Profity z profilaktyki

Profity z profilaktyki

Ograniczona obecność działań profilaktycznych w polskiej polityce zdrowotnej nie jest przypadkowa. Wyraża ona głębsze deficyty naszego systemu społecznego.

Przede wszystkim zapobiegać – to częste zalecenie w kontekście problemów społecznych i indywidualnych. Profilaktykę może być odnoszona do wielu obszarów polityki publicznej, ale szczególną popularność zyskuje w polityce zdrowotnej. Profilaktykę zdrowotną rozumie się zazwyczaj jako wczesne wykrywanie choroby lub czynników ryzyka w celu zapobiegnięcia jej powstaniu lub rozwojowi. Mówiąc dokładniej, profilaktyka to zespół działań zapobiegawczych: edukacyjnych i medycznych, które mają przeciwdziałać konkretnym chorobom1. W ramach tej kategorii wyróżnia się szereg faz, zależnych od stadium choroby.

Fazy profilaktyki

  • Profilaktyka wczesna – mająca na celu utrwalenie prawidłowych wzorców zdrowego stylu życia i zapobieganie szerzeniu się niekorzystnych wzorców zachowań w odniesieniu do osób zdrowych;
  • Profilaktyka pierwotna (I fazy) – mająca na celu zapobieganie chorobie poprzez kontrolowanie czynników ryzyka w odniesieniu do osób narażonych na nie;
  • Profilaktyka wtórna (II fazy) – zapobieganie konsekwencjom choroby poprzez jej wczesne wykrycie i leczenie (badania przesiewowe, mające na celu wykrycie osób chorych);
  • Profilaktyka III fazy, której działania zmierzają w kierunku zahamowania postępów choroby oraz ograniczenia powikłań.

Profilaktyka wczesna nie przez wszystkich jest uważana za element profilaktyki właściwej. Jednak bynajmniej nie znaczy to, że można ją bagatelizować. To właśnie obecność w społecznej świadomości zasad zdrowego stylu życia i czynników będących zagrożeniem dla zdrowia stanowi bodaj najtrwalsze podłoże dla poddawania się przez obywateli działaniom profilaktyki właściwej. Stąd też warto patrzeć na profilaktykę w ramach szerszej kategorii prewencyjnej polityki zdrowotnej, której jednym z instrumentów jest edukacja zdrowotna.

Znaczenie profilaktyki nie wynika wyłącznie z uniwersalnej zasady, że łatwiej zapobiegać niż później prowadzić działania naprawcze, gdy negatywne zjawisko już się rozwinie. Jej wagę możemy też wyprowadzić ze struktury czynników, które warunkują zdrowie. Wiele klasyfikacji rozwija sformułowaną w latach 70. w raporcie kanadyjskiego ministra zdrowia, Marca Lalonde’a, koncepcję „pól zdrowia”. Z opracowania wynikało, że na zdrowie publiczne wpływ mają (w kolejności według rangi czynnika): styl życia, środowisko fizyczne, uwarunkowania genetyczne i dopiero na końcu system służby zdrowia (patrz diagram).

diagram

Przyjęcie takiej perspektywy prowadzi do wniosku, że nasze zdrowie w decydującej mierze zależy od tego, w jaki sposób żyjemy i czy podejmujemy zawczasu działania na rzecz ograniczenia ryzyka choroby.

Wspólna odpowiedzialność

Pojawia się jednak pytanie, czy to, jak żyjemy, zależy tylko od nas samych? W neoliberalnej doktrynie uważa się, że zasadniczo tak. Zatem każdy musi dbać o zdrowie i ponosić odpowiedzialność za swoje decyzje. Toteż państwowe działania na rzecz zmiany zachowań zdrowotnych są niepotrzebne, a wręcz ryzykowne, mogą bowiem prowadzić do narzucania jednostkom wzorców postępowania, tłamsząc ich indywidualną wolność wyboru.

Bardziej rozsądne wydaje się stanowisko, które dopuszcza, a nawet zaleca stymulowanie określonych zachowań prozdrowotnych poprzez inicjatywy sektora publicznego. Ważne jednak, żeby nie był to bezwarunkowy przymus, a raczej system bodźców zachęcających lub zniechęcających do danych zachowań. Przede wszystkim zaś ważna jest dystrybucja informacji oraz usług diagnostycznych i doradczych. Szereg przesłanek uzasadnia tezę, że profilaktyka zdrowia to nie tylko kwestia indywidualna czy kulturowa – tj. zależna od systemu norm i wzorców postępowania danej społeczności – ale także systemowo-polityczna.

Po pierwsze, nasze życie nie zależy tylko od nas samych. Istotne są również warunki w znacznej mierze niezależne od jednostek (jak status rodziny czy miejsce zamieszkania) i z którymi nieraz – wbrew wizji w pełni mobilnej, elastycznej jednostki – wiążą nas tożsamości, emocje czy zobowiązania. Społeczeństwo, szanując to, powinno za pomocą instytucji państwa dążyć, żeby owe uwarunkowania w jak najmniejszym stopniu determinowały dostęp do praw społecznych, m.in. prawa do zdrowia.

Po drugie, w pełni racjonalny wybór uniemożliwia ograniczona dostępność informacji, a także możliwości zweryfikowania ich rzetelności. Aby jednostki szukające wiedzy na temat zdrowego trybu życia nie były wydane na pastwę sił rynkowych, które w pogoni za zyskami rozpowszechniają także nierzetelne informacje – potrzebne są programy organizowane, sponsorowane lub przynajmniej akredytowane przez instytucje publiczne.

Po trzecie, państwo powinno mieć możliwość wdrażania takich programów ze względu na to, że jest wciąż odpowiedzialne za zapewnienie opieki zdrowotnej. Jeśli oczekujemy, że państwo wspomoże nas w obliczu utraty zdrowia, powinniśmy dać mu instrumenty, by mogło pośrednio zabezpieczyć się, a bezpośrednio nas, przed zaistnieniem owego ryzyka socjalnego, którego koszt będzie musiało ponieść.

Zachowania prozdrowotne i funkcjonowanie służby zdrowia wpływają na siebie wzajemnie. To, jak dbamy o zdrowie, wpływa na skalę i strukturę dolegliwości, na które odpowiada opieka medyczna. Z drugiej jednak strony, funkcjonowanie służby zdrowia wpływa na to, jak korzystamy z profilaktyki. Nie dość rozwinięta infrastruktura i niekorzystna pozycja pacjenta w systemie mogą ograniczać skłonność do poddawania się profilaktycznym badaniom przesiewowym, mającym na celu wczesne wykrycie ewentualnej choroby.

Widzimy zatem, że wyodrębnione uprzednio „pola zdrowia” nie są wyizolowanymi obszarami, lecz płaszczyznami przylegającymi, a nieraz wręcz nakładającymi się na siebie i powiązanymi siecią zależności. Owe zależności powinny być kształtowane w sposób świadomy w ramach jasnej i całościowej wizji polityki zdrowotnej państwa. Profilaktyka, zwłaszcza w formie poddawania się badaniom skriningowym, jest tym mechanizmem, który najsilniej integruje sposób życia z systemem opieki zdrowotnej.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt profilaktyki. Jak pisze D. Seredyńska, Samoopieka, do której możemy zaliczyć badania profilaktyczne, jest jedną z form udziału społeczeństwa w polityce prozdrowotnej państwa. Oparta na ogólnych zasadach Zdrowia dla Wszystkich pozwala mieć udział w podejmowaniu decyzji2. Wpisuje się ona we współczesny paradygmat tzw. aktywnej polityki społecznej, której powodzenie uzależnia się od współpracy służb społecznych z beneficjentami. Jednocześnie w Polsce tego rodzaju „partycypacyjne” podejście napotyka wciąż pewne bariery, zarówno instytucjonalne, jak i mentalne – nie tylko po stronie obywateli-pacjentów, ale także decydentów. Jesteśmy przyzwyczajeni do patrzenia na chorobę w wąskim, medycznym sensie, a po drugie jako coś, co się nam przytrafia w niewielkim związku z warunkami i sposobem życia. To zakorzenione myślenie części społeczeństwa można jednak zmienić.

Finlandia i inni

Strategia profilaktyczna powinna być zorientowana zadaniowo, a nie resortowo. Takie zadaniowe myślenie powinno integrować podmioty wielu sektorów i to na różnych szczeblach, ale w ramach skoordynowanej strategii. Przykładów takich programów dostarcza Finlandia, której społeczeństwo jeszcze kilka dekad temu cechował niezdrowy tryb życia i związane z tym np. wysokie wskaźniki otyłości i chorób układu krążenia. W połowie lat 70. postanowiono to zmienić, inicjując kompleksowy program promocji zdrowia.

Jednym z jego elementów było wprowadzenie tzw. recept na ruch, polegających na tym, że lekarz zapisywał pacjentowi nie tylko lekarstwo, ale także odpowiednie ćwiczenia i działania na rzecz zdrowia. Strategia wykorzystywała również wiele innych instrumentów – poczynając od prawnych (jak zakaz reklamowania wyrobów tytoniowych czy nakaz sprzątania śniegu przed domami przez samych mieszkańców), przez informacyjne aż po finansowe (przekazanie samorządom środków na promocję aktywności fizycznej). Jej cele realizowano m.in. poprzez budowę basenów i ścieżek rowerowych, nakłady na dodatkowe oświetlenie, aby można było przebywać na powietrzu do późnych godzin (w Finlandii w okresie zimowym zmierzch zapada bardzo wcześnie), a także umożliwienie dzieciom niezależnie od statusu materialnego korzystania z szerokiego wachlarza zajęć sportowych3.W Polsce w tym kierunku zmierza program budowy tzw. orlików).

Skuteczna prewencja zdrowotna powinna rozpoczynać się nie tylko w jak najwcześniejszej fazie rozwoju ewentualnej choroby, ale także już we wczesnej fazie życia człowieka, właściwie jeszcze przed jego urodzeniem. Badania prenatalne oraz popularyzacja właściwych zachowań matek w okresie okołoporodowym mają zasadnicze znaczenie dla rozwoju dziecka i jego podatności na choroby. W wielu krajach Europy korzystanie z tego typu badań jest standardem, podczas gdy w Polsce istnieją bariery nie tyle instytucjonalne, co mentalne, i to nie zawsze po stronie pacjentów, ale często także wśród lekarzy. Część z nich w obawie, że na skutek ewentualnej diagnozy uszkodzenia płodu rodzice mogą zdecydować się na aborcję, nie kieruje kobiet na odpowiednie badania. Zapomina się przy tym, że dzięki nim można wyeliminować jeszcze w okresie prenatalnym pewne poważne schorzenia i części dzieci uratować nie tylko zdrowie, ale i życie4.

Niestety, jak czytamy w raporcie o zdrowiu dzieci, zamówionym przez Rzecznika Praw Obywatelskich, Z opinii specjalistów, towarzystw naukowych (Polskie Towarzystwo Ginekologiczne, Polskie Towarzystwo Pediatryczne), organizacji pozarządowych (Fundacja „Rodzić po Ludzku”), a także z doniesień medialnych, wynika, iż w ostatnich latach pogorszyła się dostępność kobiet ciężarnych i rodzących oraz noworodków do adekwatnej do potrzeb opieki profilaktyczno-leczniczej. Jakczytamy dalej, Od 2001 roku zaprzestano realizacji programu optymalizacji opieki okołoporodowej, od 2003 roku Narodowy Fundusz Zdrowia zaprzestał finansowania świadczeń udzielanych w ramach szkół rodzenia, a także ograniczył do 7 dni od porodu bezpłatną hospitalizację matek karmiących piersią. Opieka profilaktyczna nad ciężarną, szczególnie w pierwszym trymestrze ciąży, jest w wielu rejonach kraju niezadowalająca5.

Zapobieganiu negatywnym procesom rozwojowym nie sprzyja także niski poziom instytucjonalizacji opieki nad dziećmi w wieku przedszkolnym i żłobkowym. Powszechne objęcie nią najmłodszych Polaków mogłoby ułatwić zdiagnozowanie w porę deficytów rozwojowych i zastosowanie środków zaradczych.

Szkoła (zdrowego) życia

Przestrzenią o dużym potencjale w kwestii profilaktyki zdrowia jest szkoła. Powrót medycyny szkolnej byłby sensownym krokiem, ponieważ szkoła to instytucja powszechna, więc umożliwia szerokie objęcie dzieci badaniami. Nie uzależnia ich szans od zamożności czy poziomu świadomości zdrowotnej rodziców, z którymi, jak wiadomo, bywa różnie. Nie wszystkie rodziny są w stanie czy chcą w porę zapewnić dzieciom dostęp do opieki profilaktycznej – raczej istnieje skłonność do udawania się do lekarza dopiero, gdy już wystąpi choroba.

Ryzyko nieobjęcia dziecka profilaktyką zdrowotną jest większe zwłaszcza w środowiskach o niskim kapitale społecznym, gdzie jednocześnie warunki życia mniej sprzyjają zachowaniu zdrowia. Medycyna szkolna mogłaby częściowo łagodzić te nierówności. Niestety w latach 90. zapoczątkowano proces jej likwidacji. Już na początku transformacji ze szkół zniknęli lekarze szkolni. Obecnie mają w nich być przynajmniej pielęgniarki, ale i z tym różnie bywa. Polskie Towarzystwo Pediatryczne apeluje od lat o przywrócenie opieki medycznej do szkół.

Jak stwierdza J. Szymborski, Jeśli dziś powszechnie uważa się, iż jednym z najważniejszych błędów polityki zdrowotnej okresu transformacji w Polsce była rozpoczęta w 1992 r. likwidacja medycyny szkolnej z „wyprowadzeniem” stomatologów i pediatrów ze szkół, to niezrozumiałe staje się niepodejmowanie przez Ministerstwo Zdrowia i Ministerstwo Edukacji Narodowej konkretnych kroków zaradczych6.

Szkoła powinna być wielofunkcyjną instytucją, za pośrednictwem której zaspokajana jest szeroka gama potrzeb dzieci i młodzieży. Aby jednak sprzyjała działaniom profilaktycznym, nie wystarczy obecność gabinetów lekarskich i pielęgniarskich. Konieczny jest także określony przekaz programowy, który rozwijałby u uczniów świadomość zdrowotną, w tym zawierał profilaktykę uzależnień. Szkoła jako instytucja, której racją bytu jest transmisja wiedzy, norm postępowania i kompetencji, wydaje się szczególnie predestynowana, by pełnić te funkcje w odniesieniu do samoopieki zdrowotnej. Pojawiają się wręcz postulaty powołania osobnego przedmiotu, „zdrowia”, który przekazywałby informacje o zdrowiu ludzkim, sposobach dbałości o nie oraz o czynnikach wpływających na jego zdrowie.

Obecnie elementy powyższych zagadnień pojawiają się w ramach innych przedmiotów. Zgodnie z obowiązującą podstawą programową, w przedmioty od godziny wychowawczej po chemię wpisane są wzmianki o aspektach zdrowotnych omawianych zagadnień. Czy to jednak wystarczy? Czy tak duże rozproszenie wiedzy zdrowotnej, przekazywanej zresztą w śladowych ilościach, nie spowoduje, że te informacje nie skupią na sobie odpowiedniej uwagi uczniów? Wprowadzenie wspomnianych treści jest słuszne, ale zapewne należałoby je uzupełnić o mocny akcent w postaci osobnej ścieżki przedmiotowej, która wzbogacałaby i porządkowała wiedzę zdobytą na innych lekcjach. Zdrowie człowieka to pewna całość, nie zaś zbiór wzajemnie niepowiązanych czynników; obecna podstawa programowa chyba nie do końca to uwzględnia.

Trzecim ważnym zadaniem zdrowotnym systemu edukacji (ale nie tylko jego) jest kształtowanie odpowiednich nawyków żywieniowych i sportowych. W krajach rozwiniętych otyłość jest traktowana jako poważna choroba cywilizacyjna, czemu poświęcone zostały raporty OECD na temat strategii profilaktycznych. Pod względem skali występowania tego problemu wśród najmłodszych pokoleń Polska nie jest na szczęście w czołówce, choć zjawisko to występuje również u nas.

