przez Jan Przybylski | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Wojna to, według klasycznej definicji, akt przemocy mający na celu zmuszenie przeciwnika do spełnienia naszej woli. Polska leży w nieprzyjemnym otoczeniu geostrategicznym. Nie znajduje się jednak w stanie realnego konfliktu z sąsiadami, który czyniłby prawdopodobnym bój o życie, podobny do tego z roku 1920 czy 1939. Nie można mimo to całkiem wykluczyć poważnego starcia się woli Polski z wolą któregoś z mocarstw ościennych (ze wskazaniem na wschodnie), skutkującego wzrostem napięcia.
Wynika z tego konieczność utrzymywania armii, która będzie miała poważną zdolność obrony własnego terytorium. Zdolność do działań ekspedycyjnych, wynikających ze zobowiązań sojuszniczych, acz istotna, winna mieć charakter uzupełniający.
Co było na końcu historii…
Polska wychodziła z epoki realnego socjalizmu z wojskiem uważanym obecnie za potężne. W roku 1990 armia liczyła, już po niemałej redukcji ilościowej, ponad 260 tys. żołnierzy, posiadała czołgi w kosmicznej dziś liczbie 2830, 352 samoloty bojowe i mnóstwo innego sprzętu. Głębsza analiza rozwiewa jednak ten mit.
Ludowe Wojsko Polskie było chronicznie niedoinwestowane, wysokie stany liczebne utrzymywano za cenę potężnego udziału przestarzałego sprzętu. Pamiętające II wojnę światową czołgi T-34/85, które poważną wartość bojową utraciły jeszcze w latach 50., były utrzymywane w dywizjach do 1985 r. W linii w 1990 r. nie było ani jednego pojazdu zdolnego nawiązać równorzędną walkę z niemieckim Leopardem 2 czy sowieckim T-80U. Podobnie było w innych formacjach.
W lata 90. Wojsko Polskie wkraczało pod hasłem „Armia mniejsza, ale nowocześniejsza”. Faktycznie, jej liczebność pomału spadała, aby osiągnąć na koniec dekady niecałe 187 tys. osób. Jednak nowoczesność ograniczała się w praktyce do wycofania najbardziej przestarzałego sprzętu. Mimo od pewnego momentu nie najgorszej sytuacji ekonomicznej, nie dokonywano żadnych zasadniczych modernizacji. Wyjątki to wprowadzenie do linii czołgów PT-91 i pozyskanie drogą barteru 10 ex-czeskich MiG-ów-29. Świat tymczasem uciekał coraz szybciej.
Żywsze wiatry zaczęły wiać dopiero po roku 2000, gdy po ustawowym zagwarantowaniu wydatków MON w wysokości 1,95% PKB, przystąpiono do kilku poważnych programów modernizacyjnych. Część z nich udało się doprowadzić do finału, np. kluczowy dla obronności zakup nowych wielozadaniowych samolotów bojowych, pozyskanie nowych kołowych transporterów opancerzonych oraz przeciwpancernych pocisków kierowanych. Jednocześnie rosły kwoty faktycznie wydawane na obronność – z 1,22% PKB w najgorszych latach 2001-2002 do 1,45% w 2007 r.
Cały czas trwały redukcje liczebne, przy zwiększającym się udziale żołnierzy zawodowych. W ostatnim roku poboru wynosił on już 62%, przy stanie nieco przekraczającym 129 tys. (w roku 1990 – zaledwie 35%). Rozformowywano przy tym kolejne jednostki, likwidowano garnizony. Bardzo istotną cezurą był rok 2008, gdy podjęto decyzję o profesjonalizacji armii.
Niestety, w owym roku „kryzysowo” zablokowano 3 mld zł, a w roku kolejnym faktyczne niedofinansowanie MON w stosunku do założeń ustawowych wzrosło do aż 5,2 mld zł, chociaż „kreatywna księgowość” miała wykazać kwotę 2 mld. Jednocześnie czynione są zakusy na wspomniane gwarancje ustawowe.
Co możemy mieć?
Limity polskiego potencjału militarnego określa Traktat o Konwencjonalnych Siłach Zbrojnych w Europie (CFE). Są one następujące: 234 tys. żołnierzy, 460 samolotów bojowych, 130 śmigłowców bojowych, 1730 czołgów, 2150 bojowych wozów opancerzonych, 1610 dział kalibru powyżej 100 mm.
Wojsko posiadające takie ilości nowoczesnego sprzętu byłoby europejskim mocarstwem konwencjonalnym. Wartości te zostały bowiem określone jeszcze w epoce armii masowych, gdy np. w Polsce królowały działa pamiętające generalissimusa Stalina. Od 1990 r. w zasadzie we wszystkich europejskich siłach zbrojnych zaszły gigantyczne redukcje ilościowe, np. Niemcy z dozwolonych 4166 czołgów mają obecnie około… 400. Można więc ze spokojem orzec, że stan prawny w zakresie umów międzynarodowych jest całkowicie zadowalający.
Który rodzaj wojska jest najważniejszy? Przy ograniczonych środkach budżetowych nie da się uciec przed takimi rozważaniami. 1,95% PKB przeznaczone na obronność to wbrew pozorom niewiele, szczególnie że na zakupy sprzętu przeznaczane jest ok. 20% budżetu ministerstwa – drugie tyle stanowi „garb emerytalny”. Kluczowe programy muszą być realizowane ze środków specjalnych: tylko tak mógł dokonać się zakup F-16, jedynie w ten sposób może się udać zrewitalizować Marynarkę Wojenną itp. Specjaliści, konfrontując przewidywane środki budżetowe z potrzebami modernizacyjnymi na lata 2009-2018, orzekli, że niedobór wyniesie, bagatela, 150 mld zł.
Skoro kołdra jest tak krótka, trzeba położyć nacisk na któryś z rodzajów broni. Na podstawie analizy konfliktów w Serbii, Gruzji, a także Iraku, jestem przekonany, że są nimi lotnictwo i obrona przeciwlotnicza. Siły powietrzne mogą realizować najszerszy zakres zadań: ten sam F-16 o godzinie 6.00 może przechwytywać rosyjskie samoloty nad Krakowem, o 14.00 niszczyć infrastrukturę transportową pod Smoleńskiem, a o 20.00 dokonać dekompozycji kolumn pancernych pod Suwałkami. Warunkiem opanowania terytorium jest osiągnięcie panowania powietrznego nad nim – bez tego nie ma co marzyć o działaniach wojsk lądowych, łatwych do wykrycia przez powietrzne systemy rozpoznawcze, skrajnie uzależnionych od wrażliwego na zniszczenie zaplecza logistycznego i zaopatrzeniowego.
Obrona przeciwlotnicza z kolei utrudnia nieprzyjacielskim siłom powietrznym osiągnięcie panowania nad Polską, może również utrudnić wykonywanie zadań przez pociski rakietowe krótkiego i średniego zasięgu.
Jaki model armii?
W dyskusjach na ten temat ściera się kilka zasadniczych stanowisk. Istnieją zwolennicy armii zawodowej, wojska mieszanego, określanego w uproszczeniu jako poborowe, wreszcie głosiciele masowej, taniej armii terytorialnej.
W mojej opinii, w wyobrażalnym horyzoncie czasowym długi konflikt pełnoskalowy jest mało prawdopodobny, więc problem ten nie jest faktycznie decydujący. Możliwe zadania jest w stanie wypełnić zarówno sensownie zorganizowana, finansowana i uzbrojona armia profesjonalna, jak i takież wojsko poborowe. Gdyby jednak konflikt tego rodzaju miał zaistnieć, rezerwiści niewiele pomogą. Przegrana bitwa graniczna wymusi rychłą kapitulację z uwagi na sprzyjające ruchom wojsk ukształtowanie powierzchni naszego kraju i jego stosunkowo niedużą przecież wielkość, pozwalającą nieprzyjacielskiemu lotnictwu na osiągnięcie celów na całym obszarze.
Kilka słów należy się problemowi obrony terytorialnej i armii partyzanckiej. Dobrze pojęta obrona terytorialna może stanowić bardzo wartościowe uzupełnienie armii „ciężkiej”, operującej skomplikowanym i drogim sprzętem. Miejmy jednak w pamięci wojnę o Kosowo. Nieźle uzbrojeni, doświadczeni i bitni Serbowie mogli na lądzie sprawić wojskom NATO pewne problemy. Jednak na bombardowania prowadzone za pomocą broni precyzyjnej z wysokości 5 km marną odpowiedź stanowi nawet 5 mln mężczyzn z kałasznikowami i kilkoma tysiącami Stingerów. Niestety, wojsko musi mieć kosztujące po niemal 100 mln dolarów za sztukę myśliwce, czołgi po kilka milionów itp.
Ponadto z „armią partyzancką” wiąże się mniej czy bardziej explicite wyrażone założenie, że konflikt będzie się odbywał w głębi naszego terytorium. Tymczasem kolejnej fali destrukcji infrastruktury i kultury materialnej oraz rzezi obywateli, ze szczególnym uwzględnieniem elit – Polska nie przeżyje. Wojna jest przedłużeniem polityki, więc zadaniem tej drugiej jest niedopuszczenie do jej toczenia w skrajnie niekorzystnych warunkach, przy pewności porażki. Niestety, może się to wiązać z koncesjami czy zmianami sojuszy wbrew woli i sentymentom, jeżeli jednak ma to być ceną biologicznego i historycznego przetrwania, to warto ją zapłacić.
Co mamy?
Polska dysponuje obecnie armią zawodową, liczącą ok. 100 tys. żołnierzy. Ma ona być wspierana przez tworzone obecnie 20-tysięczne Narodowe Siły Rezerwy. Omówmy pokrótce główne rodzaje broni.
Lotnictwo odebrało właśnie dostawę 48 sztuk F-16C/D Block 52+, które wspierają 32 MiG-i-29 i wycofywane Su-22. F-16, wbrew bzdurnemu stygmatowi „gratów z lat 70.”, stanowią sprzęt w pełni wartościowy. Są wręcz jednymi z maszyn tej klasy odznaczających się największymi możliwościami. Gorzej z MiG-ami-29 – obecnie to samoloty bardzo przestarzałe, o niewielkim potencjale w zakresie walki powietrze-powietrze, dość dużym w walce manewrowej, ale prawie żadnym w dziedzinie powietrze-ziemia, operujące w dodatku ze starym uzbrojeniem o wątpliwej jakości. Modernizacja ich jest możliwa technicznie, ale trudna politycznie, gdyż producentem jest Rosja. Maszyny te miały zniknąć z linii po roku 2018, lecz prawdopodobnie zostaną poddane pewnej modernizacji, która jednak nie zwiększy znacząco ich możliwości.
Liczące ponad ćwierć wieku Su-22 miało czekać w najbliższych latach złomowisko albo sprzedaż za granicę. Wydawało się, że to najlepsze, co z nimi można w tej chwili zrobić – stosowny moment na ich modernizację został przespany w latach 90. Tymczasem najnowsze pogłoski sugerują, że również część tych maszyn ma zostać unowocześniona. Ogólnie biorąc jednak stan lotnictwa, dzięki wprowadzeniu do służby F-16 i osiągnięciu przez nie wstępnej gotowości bojowej, można określić jako w miarę przyzwoity. Obraz zaciemnia przestarzałość systemu szkolenia oraz coroczne problemy z przydziałami paliwa, utrudniające utrzymanie właściwej gotowości bojowej i osiągnięcie wymaganych nalotów przez załogę.
Wojska Obrony Przeciwlotniczej Sił Powietrznych dysponują w zakresie dalekiego zasięgu 12 wyrzutniami rakiet S-200 Wega (250 km). Za zasięg średni odpowiada 18 zestawów 2K11 Krug (55 km), za krótki – 60 wyrzutni S-125 Newa SC (25 km). Wojska Obrony Przeciwlotniczej Wojsk Lądowych mają 80 wyrzutni rakiet 2K12 Kub (24 km) i 64 zestawy 9K33 Osa (10,5 km). Uzupełnienie systemu obrony przeciwlotniczej stanowią przenośne zestawy rakietowe Grom i Strzała-2M oraz działa plot kalibrów 57 i 23 mm. Zasadniczy problem polega na tym, że wszystkie wymienione typy wyrzutni, sprzęt sowiecki o korzeniach sięgających lat 60., a nawet 50., będą musiały zostać niedługo wycofane (np. Krugi mają zniknąć już w przyszłym roku; jedynie Osy posłużą nieco dłużej, do 2021 r.). Sytuację pogarsza fakt zestarzenia się środków bojowych – pocisków rakietowych.
Jedynym obok F-16 optymistycznym, niezwykle przy tym ważnym akcentem, jest dobry stan sieci radarowej. Bazuje ona na spełniających wszelkie wymogi stacjach tak polskich (rodzimej produkcji), jak i rozlokowanych na terenie kraju NATO-wskich. Cieszy również istnienie nowoczesnych zautomatyzowanych systemów dowodzenia i kierowania oraz łączności i wymiany danych. Jako całość, obrona przeciwlotnicza wygląda jednak bardzo źle, a jako newralgiczny rodzaj broni stanowi najsłabsze ogniwo polskiego systemu obronnego.
Zasadnicza siła Wojsk Lądowych to 900 czołgów, wśród których realną wartość bojową posiada 128 Leopardów 2A4 oraz 232 PT-91, choć należy pamiętać, że liczba sprawnych maszyn jest mniejsza. Pozostałe T-72M1/M1Z są już bardzo przestarzałe i bez modernizacji mogłyby spełniać jedynie zadania pomocnicze. Jednak nawet oba wartościowe typy uzbrojenia wymagają zasadniczego zwiększenia potencjału bojowego, które w przypadku Leopardów pozwoliłoby uzyskać pojazdy całkowicie spełniające współczesne wymagania pola walki. Problem w tym, że modernizacja tych pojazdów nie jest na razie planowana, a w dodatku nie została do nich nawet zakupiona nowoczesna amunicja przeciwpancerna. Potencjał modernizacyjny PT-91, polskiej pochodnej T-72, jest niestety zdecydowanie mniejszy i pojazdy te, jeśli Wojska Lądowe myślą poważnie o utrzymaniu w linii 400 wartościowych czołgów, zgrupowanych w czterech brygadach pancernych, będą musiały rychło zostać zastąpione nowym typem.
Pojazdy te wspiera 1597 wozów bojowych, z których 300 kołowych transporterów opancerzonych Rosomak (zamówionych zostało 890) to sprzęt bardzo nowoczesny. Kilkaset gąsienicowych BWP-1 stanowi już jednak niestety jeżdżący złom, z zupełnie nieefektywnym uzbrojeniem i słabym opancerzeniem.
Orszak bogini wojny, artylerii, tworzy 106 armatohaubic samobieżnych 152 mm wz.77 Dana, 524 samobieżne haubice 122 mm 2S1 Goździk, 24 z 36 zamówionych nowoczesnych wyrzutni rakietowych 122 mm WR-40 Langusta, a także 194 stare wyrzutnie BM-21 (które jednak można modernizować) i 30 nieco nowszych RM-70. Stan artylerii lufowej jest bardzo zły, relatywnie nowe Dany strzelają przestarzałą amunicją o donośności ledwie 18,5 km, podczas gdy normą dla nowoczesnych dział NATO-wskiego kalibru 155 mm jest 30-40 km – takie parametry ma armatohaubica Krab, której dostaw wojsko nie może się jednak doczekać. Działa 2S1 są przestarzałe i całkowicie nieperspektywiczne.
Dzięki zakupowi PPK Spike nie najgorzej wygląda zagadnienie obrony przeciwpancernej, chociaż w różnych konfiguracjach pokutują jeszcze całkowicie przestarzałe sowieckie zestawy Malutka.
Spośród 143 śmigłowców Lotnictwa Wojsk Lądowych, w ciągu najbliższych lat zajdzie konieczność znalezienia następców dla 32 szturmowych Mi-24, których próba modernizacji nie powiodła się, a także dla 33 wielozadaniowych Mi-8/17.
Ogólny stan wojsk lądowych, tak liczebny, jak i sprzętowy, jest w miarę zadowalający i pozwala myśleć o efektywnym działaniu. Programy modernizacyjne są realizowane w dość szerokim zakresie, braki i luki wydają się być dość łatwe do usunięcia. Warto przy tym zwrócić uwagę na sprawę kluczową, choć nieraz umykającą uwadze. Chodzi o systemy bezpiecznej i szybkiej łączności teleinformatycznej, wspomagania dowodzenia, zobrazowania i zarządzania polem walki (tzw. C4ISR), a także odpowiednie procedury, stanowiące układ nerwowy armii. W tym zakresie szczęśliwie zrobiono bardzo dużo, wdrażając nowe radiolinie, aparatownie, oprogramowanie sterujące komunikacją oraz inne wyposażenie. Armia polska konsekwentnie dąży do stworzenia w pełni zintegrowanego systemu C4ISR, wdrożyła NATO-wskie procedury operacyjne, co radykalnie zwiększyło jej możliwości bojowe. Dlatego już na obecnym etapie, mimo pewnych braków w zakresie środków wykrywania, w razie ewentualnego konfliktu nie powinna rozsypać się na podobieństwo armii Gruzji w 2008 r.
Najsmutniejszy obraz przedstawia chronicznie niedofinansowana Marynarka Wojenna. W jej skład wchodzą m.in. 2 ex-amerykańskie fregaty typu OHP, 2 korwety rakietowe typu 1241, 3 małe okręty rakietowe projektu 660, 1 duży okręt podwodny typu 877 i 4 małe, ex-norweskie okręty podwodne typu Kobben. Niestety, fregaty są bardzo zużyte, mają niesprawne radary i systemy walki, a także są praktycznie pozbawione uzbrojenia. Korwety typu 1241 są zupełnie przestarzałe, okręty typu Kobben powinny być wycofywane już od 2008 r. (ostatni w 2012). Jedynak typu 877, „Orzeł” ma mimo doskonałego stanu kadłuba nieefektywne już systemy walki oraz uzbrojenie. Jedynym jasnym punktem są jednostki typu 660, przenoszące nowoczesne pociski rakietowe RBS-15. Mająca stanowić przyszłość korweta „Gawron” (pierwszy okręt z serii liczącej według założeń 7 jednostek) po 9 latach od rozpoczęcia budowy jest jedynie kadłubem, bez uzbrojenia i wyposażenia, a nawet realnych szans pozyskania ich w sensownym czasie, z uwagi na brak pieniędzy.
Utrata znaczenia przez MW spowoduje zmniejszenie zdolności odpornej wobec działań desantowych, zwiększy wrażliwość na blokady morskie, a w razie wojny uniemożliwi dowóz zaopatrzenia drogą morską. A także ułatwi uderzenia z morza na obiekty znajdujące się na terenie kraju – przy czym nie chodzi tylko o wybrzeże, ale też, przy zasięgach powszechnie dostępnych pocisków rakietowych, wynoszących 200 i więcej kilometrów, jego głębię.
Co mieć powinniśmy
Analizy dotyczące pożądanej liczebności lotnictwa wykazują stopniowy spadek oczekiwań. Na początku ubiegłej dekady eksperci głosili, że Siły Powietrzne RP powinny mieć 160, a nawet 192 wielozadaniowe samoloty bojowe. Obecnie za optimum uznaje się liczbę 96-112 maszyn w 16-samolotowych eskadrach.
Niestety, mimo zgłaszanego jeszcze przed dwoma laty przez dowództwo lotnictwa zapotrzebowania na 32 nowe wielozadaniowe samoloty bojowe, w celu wypełnienia luki po wycofywanych Su-22, w programie na lata 2009-2018 nie przewidziano na ten cel żadnych środków. Substytutem nowych samolotów bojowych będzie do tego czasu 16 maszyn LIFT, szkolno-bojowych z możliwością przenoszenia zaawansowanego uzbrojenia – oczywiście jeżeli zostaną kupione.
