przez Ryszard Bugaj | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
dr hab. Ryszard Bugaj
„Solidarna Polska” to jedna z emanacji hasła „IV Rzeczypospolitej”. To alternatywa PiS-u dla III RP. Alternatywa PO, która także kontestowała system III RP, była inna: omnipotentny rynek i „jak najmniejsze państwo”. Realizacja wizji Solidarnej Polski miała prowadzić co najmniej do zasadniczego ograniczenia niesprawiedliwości i pozbawienia elit wyłącznej kontroli nad państwem. Ten postulat nie określał jednak polityki tej partii, gdy była u władzy. PiS wprawdzie sugerował, że z powodu przywiązania do programu Solidarnej Polski musiał z Leppera zrobić wicepremiera, ale jego realizację powierzył najpierw Marcinkiewiczowi, a potem Zycie Gilowskiej.
PiS hasła Solidarnej Polski nigdy zresztą nie skonkretyzował, a w polityce jego rządu trudno było dostrzec działania z tym hasłem współbrzmiące (może ulgi podatkowe na dzieci i likwidacja WSI). Już łatwiej wskazać działania bliskie idei… Liberalnej Polski: spłaszczenie podatków czy likwidację podatku spadkowego. Jedno i drugie było bardzo korzystne dla najzamożniejszych, a osobliwie dla oligarchów. Ale to nie znaczy, że PiS grał cynicznie. Sądzę, że polityczne środowisko tej formacji ma raczej ograniczoną zdolność do oceny alternatyw w sferze społeczno-gospodarczej. Dla Jarosława Kaczyńskiego liczy się tylko „czysta polityka”.
Scena polityczna jest już od dawna „zabetonowana” – po doświadczeniu z Samoobroną i LPR-em wyborcy są szczególnie nieufni w stosunku do wszystkich kontestatorów. Nie bardzo zatem widać dziś perspektywę skierowania polityki państwa w koleiny Solidarnej Polski. Wprawdzie nie wiadomo, czego można oczekiwać po PiS-ie, ale nic nie wskazuje na to, że ta partia wykroczy poza ogólnikowe hasła. Zresztą utraciła już wiarygodność – najlepiej świadczy o tym PJN, który składa się przecież z byłych wpływowych polityków PiS i zwolenników… Solidarnej Polski.
Trudno czegokolwiek spodziewać się po SLD, którym kieruje zbieracz grzybów, znany też z tanecznych popisów i ciągnięcia ciężarówki. Ale w tym roku prawo wyborcze zyskuje wielu Polaków, którzy mogą nie pamiętać, kim jest Leszek Miller i kto rządził Polską w latach 2001-2005, dlatego SLD może otrzymać nawet 15% głosów. Myślę, że jest prawie pewne, iż po wyborach będzie rządził tandem PO-SLD. Będzie rządził zgodnie z hasłem Liberalnej Polski, ale to hasło nie zostanie wprost ogłoszone, a prowadzona polityka będzie skrajnie pragmatyczna, czytaj: kunktatorska.
Jest mało prawdopodobne, by rządy PO-SLD gwarantowały stabilność. Potencjał konfliktu zdaje się w Polsce być już bardzo wysoki. Niekorzystnie zmieniają się także uwarunkowania zewnętrzne. Kryzys w światowej gospodarce jeszcze się nie zakończył (i nie można wykluczyć globalnych perturbacji), a nasz kraj wcale nie jest „zieloną wyspą”. Polsce naprawdę potrzebne są zmiany, które choć trochę urealnią zasadę równych szans i pozwolą państwu skuteczniej stymulować rozwój gospodarczy. Trzeba też zagwarantować, by zwykli ludzie mieli realnie coś do powiedzenia.
Niestety, jest wysoce prawdopodobne, że system demokratyczny w obecnym kształcie nie jest zdolny do wygenerowania koniecznych zmian. Z tym systemem związane są bardzo wpływowe interesy grup uprzywilejowanych, a i neoliberalna ideologia nie jest (jak kiedyś komunizm) martwa. Aczkolwiek dobrze, że mamy system demokratyczny, bo choć nie gwarantuje on antycypacyjnego dostosowania instytucji państwa i jego polityki, to jednak chroni przed takimi konfliktami, jakie obserwujemy dziś w krajach arabskich.
Z grubsza biorąc wiadomo, co trzeba zrobić:
- odblokować system polityczny (dużo mniej pieniędzy dla partii i twardy zakaz używania prywatnych środków, obniżenie progów wyborczych, ograniczenie omnipotentnej władzy Trybunału Konstytucyjnego);
- zmienić system podatkowy (wprowadzenie realnej progresji podatku dochodowego, niezależnie od źródła dochodów);
- zmodernizować system ubezpieczeniowy (bezwyjątkowa zasada: wysokość składki proporcjonalna do rzeczywistego dochodu i dobrowolne ubezpieczenie w II filarze; powolne podwyższanie wieku emerytalnego);
- zrezygnować z prywatyzacji „do dna” i z partyjnej nomenklatury w spółkach Skarbu Państwa;
- zlikwidować powiatowy szczebel samorządu;
- zająć twardą postawę wobec Brukseli (sprzeciw wobec ograniczenia funduszy spójności i ponoszenia narzuconych kosztów na program środowiskowy, niezgoda na pełzającą federalizację i odłożenie na długi okres akcesji do strefy euro).
To oczywiście nie wszystkie konieczne i celowe zmiany, a każda z nich musi być skonkretyzowana. Należy jednak podkreślić, że problemem nie jest brak możliwości prowadzenia innej polityki, lecz zakorzeniony w interesach brak woli jej podjęcia.
Trudno się spodziewać, że polityczny kartel (PO, PiS, SLD, PSL) wprowadzi zmiany otwierające dla konkurencji rynek polityczny. Zresztą jest już do wyborów zbyt mało czasu. To jednak nie znaczy, że nic nie można zrobić. Przede wszystkim potrzebne jest przekonanie jak największej części wyborców, że udział w głosowaniu to ich prawo, ale nie obowiązek. Zagrożenie bojkotem wyborów to dla klasy politycznej jedyne dziś realne niebezpieczeństwo. Jest też bardzo ważne, aby – wobec programowej impotencji ugrupowań parlamentarnych – pojawiły się pluralistyczne pomysły dla polityki. Aby jak najwięcej obywateli miało świadomość, że potencjalnie istnieją merytoryczne alternatywy, że spór o wyjaśnienie smoleńskiej katastrofy – choć ważny – nie może zastąpić sporu o kluczowe kwestie ekonomiczne i społeczne, o stosunek do integracji europejskiej i kształt systemu politycznego. Jeżeliby się to powiodło, znaczyłoby to, że społeczeństwo pokazało klasie politycznej żółtą kartkę. Nie ma pewności, czy coś by to pomogło, ale można mieć nadzieję, że powstałby niepokój. Warto zabiegać o taki efekt.
przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Za kilka miesięcy kolejne wybory parlamentarne. Ponownie ich głównymi aktorami będą zaledwie 2-3 partie, zwierające się w klinczu doskonale znanych haseł, propozycji i wzajemnych zarzutów. Nie spodziewamy się po tym starciu wiele, gdyż debata publiczna, czy raczej międzypartyjna, staje się coraz bardziej ogólnikowa, same kampanie wyborcze zaś sprowadzają się do sloganów, billboardów, uśmiechów i złorzeczeń. Do gombrowiczowskiej wojny na miny.
Zapewne jednym z elementów kampanii stanie się – piszemy to w czerwcu 2011 r. – odgrzewanie sporu między „Polską solidarną” a „Polską liberalną”. Napędzał on kampanię roku 2005, w mniejszym stopniu również tę późniejszą o dwa lata. Choć nasze środowisko zawsze było krytyczne wobec wizji „Polski liberalnej”, zanim jeszcze została ona tak nazwana, bardzo wiele do życzenia pozostawiał w naszej opinii także obóz „Polski solidarnej”. Po pierwsze, wiele jego poczynań dalekich było od faktycznego solidaryzmu, bliskich zaś właśnie liberalnej wizji. Po drugie, idea ta nigdy nie zyskała konkretnego kształtu, pozostając zbiorem wzniosłych sloganów, nie wskazujących na zasady, rozwiązania i mechanizmy, które mogłyby stać się fundamentem reorientacji ustrojowej. Po trzecie wreszcie, dobra pamięć nie pozwala nam zapomnieć, iż wielu deklaratywnych zwolenników „Polski solidarnej” to ludzie mający za sobą przeszłość w postaci inicjatyw i decyzji bliskich ideologii liberalnej.
Niezależnie od naszych ocen i preferencji, „wielka polityka” funkcjonuje wedle swoich reguł. Jedną z nich jest wyraziste artykułowanie opozycji wobec przeciwnika, przynajmniej na poziomie haseł. Stąd też, przewidując, że wyborczy spór „Polski liberalnej” z „Polską solidarną” powróci również w roku 2011, poprosiliśmy kilka osób o opinię na ten temat. W redakcyjnej ankiecie wzięły udział ostatecznie cztery osoby, choć pierwotnie miało być ich nieco więcej – zabrakło m.in. tych, które można utożsamiać z prospołecznym skrzydłem PiS. Na kolejnych stronach znajdziecie rozważania uczestników ankiety, dla których inspiracją stały się pytania zadane przez redakcję „Nowego Obywatela”, m.in.:
- Kilka lat temu wizja Polski Solidarnej, mającej się opierać na ideałach Sierpnia i definiowanej jako przeciwieństwo Polski Liberalnej, dała PiS zwycięstwo wyborcze. Jak Pan/Pani ocenia wcielenie tego hasła w życie – czy rządy koalicji PiS/SO/LPR oznaczały jego realizację, czy poprzestano jedynie na deklaracjach przedwyborczych?
- Jakie konkretne postulaty i działania polityczne, dostępne „tu i teraz” dla ugrupowania parlamentarnego i jego partnerów (np. związki zawodowe) są Pana/Pani zdaniem możliwe i konieczne do wprowadzenia w życie, aby można było mówić o faktycznej ewolucji Polski Liberalnej ku Polsce Solidarnej?
