochodu. Według danych GUS, o ile w 2002 r. na 1000 mieszkańców przypadało 288,6 samochodu osobowego, do 2009 r. wskaźnik ten wzrósł aż do 432,2.

Tabela 2. Liczba samochodów na 1000 mieszkańców w Polsce

Szczególnie wysoka jego wartość notowana jest w powiatach peryferyjnych. Przykładowo w woj. warmińsko-mazurskim dużą liczbą samochodów charakteryzują się położone na jego wschodnich obrzeżach powiaty olecki (426,2/1000 mieszkańców) czy węgorzewski (422,9), osiągając pod tym względem niemal średnią krajową – tymczasem Elbląg, należący do największych miast regionu, charakteryzuje się jedną z najniższych wartości na Warmii i Mazurach (347).

Podobnie w woj. podlaskim – największe „usamochodowienie” występuje na północno-wschodnich rubieżach Polski: w powiatach suwalskim (494,9) i sejneńskim (474,3), zaś najniższym wskaźnikiem charakteryzuje się stolica regionu, Białystok (315,5).

W woj. podkarpackim największą wartość wskaźnika osiąga peryferyjnie położony i bardzo rzadko zaludniony powiat bieszczadzki – 518,7, przy wojewódzkiej średniej 381.

Z kolei w woj. śląskim najwyższymi wartościami wskaźnika charakteryzują się położone na uboczu regionu powiaty myszkowski (547,9) oraz kłobucki (536,7). W wielu miastach ścisłej aglomeracji katowickiej, m.in. w Chorzowie, Bytomiu, Zabrzu czy Rudzie Śląskiej wysokość wskaźnika nie przekracza 400 samochodów osobowych na 1000 mieszkańców, nie tylko nie osiągając średniej dla województwa, ale nawet ogólnopolskiej.

W pierwszej dwudziestce najbardziej „usamochodowionych” powiatów znajdują się tylko dwa duże miasta (Sopot i Warszawa), reszta to powiaty ziemskie. Najwyższą wartość wskaźnik osiąga w położonym na krańcach woj. mazowieckiego powiecie sierpeckim – tu na 1000 mieszkańców przypada aż 658,1 samochodu!

Wbrew obiegowej opinii, to nie miłość Polaków do czterech kółek wpłynęła na ograniczenie połączeń kolejowych. Własne auto stanowiło po prostu dla wielu rodzin jedyne rozwiązanie problemu coraz gorszej jakości transportu publicznego. Obserwowany w Polsce boom na samochody – często sprowadzane z zagranicy pojazdy używane – ma zatem charakter wymuszonej motoryzacji. Wymuszonej z jednej strony niską jakością życia w miejscu zamieszkania na wielu obszarach Polski, z drugiej – upadkiem transportu publicznego, który powinien zapewniać dostęp do pracy, edukacji, podstawowych usług, nie wspominając już o kulturze i rozrywce.

Dr Michał Beim z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, stypendysta w Instytucie Mobilności i Transportu Politechniki w niemieckim Kaiserslautern, zwraca uwagę, iż wzrost liczby samochodów w Polsce staje się znaczący na tle Europy. – Liczba samochodów osobowych na tysiąc mieszkańców w Polsce pod koniec 2009 r. wynosiła 432 i choć nadal odbiega od danych z Włoch (605), Francji (492) czy Niemiec (504), to szybko rośnie. Dynamika wzrostu liczby samochodów na tysiąc mieszkańców znacznie przekraczała dynamikę w krajach tzw. starej Unii. […] W wielu z tych państw w połowie ostatniej dekady poziom motoryzacji osiągał historyczne maksimum i w ostatnich latach obserwuje się znaczące tendencje spadkowe! Trudno zatem mówić, że poziom rozwoju społeczno-gospodarczego idzie w parze z poziomem motoryzacji.

Autostopem do pracy

Prywatne samochody nie są jednak w stanie całkowicie zastąpić transportu publicznego. Wspomniany już prof. Taylor zwracał uwagę, iż nie rozwiązują one wszystkich problemów związanych z dostępnością: Szczególnie niekorzystna sytuacja istnieje w przypadku ludzi starszych, dzieci szkolnych, nastolatków, matek wychowujących dzieci, ludności ubogiejvi.

Potwierdza to dr Beim: Dla ludzi mieszkających w „Polsce powiatowej” samochody stają się niezbędne do normalnego życia. Na obszarach wiejskich czy małomiasteczkowych – o których kolej już zapomniała, a PKS-y omijają, coraz bardziej koncentrując się na obsłudze lukratywnych połączeń międzymiastowych – nie wszystkich jednak stać na samochody. Mieszkańcy skazani są więc na jazdę w urągających warunkach. Niestety, kończy się to czasem tragicznie.

W październiku 2010 r. pod Nowym Miastem nad Pilicą zginęło 18 osób, które samochodem dostawczym jechały do pracy w rejonie Grójca; większość siedziała na wstawionych do samochodu pniach. Wypadek drastycznie pokazał, co dzieje się, gdy transport publiczny przestaje funkcjonować. W Polsce jest coraz więcej obszarów, na których nie tylko niełatwo o zdobycie pracy, ale równocześnie coraz trudniej o regularny i dobrze zorganizowany transport, którym można dojechać do miejsc, gdzie istnieją możliwości zarobkowania.

Mamy kłopoty z wydostaniem się z Suliszowic, a później z dotarciem do domów. Musimy liczyć na pomoc sąsiadów mających samochody, kiedy musimy coś załatwić w mieście – skarżyła się na łamach „Dziennika Zachodniego” mieszkanka Suliszowic w powiecie myszkowskim. Gazeta doniosła, że mieszkańcom mniejszych miejscowości w okolicach Częstochowy, Kłobucka, Myszkowa i Lublińca coraz częściej pozostaje poruszanie się… autostopem. – Niektórzy z naszej wsi dochodzą do pobliskiej drogi wojewódzkiej i łapią okazję, bo inaczej nie dostaną się do Żarek czy Myszkowa – tak komunikacyjną codzienność na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej opisywała jedna z mieszkanek Czatachowy.

Masowe likwidacje kursów PKS często są skutkiem prywatyzacji tych przedsiębiorstw. Jednak gwarancji utrzymania sieci połączeń nie daje nawet komunalizacja, zwykle podczas przekształceń przeciwstawiana prywatyzacji. Andrzej Pograniczny, prezes PKS w Starogardzie Gdańskim, nie pozostawiał złudzeń: Jesteśmy powiatową spółką, ale to nie oznacza, że nie obowiązują nas reguły ekonomii. Była to wypowiedź dla „Dziennika Bałtyckiego” z sierpnia 2010 r., gdy przez Pomorze przeszła kolejna fala likwidacji połączeń autobusowych.

Transport anty-publiczny, rozwój anty-regionalny

Z transportem publicznym wiąże się dylemat, czy rozwinięta komunikacja zbiorowa ma funkcjonować wyłącznie na obszarach silnie zurbanizowanych, czy też powinna równocześnie stanowić narzędzie poprawiające dostępność komunikacyjną w regionach peryferyjnych. W Polsce pojęcia takie jak „transport publiczny”, „dostępność komunikacyjna” czy „mobilność” wciąż jednak zbyt rzadko pojawiają się w opracowaniach z zakresu polityki społecznej czy polityki rozwoju regionalnego.

Prof. Krystian Heffner z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach, zajmujący się problematyką rozwoju małych miast i obszarów wiejskich, podkreśla: Głównym ograniczeniem rozwojowym dla wielu małych miast jest słaba dostępność komunikacyjna. Rekomendacją skierowaną do polityki regionalnej jest intensywne wzmacnianie dostępności (komunikacyjnej, transportowej) małych miastvii.

Zwraca również uwagę, że w polityce rozwoju regionalnego małe miasta mogą odgrywać istotną rolę pośredniczenia między największymi aglomeracjami a obszarami wiejskimi: Znaczenie małych miast dla rozwoju obszarów wiejskich ma ścisły związek z ich dostępnością i jakością powiązań z metropoliami.

Problem w tym, że w obliczu pogarszającej się dostępności komunikacyjnej – między małymi miastami a obszarami wiejskimi (cięcia w ofercie PKS) oraz między małymi miastami a metropoliami (cięcia połączeń kolejowych) – rola ta staje się mocno teoretyczna. W efekcie, różnice w poziomie rozwoju wsi, małych i średnich miast oraz dużych aglomeracji coraz bardziej się pogłębiają.

Tymczasem dopiero wzrost poziomu życia na prowincji – a nie tylko bogacenie się mieszkańców największych zespołów miejskich – będzie sygnałem, że w Polsce zachodzi prawdziwy rozwój regionalny.

Przypisy:

i EU energy and transport in figures – statistical pocketbook 2010, Publications Office of the European Union, Luxembourg.

ii Dane dostępne są na stronie internetowej http://www.pigtsis.pl. Dane świeższe niż za 2008 r. nie są dostępne.

iii Informacja o wynikach kontroli działalności państwowego przedsiębiorstwa użyteczności publicznej „Poczta Polska”, z uwzględnieniem przepływów finansowych i jakości świadczonych usług, Najwyższa Izba Kontroli – Delegatura we Wrocławiu, listopad 2009 r.

iv Piotr Miączyński, Leszek Kostrzewski, Poczta znika ze wsi, „Gazeta Wyborcza”, 2 listopada 2010 r.

v Zbigniew Taylor, Zamknięcia dla ruchu pasażerskiego linii kolejowych w Polsce i ich społeczne konsekwencje, „Przegląd Geograficzny” nr 3/2003.

vi Zbigniew Taylor, Przestrzenna dostępność miejsc zatrudnienia, kształcenia i usług a codzienna ruchliwość ludności wiejskiej, „Prace Geograficzne” nr 171, 1999.

vii Krystian Heffner, Funkcjonowanie małych miast w systemie osadniczym Polski w perspektywie 2033 r. – ekspertyzy do Koncepcji Przestrzennego Zagospodarowania Kraju 2008-2033, Ministerstwo Rozwoju Regionalnego, 2008.

My-Pyrrusowie, czyli fiasko demokracji lokalnej

Jak trudno przełamać monopol wielkich partii i znanych nazwisk w pseudodemokracji, pokazuje przykład ruchu My-Poznaniacy. Niewiele zabrakło mu do odniesienia sukcesu w ostatnich wyborach samorządowych.

Komentując na gorąco ich wyniki, Tomasz Lis stwierdził, że w skali kraju zwycięstwo odniosły dwie partie – Platforma Obywatelska oraz Partia Urzędujących Prezydentów. Stwierdzenie tyleż efektowne, co płytkie. Gdy się bowiem przyjrzeć frekwencji, zwycięzcą okaże się Partia Marazmu, zrzeszająca Polaków ponad podziałami. Jej program to obojętność obywatelska, niechęć wobec polityki i niewiara w sens wyborów. Dzięki liczebności i naiwnej bezinteresowności, rozdaje karty na wszystkich szczeblach władzy, nie czerpiąc z tego żadnych profitów.

Jako typowa partia protestu, zrzesza ona wszystkich, którzy nie chcą, nie umieją albo nie mają czasu spróbować zrozumieć, w jaki sposób obywatel może i powinien brać czynny udział w demokracji. Są w niej ci, którzy na wybory nie chodzą – ostatnio aż 52,68% obywateli. Są też tacy, którzy chodzą z przeświadczeniem, iż nie ma na kogo głosować (1,7 mln nieważnych głosów w wyborach do sejmików) lub wybierają tzw. mniejsze zło. Są wreszcie ci, którzy wybierają jedną z czterech „kanonicznych” partii z pełnym przekonaniem, choć zazwyczaj bez orientacji w ich programach. Co ich łączy? Bezrefleksyjne przekonanie, że władza to nie my, ale oni, a demokracja to odpowiedzialność nie nasza, lecz ich.

Przykład z Poznania

Stolica Wielkopolski rządzona jest od 1998 r. przez Ryszarda Grobelnego, sztandarową postać Partii Urzędujących Prezydentów. W 1990 r. został on członkiem pierwszej demokratycznie wybranej rady miejskiej, a w 1992 r. Zarządu Miasta. Prezydentem Poznania był wówczas Wojciech Szczęsny Kaczmarek z Unii Demokratycznej. Grobelny należał wtedy do Kongresu Liberalno-Demokratycznego, z którym wkrótce przystąpił do partii swojego pryncypała. Koalicja AWS-UW wyniosła go w 1998 r. na fotel prezydenta.

Poznań to miasto, w którym zawsze doskonałe wyniki osiągały ugrupowania liberalne i konserwatywne. Umiejętnie lawirując między interesami partyjnymi, prezydent rok po roku umacniał swą pozycję, dzieląc miejskie pieniądze i posady. Jako sprawny technokrata i pojętny uczeń specjalistów od public relations dorobił się miana dobrego gospodarza, rozumiejącego potrzeby mieszkańców. Ze względu na niską świadomość wyborców w kwestii praw i obowiązków radnych oraz prezydenta, a także ze względu na dominację dość zbliżonych programowo partii, Grobelny nigdy nie miał poważniejszych przeciwników.

Nawet gdy wprowadzono bezpośrednie wybory, w pierwszej batalii pokonał swego byłego szefa, Kaczmarka, popularnego i barwnego, lecz nie posiadającego silnego zaplecza politycznego. Natomiast w 2006 r., po niespodziewanej porażce w I turze, rozgromił mało znaną posłankę PO – Marię Pasło-Wiśniewską. W obu przypadkach frekwencja nie przekroczyła 50%, a kandydaci z innych stron sceny politycznej nie mieli żadnych szans.

Żadna z pierwszoplanowych postaci poznańskiej polityki nigdy nie stanęła w szranki z Grobelnym, który po rozpadzie UW pozostał bezpartyjny. W partiach przyjął się zwyczaj wystawiania kontrkandydatów, ale nigdy takich, którzy mieliby realne szanse na zwycięstwo. Po kampanii opanowana przez PO z „przystawkami” Rada Miasta ściśle współpracowała z dawnym kolegą, desygnując także swoich ludzi do Urzędu Miasta. Polityczno-środowiskowo-koleżeński układ cieszył się sympatią lokalnego biznesu (z Janem Kulczykiem na czele), wpływowych postaci Kościoła oraz elit uzależnionych od miasta lub przedsiębiorców. Pozbawiony był przy tym konkurencji, ze względu na wyjątkową słabość partii opozycyjnych.

W demokracji brak konkurencji prowadzi do tego, że rządząca większość zaczyna lekceważyć oczekiwania wyborców. Tak właśnie zaczęło się dziać w Poznaniu. Będący kiedyś liderem przemian i stawiany za wzór innym ośrodkom, stał się przez lata rządów Grobelnego i PO dość prowincjonalnym miastem uniwersyteckim, gdzie przychylność wobec wielkich biznesmenów stanowi jedyny wyznacznik rozwoju.

Pierwsze rysy na lukrowanym obrazie malowanym przez rządzących pojawiły się wraz z oskarżeniem prezydenta o niegospodarność przy zbywaniu gruntów. Okazało się bowiem, że państwu Kulczykom lekką ręką podarowano 7 mln zł, sprzedając grunt – przeznaczony na park – z pozwoleniem na rozbudowę centrum handlowego Stary Browar. Sprawa może rozeszłaby się po kościach – wydany w tej sprawie przez sąd wyrok skazujący okazał się nieważny – gdyby z innych stron miasta nie zaczęły dochodzić odgłosy kolejnych afer i konfliktów.

A to mieszkańcy willowego Edwardowa spostrzegli, że pod oknami ich domów ma przejść wadliwie zaprojektowana tzw. III rama komunikacyjna, czyli miejska, trzypasmowa autostrada. Można ją było odsunąć o 200 m, ale… deweloper miał już tam zaklepany teren pod bloki. A to na Ratajach miejscowa społeczność zauważyła, że deweloper przymierza się do budowy osiedla w miejscu przewidzianym na park. A to w Smochowicach zorientowano się, że w pobliskim lesie ma powstać pole golfowe, zaś w bezpośrednim sąsiedztwie urokliwego Parku Sołackiego planowana jest budowa bloków. Mieszkańcy Poznania zaczęli zdawać sobie sprawę, że miastem rządzą politycy bez wizji, urzędnicy bez wyobraźni i deweloperzy bez skrupułów.

Kupą, mości panowie

Postępująca degrengolada i rosnąca arogancja władz musiały się spotkać z reakcją. Na gruncie konfliktów w różnych częściach miasta, gdzie zawsze po jednej stronie był interes mieszkańców, po drugiej zaś instytucji państwowej czy komunalnej lub prywatnego przedsiębiorcy współpracującego z Urzędem Miasta, powstało Stowarzyszenie My-Poznaniacy.