Gdyby owo zapotrzebowanie miało zostać zrealizowane w obecnej sytuacji, najpewniej zostałyby zamówione kolejne F-16C/D. Po roku 2018 będą to zapewne F-35, albo… używane F-16. Słowo komentarza do samych liczb: w sytuacji redukcji przez Niemcy docelowego zamówienia na myśliwce Eurofighter Typhoon do zaledwie 137 egzemplarzy, Siły Powietrzne liczące np. 192 nowoczesne WSB miałyby status europejskiej potęgi. Jednak nawet 112 samolotów stanowiłoby znaczący potencjał, biorąc pod uwagę fakt, że siły powietrzne najbardziej prawdopodobnego przeciwnika, Rosji, w ciągu nadchodzącej dekady otrzymają zaledwie 48 Su-35, najwyżej kilkanaście-klikadziesiąt Su-34, prawdopodobnie pierwsze myśliwce nowej generacji PAK FA.
W ciągu minionych dwóch dekad Rosjanie nie kupowali niemal żadnych samolotów, nie modernizowali ich też w znaczącym zakresie. Sprawia to, że teoretycznie bardzo liczne floty Su-27, MiG-ów-29 i Su-24 będą musiały niedługo trafić na złom, a docelowy realny stan Wojenno-Wozdusznych Sił Rosji będzie wynosił prawdopodobnie ok. 350-400 maszyn, które będą musiały zajmować się obroną całego gigantycznego terytorium, a w razie wojny z Polską działać w strefie rażenia obrony przeciwlotniczej kraju.
Należy zatem powrócić do środków zwiększających świadomość sytuacyjną. W tym zakresie powinny pojawić się – umożliwiające uzyskanie przewagi informacyjnej i ułatwiające dowodzenie – samoloty wczesnego ostrzegania, choćby z popularnym radarem Erieye, w liczbie kilku sztuk. Niestety brak takich planów, mimo pewnych przymiarek. Częściowo rekompensuje to działanie na rzecz Polski NATO-wskich AWACS-ów E-3A. Praktyczny brak rozpoznawczych bezzałogowych środków latających ma zostać uzupełniony przez zakup do 2018 r. 14 systemów średniego (250 km) i bliskiego (100 km) zasięgu – dobre i to.
Bardzo przydatne systemy lotniczej obserwacji powierzchni ziemi i obiektów ruchomych klasy JSTARS niestety nie pojawią się w naszych siłach zbrojnych. Co gorsza, rząd w ub. roku wycofał się z NATO-wskiego projektu Alliance Ground Surveillance, mającego zapewnić sojuszowi skokowy wzrost świadomości sytuacyjnej dzięki wielkiej rozbudowie systemu obserwacji obiektów naziemnych z powietrza. Warte pozyskania są zbiornikowce powietrzne – nasza armia zabiega o dwie takie maszyny.
W dziedzinie obrony przeciwlotniczej wiadomo tyle, że zmiany są konieczne. Symulacja z roku 2008 zakładała, że do sprostania zagrożeniom niezbędne będą:
- Brygada Rakietowa Obrony Powietrznej z 6 dywizjonami rakietowymi – bateria rakiet bliskiego zasięgu (25 km) + bateria artyleryjsko-rakietowa, złożona z przenośnych zestawów rakietowych i zestawów artyleryjsko-rakietowych. Przeznaczona do obrony baz powietrznych.
- Brygada Rakietowa z 6 dywizjonami rakietowymi – bateria rakiet średniego zasięgu (100 km), bateria rakiet bliskiego zasięgu, bateria artyleryjsko-rakietowa. Do obrony kluczowych obiektów.
- 61. Pułk Rakietowy OP z 2 dywizjonami rakiet średniego zasięgu po 3 baterie każdy.
- 78. Pułk Rakietowy OP z 2 dywizjonami rakietowymi dalekiego zasięgu – bateria rakiet dalekiego zasięgu, bateria rakiet bliskiego zasięgu, bateria artyleryjsko-rakietowa.
Dywizjony dalekiego zasięgu zostałyby zapewne wyposażone w pociski rakietowe klasy THAAD i zapewniałyby obronę przed pociskami balistycznymi.
Niestety, powyższy model został uznany za nierealny ze względów ekonomicznych. Na obecną chwilę wiadomo tylko, że zaspokojenie potrzeb nawet po korekcie kosztować będzie 12-20 mld zł, podczas gdy w programie 2009-2018 zarezerwowano raptem 2,5 mld.
Wojska lądowe powinny przeprowadzić modernizację Leopardów, zastąpić PT-91 innym pojazdem, nowym lub używanym, wprowadzić na miejsce BWP-1 nowy gąsienicowy bojowy wóz piechoty (np. na bazie nowej platformy z Bumaru) i kontynuować zakup Rosomaków. Niestety, w programie 9-letnim pewne jest jedynie ostatnie zadanie, prace nad BWP prawdopodobnie zostaną sformalizowane jako 15. program operacyjny planu, nad nowym czołgiem mogą być prowadzone jedynie prace koncepcyjne. Konieczne jest zdecydowane zwiększenie donośności środków rażenia działających na rzecz wielkich jednostek i na szczeblu operacyjnym. Szczęśliwie program zakłada pozyskanie wieloprowadnicowych wyrzutni dalekiego zasięgu (300 km) w ramach programu Homar i w końcu zakup Krabów (deklarowano przynajmniej 48 sztuk), a także armatohaubic samobieżnych na podwoziu kołowym Kryl. Oba te wzory mają już strzelać inteligentną amunicją o donośności zwiększonej do 60-70 km (dodatkowo uzasadnia to konieczność posiadania systemów obserwacji powierzchni ziemi, których jednak, jak wspomniałem, nie będzie). Zarezerwowano również dość znaczne środki na zakup nowych śmigłowców.
Najbardziej zawikłana jest sytuacja Marynarki Wojennej. W miarę realne plany ministerstwa zakładają zaledwie dokończenie do 2017 r. jednej korwety (przy takim tempie budowy jej koszt może być niestety niemal porównywalny z wielkim niszczycielem) i przynajmniej rozpoczęcie procedury pozyskania jednego okrętu podwodnego. Plany ministerialne de facto spowodują utrwalenie degradacji MW. Moim zdaniem należałoby w ogóle zrezygnować z dokańczania „Gawrona”, nabyć 2-3 fregaty o wyporności rzędu 5000 ton (np. francuskie FREMM), kilka korwet mniejszych niż „Gawron”, a także 3 nowe średnie okręty podwodne (wyposażone w napęd niezależny od powietrza i pociski rakietowe przystosowane do rażenia celów lądowych) i jednostki pomocnicze. Pozwoliłoby to na uzyskanie pewnej elastyczności i przyzwoitej siły bojowej.
W tym miejscu należy powrócić do kwestii profesjonalizacji armii. Wspomnieliśmy już o trudnych uwarunkowaniach finansowych. Ocenia się, że w przypadku faktycznej profesjonalizacji, wiążącej się ze znacznym wzrostem kosztów osobowych (wojsko musi konkurować na rynku pracy), przy zachowaniu poprzedniego poziomu wydatków liczebność armii musi zostać zmniejszona przynajmniej o połowę w celu uzyskania odpowiedniej efektywności bojowej. Żołnierz profesjonalny ma być przecież intensywniej szkolony, dysponować nowocześniejszym sprzętem. Tymczasem w Polsce nadal nie ma pieniędzy nawet na… odpowiednią ilość paliwa i amunicji.
Pojawiają się ponadto opinie kwestionujące sam sposób wykonywania reformy na szczeblu podstawowym i zaangażowanie kandydatów do służby zawodowej. Bardzo możliwe, że Polska uzyskała nie armię faktycznie profesjonalną, a tylko – uzawodowioną, dziedziczącą wady armii zawodowej (koszty, brak uzupełniania rezerw ludzkich) i poborowej (gorsze wyszkolenie, uzbrojenie i efektywność). Jedną z dróg wyjścia z tej sytuacji byłoby zwiększenie wydatków na obronność do poziomu nawet 3% PKB, umożliwiające sprawne funkcjonowanie armii 100-tysięcznej. Przy braku realności politycznej tego rozwiązania, pozostaje drugie, bardzo kontrowersyjne: kolejna redukcja, do zaledwie 60-70 tys. ludzi. Utrudni ona zapewne wypełnienie wielu zadań (wystawienie jednostek ekspedycyjnych, pomoc w sytuacjach kryzysowych), jednak otrzymamy wówczas wojsko faktycznie dobrze wyposażone i wyszkolone, profesjonalne w pełnym tego słowa znaczeniu.
Przemysł obronny
Na uwagę zasługuje również problematyka krajowego zaplecza przemysłowego wojskowości, stanowiącego istotny – aczkolwiek teoretycznie niekonieczny, bo istnieją przecież kraje importujące niemal wszystko – element potencjału obronnego. Może ono być również stymulatorem rozwoju gospodarczego, inkubatorem nowych technologii (w przypadku Polski jednym z nielicznych), wreszcie – pełni poważne funkcje społeczne.
Podobnie jak w przypadku wojska, obecna sytuacja przemysłu została w dużej mierze określona przez historię. W czasach PRL produkował on szeroki asortyment uzbrojenia, jednak również tu opowieści o bajecznym rzekomo potencjale nie mają pokrycia w faktach. Zdecydowana większość wzorów była produkowana na licencjach sowieckich; co prawda umowy pozwalały na dostosowanie do lokalnych możliwości wytwórczych, tzw. polonizację, jednak rygorystycznie ograniczały możliwość prowadzenia prac rozwojowych. Licencje dotyczyły oczywiście zwykle wzorów zubożonych w stosunku do tego, co produkował dla siebie Związek Radziecki. Produkcja była spora, eksport poza Układ Warszawski niemały, jednak kierowano go do odbiorców niezbyt wymagających, w dodatku bez osadzenia w rachunku ekonomicznym.
Sowieci zezwalali na samodzielny rozwój sprzętu, którego produkcją sami nie byli zainteresowani, stąd np. samolot szkolno-treningowy TS-11 Iskra. Cóż z tego, skoro uzyskany tu potencjał bywał zaprzepaszczany, jak w przypadku lotnictwa właśnie i kasacji ambitnego programu naddźwiękowego samolotu szkolno-bojowego TS-16 Grot. Efekt był taki, że schedę po PRL-u stanowiły zakłady produkujące sprzęt niezbyt nowoczesny, w dodatku w fatalny sposób rozproszone organizacyjnie. Przykładem niech będą niezależne PZL Mielec (samoloty szkolno-bojowe i lekkie transportowe), PZL Okęcie (samoloty rolnicze, sportowe, szkolne), WSK Świdnik (śmigłowce), dwa mniejsze PZL-e silnikowe, a ponadto niezależne Wojskowe Zakłady Lotnicze, wykonujące bieżącą obsługę i remonty maszyn wojskowych.
W tej sytuacji utrzymanie się wielu z tych podmiotów na rynku po zmianie sytuacji ekonomiczno-politycznej stało się niepodobieństwem. Kolejne resorty gospodarki nie pomagały (co więcej, prominentne postaci dążyły do likwidacyjnej wyprzedaży całej zbrojeniówki), a MON, szczególnie w epoce Janusza Onyszkiewicza, bywał wręcz wrogi. Nie było zamówień ani promocji produktów na rynkach zagranicznych, tymczasem w normalnych krajach jest to praktyka absolutnie oczywista, a warunkiem kontraktu na zakup uzbrojenia jest zaangażowanie wysokich oficjeli z kraju oferenta.
Szczęśliwie, spora część podmiotów przetrwała fatalną dekadę. Po roku 2000 ruszyły procesy konsolidacyjne, m.in. utworzono Grupę Bumar, stanowiącą narodowy koncern obronny. Udało się też uzyskać kilka kontraktów eksportowych, m.in. na czołgi PT-91 dla Malezji, pojazdy WZT-3 dla Indii. Wraz z zakupami MON-u pozwoliło to na dotrwanie zbrojeniówki do dziś.
Obecnie oferta jest nadal dość bogata. Przedsiębiorstwa Grupy Bumar mogą produkować czołgi, pracują obecnie intensywnie nad wielozadaniową platformą gąsienicową Anders, która może przekształcić się w polski BWP, wytwarzają dobrej klasy radary obserwacji przestrzeni powietrznej średniego zasięgu, czołgowe systemy kierowania ogniem itd. Część militarna Huty Stalowa Wola oferuje haubicę samobieżną Krab oraz inne systemy artyleryjskie. Siemianowickie WZM produkują na fińskiej licencji KTO Rosomak. Coraz bogatsza jest oferta nowoczesnej broni strzeleckiej – trwają prace nad systemem broni indywidualnej MSBS, Polska jest samowystarczalna w zakresie produkcji broni wyborowej i dużej części zespołowego uzbrojenia piechoty.
Bardzo korzystny jest fakt pojawienia się mocnych podmiotów prywatnych, jak firmy WB Electronics (systemy informatyczne i łącznościowe) czy Teldat (sieciocentryczne systemy wspomagania dowodzenia i zarządzania polem walki). Polskie przedsiębiorstwa pracują również nad bardzo perspektywicznymi rozwiązaniami stricte bojowymi, jak bumarowski system żołnierza przyszłości Ułan 21, próbują też włączyć się w grę o modernizację polskiej OPL jako podwykonawcy. Sytuacja teoretycznie jest niezła, jednak przemysł jest bardzo wrażliwy na wahania finansowania przez MON czy opóźnienia płatności. Niestety, uzyskiwanie kolejnych kontraktów eksportowych idzie dość opieszale, z uwagi na brak wsparcia rodzimego przemysłu przez rząd.
Niekompetencja, zła wola polityczna czy szybka wyprzedaż w celu łatania luk budżetowych mogą polską zbrojeniówkę szybko zniszczyć. Nie istnieje już narodowy przemysł lotniczy – spośród wspomnianych zakładów, PZL Mielec zostały przez podejrzanych menedżerów doprowadzone do faktycznego bankructwa, a po restrukturyzacji wegetowały kilka lat, aby w kontrowersyjnych okolicznościach stać się nabytkiem amerykańskiej UTC. PZL-Rzeszów zostały również w kontrowersyjny sposób sprzedane w ramach rozliczeń offsetowych firmie Pratt & Whitney (stanowiącej część UTC). PZL Okęcie niejako na siłę „wciśnięto” grupie EADS w ramach rozliczenia za samoloty transportowe C-295. I wreszcie – przynoszące zyski zakłady PZL-Świdnik sprzedano w 2010 r. koncernowi AgustaWestland. Pozostałość po polskim przemyśle lotniczym to obecnie WZL-e i malutkie zakłady inż. Margańskiego. Nie trzeba dodawać, że pracująca na potrzeby MON Stocznia Marynarki Wojennej jest w takiej samej kondycji, jak jej patronka.
Si vis pacem para bellum
Stan wyposażenia Wojska Polskiego jest, poza kilkoma jaśniejszymi obszarami, niezbyt dobry, a potrzeby – gigantyczne. Ich zaspokojenie będzie miało kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa kraju, przy czym newralgiczna jest tu kwestia obrony przeciwlotniczej. Firmowane przez obecny obóz rządzący programy na nadchodzące lata nie niosą rozwiązania problemów, mogą wręcz doprowadzić do faktycznego zaniku niektórych rodzajów sił zbrojnych. Profesjonalizacja armii jest prowadzona w bardzo wątpliwy sposób.
Niestety, sanacja sił zbrojnych, jako kosztowna, jest podatna na ataki populistów najgorszego rodzaju. Nie pasuje też do postpolityki, czyli kierowania się wyłącznie słupkami sondaży. Obecnie na pewno nie gotujemy się do wojny – czy zatem zemści się ona za to niespodziewanym nadejściem?
przez Janina Petelczyc | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Istnieje w języku portugalskim powiedzenie: O Brasil é o país do futuro – e sempre será, czyli „Brazylia jest krajem przyszłości – i zawsze będzie”. Czy jest ono prawdziwe?
Minionej jesieni, czyli brazylijskiej wiosny, cały świat przyglądał się wyborom prezydenckim w tym kraju. Wygrała je Dilma Rousseff, namaszczona na stanowisko przez niezwykle popularnego poprzednika, Luiza Inácio Lula da Silvę. Lula, jak zwykło się go nazywać, rozpoczął ważne reformy, dzięki którym Brazylia ma szansę stać się mocarstwem. I to takim, gdzie rozwojowi gospodarczemu towarzyszy rozwój społeczny oraz walka z ubóstwem i wykluczeniem.
Lula
Od czasu upadku wojskowego reżimu rządzącego Brazylią w latach 1964-1985, demokratyczne już państwo wciąż nawiedzały kryzysy polityczne i ekonomiczne. Rosnące dysproporcje majątkowe i nierozwiązane problemy społeczne sprawiły, że w 2003 r. Brazylijczycy po raz pierwszy w historii wybrali prezydenta o lewicowej proweniencji. Wybór wzbudził wiele kontrowersji, gdyż obawiano się, że przywódcą zostanie populistyczny dyktator.
Lula urodził się jako siódme z ośmiorga dzieci, w wieku 12 lat opuścił szkołę, by wspierać finansowo rodzinę. Pracę rozpoczął jako czyścibut, zaś w wieku 14 lat otrzymał pierwsze formalne zatrudnienie – został ślusarzem w fabryce, gdzie w wieku 19 lat uległ wypadkowi. Doświadczenie trudnych warunków pracy i brak możliwości uzyskania odpowiedniej opieki medycznej po wypadku, sprawiły, że zaangażował się w działalność lewicowych związków zawodowych, co w czasach reżimu łączyło się z dużym ryzykiem. Lula dał się poznać jako wytrawny negocjator i w 1975 r. został jednym z liderów związkowych. Organizował liczne strajki i protesty, był więziony. W 1980 r. zaangażował się w politykę i współtworzył lewe skrzydło Partii Pracujących. Od 1986 r. zasiadał w parlamencie, był jednym z uczestników działań, które doprowadziły do ustąpienia władz wojskowych.
Za czwartym podejściem udało mu się wygrać wybory prezydenckie i w styczniu 2003 r. objął urząd. Wbrew obawom, nie poszedł śladami latynoskich populistycznych liderów. Prowadził politykę wielopłaszczyznową, łącząc wiele inicjatyw rozwojowych. Oparł się na demokratycznych formach podejmowania decyzji i wprowadzaniu programów polityki społecznej, przy jednoczesnej trosce o wzrost gospodarczy.
Byk chwycony za rogi
Brazylia stawia rządzącym bardzo wysokie wymagania. Jest największym państwem Ameryki Łacińskiej i piątym co do liczby ludności na świecie (w 2010 r. – 201 milionów), z bardzo dużym przyrostem naturalnym. To bardzo młode społeczeństwo, które zmaga się z zupełnie innymi bolączkami niż starzejąca się Europa. Mediana wieku wynosi tam 28,9 lat – dla porównania, w Polsce 38,2, w Holandii 40,8, a w Niemczech 44,3 lata. Podstawowymi wyzwaniami dla takich społeczeństw jest stworzenie odpowiedniej sieci edukacyjnej, organizacja opieki medycznej i profilaktyki dla młodych ludzi, walka z rozwarstwieniem społecznym i powstawaniem dzielnic nędzy.
Do największych problemów Brazylii należy rozwarstwienie dochodowe. Do kieszeni 10% najbogatszych obywateli trafia 42,7% przychodu kraju, podczas gdy do 10% najbiedniejszych – ledwie 1,2%. Jednym z rezultatów takiego podziału dóbr jest rozwój faveli, czyli dzielnic nędzy i przestępczości, powstałych wraz z szybką urbanizacją. Ludzie przenosili się ze wsi do miast, nie znajdując mieszkań, wskutek czego całe rodziny osiadały w slumsach, usytuowanych często na zboczach gór, nieodpowiednich dla rozwoju konwencjonalnego budownictwa. Można było się o tym przekonać w czasie powodzi, które zmywały całe osiedla.
Szacuje się, że w prowizorycznych domach ze skrzyń, kartonu, blachy, pozbawionych kanalizacji, prądu i gazu – mieszka 26% całego społeczeństwa. Takie warunki sprzyjają rozwojowi chorób, sieroctwu i bezdomności dzieci. W favelach kwitnie handel narkotykami oraz nielegalny handel bronią, z którymi walkę utrudnia brutalność i skorumpowanie służb policyjnych.