Należymy za to do krajów europejskich o najwyższym poziomie niedożywienia dzieci i młodzieży. W odpowiedzi na ten problem podjęto szereg inicjatyw, w tym finansowanych ze środków publicznych. Przykładem jest prowadzony od 2004 r. przez Agencję Rynku Rolnego program „Szklanka mleka”, dotowany przez Unię Europejską. Jego celem jest zapewnienie dzieciom możliwości wypicia codziennie 0,25 l świeżego mleka, a tym samym promocja zdrowego odżywiania7.

W podobnym duchu działa od 2009 r. uruchomiony przez Komisję Europejską program „Owoce w szkole”, finansowany w 75% ze środków unijnych i w 25% z budżetu państwa. Jego adresatami są uczniowie klas I-III szkół podstawowych, a celem długoterminowa zmiana nawyków żywieniowych poprzez zwiększenie udziału owoców i warzyw w codziennej diecie8. Do programu przyłączyło się 8,6 tys. szkół (obejmuje 76% uprawnionych)9.

Cel akcji jest niewątpliwie słuszny, cieszy też jej skala, choć pamiętajmy, że program uruchomiono z inicjatywy UE, nie zaś naszej własnej. Tylko czy żeby dokonać długoterminowej zmiany nawyków wystarczą pierwsze trzy lata edukacji szkolnej? A co z uczniami starszych klas?

Wszystkie wspomniane wymiary – medycyna szkolna, programy żywieniowo-ruchowe, a także oddziaływania na świadomość zdrowotną – powinny stanowić komponenty całościowej polityki zdrowotno-edukacyjnej. Obecnie w Polsce nie tylko nie tworzą one skoordynowanej całości, ale realizacja poszczególnych elementów (zwłaszcza pierwszego z wymienionych) pozostawia wiele do życzenia.

Aby to zmienić, potrzebne jest przestawienie się na myślenie zadaniowe, zamiast resortowego. Celem strategicznym powinno być podniesienie kapitału ludzkiego wśród polskich uczniów w wielu aspektach, stąd potrzeba jeszcze silniejszego współdziałania dwóch głównych segmentów usług publicznych – służby zdrowia i oświaty. Poligonem doświadczalnym dla takiej polityki na większą skalę może okazać się program „Szkoły promujące zdrowie”10. Rozpoczęto go na mocy porozumienia między ministrem zdrowia, ministrem edukacji narodowej oraz ministrem sportu i turystyki w sprawie promocji zdrowia i profilaktyki problemów dzieci i młodzieży z dn. 23 listopada 2009 r. Jak wynika z informacji MEN, dotąd w programie wzięło udział 2000 szkół, spełniając określone kryteria11. W założeniach współpraca ma na celu wypracowanie dobrych praktyk, które następnie zostaną upowszechnione.

Marne szanse?

Profilaktyka i medycyna prewencyjna są kluczowe nie tylko w okresie najbardziej intensywnego rozwoju biologicznego i poznawczego, ale także w późniejszych fazach życia. Dziś mówi się o uczeniu przez całe życie, a kolejne publikacje z zakresu polityki społecznej próbują opisywać sytuację społeczną człowieka, uwzględniając zmienność jego potrzeb i możliwości na kolejnych etapach życia. Tworzenie zachęt do indywidualnej prewencji zdrowotnej i profilaktyki jest jednak trudne w odniesieniu do osób, które wyszły już z głównego systemu edukacji. Pojawiają się także dodatkowe bariery, związane z kształtem stosunków społecznych, w tym stosunków pracy.

Po pierwsze, realne możliwości powszechnego dbania o swoje zdrowie ogranicza fakt, że Polacy pracują średnio więcej niż mieszkańcy innych krajów Unii. Oznacza to, że mają mniej czasu i energii, by regularnie chodzić na badania czy prowadzić zdrowy, systematyczny tryb życia. Dodatkowo, ze względu na niski poziom instytucjonalizacji opieki nad osobami zależnymi, część zatrudnionych musi po pracy angażować się w powinności rodzinne w stopniu większym niż w wielu innych krajach. Prowadzi to do przeciążenia, a z drugiej strony do jeszcze większego skurczenia zasobów czasowych, które można wykorzystać na aktywność profilaktyczną.

Problemy te pogłębia niewielka skłonność pracodawców do takiego kształtowania czasu pracy, które jest korzystne dla pracownika. Niewielka elastyczność i sztywne godziny pracy sprawiają, że nie zawsze łatwo jest wygospodarować czas, by poddać się badaniom.

Osobny problem stanowi szczególny rozkwit w Polsce pozakodeksowych form zatrudnienia, powodujący rodzenie się warstwy określanej mianem prekariatu. O ile Kodeks pracy nakłada na pracodawcę obowiązek skierowania pracownika na badania profilaktyczne (wstępne, okresowe i kontrolne), zaś na pracownika – poddania się nim, o tyle wspomniane przepisy nie dotyczą osób zatrudnionych na umowy cywilne. Zazwyczaj nie obejmują ich również szkolenia BHP, co zwiększa zagrożenie dla ich (i nie tylko ich) zdrowia. Jednocześnie pracownicy ci pozbawieni są możliwości korzystania z urlopów, w tym zdrowotnych. W efekcie tląca się w organizmie choroba często może nie zostać zduszona w zarodku, tylko rozwinąć się u osób, które choć nie są zdrowe, to pracują (co nieraz zagraża także zdrowiu współpracowników). Mechanizm ten idzie zupełnie pod prąd idei profilaktyki, wczesnego reagowania i leczenia.

Czy możemy zatrzymać demontaż stosunków pracy opartych na umowie o pracę – to pytanie godne obszernej rozprawy. Być może niekorzystną sytuację mogłaby częściowo łagodzić moda na tzw. społeczną odpowiedzialność biznesu (CSR), a w ramach tego finansowanie pracownikom np. rodzinnych karnetów na basen lub szkoleń w zakresie profilaktyki określonych chorób12. Wprowadzenie takich działań na szerszą skalę będzie możliwe, jeśli pracodawcy zrozumieją, że nie tylko podnoszą one prestiż firmy, ale także zwiększają wydajność pracowników oraz ich przywiązanie do przedsiębiorstwa. Pytanie tylko, czy w ramach współczesnego kapitalizmu, w którym dominuje paradygmat uelastyczniania stosunków społecznych, powszechny może być model pracownika zachowującego przez lata zatrudnienie w tym samym przedsiębiorstwie i wiążącego z nim swą tożsamość. Elastyczny rynek pracy powoduje, że stosunki pracodawcy i pracownika mają niezbyt trwały charakter i w związku z tym motywacja do inwestowania w zatrudnionych jest niewysoka.

Abstrahując od tego, w jakim stopniu w ramach globalnej konkurencji ograniczanie zjawiska prekariatu leży w zasięgu możliwości podmiotów gospodarczych czy systemów krajowych, nietrudno dostrzec, że jest ono niekorzystne z punktu widzenia zdrowia pracownika i jego samoopieki zdrowotnej. Już sam fakt ciągłej niepewności o zachowanie pracy lub znalezienie następnej – przy skromnym zakresie działań kompensacyjnych ze strony publicznego zabezpieczenia społecznego – musi generować stres i oddziaływać niekorzystnie na zdrowie, a także na możliwości konsekwentnego dbania o nie. Aby móc świadomie kształtować swoje życie, co wymaga pewnej systematyczności, potrzeba minimum stabilizacji.

***

Po prześledzeniu powyższych zależności, aż ciśnie się na usta marksowska teza o determinowaniu świadomości przez byt. Przy obecnej sytuacji zawodowo-społecznej dużej części ludności zadowalająca świadomość zdrowotna ma niewielkie szanse szybko wykiełkować, zwłaszcza że jest słabo obecna w naszej kulturze. Jednocześnie barierą jest dezinstytucjonalizacja polityki społecznej na wielu polach. Część instytucji przez dwie dekady transformacji zmniejszyła zakres podmiotowy (przedszkola, żłobki, Kodeks pracy), część zaś, zachowując charakter powszechny, zmniejszyła zakres swoich funkcji (np. szkoła w kontekście opieki medycznej). Owa dezinstytucjonalizacja nie prowadzi – jak utrzymywali niektórzy – do „uspołecznienia”, lecz raczej do zmniejszenia możliwości realizacji praw społecznych. Widać to także na przykładzie prewencji zdrowotnej.

Powracamy tu do problemu poruszonego na początku: na ile mała obecność profilaktyki w Polsce jest kwestią indywidualnych wyborów obywateli, na ile rezultatem kulturowo-historycznych doświadczeń, do jakiego zaś stopnia skutkiem niekorzystnych uwarunkowań społeczno-ekonomicznych oraz instytucjonalnych? Zasygnalizowane procesy pokazują, że ta ostatnia grupa czynników powinna być w centrum naszego zainteresowania, jeśli chcemy zbadać głębsze bariery dla zastosowania profilaktyki zdrowotnej na szerszą skalę.

Rafał Bakalarczyk

Przypisy:

1 Danuta Seredyńska, Badania profilaktyczne jako element zachowań zdrowotnych (doniesienie z badań) [w:] Maria Kuchcińska (red.), „Zdrowie człowieka i jego edukacja gerontologiczna”, Bydgoszcz 2004, s. 25.

2 Tamże, s. 23.

3 Por. Rafał Bakalarczyk, Zdrowy rozsądek zza morza, „Obywatel” nr 2(49)/2010.

4 Por. Martyna Bunda, Badania prenatalne. Nakazać czy zakazać?,„Polityka”, 22 sierpnia 2009 r.

5 Zdrowie dzieci i młodzieży w Polsce, raport RPO, Warszawa 2008.

6 Janusz Szymborski, Zdrowie – zapomniany priorytet, „Polityka Społeczna”, wrzesień 2009.

7 http://www.mlekowszkole.pl/index.php?show=szklanka&dzial=program

8 http://www.owocewszkole.com/

9 Owoce i warzywa przy szkolnej tablicy, „Dziennik Gazeta Prawna”, 6-8 maja 2011 r.

10 http://www.ore.edu.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=556&Itemid=1105

11 http://www.men.gov.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=1846%3Aszkoa-promujca-zdrowie&catid=119%3Aycie-szkoy-aktualnoci&Itemid=2

12 Szerzej kwestię CSR w kontekście zdrowia omawia Anna Daria Nowacka w tekście Społeczna Odpowiedzialność Biznesu a zdrowie [w:] Małgorzata Bonikowska, Mirosław Grewiński (red.), „Usługi społecznie odpowiedzialnego biznesu”, Warszawa 2011.

Profity z profilaktyki

A mury rosną

Przez stulecia mury obronne chroniły mieszkańców miast przed najeźdźcami. Dziś przebiegają wewnątrz nich. Oddzielają „młodych i przedsiębiorczych” od „nieudaczników”.

III RP(A)

Polska na tle większości państw europejskich zdecydowanie wyróżnia się liczbą zamkniętych osiedli. Z kolei na tle naszego kraju szczególną pozycję zajmuje Warszawa, gdzie już cztery lata temu było ich ponad 400. Dla porównania, w Berlinie jest tylko jeden taki obiekt, a w Paryżu – trzy. Aż 60% warszawiaków chce mieszkać na zamkniętym osiedlu, a w Trójmieście taką potrzebę deklaruje 1/3 mieszkańców.

Generalnie, w całej Europie Środkowej uwidacznia się popularność takich inwestycji. Jednak to Polska jest nieformalnym liderem. Na zachód od Odry nieco więcej jest ich w Wielkiej Brytanii, ale tamtejsze samorządy podjęły działania uniemożliwiające ich powstawanie przez wymuszenie na deweloperach zasady „bezpieczeństwa przez projekt” (będzie jeszcze o tym mowa); podobna polityka prowadzona jest w Holandii. Dużą popularnością cieszą się natomiast „zony” w USA i Ameryce Łacińskiej. Aż 1/3 terytorium Sao Paulo jest zamknięta, 2 mln ludzi pracuje w ochronie (policjantów jest niespełna 500 tys.). Krajem szczególnie obfitującym w ten specyficzny rodzaj gett jest RPA, gdzie poza podziałem na bogatych i resztę dochodzi spadek po apartheidzie. Oprócz tego możemy je zaobserwować w krajach Trzeciego Świata.

Miasto u samych podstaw było tworem otwartym. Mieszkańców łączyła wspólnota interesów i zarządzania przestrzenią. Świat zewnętrzny był obcy, wewnątrz były prawa i obowiązki. Kiedy w środku powstaje enklawa, dotychczasowy układ zostaje zaburzony – tłumaczy dr hab. Jan Skuratowicz z Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, specjalista w dziedzinie zabudowy rezydencjonalnej.

W przeszłości całe kwartały bywały zamieszkane przez przedstawicieli jednego zawodu lub ludzi o podobnym stopniu zamożności. Wynikało to jednak z przyjętej tradycji lub miało uzasadnienie praktyczne. Poszczególne części miasta nie były od siebie odcięte, a mieszkańcy mogli się między nimi swobodnie przemieszczać. Dziś w dużych i średnich miastach coraz częściej jest inaczej.

O osiedlu zamkniętym możemy mówić wówczas, gdy za ogrodzeniem, z ograniczeniem dostępu, znajduje się kawałek terenów publicznych, jak ulica, sklep czy plac zabaw – informuje dr Jacek Gądecki z Katedry Socjologii Ogólnej i Antropologii Społecznej AGH, autor książki „Za murami. Osiedla grodzone w Polsce – analiza dyskursu”.

Gdy takie osiedla pojawiały się w kolejnych polskich miastach, zwykle były witane entuzjastycznie. Media widziały w nich kolejny etap rozwoju, „doganianie Zachodu”. W tym samym czasie krytyczne uwagi pod adresem „polskiego fenomenu” wnosili… niemieccy badacze miast.

Wyspy bezpieczeństwa?

Pierwsze takie obiekty powstawały w latach 60. w Stanach Zjednoczonych. Były to swoiste oazy dla emerytów, którzy nie akceptowali zachodzących zmian, zwłaszcza związanych z młodzieżową rewoltą. W ten sposób chcieli obronić swój styl życia. Nie były one chronione przez strażników – strzegły ich płoty i oddalenie od właściwego miasta. Zjawisko nasiliło się dwadzieścia lat później na fali przestępczości i wojen gangów, jakie przetoczyły się przez USA. Wówczas pojawiły się osiedla strzeżone, na których wzorowane są ich polskie odpowiedniki.

Głównym deklarowanym powodem zamieszkania na zamkniętym osiedlu jest właśnie poszukiwanie bezpieczeństwa. – Ten czynnik był najczęściej wymieniany przez uczestników targów mieszkaniowych, wśród których prowadziłam badania. Tuż za nim było: mieszkanie na osiedlu zamkniętym. To wartość sama w sobie – mówi dr hab. Maria Lewicka, kierująca Katedrą Psychologii Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego. Przekonanie o konieczności zapewnienia sobie ochrony wynika m.in. z braku wiary Polaków w państwo i jego służby. – Wówczas pojawia się chęć fizycznego odcięcia się od złego otoczenia, by zapewnić sobie poczucie kontroli – uważa dr Gądecki. – Trudna historia sprawiła, że policjanta często postrzegamy jako organ represji, nie darzymy go szacunkiem – uzupełnia Jan Skuratowicz.