- Jakie osobowości życia publicznego oraz środowiska (intelektualne, naukowe, polityczne) mają realny potencjał do sformułowania koncepcji całościowej, realistycznej, a zarazem atrakcyjnej dla społeczeństwa, dotyczącej prosocjalnego zwrotu w polskiej polityce?
- Zmiany w jakiej sferze uważa Pani/Pan za kluczowe dla budowy Polski Solidarnej?
- Jakie widzi Pani/Pan największe przeszkody na drodze do urzeczywistnienia bardziej solidarystycznego i egalitarnego modelu społeczno-gospodarczego?
Zapraszamy do lektury.
przez Michał Sobczyk | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Do jakiego stopnia instytucje państwa są w stanie rozwiązywać problemy społeczne?
Kazimierz W. Frieske: James Scott w książce „Seeing Like a State” mówi, że przechodzimy przez okres kryzysu państwa opiekuńczego. To częsta opinia, jednak Scott rozumie ów kryzys w dość szczególny sposób, który wydaje mi się ciekawy i ściśle związany z pytaniem. Jego zdaniem, państwo opiekuńcze stanowi konsekwencję myślenia wywodzącego się z czasów Oświecenia, w które wbudowane jest przeświadczenie, że potrafimy kontrolować własną historię. Według frazy Comte’a: „wiedzieć, żeby przewidywać, przewidywać, żeby działać”. Otóż Scott powiada, że coraz częściej przekonujemy się, że państwo nie jest w stanie kontrolować tego, co się wydarzy.
Ten problem przejawia się w rozmaitych postaciach. Przykładowo, państwo nie potrafi zapanować nad dynamiką przestępczości. Nie daje sobie też rady, co było ostatnio widać, z kontrolowaniem dynamiki cyklu gospodarczego. Wreszcie, nie radzi sobie z bezrobociem i generalnie rzecz biorąc z polityką społeczną.
Wydaje mi się zatem, że państwo nie panuje nad realiami, dlatego w niewielkim stopniu może w sposób trwały rozwiązywać rozmaite problemy społeczne. Co więcej, jeśli posłuchać pomysłów, o których mówi się w Polsce, można się tylko złapać za głowę. Jak można zgłaszać postulat wydłużenia okresu aktywności zawodowej, jeżeli bezrobocie wśród młodzieży sięga 40%? Mam oczywiście świadomość, że to są w dużej mierze odmienne miejsca pracy,ale tak czy owak posunięcie to wydaje się zupełnie pozbawione sensu. Jest pewnym argumentem, że ludzie żyją dłużej, jednak z drugiej strony jeżeli popatrzeć na liczony przez Eurostat, mało znany w Polsce wskaźnik, jakim jest przeciętna długość trwania życia w dobrym zdrowiu, to okaże się, że w Polsce jego wysokość spada, i to dość dynamicznie. Znakomita większość 60-latków kwęka i wystarczy pójść do lekarza, a dostanie się zwolnienie – i lekarz nas nie oszuka, bo na pewno coś nam dolega. Wpychamy seniorów na rynek pracy, a potem musimy im wypłacać zasiłki chorobowe. Nie chce się tego dostrzec, bo akurat modne jest wydłużanie okresu aktywności zawodowej. To zresztą kwestia nie tylko mody, ale i usilnego dążenia do zwiększenia segmentu populacji, który można obłożyć podatkiem dochodowym.
Generalnie biorąc, możemy powiedzieć, że państwo zawodzi jako stabilizator życia społecznego. Ba, państwo – tak jak ono funkcjonuje obecnie, organizując swoją aktywność w duchu neoliberalnej ideologii gospodarczej – samo produkuje niepewność. Przykładem jest system emerytalny, deregulacja rynku pracy czy to, co stało się w szeroko rozumianym systemie edukacyjnym. To powoduje nie ryzyko, ale niepewność, co ma dalszą konsekwencję. Mianowicie, jeśli państwo produkuje niepewność, to produkuje również irracjonalność. W nieprzewidywalnym świecie, w którym nic nie jest pewne, człowiek nie potrafi racjonalnie kalkulować i podejmować racjonalnych decyzji. Państwo nie spełnia zatem swej podstawowej funkcji: stabilizowania społecznej rzeczywistości wokół nas.
Jakie są z tego wszystkiego wnioski praktyczne? Takie, że dotąd stawialiśmy przed państwem zbyt ambitne zadania?
K. W. F.: To nie są ambitne zadania, bo państwo do czasu dawało sobie z nimi radę. Ten świat także wcześniej przechodził gwałtowne turbulencje.
Nie, żebym do tego tęsknił, ale świat przed stu laty był bardziej stabilny. Wyobraźmy sobie, że staje Pan na ślubnym kobiercu. Statystyka mówi, że już wtedy powinien się Pan rozglądać wśród druhen, gdyż według niej za 3 lata wymieni Pan oblubienicę na nowszy model. W interakcje społeczne wbudowana jest niepewność: nie „jesteś moja aż do śmierci”, tylko „według statystyk, jesteś moja na troszkę”. To tylko przykład, podobna nieprzewidywalność towarzyszy także innym aspektom życia społecznego.
Czy są jakieś inne struktury, wspólnoty czy sieci redystrybucji, które w tych niepewnych czasach mogą skutecznie wypełniać luki stworzone przez niedomagające państwo?
K. W. F.: Polacy, co pokazują wszystkie badania, są familiocentryczni. Rozszerzona rodzina, zbudowana nie tylko na więzach krwi, ale także na powinowactwie itd., jest dla nas podstawową strukturą, w której działa mechanizm wzajemności. Od lat powtarzam, że wbrew pozorom jest on bardziej efektywnym regulatorem życia zbiorowego niż formalny system prawny. Ten ostatni jest nieefektywny w kontrolowaniu ludzkich zachowań, wobec tego umożliwia mniejszą przewidywalność niż zasada wzajemności.
Zasada ta działa lepiej, gdy ludzie sprzęgnięci są silnymi więziami społecznymi. Obserwowana obecnie indywidualizacja jest kłopotem, który sami sobie stworzyliśmy. Istnieje cała literatura, która pokazuje bolesne paradoksy i pęknięcia indywidualizmu. Proszę zwrócić uwagę, że według badań socjologów, jeżeli połączyć indywidualizm z wartościami materialistycznymi, ludzkie wybory przesuwają się z czasem w stronę wartości postmaterialistycznych. Znowu zaczynamy sobie cenić wspólnotę, ciepłe kontakty z innymi.
Postulat państwa-minimum dowiódł swojej słuszności? Konserwatywno-liberalna diagnoza opiera się właśnie na stwierdzeniu, że państwo nie jest w stanie spełniać pokładanych w nim nadziei, a z drugiej strony na dowartościowaniu dobrowolności oraz więzów rodzinnych.
K. W. F.: Myślę, że państwo powinno być nie jak najmniejsze, lecz, jak to się mówi, silne – to znaczy dawać społeczeństwu klarowne i efektywne systemy regulacji. Tylko w takim kontekście mogą się rozwijać „mocne” wspólnoty. Co więcej, w takim tylko kontekście mogą one ze sobą efektywnie kooperować. To jeden z podstawowych wniosków, do których doszliśmy wraz z Kingą Pawłowską, przeglądając literaturę poświęconą związkom tzw. kapitału społecznego z dynamiką rozwoju gospodarczego.
Napisałem kiedyś artykuł o niebezpiecznych konsekwencjach deregulacji rynku pracy. Teraz jestem skłonny rozszerzyć wnioski: niebezpieczne są wszelkie deregulacje, bo społeczeństwo– samo przez się – stanowi system regulacji. Nie do końca jest to sprzeczne z myśleniem, nazwijmy je, „rynkowym”, gdyż system rynkowy także jest systemem regulacji. Problemem jest to, jakimi technikami chcemy regulować życie społeczne. I tutaj zaczyna się interesujący spór. Są takie obszary życia zbiorowego, w których regulacja przy pomocy prawa, przymusu politycznego (państwa, najogólniej mówiąc) jest potrzebna bezpośrednio, takie, gdzie interwencja może być pośrednia, oraz takie, które tego rodzaju regulacji nie wymagają. Nie wyobrażam sobie, żeby za pomocą norm prawnych można było zbudować np. ład rodzinny. To nie będzie działało, bo tam więzi emocjonalne liczą się w takiej samej mierze, jak zobowiązania materialne członków.
Czy w dzisiejszych czasach istnieje w ogóle sens i możliwość realizacji naprawdę dużych projektów społecznych?
K. W. F.: Nie jesteśmy w stanie kontrolować złożoności wielkiej zmiany społecznej, dlatego całościowa inżynieria społeczna jest, mówiąc najkrócej, „wynalazkiem szatana”. Cały ubiegły wiek pokazuje, jakie nieszczęścia powodują wszelkie makroprojekty. Nieżyjący już prof. Jan Baszkiewicz zwykł mawiać, że największym nieszczęściem dla każdego rewolucjonisty jest dożyć owoców własnej rewolucji, bo są one gorzkie i najczęściej nie takie, jak sobie wyobrażał.
Całościowymi projektami przebudowy społeczeństwa były nie tylko wielkie totalitaryzmy, ale także thatcheryzm czy neoliberalizm.
K. W. F.: Nie wiem, czy neoliberalizm to projekt tego rodzaju – jest on za bardzo rozmyty wewnętrznie, niespójny, pełen paradoksów. Neoliberalizm stanowi raczej efekt myślenia wielu ludzi w podobny sposób, natomiast jako schemat zmian istniał co najwyżej w pracach ideologów, doktrynerów. Przy czym on też jest dość niebezpiecznym pomysłem. Paul Johnson, jak na mój gust zbyt konserwatywny eseista angielski, w jednej ze swych książek przestrzega, żebyśmy uważali na intelektualistów. Obmyślają oni projekty zmiany społecznej w dużej mierze po to, aby się nadąć i zaspokoić własne ego, ale z tego płyną same nieszczęścia. Myślę, że ma rację.