Gdy Lula obejmował władzę, sytuacja kraju była katastrofalna. Dług zagraniczny wynosił 207 mld dolarów, a wewnętrzny 260 mld i nawet 30 mld pożyczki od Międzynarodowego Funduszu Walutowego nie mogło uratować budżetu. W gospodarce panował zastój.
Prezydent Brazylii co prawda odszedł od radykalnych lewicowych narracji, których obawiali się zachodni komentatorzy, ale programy socjalne pozostały dla niego najważniejsze. Ich realizacja nie tylko pomogła wielu Brazylijczykom stanąć na nogi, ale i przyczyniła się do ogromnej popularności Luli. Wyznaczył on swojej polityce trzy uzupełniające się priorytety. Pierwszy to stymulacja wzrostu gospodarczego, drugi – programy społeczne, trzeci – demokratyczne, oparte na negocjacjach formy rządzenia. Ten model odniósł sukces.
W 2010 r. PKB Brazylii wzrósł o 7% oraz przybyło 2,5 mln miejsc pracy. Bezrobocie jest najniższe w historii kraju i wynosi 5,7%, a w niektórych branżach narzeka się nawet na niedobór rąk do pracy. Według planów rządowych, do 2026 r. Brazylia ma stać się piątą gospodarką świata. Politykę gospodarczą kraju realizują wspólnie firmy prywatne i przedsiębiorcy państwowi.
Głównym planem inwestycyjnym rządu jest Program Przyspieszania Wzrostu (Programa de Aceleraçao do Crescimento, PAC). Celem jest łączenie inwestycji publicznych z sektorem prywatnym. Mowa o przedsięwzięciach o łącznej wartości 300 mld dolarów w budownictwie, gospodarce komunalnej, energetyce, transporcie i logistyce. PAC to bardzo dobry wybór projektów. Dzięki niemu nie tylko podtrzymywana jest wysoka koniunktura, ale i niwelowane regionalne dysproporcje rozwojowe.
Wielkie inwestycje skierowano ku zacofanej gospodarczo i społecznie północno-wschodniej części kraju. Rozwój infrastruktury wodnej i kolejowej pozwala na wykorzystanie olbrzymiego potencjału kraju. W celu wyrównywania różnic wprowadzany jest także program Terytoria Obywatelstwa (Territórios da Cidadania), który wspiera najuboższe gminy. Został zainaugurowany w 2008 r., a jego celami są wzrost gospodarczy i zrównoważony rozwój terytorialny.
Kluczowe znaczenie przypisano w nim zwiększeniu partycypacji społecznej oraz integracji rozwojowych działań rządu, regionów i samych gmin. Dlatego w realizację strategii zaangażowane są zarówno 22 ministerstwa, jak i rządy stanowe oraz władze lokalne. W pierwszym roku funkcjonowania programu na 180 różnych akcji wydano 5,1 mld dolarów, z czego 3,5 mld na projekty służące zwiększaniu partycypacji społecznej i ochronie praw obywateli, a po 800 mln na rozwój infrastruktury oraz wsparcie działalności produkcyjnej. Program z roku na rok jest rozszerzany, na 2010 r. zaplanowano już wydatki rzędu 27,5 mld dolarów.
Z kolei Program Umocnienia Rolnictwa Indywidualnego (Programa Nacional de Fortalecimento da Agricultura Familiar, PRONAF), którego budżet wzrósł z 1,5 do 7,8 mld dolarów w roku 2009, przyczynił się do znacznego rozwoju tego sektora gospodarki, który odpowiada za 70% zaopatrzenia kraju w żywność. Należy jednak zauważyć, że wzrost w rolnictwie powodowany jest także przez działania, które wzbudzają poważne kontrowersje. Przykładem jest rozwój upraw roślin modyfikowanych genetycznie. Soja, kukurydza i rzepak należą do najczęściej zmienianych genetycznie gatunków, a Brazylia jest jednym z potentatów w dziedzinie ich uprawy (zaraz po USA i Argentynie). Udział soi GM w ogólnej powierzchni upraw tej rośliny wzrósł tam w 2009 r. do 71%, wobec 65% rok wcześniej. W rekordowym w tej dziedzinie stanie Rio Grande do Sul aż 95% upraw soi stanowią odmiany modyfikowane genetycznie. Wzrasta także udział kukurydzy GM w brazylijskim rolnictwie. W stanie Paraná, gdzie uprawia się jedną trzecią całej kukurydzy w kraju, udział odmian genetycznie zmodyfikowanych sięga już 41%.
Dzięki inwestycjom w elektrownie wodne i najnowocześniejsze technologie, 75% energii zużywanej w Brazylii pochodzi ze źródeł odnawialnych – dla porównania: w marcu 2007 r. przywódcy państw członkowskich przyjęli zobowiązanie, że do 2020 r. 20% energii produkowanej w Unii Europejskiej będzie pochodzić z takich źródeł. Warto jednak spojrzeć na to także z innej strony – problem rosnącego popytu na energię postanowiono rozwiązać m.in. poprzez ekspansję przemysłu w głąb bezcennej Puszczy Amazońskiej, zwanej „płucami świata”. W 2008 r., po kilku latach spowolnienia, przyspieszono wycinanie puszczy. Prezydent Lula przychylał się dość często do opinii, że od ochrony środowiska ważniejszy jest rozwój najbiedniejszych regionów, ich modernizacja i wzrost zatrudnienia. Twierdził, że nie można traktować Amazonii jak świątyni.
W programach rozwoju znalazły się projekty kolejnych zapór i elektrowni na wielkich dopływach Amazonki – Santo Antônio i Jirau na rzece Madeira oraz Belo Monte na rzece Xingu, która według zamierzeń będzie trzecią co do wielkości elektrownią wodną na świecie. Inwestycje te, o wartości 18 mld dolarów, mają do 2013 r. zaspokajać 15% zapotrzebowania Brazylii na energię. Są jednak bardzo kontrowersyjne, np. sama budowa Belo Monte grozi zniszczeniem 150 km brzegu rzeki i zalaniem 450 km2 lasu. Uruchomienie zapory i towarzyszące temu przedsięwzięcia przyniosą negatywne konsekwencje dla lokalnych społeczności, rolników, rybaków oraz dla cennej przyrody.
Szansą dla Brazylii może być fakt, że w 2007 r. u wybrzeży kraju odkryto prawdopodobnie trzecie co do wielkości na świecie złoża ropy naftowej, szacowane nawet na 100 mld baryłek. Dzięki temu może ona nie tylko stać się niezależna od dostaw energii z zewnątrz, ale i zostać regionalnym liderem w dziedzinie jej produkcji. Jeśli plan ogłoszony przez Lulę zostanie wcielony w życie, na odkryciu zyska całe społeczeństwo, gdyż bogactwo ma przypaść w udziale państwu, a nie prywatnym inwestorom. Lula uznał, że Brazylia nie będzie kolejnym sprzedawcą ropy, lecz wniesie do produkcji wartość dodaną i zacznie eksportować o wiele droższą benzynę i inne produkty petrochemiczne, wytworzone przez rodzime przedsiębiorstwa. Uzyskane dzięki temu pieniądze mają utworzyć fundusz rozwojowy, z którego finansowana będzie edukacja, nauka, nowe technologie, służba zdrowia, kultura i ochrona środowiska.
Brazylia zawarła porozumienia handlowe z Unią Europejską, Chinami i Indiami, co pozwoliło na uniezależnienie ekonomiczne od USA. Dzięki temu posunięciu udało się w dużym stopniu uniknąć kryzysu finansowego, który dotknął świat w 2008 r.
Najpierw ryby, potem wędki
Prezydent Lula nie zapomniał o tym, że aby gospodarka rozwijała się długofalowo i trwale, konieczne są programy walki z biedą i wykluczeniem – by wszyscy obywatele stali się pełnoprawnymi uczestnikami każdej sfery życia. Odpowiednia polityka społeczna poprawia nie tylko sytuację osób ubogich, ale i całego społeczeństwa.
Reformy społeczne to najważniejszy element polityki Luli. Podkreślał to podczas kampanii wyborczej i udowodnił podczas 8 lat sprawowania rządów. Co prawda programy socjalne istniały już za czasów poprzednika Luli, Fernando Henrique Cardoso, a były to Bolsa Escola, Bolsa Alimentaçao i Auxílio Gás (zasiłek szkolny, żywnościowy i na zakup gazu), lecz Lula je ujednolicił i rozwinął.
Program Zero Głodu (Fome Zero) wprowadzono na samym początku prezydentury Luli. Koordynowany jest przez nowo utworzone Ministerstwo Rozwoju Społecznego i Walki z Głodem i ma zagwarantować realizację podstawowego prawa każdego obywatela do wyżywienia. Jest też pierwszym krokiem do usamodzielnienia, zgodnie ze stwierdzeniem byłego szefa resortu, Patrusa Ananiasa: Z pustym żołądkiem nikt nie nauczy się łowić ryb.
Na program składa się wiele elementów: od bezpośredniego wsparcia finansowego dla najbiedniejszych rodzin, przez zapewnianie dostępu do wody pitnej w rejonach półpustynnych, zakładanie tanich jadłodajni i edukowanie ludzi w dziedzinie zdrowego trybu życia, aż po programy dla rolników i mikrokredytowe. Istotnym składnikiem Fome Zero jest Bolsa Família, czyli „dodatek rodzinny” lub „stypendium rodzinne”.
Przysługuje on biednym rodzinom, ale wyłącznie pod warunkiem, że wyślą dzieci do szkoły i zapewnią im najważniejsze szczepienia. Pieniądze przekazywane są matkom za pośrednictwem tzw. kart obywatelskich. Rząd sugerował się tutaj badaniami, wedle których kobiety lepiej zarządzają domowym budżetem, przeznaczając środki na najważniejsze potrzeby. Oddawanie świadczenia kobietom okazało się korzystnym rozwiązaniem – już ponad 11 mln rodzin spełniających kryteria stało się beneficjentami Bolsa Família, a według badań UNDP ponad 80% świadczeń trafia do 20% najbiedniejszych rodzin.
Karta obywatelska działa jak karta debetowa. Wydaje ją Caixa Econômica Federal, czyli Państwowa Kasa Oszczędnościowa, drugi co do wielkości bank w Brazylii. Pieniądze można pobrać w blisko 14 tys. punktów w całym kraju. Ta forma pozwala na znaczne zmniejszenie korupcji, ponieważ uniezależnia otrzymanie pieniędzy od woli poszczególnych urzędników. Pełną przejrzystość gwarantuje też fakt, że nazwiska uczestników programu i przyznane im kwoty można odnaleźć na jego stronie internetowej. Nie jest to jednak rozwiązanie stygmatyzujące, ponieważ program ma charakter masowy i obejmuje ok. 46 mln ludzi.
Bolsa Família to miesięczne stypendium w wysokości 22 reali (ok. 13 dolarów) na każde dziecko w rodzinie (maksymalnie troje) uczęszczające do szkoły. Prawo do niego ma każda rodzina, w której miesięczny dochód na osobę nie przekracza 140 reali. Ponadto rodziny żyjące w ekstremalnej nędzy, a więc takie, w których dochód nie przekracza 70 reali na osobę miesięcznie, mogą otrzymać dodatkowe 68 reali. Warto dodać, że łączny koszt programu nie przekracza 0,5% PKB Brazylii.
Wielkim problemem pozostaje praca dzieci. Mimo konstytucyjnych zapisów, miliony najmłodszych obywateli pracują, by uniknąć głodu. Dominuje też przekonanie, że skoro rodzice w ich wieku wykonywali pracę zarobkową, to one również powinny. Poważną bolączką jest także niewystarczająca liczba wiejskich szkół. Działanie programu przyczyniło się do zmniejszenia problemu pracy dzieci o połowę. Jest on pewną formą umowy między państwem a obywatelami. Najbiedniejsze rodziny otrzymują pieniądze, ale w zamian dbają o edukację dzieci, które muszą uczestniczyć w co najmniej 85% zajęć szkolnych miesięcznie, gdy są młodsze i 75% w wieku 16-17 lat. Dba się także o ich zdrowie i kalendarz szczepień, ponieważ jeśli rodzice tego nie dopilnują, nie otrzymają świadczenia.
Wszystko to pozwala na ograniczanie dziedziczenia ubóstwa i poprawia zdrowotność młodego pokolenia, a więc przyczyni się w przyszłości do zmniejszenia wykluczenia społecznego i wynikających z niego biedy i przestępczości. Dodatkowo, dla beneficjentów Bolsa Família stworzono program zdobywania kwalifikacji zawodowych Następny Krok (Próximo Passo).
Można przy tym dostrzec pewien brak równowagi między polityką wobec gospodarstw wiejskich i miejskich. Choć biednych nie brakuje w obu środowiskach, rodzin otrzymujących zasiłek jest na wsi 41%, natomiast w miastach „tylko” 17%, a w Sao Paulo i Rio de Janeiro nawet poniżej 10%. Najczęstszą przyczyną odbierania prawa do świadczenia jest zbyt niska frekwencja dzieci w szkołach. Wieś brazylijska jest niedożywiona, cierpi na niedobór wody pitnej, jest obszarem ogromnego ubóstwa. Bolsa Família trafia w jej potrzeby lepiej niż w przypadku miast. Wiele problemów szybko rozwijających się aglomeracji powoduje tzw. nowe ubóstwo, do walki z którym trzeba będzie szukać bardziej wyrafinowanych środków.
Efekty reform 2003-2010
Wysoki wzrost PKB jest rezultatem rozsądnej polityki gospodarczej, połączonej z reformami społecznymi. Za rządów Luli wartość reala wzrosła niemal dwukrotnie. Brazylia stała się regionalnym mocarstwem, które zaczyna być konkurencją dla wpływów Stanów Zjednoczonych w Ameryce Południowej. Zyskuje też pozycję wobec innych krajów Południa. Wraz z trzema innymi wschodzącymi potęgami gospodarczymi, Rosją, Indiami i Chinami, stworzyła w 2006 r. grupę BRIC (od pierwszych liter nazw państw). W 2011 r. do wspomnianej grupy – odtąd zwanej BRICS – dołączyła RPA.
Na siedmioprocentowy wzrost PKB ma wpływ rozwój społeczny, co potwierdzają dane licznych organizacji międzynarodowych. Najnowszy, dwudziesty Raport Rozwoju Społecznego (Human Development Report) wskazuje Brazylię jako pozytywny przykład krajów dokonujących największych postępów. Wzrasta w niej wskaźnik skolaryzacji, czyli coraz więcej osób ma dostęp do szkół. Rośnie średnia długość życia. Należy przy tym zwrócić uwagę na fakt, że mimo ogromnego progresu Brazylia wciąż jeszcze znajduje się poniżej średniej dla państw Ameryki Łacińskiej. Współczynnik Rozwoju Społecznego (Human Development Index, HDI), wyrażający się w wartościach od 0 do 1, w 1980 r. równał się w jej przypadku 0,551, a obecnie kształtuje się na poziomie 0,699, podczas gdy średnia dla Ameryki Łacińskiej i Karaibów wynosi 0,706. Jednak postęp jest niezaprzeczalny, a kontynuacja polityki społecznej i gospodarczej prezydenta Luli pozwoli Brazylii dogonić pozostałe kraje regionu.

Działania Luli znacznie przyczyniły się do zmniejszenia wykluczenia społecznego. Aż 20 mln dzieci, które do tej pory pracowały, mogło pójść do szkoły dzięki temu, że rodzina przystąpiła do programu Bolsa Família. Systematyczny wzrost płacy minimalnej sprawił, że jej realna siła nabywcza wzrosła o 50%. Skorzystało na tym 26 mln pracowników i blisko 18 mln emerytów.
Powoli zmniejsza się rozwarstwienie społeczne. Od 2001 r. systematycznie spada wartość jego wskaźnika – współczynnika Giniego. Tak jak HDI, przyjmuje on wartości z przedziału od 0 do 1, z tym, że im bliżej zera, tym nierówności są mniejsze. W połowie lat 90. wynosił on dla Brazylii 0,66, obecnie zaś osiągnął najniższy poziom w historii tego kraju – 0,55 – i nadal spada. Mimo to kraj wciąż znajduje się wśród charakteryzujących się wysokim rozwarstwieniem dochodowym.

Program Bolsa Família przynosi pozytywne rezultaty w takich dziedzinach, jak zdrowie, edukacja, bezpieczeństwo i żywienie. Bank Światowy, który wsparł Brazylię kredytem na jego realizację, w swoim raporcie wskazał na już zauważalne wyniki: pozytywny wpływ na gospodarkę, szczególnie w mniejszych i biedniejszych miejscowościach, spadek zatrudnienia nieletnich, zwiększenie wskaźnika skolaryzacji, lepszy rozwój dzieci.
Raport UNDP opublikowany w marcu 2010 r. wskazuje, że od 2000 r. udało się w Brazylii aż o 16% zmniejszyć liczbę ludności mieszkającej w dzielnicach nędzy. Z kolei ci, którzy pozostali w slumsach, często dostrzegają, że mają możliwość skorzystania z bogatszej palety usług i ich poziom życia także zaczyna się podnosić.
Należy pamiętać, iż rządy Luli, mimo ogromnych i niezaprzeczalnych sukcesów, nie rozwiązały wszystkich problemów społecznych. Koncentracja ziemi w rękach wąskich elit uniemożliwia przeprowadzenie reformy rolnej. Nadal rzesze ubogich wykluczone są z życia społecznego i gospodarczego. Wciąż trwa handel narkotykami, policja jest bezradna lub skorumpowana, a miliony ludzi żyją w warunkach uwłaczających godności. Prezydent Luiz Inácio Lula da Silva rozpoczął walkę, którą przyjdzie kontynuować jego następczyni.
Dilma
Już sam wybór następcy Luli był bardzo interesujący. Prezydent odchodził po dwóch kadencjach z ponad 80-procentowym poparciem, co można uznać za niestatystyczną miarę sukcesu jego programów. W wyborach liczyło się w istocie troje lewicowych kandydatów: Dilma Rousseff z prezydenckiej Partii Pracujących, wskazana przez prezydenta na następczynię, José Serra z Brazylijskiej Partii Socjaldemokratycznej (PSDB) i Marina Silva z Partii Zielonych.
Kontynuacja dotychczasowej polityki po wygranej dowolnego z tych kandydatów była pewna i właściwie nikt podczas kampanii nie podważał dokonań odchodzącego prezydenta. Byłoby to politycznym samobójstwem, jako że w kraju panuje swoista „lulomania”. Mówiło się nawet, że w Brazylii zmieni się prezydent, ale nic więcej. O wyborze przesądziło w dużej mierze poparcie samego Luli, który powiedział: Głosując na Dilmę – głosujesz na mnie. Zapewne wielu Brazylijczyków wzięło to sobie do serca, skoro ta kandydatka wygrała. Jeszcze rok wcześniej poparcie dla niej sięgało ledwie 20%, a faworytem był Serra.
Nowy prezydent to osoba nietuzinkowa. Jej przygoda z polityką rozpoczęła się w latach 60., kiedy dołączyła do młodzieżowej organizacji Socjalistycznej Partii Brazylii, a następnie do jej radykalnej frakcji Comando de Libertaçao Nacional (Oddziały Wyzwolenia Narodowego), głoszącej idee walki zbrojnej z wojskową dyktaturą. W 1970 r. schwytano ją i skazano na trzy lata więzienia (w 2006 r. została zrehabilitowana). Podczas odsiadywania wyroku była poddawana torturom. Po wyjściu na wolność ukończyła studia ekonomiczne i ponownie zaangażowała się politycznie, tym razem w legalnych ugrupowaniach opozycyjnych. Po zmianie ustroju powoli pięła się po szczeblach politycznej kariery, zajmując stanowisko sekretarza stanu ds. energii, ministra energii i wreszcie szefa gabinetu prezydenta Luli.
Jej sukcesy nie będą już zapewne tak spektakularne jak te, które odniósł jej mentor. Do zadań pani prezydent należeć będzie nie tylko wyrywanie ludzi z największej nędzy, ale i poszerzenie szeregów klasy średniej.