Pod jego szyldem spotkali się zaangażowani obywatele, niektórzy działający wcześniej w partiach, inni aktywni w radach osiedli, wszyscy natomiast poirytowani obecnym stanem rzeczy. Przyjęto zasadę, że nikt nikogo nie pyta o poglądy polityczne. W ten sposób udało się w krótkim czasie stworzyć skuteczną opozycję obywatelską. Radni i Urząd Miasta musieli przyjąć do wiadomości, że ich działania są monitorowane i oceniane przez coraz lepiej zorganizowanych mieszkańców.

Podczas gdy zaczynały się tworzyć obywatelskie grupy samoobrony, politycy snuli wielkie plany. Lokalny baron PO, poseł Waldy Dzikowski, postanowił w pięknym stylu wygrać wybory miejskie. W tym celu przyjął do partii prezydenta Grobelnego, obiecując, że będzie on jej kandydatem. W ten sposób Grobelny zapewniał sobie reelekcję, a PO miażdżące zwycięstwo, bowiem PiS niemal przestało istnieć po wyrzuceniu z partii popularnego europosła Marcina Libickiego i odejściu związanych z nim działaczy, zaś słabnący od dawna lokalny SLD nie potrafił nawet namówić do kandydowania swojej jedynej lokalnej posłanki, b. minister Krystyny Łybackiej. Już wczesną wiosną 2010 r. jesienne wybory samorządowe wydawały się być rozstrzygnięte.

W tym samym czasie przez Poznań zaczęły się jednak przetaczać demonstracje. I tak, ok. 2 tys. anarchistów oraz mieszkańców miasta manifestowało w obronie zagrożonego eksmisją squatu Rozbrat, stanowiącego jedyne w swoim rodzaju centrum kultury niezależnej. Z kolei uczniowie renomowanego liceum demonstrowali przeciwko poznańskiej kurii, próbującej narzucić absurdalnie wysoki czynsz szkole, której budynek niedawno odzyskała. Absolutnie niezwiązane ze sobą wydarzenia pokazywały, że w statecznych poznaniakach narasta zniecierpliwienie postępowaniem miejscowych elit.

Sporą popularność wśród niezadowolonych zyskał jeden z założycieli i liderów Stowarzyszenia – Lech Mergler. Inżynier, który stworzył i przez lata prowadził czasopismo o książkach, animator lokalnego życia kulturalnego i były aktywista Zielonych 2004, pełnił rolę nieformalnego rzecznika ruchu sprzeciwu. Jego wystąpienia można było usłyszeć na demonstracjach, zobaczyć w telewizji i przeczytać na specjalnie stworzonej stronie internetowej. Stał się postacią na tyle medialną, że lokalny dodatek do „Gazety Wyborczej” opublikował tekst, w którym namaszczał go na niezależnego kandydata na prezydenta. W samym Stowarzyszeniu ożywiła się debata na temat udziału w wyborach. Nie podjęto jednak żadnych decyzji, a sam Mergler zachował dystans wobec prasowych pomysłów.

Gdy zaczęto układać listy wyborcze, a Platforma dogadywała z prezydentem szczegóły programowe i personalne, wybuchł skandal. Wiceprezydent, Sławomir Hinc z PO podjął próbę spacyfikowania aktywności publicznej artystów Teatru Ósmego Dnia, którzy ujęli się za krytykowanym przez poznańskich polityków Januszem Palikotem. Urzędnik, który już wcześniej był krytykowany za niekompetencję i arogancję, wywołał swoimi naciskami dyskusję, w którą mocno zaangażowali się lokalni intelektualiści, animatorzy kultury, dziennikarze oraz działacze obywatelscy.

Prof. Tomasz Polak nazwał rzecz po imieniu, pisząc o „zblatowanych poznańskich elitach” – niezdolnych do dialogu społecznego i działających według towarzyskiego klucza dla doraźnych interesów. Wywołał także postać Merglera, wskazując na Stowarzyszenie My-Poznaniacy jako siłę zdolną przedstawić punkt widzenia krytycznie nastawionych mieszkańców. Stowarzyszenie, widząc potrzebę zaprezentowania alternatywnej wizji miasta, zdecydowało się na start w wyborach. Ponieważ wiceprezes Mergler uznał swą kandydaturę za zbyt radykalną dla liberalno-konserwatywnych poznaniaków, postanowiono wystawić w wyścigu prezydenckim Jacka Jaśkowiaka, prawnika, przedsiębiorcę i filantropa. Na liście kandydatów do Rady Miasta oprócz działaczy Stowarzyszenia mieli znaleźć się przedstawiciele innych środowisk niezadowolonych z sytuacji w Poznaniu.

Wiatr zmian

Stowarzyszenie My-Poznaniacy jako jedyne posiadało gotowy alternatywny program dla miasta, a także wygodną pozycję trybuna ludowego, nie uwikłanego w polityczne rozgrywki. Liczyło także na wsparcie innych organizacji działających na rzecz postaw obywatelskich i transparentności władzy. Niestety, szybko okazało się, że sytuacja nie jest aż tak komfortowa.

Wiele organizacji pozarządowych, działaczy społecznych oraz animatorów kultury odmówiło przystąpienia do Komitetu Wyborczego Wyborców Porozumienie My.Poznaniacy, obawiając się – nie bez podstaw – szykan finansowych i organizacyjnych ze strony zwycięskiego prezydenta (miasto) lub partii (województwo). Ostatecznie do Komitetu oprócz członków Stowarzyszenia przystąpili ekolodzy, specjaliści od transportu, działacze rad osiedli, studenci, animatorzy kultury i aktywni mieszkańcy.

Na dodatek konkurencyjne komitety postanowiły podkupić część osób, które już złożyły akces do Porozumienia czy nawet je współtworzyły. Dobry przykład takich działań to sprawa Adama Pawlika. Wsławiony skuteczną walką z miastem i deweloperami o Park Rataje, zdobywca nagrody lokalnego wydania „Gazety Wyborczej” – Białej Pyry, popularny działacz ratajski i członek Stowarzyszenia, został pełnomocnikiem Komitetu My.Poznaniacy, aby kilka dni później ogłosić start z listy… prezydenta Grobelnego. Swój wybór argumentował obietnicą realizacji parku, o który tak zaciekle walczył z prezydentem. Wolta Pawlika, tłumaczona przez niego dość racjonalnie interesem mieszkańców, spotkała się, co zrozumiałe, z bardzo emocjonalną reakcją członków Stowarzyszenia.

W ostatniej chwili na start z innej listy zdecydował się także kolejny prominentny członek Stowarzyszenia – były wojewoda, Tadeusz Dziuba. W jego przypadku nie można raczej mówić o prostej korupcji politycznej, lecz o konflikcie lojalności. Związany z PiS urzędnik został poproszony przez Jarosława Kaczyńskiego o wzmocnienie partii, osłabionej w regionie, zostając jej kandydatem na prezydenta miasta. W momencie, gdy przeciw działaczom społecznym stanęły cztery silne komitety, szanse na wejście do Rady zmalały niemal do zera.

Wiele jest problemów, z którymi musi borykać się komitet tworzony bez wsparcia partii politycznej oraz oparcia we władzy i/lub biznesie. Są to m.in. brak bazy organizacyjnej, środków finansowych, sprawnego mechanizmu podejmowania decyzji oraz gotowych procedur działania. Tymczasem prawo nakłada na startujących w wyborach wiele ograniczeń. Przykładowo, kampania może być prowadzona tylko w wyznaczonym okresie, po oficjalnej rejestracji komitetu wyborczego oraz list kandydatów. Do tego momentu nie można także zbierać pieniędzy, stąd organizacje społeczne, nie posiadające majątku ani odpowiedniej zdolności kredytowej, mają nieraz kłopot nawet ze zgromadzeniem w odpowiednim czasie środków na skromne biuro z telefonem. Wobec powyższych, aby skutecznie prowadzić akcję wyborczą, trzeba mieć wyrobioną wcześniej markę i sprawne struktury, albo oprzeć się na szerokim ruchu społecznym. Koalicji My.Poznaniacy zostało to drugie rozwiązanie.

Pospolite ruszenie zawiązane wokół Stowarzyszenia posiadało niestety wszelkie wady tego typu przedsięwzięć. Po pierwsze, jednoczyło ludzi z rozmaitych środowisk oraz o różnym doświadczeniu i światopoglądzie, co powodowało konflikty wewnętrzne. Po drugie, powstało zbyt późno, by sensownie zaplanować kampanię wyborczą. Wielu kandydatów i wolontariuszy nie mogło już odwołać zaplanowanych wyjazdów, przez co ich aktywność w kampanii była ograniczona. Po trzecie, nie posiadało silnego przywództwa, które mogłoby w powstałym chaosie narzucić konkretne rozwiązania. Po czwarte, było nieodporne na mocne ciosy ze strony lepiej zorganizowanych politycznych armii zaciężnych, co skutkowało rejteradami ważnych działaczy.

Jednak mimo tego, że działania były słabo skoordynowane, a dyskusje często zbaczały na boczne tory, udało się wypracować prostą i (jak się okazało) dość skuteczną strategię wyborczą. Ponieważ rozpoznawalność marki Stowarzyszenia i kandydata na prezydenta była bardzo mała, postanowiono skupić się na promocji szyldu My-Poznaniacy oraz osoby Jacka Jaśkowiaka. Korzystając z silnej wśród poznańskiej inteligencji potrzeby zmian, skierowano komunikat do tej wąskiej, ale ciągle wpływowej grupy społecznej. Poszerzenie grupy docelowej w tak krótkim czasie byłoby bowiem bardzo trudne. Stworzono prostą i chwytliwą identyfikacją wizualną, opartą na wyraźnym logotypie oraz haśle „Europejski Poznań”.

Listy kandydatów uporządkowano, tworząc pasma z przypisanymi stałymi pozycjami: Liderzy, Mobilne Miasto, Zielony Poznań, Studenci dla Poznania, Samorządne Osiedla, Społeczności Lokalne, Aktywni Mieszkańcy, Ostatnie – Kultura. W ten sposób każdy wyborca mógł łatwo odnaleźć na liście w swoim okręgu kandydata, który zabiega o sprawy dla niego najważniejsze. Zdecydowanie postawiono na promocję liderów list oraz konkretnych pasm.

Wielkim wysiłkiem kandydatów i wolontariuszy udało się stworzyć materiały wyborcze: stronę internetową, ulotki, profil na Facebooku, blogi kandydatów na radnych i prezydenta, a także zorganizować kilka ciekawych akcji ulicznych. Niestety, zabrakło czasu na należyte przeprowadzenie kampanii telewizyjnej i radiowej w bezpłatnym czasie antenowym oraz większą ilość działań niestandardowych.

…biednym zawsze w oczy

Tu pojawia się kolejny problem z prowadzeniem niezależnej kampanii w obliczu ograniczonych środków finansowych – rozporządzenia lokalnych władz. W Poznaniu Rada Miasta wprowadziła zakaz wieszania plakatów na dyktach, a więc stosowania podstawowego i stosunkowo taniego nośnika promocyjnego. Uchwaliła zatem prawo, które w jawny sposób promowało kandydatów partii politycznych, wydających lekką ręką pieniądze na ogromne siatki reklamowe, billboardy, spoty telewizyjne i radiowe.

Inne „ciekawe” działanie władz samorządowych to szykany, jakim poddawani byli mieszkańcy miasta nie posiadający tutaj meldunku. Aby zarejestrować się na liście wyborców, obywatel musiał nie tylko złożyć odpowiednie oświadczenie, ale jeszcze przedstawić dowód, że faktycznie jest związany z miastem. Zazwyczaj uznawane były dokumenty w rodzaju umowy najmu mieszkania czy umowy o pracę, lecz np. już nie zaświadczenie o reprezentowaniu stowarzyszenia kulturalnego działającego w Poznaniu od lat. Dodatkową „atrakcją” dla starającego się o wpis było pełne wyższości pouczenie o konieczności meldunku. Mimo szeroko zakrojonej akcji protestacyjnej kandydatów z pasma Studenci dla Poznania, polityka władz nie została zmieniona.

Wachlarz działań broniących „poznańskiej demokracji” przed atakiem aktywnych mieszkańców został uzupełniony o bezczelne zapożyczenia programowe. Stowarzyszenie My-Poznaniacy jako jedyne zaprosiło do współpracy ekspertów i razem z nimi przygotowało kompleksowy program rozwoju miasta. Żadna z partii politycznych ani sam prezydent nie pokusili się o przedstawienie alternatywnej wizji, zadowalając się przejęciem kilku najbardziej nośnych elementów programu stowarzyszenia obywatelskiego. Mając przewagę medialną i promocyjną, konkurenci Stowarzyszenia bez trudu dokonali skojarzenia ze swoim wizerunkiem takich pomysłów, które wcześniej były przez nich ignorowane lub nawet zwalczane.

Nagle prezydent Grobelny stał się orędownikiem konsultacji społecznych oraz obiecał realizację Parku Rataje, o którą wcześniej społecznicy musieli walczyć w sądach. Z kolei kandydaci SLD umieścili na sztandarach postulat przeniesienia cywilnego lotniska na miejsce bazy F-16 i eksmisji tej ostatniej poza miasto. Kandydaci PO natomiast nagle zachwycili się ideą rewitalizacji śródmiejskich dzielnic oraz pomysłem stworzenia centrum kultury w Starej Gazowni, choć wcześniej podobne pomysły torpedowali, współpracując lojalnie z Urzędem Miasta.

Główne hasło wyborcze My.Poznaniacy – „Europejski Poznań” – zostało przyswojone przez komitet prezydenta, który początkowo głosił, że Poznań ma być miastem nr 1… w Polsce. Krytyka władz za niszczącą przestrzeń miejską przychylność dla biznesu deweloperskiego, będąca od lat jednym z podstawowych motywów działań (medialnych i prawnych) Stowarzyszenia – została przejęta przez SLD. Podobnie jak sprzeciw wobec rozkładu programu rewitalizacji śródmieścia. PiS z kolei rozwinął retorykę aplauzu dla ruchów obywatelskich, a wszystkie komitety, nagle, stały się zwolennikami komunikacji publicznej i rowerowej. Dalsze przykłady można by mnożyć.

Tu dochodzimy do kolejnej przeszkody – bariery medialnej. Lokalne środki masowego przekazu starały się rzetelnie relacjonować przebieg wyborów, jednak publikowane sondaże przez wiele tygodni ignorowały start Stowarzyszenia. Kiedy zaś pojawiło się ono w zestawieniach, nigdy, podobnie zresztą jak jego kandydat na prezydenta, nie przekroczyło 5% poparcia. Jak pokazały wyniki wyborów oraz potwierdziły zakulisowe wypowiedzi dziennikarzy, sondaże na poziomie lokalnym są przygotowywane mniej rzetelnie niż ogólnopolskie, m.in. ze względu na ograniczenia budżetowe.

Nie przeszkadza im to jednak mieć sporego wpływu na decyzje wyborców, których część przyznawała dziennikarzom już po głosowaniu, że oddała głos na kogoś innego ze względu na brak szans Stowarzyszenia na wprowadzenie kandydatów do Rady. Do niemal wszystkich mediów udało się przedostać jedynie z komunikatem o komitecie poparcia, którego skład był na tyle imponujący, że trudno było zbyć milczeniem jego ogłoszenie.

Chwała zwyciężonym

My-Poznaniacy zmobilizowali swoje szeregi, przeprowadzili żywiołową, choć nie zawsze skoordynowaną kampanię. Popierany przez nich Jacek Jaśkowiak zajął w wyścigu prezydenckim wysokie 4. miejsce, uzyskując 7,5% głosów i wyprzedzając nawet silnie promowanego kandydata SLD (zwyciężył ponownie Ryszard Grobelny, otrzymując w drugiej turze 2/3 głosów przy frekwencji poniżej 25%). Jeszcze lepszy był wynik całego komitetu – na listy jego kandydatów padło 9,5% głosów w wyborach do Rady Miasta. Ale… nic z tego nie wynikło.

Wielu wyborców zapewne nie wie nawet, że w wyborach do Rady Miasta przekroczenie progu 5% nie gwarantuje mandatów, a jedynie prawo do uczestnictwa w ich podziale. Ba, algorytm używany w ramach tzw. metody d’Hondta sprawia, że nawet wynik niemal 10-procentowy nie daje pewności zdobycia choćby jednego miejsca w Radzie. Wyborcy, którzy uwierzyli w możliwość drobnej zmiany w pejzażu politycznym, mieli prawo poczuć się wystawieni do wiatru.