Wszystko, co możemy zrobić, to – jak określał rzecz Karl Popper – cząstkowa inżynieria społeczna. Chodzi o próby na małą skalę, mające charakter bardzo ograniczonych eksperymentów społecznych. Przy czym musimy mieć pełną świadomość, że nawet jeśli się powiodą, zawsze będą się uginały pod ciśnieniem szerszej struktury, nad którą na dłuższą metę nie panujemy. Jest w tym pewien ograniczony pesymizm, albo – jeśli ktoś woli – ograniczony optymizm: możemy na troszkę zrobić coś dobrego i to by było na tyle. Myślę, że większe dobro płynie z konkretnych działań, choćby tylko przeprowadzenia ślepca przez jezdnię, niż z zastanawiania się, jak uszczęśliwić ludzkość.
Czy w ramach tej polityki „zmiany na miarę możliwości” widzi Pan zasadność przyjęcia jakiejś naczelnej czy porządkującej idei? W Unii Europejskiej próbuje się korzystać z pewnych słów-kluczy, mówi się np. o inkluzji społecznej czy społeczeństwie opartym na wiedzy.
K. W. F.: Nie znam ani nie umiem sobie wyobrazić w przestrzeni historycznej czy geograficznej żadnego społeczeństwa, w którym nie uruchomiłyby się jakieś procesy społecznego wykluczenia; być może w całkowicie totalitarnym społeczeństwie byłoby to możliwe, ale takiego przecież nie chcemy. Poza tym, społeczeństwo całkowicie kontrolowane przez państwo nigdy nie istniało, nawet obóz koncentracyjny miał nisze wyjęte spod swego wpływu.
Hasła takie, jakie te lansowane przez Unię, uznaję za próbę robienia ludziom wody z mózgu, za aktywność wyłącznie PR-ową. I wszystko, co wiem, przekonuje mnie, że nie mają żadnego głębszego sensu. „Społeczeństwo oparte na wiedzy” – co to za bzdura? Coraz częściej przebija się na powierzchnię myślenia publicznego teza o nadmiernym wykształceniu społeczeństwa. Nie jest to myśl szczególnie nowa. Rosyjski pisarz, Erenburg, napisał w latach 20. książkę o życiu krawca z Homla, Lejzorka Rojtszwańca. Ten Lejzorek w pewnym momencie trafił do Palestyny – mówimy o okresie międzywojennym, gdy wyjeżdżali tam żydowscy osadnicy. Źle mu się tam wiodło. Pojawia się w książce taki dialog. Pracuje dwóch facetów na budowie i rozmawiają mniej więcej tak: – „Panie docencie, poproszę cegłę. – Proszę bardzo, panie profesorze – tu jest cegła, którą chciał pan otrzymać”.
To samo dzieje się współcześnie, gdy małolaty z licencjatem lub dyplomem magistra tego czy owego, siedzą na kasach w supermarketach. Co to za społeczeństwo oparte na wiedzy? Niech Pan popatrzy na dynamikę bezrobocia. Oczywiście, wskaźnik bezrobocia wśród ludzi z wyższym wykształceniem jest niższy niż w grupach o innym poziomie wykształcenia. Jeśli jednak prosperity gospodarcza rośnie, to bezrobocie wśród ludzi z wyższym wykształceniem spada wolniej, a gdy jesteśmy w dołku gospodarczym – rośnie szybciej w porównaniu z poziomem bezrobocia w innych segmentach wykształcenia. Więc tutaj tak naprawdę mamy problem z overeducation.
W latach 90. wmawiano Polakom, że wykształcenie zapewni sukces, a to nieprawda. To jedno z tych wielkich, strukturalnych kłamstw, które zostały wciśnięte w głowy społeczeństwu. Istnieją rozmaite studia empiryczne, dotyczące lokalnych rynków pracy, które pokazują, że wzięciem cieszą się przede wszystkim robotnicy niewykwalifikowani, a „inteligentów” nikt do roboty nie potrzebuje, a jeśli już, to w magazynie.
Pan również zajmował się badaniami na poziomie lokalnym – skuteczności programów walki z wykluczeniem społecznym. Jak często udaje im się odnieść trwały sukces i od czego on zależy?
K. W. F.: Wniosek jest taki: to zawracanie głowy. Oczywiście opisywaliśmy w miarę sensowne programy, jednak ich efektywność była nie tyle konsekwencją ich struktury, co tego, że funkcjonowały w środowiskach sprzęgniętych silnymi więziami społecznymi. W świecie, w którym wspólnoty lokalne przede wszystkim się rozpadają, nie widzę dla podobnych projektów wielkich szans na sukces.
Jeżeli myśleć o podstawowym mechanizmie, za pomocą którego chce się ludzi reintegrować społecznie, tzn. o rozmaitych programach rynku pracy, to one są dramatycznie nieskuteczne, skoro mamy w Polsce ok. pół miliona długookresowych bezrobotnych. Wszystkie znane mi badania pokazują, że im dłużej jest się bezrobotnym, tym mniejsze szanse na to, że uda się taką osobę ponownie włączyć w rynek pracy. Sprawia to, że adresowane do nich programy – już mniejsza z tym, czy są dobrze, czy źle pomyślane, czy mają na celu głównie budowanie pomyślności „reintegratorów”, czy tych, którzy są ich podmiotem – są boleśnie nieefektywne. Generują przy tym koszty, dlatego może lepiej byłoby tym nieszczęśnikom wypłacać zasiłki, niż ładować ogromne pieniądze w mało skuteczne próby ich reintegracji.
Odnoszę wrażenie, że programy reintegracji poprzez rynek pracy są w gruncie rzeczy instrumentem kontroli społecznej. Mówiąc zupełnie najprościej: bezrobotny, gdy się go zmusi, żeby wziął udział w jakimś szkoleniu, nie siedzi w domu pijąc piwo, nie szlaja się po ulicy, tylko musi się ogolić, pójść na ósmą na wykłady i tam drzemać, gdy uczą go, jak ma pisać CV. Jest wtedy jakoś wprzęgnięty w karby społecznej dyscypliny – coś musi zrobić, bo inaczej nie dostanie zasiłku.
Uzależnianie wypłaty świadczeń od wypełniania określonych zadań uważane jest za „wychowawcze” i stanowi współcześnie jeden z kanonów polityki społecznej.
K. W. F.: Są co najmniej trzy argumenty przeciw temu, co się obecnie nazywa nową polityką społeczną.
Po pierwsze, jeśli uzależniamy prawa socjalne od spełnienia pewnych obowiązków, jak pójście na szkolenie, prowadzi nas to do kategoryzacji ludzi na rozmaite grupy lepszych i gorszych obywateli. Historia zna przykłady segmentowania obywateli wedle tego, jak wykonują obowiązki sprzęgnięte z „obywatelstwem” i sądzę, że to bardzo niebezpieczny kierunek – i myślenia, i działania.
Po drugie, tradycja ciągnąca się od angielskich socjalistów z lat 40. i 50. XIX w. głosi, że obywatel – w sensie człowieka zdolnego do myślenia w kategoriach dobra wspólnego – może się narodzić dopiero, gdy zaspokojone zostaną najbardziej podstawowe potrzeby jednostki. W połowie XX w. ta myśl zawarta została w słynnym eseju T. H. Marshalla, „Citizenship and Social Class”. Jeżeli chcemy obywatelskiej równości w demokratycznym społeczeństwie, musimy przynajmniej na minimalnym poziomie uwolnić ludzi od trosk codziennej egzystencji.
Jest też trzeci argument, bardzo praktyczny. Otóż okazuje się, że jeżeli argumentować na rzecz tej nowej polityki społecznej wedle myślenia w kategoriach kosztów i korzyści, to okazuje się, że sprawy nie wyglądają do końca tak, jak jej zwolennicy sobie wyobrażają. Nawet jeżeli wypchnie się samotną matkę na rynek pracy, to po pierwsze trzeba jej będzie do tej pracy dopłacić, bo zazwyczaj zarobi niewiele. Po drugie, trzeba będzie sfinansować przedszkole dla jej dziecka. Per saldo, to wszystko niekoniecznie się kalkuluje. Oczywiście mogę zrozumieć myślenie Amerykanów, zgodne ze znanym powiedzeniem św. Pawła: „kto nie pracuje, niech nie je”. Myślę jednak, że nie po to żeśmy wybijali się na „cywilizację”, żeby takie hasło dzisiaj popierać.
Nowa polityka społeczna stanowi wyjątkowo brutalny mechanizm wtłaczania człowieka w podstawowe role społeczeństwa rynkowego: producenta, konsumenta i płatnika podatków. W swojej wyśmienitej książce antropolog Tomasz Rakowski pokazuje, że mogą istnieć bardzo dobrze zorganizowane systemy gospodarcze zbieraczy ziół czy górników z biedaszybów, stanowiące rodzaj alternatywnych ładów społecznych. Choć ludzie w tych ładach świetnie uczestniczą, oficjalna polityka społeczna nadal traktuje ich jak osoby zmarginalizowane. Tu widać, jak się próbuje na siłę wtłaczać ludzi w świat „normalsów”.
Wykluczenie społeczne jest zatem rzeczą względną?
K. W. F.: Istnieje przynajmniej kilka czy nawet kilkanaście modelowych rodzajów „obcości”, która jest przez pojęcie wykluczenia społecznego redukowana do jednej tezy. To jednak bardzo rozległe zagadnienie, w które nie chciałbym się szczególnie zagłębiać. Chcę natomiast podkreślić, że bardzo niebezpieczną kliszą jest mówienie na jednym oddechu „bieda” i „wykluczenie społeczne”.
Zwykło się uważać, że bieda jest podstawowym źródłem społecznego wykluczenia, tymczasem jest to absolutnym nieporozumieniem i empiryczną bzdurą. Mogę bez trudu wskazać ludzi pod rozmaitymi względami wykluczonych społecznie, którzy nie są jednocześnie ludźmi biednymi, tak jak mogę pokazać biednych, którzy wcale nie są wykluczeni. Nie ma tu bowiem jednoznacznego związku przyczynowo-skutkowego, a tylko korelacja. Nie potrafię powiedzieć, czy ktoś jest wykluczony, bo jest biedny, czy jest biedny dlatego, że jest wykluczony.