Co dalej?
Luiz Inácio Lula da Silva uczynił pierwsze, bardzo ważne kroki w walce z ubóstwem, wykluczeniem, rozwarstwieniem i przestępczością. Zapewne Dilma Rousseff pójdzie w jego ślady. Brazylia ma szansę nie tylko stać się regionalnym liderem, ale także konkurencją ideową dla Zachodu oraz Chin, które przedkładają rozwój gospodarczy nad społeczny. Wykluwa się bowiem w Brazylii w pełni demokratyczny model, w którym wzrost gospodarczy i stabilizacja ekonomiczna idą w parze z mądrą redystrybucją dóbr i rozwojem społecznym.
Mówi się, że tam, gdzie pójdzie Brazylia, pójdzie też cała Ameryka Południowa. I oby tak się stało, ponieważ przykład tego kraju udowadnia, że rozwój ekonomiczny i społeczny nie muszą stać ze sobą w sprzeczności, lecz nawzajem się stymulują.
przez Agnieszka Wasilewska | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Kobiety wiedzą, że warto się zrzeszać – stanowią znaczny odsetek polskich związkowców. Jednak związki zawodowe nie bardzo wiedzą, jak wykorzystać ich unikalną perspektywę w walce o interesy pracownicze. Natomiast pracodawcy przyzwyczaili się nie liczyć z kobiecymi protestami.
W związku z płcią
Niedługo po wyjściu z podziemia, „Solidarność” powołała Komisję Kobiet. Wyprzedziła tym inne organizacje pracownicze, jednocześnie wpisując się w standardy Międzynarodowej Federacji Związków Zawodowych.
Niestety, wkrótce doszło do rozbieżności światopoglądowych między działaczkami a kierownictwem związku ws. dopuszczalności przerywania ciąży i w efekcie Komisję rozwiązano. Do tematu wrócono dopiero pod koniec lat 90. Obecnie w „Solidarności” istnieje stanowisko Koordynatora ds. Kobiet oraz Sekcja Kobiet. Również OPZZ dostrzegło problem i w tym samym czasie powołało Komisję Kobiet.
Według Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych, w 2006 r. kobiety stanowiły 37,7% członków NSZZ „Solidarność”, zaś w OPZZ odsetek pań wyniósł 48%. Nowszych danych nie ma, ponieważ centrale związkowe nie prowadzą takich statystyk.
Choć udział kobiet w związkach jest wyraźny, nie przekłada się na ich uczestnictwo we władzach. W „Solidarności” na 99 członków Komisji Krajowej jest zaledwie 6 kobiet, z czego w Prezydium Komisji znalazła się jedna. Podobnie wygląda sytuacja w pozostałych związkach. We władzach OPZZ zasiada jedna kobieta, po dwie w Forum Związków Zawodowych i Konfederacji Pracy.
– Problem ten najlepiej obrazuje Związek Nauczycielstwa Polskiego. Zrzesza w większości kobiety, jednak żadna z nich nigdy nie stanęła na jego czele – zauważa Julia Kubisa z OPZZ, autorka doktoratu o kobietach w związkach zawodowych. – Dobrze to widać także przy okazji spotkań międzynarodowych, gdy centrale z innych krajów stawiają polskim związkom wymóg, aby ich delegacje nie były wyłącznie męskie – dodaje Marta Trawińska z Uniwersytetu Wrocławskiego, badająca aktywność kobiet w związkach zawodowych.
Przyczyny leżą przynajmniej częściowo w sytuacji bytowo-kulturowej polskich kobiet. Muszą odpracować swój etat, następnie w domu to na nie spada zwykle większość obowiązków – w tej sytuacji działalność związkowa jest niejako „trzecią pracą”. Oczywiście kobieta może zostać oddelegowana do etatowej działalności związkowej, jednak nie jest to typowa 8-godzinna praca „od – do”, lecz zajęcie daleko bardziej angażujące. – Znaczna część kobiet dokonuje kalkulacji, czy może sobie pozwolić na działalność w wyższych strukturach związkowych, wymagającą częstych wyjazdów, spotkań itp. – wyjaśnia J. Kubisa.
Są także inne przyczyny małej liczby pań wśród związkowych liderów. – Z moich obserwacji wynika, że kobiety nie bardzo wierzą we własne możliwości, w to, że się do takiej pracy nadają. Przeciwdziałamy temu, organizując dla nich specjalne szkolenia – informuje Aleksandra Delecka, przewodnicząca Sekcji Kobiet NSZZ „Solidarność”. Podobną zależność zauważa Ewa Miszczuk, przewodnicząca Komisji Kobiet OPZZ: Te z nas, które już się zaangażują, świetnie sprawdzają się w działaniu. Zaś Danuta Wojdat, Koordynatorka ds. Kobiet w „Solidarności”, smutno dodaje: Niestety, brak pań w wyższych strukturach sprawia, że związkom brakuje kobiecej perspektywy. Nie jest to bynajmniej problem wyłącznie „płciowy”, lecz ważny z punktu widzenia ogółu pracowników. Obecnie większość nowych miejsc pracy powstaje bowiem w sektorze usług, zdominowanym przez kobiety.
Co ciekawe, zawody silnie sfeminizowane są często jednocześnie wyjątkowo uzwiązkowione. Przykładowo, do ZNP należy ok. 70% pracowników oświaty (wśród których ok. 70% stanowią kobiety), a do Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych – 50% zatrudnionych w branży, w której 98,3% czynnych zawodowo pracowników to kobiety. A przecież oba związki nie są jedynymi w swoich sektorach. – Kobiety wstępują do związków odpowiedzialnie, wiedzą, po co to czynią i czemu w nich są – uważa Izabella Bilińska-Trzopek, wiceprzewodnicząca Zarządu Krajowego OPZZ „Konfederacja Pracy” ds. sektora bankowego.
Aby lepiej reprezentować interesy pań, w „Solidarności” działa wspomniana Koordynatorka ds. Kobiet. – Reprezentuję związek na zewnątrz w sprawach dotyczących kobiet oraz koordynuję działania w obrębie branż i regionów pod kątem naszej polityki względem kobiet – wyjaśnia p. Wojdat. W „Solidarności” istnieje też Sekcja Kobiet, zajmująca się problematyką tej grupy pracowników niezależnie od branży czy regionu. – Praca na niepełnym etacie czy telepraca, godzenie obowiązków domowych z pracą zawodową – to wszystko sprawy, które częściej dotyczą kobiet, dlatego są nam szczególnie bliskie – wyjaśnia p. Delecka.
Związkowczynie zajmują się też typowo kobiecymi problemami bytowymi. – Osobne szatnie, ubikacje czy bidety są dla nas dość ważne. Musimy jednak same o nie zawalczyć, bo kolegom-związkowcom one umykają – tłumaczy A. Delecka.
Damskie reguły gry
Wiele osób jest skłonnych przypisywać kobietom wnoszenie do związków zawodowych cech utożsamianych z ich płcią. P. Danuta zauważa: Kobiety w negocjacjach są bardziej konkretne, skłonne do dyskusji, ale nie do ustępstw. Zaś p. Ewa dodaje: Mężczyźni są zwykle nastawieni na konfrontację, kobiety zaś – na osiągnięcie porozumienia. Nie okopują się tak na swoim stanowisku i starają się zrozumieć drugą stronę. Jednak Julia Kubisa zastrzega: Może być tak, że patrząc przez pryzmat zawodu, myślimy o płci. Górnik kojarzy się z twardością oraz hardością i tak też działa w związku. Zadaniem pielęgniarki jest opieka i taką cechę wnosi do swego związku.
Na różnice między „damskim” a „męskim” stylem działalności związkowej wskazuje także Iwona Borchulska, wiceprzewodnicząca OZZPiP: Lekarze, w większości mężczyźni, potrafili zostawić pacjentów samych sobie, np. w Zielonej Górze zamykając gabinety. Pielęgniarki odchodząc od łóżek nigdy nie pozostawiły pacjentów zupełnie bez opieki. Różnice widać też w używanym języku. – Gdy byłam przewodniczącą krajową, mój zastępca zawsze buńczucznie pisał „żądamy”, ja zaś – „prosimy” – wyjaśnia Grażyna Domagała, przewodnicząca Śląskiej Komisji Związku Zawodowego Pracowników Policji. Uprzejmą stanowczością i merytorycznym przygotowaniem p. Grażyna doprowadziła jednak do poprawy tabeli płac pracowników cywilnych policji.
Julia Kubisa zauważa, że pielęgniarki i położne w swoim związku wypracowały specyficzne zasady postępowania. – Mniej są skupione na okazywaniu władzy i hierarchii, a bardziej na kooperacji. Jednak zastrzega: Kobiety funkcjonujące w zawodach bardziej „męskich”, wpisują się w obowiązujące w nich reguły gry. Trawińska zaś dostrzega pewną prawidłowość: Jeżeli spojrzymy na branże silnie sfeminizowane, to ich protesty są podobne, mają charakter stereotypowo postrzeganej kobiecości.
Trudno stwierdzić, czy to z powodu znacznej feminizacji, czy z uwagi na specyfikę zawodu, wśród postulatów protestujących pielęgniarek i nauczycielek pojawiają się zwykle rozwiązania systemowe, będące wyrazem dbałości o interesy ogółu społeczeństwa. – Uczestniczymy nie tylko w konsultowaniu spraw dotyczących naszego środowiska, lecz także pacjentów, których dobro leży nam na sercu – podkreśla Longina Kaczmarska, wiceprzewodnicząca OZZPiP. – Uważamy, że lecznictwo nie powinno podlegać prawom rynku, że państwo ma obowiązek dbać o zdrowie obywateli. Z tego powodu naciskamy, by rząd prowadził dialog ze społeczeństwem – wyjaśnia Borchulska. Zaś Trawińska uzupełnia, że w podobny sposób postępują nauczycielki: Odwołują się np. do niwelowania nierówności w dostępie do edukacji.
W sektorze finansowym, w którym większość pracowników stanowią kobiety, panują swoiste zasady. – Nie sądzę, aby bankowcy kiedykolwiek zdecydowali się odejść od pracy. Musiałby się chyba świat kończyć – zauważa Bilińska-Trzopek. Gdy jednak negocjacje zawiodły, kobiety z Konfederacji Pracy poprosiły o pomoc górników. Mieli demonstrować przed siedzibą banku w galowych mundurach. Sama wizja okazała się na tyle przerażająca, że jego zarząd nabrał chęci do rozmów. – W tym przypadku słabsza strona posłużyła się silną, męską dłonią – wyjaśnia działaczka.
Obierane metody wyznacza także postrzeganie poszczególnych rodzajów pracy. Gdy strajkują górnicy, ekonomiczne programy informacyjne bombardują odbiorców danymi na temat wysokości strat. Protest pielęgniarek może co prawda przynieść jeszcze większe straty, ale wartość ich pracy nie jest przedmiotem podobnych wyliczeń. Protestujące pielęgniarki są często lekceważone przez dyrekcje placówek i władze, a zawierane z nimi porozumienia bywają nierzadko łamane. – Kto wie, może gdybyśmy były bardziej agresywne, szybciej dopięłybyśmy swego? – zastanawia się Kaczmarska.
Walczące kobiety muszą się uzbroić w cierpliwość, żeby zbudować odpowiednio silną pozycję. Przykład mogą stanowić sprzątaczki zwalniane z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Uczelniane władze długo nie chciały podjąć z nimi rozmów, a rektor mijając protestujące nawet nie raczył się choć na chwilę zatrzymać. – Dopiero gdy uczelnia zarasta brudem, władze zaczynają dostrzegać problem – komentuje Kubisa.
Cierpliwością wykazały się także organizatorki Białego Miasteczka oraz salowe ze szpitala w Dąbrowie Górniczej, „przehandlowane” do firmy zewnętrznej. Ich racji wysłuchano dopiero po wyjątkowo długim i dramatycznym proteście. Zdaniem Trawińskiej, konieczność tak długotrwałej walki „o swoje” wynika z niepoważnego traktowania praw kobiet, a tym bardziej pracownic. – Wystarczy porównać likwidację miejsc pracy w górnictwie czy przemyśle stoczniowym oraz we włókienniczej Łodzi. Dla łodzianek władza nie przewidziała odpraw, gdyż po prostu nie obawiała się ich protestów.
Równość dla każdego
Być może odmienne sposoby walki skłoniły część środowisk feministycznych do opinii, że działania na rzecz praw kobiet nie idą w parze z celami związków zawodowych. – Związki w swojej historii mają niechlubny moment, gdy w XIX w. wystąpiły przeciw kobietom, które pracowały za połowę stawki mężczyzn. Chodziło o zwalczenie dumpingu płacowego. Jednak już w XX w. dostrzegano, że problem stanowią nie kobiety, lecz wyzysk siły roboczej – twierdzi Kubisa. – Związkowcy często nie wiedzą, „z czym jeść” prawa kobiet. Nierzadko kojarzą im się z liberalną wizją kobiet w biznesie czy polityce, nie zaś z codziennością – zauważa Trawińska.
Jednym z obszarów aktywności związków jest niwelacja nierówności w sferze płac, dostępie do szkoleń i awansów. Największym utrudnieniem w skutecznej realizacji tego celu jest postępująca liberalizacja rynku pracy, powiązana z utrudnianiem działalności związkowej. Odchodzenie od układów zbiorowych na rzecz indywidualnego negocjowania pensji, których wysokość jest poufna, zdecydowanie zwiększa nierówności płacowe. Tymczasem właśnie w układach zbiorowych można zapisać wysokość pensji na danym stanowisku, bez względu na płeć.
Nierównościom płacowym towarzyszą nierówności w samym dostępie do pracy. Kobiety są postrzegane jako gorsi pracownicy, ponieważ to głównie na nie spadają trudy rodzicielstwa i związane z nimi urlopy macierzyńskie i wychowawcze. Wprawdzie związkowcy od dawna mają zapisaną wśród głównych celów ochronę macierzyństwa, jednak od niedawna pojawiają się konkretne rozwiązania, mające w tym kontekście zrównać szanse obu płci. – Dopiero obowiązkowe urlopy „tacierzyńskie”, jednakowej długości jak macierzyńskie, sprawią, że pracodawcy będzie obojętna płeć pracownika – uważa Kubisa. Warto o tym pamiętać, bo model rodziny, w której pracuje tylko mąż/ojciec, przeszedł do historii.
Znacznie większe obciążenie opieką nad dziećmi i niższe zarobki kobiet są utrwalane przez niewielką liczbę przedszkoli i jeszcze mniejszą – żłobków. Te pierwsze co prawda bywają uzupełniane przez nowe, prywatne placówki, jednak są one znacznie droższe i wielu rodziców nie stać na posyłanie tam pociech. Ponieważ najczęściej to kobiety zarabiają mniej, to właśnie one rezygnują z pracy, by poświęcić się opiece nad potomstwem. Jest to zjawisko charakterystyczne zwłaszcza dla rodzin o niewielkich dochodach.
Zdaniem Wojdat, związki powinny wspierać godzenie pracy i życia rodzinnego. – Fundusze socjalne, o których związki współdecydują, mogą przecież finansować kolonie czy przedszkola. Związki powinny też wpływać na pracodawcę, by ten ułatwił funkcjonowanie samotnym rodzicom, np. przez dostosowanie godzin pracy. Takie rozwiązania powinny być dostępne bez względu na płeć, bo nie chodzi o to, żeby kobietom dać coś więcej, choć oczywiście to one są bardziej obciążone i to one z nich częściej skorzystają.
Kolejny wymiar nierówności stanowi to, że wielu pracodawców niechętnie wysyła kobiety na szkolenia. Podtrzymuje to ich słabszą pozycję zawodową i niższe pensje. – W jednej z sieci handlowych pracownicy mówili, że na szkolenia wysyłani są niemal wyłącznie młodzi mężczyźni. Co ciekawe, dla nich to było zupełnie naturalne, nie zdawali sobie nawet sprawy, że to forma dyskryminacji – relacjonuje p. Danuta.
Kodeks pracy zabrania wszelkiej dyskryminacji ze względu na płeć. Niestety, na poziomie zakładów często nie jest on przestrzegany. Pracownicy najczęściej nie wiedzą, jakie mają prawa i możliwości. – Tu właśnie jest ogromna rola związków. Organizujemy szkolenia, żeby działacze wiedzieli, jak wynegocjować wewnętrzny regulamin i co w nim zawrzeć, a następnie jak go egzekwować, by uniknąć „ręcznego doboru” przez pracodawcę – wyjaśnia Wojdat.
Dyskryminowane są także całe sfeminizowane zawody. Zaliczają się do nich np. sprzątaczki, pracownice przyzakładowych kuchni, salowe, a nawet pielęgniarki. Ciekawie na tym tle wygląda protest „białego personelu” szpitala im. Barlickiego w Łodzi. Kobiety zorganizowały strajk w tym samym trybie co lekarze, jednak tamci wywalczyli swoje, zaś przywódczynie pielęgniarskiego protestu zostały zwolnione. – Pielęgniarki zarabiają bardzo mało, ok. 7-8 zł na godzinę, zaś lekarze – ok. 150 zł. To zmusza nas do pracy w kilku placówkach, często pędzimy z jednej do drugiej, by utrzymać rodziny. Jesteśmy przemęczone, więc jeśli dochodzi do strajku, to stoi za nim ogromna determinacja. Do tego w medycynie panuje straszna hierarchia: najpierw są lekarze, potem długo, długo nic, potem pielęgniarki, opiekunowie medyczni, a na końcu salowe. A przecież dziś pielęgniarki są po studiach, z mnóstwem przebytych kursów i szkoleń, więc traktowanie nas jako służby pomocniczej jest nie w porządku – komentuje Małgorzata Hiżewska, szefująca pielęgniarskim strajkom w „Barlickim”.
Co istotne, dyrektor w trakcie negocjacji odwoływał się do „misji”, ale tylko w przypadku pielęgniarek. – Spytałam go, jak się ma jego „misja” do życia. Wówczas zrozumiał, że musi nas traktować poważnie i że nie odpuścimy – wyjaśnia Hiżewska. Kobieca nieustępliwość miała jednak wysoką cenę. – Po zwolnieniu naszej czwórki, żadna z dziewczyn, które wówczas strajkowały, nie odważy się po raz drugi na coś takiego. Minęły dwa lata, a ja do dziś jestem bez pracy, ze zwolnieniem dyscyplinarnym i dwoma procesami sądowymi.
Niewidoczne liderki
W przeciwieństwie do Europy Zachodniej, w Polsce kobiety angażowały się w działania związków zawodowych już od końca XIX w. Strajki, które ogarnęły kraj w latach 70. i 80. kolejnego stulecia w zawodach typowo męskich, w zdominowanej przez włókiennictwo Łodzi prowadziły głównie kobiety. Robiły to na swój, nieco odmienny sposób, często z o wiele lepszymi skutkami niż protestujący w innych częściach kraju. Kobiety, nawet jeśli odgrywały ważne role w historii ruchu pracowniczego, zwykle pozostawały w cieniu. – Spójrzmy na historię „Solidarności”. Jeśli spytamy przeciętną osobę o jej liderki, w najlepszym razie wymieni Annę Walentynowicz, ale Aliny Pieńkowskiej raczej nie – zauważa Kubisa.
Najwyższy czas, żeby kobiety – już teraz ciężko pracujące na rzecz poszerzania praw pracowników – zaczęły być bardziej widoczne, a ich ogląd sytuacji zyskał większy wpływ na działania związków zawodowych. Nie są bowiem gorszymi liderami niż mężczyźni.
Agnieszka Wasilewska
współpraca Natalia Królikowska
przez Ewa Charkiewicz | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Publiczna debata o ubóstwie zwykle nie odnosi się do ważnego problemu. Pomija milczeniem to, jak określone decyzje polityczne w sprawach strategii rozwoju, restrukturyzacji gospodarki i reform państwa skutkują wzrostem ubóstwa. A także to, że w przeważającej mierze obciążają one kobiety z gospodarstw domowych o niskich i średnich dochodach.
