przez Konrad Malec | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Związek zawodowy to strajk, zadyma, zablokowany ruch w Warszawie. Takie skojarzenia nie obejmują jednak coraz bardziej istotnych – a co więcej, skutecznych – form działalności związkowej.
Mądry związkowiec po szkoleniu
Organizacje pracodawców oraz większe firmy mają do dyspozycji całe sztaby ekonomistów, prawników i innych specjalistów. W razie sporu, pracownicy zazwyczaj zmuszeni są liczyć na własne umiejętności i wiedzę. Aby Dawid mógł się zmierzyć z Goliatem, musi umieć dobrze wymierzyć cios. W tym celu związki zawodowe regularnie organizują szkolenia dla swoich członków.
– Mają one na celu lepszą organizację pracowników i ich siły. Uczą, jak tej siły użyć – wyjaśnia Elżbieta Wielg, kierownik Biura Szkoleń i Programów Europejskich NSZZ „Solidarność”. – Komisje Zakładowe są często niewielkie. Uczymy, jak organizować pracowników, żeby poczuli potrzebę bycia w związku. Tłumaczymy też, dlaczego bez nich Komisja nie jest w stanie niczego zrobić – informuje p. Elżbieta. – Zdarza się, że po szkoleniach działacze czują taką moc, iż uważają się za gotowych do negocjacji z pracodawcą. Uczulamy ich, że sama wiedza nie wystarczy, trzeba mieć wokół siebie ludzi, którzy będą kibicowali, gdy zaczną się rozmowy.
Kursy innego rodzaju uczą działaczy, w jaki sposób przedstawiać postulaty, aby stać się równorzędnym partnerem pracodawcy. – Szkolimy z prowadzenia negocjacji i sztuki kształtowania wizerunku, które w działaniach związkowych są niezbędne – wyjaśnia Leszek Miętek, szef Związku Zawodowego Maszynistów Kolejowych w Polsce.
Choć niektóre szkolenia, np. z dialogu społecznego, organizuje większość związków, prawie każdy dodaje do nich „coś od siebie”. – Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych prowadzi szkolenia z komunikacji społecznej nie tylko z załogą i pracodawcą, ale też ze społecznością lokalną, na którą składają się również związkowcy – podkreśla wiceprzewodniczący centrali, Andrzej Radzikowski. – Jako reprezentatywny związek zawodowy opiniujemy nie tylko ustawy ogólnokrajowe, ale także prawo lokalne – dodaje.
Coraz częstsze są także zajęcia z rachunkowości i finansów oraz z prawa. – Omawiamy wszystkie przepisy, które dotyczą pielęgniarek, np. ustawę o działalności leczniczej. Tak, byśmy wiedziały np. jak nie dać się zmusić do przejścia na kontrakt – informuje Dorota Gardias, do czerwca 2011 r. przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych. Związek Nauczycielstwa Polskiego robi podobne szkolenia dla nauczycieli, górnicy zaś dokształcają społecznych inspektorów pracyi… aktywizują kobiety. – Przez „męską dominację” w branży członkinie naszej organizacji są słabo zauważalne. Chcemy, żeby ich głos był również brany pod uwagę w naszych działaniach – wyjaśnia Edyta Piórkowska ze Związku Zawodowego Górników w Polsce (ZZGwP).
Choć „Solidarność”, która liczy niemal 700 tys. członków, zatrudnia wielu specjalistów, często sięga również po szkoleniowców z zewnątrz. – Najczęściej prowadzą oni zajęcia dla naszych trenerów, prawników, osób odpowiadających za wizerunek związku czy jego politykę informacyjną – wyjaśnia p. Wielg. Podnoszenie kwalifikacji związkowców odbywa się w sposób nowoczesny, obejmuje zarówno przyswajanie teorii, jak i warsztaty umiejętności praktycznych. Działacze „eski” coraz częściej biorą także udział w konferencjach i seminariach.
Wielokrotnie mniejsza Konfederacja Pracy świetnie potrafi wykorzystywać wiedzę o obowiązkach szkoleniowo-prewencyjnych różnych instytucji, czym znacząco obniża koszty edukacji. – Przy szkoleniach dotyczących mobbingu poprosiliśmy o pomoc inspektorów pracy, którzy przeprowadzili je za darmo, w ramach swoich obowiązków. My zapewniliśmy salę i catering – wyjaśnia Michał Lewandowski, skarbnik związku.
Dzięki zabiegom OPZZ wprowadzono prawną możliwość tworzenia w zakładach funduszu szkoleniowego, służącego zwiększaniu umiejętności załogi. – Niestety nie jest on obligatoryjny – ubolewa Radzikowski. Co więcej, w obliczu nieudolności urzędów pracy związki podjęły się organizowania szkoleń zawodowych, pozwalających na przekwalifikowanie pracowników. Aby było to możliwe, lokalne struktury największych central ubiegają się m.in. o pieniądze z funduszów europejskich. – W Małopolsce przeprowadziliśmy szkolenia fryzjerskie, manicure, pedicure, w Szczecinie organizowaliśmy kursy dające uprawnienia kierowców zawodowych, w jeszcze innych miejscach – uczyliśmy obsługi urządzeń biurowych – wymienia wiceszef Porozumienia.
Środki uświęcają cel
Wzorem firm i organizacji pozarządowych, związkowcy szybko uczą się sięgać po środki unijne, np. z Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Najczęściej pozyskują je na wzmacnianie dialogu społecznego. OPZZ prowadzi duży projekt „Kompetentny uczestnik dialogu społecznego”, ZNP – „Dialog społeczny”, zaś ZZGwP – „Profesjonalnego związkowca”.
Ponadto pierwszy z wymienionych związków zorganizował za wspólnotowe dotacje obserwatorium regionalnych rynków pracy. – Podobne rzeczy robią urzędy pracy, ale one opisują tylko stan zastany, który każdy widzi. My staramy się prognozować przyszłą sytuację, co daje możliwość działania, by zmniejszyć bezrobocie – wyjaśnia Grażyna Różanek z Zespołu ds. Funduszy Europejskich. Co istotne, obserwatorium nadal działa pomimo zakończenia finansowania. Z kolei Konfederacja Pracy wykorzystuje fundusze unijne, żeby przybliżać członkom nowe zjawiska prawno-pracownicze czy społeczne.
Tego rodzaju inicjatywy są okazją do udowodnienia, że dla dobra pracowników związki potrafią współpracować także z oponentami. – Szkolenia z efektywnych narzędzi komunikacjiprowadzimy wspólnie z organizacjami pracodawców – mówi Radzikowski. Podobnie postępują górnicy. – W naszym projekcie udział biorą nie tylko związkowcy, ale także przedstawiciele Związku Pracodawców Górnictwa Węgla Kamiennego – mówi Karina Pater, koordynator Biura Szkoleniowego ZZGwP. – Przełamujemy stereotypy pracodawców o związkowcach, i odwrotnie. Pokazujemy, że związkowiec nie tylko krzyczy i żąda. Na pierwszym seminarium związkowcy usiedli po jednej stronie, pracodawcy po drugiej. Podobnie było w przerwach. Podczas kolejnych grona coraz bardziej się mieszały, a rozmowy były konstruktywne.
Mimo to Leszek Miętek zauważa pewien brak zaufania do działaczy społecznych. – W Unii organizacje pracowników zarządzają funduszami – tylko w Polsce dystrybuują je urzędnicy. Gdyby te środki znajdowały się pod zarządem związków, z pewnością szybciej byłyby rozdzielanie i wykorzystane w całości, jak w pozostałych krajach UE.
Eksperci świata pracy
„Solidarność” dawno dostrzegła, że samymi protestami wiele nie zdziała. – Rozmowom z pracodawcą nie towarzyszy walenie pięścią w stół, lecz merytoryczna wymiana argumentów – przekonuje Małgorzata Benc, szefowa biura terenowego związku w Zawierciu. Z tego powodu zarówno na szczeblu centralnym, jak i w regionach organizacja stara się pozyskiwać do współpracy ekspertów z różnych dziedzin, szczególnie ekonomistów i prawników, którzy będą w stanie np. wykazać, że pracownicy powinni otrzymać podwyżkę. „Solidarność” dorobiła się nawet własnego Biura Eksperckiego, działającego przy Komisji Krajowej.
„Eska” od lat współpracuje także z S. Partner, jedyną w Polsce firmą dostarczającą ekspertyzy dla związków zawodowych. Efektem kooperacji „Solidarności” i S. Partner jest np. opracowanie „Praca Polska 2010” – stustronicowa analiza sytuacji pracowników i dostępu do pracy, w odniesieniu do ogólnej sytuacji gospodarczej. Świetnie przygotowany raport, któremu zorganizowano premierę w błysku fleszy, został znakomicie przyjęty, a zawarte w nim treści, jak np. dowody na spadek płac realnych – trafiły do mediów. – Od 30 lat przygotowujemy ekspertyzy, które pomagają nam formułować postulaty – podkreśla Jacek Rybicki z Komisji Krajowej. Jednak takie opracowania, nawet jeśli były skuteczne w poszczególnych negocjacjach, nie wpływały na ton debaty publicznej.
Zmiana nastąpiła w 2007 r., gdy „Solidarność” w kampanii „Niskie płace barierą rozwoju Polski” publicznie podpierała się stosowną ekspertyzą. – Uprzedziliśmy zarzuty, że związkowcy chcą, aby „nalewano z pustego”. Raport pokazywał czarno na białym, że niskie pensje są nie tylko dotkliwe dla pracowników, ale także hamują rozwój gospodarczy kraju – wyjaśnia Rybicki. W kolejnych latach podobnie przeprowadzono kampanie „Polska przyjazna pracownikom” i „Solidarność na kryzys”.
Z tych działań zrodził się pomysł na swego rodzaju podsumowanie dotychczasowych prac właśnie za pomocą „Pracy Polskiej 2010”. – To nasza odpowiedź na słowa premiera Tuska, że Polska jest „zieloną wyspą”. Z punktu widzenia pracowników nasz kraj zasłużył na zupełnie inny kolor – zżyma się Rybicki. O profesjonalnym przygotowaniu raportu może świadczyć doskonałe przyjęcie go przez środowiska akademickie. Po takim sukcesie związkowcy przygotowują drugą część, poświęconą polityce przemysłowej. Ważnym impulsem do takiej aktywności był brak autentycznej debaty nad kierunkami rozwoju Polski. „Solidarność” postanowiła przełamać medialną jednomyślność i pokazać możliwe alternatywy.
Obywatel związkowiec
Efektem działań eksperckich są obywatelskie projekty ustaw. W 2005 r. udało się przeforsować przygotowaną przez „Solidarność” nowelizację przepisów o emeryturach i rentach. W kwietniu 2011 r. „eska” rozpoczęła zbiórkę podpisów pod projektem ustawy o podniesieniu płacy minimalnej do wysokości połowy średniej krajowej (obecnie jej wysokość jest corocznie ustalana przez rząd, w 2010 r. wynosiła 42% przeciętnego wynagrodzenia). – Projekty przygotowuje nasze Biuro Eksperckie. Czasem, gdy zachodzi konieczność, korzystamy także z usług zewnętrznej kancelarii – wyjaśnia Henryk Nakonieczny z Prezydium Komisji Krajowej.
Również ZNP, aby skuteczniej walczyć o równy dostęp obywateli do edukacji, postanowił odwołać się do inicjatywy ustawodawczej. – Zebraliśmy wymaganą liczbę podpisów pod projektami ustaw mających upowszechnić edukację przedszkolną, by każde dziecko mogło z niej skorzystać. Po raz pierwszy taki projekt, z 200 tys. podpisów, złożyliśmy w Sejmie w 2008 r. Niestety ustawa nie przeszła pomyślnie przez parlament, dlatego w ubiegłym roku zgłosiliśmy podobny, poparty przez 150 tys. osób – wyjaśnia Magdalena Kaszulanis, rzecznik prasowy związku.
Zakłada on finansowanie przedszkoli z subwencji oświatowej, a więc z budżetu centralnego. O ile początkowo koalicja rządząca była temu rozwiązaniu przeciwna, dziś samo MEN proponuje podobną zmianę, co daje dużą szansę powodzenia inicjatywy. – Podpisy zbieraliśmy w środowisku nauczycielskim i za jego pośrednictwem, ale też wychodziliśmy ze stolikami do obywateli i zachęcaliśmy ich do poparcia naszego przedsięwzięcia, co cieszyło się dużym uznaniem. Wiele osób opowiadało nam, jak ciężko zapisać dziecko do przedszkola – relacjonuje Kaszulanis.
Do ustawodawczej mobilizacji społeczeństwa sięgnęło też OPZZ, które przy poparciu niemal 300 tys. obywateli zaproponowało wprowadzenie możliwości przejścia na emeryturę dla kobiet po 35 oraz mężczyzn po 40 latach pracy, niezależnie od wieku. – Projekt ustawy stworzyliśmy z myślą o osobach, które rozpoczęły pracę przed 18. rokiem życia lub niewiele później. W tej chwili są dość mocno wyeksploatowane, a przez te lata już dawno wypracowały swoje emerytury – wyjaśnia Grzegorz Ilka, sekretarz prasowy Porozumienia oraz przewodniczący Konfederacji Pracy. – Podobny dezyderat zaistniał już wśród 21 postulatów w sierpniu 1980 r. PO jest temu projektowi przeciwna, jednak trafił do prac w podkomisjach.
Grosz do grosza, a będzie… 6 milionów
Niemal każdy nosi w portfelu karty uprawniające do zniżek. Mają służyć lojalności klientów wobec np. sieci handlowej. Dlaczego podobne rozwiązanie miałoby się nie sprawdzić jako sposób wzmocnienia identyfikacji ze związkiem zawodowym?
Piotr Gołąb, koordynator ds. rozwoju w podbeskidzkiej „Solidarności”, długo zastanawiał się, jak wcielić w życie statutowy zapis o pomocy członkom związku w różnych sferach życia. W 2003 r. wymyślił „Grosik” – kartę oferującą osobom zrzeszonym w „esce” możliwość tańszych zakupów w wybranych sklepach i punktach usługowych. Początkowo program objął Podbeskidzie, po czym stopniowo rozszerzał zasięg na inne regiony.
Równolegle w Wielkopolsce i Zagłębiu Miedziowym związkowcy z zakładów Volkswagena zainicjowali przedsięwzięcie opierające się na identycznej filozofii, które szturmem zdobyło oba regiony. – Nasz program jest efektem kontaktów ze związkami z krajów skandynawskich i z Niemiec – wyjaśnia Dariusz Dąbrowski, przewodniczący „Solidarności” w Volkswagen Motor Polska i koordynator Programu Rabatowego „Twój Partner” w Zagłębiu Legnickim. Gdy „Grosik” objął całą Polskę, związkowcy z wspomnianych regionów pozostali przy swoim programie, ponieważ był on już dobrze znany lokalnym kupcom.
W 2008 r. związkowcy posiadający kartę „Grosik” mogli liczyć na zniżki w ponad 2 tys. obiektów na terenie kraju. Rabatem objęto zarówno podstawowe produkty spożywcze, jak i usługi tak wyszukane, jak nauka języków obcych, ubezpieczenia czy wycieczki turystyczne. – Nie samą pracą człowiek żyje, dlatego dbamy o rozrywkę. Oferta obejmuje m.in. zniżki na bilety do aquaparków, kin i teatrów. To daje oszczędności całej rodzinie – wyjaśnia Małgorzata Benc, która wdrażała program w Regionie Śląsko-Dąbrowskim. Podobnie działa „Twój Partner”, który liczy 15 tys. uczestników, mogących kupować z rabatem od ok. 5% w sklepach spożywczych do nawet 40% w punktach z techniką grzewczą.
– Zdarza się, że gdy w zakładzie panuje dobra sytuacja, ludzie zaczynają się zastanawiać, po co w ogóle płacić składki – wyjaśnia pomysłodawca „Grosika”. Zaś Dariusz Dąbrowski dodaje: Chcieliśmy w jakiś sposób wyróżnić naszych członków, że chce im się należeć do związku. Tym bardziej, że wielu z nas zarabia naprawdę grosze, zdarzają się nawet czasowe zawieszenia płacenia składek. Używanie naszej karty pozwala pracownikom zrekompensować sobie związkową „daninę”, i to wielokrotnie. W 2008 r. program pozwolił członkom „Solidarności” zaoszczędzić łącznie 6 mln zł.
„Grosik” cieszy się dobrą opinią specjalistów ds. biznesu i marketingu. Akcentują oni nie tylko ekonomiczny wymiar programu, ale i jego potencjał w promocji związku, którego logo znajduje się na karcie i naklejkach wskazujących, że dany punkt ją honoruje.
O podobnej inicjatywie myślał związek maszynistów, jednak z uwagi na duże rozproszenie członków oraz znacznie mniejszą ich ilość zrezygnowali z tej koncepcji. Udało im się za to zorganizować korporacyjną sieć telefoniczną u jednego z głównych operatorów w Polsce. – Byliśmy pierwsi wśród związków zawodowych – nie kryje dumy Rafał Zarzecki z ZZM. Dzięki temu zrzeszeni maszyniści mają co dwa lata możliwość otrzymania atrakcyjnego telefonu w dobrej cenie, przy tanich połączeniach. – To nie tylko oszczędność dla naszych członków, ale też wymiar praktyczny. Jeśli jest nagła sytuacja, np. akcja strajkowa, mamy możliwość wysłać do wszystkich grupowego SMS-a – zauważa Zarzecki.
Związkowcy wszystkich narodów, współpracujcie!
Dzięki temu, że „Solidarność” i OPZZ są członkami Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych, mogą łatwiej korzystać z wiedzy i umiejętności pracowników z innych państw. Także współpraca największych central z S. Partner, będącą polską filią grupy konsultingowej Syndex, która na całym świecie udziela wsparcia związkom zawodowym, daje dostęp do międzynarodowych doświadczeń.
– Mamy 450 ekspertów, wśród nich np. 70 specjalizujących się w sektorze metalurgicznym, 40 ekspertów sektora finansowego, 60 specjalistów ds. branży chemicznej. Stanowimy cenne i stale aktualizowane – przez 40 lat działalności! – źródło informacji na temat przedsiębiorstw i sektorów, w całości do dyspozycji pracowników – zapewnia dr Stéphane Portet, socjolog i ekonomista, który w przeszłości był ekspertem m.in. Międzynarodowej Organizacji Pracy oraz Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju. Z usług S. Partner coraz częściej korzystają również organizacje branżowe i regionalne, a nawet zakładowe.
OPZZ bierze aktywny udział w pracach MOP. Poza byciem członkiem EKZZ oraz Międzynarodowej Federacji Związków Zawodowych, współpracuje w ramach porozumień regionalnych, np. Związkowej Sieci Morza Bałtyckiego czy Związkowej Grupy Wyszehradzkiej. Doświadczeniami wynikającymi z kryzysu gospodarczego wymienia się m.in. z organizacjami z Hiszpanii, Portugalii i Bułgarii. Porozumienie ma też przedstawiciela w Europejskim Komitecie Ekonomiczno-Społecznym – ciele doradczym Komisji, Parlamentu i Rady Unii Europejskiej. Druga co do wielkości polska centrala prowadzi współpracę z konkretnymi związkami zawodowymi w innych krajach. Najlepiej jest ona rozwinięta z brytyjskim UNISON (Związek Pracowników Usług Publicznych), przy którym Porozumienie ma od trzech lat oddelegowanego przedstawiciela. – Stara się on namawiać pracujących tam Polaków do wstąpienia do UNISON, a następnie koordynować ich działania oraz udzielać bieżącej pomocy – wyjaśnia dr Piotr Ostrowski z Zespołu ds. Międzynarodowych i Integracji Europejskiej OPZZ.