Zajmuje się Pan naukową analizą zjawisk bardzo istotnych dla życia społecznego, jego jakości – jak ta wiedza przekłada się na praktykę decydentów?
K. W. F.: 20 lat temu napisałem książkę „Socjologia w działaniu. Nadzieje i rozczarowania”, była to moja rozprawa habilitacyjna. Demonstrowałem w niej sceptycyzm dotyczący tego, w jaki sposób i w jakiej postaci wiedza akademicka dociera do praktyków, tzn. do tych, którzy podejmują decyzje. Otóż w naukach społecznych mamy do czynienia z rozmaitymi szkołami, koteriami ludzi, którzy podzielają określone poglądy naukowe. Społeczności te mają różne szanse „podczepienia się” pod poszczególne ekipy rządzące. Przykładowo, gdy premierem był Jarosław Kaczyński, króciutko byłem jego doradcą; byłem też członkiem rady przy prezydencie Lechu Kaczyńskim. Natomiast z całą pewnością, choćbym nawet chciał, nie wbiję się do zespołu doradców premiera Tuska, którym kieruje minister Boni, gdyż jest nam wyraźnie nie po drodze w naszych poglądach.
Próbuję przez to powiedzieć, że jeżeli jakieś przekonania się przebijają, nie znaczy to, że są to uniwersalne prawdy nauki, a jedynie poglądy jakiejś „społeczności epistemicznej”. Proszę zresztą zauważyć, że nawet tak bliski doradca premiera Tuska, jak minister Boni, nie zawsze był w stanie przepchnąć swoje propozycje, gdy były one mało atrakcyjne pod względem politycznym. Tak samo jest z całą polityką społeczną.
Trudno byłoby się Panu dogadać z premierem np. w kwestiach dotyczących optymalnego poziomu regulacji rynku pracy.
K. W. F.: To bardzo rozległy obszar analiz, w którym nie ma łatwych odpowiedzi. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na kilka kwestii. W Polsce, która jest drugim obok Hiszpanii krajem europejskim o szczególnie wysokim udziale pracowników bez stałych umów(zatrudnionych na czas określony, na umowę-zlecenie bądź samozatrudnionych jest już niemal 30%), mamy ostatnio do czynienia z rozmaitymi procesami deregulacyjnymi. Przykładem może być niezrozumiała dla mnie decyzja o zawieszeniu przepisów, które mówiły, że trzecia umowa na czas określony przekształca się na mocy prawa w umowę na czas nieokreślony. Tymczasem literatura ekonomiczna pokazuje, że brak stabilności zatrudnienia odbija się na rynku kredytów hipotecznych, a więc także na budownictwie, oraz ma rozmaite inne negatywne skutki gospodarcze. Przede wszystkim jednak rodzi poważne konsekwencje społeczne.
Narzekamy, że Polki coraz mniej chętnie rodzą dzieci. Jak jednak mogą tego chcieć, skoro nie mogą dla nich znaleźć porządnie zatrudnionych ojców? Nie można bezkarnie deregulować rynku pracy, i to się pomału przebija na powierzchnię debaty publicznej. Na Manifie z okazji 8 marca podniesiony został m.in. przykład sprzątaczki w szkole, która została zmuszona do samozatrudnienia i wyciska z niego 500 zł. Feministki bardzo trafnie zwróciły również uwagę, że zatrudnieni na umowę o dzieło, umowę-zlecenie czy też właśnie samozatrudnieni, są pozbawieni prawa do urlopu. Deregulacja destabilizuje świat społeczny, czyni go mało przewidywalnym. A przecież to nie jest tak, jak pisze Bauman czy Giddens, że owa niepewność jest wyrokiem historii. Wydaje mi się, że oni mistyfikują rzeczywistość. Sami to sobie robimy, zgadzając się na wszystko.
Innym polem Pańskich zainteresowań naukowych jest tzw. trzeci sektor.
K. W. F.: Nie mam o nim do powiedzenia wiele ponad to, o czym można przeczytać w prasie. Oczywiście w żadnym razie nie twierdzę, że w organizacjach pozarządowych są sami złodzieje. Jest tam pełno ludzi dobrej woli, którzy wykonują świetną robotę, ale również wielu takich, dla których działalność pozarządowa stała się sposobem na zarabianie pieniędzy. Myślę, że jest całkiem sporo organizacji, które bardziej troszczą się o własny interes niż o interes grupy, którą mają „obsługiwać”. Recenzowana przeze mnie praca doktorska Anny Domaradzkiej pokazuje, jak żrą się między sobą feministki rozmaitych kategorii i orientacji podczas rywalizacji o dostęp do publicznych pieniędzy. Znakomita część „pary” idzie na to, żeby się dorwać do szmalu, a dobro kobiet schodzi na dalszy plan.
Trzeci sektor jest jednak coraz częściej przedstawiany jako bardziej efektywna odpowiedź instytucjonalna na problemy społeczne niż działania administracji publicznej.
K. W. F.: Odpowiedź na pytanie o skuteczność tego sektora jest skomplikowana. Choćby dlatego, że większe szanse na fundusze mają te NGO’sy, które potrafią wykazać, że są efektywne w realizacji zadań. A jeżeli tak, to bardziej opłaca się podejmować łatwiejsze wyzwania, bo wtedy można się pochwalić większą skutecznością. W literaturze amerykańskiej można znaleźć np. badania pokazujące, że wybierając grupy, z którymi będą pracować, organizacje pozarządowe preferują te, w przypadku których są w stanie szybciej osiągnąć widoczne rezultaty. Efekt jest taki, że ci, którzy najbardziej potrzebują pomocy, zostają pozostawieni sami sobie.
Jednak jestem całym sercem za tym, by trzeci sektor przejmował część zadań publicznych. Rzeczywiście jest bowiem tak, że osoby pracujące „na dole” lepiej znają potrzeby ludzi aniżeli administracja, która z konieczności posługuje się pewnymi ogólnymi wzorcami. Podczas badań powtarzają się wypowiedzi w rodzaju: „oboje z mężem ciężko pracujemy, dzięki czemu jakoś wiążemy koniec z końcem, tymczasem chłop Malinowskiej tylko pije. Malinowska dostaje zasiłek i może z pomocy społecznej wysłać dziecko na kolonie, a mój dzieciak plącze się po podwórku – tylko dlatego, że mnie zasiłek nie przysługuje, bo przekraczamy próg o parę groszy”. Formalne reguły są potrzebne dla funkcjonowania systemu pomocy społecznej, mam jednak nadzieję, że organizacje pozarządowe funkcjonują na nieco innych zasadach.
Pojawiają się za to inne kłopoty. Wiele zależy od uczciwości NGO’sów, od tego, jaki jest narzut na świadczone przez nie usługi. Moje nieustanne wątpliwości budzi idea odpłatnej działalności pożytku publicznego. Dostrzegam tutaj – przy czym systematycznie i na większą skalę nikt tego nie badał – rozmaite możliwości przekrętów.
W jednym z artykułów przywołuje Pan pogląd, że konstruowanie racjonalnych procedur rozwiązywania problemów społecznych zwiększa koszty podejmowania decyzji, sprzyja powstawaniu konfliktów, a ponadto – usztywniając strukturę celów – zwiększa prawdopodobieństwo kosztownych pomyłek. Jeśli nie procedury, to co?
K. W. F.: Pokora. Pokora wobec rzeczywistości, na którą mamy przecież ograniczony wpływ. A także elastyczność. Krótko mówiąc, należy pozbyć się pychy i arogancji, mówiącej, że oto obmyśliłem świetny projekt, który musi zadziałać. Bywa, że nie zadziała, bo w trakcie opracowywania procedury nie przewidzieliśmy czegoś albo popełniliśmy jakiś błąd, a nawet jeśli nie, to może się okazać na przykład, że nie mamy ludzi potrafiących czy chcących realizować nasz projekt.
Często bywa tak, że idealny program kompletnie zawodzi na poziomie realizacji. Weźmy choćby kolejne projekty reformy służby zdrowia. Były one bardzo racjonalne, jednak projektant z końca lat 90. nie wziął pod uwagę np. tego, że pielęgniarki pokłócą się z lekarzami, że wewnątrz służby zdrowia tkwi konflikt, który jest równie silny jak jej konflikt z całą resztą. Okazało się, że realizacja pomysłów reformatorskich jest bojkotowana przez skonfliktowane strony.
Jest taka stara metoda, która nazywa się action research. Mówi ona, żeby zrobić jeden krok i zobaczyć, jakie są jego rezultaty. Spytajmy ludzi, czy to jest to, o co im chodzi. Jeżeli tak, to wykonajmy następny krok, jeżeli nie – poprawmy ten pierwszy i wykonajmy go ponownie, lepiej. W metodę kolejnych, stopniowych eksperymentów wbudowana jest właśnie ta pokora wobec oporu materii. Planista może oczywiście ustawić ludzi w szeregu i powiedzieć: „odtąd macie robić, co wam każę”. Nie o to jednak chodzi w poprawianiu polityki społecznej czy ogólnie w planowej zmianie społecznej.
Ludzie, którzy są podmiotem zmiany społecznej, muszą w niej uczestniczyć i ją zaakceptować; są równie ważni jak projektant. To nie jest nowa myśl, tylko to trzeba mówić częściej i głośniej. Jaka by ona nie była, władza jest bowiem zazwyczaj dosyć arogancka w swoim myśleniu: „wiemy lepiej, co jest dla ciebie dobre”.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 21 marca 2011 r.
przez Remigiusz Okraska | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Gdy ktoś sam się nie szanuje, inni również nie będą go szanowali – głosi ludowe porzekadło. Czyż nie tak dzieje się ze współczesną Polską? Czy szanujemy siebie, w efekcie dając innym podstawy ku temu, żeby i oni nas szanowali? Wątpliwe.