Niewidoczna większość
W dokumentach rządowych i w tekstach naukowych bieda ujmowana jest jako problem nieaktywnych, patologicznych jednostek i rodzin. Ewentualnie jako biologiczny problem dziedziczenia wykluczenia, np. na terenach popegeerowskich. Niemal nie widać w nich osób doświadczających ubóstwa inaczej. W takich opisach bieda znika za horyzontem powszechnego wzrostu zamożności, a wręcz ogłoszono jej schyłek. Polityczna racjonalność projektu transformacji opiera się bowiem na założeniu przejścia od biedy i zacofania do bogactwa i rozwoju.
Obraz biedy nie pasuje do tego schematu, toteż nawet umiarkowane głosy na jej temat spotykają się z krytyką. Dyskurs wykluczenia społecznego czy badania biograficzne są po części próbą alternatywnego opisu ubóstwa, w tym także ubóstwa kobiet. Tym niemniej również one skupiają się na jednostkach lub grupach, którym nadawany jest status wyjątku od normy powszechnego dobrobytu. Patrząc na rosnące zróżnicowanie dochodów gospodarstw domowych oraz na nowe postaci ubóstwa, można jednak przyjąć, iż jest ono w Polsce rozpowszechnione. To zamożność jest wyjątkiem.
Polityka gospodarcza i społeczna państwa oparte są na założeniu, iż wzrost gospodarczy przynosi korzyści wszystkim, a więc przyczynia się do systematycznej redukcji ubóstwa. Takie podejście uzasadnia szukanie przyczyn biedy po stronie jednostek. Tymczasem dwa jej główne źródła w Polsce – brak pracy i niskie wynagrodzenia za pracę – są konsekwentnie pomijane.
Interpretacje ubóstwa kobiet
W latach 70. amerykańska badaczka Diane Pearce zaproponowała termin „feminizacja ubóstwa” dla określenia większego udziału kobiet wśród ubogich. Zwróciła też uwagę na ubóstwo samotnych matek i dzieci w ich rodzinach. Teza o feminizacji ubóstwa była kontestowana przez badaczki feministyczne. Krytykowały ją za brak oparcia w badaniach empirycznych, szukały innych metod i wskaźników do analizy związków między ubóstwem a płcią, podważały również stygmatyzujące i dyscyplinujące podejścia do samotnych matek. Inne badaczki z kolei podkreślały, iż płeć (gender) jest zawsze relacją zapośredniczoną przez inne kategorie i zwracały uwagę na związki między ubóstwem a płcią, klasą, rasą, wiekiem i wykształceniem oraz przypisywały wzrost ubóstwa, w tym wśród kobiet, skutkom programów liberalizacji i globalizacji.
Polskie badania społeczne stosują ramę feminizacji ubóstwa – albo odnoszą się do niej, zaprzeczając, iż ma w naszym kraju zastosowanie. Metody jego pomiaru, oparte na kryteriach dochodowych, którymi państwo posługuje się w polityce społecznej, nie pozwalają bezpośrednio zobaczyć zróżnicowania pod kątem płci. Nic więc dziwnego, że wykorzystujące je badania nie potwierdzają tezy o feminizacji ubóstwa w Polsce.
Niektórzy naukowcy, opierając się na badaniach jakościowych, podtrzymują ją jednak. Elżbieta Tarkowska opisuje feminizację ubóstwa jako większe – w tym długotrwałe – bezrobocie wśród kobiet, niższe płace i emerytury, zjawisko samotnego macierzyństwa oraz szczególne obciążenie pracą domową kobiet w ubogich rodzinach. Z wyłączeniem kategorii samotnych matek (badania oparte na kryteriach dochodowych wskazują na zróżnicowanie wewnątrz tej grupy i średnie dochody powyżej minimum socjalnego), taka siatka pojęciowa, odwołująca się do ogólnej kategorii kobiet, zamazuje różnice między nimi.
Analizy danych z przeglądowych badań w latach 2000-2009 wskazują, iż wśród typów gospodarstw domowych o najniższych dochodach (robotnicy, renciści, rolnicy) w dwóch grupach mamy do czynienia z przewagą kobiet, które stanowią 60,7% członków gospodarstw rencistów oraz przeważają w grupie wiekowej 25-54 lata w gospodarstwach robotniczych. W owych typach gospodarstw domowych, podobnie jak w tych utrzymujących się z pomocy socjalnej, gdzie występuje statystyczna przewaga kobiet-głów gospodarstw (70%, 2009), w latach 2000-2009 dochody spadały, podczas gdy we wszystkich pozostałych – z wyjątkiem rolników – rosły. Odpowiedzialna jest za to „widzialna ręka państwa”, które reguluje dostęp do świadczeń socjalnych i rent oraz ich poziom, a także wysokość płacy minimalnej.
Inną interpretację ubóstwa kobiet w Polsce proponują autorzy z Banku Światowego. Wiążą je z dyskryminacją i posługują się ujęciem różnicy między ogólnymi kategoriami kobiet i mężczyzn. Badania te opisują kobiety jako grupę dyskryminowaną w dostępie do rynków pracy, kapitałowego i usług publicznych. Argumentując z perspektywy ekonomicznej użyteczności kobiet, Pierella Paci twierdzi, iż nierówności stanowią barierę dla rozwoju gospodarczego, ponieważ uniemożliwiają wykorzystanie kapitału ludzkiego dyskryminowanej grupy. Zagrożenie ubóstwem wiąże się z brakiem kapitału społecznego, ograniczeniami w jego wykorzystaniu, alkoholizmem, enklawami długotrwałego wykluczenia.
Z tej makroekonomicznej perspektywy nie widać kontekstu egzystencji konkretnych grup kobiet żyjących w sytuacji ubóstwa i ich relacji z instytucjami, a głównym problemem nie jest jakość życia obywateli ani ich polityczna sprawczość, lecz przekonanie, że nierówności płciowe hamują rozwój gospodarki. Analizy tego rodzaju opierają się na neoliberalnej siatce pojęciowej i stanowią podstawę polskiej polityki socjalnej.
Znaczna część rodzimych badań nie pozwala zobaczyć, co robi państwo, gdyż ograniczają się do społeczno-demograficznych atrybutów kobiet jako jednostek lub do ich sytuacji wewnątrz gospodarstw domowych, doświadczanych skrajnym ubóstwem. Wyjątkiem są analizy, które opisują zagrożenie ubóstwem wśród samotnych matek i pokazują na związek z polityką państwa wobec funduszu alimentacyjnegoi. Ponadto, część badaczek i badaczy naturalizuje biedę, ujmując ją jako nieodrodny element kapitalizmu czy wręcz zjawisko, które występuje zawsze i wszędzie, dlatego przeciwdziałanie mu nie jest priorytetem.
Na ubóstwo kobiet można jednak spojrzeć inaczej – z perspektywy ekonomii opieki i obywatelstwa kobiet. Głównym czynnikiem, który różnicuje podział czasu, pracy, obowiązków i zasobów w gospodarstwach domowych oraz w skali rynku czy państwa, są historycznie ukształtowane konstrukcje tożsamości i relacje płci, a także rola kobiet w biologicznej i społecznej reprodukcji. Nie tylko gospodarstwa domowe, lecz także przedsiębiorstwa, gospodarka narodowa i państwo zależą od wkładu reprodukcyjnej i opiekuńczej pracy kobiet, świadczonej bez wynagrodzenia lub nisko wycenianej przez rynek, jak praca zawodowych sprzątaczek, opiekunek i pielęgniarek.
Neoliberalizm i polityki oparte na założeniach wywodzących się z ekonomii podaży, monetaryzmu, nowej ekonomii instytucjonalnej czy neoklasycznej ekonomiki gospodarstwa domowego, przenoszą odpowiedzialność za reprodukcję społeczną i podtrzymanie życia ludzi na rodzinę. Natomiast ekonomia opieki pokazuje związek między pracą opiekuńczą i reprodukcyjną a polityką gospodarczą i społeczną państwa, instytucjami, rynkiem i obywatelstwem kobietii.
Menedżerki ubóstwa
Jak wskazują międzynarodowe badania, 60% nieodpłatnej pracy na rzecz gospodarstw domowych (z uwzględnieniem rolnictwa na własne potrzeby) wykonują kobietyiii. Polskie badania potwierdzają większe obciążenie kobiet pracą domowąiv oraz opiekuńcząv. O ile kobiety zamożne stać na zakup usług opiekuńczych od innych kobiet, o tyle brak środków finansowych jest szczególnie dotkliwy dla gospodarstw o niskich dochodach. Jedne z pierwszych badań ubóstwa w krajach przechodzących zmiany systemowe pokazały, że obok ograniczania wydatków, podejmowania dodatkowej pracy, wyprzedaży posiadanych rzeczy i zaciągania pożyczek, gospodarstwa domowe radziły sobie z nim przez intensyfikację pracy domowej. W przypadku Polski w 1995 r. na strategię tę wskazało 83,2% badanych gospodarstwvi.
Badania jakościowe z kolejnych lat transformacji potwierdzają wzrost obciążenia kobiet pracą domową w celu podtrzymania życia rodzin w kontekście niedostatku. Elżbieta Tarkowska podkreśla rolę kobiet jako „menedżerek ubóstwa” i filarów biednych rodzin, gdyż to one zarządzają pieniędzmi rodziny, aby skromny budżet się domknął podejmują różne strategie, często czasochłonne i męczące, niekiedy upokarzające, aby uzupełnić brakujące środki, spełniają wszystkie domowe obowiązki i działania.
Badania podjęte przez Think Tank Feministyczny nastawione były zarówno na doświadczenia, jak i społeczny kontekst życia kobiet oraz relacje z instytucjami, które wpływają na ich życie. Ich uczestniczki z Krosna i Wałbrzycha mówiły o niedożywieniu, przypadkach głodowania, problemach mieszkaniowych. Wskazywały na utratę zdrowia, wywołaną stresem związanym z permanentną niepewnością. Główną przyczyną ubóstwa, jaka wyłoniła się w rozmowach, jest bezrobocie, związane z kryzysem transformacyjnym czy kryzysem finansowym z 2008 r., oraz zastępowanie stałych miejsc pracy tzw. pracą śmieciową (na czasowych umowach za niskie wynagrodzenie).
Uczestniczki badań, które straciły pracę w likwidowanych fabrykach, pomimo podejmowanych wysiłków już nigdy nie znalazły trwałych form zatrudnienia. Ubóstwo przyczynia się do „głodu czasu” kobiet, które oprócz pracy domowej, opieki nad dziećmi i chorymi czy starszymi członkami rodzin, zajmują się dorywczą pracą zarobkową. Wraz z dziećmi uprawiają zbieractwo, wynajmują się z nimi do prac w gospodarstwach rolnych w zamian za żywność, zajmują się jej produkcją i przygotowaniem posiłków. Spędzają więcej czasu na zakupach w poszukiwaniu najtańszych produktów, poświęcają go też na pozyskanie pożyczek i środków z pomocy społecznej, wreszcie na uczestnictwo w szkoleniach i programach aktywizacji zawodowej, które w opinii uczestniczek nie skutkują znalezieniem pracy. Znaczną rolę w przetrwaniu rodzin odgrywają zasoby z czasów PRL-u, jak emerytury, działki czy mieszkania nabyte przez pokolenia babć i dziadków. Te zasoby są już jednak na wyczerpaniu.
Ubóstwo nie dotyczy uogólnionej kategorii kobiet. Ubóstwo i płeć są „zawsze z czymś”, są zapośredniczone przez klasę, wiek, wykształcenie, miejsce zamieszkania.
Na związek między płcią, odpowiedzialnością za opiekę a ubóstwem wskazują dane GUS nt. beneficjentów pomocy społecznej. W 2008 r., w łącznej liczbie 1,12 mln gospodarstw beneficjentów pomocy społecznej głowami blisko 70% z nich były kobiety. Jak wyjaśniają autorzy raportu, kobiety są rejestrowane jako głowy gospodarstw domowych, ponieważ to one zgłaszają się o pomoc. Największą grupę stanowią te w wieku 18-44 lata, przede wszystkim matki dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnymvii.
Badania wskazują także na olbrzymią różnicę między popytem na pracę a jej podażą, czyli ogromny brak miejsc pracyviii. W grudniu 2009 r. na 51,6 tys. wolnych miejsc pracy przypadało 1,89 mln zarejestrowanych bezrobotnych, czyli statystycznie o jedną ofertę pracy konkurowało 37 osób. Część, a w takich miejscowościach jak Krosno większość nowych miejsc pracy, jest subsydiowana ze środków publicznych i ma charakter tymczasowy.
Dane statystyczne w większości nie uwzględniają zróżnicowania ze względu na płeć. Dopiero analiza danych z perspektywy relacji płci, opieki czy reprodukcji społecznej ukazuje znaczne obciążenie kobiet. W Polsce od ponad pół wieku, tj. od szeregu pokoleń, kobiety ze wszystkich grup społecznych uczestniczą w rynku pracy, a więc zajmują szczególne miejsce na pograniczu produkcji i reprodukcji społecznej. Chociaż, jak wspomniano, rynek czy państwo nie mogą funkcjonować bez wkładu opiekuńczej i reprodukcyjnej pracy kobiet, to nie jest ona doceniana, a płatna praca opiekuńcza jest nisko wynagradzana.
W polityce społecznej opieka jest traktowana jako bezpłatny kobiecy obowiązek, a czas kobiet – jako nieskończenie elastyczny. Opiekuńcza praca kobiet z gospodarstw o niskich i średnich dochodach traktowana jest jako strefa buforowa, gdzie przerzucane są społeczne koszty transformacji czy cięć budżetowych. Dla gospodarstw o najniższych dochodach strefa ta jest na wyczerpaniu. Wskazują na to badania długości życia mieszkańców warszawskich dzielnic, ubogiej Pragi i zamożnego Wilanowa oraz Ursynowa: różnice sięgają odpowiednio 9 i 14,1 lat dla kobiet oraz 16,1 i 18 lat dla mężczyzn na niekorzyść mieszkańców Pragi. Raport warszawskiego Urzędu Miastaix nie przypisuje tego wyższym wskaźnikom biedy, bezrobocia i gorszym warunkom mieszkaniowym – widzi tylko niezdrowy styl życia jako przyczynę nadumieralności w ubogich dzielnicach.
Jak patrzeć, żeby nie zobaczyć
W publikacji Forum Obywatelskiego Rozwoju Anna Kurowskax wyjaśnia, skąd się bierze bieda: otóż jest skutkiem bezrobocia i bierności zawodowej, alkoholizmu, narkomanii, niezaradności oraz dziedziczenia tych postaw. Biedni rodzice nie przekazują dzieciom zasobów finansowych. Polityka społeczna jest szkodliwa, ponieważ utrwala patologiczne zachowania. Do tego katalogu przyczyn ubóstwa autorka dodaje wysokie koszty pracy. Takie poglądy są rozpowszechnione zarówno w dyskursie publicznym, gdzie reprodukują charakterystyczny dla neoliberalizmu rasizm państwowy, oparty na podziale na jednostki użyteczne i nieużyteczne ekonomicznie, jak i w wypowiedziach polityków, jak Leszek Balcerowicz czy minister Boni.
Bieda jest z jednej strony skutkiem braku środków do życia, a z drugiej – produktem dyskursu o ubóstwie (składają się nań badania naukowe, rządowe strategie i polityki, techniki gromadzenia danych statystycznych), który determinuje relacje między państwem i rynkiem a biednymi, a także kształtuje stosunek biednych do samych siebie. W świetle patologizacji ubogich, przyznanie się do niedostatku nastręcza dużych trudności, co stawia pod znakiem zapytania wyniki badań opinii publicznej na temat poziomu życia.
O ile w czasach PRL-u granicę niedostatku wyznaczało minimum socjalne, obecnie głównym narzędziem konceptualnym, za pomocą którego państwo konstruuje ubogich jako grupę, jest minimum egzystencji. Wprawdzie w badaniach naukowych na potrzeby polityki społecznej istnieją inne miary ubóstwa (ubóstwo relatywne, deprywacja materialna), ale minimum egzystencji pozostaje główną metodą, za pomocą której biedzie jest nadawana widzialność polityczna, a niedostatek oddzielany od zamożności. Ubóstwo w tym ujęciu to przede wszystkim skrajne ubóstwo, czyli zakładany tymczasowy brak zdolności do życia na własny rachunek. Założenie, że ubóstwo jest tymczasowe, wynika z politycznego przeświadczenia, iż wzrost gospodarczy prowadzi do wzrostu zamożności, a jego efekty spływają (trickle down), poprawiając dochody wszystkich grup społecznych.
Neoliberalne państwo „widzi” ubogich jako nieproduktywne jednostki, żyjące na koszt podatników. W myśl efektywności ekonomicznej, koszty zabezpieczeń społecznych i pomocy socjalnej należy zmniejszyć. Tym samym, w kontekście deficytu pracy i braku polityk nastawionych na tworzenie miejsc pracy, ludzi ekonomicznie nieużytecznych skazuje się na śmierć. Między neoliberalnym państwem a gospodarstwami domowymi żyjącymi w niedostatku, stoją kobiety, których życie codzienne to walka o przetrwanie.
10,6% odbiorców pomocy społecznej otrzymuje wsparcie w wysokości niższej od tej, do której są uprawnieni, a 8,6% nie otrzymało jej wcalexi. Z danych IPiSS wynika, że kryterium dochodowe uprawniające do pomocy socjalnej, utrzymywane przez państwo na poziomie z 2006 r., tylko o 50 gr różni się od poziomu minimum egzystencji biologicznej dla czteroosobowej rodziny (odpowiednio 351 i 350,5 zł na osobę w rodzinie).
Pomoc socjalna jest obłożona wieloma restrykcjami. Z założenia nie stanowi ona uzupełnienia dochodów ponad ustawowy poziom ubóstwa. Od poziomu odliczane są już posiadane dochody (np. alimenty 150-300 zł) i do tego dodawana jest pomoc pieniężna, w przypadku niektórych zasiłków w wysokości połowy różnicy między pułapem dochodowym a posiadanym dochodem – oraz wedle finansowych możliwości gmin. Na mocy ustawy z 2004 r., pomoc pieniężna jest uzależniona nie tylko od kryteriów dochodowych, ale też od jednego z dodatkowych kilkunastu czynników (np. niepełnosprawność, alkoholizm). Środki na pomoc są niewystarczające, a większość kosztów (75% według GUSxii) ponoszą gminy. Decentralizacji odpowiedzialności za pomoc socjalną, podobnie jak w przypadku ochrony zdrowia, nie towarzyszy przekazywanie odpowiednich kwot. Jednocześnie, podejmowane są decyzje, które realnie uszczuplają dochody gmin, jak niedawna o zmniejszeniu ich dochodów z podatków CIT i PIT.
Niewystarczające środki i patriarchalna kultura owocują wzrostem represyjności pomocy socjalnej wobec tzw. klientów pomocy, których większość stanowią kobiety. Pozbawione możliwości udzielania rodzinom wsparcia finansowego, wyposażone w narzędzia nadzoru i przepracowane pracownice socjalne – w Wałbrzychu i Krośnie na każdego pracownika przypada ponad 100 klientów – zwracają się przeciwko swoim podopiecznym. – Pani sprzeda psa, to będzie pani miała na życie. Dywan też ma pani sprzedać – usłyszała jedna z uczestniczek badań Think Tanku Feministycznego.
Publicznie widzialnym wymiarem tej represyjności jest pozbawianie praw do opieki nad dzieckiem. Szacuje się, iż 20% dzieci jest odbieranych rodzinom z powodu ubóstwa. Uczestniczki badań TTF podkreślały, że żyją pod ciągłą groźbą pozbawienia ich dziecka.
Zamrażana, obłożona restrykcjami „pomoc” dla ubogich jest na bardzo niskim poziomie: w 2008 r. stanowiła 0,18% PKB. Na świadczenia pieniężne dla 1,12 mln gospodarstw domowych państwo przeznaczyło 76,5 mln zł, tj. średnio 68,11 zł na gospodarstwoxiii. W biednych powiatach, np. krośnieńskim w 2008 r., pomoc wyniosła 25 zł na osobę. Pomimo iż od 1994 r. PKB rośnie, Polska ma jeden z najniższych w UE udziałów wydatków na pomoc socjalną i mieszkaniową, świadczenia dla dzieci oraz zasiłki dla bezrobotnych.