Współpracę międzynarodową prowadzą też związki branżowe. – Współpracujemy w ramach ALE – Międzynarodowej Federacji Maszynistów – ze związkowcami z 16 krajów Europy. Warte podkreślenia jest to, że do ALE wstąpiliśmy jeszcze przed akcesją do UE – nie ukrywa zadowolenia Leszek Miętek, będący obecnie wiceprezydentem federacji. Ambicją ponad stutysięcznej ALE jest skupienie maszynistów ze wszystkich, nie tylko unijnych, państw Europy. Należą do niej związkowcy z Chorwacji czy Szwajcarii. – W świecie znikających granic problemy maszynistów w różnych krajach stają się podobne. Dążymy do ujednolicenia, przynajmniej w obrębie Unii, przepisów dotyczących naszej grupy zawodowej, by móc lepiej bronić jej interesów – wyjaśnia Miętek. Już dziś maszynista przekraczający granicę i napotykający tam na problemy może liczyć na skuteczną pomoc kolegów ze sfederowanego związku, znającego miejscowe realia.
Politykę międzynarodową prowadzą również nauczyciele, budowlańcy i inne duże związki. Dobrym przykładem branżowej współpracy jest porozumienie Związku Zawodowego „Budowlani” z jego ukraińskim odpowiednikiem, podpisane przy okazji przygotowań do Euro 2012. – To wspólna inicjatywa na rzecz wzrostu bezpieczeństwa pracy na budowach w obu krajach – wyjaśnia Ostrowski. ZNP współpracuje z niemieckimi kolegami z GFF, m.in. w ramach edukacji antydyskryminacyjnej. Poza obszar wąsko rozumianej międzynarodowej działalności związkowej wychodzą też górnicy, których przedstawiciel w EKES zajmuje się tematyką energetyki.
„Solidarność”? Lubię to!
– Polacy, zwłaszcza młodzi, postrzegają „Solidarność” przez pryzmat historii, składania kwiatów pod pomnikami i trzech „najazdów” na Warszawę rocznie. Mało kto wie, że prowadzi ona setki działań będących codzienną „pracą u podstaw” – zauważa Norbert Kilen z agencji kreatywnej Think Kong. Realizuje ona na zlecenie związku nowoczesne kampanie społeczne, które pomagają przełamać wspomniane stereotypy.
Jak wyjaśnia Krzysztof Zgoda, były szef Działu Rozwoju Związku, zachodnie organizacje pracowników oprócz bezpośrednich nacisków na pracodawców często kierują działania w stronę obywateli wrażliwych społecznie. Chcąc skłonić koncern IKEA, aby zainteresował się wyzyskiem ochroniarzy zatrudnianych przez jego podwykonawcę, firmę Solid Security, „Solidarność” zwróciła się do klientów meblowego giganta z prostym pytaniem: „Czy IKEA jest OK?”.
Akcja, o której mowa, jest modelowym przykładem, jak powinno się walczyć z międzynarodowymi molochami. Polscy aktywiści przy wsparciu miejscowych związków przeprowadzili pikietę przed sklepem IKEI w Sztokholmie. Poświęcono jej kilkuminutową relację w głównym wydaniu tamtejszych wiadomości! Wydarzenie było zaskoczeniem dla miejscowej opinii publicznej, wobec której IKEA prezentuje się jako firma odpowiedzialna społecznie. – Tego samego dnia w największym szwedzkim dzienniku ukazało się półstronicowe ogłoszenie z opisem ciężkiego losu pracowników ochrony w polskich oddziałach koncernu – relacjonuje Zgoda. Co ważne, solidarność pracowników zadziałała nie tylko w macierzystym kraju firmy. – Podobne pikiety zorganizowały związki zawodowe w Korei, Niemczech, USA, Szwajcarii, Australii i Wielkiej Brytanii – wspomina działacz. Pracownicy Solid Security otrzymali także ogromne wsparcie od polskich internautów.
Głównie w Sieci prowadzona była inna kampania, „UśmiechniętaKasjerka.pl”, mająca zwrócić uwagę klientów hipermarketów na warunki pracy kasjerek. Ciężki los pracowników handlu „Solidarność” nagłaśniała także w grudniu 2010 r., gdy przed sklepami wielkich sieci kolportowane były ulotki z dołączonym opłatkiem, stylizowane na list pisany rączką dziecka, martwiącego się, że mama pracująca w markecie znowu spóźni się na Wigilię.
Wymienione akcje przyniosły nie tylko uświadomienie części społeczeństwa w zakresie problemów wybranych grup zawodowych, ale i bardzo wymierne efekty. Solid Security stworzyło fundusz dla pracowników w potrzebie, w Tesco i Kauflandzie powstały związki zawodowe, z kolei nagłośniony w mediach list, jak się wydaje, stanowił dla wielu sieci handlowych argument przesądzający o skróceniu czasu pracy w Wigilię.
Los pracowników ochraniających urzędy miała z kolei poprawić akcja „NaciśnijUrzędnika.pl”. W jej ramach opisywano nadużycia, jakich dopuszczają się firmy opłacane ze środków publicznych. Za pośrednictwem strony internetowej kampanii obywatele mogą w prosty sposób zwracać się do wybranych ministrów z żądaniem, aby podlegający im urzędnicy wymagali od wynajmowanych firm przestrzegania czasu pracy ochroniarzy.
Mniej „elektroniczne”, ale równie dobre i pomysłowe kampanie społeczne prowadzi ZNP. Przykładem może być „Dobra szkoła” czy „Nie dajmy popsuć naszej szkoły”, stanowiące głos w obronie publicznej edukacji na wysokim poziomie. – W ich ramach w szkołach pojawiły się plakaty, ulotki, a na budynkach zawisły bannery – wyjaśnia Kaszulanis. Tego typu kampanie są tańsze niż działania medialne, a mają szansę być nawet bardziej skuteczne – póki co rodzice częściej mają ze szkołą kontakt bezpośredni, niż elektroniczny.
Podobnie jak „Solidarności”, również związkowcom z Konfederacji Pracy leży na sercu tzw. społeczna odpowiedzialność biznesu. Niestety, jak przyznaje Michał Lewandowski, zainteresowanie projektem z tego zakresu było mniejsze niż oczekiwane przez związek. – Chcieliśmy trafić do pracowników i pracodawców, by zwiększyć świadomość społeczną oraz chęć wdrażania wysokich standardów w zakładach pracy – wyjaśnia. – Niestety pracodawcy nie są chętni, by wprowadzać w życie cokolwiek, czego nie muszą, a dla związkowców zmuszonych do walki o to, co tak naprawdę należy się pracownikom choćby na mocy zapisów Kodeksu pracy, społeczna odpowiedzialność biznesu to zbyt duża abstrakcja.
To nie jedyna nowatorska „działka”, którą zajęła się organizacja. Wcześniej związkowcy z Konfederacji jako pierwsi podjęli temat mobbingu. Uczyli pracowników, w jakich sytuacjach dochodzi do nadużyć i kiedy mogą wystąpić na drogę prawną. – Jeśli „wchodzi” coś nowego, to zależy nam, żeby wiedza możliwie szybko trafiła do pracowników – podsumowuje pionierskość swego związku Lewandowski.
Każda z opisanych kampanii „Solidarności” ma stronę na Facebooku, związek nagłaśnia też ogół swoich inicjatyw na tym popularnym portalu. W jego ślady coraz częściej idą kolejne organizacje. – Konfederacja jest kadrowo młodym związkiem i wielu jej członków korzysta z Internetu jako źródła informacji – uzasadnia Ilka. – Chcieliśmy tym sposobem przyciągnąć do nas młodych. Ponadto portale społecznościowe oferują szybką i łatwą możliwość spojrzenia na to, co się dzieje w związku, często mimochodem – odsłania motywy maszynistów do „wejścia w Sieć” Zarzecki. U górników pomysł wyszedł od związkowej młodzieży, informujewiceprzewodniczący ZZGwP Wacław Czerkawski, który wskazuje też, że dzięki nowoczesnym mediom pracownicy w zakładach rozrzuconych po całej Polsce wiedzą, co dzieje się w innych częściach kraju. Z kolei ZNP podkreśla, że wykorzystuje Internet nie tylko z myślą o własnych członkach. – Staramy się za jego pośrednictwem dotrzeć również do osób spoza związku, zwłaszcza do rodziców – wyjaśnia Kaszulanis.
OPZZ i ZZM założyły profile na YouTube. Zaletą kilkuminutowych filmów umieszczanych w Sieci jest nie tylko potencjalnie nieograniczona liczba osób, do których można dotrzeć bez ponoszenia dodatkowych kosztów. – Odbiór oglądanego człowieka jest łatwiejszy niż np. wywiadu z nim w związkowym biuletynie – zauważa Ilka. Klipy wideo i w ogóle ekspansja w Internecie mają być też dla związków sposobem „ucieczki do przodu”. – Gazety, nie tylko związkowe, zmniejszają nakłady, coraz mniej osób po nie sięga – wyjaśnia sekretarz prasowy OPZZ. Działacze Porozumienia podkreślają, że filmy na YouTube to krok w stronę własnej telewizji internetowej, jakkolwiek droga do niej jeszcze daleka.
Zaprzyjaźnić się ze społeczeństwem
Działania PR znacząco ociepliły wizerunek związkowców. – Miałem liczne sygnały, że ludzie lepiej nas postrzegają, gdy organizujemy kampanie takie jak ta na rzecz pracowników handlu, niż gdy palimy opony. PR wzbogaca nasze działania – uważa Krzysztof Zgoda. Zastrzega jednocześnie, że podstawą aktywności związków powinna pozostać samoorganizacja pracowników i odwaga w walce o swoje. Zaś Kilen dodaje: Bardzo się cieszę, że takie akcje docierają do młodych i nowoczesnych osób. To pomaga związkowcom zaprzyjaźnić się ze społeczeństwem.
To „zaprzyjaźnianie się” obejmuje nie tylko działania wizerunkowe. OPZZ i Konfederacja Pracy uczestniczą w Polskim Forum Społecznym, mającym być platformą wymiany myśli i poglądów między związkami zawodowymi, partiami i organizacjami społecznymi. – Pracownicy to też obywatele. Jest coraz więcej oddziaływań różnych grup na siebie, współpraca staje się koniecznością – zauważa Radzikowski.
Związkowcy starają się trafiać „pod strzechy” z informacjami na temat swoich inicjatyw oraz samą ideą pracowniczej samoorganizacji. Wielkopolska „Solidarność” nawiązała współpracę ze stowarzyszeniem kibiców Lecha Poznań, a także z samym klubem. Wśród związkowców jest wielu kibiców „Kolejorza”, którzy chcieliby promować zarówno związek, jak i ukochaną drużynę. Dzięki współpracy trybuny mają być pełniejsze, a ideały związkowe docierać do nowych osób.
Protesty, blokady i strajki niewątpliwie pozostaną ważnym orężem związków zawodowych, jednak jest to broń ostateczna. Na co dzień aktywiści pracowniczy posługują się innymi metodami – zazwyczaj mniej spektakularnymi, ale nierzadko bardzo skutecznymi.
przez Michał Sobczyk | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Wielu Polaków postrzega górnictwo jako obciążenie dla gospodarki.
Wacław Czerkawski: Górnictwo jest z wielu powodów bardzo ważną branżą. Podstawowym jest bezpieczeństwo energetyczne. W Polsce, o czym nie wszyscy wiedzą, aż 95% energii powstaje z węgla, dlatego nie musimy się obawiać, że jej zabraknie – mamy własną. Warto też przypomnieć, że istnieją technologie umożliwiające przetwarzanie węgla na paliwo. Było o tym dość głośno, potem jednak z niejasnych powodów prace zanikły. Być może wpłynął na to lobbing sektora gazowego lub naftowego, dla których węgiel mógłby stać się zbyt dużą konkurencją.
Po drugie, 29 kopalń zatrudnia bezpośrednio prawie 115 tys. górników, a każde miejsce pracy w górnictwie generuje średnio 3-4 kolejne w jego zapleczu. Ostatnio złożyli nam wizytę stoczniowcy, którzy mieli problemy, ponieważ utrudniono im przeładunek polskiego węgla podczas kryzysu węglowego. Dzięki górnictwu pracę mają ludzie od Śląska do Pomorza. Przemysł chemiczny w dużej mierze opiera się na węglu, z kolei koksownie produkują z niego wysokiej jakości koks, który jest następnie wykorzystywany przez huty. Wiele osób znajduje również zatrudnienie w sferze usługowej wokół kopalń, w małych i dużych zakładach, produkujących choćby odzież czy środki ochronne.
Gdy w ramach wielkiej restrukturyzacji górnictwa zlikwidowano 24 kopalnie, górnikom wypłacano odprawy na założenie własnego biznesu. Okazało się, że w gminach, które zostały bez swojego „głównego żywiciela”, po kolei wszyscy bankrutowali. W lokalnych społecznościach kopalnie zatrudniające 3-4 tys. ludzi są bardzo ważnymi zakładami pracy.
Co najważniejsze, wbrew obiegowej opinii, że do górników wszyscy dopłacają, górnictwo od lat generuje zyski. Rok w rok odprowadza do Skarbu Państwa 7-8 mld zł w postaci różnego rodzaju danin i podatków. Jak obliczyliśmy, jest ich łącznie 23, a w kwietniu Sejm uchwalił nowe Prawo geologiczne i górnicze, które wprowadza kolejny podatek, od wyrobisk podziemnych. Już 35% dochodu górnictwa jest odprowadzane do budżetu państwa i samorządów.
Kolejne obiegowe skojarzenie z górnictwem to zacofanie tej branży.
W. C.: Z wydobyciem węgla ściśle łączą się prace badawcze, nowe technologie, fabryki produkujące na jego potrzeby wszelkiego rodzaju maszyny. Najnowocześniejsze z nich, jak zdalnie sterowane strugi, można porównywać do technologii kosmicznych. Nauka ma także duży udział w opracowywaniu rozwiązań z zakresu bezpieczeństwa górnictwa, przeciwdziałania naturalnym zagrożeniom, od tąpnięcia, poprzez metan, aż po pożary i wodę. Część powyższych osiągnięć znajduje zastosowanie także w innych gałęziach przemysłu.
Polska jest ważnym producentem bardzo nowoczesnego sprzętu górniczego, jednak w dużej mierze trafia on na eksport – nas po prostu nie stać na te maszyny. Sprzęt wykorzystywany w polskich kopalniach jest bardzo zdekapitalizowany, wiele maszyn ma już 30 lat, co woła o pomstę do nieba i np. w Niemczech byłoby nie do pomyślenia.
Następne utrwalone przekonanie: węgiel jest „brudnym” źródłem energii.
W. C.: Przetwarzania węgla jeszcze nie mamy na takim poziomie, jak byśmy chcieli. Przepisy unijne spowodują, że produkcja energii w polskich elektrowniach na węgiel będzie szalenie droga. Tutaj otwiera się duże pole do popisu dla środowisk naukowych. Już teraz istnieją technologie tzw. czystego spalania węgla, które nie emituje tyle CO2.
Pod warunkiem stosowania nowoczesnych technologii, produkcja energii z węgla nie szkodzi środowisku. Nauka poszła bardzo do przodu i na Śląsku już widać tego efekty. Gdy dawniej wracałem znad morza, od razu wiedziałem, że jestem u siebie, bo było czarno i ciemno. To się bardzo zmieniło, bo technologie są zupełnie inne.
Rozmawiałem z działaczami ekologicznymi i okazało się, że jest dużo niezrozumienia, na czym polega spalanie węgla czy działalność kopalń. Doszliśmy już prawie do konsensusu, że węgiel nie jest tak szkodliwy, jak niektóre organizacje ekologiczne próbują go przedstawiać. Mało tego, nawet elektrownie wiatrowe mogą być od niego bardziej szkodliwe, gdyż same potrzebują energii produkowanej z węgla, a ponadto zniekształcają krajobraz.
Zatem jeśli chcemy sobie dokopać, ekolodzy i górnicy, to możemy. Pytanie – po co, skoro można szukać wspólnego mianownika, jakim są technologie czystego spalania węgla. Niestety, są one bardzo kosztowne. Polskiego przemysłu i górnictwa nie stać na odpowiednie finansowanie ich rozwoju, jeśli przy obecnym obciążeniu daninami publicznymi mają w gospodarce rynkowej „wychodzić na plus”.
Rozwój energetyki odnawialnej również wymaga znacznych nakładów, jednak jej zwolennicy przekonują, że zwrócą się one z nawiązką, m.in. w postaci nowych miejsc pracy. Z kolei rząd wyraźnie stawia na rozwój energetyki jądrowej.
W. C.: Energia wiatrowa, słoneczna czy biopaliwa są na razie wykorzystywane w niewielkim stopniu i nie zagrażają dominującej roli węgla. Przy czym ja bym w ogóle nie patrzył na to w kategoriach rywalizacji, gdyż górnictwo i energetyka odnawialna mogą istnieć i rozwijać się równolegle.
Mam sceptyczny stosunek do energetyki jądrowej, a ostatnia tragedia w Japonii pokazała, że nie jest to bezpieczna technologia. Do tego dochodzi problem odpadów radioaktywnych. Jednak jeśli powstaną w Polsce elektrownie atomowe, również mogą funkcjonować obok węglowych, nie zagrażając górnictwu. Niedawno sprowadzaliśmy z zagranicy 11 mln ton węgla rocznie, gdyż nasze kopalnie nie były w stanie zaspokoić całości krajowego zapotrzebowania. Zamiast importować węgiel, lepiej rozwijać alternatywne sposoby produkcji energii.
Podsumowując, nie ma potrzeby traktować węgla i pozostałych źródeł energii jako śmiertelnych wrogów, gdyż mogą one wzajemnie się uzupełniać. Zapotrzebowanie na energię rośnie i wcale niekoniecznie musi być zaspokajane wyłącznie siłami kopalń.
Jednak kopalnie już mamy, natomiast energetykę jądrową musielibyśmy zbudować od podstaw.
W. C.: Gdyby środki, o jakich jest mowa w kontekście elektrowni atomowych, skierowano na rozwój górnictwa węgla kamiennego, można by produkować dodatkową energię dużo bezpieczniej, taniej, z pożytkiem dla środowiska i gospodarki. Znając jednak życie i patrząc na to, co się dzieje w polityce, nie widzę możliwości, żeby jakiekolwiek większe środki publiczne zainwestowano w górnictwo.
Należy się spodziewać, że elektrownie atomowe, mające zdecydowanych zwolenników, prędzej czy później u nas powstaną. Górnictwu w niczym to nie zaszkodzi, szkoda tylko, że ogromne środki pójdą na technologię powodującą powstawanie niebezpiecznych odpadów, zamiast na bezpieczne wydobywanie i czyste spalanie surowca z polskich kopalń.
Polityka państwa wobec górnictwa jest od lat krytykowana przez związki zawodowe.