Jeśli naśladujemy innych, to nie w tym, w czym byłoby warto. Kopiujemy wzorce najgorsze, negatywnie zweryfikowane, fascynujemy się błyskotkami, nierzadko wcale nie tanimi w ostatecznym rozrachunku, nawet jeśli wciskano je w ramach promocji i wyprzedaży. Jeśli natomiast postanawiamy być samodzielni, to koniecznie w myśl zasady „na złość babci odmrozimy sobie uszy”. Nie wzorujemy się na rozwiązaniach mądrych i efektywnych, lecz – jak śpiewali rockmani – „chcemy być sobą wreszcie”, nawet gdy oznacza to drogę wprost ku przepaści.
Sporą część niniejszego numeru zajmują teksty wskazujące takie właśnie prawidłowości w polskim życiu zbiorowym. Maciej Pańków analizuje badania, które mówią, że Polacy znajdują się w europejskiej czołówce osób najdłużej pracujących i zarazem najbardziej spolegliwych wobec oczekiwań pracodawców. Oczywiście jednocześnie także w czołówce kiepsko opłacanych, ale to wiemy z autopsji, bez potrzeby śledzenia badań socjologicznych.
Z kolei Konrad Malec, opisując złowieszczy fenomen tzw. zamkniętych osiedli, daje do zrozumienia, że wcale nie doganiamy Europy, bo w tym absurdzie już dawno ją przegoniliśmy. Naszym wzorcem wydaje się Ameryka – i to raczej Łacińska, niż Kanada. Janina Petelczyc wykazuje natomiast, iż popularne w Polsce liberalno-populistyczne wezwania do likwidacji KRUS nijak mają się do tego, jak problem ubezpieczenia społecznego rolników rozwiązały kraje dbające o swoich obywateli. Podobne wnioski płyną z rozważań Rafała Bakalarczyka o rodzimym modelu profilaktyki zdrowotnej, czy może raczej – o jej braku.
Jeszcze gorzej wypada obraz naszego państwa w świetle artykułu Aleksandry Lis, poświęconego unijnej polityce energetycznej i polskiej roli w jej kształtowaniu. Z tekstu wyłania się smutna prawda, iż jesteśmy pionkiem przestawianym przez innych i w interesie innych. W dodatku bez sprzeciwów przyjmujemy taką rolę, choć istnieją rozmaite alternatywy – część z nich wspomina nasz rozmówca, Wacław Czerkawski, w wywiadzie obnażającym mity antywęglowe. Joanna Szalacha natomiast zadaje w tekście o patriotyzmie gospodarczym wymowne pytanie: Czy społeczeństwo polskie zasługuje na takie samo emocjonalne i konsumenckie wsparcie, jak kraje Trzeciego Świata i misie panda?
To oczywiście nie wszystko. Jak wiele razy podkreślaliśmy, czarnowidztwo jest najgorszym doradcą. Pokazujemy zatem, że może być inaczej – czy to w postaci lepszych rozwiązań zagranicznych, czy w formie alternatywnych wizji, czy analizując rodzime pozytywne trendy, czy odwołując się w dziale „Nasze tradycje” do bardzo dobrych polskich wzorców i dokonań sprzed lat.
Ponieważ zaś wkraczamy w okres kampanii wyborczej, nie zabrakło tym razem bardziej doraźnego wątku. Mówi o nim ankieta dotycząca „Polski Solidarnej” – czy mamy na nią szansę, a jeśli tak, to jak można odmienić nasz kraj na lepsze. Pewne jest jedno: kto zgadza się na gorsze traktowanie, będzie traktowany właśnie w ten sposób. Kto nie szanuje siebie, tego nikt nie uszanuje.
przez dr hab. Rafał Łętocha | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Idee ordoliberalizmu nie są u nas zbyt znane i doceniane, choć powstały za zachodnią granicą. Tym bardziej trudno mówić, aby wskazania i osiągnięcia ordoliberałów znajdowały odzwierciedlenie w polskich rozwiązaniach społeczno-gospodarczych.
Z radością należy więc przywitać każdą publikację, która te zagadnienia porusza, a zwłaszcza taką, która usiłuje przybliżyć je szerszemu gronu czytelników. Tak też czynimy z książką Tymoteusza Juszczaka „Ordoliberalizm. Historia niemieckiego cudu gospodarczego”, dając jej swoisty kredyt zaufania ze względu na tematykę.
Ordoliberalizm to nurt społeczno-ekonomiczny, który wykształcił się w latach 30. i 40. w Niemczech. Jego początki sięgają roku 1932, gdy Walter Eucken, Franz Böhm i Hans Grossman-Dörth założyli ośrodek naukowo-badawczy, znany pod nazwą szkoły fryburskiej. Środowisko to swoje zapatrywania na sferę społeczno-gospodarczą wyrażało na łamach rocznika „ORDO” oraz w serii wydawniczej „Ordnung der Wirtschaft”. W sytuacji ogólnoświatowego kryzysu gospodarczego oraz skrajnej etatyzacji wszystkich sfer życia po przejęciu władzy przez nazistów, ordoliberałowie zaczęli poszukiwać przyczyn tych zjawisk oraz możliwości ich przezwyciężenia.
Doszli do wniosku, iż liberalizm w jego XIX-wiecznym wydaniu nie sprawdził się, a idea laissez faire, laissez passer zawiera w sobie elementy autodestrukcyjne. Wolna gospodarka, oparta na ideach liberalnych, miała zostać zniszczona w wyniku koncentracji władzy politycznej i gospodarczej, za sprawą zastąpienia współzawodnictwa wielu podmiotów przez konkurencję niewielu. Efektem był wielki kryzys gospodarczy, proletaryzacja i pauperyzacja mas, centralizm, zniszczenie rodziny, umasowienie społeczeństwa.
Literatura na ten temat jest w języku polskim ciągle dość uboga. Jednak nie tak skąpa, jak sugeruje autor, gdy wskazuje, iż mamy jedynie dwie całościowe publikacje, mianowicie Ryszarda Skarzyńskiego „Państwo i społeczna gospodarka rynkowa. Główne idee polityczne ordoliberalizmu” oraz Tomasza G. Pszczółkowskiego „Ordoliberalizm. Społeczno-polityczna i gospodarcza doktryna neoliberalizmu w RFN”. Juszczak nie zauważa całego szeregu prac i artykułów w większym lub mniejszym stopniu poruszających problem, o którym mowa. W bibliografii wymienia jeszcze prace Edyty Dworak „Społeczna gospodarka rynkowa w RFN”, Tadeusza Kaczmarka i Piotra Pysza – „Ludwig Erhard i społeczna gospodarka rynkowa” i Urszuli Zagóry-Jonszty „Ordoliberalizm a społeczna gospodarka rynkowa Niemiec. Możliwości jej realizacji w Polsce”. Jednak są one w różnym stopniu przezeń wykorzystane, a w dodatku nie wiedzieć czemu nie zostały zaliczone do omawiających problem w miarę całościowo. Dziwić może też brak książki i artykułów Joanny Czech-Rogosz oraz Piotra Pysza czy licznych artykułów Martina Dahla, Danuty Drabińskiej, Edyty Grabskiej, Jerzego Koperka, Tomasza Przybycińskiego, które ujrzały światło dzienne na łamach pism „Optimum”, „Kwartalnik Historii Polskiej Myśli Ekonomicznej”, „Społeczeństwo i Kościół”, „Annales. Etyka w Życiu Gospodarczym”. Oczywiście lista ta nie jest pełna, chciałem jedynie wskazać, iż autor pomija nowszą literaturę w języku polskim.
Książka Juszczaka składa się ze Wstępu, trzech rozdziałów oraz Zakończenia, a ponadto z Przedmowy prof. Jacka Bartyzela. W rozdziale pierwszym autor przedstawia genezę ordoliberalizmu, konstatując nie bez słuszności, iż jego zrozumienie nie jest możliwe bez zarysowania historii i specyfiki niemieckiego liberalizmu. Juszczak pisze: Ordoliberalizm ze swoim szczególnym naciskiem na silne państwo jako instrument wprowadzający liberalną politykę gospodarczą jest wyraźnie pod wpływem nurtu konserwatywno-liberalnego. Elementy silnej władzy i silnego państwa znajdują odzwierciedlenie w niemieckiej tradycji narodowego liberalizmu […]. Następnie przedstawione zostały sylwetki biograficzne najbardziej wpływowych przedstawicieli ordoliberalizmu: Wilhelma Röpkego, Alexandra Rüstowa, Waltera Euckena, Franza Böhma, Alfreda Müllera-Armacka i Ludwiga Erharda.
Autor poddaje analizie problem, czy zasadne jest używanie pojęcia neoliberalizm pod adresem ordoliberalizmu, a z taką praktyka mamy wciąż do czynienia. Niestety Juszczak nie udziela jednoznacznej odpowiedzi, w przeciwieństwie do prof. Bartyzela, który w Przedmowie określa takie praktyki jako kardynalny błąd poznawczy i interpretacyjny.
Juszczak z jednej strony wskazuje na konserwatywne podłoże ordoliberalizmu, krytykę podstawowych liberalnych wartości i sposobu ich interpretacji. Z drugiej stwierdza, że przedstawiciele tego środowiska chcieli odnowić i wzmocnić liberalizm poprzez jego krytykę lub że nie dokonali reinterpretacji kluczowej dla liberalizmu kategorii wolności. Zdając sobie sprawę, iż środowisko ordoliberałów było niejednorodne w zapatrywaniach na te kwestie, uważam, że należałoby jednak poczynić jakieś konkluzje, których autor chyba się boi. Tym bardziej, że w akapicie otwierającym kolejny rozdział cytuje Röpkego, który w pracy „Kryzys społeczny czasów obecnych” pisał, iż: Chodzi tu więc o program, który prowadzi walkę na dwóch frontach: z jednej strony przeciwko kolektywizmowi, z drugiej zaś przeciw liberalizmowi, potrzebującemu gruntownej rewizji.
Można odnieść wrażenie, że autor uwypukla antykolektywistyczne ostrze ordoliberalizmu, zaś mniejszą uwagę poświęca antyleseferystycznemu (które nie jest przecież równoważne z antywolnościowym). W ten sposób czytelnik, który dotychczas nic o ordoliberalizmie nie wiedział, może mieć trudności z uchwyceniem tego, co dla niego specyficzne, oryginalne, fundamentalne. Krytyka kolektywizmu, acz niezwykle ciekawa, nie stanowi o wyjątkowości ordoliberalizmu.