Porozumienie My.Poznaniacy odniosło jednak niezaprzeczalny sukces. Bez zaplecza materialnego i organizacyjnego, kosztem kilkudziesięciu tysięcy złotych, pokazało, że można przekroczyć próg wyborczy i walczyć z partiami politycznymi jak równy z równym. Wprowadziło też do debaty kwestie dotychczas ignorowane przez polityków. Sprawiło, że zadufana w sobie i pewna zwycięstwa Platforma Obywatelska straciła większość w Radzie Miasta. Odebrało jej bowiem głosy wyborców, którzy partię Tuska traktowali jako mniejsze zło, a nie jako atrakcyjną samą w sobie ofertę polityczną.

Wszystko to jednak zwycięstwa pyrrusowe. Nie udało się bowiem zdobyć przyczółka w Radzie Miasta, który mógłby posłużyć do budowy długofalowej alternatywy dla panoszących się w samorządzie drugorzędnych polityków i pierwszorzędnych karierowiczów. Smutny wniosek jest taki, że polska demokracja więdnie, ponieważ nie zostały przewidziane mechanizmy wchodzenia nowych ludzi do polityki. Przykład poznański pokazał, że nie jest to niemożliwe na poziomie lokalnym. Jednak w skali ogólnopolskiej osiągnięcie wyniku 9,5% przez jakąkolwiek siłę oddolną jest właściwie niewykonalne.

O ile w dużym mieście można znaleźć kilkudziesięciu walecznych społeczników, samowystarczalnych przedsiębiorców, ambitnych studentów oraz kilku przychylnych dziennikarzy czy specjalistów od komunikacji, którzy rzucą wyzwanie okopanemu establishmentowi, na poziomie Polski centralnej czy nawet powiatowej wydaje się to absolutnie nieosiągalne.

Partia Marazmu, wygrywająca od wielu lat wszystkie wybory, jest efektem ubocznym konsekwentnych działań ustawodawczych i wieloletnich zaniechań. Umocnieniu jej pozycji służy zarówno niedorozwinięta ordynacja wyborcza, przestarzałe przepisy administracyjne i zblatowane elity polityczne. Jej głównym sponsorem jest państwo, lekką ręką finansujące zamknięty układ, który pod przykrywką porządkowania sceny politycznej wprowadził monopol kilkudziesięciu najbardziej obrotnych działaczy. Jeśli ktokolwiek jest na tyle szalony, żeby spróbować ten monopol złamać, choćby na szczeblu lokalnym, musi niestety w obecnych realiach liczyć się z niechybną klęską.

O pracę i płacę

„Roszczeniowe związki zawodowe sterroryzowały Warszawę” – w dużych mediach dominują podobnie „pogłębione” i „obiektywne” informacje o pracowniczych protestach. Jednak historia ostatnich dwudziestu lat wyraźnie pokazuje, że ludzie rzadko strajkują bez poważnego powodu. Pokazuje ona też, że zdeterminowani pracownicy potrafią zwyciężać w ważnych walkach. Oto kilka ważnych przykładów z dziejów III RP.

Lekcja dla rządu

Palone opony i huk petard nie pasują do nauczycieli. – Po naszych przemarszach nie pozostawał nawet papierek – podkreśla Sławomir Broniarz, przewodniczący Związku Nauczycielstwa Polskiego. Pierwszy strajk, w 1992 r., trwał jeden dzień. Rok później belfrowie protestowali trzy tygodnie. – Rząd chciał znieść Kartę Nauczyciela oraz ograniczyć zatrudnienie w każdym sektorze budżetówki o 10% – wyjaśnia Stefan Kubowicz, przewodniczący Sekcji Krajowej Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”.

Choć strajk miał objąć cały sektor państwowy, na placu boju nauczyciele zostali sami. Szef oświatowej „eski” wspomina, że rząd prowokował ich do strajku, powtarzając, iż nie są w stanie go zorganizować. Ostatecznie, dzięki protestom udało się utrzymać zatrudnienie i zasady pracy tej grupy zawodowej.

Kolejny raz władze chciały dokonać zamachu na Kartę Nauczyciela w 1998 r. – To był czas reformy edukacji ministra Handkego – wyjaśnia Broniarz. Dzięki niemal tygodniowej okupacji Ministerstwa Edukacji Narodowej doszło do ponownych rozmów z nauczycielami. – To już nie był dyktat MEN, jak poprzednio, tylko normalne negocjacje – relacjonuje szef ZNP.

Mocnym akcentem zakończył się rok 2007. – Roman Giertych próbował przeprowadzić reformy spraw, o których nie miał pojęcia – mówi Broniarz. ZNP przeprowadził wówczas jednodniowy strajk. – Dzięki niemu resort zmienił nastawienie, również w kwestii podwyżek – nie kryje zadowolenia mój rozmówca, wspominając wzrost płac w branży o 10%. Udało się również zmusić resort do debaty na temat wcześniejszych emerytur. W jej efekcie nauczyciele utrzymali swój przywilej rok dłużej.

Już w 2008 r. doszło do następnego konfliktu pedagogów z ministerstwem. Jak poprzednio, przez stolicę przemaszerowała demonstracja 12 tys. nauczycieli. Kolejnym podobieństwem był powrót do dyskusji nad statusem zawodowym tej kategorii pracowników. – Negocjacje z minister Hall doprowadziły do utrzymania pensum nauczycielskiego, powołano także dwa zespoły dyskutujące o czasie i warunkach pracy. Nauczyciele jako jedyna grupa zawodowa w kolejnym roku otrzymali znaczące podwyżki – wylicza Broniarz. Udało się też utrzymać Kartę Nauczyciela, którą Hall chciała zlikwidować. – Ten dokument normalizuje stosunki zawodowe 600-tysięcznej rzeszy pracowników – wyjaśnia prezes ZNP. – Nie chodziło jednak tylko o warunki pracy, lecz o polską edukację. Przeniesienie ciężaru jej wsparcia na poziom lokalny oznaczałoby ogromne różnice edukacyjne, będące odbiciem możliwości finansowych poszczególnych samorządów.

Podczas kampanii wyborczej PO odwoływała się do środowiska nauczycielskiego. Symbolem jej faktycznego podejścia do tej grupy było otoczenie budynku MEN kordonem policji. – Wszystkie światowe agencje pokazały, jak ministerstwo edukacji broni się przed nauczycielami – wytyka Broniarz.

Głodować, by mieć co jeść

Cel walki pielęgniarek był podobny do zmagań nauczycieli – postulatom płacowym towarzyszyło domaganie się szacunku. Z protestami „białego personelu” mieliśmy do czynienia od początku lat 90. Choć niekiedy dramatyczne w przebiegu, a w niektórych latach bardzo liczne (w 1993 r. aż 100), nie wychodziły one poza poszczególne placówki, czasem tylko obejmując część regionu.

Sytuacja zmieniła się w 1999 r., gdy na skutek „reform” rządu AWS-UW w służbie zdrowia doszło do zwolnienia 46 tys. osób, z których 14 tys. miało problemy ze znalezieniem nowego zajęcia. Na kolejny rok planowano zwolnienie 24 tys. pracowników medycznych średniego i wyższego szczebla. Likwidacji miejsc pracy towarzyszyły coraz niższe realne zarobki. W 1993 r. wynosiły one 82,8% przeciętnej płacy, w 2000 r. już 77,4%, przy czym są to wartości uśrednione dla całego lecznictwa, w obrębie którego istniały duże rozbieżności między lekarzami a pielęgniarkami.

Już w 1995 r. Jacek Wutzow z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy (późniejszy wiceminister zdrowia w rządzie Buzka) oznajmił, że to koszmarny absurd, by lekarze swoje pensje musieli negocjować z salowymi i personelem administracyjnym. Rok później lekarze walczyli wyłącznie „o swoje”. Choć ogólnopolski protest w styczniu 1999 r. był wspólny, w mediach dominowały postulaty lekarzy, mimo że to pielęgniarki okupowały Ministerstwo Zdrowia i to z nimi zawarto porozumienie, które nie doczekało się finalizacji.

W tej sytuacji, 20 maja 2000 r. pielęgniarki rozpoczęły okupację Ministerstwa Pracy i Polityki Socjalnej, połączoną z głodówką. Gdy 1 czerwca policja siłą usunęła kobiety z budynku, protestujące rozlokowały się przed nim i głodowały aż do lipca. Na znak solidarności rozpoczęła się okupacja ośmiu Kas Chorych oraz zorganizowano 30-tysięczną manifestację w stolicy.

Po kolejnej demonstracji, zorganizowanej 9 lipca i trwającej całą noc, rząd skapitulował i podpisał porozumienia. Szybko jednak okazały się obietnicami bez pokrycia. Rozczarowane pielęgniarki już 14 września demonstrowały pod Sejmem i zapowiedziały nową falę protestów. Rozpoczęła się w październiku w województwach łódzkim i pomorskim, stopniowo obejmując cały kraj. Grudzień był miesiącem strajku generalnego, połączonego z okupacją resortu zdrowia przez ponad 500 kobiet; okupowano także siedziby Kas Chorych. Towarzyszyły temu demonstracje, blokady ulic, głównych szlaków komunikacyjnych i przejść granicznych. Ostatecznie protesty zakończyły się dopiero w styczniu 2001 r., po uchwaleniu tzw. ustawy 203, która przyznawała pielęgniarkom podwyżkę o tyle właśnie złotych. Siostry jeszcze kilka lat walczyły w sądach o jej realizację.

Drugim wielkim protestem było tzw. Białe Miasteczko, zorganizowane na bazie rozczarowania postawą polityków. 19 czerwca 2007 r. pod Kancelarię Premiera przyszło 11 tys. pielęgniarek. Cztery z nich udały się na umówioną rozmowę z Jarosławem Kaczyńskim. Premier odmówił spotkania, więc siostry zostały w środku, zaś ich koleżanki czekały przed Kancelarią. 20 czerwca o 7.19 protestujące pielęgniarki zostały przez policję siłą zepchnięte z jezdni. W odpowiedzi rozbiły namioty. 19 minut po każdej godzinie, przez pół godziny „budziły sumienie rządu” – hałasowały przy użyciu plastykowych butelek z kamykami, trąbek i bębnów, przypominając o niezałatwionych sprawach i niedotrzymanych obietnicach.

Nastąpiła oddolna samoorganizacja: miasteczko miało swoją burmistrz, służby porządkowe i sanitarne, uniwersytet i estradę. Spotkało się też ze wsparciem innych grup pracowniczych, na miejscu pojawili się m.in. górnicy i nauczyciele. Akcję wspierali warszawiacy. Pielęgniarki odwdzięczały się, robiąc badania poziomu cukru czy EKG. Poparcie dla protestujących sięgało 92%.

Miasteczko zwinięto po 27 dniach. – Efektem protestów była tzw. ustawa wedlowska, określająca procent środków idących z NFZ do placówek, mający stanowić wynagrodzenia – wyjaśnia Zdzisław Bujas, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych w regionie łódzkim. Zastrzega jednak, że niestety jeśli chodzi o ich późniejszy podział, to było różnie, zdarzało się np. że 90% tej kwoty trafiało do lekarzy.

To doprowadziło do kolejnych strajków już jesienią. – Obie fale protestów toczyły się o prestiż i rangę naszego zawodu, który jest w społeczeństwie ogromnie potrzebny, bo ludzie chorowali, chorują i chorować będą – podsumowuje Dorota Gardias, szefowa OZZPiP. I dodaje: To smutne, że musimy się uciekać do tak drastycznych metod, by uświadomić politykom, że przyjdzie dzień, w którym nie będzie komu wykonywać zawodu. Bo młode kobiety nie chcą się go podjąć – widząc, że kolejną podwyżkę dostaną po wielkich protestach.

Jeszcze nigdy tak niewielu…

Bywa, że niewielka grupka działaczy pociąga za sobą ogół pracowników. Tak było w zakładach H. Cegielski – Poznań S.A., stanowiących symbol zarazem polskiego przemysłu i pracowniczej walki o godność.

W proteście przeciw ugodowej polityce dużych związków, w 2002 r. Marcel Szary, przedstawiciel załogi w zarządzie spółki, zorganizował w niej komórkę Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza. Jako główne cele postawiono uzyskanie dostępu załogi do informacji o sytuacji firmy i poszczególnych grup w jej obrębie oraz udział pracowników w podejmowaniu decyzji kluczowych dla przedsiębiorstwa. – Obowiązkiem pracodawcy jest organizować pracę, a pracownika – pracować. W Cegielskim prezesi bazowali na pewnych zamówieniach stoczniowych, nie musząc się czymkolwiek wykazywać. Kłopoty zaczęły się wraz z upadkiem stoczni – wyjaśnia kulisy rosnącego niezadowolenia Eugeniusz Poczta, który po śmierci Szarego w 2010 r. objął przewodnictwo zakładowych struktur IP.

Z początkiem 2007 r. doszło do protestu, pomimo podpisywania przez pozostałe związki zawodowe kolejnych porozumień. – Jak zawsze odmówiliśmy firmowania rozwiązań szkodliwych dla załogi – wyjaśnia Poczta. Za Inicjatywą stanęła większość pracowników fizycznych.

Jednym z pierwszych „działań bojowych” IP było wezwanie zarządu do rozmów płacowych. W świetlicy zakładowej stawiło się ok. 200 osób, przedstawiciele zarządu jednak nie przybyli. Zdenerwowani robotnicy zorganizowali „płytę” – wiec załogi, a następnie przeszli ulicami pod budynek zarządu. Podobnych akcji w ciągu dwóch lat IP przeprowadziła kilkanaście, trwały od 20 minut do 3 godzin. Drugą, niezwykle spektakularną inicjatywą, pokazującą siłę związku, który oficjalnie zrzeszał… 12 pracowników (nieoficjalnie – ponad 800), było wezwanie do manifestacyjnego brania urlopu na żądanie. 16 kwietnia 2007 r. 90% pracowników „Ceglorza” nie stawiło się do pracy, przybyli za to pod siedzibę zarządu, żądając podwyżek.

Rok zmagań przyniósł wzrost płac o ok. 35% oraz jednorazową nagrodę w wysokości 1000 zł. Zmieniono zasady wykorzystywania funduszu socjalnego, 70% środków przeznaczając na „wczasy pod gruszą”, resztę na wypadki losowe. Najważniejszym osiągnięciem było jednak powstrzymanie w latach 2007-09 prywatyzacji firmy. Sukces był możliwy pomimo prześladowań, jakim był poddawany Marcel Szary, którego w czerwcu 2009 r. skazano na karę grzywny za zorganizowanie trzech „dzikich strajków” (wspomnianych „płyt”), z których podczas dwóch przebywał… w szpitalu.

Nie rzucim branży…

W początkach lat 90. doszło do szeregu strajków, które były głosem rozpaczy pracowników chcących ratować swoje zakłady. – To, że w Polsce jeszcze mamy przemysł lotniczy, jest naszą zasługą – mówi Wojciech Buczak, przewodniczący Zarządu Regionu Rzeszowskiego NSZZ „Solidarność”. – Firmy straciły wówczas 80-90% rynków zbytu. Przestaliśmy wysyłać produkty na Wschód, bo nie płacili. Przy braku zamówień finansowanych przez budżet, zabrakło na wypłaty – wyjaśnia.

Największymi i najważniejszymi zakładami w branży były WSK Mielec (pod koniec lat 80. pracowały tam 23 tys. ludzi) i WSK Rzeszów. W połowie 1991 r. zarządy przedsiębiorstw podjęły decyzje o zwolnieniach. W tej sytuacji „Solidarność” zaczęła się za produkty wysłane do Związku Radzieckiego domagać pieniędzy od rządu, który był sygnatariuszem umowy. W grudniu 1991 r. w Rzeszowie doszło do strajku. – Nasza reprezentacja okupowała aulę w zakładzie. Niektóre rodziny funkcjonowały wtedy na skraju głodu – wspomina Buczak. Pracownicy nie zaprzestali okupacji nawet w święta. Strajk zawieszono 1 stycznia, po zapowiedzi spotkania z przedstawicielami rządu. Po 18 godzinach negocjacji nie udało się podpisać porozumienia. – Delegacja rządowa miała dla nas tylko ogólniki – relacjonuje Buczak.

W tej sytuacji na początku lutego komitet strajkowy wystąpił z wnioskiem, by skreślić WSK Rzeszów z listy zakładów państwowych i oddać firmę pod zarząd pracowników. – Zażądaliśmy także, by dać nam takie ulgi, jakie mają zagraniczne i nowo powstające firmy – wyjaśnia związkowiec. Być może właśnie niekonwencjonalna reakcja sprawiła, że w ciągu tygodnia z ministerstwa przyszła odpowiedź, iż rząd pracuje nad strategią dla całego przemysłu lotniczego, co było najważniejszym postulatem załóg. Według zapowiedzi, miała ona przewidywać m.in. spłacenie należności za odebrane produkty oraz wyasygnowanie środków publicznych na nowe zamówienia. W maju, po kolejnych strajkach w Mielcu i Rzeszowie, premier Olszewski zaprosił związkowców na spotkanie, podczas którego przedstawiono zarys strategii.