W. C.: W 2007 r. związki zawodowe, pracodawcy i strona rządowa wspólnie opracowali strategię dla górnictwa do 2015 r. Mówimy w niej, że nie ma przeszkód, by przedsiębiorstwa tego sektora wchodziły na giełdę, jeśli tylko spełnione zostaną pewne warunki. Są one następujące: zachowanie pakietu większościowego w rękach Skarbu Państwa, podpisanie porozumień społecznych, 15% akcji dla pracowników prywatyzowanego podmiotu. Już w 2010 r. złamano pierwszą zasadę, prawie w całości sprzedając „Bogdankę”.
Przykład tej kopalni, która osiąga świetne wyniki finansowe, często podaje się jako argument za prywatyzacją. To kłamstwo: zmiany własnościowe w żaden sposób nie wpłynęły na jej kondycję ekonomiczną. „Bogdanka”, w której nie zmienił się ani zarząd, ani załoga, była przed prywatyzacją tak samo dobrym przedsiębiorstwem, m.in. dzięki korzystnym warunkom górniczo-geologicznym.
Mało kto natomiast wspomina, że był okres, gdy „Bogdanka” była przeznaczona do likwidacji – uratowano ją dzięki determinacji związków zawodowych. Mówię o tym, bo o wielu kopalniach słyszy się, że są „trwale nierentowne”. My nie uznajemy tego terminu, dla nas kopalnie dzielą się na takie, które mają zasoby węgla oraz takie, które ich nie mają. Tym pierwszym zdarza się nieraz trudna sytuacja geologiczna i mogą przez rok, dwa czy trzy osiągać gorsze wyniki. Potem jednak wchodzą w dobre pokłady i generują zyski. Właśnie dlatego są skupione w spółkach węglowych typu Katowicki Holding Węglowy czy Kompania Węglowa, że kiedy są w słabszej kondycji, wtedy te, które mają dobry okres, mogą zrównoważyć ich straty.
Źródłem rozczarowania związkowców był także brak budżetowego wsparcia dla tzw. inwestycji początkowych w górnictwie.
W. C.: Przepisy unijne zezwalały na pomoc publiczną dla inwestycji umożliwiających eksploatację nowych złóż. Polska nie korzystała jednak z tego prawa, argumentując, że nasze górnictwo świetnie sobie radzi. Dopiero w ubiegłym roku udało nam się, brutalnie mówiąc, wyrwać z budżetu środki na udostępnienie nowych pokładów węgla. Te pieniądze bardzo szybko się zwrócą w formie różnego rodzaju podatków.
Niestety, od 2011 r. taka pomoc jest już zabroniona. W międzyczasie, przy okazji tego jednorazowego wsparcia wrócił mit całej Polski dopłacającej do górników. Tymczasem wystarczy zestawić 7 mld zł corocznych wpływów do budżetu w postaci danin z wspomnianą pomocą, która wyniosła zaledwie 400 mln zł. To dobitnie świadczy o tym, że górnictwo nie jest dotowane przez państwo, jak myślą niektórzy.
Niechęć do górnictwa budowały również medialne doniesienia o licznych patologiach w tej branży, związanych np. ze spółkami pośredniczącymi w obrocie węglem.
W. C.: Patologie dotykają górnictwo w takiej samej skali jak inne branże, jednak wszelkie afery są w jego przypadku o wiele bardziej nagłaśniane.
Największe przestępstwa czy podejrzenia nadużyć miały miejsce, gdy górnictwo było fatalnie zarządzane, nieskonsolidowane, a jednocześnie istniała presja, aby poszczególne kopalnie były dochodowe. Różni pośrednicy w sprzedaży węgla mieli wówczas ułatwione zadanie. Kryminogenny był zwłaszcza system kompensat, tj. płacenia węglem za usługi i materiały, na czym kopalnie często traciły, natomiast pośrednicy dorabiali się majątków. Mówiliśmy wówczas, że na węglu zarabiają wszyscy oprócz samych górników.
Górnictwo generuje kilkadziesiąt miliardów obrotu rocznie. Wszędzie, gdzie są takie pieniądze, w nieunikniony sposób pojawiają się ludzie nieuczciwi. Nie znaczy to, że można im dać przyzwolenie na taką działalność, a przynajmniej ze strony związków zawodowych nie ma żadnej taryfy ulgowej dla zachowań niezgodnych z prawem. Powiem więcej: jak dotąd to właśnie związki najczęściej ujawniały różnego rodzaju nieprawidłowości, co często spotykało się z lekceważeniem albo niedowierzaniem.
Na szczęście mamy to za sobą, jednak pojawił się nowy problem. Luka pokoleniowa spowodowała, że w kopalniach zaczęto najmować dużo firm zewnętrznych. Jak się szacuje, zatrudniają już 20% pracowników górnictwa. Wśród nich znalazły się liczne „firmy w walizkach”, mające zdecydowanie najniższe koszty, gdyż zatrudniające emerytów, pracowników bez umowy (którym nieraz nie płaciły) itp. Wielokrotnie sygnalizowaliśmy, że ci ludzie pracują w skandalicznych warunkach. Do legendy przechodzą opowieści o górnikach zjeżdżających na dół w trampkach. To zauważono, także dzięki związkom zawodowym.
Medialny stereotyp przedstawia górnicze związki jako skupione na wąsko rozumianym interesie własnej grupy zawodowej, gotowe walczyć o kolejne podwyżki bez oglądania się na interesy ogólnospołeczne.
W. C.: Jeżeli np. walka o bezpieczeństwo pracy w górnictwie jest partykularnym interesem górniczych związków zawodowych, to rzeczywiście walczymy o partykularne interesy.
Trzeba sobie zdać sprawę, że uzwiązkowienie w kopalniach sięga 100%, co jest ewenementem w skali kraju, gdzie średnio nie przekracza 15%. Jesteśmy bardzo dobrze zorganizowani, więc stać nas na więcej. Jeśli my decydujemy się wyjść na ulice, robimy to w konkretnym celu i w taki sposób, że nie da się nas nie zauważyć. Tak jak ostatnio, gdy przez Katowice przemaszerowało 7 tys. górników, skandując hasła nie tylko górnicze. Mówiliśmy m.in. o prawach pielęgniarek.
Często wspieramy inne grupy, jak np. właśnie pielęgniarki. Prowadzimy także działalność w sferze międzynarodowej, jesteśmy silnie umocowani w europejskich strukturach związkowych. Górnicy nie myślą tylko o sobie, lecz starają się współdziałać z całym społeczeństwem.
Przeciętnemu telewidzowi górnik raczej nie kojarzy się z dialogiem społecznym, prędzej z paleniem opon.
W. C.: Oczywiście zdarzają się sytuacje ekstremalne, jak podczas demonstracji w Warszawie, gdzie dochodziło do regularnych walk. Również niedawno grupa protestujących wybiła kilka szyb w siedzibie Katowickiego Holdingu Węglowego. Mamy o to do nich pretensje, gdyż w ten sposób zniweczyli wysiłek kolegów, którzy przyszli z konkretnymi postulatami, a media pokazały tylko wybite szyby. Próbujemy walczyć z takimi ekscesami, które psują nam opinię i dają pretekst do sięgania po stereotyp górnika-zadymiarza.
Jesteśmy dobrze zorganizowani i właśnie o to największe pretensje mają do nas politycy, którzy stale kombinują, jak nas podzielić, oczernić, zrobić z nas awanturników. Tymczasem związkowcy nieustannie, w cywilizowanym trybie, rozmawiają z pracodawcami i rządem, np. na forum Zespołu Trójstronnego ds. Bezpieczeństwa Socjalnego Górników. Organizują także ze środków unijnych szkolenia dotyczące dialogu społecznego czy wiedzy o prawie pracy. Nikt o tym jednak nie mówi.
Gdy w imieniu swojej centrali załatwię coś pozytywnego, prawie nigdy nie spotyka się to z jakimkolwiek oddźwiękiem. Jednak kiedy któryś z górników wybije szybę, wtedy jestem popularny i mogę udzielać wywiadów. Niestety, nie na temat problemów górnictwa, tylko o zadymie i palonych oponach…
O co obecnie walczą górnicze związki zawodowe?
W. C.: Jednym z priorytetów zawsze będzie dla nas bezpieczeństwo pracy. Górnicy nierzadko pracują ponad 1000 m pod ziemią, są narażeni na tąpnięcia, wybuch metanu i inne zagrożenia. Cały czas staramy się, aby zwiększyć ich bezpieczeństwo, co wymaga spełnienia wielu warunków, np. sprzętu, który odpowiada światowym standardom.
Mimo różnego rodzaju działań, mimo deklaracji pracodawców o coraz większych nakładach na bezpieczeństwo, nadal jest ono niewystarczające. Statystycznie rzecz biorąc, rok 2010 był lepszy niż 2009, jednak dopóki będą ofiary, będziemy to nagłaśniać, apelować, podejmować wszelkie działania zmierzające do poprawy bezpieczeństwa. Wciąż daleko nam do standardów niemieckiego przemysłu wydobywczego. Dyrektor jednej z tamtejszej kopalń chwalił się nam, że w minionym roku nie wydarzył się w niej ani jeden wypadek. Dało nam to dużo do myślenia, bo u nas nie zdarzają się lata bez wypadków.
Poza postulatami związanymi z bezpieczeństwem, w tej chwili skupiamy się na ustawie, która zakłada przeniesienie nadzoru właścicielskiego z Ministerstwa Gospodarki do Ministerstwa Skarbu, co grozi nam szybką, dziką, bolesną prywatyzacją. Nadal toczą się dyskusje na temat optymalnej organizacji polskiego górnictwa. Naszym pomysłem jest utworzenie Polskiego Węgla, w ramach którego spółki węglowe mogłyby się wspierać kapitałowo. Czy to idealne rozwiązanie – nie mnie oceniać. Ważne, że my jakiś pomysł mamy, w przeciwieństwie do rządu, który nie ma żadnego. Premier Tusk, podobnie jak nikt z Platformy w ogóle z nami nie rozmawia, czego dowodem jest nasz apel o spotkanie z posłami, na który odpowiedziały jedynie PiS i SLD. Trudno z kimś prowadzić dialog nie rozmawiając, dlatego nie ma się co dziwić, że ludzie wychodzą na ulice.
Wobec podwyżek cen cukru, benzyny itd. doszły do tego kwestie płacowe. Od ładnych paru lat górnicy nie otrzymali podwyżek, jedynie waloryzację płac o wartość inflacji, której wysokość jest zresztą bardzo różnie oceniana. Weszliśmy w spory zbiorowe, chcemy wzrostu wynagrodzeń o 10%. To ważny postulat, bo podwyżki to inwestycja w ludzi. Muszą oni wiedzieć, za co pracują i narażają życie. Obecnie średnia płaca pracownika kopalni wynosi ok. 4750 zł brutto.
Pracownikom dużych, państwowych przedsiębiorstw jest bez porównania łatwiej się organizować.
W. C.: Nie ma się co dziwić, że górnicy boją się prywatyzacji. Widzą, jak pracują ich koledzy z firm zewnętrznych, dlatego obawiają się, że gdy „przyjdzie prywatny”, nie będą mieli żadnych praw. Choć ustawa o związkach zawodowych działa zarówno w firmie państwowej, jak i prywatnej, to jednak rzeczywistość nie jest tak różowa. Niejednokrotnie spotykamy się z sytuacją, gdy pracownicy chcący założyć związki zawodowe słyszą od prezesa, że on tu jest związkiem zawodowym, a jak się nie podoba, to znajdą się inni na ich miejsce.
W firmach takich jak Przedsiębiorstwo Robót Górniczych czy Przedsiębiorstwo Budowy Szybów – z tradycjami, powstałych na bazie przedsiębiorstw państwowych – istnieją związki zawodowe, a prawa pracownicze są przestrzegane. W pozostałych firmach zewnętrznych nie ma wielkich szans na powstanie związków. W prywatnej kopalni próbowaliśmy inicjować tworzenie struktur związkowych, jednak odpuściliśmy, by nie narażać zatrudnionych na szykany.
Pracodawcy boją się powstawania związków, panuje bowiem opinia, że działają one na niekorzyść zakładu pracy. To nieprawda. W ramach realizowanych przez związki projektów szkolimy się razem z pracodawcami. Okazuje się, że niejednokrotnie znajdujemy wspólny język, bo i dla nich, i dla nas priorytetem jest dobro firmy. Nie będzie pracodawcy bez związkowców, tak jak nie będzie pracowników bez kadry zarządzającej. Wszyscy oni muszą współdziałać, ale na razie są to jedynie pobożne życzenia.
Nie będzie również górnictwa bez zaplecza edukacyjnego, które w toku transformacji znacznie zredukowano.
W. C.: Gdy zamykano kopalnie, przy okazji zlikwidowano szkoły górnicze. Wydawało się wtedy, że przemysł górniczy jest schyłkowy. Nikt się nie garnął do pracy na kopalni, bo i po co, skoro i tak zaraz zostanie zlikwidowana. Szybko się okazało, że bez górnictwa Polska się nie obejdzie. Sytuacja zmieniła się diametralnie, otwarto wiele szkół. Dwie wyższe uczelnie nadal kształcą na wysokim poziomie inżynierów górnictwa. Wymaga jednak czasu, zanim kolejne roczniki wypełnią braki kadrowe.
Zmienił się stosunek młodych ludzi do górnictwa. W każdej spółce węglowej jest po kilka tysięcy podań osób, które chcą w niej podjąć pracę. Jak się okazało, górnictwo jest jednym z ostatnich bastionów, gdzie można uzyskać co prawda mało bezpieczną, ale za to stabilną pracę, gdzie pracownicy mają możliwość samoorganizacji, a ich prawa są w miarę przestrzegane. Związki zawodowe każdego dnia prowadzą ciężką walkę, żeby nadal tak było.
Dziękuję za rozmowę.
Katowice, 22 marca 2011 r.
przez Michał Sobczyk | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Polacy kojarzą co najwyżej pojedyncze nazwiska obrońców praw człowieka w ZSRR, tymczasem miały tam miejsce bardzozróżnicowane formy oporu wobec władzy komunistycznej.
Mikołaj Iwanow: Był to niezwykle szeroki wachlarz grup dysydenckich – komunistów, którzy chcieli naprawić ustrój, socjalistów, nacjonalistów, syjonistów, Tatarów Krymskich, Czeczenów itd. Praktycznie każdy naród radzieckiego imperium miał swój własny ruch dysydencki. Od czasów rewolucji październikowej środowiska opozycyjne wobec władzy bolszewików nigdy nie zaprzestały działalności. Nie było w Związku Radzieckim żadnego „wczesnego Gomułki”, kiedy kierownictwo partyjne cieszyłoby się względnie szerokim zaufaniem społecznym, zaś aktywność opozycyjna praktycznie ustała.
Ruch dysydencki w Sowietach raz był większy, raz mniejszy, niekiedy także zbrojny – dość wspomnieć Armię Własowa. Nie wszyscy w Polsce wiedzą, że niechęć wobec komunizmu była tak wielka, że podczas wojny po stronie Niemców-agresorów walczyło prawie milion obywateli sowieckich! Przy czym należy podkreślić, że w ruchach opozycyjnych rdzenni Rosjanie zawsze byli w mniejszości. Trzeba pamiętać, że stanowili w ZSRR tylko połowę ludności; również w rewolucji bolszewickiej, którą Sołżenicyn nazywa „śmiertelnym złamaniem kręgosłupa narodowi rosyjskiemu”, stanowili oni mniejszość. Z kolei wśród „białych”, walczących przeciwko oddziałom rewolucyjnym, praktycznie nie było przedstawicieli mniejszości narodowych.
Do dziś, gdy rozmawiam z przyjaciółmi w Moskwie, często słyszę: to, że w 1612 r. zajęliście nam Kreml, możemy Wam wybaczyć; to, że wraz z Napoleonem wkroczyliście do Moskwy 200 lat później – również; jednego Polaka, który przelał najwięcej krwi rosyjskiej – Dzierżyńskiego – wybaczyć Wam nie możemy. Ale czy ktokolwiek w Polsce, będąc przy zdrowych zmysłach, szczyci się Dzierżyńskim?
Od 20 lat działa w Moskwie organizacja „Memoriał”, która za jeden z celów przyjęła propagowanie wiedzy o ofiarach komunistycznego terroru – większość z nich do dzisiaj pozostaje anonimowa. Jest to – jak przyznają członkowie „Memoriału” – praca na dziesiątki lat. Polski Ośrodek „Karta” wydaje kilkutomową encyklopedię ruchu dysydenckiego w Związku Radzieckim, której redaktorem jest Natasza Gorbaniewska. Jeśli weźmiemy własowców, trockistów, powojennych opozycjonistów rosyjskich, to każdy, kto choćby tylko opowiadał kawał czy wznosił toast przeciwko Stalinowi, prędzej czy później lądował w więzieniu, był rozstrzeliwany lub skazywany na 25 lat.
Dopiero w 1965 r. pojawił się fenomen grupy dysydenckiej, składającej się z dwóch pisarzy, Andrieja Siniawskiego i Julija Daniela, którzy odważyli się publikować swe utwory na Zachodzie – i oto raptem władza ani ich nie rozstrzelała, ani nawet nie wsadziła do więzienia. Zamiast tego, członkom grupy urządzono w Moskwie proces, w którym przyznano obrońców z urzędu. Obrońca to było wówczas w Związku Radzieckim coś absolutnie nie do pomyślenia. Datę tę można uznać za narodziny współczesnego ruchu dysydenckiego.
Władimir Bukowski, Natasza Gorbaniewska i kilka innych osób urządziło wówczas manifestację w obronie sądzonych, która nie spotkała się z represjami. Daniel i Siniawski dostali wyroki zadaje się 5 i 7 lat – w porównaniu z czasami stalinowskimi były one śmieszne. Pojawiło się więzienie dla „politycznych” we Włodzimierzu, gdzie dawano im gazety i traktowano już nieco inaczej. Przed rewolucją więzień polityczny miał prawo dostępu do prasy, nie musiał pracować, nie wolno było go bić – Związkowi Radzieckiemu (jak również i dzisiejszej Rosji) do czasów carskich pod tym względem było jeszcze daleko, ale nastąpił wielki postęp.
W 1968 r. stała się kolejna rzecz, wydawałoby się nie do pomyślenia – 7 osób urządziło na Placu Czerwonym protest przeciwko inwazji ZSRR na Czechosłowację. Od tego momentu organizacje opozycyjne powstają jak grzyby po deszczu. Litwini zakładają cieszący się prawie powszechnym poparciemkomitet obrony Kościoła katolickiego. W Moskwie działało wiele grup dysydenckich. W latach 70. należałem do grupy Młodych Socjalistów – robiliśmy to, co w Polsce w latach 60. Modzelewski z Kuroniem,tylko w ścisłej konspiracji i bez poparcia społecznego. Nie byliśmy co prawda członkami partii, lecz komsomolcami i chcieliśmy „komunizmu z ludzką twarzą”.
