przez Bernard Margueritte | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
W 1995 r., goszcząc na Harvardzie, przygotowałem opracowanie „Post-Communist Eastern Europe: The Difficult Birth of a Free Press” (Postkomunistyczna Europa Wschodnia: trudne narodziny wolnej prasy). Już wówczas uważałem, że początki nowych mediów w młodych demokracjach, zwłaszcza w Polsce, nie napawają optymizmem. Wyraziłem wręcz obawę, że może dojść do fuzji złych praktyk poprzedniej epoki (np. inwigilacji mediów przez władze polityczne) z nowymi grzechami, związanymi z kapitalistycznym dążeniem do zysku za wszelką cenę. Ta ocena była dość surowa, ale rzeczywistość okazała się… znacznie gorsza.
Media szybko zapomniały o misji wobec społeczeństwa. Zaczęły funkcjonować jak zwyczajny biznes. Poza przemożną tendencją władz, aby je – zwłaszcza telewizję publiczną – kontrolować, obserwujemy dziś dyktat „salonu”, propagującego jedyną słuszną prawdę, kosztem zakłamań i zniekształcania obrazu rzeczywistości. Skutkuje to powstaniem sprzężonego układu polityki, biznesu i mediów, co dobitnie pokazała afera Rywina.
Część mediów nie tylko współpracuje z władzą polityczną (co już byłoby naganne), ale wręcz nią kierują. Adamowi Michnikowi udało się to, co Murdochowi dopiero się śni: naczelny „Gazety Wyborczej” stał się ucieleśnieniem faktycznej władzy w kraju. Używając amerykańskiej formuły, można powiedzieć, że „kieruje z tylnego siedzenia”. Sukces klanu „Gazety” to jednocześnie śmierć uczciwych mediów.
Podobne zjawiska obserwuje się na całym świecie. Dlatego stopień aprobaty dla działalności dziennikarzy waha się w granicach 17-18% zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Anglii czy Francji. W harvardzkim ośrodku badawczym The Shorenstein Center on the Press, Politics and Public Policy słyszałem, jak czołowi prezenterzy ABC i CBS, Ted Koppel i Dan Rather podkreślali, że mamy obecnie w mediach do czynienia z mieszaniną wiadomości i rozrywki, co w żargonie zwie się infotainment czy showbizzification. Ten ostatni skarżył się, że media są teraz zarządzane przez ludzi, którzy nie mają pojęcia o ich deontologii i nie mają nic wspólnego z nami. R. W. Apple Jr., szef waszyngtońskiego biura „New York Timesa”, podsumował sytuację dobitniej: kiedy patrzymy na to, co zrobiliśmy z tego pięknego zawodu, powinniśmy opuścić głowy w poczuciu ogromnego wstydu.
Kilka problemów
Media borykają się z wieloma problemami. Mogę tu zasygnalizować tylko kilka, które wydają mi się najważniejsze:
Wpływ globalizacji. Coraz częściej mamy do czynienia z uniformizacją stylu i treści mediów. Ujednolicenie przekazu medialnego jest skutkiem rosnącej koncentracji środków masowego przekazu, nierzadko w rękach gigantów finansowych, którzy nie mają z nimi wiele wspólnego. W „Le Monde diplomatique” dyrektor pisma, Ignacio Ramonet, pokazał, jak giganci przemysłu z branży energetycznej, zbrojeniowej czy świata elektroniki szturmem wzięli media. Jedną grupę stanowiły swego czasu America Online, Netscape, „Time”, Warner Bros. i CNN. Król oprogramowania, Bill Gates, panuje również w fotografii prasowej poprzez agencję Corbis. Rupert Murdoch jest właścicielem licznych dzienników brytyjskich oraz amerykańskich, jak „The Times”, „The Sun”, „The New York Post” czy „The Wall Street Journal”, a także platformy satelitarnej BSkyB oraz wytwórni filmowej 20th Century Fox. W Europie nie jest lepiej, skoro Bertelsmann, Berlusconi czy Ringier kontrolują ogromną część rynku medialnego. We Francji, na domiar złego, dwie największe grupy medialne, Dassault i Lagardere, są powiązane z przemysłem zbrojeniowym.
Ramonet słusznie zauważa: wszystkie te koncentracje stanowią zagrożenie dla pluralizmu prasy i dla demokracji. Co więcej, kładą nacisk na zysk, zamiast na jakość. I dodaje: jednym z cennych praw osoby ludzkiej jest prawo do swobodnego komunikowania swoich myśli i opinii. W społeczeństwach demokratycznych wolność jest nie tylko zagwarantowana, idzie w parze z innym prawem zasadniczym, prawem do bycia rzetelnie poinformowanym. Ale to prawo jest zagrożone koncentracją mediów i wchłonięciem pism kiedyś niezależnych przez hegemoniczne grupy. Zadaje również zasadnicze pytanie: czy obywatele powinni akceptować to zawłaszczenie wolności prasy? Czy mogą się godzić z faktem, że informacja staje się zwykłym towarem?
W USA również są ludzie wrażliwi na te zagrożenia. Ekonomista i publicysta Paul Krugman, na długo zanim dostał Nagrodę Nobla, pisał w „New York Timesie” w sposób zabawny, choć w gruncie rzeczy bardzo smutny i niepokojący, że ogromna większość amerykańskiej publiczności czerpie informacje z jednego źródła: AOLTimeWarnerGeneralElectricDisneyWestinghouseNewsCorp. I dodawał: garstka podmiotów, które dostarczają wiadomości dla ogromnej większości ludzi, ma swoje żywotne interesy handlowe, które w sposób nieunikniony skłaniają je do manipulowania informacją i do wspierania partii rządzącej. Konkluzja Krugmana daje do myślenia: jak na razie jaskrawe fałszowanie rzeczywistości przez media jest jeszcze ograniczone dzięki starym regulacjom i normom zachowania. Ale niebawem regulacje zostaną zniesione, a normy znikają na naszych oczach. Czy konflikty interesów związane z naszymi silnie skoncentrowanymi środkami przekazu stanowią zagrożenie dla demokracji? Przedstawiłem fakty; państwo zadecydują.
Liberalizm, prymat zysku i pogoń za sensacją. Innym poważnym problemem, ściśle związanym z poprzednim, jest dążenie do maksymalizacji zysku za wszelką cenę. Pamiętam słowa dyrektora wielkiego francuskiego dziennika, który starał się mnie przekonać, iż gazeta jest dla niego „produktem do sprzedania”. I dodawał: dziś sprzedaję taki produkt, jutro może będę sprzedawał mydło; to bez różnicy (dodam, iż przestał kilka lat temu działać w branży medialnej). Był bardzo zdziwiony, gdy mu powiedziałem, że to nie jest moja koncepcja dziennikarstwa.
Najbardziej szczerze wypowiedział się na temat tej instrumentalnej koncepcji mediów Patrick Le Lay, który w 2004 r. – jako prezes francuskiej telewizji TF1 – napisał w książce „Les Dirigeants français et le Changement”: Bądźmy realistami: zasadniczo robota TF1 to pomoc np. Coca-Coli w sprzedaży jej produktu… Aby przekaz reklamowy był trafiony, mózg telewidza musi koniecznie być dyspozycyjny. Misją naszych programów jest do tego doprowadzić… To, co sprzedajemy Coca-Coli – to czas, w którym ludzkie mózgi są do jej dyspozycji.
Dążenie do maksymalizacji zysku prowadzi do obniżania jakości mediów, ich „tabloidyzacji”, będącej przejawem pogardy dla publiczności.
Brak profesjonalizmu i lenistwo dziennikarzy. Prawdziwy dziennikarz musi bez przerwy pracować nad sobą i dokształcać się, np. spędzając długie godziny w dziale dokumentacji lub w bibliotece. Teraz, aby pisać sensacyjne lub płytkie artykuły, dziennikarz – jeśli w ogóle uznamy, że nadal zasługuje na to miano – nie musi się wysilać. Aby np. zaatakować wybranego polityka, wystarczy siąść do komputera i napisać co popadnie.
Myślę, że naturalna ludzka skłonność do lenistwa jest jednym z powodów obniżania poziomu dziennikarstwa. Obserwuję dość często jak młodzi dziennikarze (bynajmniej nie wszyscy!) nie wykazują chęci, aby poszerzać wiedzę czy żmudnie sprawdzać źródła. Sensacyjny artykuł nie wymaga wysiłku, „sprzedaje się” sam. Natomiast dziennikarstwo, które omawia ważne kwestie społeczne, wymaga dużo więcej pracy oraz talentu, jeżeli chcemy, aby było atrakcyjne.
Istnieje ścisły związek między dziennikarstwem moralnym a dziennikarstwem profesjonalnym. Można wręcz powiedzieć, iż dziennikarstwo moralne jest profesjonalne, a dziennikarstwo profesjonalne jest moralne. Brak profesjonalizmu objawia się ucieczką od tematów fundamentalnych, od których zależy przyszłość danego społeczeństwa, jak też przyjęciem obiegowych opinii bez próby pogłębionej analizy. Dziennikarz oddaje pole walkowerem. Zapomina o swojej służbie. Widzimy to zarówno w sposobie podejmowania niektórych tematów, jak i w unikaniu innych.
To coś więcej niż złe dziennikarstwo. Brak profesjonalizmu jest działaniem na szkodę nie tylko mediów, ale i demokracji. Kiepskie media nie pozwalają ludziom być prawdziwymi obywatelami, co jest niebezpieczne. Uczciwe traktowanie społeczeństwa przez media i polityków jest nie tylko moralne, ale i roztropne z punktu widzenia ich samych.
Powierzchowność i trywializacja. Omawiane już tendencje prowadzą do tego, że media coraz bardziej uciekają od tematów naprawdę ważnych dla społeczeństwa, co jest szczególne widoczne w przypadku telewizji. Na całym świecie dzienniki telewizyjne są wypełnione wiadomościami drugorzędnymi i na ogół dość ponurymi: tu zabójstwo, tam afera… To wszystko jest przygnębiające, ale w żaden sposób nie oddaje realiów świata. Może i nie są one zbyt różowe, ale jednak mnóstwo porządnych ludzi działa w nich dla dobra wspólnego.
Już w 1996 r. w swojej znakomitej książce „Sur la télévision” (O telewizji) francuski socjolog Pierre Bourdieu zanotował, że wiadomości drugorzędne (tzw. faits divers) coraz bardziej opanowują telewizję, zajmując czas, który mógłby być wykorzystany, aby powiedzieć coś innego. Autor daje do zrozumienia, iż w tym szaleństwie jest metoda i że mamy do czynienia z polityką świadomego ogłupiania społeczeństwa. Jeżeli używa się tak cennych minut, aby mówić o rzeczach drugorzędnych, to dlatego, iż traktowane są one jako bardzo ważne – pozwalają bowiem ukryć to, co naprawdę istotne. Bourdieu konkluduje: kładąc nacisk na wiadomości drugorzędne, napełniając drogocenny czas pustką, niczym albo prawie niczym, odrzucamy informacje istotne, które obywatel powinien posiadać, aby być w stanie korzystać ze swoich demokratycznych praw. W Ameryce w podobnym tonie wypowiadał się niedawno zmarły, znakomity dziennikarz David Halberstam, mówiąc o „trywializacji tematyki mediów” (trivialisation of our agenda).
Postęp techniczny a jakość dziennikarstwa. Żyjemy w czasach fantastycznych postępów w dziedzinie komunikacji. Trudno mi uwierzyć, że jeszcze 20 lat temu musiałem zamawiać rozmowy telefoniczne w centrali, czekać z drżeniem, czy uzyskam połączenie przed zamknięciem numeru w Paryżu, a na końcu mozolnie dyktować artykuł stenotypistce, która z największym trudem notowała polskie nazwiska.
Podczas sympozjum na Harvardzie Ted Koppel wyraził kontrowersyjny pogląd, że postęp technologiczny nie przyniósł jego profesji wyłącznie korzyści. Fakt, iż może na żywo komentować to, co dzieje się gdziekolwiek na świecie, jest – jak mówił – tour de force technologicznym, ale obniża jakość jego pracy. Może nadawać bezpośrednie relacje z każdego punktu globu, ale nie ma czasu sięgnąć do dokumentacji, pomyśleć, skorygować.
Tak samo „osobisty” dziennik, który każdy może codziennie dostawać na swój komputer czy możliwość wyboru „własnych” programów TV, powodują, paradoksalnie, zmniejszenie różnorodności informacji. Człowiek wybiera tylko to, co go interesuje i dostaje wyłącznie wiadomości z wybranych z góry dziedzin. Może więc, jeśli chce, przez 24 godziny na dobę oglądać programy o piłce nożnej lub wędkowaniu – o otwarciu jego umysłu nie ma już mowy.
Autentyczna misja mediów
Gdy patrzę na to wszystko, odczuwam ogromną tęsknotę za tym, czym jeszcze nie tak dawno były media. Miałem szczęście zacząć pracę w dziennikarstwie w „Le Monde” pod kierownictwem wspaniałego człowieka mediów, Huberta Beuve-Méry, założyciela gazety (dzisiejszy „Le Monde” nie ma z tamtym pismem wiele wspólnego). Miał on jasną wizję misji mediów. Według niego nie można było zacząć kariery dziennikarskiej bez poczucia szczególnego powołania.
Pewnego dnia – byłem po zaledwie kilku tygodniach pracy w redakcji – zawołał mnie do siebie, czego nigdy nie robił. Chciał mi udzielić lekcji. Byłem wtedy świeżo po studiach, pracowałem w największej francuskiej gazecie i czułem się wielkim. Przygotowałem właśnie artykuł o Polsce. Pisałem w nim, że wydaje mi się, iż nasi polscy przyjaciele popełniają taki a taki błąd, że moim zdaniem powinni zrobić to i to, że sądzę, iż nie dostrzegają tego i tego… Kiedy wchodziłem do redakcji, Beuve-Méry z daleka machnął do mnie kawałkiem papieru, pytając: co to jest, proszę Pana? Zbliżyłem się, nieco stremowany, i musiałem przyznać, że to mój artykuł. Wówczas usłyszałem: No właśnie! Co za język! „Twierdzę”, „sądzę”, „myślę”, „moim zdaniem”… Musi Pan zrozumieć, że naszych czytelników nie interesuje, co myśli pan Margueritte. To nie jest dziennikarstwo. (Dodał jednak, że może za trzydzieści lat, jeżeli zyskam zaufanie odbiorców, zostanę przez kogoś poproszony o własne opinie).
– Chce Pan wiedzieć, na czym polega dziennikarstwo? – ciągnął Beuve-Méry. Otóż to bardzo proste. Coś się wydarzyło, Pan to opisuje, stosując owe Pięć W, o których mówią Amerykanie [who, what, when, where, why – kto, co, kiedy, gdzie, dlaczego] – ale to nie wystarczy. Trzeba jeszcze powiedzieć, skąd to się wzięło, jakie są ekonomiczne, socjologiczne czy historyczne źródła tego zdarzenia, a następnie poinformować o tym, co Pan X czy Y, partia A lub B proponują dla rozwiązania problemu. A wówczas, proszę Pana, czytelnik będzie miał wszystko, co niezbędne (a nie tylko wszystko, co chce mieć), aby zrozumieć, co się wokół niego dzieje: w jego mieście, kraju, na świecie. Wówczas będzie w stanie wyrobić sobie własny pogląd. I wówczas, proszę Pana, on będzie obywatelem. I wówczas, proszę Pana, będziemy żyli w demokracji. Taka była, dla tego wspaniałego człowieka, podstawowa misja mediów.
Zaraz jednak dodawał drugą: dziennikarz jest „mediatorem”. Ma to niezwykłe szczęście, że może się zapoznać – zwłaszcza gdy jest korespondentem zagranicznym – ze stylem życia, problemami, religią czy marzeniami „innych ludzi”. Jego zadaniem jest spróbować je nie ocenić, lecz zrozumieć, a następnie przekazać tę prawdę swoim czytelnikom, słuchaczom, widzom. Wówczas odbiorcy zyskają unikalną szansę zrozumienia i uszanowania, a może w końcu i pokochania „drugiego człowieka” z bliskiego lub dalekiego kraju. – W ten sposób – podkreślał Beuve-Méry – my – i tylko my, ludzie mediów – mamy możliwość pomocy w budowaniu świata zrozumienia i pokoju. W rzeczy samej – jeżeli dziś mamy świat pełen nienawiści, terroryzmu, wojen i gwałtu, to w dużym stopniu dlatego, iż my, ludzie mediów, zapomnieliśmy o swoich obowiązkach.
Warto w tym miejscu sięgnąć do nauk Jana Pawła II. W Liście do rodzin (Gratissimam sane, 1994) pisał On, iż można bez przesady powiedzieć, że środki masowego przekazu, nawet gdy starają się poprawnie informować, jeżeli nie kierują się zdrowymi zasadami etycznymi, nie służą prawdzie w jej wymiarze zasadniczym. Oto dramat: nowoczesne środki komunikacji społecznej są poddane pokusie manipulacji przekazem, zakłamując prawdę o człowieku. Istotnie, rola mediów miała być zupełnie inna. Jak powiedział Jan Paweł II w czerwcu 1991 r. w Olsztynie, środki przekazu winny podejmować obronę wolności, ale także poszanowania godności osoby, winny popierać autentyczną kulturę.
Źródła optymizmu
Mimo wszystko uważam, że istnieją bardzo poważne powody do optymizmu. Wśród samych dziennikarzy rośnie świadomość, że nie mogą kontynuować dotychczasowych zachowań, że mają obowiązki wobec społeczeństwa, że dużo od nich zależy, a przede wszystkim – że każda i każdy z nich ma tylko jedno życie i warto, aby było ono jak najbardziej godne.
Dużo jednak zależy od odbiorców mediów. Ostatecznie, to oni decydują o ich obrazie. Nikt nie jest zmuszany do oglądania głupiego programu telewizyjnego czy kupowania brukowej gazety. Od wyboru każdego czytelnika, telewidza i słuchacza zależy przyszły kształt środków masowego przekazu. Są już pierwsze oznaki pozytywnych trendów. W USA przeprowadzono szeroko zakrojone badanie opinii i preferencji publiczności 43 stacji telewizyjnych. Ankieterzy pytali m.in. o to, jakie wiadomości pragną dostawać ludzie: krótsze czy dłuższe, sproblematyzowane czy jednoznaczne, lokalne czy międzynarodowe. Wynik był zaskakujący: ponad 70% badanych chce być traktowanych poważnie i wszechstronnie informowanych na wysokim poziomie. Stacje, które pod wpływem ankiety zmieniły profil programowy, odnotowały wzrost oglądalności. Kolejny raz okazało się, że nasi odbiorcy nie są wcale tacy źli, jak się często o nich mówi, i że nie jest prawdą, iż słaba jakość mediów jest determinowana gustami publiczności. Wyniki badań zainicjowanych przez The Committee of Concerned Journalists (Komitet Zaangażowanych Dziennikarzy) zostały opublikowane pod znaczącym tytułem: „Quality sells” – Jakość wzmacnia sprzedaż.
Niektórzy twierdzą, że wina leży po stronie właścicieli mediów, których interesuje tylko zysk. Okazuje się, że i to nie jest pewne. Organizacja medialna, której jestem prezesem, The International Communications Forum, zorganizowała kilka lat temu w Londynie, wraz z dziennikiem „Financial Times”, konferencję, w której brali udział członkowie Izby Lordów, dziennikarze oraz właściciele mediów. Na zakończenie dnia także ci ostatni przyznali, iż należy zrobić wszystko, aby poprawić jakość i służebność mediów. Zrozumieli, że środki przekazu, które tracą wiarygodność, w istocie zagrażają demokracji. Człowiek, który nie wierzy już w media, traci zainteresowanie sprawami publicznymi, nie idzie nawet głosować, przyczyniając się do tego, iż demokracja staje się iluzoryczną fasadą. Jak podsumował jeden z właścicieli: nie możemy tego akceptować nie tylko ze względów etycznych, ale też dlatego, że jest w naszym długofalowym interesie, aby demokracja była prężna. Bo kiedy nie ma demokracji, z czasem nie ma też zapotrzebowania na media. Jeżeli chcemy być na rynku za dwadzieścia lat, musimy dbać o nasze dobre imię!
Jestem przekonany, że istnieją też nowe czynniki, które wymuszają powrót do autentyczności mediów. Jednym z nich jest postęp technologiczny. Ludzie nie szukają już wiadomości. Są nimi wręcz „bombardowani”; dostają je bez przerwy, z tysięcy stacji TV, z Internetu. Są zagubieni, nie wiedzą, komu ufać – która wiadomość jest wiarygodna, a która nie, co właściwie znaczy takie czy inne wydarzenie. Nie szukają wiadomości, ale ich sensu, głębszego znaczenia. Potrzebują, aby ktoś wiarygodny pomógł im zrozumieć, o co chodzi, zaprezentował newsy w ich kontekście, wydobywając ich prawdziwe znaczenie, podając różnorodne źródła i interpretacje – tak, aby czytelnik, telewidz czy słuchacz mógł wyrobić sobie własny pogląd i ponownie stać się w pełni OBYWATELEM. W takiej sytuacji mogą się uratować i prosperować nie tabloidy, lecz wartościowe i uczciwe pisma, traktujące odbiorcę z szacunkiem i służące mu.