W Mielcu do protestów dochodziło już w 1990 r., ale ich kumulacja nastąpiła w czerwcu 1992 r., po odwołaniu rządu Jana Olszewskiego, którego strategia dla przemysłu lotniczego była wedle pracowników spójna i przekonująca. – Wskazywała konkretne źródła finansowania – przypomina Buczak, i dodaje: Powołano nowy rząd, a my zostaliśmy ze starymi problemami.

Wśród rozwiązań, poza już przywołanymi, mielecka „Solidarność” zaproponowała utworzenie Specjalnej Strefy Przedsiębiorczości. Ówczesny minister przemysłu, Wacław Niewiarowski, podczas pobytu w Mielcu obiecał ją pracownikom. Ponoć nie miał nic innego do zaproponowania, a związkowcy podrzucili mu „gotowca”, z którym mógł wyjść do ludzi, mających dość masowych zwolnień i braku wypłat. – Chodziło o to, by w miastach takich jak Mielec, gdzie 60% mieszkańców w wieku produkcyjnym żyje z jednego zakładu, powoływać strefy zwolnień podatkowych i innych ulg, by ludzie mieli pracę – wyjaśnia Buczak. Takie narzędzie, nazwane Specjalnymi Strefami Ekonomicznymi, powstało na bazie doświadczeń z Irlandii.

Dziś widzimy, że dzięki strefie wielu ludzi nadal mieszka i pracuje w Mielcu – cieszy się związkowiec. – Kolejne rządy przypisywały sobie ten sukces, lecz aby do niego doszło, potrzebne były protesty kilku tysięcy ludzi pozbawionych pensji. Musiało dojść np. do tego, że odcinano im prąd, przez co jedno z mieszkań się zapaliło, gdy dziecko odrabiało lekcje przy świeczce. To spowodowało zaostrzenie nastrojów. Podkreśla jednocześnie, że pracownicy starali się nie zatrzymywać produkcji, aby nie pogarszać sytuacji zakładów. – Gdybyśmy byli związkiem roszczeniowym, co się nam zarzuca, nie uratowalibyśmy naszych firm – kończy.

W Rzeszowie nad całością propracowniczych działań czuwała „Solidarność”, w Mielcu współdziałająca z OPZZ. W tym drugim mieście protesty i wstrzymanie produkcji często były oddolną inicjatywą pracowników, dopiero później włączały się związki.

Obrońcy broni

Zasługą robotników jest także to, że w Radomiu nadal produkuje się karabiny. – Nie żądaliśmy podwyżek, po prostu chcieliśmy pracy. Chcieliśmy, by rząd u nas kupował karabiny dla polskich służb – wyjaśnia Zbigniew Cebula, przewodniczący NSZZ „Solidarność” w Fabryce Broni „Łucznik”.

Od 1995 r. związkowcy próbowali lobbować na rzecz firmy. Niestety, nie było zamówień na broń rodzimej produkcji. W tej sytuacji między 1997 a 2000 r. zorganizowali 16 manifestacji w Warszawie, a także 10-dniowy strajk okupacyjny z głodówką, w grudniu 1998 r. – Uczestniczyła w nim cała załoga, kobiety w godzinach 8-16, mężczyźni non stop – wspomina Cebula. Protest zakończył się dzień przed Wigilią podpisaniem porozumień, na mocy których zakład dostał „kroplówkę” – minimalne zamówienie, pozwalające funkcjonować przez kilka miesięcy.

Dzięki niemu przetrwał do maja 1999 r., gdy pojawiła się okazja sprzedaży m.in. używanych kałasznikowów do Jemenu, jednak Ministerstwo Obrony Narodowej odmówiło wydania broni, rzekomo będącej na wyczerpaniu. W czerwcu doszło do kilkudniowych protestów, z koczowaniem pracowników „Łucznika” przed resortem. Podczas jednego z nich policja strzelała gumowymi kulami, fotoreporter „Naszego Dziennika” stracił oko. – To była prowokacja, po której doszło do strzałów. Bez ostrzeżenia, od razu użyto najcięższych kul. Nasz kolega Jarek Woźniak, postrzelony w klatkę piersiową, wił się z bólu; dziennikarz robił mu zdjęcie i wtedy został trafiony – mówi Cebula. Ucierpiało kilkunastu pracowników. – Po tych wydarzeniach zdecydowaliśmy się przerwać protest – kończy związkowiec.

Determinację było widać w sposobie docierania do Warszawy. Policja zatrzymywała autokary, by uniemożliwić protestującym dostanie się do stolicy, więc pracownicy zaczęli dojeżdżać pociągami. Przemarsze obfitowały w symbole, np. niesiono karabiny z dykty lub maczety, mające symbolizować poziom uzbrojenia polskiej armii w przededniu wstąpienia do NATO. Manifestacje organizowano także w Radomiu, pracownikom zdarzało się blokować główne rondo w mieście. – Ludzie nas rozumieli, nie mieli pretensji – mówi lider zakładowej „Solidarności”.

Dramatyczne wydarzenia doprowadziły do rozmów z rządem i podpisania porozumienia, które pozwoliło firmie przetrwać, choć w bardzo okrojonym wymiarze. „Łucznik” dostał kontrakt na przezbrojenie policji. Od tamtej pory fabryka ma stabilne zamówienia, a niedawno udało jej się wdrożyć wyniki badań nad nowymi rodzajami broni strzeleckiej. – Walka o firmę jest dość charakterystyczna dla zakładów, które pamiętają swoją wielkość. Historia i marka często są źródłem determinacji i sukcesu pracowników – komentuje dr hab. Włodzimierz Pańków z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN.

Nie na sprzedaż

Wraz z przemianami końca PRL rozpoczęła się dzika prywatyzacja, często prowadząca do upadłości przedsiębiorstw. – Nad KGHM zaczęły krążyć sępy. Za nasze pieniądze wynajęto firmę, która zrobiła ekspertyzy. Można było w nich przeczytać to, co już wiedzieliśmy: swoje zadanie wykonali rękoma naszych pracowników. „Znakomici doradcy” dopisali tylko, że rozwiązaniem wszelkich bolączek firmy jest prywatyzacja – irytuje się Ryszard Zbrzyzny, przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Przemysłu Miedziowego i poseł SLD. Rząd Suchockiej rozpoczął poszukiwania „inwestora strategicznego” dla kombinatu, choć nowoczesna firma przynosiła budżetowi znaczące zyski.

Bunt wybuchł w lipcu 1992 r. i miał przede wszystkim zablokować prywatyzację. – Obowiązywała już Ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych, która uniemożliwiała wyznaczenie takiego celu. Wysunęliśmy więc postulaty socjalne, między wierszami dając do zrozumienia, jakie są nasze inne dążenia – wspomina Zbrzyzny. Negocjatorami ze strony rządu byli Janusz Lewandowski i Jacek Kuroń. Postawa strony rządowej naznaczona była arogancją. – Kuroń powiedział, że wie dobrze, ile można strajkować, i że po dwóch tygodniach sami do niego przyjdziemy, błagając o porozumienie – relacjonuje Zbrzyzny. „Minister o wielkim sercu” groził uwolnieniem ceł na miedź oraz lokautem, czyli jednym z najbardziej drastycznych środków łamania pracowniczych protestów, znanym z XIX-wiecznego kapitalizmu. Rozsierdziło to ludzi, którzy powiesili przy bramie kombinatu kukłę z podobizną Kuronia.

Na przekór „specjaliście od strajków”, pracownicy KGHM wytrzymali 32 dni, zmuszając stronę rządową do ustępstw. Choć w połowie protestu pojawił się kryzys, udało się go przełamać i utrzymać solidarność załóg, m.in. dzięki podawanym co dwie godziny komunikatom o sytuacji w strajkujących zakładach oraz wynikach kolejnych rokowań. Było to szczególnie ważne w obliczu informacji o planowanym wkroczeniu wojska na teren zakładów oraz „urlopowaniu” zarządu, w wyniku którego Międzyzwiązkowy Międzyzakładowy Komitet Strajkowy nie miał partnera do rozmów.

Był to pierwszy legalny strajk w III RP. Wsparcie przyszło ze strony związkowców spoza „miedzi”, m.in. z OPZZ, „Solidarności ‘80”, „Samoobrony”, związków kolejarzy i górników „węglowych”, które zagroziły ogólnopolskim strajkiem generalnym. Rolnicy z „Samoobrony” przysłali jedzenie, zaś górnicy ze Śląska – pieniądze.

Protest był sporym wyzwaniem dla organizatorów. Uczestniczyło w nim ponad 38 tys. osób. – Pomimo strajku utrzymywaliśmy w działaniu piece hutnicze, gdyż w przypadku wygaszenia trzeba je budować od nowa – wyjaśnia poseł. Dzięki takim czynnościom jak magazynowanie surówki, firma ruszyła z normalną pracą natychmiast po zakończeniu akcji. Strajkujący wykazywali dużą dyscyplinę, dbali o bezpieczeństwo kopalni i stałe dostawy rudy do pieców.

Zakupem zainteresowany był amerykański koncern ASARCO, który za 51% akcji chciał zapłacić 400 mln dolarów. Po zakończeniu strajku zaproponował objęcie KGHM w zarząd, z prawem pierwokupu po 5 latach. Pracownicy nie zgodzili się na to. Kilka lat późnej niedoszły inwestor zbankrutował, podczas gdy KGHM do dziś świetnie sobie radzi, odnotowując ok. 1,5 mld dolarów zysku rocznie. Strajk pozwolił utrzymać „polskość Polskiej Miedzi”, a także osiągnąć zamierzone cele socjalne. Miał jeszcze jeden ważny wymiar: za przykładem pracowników KGHM poszły załogi FSM Tychy (najdłuższy strajk w Polsce) i WSK Mielec.

Wojna ożarowska

Kłopoty Fabryki Kabli „Ożarów” rozpoczęły się wraz z prywatyzacją. – Nasza firma dobrze funkcjonowała na rynku. Byliśmy najlepsi w Polsce oraz w europejskiej czołówce, przynosiliśmy spore zyski – wspomina Sławomir Gzik, były pracownik.

Nabywcą była myślenicka Tele-Fonika, której właścicielem jest Bogusław Cupiał. Firma przejmowała kolejne fabryki kabli w Polsce. – Za zakłady w Szczecinie, Bydgoszczy i nasz, Cupiał w 2001 r. zapłacił 600 tys. zł, na co dostał kredyt pod zastaw kupowanych firm. Nie ponosił więc żadnego ryzyka – relacjonuje Gzik. Co dziwne, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nie zablokował transakcji, choć po połączeniu wspomnianych fabryk z krakowską, Cupiał posiadał 60% krajowego rynku. Pomoc dla biznesmena przyszła ze strony rządu, który orzekł, że punktem odniesienia powinien być w tym przypadku cały europejski rynek, z uwagi na zglobalizowanie branży, a w nim udział holdingu wynosił ok. 3,5%. Krótko potem rozpoczęły się działania dyskredytujące ożarowski zakład. – Przyjeżdżały kable ze Szczecina, zrywaliśmy z nich nadruk i naklejaliśmy swój, choć nasze wyroby były lepsze – wyjaśnia Gzik.

25 kwietnia 2002 r., w czwartek, dyrektor otrzymał telefon, że ma zatrzymać produkcję. – Wyłączono prąd i wszystko stanęło, a nam dano do zrozumienia, że jesteśmy zwolnieni – mówi z goryczą Gzik. W poniedziałek prawie 600 osób spotkało się na terenie zakładu i doszło do spontanicznego protestu, a po nim do narady załogi. – Postanowiliśmy, że nie damy wywieźć sprzętu. Zablokowaliśmy bramę. Tak zaczął się protest, który trwał 306 dni.

Początkowo prowadziła go „Solidarność”, a po jej wycofaniu się w czerwcu przywództwo przejął Komitet Protestacyjny, na którego czele stanął Gzik. Na bazie protestów w Ożarowie i stoczni w Szczecinie powstał Ogólnopolski Komitet Protestacyjny, w skład którego weszło ok. 100 firm z całego kraju.

Długi opór powodował ubytek protestujących. Początkowo pod bramą była niemal cała załoga, 10 miesięcy później protestowało ok. 50 osób, którym przyszło zapłacić wysoką cenę. – Niemal nikt z walczących do końca nie otrzymał zatrudnienia na terenie strefy ekonomicznej, powstałej w miejsce fabryki. Usiłowano nas zastraszać, że nie znajdziemy pracy, co przynosiło efekty: część osób ustąpiła. Mimo tego walczący zachowali entuzjazm. Dodatkowego wsparcia dostarczały im niezapowiedziane wizyty znanych osób. Protestujących odwiedzili m.in. prymas Józef Glemp i Andrzej Gwiazda. Wsparcie przychodziło też z innych zakładów. Delegacje zapewniały fizyczną pomoc, ale także wyrażały podziw dla załogi, co dodawało jej skrzydeł. Pomimo stosunkowo niewielkich sił, jakimi strajkujący dysponowali pod koniec protestu, dzięki sprawnej organizacji byli w stanie zapewnić ochronę obiektu, sprawując wartę na wszystkich newralgicznych odcinkach.

W lutym 2003 r. doszło do „wojny ożarowskiej”, wspólnej akcji ochrony i policji przeciwko pracownikom. – Teraz mówi się o brutalności policji, ale to, co się działo u nas, przechodzi ludzkie pojęcie – relacjonuje Gzik. Funkcjonariusze weszli na teren fabryki przez okno przyległego przedszkola, przebiegając przez salę pełną przerażonych maluchów. Pomimo pięciu dni brutalnych represji, zniszczenia namiotów i sprzętu, pracownicy pozostali na stanowiskach. W tym czasie ciężarówkom udawało się wjeżdżać i wyjeżdżać, ale większość majątku fabryki została na miejscu.

Protest zakończył się porozumieniami zawartymi w Urzędzie Miasta z udziałem ministra gospodarki, pracy i polityki społecznej, Jerzego Hausnera. W miejsce fabryki została powołana Specjalna Strefa Ekonomiczna. – Miała ruszyć po wywiezieniu maszyn. Byli chętni do zainwestowania – wyjaśnia Gzik. Problemem okazało się przejęcie terenu od Cupiała, co trwało do jesieni. Pomogły naciski wicepremiera Hausnera, którym towarzyszyła okupacja biurowca dawnej fabryki. Pod koniec roku ruszyła SSE, obejmująca 2/3 dawnego zakładu i dająca dziś pracę ok. 600 osobom.

Skutek przyniosły też działania całego OKP – choć dość szybko zakończył aktywność, skłonił rząd do przeznaczenia znacznych środków na wsparcie polskich firm w dobie kryzysu, co pozwoliło im przetrwać. Komitet unaocznił też opinii publicznej, że w sytuacji zagrożenia dla znacznej liczby osób możliwe jest porozumienie i współdziałanie.

Za zdrowie nasze i Wasze

W toku transformacji szczególnie brutalnie postąpiono z robotnikami branży azbestowej. Gdyby nie rozpaczliwy opór w przededniu odesłania ich w niebyt, skończyliby zapewne w nędzy, jak pracownicy PGR-ów.

Wszystko zaczęło się od planów zakazu produkcji azbestu. Projektowane rozwiązania nie precyzowały, co dalej z pracownikami. – Gdyby ustawa została przyjęta w formie niezmienionej, wstrzymano by produkcję w Polsce, ludzi pozostawiając samym sobie, przy możliwości importu produktów zawierających azbest – mówi Cezary Miżejewski, działacz związkowy i państwowy, który wspierał protestujących jako poseł PPS.

Strajk zaczął się w grudniu 1996 r. Powołano Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, w którym uczestniczyły zakłady z Trzemeszna, Ogrodzieńca, Wierzbicy i Szczucina, nie mające szans na zmianę profilu produkcji. Komitet był nie tylko międzyzakładowy, ale i międzyzwiązkowy – należały do niego „Solidarność” i organizacja branżowa. – Rozpoczął się lobbing, spotkania z posłami, udało nam się zainteresować centrale OPZZ i „Solidarności”, zaistnieliśmy w mediach. Wszyscy nas popierali, póki nie pojawiała się kwestia pieniędzy, a przecież chodziło o niespełna 4 tys. osób – wspomina Miżejewski.

Sprawa trafiła do Komisji Trójstronnej. Resort pracy unikał spotkania z pracownikami branży, więc w odpowiedzi dokonali oni okupacji jego siedziby. Reakcja była natychmiastowa. – Minister Komołowski momentalnie wyraził gotowość do rozmów – relacjonuje Miżejewski. Na bazie tego wydarzenia powołano zespół, który wypracował rozwiązania wcielone następnie w zapisy ustawy.