Czy przeprowadzenie się do ogrodzonego i strzeżonego bloku rozwiązuje problem? – Przeświadczenie, że mieszkanie na takim osiedlu zapewnia bezpieczeństwo, jest dość złudne. Statystyki, choć dość wyrywkowe, pokazują, że jest inaczej – zwraca uwagę prof. Bohdan Jałowiecki, socjolog z Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych UW. – Naprawdę duże osiedla właśnie kiedy są zamknięte, stają się niebezpieczne dla swoich mieszkańców. Na wewnętrzne zagrożenia wskazują m.in. badania przeprowadzone w USA. Również w Polsce mamy pierwsze jaskółki zagrożeń „od środka”. Niedawno w Poznaniu doszło do serii podpaleń samochodów w garażach. Sprawcą okazał się ochroniarz. Wcześniej między mieszkańcami doszło do wojny o miejsca parkingowe, toczonej na spuszczane z kół powietrze i wezwania straży miejskiej do nieprawidłowo zaparkowanych aut.

Pojawiają się zorganizowane grupy, wyspecjalizowane we włamaniach na zamkniętych osiedlach. Jacek Gądecki przytacza przykład mężczyzny, który pomógł dwóm innym załadować telewizor do furgonetki, myśląc, że pomaga sąsiadowi się wyprowadzić. – Dopiero gdy odjechali, zdał sobie sprawę, że przypominał jego własny – opowiada naukowiec i wspomina, że na początku pobytu w Krakowie wynajmował mieszkanie w grodzonym apartamentowcu, w którym został okradziony. – Ludziom się wydawało, że w takim miejscu są bezpieczni. Zostawiali na korytarzach wózki czy rowery i te rzeczy ginęły.

Zdarza się, że szajki używają specjalistycznych urządzeń, znajdujących się na wyposażeniu straży pożarnej, by np. wystawić z zawiasów drzwi antywłamaniowe. Co więcej, osiedla są najczęściej strzeżone przez ochroniarzy najniższej rangi, bardzo słabo opłacanych, a więc podatnych na korupcję; bywa, że współpracują z gangami. – Bardziej niż o bezpieczeństwie możemy mówić o poczuciu bezpieczeństwa. Ludzie, kupując mieszkania na takich osiedlach, nabywają raczej wyobrażenia niż realny produkt – kwituje naukowiec z AGH.

Praktyka pokazuje, że o wiele większy wpływ na bezpieczeństwo ma architektura niż ogrodzenie. Przykładem jest koncepcja „bezpieczeństwa przez projekt”, polegająca na projektowaniu miasta w taki sposób, by nie było w nim ciemnych zaułków. Mieszkańcy wyglądający z okien powinni mieć dobry widok na to, co dzieje się w okolicy. Całość powinna być dobrze oświetlona, z dużą ilością przestrzeni wspólnej, z zielenią i ławeczkami, sprzyjając integracji mieszkańców podczas spacerów i lokalnych imprez, organizowanych przez rady osiedli lub administrację.

Pierwsze osiedla zgodne z tą filozofią zbudowano w Siechnicach pod Wrocławiem oraz w Szczecinie, podobne zaczynają powstawać w Warszawie. Chuligani czy wandale raczej nie pojawiają się w takich miejscach, nie czują się w nich dobrze. – Badania prowadzone przez Katarzynę Zaborską pokazują, że te osiedla zapewniają wyższy poziom bezpieczeństwa, a jednocześnie zwiększają identyfikację z miejscem i polepszają relacje sąsiedzkie. A najlepszym gwarantem bezpieczeństwa jest dobry sąsiad – podkreśla Maria Lewicka. – Tymczasem im więcej płacimy za mieszkanie w „bezpiecznym miejscu”, tym mniejsze zaangażowanie w naturalną kontrolę społeczną i zainteresowanie tym, co dzieje się u sąsiadów – podsumowuje dr Gądecki.

Niestety, wspólnych przestrzeni brakuje nie tylko w odciętych „zonach”, ale także na niegrodzonych osiedlach, powstających według widzimisię deweloperów. Tworzenie przyjaznych przestrzeni zawsze podnosi koszty, które ciężko przerzucić na nabywcę.

Szumowiny, czyli my wszyscy

Mieszkańcy nowo powstałych osiedli zamkniętych są najczęściej młodzi (średnia wieku poniżej 35 lat), wykształceni, zatrudnieni na dobrych posadach. Wiemy też, że w miejscu zamieszkania spędzają niewiele czasu. – Nie wiadomo, czy czują się tam źle, czy też daje o sobie znać wpływ czynników socjodemograficznych. Prowadzą bowiem odmienny tryb życia od przeciętnego robotnika czy osoby o licznych kontaktach lokalnych – zastrzega dr hab. Lewicka.

Wiele ich codziennych zachowań wskazuje na to, że czują się lepsi od mieszkańców „świata zewnętrznego”. Opryskliwe traktują np. doręczycieli ulotek. Ci ostatni w Internecie skarżą się na „panów zza płotów”, którzy nierzadko witają wyzwiskami ludzi chcących jedynie wykonać swoją pracę. Na problemy natknęli się także studenci robiący ankiety wśród mieszkańców takich miejsc – potencjalni rozmówcy nie tylko odmawiali, lecz nawet przeliczali swój czas na pieniądze i byli gotowi odpowiedzieć na pytania za 300-500 zł.

Rezydentka jednego z bogatych stołecznych osiedli skarżyła się, że musi na siłę organizować nastoletniemu dziecku sieć kontaktów, bowiem nie przewidziano miejsc sprzyjających integracji najmłodszych mieszkańców. Jest tylko pół boiska do koszykówki, tak usytuowanego, że gdy dzieci zaczynały grę, pogłos powodował telefon sąsiadów do ochrony. Kobieta wozi więc syna po całym mieście na różne zajęcia. Plac zabaw na osiedlach zamkniętych lub półzamkniętych okazuje się nierzadko wygrodzoną klitką, w obrębie której dzieci nie mogą swobodnie biegać.

Jaki sens mają mikroprzestrzenie o ograniczonym dostępie? Prof. Jałowiecki: Dają poczucie pewności, że nasza pociecha nie spotka się z jakimś „niesłusznym” dzieckiem i nie nabierze złych nawyków. Dr hab. Lewicka dodaje: Ta sama motywacja każe wozić dzieci do szkoły na drugim końcu miasta, choć w okolicy mamy całkiem przyzwoitą placówkę. To bardzo groźne dla dzieci tych mieszkańców. Wychowywane są w enklawach, odcięte od reszty społeczeństwa. Człowiek dorastający w takich warunkach obawia się spotkania z innymi ludźmi.

Konsekwencją strachu jest postrzeganie świata przez pryzmat stereotypów oraz brak zaufania do przedstawicieli innych grup, co uniemożliwia współpracę. – W Polsce mamy najniższy w Unii Europejskiej stopień zaufania do innych ludzi. Nasze badania wykazały, że jest to główna przesłanka potrzeby zamykania się – wyjaśnia Maria Lewicka. – Konsekwencją będzie dezintegracja społeczeństwa – ostrzega Bohdan Jałowiecki.

Rezydenci zamkniętych osiedli rzadko przyznają się, że o wyborze miejsca zamieszkania zadecydowały inne powody niż poszukiwanie bezpieczeństwa czy ładne, zadbane otoczenie. Tymczasem ważną, nierzadko zapewne najważniejszą, rolę odgrywa łączący się z nim prestiż. – Podkreślają w ten sposób swój sukces materialny – uważa Jałowiecki. Prowadzi to do silnych podziałów klasowych, nawet w obrębie spójnej, wydawałoby się, grupy. Najlepszym przykładem jest Marina Mokotów, której mieszkańcy najpierw odgrodzili się od innych warszawiaków, a następnie „jeszcze bogatsi” oddzielili się od bogatych.

Obserwujemy przyspieszone wchodzenie w poszczególne klasy społeczne. W kolejnych latach przypisanie do nich będzie coraz silniejsze i bardzo świadome. Nie będzie już możliwe mówienie o „kolegach z podwórka” jak w ostatniej kampanii prezydenckiej – uważa Jacek Gądecki. Pogardę już „odciętych” względem pozostających po zewnętrznej stronie muru najlepiej widać na zapewniających anonimowość forach internetowych. Panują na nich określenia: „blokersi”, „żule”, „szumowiny” czy wręcz „podludzie”, a świat poza osiedlem określany jest jako „syf za płotem”. Nic dziwnego, że w odpowiedzi pojawia się niechęć, zawiść, a w końcu wrogość. Ciekawa jest w tym kontekście historia przytaczana przez Marię Lewicką: dzieci z otwartego osiedla przedostały się na zamknięty plac zabaw. Początkowo rówieśnicy z osiedla grodzonego się ucieszyli, bo było ich niewielu i nagle zyskali kompanów do zabawy. Rozpoczęła się gra w piłkę. Wszystko było dobrze, póki „lepsze” dzieci nie zaczęły przegrywać. Wówczas jedno z nich poszło po ochronę i kazało wyprosić intruzów.

Miasto szeroko zamknięte

Osiedla zamknięte fatalnie wpływają na miasto, które staje się zbiorem oddzielnych wysp – uważa architekt Jerzy Gurawski, wykładowca Politechniki Poznańskiej. – Ci, którzy zostają na zewnątrz, są uważani za potencjalnie niebezpiecznych.

Odpowiedzią na sąsiedztwo nowo powstałego, odciętego terenu, bywa wtórne grodzenie starych osiedli. Przyczyną jest chęć odwetu: skoro oni nas nie chcą, to my ich też nie chcemy u siebie. Częściej jednak wymusza je proza koegzystencji: mieszkańcy elitarnych enklaw chętnie korzystają z dóbr przeznaczonych dla „plebsu”. Zostawiają auta na sąsiednich terenach – bo „u nich” deweloper zaplanował zbyt małą liczbę miejsc parkingowych, za które dodatkowo trzeba zapłacić. Wyprowadzają psy na spółdzielcze trawniki – bo nie wypada, by ich pupilek załatwiał się na prywatnych. Przyprowadzają dzieci na place zabaw, które w nowobogackiej przestrzeni często są zbyt małe.

Obawy o żerowanie przez „lepszych” na cudzym-wspólnym mieli mieszkańcy Spółdzielni Budowlano-Mieszkaniowej Politechnika w Warszawie, którzy w pierwszej chwili po wybudowaniu luksusowej Mariny Mokotów chcieli się odgrodzić od nowego sąsiedztwa. Płot póki co nie powstał, ale jeśli z Mariny zostanie wybudowany nowy wyjazd, ukierunkowany na środek starej zabudowy, nie wykluczają sięgnięcia po to rozwiązanie.

W grodzeniu przestrzeni istotną rolę odgrywają władze lokalne. – To skandal, że do tego dopuszczają – prof. Jałowiecki nie zostawia suchej nitki na samorządowcach. Takie praktyki można bowiem znacznie ograniczyć odpowiednimi zapisami planu zagospodarowania przestrzennego. Problem w tym, że większość miast sporządziło takie plany dla zaledwie kilku procent powierzchni. Ponieważ zaś ich nie ma – lub są tworzone „pod inwestorów” – powstaje olbrzymi chaos urbanistyczny, przyspieszający tworzenie kolejnych osiedli zamkniętych. I koło się zamyka.

Paradoksalnie władze często widzą dobry interes w dogadaniu się z deweloperem, w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego. Cieszą się, że inwestor pociągnie kawałek asfaltu i wodociągu, albo obok swoich budynków postawi kino. Dla porównania: pod czeską Pragą stanęło grodzone osiedle. Samorząd był przeciw, odmówił jego oznakowania i podzielenia działki. W efekcie, wszyscy mieszkańcy byli zameldowani pod jednym adresem, co stało się przyczyną poważnych perturbacji. W ich wyniku przedsiębiorca musiał spuścić z tonu.

Utrudnić grodzenie można także przy użyciu innych przepisów, np. egzekwując prawo wodne – w Warszawie i Poznaniu niektóre osiedla dochodzą do samej rzeki, do której w świetle ustaw powinien być zachowany swobodny publiczny dostęp. Sprawdzić by się mogły również przepisy przeciwpożarowe. Powszechnym problemem dla służb ratunkowych jest utrudniony dostęp na zamknięty teren. Pierwszy kłopot to znalezienie wjazdu, zwłaszcza w przypadku nowych obiektów. Nawet jeśli ratownicy wiedzą, którędy dostać się do środka, często oznacza to konieczność nadłożenia drogi i utratę bezcennego czasu. Zdarza się też, że muszą dzwonić do alarmującego, by raczył zejść otworzyć bramę, którą można uruchomić tylko pilotem.

Płot jest osobną budowlą, na którą urzędnicy nie muszą się godzić. – Niestety, władze miejskie w Polsce nie są szczególnie operatywne ani sprawne. Wszyscy widzimy, jak wyglądają nasze miasta – zżyma się prof. Jałowiecki. Maria Lewicka dodaje, że niewielu polskich samorządowców i urzędników potrafi myśleć o mieście jako całości. – Skutkuje to gettoizacją od razu w bardzo ostrej formie – kwituje Gądecki.

Ciekawe, że polskie strefy luksusu często odbiegają od zachodnich norm. Większość apartamentowców nie spełnia standardów tego typu obiektów. Zamierzony efekt osiąga się przez ogrodzenie i strażnika, dających poczucie prestiżu, co pozwala na cięcie kosztów przy jednoczesnym windowaniu cen za metr. Z drugiej strony, trudno nabyć mieszkanie na rynku pierwotnym, które nie posiadałoby przynajmniej ogrodzenia i podwójnego zabezpieczenia domofonami.

Mury i ochroniarze sprawiają, że coraz częściej mieszkańcy stref zamkniętych domagają się zwolnienia z podatków lokalnych. Administratorom czy deweloperom nie przeszkadza to jednak domagać się od samorządów np. poszerzenia dróg prowadzących do osiedli. – W Dreźnie to inwestor musi zapewnić dojazd – inna rzecz, że na grodzenie nie dostałby zezwolenia. W Polsce inwestorzy są silniejsi od władz i to oni dyktują warunki – wyjaśnia dr hab. Skuratowicz. – U nas obowiązuje myślenie: zapłaciłem za ekskluzywne mieszkanie w ładnej okolicy, to mi się należy. Tymczasem gdy w Norwegii rozpisano referendum w sprawie obniżenia podatków – obywatele zagłosowali przeciw, bo wiedzą, że coś z nich dostają, że przyczyniają się one do dobra wspólnego – podsumowuje dr hab. Lewicka.

Warto jednocześnie pamiętać, że odcięcie się od otoczenia bywa bronią obosieczną. – To oni mają problem, bo nie mogą się przedostać na naszą część. Nawet do szkoły czy kościoła muszą chodzić naokoło – wyjaśnia Zbigniew Staroń, prezes wspomnianej spółdzielni Politechnika. – Nasi mieszkańcy już się przekonali, że nie ma tam po co chodzić. Teraz to tamtym zależy, by dostać się do nas.

Wilki u bram

Pojawiają się inicjatywy pomysłowo krytykujące nowy trend. Jedną z pierwszych i ciekawszych było zamknięcie łańcuchami przez warszawskie środowiska kontrkulturowe bram czterech osiedli na Kabatach we wrześniu 2006 r. Łańcuchom towarzyszyła informacja, że poza enklawą (nowo)bogactwa znajduje się Teren nie-prywatny (publiczny, niestrzeżony). ZAKAZ WSTĘPU. Grozi spotkaniem z biednym, chorym lub brudnym.

Pomimo deklaracji organizatorów happeningu, że akcja ma charakter czysto symboliczny – łańcuchom celowo towarzyszyła maleńka kłódka, by nie sprawić nadmiernych utrudnień spieszącym się rano do pracy – doszło do nerwowych reakcji, dzwonienia po ochronę i biegania strażników od bramy do bramy z nożycami do metalu.

Dwa lata później, szwajcarski artysta San Keller, zszokowany ilością warszawskich „twierdz”, poprowadził „watahę wilków” pod ich bramy. Ponad dwadzieścia osób wyło pod Mariną Mokotów, Rezydencją nad Potokiem, na Kopie Cwila oraz u wrót Eko Parku. Keller tłumaczył później, że wilki w naszej świadomości symbolizują zagrożenie, ale są też symbolem wolności, oraz że podobnie jak ludzie tworzą społeczność, którą zamknięte osiedla niszczą. Na „zaatakowanych” osiedlach ochrona w pośpiechu zamykała bramy i wzywała posiłki. Zaskoczeni mieszkańcy nie mogli się dostać do swych bastionów ani się z nich wydostać. Happening przebiegał spokojnie, a „wilki” zamilkły o 22.00, by uszanować ciszę nocną.