Last but not least, jest jeszcze bardziej podstawowy powód, aby patrzeć w przyszłość z optymizmem. Paradoksalnie, nadziei należy upatrywać w głębokim kryzysie obecnego świata, który nie jest bynajmniej kryzysem finansowym czy nawet gospodarczym, ale wręcz kryzysem cywilizacyjnym. Nie mamy już wizji przyszłości. Nie wiemy, dokąd iść. Czego potrzebujemy do wyjścia z tego impasu? Otóż przede wszystkim – świadomych obywateli, gotowych nie tylko domagać się respektowania swoich praw oraz angażować w pełni w życie społeczne, ale także zdolnych proponować mądre rozwiązania. Sęk w tym, że takich obywateli nie będziemy mieli, jeśli media nie będą uczciwe, jeśli nie będą służyć odbiorcom, jednocześnie otwierając im umysły. Koło się zamyka. Bez etycznych mediów nie ma obywateli i nie ma szans na wyjście z kryzysu.
Aliści jest i inny warunek konieczny, aby go przełamać: musimy budować świat wzajemnego zrozumienia i poszanowania. Obecne problemy możemy rozwiązać tylko razem. Globalizacja zamiast problemem, musi stać się rozwiązaniem. W tym celu musi przestać być globalizacją biznesu i pieniądza, a stać się globalizacją sumień, solidarności, działań świadomych obywateli. Znowu: jak to osiągnąć bez autentycznych mediów? Żyd nie zna muzułmanina i odwrotnie, Francuzi i Amerykanie nic o sobie nawzajem nie wiedzą poza stereotypami. Kto może prawdziwie poinformować o drugim człowieku, jeśli nie media? Za czasów Beuve-Méry wysyłaliśmy dziennikarza nie tylko tam, gdzie był konflikt, gdzie krew lała się na ulice, ale także do krajów, gdzie pozornie nic się nie działo. Wracał i pisał serię artykułów, dzięki którym czytelnik „odkrywał” innego człowieka. Media muszą koniecznie wrócić do tej pięknej misji.
Potrzeba etycznych środków masowego przekazu nie jest mrzonką nieżyciowych idealistów. Bez nich nie będziemy mieli ani autentycznych obywateli, ani świata pokoju. Nie będziemy w stanie wspólnie wyjść z impasu cywilizacyjnego. Czy nie warto powalczyć o takie media?
przez Jan Koziar | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Tuż przed wojną Melchior Wańkowicz ukończył książkę „Sztafeta”. Opisał w niej osiągnięcia gospodarcze Polski międzywojennej, nawiązując do wcześniejszych sukcesów polityki gospodarczej Tyzenhausa, Staszica i Druckiego-Lubeckiego. Paradoksalnie, ta polska sztafeta gospodarcza była mimo wszystko kontynuowana w okresie komunizmu przez polskich ludzi przemysłu. Urwała się natomiast w momencie powstania formalnie niepodległej Polski. W takich czasach warto wrócić do lektury „Sztafety” i podjąć tematy z nią związane.
Być albo nie być
Państwo i jego władze są po to, aby zapewnić obywatelom maksimum szeroko rozumianego dobrobytu w zakresie, w którym sami nie potrafią tego zrealizować. Fundamentem dobrobytu jest gospodarka. Jeżeli władze nie chcą się przyczyniać do jej rozwoju, powstaje pytanie – po co są one wybierane?
Gospodarka rynkowa to dziś system ogólnie uznany i realizowany. Jednak same mechanizmy rynkowe nie wystarczają, by osiągnąć pełnię możliwości. Co więcej, pozbawione odpowiednich regulacji, okazały się groźne (monopolizacja, kryzysy). Wiodące państwa europejskie stosowały politykę gospodarczą od początków epoki nowożytnej. Stosują ją do dzisiaj, często za fasadą liberalizmu gospodarczego.
Jeżeli władze traktują serio slogany skrajnego liberalizmu i rezygnują z prowadzenia polityki gospodarczej, w praktyce oddają gospodarkę kraju obcemu kapitałowi, realizując cudze interesy. Co więcej, czynią ją wręcz przedmiotem polityki gospodarczej innych państw, zwłaszcza jeżeli wyprzedają banki, które są takiej polityki najlepszym narzędziem.
Władze takie są grupą ludzi realizujących własne interesy poprzez wysokie uposażenia i korupcję, która staje się formą realizowania obcej polityki gospodarczej. Zatem realizują one jednocześnie swoje i cudze interesy kosztem interesów społeczeństwa, które je wybiera. Przekształcają tym samym demokrację w farsę.
Sytuację taką mamy w Polsce od dwudziestu lat. Ukazało się wiele publikacji analizujących transformację ustrojową, ale niewiele mówi się o istotnej przyczynie patologicznego charakteru tego procesu. A jest nią po prostu niezwykle skuteczna indoktrynacja społeczeństwa ideologią skrajnego liberalizmu gospodarczego, rozpoczęta już w latach 80. na łamach pism opozycyjnych, gdzie kapitalistyczną politykę gospodarczą i interwencjonizm gospodarczy fałszywie utożsamiano z komunistycznym planowaniem.
Nic dziwnego, że transformacja ustrojowa przebiega pod hasłem sformułowanym przez Tadeusza Syryjczyka: „Najlepszą polityką gospodarczą jest jej brak”. Efektem takiego podejścia jest demontaż polskiej gospodarki, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Tymczasem każde państwo o sprawnej ekonomii prowadzi politykę gospodarczą. Robią to również Stany Zjednoczone, tyle że za parawanem haseł liberalnych. Czasy kryzysów czy zmiany ustroju wymagają wręcz stosowania ekstremalnych form polityki gospodarczej, co ilustruje choćby działalność rządu USA podczas Wielkiego Kryzysu czy Japonii w okresie przechodzenia z feudalizmu do kapitalizmu w ramach tzw. rewolucji Meiji.
Polska Brygada Gospodarcza
Rozwój gospodarczy II RP, zwłaszcza jego późniejszy etap, to główny temat „Sztafety”. Polityka gospodarcza Polski międzywojennej rozwinęła się w pełni dopiero po zamachu majowym w 1926 r., a największy rozmach osiągnęła w ostatnich latach przed II wojną światową, która niestety przyniosła jej kres.
W pierwszych latach niepodległości nie było warunków do prowadzenia bardziej zaawansowanej polityki gospodarczej. Najpierw była wojna polsko-bolszewicka i problem Górnego Śląska, którego status administracyjny uregulowano dopiero w 1924 r. Generalnie, większość kapitału w branżach kluczowych, jak górnictwo, hutnictwo, przemysł naftowy i energetyka, pozostawała w obcych rękach. Prowadzeniu polityki gospodarczej nie sprzyjały też rozgrywki partyjne i częste zmiany rządów.
Nie sprzyjały jej również bariery doktrynalne. Akademicka ekonomia kocha się w liberalizmie i ma znaczny wpływ na opinię publiczną. Tak było za czasów Staszica i Lubeckiego, tak było też w Polsce międzywojennej, z tą różnicą, iż po przewrocie majowym liberałowie mieli mniejszy wpływ na sprawy gospodarcze. W jego wyniku polską gospodarką zaczęła kierować grupa nazwana przez opinię publiczną Pierwszą Brygadą Gospodarczą. We wstępie do pracy poświęconej dorobkowi pierwszego pięciolecia nowych rządów czytamy: Negacja i przestarzałe teorie nie obaliły w ciągu tych kilku lat ich [ludzi Brygady] myśli. Wyszły one zwycięsko z dyskusji o tzw. etatyzmie i życie na każdym kroku potwierdza ich słuszność. To zaś, co najbardziej było wyszydzane, planowość życia gospodarczego, dziś staje się powszechnie uznanym postulatem zarówno w całej Europie, jak również i u nasi.
Lata światowego kryzysu gospodarczego (1929-1935) osłabiły skuteczność polskiej polityki gospodarczej, choć np. budowa Mościc była realizowana właśnie w tym czasie. Nowy, dynamiczny etap tej polityki rozpoczyna się w momencie wychodzenia z kryzysu. W 1936 r. pod kierunkiem wicepremiera ds. gospodarczych i ministra skarbu, Eugeniusza Kwiatkowskiego, opracowano czteroletni program inwestycyjny, obejmujący budowę Centralnego Okręgu Przemysłowego. W następnym roku budowa COP-u ruszyła pełną parą.
Sprawy gospodarcze nigdy nie były ulubionym tematem polskich ludzi pióra. Tym razem zdarzył się wyjątek. Do akcji ruszył Wańkowicz, publikując szereg tekstów o realizacji nowych inwestycji. Były to pierwsze w historii Polski reportaże przemysłowe i zyskały szeroki oddźwięk. Popularność tekstów skłoniła autora do wydania ich w formie broszury pt. „COP”. Błyskawiczna sprzedaż trzech wydań i propozycja czwartego skłoniły Wańkowicza do szerszego potraktowania tematu. Tak zrodziła się licząca 520 stron „Sztafeta”, wydana dwukrotnie w 1939 r.
Był to już nie tylko zbiór reportaży z budowy COP-u. Opisano także inne osiągnięcia ekonomiczne II RP, m.in. sprawne uruchomienie przejętych od Niemców chorzowskich „Azotów”, budowę Gdyni, utworzenie polskiej floty. Wańkowicz pisał, że sprawy, które już Ludwik XIV nazwał pracą kierowaną […] w naszych czasach muszą być kierowane stokroć bardziej.
Gospodarni i utracjusze
Wańkowicz opisuje gospodarczy rozwój Polski w wymiarze historycznym, patrząc jednocześnie w przyszłość – stąd właśnie „sztafeta”. Wyróżnia dwie sztafety: prąd malejący – utracjuszostwa, i narastający – skrzętnej pracy. Symbolem pierwszej jest Ossoliński gubiący w Rzymie złote podkowy, drugiej zaś Staszic i Drucki-Lubecki. To, który kierunek przeważa, jest kwestią kultury umysłowej, warunkującej procesy ekonomiczne – nie odwrotnie, jak utrzymuje marksizm i ekonomiczny liberalizm. Jest to zgodne z odróżnianiem przez Maxa Webera kapitalizmu racjonalnego, opartego na odpowiedniej „psychice gospodarczej narodu” (używając słów Wańkowicza), od opartego na żądzy zysku, samoniszczącego się kapitalizmu irracjonalnego. Ten drugi typ liberałowie propagują jako wersję jedynie słuszną.
Wańkowicz podaje kapitalną ilustrację obu typów kapitalizmu: Kiedy zaistniała pierwsza wielka koniunktura gospodarcza, po odkryciu Ameryki, kiedy ceny ziemiopłodów poszły wielkimi skokami w górę — zobaczmy, jak tę koniunkturę wykorzystano na świecie i jak u nas. W Holandii powstały potężne zakłady, przerabiające produkty zamorskie – cukrownie, drogerie, gorzelnie, fabryki tytoniu, szlifiernie drogich kamieni. Fabryki sukna w Lejdzie, płótna w Haarlemie, ceramiki w Delft produkują na cały świat. Powstają wielkie sieci kanałów, którymi krążą barki ciągnięte przez konie. Bank Amsterdamski reguluje kurs weksli po całym świecie […]. W tej samej epoce rozkrzewia się w Polsce niepomierny zbytek. „Guzy, łańcuchy, manele, guziki srebrne, złote i drogimi kamieniami wysadzane. Dygnitarz nosił na sobie nieraz całe wsi” – pisze Aleksander Brückner. Nie było dla szlachty dosyć drogich zamorskich korzeni, dosyć wykwintnych małmazyj, dosyć najstarszych węgrzynów, najwspanialszych kobierców, najcudaczniejszych na wagę złota driakwi, najsuciej ornamentowanej broni, najcenniejszych kryształów tłuczonych o lekkomyślne łbyii.
U podstaw polskich sukcesów ekonomicznych nie tkwiła spontaniczna krzątanina pojedynczych osób czy grup skoncentrowanych na własnym zysku. Odwrotnie, taki mechanizm zgubił Polskę. Natomiast sukcesy wynikały z dalekosiężnych, planowych działań elit, opartych na głębszej motywacji, jaką był po prostu patriotyzm. W XIX w. dopracowaliśmy się własnej intelektualnej bazy skutecznego działania w postaci polskiej filozofii czynu, łączącej romantyczną motywację z praktycznym, konsekwentnym działaniem. Kierowało się nią wielu wybitnych działaczy gospodarczych i przemysłowców, wśród nich Hipolit Cegielski oraz Stanisław Szczepanowski, który jeszcze przed Weberem zakwestionował liberalno-marksistowskie rozumienie kapitalizmu. Pisał on: Nie ma pospolitszej i grubszej myłki jak ta, która przypuszcza, że rozwój sił ekonomicznych jest wyłącznie wpływem egoizmu, łakomstwa i chciwości. […] Chciwość i łakomstwo mogą prowadzić do lichwy, do gry giełdowej, do stolika z kartami, do polowania za posagami, za synekurami, do sprzedawania nazwiska na parawan brudnych interesów, ale przenigdy do rozwoju ekonomicznego […] Rozwój ekonomiczny nigdzie na świecie jeszcze się nie pojawił bez współudziału przynajmniej rzetelności, uczciwości, pracowitości i umiejętności […]iii.
Dokonania schyłku II RP muszą budzić zdumienie. Skoro udało się osiągnąć tak wiele w ciągu zaledwie kilku lat, to jak wyglądałaby Polska, gdyby nie wojna? Tym bardziej, że nasza gospodarka na kolejne lata też nie była pozostawiona własnemu losowi. Pod koniec 1938 r. Kwiatkowski przedstawił 15-letni plan rozwoju kraju, który miał ją gruntownie przeobrazić.
Ciąg dalszy nastąpił
Wojna przerwała realizację planów i przyniosła ogromne straty materialne i kadrowe. Wielu fachowców jednak ocalało. Pod koniec wojny, gdy nowe granice były już w zarysie znane, szykowano się do przejęcia zakładów przemysłowych na przyszłych Ziemiach Odzyskanych. Tworzono programy gospodarcze i plany nowych form organizacyjno-własnościowych. Stanisław Grabski postulował wprowadzenie w przejmowanych fabrykach akcjonariatu pracowniczego, połączonego z własnością państwowąiv.
Po wojnie komuniści narzucili swój system, jednak ogromna liczba fachowców wykształconych przed wojną i na tajnych kompletach, przystąpiła do odbudowy kraju. Jak podaje Aleksander Bocheńskiv, Kazimierz Szpotański zorganizował przemysł elektrotechniczny, a jego ludzie zasilili katedry wyższych uczelni technicznych. Z kolei człowiek z „Cegielskiego”, inż. Adam Kręglewski, współtworzył przemysł maszynowy. Do współpracy przystąpił także Kwiatkowski, ale jego formatu komuniści nie mogli już strawić.
Polscy ludzie przemysłu nie stali się kwintesencją komunizmu, lecz musieli się z nim borykać, aby coś sensownego stworzyć w takich ramach. Wybitnych fachowców zastępowano partyjnymi miernotami, a rzetelne planowanie udawano improwizacją. Świat przemysłu okresu komunizmu jesteśmy skłonni postrzegać jako grupę złożoną wyłącznie z nomenklaturowych dyrektorów, zapominając o całej rzeszy rzetelnej inteligencji technicznej. W 1992 r. starałem się uwypuklić jej znaczenie, pisząc: Czym jest w istocie ta słabo u nas postrzegana i doceniana grupa? Odpowiedź, jakiej udzielimy może być zaskakująca, ale jest prawdziwa: jest to grupa najbardziej dla rozwoju kraju zasłużona, a jednocześnie najbardziej przez komunizm poszkodowana w swych twórczych działaniach i aspiracjach. Są to sprawy mało u nas rozumiane. Za jedyne ofiary komunizmu uchodzą u nas ludzie walki zbrojnej i ludzie pióra. Ci ostatni należą zresztą do grupy byłych tzw. pieszczoszków systemuvi.
Rosyjska literatura udokumentowała ręką Sołżenicyna gehennę tamtejszych inżynierów pod rządami komunistów. W przypadku Polski nie było wprawdzie tylu uwięzionych, ale już zwolnień z pracy – całkiem sporo. Nagminne było natomiast zmaganie się fachowości i twórczej myśli z nomenklaturową niekompetencją i marnotrawstwem, robieniem „pod sprawozdania”, z rozwiązaniami szkodliwymi dla ludzi i środowiska. Było to zmaganie się „ludzi dobrej roboty” z partyjnym etosem karierowiczostwa, pozoranctwa i nabijania kabzy. Efektem było ciągłe marnowanie wysiłku i możliwości twórczych grupy najistotniejszej dla rozwoju kraju.
Powojenny rozwój polskiej gospodarki był bardziej ilościowy niż jakościowy. Wiązało się to m.in. z barierami dla wynalazczości, która przed wojną rozwijała się w Polsce bez porównania lepiej niż pod rządami komunistów. Wbrew temu, udało się zbudować rozległy przemysł. Nie tworzyliśmy czołówki w pionierskich branżach, natomiast w wielu sektorach tradycyjnych osiągaliśmy poziom zadowalający i pełną konkurencyjność eksportową (m.in. budownictwo okrętowe, tabor kolejowy, obrabiarki, maszyny włókiennicze i papiernicze, kotły i turbiny). Eksportowaliśmy gotowe obiekty przemysłowe (np. cukrownie i fabryki kwasu siarkowego), nawet do RFN. Budowaliśmy za granicą huty, kopalnie i drogi. Wykonywaliśmy badania i poszukiwania geologiczne. Powstało wiele inwestycji, które gdyby nie były zadaniami państwowymi, byłyby trudne do realizacji nawet w kapitalizmie, że wymienimy tylko KGHM oraz kopalnie węgla brunatnego i opartą na nich energetykę.
Czy to wszystko są symbole komunizmu, które należy zanegować, oddać za półdarmo, zniszczyć? Są to przede wszystkim dzieła polskiego świata pracy, w tym ludzi przemysłu, polskiej sztafety gospodarczej – majątek narodowy, który trzeba chronić i rozwijać.
Mimo przeszkód ustrojowych udało się zbudować naprawdę sporo. Niestety, stosowanie patologicznej wersji planowania doprowadziło do bezmyślnego utożsamienia samej zasady planowania gospodarczego z komunizmem. Ta wybitnie szkodliwa zbitka pojęciowa, wzmocniona neoliberalną propagandą, w sposób decydujący wpłynęła na zniszczenie gospodarki w toku transformacji ustrojowej.
Lekcja na dziś
W obecnej sytuacji „Sztafeta” staje się niezwykle ważną lekcją. W okresie komunizmu nie tylko nie wznawiano dzieła Wańkowicza, ale na jego temat panowała grobowa cisza.
Przedwojenna polityka gospodarcza jako wzór do naśladowania stanowiła także potencjalne zagrożenie dla propagowanej w podziemiu lat 80. ideologii neoliberalnej. Zostało to w lot zrozumiane przez jej promotorów, zaczęli więc eksponować prace przedwojennych ekonomistów-liberałów. Posuwano się nawet do nazywania Kwiatkowskiego „przedwojennym Gierkiem”vii. Polityka gospodarcza ojca Gdyni miała być odstępstwem od normy, ekonomiczną aberracją, o czym miał świadczyć cały kontekst gospodarki światowej, zarówno w wymiarze historycznym, jak i współczesnym. Z tym właśnie, z gruntu zafałszowanym rozumieniem gospodarki światowej, należy się rozprawić.
Ogromne znaczenie ma łatwy do zbagatelizowania okres, jakim jest pierwszy etap tworzenia się kapitalizmu. Wszędzie wiązał się on z tzw. merkantylizmem, będącym wczesną i bardzo radykalną formą polityki gospodarczej. Nigdzie kapitalizm nie rodził się bez współudziału państwa, z samego handlu i wytwórczości. Tymczasem w okresie transformacji starano się powtórzyć w skrócie rzekomo wolnohandlowe początki kapitalizmu. Mamy tu podwójny nonsens, bo gdyby nawet były takie, to w sytuacji nagłej zmiany ustroju należy sterować całym procesem. Fascynacja handlem stolikowym podczas gdy padały wielkie zakłady pracy, to właśnie efekt propagandowego zafałszowania charakteru początków kapitalizmu w świecie.
Innym, katastrofalnym w skutkach zafałszowaniem, odpowiedzialnym w decydujący sposób za epidemię korupcji w Polsce, jest traktowanie rozwoju kapitalizmu jako rezultatu rozpasanej żądzy zysku. Tymczasem, jak wykazał Weber, system ten został wygenerowany przez dobitnie wyartykułowaną i przestrzeganą etykę gospodarczą, a nie przez rabunki kolonialne i inne naganne praktyki.
Rozumienie potrzeby polityki gospodarczej nie zanikło jednak zupełnie. Od dłuższego czasu zgłaszane są oddolnie pod adresem władz żądania różnych fragmentarycznych rozwiązań z jej zakresu w przemyśle, rolnictwie i handlu. Jednak przy przekonaniu dużej części opinii publicznej, że polityka taka w ogólności jest czymś niestosownym, owe postulaty mają nikłe szanse realizacji.