W konsekwencji protestu pracownicy uzyskali odszkodowania za pracę, o której szkodliwości nie byli poinformowani, a także świadczenia przedemerytalne. Jeszcze ważniejsze były sprawy związane ze zdrowiem. – Ci ludzie nie chorowali z własnej winy, lecz z powodu pracy, którą wykonywali – podkreśla Miżejewski. Robotnikom przyznano m.in. prawo do bezpłatnych pobytów w sanatoriach, darmowych leków na choroby zawodowe oraz corocznych badań dla posiadaczy tzw. książeczki azbestowca. Wywalczyli jednak coś więcej niż tylko zapisy korzystne dla swojej grupy zawodowej.Dzięki strajkom w ustawie znalazł się m.in. program usuwania azbestu – tłumaczy były poseł.

***

Uzyskiwane przez protestujących zabezpieczenia socjalne łagodziły napięcia powstałe wskutek restrukturyzacji wynikającej z transformacji. Szczególnie ciekawie na tym polu przedstawia się górnictwo węglowe. Gdyby nie protesty i wynikające z nich ustępstwa, zlikwidowano by na przykład znaczną część kopalń, których istnienie okazało się zyskowne w momencie pojawienia się koniunktury – uważa prof. Leszek Gilejko z Katedry Socjologii Ekonomicznej SGH.

Sam strajk jest tylko medialnym wydarzeniem, dramatycznym zawołaniem ludzi, których stawia się pod ścianą. – Jego istota leży w negocjacjach, do których protest prowadzi i w efektach, które one przynoszą – podsumowuje Broniarz.

Wszyscy potrzebujemy solidarności – rozmowa z Piotrem Dudą

Jak Pan sądzi, co zadecydowało o wyborze Pana na przewodniczącego „Solidarności”? Innymi słowy, jakiego rodzaju zmian w formule funkcjonowania związku oczekują jego członkowie?

Piotr Duda: Wydaje mi się, że najważniejszym czynnikiem było to, iż koleżanki i koledzy mieli możliwość przez osiem lat obserwować moją pracę jako przewodniczącego Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. Samo wyjście na mównicę podczas Zjazdu, zaprezentowanie się przez 15 minut i odpowiedzenie na kilka pytań na pewno nie spowodowałyby, że większość delegatów przekonałaby się do mnie. Również teraz moja „kampania wyborcza” będzie trwała nieprzerwanie przez całą kadencję.

Myślę jednocześnie, że dla delegatów szczególnie ważne były dwa elementy przedstawione na Zjeździe we Wrocławiu. Po pierwsze, związek zawodowy „Solidarność” nie ma stać z dala od polityki, lecz „pośrodku”. To znaczy angażować się w życie polityczne, ale nie trzymać strony żadnej partii.

To łączy się z drugim elementem mojego programu: decentralizacją związku. Jako liderzy związkowi powinniśmy być bliżej zwykłych pracowników – nie tylko siedzieć w Gdańsku i przyjmować kolejne uchwały, ale przebywać wśród ludzi. Sam staram się to robić, przez ostatnie 100 dni przejechałem ponad 40 tys. km. Dzisiaj wróciłem z Kołobrzegu – to niby jeden z mniejszych regionów, a na spotkanie przyszli członkowie stu organizacji zakładowych! To pokazuje, że ludzie tego po prostu potrzebują. Liderzy zresztą też – wiem, że równie wiele nauczę się na spotkaniu z ludźmi „na dole”, co od koleżanek i kolegów z Komisji Krajowej.

Związek liczy 700 tys. osób, dlatego niejednokrotnie już na poziomie zakładów działacze odrywają się od ludzi, np. nie odwiedzając poszczególnych wydziałów nawet przez rok. W przypadku Komisji Krajowej ten dystans jest siłą rzeczy jeszcze większy. Dlatego tak ważne są dla mnie spotkania z szeregowymi członkami związku, podczas których można dowiedzieć się o ich problemach, a także zweryfikować sensowność własnej polityki. Jestem typem „słonia”, nie „krokodyla”. Krokodyl ma dużą gębę, która mu się nigdy nie zamyka; ja wolę być jak słoń, który ma duże uszy.

W rodzinie, nawet jeśli czasem nie można komuś pomóc w konkretnej sprawie, to należy po prostu być z nim. Tak samo jest w związkach zawodowych. Gdy problemy mają pracownicy z małej miejscowości, to powinniśmy tam z nimi być. W zeszłym roku robotnicy bronili przed powodzią hutę szkła w Sandomierzu. Gdybym był wtedy przewodniczącym, to najbliższe posiedzenie Komisji Krajowej odbyłoby się właśnie tam. I nie tylko powinniśmy ogłosić oficjalne stanowisko, ale złapać za worki i łopaty i iść pomagać pracownikom. Niby nic, ale tak naprawdę bardzo ważne – ludzie po prostu potrzebują solidarności.

Wielokrotnie publicznie odnosił się Pan z uznaniem do dorobku swego poprzednika.

P. D.: Ostatnia zmiana na stanowisku przewodniczącego Komisji Krajowej jest dla mnie modelowym przykładem, jak takie sprawy powinny wyglądać: coś się kończy, ale jest też kontynuacja. Gdy mnie pytano, czy jestem „lepszy od Janusza”, odpowiadałem, że nie. Janusz Śniadek całe serce oddawał, oddaje i na pewno będzie oddawał związkowi, po prostu mamy inną jego wizję. Przykładowo, chyba za bardzo „przechylił” się w jedną stronę, chciał być bliżej jednej partii politycznej. Co nie znaczy, że gdyby żył śp. Lech Kaczyński, nie byłby postacią numer jeden także dla mnie. To była osoba, która „czuła” związek, związkowiec z krwi i kości.

Za kadencji poprzedniego przewodniczącego związek odniósł wiele sukcesów. Tylko że my się nimi nie potrafimy chwalić. Niejednokrotnie na naszej stronie internetowej znaleźć można było wyłącznie biadolenie. A to rząd nam zabrał, a to nam nie chce dać, a to się nie chce spotkać… Będziemy się starali w większym stopniu pokazywać, że potrafimy być skuteczni.

Proszę zatem opowiedzieć o tym, co się związkowi udało w ostatnich latach.

P. D.: Bardzo trudno byłoby wymienić spektakularne, efektowne medialnie sukcesy, bo ich po prostu nie było. I być nie mogło, z jednego powodu: związek przechodzi dużą metamorfozę, dostosowuje się do panujących realiów. Gdybyśmy przez te lata stali w miejscu, czekając na to, że na słowo „Solidarność” będą się otwierać kolejne drzwi, bylibyśmy dzisiaj w głębokiej defensywie. Postawiliśmy na stopniowy, konsekwentny rozwój związku, szczególnie w super- i hipermarketach oraz w ochronie, a także na przyciąganie do „Solidarności” ludzi młodych.

Są to jednak procesy długotrwałe. Nie przekona się ludzi z dnia na dzień, ani nawet z miesiąca na miesiąc do zapisania się do związku zawodowego. Najpierw trzeba dotrzeć do ich świadomości. W przypadku młodych ludzi trzeba nieraz wytłumaczyć, że „Solidarność” jest związkiem zawodowym, a nie partią polityczną, bo często na propozycję wstąpienia odpowiadają odmownie, gdyż „chcą pozostać apolityczni”. Między innymi w celu walki z takim pomyleniem pojęć prowadzimy od kilku lat kampanię „Zorganizowani mają lepiej”, którą mam zamiar kontynuować.

To według mnie najlepszy przykład dobrych działań z poprzednich lat. Do tego oczywiście dochodzą różnego rodzaju sprawy, które udało nam się załatwić. Dla mnie ważne są nie tylko sukcesy na skalę całego kraju, ale także skuteczna pomoc jednemu zakładowi czy nawet osobie. Liczne małe zwycięstwa składają się na wielką pozytywną zmianę.

Jakie miejsce w „Solidarności” pod Pańskim kierownictwem zajmować będzie historia związku? Dotychczas jej pielęgnowanie było jednym z bardziej zauważalnych medialnie kierunków jego działania, co przekładało się na relacje z partiami politycznymi czy innymi związkami.

P. D.: Przez ostatnie 20 lat ludzie polityki, którzy wywodzili się ze Związku, przypominali sobie o nim „od uroczystości do uroczystości”, zresztą głównie w latach wyborczych. To my przez ten czas pielęgnowaliśmy historię, własnym wysiłkiem i za związkowe pieniądze, choć jest to obowiązek państwa. Tym bardziej, że większość osób, które po roku 1990 zasiadały w rządzie, zawdzięcza to nie tylko swojej elokwencji czy wspaniałości, ale przede wszystkim temu, że wywodzili się z nurtu solidarnościowego. Zaniedbania państwa wykorzystali inni, i zaczęliśmy słyszeć, że to nie „Solidarność”, a upadek muru berlińskiego czy aksamitna rewolucja w Czechosłowacji sprawiły, że żyjemy w wolnej Europie. Dopiero wtedy nastąpiło pewne otrzeźwienie.

Staramy się promować to, co stało się w Gdańsku, Szczecinie, Jastrzębiu, Lublinie i wielu innych miejscach, dlatego że związek zawodowy „Solidarność” ma bardzo ważne miejsce w historii. Przypominam, że w 1980 r. powstał Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”. Wiem, że to był wielki ruch, który miał najpierw doprowadzić do powstania wolnych związków, a docelowo do obalenia systemu. Nikt nie może jednak umniejszać roli w tym wszystkim związku zawodowego, bo dopiero robotnicy wynieśli do władzy tych, którzy obecnie zajmują piękne pałace. Powinni o tym pamiętać, a tymczasem są współwinni sytuacji, że dzisiaj członkowie „Solidarności” są dyskryminowani, a struktury związkowe w niektórych zakładach pracy są traktowane przez pseudopracodawców jak organizacje przestępcze.

Czy jednak historyczny dorobek „Solidarności” jest wystarczającym magnesem, by przyciągać do związku młodych ludzi? Zwłaszcza, że części z nich kojarzy się on nie z obroną interesów pracowniczych, a ze święceniem sztandarów, z obchodami rocznic różnych dramatycznych wydarzeń. Mam wrażenie, że proporcje zostały tutaj zachwiane, przynajmniej jeśli chodzi o komunikat idący „na zewnątrz”.

P. D.: Rzeczywiście, trochę tak było. Jak mówiłem na Zjeździe, nie chcę być kustoszem historii „Solidarności”, lecz przewodniczącym organizacji pracowniczej. Trzeba utrzymywać równowagę między sprawami bieżącymi a przeszłością. Nie wszyscy młodzi ludzie, którzy w ogóle będą chcieli przynależeć do związku zawodowego, „złapią się” na etos „Solidarności”. Absolutnie nie – oni żyją zupełnie inaczej, a związek zawodowy traktują bardziej jak firmę ubezpieczeniową, w której opłaca się składki „na wszelki wypadek”. Nic jednak w tym złego, na historię przyjdzie czas po roku czy czterech. Ci młodzi ludzie dostaną o niej wiedzę niejako przy okazji.

W jednym z przedsiębiorstw młodzi ludzie, żyjący już „po europejsku”, w pewnym momencie sami doszli do wniosku, że kilka tysięcy złotych zebranych ze składek chcą przeznaczyć nie na jakiś piknik, ale na zakładowy sztandar, i poświęcić go na Jasnej Górze. Nikt ich do tego nie zmuszał, po prostu do tego dojrzeli i byli z tego dumni, a ja, jako szef Regionu Śląsko-Dąbrowskiego – z nich. To jest dla mnie właściwa droga: małych kroków. Oni w tej chwili działają bardzo skutecznie jako związkowcy, a z drugiej strony mają wiedzę o historii najnowszej, i jest ona dla nich ważna.

Przejdźmy do wizerunku Związku: w dużych mediach dominuje narracja przedstawiająca „Solidarność” i inne związki jako roszczeniowe, będące hamulcami gospodarki itp.

P. D.: Rząd i pracodawcy (oczywiście nie wszyscy) zrobią co się da, żeby utrwalić ten wizerunek. Jesteśmy bowiem ostatnią przeszkodą w realizacji ich liberalnych celów: nie będzie związków, to będą robili, co zechcą. Dlatego zawsze będą mówić, że hamujemy rozwój gospodarczy. Tymczasem odpowiedzialne związki zawodowe niejednokrotnie ratują zakłady pracy, pomagając pracodawcom, którzy jednak często szybko o tym zapominają, gdy sytuacja się poprawia – związek zawodowy znowu staje się dla nich przeszkodą.

Nie rozumiem, dlaczego pracodawcy, w których firmach powstaje związek zawodowy, zadają sobie pytanie „co ja takiego złego zrobiłem, że pracownicy się zorganizowali?”. No nic takiego! Ludzie się organizują, żeby codziennie inny pracownik nie musiał przychodzić do pracodawcy ze swoimi problemami, tylko żeby w imieniu wszystkich ich reprezentant rozmawiał o kwestiach związanych np. z bezpieczeństwem pracy. Również podczas akcji protestacyjnej lepiej dla obu stron, gdy z ramienia związków zawodowych jest wyznaczona osoba odpowiedzialna, także prawnie, za to, co dzieje się w zakładzie pracy – kiedy jej nie ma, wszystko odbywa się „na dziko”, w sposób niekontrolowany. Pracodawcy muszą do tego dojrzeć.

Tymczasem dominują narracje takie, jak wspomniane. Przyjmuję to ze spokojem, bo przyzwyczaiłem się do nich już za komuny, kiedy również mówiono, że „na czele pochodu idą spasieni działacze z władz związku”. Puszczam takie teksty mimo uszu, bo wiem, co mam robić; działalność związkową mam w sercu i zrobię wszystko, żeby pracownikom było lepiej. Nie znaczy to, że nie staram się wspierać pracodawców. Sam nim jestem, w Gdańsku zatrudniam prawie 160 pracowników Komisji Krajowej, z którymi muszę rozmawiać, płacić za nich składki ubezpieczeniowe itp. Dlatego rozumiem punkt widzenia pracodawców, tylko niech oni zrozumieją nas, związkowców.

Czy „Solidarność” planuje objąć szczególnie intensywnymi działaniami jakąś wybraną grupę pracowników? W ostatnich latach energicznie podjęliście m.in. problemy osób zatrudnionych w handlu oraz w ochronie.

P. D.: Wspomniane branże są dla związków bardzo trudnym obszarem działania. Zwłaszcza dotyczy to firm ochroniarskich, których pracownicy są przeważnie zatrudniani na umowę-zlecenie lub na czas określony, mają coraz to nowych formalnych pracodawców itp. Ale jestem uparty. W sprawie pracowników Biedronki dotrę do samego Platiniego, z którym już jestem umówiony w Genewie – zapytam go, jak jednym z głównych sponsorów polskiego futbolu i pośrednio Euro 2012 może być firma podejrzewana o prześladowanie związków zawodowych.

Kolejna branża, w której zamierzamy być wyjątkowo aktywni, to szeroko rozumiany transport, a więc np. kierowcy tirów. Ci ludzie ciężko pracują, są oderwani od rodzin, a pracodawcy traktują ich bardzo różnie. Chłopaki ze świętochłowickiej firmy Delta Trans, jeżdżący po całej Europie, sami powiedzieli „dość”, skrzyknęli się i powołali Komisję Międzyzakładową NSZZ „Solidarność”. Wspieramy ich w walce o to, by warunki ich pracy były lepsze.

To spore wyzwanie, bo praca w transporcie jest specyficzna. Ci ludzie dzisiaj są w Brukseli, jutro w Berlinie, pojutrze jeszcze gdzie indziej – trudno w takich warunkach zorganizować spotkanie czy choćby wybory przewodniczącego. Gdy jeszcze trafi się pseudopracodawca, próbujący „rozgrywać” pracowników, to dochodzi np. do odsuwania działaczy związkowych od kursów pod byle pretekstem. Tymczasem wiadomo: gdy się nie jeździ, to się nie ma pieniędzy. Tak próbuje się zmiękczyć tych ludzi, żeby tylko dali sobie spokój ze związkami. Jest to bardzo przykre, lecz pracownicy nieraz próbują stawiać czoła takim sytuacjom, jak we wspomnianej Delta Trans. Będziemy chcieli pomagać takim, jak oni.

Coraz więcej problemów związanych z ochroną pracowników czy sytuacją gospodarczą ma wymiar ponadnarodowy, z racji chociażby tego, że liczne przedsiębiorstwa działające w Polsce mają zagranicznych właścicieli. Jak „Solidarność” zamierza wyjść naprzeciw temu problemowi?