***

W średniowieczu każdy mieszkaniec miał prawo do miasta i obowiązki wobec niego. Żebrak miał prawo do stopnia przed kościołem, do dachu w przyklasztornym przytułku, ale i obowiązek jego obrony w przypadku napaści. Obcy wchodzący do miasta musieli zapłacić. – Problem w tym, że dzisiejsi mieszkańcy używają miasta, ale w nim nie mieszkają. Myślą o nim w kategoriach archipelagów, a co za tym idzie, nie wykazują dbałości o wspólną przestrzeń – podsumowuje dr Gądecki.

W Polsce nastała era grodzenia. Odcinamy się od świata i od innych ludzi, nawet bliskich. Dla porównania, w Skandynawii nie tylko nie grodzi się fragmentów miast, ale nawet pojedyncze domostwa bardzo często nie posiadają choćby symbolicznego płotu. Niestety, mimo iż tyle się mówi o „doganianiu” czy „naśladowaniu” Europy, bliżej nam pod tym względem do Afryki lub Ameryki Południowej niż do zamożnych krajów europejskiej Północy.

Profity z profilaktyki

Pracownicy gorszej Europy

W państwach naszego regionu pracownicy protestują mniej, za to pracują więcej niż na Zachodzie.

Europejska Fundacja na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy (Eurofound) prowadzi projekt Europejskie Obserwatorium Stosunków Przemysłowych (EIRO). W jego ramach gromadzone są dane umożliwiające analizę porównawczą natężenia konfliktu przemysłowego oraz treści regulacji i układów zbiorowych we wszystkich państwach członkowskich Unii Europejskiej i Norwegii.

Choć nie wszędzie obowiązują identyczne standardy i definicje, a dane są niekompletne, lektura raportów EIRO dostarcza interesującej wiedzy i uzmysławia wyraźne różnice pomiędzy „starą piętnastką” a nowymi członkami Wspólnoty. Dwie z nich chciałbym omówić. Pierwsza obejmuje skalę i przyczyny protestów pracowniczych, druga zaś wymiar czasu pracy. Przywoływane dane odnoszą się do 2009 r., choć autorzy podali również statystyki z poprzednich lat, aby umożliwić uchwycenie trendów.

Protest niejedno ma imię

Raport pt. „Developments in industrial action 2005-2009” poświęcony jest akcjom protestacyjnym – szczególnie tym, które przyniosły pracodawcom straty z tytułu odejścia pracowników od stanowisk. Za podstawę analizy przyjęto liczbę roboczych dni straconych w ciągu roku w przeliczeniu na 1000 zatrudnionych.

Dane zgromadzone przez EIRO nie mogą być kompletne. W przypadku niektórych państw zostały uzyskane w sposób, który uniemożliwia stuprocentową porównywalność. Wynika to przede wszystkim z braku uzgodnionych międzynarodowo definicji strajków i innych akcji protestacyjnych. Przykładowo, we Francji jako strajk nie zostanie zakwalifikowany protest w firmie zatrudniającej mniej niż 10 pracowników. W Niemczech i Wielkiej Brytanii taka właśnie liczba osób musi wziąć udział w akcji, by została ona ujęta w statystykach, zaś w Austrii odnotowuje się tylko legalne strajki. W Portugalii wyłącza się ze statystyk protesty organizowane przez pracowników administracji publicznej. Wreszcie, nie istnieją wspólne ustalenia co do minimalnego czasu trwania akcji protestacyjnej.

Porządek panuje w Polsce

Przeglądając dane dla poszczególnych państw w kolejnych latach, dochodzi się do wniosku, że wysokość interesującego nas wskaźnika wykazuje istotne zróżnicowanie geograficzne, brak natomiast wyraźnych prawidłowości, jeśli chodzi o jej zmiany w czasie.

Wyraźny trend wzrostowy dało się zaobserwować między 2005 i 2009 r. w Hiszpanii: w kolejnych latach gospodarka tego kraju straciła 40,2; 47,1; 58,1; 73,9 oraz 82,7 dni roboczych w przeliczeniu na 1000 pracowników. W pozostałych państwach w tym okresie występowały silne wahania – po okresie wzrostów następował spadek lub odwrotnie. Różnice między kolejnymi pomiarami są często duże, nawet do dwóch rzędów wielkości. Przykładowo, w Danii po trzech latach umiarkowanych strat na poziomie 20-30 dni rocznie, nastąpił rekordowo duży skok aż do 701,2 dni (najwyższy wynik spośród wszystkich analizowanych państw), podczas gdy kolejny, 2009 r. był wyjątkowo „pokojowy” – w gospodarce doszło do straty jedynie 6 dni roboczych w przeliczeniu na 1000 zatrudnionych.

Wyraźny wzrost statystyk może zostać spowodowany nawet przez jedną i skoncentrowaną w nielicznych segmentach gospodarki, ale długotrwałą i intensywną akcję protestacyjną. Tak było właśnie w Danii, gdzie w 2008 r. doszło do dwumiesięcznego strajku pielęgniarek, opiekunek domowych oraz wychowawców dzieci i młodzieży.

Wyciągnięcie dla poszczególnych państw średniej z kolejnych lat unaocznia bardzo wyraźną prawidłowość. Średnia dla 25 analizowanych krajów (brak danych dla Bułgarii, Czech i Grecji) to 30,6 straconych dni roboczych na 1000 pracowników. Przy czym średnia dla „piętnastki” i Norwegii wynosi 43,6, zaś dla 12 nowych państw UE – tylko 11 dni. Najwyższe wyniki, przekraczające średnią dla „piętnastki”, uzyskały: Dania (159,4), Francja (132), Belgia (78,8), Finlandia (72,9) i Hiszpania (60,4). Są jednak również państwa „starej” Unii, które wykazują bardzo niski poziom strat wywołanych otwartym konfliktem przemysłowym. Należą do nich Austria (0), Luksemburg (4,1), Holandia (5,7), Niemcy i Szwecja (po 6,2). Państwa te uzyskały wyniki niższe niż średnia dla nowych państw członkowskich.

Bardzo niskie straty zanotowano we wszystkich postkomunistycznych państwach Europy Środkowo-Wschodniej, podczas gdy Cypr i Malta osiągnęły wyniki „zachodnioeuropejskie”. Być może wynika to ze specyfiki regionu śródziemnomorskiego, w którym dość powszechnie występują stosunkowo wysokie straty. Poza wymienioną wcześniej w grupie najbardziej dotkniętych protestami państw Hiszpanią, również Włochy notują relatywnie wysoką średnią (34,8), co sytuuje je na 9. miejscu, zaraz za Irlandią, a przed Wielką Brytanią i Norwegią. Brak niestety szczegółowych danych dla Grecji, jednak z innych źródeł można wnioskować, że uzyskałaby ona raczej wysoką pozycję w zestawieniu.

Wśród państw naszego regionu wszystkie poza Słowenią uzyskały wynik poniżej 10. W Polsce tracono średnio 6,5 dnia roboczego na 1000 pracowników rocznie. Nieco bardziej aktywnie od nas protestowali Litwini.W pozostałych dwóch republikach nadbałtyckich oraz na Słowacji straty mieściły się w przedziale 0-2 dni roboczych rocznie.

Nie będzie chyba dużym zaskoczeniem, że to spory o wysokość płac stanowiły najczęstszą przyczynę straty dni roboczych w badanych krajach. Były one podstawową kwestią, którą uzasadniano prowadzenie akcji protestacyjnych w Polsce w latach 2005-2007, jako główną wskazano je w przypadku Francji, Litwy, Portugalii, Rumunii i Wielkiej Brytanii. Z kolei tylko na Cyprze, w Hiszpanii i Holandii płace nie występowały wśród głównych przyczyn, dla których pracownicy opuszczali swoje stanowiska. Kraje te trapiły przede wszystkim problemy z zawarciem porozumień zbiorowych bądź ich zrywanie, względnie kwestie „nie związane z rokowaniami zbiorowymi” – ta kategoria w odniesieniu do Hiszpanii obejmuje m.in. kwestie restrukturyzacji, redukcji miejsc pracy, organizacji pracy, zdrowia i bezpieczeństwa, zwolnień, dyscypliny, naruszeń umów oraz niewypłaconych wynagrodzeń. Ta grupa przyczyn jako szczególnie istotna wskazana została jeszcze m.in. w odniesieniu do Rumunii oraz naszego kraju. W przypadku Polski jako protesty z przyczyn „wykraczających poza definicję rokowań zbiorowych” wskazano spory związane z problematyką reform i prywatyzacji, które w 2008 r. stanowiły nad Wisłą najczęstsze źródło pracowniczego sprzeciwu. Nasi pracownicy prowadzili zmagania również w bardziej powszechnie konfliktogennych w skali Europy sprawach, takich jak warunki pracy czy prawa związków zawodowych.

Mateczniki oporu

W zbadanych państwach największą liczbę dni roboczych stracono wskutek akcji protestacyjnych w sektorze produkcji przemysłowej, zwłaszcza w branży metalowej (szczególna koncentracja strajków w kolejnych latach miała miejsce w Czechach i we Włoszech). Na drugim miejscu znalazły się usługi publiczne: edukacja, opieka zdrowotna, opieka społeczna i administracja publiczna. Protesty w tym sektorze były częste m.in. w Bułgarii, Danii, na Słowacji i na Węgrzech. Na kolejnym miejscu ulokował się transport i komunikacja – powtarzające się problemy w tej branży notowano we Francji. Sektor usług świadczonych przez podmioty prywatne był stosunkowo mniej narażony na straty, choć te również miały miejsce m.in. w Niemczech (sprzedaż detaliczna), na Cyprze i we Włoszech (hotele, handel) czy w Norwegii (finanse). Z kolei specyficzna dla Grecji przez większość rozpatrywanego okresu była dominacja strajków powszechnych.

W Polsce w pierwszej trójce najbardziej dotkniętych protestami branż figurowała rokrocznie służba zdrowia. Dwukrotnie odnotowano tam największe straty dni roboczych, dwa razy ustąpiła pierwszego miejsca edukacji, zaś raz produkcji przemysłowej i transportowi (w 2005 r.). Konfliktogenne było również górnictwo (dwukrotnie w czołówce rankingu), a także transport, przemysł odzieżowy i energetyczny.

Autorzy raportu podjęli również kwestię grożenia strajkiem jako ważnej techniki negocjacyjnej. Nie należy jej utożsamiać z krótkimi tzw. strajkami ostrzegawczymi, prowadzonymi w Estonii, Niemczech, na Węgrzech, Litwie i w Polsce. Wiadomo, że jest stosowana w bardzo wielu państwach, jednocześnie w mało którym gromadzone są dotyczące jej statystyki. Przykładem kraju, w którym strony zasiadają do rokowań, mając świadomość, że niedotrzymanie ustalonych terminów lub zerwanie negocjacji oznacza rozpoczęcie protestu, jest Norwegia. Pogotowie strajkowe stanowi tam bodziec do poszukiwania porozumienia. Groźba strajku jest zwyczajną taktyką również w Szwecji i Irlandii. Można przypuszczać, że sytuacji tego rodzaju nie było (lub stanowiły margines) jedynie na Cyprze, w Danii, Luksemburgu i na Litwie. Żadnych danych na ten temat nie gromadzono w Grecji, Hiszpanii, Holandii i Słowenii.

Perspektywa niekorzystnego scenariusza „pomogła” w zawarciu porozumień m.in. we Francji, gdzie wzrosły płace w branży transportowej, oraz w Austrii, w której zrezygnowano ze zwiększenia tygodniowego wymiaru czasu pracy nauczycieli w zamian za ustępstwo z ich strony – zgodę na redukcję premii. Zazwyczaj pogotowie strajkowe odwoływano, gdy związkom udało się wywalczyć realizację postulatów lub wynegocjować warunki kompromisowe. W Belgii groźba protestu skłoniła partnerów społecznych do przełamania poważnego impasu w rokowaniach i ich kontynuacji.

Wyrywkowe dane na temat przypadków ogłaszania pogotowia strajkowego uzyskano jedynie we Włoszech i Wielkiej Brytanii. W pierwszym z tych państw monitoringowi podlegają ważne usługi publiczne, których deficyt mógłby stwarzać zagrożenie dla obywateli. W 2008 r. odnotowano 2195 sytuacji, gdy istniała groźba protestu; w 39% z nich strajki ostatecznie się nie rozpoczęły. W odniesieniu do Zjednoczonego Królestwa możliwe było porównanie liczby wszczętych sporów z liczbą referendów strajkowych, które przyniosły decyzję o podjęciu protestu. Sytuacje, w których groźba strajku urzeczywistniła się, stanowiły w poszczególnych latach od 14 do 22%.

W przypadkach, gdy protest nie jest organizowany przez pracowników usług publicznych, państwo – nie będące stroną w sporze – nie ma podstaw do podejmowania interwencji. Jednak jako podmiot posiadający instrumenty regulacji stosunków społeczno-gospodarczych, a także uczestniczący w instytucjach dialogu trójstronnego, może pośrednio oddziaływać na pozostałych aktorów.

Poza odgrywaniem roli mediatora, rządy w pewnych okolicznościach sięgały niekiedy po dostępne instrumenty regulacyjne, dzięki którym możliwe było przywrócenie równowagi w branżach objętych protestami i załagodzenie sporu. Tak było we Francji w 2009 r., kiedy to pracodawcy z sektora hotelowego i gastronomicznego mogli zaproponować korzystniejsze warunki zatrudnienia dzięki temu, że rząd zdecydował się utrzymać na czas nieokreślony obniżone stawki podatku VAT. W konsekwencji tego posunięcia odstąpiono od planowanych strajków.

Państwo posiada większe pole manewru w sytuacji, gdy do protestów dochodzi w sferze budżetowej. We Włoszech i Norwegii może po prostu dyscyplinować pracowników, jeżeli dojdzie do sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa obywateli. Władze pierwszego z tych krajów mogą wręcz nakazać pracownikom ważnych usług publicznych powrót na stanowiska pracy.

Innym sposobem łagodzenia konfliktów jest uciekanie się do decyzji budżetowych, które usatysfakcjonują pracowników i funkcjonariuszy publicznych. Do jeszcze innego rodzaju sytuacji dochodzi w przypadku przedsiębiorstw państwowych, w których decyzje strony rządowej mogą być bezpośrednio kontestowane przez pracowników. Tego rodzaju przypadek miał miejsce m.in. w polskiej spółce KGHM – protesty w 2009 r. wiązały się z żądaniem utrzymania większościowego udziału państwa w jej strukturze własnościowej.

Uzupełnieniem wiedzy z omawianych badań w ramach EIRO są konkluzje z edycji 2009 Europejskiego Badania Przedsiębiorstw (ECS), opartego m.in. na wywiadach z pracownikami z poszczególnych państw UE. Na pytanie, czy respondent spotkał się z jakąś formą protestu w swoim miejscu pracy, średnio co piąty odpowiedział twierdząco. Najczęściej o akcjach protestacyjnych wspominali Grecy (45%), Portugalczycy (26%), Francuzi (25%) i Włosi (16%). Spośród ogółu przebadanych pracowników z krajów UE 7% stwierdziło, że byli świadkami protestu trwającego co najmniej jeden dzień.

Dane te jednak nie mogą w prosty sposób służyć analizom porównawczym, gdyż poszczególne państwa dość znacznie różnią się stopniem, w jakim pracownicy są reprezentowani na poziomie zakładów. Grecja pod tym względem znajduje się w unijnym „ogonie” – uzwiązkowione firmy należą w tym kraju do mniejszości. Największy ich udział odnotowano w gospodarce Szwecji.