Co ciekawe – Żydzi, którzy zawsze w Rosji siedzieli cicho z powodu antysemityzmu, zaczęli zakładać organizacje emigracyjne i władza pod naciskiem Zachodu zmuszona była wypuszczać ich z kraju. Na Białorusi zaczęło się odradzanie narodowej kultury, podobnie na Ukrainie. W latach 70. powstał w ZSRR „drugi obieg” – samizdat. Ja i moi przyjaciele z uczelni, z których wielu było dziećmi członków KC KPZR, czytaliśmy tę literaturę, np. „Archipelag Gułag” Sołżenicyna, a także powielaliśmy ją na maszynie. Zacząłem wtedy wydawać w Mińsku czasopismo, które nazywało się „Nowaja Nasza Niwa”. W Moskwie moi koledzy wydawali czasopismo „Na Lewo Zwrot”, nawiązujące do Komuny Paryskiej, która była dla nas świętością. Ruch dysydencki powoli robił się masowy, chociaż oczywiście nie na skalę polskiej „Solidarności”. W latach 70.ludzie powoli, ale nieuchronnie zaczęli tracić wiarę w komunizm. Łagodnieje represyjność ustroju.Większość osób, które przeszły przez tzw. psychuszki, wyszło z nich z jakimś uszczerbkiem na zdrowiu, ale praktycznie nikogo nie zabito – władze raczej nie stosowały już represji, które stanowiłyby zagrożenie dla życia. Ustrój zaczynał rdzewieć.
Czy istniały jakieś kanały komunikacji dysydentów ze społeczeństwem, czy też było to zjawisko elitarne?
M. I.: W zasadzie nie istniały. Gdy drukowałem w Mińsku swoje pismo, zawsze wiedziałem, komu je dam – tylko zaufanym osobom. Ruch dysydencki był absolutnie elitarny, angażujący niemal wyłącznie inteligencję, i stąd też wzięła się przepaść między narodem a jego elitą. Inteligentów nie przyjmowano do partii komunistycznej, natomiast robotników wręcz zmuszano do tego. Ta praca władzy radzieckiej, izolującej elitę intelektualną od reszty społeczeństwa, nie poszła na marne – do dzisiaj w wielu kręgach słowa „inteligent” i „demokrata” mają negatywny wydźwięk. I na tym gra dzisiejsza władza na Kremlu. Dlaczego prawdopodobnie ponad 70% najwyższych urzędników państwowych stanowią w Rosji byli pracownicy KGB? Dzisiejsze państwo rosyjskie wywodzi się w prostej linii z tej służby. Ale nie zaryzykuję stwierdzenia, że podobny układ władzy jest czymś negatywnym dla kraju. Pamiętajmy: KGB od lat jakby wysysało z własnego narodu śliwki intelektualne, odbierało najzdolniejszych, aby ratować to, czego w końcu nie dało się uratować…
Czy działania radzieckich dysydentów były nagłaśniane przez zachodnie media?
M. I.: W 1975 r., gdy Breżniew podpisał porozumienia helsińskie, przez jakiś czas zagraniczne rozgłośnie przestały być zagłuszane. Opozycjoniści wyjeżdżający na Zachód zyskiwali trybunę, z której ich głos mógł być słyszany w ZSRR. Sołżenicyn był tutaj wyjątkiem – zaszył się w USA w stanie Vermont, który mu przypominał Syberię [śmiech], by skończyć jako nacjonalista rosyjski.
Trzeba wspomnieć, że niemal wszystkie najważniejsze europejskie rozgłośnie radiowe nadawały wówczas także w języku rosyjskim. Władza często organizowała protesty przeciwko „ingerencji w sprawy ZSRR”, lecz wtedy, pod koniec lat 70., prawie nic nie można było już przemilczeć. Zachodnie media odegrały ogromną rolę w upadku komuny.
A czy działalność opozycji wewnątrzradzieckiej miała istotne znaczenie dla zawalenia się systemu?
M. I.: Nie ulega wątpliwości, że tak. Ale też nie była to, rzecz jasna, przyczyna najważniejsza. O ile w przypadku Polski można powiedzieć, że „Solidarność” odegrała jedną z kluczowych ról w upadku reżimu, to radziecki ruch dysydencki był, o czym wspomniałem, elitarny. Przyczyna upadku komunizmu w ZSRR była bardziej prozaiczna: po prostu nie było tam czego jeść. Państwo, które wydaje na zbrojenia 50% budżetu (lub, jak twierdzą niektórzy, prawie 70%), nie ma racji bytu. Gdy przyjechałem do Polski 30 lat temu, był to dla mnie szok cywilizacyjny. W ZSRR na święta dostawaliśmy od władzy np. puszkę konserw mięsnych. W latach 80. nawet te symboliczne prezenty robiły się coraz rzadsze. Gdy rozpoczęła się pierestrojka, jej ruchem napędowym byli komuniści.
Czym był Komitet Założycielski Wolnych Związków Zawodowych w ZSRR, którego był Pan członkiem? Ten rozdział historii radzieckiego ruchu dysydenckiego jest w Polsce zupełnie nieznany.
M. I.: Była to grupa studentów, wychowanków wydziału historycznego Uniwersytetu Moskiewskiego, którzy już na trzecim roku studiów narazili się władzom, robiąc jakąś gazetkę ścienną. Nieformalnym przywódcą tej grupy był późniejszy znany dysydent, nieżyjący już Andriej Fadin, który po upadku komuny nie zaprzestał działalności opozycyjnej i protestował np. przeciwko wojnie czeczeńskiej (zginął w wypadku samochodowym po powrocie z Kaukazu – mało kto w Rosji wierzy, że faktycznie był to wypadek). Był on synem kierownika Wydziału Ameryki Łacińskiej Komitetu Centralnego KPZR, wychowywał się w tym samym domu, w którym mieszkał Breżniew. Drugim liderem był Paweł (Pasza) Kudiukin, który później, w epoce Jelcyna, był ministrem pracy w rządzie Gajdara. Uważaliśmy siebie za prawdziwych „leninowców”, wydawaliśmy wspomniane „Na Lewo Zwrot”.
Pewnego dnia w 1978 r., gdy przyjechałem do Moskwy z Mińska, gdzie mieszkałem, spotkaliśmy się w parku (nigdy nie konspirowaliśmy w prywatnych mieszkaniach). „Idę w lud” – zadeklarował wtedy Fadin, wzorem tzw. narodowolców, którzy pod koniec XIX w. praktykowali chożdienie w narod. Grupa została jednak rozbita przez KGB i do „wejścia w lud” nie doszło… Idea założenia w Rosji radzieckiej wolnych związków zawodowych, która narodziła się w kręgu lewicowych moskiewskich inteligentów, nigdy nie wyszła poza komitet założycielski – w systemie totalitarnym nie było na to szans.
W 1979 r. ożeniłem się z Polką, rok później urodził mi się syn. Przypadek zdecydował, że przez żonę, która pracowała we Wrocławskich Zakładach Elektronicznych „Elwro” – prawdopodobnie największym w Układzie Warszawskim przedsiębiorstwie produkującym komputery – nawiązałem pierwsze kontakty z Kornelem Morawieckim. Przed I Zjazdem „Solidarności” Andriej zaproponował, byśmy napisali własną odezwę na Zjazd, którą następnie – zapamiętaną – „przywiozłem” do Polski.
Jakie były w Związku Radzieckim reakcje na powstanie „Solidarności”? Czy to wydarzenie znalazło jakiś oddźwięk w społeczeństwie?
M. I.: Stosunek do ówczesnych wydarzeń w Polsce był dwojaki. Z jednej strony – zachwyt i ogromne zainteresowanie wśród rosyjskich inteligentów; Fadin uważał, że to początek końca komuny. A jednocześnie 80-90% społeczeństwa odnosiło się wobec „Solidarności” bardzo niechętnie, i ten stosunek niestety przetrwał do dzisiaj. Władza włożyła wiele wysiłku w skompromitowanie tego ruchu jako organizacji zdradzieckiej.
Byliśmy wtedy przekonani, że Polskę czeka podobny los jak Czechosłowację w 1968 r., że ta pokojowa rewolucja nie może się udać. Ale przekonaniu towarzyszyła euforia spowodowana tym, że szerokie rzesze Polaków powiedziały władzy „nie”.
Czy Pana zdaniem istniała jakakolwiek realna alternatywa dla modelu transformacji, który ostatecznie został przyjęty tak w ZSRR, jak i w PRL? „Solidarność Walcząca” od początku krytycznie oceniała kierunek przemian ustrojowych.
M. I.: „Solidarność Walcząca” pozostała na marginesie przemian głównie dlatego, że tworzyli ją – włącznie ze mną – ludzie „nawiedzeni”, idealiści o często skrajnych poglądach, którym o wiele łatwiej przychodzi walczyć z kłamstwem i niesprawiedliwością niż budować w warunkach transformacji nowe państwo, co wymaga nieraz kompromisów moralnych. Ludziom, którzy ich nie uznają, zawsze trudno żyć.
Uważam jednak, że Polska uzyskała optimum tego, co mogła uzyskać. PRL była prawdopodobnie jedynym krajem bloku wschodniego, w którym nie została doszczętnie zniszczona przedsiębiorczość. W Rosji powiada się czasem: „Tam, gdzie Polak przeszedł, Żyd nie ma co robić”. Za czasów radzieckich nawet polscy „komsomolcy”, wizytując ZSRR, handlowali czym popadnie – przywozili spodnie, kosmetyki czy choćby prezerwatywy (których też brakowało). Ten duch przedsiębiorczości pomógł Polsce wyjść z transformacji obronną ręką.
W odróżnieniu od Polski, w Rosji zmysł przedsiębiorczości został całkowicie zniszczony. Natomiast biorąc pod uwagę doświadczenie dziesiątków lat komunistycznego terroru, uważam, że to, jak Rosja się dziś rozwija, stwarza nadzieję, że już następne pokolenie zbuduje normalny kraj, nie zaś rządzony według zasad „chicagowskich”. Zresztą wszyscy ci oligarchowie czy mafiosi rosyjscy wysyłają dzieci na najlepsze uczelnie na świecie; to pokolenie zbuduje nową Rosję.
Tymczasem demokracja w tym kraju nadal odbiega od standardów zachodnich, np. istnieją tam „więźniowie sumienia”. Jaka jest w Rosji kondycja opozycji politycznej, skala jej poparcia w społeczeństwie?
M. I.: Za czasów Jelcyna mieliśmy co prawda więcej demokracji, ale niestety wielkim kosztem. Znakomita większość Rosjan wspomina ten okres jako czas chaosu, zaś na rosyjskiej ulicy „demokrata” nadal jest epitetem negatywnym. Politycy opozycyjni często słyszą: rządziliście już za czasów Jelcyna i jaka była wówczas inflacja? Ugrupowania liberalne, demokratyczne, są w Rosji elitarne i uważane za partie inteligenckie, mając prawdopodobnie ok. 5% poparcia. Najwyższe wyniki wyborcze osiągają w ośrodkach uniwersyteckich, zaś na prowincji praktycznie zerowe. Rozmawiając z prostymi Rosjanami, często słyszę: „Co pan nam tu mówi o demokracji, przecież my już przechodziliśmy tę demokrację, gdy przez pół roku nie dostawaliśmy pensji, a teraz na wszystko nas stać”.
Nie wierzę w konflikt między Miedwiediewem i Putinem – uważam, że jest on pozorowany. Obaj przywódcy rozgrywają spektakl, w którym jeden wciela się w rolę złego, drugi zaś dobrego policjanta. I to działa. Podejrzewam, że wspomniany tandem rzeczywiście ma poparcie większości społeczeństwa. Czy jest to – jak wskazywałyby wyniki wyborów oraz sondaży – 70%, czy może raczej 50%, trudno powiedzieć. Na pewno wybory nie są w pełni transparentne, bez wątpienia zdarzają się przypadki fałszowania wyników, ale skalę tych zabiegów bardzo trudno ocenić.
Dzisiejsza Moskwa jest miastem wielkiego luksusu i przepychu, dochód na mieszkańca sytuuje się tu na poziomie Niemiec zachodnich, a zarobki rzędu 3-4 tys. euro są na porządku dziennym; „zachodnie” są także ceny. Na prowincji czy w centralnej Rosjiżyje się oczywiście znacznie gorzej, jednak i tam tak dobrze jak teraz nigdy nie było. I dlatego obecna ekipa władzy ma realne, wysokie poparcie społeczeństwa. Przy czym trzeba też pamiętać, że z kraju wraz z oligarchami wyjeżdża rocznie ponad 100 mld dolarów – jedna czwarta całego polskiego PKB.
Rosja ma inne problemy niż deficyty demokracji, poczynając od tego, że kraj wymiera. Putin wprowadził becikowe rzędu 25 tys. zł za jedno dziecko, ale pojawił się inny problem – ludzie zaczęli rodzić dzieci, aby otrzymać to olbrzymie becikowe, a następnie się ich pozbywać… Rosja to trudny kraj, o wielkich dysproporcjach między centrum a prowincją, a także między elitą kulturalną czy intelektualną a resztą społeczeństwa. Przemierzając środkową Rosję mija się setki opuszczonych wsi, widzi się ogromne połacie nieuprawianej ziemi. Rosja carska kontrolowała 50% światowego handlu zbożem, głównie pochodzącym z Wołynia, gdzie uprawiali je Polacy w wielkich latyfundiach. Za Chruszczowa, a następnie Breżniewa, Rosja musiała kupować nawet 60-70 mln ton ziarna rocznie. Dzisiaj kraj znów eksportuje zboże. Trzymam kciuki za Rosjan, ale przed nimi nadal bardzo duże trudności.
A młode pokolenie – nie buntuje się przeciwko obecnym władzom?
M. I.: Istnieje choćby ruch anarchistyczny czy nacjonal-bolszewicki, tzw. limonowcy. Przy czym Limonow, enfant terrible opozycji, odgrywa w dzisiejszej Rosji rolę podobną do Żyrinowskiego – często opowiada zupełne bzdury, lecz niekiedy mówi to, co rząd myśli, lecz czego sam nie może lub nie wypada mu powiedzieć. Co może być wspólnego między neobolszewikiem Limonowem a Niemcowem, byłym wicepremierem Rosji, i jego nową prawicą? Pozornie nic, a jednak pojawiają się wspólnie na każdej manifestacji. Wydaje mi się, że jest to powtórka z czasów radzieckich ruchów dysydenckich, kiedy obok siebie działali i prawicowcy, i ukraińscy nacjonaliści, i neoleniniści. W obecnym ruchu antyrządowym są po prostu wszyscy, co z kolei ułatwia władzom antyopozycyjną propagandę.
W Polsce znacząca część dawnych działaczy opozycji uczestniczy w życiu publicznym, często piastując ważne stanowiska w polityce czy odgrywając istotną rolę w życiu intelektualnym, z drugiej strony – część historycznych liderów ruchu „Solidarności” znalazła się na marginesie.
M. I.: W przeciwieństwie do Polski, gdzie ludzie „Solidarności” stanowią elitę rządzącą i opozycyjną, nikt albo prawie nikt z dysydentów radzieckich nie jest u władzy. Wołodia Bukowski był co prawda namawiany do kandydowania na stanowisko mera Moskwy, ale się nie zgodził. Mój kolega, Paweł Kudiukin, był przez krótki czas wiceministrem. Nie potrafiłbym chyba wymienić bodaj jednego innego opozycjonisty z czasów sowieckich, który w nowej Rosji piastowałby ważne stanowisko. Ludzie byłej opozycji nadal walczą z ustrojem, np. w ramach „Memoriału” czy Komitetu Helsińskiego, pozostając cały czas na politycznym marginesie. Jeżeli ktokolwiek w Polsce liczyłby na to, że ci niezłomni, walczący z ustrojem komunistycznym dojdą w Rosji do władzy, byłby człowiekiem naiwnym.
Czy w dzisiejszej Rosji istnieje realny pluralizm mediów?
M. I.: Zdecydowanie tak. Nie ulega wątpliwości, że nie ma w Rosji państwowego terroru wobec dziennikarzy. Przypadki ich pobić czy nawet zabójstw łączy się zazwyczaj z przestępczą działalnością grup biznesowych. Jest za to inny problem – za odpowiednie pieniądze można w Rosji napisać o każdym praktycznie wszystko. Na przykład Borys Bieriezowski opłacał audycję wymierzoną w swoich przeciwników. Media rosyjskie są wolne politycznie, ale nie są wolne od „dyktatu”pieniądza. Przed wyborami prezydenckimi na Białorusi chcieliśmy wydrukować w jednej z czołowych gazet rosyjskich wywiad z Aleksandrem Milinkiewiczem. Zadzwoniłem w tej sprawie do redaktora naczelnego. Otrzymaliśmy zgodę, ale pod warunkiem wpłacenia 50 tys. dolarów… O ile w Polsce niektórzy dziennikarze piszą teksty na zamówienie i biorą za to pieniądze, o tyle w Rosji jedynie niektórzy tego nie robią.
Wykłada Pan na polskim uniwersytecie stosunki polsko-rosyjskie, wiele lat mieszkał Pan w obu krajach, zakładał organizację Straż Mogił Polskich na Wschodzie, działającą na rzecz ocalenia polskiego dziedzictwa narodowego na terenie b. ZSRR. Jak z perspektywy historyka, ale także osobistych doświadczeń ocenia Pan dzisiejszy stan oraz przyszłość wzajemnych relacji naszych narodów? Rosnąca siła wschodniego sąsiada wywołuje u nas zrozumiały niepokój, jednak np. przy okazji katastrofy smoleńskiej widać było, że sami Rosjanie są raczej życzliwi Polakom.
M. I.: Polacy i Rosjanie to bardzo bliskie kulturowo narody. Zajmuję się obecnie prowadzonym przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych programem „Z Warszawy z miłością” – wydajemy w języku rosyjskim książki, które mówią prawdę o Polsce i Polakach. Program ten spotyka się w Rosji z dużym zainteresowaniem i zrozumieniem. Owszem, istnieją tam także polakożercy, podobnie na Ukrainie czy na Białorusi, ale jestem absolutnie przekonany, że to zdecydowana mniejszość. Rosjanie chcą być Europejczykami. Tak więc w kwestii relacji polsko-rosyjskich jestem optymistą.
Czy jednak oba narody wiedzą o sobie nawzajem dostatecznie dużo, aby móc budować poprawne, a nawet przyjazne stosunki?
M. I.: Wiedza wzajemna jest wypaczona przez wiele lat kłamstwa komunistycznego. W Rosji nadal nie brakuje ludzi twierdzących, że w Katyniu zabijali Niemcy. Z kolei w Polsce prawie nikt nie wie o tym, jak Rosjanie oceniają odejście Armii Andersa z „nieludzkiej ziemi” – przypomnijmy, że działo się to podczas bitwy stalingradzkiej, gdy np. uwolnieni z łagrów Czesi poszli wraz z Rosjanami na front. Sikorski za wszelką cenę próbował przekonać Andersa, żeby został; uważał, że Polska nie będzie wyzwalana z Zachodu, lecz przez Armię Czerwoną. Z drugiej strony, Andersa można zrozumieć – katowali go na Łubiance, zamknęli w łagrze… Polska i tak stała się „najweselszym barakiem w obozie socjalistycznym”, ale niewykluczone, że na skutek tamtej decyzji straciła swoją szansę na tzw. finlandyzację. Ale wracając do pytania – oba narody mają tutaj do wykonania dużą pracę. Najważniejsze, że istnieje świadomość jej konieczności.
Dziękujemy za rozmowę.
Oborniki Śląskie, 13 kwietnia 2011 r.
przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Prawo gwarantuje społeczeństwu udział w decyzjach dotyczących środowiska naturalnego. Niestety, głównie w teorii.
