przez Filip Białek | piątek 12 października 2012 | Jesień 2012
W wielu krajach rządy i instytucje publiczne prowadzą zaawansowane działania na rzecz budowy społeczeństwa informacyjnego. W Polsce społeczeństwo informacyjne tworzy się bez pomocy gabinetu Donalda Tuska, a bardzo często wbrew niemu. Władze nie mają bowiem żadnej wizji tego, jak z pomocą nowych technologii ułatwić obywatelom samoorganizację, zwiększyć ich udział w podejmowaniu decyzji politycznych oraz wzmocnić postawy obywatelskie poprzez korzystanie z internetu.
Termin „społeczeństwo informacyjne” może być rozumiany wielorako. Najczęściej określa on pewne specyficzne stosunki gospodarcze i przeciwstawiany jest społeczeństwu przemysłowemu. W społeczeństwie informacyjnym główną siłą gospodarki mają być przedsiębiorstwa oparte na wiedzy, których głównym zadaniem jest produkowanie informacji. Interesujący jest jednak inny, znacznie węższy aspekt społeczeństwa informacyjnego, odnoszący się do obywatelskości, aktywności i partycypacji społecznej w kształtowaniu sfery publicznej. Mówiąc o społeczeństwie informacyjnym, będę miał na myśli takie zjawiska, które dzięki nowym technologiom, internetowi i szybkości wymiany informacji sprawiają, że obywatele uzyskują większy wpływ na państwo i instytucje publiczne.
Badacze takich zjawisk nierzadko wiążą wielkie nadzieje z potencjałem wpływu, jaki na stan współczesnych społeczeństw mogą wywrzeć nowe technologie informacyjno-komunikacyjne (ICT).
Demokracja przedstawicielska od dłuższego czasu znajduje się w kryzysie. W starych demokracjach Zachodu kryzys ten objawia się w spadku frekwencji wyborczej, niestabilności poparcia politycznego dla partii, odpływie elektoratu do tzw. partii protestu, coraz niższym zaufaniu do polityków, czy też w niskim poziomie wiedzy o procesach politycznych. Można rzec, że współczesny model demokracji staje się w oczach obywateli zbyt skomplikowany, a struktury władzy i państwa są postrzegane jako oddalone od spraw codziennego życia i trudno dostępne. Lekiem na te problemy mogłyby być właśnie ITC, które znacząco ułatwiają dzielenie się informacjami. Z jednej strony ITC umożliwiają rządom niemal całkowitą transparentność wszystkich procesów administracyjnych i politycznych, a z drugiej pozwalają obywatelom na większą partycypację w decyzjach podejmowanych przez władze publiczne. Ograniczeniami są tutaj w zasadzie jedynie wola i sprawność decydentów.
Różne modele e-partycypacji wymagają odpowiedniego stanu infrastruktury państwowej i informatycznej. Innymi słowy, dopuszczenie obywateli do wpływania na losy kraju za pomocą narzędzi informatycznych możliwe jest tylko wtedy, gdy sam aparat państwowy zostanie poddany spójnemu modelowi informatyzacji. W Polsce z niczym takim nie mamy do czynienia. W ostatnim raporcie ONZ „E-Government Survey 2012. E-Government for the People” wysiłki naszego kraju na rzecz informatyzacji państwa zostały ocenione bardzo nisko. Polska, zajmując 47. miejsce, została sklasyfikowana m.in. za Rosją, Kazachstanem, Chorwacją, Czechami czy Węgrami. Warto wspomnieć, że w podobnym rankingu z 2008 r. nasze państwo zajmowało pozycję 33. W kwestii informatyzacji państwa jesteśmy więc niewątpliwie zacofani i, co gorsza, taki stan się pogłębia.
Sam rząd doskonale zdaje sobie sprawę ze skali problemu. Raport przygotowany przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji pt. „Państwo 2.0 – Nowy start dla e-administracji” pozbawia wszelkich złudzeń. Dokument jasno pokazuje, że dotychczasowe projekty informatyzacji prowadzone były niezależnie od siebie, bez współpracy międzyresortowej, co najczęściej prowadziło raczej do zwiększania administracyjnego chaosu niż do zapanowania nad nim. Ministerstwo wspomina m.in., że równocześnie rozwijano tzw. podpis elektroniczny oraz profil zaufany, a także wiele alternatywnych sposobów potwierdzania identyfikacji [sic!] obywateli w systemach poszczególnych resortów i samorządów. Oznacza to, że zamiast stworzyć jeden uniwersalny model weryfikacji tożsamości obywatela, który pozwalałby na logowanie się do wszystkich możliwych usług e-państwa, kreowano kolejne „zapory”, które właściwie utrudniały korzystanie z dostępnych usług. W zakończeniu raportu czytamy: Źródłem słabości jest sama koncepcja informatyzacji albo w ogóle jej brak. Chaotycznie i „silosowo” prowadzone działania, brak współpracy w celu uniknięcia powielania się rozwiązań, swoisty prymat nastawienia typu „hardware” nad modelem zorientowanym na przyjazne dla użytkowników aplikacje – generowały patologie w decyzjach oraz słabości w osiąganiu rezultatów.