Najczęściej relacjonowaną przyczyną protestów także w tym badaniu były płace (74% wskazań). Na dalszych miejscach znalazły się zmiany w organizacji pracy (37%) oraz restrukturyzacja, fuzje i relokacje (28%).

Przodownicy pracy

Wnioski z drugiego raportu Europejskiego Obserwatorium Stosunków Przemysłowych, który chciałbym tu omówić, również odnoszą się do zagadnienia czasu. Podobnie jak poprzednio, rysuje się zauważalna różnica między krajami nowo przyjętymi do Unii oraz „starą piętnastką”. Wśród zatrudnionych na pełny etat osoby z tej pierwszej grupy spędzają przeciętnie więcej czasu w miejscu pracy. Dotyczy to zarówno wymiaru tygodniowego, jak i rocznego, wiąże się z ustawową długością trwania płatnych urlopów i liczbą dni ustawowo wolnych od pracy; odnosi się do obowiązujących w prawie limitów, treści porozumień zbiorowych, ale też empirycznie ustalonych danych.

Średni roczny czas pracy dla całej Unii Europejskiej (wraz z Norwegią) wynosił w 2009 r. 1750 godzin. W przypadku „piętnastki” i Norwegii było to nieco ponad 1700, zaś w nowych krajach członkowskich nieznacznie więcej niż 1800 godzin. Najwięcej w ciągu roku pracują Węgrzy (1856 godzin), zaś najmniej Francuzi (1595). Stosunkowo krótko w skali roku przebywają w miejscu pracy także Duńczycy (1628 godzin), Niemcy (1655) i Szwedzi (1662). Polscy „etatowcy” uplasowali się na 5. miejscu międzynarodowego zestawienia, przepracowując w 2009 r. średnio 1840 godzin, podobnie jak ich estońscy, litewscy i rumuńscy koledzy.

Powyższe dane skalkulowano na podstawie przeciętnego tygodniowego wymiaru godzin pracy uzgodnionego w ramach układów zbiorowych, liczby dni płatnego urlopu oraz dni ustawowo wolnych od pracy. Przyjrzyjmy się poszczególnym składowym dla różnych państw, w tym Polski.

Dziwić może w obliczeniach wykorzystanie danych dotyczących wymiaru czasu pracy uzgodnionego w ramach układów zbiorowych. W raporcie podane zostały również empirycznie stwierdzone średnie, dość znacznie różniące się od zapisów wynegocjowanych przez pracodawców i związkowców. Z badania Eurostatu z IV kwartału 2009 r., uwzględniającego absencje oraz nadgodziny (płatne lub nie), wyłania się nieco inny obraz niż z omawianych niżej danych, dotyczących wymiaru czasu pracy, wynegocjowanego wszak tylko dla pewnej części zatrudnionych.

Przykładowo, polscy pracownicy uplasowali się dopiero na 14. miejscu (39,5 godziny tygodniowo), tuż powyżej średniej dla całej Unii Europejskiej (39,3). Choć w państwach przyjętych do Wspólnoty w 2004 i 2007 r. notowano wyższy wymiar czasu pracy niż w „piętnastce” (odpowiednio 39,9 oraz 38,8 godzin), to w czołówce zestawienia, za przodującą Rumunią (ponad 41 godzin), znalazły się m.in. Wielka Brytania i Luksemburg. Te dane nie zostały jednak wykorzystane, mimo że autorzy przyznali, iż negocjacje zbiorowe w nowo przyjętych państwach odgrywają niewielką rolę w ustalaniu tygodniowego wymiaru czasu spędzanego na stanowisku – albo uzgodnienia nie różnią się od ustawowych 40 godzin, albo w ogóle nie podejmuje się tej kwestii.

Średni tygodniowy czas pracy na pełnym etacie, ustalony w negocjacjach zbiorowych dla wszystkich 28 państw objętych analizą, to 38,7 godziny w 2009 r., dla państw przyjętych do UE przed 2004 r. – 37,9, zaś dla nowych członków – 39,5. W dużej części tych ostatnich krajów, w tym także w Polsce, obowiązuje 40-godzinny tydzień pracy. Wyjątek stanowią Słowacja, Czechy i Cypr. Z kolei ten wymiar czasu pracy w grupie krajów „piętnastki” uzgodniono w Grecji. Najmniejszą liczbę godzin mają spędzać w miejscu pracy objęci układami zbiorowymi Francuzi (nieco ponad 35,5), Duńczycy (37), Szwedzi (nieco ponad 37), Brytyjczycy (37,25), Norwegowie, Holendrzy i Finowie (po 37,5).

Przy okazji warto wspomnieć, że przeanalizowano pod kątem wymiaru czasu pracy układy zbiorowe w trzech różnych branżach: chemicznej (wybranej jako przykład gałęzi przemysłu), sprzedaży detalicznej (segment usług) oraz usług publicznych. Z badania wynikło, że największy tygodniowy wymiar czasu pracy ustalono w branży sprzedaży detalicznej – 39,1 godziny dla UE, 38,5 godziny dla „piętnastki” i Norwegii oraz 39,8 godziny w nowo przyjętych państwach. Najmniejszy natomiast w usługach publicznych – odpowiednio: 38,4; 37,4; 39,6 godzin. Pomiędzy tymi sektorami ulokowała się branża chemiczna ze średnią unijną 38,8 godziny, średnią dla „piętnastki” i Norwegii 38,2 oraz 39,4 dla nowych członków.

Raport porusza również kwestię ustawowych maksimów tygodniowego oraz dobowego czasu pracy. Dyrektywa unijna (2003/88/EC) wyznacza w tym zakresie ogólne ramy, do których muszą stosować się państwa członkowskie: maksymalnie 48-godzinny wymiar tygodniowy czasu pracy oraz minimum 11 godzin odpoczynku dobowego. Ponadto obowiązuje maksymalnie 8-godzinny wymiar dobowy czasu pracy dla zatrudnionych na nocnej zmianie.

19 państw, w tym Polska, dopuszcza tygodniowy czas pracy na poziomie wyznaczonym przez dyrektywę. Pozostałe kraje ustaliły 40-godzinne maksimum. Wyjątek stanowi Belgia, gdzie wyznaczono 38-godzinny limit. Nie oznacza to jednak, że w drugiej grupie państw nie wolno zatrudniać w wyższym wymiarze – podane maksimum w praktyce jest ustawowym tygodniowym czasem pracy, do którego można doliczać nadgodziny. Polska została przytoczona jako przykład państwa, w którym – obok wymiaru maksymalnego – obowiązuje także krótszy, ustawowy czas pracy. Z kolei w części państw, m.in. w Holandii, zapewniono elastyczność, pozwalającą podwyższyć wymiar czasu pracy – za zgodą związków zawodowych lub rad pracowniczych – do 60 godzin tygodniowo. Jednocześnie limit 48 godzin nie może być przekraczany dłużej niż przez 16 kolejnych tygodni, a zatrudnienie w wymiarze 55 godzin dopuszczalne jest w 4-tygodniowym okresie.

Dość częste jest również okresowe podwyższanie maksymalnego dziennego wymiaru czasu pracy – m.in. w Bułgarii, Czechach, Niemczech i Hiszpanii. Okres ten jest każdorazowo ustalany bądź określony ustawowo. W sześciu państwach (Cypr, Dania, Irlandia, Włochy, Szwecja, Wielka Brytania) maksymalna długość dnia pracy – 13 godzin – wynika z wymogów dyrektywy unijnej. Polska zalicza się do państw z maksimum ustalonym na najniższym, 8-godzinnym poziomie, podobnie jak m.in. Niemcy, Finlandia i Litwa.

Cywilizowany Zachód

Kolejnym czynnikiem wpływającym na roczny wymiar czasu pracy, jest długość płatnego urlopu. Pomiędzy krajami istnieją w tym zakresie stosunkowo duże różnice, wynikające z układów zbiorowych. Wyraźnie najdłuższymi płatnymi urlopami mogą cieszyć się objęci nimi pracownicy w Danii, Niemczech (po 30 dni rocznie) oraz Włoszech (28). Średnia dla 16 państw, z których uzyskano dane, to niecałe 25 dni. Najkrótsze płatne urlopy wynegocjowano w przypadku Słowacji, Rumunii, Cypru i Estonii (20-21 dni). Różnica między starymi i nowymi państwami członkowskimi wynosi ok. 5 dni na korzyść tych pierwszych.

Brak danych m.in. dla Polski. W jej przypadku podano jedynie ustawowe minimum, wskazane zresztą dla wszystkich objętych analizą państw. Nasz kraj – a także wszystkie inne w regionie – należy do grupy 18 członków UE, w których wynosi ono 20 dni. W Austrii, Danii, Francji, Luksemburgu i Szwecji obowiązuje minimum 25 dni, co stanowi największy notowany wymiar. Ciekawe rozwiązanie przyjęto w Wielkiej Brytanii, gdzie formalnie obowiązuje rekordowo długi, 28-dniowy ustawowy wymiar płatnego urlopu. Wliczone jednak w to zostało 8 dni ustawowo wolnych od pracy, aby ukrócić dotychczasową praktykę niektórych pracodawców, polegającą na ujmowaniu ich jako części urlopu. Obecnie więc w Zjednoczonym Królestwie obowiązuje de facto 20-dniowy płatny urlop w skali roku, jednak bez narażania pracowników na ryzyko, że zostanie on w sprytny sposób skrócony.

Ostatnią podstawę do wyliczenia rocznego wymiaru czasu pracy przez autorów raportu stanowiła liczba dni ustawowo wolnych od pracy. W Polsce była ona przez pewien czas tematem obecnym w debacie w związku ze społeczną inicjatywą wprowadzenia wolnego w Święto Trzech Króli. W 2009 r. największą liczbę dni ustawowo wolnych od pracy odnotowano w Hiszpanii i na Cyprze (14) oraz w Portugalii i na Słowacji (13). Wyraźnie najmniej było ich w Holandii (6), niewiele także na Węgrzech i w Wielkiej Brytanii (8). Średnia dla wszystkich państw wynosiła 10,5 dnia, dla państw „piętnastki” z Norwegią 10,4, zaś dla nowych członków UE 10,7, podczas gdy w Polsce było ich 10.

Sumując powyższe liczby z danymi o długości płatnych urlopów, autorzy stwierdzili znaczną, bo aż 45-procentową różnicę pomiędzy państwami z najdłuższym i najkrótszym okresem zapewnionego pracownikom odpoczynku – Niemcami (40,5 dnia) i Węgrami (28). Polska została zakwalifikowana do grupy krajów z najmniejszą w skali roku liczbą dni wolnych obok Bułgarii, Estonii, Litwy i Rumunii.

Na Wschodzie bez zmian

Czas na podsumowanie. Z analiz EIRO wynika, że pracownicy w nowych krajach członkowskich UE pracują w skali roku dłużej, w wyższym tygodniowym wymiarze czasu pracy oraz posiadając skromniejsze prawa do płatnych urlopów.Dzieje się tak, mimo iż jednocześnie w skali gospodarek narodowych statystycznie przysparzają oni pracodawcom mniej strat roboczogodzin z tytułu akcji protestacyjnych w porównaniu ze swoimi kolegami z „piętnastki”.

Co więcej, nie stwierdzono tendencji konwergencyjnych. W porównaniu z 2008 r. tygodniowy wymiar czasu pracy obowiązujący w ramach układów zbiorowych w nowych państwach członkowskich wzrósł o 0,1 godziny, podczas gdy w pozostałej części Unii utrzymał się na tym samym poziomie. W skali długookresowej – czyli od 1999 r., od kiedy dane są systematycznie gromadzone – nastąpiła redukcja tego wymiaru o 0,7 godziny w krajach „piętnastki”. Zmiana ta dokonała się głównie przed 2003 r. Z kolei właśnie od tego roku gromadzone były dane dla nowych członków UE, gdzie do 2009 r. nastąpiło zmniejszenie tygodniowego wymiaru czasu pracy jedynie o 0,1 godziny.

Profity z profilaktyki

Lewica post-neoliberalna

„Polska Solidarna” jest pojęciem po politycznych przejściach. Nie jestem pewna, czy nadaje się do reanimacji. Nie chodzi tylko o to, iż lansowała je partia, która po objęciu władzy nie zrealizowała wyborczych obietnic.

Partie parlamentarne funkcjonują w obrębie politycznych, historycznie kształtowanych możliwości oraz panującej polityki prawdy, która zabetonowana jest w neoliberalnych ramach. Niemal wcale nie ma u nas krytyki tego dyskursu wiedzy/władzy. Panuje wręcz zamieszanie pojęciowe, spowodowane brakiem rozróżnienia między społecznie zakorzenionym liberalizmem (prawa człowieka i państwo pośredniczące w podziale kosztów reprodukcji społecznej – projekt historyczny, bo wszędzie przejechał po nim neoliberalny walec), a neoliberalizmem (państwo jako firma, zarządzanie przez finanse, polityczny podmiot państwa to nawet nie przedsiębiorca, lecz inwestor). W efekcie lewica ma politycznego przeciwnika, który jest zamglonym cieniem i nie ma jak mu się przeciwstawiać.

O ile niektóre dyskusje odnoszą się do świeckości państwa, o tyle do doktryny neoliberalnej nie odnosi się żadna z partii parlamentarnych, które jednocześnie ją wdrażają. To jedna z największych przeszkód na drodze do przyszłej realizacji polityki lewicowej czy polityki solidarności społecznej, czyli takiej, która zapewni bezpieczeństwo socjalne i ekologiczne, wdrażanie wszystkich praw człowieka oraz bardziej sprawiedliwy podział kosztów opieki i wyników wzrostu gospodarczego. Taka polityka nie ma jeszcze w Polsce zaplecza w postaci silnego krytycznego dyskursu, który byłby w stanie osiągnąć taką masę krytyczną, aby przełamać neoliberalny monopol w polityce prawdy. W parlamencie i mediach toczą się gorące spory o politykę obyczajową czy historyczną, ale ustawy społeczne i gospodarcze, ograniczające prawa obywatelskie, przechodzą bez większych dyskusji.

Wśród przyczyn hamujących rozwój lewicowej polityki w Polsce był założycielski dyskurs transformacji, zorganizowany według wzoru przejścia od piekła, czyli totalitaryzmu i nędzy czasów komuny, przez czyściec reform ustrojowych – do raju „wolnego rynku” i „demokracji”, które zapewnią powszechną szczęśliwość i dobrobyt. „Wolny rynek”, opisywany przy pomocy atrybutów prywatyzacji, konkurencyjności oraz efektywności, niewiele ma wspólnego z tym, jak w istocie funkcjonują rynki. Jest natomiast użyteczny jako polityczny ideał czy – jak chce Foucault – „permanentny trybunał ekonomiczny”. Wymusza powszechne dostosowania, w tym przeobraża jednostki w przedsiębiorcze podmioty, którym solidarne państwo nie jest potrzebne, a także uzasadnia likwidację wszelkich ograniczeń w przepływie kapitału, ukrywając zarazem społeczne i ekologiczne koszty. Analogicznie uprawiano ewangelizację na rzecz Unii Europejskiej i „powrotu do Europy”. Transformacja legitymizowała się przez projekcje powszechnego bogactwa i przez Kościół, który nota bene sam ulegał urynkowieniu: księża stali się przedsiębiorcami, którzy zarządzają duszami wiernych oraz parafią jak przedsiębiorstwem.