Zadaniem oceny oddziaływania na środowisko (OOŚ) jest analiza wpływu planowanego przedsięwzięcia na ludzi, zabytki i przyrodę. Przygotowywana na jej potrzeby dokumentacja zawiera m.in. szczegóły techniczne inwestycji oraz inwentaryzację warunków środowiskowych w jej otoczeniu. Po zapoznaniu się z oceną, odpowiedni organ wydaje (lub nie) zgodę na realizację, często obwarowaną obowiązkiem podjęcia działań minimalizujących stwierdzone zagrożenia. Przepisy wymagają przeprowadzania OOŚ dla każdej większej inwestycji, np. przed wydaniem pozwolenia na budowę drogi, zapory czy spalarni odpadów.
Integralną częścią OOŚ są konsultacje społeczne. Poprzedzone mają zostać publicznym powiadomieniem o planowanej inwestycji lub projekcie dokumentu. Stosowna informacja powinna zostać zamieszczona w internetowym Biuletynie Informacji Publicznej urzędu prowadzącego sprawę, wywieszona w pobliżu miejsca przygotowywanej inwestycji (przy siedzibach ludzkich) oraz nagłośniona „w sposób zwyczajowo przyjęty” na danym terenie. Jednym z założeń konsultacji społecznych jest zasada czynnego udziału społeczeństwa, a więc m.in. zapewnienie możliwości wyrażenia krytyki danego projektu.
Nikt nic nie wie
Pod koniec lipca 2010 r. ogłoszono wyniki kontroli wykonywania w Polsce postanowień Konwencji z Aarhus o dostępie do informacji, udziale społeczeństwa w podejmowaniu decyzji oraz o dostępie do wymiaru sprawiedliwości w sprawach dotyczących środowiska. Najwyższa Izba Kontroli wzięła pod lupę 51 instytucji: Ministerstwo Środowiska, 7 urzędów marszałkowskich, 5 regionalnych dyrekcji ochrony środowiska, 12 starostw powiatowych, 9 urzędów miast na prawach powiatu oraz 17 gmin.
Według Izby, zdecydowana większość skontrolowanych urzędów (42) bezprawnie ograniczyła zakres informowania społeczeństwa o postępowaniach w sprawach dotyczących środowiska.NIK nie oszczędza nawet resortu środowiska, któremu zarzuca brak odpowiedniego powiadamiania obywateli przy wydawaniu zezwoleń na użycie organizmów genetycznie zmodyfikowanych.
Publiczny wykaz dokumentów zawierających informacje o środowisku, który urzędy powinny prowadzić na stronach internetowych, funkcjonował wadliwie w niemal 60% przypadków. Organ administracji powinien zamieszczać w nim np. powiadomienia o trwających OOŚ. – W większości miejsc ciągle funkcjonuje jedynie tablica ogłoszeń. Żeby z niej się czegoś dowiedzieć, trzeba się do urzędu wybrać osobiście i jeszcze trafić na taki moment, aby mieć czas na złożenie uwag – komentuje dr Marta Wiśniewska z organizacji ekologicznej WWF, redaktorka raportu „Jakość konsultacji społecznych w Polsce”.
Nieprawidłowości stwierdzone przez NIK polegały m.in. na całkowitym braku publicznie dostępnego wykazu, prowadzeniu go w sposób niepełny lub nierzetelny oraz wprowadzaniu danych z wielomiesięcznym opóźnieniem. Na skontrolowanych stronach internetowych zabrakło powiadomień aż o 29% „ekologicznych” postępowań administracyjnych. – Pierwszą instytucją, która nie przestrzega obowiązków w tym zakresie, jest Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, na końcu są gminy. Zaletą samorządów jest szybka edukacja, gdy przytaczamy paragraf wskazujący, że brak informowania społeczeństwa grozi więzieniem – mówi dr Paweł Pawlaczyk z Klubu Przyrodników.
Często informacje publikowane są w sposób sprawiający wrażenie, że urzędnikom zależało, aby nikt do nich nie dotarł. – Gmina Wierzchosławice kamuflowała je w BIP, np. umieszczała obwieszczenie o rozpoczęciu procesu inwestycyjnego, po czym po kilku miesiącach jedynie doklejała do niego link o nazwie zawiadomienie.pdf, prowadzący do pliku z nowym zawiadomieniem, o możliwości składania uwag – podaje przykład takiego procederu Robert Wawręty, prezes Towarzystwa na rzecz Ziemi (TnZ).
NIK stwierdziła także, iż w przypadku 16,4% postępowań w sprawie wydania decyzji nie przestrzegano wymaganych terminów składania uwag i wniosków. Prawo łamano również przy konsultacji dokumentów. Na przykład określony ustawą co najmniej 21-dniowy termin na składanie do resortu środowiska uwag do „Polityki ekologicznej państwa w latach 2009-2012” skrócono do 14 dni. Kontrolerzy zarzucili ponadto urzędom uchybienia w zakresie braku zapewnienia obywatelom czasu na zapoznanie się z dokumentacją.
Uwagi skierowane przez społeczeństwo do zbadanych przez Izbę urzędów miały wpływ na treść 73,5% dokumentów, do których zostały wniesione, a także na tok 53,4% zakwestionowanych postępowań. Liczby mogą się wydać imponujące, ale cień na nie rzuca m.in. fakt, że w 81% przypadków nie dokonano właściwego powiadomienia o toczących się postępowaniach. Co więcej, większość organów administracji utajnia procedury.
Prawo? Dobre sobie…
Współautorka tego tekstu przeszła szkolenie z dostępu do informacji o środowisku; resztę uczestników stanowili urzędnicy. Jeden z nich, przy aprobacie pozostałych, spytał, jak udzielić informacji, by nie odpowiedzieć na pytanie, nie narażając się przy tym na zarzut niedopełnienia obowiązku. TnZ w kilku naddunajeckich gminach nie uzyskało danych, o które prosiło, gdyż zdaniem wójtów nie mieściły się one w kategorii objętych ustawą o udostępnianiu informacji o środowisku. Wszystkie sprawy trafiły do Samorządowych Kolegiów Odwoławczych, które uchyliły decyzje samorządowców. W większości przypadków wójtowie nadal nie wydawali stosownych dokumentów, tym razem w ogóle tego nie uzasadniając. Z kolei dr Przemysław Chylarecki z Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków (OTOP) wspomina, że zdarzały mu się odmowy udostępnienia dokumentacji motywowane… ochroną praw autorskich. – To dość powszechny trik – przekonuje.
Chylarecki zauważa, że ideą BIP było zamieszczanie w Sieci m.in. konsultowanych dokumentów. – Niestety najczęściej sprowadza się on do tablicy ogłoszeń. To nie ma sensu, zwłaszcza gdy trzeba jechać 300 km, by móc zapoznać się z dokumentami bezpośrednio w pokoju „pań”, w godzinach 10-15. Zaś Wiśniewska uzupełnia: Owe „panie” często nie chcą ich kopiować, a o wydobyciu od nich wersji elektronicznej nawet nie ma mowy. Oczywiście jest to łamaniem prawa, nakazującego udostępnianie zainteresowanym kopii wszystkich jawnych dokumentów.
Co więcej, polscy obywatele mają ograniczone możliwości interwencji w przypadku potencjalnie szkodliwych przedsięwzięć. Prawo do zaskarżania decyzji administracyjnych przysługuje u nas tylko stronom postępowania (najczęściej – sąsiadom inwestycji), a także organizacjom ekologicznym. Jeśli lokalna społeczność chce wyrazić sprzeciw wobec planowanej inwestycji, musi założyć stowarzyszenie i zarejestrować je w sądzie, co bywa długą procedurą. Tymczasem unijna dyrektywa o OOŚ mówi nie o organizacjach ekologicznych, lecz o „zainteresowanej społeczności”, co jest pojęciem dość szerokim. Prof. Marek Górski z Zakładu Prawa Ochrony Środowiska Uniwersytetu Łódzkiego zastrzega jednak: W dyrektywie jest mowa o działaniu w interesie publicznym. Osoby, których prywatny interes jest zagrożony, nie mieszczą się w tej definicji.
Warto śledzić strony internetowe urzędów, tablice ogłoszeń i obwieszczenia w prasie, aby zdążyć założyć stowarzyszenie lub zainteresować już istniejące organizacje. – O działaniach drogowców i lokalnych urzędników wiedzieliśmy z monitorowanych stron WWW – wyjaśnia Małgorzata Górska z OTOP, zaangażowana w walkę w obronie Doliny Rospudy, wyróżniona Nagrodą Goldmanów, „ekologicznym Noblem”. – O sprawach trudnych często informują nas mieszkańcy – mówi dr Andrzej Kepel, prezes Polskiego Towarzystwa Ochrony Przyrody „Salamandra”. Jednak ten system ma wady. – Wielokrotnie próbowano nas „wpuścić” w prywatne interesy, toteż zanim podejmiemy się pomocy, najpierw sprawdzamy, kto o nią prosi – wyjaśnia Jakub Szumin, prezes Federacji Zielonych GAJA.
W słusznej sprawie
Prawo do zaskarżania decyzji zezwalających na inwestycję jest niebezpieczną bronią, zwłaszcza w rękach pieniaczy. Kluczowe organizacje ekologiczne idą ze skargą do sądu tylko, gdy istnieją solidne przesłanki merytoryczne i formalne, a nie ma już możliwości skorzystania z innych narzędzi prawnych. Dlatego wygrywają niemal wszystkie sprawy – choć dochodzenie do ostatecznego rozstrzygnięcia często trwa latami.
Przykładem jest słynna sprawa obwodnicy Augustowa, która miała przeciąć torfowiska Rospudy. Podobnie wyglądała trwająca dekadę walka z rozbudową kolei linowej na Kasprowy Wierch. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie przyznał, że przy wydawaniu decyzji zezwalającej na nią doszło do nadużycia władzy przez ówczesnego Ministra Ochrony Środowiska. Nakazał on dyrektorowi Tatrzańskiego Parku Narodowego pozytywne zaopiniowanie inwestycji. Tymczasem proces ten powinien być autonomiczny – tym bardziej, że od decyzji dyrektora można się było odwołać jedynie do ministra, co czyniło tę możliwość fikcją. Ostatecznie kolej została rozbudowana bez zezwolenia resortu środowiska i pozwolenia na użytkowanie, przy milczącej akceptacji wszystkich organów administracji. Wydana wcześniej decyzja o warunkach zabudowy została uchylona przez Naczelny Sąd Administracyjny. Oznacza to, że dla tej inwestycji nigdy nie przeprowadzono wymaganej prawem unijnym oceny oddziaływania na środowisko, w tym na przyrodę obszaru Natura 2000.
Obrońcy przyrody są oskarżani o awanturnictwo, mimo że stoją za nimi argumenty prawne, wsparte racjami naukowymi. Skarga do sądu jest wezwaniem do przestrzegania prawa. WSA w Warszawie w 2005 r. rozpatrywał skargę organizacji ekologicznej, która zarzucała inwestorowi i urzędowi rażące uchybienia merytoryczne i formalne. Stowarzyszenie wysłuchało tradycyjnych oskarżeń o „blokowanie inwestycji”. Sąd uznał jednak, że organizacja słusznie wskazała na uchybienia, więc powyższy zarzut jest nieuprawniony, a zapewnienie podstawowych zasad postępowania i staranności w przygotowaniu inwestycji na pewno usprawniłoby cały proces inwestycyjny.
Zbywane społeczeństwo
Dyrektywa w sprawie OOŚ stwierdza, że konsultacje społeczne powinny być rozpoczynane na tyle wcześnie, żeby wszystkie warianty inwestycji były możliwe do realizacji. Unijne wymogi nie wskazują terminu 21 dni na konsultacje społeczne (minimalny wymóg polskich przepisów), podkreślając, że należy przewidzieć „rozsądne ramy czasowe dla różnych faz”.
– Nigdy się nie spotkałam, by ktokolwiek zastosował termin dłuższy niż 3 tygodnie – zauważa Wiśniewska. Absurd tej sytuacji najlepiej ukazują duże dokumenty, np. Krajowy Program Budowy Dróg, liczący… 10 tys. stron. Udział społeczny jest w ich przypadku właściwie niemożliwy – człowiek pracujący, posiadający rodzinę, nie znajdzie przecież czasu na błyskawiczną analizę tak obszernej dokumentacji. – Zwłaszcza jeśli koniec terminu przypada w okresie świąt Bożego Narodzenia – podsumowuje Wiśniewska. Podobnie było z polityką atomową państwa, mającą na kilka pokoleń określić model energetyki i bezpieczeństwa ekologicznego. Początek konsultacji przypadł na święta bożonarodzeniowe, a koniec pierwotnie podczas ferii zimowych – ostatecznie w tym przypadku, pod wpływem protestów, rząd nieco wydłużył czas na składanie uwag.
W Polsce prowadzenie konsultacji zazwyczaj nie wynika z rzeczywistego zainteresowania głosem społecznym, lecz z… dotacji unijnych. Każda większa inwestycja dofinansowana z funduszy wspólnotowych musi być poprzedzona OOŚ i konsultacjami społecznymi. – Niestety, w praktyce to tylko „odhaczanie” kolejnej uciążliwości – wzdycha Wiśniewska. I dodaje: Nikt nie myśli, że to przynosi korzyści również inwestorowi czy podejmującemu decyzje. Inwestycja lepiej funkcjonuje w otoczeniu mieszkańców, którzy mieli na nią wpływ. Jeśli społeczność lokalna ma jakieś uwagi, inwestor może zmodyfikować projekt i uniknąć konfliktów.
Często mają wręcz miejsce próby wyeliminowania głosów przeciwników inwestycji w jej planowanym kształcie. Istnieje kilka typowych scenariuszy takiego postępowania.
Najpowszechniejszym jest zbieranie uwag, ale puszczanie ich mimo uszu, maskowane rzekomą powagą i nieomylnością instytucji prowadzącej OOŚ. – Urzędnikom przyświeca zasada, że nawet jeśli pojawią się uwagi, to i tak je zignorują – ubolewa dr Wiśniewska. Klasyczne uzasadnienia decyzji odrzucających zastrzeżenia społeczne brzmią tak: „organ nie podziela opinii” i „organ uznaje argument za bezzasadny”. – Właśnie otrzymałam odpowiedź na uwagi do harmonogramu ochrony przeciwpowodziowej górnej Wisły. Dominują „odpowiedzi” typu „uwaga całkowicie niesłuszna” – irytuje się Wiśniewska.
– Formalnie organ nie musi uwzględnić uwag czy opinii zgłoszonych w ramach konsultacji, przy czym uważa się, że powinien udzielić szerszej odpowiedzi. Od decyzji organu odwołać się mogą tylko strony biorące udział w postępowaniu administracyjnym – przypomina prof. Górski. W tym podejściu zasadą jest traktowanie obywateli jako „niemych widzów”. – W wielu przypadkach urząd prowadzący konsultacje społeczne wydawał potem decyzję nie uwzględniając żadnych naszych propozycji, nawet najbardziej konstruktywnych. W takiej formie konsultacje są całkowicie bezsensowne – uważa Szymon Bzoma z Grupy Badawczej Ptaków Wodnych „Kuling”.
Doświadczone organizacje nie pozwalają sobie jednak dmuchać w kaszę. – Na przypadki brutalnego traktowania naszych działań przez urzędników reagujemy równie brutalnie, z reguły skutecznie. Urzędnicy szybko się edukują. W naszym przypadku problemem jest tylko ilość spraw i ograniczone „moce przerobowe” organizacji – wyjaśnia dr Pawlaczyk.
Niech sobie pogadają
Kolejnym wybiegiem jest „dialog kreowany”: stwarzajmy pozory ustępstw i wykazujmy się „dobrą wolą”, tymczasem ostateczny rezultat rozmów jest z góry założony. Stronę społeczną pozostawia się w przekonaniu, że coś „ugrała”, jednak to coś było od początku przewidziane w scenariuszu.
Istotę „brania na dialog” dobrze oddają konsultacje projektów budowy spalarni odpadów w kilku miastach. Po stronie inwestycyjnej stoją ci sami ludzie, a OOŚ dla poszczególnych zakładów różnią się jedynie w niewielkich szczegółach, dotyczących konkretnych lokalizacji. W „spalarniowych” miastach modne jest organizowanie tzw. okrągłych stołów, podczas których daje się mieszkańcom prawo wyrażenia obaw, uwag, a niekiedy frustracji. To rodzaj „wentyla bezpieczeństwa”, którego istnienie pozwala na zachowanie pozorów dialogu społecznego, a tym samym wykazanie się przed Komisją Europejską.
Praktyczny instruktaż tego rodzaju manipulacji ze strony inwestora w Krakowie przeciekł do organizacji społecznych i został opublikowany w Internecie. W dokumencie znalazły się m.in. takie wskazówki:
- należy unikać publicznych debat i polemik, ponieważ stanowi to wyłącznie reklamę protestu,
- utworzenie obywatelskiej grupy wsparcia projektu,
- nie należy przyjmować zaproszeń na żadne zebrania mieszkańców organizowane przez komitet protestacyjny […][lub] należy oddelegować na nie pracownika technicznego niższego szczebla,
- w przypadku spotkań z mieszkańcami: należy zapewnić sobie udział części obecnych nastawionych przychylnie,
- konsultacje z organizacjami ekologicznymi: zaangażowanie niektórych z nich do wsparcia działań projektu oraz nawiązanie przez niektóre z nich kontaktów z komitetem protestacyjnym i podjęcie próby zbadania jego aktualnego stanowiska,
- nie należy przywiązywać zbytniej wagi do uchwał samorządu lokalnego sprzeciwiających się budowie spalarni, np. w okresie poprzedzającym wybory,
- zaproszenie do negocjacji znanej i szanowanej osoby publicznej.
W inwestorskich scenariuszach konsultacji przewiduje się niekiedy wprowadzanie w szeregi przeciwników „swoich ludzi” w celu pozyskiwania informacji o planowanych działaniach czy „oddolnego” demontażu inicjatyw. Niepokojące jest również „tworzenie obywatelskich grup wsparcia projektów”, czyli hodowla klakierów. Mamy wiele przykładów takiego postępowania: stowarzyszenie z Bytomia propagujące rozbudowę ośrodka sportowo-rekreacyjnego „Sportowa Dolina” na terenie rezerwatu przyrody czy nowo powstałe lokalne stowarzyszenie działające na rzecz realizacji kompensacji przyrodniczych dla inwestycji narciarskich w Beskidach.
Kim pan jest, panie obywatel?
Wreszcie trzeci sposób „konsultacji” – ośmieszanie. Przeciwników inwestycji obdarza się epitetami. To już nie osoby zaniepokojone zagrożeniami dla ludzi i przyrody, lecz „ekoterroryści”, dla których „żabki i motylki są ważniejsze niż rozwój gospodarczy”. – Podczas spotkań nikt nie stara się zapamiętać naszych nazwisk, nie mówiąc już o tytułach naukowych – chyba się nie doczekam, by powiedziano do mnie „pani doktor”, tak jak do innych osób na sali mówi się „panie profesorze”. Jesteśmy zawsze „ekologami” – wyznawcami jakiejś „religii”, za którymi nie stoi żadna wiedza – zauważa Marta Wiśniewska.