Społeczna sterowana gospodarka rynkowa
Dla polskiej transformacji ustrojowej przyjęto oficjalnie model niemiecki. Nasza gospodarka miała być „społeczną gospodarką rynkową”, co nawet zostało zapisane w Konstytucji. Tadeusz Mazowiecki po objęciu funkcji premiera szukał swego Erharda. No i znalazł… Leszka Balcerowicza.
Według nagłaśnianej u nas tezy, największą zasługą Erharda w powojennej odbudowie Niemiec miało być to, że robił, co mógł, by nie wtrącać się w gospodarkę. To ponoć niewidzialna ręka rynku podniosła kraj z ruin i wytworzone przez nią dobra można było z czasem dzielić w myśl zasad socjalnych. Trudno o większy nonsens.
Niemcy to kraj, w którym idee liberalizmu gospodarczego miano zawsze w niewielkim poważaniu, i który właśnie w oparciu o politykę gospodarczą państwa budował potęgę ekonomiczną. Byłoby zatem niezmiernie dziwne, gdyby nagle elity tego kraju gruntownie zmieniły poglądy i metody postępowania, a w świetle tego, co wiemy o historii gospodarczej świata byłoby jeszcze dziwniejsze, gdyby ta zmiana przyniosła pozytywne wyniki.
Prawdą jest natomiast, że Niemcy Zachodnie otrzymały 3,2 mld dolarów w ramach planu Marshalla, z których dużą część zainwestowano (zupełnie nierynkowo) w górnictwo, hutnictwo i energetykę. Prawdą też jest, że RFN do końca lat 50. miała potężny sektor gospodarki państwowej. Trudno w tej sytuacji nie uprawiać polityki gospodarczej państwa, zwłaszcza że owa własność skoncentrowana była w takich branżach strategicznych, jak przemysł wydobywczy i hutniczy, wytwarzanie i dystrybucja energii elektrycznej, przemysł stoczniowy i samochodowy. Sektor własności państwowej był większy niż przed wojną, jako że upaństwowiono partyjny majątek hitlerowców, do którego należał m.in. Volkswagen. Z tych samych powodów wzrósł państwowy majątek powojennej Austrii.
W obu krajach dokonano „cudu gospodarczego” głównie w oparciu o własność publiczną i związaną z nią politykę gospodarczą państwa. Przy szermowaniu hasłem społecznej gospodarki rynkowej, przedstawianej u nas niezgodnie z jej istotą, pomijano również system pracowniczego współdecydowania (tzw. Mitbestimmung), który też walnie przyczynił się do wspomnianego „cudu”. Największe znaczenie ma w nim obniżenie konfliktowości stosunków pracy, ale przyczynia się on też do harmonizowania interesów gospodarczych w ramach interesów ogólnospołecznych. W radach nadzorczych przedsiębiorstw zasiadają przedstawiciele miejscowych pracowników oraz regionalnych rad związków zawodowych.
Największa jednak rola w koordynowaniu całej gospodarki niemieckiej przypada tamtejszym bankom, które – podobnie jak banki japońskie – są bankami gospodarującymi, a nie nastawionymi wyłącznie na zysk. Rola ta zwiększyła się znacznie po akcji prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych na przełomie lat 50. i 60.
Niemiecki kapitalizm m.in. tym się różni od anglosaskiego, że większość akcji przedsiębiorstw znajduje się w posiadaniu banków, a nie indywidualnych akcjonariuszy. Indywidualne inwestowanie zaczęło się, owszem, rozwijać w Niemczech od drugiej połowy lat 50., lecz za pośrednictwem powstających wówczas funduszy inwestycyjnych. Deponują one nabywane akcje w bankach, które realizują przypisane do nich prawo głosu. Niektóre banki (jak Dresdner Bank) same tworzyły fundusze inwestycyjne. Dodatkowo zwiększyło to koncentrację gospodarczej siły decyzyjnej w rękach największych z nich. W latach powojennych była to tzw. wielka trójka: Deutsche Bank, Commerzbank i Dresdner Bank. Sam Dresdner Bank w połowie lat 50. posiadał w zachodnioniemieckich koncernach ok. 300 udziałów kontrolnych.
W związku z tym, przedstawiciele czołowych banków zasiadają w radach nadzorczych większości niemieckich koncernów, kierując w ten sposób harmonijnie całym kluczowym przemysłem. Na przykład prezes Deutsche Bank, Hermann Abs, zajmował pod koniec lat 60. aż 29 stanowisk w czołowych zachodnioniemieckich koncernach, w tym 10 stanowisk przewodniczącego i 4 wiceprzewodniczącego rady nadzorczejviii. Niewiele to ma wspólnego z zasadami liberalizmu gospodarczego. Kierownictwo czołowych niemieckich banków to gospodarczy sztab generalny, który w porozumieniu z rządem kieruje całą gospodarką – dla dobra własnego kraju.
W kleszczach nonsensu
Jak wspomniano, Wańkowicz wyróżnia w historii Polski dwie sztafety: utracjuszostwa i skrzętnej pracy. Pisze, że widzieliśmy w XVII wieku tylko sztafetę dekapitalizacji idącą z rąk do rąk oraz że trzeba było „pracy” pokoleń, aby zmarnować Polskę bogatą i zasobnąix. Dzisiaj wystarczyły na to dwie dekady orgii niszczenia i wyprzedaży za bezcen polskiego przemysłu. Cóż za paradoks! W okresie komunizmu polska sztafeta gospodarcza była mimo wszystko kontynuowana. Natomiast urywa się w momencie powstania formalnie niepodległej Polski, kiedy zastąpiła ją sztafeta dekapitalizacji.
Działają tu oczywiście różne czynniki. Realizowane są długofalowe, dobrze przemyślane obce interesy, jak i prymitywne, krótkowzroczne interesy krajowych łapówkarzy. Ogromne znaczenie ma pojawienie się dużej grupy inteligencji kompradorskiej, która z definicji łączy swoje interesy z interesami obcymi. Jednak podstawą postępującej destrukcji jest zamęt wywołany upowszechnieniem doktryny neoliberalnej. Jak wspomniałem, ideologia ta była propagowana w wydawnictwach podziemnych (głównie warszawska „Officyna Liberałów”, kierowana jawnie przez Janusza Korwin-Mikkego) i niestety większość ówczesnej opozycji przyjęła ją z entuzjazmem.
Jakże często słyszy się, że dzisiejsze patologie wywołane przez transformację ustrojową są czymś nieuniknionym. Jakże często słyszy się, że trzeba po prostu czekać, aż sytuacja się unormuje. Tymczasem sytuacja, stymulowana szkodliwą doktryną, rozwija się w niewłaściwym kierunku i trzeba ją jak najszybciej przestawić na inne tory. Jakże często słyszy się, że za dzisiejszą demoralizację odpowiedzialny jest okres komunizmu. Owszem, ale tylko w pewnym stopniu. W stopniu decydującym odpowiedzialna jest za nią doktryna sprowadzająca ludzką działalność wyłącznie do żądzy zysku.
Kapitalizm irracjonalny
Wspominaliśmy już, że wyróżniony przez Webera kapitalizm racjonalny oparty jest na odpowiedniej kulturze umysłowej, szczególnie na ugruntowanej etyce gospodarczej. Jego przeciwieństwem jest kapitalizm irracjonalny, oparty na samym pragnieniu zysku. Czyż nie odczuwamy tego dzisiaj w Polsce? Weźmy wybitne postaci, które dla polskiej gospodarki zrobiły najwięcej: Staszica, Druckiego-Lubeckiego, Cegielskiego, Szczepanowskiego, Grabskiego, Mościckiego, Kwiatkowskiego. Czy kierowali się oni żądzą zysku? Bzdura. Kierował nimi patriotyzm i duch twórczy.
Świeckim elementem kultury umysłowej jest patriotyzm. Nie jest tajemnicą, że podstawą powojennych sukcesów gospodarczych Niemców i Japończyków było właśnie przywiązanie do własnego kraju. Patriotyzm stał też u podstaw dorobku naszych działaczy gospodarczych wieku XIX oraz sukcesów w budowie COP-u, w tym ostatnim przypadku obejmując wszystkich – od ministra po szeregowego robotnika.
Waga rozumienia etycznej genezy kapitalizmu ujawnia się w pełni, jeżeli zestawimy ją z popularną u nas maksymą, że „pierwszy milion trzeba ukraść”. Nie trzeba wyjaśniać, na ile ta kryminalna formuła odpowiedzialna jest za rozwijającą się w Polsce epidemię korupcji. Zobaczmy, czym była faszerowana opozycja lat 80.: Chcemy mieć – krótko pisząc – Polskę z kilkunastoma milionami kapitalistów […]. Drapieżnych i chciwychx. Przejęci tą ideologią działacze trafili jednak nie tylko do biznesu, ale przede wszystkim do partii politycznych i administracji. Tymczasem o ile dążenie do zysku (obwarowane etycznie) jest w biznesie sprawą normalną, to w służbach publicznych jest niedopuszczalne. W przeciwnym razie nie tylko nie będą one spełniały przypisanych zadań, ale przekształcą się w przestępczą instytucję żerującą na publicznym groszu i łapówkach.
Przestrzegał przed tym na początku transformacji zamieszkały w Anglii socjolog, Stanisław Andreski (Andrzejewski), pisząc: Uzasadniona negacja komunizmu doprowadziła Polaków do idealizacji kapitalizmu. Mówiąc o kapitalizmie myślą oni jednak tylko o Europie Zachodniej i Ameryce Północnej, a nie o Kolumbii, Filipinach, Nigerii czy Haiti. Przy wprowadzaniu w Polsce nowego porządku społecznego warto byłoby się zatem zastanowić, jak zapobiec niebezpieczeństwu jego ewolucji w kierunku form kapitalizmu występujących w Trzecim Świecie. […] Pewien minimalny poziom uczciwości jest warunkiem wydajności gospodarczej. Dogmatycy wolnego rynku nie uwzględniają faktu, że działa on dobrze tylko wówczas, gdy nie obejmuje wszystkich stosunków społecznych. Trudno się dorobić czegoś uczciwą pracą tam, gdzie wyroki sądów są na sprzedaż. […] Rozszerzenie stosunków rynkowych na wszystkie dziedziny życia społecznego wypacza działanie reguł rynku nawet tam, gdzie jest on mechanizmem najbardziej przydatnymxi.
Państwowe = komunistyczne?
Polski powojenny przemysł przybrał formułę wyłącznie państwową. Nacjonalizowano istniejące przedsiębiorstwa, a nowe były tworzone jako własność państwa.
Czy przedsiębiorstwo państwowe jest istotą komunizmu? Nie jest nim, podobnie jak nie jest nim ogólnokrajowe planowanie gospodarcze czy po prostu prowadzenie polityki gospodarczej. Własność państwowa jest korzystna np. w sferze infrastruktury gospodarczej, w branżach, do których nie kwapi się kapitał prywatny i przy uruchamianiu nowych przedsiębiorstw, które później mogą być prywatyzowane. Oczywiście upaństwowienie całego przemysłu jest niedopuszczalne, ale i ono nie byłoby jeszcze komunizmem. Jego istotą jest bowiem system władzy politycznej. Niezrozumienie tego spowodowało przeniesienie po 1989 r. całego impetu ruchu antykomunistycznego na znienawidzone przedsiębiorstwa państwowe.
Brak zrozumienia istoty komunizmu jest efektem kolejnego liberalnego fałszu, przedstawiającego – podobnie jak w ujęciu marksistowskim – system ekonomiczny jako bazę systemu politycznego. Tymczasem komuniści w Rosji (i wszędzie indziej) najpierw doszli do władzy, a dopiero później upaństwawiali. Można zaprowadzać totalitaryzm na bazie własności prywatnej, jak robili to faszyści. I odwrotnie, można zwiększać sektor własności państwowej i przywracać demokrację, jak zrobiono to w powojennych Niemczech i Austrii.
Jeszcze innym neoliberalnym nonsensem jest teza o potrzebie pierwotnej akumulacji kapitału przy przechodzeniu od komunizmu do kapitalizmu. Neoliberalizm bowiem neguje kumulowanie kapitału przez państwo zarówno jako zasadę, jak też jako fakt historyczny. Neguje też planową zmianę ustroju.
W komunistycznej Polsce akumulacja kapitału przez państwo osiągnęła apogeum. Kapitał ten został zgromadzony – chodziło tylko o jego sensowne, dobrze kierowane przeobrażenie. Tymczasem w dzisiejszej Polsce termin „pierwotna akumulacja” stał się kryptonimem jego niszczenia i rozgrabiania.
Wreszcie, fałszem jest teza o nieistnieniu „trzeciej drogi” w stosunku do komunizmu i dzikiego kapitalizmu. Otóż „trzecia droga” nie tylko istnieje, ale jest główną drogą, po której kroczy od stuleci przodująca gospodarka światowa. Komunizm był patologicznym epizodem, a liberalnego kapitalizmu po prostu nie ma, poza krótkimi okresami zapaści zaatakowanych nim gospodarek krajowych. „Trzecia droga” nie jest przy tym „pomiędzy”, a daleko „poza” komunizmem i dzikim kapitalizmem, które niewiele się od siebie różnią, wywłaszczając i zniewalając całe społeczeństwa.
Jan Koziar
Powyższy tekst to skrót broszury J. Koziara „Nie ma gospodarki bez polityki gospodarczej państwa”, dostępnej w całości pod adresem http://www.golysz.pl/?page_id=379.
Przypisy:
i Pięć lat na froncie gospodarczym 1926-1931, t. 1, Warszawa 1931.
ii Melchior Wańkowicz, Sztafeta – książka o polskim pochodzie gospodarczym, Warszawa 1939, ss. 236-7.
iii Stanisław Szczepanowski, Walka narodu polskiego o byt, Londyn 1942, s. 87.
iv Stanisław Grabski, Myśli o dziejowej drodze Polski, Glasgow 1944, ss. 91-95.
v Aleksander Bocheński, Niezwykłe dzieje przemysłu polskiego, Warszawa 1985, s. 137.
vi Jan Koziar, Zerwany sojusz. Świat pracy na bocznych torach, Wrocław 1992 (praca niepublikowana, rozchodząca się w formie kserokopii); skrócona wersja opublikowana w „Obywatelu” nr 48.
vii Władysław Monetarny, Chybiona recenzja Stefana Bratkowskiego, „Replika” nr 53 (1987), s. 39.
viii Joachim Meisner, Teoria ludowego kapitalizmu. Wariant niemiecki, Katowice 1967, s. 70.
ix Melchior Wańkowicz, Sztafeta… op. cit., s. 236.
x Program Liberałów, Warszawa 1983.
xi Stanisław Andreski, Maxa Webera olśnienia i pomyłki, Warszawa 1992, s. 8.
przez Ryszard Szarfenberg | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
O zaprzestaniu stosowania produktu krajowego brutto (PKB) jako najważniejszego wskaźnika rozwoju mówiono już na początku lat 70.i Była to reakcja na rozczarowanie, jakie przyniosła poprzednia dekada w krajach rozwijających się.
Ton polityki rozwojowej w latach 60. najlepiej oddaje stwierdzenie W. Arthura Lewisa: przedmiotem naszego zainteresowania powinien być wzrost gospodarczy, a nie redystrybucjaii. Mimo że osiągnięto ten cel, pod wieloma względami sytuacja pogorszyła się – m.in. wzrosło bezrobocie i ubóstwo. Z kolei ducha lat 70. w myśleniu o rozwoju dobrze oddaje słynna wypowiedź Dudleya Seersa: Co się działo z ubóstwem? Co się działo z bezrobociem? Co się działo z nierównością? Jeżeli wszystkie trzy problemy stały się mniej dotkliwe, wtedy bez żadnych wątpliwości możemy powiedzieć, że był to okres rozwoju dla danego kraju. Jeżeli sytuacja pod względem jednego lub dwóch z tych problemów pogorszyła się, a już szczególnie, gdy dotyczy to wszystkich trzech, byłoby dziwne nazywać taki wynik rozwojem, nawet jeżeli dochód na mieszkańca w tym czasie poszybował w góręiii.
Alternatywą dla ujęcia dochodocentrycznego – z PKB na tronie – stało się podejście skoncentrowane na stopniu zaspokojenia podstawowych potrzeb (tzw. Basic Needs Approach). Uzasadniała je prosta konstatacja, że wzrost gospodarczy nie przekłada się automatycznie na większy dostęp ludności do żywności i czystej wody, mieszkań, opieki zdrowotnej, edukacji czy zabezpieczenia społecznego, ani na lepszą realizację praw człowieka. Dosadnie ujęła to Frances Stewart: Wzrost PKB nie uwzględnia tego, jak dochód jest dystrybuowany pomiędzy różne grupy ludności, nie uwzględnia dóbr publicznych, zatrudnienia – czyli tego wszystkiego, co ma fundamentalne znaczenie dla poprawy jakości życiaiv.
Ostatecznym bodźcem, który w latach 90. nadał impet idei rozwoju społecznego (human development), stawiającej w centrum kondycję człowieka, była koncepcja noblisty Amartyi Sena. Pojęcie potrzeb uważał on za nadal zbyt ściśle skojarzone z myśleniem w kategoriach tego, co je zaspokaja (a to właśnie ma mierzyć PKB), a nie tego, jakim życiem możemy żyć i żyjemy (pojęcia capabilities i functionings). Kluczowe było tu powiązanie idei rozwoju i wolności, rozumianej nie tylko jako swoboda działania, ale również możliwość dokonywania autentycznego wyboru sposobu życia.
Od 1990 r. rokrocznie ukazują się raporty dotyczące rozwoju społecznego (Human Development Reports, HDR). W 1993 r. na Światowej Konferencji Praw Człowieka w Wiedniu przyjęto, że uprawnienia te są niepodzielne i współzależne. Oznacza to, że społeczność międzynarodowa nie uznaje teorii i praktyk przeciwstawiających sobie prawa różnych rodzajów (osobiste, polityczne, ekonomiczne, socjalne i kulturowe) czy wyraźnie uznających prawa inne niż osobiste i polityczne za luksus, na który stać tylko najbogatsze kraje. W 1995 r. zorganizowano Światowy Szczyt na rzecz Rozwoju Społecznego w Kopenhadze, który zaowocował obszerną Deklaracją i Programem Działań. Pierwsza dekada XXI w. upłynęła pod znakiem Milenijnych Celów Rozwoju. Monitorowanie ich realizacji opiera się na odpowiadających poszczególnym celom 60 wskaźnikach, wśród których nie znalazł się PKBv.
Obecnie niewystarczalność PKB w polityce rozwojowej i w ocenie sytuacji społeczeństw i zmian społecznych wydaje się oczywistością i daje temu wyraz nawet Komisja Europejskavi. Jednak wskaźnik ten wciąż skupia na sobie nieproporcjonalnie dużo uwagi: Powinno być dla każdego jasne, że żadną pojedynczą liczbą nie da się podsumować czegoś tak złożonego i różnobarwnego jak „społeczeństwo”. Niektóre liczby – w szczególności PKB – znajdują się jednak wciąż w centrum uwagi. Wydajemy miliony na przewidywanie, ile wyniesie ta liczba w przyszłym miesiącu lub w przyszłym rokuvii.
Produkcja i konsumpcja
Jeżeli wytwarzanie dóbr i usług nazwiemy produkcją, a zaspokajanie nimi naszych potrzeb i pragnień – konsumpcją, to otrzymamy dwa procesy podstawowe dla naszego bytowania w świecie. Nie są one ze swej istoty ani dobre, ani złe. Produkować można leki ratujące życie, zachwycające dzieła sztuki oraz środki masowej zagłady; konsumować można na różne sposoby. Oba procesy mają nie tylko zamierzone, ale i uboczne skutki, jak choroby zawodowe, zatrucia po spożyciu skażonej żywności, wypadki podczas korzystania ze środków transportu, wprowadzanie zanieczyszczeń do środowiska czy prześladowanie mniejszości i łamanie praw człowieka.
Przedstawione pojęcie produkcji jest bardzo szerokie. W jego zakres wchodzi wszystko, co przyczynia się do powstawania materialnych i niematerialnych „zaspokajaczy” (dóbr i usług finalnych). Jak zatem mierzyć produkcję i konsumpcję w skali całego społeczeństwa? Najprostszym rozwiązaniem wydaje się policzenie zaspokajaczy. Kłopot jednak już w tym, że nawet w dłuższym okresie liczba tych wyprodukowanych może być nierówna liczbie skonsumowanych. Na dodatek, owe zaspokajacze są mocno zróżnicowane, więc samo liczenie wyprodukowanych lub skonsumowanych bochenków chleba, usług hotelowych itd., bez sprowadzenia tych danych do wspólnego mianownika, da nam tyle liczb, ile zdołamy wyróżnić w miarę jednorodnych kategorii produktów i usług.