Widzialna ręka neoliberalnego państwa
Neoliberalizm, czyli wprowadzenie matrycy ekonomicznej i modelu rynku do zarządzania sferą społeczną (zabezpieczenia społeczne, pomoc socjalna, edukacja, ochrona zdrowia, ochrona środowiska, kultura) i do zarządzania państwem, powoduje, że z optyki państwa znikają obywatelki i obywatele. Jak pisał Michel Foucault, model ten funkcjonuje jak stały trybunał ekonomiczny, który wymaga ustawicznego dostosowywania się jednostek.
Państwo socjalistyczne czy państwo opiekuńcze dzieliło z gospodarstwami domowymi koszty opieki i reprodukcji społecznej. Neoliberalizm jako teoria ładu ekonomicznego i jako projekt zarządzania państwem i ludnością zanegował podział na prywatne oraz publiczne, zatarł granice między państwem a rynkiem i włączył sferę społeczną do tego ostatniego. Neoliberalne państwo-firma nastawione jest na maksymalizację wzrostu gospodarczego, przewag konkurencyjnych i wspieranie akumulacji kapitału, a podmiot polityczny, który jest głównym przedmiotem jego troski, to nawet nie przedsiębiorca – lecz inwestor. Wobec biednych i bezrobotnych stosowana jest strategia ich aktywizacji do pracy, której nie ma. Koszty podtrzymania życia i reprodukcji społecznej przerzucane są do gospodarstw domowych i na barki kobiet. Neoliberalne państwo nie ma innych rozwiązań problemu ubóstwa.
W kontekście niedoboru i intensyfikacji pracy oraz wzrostu udziału nisko płatnych i niepewnych form zatrudnienia, zakres i dotkliwość ubóstwa rośnie, a wraz z nim – obciążenie kobiet. Zarazem polityka społeczna jest programowana i wdrażana w neoliberalnych ramach podporządkowania polityce makroekonomicznej (gdzie sfera społeczna to ośrodki kosztów, które należy redukować) i nie zabezpiecza nawet gospodarstw domowych znajdujących się w skrajnym ubóstwie. W miejsce opuszczane przez państwo wchodzi sektor prywatny, wspierany ideologią profesjonalizacji usług opiekuńczych.
Gdy praca opiekuńcza ulega utowarowieniu, jej wartość jest deprecjonowana, tym razem przez rynek. Kobiety z gospodarstw o najniższych dochodach są zatrudniane w firmach świadczących usługi opiekuńcze na prywatnych i publicznych rynkach – na warunkach, które lokują je w kategorii „pracujących ubogich”, nie zapewniając bezpieczeństwa egzystencjalnego. Nadal nieodpłatnie wykonują pracę opiekuńczą w swoich domach, a jednocześnie za pośrednictwem firm za niskie wynagrodzenie świadczą ją na rzecz innych.
Aby ubóstwo i przeobrażanie ekonomii opieki w rynek usług publicznych były politycznie strawne, należy je maskować za pomocą różnych zabiegów, jak patologizacja ubogich (dysfunkcyjne rodziny), biologizacja (dziedziczenie ubóstwa), nadawanie biedzie statusu wyjątku (enklawy), resubiektywizacja ubogich jako racjonalnych ekonomicznie jednostek, które same dokonują wyboru bezrobocia czy złych warunków mieszkaniowych.
Alternatywne strategie
Redukcja i przeciwdziałanie ubóstwu wymaga innych podstaw polityki, w tym innej polityki makroekonomicznej. Należy zwiększyć dochody państwa, aby móc dzielić koszty reprodukcji społecznej (pomocy socjalnej, zabezpieczeń społecznych, ochrony zdrowia, edukacji) z gospodarstwami domowymi, w tym realizować ustawowe uprawnienia do pomocy socjalnej.
W ramach neoliberalnych założeń polityki gospodarczej i pod wpływem globalnej konkurencji, podatki w Polsce, szczególnie świadczone przez firmy (CIT) oraz koszty podatkowe pracy, są jednymi z najniższych w Unii Europejskiejxiv. Uniemożliwia to realizację praw socjalnych obywateli, gwarantowanych w Konstytucji. Od kobiet pobierany jest „podatek reprodukcyjny” w postaci świadczonej przez większość z nich nie wynagradzanej pracy opiekuńczej, bez której rynek czy państwo nie mogą funkcjonować.
Jak już wspomniano, główną przyczyną ubóstwa jest brak pracy i praca za niskie wynagrodzenie. W dyskusjach na temat wzrostu gospodarczego z redukcją ubóstwa (pro-poor growth) wskazuje się na trzy czynniki niezbędne dla umożliwienia wyjścia z biedy: (1) uniwersalny dostęp do usług publicznych (włączając opiekę nad dziećmi, osobami starszymi i niepełnosprawnymi), (2) zmniejszenie skali nierówności, (3) zwiększenie dochodów najgorzej sytuowanych grup, w tym kobietxv, poprzez: wzrost popytu na pracę, podwyższenie płac minimalnych oraz zwiększenie transferów społecznych, szczególnie na rzecz gospodarstw domowych o najniższych dochodach. Realizacja tych celów wymaga podporządkowania polityki makroekonomicznej i strategii rozwoju gospodarczego uniwersalnym i nierozdzielnym prawom człowieka, w tym prawom kobiet.
Aby takie zmiany były możliwe, należy zakwestionować neoliberalną politykę i maski, jakie nakłada na ubóstwo, usuwając zarazem z pola widzenia obciążenie kobiet. Neoliberalne dystopie rozwoju, jak przyjęty przez rząd dokument „Polska 2030. Wyzwania rozwojowe”, do którego odwołują się autorzy budżetu na 2011 r., będą przyczyniać się do wzrostu gospodarczego przy jednoczesnym wzroście ubóstwa. Ujęcie kobiet jako grupy specjalnej troski czy starania o formalną równość między ogólnymi kategoriami kobiet i mężczyzn nie podważają neoliberalnej polityki, zamazują sytuację kobiet żyjących w ubóstwie, a zarazem wpływają na osłabienie sojuszu kobiet i mężczyzn z uciskanych grup, którymi staje się większość społeczeństwa.
Ewa Charkiewicz
Think Tank Feministyczny
Niniejszy tekst jest skróconą i nieco zmienioną we współpracy z autorką wersją rozdziału „Polskiego Raportu Social Watch 2010 – Ubóstwo i wykluczenie społeczne”, przygotowanego przez Polską Koalicję Social Watch i Polski Komitet Europejskiej Sieci Przeciwdziałania Ubóstwu (EAPN PL). Całe wspomniane opracowanie można pobrać ze strony koordynatora Koalicji, Kampanii Przeciw Homofobii: www.kph.org.pl.
Przypisy:
i I. Desperak, Bez alimentów, 2010, http://www.rozgwiazda.org.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=102:bez-alimentow&catid=64:alimenciary&Itemid=106.
ii E. Charkiewicz i A. Zachorowska-Mazurkiewicz (red.), Gender i ekonomia opieki, Warszawa 2009.
iii D. Budlander, Statistical comparison of care and non-care work across six countries, Genewa 2008.
iv B. Mikuta, Studia nad wartością pracy domowej w mieście i na wsi ze szczególnym uwzględnieniem funkcji żywieniowej, Praca doktorska SGGW, Warszawa 2000.
v B. Bobrowicz, Alokacja czasu wewnątrz gospodarstwa domowego [w:] „Strukturalne i kulturowe uwarunkowanie aktywności zawodowej kobiet w Polsce”, red. I. Kotowska, Warszawa 2009.
vi R. Milic-Czerniak, Gospodarstwa domowe w krajach Europy Wschodniej. Skutki przemian 1990-1995, Warszawa 1998.
vii GUS, Sytuacja gospodarstw domowych w 2009 w świetle wyników badań gospodarstw domowych, Warszawa 2010.
viii GUS, Popyt na pracę w 2009, Warszawa 2010.
ix Urząd m.st. Warszawy, Raport o stanie zdrowia mieszkańców Warszawy, Warszawa 2010.
x A. Kurowska, Skąd się bierze bieda?, „Zeszyty Forum Obywatelskiego Rozwoju” nr 5/2008.
xi GUS, Beneficjenci pomocy społecznej i świadczeń rodzinnych w 2008, Kraków 2009.
xii ibidem.
xiii ibidem.
xiv E. Matyszewska, PIT w Polsce niższy od średniej w UE. DGP and Pricewaterhouse report on taxation in the EU, „Dziennik Gazeta Prawna” (B2), 4-6 czerwca 2010 r.
xv S. Mehrotra, E. Delamonica, Eliminating human poverty. Macroeconomic and social policies for equitable growth, Londyn 2007.
przez Zofia Łapniewska | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Ostatnie 100 lat obfitowało w szereg przemian w życiu kobiet. W 1918 r. wywalczyły sobie w Polsce bierne i czynne prawa wyborcze, dzięki czemu reprezentowały swoje interesy na szczeblu lokalnym i państwowym. Tworzyły ruchy oddolne, kształciły się, wydawały pisma, podróżowały, pracowały. Swój sukces zawdzięczają przede wszystkim sobie samym. Ich sprawczość (ang. agency) pozwoliła przełamać wiele stereotypów, otworzyć nowe drogi i wypracować modele promując rozwiązania partnerskie. Czy jest w takim razie jeszcze o co walczyć? Czym różnimy się od naszych prababek?
W tym roku minęło 100 lat od kiedy w Polsce, a także w Austrii, Danii, Niemczech i Szwajcarii obchodzono po raz pierwszy Międzynarodowy Dzień Kobiet. 19 marca 1911 r. ponad milion kobiet w Europie wyszło na ulice, aby żądać praw wyborczych (w USA demonstrowały już od 1858 r.). Nasze prababki przyjęły rezolucję, w której napisały m.in.:
W imieniu kobiet klasy pracującej podnosimy dziś żądanie politycznego równouprawnienia kobiet z męską ludnością państwa. […] Żądamy tych politycznych praw jako niezbędnej broni do walki: a) o ochronę życia i zdrowia kobiet pracujących, jako też podniesienie ich stopy zarobkowej, aby ochronić dzieci przed koniecznością oddawania ich przedwcześnie do pracy zarobkowej; b) do walki przeciw drożyźnie środków żywności i mieszkań, która nas skazuje na nędzny byt; c) do walki o dobre szkoły dla dzieci naszych, o opiekę lekarską dla chorych, o ludzki byt dla wdów i sierot, o życie bez troski dla starców. Tak jak pracujemy ramię przy ramieniu z naszymi braćmi, ojcami, mężami, z naszymi synami w fabrykach i warsztatach, na budowach i kopalniach, w handlach i biurach, we własnym i cudzym domu, tak chcemy ręka w rękę z nimi walczyć o uwolnienie klasy pracującej z więzów wyzysku ekonomicznego i politycznego ucisku, i tak jak nas państwo na równi z mężczyznami temu samemu prawu karnemu poddaje, żądamy też od niego równych praw i równej możności bronienia najżywotniejszych naszych interesówi.
Postulaty sprzed wieku, a jakże aktualne.
Kobiety na rynku pracy
Na czele marszu w Krakowie w 1911 r. szło tysiąc robotnic z cygarfabryki (C.K. Fabryki Tytoniu)ii. Skąd tyle kobiet w produkcji? Postępujący rozwój przemysłu, wynalazki, a szczególnie wprowadzenie ruchomej linii montażowej i trzyzmianowego dnia pracy (1913) stworzyło ogromne zapotrzebowanie na robotników. Dodatkowo reformy agrarne i przyrost demograficzny skłoniły mieszkanki wsi do poszukiwania pracy poza rolnictwem.
Kobiety wkroczyły na rynek, jednak jako pracownice drugiej kategorii. Ich zarobki były traktowane jako uzupełnienie uposażenia mężczyzn, stanowiącego główne źródło utrzymania rodziny. Nie miały również wpływu na podejmowanie decyzji ani dostępu do edukacji wyższej. W konsekwencji zaczęły się buntować i wyszły na ulice. Przyznano im prawa wyborcze, ale czy zmieniła się ich sytuacja ekonomiczna?
Po II wojnie światowej zarobki mężczyzn były na tyle niskie, że aby utrzymać rodzinę, polskie kobiety musiały podejmować pracę zarobkową. Prowadzona przez państwo polityka pełnego zatrudnienia zapewniała żłobki, przedszkola oraz świetlice, jak i prawa do urlopu macierzyńskiego i wychowawczego. Przełom nastąpił na początku lat 90. Prywatyzacja, upadek zakładów pracy, wzrost bezrobocia nawet do 20% (2003) w dużej mierze przyczyniły się do pasywizacji kobiet. „Odchudzanie” państwa, likwidacja żłobków i przedszkoli, szczególnie na terenach wiejskich – dodatkowo obniżyły ich aktywność zawodową. Spadek wyniósł z 53,7% w 1992 r. do 46,2% w 2008iii – dla porównania, w 2007 r. średnia w Europie wynosiła 58,3%, w tym np. w Holandii, Danii i Szwecji pracuje ponad 70% kobiet.
Przemianom towarzyszyły takie zjawiska, jak wzrost udziału kobiet w sektorze finansowym i gastronomiczno-hotelarskim, a znaczny spadek w handlu (z 70% w 1990 do 53% w 2007 r.)iv. Może to być związane ze zróżnicowaniem płac, ale również z rozwojem pewnych branż usługowych, np. obserwując centra miast dostrzec można wyparcie drobnego handlu przez banki i restauracje „z górnej półki”. Kobiety zainteresowały się również zajęciami uznawanymi stereotypowo za męskie: pracą w policji, transporcie, budownictwie czy rybołówstwie.
Nadal jednak dominują w zawodach, w których – jak pisała Harriet Taylor – występuje tzw. efekt stłoczeniav, prowadzący do obniżania płac. Są to edukacja, ochrona zdrowia, pomoc społeczna, pośrednictwo finansowe, hotelarstwo i gastronomia. W społecznej świadomości wciąż pokutuje przekonanie, że prace wykonywane przez kobiety są lżejsze, łatwiejsze i o niższym prestiżu. I dlatego pozostają słabiej opłacane.
Szanse zaistnienia w zawodach przypisywanych płci przeciwnej nie są równe. Mężczyźni zajmujący się np. opieką nad dziećmi przeważnie mogą liczyć na pomoc ze strony środowiska kobiecego. Szybko awansują, co nazywane jest „szklanymi ruchomymi schodami”. Tymczasem kobiety w męskich zawodach często są izolowane, traktowane jako obce, nie awansują.
Co interesujące, jeszcze badania przeprowadzane na początku lat 90. nie wskazywały na występowanie zjawiska dyskryminacji kobiet. Jednak już w 2002 r. 50% kobiet przyznało, że osobiście doświadczyły dyskryminacji, najczęściej w pracy i w domuvi. Czy zatem jest ona charakterystyczna dla obecnego systemu kapitalistycznego? Nie. Wcześniej była ukrywana, cenzurowana przez równościową propagandę. Teraz, zdiagnozowana, może być stopniowo eliminowana. Najczęściej występuje przy procesie rekrutacji, widoczna jest w awansach czy poziomie zarobków, choć różnice w wynagrodzeniach zacierają się. W 1995 r. kobiety zarabiały 76% pensji mężczyzn za pracę o tym samym profilu, na podobnych stanowiskach, a w 2001 r. już 81%. Kryzys doprowadził do wielu zwolnień, w tym mężczyzn na wysokich stanowiskach, którzy podejmowali ryzykowne decyzje inwestycyjne i pobierali wysokie pensje. W Stanach Zjednoczonych 75% z 8 mln zwolnień dotyczyło mężczyzn. Zostali częściowo zastąpieni przez kobiety, które udowodniły, że wiele zależy od kompetencji, a nie od płci. Te obserwacje rozpoczęły za oceanem dyskusjęvii, czy nowy system nie jest bardziej przyjazny właśnie kobietom.
Płeć na nowe czasy
W 2006 r. Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) zaprezentowała bazę danych związanych z płcią, instytucjami i rozwojemviii. Zawiera ona dane dotyczące władzy politycznej i ekonomicznej kobiet w 162 krajach świata. Z kilkoma wyjątkami wskazują one na silną korelację pomiędzy zaangażowaniem politycznym kobiet a powodzeniem ekonomicznym danego kraju. Im większy ich udział w podejmowaniu decyzji, tym większe osiągnięcia gospodarcze.
Era postindustrialna promuje takie cechy, jak inteligencja emocjonalna, otwarta komunikacja, umiejętności skupienia się i długotrwałej pracy w jednej pozycji, które nie są wyróżnikami mężczyzn. Badania stymulujące negocjacje wskazałyix, że kobiety i mężczyźni są w tym samym stopniu asertywni i nastawieni na rywalizację, z niewielkimi różnicami. Ci pierwsi odwołują się głównie do własnego autorytetu, podczas gdy te drugie biorą pod uwagę prawa innych, jednak oba style są równie skuteczne. Przez lata badacze przejaskrawiali różnice pomiędzy płciami, podkreślając m.in., że kobiety są bardziej empatyczne, szukające porozumienia, wprowadzają do bezwzględnego świata biznesu wrażliwość moralną. To nie zawsze prawda. Co więcej, po ostatnim kryzysie finansowym nakreślono nową mapę płci: mężczyźni i rynki po stronie nadmiernych reakcji emocjonalnych i braku rozsądku, a po drugiej stronie kobiety – jako opanowane i trzeźwo myślące.
Kobiety upominają się o przywództwo właśnie teraz, w momencie, gdy ich talenty doskonale odpowiadają wymogom czasów – pisze Sally Helgesenx. W 2008 r. badacze z Uniwersytetu Maryland oraz Columbia Business School przeanalizowalixi dane z 1500 największych amerykańskich firm z lat 1992-2006, sprawdzając związek pomiędzy osiągniętymi wynikami a udziałem kobiet w wyższej kadrze kierowniczej. Okazało się, że przedsiębiorstwa, w których kobiety zasiadały na najwyższych stanowiskach, były bardziej wydajne.
Szczególnie zależność ta występowała w firmach realizujących strategie innowacji, gdzie kreatywność i współpraca są najważniejsze, a te właśnie cechy najlepiej określają gospodarkę przyszłości.
Odwrócenie ról społecznych
Kobiety, choć osiągały niewielkie dochody, były obecne na rynku pracy od dawna. Cała dyskusja dotycząca tego, czy kobiety i matki powinny pracować zawodowo, jest bezprzedmiotowa, ponieważ one po prostu to robią. Idealny konserwatywny obrazek rodzinny: on pracuje, ona zostaje w domu – prawie nie występuje w rzeczywistości. Wiele kobiet, nawet gdy pozostaje w domu, pracuje w nim zarobkowo.
Postindustrialna gospodarka wywróciła tradycyjne role rodzinne do góry nogami. Oczywiście kobiety nadal wykonują najwięcej prac opiekuńczych, jednak mężczyźni powoli uczą się świadomego rodzicielstwa i dbania o kontakt z rodzinami. Jak wskazuje socjolog George R. Williamsxii, istnieją cztery rodzaje rodzicielskiego autorytetu: moralny, emocjonalny, społeczny i fizyczny. Mężczyźni, którzy zajmowali się głównie zarabianiem pieniędzy, nie posiadali żadnego z nich. Po utracie pracy w zasadzie przestawali istnieć dla osób, z którymi powinni być najbliżej związani.
W Kansas za niepłacenie alimentów mężczyźni trafiają do więzienia, jednak zwykle sędzia pozostawia im wybór: areszt albo udział w tygodniowym warsztacie „tacierzyństwa”, co przeważnie jest postrzegane jako lepsze rozwiązanie. Czy w polskich warunkach wydłużenie urlopu ojcowskiego do 6 tygodni jest niemożliwe? Z pewnością tak długi czas spędzony z dzieckiem pomógłby w budowaniu poczucia odpowiedzialności i kto wie – może w dalszej perspektywie zyskałby również budżet państwa, oszczędzając na funduszu alimentacyjnym.