Podczas konsultacji dotyczących przebiegu autostrady A1 przez woj. łódzkie dyrektorka jednej z rządowych agend zapytała szefa rady osiedla Andrzejów w Łodzi: Jakie masz pan wykształcenie, że się pan odzywasz? Po kolejnych tego rodzaju wywodach starszy pan, wskazujący na błędnie zaprojektowane rowy melioracyjne (woda zaleje okoliczne domy), odparł: Od 40 lat wykładam meliorację na Politechnice, mam tytuł doktora inżyniera. Żadne uwagi zgłoszone przez obecnych na sali nie zostały jednak uwzględnione, a kilkustronicowa opinia zawodowego przyrodnika nie zasłużyła nawet na mantrę, iż organ nie podziela opinii.
Antyeko-szantaż
Ze strony inwestorów „konsultacjom” towarzyszy nieraz wręcz zastraszanie i szantaż. Przykładem może być pismo kancelarii prawnej, działającej w imieniu firmy Green Power Polska. Przedsiębiorstwo chce wybudować park elektrowni wiatrowych w gminie Ustka.
W liście z 12 czerwca 2009 r. do przeciwników inwestycji spółka nie kwestionuje ich prawa do korzystania ze […] środków prawnych. Przypominamy jednak, iż uprawnienie to […] ograniczone jest zasadami współżycia społecznego, dobrej wiary i ochrony praw nabytych. Następnie kancelaria informuje, że naruszeniem prawa jest sytuacja, gdy obywatel, wykorzystując procedury administracyjne, utrudnia innej osobie realizację jej zamiarów albo nęka organy administracji, składając różnego rodzaju skargi, zarzuty, pisma itp. i przyczyniając się wydatnie do przedłużenia postępowania. Uzasadnia to pozbawienie takiego obywatela ochrony prawnej. Prawnicy inwestora wskazują, że nadużyciem prawa mogłoby być opóźnianie realizacji inwestycji poprzez ich zdaniem „sztuczne” wszczęcie procedur odwoławczych.
W dalszej części listu pada ostrzeżenie, że w przypadku skierowania skargi lub odwołania, firma zmuszona będzie niezwłocznie wystąpić […] na drogę sądową, z roszczeniem o odszkodowanie z tytułu opóźniania realizacji inwestycji. […] udokumentowane wydatki z tego tytułu już teraz sięgają milionów euro. Ipodkreśla: roszczenie odszkodowawcze będzie obejmowało także utracone korzyści […], czyli kolejne dziesiątki milionów. Po wszystkim nadawca uprzejmie informuje mieszkańców, że ewentualne odszkodowania będą egzekwowane przez komornika z majątku osobistego.
Podobną strategię obrała firma Żywiec Zdrój S.A. w Jeleśni (Beskid Żywiecki) wobec przeciwników budowy nowych ujęć i wodociągów przemysłowych. Obawy mieszkańców o negatywne skutki inwestycji zostały potraktowane przez spółkę jako działania prowadzone na jej szkodę, podważające wiarygodność i godzące w dobre imię. Pierwotnie inwestor subtelnie poinformował społeczność, iż wobec kilku protestujących podjął odpowiednie kroki prawne i ma nadzieję, że pozostali nie podzielą ich losu. Następnie, wynajęta przez przedsiębiorstwo kancelaria wystosowała do aktywnych uczestników protestu ostateczne przedsądowe wezwanie do zapłaty, w którym wzywa ono do przelania na swoje konto 20 tys. zł odszkodowania za krytykowanie inwestycji.
Efekt zastraszenia udało się osiągnąć np. w gminie Walce (woj. opolskie), gdzie nikt nie chciał z nami rozmawiać; w innych mieszkańcy zgadzali się tylko pod warunkiem zachowania anonimowości. Naciski nie ominęły też organizacji ekologicznych. – Prawnik wynajęty przez firmę, której nadepnęliśmy na odcisk, rozesłał paszkwile na nasz temat, po których musieliśmy się tłumaczyć m.in. w naszym starostwie, że nie jesteśmy wielbłądami. Mieliśmy też telefony z „pytaniami”, czemu blokujemy ekologiczne inwestycje, z ministerstwa gospodarki i… ambasady Niemiec – relacjonuje Wawręty.
Wpływ obywateli na decyzje dotyczące środowiska modyfikuje także presja ekonomiczna. Spółka Murillo, planująca otworzyć drugi kamieniołom w miejscowości Rybnica Leśna w powiecie wałbrzyskim, zaproponowała, że po zakończeniu formalnej procedury, niezbędnej do rozpoczęcia inwestycji, przekaże wsi 200 tys. zł na cele społeczne. Oferta finansowa została skierowana również do lokalnej organizacji pozarządowej oraz do właściciela schroniska turystycznego „Andrzejówka”. Już wcześniej istniejący kamieniołom systematycznie dotował budowę Gminnego Centrum Edukacyjno-Sportowego, przekazując na ten cel 850 tys. zł.
Jednocześnie firma przez wiele lat działała niezgodnie z planem zagospodarowania przestrzennego oraz bez decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach inwestycji. Czy zatem wręczenie policjantowi 100 zł w zamian za przymknięcie oka na złamanie przepisu ruchu drogowego będzie łapówką, czy może tylko aktywnym dialogiem społeczeństwa z władzą?
Konieczne są zmiany
Najgorsze jest to, że obecny system zniechęca do korzystania ze swoich praw. – Jeśli ktoś raz został źle potraktowany, drugi raz się nie zaangażuje, a to niszczy społeczeństwo obywatelskie – smutno konkluduje Wiśniewska. Działacze ekologiczni zwracają uwagę, że wiele spraw powinno znaleźć finał przed wymiarem sprawiedliwości, niestety prokuratury często odmawiają wszczęcia postępowania z uwagi na rzekomo niską szkodliwość czynu. Jeden z mieszkańców Jeleśni, mówiąc o zmęczeniu swoim i sąsiadów, zakończył: Prawo w Polsce nie jest złe, tylko nie działa.
Często w obliczu zagrożenia mieszkańcy „na szybko” skrzykują stowarzyszenie. – Zazwyczaj podejmują wiele nietrafionych działań, np. składają pisma do niewłaściwych urzędów lub źle formułują postulaty. Marnują w ten sposób wiele czasu i energii, co powoduje wypalenie – dzieli się refleksjami Górska. – Wiele by nam dało, gdybyśmy w całej Polsce mieli setkę dobrze wyszkolonych osób, które zajmowałyby się takimi przypadkami – dodaje Pawlaczyk. Natomiast Kepel zauważa, że udział nawet dużych organizacji we wszystkich postępowaniach jest niemożliwy, choćby z powodów kadrowych. – Stąd tak ważne, żeby społeczności lokalne były zorientowane w tym, co mają i mogą utracić, i na tej podstawie interweniowały – podkreśla.
Są jednak i pierwsze jaskółki zmian. – Zdarza się, że inwestor aktywnie szuka stowarzyszeń do konsultacji, ale to nadal pojedyncze przypadki – zauważa Wiśniewska. Zaś szef „Salamandry” dodaje, że sporadycznie spotyka się z sytuacją, gdy urzędy proszą o konsultację części przyrodniczej OOŚ. Niestety jest wiele firm i instytucji, którym takie postępowanie przeszkadza. – Zaraz pytają, na jakiej podstawie jest marnowany czas pracownika urzędu – wyjaśnia Pawlaczyk.
Zmiany zaczęły się po wygranej batalii o Dolinę Rospudy. – Na początku starań o zmianę trasy Via Baltica nie traktowano poważnieOTOP-u i innych organizacji – wyjaśnia Górska. – Kontrargumenty były banalne, więc odwoływaliśmy się do sądów i tam wygrywaliśmy. W ten sposób działacze społeczni niejako „wychowali sobie” budowniczych dróg. Obecnie przedstawiciele OTOP regularnie spotykają się w grupach roboczych z Generalną Dyrekcją Dróg Krajowych i Autostrad jeszcze przed etapem projektowania, co pozwala uniknąć późniejszych konfliktów i zoptymalizować przebieg drogi. – Zmienia się podejście drogowców do nas i nasze do nich, a relacje można uznać za partnerskie – podsumowuje Górska.
Podobne zmiany zaszły wśród energetyków. Przy budowie wiatraków i zabezpieczaniu infrastruktury przesyłowej konsultują się z przyrodnikami, żeby uniknąć strat wśród ptaków i nietoperzy. Na przeciwległym końcu skali współpracy leży branża „wodna”. – Niedawno przedstawiałam przed Komisją Europejską i Krajowym Zarządem Gospodarki Wodnej swój referat. „Chłopcy” z KZGW nie wytrzymali, ze łzami w oczach pytali, gdzie jest w tym wszystkim człowiek, nie dostrzegając, że rozwiązania ekologiczne chronią ludzi – opowiada Wiśniewska. Polska do 2015 r. musi przygotować plany zarządzania ryzykiem powodziowym. Z pewnością nie będą one mogły wyglądać tak, jak to sobie wyobraża lobby hydrotechniczne. – Wszystko wskazuje na to, że będziemy musieli z nimi przejść przez tę samą gehennę, co z drogowcami – przewiduje Górska.
Jest jeszcze jeden aspekt otworzenia się części urzędników na dialog: rodzące się wzajemne zaufanie, które skutkuje nieformalną współpracą. Kilku działaczy społecznych opowiadało nam o sytuacjach, gdy pracownicy administracji zmuszeni są wydać, pod wpływem nacisków „z góry”, pozytywne decyzje dla inwestycji ewidentnie szkodliwych. Wówczas urzędnicy, zazwyczaj ze ścisłego kierownictwa, po cichu pytają ekologów: „Uwalicie?”. – I uwalamy – mówi jeden ze znanych działaczy ruchu ekologicznego.
Konsultacje społeczne bywają nieczystą grą pozorów. Wiele sił i środków poświęca się, żeby wykazać ich szeroki zasięg i zgodność z wszelkimi standardami. Łatwo w tym wszystkim o uśpienie czujności. Rynek firm specjalizujących się w umiejętnym prowadzeniu konsultacji społecznych w interesie inwestorów jest coraz większy, coraz lepiej wykorzystują one metody marketingowe i narzędzia psychologiczne. Oczywiście odbywają się także konsultacje będące faktyczną platformą dyskusji, której rzetelne konkluzje mają realny wpływ na rzeczywistość. Na razie jednak stanowią one zdecydowaną mniejszość.
przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | kultura zaangażowana, nr 3/2011
Według danych Biblioteki Narodowej, jedynie 44% Polaków w ciągu ostatniego roku (2010) miało jakikolwiek kontakt z dowolną książką. W podobnych badaniach w Czechach i Francji wskaźnik ten wyniósł odpowiednio 83 i 69%. Jednym z podmiotów, które mogą pomóc zmienić niepokojącą tendencję, są przyzwoicie finansowane i nowocześnie zorganizowane biblioteki publiczne.
Na pomoc (finansową)
W 2009 r. istniało w Polsce 8392 bibliotek publicznych oraz ich filii – 2888 w miastach oraz 5504 na wsiach. Od 1989 r. ubyło ich 1921, z czego aż 1467 na terenach wiejskich. Tymczasem, jak podkreśla Bronisława Woźniczka-Paruzel, profesor bibliotekoznawstwa UMK w Toruniu, biblioteki odgrywają bardzo ważną rolęw środowiskach lokalnych, zwłaszcza na terenach wiejskich i małomiasteczkowych. Nierzadko są tam jedynymi instytucjami kultury, które nie tylko współtworzą życie miejscowych społeczności, ale również kształtują społeczeństwo wiedzy i informacji.
Te, które przetrwały, zazwyczaj gnębią poważne niedobory finansowe. Wynika to m.in. ze stereotypowego podejścia decydentów różnego szczebla. Mają oni niewielkie pojęcie, jakie zadania stawia się dziś przed książnicami. – Wójt, sołtys czy prezydent miasta, którzy zresztą zwykle czytają mało lub niechętnie, mają w głowie obraz siermiężnej biblioteki szkolnej z czasów własnej młodości. Dlatego np. automatyzację bibliotek uważają za fanaberię – podkreśla pani profesor.
Rozbudowa dróg szybko przynosi widoczne skutki, natomiast inwestycja w instytucje czytelnicze daje efekty po latach i nie każdy uważa, że jest konieczna. – Bardzo ciekawe było, kiedy przeanalizowaliśmy 16 regionalnych programów rozwoju, tworzonych przez województwa w celu wykorzystania środków unijnych. Tylko w dwóch padło słowo „biblioteka” – zauważył na łamach prasy Grzegorz Gauden, dyrektor Instytutu Książki, powołanego przez resort kultury m.in. do popularyzacji czytelnictwa.
Jak wynika m.in. z oceny dokonanej na potrzeby Narodowej Strategii Rozwoju Kultury na lata 2004-2013, wydatki na tę dziedzinę życia społecznego w przeliczeniu na mieszkańca są u nas wyjątkowo niskie. Podczas gdy za międzynarodową normę zakupów nowości książkowych do bibliotek uznaje się 30 woluminów na 100 mieszkańców rocznie, w Polsce do 2004 r. współczynnik ten wynosił nieco ponad… 5 woluminów. Po okresie wzrostu nakładów budżetowych na ten cel, w 2009 r. Polska ponownie znalazła się w ogonie Europy (7,5 woluminów/100 mieszkańców/rok). W obliczu ogromnych rokrocznych ubytków (zagubienia, zniszczenia) w latach 2008 i 2009 księgozbiór nie tylko nie powiększył się, ale zmalał – o ponad 300 tys. woluminów.
W tej sytuacji niebagatelnym wsparciem dla bibliotek, zwłaszcza w małych gminach, stają się duże projekty pomocowe, jak Biblioteka+. Ten program Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, realizowany pod auspicjami Instytutu Książki, ma na celu przekształcenie bibliotek gminnych w nowoczesne centra dostępu do wiedzy, kultury oraz ośrodki życia społecznego. Biblioteki mogą ubiegać się m.in. o środki na internetyzację. – To przełamanie bariery cywilizacyjnej – podkreśla Gauden.
Wsparcie dla czytelnictwa przychodzi także czasem ze strony prywatnych darczyńców. Fundacja Billa i Melindy Gatesów we współpracy z Polsko-Amerykańską Fundacją Wolności powołała Program Rozwoju Bibliotek. Dzięki niemu ponad 3300 prowincjonalnych przybytków książki ma szanse m.in. wzbogacić się o sprzęt informatyczny i multimedialny. Wdrażaniem pięcioletniego programu (2009-2013), o łącznym budżecie 28 mln dolarów, zajmuje się Fundacja Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego (FRSI). Oprócz wyposażania instytucji w sprzęt, organizuje praktyczne szkolenia, dotyczące np. planowania rozwoju biblioteki, organizacji klubów filmowych, dokumentacji historii regionu, motywowania młodzieży do współpracy. Dodatkowo, placówkom które nie korzystały dotąd z oferty „Biblioteki z Internetem TP” (Grupa TP SA), zaoferowano darmowe podłączenie do Sieci.
Program uwzględnia element bardzo istotny z punktu widzenia budowy aktywnej „sieci społecznej”: integrację bardzo różnych podmiotów wokół podobnych celów. Przykładowo, w jego ramach Polskie Towarzystwo Bibliologiczne rozpoczęło współpracę z dziewięcioma uniwersytetami nad nowymi programami kształcenia bibliotekarzy, przygotowującymi do prowadzenia małej lokalnej biblioteki. We wszystkich województwach powstały Regionalne Partnerstwa na rzecz Rozwoju Bibliotek.
Wspólnota wokół książek
Zdaniem Małgorzaty Dąbrowskiej z FRSI, idealna instytucja czytelnicza łączy dotychczasowe funkcje z zupełnie nowymi. – Powinna być pomostem między światem słowa drukowanego a światem multimediów, z których w coraz większym stopniu czerpiemy wiedzę o rzeczywistości – przekonuje.
Jednak wykraczanie poza standardowe udostępnianie książek nie musi się opierać na nowych technologiach – bardzo wartościowe bywają także inicjatywy „staroświeckie”. Dobry przykład stanowią Dyskusyjne Kluby Książki (DKK), zainspirowane działalnością British Council. Można je określić jako inicjatywę oddolną, której formę nadaje jednak Instytut Książki. Z wysokości szczebla centralnego obserwuje on i wspiera kluby, m.in. przekazując specjalne pozycje książkowe. Jednak życie w ramy stworzone przez instytucję wlać muszą sami wielbiciele literatury, którzy spotykają się, żeby wymienić wrażenia po lekturze.
Od 2007 r. na terenie całej Polski wyrosło ok. 700 takich klubów. Łączy je idea delektowania się literaturą w większym gronie, ale sposoby „przyrządzania głównego dania” bywają rozmaite. Wiele zależy od osobowości moderatora, pełniącego funkcję swoistego „mistrza ceremonii”. Elżbieta Kalinowska, koordynująca program z ramienia Instytutu, wyjaśnia, że za jego sprawą spotkanie może przybrać formę tradycyjnej rozmowy, ale także stać się zaczątkiem bogatego życia kulturalnego – bywania na koncertach, w kinie itp. Jak zaznacza, okazało się, że dla wielu osób, zwłaszcza w małych miejscowościach, spotkanie w DKK to bardzo często jedyna okazja, żeby wyjść z domu w innym celu niż zakupy. I dodaje nie bez satysfakcji: Myślę, że to powoli przeradza się w jakiś ruch społeczny.
Rozwój bibliotek tworzy w danym miejscu pewnego rodzaju „wspólnotę kultury”. Dlatego pomysł na świątynię książki powinien uwzględniać potrzeby i ambicje danej społeczności. Przykładem ośrodka, który chce i potrafi przyciągnąć odbiorców w swoje mury, jest Miejska Biblioteka Publiczna w Opolu. Działa od 1947 r., w 2008 r. rozpoczęto budowę gmachu przy ul. Minorytów 4, w którym dziś znajduje się główna siedziba, gromadzącą oprócz książek m.in. filmy, muzykę oraz tzw. audiobooki. O atrakcyjności dla różnych grup odbiorców przesądza nie tylko nowoczesność placówki, ale także jej oferta.
W ramach biblioteki działa DKK, od 2004 r. organizowany jest Ogólnopolski Konkurs na Esej, początkowo skierowany tylko do uczniów szkół ogólnokształcących i zawodowych, a obecnie także do studentów. Odbywa się tu także konkurs dla opolan „Miasto Poetów czyta wiersze”. W grudniu 2010 r. ruszył cykl spotkań „Świat wokół nas”, adresowany do uczniów Zespołu Szkół Specjalnych. Ośrodek współtworzy również cykliczną Opolską Jesień Literacką – wydarzenie gromadzi zarówno lokalnych twórców, jak i artystów z całej Polski i świata. Uczestniczy też jako partner Instytutu Książki w Festiwalu „4 Pory Książki”, a w ramach warsztatów „SPOKOjnie to MATURA” pomaga uczniom przygotować się do egzaminu dojrzałości.
Opolska biblioteka to także miejsce przyjazne rodzinom. Działa tu „Klub Mam”, w ramach którego co czwartek matki z dziećmi mogą poznawać się, rozmawiać ze sobą i specjalistami z różnych dziedzin, wreszcie – zapewnić swoim pociechom kontakt z książką jako czymś naturalnym. Młodym odbiorcom książnica poświęca szczególną uwagę. Jest „Sobota z mamą i tatą w bibliotece” – zabawy plastyczne i literackie w specjalnym „Pokoju Bajek”. Co tydzień odbywają się „Słucham, czytam, tworzę” – spotkania z książką dla przedszkolaków. Ciut rzadziej: „Z książką na walizkach. Opolskie spotkania pisarzy z młodymi czytelnikami” – impreza organizowana z łódzkim wydawnictwem „Literatura”, łącząca spotkania autorskie z warsztatami literackimi, plastycznymi). Do tego „Rozczytane soboty” – cykl w ramach ogólnopolskiej akcji „Cała Polska czyta dzieciom”. Biblioteka organizuje również konkurs literacki „Legenda o Opolu” oraz „Dni Literatury Dziecięcej”.