P. D.: Jesteśmy afiliowani we wszystkich europejskich oraz światowych strukturach związkowych i naprawdę dobrze postrzegani, jako związek bardzo merytoryczny. Mamy wręcz modelowe kontakty międzynarodowe; przykładowo, w sprawie Biedronki kontaktujemy się ze związkami z Portugalii. Na forum europejskim związki zawodowe z poszczególnych krajów powinny mówić jednym głosem, ale gdy przyjeżdżamy do siebie, mamy także indywidualne problemy. Nie miałem pretensji do kolegów związkowców z Niemiec, gdy wynegocjowali ze Schröderem 7 lat okresu przejściowego na pełne otwarcie niemieckiego rynku pracy dla Polaków. Niech jednak oni też nie mają pretensji, że nie bronimy tak zaciekle fabryki Opla w Niemczech, tylko w Gliwicach.

Związki zawodowe korzystają współcześnie z najróżniejszych metod zabiegania o interesy pracownicze – od strajków przez lobbing parlamentarny po kampanie medialne czy działalność szkoleniową. Które z bogatej palety możliwości były do tej pory nie dość wykorzystywane przez „Solidarność”, a Pan chciałby to zmienić?

P. D.: Na pewno chcielibyśmy rozwijać kampanie społeczne, nagłaśniające określone problemy pracownicze – takie jak UsmiechnietaKasjerka.pl. Tyle że wymagają one znacznych środków, dlatego muszą być bardzo dobrze przemyślane. Będziemy też kontynuować realizację programów unijnych, czym ostatnio intensywnie się zajmujemy. W ich ramach staramy się nie tylko szkolić pracowników, ale także współpracować z pracodawcami. Gdy byłem przewodniczącym Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, bardzo dobrze współpracowało mi się z katowicką Izbą Rzemieślniczą, organizowaliśmy wspólne szkolenia, byliśmy prekursorami projektów z dziedziny społecznej odpowiedzialności biznesu. To naprawdę bardzo ważne – pokazywać, że można współpracować, skoro jesteśmy na siebie skazani.

Jako przewodniczący największego polskiego związku zawodowego nie wykluczam także tego, że jeżeli państwo będzie uchylało się od odpowiedzialności np. za obronę ludzi wyrzucanych z pracy za aktywność związkową – a jest to jego konstytucyjnym obowiązkiem – będziemy próbowali działać w sposób, nazwijmy to, niekonwencjonalny. Może nawet będziemy tych pseudopracodawców, którzy nie wypłacają wynagrodzeń, choć mają pieniądze (czym innym jest bowiem sytuacja, gdy cała firma przeżywa kłopoty), wymieniać z imienia i nazwiska jako złodziei – i patrzeć, jak zareagują? Takich ludzi trzeba piętnować, bo najbardziej ich boli, gdy pokaże się ich firmę w złym świetle.

Będziemy robić takie kampanie – najwyżej mnie podadzą do sądu czy nawet zamkną. Nie boję się, bo ja od tego jestem.

W dyskusjach na tematy społeczno-gospodarcze, jak ostatnie spory o Otwarte Fundusze Emerytalne, głos związków wydaje się słabo słyszalny. Pracodawcy mają swoje lobby, przychylne biznesowi organizacje eksperckie czy komentatorów w mediach. Tymczasem rzadko się zdarza, by w studiu telewizyjnym naprzeciw kogoś z Centrum im. Adama Smitha zasiadł np. renomowany naukowiec, który w imieniu „Solidarności” obalałby liberalne tezy.

P. D.: Mamy nie gorszych, a może nawet lepszych ekspertów. W telewizyjnych debatach reprezentuje nas m.in. Henryk Nakonieczny, członek Prezydium związku, zasiadający także w radzie nadzorczej ZUS-u, wspaniały specjalista. W takich przypadkach można porównać argumentację obu stron; naprawdę nie boimy się konfrontacji. I właśnie dlatego jesteśmy rzadko zapraszani do mediów: wyszłoby na jaw, że eksperci pracodawców niejednokrotnie opowiadają banialuki, a związkowcy są normalni, mają swoich ekspertów, a nie tylko ganiają się z policjantami po ulicach. Komuś jeszcze mogłoby przyjść do głowy, że warto się zapisać do związku…

Nie znaczy to, że biernie godzimy się na tę sytuację. Staramy się przeciwdziałać próbom narzucania takiego wizerunku związków, wkrótce będziemy mieli swoich stałych ekspertów m.in. w programach stacji TV Biznes.

Solidarność” jest w wolnej Polsce nieustannie krytykowana za to, w jaki sposób włącza się w życie polityczne.

P. D.: Zacznijmy od tego, że każdy członek związku jest jednocześnie obywatelem RP i nikt nie może mu zabronić angażowania się w inne formy aktywności publicznej niż działalność związkowa. Weźmy samorząd: jestem gorącym zwolennikiem tego, żeby działacze związkowi angażowali się w życie swoich „małych ojczyzn”, zasiadali w radach powiatów czy samorządach wojewódzkich. Niech startują w wyborach nie jako kandydaci jednego ugrupowania, ale choćby koła wędkarskiego – bo gdy dojdzie do rozwiązywania konkretnych problemów, będą stanowić ponadpartyjne lobby pracownicze. Weźmy zakończony sukcesem pracowników spór w szpitalu w Dąbrowie Górniczej. Tamtejsi radni w ogóle nie rozumieli, o co chodzi protestującym salowym – brakowało właśnie radnego-związkowca, który czuje takie sprawy.

Mamy też pozytywne przykłady z polityki na szczeblu centralnym. Niektórzy posłowie są jednocześnie członkami „Solidarności” i jako szef związku mam z nich wielką pociechę – nie zapominają, skąd się wywodzą i można zawsze liczyć na ich pomoc w obszarach istotnych dla pracowników.

Mówi Pan o indywidualnych zaangażowaniach związkowców – co natomiast z modelem obecności w polityce związku jako takiego ?

P. D.: Tam, gdzie zapadają decyzje dotyczące spraw pracowniczych – a one będą zawsze zapadać w Sejmie, Senacie i w rządzie – muszą być związkowcy. Nie wyobrażam sobie jednak, żeby „Solidarność” pod moim kierownictwem tworzyła własną reprezentację do Sejmu czy poparła jakąkolwiek partię polityczną. Nie – chcemy wspierać konkretnych ludzi w konkretnych inicjatywach na rzecz pracowników. Ludzi, którzy widzą dla związków bardzo ważną rolę w życiu społecznym, oraz te elementy programów poszczególnych partii, które będą to realizowały. Tym bardziej, że w każdej partii znaleźć można ludzi, którzy gdyby mogli, utopiliby związki zawodowe w łyżce wody.

Do tej pory nierzadkie było podejmowanie przez „Solidarność” także zagadnień nie związanych bezpośrednio z gospodarką czy polityką społeczną, jak stosunek do przeszłości (np. lustracja), podziały w łonie tzw. obozu posierpniowego czy wręcz kwestie światopoglądowe, jak aborcja i obecność wartości chrześcijańskich w życiu publicznym.

P. D.: Chciałbym, żeby związek był przede wszystkim skuteczny w sprawach pracowniczych, a dopiero jeżeli zostaną mu czas i siły, niech się wypowiada w innych obszarach.

Marzę o tym i idę w tym kierunku, żeby związek zawodowy „Solidarność” był po pierwsze społeczny i pracowniczy, a dopiero później w polskich realiach prawicowy, bo od tego przecież nie uciekniemy – na podobnej zasadzie, jak konieczne jest zachowanie równowagi między sprawami bieżącymi a historią. Mamy naprawdę mnóstwo problemów związkowych i pracowniczych, w których rozwiązywanie powinniśmy się angażować w pierwszej kolejności.

Chciałbym zapytać o Pańską wizję współpracy z pozostałymi związkami zawodowymi. Zdarzają się wspólne akcje czy oświadczenia, np. na kolei, niemniej jednak relacje te były tradycyjnie raczej napięte, m.in. z powodu kontekstu, jaki tworzyły powiązania poszczególnych central z partiami politycznymi.

P. D.: Powiem w ten sposób: gdyby nie było między nami różnic, byłby tylko jeden związek zawodowy. Niejednokrotnie są one wielkie, np. „Solidarność” ma odmienne stanowisko od OPZZ w sprawie OFE. Nie mam do nich o to pretensji. Jako odpowiedzialni działacze związkowi musimy przede wszystkim rozmawiać ze sobą, np. gdy pracujemy razem w Komisji Trójstronnej. I w tych obszarach, w których się zgadzamy, trzeba występować wspólnie, a jeśli w pozostałych nie wypracujemy jednego stanowiska – trudno. Na poziomie zakładów pracy powinno być tak samo. Przy czym do tej pory zwykle było tak, że „im wyżej, tym gorzej”, gdyż w większym stopniu były brane pod uwagę sprawy inne niż pracownicze, np. światopoglądowe czy historyczne.

Będę rozmawiał z wszystkimi, i nie mówię w tej chwili tylko o związkach zawodowych. Jestem otwarty na współpracę z każdym, kto ma w sercu uznanie bardzo ważnej roli związków zawodowych w procesach społecznych i gospodarczych. „Solidarność” usiądzie do stołu nawet z diabłem, byleby pomóc ludziom.

W ostatnim czasie podejmowaliście sporo kwestii fundamentalnych, jak wysokość płacy minimalnej czy kształt systemu emerytalnego. Jakie problemy społeczno-pracownicze są obecnie bezwzględnym priorytetem?

P. D.: W tej chwili podstawowym celem, co potwierdziliśmy uchwałą Krajowego Zjazdu Delegatów, jest wymuszenie tego, czego nie chce zrealizować rząd. Mamy już przygotowany projekt nowelizacji ustawy o płacy minimalnej i chcemy zbierać pod nim podpisy, nie tyle jako związek, ale jako ludzie związani ze związkiem zawodowym, bo to jest inicjatywa obywatelska. Chcemy, aby płaca minimalna w kilku kolejnych latach doszła do poziomu 50% przeciętnego wynagrodzenia. Chcemy także, aby jej wysokość była uzależniona od wysokości PKB, a nie od widzimisię polityków.

Tak się składa, że oprócz bycia szefem „Solidarności” jestem wiceprzewodniczącym Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych. Niekiedy zazdroszczę kolegom z innych krajów, że politycy są w nich trzymani daleko od wielu spraw. Mam tutaj na myśli przede wszystkim ponadzakładowe układy zbiorowe pracy, bardzo rozwinięte zwłaszcza w Niemczech – to kolejna kwestia ważna dla związku, która w Polsce kuleje.

U nas brakuje partnera do rozmowy na takie tematy. Pracodawcy niby zasiadają w Komisji Trójstronnej, ale reprezentujące ich organizacje zrzeszają zaledwie 1,5% z nich. W efekcie mamy obecnie jedynie dwa układy branżowe, i to dalekie od ideału – dla przemysłu hutniczego i górnictwa węgla kamiennego. Tymczasem takie porozumienia bardzo by pomogły w wielu obszarach. Za ich pomocą można by m.in. określać płacę minimalną w poszczególnych sektorach gospodarki. Byłyby pomocne także przy zamówieniach publicznych. Nie byłoby dłużej tak, że otrzymują je cwaniacy, którzy zaniżają płace swoim pracownikom – koszty pracy w firmach stających do przetargów byłyby już podobne. Dlatego szukamy rozwiązań, w tym rozmawiamy z przedsiębiorcami, mobilizujemy ich do organizowania się w swoiste związki zawodowe pracodawców, żebyśmy mogli z nimi podpisywać ponadzakładowe układy zbiorowe. Przypominam sobie, jak de facto zakładaliśmy związek zawodowy pracodawców przemysłu hutniczego, żeby mieć stronę do podpisania układu.

Swego czasu chcieliśmy go podpisać z marszałkiem województwa śląskiego, jako właścicielem wszystkich szpitali, i do tej pory dopominamy się o takie porozumienie. W Częstochowie ponadzakładowy układ zbiorowy pracy zawarty został – to duża zasługa przewodniczącego Regionu – z prezydentem miasta, który jest organem założycielskim dla wszystkich tamtejszych placówek pomocy społecznej. Dzięki temu określono płacę minimalną dla ich pracowników.

Dla zachodnich związkowców, którzy walczą np. o korzystniejszą indeksację wynagrodzeń, nasze problemy są jak z Księżyca. My chcemy po prostu normalności, takiej jak w państwach Unii Europejskiej, w których obowiązuje dialog.

Publicznie nazwał Pan rząd antyzwiązkowym.

P. D.: Bo taki jest. Dialog społeczny leży w gruzach. Rząd zrobił sobie z Komisji Trójstronnej „punkt informacyjny”, za pośrednictwem którego powiadamia stronę społeczną, co ma zamiar zrobić.

Chcę się też spotkać z panem marszałkiem Schetyną, żeby go poinformować o różnych dziwnych sejmowych praktykach. Przykładowo, o godz. 16.00 dostajemy wiadomość, że następnego dnia o 10.00 rano odbędzie się w Sejmie posiedzenie którejś z ważnych komisji – najwidoczniej z nadzieją, że „może nie przyjadą”. Albo do zaopiniowania projekt ustawy o składowaniu odpadów, z terminem do 9 grudnia, choć rząd już ją pozytywnie zaopiniował… 26 listopada. Autentyczny dialog powinien wypływać z potrzeby, by skonsultować z partnerami społecznymi ważną kwestię, a nie tylko z tego, że tak stanowi odpowiedni paragraf, więc trzeba iść do tych „hamulcowych”, a potem i tak zrobić po swojemu, bo „my jesteśmy mądrzejsi, skoro nas wybrał naród”. To nie jest dialog.

Jeżeli minister Sikorski mówi, że Polska chce być w europejskiej Lidze Mistrzów, to niech rząd najpierw popatrzy, jak tam jest prowadzony dialog społeczny. Tam też nie jest idealnie, ale to, co robią polskie władze, bardziej kojarzy się z XIX-wiecznym kapitalizmem niż z demokratycznym rządem, który szanuje społeczeństwo i jego przedstawicieli.

Dziękuję za rozmowę.

Katowice, 11 lutego 2011 r.

Wspólne sprawy

„Dziel i rządź” – zasada stara jak świat i nieodmiennie skuteczna. Jedyną alternatywą jest jedność, a przynajmniej współpraca.

Znaczną część niniejszego numeru „Nowego Obywatela” poświęciliśmy solidarności. Solidarności niełatwej, wymagającej wzniesienia się ponad różnice i podziały, aby dostrzec sedno problemu. Szczególnie polecam tekst Marcina Mutha, opisujący obywatelskie pospolite ruszenie przeciwko „układowi” rządzącemu Poznaniem. Wymowa artykułu nie jest może zbytnio optymistyczna w perspektywie doraźnej, jednak spójrzmy na to inaczej: tylko próby przełamania monopolu oligarchii mogą coś zmienić. Jeśli nie zaraz, to kiedyś.

Gdy nawet nie są podejmowane wysiłki w kierunku zmiany sytuacji, negatywne zjawiska mogą jedynie narastać. Dla triumfu zła wystarczy, żeby dobrzy ludzie nic nie robili, jak powiedział pewien myśliciel. Każda próba działania przeciwko złu jest zatem wartościowa. Gdy dokonuje się ona wbrew zastanym podziałom, ogniskując ludzkie wysiłki wokół wspólnych spraw, jest wartościowa po dwakroć. Tak tworzy się społeczeństwo.

Tymczasem patrząc na dzisiejszą Polskę, paradoksalnie, muszę nieco racji przyznać postaci szczególnie przeze mnie nie lubianej, mianowicie Margaret Thatcher. „Nie ma czegoś takiego, jak społeczeństwo” – rzekła ona i gdyby spojrzeć na krajowe realia, znalazłoby się sporo faktów potwierdzających tę diagnozę. O ile jednak Thatcher uznawała taki stan rzeczy za normalny, w mojej ocenie jest on patologią, którą należy jak najszybciej przezwyciężyć. To zaś możliwe jest za pomocą solidarności.

Wiele uwagi poświęciliśmy tym razem problemom kobiet. Mając na uwadze to, o czym wspomniałem wyżej, ukazujemy problematykę kobiecą jako problematykę ogólnospołeczną. Zamiast eskalowania podziałów i okopywania się na swoich pozycjach, publikujemy kilka artykułów i rozmowę, które ukazują, iż wiele kwestii podnoszonych przez ruch feministyczny i środowiska kobiece jest istotnych z perspektywy wspólnotowej. „Nasze” feministki piszą i mówią o tym, co dotyczy wszystkich. Problemy matek i rodziców, ubóstwo kobiet i rodzin, warunkowane płciowo nierówności na rynku pracy – to sprawy ważne dla każdego z nas, niezależnie, czy jesteśmy sympatykami feminizmu, matkami lub kobietami.