Pieniądz bardzo ułatwił rozwiązanie tego problemu. Jeżeli zdobędziemy informacje na temat tego, jakie były w danym okresie wydatki ludności przebywającej na interesującym nas obszarze (np. Polski) na dobra i usługi finalne na nim wyprodukowane, łatwo będzie je zsumować i otrzymamy jedną liczbę. Jest to jeden ze sposobów obliczania PKB. Żeby jednak otrzymać tę upragnioną liczbę, potrzebny jest wiarygodny system rejestracji wydatków. Następnie trzeba odróżnić wydatki różnych kupujących (jednostek, firm, organizacji, państwa) na zaspokajacze od wydatków na to, co tylko posłużyło do ich wyprodukowania. A później jeszcze odróżnić wydatki na dobra i usługi finalne, wyprodukowane na danym obszarze i poza nim. Nie jest to łatwe, w związku z tym oszacowana liczba mniej lub bardziej różnić się będzie od rzeczywistej produkcji i konsumpcji.
Co najmniej dwa inne problemy pogłębiają błędy w pomiarze. Jednym z nich jest to, że ludzie nie wszystko kupują. Jeżeli wytwarzamy na własne potrzeby albo dostajemy coś za darmo, to nie znajdzie to wyrazu w wydatkach. Drugim problemem jest nieuwzględnianie skutków ubocznych działalności gospodarczej w obliczeniach PKB. Jednocześnie część z nich uwidoczni się w wydatkach, np. zgony w wydatkach na usługi pogrzebowe, choroby zawodowe – na leczenie, zanieczyszczenie środowiska – na dobra i usługi jego ochrony itd.
Tym, czego za pomocą PKB w ogóle nie zmierzymy, jest struktura i zróżnicowanie procesów gospodarczych. Wielka jest rozmaitość dóbr i usług. Jeżeli uporządkujemy je według jakiejś klasyfikacji, np. zaspokajacze potrzeb podstawowych i niepodstawowych, materialne i niematerialne, o małych i dużych skutkach ubocznych – to łączny PKB nie będzie nam nic mówił o tym, jaki jest udział tych różnych rodzajów dóbr i usług w całej działalności gospodarczej.
Nie wszyscy w danym okresie są producentami, nie każdy produkuje tak samo intensywnie itd. Wszyscy są konsumentami, ale oczywiście różnią się rodzajem i ilością konsumowanych dóbr i usług. PKB podzielony na liczbę mieszkańców uwzględni możliwe zmiany łącznej konsumpcji, ale nie będzie uwzględniał ani zróżnicowanego udziału ludności w produkcji, ani też nieidentycznego udziału w konsumpcji.
Podsumowując, PKB jako miara szeroko rozumianej działalności gospodarczej (produkcji i konsumpcji) nie uwzględnia wielu jej podstawowych obszarów i cech, zasadniczych dla oceny, czy dobrze zaspokaja ona potrzeby i pragnienia jednostek oraz dobrze służy przetrwaniu i rozwojowi społeczeństw. Należałoby stwierdzić, że jest dobry jedynie do pomiaru skali zarejestrowanej działalności gospodarczej, która manifestuje się w dobrze monitorowanych transakcjach kupna-sprzedaży. Gdyby wszystko, co zaspokaja nasze potrzeby i pragnienia było zarejestrowane i wszystko to musielibyśmy kupić, wówczas PKB byłby dobrą miarą szeroko rozumianej działalności gospodarczej. Nawet jednak wtedy wskaźnik ten nic by nie mówił na temat jej struktury, pomijałby też wiele jej pozytywnych i negatywnych konsekwencji dla dobra obecnych i przyszłych pokoleń.
Rozwój gospodarczy
Jak na tym tle należy rozumieć pojęcie rozwoju gospodarczego? Wyobraźmy sobie naszych przodków sprzed 100 lat i nas samych. Oni i my rodziliśmy się, dorastaliśmy, stawaliśmy się samodzielni, mamy dzieci, zestarzejemy się i umrzemy. Podstawowe fazy ludzkiego życia oraz towarzyszące im podstawowe potrzeby nie uległy zmianie. A co z produkcją i konsumpcją? Gdyby nic się nie zmieniło w ich wielkości i strukturze, musielibyśmy stwierdzić, że nie wystąpił ani rozwój gospodarki, ani też jego przeciwieństwo (regres).
Jakie zmiany mogły więc mieć miejsce, jeżeli chodzi o produkowane i konsumowane zaspokajacze? Najogólniej, w porównaniu z poprzednim okresem poszczególne produkty i usługi mogą być wytwarzane w zwiększonej lub zmniejszonej ilości, ich jakość może ulec polepszeniu lub pogorszeniu, udział jednych może wzrosnąć, a innych zmaleć, wreszcie – mogą być inaczej podzielone między członków danego społeczeństwa. W takim ujęciu i bardzo upraszczając, rozwój gospodarczy można rozumieć m.in. tak, że liczba wszystkich zaspokajaczy potrzeb w przeliczeniu na mieszkańca (żeby wyeliminować możliwość, iż produkcja wzrosła, ale ludność jeszcze bardziej) jest znacząco większa niż uprzednio i/lub że ich jakość istotnie się polepszyła.
Samo przeliczenie na mieszkańca nie mówi jednak nic o tym, dlaczego zmieniła się liczba ludności. Przykładowo, jeżeli mamy 100 osób oraz PKB wynoszący 1000 zł, to na każdą przypada średnio 10 zł. Załóżmy, że w wyniku konsumpcji skażonej żywności lub zastosowania środków masowej zagłady populacja zmniejszyła się o 50%, a łączny PKB pozostał na niezmienionym poziomie. Na mieszkańca przypadać będzie wtedy 20 zł, czyli dwa razy więcej niż poprzednio. Czy nastąpił rozwój gospodarczy? Gdyby go mierzyć wzrostem PKB na mieszkańca – tak. Jak to się jednak ma do idei rozwoju gospodarczego jako procesu służącego przetrwaniu i rozwojowi ludzi?
Same zmiany w liczbie i jakości dóbr i usług finalnych też nie wystarczają, aby stwierdzić, czy miał miejsce rozwój gospodarczy. Załóżmy, że społeczność złożona z 5 osób konsumuje dziennie 10 złowionych ryb. Po stu latach mamy 5 potomków tamtych osób, którzy każdego dnia konsumują łącznie 20 ryb. Jeżeli jednak pierwotnie każdy jadł po 2 ryby, a po stuleciu 3 osoby zjadają w sumie 18 ryb, a 2 po 1, to mimo podwojenia łącznej liczby konsumowanych ryb część ludności zjada ich mniej niż w poprzednim okresie. Może zdarzyć się tak, że wzrostowi łącznej konsumpcji będzie towarzyszyć wzrost nierówności w udziale w niej, ale jej skala dla nikogo nie powinna być niższa niż 100 lat temu, żeby móc mówić o rozwoju gospodarczym zdefiniowanym jak powyżej. Jest to dość konserwatywny warunek – rozwój miałby miejsce nawet wtedy, gdyby 90% ludności konsumowało tyle, ile w przeszłości, a 10% – dziesięć razy więcej. Warunek bardziej rozsądny byłby taki, że aby mówić o rozwoju, konsumpcja każdego powinna wzrosnąć.
Jeżeli ludzie w przeszłości i teraz produkowaliby i konsumowali tyle samo takiej samej jakości zaspokajaczy potrzeb podstawowych, to wówczas można by orzekać o rozwoju gospodarczym w oparciu o porównanie produkcji i konsumpcji zaspokajaczy potrzeb niepodstawowych.
Problem z powyższym rozumowaniem jest taki, że o ile założyliśmy, iż potrzeby podstawowe się nie zmieniają, to już trudniej o tym mówić w przypadku pozostałych. Każdy wynalazek dobra lub usługi finalnej wdrożony do masowej produkcji generuje mniej lub bardziej masowe pragnienia. Jeżeli okresy różnią się pod względem liczby wynalazków oraz możliwości ich upowszechniania, porównywanie zaspokajaczy potrzeb niepodstawowych nie biorące tego pod uwagę – będzie obarczone błędem.
Reasumując, porównywanie PKB pomiędzy okresami i miejscami pomija wiele obszarów i zagadnień istotnych dla orzekania o tym, czy i jak szeroko rozumiany rozwój gospodarczy się dokonał.
Indeks rozwoju społecznego a PKB
W świetle powyższych rozważań powinno być jasne, że całkowicie nieuzasadnione jest posługiwanie się wyłącznie PKB w ocenie sytuacji gospodarczej i jej zmian. Najprostszą odpowiedzią na ten problem jest uwzględnienie także innych wskaźników.
Jedną z głośniejszych propozycji tego rodzaju jest indeks rozwoju społecznego (Human Development Index, HDI), promowany w globalnych raportach o rozwoju społecznym Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP). W uproszczeniu – obok PKB na mieszkańca uwzględniono tam jeszcze dwa aspekty sytuacji ludności: życie (zdrowie) i edukację. Do pomiaru zdrowia populacji służy przeciętna długość dalszego trwania życia dla urodzonych w danym roku, obliczana na podstawie danych o zgonach. W przypadku edukacji wykorzystuje się liczbę lat spędzonych w szkole – średnią i oczekiwaną. Za pomocą prostej procedury matematycznej te trzy wskaźniki cząstkowe są wyrażane jedną liczbą.
Trudno mówić, że HDI jest alternatywą dla PKB, skoro ten ostatni jest jego częścią. Włączenie wskaźników, które nie dotyczą produkcji i konsumpcji, lecz ich konsekwencji, było jednak przełomowe. Produkowanie i konsumowanie może pozytywnie lub negatywnie wpływać na zdrowie i tym samym na długość życia. Krytykowana miara nie mówi nam nic na temat tego, jak długo ludzie żyją. Taki sam PKB na mieszkańca dla dwóch populacji dla roku X może skrywać fakt, że ludzie urodzeni w jednej z nich mają szansę przeżyć średnio 60 lat, a w drugiej – 80 lat. Stwierdzono przy tym, że w państwach o wysokim PKB na mieszkańca ludzie żyją dłużej niż w krajach o niskim poziomie tego wskaźnika. Zasadnym jest jednak pytanie, czy zależy to wyłącznie od niego, czy raczej od struktury wydatków, a ta uzależniona jest m.in. od decyzji publicznych w zakresie polityki społecznej.
Choć długiemu życiu przypisuje się dużą wartość, sama liczba przeżytych lat nie musi odzwierciedlać jego jakości. Niewielu z nas chciałoby żyć długo w niewoli albo w śpiączce. Może życie krótkie, ale za to intensywne, jest lepsze niż długie i nudne? Przewidywana średnia liczba lat życia nie jest więc doskonałym wskaźnikiem jego jakości, pomijając nawet trudności z jej obliczaniem oraz kwestię, czy w przyszłości warunki się radykalnie nie zmienią. Są jednak propozycje uwzględniające przynajmniej część tych informacji, np. liczba lat życia skorygowana jego jakością (Quality Adjusted Life Years).
Pomiar wiedzy i umiejętności wskaźnikami opartymi na liczbie lat w szkole ma kilka wad, choćby dlatego, że szkoły w różnych regionach danego kraju czy w różnych krajach mogą dostarczać usług o bardzo zróżnicowanej jakości. Poza tym ludzie mogą wykorzystywać zdobyte wykształcenie w różnych celach. W praktyce jednak wszystkie szkoły czegoś pożytecznego uczą, lepiej lub gorzej, dlatego liczba lat spędzonych na nauce jest zadowalającym wskaźnikiem wykształcenia populacji.
Ktoś mógłby argumentować, że w PKB jest uwzględniana konsumpcja dóbr i usług zdrowotnych i edukacyjnych, również tych, które państwo kupuje dla swoich obywateli. Możemy na to odpowiedzieć, że PKB nie pokazuje struktury konsumpcji, dlatego posłużenie się wyłącznie tym wskaźnikiem byłoby niewystarczające. Względnie łatwo natomiast obliczyć udział wydatków na edukację i zdrowie w całym PKB. Oczywiście wielkość tych udziałów zależy od tego, ile wynosi łączny PKB i ile wydaje się na inne dobra i usługi finalne. Dlatego też ktoś, kto myśli o sytuacji gospodarczej w kategoriach PKB, prędzej czy później podkreśli, że jego wzrost ma zasadnicze znaczenie – żeby podzielić ciasto trzeba najpierw je mieć, a żeby kawałki mogły być duże, ono samo musi być duże.
Różnica w podejściu HDI polega przede wszystkim na tym, że rezygnujemy z tego rodzaju wskaźników uzupełniających, opartych na PKB – i wybieramy całkowicie inne. Pomiar zdrowia i edukacji jest tu niezależny od obliczonego produktu krajowego, tj. od łącznej wartości wszystkich zaspokajaczy oraz od tego, jaka ich część należy do kategorii zdrowotnych i edukacyjnych. Jest to fundamentalny krok, gdyż pomiar produkcji i konsumpcji za pomocą łącznego PKB na mieszkańca abstrahuje od konsekwencji aktywności gospodarczej dla zdrowia, wiedzy i umiejętności ludzi. Wskazywałem wyżej, że łączny PKB zawiera całą produkcję i konsumpcję, niezależnie od tego, że jej część może być szkodliwa dla zdrowia. Nie wiemy też, jak produkowanie i konsumowanie zobrazowane łącznym PKB przekłada się na stan oświecenia społeczeństwa – np. dzieci zaangażowane w produkcję nie uczą się wiele więcej poza to, czego nauczyły się w domu i w fabryce; rodzice mogą nie chcieć wydawać pieniędzy na edukację dzieci, bo mają inne priorytety.
Jednak czy osiągnięcia w obszarze zaspokojenia potrzeb zdrowotnych oraz edukacyjnych wystarczą, aby orzekać o rozwoju? Wysoki PKB na mieszkańca, długie życie i długie lata w szkole niekoniecznie znaczą, że mamy do czynienia ze społeczeństwem ludzi szczęśliwych. W szczególności im wyższa zamożność ludności mierzona PKB, tym słabszy jest jej związek z subiektywnym dobrostanem społeczeństwaviii.
Ponadto, żaden ze wskaźników w ramach HDI nie uwzględnia nierówności. O PKB już wiemy, że się do tego nie nadaje. A co z liczbą lat życia i liczbą lat spędzonych w szkole? Są one niższe w przypadku dorosłych ze środowisk wiejskich i robotniczych, z ubogich dzielnic i regionów, w porównaniu do tych z klasy średniej i wyższej, mieszkańców zamożnych dzielnic i miast.
HDI ma wiele słabości. Część z nich dzieli z PKB, który jest jego częścią; inne to nowe problemy związane z pytaniem, czy obejmuje wszystkie najważniejsze obszary ludzkiego życia oraz czy dobrze zostały dobrane ich wskaźniki. Zasadniczo jednak wnosi nowy punkt widzenia: uznaje, że PKB nie jest wystarczający, uwzględnia zdrowie oraz wiedzę i umiejętności populacji, które bez większych wątpliwości uznamy za ważne dla oceny rozwoju danego kraju. W pomiarze zaspokojenia potrzeb zdrowotnych i edukacyjnych posługuje się wskaźnikami niezależnymi od PKB.
HDI i jego uzupełnienia
Czego nie uwzględnia HDI? Po pierwsze – o czym wspomniałem – tego, że konsumpcja, zdrowie i edukacja nie są w społeczeństwie równomiernie rozłożone. Po drugie, innych podstawowych potrzeb. Po trzecie, realizacji praw politycznych – wysoką wartość HDI mogą osiągać kraje, w których nie ma demokracji, zakazane są niezależne formy samoorganizacji społecznej. Po czwarte, zagrożeń dla środowiska. Po piąte, dyskryminacji – HDI może być wysoki w krajach, gdzie kobiety lub inne mniej lub bardziej liczne grupy są traktowane jak obywatele gorszej kategorii.
Na część z tych braków w HDR 2010 odpowiedziano poprzez wprowadzenie dodatkowych wskaźników, w części oryginalnych. Nierównomierność rozkładu dochodu i zaspokojeń uwzględnia HDI dostosowany do poziomu nierówności (IHDI). Więcej wymiarów podstawowych potrzeb wprowadzono za pomocą indeksu wielowymiarowego ubóstwa (MPI). Aspekty uczestnictwa politycznego i dyskryminacji kobiet zostały włączone indeksem nierówności ze względu na płeć (GII). Do zobrazowania stanu środowiska wykorzystano wskaźniki opracowane dla potrzeb innych raportów.
Już wcześniej podejmowano próby uwzględnienia w HDI nierówności, ale dotyczyły one tylko dochodu i jedynie niewielkiej liczby krajów. Innowacja w HDR 2010 polega na tym, że przygotowano szacunki IHDI dla większej liczby państw, biorąc pod uwagę nierówności we wszystkich trzech wymiarach, czyli również w odniesieniu do zdrowia i edukacji. Różnice między pozycją w rankingu krajów bez uwzględnienia nierówności i z ich uwzględnieniem dla kilkunastu krajów o wysokim HDI zostały pokazane na wykresie.

Wśród krajów, które zanotowały znaczne przesunięcie w dół, znalazły się tak różne, jak Korea Południowa, Izrael, USA oraz Włochy. Z kolei względnie niski poziom nierówności dochodowych, zdrowotnych i edukacyjnych znacząco poprawił pozycje Czech, Danii, Austrii, Słowenii i Islandii. Względna pozycja Polski, wynikająca z różnicy w pozycjach w obu rankingach, zmieniła się nieznacznie na plus. Kraje najwyżej w rankingu HDI, czyli Norwegia i Australia, są również liderami rankingu IHDI.
Inny sposób przedstawienia, co wnosi informacja o nierównościach, to pokazanie procentowego spadku wysokości wskaźnika HDI po jego przeliczeniu na IHDI. Tym razem Polska nie wypada już tak dobrze – pod względem nierównościowej straty tylko nieznacznie ustępujemy USA.

Kobiety są jedyną kategorią wyróżnioną specjalnym indeksem nierówności. Składa się nań pięć wskaźników cząstkowych w trzech obszarach: zdrowia reprodukcyjnego (umieralność okołoporodowa matek, dzietność nastolatek), udziału w rynku pracy (wskaźnik aktywności zawodowej), upodmiotowienia (udział w parlamencie, wykształcenie średnie lub wyższe).
Najniższy poziom indeksu nierówności ze względu na płeć miała Holandia. Jaka odległość dzieliła różne kraje od tego najbardziej egalitarnego genderowo państwa, pokazuję na kolejnym wykresie.

Na wykresie zostały uwzględnione kraje o wysokim poziomie rozwoju społecznego. Widać wyraźnie, że Katar, Bahrajn i Zjednoczone Emiraty Arabskie, które pod względem HDI nie ustępują znacząco państwom europejskim, już pod względem równości płci pozostają daleko w tyle. My osiągnęliśmy wynik nieco lepszy niż Czesi i Węgrzy, ale nadal odległy od czołówki.
Indeks wielowymiarowego ubóstwa mierzy poziom niezaspokojenia potrzeb przy uwzględnieniu dziesięciu wskaźników o charakterze niedochodowym. W obszarze zdrowia – czy w gospodarstwie domowym umarło jedno lub więcej dzieci, czy jest przynajmniej jedna osoba niedożywiona. W obszarze edukacji – czy wszyscy nie mają ukończonych pięciu klas szkoły podstawowej, czy jest przynajmniej jedno dziecko w wieku szkolnym, które nie uczęszcza do szkoły. W obszarze warunków życia – czy gospodarstwo domowe nie ma elektryczności, dostępu do czystej wody, sanitariatu, nie ma podłogi w mieszkaniu, nie opala czystym paliwem, nie ma samochodu, ale ma co najmniej rower, radio, telewizor. Jeżeli na wszystkie lub część tych pytań odpowiemy „tak,” to mamy do czynienia z wielowymiarowo ubogim gospodarstwem domowym. Autorzy tego wskaźnika przewidzieli wagi dla poszczególnych wymiarów, a także granice wielowymiarowego ubóstwa i zagrożenia nim.
Z przeglądu komponentów MPI wyraźnie widać, że nie dotyczy on krajów o wysokim poziomie rozwoju społecznego. Spośród państw, dla których istniały niezbędne dane, większość populacji została uznana za wielowymiarowo ubogą w 38 przypadkach (ponad 35% wszystkich krajów, dla których zebrano dane). Ponad 80% ludności jest wielowymiarowo ubogie tylko w krajach afrykańskich: Rwandzie, Sierra Leone, Gwinei, Burkina Faso, Liberii, Burundi, Republice Środkowoafrykańskiej, Mali, Etiopii, Nigrze i w Somalii. Wszystkich ludzi biednych jest na świecie według tego wskaźnika 1,75 mld.
Już same wartości złożonych indeksów oraz składających się na nie wskaźników cząstkowych to duża baza danych. Jej informacyjny potencjał jest nieporównanie większy niż to, czego dowiadujemy się o krajach świata, gdy uwzględnimy wyłącznie PKB per capita lub dynamikę jego zmian. W HDR 2010 znajdujemy też wiele innych wskaźników poza omówionymi, które informują o rozmaitych aspektach jakości życia, a także o zagrożeniach ekologicznych.