Ten polityczny PR miał zaplecze w produkcji wiedzy na temat gospodarki, państwa, grup społecznych i jednostek (diagnozy, raporty, strategie, programy, poradniki). Wprowadziła ona kryteria z ekonomii do analiz społecznych i do dyskursu jurydycznego; np. rok temu sądy rodzinne zlikwidowano z powodu ich nieefektywności ekonomicznej. To, co było kategorią praw i potrzeb, przeobrażone zostało w kategorie finansowevide nadrzędność diagnozy ekonomicznej nad medyczną w reformach zarządzania ochroną zdrowia. Nowa kategoria, społeczeństwo obywatelskie, jak mówił Foucault w „Narodzinach biopolityki”, to zbiorowość przedsiębiorczych jednostek, wyposażonych do konkurencji z innymi, które kalkulują koszty i korzyści, inwestują w siebie i potomstwo, i czerpią z tego zyski. Pozwala to przerzucić koszty hiperkonkurencji i ryzyka biznesowego do gospodarstw domowych. Ponieważ upowszechnienie normy przedsiębiorczości i wzrost gospodarczy mają rozwiązać problem ubóstwa, polityka społeczna okazuje się zbędna, a jeśli racjonalny ekonomiczny podmiot jest bezrobotny, to na własne życzenie.

Dopóki transformacja ustrojowa nie była „zaklepana” (m.in. przez akcesję do Unii), ten dyskurs działał jak broń masowego rażenia wobec wszelkich tęsknot lewicowych. Dopiero później zaczęły w Polsce powstawać nowe ogniska krytyki społecznej. Jednak wskutek założycielskiego dyskursu transformacji, który wyznaczył granice polityki parlamentarnej, scena polityczna i polityka prawdy bardzo mocno przesunęły się w konserwatywno-neoliberalną stronę. Dzisiaj ten pierwotny dyskurs, który wdrażał i zabezpieczał transformację, jest już zbędny i został zastąpiony przez dwie nowe ramy: postpolityki (zamazanie konfliktów społecznych) i modernizacji (neoliberalizm w nowym opakowaniu).

Kiedy jednak spojrzymy na wspomniane dyskursy przez pryzmat realu, to za regulatywnymi ideałami wolnego rynku i demokracji skrywa się paradoks jednoczesnej widzialności i bezgłosu licznych grup społecznych, dezindustrializacja i likwidacja miejsc pracy, „uelastycznienie” (czytaj: intensyfikacja i potanienie) pracy, prywatyzacja sfery publicznej, kontrola reprodukcji (zakaz aborcji i odbieranie dzieci ubogim matkom), przerzucanie kosztów szeroko rozumianej opieki do gospodarstw domowych. A wszystko to w ramach ustawicznego dążenia do hiperkonkurencyjności i jak chcą doradcy premiera, autorzy raportu „Polska 2030”, w imię rozwoju podporządkowanego akumulacji kapitału.

W 2005 r. prof. Mieczysław Kabaj pisał o stracie netto 5 mln miejsc pracy przy jednoczesnym wzroście liczby osób w wieku produkcyjnym. Część nowych miejsc pracy, jakie później powstały, miała już charakter prekariatu, zwiększyła się migracja za chlebem, rośnie grupa „pracujących ubogich”. Po kryzysie z 2008 r. mamy systematyczny spadek zatrudnienia, który ulegnie przyspieszeniu wraz z realizowanymi cięciami w administracji publicznej i po znacznym ograniczeniu w najbliższych latach transferów z Unii Europejskiej. Próba zagospodarowania przez PO reprezentacji lewicy to nie tylko kalkulacja wyborcza, ale także reakcja na taki przewidywany rozwój sytuacji społecznej.

O ile starsze pokolenia mogą jeszcze czerpać z zasobów z czasów PRL-u, jak uprawnienia do emerytur, to obecne młode pokolenie już nie ma zagwarantowanego bezpieczeństwa egzystencjalnego. Pod koniec lat 90. i na początku kolejnej dekady przed młodymi z wyższym wykształceniem otwierały się ścieżki kariery. Dzisiaj te miejsca pracy są już zajęte, a bywa, że ludzie po studiach pracują przy taśmie w montowniach lub w call centers za grosze. Nawet ci, którzy mają pracę i zdolność kredytową, kupują małe, dwupokojowe mieszkania, bo na większe ich nie stać.

W dużej mierze także demokracja jest użyteczną fikcją. Jej miarą miało być uwłasnowolnienie obywateli i decentralizacja władzy. Tymczasem decentralizacji nie towarzyszyło przekazywanie wystarczających środków na ochronę zdrowia, pomoc socjalną, budownictwo komunalne. Z kolei prawa obywatelskie zostały ograniczone do praw własności oraz wyborczych. Nie ma z czego wybierać wśród partii obecnych w parlamencie, tymczasem ustawa skutecznie blokuje do niego dostęp mniejszym ugrupowaniom. Społeczeństwo obywatelskie to nie tylko strategia upowszechniania form przedsiębiorczych, przeobrażania ruchów społecznych w grupy interesu. To także polityka jako rynek, konkurencja między grupami interesów i organizacjami pozarządowymi, odpowiedzialnymi wobec fundatorów, a nie tych, których mają reprezentować. Sterowane na odległość przez warunki przyznawania grantów, organizacje obywatelskie mogą praktykować filantropię czy świadczyć usługi, z których wycofało się państwo, a krytykę społeczną czy walkę o prawa pracownicze i socjalne mogą uprawiać kosztem własnego życia swoich aktywistów, co prowadzi do reprywatyzacji politycznej odpowiedzialności państwa za warunki życia jego mieszkańców. Dyskursy „społeczeństwa obywatelskiego” i postpolityki skutecznie pozamazywały konflikty społeczne.

Jeśli chodzi o sprzeczności między polityczną retoryką a rzeczywistością, to PiS zmniejszyło podatki dla najzamożniejszych i prowadziło neoliberalną politykę ekonomiczną. W projekcie Konstytucji z 2005 r. prawa socjalne zostały skasowane. W kolejnym projekcie ustawy zasadniczej, przygotowanym przez PiS w 2010 r., przywrócone zostały fragmenty retoryki uprawnień socjalnych, ujęto je jako dobra wspólne, ale poza ramami praw człowieka i obywatela. Ochronę zdrowia potraktowano w kategoriach dostępności, jednak bez gwarancji równego dostępu, jak w obowiązującej ustawie zasadniczej. Wprawdzie lepsze to niż patologizowanie praw socjalnych jako roszczeń, niemniej jest faktem, iż PiS parceluje prawa człowieka, które w ratyfikowanych przez Polskę międzynarodowych konwencjach rozumiane są jako nierozdzielne i uniwersalne. Inny przykład to usunięcie zapisu o prawach kobiet, który zawiera Konstytucja z 1997 r.

PO dąży do redukcji zaangażowania państwa w sferę społeczną i przerzucenia odpowiedzialności na rodzinę, Kościół i organizacje pozarządowe (patrz – „Polska 2030”). Natomiast w PiS-owskich projektach Konstytucji państwo ma zadania społeczne, w tym przeciwdziałanie bezrobociu, bezdomności i innym postaciom wykluczenia, ochronę godności pracy – ale obywatele i obywatelki nie mają zagwarantowanych praw pracowniczych i socjalnych, których realizacji mogą od państwa wymagać. Mamy więc do czynienia z patriarchalnym modelem władzy i opieką w zamian za posłuszeństwo. Dla PiS prawa człowieka to nie prawa, lecz – podobnie jak dla PO – dobrodziejstwa. Główny podmiot polityczny według PiS to naród, o który trzeba dbać, aby Polska była potęgą polityczną i gospodarczą. Imperialną wizję naszego kraju ma również PO.

O ile dla PiS podmiot polityczny stanowi naród jako wspólnota Polaków i katolików, a dla PO – inwestor, o tyle SLD jest partią bez podmiotu. Wprawdzie w dokumentach Sojuszu z 2007 r. są deklaracje, że identyfikuje się on z pracą, a nie z kapitałem, ale formacja ta nie opublikowała programu gospodarczego, który pozwoliłby takie cele realizować. W programie na wybory samorządowe 2010 r. jak ognia unikała politycznego konfliktu, a w prezydenckiej kampanii wyborczej legitymizowała się jako lewica obyczajowa. Poruszała wprawdzie ważne kwestie społeczne i pracownicze, ale ponieważ w neoliberalnym kontekście polityka społeczna to polityka gospodarcza (skoro zakłada on, iż korzyści ze wzrostu gospodarczego skapują do dołu), podobne prospołeczne deklaracje nie interweniują w główne ramy polityki, lecz płyną obok.

Granica między prawicą a lewicą zawsze była do pewnego stopnia umowna, jednak dzisiaj, w czasach neoliberalno-konserwatywnej hegemonii, mamy do czynienia z jej przesunięciem poza obręb dyskursu publicznego i parlamentarnej demokracji. Socjaldemokracja to obecnie polityczny zabytek, a partie, które zajmowały tę pozycję, albo zostały zmarginalizowane, albo przeobraziły się w lewicę neoliberalną, która etykietuje się jako tzw. trzecia droga, odwołując do nowej modernizacji, co czyni zarówno Sławomir Sierakowski i środowisko „Krytyki Politycznej”, jak i Michał Boni. Pojęcia te, jako formy oderwane od sugerowanych przez siebie znaczeń, robią z polityki spektakl, ukrywając zarazem upowszechnienie przemocy, polityki stanu wyjątkowego, instrumentalizację i urynkowienie prawa, czy, jak uważa Wendy Brown, jedna z najwybitniejszych współczesnych feministycznych filozofek, przemieszczenie suwerenności do kapitału i Kościoła – a więc maskują faktyczne stosunki władzy.

Polska lewica straciła zdolność komunikacji i nie stworzyła siatki pojęciowej do krytyki transformacji, co się zmienia dopiero teraz, powoli i grubo za późno. Politycy SLD nie wypracowali analiz, które pozwolą zobaczyć nową rzeczywistość społeczną jak króla bez ubrania. Podobnie jak inni politycy, skupili się na taktyce, na polityce medialnej; nie mają strategii, a nawet języka do zaistnienia w polityce inaczej niż w ramach dozwolonych przez neoliberalizm. Ma to liczne i różnorodne przyczyny, np. MFW i Bank Światowy efektywnie popierali partie postkomunistyczne, gdyż uważali, że włączenie ich do polityki parlamentarnej i rządzenia ułatwi deregulację i prywatyzację. Zarządzanie politycznym ryzykiem przemawiało za tym, aby nie zostawiać ich na zewnątrz, gdzie mogłyby ogniskować opór wobec neoliberalnej transformacji. A domowa patologizacja „postkomuny” wytwarzała u niej zapotrzebowanie na autoprezentację w roli nowoczesnych, rynkowych obywateli. Stworzyło to polityków takich jak Leszek Miller, szef partii nominalnie lewicowej, który domagał się podatku liniowego.

Co istotne, były i są pewne ciągłości między państwowym socjalizmem a neoliberalizmem. Główne zajęcie rządów i administracji od Gomułki po Tuska to rządzenie ekonomiczne, skupione na wzmacnianiu potencjału gospodarczego. Robią to inaczej, w różnych kontekstach, inaczej odnosząc się do podziału efektów wzrostu gospodarczego, ale jego miary (PKB) i podporządkowanie mu społeczeństwa są identyczne. Między innymi dlatego tak łatwo było intelektualnym elitom wychowanym w PRL-u, w tym Leszkowi Balcerowiczowi czy Michałowi Boniemu, przejść od real-socjalizmu do neoliberalizmu.

Taktyczne objęcie przez Bartosza Arłukowicza stanowiska „reprezentanta wykluczonych” pozwala dostrzec, iż Sojusz został wprzęgnięty do roli lewicy neoliberalnej i do konkurencji z PO o to miejsce na scenie politycznej. Jeśli reprezentacja wykluczonych jest dopuszczalna, to tylko przez mianowanie, a więc fikcję demokracji. Ponadto, sama kategoria wykluczonych ma za zadanie jedynie legitymizację rzekomej normy (zamożności), z której 80-90% tzw. społeczeństwa jest wykluczone, służąc jednocześnie jako siła robocza czy zasób fiskalny, z którego dochody mikroklasa zarządzająca państwem przekierowuje na konta wielkiego biznesu i sektora finansów. Bartosz Arłukowicz mianowany jest na przedstawiciela wykluczonych, a więc (prawie) wszystkich po to, żeby „wszyscy” nie mieli swojego przedstawiciela.

Podsumowując, w polskiej polityce parlamentarnej 20-lecia transformacji, w trakcie której pod naciskiem dyskursywnego przymusu scena polityczna bardzo mocno przesunęła się w prawo, pojęcia takie jak lewica czy Polska Solidarna odnoszą się do polityki tożsamościowej reprezentacji, podczas gdy autorytaryzm polityczny i neoliberalne zarządzanie nie są kontestowane. Państwo jest zarządzane jak firma: najważniejszy dokument polityczny stanowi sprawozdanie finansowe, a sfera społeczna to pasywa, które trzeba minimalizować. Mamy więc do czynienia z kryzysem polityki. Dyskurs o Polsce Solidarnej ma zatem formę bez treści w postaci konkretnego politycznego „oprzyrządowania”, takiego jak krytyka poszczególnych polityk i projekty alternatywnych rozwiązań. Dopiero od niedawna fermentuje nowa krytyka społeczna, zagęszczają się kontestacje neoliberalizmu, łamania praw pracowniczych i likwidacji uprawnień socjalnych, polityki antymieszkaniowej, prywatyzacji edukacji. Feminizm dzieli się na neoliberalny i lewicowy – ostatnia Manifa odbyła się pod hasłem sprzeciwu wobec prekariatu i łamania praw pracowniczych. Ruch ekologiczny dostaje nowego wiatru w żagle wraz z rosnącym sprzeciwem wobec energetyki jądrowej, który przez dyfrakcję może dać formę innym protestom społecznym. Nowa jakość w pozaparlamentarnej polityce lewicowej to odchodzenie od ruchów jednej sprawy czy jednej grupy interesu do budowania związków między nimi.

Mamy też pierwsze szczeliny w polityce głównego nurtu, w której konflikt między interesem przetrwania państwa a interesem rynków finansowych w sprawie emerytur i transferów do OFE otworzył konflikt polityczny i podważył fantazmat rynku jako sielanki i jako zastępczego modelu systemu zabezpieczeń społecznych. Z drugiej zaś strony są potrzeby i pragnienia części elektoratu, formy negacji, wezwania do naprawy krzywd transformacji, w tym dotyczących likwidowania praw ekonomicznych i socjalnych. Na razie jednak PiS czy SLD i ich przywódcy nie podważają neoliberalnego porządku transformacji, nie podejmują prób wyobrażenia sobie państwa i rynków inaczej. A szkoda, bo w polskiej polityce parlamentarnej potrzebna jest zarówno lewica katolicka, jak i nowy, postneoliberalny projekt lewicowy.

Profity z profilaktyki

Polska Solidarna – Polska Liberalna

Solidarność jest niezbędna, aby wspólne działania zakończyły się sukcesem. W warunkach szczególnie trudnych, w niebezpieczeństwie, w walce – bywa warunkiem przetrwania grupy. Dotyczy to strajkującej załogi, ratowania się w górach i po katastrofie, ale odnosi się też do narodu, którego byt materialny i tożsamość są zagrożone.

Solidarność nie jest stanem świadomości społecznej danym raz na zawsze. Korzyści wszystkich uczestników grupy wynikające z solidarnego działania osiągane są po upływie czasu i często są niepewne. Korzyści ze złamania zasad solidarności, ze zdrady, z egoistycznego działania w grupie altruistów, są natychmiastowe i bywają znaczne. Po aresztowaniu grupy opozycyjnej ten, który pierwszy zacznie sypać w śledztwie, może liczyć na łagodny wyrok. W „Solidarności”, w Kościele, w redakcjach, w stowarzyszeniach twórców, na wyższych uczelniach, w sądach, we wszystkich zakładach pracy – ludzie, którzy zgodzili się na współpracę z bezpieką, otrzymywali wsparcie w karierze.

Jakaś instancja musi zawsze stać na straży solidarności. W mafii jest omerta, w państwie prokuratura i sąd, w grupie społecznej opinia publiczna. Ostatecznie właśnie ona decyduje, czy niesolidarne postępowanie jest opłacalne. Jeśli zdrada uchodzi płazem, solidarność się załamuje i nie tak łatwo ją odbudować. Nikt nie chce być frajerem.