Oprócz problemów natury „koncepcyjnej” rozwój polskiej e-administracji zmaga się również ze zwyczajowymi kłopotami, które dosięgają większości przedsięwzięć naszego państwa. Mowa tu o korupcji i marnotrawieniu środków publicznych. W grudniu 2011 r. dziennikarze „Dziennika Gazety Prawnej” dotarli do protokołu z zakończonych kontroli NIK ws. wdrażania projektów informatyzacyjnych w latach 2007–2010. Wnioski były zatrważające. Na 28 realizowanych zadań tylko 5 funkcjonowało w miarę sprawnie. Zgodnie z wcześniejszym planem, w trakcie badanego okresu rząd miał wydać na e-państwo 2,5 mld złotych, jednak w związku z brakiem gospodarności (często natury kryminalnej) konieczne będzie zwiększenie tej kwoty o prawie 6,5 mld złotych albo zaplanowane projekty nie zostaną ukończone. Z kolei pod koniec kwietnia 2012 r., po tym jak CBA i prokuratura wszczęły śledztwo w sprawie korupcji w Centrum Projektów Informatycznych przy MSWiA (zatrzymano m.in. dyrektora tej instytucji, któremu zarzucano przyjęcie 5 mln złotych łapówki), Komisja Europejska zamroziła środki – w wysokości 1,2 mld złotych – przeznaczone na rozwój e-administracji w Polsce. W związku z powyższymi faktami nawet najlepsze chęci i koncepcje ministra Boniego mogą pozostać bez większego związku z rzeczywistością.
Jak widać, warunek sine qua non rozwijania modeli partycypacyjnych – tj. sprawna informatyzacja administracji – nie został dotychczas w Polsce spełniony. Oznacza to, że dopuszczenie obywateli do podejmowania decyzji za pomocą ICT stanowi u nas pieśń przyszłości. Brak prostych narzędzi umożliwiających weryfikację tożsamości obywateli, zaniedbania w tworzeniu spójnego i przyjaznego użytkownikom systemu e-administracji, kłopoty z uzyskiwaniem informacji od instytucji publicznych via internet itp. uniemożliwiają wdrażanie jakichkolwiek poważnych projektów, które mogłyby przybliżyć państwo obywatelom. Trudno oczywiście oczekiwać, że rząd Donalda Tuska będzie podejmował działalność mogącą pomóc w rozwijaniu e-partycypacji. Stosunek obecnego rządu do partycypacji obywatelskiej w ogóle zamanifestował się aż nadto wyraźnie w związku z wieloma decyzjami, co do których społeczeństwo wydawało się mieć opinie odmienne od pomysłów władz. Do pewnego stopnia widać to zresztą we wspomnianym raporcie Boniego. Obywatel jest tam traktowany jedynie jak klient, który ma być dobrze obsłużony przez administrację. Nie oczekuje się od niego ani udziału w podejmowaniu decyzji, ani opinii odnośnie do decyzji już podjętych. W całym tekście znajdujemy zresztą tylko jedno dość mgliste zdanie odwołujące się do pojęcia „e-demokracji”.
Tymczasem w innych krajach ICT są nie tylko skutecznie wykorzystywane do stworzenia sprawniejszej administracji, lecz służą również zwiększeniu możliwości wpływania obywateli na losy państwa. Nie dotyczy to bynajmniej tylko krajów zamożnych i wysokorozwiniętych. Na przykład maleńka Estonia dokonała w ciągu kilkunastu lat niezwykłego wręcz skoku rozwojowego we wdrażaniu rozwiązań informatycznych. We wszelkich rankingach obrazujących rozwój e-państwa, e-rządu czy e-partycypacji kraj ten plasuje się najczęściej w pierwszej dwudziestce. Na obszarze pokomunistycznym w zasadzie nie ma on konkurencji, dlatego np. we wspominanym raporcie ONZ Estonia porównywana jest nie do krajów Europy Środkowowschodniej, lecz do państw nordyckich.