Rozdział drugi poświęcono ordoliberalnej diagnozie kryzysowego stanu ówczesnej Europy. Kompetentnie przedstawione zostały poglądy na temat trawiącej ją duchowej choroby oraz będących jej następstwem zwyrodnień społeczno-politycznych i gospodarczych. Relatywizm, nihilizm, sekularyzacja – to wedle ordoliberałów zło, które dotyka świat Zachodu. We wspomnianym rozdziale omówiono krytykę gospodarki leseferystycznej oraz kolektywistycznej, centralnie sterowanej. Ordoliberałowie w zasadzie odrzucali obydwa te modele. Jak słusznie pisze w Przedmowie prof. Jacek Bartyzel, ordoliberalizm nie jest liberalizmem w sensie filozoficznym, religijnym, politycznym czy moralno-obyczajowym.
Ordoliberałowie co prawda akceptowali podstawowe kategorie liberalizmu gospodarczego, jak konkurencja czy wolność gospodarcza, ale były one przez nich reinterpretowane. Nie ma mowy o absolutyzowaniu któregoś z tych czynników – np. uznano, że konkurencja musi mieć wyraźnie zakreślone granice. Wilhelm Röpke stwierdzał nawet, iż nie jest ona układem stosunków zupełnie bezpiecznym pod względem moralno-socjologicznym, stąd trzeba ją dozorować, aby nie zatruła ciała społecznego. Dlatego pewne sfery muszą pozostać wolne od konkurencji: sfera wspólnoty, drobnych codziennych stosunków, państwa itp. Podobnie granice wolności miały być ściśle określone prawem, w przeciwnym razie efektem będą kolejne kryzysy, monopole i oligopole, korzystające z niczym nieograniczonej swobody, a następnie niczym wirusy chorobotwórcze niszczące rynek i konkurencję.
Centralne planowanie i nadmierny interwencjonizm również nie cieszyły się sympatią ordoliberałów. Uważali oni zresztą, że ich powstanie to w dużej mierze skutek rozkładu leseferyzmu, słabości liberalizmu XIX-wiecznego. Stojąc na gruncie zasady pomocniczości, protestowali przeciw przesadnemu zwiększaniu kompetencji państwa, pochłanianiu przez nie mniejszych wspólnot i ich zadań. Można powiedzieć, iż chcąc silnego państwa, wcale nie kładli głównego nacisku na nie, lecz na społeczeństwo. Ich ideałem nie jest „państwo dobrobytu”, ale raczej „społeczeństwo dobrobytu”.
Niektóre stwierdzenia autora wymagają pewnych doprecyzowań czy szerszych wyjaśnień. Czytamy np.: Ordoliberałowie obwiniali interwencjonizm państwowy, czyli „drogę pośrednią”, za kryzys gospodarki wolnorynkowej. Wszystko w porządku, tylko jacy ordoliberałowie, jakie interwencje – skądinąd przecież wiemy, że byli oni zwolennikami pewnego rodzaju interwencji; co z ich konstatacjami, iż to nieograniczona konkurencja niejako zniszczyła samą siebie? Pamiętamy przecież, że Eucken w „Podstawach polityki gospodarczej” pisał, że: Wolny, naturalny ustrój […] nie powstaje po prostu w ten sposób, że polityka gospodarcza pozostawia jego ukształtowanie się biegowi wypadków, ale tylko wtedy, gdy ona o ten ustrój zabiega. Autor podsumowuje ten rozdział równie kontrowersyjnym zdaniem, pisząc, iż ordoliberałowie przeciwstawiali się słabemu państwu. Według nich takimi państwami były niektóre demokracje i państwa kolektywistyczne. Największym zagrożeniem dla nich były dwa totalitaryzmy (które panowały za ich życia), a mianowicie nazizm i komunizm, i głownie przeciw nim skierowana była ich krytyka. W innych zaś miejscach czytamy o ich krytycznym podejściu wobec wszechwładzy państwa. Owszem, autor wcześniej wyjaśnia, dlaczego wedle ordoliberałów państwo totalne jest słabe, jednak mamy tutaj do pewnego stopnia do czynienia z semantycznym chaosem, dezorientującym czytelnika. Lepsze byłoby chyba konsekwentne stosowanie nomenklatury Röpkego, który dzielił państwa na „zdrowe” i „chore”.
W ostatnim rozdziale Juszczak przedstawia konkretne propozycje ordoliberałów odnośnie do ustroju społecznego, politycznego i gospodarczego. Zastanawia się też nad relacjami pomiędzy modelem teoretycznym (ordoliberalizm) a praktyczną próbą jego realizacji (społeczna gospodarka rynkowa). Autor sprawnie prezentuje ordoliberalny program w tych kwestiach. Wyłania się z niego dobry obraz tego, co stanowi jądro i specyfikę ordoliberalizmu jako projektu broniącego wolnej konkurencji, swobody działania gospodarczego, odrzucającego jednak absolutyzację sfery gospodarczej, postulującego patrzenie na nią jako ściśle powiązaną z innymi dziedzinami życia. Czyli programu wolnościowego, ale – jak ujmował to chociażby Böhm – antykapitalistycznego, który nie przyjmuje koncepcji „niewidzialnej ręki rynku”, obwiniając ją o niszczenie wolnej konkurencji poprzez tworzenie monopoli, a zatem dopuszczającego na pewnych warunkach i w niektórych dziedzinach ingerencję państwa w sprawy gospodarcze.
Ordoliberałowie krytykowali prymitywny ekonomizm, będąc dalekimi od oceniania wszystkiego przez pryzmat gospodarki i produktywności. Wedle nich, system gospodarczy miał stanowić jedynie środek do realizacji celów ogólnospołecznych. Jak pisał jeden z przedstawicieli tego środowiska, Alexander Rüstow, ważniejsze od ekonomii są rodzina, gmina, państwo itp. Gospodarka nie może być w związku z tym traktowana jako cel sam w sobie.
Pewien niedosyt pozostawia ostatnia część tego rozdziału. Autor nie pokusił się niestety o próbę rozstrzygnięcia, ile ordoliberalizmu jest w społecznej gospodarce rynkowej. Zagadnienie to ciągle stanowi przedmiot różnorakich kontrowersji. Spór to jednak poniekąd jałowy, ponieważ sami twórcy „niemieckiego cudu gospodarczego” uważali się za ordoliberałów, byli z tym środowiskiem związani już przed wojną. Społeczną gospodarkę rynkową wdrażał w Niemczech Ludwig Erhard od końca lat 40. do roku 1966, kiedy to w nowo powstałym koalicyjnym rządzie SPD i CDU ministrem gospodarki został zafascynowany keynesizmem Karl Schiller.
Dwadzieścia lat pracy Erharda, co podkreśla niemiecki badacz Horst-Friedrich Wünsche, to wzrost gospodarczy, jakiego nigdy wcześniej ani później w tym kraju nie notowano, wysoki stopień stabilności cen, stan pełnego zatrudnienia oraz istotne zwiększenie dochodów obywateli. Mimo iż Niemcy otrzymały w ramach Planu Marshalla prawie trzykrotnie mniej pieniędzy niż Wielka Brytania, to już w 1958 r. udało im się ją prześcignąć, jeżeli chodzi o wartość produkcji przemysłowej, a wkrótce także pod względem PKB, którego tempo wzrostu utrzymywało się w latach 50. na poziomie 8%. Równocześnie w dekadzie 1950-1960 płace realne wzrosły o 75%, a okresowo mieliśmy do czynienia z tendencją spadkową cen.
Mimo wspomnianych i innych mankamentów (np. niestaranna redakcja językowa tekstu), polecam książkę Tymoteusza Juszczaka wszystkim, którzy są zainteresowani taką problematyką. Stanowi ona dobrą pozycję popularyzatorską i może ciekawie wprowadzać w zagadnienia ordoliberalizmu i społecznej gospodarki rynkowej. Warto takie pozycje propagować choćby z tego względu, iż nie ma ich wiele na naszym rynku, a większość prac odnoszących się do takich zagadnień to dzieła napisane hermetycznym, naukowym żargonem, który odstręcza większość osób od lektury. Na tym tle książka Juszczaka bez wątpienia pozytywnie się wyróżnia. Nie jest to z pewnością praca stricte naukowa, ale właśnie kompendium popularyzatorskie.
dr hab. Rafał Łętocha
Tymoteusz Juszczak, Ordoliberalizm. Historia niemieckiego cudu gospodarczego, Wydawnictwo PROHIBITA, Warszawa 2010.
Książkę można nabyć wysyłkowo u wydawcy: Wydawnictwo PROHIBITA, ul. Mickiewicza 16/12A, 01-517 Warszawa, tel. /22/ 4243736, e-mail: wydawnictwo@prohibita.pl, księgarnia internetowa na stronie www.prohibita.pl.
przez Krzysztof Wołodźko | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Wydawać by się mogło, że nie ma większego sensu publikacja w Polsce takiej książki, jak „Będziemy sądzeni z miłości”. Nic w niej bowiem nie pasuje do rodzimych wzorców katolicyzmu konserwatywno-liberalnego oraz bogoojczyźnianego. Ale jeśli chcecie poczuć ogień życia, koniecznie po nią sięgnijcie.
Opowieść Jima Foresta o życiu Dorothy Day nie jest suchym sprawozdaniem ani biografią o charakterze naukowym. Nie jest też sentymentalną opowiastką „ku pokrzepieniu serc”. Nie jest to wreszcie opowieść hagiograficzna, choć z całą pewnością pisana z wielką empatią i szacunkiem wobec bohaterki. To raczej biografia pełna literackich odniesień, subtelna w oddziaływaniu na uczucia i wyobraźnię czytelnika. Równocześnie, przez pryzmat życia założycielki pisma „The Catholic Worker” (Katolicki Robotnik) poznajemy te bardziej wstydliwe, a miejscami haniebne realia Stanów Zjednoczonych.