Z podobnego względu w dziale „Nasze tradycje” przywołujemy tym razem bliskie nam stanowisko wobec mniejszości etnicznych. Znów w duchu porozumienia ponad podziałami, odrzucamy perspektywę potęgowania niechęci i wzajemnych uprzedzeń – zarówno wtedy, gdy ksenofobiczna prawica szuka kozłów ofiarnych, jak i wówczas, gdy „tolerancyjna” lewica traktuje mniejszości niczym dzieci specjalnej troski. My mówimy: oni są tacy, jak my.

Gdy mowa o solidarności, nie mogło zabraknąć „Solidarności”. Nowy lider największego polskiego związku zawodowego, Piotr Duda, przedstawia plany zmian w jego działalności. A przede wszystkim wyjaśnia, dlaczego związki zawodowe są ważne, zaś na solidarności wszyscy zyskujemy, podczas gdy nikt – często nawet pracodawcy – nie traci. Wtóruje mu Konrad Malec, prezentując panoramę najważniejszych strajków III RP. Tak wiele udało się zdziałać razem.

Dyskutujmy, spierajmy się, nie ufajmy naiwnie każdemu, kto mówi o jedności. Ale nie dajmy podzielić się pod byle pretekstem, nie dajmy sobie wmówić, że działając w pojedynkę zyskamy więcej. Społeczeństwo istnieje – społeczeństwo to my. Tylko razem możemy skutecznie zadbać o wspólne interesy. Jak to robić? Zapraszam do lektury.

Normalne jest wywrotowe?

Normalne jest wywrotowe?

Prawie wszyscy znamy taki publicystyczny obrazek: w skali globu niepodzielnie panuje wszechmocny system, który przy użyciu reklam zamienił nas w bezwolnych konsumentów produktów wielkich koncernów. Gigantyczne korporacje są silniejsze niż demokratycznie wybrane władze polityczne. Jedynym bastionem oporu pozostała sfera kulturowa, a ściślej mówiąc – „kultura alternatywna”. Tylko kontrkulturowa rebelia przeciw quasi-niewolniczemu konsumpcjonizmowi oraz „alternatywne style życia”, odrzucające dominujące normy i wartości, stanowią światełko w tunelu. Niczego nie zmienimy, dopóki nie wywrócimy do góry nogami „systemu” oraz nie wyrwiemy z letargu rzesz konformistów.

Joseph Heath i Andrew Potter w niedawno wydanej po polsku książce „Bunt na sprzedaż” twierdzą, że jest niemal dokładnie odwrotnie. Kanadyjscy naukowcy o poglądach centrolewicowych, dawniej sympatyzujący z grupami kontrkulturowymi, przekonują, iż to, co określa się mianem „kultury alternatywnej”, nie osłabia, lecz wzmacnia kapitalizm i etos komercyjny. Nadaje im mocy oddziaływania i pozwala dokonywać ekspansji w nowe sfery. Co gorsza, rośnie popularność tych „alternatywnych” idei, które przekonują, że nie ma sensu walczyć o realne, stopniowe przeobrażenia na lepsze w sferze polityki i rozwiązań instytucjonalnych. W zamian kierują one energię ku zmianom „stylu życia” oraz rojeniom o „ostatecznym krachu systemu korporacji”. „Wywrotowcy”, choć operują bardzo radykalnymi hasłami, pełnią rolę reakcyjną.

„Bunt na sprzedaż” jest po prostu świetny. Celnie, logicznie i w oparciu o liczne fakty rozbija mity kontrkultury. Dla mnie, jako osoby, która sporą część życia spędziła na kultywowaniu postaw krytykowanych w książce, stanowi strzał w dziesiątkę. Na pochwałę zasługuje też forma. Te ponad 450 stron czyta się znakomicie: wywód skrzy się aforystycznymi stwierdzeniami, kąśliwą ironią, celnymi aluzjami i dobrze dobranymi przykładami. Znakomity pamflet, a zarazem solidna naukowa analiza.

We wstępie opisano znamienną historię. Wydawcy pisma „Adbusters”, znanego na całym świecie z krytyki kultury komercyjnej, ze szczególnym uwzględnieniem sprzedawania nie tyle produktów, ile marek (logo), postanowili wypuścić na rynek obuwie sportowe Black Spot. Niczym nie różni się od butów wielkich koncernów, jest produkowane w Chinach i nachalnie reklamowane, tyle że wśród odbiorców bardziej niszowych. Czyżby magazyn „Adbusters” zaprzedał się systemowi? /…/ „Adbusters” się nie sprzedał, ponieważ nie było nic do sprzedania. „Adbusters” nigdy nie głosił rewolucyjnej doktryny, a jedynie odgrzewaną wersję myśli kontrkulturowej, która od lat sześćdziesiątych dominowała na lewicy. Ten rodzaj polityki kontrkultury /…/ należy do głównych sił napędzających od czterdziestu lat konsumpcyjny kapitalizm – piszą Heath i Potter.

Nie roztrząsają oni bynajmniej dylematu, czy kontrkultura się „sprzedała”. Po pierwsze, nie widzą niczego złego w tym, że ktoś oferuje produkty, które ktoś inny chce nabyć, niezależnie, czy są to wyroby „zwyczajne”, czy „oryginalne”, a nabywcę stanowi człowiek przeciętny czy „krytyczny”. Interesuje ich to, że rozmaite „buntownicze” postawy i trendy znacznie wzmocniły „konsumpcyjny wyścig szczurów”. Po drugie, i ważniejsze, poddają krytyce proces, w którym kontrkulturowa fiksacja na punkcie tego, co się ubiera, jada, co ogląda i czego słucha, gdzie bywa i robi zakupy, skutecznie odwróciła uwagę od zagadnień daleko ważniejszych. Mianowicie od polityki i udziału obywateli w podejmowaniu decyzji, od kształtowania sfery publicznej, od reform socjalnych i ładu instytucjonalnego.

Zajęci krytykowaniem jednych, a kultywowaniem innych wyborów konsumenckich i stylów życia, daliśmy się podzielić na skonfliktowane grupki, niezdolne do wspólnego działania.Ci zaś, którzy powinni być aktywnymi liderami społeczeństwa obywatelskiego, dążącymi do ograniczenia negatywnych zjawisk, stali się aspołecznymi i egocentrycznymi dziwakami, przywódcami komicznych sekt kulturowych lub prorokami wielkiej, lecz zupełnie nierealnej zmiany „systemu”.

U źródeł „kultury alternatywnej” legła na wskroś fałszywa koncepcja. Mówi ona, że warunkiem sine qua non funkcjonowania „systemu”, swoistym smarem jego mechanizmów, są konformizm i ujednolicenie. „System” na różne sposoby – od edukacji, przez reklamę, po nakazy i zakazy – wytwarza masy jednakowych ludzi, myślących tak samo, żyjących tak samo, konsumujących to samo itd. „Systemowi” może zatem zaszkodzić jedynie wszelka oryginalność, łamanie reguł, kultywowanie indywidualizmu itp. Kilkadziesiąt lat doświadczeń kontrkultury pokazuje jednak, że „bunt” wyrażający się w ekscentrycznych stylach życia i nieszablonowych formach konsumpcji, bez trudu włączono w krwioobieg konsumeryzmu. „System” lepiej niż „jednakowością” żywi się właśnie „oryginalnością”.

W dodatku, przekonanie o totalności „systemu” odwróciło uwagę od stopniowych reform. Kontrkulturowcy uznali, że wszystko, co nie jest wystarczająco „buntownicze”, oznacza kolaborację z wrogiem; wszystko, co nie kwestionuje całości istniejącego ładu, jest konformistyczne. Dawny radykalizm, mimo ogromnego krytycyzmu wobec zastanego porządku, akceptował jego „warunki brzegowe”. Nawet Marks, przez autorów książki traktowany jako jeden z prekursorów kontrkulturowych aberracji, choć zajadle atakował kapitalizm, to uważał, że socjalizm powstanie na jego materialnej i organizacyjnej bazie, że choć znacznie poszerzy zakres wolności, to nie poprzez ufundowanie stanu powszechnego łamania reguł oraz promocji dziwactw. Ci zaś z jego następców, którzy odrzucili ideę rewolucji, uznawali wręcz, że możliwe są zmiany stopniowe, na drodze tak prozaicznej, jak udział w wyborach, sprawowanie władzy, reformowanie instytucji publicznych i reguł prawa.

Zasadnicza część prospołecznych zdobyczy dokonała się w drodze nierzadko drobnych i „nudnych” poczynań w łonie istniejącego porządku. Całościowy efekt wcale nie był jednak nieznaczący. Łatwo zapominamy, że zaledwie 150 lat temu na porządku dziennym były niewolnictwo, brak praw wyborczych czy obywatelskich dla ogromnych grup (np. kobiety), harówka w urągających godności i niebezpiecznych warunkach po 14 godzin na dobę oraz wegetacja na granicy biologicznego przetrwania. Twierdzenie, że „system” się nie zmienił, a wręcz „umocnił”, jest okrutną kpiną z milionów ludzi, którzy znosili takie upokorzenia.

Zmian na lepsze dokonano pod naciskiem mas społecznych – ludzi nierzadko jednakowych pod względem nawyków konsumpcyjnych i zamiłowań kulturowych. Zamiast kontynuować ten proces, wyzwalając ich z wielu wciąż istniejących upokorzeń, kontrkultura zrobiła coś odmiennego. Zamiast traktować masy jako sojusznika, zaczęto coraz bardziej podejrzliwie patrzeć na lud. Wkrótce lud – czyli społeczeństwo „głównego nurtu” – zaczął być postrzegany jako problem, a nie rozwiązanie – piszą Heath i Potter.

Czy były to eskapistyczne pomysły Rousseau, czy marksowska koncepcja „fałszywej świadomości”, czy wywody Freuda o „kulturze jako źródle cierpień”, czy teoria „hegemonii kulturowej” Gramsciego, ta część myśli postępowej przygotowała wedle autorów „Buntu na sprzedaż” grunt pod późniejsze ślepe uliczki kontrkultury. Jej mętne wizje krytykowały kapitalizm głównie za niezbyt jasne „zło systemowe”, niemożliwe jakoby do wykorzenienia bez totalnej rewolucji w każdej dziedzinie życia. A zatem system pozostawał do głębi zły, nawet jeśli okazywał się plastyczny i podatny na daleko posunięte reformy. Robotnik nie miał prawa do satysfakcji, że jego poziom życia i bezpieczeństwo socjalne wzrosły niepomiernie, gdyż dokonało się to w ramach „systemu”. Następcy wspomnianych myślicieli, głównie spod znaku „Nowej Lewicy” (Marcuse, Charles Reich, Roszak i in.), znaleźli poręczne wyjaśnienie owego zadowolenia plebejuszy i towarzyszącego mu spadku radykalizmu. Odpowiada za to swoiste „pranie mózgu” przy pomocy propagandy i przekazów reklamowych. Ludzie są nadal wyzyskiwani i zniewoleni, ale „system” skutecznie wmawia im, że „jest super, jest super, więc o co ci chodzi”.

Radykalnym teoretykom nie przyszło do głowy, że masy buntują się rzadziej i mniej bojowo, ponieważ osiągnęły część celów i są zadowolone z poprawy sytuacji. Wedle światoburczych teorii, zostały one zmanipulowane i nie potrafią dostrzec „prawdziwych” potrzeb i interesów. Jak piszą Heath i Potter, kontrkultura uznała, że Ludzi trzeba wyzwolić, ale nie od ucisku ze strony określonej klasy ani systemu wyzysku, który narzuca im nędzę. Znaleźli się w pozłacanej klatce, nauczono ich kochać niewolę. „Społeczeństwo” sprawuje nad nimi kontrolę, ograniczając wyobraźnię i tłumiąc najgłębsze potrzeby. Potrzebują ucieczki od konformizmu. Żeby od niego uciec, muszą w całości odrzucić istniejącą kulturę i stworzyć kontrkulturę, opartą na wolności i indywidualności.

Takie postawienie sprawy miało bardzo poważne implikacje: Sprawy, którymi tradycyjnie zajmowała się lewica – nędza, poziom życia, dostęp do opieki zdrowotnej – uznano za „powierzchowne”, chodzi tu bowiem tylko o reformę instytucji. Autorzy celnie drwią, że o ile kiedyś przeciwnicy kapitalizmu zarzucali mu, iż niedostatecznie „karmi i ubiera” robotników, o tyle obecnie mają pretensje, że oferuje im zbyt wiele dóbr, tak jakby było coś złego w tym, że wreszcie można się uwolnić od elementarnych trosk materialnych. George Orwell już w latach 30. trafnie pisał, że tym, co czyni socjalizm popularnym wśród społecznych „dołów”, nie są mało konkretna „wolność” i wizje nowatorskich stylów życia. Plebejuszy przyciągają doń całkiem „drobnomieszczańskie” marzenia oraz przekonanie, że socjalizm oznacza pełny żołądek, stabilizację materialną i brak prześladowań politycznych plus to, co jest im bliskie już w kapitalizmie: picie piwa z kolegami, chodzenie na mecze i cieszenie się życiem rodzinnym.

Już od kilku pokoleń bojownicy kontrkultury zalewają świat „wywrotową” muzyką, „wywrotową” sztuką, „wywrotową” literaturą, „wywrotowymi” strojami, a na uniwersytetach pełno jest profesorów rozpowszechniających /…/ „wywrotowe” idee. Tyle wywrotowej działalności, a system całkiem nieźle ją toleruje – szydzą Heath i Potter. Autorzy „Buntu…” podważają mit założycielski kontrkultury – że rozwinięty kapitalizm bazuje na uniformizacji i dlatego narzuca konsumentom ograniczone możliwości wyboru, „urabiając” ich do jednakich postaw. W rzeczywistości „system” żywi się różnorodnością; świetną pożywką staje się dla niego również to, co „buntownikom” wydaje się wymierzone w same jego fundamenty. Heath i Potter piszą złośliwie: Oto pobieżne zestawienie rzeczy, które w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat uchodziły za nadzwyczaj wywrotowe: palenie papierosów, długie włosy u mężczyzn, krótkie włosy u kobiet, brody, minispódniczki, bikini, heroina, jazz, rock, punk, reggae, rap, tatuaże, włosy pod pachami, graffiti, skutery, kolczyki w różnych częściach ciała, wąskie krawaty, nienoszenie biustonosza, homoseksualizm, marihuana, podarte ubrania, żel do włosów, irokezy, afro, antykoncepcja, postmodernizm, spodnie w kratkę, ekologiczne uprawy warzyw, buty wojskowe, seks między przedstawicielami różnych ras. Dzisiaj każdą pozycję z tej listy można znaleźć w typowym wideoklipie Britney Spears (może z wyjątkiem włosów pod pachami i ekologicznych warzyw).

Wedle adeptów kontrkultury, „system” za pomocą sektora reklamowego „programuje” konsumentów, aby nabywali wciąż więcej i więcej jednakowej oferty. Kontrkulturowa teoria konsumpcji mówi, że napędzana jest ona przez dążenie, aby „być jak inni”, przez konformistyczną chęć posiadania tego, co znajduje się w powszechnym użyciu. Jednak faktyczny powód udziału w „zakupowym wyścigu szczurów”, a zarazem przyczyna tego, że rozmaite „buntownicze” postawy i trendy zostały bez trudu wchłonięte przez „system”, są dokładnie odwrotne. Ludzie gros pieniędzy przeznaczają na takie dobra i usługi, które nie dostosowują ich do „tłumu”, lecz z niego wyróżniają. Czy będą to „luksusowe marki”, czy „najświeższe nowości”, czy „tradycyjne receptury”, czy „alternatywne trendy”, czy „wyroby ekologiczne” – większość z nas kupuje je po to, aby manifestować swoją oryginalność, nie zaś utożsamić się z „szarą masą”. Kiedyś „cykl życia” produktów wyznaczała ich trwałość. Natomiast w epoce „buntu” całkiem dobre przedmioty wyrzuca się tylko dlatego, że przestają być „świeże” i odkrywcze, na ich miejsce kupując „topowe”. Współczesna kultura konsumpcyjna jest swego rodzaju nieustanną „pogonią za cool”, za modą, nowością i odmiennością.