Odsetek gospodarstw domowych z komputerem podłączonym do internetu, liczba użytkowników Sieci, korzystanie z elektronicznej bankowości, dostęp do darmowego wi-fi – we wszystkich tych wskaźnikach Estonia sytuuje się ponad średnią unijną. Czynniki te stanowią infrastrukturę, na której można tworzyć e-państwo z prawdziwego zdarzenia. Już w 2002 r. wprowadzono w tym kraju cyfrowy dowód osobisty, który wraz ze specjalnym czytnikiem podłączanym do komputera stanowi, po wpisaniu kodu PIN, narzędzie identyfikacji obywatela via internet. Dzięki temu Estończycy mogą w prosty sposób załatwiać większość spraw urzędowych bez wychodzenia z domu. Cyfrowy dowód umożliwia również dokonywanie przelewów bankowych, realizowanie recept, może też zastąpić bilet w komunikacji publicznej.
Takie narzędzie – mógłby ktoś stwierdzić – może służyć do inwigilacji i spowodować utratę prywatności, ponieważ wszystkie dane gromadzone są w jednym miejscu. Jest jednak inaczej, gdyż system przekazuje obywatelowi informacje o tym, kto przeglądał jego dane. Oznacza to, że urzędnik nie może już bez wyraźnej potrzeby sprawdzać informacji o obywatelach, ponieważ każde takie zachowanie jest rejestrowane.
Z pozoru najbardziej widowiskowym osiągnięciem estońskiego e-państwa było umożliwienie społeczeństwu głosowania w wyborach powszechnych za pośrednictwem internetu. Był to pierwszy taki przypadek na świecie. Już w 2005 r. Estończycy mogli głosować elektronicznie w wyborach samorządowych. Wtedy 1,9% wszystkich oddanych głosów stanowiły wysłane przez Sieć. Odsetek ten szybko się powiększał – w wyborach parlamentarnych w 2011 r. wzrósł do 24,3%. Głównym celem wprowadzenia e-głosowania było zwiększenie frekwencji. Czy się udało? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, gdyż nie sposób założyć, że jedyną przyczyną zmian jest głosowanie elektroniczne. Jednak frekwencja w estońskich wyborach systematycznie rośnie. W wyborach parlamentarnych od 1999 r. wynosiła ona kolejno: 57%, 58%, 62% (2007 r. – pierwsze wybory parlamentarne z możliwością głosowania przez internet), 63,5%. Bardzo wysoki wzrost frekwencji odnotowano w przypadku wyborów do Europarlamentu. W 2004 r. wynosiła ona 24% (bez e-głosowania), by w 2009 wzrosnąć do prawie 44% (e-głosowanie). Zupełnie rekordowe były wybory samorządowe w roku 2009, które cieszyły się frekwencją 60,5% w porównaniu z 47% w roku 2005.
Jakkolwiek oddawanie głosów przez internet może jawić się z naszej perspektywy jako rewolucyjna zmiana, to należy pamiętać, że w swojej istocie jest to jedynie technologiczna nowinka, która nie ma większego wpływu (prócz – być może – wzrostu frekwencji) na przebieg procesu demokratycznego. E-głosowanie nie wyposaża obywateli w nowe narzędzia wpływu na proces demokratycznego podejmowania decyzji. W Estonii powstały jednak także systemy, które miały umożliwić społeczeństwu większą partycypację. Już w 2001 r. uruchomiono portal TOM – skrót od estońskiej frazy: „dziś ja decyduję”. Pozwala on decydentom na umieszczanie projektów ustaw, które miały być oceniane i komentowane przez użytkowników. Dodatkowo obywatele mieli możliwość przedstawiania własnych pomysłów, które, o ile zyskały odpowiednie poparcie, trafiały do urzędników. Ci zaś mieli miesiąc, aby odnieść się do proponowanych zmian. Co prawda administracja nie była zobligowana do wprowadzania zgłoszonych pomysłów w życie, ale w przypadku negatywnej odpowiedzi obywatele musieli otrzymać uzasadnienie takiej decyzji. W 2007 r. TOM został zastąpiony przez serwis osale.ee, który oferował podobne możliwości.