Porównajmy jeszcze pozycję kilku krajów według wartości różnych wskaźników rozwoju. Będą to USA z najwyższym PKB na mieszkańca oraz Szwecja, Finlandia, Holandia, Niemcy, Wielka Brytania, Kanada, Włochy, Hiszpania i Polska. Pozostałe wskaźniki to: indeks jakości życia według „The Economist” (QoLI E, 2005), IHDI i GII za HDR 2010, wskaźnik subiektywnego powodzenia w życiu według badań Gallupa (GWB), indeks jakości życia według „International Living” (QoLI IL, 2010) oraz wskaźnik dziedziczenia nierówności na podstawie badań PISA 2009 (na ile wyniki uczniów w testach wiedzy i umiejętności zależą od statusu społeczno-ekonomicznego ich rodziców).

USA, przodujące w dziedzinie PKB, jeszcze tylko pod względem jednego wskaźnika znalazły się w pierwszej trójce. Szwecja była raz na 3. miejscu, dwa razy na 1. i dwa razy na 2., w pierwszej trójce znalazła się więc pięć razy. Podobnie Holandia, która 1. miejsce zajęła raz, 2. – dwa razy i 3. także dwa razy. Bycie najbogatszym krajem nie gwarantuje więc „wygranej”, gdy weźmiemy pod uwagę wielowymiarową jakość życia oraz wielowymiarowe i międzypokoleniowe nierówności.
Niedawne wydarzenia w Tunezji i Egipcie również dowiodły, że obserwowanie tylko zmian PKB może być bardzo mylące. W obu krajach wskaźnik ten w ostatnich latach wzrastał, jednak odsetek zadowolonych z życia (liczony według metody Gallupa) – spadał, co zakończyło się protestami i zamieszkamiix.
Niemierzalne wartości
Podstawową tezą artykułu jest nie tylko to, że zbyt wiele uwagi poświęca się PKB przy ocenie poziomu i jakości rozwoju społeczeństw. Zasadnicze jest pytanie, w jakiej mierze stopień zaspokojenia potrzeb ludzi i ich perspektywy na przyszłość dają się w ogóle zobrazować za pomocą jakiejkolwiek pojedynczej liczby.
Być może wielowymiarowej łącznej jakości życia wielu milionów ludzi w ogóle nie da się dobrze zmierzyć. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy być szczególnie zadowoleni, gdy PKB na mieszkańca szybko się zwiększa, lub szczególnie zaniepokojeni – gdy zwiększa się wolniej czy nawet zaczyna spadać. Wiele problemów mamy zapewne tylko dlatego, że zbyt dużo ważnych decyzji podejmowanych jest pod wpływem zmian poziomu jednego wskaźnika.
Z tego wszystkiego nie wynika, aby produkcja i konsumpcja tego, co mierzy PKB, były bez znaczenia dla dobrobytu społeczeństw. Przeciwnie, mają one bardzo istotne znaczenie, gdyż chodzi tu o dużą część zaspokajaczy potrzeb i pragnień ludzi. Nie wynika z tego jednak, żeby PKB miał być jedynym czy nawet najważniejszym wskaźnikiem kondycji świata. To, czego on nie mierzy, jest równie ważne, a nawet ważniejsze – wolność, miłość, sprawiedliwość, piękno i wszystkie inne wartości, które nie są środkami do celu, lecz celami życia. Te aspekty powinny skupiać uwagę publiczną w co najmniej takim stopniu, jak PKB.
Przypisy:
i Prospects for employment opportunities in the nineteen seventies: papers and impressions of the Seventh Cambridge Conference on Development Problems, 13th to 24th September 1970 at Jesus College, H.M. Stationery Office 1971, s. 14.
ii W. A. Lewis, 1955, [za:] E. W. Nafziger, Economic Development, Cambridge University Press 2006, s. 15.
iii D. Seers, 1969, [za:] R. Jolly, L. Emmerij, D. Ghai, F. Lapeyre, UN Contributions to Development Thinking and Practice, Indiana University Press 2004, s. 108. O wpływie Seersa i Sena na myślenie o rozwoju zob. E. W. Nafziger, From Seers to Sen: The Meaning of Economic Development, http://www.rrojasdatabank.info/widerconf/Nafziger.pdf.
iv F. Stewart, Human Development as an alternative development paradigm, prezentacja, s. 6, http://hdr.undp.org/en/media/Stewart.pdf.
v Zob. R. Szarfenberg, Globalne strategie rozwoju, [w:] M. Grewiński, A. Karwacki (red.), Strategie w polityce społecznej, Warszawa 2009.
vi Komunikat Komisji do Rady i Parlamentu Europejskiego: Wyjść poza PKB. Pomiar postępu w zmieniającym się świecie, KOM(2009) 433, Bruksela, 20.8.2009 http://eur-lex.europa.eu/Notice.do?checktexts=checkbox&val=499855.
vii A. Sen, J. Stiglitz, J. Fitoussi, The Measurement of Economic Performance and Social Progress Revisited: Reflections and Overview, s. 63, http://www.stiglitz-sen-fitoussi.fr/documents/overview-eng.pdf.
viii Zjawisko nazywane paradoksem Easterlina, jego ostatnie potwierdzenie w długim okresie i również w krajach rozwijających się zob. R. A. Easterlin i in., The happiness-income paradox revisited, „Proceedings of the National Academy of Sciences of the United States of America”, vol. 52, nr 4, 2010.
ix J. Clifton, L. Morales, Egyptians’, Tunisians’ Wellbeing Plummets Despite GDP Gains, Gallup.com, 2.02.2011, http://www.gallup.com/poll/145883/Egyptians-Tunisians-Wellbeing-Plummets-Despite-GDP-Gains.aspx.
przez Adam Niechudy | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Ostatnio wiele się w Polsce mówi o etyce biznesu. Szczególnie popularna staje się koncepcja Społecznej Odpowiedzialności Biznesu (ang. Corporate Social Responsibility – CSR). Ma ona „cywilizować” biznes, sprawiać, że firmy będą – z własnej woli, w oparciu o mechanizmy samoregulacji – działać tak, jakby kierowały się dobrem wspólnym. Idea szczytna, ale podobnie jak w pełni wolna konkurencja – w zasadzie nie występująca w praktyce.
The business of business is business
To zdanie, sformułowane przez Miltona Friedmana w latach 70. i powszechnie utożsamiane z wyznaniem wiary w neoliberalny model gospodarki, zwolennicy CSR przytaczają z największą odrazą.
Friedman przedstawiany jest jako przedstawiciel starego, „nieludzkiego” podejścia do biznesu, w ramach którego najważniejszy jest głos akcjonariuszy, a jedyne zadanie firmy to pomnażanie zysku przy przestrzeganiu podstawowych (a więc minimalnych) reguł prawnych. W modelu tym np. wszelka filantropia jest nieracjonalna, ponieważ – jak podkreślał Friedman – przedsiębiorstwo płaci podatki, dystrybuowane przez państwo m.in. na cele społeczne. Dodatkowe „rozdawnictwo” jest nieuzasadnione również dlatego, że firmy nie mają wiedzy ani kompetencji pozwalających na odpowiednią ocenę potrzeb społecznych. Menedżerowie winni być lojalni wyłącznie wobec akcjonariuszy, ci zaś oczekują maksymalizacji zysków.
Ten uproszczony obraz myśli Friedmana stał się sztandarowym przykładem przytaczanym przez ekspertów od społecznej odpowiedzialności przedsiębiorstw na dowód nieetycznej natury doktryny neoliberalnej. Przeciwstawiany jest mu nowy model: gospodarka oparta na zasadach zrównoważonego rozwoju (kolejne pojęcie robiące karierę), w której biznes działa w harmonii ze społeczeństwem i środowiskiem, nie tylko minimalizując negatywny wpływ na nie, ale wręcz przyczyniając się do poprawy ich stanu, m.in. poprzez nowoczesne metody zarządzania i innowacje.
W wersji Friedmana, menedżerowie przedsiębiorstwa odpowiadają wyłącznie przed akcjonariuszami, których interes jest dla nich priorytetem. Takiej wizji przeciwstawiana jest tzw. teoria interesariuszy, w środowisku CSR znana przede wszystkim w wersji wypromowanej przez R. Edwarda Freemana. Wedle niej, celem menedżerów powinno być dążenie do równowagi między interesami wszystkich interesariuszy.
Spór „akcjonariusze czy interesariusze” przetacza się przez środowisko ekspertów w dziedzinie zarządzania z regularnością pór roku i jak zawsze znajdują się też tacy, którzy wybierają „trzecią drogę”. W tym przypadku są nimi ci, którzy uważają, że nie można rzetelnie zadbać o interesy akcjonariuszy bez jednoczesnego doprowadzenia do kompromisu między potrzebami pozostałych grup z otoczenia firmy. Dyskusje tego rodzaju podsycają teoretycznie twórczy, a de facto jałowy konflikt między zwolennikami business as usual a nowego, „odpowiedzialnego” biznesu.
O ile jednak na Zachodzie tego rodzaju dyskusje toczą się otwarcie i nie brakuje głosów krytyki, o tyle w Polsce trudno wskazać kogokolwiek z grona autorytetów, kto otwarcie przyznawałby się do wątpliwości względem CSR. W mainstreamie tego nurtu nie toczy się żadna pogłębiona debata na temat tego, czy CSR w takiej formie, w jakiej promuje się go na świecie i w Polsce, jest sensowny, uzasadniony, a przede wszystkim adekwatny w warunkach naszej gospodarki. Brakuje kontrpropozycji – założeń CSR nie kwestionuje się, co najwyżej toczy spór o definicje.
CSR, czyli realizacja zasad zrównoważonego rozwoju w praktyce przedsiębiorstw, stał się nowym „idealnym” rozwiązaniem, które ma nas zbawić od wypaczeń wolnego rynku i skierować biznes na ścieżkę etyki. CSR-em zajmują się obecnie nie tylko organizacje pozarządowe i grupa – w większości samozwańczych – ekspertów, ale nawet rząd (Ministerstwo Gospodarki) i Komisja Europejska. Co jest takiego w tej koncepcji, że przyciąga coraz więcej zwolenników? Komu zależy na tym, żebyśmy uwierzyli w możliwość szybkiego nawrócenia polskich biznesmenów? Czy CSR to faktycznie odpowiedź na patologie turbokapitalizmu, czy może jego wzmocnienie i listek figowy?
Wokół definicji
Przez ostatnie 20 lat powstało wiele definicji Społecznej Odpowiedzialności Biznesu. W ostatnim okresie dominowała jedna, stworzona przez Komisję Europejską w 2001 r. To koncepcja, wedle której przedsiębiorstwa dobrowolnie uwzględniają aspekty społeczne i ekologiczne w działalności biznesowej oraz współdziałają z interesariuszami.
Niepokojące jest w niej jedno słowo – „dobrowolny”, czyli pozostający w sferze samoregulacji. To wokół niego od lat toczą się spory w środowisku związanym z CSR. Krytycy tak zdefiniowanej Społecznej Odpowiedzialności Biznesu przestrzegają przed jej fasadowością. Samoregulacja oznacza bowiem brak wiążących postanowień i sprawczości organów nadzorujących rynek. W erze globalizacji, gdzie siła państwa znacząco osłabła na rzecz „niewidzialnej ręki”, samoregulacja może łatwo stawać się wytrychem, który ma uśpić czujność organów władzy, a w rzeczywistości zapewniać swobodę i „bezstresowe” prowadzenie biznesu.
Kapitał wyparł państwo z tradycyjnych obszarów kontroli. Fiaskiem kończy się prawie każda próba wprowadzenia nowych regulacji dla biznesu. Ktokolwiek zagrozi interesom kapitału, naraża się na zarzuty o „tworzenie barier dla przedsiębiorczości”. Czy w takiej sytuacji można pozwolić, aby branie odpowiedzialności za skutki działania firm – wpływ na społeczności i środowisko – pozostawało w gestii ich samych? Czy można liczyć na to, że przedsiębiorcy sami narzucą sobie precyzyjne reguły postępowania w krajach, w których regulacje są znikome?
Wiadomo przecież, że zjawisko przenoszenia produkcji do krajów rozwijających się to nie tylko pogoń za obniżaniem kosztów, ale też poszukiwanie rynków, na których nie obowiązują ścisłe zasady, co pozwala na „bardziej elastyczne zarządzanie”. Nic nie wskazuje jednak, aby w najbliższym czasie definicja CSR uległa zmianie. Może być co najwyżej poszerzana o nowe elementy, m.in. za sprawą kompleksowych standardów, takich jak ISO 26000. Kwestia dobrowolności wydaje się niezagrożona, a wojujący o jej zmianę Parlament Europejski może co najwyżej forsować zwiększanie nadzoru nad wybranymi segmentami rynku. Lobby skupione wokół Komisji skutecznie broni interesów korporacji.
Więcej ekspertów niż odpowiedzialności
W popularyzacji hasła „odpowiedzialny biznes” w Polsce największy udział miało (i do dzisiaj odgrywa w tym względzie istotną rolę) stowarzyszenie założone w 2000 r. przez grono pasjonatów CSR – Forum Odpowiedzialnego Biznesu (FOB).
Forum działa w partnerstwie z kilkudziesięcioma firmami, z czego znakomita większość to lokalne oddziały korporacji transnarodowych – wśród nich tak znane z „nieodpowiedzialności”, jak Nestlé czy Shell. Ideą Forum jest promowanie dobrych praktyk, a nie piętnowanie złych, nie ma więc mowy o tym, żeby organizacja chciała i mogła pełnić rolę strażniczą. Brak w Polsce organizacji, które potrafiłyby sprawnie monitorować działania biznesu pod kątem społecznej odpowiedzialności i zwracać uwagę opinii publicznej na związane z tym kwestie, w tym krytykować zachowania nieetyczne.
W tej sytuacji CSR pozostaje bez alternatywy, co jest niebezpieczne. Jak w przypadku każdej teorii przyjmowanej bezkrytycznie, sprawia to, że w oficjalnym dyskursie pomijane są wszelkie sygnały wskazujące na jej ułomności. Jedyna organizacja, która mogłaby pretendować do miana watchdoga w dziedzinie CSR to Fundacja CentrumCSR.pl, dowodzona przez Grzegorza Piskalskiego, w środowisku kojarzonego z radykalną postawą wobec wielkich korporacji i sympatią do związków zawodowych. Fundacja ma jednak nikły zasięg działania, swoje projekty realizuje nieregularnie i nie jest postrzegana jako opiniotwórcza.
Przez wiele lat FOB miało monopol w dziedzinie odpowiedzialnego biznesu, obecnie jednak działa więcej organizacji zajmujących się tym zagadnieniem. Powstały portale tematyczne (m.in. www.odpowiedzialnybiznes.pl, www.csrinfo.org, www.crnavigator.pl, www.challengesd.eu, www.ekologia.pl, www.odpowiedzialne-inwestowanie.pl), setki artykułów i publikacji, każdego roku odbywa się w Polsce kilkadziesiąt wydarzeń poświęconych CSR i tematom pokrewnym. Kilka krajowych uczelni uruchomiło studia podyplomowe o tym profilu, zapowiadane są następne. Krótko mówiąc – rynek CSR w Polsce kwitnie i rozwija się w szybkim tempie, a liczba „ekspertów” zajmujących się tym tematem przewyższa liczbę „odpowiedzialnych” firm.
Konsultant czy audytor?
Największą jednak, choć często niewidoczną rolę w promowaniu CSR w Polsce miały i mają firmy doradcze, szczególnie tzw. Wielka Czwórka. Pionierska rola przypada tu PricewaterhouseCoopers, która posiada specjalny zespół konsultantów, dedykowany wyłącznie kwestii zrównoważonego biznesu. Rola firm konsultingowych jest jednak co najmniej dwuznaczna. Z jednej strony rozwijają praktyczne narzędzia zrównoważonego zarządzania, z drugiej – stale walczą o pozyskanie klientów gotowych zapłacić za ich, jakże kosztowne, usługi.
W Polsce świadomość zagadnienia społecznej odpowiedzialności i potencjalnych jej korzyści dla firmy i otoczenia jest bardzo niska, a presja ze strony konsumentów na wprowadzanie tego typu rozwiązań w zasadzie zerowa. Pozyskiwanie klientów wymaga więc de facto budowania rynku od podstaw. Popyt kreuje się przez pokazywanie korzyści („Zarządzaj odpowiedzialnie – zarobisz”) lub ryzyka („Zarządzaj nieodpowiedzialnie – stracisz”), przy czym dominuje raczej motywacja pozytywna. Nic nie przekonuje biznesu tak silnie, jak wizja zwiększenia zysków.
Tego rodzaju argumentacja przyczyniła się do powstania jednego z największych mitów dotyczących CSR, który powtarzany jest przez kolejnych „ekspertów”: społecznie odpowiedzialne firmy zwiększają zyski. Jak każde kategoryczne stwierdzenie, także i to jest pewnym uproszczeniem. Nie ma jednoznacznych dowodów na potwierdzenie tej tezy, bowiem ilość uwarunkowań i zmiennych, jakie mogą mieć wpływ na wyniki finansowe firmy, jest ogromna. Owszem, można wskazać przykłady przedsiębiorstw, które wprowadziły strategię CSR i osiągają znaczące sukcesy (m.in. Timberland, IKEA, SABMiller). Jednak dobre wyniki są również udziałem firm jej nie posiadających. Wystarczy spojrzeć, jak radzą sobie korporacje paliwowe czy azjatyckie koncerny, działające w warunkach zacznie odbiegających od tego, co moglibyśmy nazwać „zrównoważonym rozwojem”.
Naukowcy zajmujący się tematem CSR stale poszukują potwierdzenia związków między „odpowiedzialnością” a kondycją firmy. Nadal brakuje jednak twardych wskaźników, pozwalających zmierzyć ekonomiczne efekty działań w tej sferze. O ile łatwo oszacować np. korzyści wynikające z przejścia na energooszczędne instalacje (a tego rodzaju działania zaliczane są do CSR-owych), o tyle te z prowadzania dialogu społecznego lub inwestycji w społeczności lokalne nie poddają się analizie w systemie rachunkowym. Pęd do znalezienia idealnych mierników wynika m.in. z tego, że wielu zarządzających nie jest skłonnych do inwestowania w jakiekolwiek działania nie poparte twardymi dowodami efektywności.
Problemem jest brak w środowisku doradców ds. CSR regulacji, które ograniczałyby możliwości łączenia funkcji konsultanta i audytora. Dochodzi więc do absurdalnych sytuacji, gdy firma doradcza przygotowuje dla klienta raport społeczny, a jednocześnie przeprowadza u niego audyt lub występuje w charakterze sędziego w konkursie wyłaniającym najlepsze dokumenty tego rodzaju. Raport społeczny to dokument podsumowujący działalność przedsiębiorstwa w pewnym okresie (najczęściej roku), uwzględniający dane dotyczące zarządzania w kontekście zasad CSR, tj. odnoszące się do wyników i wpływu firmy w obszarach związanych z miejscem pracy, środowiskiem, rynkiem i relacjami ze społecznością lokalną.
Takie praktyki są nie do pomyślenia w sektorze finansowym, silnie regulowanym i nadzorowanym, gdzie podobne łączenie usług jest nie tylko prawnie zabronione, ale i uznawane za nieetyczne. Rynek CSR w Polsce pozostawiono samemu sobie, a branża doradcza nie podjęła dotychczas inicjatywy samoregulacji. Nie istnieje kodeks dobrych praktyk ani żadna organizacja, która mogłaby przyjąć rolę lidera w dostosowywaniu firm konsultingowych do standardów, w kwestii których same doradzają. Znowu mamy problem braku silnej organizacji strażniczej lub instytucji, która nadzorowałaby rynek (taką rolę mógłby przyjąć Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów lub Ministerstwo Gospodarki, któremu powierzono przewodnictwo w tej dziedzinie). Sprawia to, że temat nie jest nawet poruszany w publicznych debatach. Poza tym, firmy doradcze są silnie związane z organizacjami promującymi CSR, wobec czego nie są podejmowane żadne dyskusje, które mogłyby uderzyć w ich interesy.
Dodatkowo, żadna z wiodących firm oferujących usługi z zakresu doradztwa ws. CSR nie może poszczycić się konsekwentnie realizowaną strategią zrównoważonego rozwoju. Gorzej, niewiele z nich przygotowuje własne raporty społeczne (a jest to przecież element ich specjalistycznych usług dla innych firm), a te, które się tego podejmują, robią to nieudolnie i nieprzekonująco. Żadnych „odpowiedzialnych” standardów nie wdrażają też firmy PR-owe, które – obok konsultingowych – wyspecjalizowały się w usługach z zakresu CSR. W praktyce ich doradztwo koncentruje się na budowaniu wizerunku i planowaniu spektakularnych akcji udających kampanie społeczne albo projekty wspierające jakąś „dobrą sprawę”. Jednocześnie agencje PR znane są z braku etyki w relacjach z własnymi pracownikami – zatrudniania bez stałej umowy czy wymuszania nadgodzin. Polska branża public relations słynie także z wielu innych grzechów, jak manipulowanie informacjami, korumpowanie dziennikarzy czy opłacanie „niezależnych ekspertów”.