Ma to jednak niewiele wspólnego z przebiegłością „systemu”, z „terrorem” reklamy, z „wszechwładzą” wielkich koncernów. Heath i Potter przywołują Thorsteina Veblena, który już u schyłku XIX w. sformułował teorię, wedle której po zaspokojeniu podstawowych potrzeb społeczeństwo zaczyna pożądać bardziej wyszukanych dóbr. O ile jednak wzrost dostępu do prostych produktów powszechnie wzmaga zadowolenie z własnej sytuacji (po prostu żyje się lepiej i łatwiej), o tyle konsumowanie dóbr luksusowych ma z natury działanie przeciwne. Stanowi bowiem grę o sumie zerowej – jeśli część z nas bierze udział w nowej modzie i zyskuje prestiż, to adepci mody poprzedniej „wypadają z obiegu” i tracą „blask”; gdy dobro elitarne staje się dostępne wielu jednostkom, znika jego symboliczny status, a posiadacze tracą poczucie zadowolenia. Stąd nieustanny, samoreprodukujący się i powszechny wyścig w dziedzinie mód i trendów, stąd też popyt na „oryginalne” i „buntownicze” postawy i style życia, a przy tym brak zadowolenia mimo wciąż rosnącego poziomu życia. Takie są skutki „rywalizacyjnej konsumpcji”, której głównym motorem napędowym nie jest marketing, lecz cechy ludzkiej psychiki.

Jednym z kluczowych mitów, jakie spopularyzowała kontrkultura, jest przekonanie, że ostoję kapitalizmu stanowią „straszni mieszczanie”, czyli konformiści, którzy grzecznie spędzają życie w biurach, jednakowych barach szybkiej obsługi i z rodziną. W tej narracji, „buntownicy” mają zagrażać kapitalizmowi, destabilizować go, poddawać krytyce i „wykolejać”. Jak przekonują autorzy książki, staromodne postawy nie są jednak wcale tym, czego nowoczesny kapitalizm pożąda najbardziej. To raczej „buntownicy” są solą tej ziemi, podporą dzisiejszego porządku gospodarczego. „Dziki” kapitalizm potrzebuje „dzikich” ludzi – i to nie tylko jako konsumentów „oryginalnych” trendów, lecz także jako ich twórców. /…/ stateczna i nieruchawa elita burżuazyjna, której styl życia i obyczaje były wzorowane na starej angielskiej arystokracji, została już dawno przeznaczona do unicestwienia przez siły kapitalizmu. Niespokojny wolny duch, indywidualista i cygan, pod wieloma względami bardziej pasuje do prawdziwego ducha kapitalizmu – gdzie fortuny zbija się i traci w ciągu jednego popołudnia, gdzie jedno kliknięcie myszki uruchamia przepływy kapitału po całym świecie, gdzie handel zmienia miejsce zbyt szybko, żeby ktokolwiek mógł zapuścić korzenie – piszą Heath i Potter.

Podobnie celnie autorzy „Buntu…” rozprawiają się z innym pewnikiem kontrkulturowych teorii, czyli ubolewaniami nad spadkiem różnorodności. Nawet jeśli dokonuje się koncentracja własności, to przeciętny konsument ma dzisiaj nie mniejsze, lecz znacznie większe możliwości wyboru. Dzieje się tak m.in. wskutek ogromnego rozwoju transportu, przenikania się trendów z różnych części świata, medialnego „zbliżenia” kulturowego, umasowienia niegdyś elitarnych produktów czy powstania nowych, niemasowych technologii. Możemy narzekać, że sieciowe hipermarkety rugują rodzinne sklepy, a franczyzowe knajpy i punkty usługowe zastępują lokalne podmioty, jednak przeciętny konsument ma dziś w niemal każdej dziedzinie dostęp do znacznie bogatszej oferty niż kilkadziesiąt lat temu.

Heath i Potter przywołują zresztą fakt, że w USA, kraju stanowiącym symbol uniformizacji, inicjatywy sieciowe stanowią 1/3 podmiotów handlowych i usługowych – cała reszta oferuje niepowtarzalne formy konsumpcji dóbr i usług. Wyśmiewają też teorię, wedle której konsumenci „dostają to samo” – na przykładzie rynku budowlanego wykazują, że amerykańskie przedmieścia, często przywoływany przykład standaryzacji, są dziś znacznie bardziej zróżnicowane jeśli chodzi o możliwości wyboru cech domów i ich wyposażenia, niż kilkadziesiąt lat temu, czyli w epoce, w której ponoć panowała większa różnorodność.

Nawet tam, gdzie ma miejsce pewne ujednolicenie, wynika to często nie z „urabiania” konsumentów, lecz z całkiem naturalnych procesów. W społeczeństwie masowym, w którym w ciągu zaledwie stulecia przybyło kilka miliardów osób na nierosnącym terytorium, nie jest możliwa powszechna produkcja „lokalna” i „oryginalna”. Ludzie oczekujący, że restauracja mająca dziesiątki klientów będzie oferowała im potrawy „domowe”, zapominają, ile czasu i wysiłku wymaga przygotowanie faktycznie domowego posiłku dla choćby 4 osób; to samo dotyczy całego sektora produkcji spożywczej. Dzisiejszy rynek konsumencki oferuje zresztą znacznie większą niż kilka dekad temu liczbę produktów „oryginalnych” czy „dopieszczonych”. Owszem, są one droższe niż te standardowe, co jednak jest oczywiste, skoro ich wytwarzanie i sprzedaż wymaga większego zachodu. Pytanie tylko, ilu miłośników różnorodności chciałoby przeznaczać nie 10 czy nawet 30, lecz 80-90% dochodów na niepowtarzalne i „naprawdę swojskie” produkty żywnościowe, kosztem rezygnacji z zakupu wielu innych dóbr. Pewna standaryzacja, a nawet „bylejakość” w wybranych dziedzinach są ceną, którą płacimy za możność większego wyboru ogólnego.

W samej konsumpcji nie ma zazwyczaj niczego złego – narzekają na „społeczeństwo (nad)obfitości” głównie ci, którzy tkwią w nim po uszy, nie zaś tacy, których zeń wykluczono lub nigdy nie mieli możności w nim uczestniczyć. Natomiast w przypadku szkodliwych rodzajów konsumpcji wyjściem z sytuacji nie jest „bunt kulturowy” i „alternatywne style życia”, lecz swoiste moratorium na „konsumpcyjny wyścig zbrojeń”, przybierające postać regulacji prawnych. Jednak kontrkultura, ze swoją teorią „systemu” skażonego do cna złem, okazuje się nie być zainteresowana reformami i prostymi rozwiązaniami.

Heath i Potter podają dwa znamienne przykłady takich ślepych uliczek. Pierwszy to konsumpcjonizm wśród młodzieży, szczególnie podatnej na epatowanie modnymi strojami, gadżetami itp. Nie tylko drastycznie napędza to wydatki rodziców, ale i skazuje uboższych uczniów na środowiskowe wykluczenie. Jak wskazują autorzy „Buntu…”, kontrkultura – ze swą obsesyjną wiarą w „system” jako rozsadnik konformizmu i uniformizacji – odrzuca najprostszy na szkolnym gruncie sposób ograniczenia tego „wyścigu zbrojeń” i zwiększenia równości, jakim byłoby… wprowadzenie mundurków. Wedle „buntowników”, byłoby to ukłonem wobec „faszystowskiego porządku”, do którego rzekomo dąży kapitalizm, a poza tym szkoła to instytucja sama w sobie represyjna i zabijająca indywidualność, więc jej reformowanie byłoby zdradą ideałów i uwikłaniem się w zgniłe kompromisy. Drugi przykład dotyczy broni palnej. Heath i Potter przypominają, że związany ze środowiskiem kontrkultury reżyser Michael Moore przedstawił w swoim filmie „Zabawy z bronią” fatalne skutki łatwego dostępu do broni w USA, a mimo to opowiedział się przeciwko zaostrzeniu kontroli tego sektora. Zgodnie bowiem z „radykalnymi” teoriami, nadużywanie broni nie jest problemem, który można rozwiązać regulacjami prawnymi. Świadczy ono o dogłębnym zepsuciu współczesnej kultury i społeczeństwa, zatem nowe przepisy byłyby jedynie półśrodkami, które nie wykorzenią „systemowego zła” – zatem lepiej nie robić nic…

Krytyce takich aberracji towarzyszy w „Buncie na sprzedaż” ukazanie słabości tego, co kontrkultura uważa za faktyczne alternatywy. Jednym z przykładów jest idea „Dnia bez Kupowania”, mającego zwrócić uwagę na „nadkonsumpcję”. Tymczasem w dzisiejszych realiach to, że my konsumujemy mniej, nie oznacza, iż zmniejsza się skala konsumpcji ogólnej. Pieniądze, których nie wydaliśmy na zakupy, nasz bank pożyczył komuś innemu, kto otrzymał upragniony kredyt konsumpcyjny. Faktyczne zmniejszenie udziału w konsumpcji może się dokonać jedynie poprzez zmniejszenie siły nabywczej. O ile jednak „Dzień bez Kupowania” cieszy się wśród kontrkulturowców dużą popularnością, to chyba niewielu z nich chciałoby się przyłączyć do „Dnia bez Zarobku”, jak celnie drwią autorzy książki.

Zamiast czekać na „upadek systemu” lub wierzyć, że świat zmieni się, gdy mozolnie zgromadzimy wystarczająco dużo konsumentów wybierających produkty „alternatywne”, wiele problemów można rozwiązać już dziś za pomocą przepisów administracyjnych, regulacji podatkowych itp. Heath i Potter pytają, dlaczego te same środowiska, które na szczęście wciąż bronią systemu powszechnych ubezpieczeń społecznych i publicznej służby zdrowia, zarazem wierzą, że problemy z innych dziedzin, np. ochrony środowiska, można rozwiązać jedynie lub głównie poprzez indywidualne „zmiany stylu życia”.

Choć nie piszą tego wprost, wydaje się, że kluczowym problemem „radykalnych” środowisk i ich koncepcji jest przerost indywidualizmu. Dawniej inicjatywy oddolne były formą zbiorowego nacisku na rządy i instytucje, aby wprowadziły rozwiązania systemowe, korzystne dla szerokich rzesz lub ogółu społeczeństwa, albo stanowiły – jak ruch spółdzielczy – opartą na masach awangardową formę nowego ustroju. Dziś natomiast niewielkie, rozproszone grupy są przekonane, że dzięki indywidualnym wyborom i działaniom ich członków dokona się epokowa zmiana – taka potęga miałaby tkwić w decyzjach i postawach „oświeconych”. W praktyce jednak nic takiego się nie dzieje. Trudno przecież oczekiwać, że konsumpcja produktów tzw. sprawiedliwego handlu czy żywności ekologicznej albo „nielegalne” sadzenie roślinności w miastach (guerilla gardening) staną się kiedykolwiek na tyle masowe, iż wywołają zmianę ogólnospołeczną w skali globu, kraju czy choćby aglomeracji. Dużo więcej dobrego w tych kwestiach zrobiłby skuteczny nacisk na ekologizację przepisów dotyczących ogółu upraw rolnych, wprowadzenie bardziej „przyjaznych” krajom Trzeciego Świata regulacji celnych czy sensowna polityka władz municypalnych, niż hobbystyczno-egoistyczno-modowo-charytatywne „wybory konsumenckie” i takież „oddolne działania”. Ale wówczas należałoby nieco utemperować ego „radykałów”, w zamian zaś nauczyć się współpracy z grupami osób, które niekoniecznie są tak samo „aktywne” i „świadome”, jak kontrkulturowi „buntownicy”.

To właśnie etos propagowany przez tych ostatnich podkopuje możliwości zbiorowego działania. Eskalacja kulturowych różnic w imię „samorealizacji”, odrzucenie wszelkich reguł w ramach „wyzwolenia” i walki z hierarchiami (od nich bowiem już ponoć tylko krok do faszyzmu), skutkują niemożnością nawiązania sojuszów. Środowiska, które uważają się za radykalne i poddają „totalnej” krytyce „system”, w praktyce nie robią zatem nic, aby cokolwiek zmienić – w niszowych grupach spędzają miło czas, nazywając egocentryzm „alternatywnym stylem życia”. Czym kontrkulturowcy różnią się w wymiarze społecznym od wędkarzy? Chyba tym jedynie, iż miłośnicy wędkowania nie udają, że ich aktywność cokolwiek zmienia, a tym bardziej – że zagraża jakiemuś „systemowi”. My jednak daliśmy sobie wmówić, że 40-letni facet z kolekcją spławików to z zasady bierny społecznie nudziarz, konformista i przeciętniak, zaś 19-letnie dziewczę z równie pieczołowicie gromadzoną kolekcją muzyki „alternatywnej”, jest zaangażowaną, wrażliwą buntowniczką, zwiastującą „nowe czasy”.

Z konieczności streszczam wielowątkowy i pełen przykładów wywód Heatha i Pottera, chcąc nie chcąc mocno zubażając to, co mają do powiedzenia. Ich książka nie jest pozbawiona wad, z których główną wydaje się zbytnie utożsamienie z przyjętą tezą – tak znaczne, że autorzy krytykują kontrkulturę nawet tam, gdzie jej idee noszą znamiona sensu. Przykładem niech będzie niechęć wobec ekspansji reklam, których nie można traktować – wbrew opiniom autorów – jako pojedynczych, nieszkodliwych przekazów, bo w takiej liczbie i natężeniu tworzą one spójny przekaz, rugujący niekomercyjne wartości i postawy. Na zasadzie reakcji przeciw obsesjom „antysystemowców” nazbyt idealizują też obecny porządek, np. gdy przekonują, że problem dewastacji środowiska rozwiążą mechanizmy rynkowe, opłaty za zanieczyszczanie itp. Być może część tych słabości należy złożyć na karb pochodzenia jej autorów. Kanadyjczycy, czyli mieszkańcy jednego z najbogatszych, a zarazem bardzo „socjalnych” krajów, mogą sobie wyobrażać, że kapitalizm wszędzie jest taki „bezproblemowy”. Te niedoskonałości książki nie zmieniają jednak tego, że jest ona znakomita – nie tylko jako rzetelna i krytyczna analiza ważnego zjawiska, ale również jako quasi-manifest.

Autorzy „Buntu na sprzedaż” krytykują bowiem kontrkulturę przede wszystkim za podkopanie tradycyjnej polityki lewicy. Niezależnie, czy uznamy „(kontr)kulturowy bunt” za rdzeń, czy jedynie za element szerszego procesu, faktem pozostaje, że współczesna lewica i środowiska postępowe wpadły w wiele pułapek opisanych powyżej. Te kilka dekad, podczas których brnęły coraz bardziej w kontrkulturowe szaleństwo, było zarazem okresem demontażu socjalnych funkcji państwa, przeciwko czemu nikt na większą skalę nie protestował. Jeśli nie chcemy zatem powrotu „dzikiego” kapitalizmu i wojny wszystkich ze wszystkimi, w której przegrają najsłabsi, potrzebujemy odbudowy lewicy.

Takiej lewicy, która kontrkulturowemu eskapizmowi i elitaryzmowi przeciwstawi odnowienie więzi z masami, odkładając na bok różnice w stylu życia. Takiej, która oprze działania i struktury nie na egoistycznych rojeniach o „antyautorytaryzmie” i „braku hierarchii”, lecz na zasadach demokratycznych. Takiej, która mrzonki o „obaleniu systemu” zastąpi konkretnymi inicjatywami, mającymi na celu utrzymanie lub poszerzenie zakresu zdobyczy socjalnych, a życie ludzkie bardziej bezpiecznym i stabilnym, a także – nie ma potrzeby wstydzić się tego postulatu – wygodnym. Takiej, która zamiast naiwnych marzeń o masowym odrzuceniu konsumpcjonizmu, położy nacisk na ograniczenie najbardziej szkodliwych postaw i trendów, czy to za pomocą przepisów, czy wysokiego opodatkowania ich. Takiej, która w miejsce roztrząsania problematyki kulturowej, stylów życia i wyborów konsumenckich zajmie się ponownie sferą polityki i reformami instytucji. Takiej wreszcie, która zamiast wolności – przesadnie akcentowanej przez ostatnie dekady oraz świetnie współgrającej z etosem dynamicznego kapitalizmu – w centrum uwagi postawi równość i braterstwo.

Ten, zdawałoby się, bardzo umiarkowany program, jest zarazem radykalny. Oznacza on bowiem ni mniej ni więcej, lecz zawrócenie o 180 stopni z drogi, którą lewica podążała przez kilka minionych dziesięcioleci.

Remigiusz Okraska

Joseph Heath, Andrew Potter, Bunt na sprzedaż. Dlaczego kultury nie da się zagłuszyć?, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2010, przełożyła Hanna Jankowska.

Książkę można nabyć w sprzedaży wysyłkowej: MUZA SA, ul. Marszałkowska 8, 00-590 Warszawa, tel. /22/ 6286360, e-mail: info@muza.com.pl, księgarnia internetowa: www.muza.com.pl