Książka pozwala też poznać kobietę, która przeszła na katolicyzm i w pełni poddała się wynikającym z tego rygorom, a równocześnie do końca życia sympatyzowała z mniej lub bardziej radykalną lewicą. Z całą świadomością żyła w ciągłym napięciu będącym konsekwencją tego faktu. A żyła tak zachowując zgodę z własnym sumieniem, traktując jako oczywiste i prawdziwe to, co wielu innym musiało wydawać się kuriozalne.
Przyszła na świat 8 listopada 1897 r., zmarła 29 listopada 1980 r. Zmienne koleje losów jej rodziny spowodowały, że już jako dziecko doświadczyła zarówno względnego dobrobytu, jak i upokorzenia wynikającego z niedostatku. Równocześnie, jak wspominała po latach, wynikająca z biedy konieczność intensywnej pracy fizycznej spowodowała, że nasiąkła filozofią pracy, ciesząc się z jej twórczych aspektów, ale również czerpiąc satysfakcję z ciężkiej i niezbędnej, dobrze wykonanej roboty.
Jej zrozumienie i empatia wobec ludzkiej biedy zaczęły objawiać się stosunkowo wcześnie i miały wymiar zarówno intelektualny, jak i uczuciowy, a ugruntowane były w doświadczeniach życiowych. Zaczęła czytać eseje Jacka Londona poświęcone walce klas, wielkie wrażenie zrobiła na niej powieść Uptona Sinclaira „Grzęzawisko”, zaczęła chodzić na długie wędrówki w kierunku przygnębiającej dzielnicy West Side. Dowiedziała się o istnieniu partii socjalistycznej Eugene Debsa i radykalnego związku zawodowego Industrial Workers of the World.
Doświadczenia te miały wymiar namysłu duchowego: Ludzie religijni uśmiechali się i przymilali do bogatych. […] Nigdy nie widziałam, by ktoś zdjął płaszcz i oddał go ubogiemu. Nie zauważyłam, by ktoś zaprosił na przyjęcie chromych, kalekich lub ślepych. Ta dziecięca przecież konstatacja będzie przez całe życie leżała u fundamentów jej postaw.
Mając szesnaście lat, Dorothy skończyła Waller High School. Dzięki znajomości łaciny i greki znalazła się w trójce uczniów, którzy otrzymali stypendium, co umożliwiło jej podjęcie nauki na uniwersytecie. Studiowała (krótko) na Uniwersytecie Illinois w Urbana, zdecydowała przy tym, że jej źródłem utrzymania będzie praca fizyczna: wiele razy zdzierałam skórę na plecach.
Z całą świadomością wybrała ubóstwo jako wyraz protestu wobec tego, co widziała wokół siebie: Ludzie niepełnosprawni, bez rąk czy nóg, niewidomi, osoby wyniszczone, z których całe człowieczeństwo zostało wyssane przez przemysł; rolnicy zastraszeni, okradzeni i pozostawieni z długami; przygnębione matki, z dziećmi trzymającymi się spódnic, noszonymi na rękach lub w łonach; ludzie schorowani i zniszczeni – wzywała mnie cała ta długa procesja osób potrzebujących. Gdzie się podziali wszyscy święci, którzy chcieliby spróbować zmienić porządek społeczny – nie tylko przewodzić niewolnikom, ale zwalczać niewolnictwo?
Z czasem rosło jej zaangażowanie w życie społeczne i polityczne. Day krótko działała w Partii Socjalistycznej. Jej przyjaciółką była m.in. Rayna Simons, późniejsza studentka moskiewskiego Instytutu Lenina, „szkoły dla rewolucjonistów”. Jednak Dorothy w swoim długim życiu zdecydowanie odżegnywała się od modelu sowieckiego.
W 1916 r. zamieszkała w Nowym Jorku. Każdy etap jej życia wiązał się z poznaniem nowych wymiarów ludzkiej nędzy. Wspaniałe miasto objawiło ciemne oblicze z całą mocą: Bezdomni i bezrobotni włóczyli się po ulicach. Głośny stukot pociągów i metra szarpał nerwy. Z gnijących ruder unosił się „taki smród, jak nigdzie indziej na świecie, i nie można było do niego przywyknąć. […] Nie był to zapach życia, lecz odór grobów”.
Znalazła odpowiednią dla siebie pracę, w redakcji gazety nowojorskich socjalistów, „The Call”. Z całą mocą wybuchła jej pasja reportażystki, a skromne życie niosło w sobie radość i żar, które przelewała na papier. Oddała niemal wszystkie posiadane pieniądze, poruszona opowieściami Elizabeth Gurley Flynn (późniejszej przewodniczącej amerykańskiej Partii Komunistycznej) o przemocy wobec górników strajkujących w Minnesocie. 21 marca 1917 r. z tysiącami Amerykanów na Madison Square Garden śpiewała „Międzynarodówkę”. Pisała: To było święto nadziei. Niebo zstępowało na ziemię.
W roku 1917 Dorothy Day po raz pierwszy trafiła do więzienia, za uczestnictwo w pikiecie sufrażystek przed Białym Domem. Kobiety podjęły strajk głodowy. Trzydziestodniowe doświadczenie więzienia, do którego trafiła niejako na własne życzenie, głęboko zapisało się w jej pamięci i stało częścią tożsamości. Z charakterystyczną dla siebie emfazą pisała: Wiedziałam, że nigdy już nie będę wolna, nie odzyskam wolności, mając świadomość, że na całym świecie za kratami są kobiety i mężczyźni, dziewczęta i chłopcy, zniewoleni, karani, odizolowani i cierpiący za zbrodnie, których wszyscy jesteśmy winni. […] Ludzie sprzedawali się za pracę, za czeki, a jeśli uzyskiwali wystarczająco wysoką pensję, cieszyli się szacunkiem. Jeśli ich oszustwa, kradzież, kłamstwo urastały do kolosalnych rozmiarów i odnieśli sukces, spotykała ich chwała, a nie potępienie.
Równocześnie jej dziecięce pragnienia religijne zyskiwały nowy wymiar. Jim Forest pisze: Tęsknota Dorothy Day za Bogiem często prowadziła ją do kościoła św. Józefa […], w którym czuła się jak w domu i doznawała pocieszenia. Choć niewiele wiedziała o wierze katolickiej, to jednak było jej dobrze w tym miejscu przeznaczonym do modlitwy. W 1919 r. zaczęła pracę w szpitalu Kings County na Brooklynie: Są chorzy, a w szpitalu nie mają dość pielęgniarek, które mogłyby się nimi zająć. […] Ubodzy cierpią. Muszę się nimi zająć. W Kings County poznała swoją pierwszą miłość, pielęgniarza Lionela Moise. Była dziewicą, dotąd panowała nad swoimi seksualnymi pragnieniami. Gdy stała się brzemienną, Moise doradził jej, by usunęła ciążę. Tak zrobiła.
Krótkie małżeństwo „spowodowane odrzuceniem” (cierpiała z powodu Lionela Moise), praca w City News Bureau w Chicago, przeprowadzka do Nowego Orleanu, gdzie została reporterem „The New Orleans Item”, katolicki kościół św. Ludwika – to kolejne, szybko po sobie następujące etapy życia. W Nowym Orleanie współlokatorka, komunistka, w dowód szacunku dla jej przekonań podarowała jej różaniec. Dziwne to było życie, dziwni ludzie otaczali młodą kobietę. Tancerki z nocnych lokali Dzielnicy Francuskiej podbiły jej oko. Doskonały temat na kolejny tekst! Opublikowała pierwszą książkę („The Eleventh Virgin”), klepała biedę, zadawała się z artystyczną bohemą. Poznała następną wielką miłość swego życia, Forstera Batterhama.
Modliła się, przesuwając paciorki różańca podarowanego przez komunistkę. Pisała: Modlę się, ponieważ jestem szczęśliwa, a nie nieszczęśliwa. Zwróciłam się ku Bogu nie w smutku, żalu czy rozpaczy, by uzyskać pocieszenie, by coś otrzymać. 4 marca 1926 r. przyszła na świat jej córka, Theresa. Batterham był przeciw jej rodzicielstwu, ale tym razem Dorothy nie uległa mężczyźnie. Pisała: Żadna istota ludzka nie może otrzymać i zachować w sobie tak wielkiej fali miłości i radości, jaką często czułam po narodzinach mojej córki.
W dramatycznych okolicznościach zdecydowała się rozstać z Batterhamem. 28 grudnia 1927 r. została ochrzczona w Kościele katolickim, powodowana głębokim przekonaniem, którego nie podzielał bodaj nikt z jej radykalnego środowiska. Wspominała: Korzenie [Kościoła katolickiego] sięgały czasów św. Piotra i zamiast chylić się ku upadkowi, cieszył się oddaniem wspólnot w każdym mieście, w którym mieszkałam. […] Jakże wielką siłą napędową jest radość! W przeszłości, kiedy czułam się nieszczęśliwa lub skruszona, zwracałam się ku Bogu, lecz to właśnie radość z urodzenia dziecka sprawiła, że dokonałam ostatecznego wyboru.
Równocześnie głęboko odczuwała, że w życiu społecznym Kościół jako instytucja niejednokrotnie sprzeniewierza się Ewangelii. Cierpiała, że ludzie Kościoła nie bronili dwóch włoskich emigrantów-anarchistów, Nicoli Sacco i Bartolomea Vanzettiego, oskarżonych o rabunek i morderstwo i w wyniku „pomyłki” sądowej skazanych na śmierć. Z goryczą odnotowywała: Oto przeszłam na stronę opozycji, ponieważ Kościół był identyfikowany z własnością, bogactwem, z kapitalizmem, z wszystkimi tymi siłami reakcji. […] tak bardzo pragnęłam połączyć ciało z duchem, ten świat z przyszłym.
Następnie był Wielki Kryzys, Marsz Głodujących na Waszyngton (30 listopada – 8 grudnia 1932 r.), oraz nowa ważna postać w jej życiu, Peter Maurin. Jego marzeniem był chrześcijański, agrarny anarchizm, porządek społeczny w którym łatwiej byłoby ludziom być dobrymi.