To „zwykli odbiorcy” mogą najpełniej ocenić ofertę danego ośrodka. Arkadiusz Pieniążek z Opola, ojciec czteroletniej Alicji, mówi: Od otwarcia nowej biblioteki dość regularnie wstępuję tam podczas spacerów z córką, zwykle by mogła wybrać sobie nową płytę z bajkami. W zbiorach filmowych przeważa kino ambitne, lubię sięgnąć po moje ulubione animowane historie ze studia Ghibli albo nadrobić zaległości we współczesnej polskiej kinematografii, które powstały, gdy mieszkałem za granicą. Poniżej mediateki znajduje się sala, gdzie dzieci mogą się bawić, grać w gry planszowe, korzystać z komputerów. A tamtejsza czytelnia oferuje spory wybór tytułów, w tym także prasy zagranicznej, które są zwykle trudno dostępne, przynajmniej w wersji papierowej.
O tym, że również na prowincji biblioteka nie musi być miejscem nudnym czy schematycznym świadczy też inicjatywa z Wisznic k. Lublina. Alina Maniowiec, dyrektor tamtejszej Gminnej Biblioteki Publicznej, jest pomysłodawcą akcji „Odkurzyć zapomniane – młodzi reporterzy odkrywają historię małej ojczyzny”. Dzięki zbiorowemu wysiłkowi, zebranie materiałów zdjęciowych, wywiadów i pamiątek zaowocowało „Słowniczkiem nazw fizjograficznych gminy Wisznice”. – Noszę w sobie poczucie misji, że powinnam zbierać te wszystkie materiały, które gdzieś tam nam umykają, i gromadzić je w bibliotece, bo to miejsce między innymi do tego służy, żeby kiedyś, w przyszłości, każdy mógł do nich zajrzeć. W ten sposób rozwijamy regionalia – tłumaczy p. Maniowiec.
Piętnaścioro uczniów gimnazjum podjęło się wędrówki po miejscowościach gminy śladem przeszłości. Przede wszystkim tej niezapisanej, niknącej wraz z odchodzeniem starszego pokolenia. Wolontariusze nagrali wiele rozmów z mieszkańcami, stworzyli zasób przekazów ustnych, dotyczących zwłaszcza pochodzenia nazw własnych miejsc – lasów, łąk, pól. Udokumentowali zabytki dawnego języka, dzięki czemu mogli potem odczuwać dumę jako współautorzy słowniczka. Od tego czasu minęło parę lat i biblioteka w Wisznicach zorganizowała jeszcze kilka podobnych akcji, np. gromadzenie tekstów piosenek ludowych z okolicznych miejscowości, również uwieńczone wydaniem publikacji.
Przykłady te pokazują, jak różnym celom kulturalnym i społecznym może służyć „staroświecka” instytucja biblioteki.Gdy działa dobrze,może bez uszczerbku dla tradycyjnych celów pobudzać „wyobraźnię kulturową”, nastawioną na współuczestnictwo, oraz ożywiać działalność publiczną.
Biblioteka obywatelska
W biuletynie Instytutu Spraw Publicznych, pt. „Analizy i Opinie” (nr 116, styczeń 2011) opublikowano tekst Grzegorza Makowskiego i Filipa Pazderskiego „Biblioteki publiczne jako przestrzeń nieformalnej edukacji obywatelskiej”. Edukacja taka jest intencjonalna, ale nie musi być częścią jakiegoś systemu, ani być prowadzona w ramach statutowej działalności konkretnych podmiotów. Zdaniem autorów, wobec niedostatków edukacji systemowej daje ona często pogłębioną możliwość zdobywania wiedzy i kompetencji pozwalających na utrzymanie więzi z państwem i innymi członkami społeczeństwa.
Wedle Makowskiego i Pazderskiego, biblioteki są potencjalnymi miejscami oddziaływania tego rodzaju edukacji. Biblioteka jest wciąż w większości przypadków instytucją publiczną, dostępną dla każdego, ponadto przez swój instytucjonalny charakter reprezentuje państwo. Autorzy postulują przede wszystkim stosowne programy i regulacje prawne, szkolenia zapewniające umocnienie lub nabycie niezbędnych kompetencji, głównie z zakresu animowania lokalnych społeczności, zapewnienie wymaganej infrastruktury w ramach „przestrzeni bibliotecznej”, a także odpowiednie wynagradzanie pracowników.
Za bardzo ważną uznana została kwestia skonsolidowania środowiska bibliotekarzy i budowy platformy ich współpracy także z przedstawicielami innych podmiotów działających na poziomie lokalnym. Brakuje szerokiego, przekrojowego, poziomego kontaktu między różnymi aktorami lokalnego życia społecznego – organizacjami pozarządowymi, szkołami i innymi instytucjami publicznymi świadczącymi usługi publiczne. Tymczasem obywatelski potencjał bibliotek wydaje się znaczny. Makowski i Pazderski wskazują na możliwe formy skutecznej działalności tych placówek we wspomnianym zakresie, jak przekazywanie członkom lokalnych wspólnot wiedzy o ich prawach i obowiązkach czy tworzenie neutralnej przestrzeni dla debat i sporów, np. o charakterze samorządowym.
Zarzucanie sieci
Wszystkie te zadania mogą być realizowane jedynie przez dobrze przygotowane kadry. W 2008 r. wśród pracowników bibliotek kwalifikacje bibliotekarskie posiadało 68,9%, w tym 34,4% wyższe wykształcenie kierunkowe. Jednak często nawet absolwenci specjalistycznych studiów podczas pracy w bibliotece ograniczają się do wypożyczania książek. Nie aktywizują lokalnych społeczności, nie włączają dzieci i dorosłych do żadnych działań kulturalnych.
Aby bibliotekarze nie zapomnieli, że obcowanie z książką może być żywym i ciekawym doświadczeniem, organizowane są specjalne programy doszkalające i motywujące do aktywności. Centrum Edukacji Obywatelskiej stworzyło w ramach Programu Rozwoju Bibliotek właśnie taki projekt. Bibliotekarze pod opieką mentorów – zawodowych szkoleniowców wpierających ich działania, otrzymają możliwość realizacji wybranego pomysłu z udziałem młodzieży.
W programie chodzi o dwustopniową edukację. Z jednej strony rozwój intelektualny i interpersonalny młodzieży poszukującej literackich czy historycznych śladów w rodzinnych stronach, zakładającej kluby filmowe itp.; z drugiej – kształtowanie różnorakich kompetencji bibliotekarzy. Zuzanna Michalska, koordynatorka programu z ramienia CEO, ma również nadzieję, że dzięki niemu pracownicy bibliotek bardziej uwierzą w siebie, w przydatność swego zawodu i wykształcenia. – Praca z młodzieżą przy projektach tego rodzajuwymaga przede wszystkim wiedzy, gdzie szukać różnych informacji, a tę posiada każdy bibliotekarz – stwierdza.
Program ma również wspomagać powstawanie sieci relacji między instytucjami edukacyjnymi i wychowawczymi w obrębie społeczności lokalnej. Bibliotekarz nawiązałby współpracę z osobami zajmującymi się młodzieżą, a ta związałaby się silniej z przybytkiem książki, bo kontakt z nim wykroczyłby poza prostą wymianę kolejnych tytułów. – Chcemy, żeby bibliotekarz poznał nauczyciela, harcmistrza; pozna też lepiej dzieci, gdy będzie z nimi coś robił. Celem jest wywoływanie fermentu w okolicy: szumu i aktywizacji obywatelskiej – podkreśla Michalska.
Marzenia do spełnienia
Należy jeszcze wiele zrobić, żeby działalność bibliotek przynosiła społecznościom lokalnym wszystkie wspomniane korzyści. Niezbędne będzie realne wsparcie władz samorządowych i centralnych, i to w postaci długoletnich planów, a nie jednorazowych akcji.
Bez tego niemożliwe będzie choćby zmniejszenie dysproporcji między miastem i wsią oraz między poszczególnymi województwami jeśli chodzi o zakup nowych książek czy wyposażenia. Przykładowo, w roku 2008 biblioteki w woj. mazowieckim na każdych 100 mieszkańców kupiły 10,4 woluminu, natomiast w woj. pomorskim jedynie 5,4. Według raportu o stanie książki, opublikowanego na potrzeby Kongresu Kultury Polskiej w 2009 r., szczególną bolączką jest problem lokalowy. Jednym z istotniejszych problemów, z jakimi boryka się większość bibliotek publicznych, jest zły stan pomieszczeń i budynków […] Wielu bibliotekom publicznym trudno nadążyć za zmianami w zakresie organizacji i przestrzennego zagospodarowania lokali bibliotecznych, które wynikają z przeobrażeń zachodzących w samych bibliotekach (zmiany realizowanych przez nie funkcji, poszerzający się zakres usług, wdrażanie nowych technologii komputerowych). Dotychczas prowadzone badania pokazały, że budownictwo biblioteczne jest dziedziną niedoinwestowaną. Sytuacja lokalowa w poszczególnych województwach jest bardzo zróżnicowana, przy czym różnice te nie wynikają z żadnych uchwytnych uwarunkowań społeczno-demograficznych czy struktury potrzeb – czytamy w opracowaniu.
Jeśli biblioteka ma dobrze funkcjonować, zwłaszcza na wsiach i w małych miasteczkach, jeśli ma odpowiadać na nowe potrzeby społeczności – jej potrzeby nie mogą być marginalizowane. Kluczowa jest tutaj zmiana myślenia: uznanie bibliotek za ważne instytucje, w których toczy się życie obywatelskie i wspólnotowe. Tak jak w modelu skandynawskim, który przywołał Grzegorz Gauden: W Szwecji w jednej z miejscowości biblioteka była głównym budynkiem, dumą władz. Dla mieszkańców powodem, by uznać, że władze dobrze pracują, było to, że biblioteka dobrze działa. Stojąca w centrum nowoczesna biblioteka, służąca ludziom przez 8-10 godzin dziennie, otwarta dla nich – to jest najlepsza rzecz, którą oni, pochodzący z wyboru społecznego, mogą dać głosującej na nich społeczności.
Podać pomocną książkę
Nie samym chlebem żyje człowiek. Gdybym był głodny i chory, nie żebrałbym na ulicy o chleb, lecz o pół chleba i książkę – powiedział hiszpański poeta Federico García Lorca, przemawiając podczas otwarcia biblioteki w swoim rodzinnym mieście w 1931 r.
Wśród pomysłów na twórcze wykorzystanie mocy oddziaływania literatury znalazła się koncepcja wspomagania dzieci i młodzieży borykających się z różnego rodzaju problemami. Odpowiednio skomponowane zajęcia terapeutyczne, których sedno stanowi opowieść, pozwalają zmierzyć się z trudnościami w kontaktach międzyludzkich, przepracować rozmaite traumy.
Jednak spotkanie ze słowem drukowanym uzdrawia także w sensie społecznym: włącza do wspólnoty, zaprasza do refleksji i dyskusji, a więc przełamuje wykluczenie. Taka „biblioterapia społeczna” uaktywnia się dzięki ludziom gotowym podjąć niecodzienną inicjatywę i „podać pomocną książkę”.
Idea „bibliotek podwórkowych” narodziła się w końcu lat 60. we Francji. Książka opuściła wtedy hermetyczne czytelnie oraz pachnące nowością księgarnie i z pomocą wolontariuszy „zeszła na ziemię” – do slumsów, blokowisk, zaniedbanych dzielnic całego globu – aby dać zamieszkującym je dzieciom szansę na odkrycie dla siebie świata literatury, wiedzy, nauki.
Ruch ATD Czwarty Świat, który prowadzi taki projekt, od ponad trzech lat również w Polsce „otwiera” uliczne biblioteki. Obecnie działają one w Warszawie, Kielcach, Lidzbarku, w 2010 r. powstały także w Mięcierzynie (woj. kujawsko-pomorskie) i Strzelcach Opolskich. Wolontariusze, najczęściej młodzi ludzie, przeprowadzają „rozpoznanie terenu”, szukają odpowiedniej lokalizacji, by „założyć” bibliotekę. – Wybieramy miejsca, gdzie mieszkają rodziny z dziećmi, z którymi chcielibyśmy się poznać i którym chcielibyśmy pomóc zaprzyjaźnić się z książkami – mówi Agnieszka Kaszkur z Ruchu. – Miejsce zajęć przygotowuje się prosto i szybko. Rozkładamy kocyki, stawiamy stołeczki, otwieramy walizkę z książkami – i już. Następuje czas na głośne czytanie, ale również zabawę, różne zajęcia – plastyczne, sportowe, muzyczne, zależnie od upodobań podopiecznych i opiekunów, oraz rozmowy – także o ważnych i trudnych sprawach.
Niezwykle istotne jest wprowadzanie w życie pomysłów młodych czytelników, ale w pierwszej kolejności docenianie wszystkich ich osiągnięć. – Dla wielu z nich chlebem powszednim są niepowodzenia, fundowane przede wszystkim przez szkołę. Sukcesem biblioteki jest każdy sukces, który odnosi dziecko uczestniczące w zajęciach – podkreśla Kaszkur. Spotkania odbywają się regularnie, w tych samych miejscach – to ważne, bo pozwala budować zaufanie i tworzyć więzi. Biblioteki podwórkowe nie są zwykłą akcją dobroczynną. – To działanie wpisane w walkę Ruchu ATD o respektowanie praw człowieka, małego i dużego, niezależnie od jego sytuacji życiowej. Jednym z nich jest przywilej korzystania z dóbr kultury.
„Biblioterapia społeczna” jest także pewną szansą dla osadzonych, których tysiące odsiadują wyroki w polskich więzieniach. Są zamknięci nie tylko w strzeżonym budynku, ale często i w sposobie odbioru rzeczywistości. Znalazł się jednak ktoś, kto zechciał „przerzucić za mury dynamit” – była to dziennikarka, krytyk sztuki i performerka, Agnieszka Kłos.
Zbierając w zakładzie penitencjarnym w rodzinnym Rawiczu materiały do tekstu o sztuce więźniów, odnalazła zaniedbaną bibliotekę, zaopatrzoną głównie w stare podręczniki do chemii i fizyki. Zbliżało się Boże Narodzenie (była zima 2006 r.) i Agnieszka Kłos postanowiła dać więziennej bibliotece szansę na zmianę oblicza. Dokonała przeglądu swoich zbiorów i przygotowała paczkę, można by powiedzieć, „z innego świata”: książki poszerzające horyzonty bardziej niż 50-letnie podręczniki nauk ścisłych.
Co więcej, jako osoba posiadająca, jak sama to określa, „talent do wynajdywania nisz i braków społecznych”, postanowiła nie poprzestać na jednostkowym wsparciu, lecz zaapelowała o pomoc do szerszego grona. – Napisałam tekst, w którym wyjaśniłam, czemu należy zebrać książki, wysłałam go do portali księgarskich, redakcji literackich i komercyjnych, ludzi sztuki, recenzentów, nauczycieli akademickich i intelektualistów. Ludzie ruszyli jak lawina – mówi p. Agnieszka. W ramach akcji „Książka za kraty” biblioteka więzienia w Rawiczu otrzymała książkowe wsparcie ze strony muzeów, redakcji pism (w tym „Obywatela”), osób publicznych, a także rodzin czy studentów.
Jak zaznacza Adam Piórkowski, specjalista Biura Penitencjarnego Centralnego Zarządu Służby Więziennej, popularyzacja czytelnictwa wśród osób pozbawionych wolności daje szansę na eliminowanie negatywnych skutków wynikających z faktu długotrwałego przebywania w warunkach izolacji. Jednocześnie, jest jednym z ważniejszych czynników kształtujących postawy prospołeczne, przez co przyczynia się bezpośrednio do skuteczniejszej realizacji procesu wtórnej socjalizacji osoby uwięzionej.
przez dr Joanna Szalacha-Jarmużek | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Sukces twojego kraju zaczyna się w twojej lodówce.
Wiemy, że jako społeczeństwo jesteśmy systemem naczyń połączonych. Jednak ta wiedza niekoniecznie przekłada się na codzienne decyzje. Nie głosujemy, bo „to nic nie da”, nie zrzeszamy się, bo „to nie ma sensu”. Nie dostrzegamy związków pomiędzy wielką polityką a liczbą godzin, które jesteśmy skłonni poświęcić na działalność społeczną. Tymczasem nawet „zwykły człowiek” może zrobić wiele dobrego. Najprościej zacząć od własnej lodówki.
Oto pierwsza część opowieści o patriotyzmie konsumenckim – idei ważnej, lecz w Polsce zaniedbanej. Poświęcony jest diagnozie sytuacji, podczas gdy część druga, w kolejnym numerze, zawierać będzie konkretną „receptę” i projekt działania.
Z sumieniem w koszyku
„Zwykły” konsument podczas zakupów kieruje się indywidualną racjonalnością ekonomiczną. Bierze pod uwagę wyłącznie cenę i jakość nabywanych produktów i usług. Idea świadomej konsumpcji zakłada natomiast uwzględnianie także wybranych czynników natury etycznej/światopoglądowej. Bazuje ona na odwołaniu się do przeświadczenia lub wiedzy o dalekosiężnych konsekwencjach, jakie decyzja konsumencka będzie miała dla środowiska naturalnego czy społeczeństwa.
W ostatnich dwudziestu latach światowy ruch świadomych konsumentów koncentrował się na różnych wymiarach konsekwencji ekologicznych (tzw. ślad węglowy, eksploatacja lasów, ochrona zwierząt itp.). Drugim ważnym polem jego aktywności była refleksja na temat wpływu, jaki nabywanie określonych produktów ma na warunki życia w krajach Trzeciego Świata (koncepcja sprawiedliwego handlu, potępianie zjawiska sweatshopów czy sprzedaży tzw. krwawych diamentów). Można powiedzieć, że część konsumentów w krajach Centrum zaczęła przekładać swoją wiedzę na temat następstw współczesnego kolonializmu na codzienne decyzje zakupowe.
I tak, niektóre społeczeństwa zachodnie stopniowo uczyły się, że przywożenie cukru z plantacji w Ameryce Południowej zwiększa emisję CO2 do atmosfery, albo że kupowanie kawy określonych firm pogłębia słabość społeczności lokalnych w krajach Afryki. To oczywiście tylko wybrane przykłady. Konsumenci z Europy i Ameryki Północnej chcą na drodze świadomych zakupów dokonać de facto pewnego zadośćuczynienia wobec społeczeństw, które eksploatowali do tej pory, oraz wobec środowiska naturalnego, które okazało się być znacznie bardziej połączone w skali globalnej, niż się tego spodziewali. Można zaryzykować stwierdzenie, że w obszarze świadomej konsumpcji wymiary „Fair” oraz „Eko” przyjęły się dobrze, przy czym oczywiście ta kategoria postaw konsumenckich stanowi nadal ułamek ogółu decyzji rynkowych.