Z punktu widzenia CSR występuje tutaj pewien paradoks. Wiele firm deklarujących prowadzenie działalności zgodnie z zasadami społecznej odpowiedzialności uznaje dostawców towarów czy usług za istotnych interesariuszy. Niektóre z nich, jak IKEA czy Nokia, opracowały specjalne standardy obowiązujące dostawców. Wymagają od nich postępowania zgodnie z zasadami etyki i zrównoważonego rozwoju, przestrzegania określonych kodeksów i norm. Nikt jednak nie kontroluje dostawców usług doradczych czy marketingowych – a przecież one także wpisują się w tzw. łańcuch dostaw.
W świecie „dobrych praktyk”
Dopóki nie powstaną silne organizacje strażnicze, nie może być mowy o prawdziwym rozwoju CSR. Promowane w kółko tzw. dobre praktyki – przykłady wzorowego wykorzystania tej koncepcji w praktyce – są oczywiście przydatnym narzędziem, ale pozostawione bez komentarza odwracają tylko uwagę od tego, co naprawdę ważne z punktu widzenia zrównoważonej gospodarki. Firmy, których wybrane praktyki określone zostały jako „dobre”, mogą w Polsce spać spokojnie – złych praktyk póki co nikt z podobną skrupulatnością nie odnotowuje.
W tej sytuacji bardzo łatwo zbudować wizerunek firmy odpowiedzialnej, nawet jeśli równolegle stosuje się nieetyczne zagrania. Zwłaszcza, że polscy konsumenci wykazują minimalne zainteresowanie tymi kwestiami. Nie ma u nas tradycji bojkotów konsumenckich, podczas gdy na Zachodzie najbardziej skompromitowane marki doświadczają wyraźnego spadku sprzedaży. W naszym społeczeństwie, znajdującym się „na konsumpcyjnym dorobku”, jeżeli towar lub usługa spełnia kryteria ceny i jakości – reszta jest do pominięcia. Tzw. rynek odpowiedzialnej konsumpcji jest u nas skrajnie niszowy. Dość powiedzieć, że znajomość pojęcia fair trade (sprawiedliwy handel) deklarowało w 2009 r. zaledwie 3% populacji.
Przykładem tego, jak nieczuli na informacje o złych praktykach są rodzimi konsumenci, może być sprawa Biedronki. Po opisaniu w mediach skandalicznego traktowania pracowników, dochody sieci jeszcze w tym samym roku wzrosły o 25%. Nagłośnienie sprawy mogło wręcz zadziałać jak darmowa reklama – ludzie dowiedzieli się, gdzie można kupować szybko i tanio. Obecnie Biedronka dołączyła do grona firm uprawiających klasyczne wybielanie wizerunku. W opłacanych „artykułach” w prasie informuje o społecznej odpowiedzialności, przekonując wręcz, że troska o pracowników od początku była priorytetem właściciela sieci.
Z tekstu w dodatku do „Rzeczpospolitej” (wydawca: Boston Media, publikacja tematyczna z grudnia 2009) poświęconego CSR, dowiadujemy się, że Biedronce, od początku swojej działalności, udało się uniknąć myślenia o CSR w wąskich kategoriach jeszcze jednego obowiązku firmy. Menedżerowie sieci niemal natychmiast dostrzegli w działalności społecznej olbrzymi potencjał. […] Przykładem takiego nowoczesnego podejścia może być pakiet działań na rzecz pracowników, który stał się wzorem społecznego zaangażowania realizowanego przez pracodawcę. Warto dodać, że tekst nie jest ani podpisany, ani oznaczony jako artykuł sponsorowany. Nikt nie wyraża sprzeciwu wobec takiej formy promocji. Kolejne mity – odpowiedzialnego konsumenta oraz rzetelnych mediów – upadają.
Jednym z niewielu narzędzi piętnowania niedozwolonych praktyk handlowych jest w Polsce Kodeks Etyki Reklamy. To forma samoregulacji, komplementarna wobec istniejących przepisów i umożliwiająca rozstrzyganie w sprawach nadużyć w sferze marketingu. W 2010 r. mieliśmy do czynienia z pierwszym głośnym przypadkiem tzw. greenwashingu i pierwszym prawdziwie obywatelskim sprzeciwem wobec „zielonej” propagandy. Dostawca prądu, firma Enea, została zgłoszona do Rady Etyki Reklamy przez Stowarzyszenie Ekologiczne „Eko-Unia” za kampanię promocyjną pod hasłem „Enea. Czysta energia. Czysty biznes.”. Po rozpatrzeniu sprawy, Rada przyznała rację ekologom, powołując się na zapisy Kodeksu.
W opisie skargi czytamy: Skarżący w prawidłowo złożonej skardze podnosił, że „reklama narusza art. 8 i art. 35 Kodeksu Etyki Reklamy. Firma Enea wprowadza czytelników w błąd obrazem i treścią haseł: »Enea. Czysta energia. Czysty biznes« oraz »Potęga wiatru. Siła wody. Korzystamy z natury, by dać Ci czystą energię«. Hasła te wprost informują o rzekomej przyjazności dla środowiska firmy Enea, robieniu czystego biznesu na czystej energii, która produkowana jest z wiatru i wody”. Skarżący poinformował, że „na stronie firmy Enea (www.enea.pl) można znaleźć jej prawdziwą strukturę nośników energii. Zaledwie 5,26% stanowią w niej energie odnawialne, które symbolizują wiatraki w tej reklamie (w tym z samych wiatraków firma uzyskuje zaledwie 1,1%). Reszta są to energie konwencjonalne, głównie węgiel kamienny (71,3%) i brunatny (20,09%), którego spalanie przynosi szereg zanieczyszczeń środowiska: w powietrzu, glebie i wodzie. Firma poprzez emisję CO2 ma także swój znaczący udział w Polsce w zmianach klimatu”.
Mimo iż treść skarg, jak i decyzje Rady są upubliczniane, firma zdecydowała się na dość kuriozalną strategię obrony: W roku 2009 aż 5,26% energii sprzedawanej przez Enea S.A. (wytwarzanej przez inne niż Enea S.A. podmioty) stanowiła energia uzyskana ze źródeł odnawialnych. Dla porównania, w 2009 roku udział energii z odnawialnych źródeł energii w ogólnej sprzedaży energii konkurentów Enea S.A. wynosił: 1,032% dla Vattenfall Heat Poland (VHP), 1,05% dla PGE oraz 3,03% dla Tauron Polska Energia S.A. Skarżony stwierdził, iż na tle wskazanych wyżej podmiotów, to właśnie Enea S.A. jest liderem w udziale energii pochodzącej ze źródeł odnawialnych w ogólnej wartości sprzedaży energii. Zgodnie z powyższym tokiem rozumowania, wystarczy być mniej nieekologicznym od konkurentów, aby móc określać się jako przyjazny dla środowiska. To doskonały przykład, jak samoregulacja staje się przyzwoleniem na dostosowywanie interpretacji do własnych interesów.
Czekając na odpowiedzialność
Jeśli miałbym odpowiedzieć na pytanie, czy w ogóle potrzebujemy czegoś takiego, jak społeczna odpowiedzialność biznesu – odpowiem „tak”. Potrzebujemy mechanizmów i narzędzi umożliwiających dostosowanie sektora prywatnego do standardów, które umożliwią powstanie gospodarki autentycznie społecznej, inkluzywnej, zrównoważonej. Potrzebujemy kodeksów etyki i dobrych praktyk handlowych – takich, na które można się powołać w razie wykrycia nadużyć. Potrzebujemy świadomych przedsiębiorców i odpowiedzialnych konsumentów, do czego potrzebny będzie długi proces edukacji.
Nie dokonamy tego jednak przy pomocy nachalnej sprzedaży usług doradczych oraz nagłaśniania wyłącznie dobrych praktyk. Do głosu musi dojść społeczeństwo obywatelskie, edukować i aktywizować konsumentów – tak, aby wywołać „popyt” na odpowiedzialność biznesu. Na pewno również nie dokonamy tego pozostając na poziomie zadowolenia z kilku pozytywnych przykładów. Jeśli równolegle nie będziemy piętnować złych, CSR pozostanie listkiem figowym dla korporacji, wygodną i ładnie opakowaną koncepcją, w istocie wpisującą się w neoliberalny styl zarządzania.
przez Joanna Jurkiewicz | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Wydawać by się mogło, że placówki sieci Żabka funkcjonują podobnie jak rodzinne, osiedlowe sklepiki. Faktyczna pozycja ich kierowników (ajentów) jest jednak znacznie bardziej skomplikowana. Ajenci, sami znajdując się w niekorzystnym położeniu, często nie dbają o dobre warunki pracy dla kasjerek. Na tym przykładzie można prześledzić system przenoszenia ryzyka na niższe piętra firmowej hierarchii.
Zyski w górę, ryzyko w dół
Elastyczność kojarzy nam się dziś z cenną umiejętnością nowoczesnego człowieka, który potrafi dopasować się do niemal każdej sytuacji. Również w kontekście rynku pracy postrzega się ją jako coś pożądanego: świadczy o tym, że nie boimy się wyzwań, sterujemy własną karierą w sposób przemyślany i pewny. Jesteśmy w końcu na tyle dobrze wykształceni, mobilni i tak łatwo adaptujemy się do nowych warunków, że zmiana pracodawcy to dla nas fraszka.
Taki wizerunek elastyczności nierzadko wyłania się z przekazów medialnych. Jednak w świetle faktu, iż w 2009 r. aż 27% Polaków (najwięcej w Europie!) pracowało bez stałej umowy, warto zastanowić się, czy elastyczne formy zatrudnienia nie mają także drugiego, groźnego oblicza.
Ułatwiają one wejście na rynek pracy młodym matkom i osobom uczącym się, które nie mogą lub nie chcą pracować na pełen etat. Niestandardowe formy pracy pełnią zatem do pewnego stopnia rolę inkluzywną. Jednak czasem dochodzi do sytuacji kuriozalnych – np. łączenia pracy na kilku częściach etatu. Jest to całkowite zaprzeczenie idei pracy w niepełnym wymiarze, która nie miała zastąpić pracy etatowej, lecz być alternatywą dla osób nie mogących jej podjąć.
Innym problemem jest obciążanie pracowników zatrudnionych na elastycznych warunkach taką samą ilością pracy, jaką wykonują etatowcy, oczywiście za mniejsze pieniądze i bez korzyści związanych z etatem. Pracodawcy próbują wykorzystywać sytuację pracowników pozbawionych przywilejów i narzucać im sposób pracy etatowców, nie ponosząc za nich żadnej odpowiedzialności. O ile status pracownika gwarantuje szereg praw, o tyle bycie jedynie pracującym nie wiąże się z niemal żadnymi. Pracownik to osoba, której pracodawca ma zapewnić pracę zabezpieczającą utrzymanie (stąd płaca minimalna), posiadająca określone uprawnienia wynikające ze stosunku pracy (prawo do urlopu, zwolnienia chorobowego itp.). Pracujący to po prostu osoba, która pracuje; ograniczone są roszczenia, jakie może wysuwać względem „pracodawcy” czy kontrahenta.
Elastyczność często przeradza się w patologię – uporczywą niepewność. Globalna Północ wypracowała określenie, które dobrze oddaje kondycję nowych proletariuszy. Tworzą oni tzw. prekariat – kategorię osób wykonujących słabo płatną pracę bez zabezpieczeń socjalnych, często doświadczających bezrobocia. Nazwa wzięła się od angielskiego słowa precarious, co znaczy „niepewny”, „ryzykowny”, połączonego ze słowem proletariat. Pierwszy raz podobnego określenia użyli socjolodzy we Francji w latach 80., by opisać sytuację pracowników sezonowych.
Na prekariat składają się m.in. osoby zatrudnione na niezbyt korzystnych warunkach przez agencje pracy, pracujący tylko na część etatu – gdyż nie ma dla nich innych propozycji, oraz osoby nie mające pewności, czy pracodawca podpisze z nimi kolejną umowę za miesiąc. Istnienie prekariatu świadczy o tym, że silna dawniej więź między pracodawcą a pracownikiem znacznie osłabła. Korzyści z tej zmiany odnieśli przede wszystkim pracodawcy. Przenieśli bowiem na pracujących ryzyko, które dawniej ponosiły ich firmy.
Większość osób zaliczanych do prekariatu to kobiety – nadal dyskryminowane na rynku pracy, gorzej opłacane i socjalizowane do zawodów nisko płatnych, np. opiekuńczych (pielęgniarka, pracownica socjalna, nauczycielka), w których możliwości awansu są ograniczone. Należy pamiętać, że kobiety stanowią na świecie większość ubogich oraz zagrożonych ubóstwem. Często są zmuszone do akceptowania niestandardowych form zatrudnienia oraz do zmagania się z negatywnymi konsekwencjami elastycznej pracy.
Badania pokazują bowiem, że w krajach Unii Europejskiej, w tym w Polsce, elastyczne formy pracy wiążą się z gorszymi warunkami i niższymi zarobkami. Powoli wdrażana jest tzw. polityka flexicurity, która ma stanowić połączenie elastyczności (flexibility) i bezpieczeństwa (security). Tymczasem jednak kojarzenie elastyczności z dużym ryzykiem jest całkowicie uzasadnione.
Gdy mówimy o prekariacie, istotny oprócz kwestii płci wydaje się problem klasy. Czy niepewną pracę wykonują tylko osoby znajdujące się na dole hierarchii społecznej? Wedle jednej interpretacji niepewna praca dotyczy wyłącznie zatrudnionych w usługach nie wymagających kwalifikacji, którzy niejako „zastąpili” robotników. Wedle innej natomiast, ryzykowna praca staje się doświadczeniem kolejnych kategorii pracowników, poczynając od sprzątaczy i kasjerów, a na grafikach komputerowych, dziennikarzach i wszystkich „wolnych strzelcach” obojga płci kończąc.
Być może hipoteza, że złe warunki pracy rozszerzają się na kolejne, dotąd „bezpieczne” profesje, jest uzasadniona. Moim zdaniem jednak ryzyko ma wciąż wyraźny wymiar klasowy i najdotkliwiej odczuwają je osoby dysponujące skromnym kapitałem społecznym, niewiele znaczące jako wyborcy.
Samozatrudnienie – odmiana pracy niepewnej
Jednym ze sposobów redukowania odpowiedzialności – a do tego można sprowadzić niepewną pracę: do redukowania odpowiedzialności pracodawcy – jest nadawanie faktycznym pracownikom statusu samodzielnych podmiotów gospodarczych. Chociaż w literaturze przedmiotu w zasadzie nie zalicza się „wymuszonego samozatrudnienia” do form pracy niepewnej, moim zdaniem posiada ono wszelkie jej cechy.
W przypadku samozatrudnienia pełna odpowiedzialność za wykonanie usługi czy wyprodukowanie towaru spoczywa na jednoosobowym przedsiębiorcy. Ponosi on również wszystkie koszty prowadzenia biznesu. Niektórzy pracodawcy starają się zatem zmusić pracowników, np. groźbą wyrzucenia z pracy, by ci rejestrowali działalność gospodarczą, a następnie wykonywali tę samą pracę – w tym samym miejscu, w identycznych warunkach, korzystając z tych samych narzędzi. Zmienia się jeden element: pracownik staje się kontrahentem.
Chociaż Kodeks pracy ma przeciwdziałać praktykom wymuszania samozatrudnienia, wydaje się, że ustawodawca nie wykazał się dalekowzrocznością. Rygorystycznie określił, kiedy mamy do czynienia z samozatrudnieniem – wtedy, gdy dany podmiot posiada właściwie wszystkie cechy pracownika, a jednak traktowany jest jak przedsiębiorca. By „obejść” ustawę, zakamuflowany pracodawca może lekko zmodyfikować warunki pracy, a wymuszanie samozatrudnienia przestanie być tak oczywiste i łatwe do udowodnienia np. w sądzie pracy.
Oczywiście pracownik, który nagle został zmuszony do transformacji w „przedsiębiorcę”, natychmiast rozpozna strategię realizowaną przez pracodawcę. Znacznie bardziej wyrafinowane i interesujące jest jednak takie samozatrudnienie, które pozostaje niemal przezroczyste dla osób doświadczających go. Przykładem, na którym postaram się pokazać zjawisko omijania praw pracowniczych przez nadawanie statusu przedsiębiorcy, są sklepy należące do sieci Żabka Polska SA.
W sieci
Pierwsze sklepy Żabka powstały w 1998 r., a zakładał je Mariusz Świtalski, kojarzony z aferą Elektromisu – jedną z największych okresu transformacji. Świtalskiemu nigdy nie postawiono zarzutów – formalnie w Elektromisie był tylko szefem zakładowej straży pożarnej. Świtalski stworzył również sieć dyskontów Biedronka, którą w 1998 r. sprzedał portugalskiemu koncernowi. Żabki czekał podobny los – w 2007 r. zostały sprzedane czesko-słowackiemu funduszowi inwestycyjnemu Penta.
O Żabkach bywało głośno – w 2005 i 2006 r. ukazało się w „Gazecie Wyborczej” kilka artykułów, w których prowadzący sklepy skarżyli się na warunki współpracy ze spółką. W 2005 r. Polsat wyemitował odcinek programu „Interwencja”, poświęcony kontrowersyjnym szkoleniom ajentów. Wcześniej, na początku 2003 r., ich zarzuty wobec spółki przedstawiła dziennikarka „Rzeczpospolitej”, Iwona Trusewicz. W tym czasie odbyła się również emisja programu Elżbiety Jaworowicz „Sprawa dla reportera”, w którym doszło do konfrontacji byłych ajentów z kadrą zarządzającą firmy. Wypadła ona na niekorzyść dawnych kontrahentów sieci, którzy nie byli w stanie jasno wyłożyć swoich racji. W tym samym roku powstało stowarzyszenie byłych ajentów, które jednak okazało się tworem efemerycznym i mało skutecznym.
Również w 2003 r. Andrzej Lepper w interpelacji do ministra sprawiedliwości wzywał do podjęcia problemu ajentów. Nie był odosobniony, bo kilku innych polityków również pisało w tej sprawie do rozmaitych instytucji – bez widocznych efektów. Skargami ajentów zajęła się natomiast prokuratura. Przeciągające się śledztwo w Poznaniu przeniesiono do Krakowa na wniosek ministra Ziobry.
W ciągu kilku lat w Internecie pojawiły się setki komentarzy dotyczących współpracy z firmą Żabka Polska SA. Gros tych opinii – jeśli założyć, że są pisane przez byłych ajentów, a nie np. firmy zajmujące się „czarnym PR-em” – to negatywne wspomnienia związane z prowadzeniem sklepów. Jednak wystarczy spacer po średniej wielkości mieście, by zorientować się, że placówki sieci są wszędzie.
Rozwikłanie fenomenu Żabek, których przybywa mimo złej prasy i fatalnej opinii internautów, wymagałoby więcej miejsca. Postaram się powiedzieć o jednym tylko wymiarze funkcjonowania sieci – mianowicie o wprowadzeniu w niej niezwykle efektywnego z punktu widzenia spółki tzw. systemu agencyjnego. Stanowi on moim zdaniem hybrydę zatrudnienia i samozatrudnienia. Zwrócę uwagę na jego konsekwencje, dotykające nie tylko ajentów, ale i kasjerek.
Na własne życzenie?
W systemie agencyjnym spółki poszczególne Żabki prowadzone są przez tzw. ajentów (nie, jak można by się spodziewać, agentów) – formalnie autonomicznych przedsiębiorców, prowadzących własną działalność gospodarczą. Nie odnoszą się jednak do nich przepisy dotyczące ajencji; „ajent” jest jedynie nazwą własną. Wielość kategorii rzadko stosowanych w potocznym języku (system agencyjny, agent, ajent) nie ułatwia kandydatom na ajentów podjęcia decyzji. Spójrzmy jednak, co dzieje się dalej.
Ajenci podpisują umowę współpracy ze spółką Żabka Polska SA jako samodzielne podmioty gospodarcze. Jednak faktycznie zobowiązują się do takiego podporządkowania, jakiego zwykle wymaga się od pracownika. W umowie istnieje np. wyraźny zapis o tym, że ajentom wolno prowadzić inną działalność gospodarczą wyłącznie za wyraźną, pisemną zgodą centrali (tak nazywana jest poznańska siedziba spółki Żabka Polska SA, w której pracują specjaliści od marketingu, PR-u itd.). Kontrolowani są przez inne samodzielne podmioty gospodarcze – tzw. partnerów ds. sprzedaży – a ci z kolei przez innych jednoosobowych przedsiębiorców, nazywanych szefami makroregionów.
Jeżeli ajent będzie miał zastrzeżenia wobec swego „umownego” zwierzchnika (który jednak pełni obowiązki zwierzchnika faktycznego), może pozwać do sądu danego partnera czy makroregionistę, natomiast raczej nie uda mu się wytoczyć sprawy samej spółce Żabka Polska SA. Chociaż makroregioniści oraz partnerzy kontrolują i nadzorują pracę ajentów na polecenie i w sposób określony przez spółkę, to ponoszą za swoją pracę pełną odpowiedzialność karną. Dlaczego jednak w ogóle mowa o procesach sądowych, skoro spółka reklamuje prowadzenie sklepu sieci jako pewne, rodzinne przedsięwzięcie?