1 maja 1933 r. blisko 50 tys. osób odśpiewało na nowojorskim Union Square znienawidzone przez wielu strofy: Wyklęty powstań ludu ziemi… Trzydziestopięcioletnia Dorothy Day stała w tłumie i rozdawała pierwszy numer „Katolickiego Robotnika”. Pisma dla ludzi, którzy tłoczą się w schroniskach, by nie moknąć na deszczu, którzy pukają do wszystkich drzwi w daremnym poszukiwaniu pracy, którzy uważają, że nie ma nadziei na lepszą przyszłość i że ich los jest wszystkim obojętny. Peter Maurin: Chrystus wyrzucił kupców ze świątyni. / Lecz dziś nikt nie śmie / wyrzucić lichwiarzy / ze świątyni. / A nikt nie śmie / wyrzucić lichwiarzy / ze świątyni, / gdyż zaciągnęli oni kredyt / w świątyni… A może i świątynia zaciągnęła kredyty u kupców tego świata?
Jesienią 1933 r. było już oczywiste – stwierdza Forest – że „The Catholic Worker” odpowiadał rzeczywistym potrzebom czytelników. Niewiele tytułów odnotowało tak duży rozwój w pierwszym roku swojego istnienia […]. W ciągu kilku miesięcy liczba egzemplarzy jednego numeru wzrosła z 2500 do 75 000. Czytelnicy mieli poczucie, że są dla redaktorów kimś ważnym, że nie piszą do i dla nich doktrynerzy, ale przyjaciele, znający ich strapienia i nadzieje.
Day z początkiem zimy tamtego roku pisała do czytelników: Ludzie przychodzą do nas, pytają o zimowe ubrania i proszą o pomoc w znalezieniu mieszkań, których właściciele akceptują kwity pomocy społecznej. Smutny koniec 1933 r.: produkcja przemysłowa zmniejszyła się o połowę w porównaniu z rokiem 1929. Ponad trzynaście milionów ludzi straciło pracę. Większość amerykańskich banków upadła, te zaś, które przetrwały, zajmowały się odbieraniem domów, sklepów i gospodarstw tym, którzy nie byli w stanie spłacić kredytów hipotecznych. Jak grzyby po deszczu w całym kraju na każdym wolnym skrawku ziemi wyrastały […] dzielnice nędzy, w których budowano schroniska z puszek, kartonów i kawałków drewna. Nie istniał żaden system opieki społecznej.
Narodziny córki, przejście na katolicyzm, założenie „Katolickiego Robotnika” – to kamienie węgielne w życiu Dorothy. Gazeta stała się zaczynem kolejnych inicjatyw, bardziej praktycznych i wymagających. Zaczęły powstawać domy gościnne; w roku 1936 istniało ich już trzydzieści trzy. Przybywało obowiązków, ludzi, odpowiedzialności i trosk.
Day nie była typem „człowieka dobroczynności”, z takich czy innych względów „uprawiającego miłosierdzie”. Jej podejście do drugiej osoby bywało wręcz szaleńcze. Otrzymała w darze pierścionek z brylantem, który następnie ofiarowała samotnej kobiecie. Któryś z wolontariuszy zaprotestował, że lepiej byłoby sprzedać ten pierścionek i zapłacić za mieszkanie tej kobiety za cały rok. Dorothy odparła, że ta kobieta ma swoją godność i może zrobić z tym pierścionkiem, co będzie chciała. Może go sprzedać i zapłacić czynsz lub wyjechać na wakacje na Wyspy Bahama. Może też cieszyć się noszeniem go na palcu, tak jak kobieta, która przyniosła go do wspólnoty. „Czy wydaje ci się”, spytała Dorothy, „że Bóg stworzył brylanty jedynie dla bogatych?”.
Jednym z największych wyzwań, jakiemu przez lata musiała stawiać czoła Dorothy Day i jej środowisko, było zagadnienie pacyfizmu i nieodpowiadania złem na zło. Wojna domowa w Hiszpanii, II wojna światowa, konflikty zimnowojenne – były czasem próby. Amerykanie nie podzielali, a często nawet nie rozumieli pacyfistycznych przekonań Day: Publikujemy słowa Chrystusa, który jest zawsze z nami, do końca świata. „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują” […]. Nadal jesteśmy pacyfistami. Naszym manifestem jest »Kazanie na Górze«, co oznacza, że będziemy się starali wprowadzać pokój. Odpowiadając naszym zagorzałym przeciwnikom, nie będziemy brali udziału w zbrojnych konfliktach ani w produkcji broni, nie będziemy kupowali rządowych opasek popierających udział w wojnie ani nie będziemy namawiać innych, by to robili. […] Namawiam naszych przyjaciół i braci, by otaczali opieką chorych i rannych, by uprawiali ziemię i karmili głodnych, aby kontynuowali dzieło miłosierdzia.
Kontrowersyjny pogląd w tej fundamentalnej kwestii niejednokrotnie powodował spadek prenumeraty pisma i wywoływał konflikty z hierarchami Kościoła. Co ważne, Day nigdy nie dążyła do eskalacji konfliktów ze swymi pasterzami, w sytuacjach krytycznych umiała ustąpić. Tylko raz odmówiła posłuszeństwa, gdy w marcu 1951 r. nakazano zmianę nazwy pisma. Przedstawiła obszerną argumentację, w wyniku której urzędnicy kościelni uchylili polecenie.
Lata 50. to w Ameryce czas walki o prawa czarnoskórych. Dorothy Day włączyła się w nią, w 1956 r. postanowiła spędzić Wielki Post w chrześcijańskiej wspólnocie Koinonia w Americus (stan Georgia) w której czarnoskórzy i biali spokojnie żyli razem od 1942 roku, zajmując się pracą na roli i hodowlą zwierząt. Wspólnota ta z początkiem roku zaczęła spotykać się z różnorakimi szykanami, od bojkotu produktów i usług, przez strzały w kierunku jej budynków i domostw, aż po wysadzenie w powietrze sklepiku Koinonii. Ku Klux Klan na jej ziemiach palił krzyże. Reakcje na przybycie Day do Americus były złowrogie: okrzyki „kochanki czarnuchów”, „wstrętne komunistyczne dziwki”, aż po ostrzelanie jej samochodu przy stacji Drogi Krzyżowej…
Druga połowa życia Day to także czas podróży. Z pewnością ważne były dla niej wizyty w Rzymie, m.in. audiencja u Jana XXIII, na którą przybyła jako jedna z pięćdziesięciu „Matek Pokoju”. W 1965 r. przywiozła tam kilkaset egzemplarzy „Katolickiego Robotnika”, specjalnego numeru zatytułowanego „Sobór i bomba”: Właśnie miała zostać otwarta trzecia i ostatnia sesja soboru [watykańskiego drugiego]. Jej plan uwzględniał pracę nad tekstem, którego fragmenty wywołały silny sprzeciw amerykańskiego establishmentu wojskowego. Ostatecznie opublikowano go pod tytułem Gaudium et spes (Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym).
W tym samym 1965 r. Wietnam stał się „ziemią palonych dzieci” (Daniel Berrigan SJ). Dorothy Day doznawała głębokiego poruszenia na myśl, że gdy jednych wojna unicestwiała lub okaleczała, inni żyli bezpiecznie i bogacili się na działaniach wojennych. Ruch Katolickiego Robotnika znów opowiedział się przeciw wojnie, ponownie wzbudzając gniew wielu Amerykanów. Odpowiedź Day była klarowna: Każdy rodzaj pracy, budowa, zwiększanie produkcji żywności, prowadzenie kasy pożyczkowej, praca w fabryce produkującej przedmioty, które zaspakajają ludzkie potrzeby, praca w rzemiośle – wszystko to może być dziełem miłosierdzia, w przeciwieństwie do działań wojennych. Po zakończeniu wojny wietnamskiej wyszło na jaw, że zarówno Day, jak i całym ruchem Katolicki Robotnik skrupulatnie interesuje się FBI. I to już od 1940 r.
Kolejne lata niosły nowe wyzwania, jak wielki strajk, który przyniósł powstanie Krajowego Związku Robotników Rolnych i dał choć na chwilę wielu pracownikom wytchnienie od hegemonii obszarników. Jeszcze jeden pobyt Dorothy w więzieniu. W 1971 r. Day odwiedziła Europę Wschodnią: Polskę, Bułgarię, Węgry, ZSRR. Dla niej, kobiety lewicy i katoliczki, Związek Radziecki był szczególnym wyzwaniem. Opowiadała: życie duchowe trwa nadal, mimo niewyobrażalnego cierpienia. Wizytę w mauzoleum Lenina wspominała następująco: zatrzymałam się, by zrobić znak krzyża i pomodlić się za tego człowieka, który spowodował takie przemiany na świecie.
W swoich ostatnich latach sporo chorowała, przeszła kilka zawałów. Robiła rozrachunek z życiem. Była dla wielu niemal świętą, ale napominała samą siebie: Powinnam się cieszyć, że jestem jedynie starą kobietą, jak dawno temu powiedział pewien mały chłopiec przy obiedzie w domu gościnnym w Rochester. Powiedział on wówczas: „Cały dzień opowiadali, że przyjeżdża Dorothy Day, no i przyjechała – i jest tylko starą kobietą!”.
Wierząca katoliczka może być kobietą lewicy. Logika wiary i logika miłosierdzia, logika idei i najgłębszych pragnień, wierność sumieniu – to znacznie więcej, niż konwenanse obyczajowe i klasowe, takie czy inne lojalności, a nawet uwarunkowania instytucjonalne czy ekonomiczne. Ale ten, kto tego nie pojmuje, powinien szybko odłożyć biografię Dorothy Day na półkę. Niepotrzebnie się zgorszy i niepotrzebnie zasieje w swojej duszy ziarno zwątpienia. Albo rozpali ogień. A to przecież zawsze niebezpieczne.
Krzysztof Wołodźko
Jim Forest, Będziemy sądzeni z miłości. Biografia Dorothy Day, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, przekład Dagmara Waszkiewicz.
______________
W „Obywatelu” nr 44 przeczytać można tekst poświęcony ruchowi Katolicki Robotnik.