Zmiany, a także zamiany ról społecznych są widoczne nie tylko w społeczeństwach wysokorozwiniętych. Przykładem mogą być badania prowadzone przez Irenę Ateljevic i Stephena Doorne’axiii w chińskim miasteczku Dali. Pokazały one, że to kobiety inicjują, wdrażają i kontrolują procesy produkcji i konsumpcji towarów. Przywołane przez badaczy oraz inne przykłady tchną optymizmem. Pozostaje jednak jeszcze wiele pracy przed nami (zarówno kobietami, jak i mężczyznami), aby równość płci została zagwarantowana w przestrzeni prywatnej i publicznej. Wymagać to będzie autorefleksji i otwarcia na nowe rozwiązania.
Superkapitalizm
Robert B. Reich przedstawiaxiv przyczyny problemów, z którymi przyjdzie nam się zmierzyć w XXI w. Największą bolączką jest widoczne osłabienie demokracji, za którym stoi podporządkowanie obywatelskiej części naszego życia konsumpcji i inwestycjom. Brakuje demokratycznego podejmowania decyzji dotyczących dóbr publicznych, reguł, które rządzą naszą wspólną przestrzenią, w tym polityką społeczną. Wiele osób nie może bowiem uczestniczyć w debacie politycznej. Brakuje równowagi pomiędzy polityką a rynkiem, który zdominował mechanizm demokratyczny. To niepokojące zjawisko można nazwać superkapitalizmem. Gdzie w tym systemie znajdują się kobiety?
Chociaż stanowią ponad połowę ludzkości i wykonują 2/3 całej pracy, otrzymują jedynie ok. 10% wytworzonego dochodu i posiadają mniej niż 1% własności. Dominują wśród analfabetów (65%) i uchodźców (75%). Różne źródła podają, że kobiety stanowią ok. 60-70% osób żyjących w biedzie, w tym chroniczne ubóstwo dotyczy głównie gospodarstw domowych prowadzonych przez kobiety. Wśród 113 mln dzieci bez dostępu do edukacji, 60% to dziewczynkixv.
Amerykańska socjolożka Saskia Sassen, odwołując się do swojej koncepcji miast globalnych, zauważyła dwie tendencjexvi. Z jednej strony niszczenie przez globalny kapitał państw narodowych, podważanie ich suwerenności oraz podporządkowywanie reżimów prawnych kapitałowi. Z drugiej – możliwość zaangażowania się w działania jednostek i podmiotów pozapaństwowych (np. imigrantów) oraz ekspansja międzynarodowego społeczeństwa obywatelskiego.
Pierwsza obserwacja odnosi się do zdenacjonalizowanych form globalnego kapitału (skumulowanego m.in. na giełdach światowych i w rajach podatkowych) oraz współczesnej organizacji władzy gospodarczej i politycznej. W ciągu trzech ostatnich dekad powstały gwarancje dla korporacji dotyczące umów i praw własności (chroniące np. przed nacjonalizacją) oraz międzynarodowy arbitraż handlowy (WTO). To pokazuje, że znaczenie kapitału na świecie wzrasta, a poszczególnych państw – maleje. Nowe reżimy i instytucje międzynarodowe wytwarzają systemy prawne, które wzmacniają roszczenia pewnych aktorów (korporacji, rynku kapitałowego), a osłabiają pozycję słabszych graczy i państw. Muszą oni podporządkować politykę wymogom instytucji takich jak Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy: prywatyzować, dokonywać cięć budżetowych, rezygnować z osłon socjalnych itd.
Jednocześnie ogromne rzesze kobiet i imigrantów zostały włączone w obsługę sektorów strategicznych, zdominowanych przez finanse (gospodarkę korporacyjną i informacyjną). Są oni „niewidzialni”, nisko opłacani i nie należą już do robotniczej arystokracji. Przez ostatnie lata ciągi procesów stworzyły nowe kryteria wyceny pracy i jej rezultatów, waloryzując nadmiernie niektóre typy produkcji, usług i pracowników, szczególnie związanych z hipermobilnym kapitałem i innowacjami finansowymi, a dewaloryzując inne – np. zawody sfeminizowane. I tak, z jednej strony można było obserwować rosnące zarobki i premie dla specjalistów i prezesów, a z drugiej – kurczenie się klasy średniej i wzrastający wpływ rynku na organizację pracy (np. w Polsce bez stałej umowy pracuje ponad 27% zatrudnionychxvii).
Zauważono także, iż jeśli osoby wykluczone, np. nielegalne imigrantki i kobiety ubogie, decydują się na pozostanie w danym miejscu, ich partycypacja społeczna wzrasta. Jest to zrozumiałe z uwagi na trzecią – poza produkcyjną i reprodukcyjną – rolę, jaką pełnią kobiety w społeczeństwie, czyli na zarządzanie społecznościąxviii. Jeśli kobiety te znajdują zatrudnienie, wzmocnieniu ulega ich pozycja społeczna – osiągany dochód daje im niezależność i prawo głosu, dokonuje się zmiana wzorców płciowych w gospodarstwach domowych, więc łatwiej organizują przestrzeń i podejmują dialog z państwem. A władze, kiedyś suwerennie pełniące funkcje ustawodawcze, podlegają dziś międzynarodowym regulacjom dotyczącym np. praw człowieka.
Globalizacja daje pozapaństwowym uczestnikom nowe możliwości operacyjne i formalne, wzrasta rola organizacji pozarządowych i mniejszości na forach międzynarodowych, na czym zyskują także kobiety. W XXI w. jesteśmy świadkami kształtowania się transgranicznych więzów solidarności, które pozwalają budować strategie oporu i wzmocnienia kobiet, skutecznie naciskając na rządy i międzynarodowe instytucje kształtujące porządek prawny.
Postulaty na dziś
Nie ulega wątpliwości, że kobiety są supereksploatowane przez globalne korporacjexix, szczególnie w krajach rozwijających się. Aby osoby te były godziwie wynagradzane, miały zapewnione bezpieczne warunki pracy i nie traktowano ich przedmiotowo, potrzebna jest solidarność konsumencka, m.in. niekupowanie produktów firm łamiących prawa pracownicze. Zmiana świadomości społecznej może ponadto wpłynąć na politykę rządów i instytucji międzynarodowych, tak aby wymuszały przestrzeganie standardów, które biznes stara się obniżać.
Istotnym postulatem w kontekście zmniejszania skali migracji (przeważnie zarobkowej) jest stworzenie godnych warunków życia i rozwoju w krajach globalnego południa. Tu istotny będzie wspólny lobbing krajów Trzeciego Świata oraz obywateli państw wysokorozwiniętych na rzecz umorzenia długów. Dzięki temu pieniądze przeznaczane na spłatę odsetek mogłyby trafić do szkół czy szpitali.
Intensyfikacja pracy, obowiązki domowe, które nadal spadają głównie na kobiety, niskie płace i pogłębiające się ubóstwo społeczeństwa – to problemy ciągle zamiatane w Polsce pod dywan. Biedni nie mają reprezentantów, dlatego ważna jest mobilizacja społeczna na rzecz lobbingu podczas corocznego ustalania budżetu.
Konieczne jest zwiększenie dostępności żłobków i przedszkoli, aby kobiety mogły łączyć macierzyństwo z pracą zawodową. Potrzebne są realne oraz nowoczesne sposoby aktywizacji zawodowej kobiet, a także ochrony tych w wieku przedemerytalnym. Sfeminizowane zawody powinny być traktowane na równi z innymi, co jest niezbędne dla realizacji zagwarantowanej w Konstytucji równości kobiet i mężczyzn w życiu gospodarczym. Zasadne byłoby również monitorowanie – na wzór krajów skandynawskich – gwarantowanej Kodeksem pracy równości w warunkach zatrudnienia i wynagrodzenia, poprzez tworzenie i realizowanie przez firmy równościowych programów (w tym naprawczych) oraz realizację kampanii edukujących dla pracodawców. Powinno zostać dokładnie zbadane zjawisko ubóstwa w Polsce z podziałem na płeć, co umożliwiłoby stworzenie instytucjonalnych programów zaradczych i pomocowych.
To tylko wybrane spośród wielu możliwych sposobów wzmocnienia pozycji kobiet na rynku pracy. Udowodniły one, że potrafią się mobilizować do walki o swoje prawa, stanowią aktywne podmioty zmian społecznych, nie są tylko „ofiarami”, nad którymi należy się użalać. Pozytywne zmiany dotyczące ich położenia, które nastąpiły w ciągu ostatnich stu lat, zawdzięczają przede wszystkim sobie.
Świętując kolejny Międzynarodowy Dzień Kobiet będziemy się solidaryzować z naszymi babkami i prababkami, nie zapominając o tym, że przed nami jeszcze długa droga do osiągnięcia pełnej równości. Ta jednak leży w interesie nie tylko kobiet, ale i mężczyzn.
Przypisy:
i „Przedświt” nr 5/1911, cały tekst Dory Kłuszyńskiej o tamtych wydarzeniach na stronie: http://lewicowo.pl/varia/viewpub/tid/2/pid/126
ii Krakowski szlak kobiet. Przewodniczka po Krakowie Emancypantek, red. E. Furgał, Kraków 2009, ss. 29-30.
iii Aktywność ekonomiczna ludności Polski, II kwartał 2005 i 2008, [w:] „Informacje i Opracowania Statystyczne”, GUS.
iv E. Lisowska, J. Sawicka, Kobiety i gospodarka, [w:] „RAPORT Kobiety dla Polski. Polska dla kobiet. 20 lat transformacji 1989-2009”, Warszawa 2009, s. 12.
v A. Zachorowska-Mazurkiewicz, Wprowadzenie do historii rozwoju myśli ekonomicznej, http://www.ekologiasztuka.pl/think.tank.feministyczny, dostęp: 02.02.2011, s. 18.
vi E. Lisowska, J. Sawicka, Kobiety… op. cit., s. 13.
vii H. Rosin, The End of Men, „The Atlantic”, July/August 2010.
viii Aktualna baza: Gender, Institutions and Development Database z 2009 r. znajduje się na stronach: http://stats.oecd.org/Index.aspx?DataSetCode=GID2, dostęp 01.02.2011.
ix A. Eagly, L. Carli, Through the Labyrinth: The Truth About How Women Become Leaders, Boston 2007.
x S. Helgesen, The Female Advantage: Women’s Ways of Leadership, New York 1995.
xi S. Fronk, Is Chamber of Commerce Waging A Gender War?, „America’s Best Business Practices”, 27.08.2010.
xii G. R. Williams, Quenching the Father Thirst: Developing a Dad, Kansas City 2002.
xiii I. Ateljevic, S. Doorne, Culture, economy and tourism commodities. Social relations of production and consumption, [w:] „Tourist Studies”, London 2003, ss. 123-141.
xiv R. B. Reich, Supercapitalism. The Transformation of Bussiness, Democracy, and Everyday Life, New York 2007, ss. 3-14.
xv J. Wydrych, Radykalne ruchy kontestacyjne a kobiety – na przykładzie alterglobalizmu, [w:] „Feminizm i radykalizm”, Szczecin 2007, s. 74.
xvi S. Sassen, Globalizacja. Eseje o nowej mobilności ludzi i pieniędzy, Kraków 2007, ss. 85-104.
xvii http://praca.gazetaprawna.pl/artykuly/459158,co_trzeci_polak_pracuje_bez_stalej_umowy.html, dostęp: 01.02.2011.
xviii J. Momsen, Gender and Development, London 2010, s. 16.
xix B. Mason, Women workers face super-exploitation by global corporations, http://www.wsws.org/articles/2004/feb2004/wome-f25.shtml, dostęp: 01.02.2011.
przez Maria Wierzbowska | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011, Wywiad - kwartalnik
Dlaczego zdecydowałyście się zająć sytuacją i prawami matek, a nie ogólnie kobiet?
Sylwia Chutnik: Było to spowodowane przede wszystkim naszym prywatnym doświadczeniem macierzyństwa. I co za tym idzie – odczuciem na własnej skórze tych problemów, o których rozwiązanie obecnie walczymy. Okazało się, że są to problemy nie tylko nasze czy naszych koleżanek, lecz po prostu matek.
Ponadto zauważyłyśmy, że kwestia macierzyństwa stanowi lukę, a wręcz problem w polskim ruchu kobiecym i feministycznym. Obecnie to się trochę zmieniło i myślę, że ta pozytywna zmiana jest również efektem działalności naszej fundacji. Jednak gdy w 2006 r. podejmowałyśmy tematykę bycia matką, macierzyństwo było postrzegane w środowisku feministycznym może nie jako zdrada na rzecz patriarchatu, ale na pewno jako coś, co niezbyt mieściło się w ramach tematyki poruszanej przez ten ruch. Również w ramach studiów genderowych, w szerszym, wydawałoby się, dyskursie akademickim, owa problematyka nie była podejmowana.
Organizacje pozarządowe, jak Fundacja „Rodzić po Ludzku” czy Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, podejmują ważne dla nas tematy, ale ich sposób patrzenia i rozłożenie akcentów są już inne. Dlatego pomyślałyśmy, że będziemy czymś pomiędzy, a zarazem czymś zupełnie nowym.
To, czym się zaczynałyśmy zajmować, wynikało zazwyczaj bezpośrednio z doświadczenia naszego albo najbliższych osób. Zależało nam, aby zachować poczucie działania rzeczywiście „od wewnątrz”. Problemów społecznych nie brakuje, lecz jeżeli miałybyśmy zajmować się wszystkimi, straciłybyśmy poczucie, że wiemy, o czym mówimy. Zależy mi, aby być możliwie blisko realnych problemów, doświadczyć ich na własnej skórze, aby być nie tylko rzetelną „panią ekspertką”, ale przede wszystkim – osobą kompetentną emocjonalnie. Założenie to szybko stało się regułą nadrzędną Fundacji.
O co, mówiąc najbardziej ogólnie, walczy MaMa?
S. Ch.: Przede wszystkim o postrzeganie matek jako oddzielnej grupy społecznej z bardzo specyficznymi problemami, dodatkowo zróżnicowanymi w zależności od tego, czy kobieta jest biedna, czy bogata, czy mieszka na wsi, czy w mieście, czy jest wierząca, czy nie. W ciągu tych 5 lat działalności znacznie się namnożyło szczegółowych tematów, którymi się zajmujemy. Wśród nich prym wiodą kwestie związane z rynkiem zatrudnienia, np. łamanie praw pracowniczych matek. Podejmujemy również kwestie ekonomiczne, szczególnie temat nieodpłatnej pracy domowej kobiet oraz pracy opiekuńczej. Zajmujemy się wreszcie czymś, co nazwałabym wspólnym mianem problemów społeczno-kulturowych, czyli tych, które wynikają ze stereotypizacji postrzegania matek przez społeczeństwo.
Działamy też w sferze kultury: organizujemy wystawy, współpracujemy z muzeami i galeriami. Prowadzimy również warsztaty edukacyjne dla dzieci, dotyczące głównie sztuki współczesnej, teorii miasta i historii Warszawy. Różnimy się od innych organizacji czy placówek prywatnych, których jest obecnie mnóstwo, że robimy to także po to, by trochę odciążyć rodziców i pokazać im, jak można fajnie spędzać czas z dzieckiem.
Prowadzimy też porady prawne, próbujemy nawiązywać kontakty z władzami lokalnymi i parlamentarzystami. Staramy się mieć wpływ na to, jak będą wyglądać poszczególne ustawy. Jesteśmy czymś w rodzaju grupy nacisku.
Czy można nazwać Fundację MaMa związkiem zawodowym kobiet?
S. Ch.: Mam nadzieję że związkowcy się nie obrażą i nie powiedzą, że to nadużycie, ale w pewnym sensie – tak. Zajmujemy się kwestiami bliskimi większości organizacji kobiecych, np. dyskryminacją, ale oprócz tego nieformalnie zrzeszamy matki i walczymy o ich prawa.
Wydawałoby się, że organizacja działająca w Warszawie ma styczność tylko z matkami wielkomiejskimi, lecz to nieprawda. Dzięki e-mailom i telefonom oraz jeżdżeniu po kraju, mamy kontakt z bardzo różnymi osobami. Zresztą w samej stolicy stykamy się z szerokim przekrojem grup społecznych i problemów.
Teraz jest bardzo dużo „matkowego”: powstały dziesiątki portali internetowych, sporo klubokawiarni, wiele warsztatów… Wszystkie one bardzo afirmują macierzyństwo. My na te inicjatywy nie wybrzydzamy, ale pokazujemy też wiążące się z nimi problemy. Dlatego jesteśmy specyficzne – i w ruchu kobiecym, i na rynku dzieciowo-matkowym.
W ramach kampanii „Opowieści Grozy” Fundacja zbierała i nagłaśniała przykłady łamania praw pracowniczych matek.
S. Ch.: Kampania rozpoczęła się w 2006 r., gdy prawie nikt nie mówił o „matce w pracy”. Dopiero po 2007 r. wystartowało mnóstwo unijnych projektów i szkoleń typu „Mama wraca do pracy”. Na marginesie: nie spotkałam się z żadnym projektem w rodzaju „Tata wraca do pracy”. W naszym społeczeństwie mężczyźni rzadko są postrzegani jako ojcowie, a kategoria „ojca w pracy” nie istnieje. To kobieta ma problem z tzw. work-life balance, czyli równowagą między życiem zawodowym i prywatnym; to ona musi nieraz wybierać między dzieckiem a karierą, co buduje straszne napięcie pomiędzy byciem matką i pracownicą.
Wracając do „Opowieści Grozy”: bodźcem do rozpoczęcia kampanii było uświadomienie sobie, jak mnóstwo jest przypadków łamania Kodeksu pracy, który sam w sobie nie jest zły – widnieje w nim wiele zapisów, które bronią kobiet w miejscu pracy. W praktyce jednak można przejść obok przepisów bokiem, albo łamać je w tzw. białych rękawiczkach. Zgromadziłyśmy mnóstwo przykładów naprawdę poważnych sytuacji, kiedy łamane było wszystko, poczynając od praw pracowniczych, kończąc na elementarnych zasadach człowieczeństwa. Pokrzywdzone zwykle nie znały prawa, albo były w szoku, że coś takiego im się przytrafiło, bądź po prostu były zbyt zanurzone w swojej nowej roli jako matki. Szczególnie przy pierwszym dziecku kobieta na rok po prostu „odpływa w kosmos”. Trudno iść do Państwowej Inspekcji Pracy czy do sądu kłócić się z pracodawcą, kiedy nie wiemy, w co włożyć ręce w domu… Takie kobiety zgłaszały się do Fundacji.
Nazwa kampanii wzięła się z obrazu, jaki wyłaniał się z historii tych osób. Zebrałyśmy je i w święto Halloween zawiozłyśmy w wielkiej dyni Joannie Kluzik-Rostkowskiej, ówczesnej minister Departamentu ds. Kobiet, Rodziny i Przeciwdziałania Dyskryminacji. Nasze opowieści z sieci fast foodów i innych korporacji – ale i współwłaścicielek firm, które po urodzeniu dziecka zostały wyrolowane przez wspólników – spotkały się z historiami „z wyższych sfer”, opowiedzianymi nam przez p. Kluzik. Uświadomiłam sobie wtedy, jak szerokim problemem się zajmujemy. Okazało się, że to kwestia mentalności całego społeczeństwa, nie tylko wąskiej warstwy. Najbardziej bolesne były historie o kobietach zwalnianych bądź „deptanych” przez inne kobiety – bo nie udawajmy, że tylko źli mężczyźni zwalniają biedne młode matki. Zobaczyłyśmy, jak duża jest skala patologii i że jest ona niezależna od miejsca pracy czy poziomu życia. Po tym spotkaniu ministerialni prawnicy zajęli się właściwie wszystkimi przypadkami, gdzie można było jeszcze coś zdziałać. Również media zainteresowały się wieloma bohaterkami „Opowieści Grozy”, np. kobietą zwolnioną po utracie ciąży, która na domiar złego przegrała w sądzie. Dzięki naszej kampanii o podobnych problemach zaczęto wreszcie mówić.