Otóż umowa współpracy między firmą ajenta a firmą Żabka Polska SA jest dla kontrahenta spółki niekorzystna. Potwierdziła to prokuratura w Krakowie. Przez kilka lat badała ona zastrzeżenia ajentów wobec zasad, na jakich prowadzić muszą „swoje” placówki. Wielu z nich kończyło prowadzenie Żabek z długami dochodzącymi nawet do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Ajenci próbowali udowodnić przed prokuraturą, że podczas szkolenia zostali zmanipulowani, dlatego podpisali niekorzystną dla siebie umowę; dodatkowo firma miała wykorzystać ich przymusowe położenie. Ta argumentacja miała uchronić ich przed nakazem spłaty weksla – podpisanie weksla in blanco jest warunkiem prowadzenia Żabki. W chwili, gdy ajent ma długi wobec sieci, spółka wpisuje należną kwotę na podpisany weksel i domaga się jego zapłaty.
Oto urywek z postanowienia o umorzeniu śledztwa: Bardzo niekorzystnym dla ajentów rozwiązaniem było także ustalanie z góry przez sieć cen na poszczególne towary, czy też nałożenie obowiązku zakupu co najmniej jednej sztuki artykułu danego rodzaju. Ustalane z góry, w większości stosunkowo wysokie ceny, powodowały, iż sklep sieci w opiniach tak ajentów, jak i klientów odbierany był jako drogi, co zmniejszało jego konkurencyjność. Natomiast ustalane z góry przez centralę marże i niemożność zmian cen poszczególnych towarów przez prowadzących sklepy ajentów powodowało małą elastyczność danego punktu sklepowego i jego niekonkurencyjność.
Prokuratura wymienia też inne niekorzystne dla ajentów warunki współpracy. Należy do nich m.in. fakt, że istotne warunki współpracy określają tzw. Instrukcje i Wytyczne. Ajenci nie znają ich w chwili podpisywania umowy – przesyłane są na bieżąco, zawierają informacje o promocjach, zmianach marży, nowym ustawieniu towarów itd. Prokuratura stwierdza wręcz: […] poddając chłodnej analizie warunki współpracy na jakie godzili się pokrzywdzeni, faktycznie uznać należy je za niekorzystne dla ajentów, a o wiele korzystniejsze (czy też jak chcą pracownicy sieci Żabka – zabezpieczające finansowe interesy sieci), dla firmy Żabka Polska SA.
Dalej czytamy, że w Polsce istnieje swoboda zawierania umów, a prawo nie zabrania kontraktów niekorzystnych dla jednej ze stron, o ile nie wykorzystują one przymusowego położenia któregoś z kontrahentów. Zdaniem prokuratury – i wydaje się, że jest to opinia dość dobrze uargumentowana – do takiej sytuacji w wypadku ajentów nie doszło, ponadto mieli okazję zapoznać się z warunkami współpracy podczas szkolenia przygotowującego do prowadzenia sklepu. Nie mogą zatem zasłaniać się trudną sytuacją życiową czy niewiedzą o zasadach współpracy. Uzasadnienie samo w sobie jest bardzo ciekawe, jednak jego dokładne omówienie wymagałoby dużo miejsca; podstawowa dla nas informacja w nim zawarta jest taka, że żadnego przestępstwa wobec ajentów nie popełniono. Decyzja o umorzeniu śledztwa, która zapadła 31 grudnia 2008 r., oznacza, że system agencyjny stosowany przez spółkę Żabka Polska SA jest zgodny z obowiązującym prawem i de facto kończy prokuratorskie batalie ajentów.
Łańcuch poszkodowanych
Wymieniając kolejne zasady uderzające bezpośrednio w ajentów, zacznijmy od tego, że nie ustalają oni większości asortymentu. Samodzielnie decydują jedynie o tzw. towarach regionalnych: owocach, warzywach, części nabiału, mrożonkach. Nie posiadają też wpływu na ceny, w jakich kupują towar – mają obowiązek zaopatrywać się w hurtowni należącej do centrali sieci. Płacą natomiast podatki za sprzedany towar i sami zatrudniają pracowników, co jest dla nich dużym obciążeniem finansowym. Marża na towary jest niska, średnio ok. 6-8%. Dla porównania – osiedlowe „spożywczaki” narzucają co najmniej 25%.
Na ajentów została zatem przeniesiona odpowiedzialność prawna i skarbowa za prowadzenie sklepów, chociaż ich decyzyjność ogranicza się w zasadzie do wyboru personelu. Pełnią w „swoich” placówkach funkcję quasi-kierowników, ale przez instytucje państwowe traktowani są jak przedsiębiorcy, a przez spółkę Żabka Polska SA – jak pozbawieni przywilejów pracownicy, za których nie trzeba ponosić żadnej odpowiedzialności.
Ajent jest w rzeczywistości właśnie kimś pomiędzy przedsiębiorcą a pracownikiem. Wypełnia obowiązki tego drugiego, natomiast ponosi odpowiedzialność pracodawcy i podmiotu gospodarczego. Trudno określić, po której ze stron umieścić jego zyski. Nie ma żadnej gwarancji, że w danym miesiącu cokolwiek zarobi, różni się zatem od pracownika, który otrzymuje ustalone wynagrodzenie. Jednocześnie nie może, jak przeciętny przedsiębiorca, próbować zwiększyć dochody, gdyż to nie on ustala marże i decyduje o asortymencie. Jedyne, co może zrobić – to obniżyć koszty.
Jak czytamy w materiałach szkoleniowych dla ajentów: Zgodnie z założeniami sklepu Żabka (sklep rodzinny) idealnym rozwiązaniem byłaby praca w sklepie jedynie członków rodziny, oraz uczniów. Pozwoli to na znaczne ograniczenie kosztów funkcjonowania sklepu i znacząco zwiększy rentowność sklepu. […] Niedopuszczalne jest, aby dochód Ajenta był <0. Jeżeli dochód Ajenta jest liczbą ujemną, oznacza to, iż koszty operacyjne funkcjonowania sklepu są wyższe od uzyskiwanych przychodów i w kolejnych miesiącach należy je obniżyć.
Wspomniałam, że niepewne formy pracy opierają się na przerzucaniu ryzyka na pracujących. Transmisja odpowiedzialności odbywa się na kilku poziomach i wydaje się dość typowa dla dzisiejszej gospodarki – jej przykładem jest również ciąg podwykonawców, charakterystyczny dla produkcji odzieżowej. Także w wypadku Żabek przenoszenie odpowiedzialności i ryzyka nie kończy się na poziomie prowadzących sklepy. W kontekście niekorzystnej umowy i obniżania kosztów jako jedynego sposobu na poprawienie sytuacji finansowej ajentów, zasadne wydaje się twierdzenie, że przerzucają oni część ryzyka, które ponoszą, na zatrudniane przez siebie kasjerki.
I tak, jeśli ajent boryka się z kradzieżami – a skoro mowa o sklepach samoobsługowych, problem jest uniwersalny – może obciążać pracowników ich kosztami. Zdarzają się również przypadki, że prowadzący sklepy nie wywiązują się z zobowiązań wobec personelu, np. nie wypłacają pensji lub nie przekazują składek do ZUS, próbując w ten sposób zaoszczędzić. Wielu ajentów nie miało wcześniej żadnych doświadczeń w roli pracodawcy, co można stwierdzić choćby na podstawie przywoływanej decyzji prokuratury, która zarzuciła im brak należytego przygotowania do prowadzenia własnej działalności gospodarczej. Byłe i obecne kasjerki na forach internetowych często odradzają pracę w Żabce, opisując ją jako ciężką, nieadekwatną do niskich i nieregularnych zarobków. Piszą również o nieuczciwych ajentach, którzy dorabiają się ich kosztem. Przytoczę jedną z wypowiedzi na temat pracy w sklepie sieci (zachowano pisownię oryginału):
Ludzie PRACA w Żabce to najwieksze G…Ówno na świecie !!!!! Ajent ajentowi jest nierówny , mają tak zryte berety (zwłaszcza jak wracają z tzw. szkoleń) Są nie wypłacalni ( zasłaniają się tym, że nie mają kasy na wpłate za towar) a w rzeczywistości okradają swoich pracowników jak tylko mogą. Karzą kupować towary po terminie , PRZEBIJAĆ DATY WAŻNOŚCI ( AŻ DZIW ŻE ŻADEN KLIENT NIE ZGŁOSIŁ TEGO FAKTU DO SANEPIDU !!!) Ilość przepracowanych godzin nie jest adekwatne do wypłaty np. 240h w miesiacu za najniższą krajową?? Śmieszne !!! Dni wolne od pracy nie są oddawane tak jak się należy – w zależności od humoru ajenta. Dostawy towaru to istny koszmar , siada kręgosłup od dźwigania dostawcy ani ajenci nie pomagają w rozładunku. Co miesieczne „naloty” tzw. partnerów, którzy nakładają kary dla ajentów to koszmar – odbija sie to na pracownikach Nie masz czasu na śniadanie ani na pójście do toalety. Odradzam wszystkim prace w żabkach jeżeli nie chcesz się nabawić nerwicy. Dla niedowiarków link do oficjalnego artykułu: http://praca.wp.pl/title,Gulag-Zabka,wid,7184812,wiadomosc.html
To dosadny komentarz, jednak można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że autorka postu rzeczywiście pracowała w Żabce – wskazują na to specyficzne dla sieci określenia (partnerzy, codzienna wpłata utargu na konto spółki, szkolenia odbywające się dwa razy w roku). Świetnie zna realia pracy, nawet liczba godzin do przepracowania w miesiącu wydaje się prawdopodobna – sklepy sieci otwarte są codziennie oprócz kilku świątecznych dni od 6:00 do 23:00. Pamiętajmy o niekorzystnych warunkach współpracy, które z całą pewnością odbijają się na finansach ajenta – można przypuszczać, że nie mając pieniędzy na bieżące funkcjonowanie sklepu, będzie próbował zaoszczędzić na pracy sprzedawczyń, obciążając je bezpłatnymi nadgodzinami. Kontrole wspomnianych partnerów ds. sprzedaży rzeczywiście odbywają się przynajmniej raz w miesiącu. Mogą oni nakładać na ajentów kary, tak jak podaje nasza autorka, co prawdopodobnie ma wpływ na sposób, w jaki ci ostatni traktują swój personel.
Tajemnicą poliszynela jest zatrudnianie kasjerek „na czarno” lub wypłacanie im najniższej krajowej oraz dopłacanie „pod stołem”. Dla młodych dziewczyn, które zwykle można spotkać za żabkową ladą, to niekorzystne rozwiązanie. Pracując wiele lat bez stałej umowy, pozbawiają się składek i skazują na bardzo niską emeryturę w przyszłości.
Kasjerki w Żabkach to modelowy przykład opisywanego wcześniej prekariatu. Wykonują wiele czynności podczas jednej zmiany, łącznie z rozładowywaniem i układaniem towaru. Często pracujące ponad siły w długo otwartym sklepie młode dziewczyny lub zbliżające się do emerytury panie otrzymują w zamian minimalne wynagrodzenie:
Ja natomiast pracowałam w zabie ponad 2 lata(najgorsze lata!) trzymala mnie tylko fajna ekipa i to ze nie moglam znalezc innej pracy! nie podpisujac odpowiedzialnosci wspolmajatkowej nie wiem jak ajent moze odciagac za straty z wypłaty. Placilismy tez za przeterminowane produkty. Czasami kazano nam sprzedawac cos po terminie. Pracuje sie ok 200 h miesiecznie( moze nie wszyscy pracownicy, ale ktos musi inaczej w zabce musialoby pracowac ok 10 osob.
Przez ten czas nie mialam urlopu, bo nie mialam umowy o prace. Trzeba dzwigac skrzynki z piwem, z wodka ciezkie zgrzewki napoi. Np. 2 dziewczyny na zmianie i 60 zgrzewek 2 litrowej coli- powodzenia!
Bylam wiecznie zmeczona, bolaly mnie nogi, kregoslup.
Nie bylo czasu na imprezy, spotkania, bo nigdy nie bylo na to tez sily. i nie nikt nie pier…li, ze nie wszedzie tak jest!!!w kazdej zabce jest dokladnie to samo. Ciezka, niewdzieczna praca za pol darmo!!
Przerzucanie ryzyka na niższe piętra skutkuje zatem szczególnie złymi warunkami pracy dla osób znajdujących się na samym dole firmowej hierarchii. Żabka Polska SA nie traktuje ajenta jako równorzędnego partnera – co zresztą prokuratura sankcjonuje, pisząc, że ajenci powinni byli spodziewać się podporządkowanej pozycji, nawiązując współpracę ze znacznie od nich bogatszą i potężniejszą firmą – więc ten, pozbawiony w zasadzie pola manewru, skłania się ku wszelkim sposobom ograniczania kosztów, także sprzecznym z prawem.
Niewidzialna armia
Polskie nauki społeczne i prawo „nie widzą” ajentów. Nie ma odpowiednich pojęć, które oddawałyby sytuację osób prowadzących Żabki, posiadających cechy zarówno pracowników, jak i pracujących na własny rachunek. W innych krajach europejskich używa się terminu economically dependent worker, czyli „pracujący ekonomicznie zależny”. Jest to kategoria, która nabierać będzie coraz większego znaczenia, biorąc pod uwagę stopień deregulacji rynku pracy i problemy z jednoznacznym ustaleniem statusu osób pracujących. Chcę podkreślić, że nie chodzi o pracowników, ale właśnie o pracujących. W języku polskim rozróżnienie to jest rzadko stosowane, a szkoda – wielu dzisiejszych pracujących nie ma statusu pracowników.
Mamy zatem około dwa tysiące sklepów – trudno określić, ile dokładnie, ponieważ rotacja ajentów Żabek jest duża i można tylko szacować, ile placówek jest w danym momencie rzeczywiście otwartych. Pracują w nich ajenci i kasjerki; ajenci na niekorzystnych warunkach narzucanych przez spółkę, kasjerki na niekorzystnych zwykle warunkach narzucanych przez ajentów. Poczytne ogólnopolskie dzienniki opisały patologie systemu agencyjnego, a jednak nie powstał żaden ruch działający na rzecz ajentów czy ogólnie – pracujących o niejasnym statusie. Pomijając fakt, że ajenci nie potrafią zawiązać skutecznej współpracy na szerszą skalę, to ich problemami – oraz bolączkami kasjerek w Żabkach – nie zainteresowała się żadna organizacja broniąca praw pracowniczych.
Kupując w Żabce papierosy albo piwo – towary sprzedawane w sklepach sieci chyba najczęściej – pamiętajmy, że nie przyczyniamy się do rozwoju osiedlowego sklepiku, pozwalającego utrzymać się całej rodzinie. Wspieramy ekspansję giganta, który osłabia drobną przedsiębiorczość, a swoich kontrahentów nierzadko czyni bankrutami.
Joanna Jurkiewicz
przez Michał Sobczyk | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011, Wywiad - kwartalnik
Jaki jest rzeczywisty stan i perspektywy polskiej gospodarki? Rząd konsekwentnie przekonuje, że w dobie kryzysu nasz kraj pozostaje „zieloną wyspą” na mapie Europy oraz że jesteśmy coraz poważniejszym graczem na arenie międzynarodowej.
Artur Śliwiński: „Zielona wyspa” jest już przedmiotem wielu żartów. Nikt z poważnych ekonomistów nie traktował tego określenia na serio. Nawet eksperci stanowiący – skądinąd bardzo słabe – zaplecze doradcze rządu, mocno się od niego dystansowali. Obserwujemy tu specyficzny mechanizm propagandowy, który można odszyfrować dopiero gdy zobaczymy, jak faktycznie wyglądają statystyki.
Po pierwsze, w Polsce od 1990 r. nie liczy się dochodu narodowego, co jest fenomenem na skalę międzynarodową – oprócz nas nie robi się tego tylko na Węgrzech. Dzieje się tak, mimo iż metodologia rachunku narodowego (jednego z działów statystyki) zakłada konieczność liczenia dochodu narodowego jako jednej z podstawowych kategorii makroekonomicznych. Usłyszałem kiedyś od internauty zarzut, że mylę się, ponieważ w roczniku statystycznym można znaleźć wielkość dochodu narodowego. Rzeczywiście, podaje się te dane – tyle tylko, że nie są one faktycznie wyliczane. Liczy się jedynie Produkt Krajowy Brutto, a następnie poprzez niezbyt wiarygodną i dość sztuczną korektę szacuje się dochód narodowy. To nie tylko niepokoi, ale wręcz pokazuje potęgę manipulacji. Oczywiście, pod tym kryje się ewidentny zabieg ukrywania prawdziwego stanu rzeczy. Różnica jest bowiem zasadnicza.
Mówiąc w uproszczeniu, PKB jest liczony dla całej gospodarki, niezależnie od tego, kto go wytwarza, natomiast dochód narodowy jest to produkt gospodarki krajowej. Decyduje więc tutaj kryterium własności. Wyobraźmy sobie, że trafiamy do Iraku. Można przypuszczać, że PKB tego kraju jest obecnie wyższy niż za czasów Saddama Husajna, ponieważ wlicza się np. eksploatację przez zachodnie koncerny zasobów ropy przechwytywanych niemal za darmo, albo koszty stacjonowania wojsk amerykańskich. Gdybyśmy liczyli dochód narodowy, widać byłoby to, co zwykle się ukrywa, czyli ile dokładnie jest w gospodarce własności polskiej, a ile zagranicznej. I ile dochodów należy do Polaków, a ile do międzynarodowych korporacji.
Trzeba jeszcze powiedzieć o czymś bardziej zasadniczym. Otóż ocena stanu gospodarki wedle takich syntetycznych wskaźników jak PKB, czy nawet dochód narodowy, nie jest wystarczająca. Wiedza ekonomiczna nie opiera się na przedstawianiu rezultatów gospodarczych, lecz przede wszystkim na analizie zależności między różnymi komponentami gospodarki, w tym dysproporcji i dysharmonii w jej funkcjonowaniu. Żaden porządny ekonomista nie będzie lekceważył zależności między podstawowymi kategoriami ekonomicznymi, np. między konsumpcją a inwestycjami czy między dochodami z kapitału a dochodami z pracy. To są bardzo istotne charakterystyki stanu gospodarki.
Na Zachodzie wskaźnik PKB jest obecnie bardzo krytykowany.
A. Ś.: Przede wszystkim dlatego, że „zapomina” o zasobach, a przecież jeśli one znikają, musi się to odbić na całej gospodarce, nawet jeśli na początku skutki tego ubytku są niewidoczne, tak jak w przypadku zasobów naturalnych w krajach zachodnich. U nas z kolei zdewastowano zasoby rodzimego kapitału. I to jest według mnie główny powód naszych obecnych trudności, które nie są echem kryzysu amerykańskiego czy europejskiego, lecz wewnętrznym kryzysem, powstałym oczywiście w konkretnym kontekście historycznym i globalnym.
Otóż istnieje pewien mechanizm propagandowy, polegający na tym, że dane statystyczne są po prostu zmanipulowane. Obliczenia GUS trafiają do jednostek, które prowadzą statystykę międzynarodową – do Eurostatu (powołanego przecież do kontroli jakości statystyk), Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego, do CIA (które prowadzi jeden z największych portali statystycznych na świecie) – skąd następnie wracają do Polski, już jako oficjalne potwierdzenie stanu rzeczywistości gospodarczej w naszym kraju. Jest to jakby mechanizm legitymizowania tychże danych statystycznych. To jest takie samo zjawisko, które obserwujemy w prasie: są dziennikarze, którzy piszą oceny sytuacji politycznej, społecznej czy historycznej w Polsce, a następnie poddają je autoryzacji silniejszych mediów zagranicznych. Bardzo trudno jest potem walczyć z niewiarygodnymi danymi, skoro mają one oparcie w autorytecie instytucji międzynarodowych.
Przypomnijmy sobie wszystkie perypetie na tle danych statystycznych, braku rzetelnej informacji gospodarczej, jakie Węgrzy przeżywali za czasów premiera Gyurcsánya. Zobaczmy: te same mechanizmy, co w Polsce i na Węgrzech, wystąpiły także w Grecji. Hipokryzją było oburzanie się, że Grecy fałszują statystyki, ponieważ już od dawna budziły one wątpliwości w kwestii poprawności metodologicznej i prawidłowości obliczeń.
Widać, że rządy nie dbają o prowadzenie informacyjnej polityki gospodarczej, bądź inaczej rzecz ujmując – prowadzą politykę gospodarczą bez dbałości o jej realizm, pozbawiając społeczeństwo wiarygodnych informacji. Zakres pozbawiania społeczeństwa informacji jest olbrzymi. Radio włączam z rosnącym przerażeniem, ponieważ codziennie, we wszystkich niemal rozgłośniach, główną informacją są zatory i wypadki drogowe. W dalszej kolejności relacjonowane są przestępstwa rodzinne, następnie – niewielkie sensacje czy to kryminalne, czy polityczne. Mamy w tej chwili potężny kryzys światowy, a do informacji o nim również od samego początku ograniczano dostęp. Pamiętam sytuację sprzed dwóch lat, gdy napisałem o tym artykuł, zatytułowany „Głucho wszędzie, cicho wszędzie”. Ile problemów miałem wtedy z redaktorem, zdumionym opisywanym przeze mnie kryzysem! A trwał on już wtedy pół roku.