Konsumpcja Eko i Fair odwołuje się do wiedzy (czy wiesz, ile CO2 emituje TIR wiozący pomidory z Włoch), emocji (czy możesz pozwolić, by twoje dzieci bawiły się lalkami produkowanymi w strasznych warunkach przez ich rówieśników?) i poczucia winy (czy wiesz, jak okrutnie traktowano ludzi produkujących kawę, którą rozkoszujesz się codziennie rano?). Naturalnie w dużym stopniu ten typ świadomej konsumpcji nadal bazuje na odwołaniu do interesów jednostki. „Zwykły” konsument odczuwa subiektywną satysfakcję, bo kupił bułki w Lidlu tańsze o 5 groszy. „Świadomy” buduje pozytywny obraz samego siebie, nabywając koszulkę uszytą z ekobawełny. Na najbardziej podstawowym poziomie mamy tu więc do czynienia z egoizmem: mój portfel – moja satysfakcja płynąca z użycia wiedzy1. Rzecz jasna, w tym drugim zachowaniu można dopatrywać się także wymiaru altruistycznego, jednak nadal można je sprowadzić do kupowania dobrego samopoczucia.
Biało-czerwone zakupy
Trzeci typ świadomej konsumpcji, tzw. patriotyzm konsumencki (dalej – PK) w założeniu ma mocniej odwoływać się do wspólnotowości niż interesów jednostkowych. PK to postawa wobec codziennych decyzji zakupowych, polegająca na kierowaniu się pochodzeniem produktów i usług, w wyniku czego jednostka nabywa głównie te, które pochodzą z jej ojczystego kraju. O PK możemy mówić, gdy element związku między miejscem wyprodukowania towaru a miejscem określanym przez daną osobę jako „ojczyzna” jest kluczowy w krytycznym momencie decyzji o wydatkowaniu pieniędzy – chociaż oczywiście jego jakość i cena również mają na nią wpływ. W tym sensie PK jest przykładem świadomej konsumpcji.
Trzeba jednak przyznać, że idea ta jest rozwijana nieco inaczej niż wspomniane typy postaw wobec zakupów. Po pierwsze, ma ona zawsze charakter lokalny, skupiając uwagę konsumenta na jego kraju. Po drugie, w konsumpcji Eko i Fair mamy wiedzę, emocje i poczucie winy jako motory motywujące do działania. W przypadku PK ma być nim raczej idea bliskiej wspólnoty (regionalnej, narodowej, etnicznej) i jakaś wizja przyszłości, która realizować się będzie w oparciu o odpowiedzialne wybory konsumentów (kupuję fińskie pomidory zamiast hiszpańskich, bo wiem, że dzięki temu gospodarka fińska będzie rosła w siłę). W obu przypadkach mamy oczywiście do czynienia z przekonaniem o dalekosiężnych konsekwencjach naszych decyzji, wpływających na pewną wspólnotę – odpowiednio ludzkość (Eko i Fair) oraz naród/kraj (PK).
Zawsze jednak kluczowa jest wiedza. Konsument kierujący się PK musi opierać decyzje na informacji o kraju pochodzenia produktu. Istnieje tu założenie, że producent płaci podatki w kraju, w którym działa, zatrudnia tu ludzi, płaci za nich składki i korzysta z usług innych miejscowych firm, kreując efekt tzw. spillover. Taka wiedza jest w stanie mobilizować do określonych wyborów nawet wbrew doraźnemu rachunkowi ekonomicznemu (fińskie pomidory są droższe niż hiszpańskie, ale i tak je wybieram2). Oczywiście PK bazuje na przekonaniu o słuszności wspierania swojej wspólnoty, jaką jest naród czy społeczeństwo żyjące w granicach danego państwa.
Jednym z kluczowych elementów funkcjonowania PK jest wiedza o markach. Współczesny konsument orientuje się na marki. To do nich się przywiązuje, ceniąc często bardziej niż same produkty. To one budzą emocje i kształtują nawyki. Współczesny kapitalizm utrudnia jednak rozpoznanie właściwej relacji między marką a krajem pochodzenia. Czy kupione przez Chińczyków Volvo to nadal marka szwedzka? Czy polski Wedel jest nadal polski, skoro jego właścicielem jest japoński koncern Lotte?
Jeszcze innym problemem jest złożoność wielu produktów. Samochód, którego podzespoły powstawały w różnych krajach, telewizory składane w Polsce, ale z materiałów wyprodukowanych w Tajlandii – jak ocenić kraj pochodzenia podobnych produktów i marek je reprezentujących? Ten między innymi kłopot powoduje, że konsumenci, którzy chcą kierować się PK, często ograniczają się do branży spożywczej, jako tej, w której prostota produktu i jego specyfika mogą ułatwiać identyfikację kraju pochodzenia. Z pewnością zatem idea PK nie ma sensu, jeżeli nie stoi za nią zaufanie i uczciwość. Tak jak w przypadku konsumpcji Eko i Fair – producenci uczciwie ujawniają, jak produkują, a klienci ufając tej informacji wybierają ich produkty.
Czy jesteśmy gotowi?
Hasła nawołujące do PK pojawiają się dziś w warunkach rosnącej współzależności gospodarczej i narastającej konkurencji w globalnym kapitalizmie. Odwołania do tej idei pojawiają się wszędzie tam, gdzie elity gospodarcze nie mają charakteru kompradorskiego, a kraj nie jest „obszarem kłusowniczym” (używając metafory Andrzeja Zybertowicza). A więc tam, gdzie właściciele firm i przedsiębiorcy nie działają w myśl zasady hit and run, lecz wiążą własny długotrwały sukces ekonomiczny z sukcesem gospodarczym państwa, i gdzie politycy – dostrzegając ową postawę – tworzą warunki sprzyjające funkcjonowaniu takich przedsiębiorców.
W zasadzie we wszystkich krajach tzw. starej UE mamy do czynienia z różnymi formami działań nawołujących do PK. W Wielkiej Brytanii – kraju o najdłuższych w Europie tradycjach świadomej konsumpcji (już w XIX w. bojkot konsumencki objął tam plantatorów trzciny cukrowej wykorzystujących pracę niewolników) – obywatel otrzymuje szereg komunikatów informujących o słuszności kupowania tego, co brytyjskie, czy wręcz np. szkockie. W Niemczech urzędy państwowe mają obowiązek zakupu w pierwszej kolejności samochodów marki Volkswagen, a więc spółki z udziałem skarbu państwa. W Finlandii rozdaje się w sklepach magnesy na lodówki z napisem „Kupuję fińskie”.
W takiej sytuacji należy postawić pytanie – czy jesteśmy jako społeczeństwo gotowi do przyjęcia idei PK i wdrażania jej w życie? Aby odpowiedzieć na m.in. takie pytanie, odwołam się do części wyników badania, które przeprowadziłam w woj. kujawsko-pomorskim w grudniu 2010 i styczniu 2011 r.3 Zostało ono zrealizowane na próbie kwotowej, uwzględniającej parametry demograficzne typowe dla regionu. Wywiady kwestionariuszowe poruszały problem PK, analizując go w kilku wymiarach. Obok próby rozpoznania, na ile idea i sam termin są znane badanym, wywiady sprawdzały także, na wybranych przykładach, wiedzę konsumentów o krajach pochodzenia firm/marek i ich postawę względem koncepcji odpowiedzialności biznesu wobec społeczeństwa. Celem było zatem określenie pewnego – wycinkowego z racji ograniczeń badania i próby – stanu wiedzy, a także postaw w odniesieniu do działań i zjawisk związanych ze świadomą konsumpcją i PK.
Prawie połowa, bo 43% badanych, stwierdziła, że nie zna pojęcia patriotyzmu konsumenckiego. Ci, którzy zadeklarowali jego znajomość, w następujący sposób tłumaczyli, co według nich znaczy:
- dla 50% PK to „kupowanie polskich produktów”,
- dla 17% to „popieranie polskich producentów”,
- dla 13% to „kupowanie produktów regionalnych/lokalnych”,
- dla 9% to „przywiązanie do polskich marek/produktów”,
- dla 8% to „kupowanie produktów wyprodukowanych w Polsce”,
- dla 1% to „kupowanie polskich marek”,
- 2% miało problem ze sprecyzowaniem tego pojęcia.
Idea PK rozciąga się zatem w polu skojarzeń z decyzjami zakupowymi opartymi o pochodzenie produktów/marek, z tradycyjnym (i może nawet emocjonalnym) przywiązaniem do pewnych produktów oraz z gotowością do wspierania lokalnych/krajowych firm. Jak widać, wśród osób deklarujących znajomość pojęcia PK ujawnia się pewien ważny problem – mianowicie rozbieżności pomiędzy ideą wspierania produktów, a wspierania marek. Jeśli przyjmiemy, że w świadomej konsumpcji kluczowa jest wiedza, to w przypadku PK nie jest ona klarowna. Przykład: Czy kupując przyprawy starej polskiej marki Winiary, wyprodukowane w fabryce w Kaliszu, nadal kieruję się PK?Czy też wiedza o kapitale zagranicznym, posiadającym obecnie firmę/markę Winiary, powinna mnie skłonić do wycofania się z zakupu?
Okazuje się, że gdy zapytaliśmy badanych, jakie atrybuty są kluczowe dla określenia, iż marka jest polska, wskazywano przede wszystkim na prowadzenie produkcji w Polsce. Na drugim miejscu jest fakt powstania marki w naszym kraju. Dopiero trzecim pod względem ważności atrybutem jest to, że właściciel firmy jest polski. Natomiast reklamowanie się jako produkt polski jest zdecydowanie na samym dole hierarchii konsumentów. Zgodnie z nią, na pytanie z akapitu powyżej należałoby zatem udzielić odpowiedzi twierdzącej: Winiary to polska marka, bo firma produkuje u nas w kraju.
Co ciekawe, w wywiadach pogłębionych, przeprowadzonych w ramach wspomnianego badania z kadrą zarządzającą dużych i średnich polskich przedsiębiorstw, uzyskiwałam w większości odpowiedzi, że najważniejsze jest pochodzenie kapitału, który kontroluje firmę! Na drugim miejscu wskazywano zaś fakt prowadzenia produkcji w Polsce, na trzecim historię marki, czyli to, że powstała ona nad Wisłą. Dla producentów, jak widać, hierarchia kryteriów polskości marki jest trochę inna.
Nie rozwijając tego wątku, można powiedzieć, że stwierdzony wśród konsumentów rozkład atrybutów polskości marki jest efektem dwóch dekad zmian w krajowej gospodarce. Gdy firmy i marki powstałe w PRL lub wcześniej, były sprzedawane, ich kapitał symboliczny (renoma, rozpoznawalność itp.) przechodził w ręce zagranicznych koncernów. I dziś przeciętny konsument będzie miał pewien problem z diagnozą, które marki są lub nie są polskie – i dlaczego.
W tym samym czasie większość respondentów w tym badaniu (aż 85%) uważa siebie samych za „świadomych konsumentów” – jedynie 13% miało wątpliwości, czy zaklasyfikować się do tej grupy, a 2% powiedziało, że na pewno nie są takimi konsumentami. Wiemy już, że konsumenci świadomi muszą kierować się jakąś wiedzą. Jak na razie jednak badani raczej orientują się na marki, czyli na wiedzę pochodzącą od firm i z ich reklam.
Mocne marki
Respondenci wskazywali, że posiadają ulubione marki w zaproponowanych w badaniu kilku branżach. Najczęściej mieli ulubione marki kosmetyczne i spożywcze, a najrzadziej potrafili je podać dla branży budowlanej. Takie deklaracje nie muszą przekładać się na rzeczywiste decyzje. Co prawda 35% deklaruje, że nie lubi kupować produktów bez wyraźnej marki, ale pewną przewagę (43%) stanowią osoby, które twierdzą, że gdy dokonują zakupów, nie nastawiają się z góry na kupno produktów markowych4. Zobaczmy jednak, jakie są korelacje pomiędzy uważaniem się za świadomego konsumenta a kierowaniem się krajem pochodzenia produktu.
Wśród osób, które mają ulubione marki spożywcze i jednocześnie uważają się za świadomych konsumentów, 20% wybierało je ze względu na to, że są polskie. W przypadku branży kosmetycznej było to 23%. Wśród osób posiadających ulubione marki odzieżowe, 18% wybierało je ze względu na polskość firmy/marki, natomiast w przypadku branży obuwniczej już tylko 7%. W niektórych branżach ważniejsza jest dla konsumentów dostępność lub to, że marka pasuje do ich stylu życia.
Należy jednak podkreślić, że w przypadku osób uważających się za świadomych konsumentów, gdy pytaliśmy ich o motywy wyboru ulubionej marki w podziale na branże, dominująca część nie umiała wskazać żadnego powodu, dla którego wybiera właśnie ją. A zatem można zakładać, że tak naprawdę osoby te nie są świadomymi konsumentami. Najwyraźniej widać to w odniesieniu do takich branż, jak finanse, RTV/AGD czy branża budowlana, w przypadku których średnio ok. 70% respondentów nie potrafiło podać powodów, dla których wybrało konkretne marki.
Wydawać by się mogło, że coś w tym zakresie może zmienić edukacja poprzez różne kampanie. Znane akcje, takie jak „Teraz Polska” czy „Dobre bo polskie”, okazują się jednak nie mieć dużego wpływu na konsumentów. Aż 31% naszych respondentów nie zwraca w ogóle uwagi na takie znaki na opakowaniach, 38% zna owe znaki i certyfikaty, ale się nimi nie kieruje, a tylko 17% uważa, że są one dowodem wysokiej jakości produktu, co może skłaniać ich do zakupów. Dość wyraźnie widać zatem, że dotychczasowe kampanie straciły moc mobilizacyjną.
W sytuacji, gdy rodzime produkty nie są szczególnie często wybierane, poprosiliśmy badanych o wskazanie, czego ich zdaniem brakuje polskim markom. Najwięcej z nich stwierdziło, że mogłyby mieć lepszą reklamę – być może więc Polacy odczuwają niedostatek informacji o krajowych wyrobach oraz zachęt ze strony ich producentów. Według 20% ankietowanych, polskie produkty mogłyby mieć lepszą jakość i być „bardziej solidne”. Co ciekawe, mała grupa (3%) wskazała, że nasze marki potrzebują wsparcia ze strony państwa, niewiele osób zwróciło też uwagę, że krajowym produktom brakuje lepszego oznakowania, informującego o tym, iż są to marki polskie.
Podsumowując, część badanych wydaje się być gotowa do odgrywania roli świadomych konsumentów. Wykazują oni jednak brak praktycznej wiedzy o kraju pochodzenia produktów. Na przykład 29% twierdziło, że szwedzki koncern odzieżowy H&M to polska firma, a 66% uznało pieluszki Happy – produkowane przez TZMO w Toruniu – za produkt zagraniczny. Widać też u badanych, że często kierują się dawną wiedzą o marce i na tej podstawie określają polskość produktów – np. 79% myśli, że Pekao SA to polski bank.
Diagnoza powszechności PK nie jest więc optymistyczna, przynajmniej jeśli chodzi o województwo poddane badaniu. Tym niemniej z racji istnienia pewnego gruntu – jak wyraźna chęć bycia poinformowanym konsumentem czy fakt, że 64% badanych zadeklarowało, iż wiedza o nieetycznych działaniach firmy bądź niekorzystnym wpływie na lokalne społeczności i środowisko mogłaby ich zniechęcić do zakupu jej produktów – należy przyjąć, że PK ma szanse rozwoju w polskim społeczeństwie. Wyraźnie trzeba jednak zmienić strategie propagowania tej idei.
Od diagnozy w kierunku recepty
Zastanówmy się, dlaczego konsumpcja Eko i Fair przyjęła się w wielu krajach. Na pewno dzięki dekadom kampanii społecznych, reklam oraz istnieniu firm gotowych zaangażować się w podobne działania. Ale także dlatego, że mimo bazowania na wiedzy, tak ważnej dla świadomej konsumpcji, trendy te opierają się również na bardzo silnych emocjach – głównie na poczuciu winy oraz na chęci podbudowy własnego ego i wizerunku, w mniejszym stopniu na miłych skojarzeniach z przyrodą, szczęśliwymi dziećmi, miłymi misiami panda itp. Dlaczego zatem – można zapytać – Eko i Fair nadal nie udało się zostać dominującymi kierunkami konsumpcji?
Przyczyn jest oczywiście wiele. Wśród nich na pewno znajduje się wyższa cena, jaką często trzeba zapłacić za takie produkty. Ale również to, że świadoma konsumpcja to wysiłek sprzeczny z naszymi automatyzmami. Jak pokazują badania psychologiczne, nawyki są silniejszym bodźcem niż informacja przyjmowana świadomie. Krótko mówiąc, gdy od dziecka segregujesz śmieci, to wydaje ci się to naturalne – ręka z plastikową butelką „sama” wędruje w stronę odpowiedniego kosza. Gdy jako 30-latek masz zacząć to robić, trudno zwalczyć automatyzm wrzucania śmieci do jednego worka. W przypadku świadomej konsumpcji wymaga się od konsumentów dodatkowego wysiłku – mają wyszukiwać informacje, budować indywidualne bazy wiedzy, a potem jeszcze szukać odpowiednich produktów.
Jak zatem nakłonić do takiego wysiłku? Czynnik wiedzy jest istotny (w końcu zdecydowana większość z nas chce być „świadomymi” konsumentami, a nie sterowalnymi marionetkami!), ale trzeba ją połączyć z odpowiednimi emocjami. Być może pewne niepowodzenia Eko i Fair biorą się stąd, że zbyt mocno bazują na poczuciu winy. Negatywne emocje nie są bowiem dobrym „wehikułem sprzedaży”. Z kolei dotychczasowe kampanie nawiązujące do PK miały dość wąski i może niezbyt trafnie dobrany wachlarz emocji wspierających informację, która na dodatek bywała myląca (vide przyznanie niemieckiej sieci marketów Lidl znaku „Teraz Polska”). Wiele można w tym zakresie poprawić – ale o tym będzie kolejna część opowieści o PK. Teraz postawmy sobie tylko pytanie: czy społeczeństwo polskie zasługuje na takie samo emocjonalne i konsumenckie wsparcie, jak kraje Trzeciego Świata i misie panda? Czy jesteśmy tego warci? Zadbajmy o siebie.
Joanna Szalacha
Przypisy:
1 Przypomina mi się odcinek serialu „South Park”, gdzie przesadne samozadowolenie (ang. smug) ludzi jeżdżących ekologicznymi Lexusami zaczęło generować zanieczyszczenie środowiska, takie jak rzeczywisty smog ze spalin.
2 To być może skrajna postawa, ale akurat w Finlandii nierzadko spotykana, bazując na osobistej obserwacji żyjącego tam znajomego.
3 Badanie zostało sfinansowane w ramach grantów badawczych Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu (z dofinansowaniem z UE – projekt nr POKL.04.01.01-00-126/09).
4 Tu pewne wyjaśnienie – respondenci we wcześniejszym, otwartym pytaniu poruszającym kwestię ulubionych marek w danej branży, wyraźnie uważali za „markowe” te produkty, które są powszechnie reklamowane. Oto kilka przykładów: dla branży spożywczej ulubione marki to m.in. Amino, Bakoma, Coca-Cola, Danone, Delecta, dla kosmetyków – Rexona, Soraya, Chanel, dla odzieży – Solar, Wrangler, Puma.