Które z nich występują najczęściej?
S. Ch.: „Opowieści Grozy” były jednorazową kampanią, lecz do tej pory kolekcjonujemy historie opowiadane przez kobiety. Często dzwonią lub piszą do nas nie dlatego, że oczekują pomocy, nieraz ich sprawy już dawno się zakończyły. To, co jest dla nich ważne, to utracone honor i wiara we własną wartość. Nierzadko chcą się po prostu wygadać, ale także aby ktoś coś z tym zrobił na przyszłość, by inne kobiety nie podzieliły ich losu.
Najczęściej padającym pytaniem jest nie: „Co ja teraz zrobię?”, tylko: „Jak oni mogli mi to zrobić?”. Pokrzywdzone zwykle zdają sobie sprawę, że starały się bardziej, niż wymagało ich stanowisko. Znalazły żłobek, przedszkole, wyrabiały po godzinach 200% normy, żeby pokazać szefowi, jak się starają. To bardzo częste wśród pracujących matek: wydaje im się, że muszą być dwa razy fajniejsze niż do tej pory, bo przecież są pierwsze do zwolnienia. I kiedy wreszcie do niego dochodzi, czują się podwójnie oszukane. Potworne poczucie niesprawiedliwości to leitmotiv bardzo różnych doświadczeń, z którymi styka się Fundacja.
Jak można polepszyć sytuację kobiet na rynku pracy?
S. Ch.: Przede wszystkim należy podkreślać, że w pracy są rodzice, a nie tylko matka. Wprowadzenie instytucji urlopu ojcowskiego – choć obecnie trwa on zbyt krótko – zrobiło dla tej sprawy bardzo dużo. Pokazało, że można przekroczyć myślenie determinowane biologią kobiety. Karmienie piersią jest tylko wymówką, choćby dlatego, że nie wszystkie mamy to robią. To niesamowite, że w XXI w. ktoś ci mówi: „Wybacz, ale to Ty musisz zostać w domu, bo karmisz piersią”. Przecież istnieją różne rozwiązania tego problemu.
Pilnie potrzebne jest powstanie modelu „taty w pracy”. Obecnie ogranicza się on do zwyczaju przyznawania dodatkowego dnia wolnego, gdy facetowi urodzi się dziecko oraz opijania tego faktu z kolegami z biura czy zakładu. Dopóki tak będzie i ojcowie sami nie poczują odpowiedzialności, na co na razie się nie zanosi, sytuacja kobiet na rynku pracy nie polepszy się znacząco.
Innym niezbędnym działaniem jest edukacja pracodawców. Wciąż pokutuje wśród nich przekonanie, że dzieci nieustannie chorują, więc matki chodzą na niekończące się zwolnienia, a kiedy już udaje im się wrócić do pracy, to myślą jedynie o maleństwie pozostawionym w przedszkolu.
W samym Kodeksie pracy dużo bym nie zmieniała, choć nie jestem prawniczką, dlatego nie chcę się tutaj za bardzo wymądrzać. Nasza organizacja czasem wypowiada się na temat istniejących ustaw czy propozycji legislacyjnych, ale główne pole jej działań stanowi ludzka mentalność.
MaMa zajmuje się także poradnictwem prawnym oraz interwencjami w konkretnych przypadkach problemów kobiet. Jakie efekty daje taka działalność?
S. Ch.: Efektywność zależy od serca naszych prawniczek, które zazwyczaj robią to za darmo. Udzielamy porad e-mailowych, telefonicznych oraz indywidualnych na terenie Warszawy. Na naszej stronie internetowej są adresy poradni udzielających bezpłatnej pomocy w każdym większym mieście. Nasze porady zwykle dotyczą rynku pracy, ale także prawa rodzinnego, szczególnie opieki nad dziećmi i podziału opieki po rozwodzie oraz alimentów. W przypadku przemocy domowej staramy się kierować poszkodowane do bardziej specjalistycznych organizacji.
Fundacja MaMa podejmuje również problem dowartościowania nieodpłatnej pracy domowej.
S. Ch.: W październiku 2009 r. zrobiłyśmy minibadanie, w ramach którego prosiłyśmy kobiety, aby wypisały, co robią w domu, stawiając plus przy tych czynnościach, przy których pomaga im mąż, partner czy dzieci. Pozwoliło to m.in. uświadomić im, ile faktycznie robią, kiedy „siedzą w domu”. Później zorganizowałyśmy pierwszą edycję Koła Gospodyń Miejskich, obecnie trwa już trzecia. W jego ramach spotkały się gospodynie domowe, babcie i młode mamy, te mieszkające w odrapanych kamienicach i te ze strzeżonych osiedli, pracujące i nieaktywne zawodowo. Łączył je ogrom obowiązków domowych oraz wynikająca z tego olbrzymia frustracja i zmęczenie. Ale w organizowanych przez nas spotkaniach z psycholożkami, prawniczkami czy mediatorkami rodzinnymi nie chodziło o bicie piany, lecz o skonstruowanie programu pozytywnego.
Efektem było opracowanie, wespół z gronem ekspertek, szeregu tropów stanowiących głos grupy społecznej, której interesy wspiera nasza organizacja, a nie gotowym projektem ustaw (w sprawie szczegółów tych rekomendacji odsyłam na naszą stronę internetową: www.fundacjamama.pl). Trafiły one do Sejmu w styczniu 2010 r., będąc konkretnym sygnałem, podjęcia jakich problemów oczekujemy od polityków. Wspierał nas i zorganizował wspólną konferencję Marek Balicki, poseł niezrzeszony. Zależało nam, żeby był to facet oraz osoba pozapartyjna, choć jednocześnie nie jest dla nas ważne, kto zajmie się rozwiązywaniem problemu; może to być PiS, ma to po prostu być zrobione i tyle. Następnie naszymi działaniami zainteresował się Ludwik Dorn, równolegle ukazało się bardzo dużo artykułów na ten temat. Niestety, wydarzyła się katastrofa smoleńska, która odciągnęła uwagę mediów i polityki od spraw bardziej „przyziemnych”. W rezultacie musimy na nowo zainteresować polityków nieodpłatną pracą kobiet, bo przez kilka miesięcy właściwie nic nie udało się zrobić.
Fajne jest to, że opracowałyśmy listę czynności domowych w formie tabeli, którą polecamy kobietom do wywieszania w mieszkaniach. Jeden z pomysłów na jej wykorzystanie adresowany jest zwłaszcza do młodych rodziców: jest nim zbieranie „plusików” za wykonywanie obowiązków domowych. Ten z partnerów, który w ciągu tygodnia zgromadzi ich więcej, może wyjść wieczorem w weekend; taki przedszkolny system nagród i kar, który – jak się okazało – świetnie sprawdza się w przypadku dorosłych.
Jednymi z najczęstszych przedmiotów konfliktów są prace domowe i opieka nad dziećmi, z nieuniknionym „bo ja ciągle” i „bo Ty nigdy”, co stanowi błędne koło. Taka tabelka pokazuje czarno na białym, co kto robi.
Jak ocenia Pani skuteczność kampanii poświęconych prawom społecznym i ekonomicznym kobiet?
S. Ch.: Coraz częściej „kampania społeczna” wygląda w Polsce tak, że organizacja dostaje pieniądze z Unii Europejskiej, robi billboard, wydaje tysiąc broszur, które zalegają następnie w jej biurze, a na koniec przeprowadza „warsztaty”. Nie znaczy to, że billboardy same w sobie są złe lub że złe są szkolenia – absolutnie nie. Natomiast zauważam pewnego rodzaju sztampę w robieniu kampanii społecznych.
Dla skuteczności walki o prawa kobiet bardzo ważna jest współpraca z mediami reprezentującymi szerokie spektrum opinii – najbardziej ekstremalnym przykładem jest tutaj wywiad udzielony przeze mnie Telewizji Trwam. Nie ma bowiem nic gorszego niż kampania prowadzona we własnym środowisku – chyba że będzie to np. kampania skierowana do organizacji pozarządowych, żeby przestały robić te cholerne billboardy [śmiech]. Tymczasem organizacje często boją się wychylać; chcą dostępu do mediów, ale wybranych oraz na własnych prawach. Nie ma jednak tak łatwo, zazwyczaj trzeba się trochę ugiąć: „Wy trochę i ja trochę”.
Mimo tego, że jestem z Warszawy, gdzie wszystkie telewizje i redakcje mam „tuż za rogiem”, wiem, jak dużym problemem są kontakty z mediami dla grup nieformalnych czy NGOs-ów spoza większych miast. Czasem jednak zdarza się, że wystarczy dobry, niekonwencjonalny pomysł, aby zwrócić uwagę środków masowego przekazu. W ten sposób wracamy do kwestii dotacji. Chciałyśmy nakręcić teledysk hip-hopowy, poświęcony dłużnikom alimentacyjnym, ale za nic nie mogłyśmy uzyskać dofinansowania (traf chciał, że ostatecznie znalazła się prywatna firma, która wyłożyła na to środki). Bo z dotacjami jest właśnie tak, że prędzej dadzą ci pieniądze na druk tysięcy ulotek niż zrobienie teledysku hip-hopowego. Jednak pomimo tego, że wiele kampanii społecznych jest sztampowych, wierzę, że przynoszą one rezultaty. Będę się upierać: wszystko, co wspólnie robimy, przynosi jakiś efekt.
Jak uwzględniane są szczególne potrzeby kobiet – nie tylko matek – w polityce społecznej?
S. Ch.: Wątpię, czy w ogóle istnieje w Polsce coś takiego jak polityka społeczna. Jest jedynie zbiór pomysłów różnych partii, którym udało się je przepchnąć. Tymczasem przez politykę społeczną czy rodzinną rozumiem zbiór ustaw i projektów składających się na program o długoletnim zasięgu – a tego u nas po prostu nie ma. Polityka społeczna jest jak kukułcze jajo, które wszyscy sobie podrzucają. Zamiast niej są kampanie społeczne realizowane ze środków publicznych, typu „posyłajmy dzieci do przedszkola, bo badania dowiodły, że dzieci się w przedszkolu socjalizują”. Samych przedszkoli jednak nie ma, albo brakuje w nich miejsc… Albo weźmy kampanię na rzecz podejmowania przez kobiety działalności gospodarczej: „zakładajcie firmy, bo tylko wtedy Was nie zwolnią – bo przecież same siebie nie zwolnicie. Proszę bardzo, mamy dofinansowanie z urzędu pracy, jednorazowe, bezzwrotne. Bierzcie i kupcie sobie kserokopiarkę”. Po czym kobiety, które prowadzą działalność gospodarczą, nie mają możliwości brania urlopów macierzyńskich. To nie jest polityka społeczna!
Kolejne ekipy rządzące sporo mówiły o „polityce prorodzinnej” – jak ma się ona do rzeczywistych problemów kobiet?
S. Ch.: Przede wszystkim mają problem z chodzeniem do lekarza w trakcie ciąży, szczególnie na prowincji. Nie mają też za bardzo jak rodzić. Akcja „Rodzić po ludzku” jest super, ale nie sprawiła przecież, że szpitale spełniły wszystkie standardy. W obliczu braku żłobków problemem jest też oczywiście powrót do pracy. Kolejną bolączką matek dzieci do 3. roku życia jest brak wsparcia ze strony partnerów, brak partycypacji w opiece i wychowaniu – to również łączy się z polityką państwa. Urlop „tacierzyński” jest dopiero pierwszym krokiem w kierunku zmiany sytuacji.
Co jeszcze można w tej kwestii zrobić?
S. Ch.: Obawiam się, że nie jestem najlepszą osobą do omawiania akurat tej kwestii, ponieważ jestem pełna złości, przez co moje wypowiedzi mocno tracą na obiektywizmie. Moja osobista teoria jest taka, że kobiety przeszły cały proces emancypacyjny, trwający mniej więcej 150 lat. Rozpoczęła go emancypacja gospodyń domowych, następnie miała miejsce rewolucja seksualna, ekonomiczna i „matkowa”, które w pewnych kręgach szły równolegle. Tymczasem wśród mężczyzn nie doszło do żadnej mentalnej czy obyczajowej rewolucji, w pewnym sensie zatrzymali się więc w połowie XIX stulecia. Fundacja MaMa nie będzie robiła tego, co powinna robić Fundacja TaTa, gdyby taka kiedykolwiek powstała. Oczywiście, w interesie kobiet jest to, żeby wreszcie dostały godnych siebie partnerów, którzy zrozumieją, że posprzątanie raz na jakiś czas mieszkania nie zasługuje na Medal Odwagi i Fantastyczności, a po drugie – nie wystarczy. Wszystko, co możemy zrobić, to dawać sygnały, dbać o to, wykłócać się, robić wspomnianą tabelkę – oraz w odpowiedni sposób wychowywać nowe pokolenie mężczyzn.
Jak działalność Fundacji wpisuje się we współczesny polski ruch kobiecy?
S. Ch.: Przede wszystkim pokazałyśmy, że feministka może być mamą. Po drugie – że problemy matek nie są problemami „trzeciej płci”, lecz są bardzo konkretnie, ekonomicznie i prawnie zsynchronizowane z ogólnymi problemami kobiet, stanowiąc nieraz ich najcięższą postać. Matki są grupą, która ma specyficzne doświadczenia, np. nigdy nie są „jednoosobowe” – zawsze są z dzieckiem lub dziećmi. Pokazałyśmy, że jest to grupa społeczna, która potrzebuje naszego feministycznego wsparcia. Ruch kobiecy zaczął dostrzegać nowe rzeczy.
Problemy, które porusza MaMa – jak nieodpłatna praca domowa czy sytuacja matek na rynku zatrudnienia – przebiły się do centrum zainteresowania ruchu feministycznego, czy też dopiero torują sobie do niego drogę?
S. Ch.: Powoli torują. Gdy bodaj w 2007 r. organizowałyśmy Wózkową Masę Krytyczną, przyszło na nią bardzo mało naszych koleżanek-feministek. Na nasze wkurzenie odpowiedziały, że przecież nikt ich specjalnie nie zapraszał. Nie wiedziały, że mimo iż nie mają dzieci, też mogą przyjść. A wręcz powinny: nikt nie musi być specjalnie zapraszany np. na Marsz Równości. Tu chodzi o solidarność. Wtedy poczułyśmy, że macierzyństwo wciąż jest dużym problemem dla ruchu feministycznego, szczególnie dla średniego pokolenia feministek, które nie ma dzieci i trudno mu zrozumieć nas, pokolenie trzydziestoparolatek, które dzieci mają świadomie – i jeszcze czerpią z tego energię. Feministki Drugiej Fali walczyły z różowym, z Barbie i wyborami miss, a feministki Trzeciej Fali zaczęły przechwytywać to, przeciw czemu walczyły te pierwsze. Walczyły o niezależność kobiet na każdej płaszczyźnie i pewnie dlatego łatwiej rozumieją singielkę, bo jest im ideowo bliższa niż my, które świadomie ładujemy się w niekończące się obowiązki.
Jak wygląda współpraca MaMy i innych organizacji feministycznych ze środowiskami, z którymi łączy Was część deklarowanych celów, np. katolickimi organizacjami kobiecymi czy działającymi na rzecz rodziny?
S. Ch.: Często wchodzimy w koalicje z bardzo różnymi organizacjami społecznymi. Po drodze nam choćby z wszelkimi organizacjami „mamowymi” czy „rodzicowymi”, jak Fundacja „Sto Pociech”, oraz z wieloma grupami nieformalnymi, jak wyrastające niczym grzyby po deszczu kluby mam. Jeśli chodzi o organizacje katolickie, to jest to zwykle współpraca na rzecz bardzo konkretnych kwestii. Weźmy choćby gospodynie domowe. Tym tematem najbardziej zainteresowane są właśnie organizacje katolickie, jak Związek Dużych Rodzin „Trzy Plus”.
Przy czym to nie jest tak, że my się łaskawie zgadzamy z nimi współpracować. Dla nich to też jest problem, że my jesteśmy takie, a nie inne. Ale ja już zupełnie wyrosłam z siedzenia we własnym getcie i robienia rzeczy po kryjomu, żeby się nikt nie dowiedział. Jestem w stanie robić różne rzeczy, aby osiągnąć swój cel. Nie znaczy to, że będę współpracowała z nie wiadomo kim, ale w pewnych sytuacjach, kiedy wiem, że to przyniesie rezultat, jestem w stanie wejść w różne koalicje, ponieważ zależy mi na sprawie, a nie na swoim ego.
Można iść ramię w ramię pomimo różnic w podejściu do pozostałych spraw?
S. Ch.: Tak, bo wtedy przestaje się myśleć o sobie, a myśli się o czymś znacznie ważniejszym. Z drugiej strony, często okazuje się, że ci ludzie są bardzo fajni, są kompetentni, są ekspertami – gdzie ja bym drugich takich znalazła? Mają inne poglądy, ale to bywa inspirujące. Czasami nas wkurzają, ale mój Boże – my ich też wkurzamy.
Jakie najważniejsze cele stoją przed obywatelkami w walce o ich prawa?
S. Ch.: Myślę, że obecnie kobiety robią dla siebie bardzo dużo. Nie mówię wyłącznie o działalności społecznej. Chodzą na niezliczone kursy i szkolenia, robią doktoraty, rozwijają pasje. Cały czas w siebie inwestują. Pytanie, na ile są w tym wszystkim traktowane poważnie; do jakiego stopnia to jest jednak „zabawa w…”. Myślę, że powinny robić to, co robią, bo to jest fantastyczne, ale jednocześnie bardziej działać społecznie. Ale do tego potrzeba społeczeństwa obywatelskiego, czyli takiego, w którym realnie funkcjonuje kultura działalności społecznej. Gdzie aktywista czy społecznik nie kojarzy się z PRL-em lub oszołomem, który wykłóca się o wycięte drzewko. W Polsce działacze organizacji pozarządowych nadal są postrzegani jako krętacze, którzy wyciągają pieniądze z Unii Europejskiej i zarabiają miliony. „Oni coś z tego muszą mieć, skoro to robią. Za darmo by tego na pewno nie robili” – tak funkcjonuje podejrzliwość społeczna. Zresztą badania pokazują, że Polacy nie ufają nikomu poza własną rodziną. W takich warunkach działania obywatelskie i ruchy społeczne bywają z góry skazane na niepowodzenie.
Nie mogę nie zapytać o „radykalną gospodynię domową”. Czy w tym nieco żartobliwym samookreśleniu odnaleźć można ślady jakiegoś nowego, czy też osobiście przez Panią preferowanego modelu społecznej aktywności kobiet?
S. Ch.: Tak. Wymyśliłam to określenie na bazie prywatnych doświadczeń. Urodziłam dziecko – planowane! – dość wcześnie. Moi znajomi, wydawało mi się, że całkiem bliscy, wciąż tropili dowody mojego „wymiękania”. Urodziłam dziecko, dlatego koniec imprez, koniec działań społecznych, bo wiadomo: „są obowiązki”. Nic takiego się nie stało, co wywołało u nich dysonans poznawczy między tym, jak sobie wyobrażali matkę, a tym, kim ja jestem. „Radykalna gospodyni domowa” oznacza deklarację: „OK, jestem kurą domową, ale nadal radykalną”. Do tego doszły znaczenia wiążące się z nieodpłatną pracą domową kobiet i mówieniem otwarcie o byciu gospodynią.
Mimo tego, że pracuję zawodowo i robię w związku z tym mnóstwo rzeczy, to jednak jestem gospodynią domową. Mam określony rytm dnia, w który wpisane jest zajmowanie się domem i dzieckiem. Moim zdaniem zbyt rzadko się o tych sprawach mówi. To, co robi się w domu, jest szalenie ważne. „Gospodyni domowa” to w Polsce swego rodzaju stygmat; to trochę tak, jakbym się nazwała Żydówką albo pedałem. Gospodyni domowa tylko siedzi w wałkach i pasożytuje na mężu oraz podatnikach, bo przecież sama nie zarabia – każdy by chciał tak sobie siedzieć w domu. Skoro każdy, to proszę bardzo.
Dziękuję za rozmowę.