Skoro mówimy o manipulowaniu statystykami, warto podać kilka przykładów.
A. Ś.: Weźmy to, jak w Polsce liczy się inwestycje, których szacunki, jako przyrostu kapitału, winny być przecież poddane pewnym rygorom. Otóż okazuje się, że inaczej myślimy o inwestycjach w sensie prywatnym, a inaczej – w państwowym. Zakup budynku jest dla nas inwestycją, natomiast dla całej gospodarki – nie, ponieważ był on już liczony jako inwestycja w momencie budowy. Ideą jest tutaj unikanie tzw. podwójnego czy wielokrotnego liczenia. Jednak gdybyśmy się dokładniej przyjrzeli, jak są w Polsce skonstruowane statystyki, okazałoby się, że wbrew tej deklaracji liczy się wielokrotnie te same inwestycje, co można sprawdzić biorąc do ręki rocznik statystyczny.
Weźmy teraz konsumpcję. Otóż zgodnie z międzynarodowymi standardami każdemu, kto ma własne mieszkanie czy dom jednorodzinny, dopisuje się do dochodów czynsz umowny z tego tytułu. Tam, gdzie społeczeństwa są bardzo zamożne, udział tej cząstki dochodów, oczywiście fikcyjnej, nie ma szczególnego znaczenia. W Polsce, gdzie poziom dochodów ludności jest bardzo niski, automatycznie bardzo znacząco, choć jedynie „na papierze” powiększa te dochody.
Ostatni przykład dotyczy zatrudnienia, a więc pośrednio tego, jak się liczy bezrobocie. Z grubsza biorąc, metody jego rachowania są u nas zgodne ze standardami międzynarodowymi, ale jest jeden osobliwy wyjątek. Otóż do pracujących zalicza się w Polsce osoby, które w badanym tygodniu przez co najmniej godzinę wykonywały pracę przynoszącą zarobek lub dochód, albo pomagały, bez wynagrodzenia, w prowadzeniu rodzinnego gospodarstwa w rolnictwie lub rodzinnej działalności poza rolnictwem. Wystarczy jedna godzina – np. odśnieżenie komuś podjazdu do garażu, żeby zarobić na butelkę piwa – i już ankieter włącza tę osobę do grupy pracujących! Nie ma też w statystykach zatrudnienia tego, co było dawniej uwzględniane, a mianowicie rozdzielenia pełnoetatowców i etatowców częściowych, co prowadzi do wielu zniekształceń. Zauważmy, że wszystko to idzie w jednym kierunku. To nie przypadek, że wszystkie te czynniki prowadzą do niedoszacowania, a nie przeszacowania rzeczywistego poziomu bezrobocia.
W swoich publikacjach zwraca Pan także uwagę na niewłaściwy sposób liczenia i podawania zadłużenia Polski.
A. Ś.: Problem polega na tym, że gdy mówimy o PKB, dochodzie narodowym czy jeszcze innych wskaźnikach makroekonomicznych w ramach rachunku narodowego, to mówimy o analizie realnych procesów ekonomicznych – nie obejmuje on finansowej strony życia gospodarczego. Natomiast jeśli mówimy o zadłużeniu, to istnieje coś takiego jak zadłużenie potencjalne, nazywane także ukrytym. Zadłużenie przyszłych okresów, wyliczane przy użyciu odpowiedniej metodyki, ujmuje się w ramach tzw. rachunku międzypokoleniowego. Większość krajów zachodnich przeprowadza takie analizy. Jest to przejaw racjonalnego myślenia ekonomicznego i społecznego. W Polsce ich brakuje. W publicznej debacie ciągle słyszymy tylko o stanie bieżących zobowiązań, tymczasem perspektywa wielopokoleniowa pozwala ocenić obciążenia, które nie mają charakteru doraźnego – na dziś czy na konkretny rok – lecz grożą naszym dzieciom i wnukom.
Polemika na temat tego, co jest ważniejsze, dług publiczny czy rachunek międzypokoleniowy, jest oczywiście absurdem, bo zarówno jedno, jak i drugie wskazuje na różne aspekty zadłużenia. Gdybyśmy jednak mieli powiedzieć, co jest groźniejsze dla gospodarki i społeczeństwa, to niewątpliwie jest to rachunek międzypokoleniowy, szacowany przez Janusza Jabłonowskiego z Narodowego Banku Polskiego na 3 bln zł. W oficjalnym dokumencie NBP znajdujemy założenie, że jest to zdyskontowane na dzień dzisiejszy zadłużenie długookresowe, przy założeniu, że nie zmienią się zasadnicze warunki polityczne i gospodarcze. Jest w tym nutka optymizmu, ale przecież jest równie prawdopodobne, że czasy zmienią się na gorsze.
Jest to poważny problem, jednak za najistotniejszy uznaję błąd, popełniany zresztą nie tylko w Polsce, który widzimy przy ocenie kryzysu światowego. Zauważmy, że w pierwszej jego fazie, gdy w połowie 2008 r. przejawił się przede wszystkim na rynku kredytów hipotecznych, uznano – i trwało to ponad rok – że jest to kryzys finansowy oraz kryzys instytucji finansowych. I tak to rzeczywiście wyglądało, przez to, że jak gdyby oderwano kryzys finansowy od drugiej części zagadnienia, od realnych procesów gospodarczych, które są z kryzysem ściśle powiązane. Samo określenie „kryzys finansowy” mocno zawęża zasięg obserwacji tego, co się na świecie dzieje. Czynniki i procesy, które spowodowały kryzys, rzeczywiście uzewnętrzniły się bardzo silnie w sektorze finansowym. Natomiast jest to kryzys całej gospodarki amerykańskiej oraz wielu gospodarek europejskich, który przejawił się również w handlu, przemyśle i rolnictwie.
Przez to przeoczenie popełniono wiele błędów, bo pytając o to, jak poradzić sobie z kryzysem, szukano odpowiedzi tylko pośród rozwiązań dotyczących finansów. Pomoc instytucjom finansowym odbyła się kosztem całej gospodarki i społeczeństwa. Stąd trudno się dziwić, że w Stanach Zjednoczonych, a także w części krajów europejskich, zagrożonych restrykcjami oszczędnościowymi, panuje olbrzymie niezadowolenie społeczne i wręcz negatywne spojrzenie na sektor finansowy. Teraz problem pomocy w kryzysie staje się aktualny również u nas. Polska wyasygnowała na pomoc bankom ponad 9,5 mld złotych, które w dużej części trafiły przecież do banków zagranicznych. To są kwoty, które z powodzeniem wystarczyłyby na poprawę sytuacji np. w służbie zdrowia.
Rozmawiamy o kryzysie ostatnich kilku lat, tymczasem w „Życiu wśród łupieżców” dowodzi Pan, że kryzys jest w przypadku Polski zjawiskiem trwałym (i narastającym), nawet jeśli nie zawsze łatwo dostrzegalnym. Inaczej mówiąc, ma on charakter strukturalny.
A. Ś.: Warto zwrócić uwagę na istotną cechę potężnych kryzysów ekonomicznych: mają one zawsze dwie fazy. Pierwsza to faza chaosu, zamieszania, w której dotychczasowe oceny, poglądy, a także teorie ekonomiczne przestają być wiarygodne. Pojawia się zbyt dużo czynników, które podważają istniejący obraz i przestaje on być czytelny. Nieprzypadkowo wcześniej posługiwano się pojęciem paniki, które lepiej oddaje emocjonalny i chaotyczny charakter sytuacji kryzysowych – jak podczas pożaru dużego budynku publicznego, gdy każdy stara się ratować własne życie.
Dopiero po tym następuje druga faza, w której dochodzi do pewnych przemyśleń. Jeden z ekonomistów zachodnich przekonywał nawet, że kryzys jest czymś dobrym, bo zmusza do myślenia. W tej fazie w świadomości ludzi zaczyna występować przymus opanowania zmian zachodzących w gospodarce. Proces ten trwa długie lata, a my dopiero zaczynamy w niego wkraczać. W wielu miejscach chaos zaczyna pomału zanikać, choć emocje i obawy z nim związane wciąż są żywe. Jeszcze kilka miesięcy temu mało kto odważyłby się powiedzieć, że obecny kryzys jest częścią wielkiego, kilkudziesięcioletniego cyklu koniunkturalnego Kondratiewa, a nie 40-miesięcznego cyklu Kitchina. Oznaczałoby to bowiem, że cały ustrój społeczno-gospodarczy przechodzi kryzys.
Myśmy w Polsce zapomnieli, czym jest ustrój, bo już go nie widzimy – nie wiemy, w jakim ustroju żyjemy. Kapitalizm to nie ustrój, lecz formacja historyczna. Ustrój definiuje się poprzez określenie ładu społeczno-gospodarczego. Jest to konstrukcja, która wprowadza pewien porządek. Dobre ustroje społeczno-gospodarcze są świadomie wcielane w życie. Kryje się za nimi pewna wiedza, doświadczenie historyczne, a także określona kultura. Tymczasem w Polsce w 1989 r. uznano, że nowy ustrój społeczno-gospodarczy ukształtuje się samoczynnie. Rzecz jasna trudno przypuszczać, żeby ci, których nazywamy reformatorami, byli na tyle naiwni lub bezmyślni, aby nie wiedzieć, iż jest to co najmniej bardzo ryzykowne stwierdzenie, bez pokrycia w doświadczeniach historycznych. W ten oto sposób pewne środowiska zafundowały społeczeństwu chaos i bezład ustrojowy, w zamian opowiadając bajeczki na temat wolności i demokracji. Natomiast przepisy, choćby zawarte w Konstytucji, stają się jedynie deklaratywne bez odpowiednich instytucji tworzących ustrój.
Jak w sferze gospodarczej przejawia się ów kryzys ustrojowy?
A. Ś.: Zjawiska, które doprowadziły do kryzysu w innych gospodarkach, miały odzwierciedlenie także w Polsce. Chodzi tutaj głównie o procesy globalizacyjne oraz związane z dominacją doktryny neoliberalnej. Przy czym w przypadku globalizacji nie mówimy tylko o warstwie intelektualnej i politycznej, lecz mamy na myśli przede wszystkim jej warstwę realną, a więc to, co dzieje się w handlu, w stosunkach finansowych między krajami itd. Jeżeli tak to określimy, to pojęciami globalizacji i neoliberalizmu możemy z powodzeniem posługiwać się wymiennie.
Spójrzmy na ewolucję, która dokonywała się w Stanach Zjednoczonych i z pewnym opóźnieniem także w innych krajach, i która od II wojny światowej uprawdopodobniała fakt, że doszliśmy do gospodarki wolnej konkurencji. Taki był punkt wyjścia, który został bardzo silnie wyeksponowany właśnie w koncepcjach neoliberalnych. Gospodarka zaczęła się jednak zmieniać, tymczasem część koncepcyjna, intelektualna okazała się niestety mniej podatna na zmiany, wręcz skostniała. Co się okazało? Gospodarka przestała być wolnorynkowa, a stała się gospodarką korporacyjną, czyli opanowaną przez dominujące grupy interesu. Ten proces występował, oczywiście w mniejszej skali, już wcześniej. Jednak dopiero z czasem został usankcjonowany poprzez zmiany przepisów prawnych oraz tworzenie instytucji, które stanęły na straży interesów wielkich korporacji. W efekcie rządy zaczęły być im podporządkowywane. Mówimy „rynek finansowy”, ale to przecież nie jest rynek; to potężna, światowa korporacja finansowa. Możemy tylko spierać się, czy posiada ona jedno centrum, czy dwa lub trzy. Mówi się, że rynek finansowy „ocenia” lub „weryfikuje”. Tymczasem to nie rynek ocenia, tylko Wall Street.
Wcześniej jednak pojawił się inny, równie ważny, mocno wpływowy gracz w postaci wielkiego kompleksu militarno-przemysłowego w USA. Już Eisenhower, sam przecież generał armii amerykańskiej, kończąc prezydenturę wygłosił przemówienie krytykujące ten kompleks, wskazując na łączące się z nim niebezpieczeństwa dla społeczeństwa i gospodarki.
Wreszcie trzeci element, o którym najmniej się mówi: sieci handlu wielkopowierzchniowego, w obrębie których, paradoksalnie, przestają działać mechanizmy rynkowe. Warto wziąć do ręki książkę Fishmana „Efekt Wal-Martu”, aby uzmysłowić sobie, jak wielki i niszczący dla gospodarki jest wpływ wielkich korporacji handlowych. To one dyktują dostawcom niskie ceny zakupu, co doprowadza przedsiębiorstwa do bankructwa lub w najlepszym razie do wyhamowania rozwoju. Wszystko to są bardzo daleko idące zmiany. Przewaga korporacji nad innymi obszarami życia gospodarczego jest tak silna, że następuje załamanie całego systemu.
Spójrzmy na Polskę oraz resztę Europy Środkowej i Wschodniej. Ekspansja wielkich korporacji nastąpiła tutaj przy wydatnej pomocy polityków, dyplomatów i służb wywiadowczych. Jeżeli wrócimy teraz do pytania, dlaczego nie zbudowano w Polsce żadnego ustroju, dlaczego nie tworzono przejrzystej, zharmonizowanej, mądrej konstrukcji ładu społecznego, to odpowiedź jest prosta: było to po prostu niepotrzebne. Ograniczałoby to bowiem swobodę działania korporacji.
Weźmy organizacje międzynarodowe. Międzynarodowy Fundusz Walutowy jest krytykowany właśnie za to, że jest agendą interesów amerykańskich; podobnie jest z Bankiem Światowym. Spójrzmy także na Unię Europejską. W licznych oficjalnych dokumentach jej władze piszą, że prowadzą dialog z dominującymi grupami interesu, o lobbingu i zakulisowych spotkaniach. To jest legalne i tego się nie ukrywa, wręcz chwali się tym. Bruksela uważa, że wystarczy zapewnić w miarę dobrą przejrzystość tych kontaktów. Ale przejrzystość nie wystarcza, bo tu nie chodzi o przejrzystość, lecz o interesy.
Podam konkretny przykład. Dla mnie najbardziej bulwersujący był 7. Program Ramowy w zakresie badań i rozwoju technologicznego. Jego budżet ustanowiono w wysokości ok. 56 mld euro, z czego 95% to fundusze przeznaczone na wprowadzanie zaawansowanych technologii. Program został skonstruowany tak, żeby inicjatywa w zakresie zarządzania tymi funduszami należała do zachodnich korporacji. Nazywano to enigmatycznie platformami gospodarczymi. Były to porozumienia wewnątrzbranżowe, które składały projekty, a Unia przekazywała na ich realizację fundusze bez żadnej pewności co do ich wykorzystania i bez możliwości zwrotu.
Tutaj ciekawa rzecz: ze strony polskiej nie pojawiła się żadna korporacja, żadna platforma, żadna osoba ze świata praktyki gospodarczej, która uczestniczyłaby w tego rodzaju pośrednim finansowaniu wielkiego biznesu.
Sporo pisał Pan o tym, jak w ramach transformacji systemowej nasza gospodarka została szeroko otwarta na eksploatację przez grupy interesu. Zwracał Pan uwagę np. na kolejne decyzje, które stopniowo otwierały pole do wyzbywania się przez Polskę kontroli nad strategicznymi przedsiębiorstwami czy zasobami.
A. Ś.: Żyjemy w błędnym przekonaniu, wynikającym z poglądów neoliberalnych, że w Polsce dominują procesy żywiołowe, że to wszystko miało charakter spontaniczny. Zakres procesów żywiołowych jest dość duży, ale tylko na niskich szczeblach drabiny społecznej. Na piętrze sklepikarzy, rzemieślników czy drobnych rolników procesy gospodarcze mają rzeczywiście charakter rynkowy. Natomiast jeśli chodzi o wyższe piętra, gdzie dochody są duże, gdzie stosuje się kosztowne technologie – tam mamy do czynienia z bardzo kontrolowanymi procesami. Reżyseria i dobrze przygotowane projekty opanowania określonych obszarów gospodarki to znaczące czynniki zmian, które miały miejsce w Polsce.
To się wiąże z tym, co nazywa się u nas „kosztami transformacji”. Istnieje tzw. rachunek kosztów i korzyści, stosowany w praktyce od lat 70. Nie ma jakichkolwiek dowodów, że rachunek ten został przeprowadzony np. w stosunku do prywatyzacji czy innych reform o charakterze gospodarczym, jak choćby przedsięwzięć likwidacyjnych (przedsiębiorstw czy instytutów naukowych). Mówienie bez tego rachunku o kosztach transformacji jest opowiadaniem bajek. Tymczasem w Polsce taki rachunek przeprowadzono tylko raz, eksperymentalnie – zrobiła to jedna z zachodnich firm konsultingowych, na dodatek dotyczył bardzo wąskiego zakresu, konkretnie planowanych zmian części przepisów BHP.
Decyzje tak istotne, jak likwidacja przemysłu stoczniowego, powinny podlegać szczegółowemu rachunkowi. I nie chodzi tylko o wąsko rozumiane korzyści finansowe, ale także o szerszy wymiar kosztów i korzyści społecznych. Dlaczego tego nie zrobiono? Bo stwarzałoby to barierę dla przejmowania rodzimego kapitału. Dlaczego nie powołano Prokuratorii Generalnej? Była to konsekwencja likwidacji mechanizmów kontroli. W tym naszym nowym pseudosystemie ustrojowym nauczono nas nie lubić słowa „kontrola”. Tymczasem tam, gdzie jest dobro publiczne, musi istnieć i sprawnie funkcjonować kontrola zewnętrzna.
Na początku odwilży w stosunkach między krajami zachodnimi a PRL w czasach rządów Jaruzelskiego, Bank Światowy dokonał pełnej inwentaryzacji polskich przedsiębiorstw. Powstało wspaniałe rozpoznanie, gdzie są rodzynki, a gdzie zakalec, jaki jest poziom technologii, jakie kadry itd. – a to była dopiero połowa lat 80.! Być może udostępnienie serwisu informacyjnego o polskiej gospodarce było podstawowym punktem uzasadniającym wspomnianą odwilż. Bank Światowy już wtedy przygotowywał odpowiedni program. Było już wiadomo, że tu na Wschodzie wszystko zaczyna się rozpadać.
Wtedy pojawiła się dość prymitywna wizja ekspansji. Wyobrażano sobie, że pojawia się przed Amerykanami obszar takiej samej przygody, jak Dziki Zachód. Ale wizja ta nie była prymitywna z punktu widzenia interesów gospodarczych, bo stanowiła udoskonalenie doświadczeń wyniesionych z Ameryki Łacińskiej, już wyniszczanej przez wielkie korporacje. W krajach takich jak Chile, Brazylia i Argentyna oraz w kilku mniejszych państwach, korporacje wraz z Międzynarodowym Funduszem Walutowym w znacznym stopniu zniszczyły miejscowe gospodarki. Mechanizmy, które tam wykorzystano, zostały dopracowane i wprowadzone na obszar Europy Środkowej i Wschodniej.
Wystarczy popatrzeć, jak przeprowadzono w latach 90. ataki spekulacyjne na kraje azjatyckie czy Ameryki Łacińskiej. Argentyna stanowi przykład ofiary ataku spekulacyjnego bliźniaczo podobny do Grecji: ten sam model, te same postacie, w tym drugim przypadku jedynie uzupełnione przez kanclerz Angelę Merkel, która dała przyzwolenie na wykonanie ataku w imieniu Unii Europejskiej.
Nie chodzi o to, że określone kraje czy społeczeństwa weszły w konflikt. To jest przestarzały sposób rozumowania. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że walki toczą się albo między narodami, albo w obrębie jakiegoś terytorium. Tutaj natomiast mamy do czynienia z różnymi przejawami dominacji tych grup interesu, które zaczęły zmieniać charakter gospodarek. Co się stanie później? Myślę, że jest mało realne, by można to było kontynuować; to jest sprawa najwyżej kilku lat.
Nastanie metanoja, czyli mówiąc w dużym uproszczeniu głębokie przewartościowanie (rozumiane w sensie społecznym): zapatrywań, przekonań, sposobu widzenia świata. W ujęciu teologicznym metanoja to głębokie poczucie winy, chęć poprawy i duchowego odrodzenia. Tego typu procesy przebiegały w Polsce już kilkakrotnie. W tej chwili metanoję, nieprzypadkowo, przechodzą Grecy, co wyraźnie wyczuwa się w ich publikacjach. Mija już początkowy chaos i szok, a w ich miejsce pojawiają się nowe wartości.
Jest też tendencja przeciwstawna. To kwestia nasilającej się fali maltuzjanizmu, tzn. przyzwolenia na całkowite odrzucenie jakichkolwiek wartości humanistycznych, na przejście do prawa dżungli. W wymiarze praktycznym oznacza to przyzwolenie na agresję już bez żadnych ograniczeń etycznych. Trzeba więc zmienić nastawienie. Podsumowując, kryzys ma tę dobrą cechę, że zmusza ludzi do myślenia.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 6 stycznia 2011 r.