Opuszczę „pole bitewne” i przypomnę znany w socjologii model wspólnego pastwiska. Jeśli na pastwisko, na którym każdy uczestnik wspólnoty wypasa jedną krowę, ktoś wprowadzi dwie, osiągnie podwójny zysk. Jeśli nie zostanie natychmiast ukarany, inni użytkownicy też wprowadzą dodatkowe krowy. Nikt nie chce być okradany. Pastwisko zostanie zniszczone, krowy będą głodne. Stopniowe wycofywanie dodatkowych krów w imię solidarności jest mało realne. Zniszczone zostało nie tylko pastwisko, również wzajemne zaufanie.

Najważniejszym kapitałem, decydującym o rozwoju kraju, jest zaufanie społeczne. W Polsce zostało ono zniszczone stanem wojennym. Umowa między władzą i społeczeństwem została brutalnie złamana. Co więcej, już wtedy, powołując się na chrześcijańską zasadę przebaczenia, odpuszczano zdrajcom. Potem było już tylko gorzej. Wojciech Jaruzelski został pierwszym prezydentem niepodległej Polski. Kto w okresie transformacji za radą znawców rozwoju kapitalizmu ukradł pierwszy milion, mógł dalej kraść bezkarnie: chroniło go święte prawo własności. Tajne służby utworzyły sieć powiązań polityczno-biznesowych, zakłócających rozwój demokracji i działanie rynku. Nie bez przyczyny każda próba ujawnienia zawartości archiwów tajnych służb kończy się niebotyczną awanturą polityczną, chociaż podobno już dawno problemu nie ma.

Nie rozumiem, dlaczego intelektualiści, socjologowie i filozofowie badający stan społeczeństwa w Polsce i przemiany po 1989 r. nie uwzględniają stanu wojennego i działań agentury. Te tematy są omijane szerokim łukiem nawet w pracach poświęconych „Solidarności”.

Ludzie pracy czują się zdradzeni i oszukani. W „Solidarności” o zakładach przemysłowych mówili „nasze”. Po nacjonalizacji przemysł i duże gospodarstwa rolne nie stały się własnością ani Partii, ani urzędników. Były własnością narodu, chociaż źle zarządzaną i eksploatowaną na rzecz obcego mocarstwa. W procesie transformacji nastąpiło realne wywłaszczenie i zniszczenie miejsc pracy. Zawiodła nowa „Solidarność” i jej przywódcy. Porzuciła działalność związkową, uzależniła się od partii politycznych, osłaniała przekształcanie systemu w Polskę Liberalną, a nawet sama próbowała pełnić rolę partii. Teraz wraca do roli związku zawodowego. Oby się udało.

Jednak przetrwała pamięć o NSZZ „Solidarność” z lat 1980-81, o tym, że miało i mogło być inaczej. Pierwsza „Solidarność” była doświadczeniem milionów ludzi. Dla wielu krótki okres jej działania był najważniejszym w ich życiu.

Hasło „Polska Solidarna”, które pomogło Prawu i Sprawiedliwości wygrać wybory w 2005 r., nie było pustą obietnicą wyborczą. Za rządów PiS skorumpowani politycy i urzędnicy na najwyższych stanowiskach przestali być bezkarni. To spowodowało, że i na niższych szczeblach władzy funkcjonariusze instytucji państwowych bali się wymuszać łapówki. Odetchnęli ludzie prowadzący uczciwe biznesy. Mówili, że mają konkretne oszczędności i nie obawiają się, iż jakaś decyzja administracyjna doprowadzi ich przedsiębiorstwo do bankructwa. Za tamtych rządów wykupiliśmy na własność nasze lokatorskie mieszkanie w spółdzielni. Można też było łatwo, po okazyjnych cenach, wykupić mieszkania kwaterunkowe. Była to konkretna pomoc dla niezamożnych ludzi. Skandalem jest, że na to uwłaszczenie trzeba było czekać tyle lat. Może to zbieg okoliczności, ale przestało się pogardliwie mówić o blokersach. Ważna ustawa o otwarciu zawodów prawniczych dla młodzieży kończącej studia została zablokowana przez Trybunał Konstytucyjny. Brak dostępu do porad prawnych jest jedną z przyczyn bezradności, krzywd, wykluczenia. PiS postawiło tamę prywatyzacji majątku należącego do służby zdrowia. Beata uwiedziona przez agenta zalewała się łzami na oczach milionów telewidzów, ponieważ nie mogła „kręcić lodów przy prywatyzacji szpitali”. Próba zmierzenia się z mafią węglową skończyła się postawieniem PiS pod pręgierzem za samobójstwo Barbary Blidy.

PiS w obsadzie stanowisk popełniło błędy personalne, ale nie broniło „swoich” za wszelką cenę. Na czele wielu instytucji państwowych stanęli znakomici, kompetentni i niezależni ludzie. IPN, chociaż nieustannie atakowany przez agenturę, rozwinął działalność. PiS przygotowało wiele projektów i programów, których nie zdążyło zrealizować. Niektóre kontynuuje PO, niestety tylko werbalnie.

Mówimy o Polsce Solidarnej, więc warto jeszcze wspomnieć o „polityce orderowej” Lecha Kaczyńskiego. Wielu działaczy WZZ, Pierwszej „Solidarności” i stanu wojennego zostało przypomnianych opinii publicznej.

Największym błędem PiS było wycofanie się z bardzo dobrej ustawy o otwarciu archiwów tajnych służb i zwlekanie z publikacją aneksu do raportu o likwidacji WSI. Mafia każde cofnięcie się odczytuje jako słabość i przystępuje do bezwzględnego ataku. Innego rodzaju błędem było upieranie się przy budowie estakady nad bagnami Rospudy. Zaszkodziło to wizerunkowi PiS w oczach ideowej młodzieży. O Rospudzie słyszeli wszyscy, natomiast mało kto wie, że PiS jest przeciw uprawom roślin modyfikowanych genetycznie.

Koalicja z Samoobroną i LPR, chociaż wymuszona arytmetyką sejmową, miała dobre strony. Lepper nieustannie atakował Balcerowicza i domagał się lustracji majątkowej. Społeczeństwo ma krótką pamięć, więc przypominanie pierwotnych przyczyn patologii jest wskazane. Giertych stanowił przeciwwagę dla nachalnej propagandy antynarodowej i antykatolickiej. Niestety, obaj koalicjanci okazali się skrajnie nielojalni. Można odnieść wrażenie, że niektóre działania Giertycha, np. domaganie się na forum UE wprowadzenia bezwzględnego zakazu aborcji, miały na celu skompromitowanie rządu PiS.

Warunkiem wprowadzenia Polski Liberalnej było odsunięcie społeczeństwa od głosu. Ważne i nie wymagające większych środków finansowych jest odbudowanie agory, miejsca spotkań publicznych. Komercjalizacja całej przestrzeni publicznej spowodowała, że nie ma nawet gdzie powiesić plakatu lub zawiadomienia o spotkaniu. Nie ma miejsca, gdzie można pokazać film objęty cenzurą, zaprezentować książkę, zorganizować debatę, zabawę, festyn. Można sobie radzić, korzystając z uprzejmości proboszcza albo lidera jakiejś partii. Nie jest to zdrowa sytuacja. Gdzie ma się udać grupa obywateli oskarżana równocześnie o trockizm i o faszyzm?

Agora powinna być miejscem neutralnym. W Australii są Domy Polskie, z których korzystają wszelkie polonijne organizacje. Widziałam podobnie działające domy dla różnych organizacji społecznych i politycznych w Vancouver i w Waszyngtonie. Gdyby w Polsce w Domu Polskim zatrudnić kilka osób – technika sprzętu audiowizualnego, konserwatora, sprzątacza, prawnika, księgową, urzędnika przyjmującego zgłoszenia na spotkania, wydającego klucze do szaf organizacji i przyjmującego pocztę – koszty działania inicjatyw pozarządowych można by znacznie obniżyć. Mogłyby powstawać nowe. Kto nie zakładał stowarzyszenia, nie wie, że pierwszym problemem jest podanie adresu siedziby. Ponadto, moim zdaniem społeczeństwo obywatelskie to nie jest zbiór organizacji, lecz aktywni obywatele. Ich przede wszystkim mam na myśli, proponując finansowanie agory ze środków publicznych.

Tu i teraz bez żadnych dodatkowych nakładów finansowych można zacząć egzekwować prawo obywateli do informacji o działaniach instytucji państwowych i samorządowych. Teoretycznie można je znaleźć w Internecie, ponieważ wszyscy prowadzą własne strony, a niektórzy nawet wydają biuletyny. Ten sposób komunikowania się z obywatelami ma przeważnie charakter autopromocji. Urzędy nie odpowiadają na listy i pytania. Nie tylko w terminie określonym w prawie, po prostu nie odpowiadają w ogóle. Od dłuższego czasu znajoma bezskutecznie usiłuje dowiedzieć się, jakie jest maksymalne zanurzenie statków, które będą mogły wpływać do portu w Świnoujściu bez kolizji z gazociągiem. Musi nam wystarczyć zapewnienie Angeli Merkel, że wszystko będzie dobrze.

Aby realnie rozpocząć budowę Polski Solidarnej, trzeba diametralnie zmienić sposób oceny stopnia rozwoju społeczno-gospodarczego i odejść od ślepego naśladownictwa krajów rozwiniętych. Zmianie liberalnego sposobu myślenia na solidarny służyłaby detronizacja PKB jako uniwersalnego wskaźnika rozwoju. Związki zawodowe i partie polityczne zainteresowane budową Polski Solidarnej powinny podać do publicznej wiadomości wartość współczynnika Giniego (miara egalitaryzmu) oraz wskaźnika HDI (miara rozwoju społecznego) dla Polski.

Stosowane w naszym kraju kryteria postępu i rozwoju są powierzchowne. Na wsi wójt rozdaje komputery mniej zamożnym rodzinom. Komputery trafiają pod strzechy, a we wsi nie ma kanalizacji i oczyszczalni ścieków, nie ma też żadnej komunikacji publicznej, aby dojechać do miasta.

W sytuacji kryzysu należy zrezygnować z nadmiernych wydatków na propagandę. W szpitalach brakuje pieniędzy na żywienie chorych, a w Warszawie zainstalowano fontannę za 11 mln zł. Gdańsk ufundował za prawie milion złotych pomnik dzieci, które ratowano z Rzeszy wysyłając je do Londynu. Intencją włodarzy miasta było prawdopodobnie zdjęcie z Polaków odium antysemityzmu. Stało się odwrotnie. Budowa i odsłonięcie pomnika dały okazję do przypisywania Polakom zbrodni niemieckich. Na budowę Europejskiego Centrum Solidarności przeznaczono kilka milionów złotych. W Polsce Solidarnej nie byłoby to możliwe. Nikt nie protestuje, ponieważ nie wypada występować przeciw idei Solidarności. Do różnych tabu narzucanych przez polityczną poprawność doszło jeszcze i to.

Nie widzę uzasadnienia, aby ograniczać się do jednej idei i tradycji, nie widzę potrzeby ustalania hierarchii wartości. Doktrynalnie traktowane wartości są wzajemnie sprzeczne. Teolog szwajcarski Romano Amerio błędnemu odczytaniu dogmatu o Trójcy Świętej przypisuje fakt, że w naszym myśleniu prymat zdobyło pojęcie miłości, kosztem kategorii poznania i prawdy. Miłość do nieuleczalnie chorych może być uzasadnieniem eutanazji. Miłość pojmowana jako zgoda i brak konfliktów prowadzi do ekumenizmu dobra ze złem, prawdy i fałszu. Prawdziwą miłość poprzedza poznanie opierające się na prawdzie.

Nie podzielam optymizmu władzy, że Polska jest „na właściwej ścieżce i kursie”. Przeciwnie, ten optymizm mnie niepokoi. Nie mam zaufania do przywódców, którzy nie dostrzegają i nie przewidują zagrożeń. Imitowanie państw zachodniej Europy kojarzy się z potiomkinowskimi wioskami i wpisuje w tradycje propagandy komunistycznej. W systemie neoliberalnym nie wygląda to lepiej. Tak długo ukrywa się problemy, pożycza pieniądze, stosuje kreatywną księgowość, aż dojdzie do bankructwa. Zagrożenia są poważne. Uważam, że powinniśmy przede wszystkim sięgać do polskiej tradycji i szukać rozwiązań niekonwencjonalnych. W historii mieliśmy księży-społeczników oraz komunistów traktujących robotników z pogardą. Nieważne, czy kot jest prawicowy czy lewicowy, byle łowił myszy.

W Polsce jest wielu kompetentnych i przyzwoitych ludzi. Problem w tym, że niewielu z nich przebiło się do mediów. W debacie publicznej wciąż dominują liberałowie. Wybitni ekonomiści na świecie uznali liberalizm za koncepcję chybioną, ale w Polsce wciąż chowamy głowę w piasek. Oprócz przymiotów intelektualnych, ludzie opracowujący projekt prospołecznego rozwoju muszą wyróżniać się odwagą i niezależnością. Nie widzę obecnie nikogo, z wyjątkiem Jarosława Kaczyńskiego, kto mógłby tych ludzi zebrać razem.

Nie możemy jednak liczyć na to, że korzystne dla społeczeństwa zmiany zostaną przeprowadzone odgórnie, nawet gdy będziemy mieli sojuszników w parlamencie. Dlatego decydująca będzie samoorganizacja społeczeństwa. W tej chwili sytuacja polityczna wygląda beznadziejnie. Rząd robi, co chce (czyli niewiele), troszcząc się tylko o swój wizerunek. Można odnieść wrażenie, że władza i elity żyją w innej Polsce niż reszta obywateli.

Niepokojąca jest propaganda, której celem jest dezintegracja. Jaki jest sens przeciwstawiania „dzikusów”, domagających się rzetelnego śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej, „kulturalnemu” ogółowi, który do takich incydentów nie przywiązuje większej wagi?

Polskę Solidarną można zbudować tylko w oparciu o patriotyzm, który nadaje znaczenie pojęciu wspólnego dobra.

Profity z profilaktyki

Sprawiedliwość społeczna zamiast solidaryzmu

Żeby dokonać znaczącej reorientacji polityki społeczno-gospodarczej, nie mówiąc już o zmianie modelu państwa, trzeba mieć za sobą zbuntowane masy, a nie na sznurki powiązaną koalicję.

Nic to, że ludzie głosowali na lewicową retorykę braci Kaczyńskich czy buntownicze tyrady Andrzeja Leppera. Wszystkie trzy partie koalicyjne, które miały zaprowadzić Polskę Solidarną, nie odbiegały konstrukcją od reszty sceny politycznej. Nawet Samoobrona, która rozpoczynała jako ruch oddolny, bardzo szybko przywdziała garnitur i weszła w buty biurokracji PSL-owskiej. Okazało się, że lokalnym działaczom chodzi o władzę i pieniądze, a nie o żadne zmiany. Bojownicy z czasu blokad musieli ustąpić miejsca napływającym szeroką rzeką karierowiczom, sponsorom, którzy władzy raz zdobytej ani myśleli oddawać. Nawet więc gdyby Andrzej Lepper nie pokochał tak bardzo drogich garniturów, limuzyn i tytułów, to i tak stałby się zakładnikiem własnego aparatu, kierującego się czystym egoizmem, nie zaś dobrem społecznym czy jakąkolwiek ideą.

Bracia Kaczyńscy zrobili duży numer, obchodząc SLD z lewej flanki, ale był to wybieg taktyczny, a nie żaden przełom programowy. Skrzydło liberalne jest w PiS z pewnością najmocniejsze – gdyby było inaczej, partia nie miałaby tych wszystkich pieniędzy na kampanię. Obsesyjne skupianie się na „walce z układem” było największą słabością intelektualną tej konstrukcji. Kaczyńscy umieli dostrzec niesprawiedliwość, ale nie potrafili jej przypisać systemowi. Stąd teorie spiskowe i paranoiczne tropienie agentów, mimo że winni sytuacji społecznej byli bardzo blisko, np. wśród sponsorów ich kampanii wyborczych.

Gdyby np. traktowali poważnie swoje zamierzenia w zakresie budowy mieszkań, musiałoby to oznaczać starcie się z potężną grupą interesu, jaką są banki żyjące z kredytów hipotecznych oraz deweloperzy. Do niczego takiego nie doszło. Polska Solidarna to chadecki humbug, podobnie jak społeczna gospodarka rynkowa. Bracia byli gotowi na likwidację WSI i bardzo się dziwili, że po wykonaniu tego zadania Polska nie stała się ani trochę bardziej solidarna. Bo solidarność może się przejawiać w systemie podatkowym oraz konstrukcji budżetu, a tu żadnych godnych zauważenia zmian na lepsze nie było. Przeciwnie, finanse publiczne pod wodzą pani Gilowskiej dryfowały w dotychczasowym, niesolidarnym kierunku, polegającym na negatywnej redystrybucji i malejącym udziale budżetu w rosnącym PKB. Okres rządów egzotycznej z pozoru koalicji był przy tym tak burzliwy i obfitował w tyle objawów koalicyjnej nielojalności ze strony PiS, że niemożliwa była realizacja jakiejkolwiek – złej czy dobrej – wizji ustrojowej. Gdyby oczywiście istniała taka wizja, czyli coś ponad wyborcze gruszki na wierzbie.

Polska Solidarna to pojęcie wydumane, u którego podstaw leży naiwna wiara w możliwość sprawiedliwego ładu społecznego, utworzonego na bazie wspólnoty, jaką jest Polska – Naród. Od kwietnia 1997 r. mamy, przynajmniej formalnie, jakieś reguły gry, zbiór norm, którymi powinien się kierować ustawodawca, a także władza wykonawcza. Analiza tego zbioru ma znaczenie nie tylko teoretyczne, zważywszy na wymóg zgodności ustaw z Konstytucją. Ustawa zasadnicza jest też, co równie ważne, pierwszym manifestem ideowym nowego ustroju. W akcie tym ani razu nie pada słowo „społeczeństwo”.

Jest więc Rzeczpospolita „dobrem wspólnym wszystkich obywateli”, ale jedynym, co tych obywateli spaja, jest wspólna tożsamość narodowa, bo skoro nie ma społeczeństwa, to i o więziach społecznych trudno mówić. Władzę sprawuje właśnie naród, który w myśl stwierdzenia Preambuły jest tożsamy z „wszystkimi obywatelami Rzeczypospolitej”. Tym jednym ruchem zapisano do niego również mniejszości narodowe, w tym wyodrębniającą się dynamicznie mniejszość śląską. Tak sztucznego zabiegu dokonano, żeby poza narodem, podmiotem o określonej tożsamości kulturowej, religijnej i historycznej, nie wprowadzać żadnej innej kategorii wspólnoty, aby Konstytucja mogła chronić nie społeczeństwo, lecz każdego obywatela z osobna, jako jednostkę.

Szczególne znaczenie w kontekście innych ustaw zasadniczych ma zabarwienie słowa „naród”, które w językach zachodnich oznacza jednocześnie grupę etniczną o określonej tożsamości i po prostu lud. Stąd tym samym słowem posłużyli się ojcowie-założyciele w Konstytucji Stanów Zjednoczonych: We the People – My naród/lud, oraz demonstranci w latach 60., głosząc hasło power to the people – władza dla ludu. Po rosyjsku można powiedzieć raboczij narod i oznaczać to będzie lud roboczy, nie naród. Ten ostatni w polskiej tradycji był szlachecki, we współczesnej Polsce zatem, wbrew istocie idei demokracji, władza nie należy do ludu. Słowo „społeczeństwo” znikło też z debaty publicznej, zastąpione właśnie narodem lub „Polakami”, odmienianymi przez wszystkie przypadki w przemówieniach polityków dowolnej orientacji.

Skoro więc władzy w państwie nie sprawuje lud, tylko podzielony na jednostki naród, to i pojęcie społecznej gospodarki rynkowej wydaje się być do Konstytucji wstawione niczym nie pasujące ciało obce.Nie stoi ona bowiem na straży żadnej innej własności poza prywatną, poświęcając jej dużo miejsca. Tymczasem sensem społecznej gospodarki rynkowej jest harmonijne współistnienie własności prywatnej obok spółdzielczej, stowarzyszeniowej, komunalnej czy państwowej. Fakt objęcia konstytucyjną ochroną jednej formy własności z pominięciem pozostałych wskazuje na oczywistą dyskryminację i zadaje kłam odwołaniu do społecznego charakteru gospodarki rynkowej w Polsce. Nic dziwnego, że pod rządami takiej ustawy zasadniczej majątek narodowy podlega stałemu uszczuplaniu na rzecz prywatnych właścicieli.

Konstytucja obiecuje też chronić Polaków za granicą, weteranów walk o niepodległość oraz inwalidów wojennych, ale nic nie wspomina o ludziach niezamożnych czy zagrożonych lub dotkniętych wykluczeniem społecznym. Zaledwie napomyka o tak elementarnych kwestiach, jak prawo do pracy, edukacji, zabezpieczenia społecznego, dachu nad głową, za to dopuszczalny poziom długu publicznego określa dokładnie, w procentach. Te niespójności i niekonsekwencje nie są bynajmniej wyłącznie wynikiem kiepskiej pracy Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego, ale przede wszystkim skutkiem przyjęcia ideologii neoliberalnej za podstawę najwyższego aktu prawodawczego w państwie.

Nie istnieje żaden naród o spójnych interesach. Są wygrani i przegrani, krzywdzący i krzywdzeni, bogaci i biedni. Globalizacja narzuca pewien model podporządkowania interesów gospodarczych państw strategiom i zyskom ponadnarodowych korporacji, ale porządek wewnątrz kraju wciąż ma charakter klasowy. A klasa uprzywilejowana świetnie wychodzi, przynajmniej na krótką metę, na wyprzedaży interesu własnej gospodarki. Główne dziedziny, w których dokonuje się przyspieszona akumulacja kapitału (banki, sieci handlowe, fundusze emerytalne, ubezpieczenia) zostały już oddane w ręce korporacyjne i procesu tego nie da się odwrócić aktami politycznymi. Klasa polskich właścicieli sama się marginalizowała, stając się grupą raczej rentierów niż inwestorów.

Zamiast szukać spisków wewnątrz kraju, należało śledzić powiązania z międzynarodowymi korporacjami – nie agenturalne, lecz kapitałowe.Gdyby jednak istniała licząca się grupa polskich kapitalistów, to doświadczenie pokazuje, że tak samo nie miałaby litości dla ludzi pracy, jak kapitaliści zagraniczni. I nie ma w tym żadnego spisku – na tym polega kapitalizm. A zatem nie ma nic do zrobienia dla większej spójności społecznej w ramach filozofii solidaryzmu społecznego.

Szczerze mówiąc, aksjologia leżąca u podstaw koncepcji Polski Solidarnej to nacjonalizm i ja akurat nie optuję za tym, żeby się do niej odwoływać. Jest to w istocie moralność Kalego, tylko na skalę grupy narodowej. Czyli obrzydliwość. Kiedyś byłem w kościele – oczywiście w okresie walk o demokrację – na wykładzie o społecznej nauce Kościoła. Wykład prowadził Michał Boni. Na moje pytanie, co powinien robić dobry Polak-katolik, gdy okaże się, że pracodawca nie kieruje się tą doktryną? Usłyszałem, że trzeba zrobić wszystko, aby się nią kierował. Tego rodzaju katechizacja bogatych prowadzona przez ubogich nie wydaje się sensowna, tak jak i cała doktryna solidaryzmu.

Oczywiście można sobie wyobrazić atrakcyjną dla społeczeństwa wizję polityczną. Będzie to wizja Polski socjalnej, czyli wychodząca z założenia, że istnieje coś takiego jak społeczeństwo, a nie tylko zbiór jednostek, zantagonizowanych i konkurujących ze sobą zaciekle. Spójność takiej zbiorowości będzie tym większa, im mniejsze będą różnice majątkowe, im mniejsze rozwarstwienie, zaś jej spoiwem zasada współpracy, a nie rywalizacji. Wymaga to jednak istnienia w sferze intelektualnej projektu tak skonstruowanego społeczeństwa, a więc inteligencji, która będzie taki porządek wymyślać i proponować. W czasach poselskich zaproponowałem wszystkim znaczniejszym politykom społecznym spotkanie pod egidą prezydenta Kwaśniewskiego i powołanie przy jego urzędzie Rady Konsultacyjnej ds. Polityki Społecznej. Zainteresowanie wyraził tylko jeden – prof. Julian Auleytner. Pozostali obawiali się utraty łask Komitetu Badań Naukowych, który był już pod kontrolą rządu AWS. Auleytner się tego nie obawiał, bo był właścicielem uczelni, na której wykładał.

Kiedyś społeczeństwo podążało za intelektualistami, wizjonerami takimi jak Mickiewicz, Towiański, Słowacki, Żeromski. Oni też zawieszali poprzeczkę politykom. Dziś to inteligenci z tytułami podążają jak barany za politrukami w rodzaju Adama Michnika. Nieliczne wybitne autorytety naukowe i moralne, takie jak Zygmunt Bauman czy prof. Mieczysław Kabaj (w wiecznych rozjazdach), pozostają poza krajem i jego duszną atmosferą służalczości wobec kapitału i jego politycznych kelnerów: posłów, ministrów, premierów czy prezydentów. Autorytet powstaje podczas dyskusji na agorze, u nas jest tylko spółka Agora, która swobodną dyskusję uniemożliwia. Nie wątpię jednak, że przestrzeń dialogu otworzy jakiś nowy ruch społeczny, który skutecznie przeciwstawi się neoliberalnemu barbarzyństwu. Wraz z ruchem wyłonią się postaci, za którymi ludzie zechcą podążyć. Ale to jeszcze przed nami.

Polska Solidarna to mit i to wcale nie niewinny. Sugeruje on, że zamiast walki klas potrzebne jest zespolenie wysiłków wszystkich dobrych patriotów. Taki horyzont jest sztuczny i przysłania istotę konfliktu społecznego między tymi, których owoce pracy są zawłaszczane, a tymi, którzy je zawłaszczają. Dlatego należałoby tę koncepcję raczej zwalczać niż kombinować, jak ją wcielić w życie. Zawarty w niej neoliberalizm i nacjonalizm są przeszkodą na drodze do urzeczywistnienia bardziej egalitarnego modelu społeczno-gospodarczego.

Dopóki ludzie będą pozwalać na dzielenie ich na „komunę” i „Solidarność”, wierzących i niewierzących, sposobem kanalizowania niezadowolenia społecznego będzie eksploatowanie konfliktów zastępczych. Przez długi okres po 1989 r. był to konflikt historyczny zwolenników „Solidarności” oraz „komuchów”, czyli ludzi identyfikujących się z poprzednim systemem. Z punktu widzenia interesów świata pracy był to konflikt całkowicie sztuczny, choć chętnie podtrzymywany przez elity. Zarówno bowiem te należące do obozu „Solidarności”, jak i te z PZPR zawarły przy Okrągłym Stole kompromis, kontynuowany w Sejmie „kontraktowym”, który działał na szkodę pracowników niezależnie od ich afiliacji związkowej. Prywatyzacja oznaczała przede wszystkim zwolnienia grupowe i ogólnie wzrost bezrobocia oraz zmniejszenie siły nabywczej społeczeństwa. Każdy z partnerów tego kompromisu mógł winą za wspólny skok na kasę obarczyć drugą stronę, wołając „łapaj złodzieja”, aby wymigać się od odpowiedzialności przed własnym zapleczem wyborczym.

Dziś, gdy z racji upływu czasu tamten konflikt wygasa, zastąpiono go nowym, również zastępczym podziałem na Polskę nowoczesną, europejską oraz tę zacofaną, klerykalną, „moherową”. Takie sztuczne konflikty mają do tego stopnia zawładnąć zbiorową wyobraźnią, by nie pojawiły się w debacie publicznej sprawy najważniejsze, decydujące o stratyfikacji społecznej, społecznym podziale pracy i dystrybucji dochodu narodowego. Żaden z głównych aktorów sceny politycznej, żadna z obecnych w Parlamencie partii nie podważa milczącego konsensusu, w ramach którego w debacie porusza się kwestie drugorzędne, odsuwając zasadnicze na dalszy plan. Bo w tych ostatnich są one niemal jednomyślne.

Zamieszanie w ludzkich głowach jest już dziś tak wielkie, że coraz większy posłuch znajdują nawoływania do jedności sił politycznych dla dobra kraju. Wrażenie powszechnego konfliktu i nieustających kłótni każe ludziom upatrywać przyczyny ich trudnej sytuacji raczej w sporach niż w faktycznej jednomyślności klasy politycznej, która pod osłoną udawanych utarczek wspólnie służy interesom grup uprzywilejowanych. Hałaśliwy, oparty na brutalnej retoryce styl uprawiania polityki, gdzie rzeczowa dyskusja jest nie do pomyślenia, sprawia, że to politycy są obiektem największej niechęci ze strony opinii publicznej, a nie ich mocodawcy, którzy dzięki tak ukształtowanemu systemowi politycznemu mogą zawsze liczyć na tanią i zdyscyplinowaną siłę roboczą.

Dopóki nie pojmą, że linia podziału przebiega między bogatymi i biednymi, elitą władzy i pieniądza a światem pracy, Polacy będą zniewoleni i niezdolni do wywalczenia sprawiedliwszego podziału dochodu narodowego. Państwo, które stało się w najbardziej bezczelny z możliwych sposobów „komitetem wykonawczym interesów burżuazji”, jest znienawidzone. Dlatego dobro publiczne ustępuje miejsca prywacie, wyznaczającej horyzont myślowy mas, które tylko w ramach Rei Publicae mają szanse na godne życie. To daje elicie oręż do ograniczania i tak już skromnej daniny publicznej, która jest na nią nałożona. Ta logika sprawia, że wszelkie podatki jawią się jako zło, a stąd już krok np. do prywatyzacji służby zdrowia.

Ci sami ludzie, którzy utożsamiając się z robiącą im wodę z mózgu elitą, nie chcą zwiększenia podatków dla bogatych, nie aprobują też wycofywania się państwa z usług społecznych i innych form opiekuńczych. Popierają więc przyczynę, dla której jest coraz mniej państwa, nie godząc się z logicznymi konsekwencjami takiej antypaństwowej postawy. Każda próba „uspołecznienia państwa” musi się więc wiązać z rewolucyjnym zrywem na miarę Sierpnia ‘80. Tylko wtedy, gdy ludzie poczują, że mają realny wpływ na sprawy publiczne, zaczną myśleć o swym kraju „my”, a nie „oni”. Największym wrogiem na tej drodze jest „policja myśli” obecna tak w mediach, jak i w systemie edukacji. Należą też do niej sponsorowane przez elitę think tanki w rodzaju Fundacji Batorego czy „Krytyki Politycznej”.

Obecne na scenie politycznej partie stanowią zgodne konsorcjum władzy, działające w imię przywilejów i rosnących przepaści społecznych, dlatego nie należy z nimi, niezależnie od scenariuszy koalicyjnych, wiązać żadnych nadziei na poprawę losu większości obywateli. Potrzeba społecznej lewicy, która zorganizuje ruch poza obecnym systemem parlamentarnym i dopiero z pozycji siły przystąpi do szturmu na Pałac Zimowy. Instrumentem tego szturmu może być kartka wyborcza, ale siłą – jedynie masowy opór wobec wyniszczającego tkankę społeczną, głęboko odhumanizowanego systemu ucisku i wyzysku, który panuje w Polsce. I tylko pod takim warunkiem dojdzie z czasem do tego, że większość wygra wybory.