Niestety oba portale cieszyły się nikłym zainteresowaniem. TOM w 2007 r. miał jedynie 6742 zarejestrowanych użytkowników, spośród których tylko niewielka część była aktywna. Podobnie rzecz miała się z osale.ee. Około ? zamieszczonych tam projektów nie uzyskało żadnego komentarza, a odsetek propozycji zmian prawa, które wywołały dłuższą dyskusję, jest bardzo niski. Należy też zauważyć, że nie wszystkie ministerstwa publikowały tam swoje materiały. Dodatkowe problemy, z którymi zmagają się estońskie systemy partycypacji, to mało konstruktywne głosy obywateli, zbyt formalne odpowiedzi urzędników mogące zniechęcać ludzi do zabierania głosu, brak realnego dialogu z przedstawicielami władzy oraz nikłe zainteresowanie mediów propozycjami obywatelskimi. Meelis Kitsing, badacz z University of Massachusetts, stwierdza nawet, że najsłabszym punktem estońskiego e-rządu jest dostarczenie obywatelom usług, które mogłyby zachęcać do partycypacji i demokracji. Jako przyczynę wymienia przede wszystkim fakt, iż estońskie inicjatywy są w głównej mierze reakcją na potrzeby sektora prywatnego oraz opinii publicznej. Zdaniem autora, Estonii brakuje spójnej wizji wdrażania narzędzi partycypacyjnych.
Jak widać, samo oddanie w ręce społeczeństwa narzędzi umożliwiających partycypację nie gwarantuje, że ono z nich skorzysta. Nierozsądne byłyby jednak opinie, że estońskie projekty zakończyły się porażką, a sama idea e-partycypacji była niewiele warta. Opisane tu narzędzia są raczej w fazie prób i testów – nie ma zatem mowy o skończonym przedsięwzięciu. Jeśli Estończycy zdiagnozują popełnione błędy i będą systematycznie je naprawiać, to z czasem zaangażowanie obywateli powinno się zwiększyć.
Co ciekawe, rozwiązania wprowadzane przez Estonię są ogólnodostępne i inne kraje mogą z nich korzystać. Przykładem jest Słowenia, która w 2009 r. wdrożyła platformę TID+ (Today I Decide), powstałą jako projekt na bazie estońskiego TOM. Wydaje się, że w Słowenii narzędzie to cieszy się nieco większą popularnością. Przez dwa lata funkcjonowania portalu pojawiło się tam ponad 2000 obywatelskich sugestii zmian prawa, z czego każda opatrzona została średnio 6 komentarzami. 460 pomysłów zyskało wystarczające poparcie, aby zostać przekazane decydentom, z tej liczby zaś ponad połowa dostała pozytywne odpowiedzi, zgodnie z którymi albo pomysł był już wdrażany w życie niezależnie od inicjatywy obywatelskiej, albo był jedną z opcji branych pod uwagę. Aż 13 sugestii zostało zrealizowanych wyłącznie dzięki TID+.
Jednym z głównych problemów, z którymi stykają się opisane tu narzędzia umożliwiające e-partycypację, jest fakt, że obywatele często czują się niekompetentni, by merytorycznie komentować skomplikowane dokumenty tworzone przez administrację. Język urzędników jest niezbyt przystępny, a sprawy, o których piszą, wydają się obywatelom zbyt trudne. Udostępnienie w Sieci wielkiej ilości takich dokumentów jest często przeciwskuteczne, gdyż raczej przytłaczają one informacjami, których odbiorcy nie są w stanie przetrawić. Dlatego nasuwają się tutaj dwa rozwiązania. Zgodnie z pierwszym serwisy takie jak osale.ee powinny zostać „wyposażone” w urzędników, którzy asystowaliby obywatelom przy formułowaniu postulatów. Chodzi o to, aby człowiek mógł sformułować propozycję czy komentarz „własnymi słowami”, nie bacząc na to, że forma jego wypowiedzi nie koresponduje z technicznym językiem administracji. Dopiero później, dzięki pomocy kompetentnego urzędnika, obywatelska sugestia zostałaby „przetłumaczona” na administracyjny żargon. Taką strategię realizuje brazylijski serwis edemocracia.gov.br, który niestety z braku miejsca nie może zostać tu szczegółowo opisany. Warto zauważyć, że bez podobnych rozwiązań partycypacyjne narzędzia mogą zostać łatwo zawłaszczone przez różnego rodzaju lobbystów. Bez wsparcia dla „zwykłych obywateli” użytkownikami takich serwisów pozostaną jedynie osoby, które potrafią sprawnie poruszać się w urzędniczym gąszczu przepisów, procedur i kruczków prawnych.
Inne rozwiązanie zostało wprowadzone w Wielkiej Brytanii. W sierpniu 2011 r. uruchomiono portal epetitions.direct.gov.uk, na którym każdy obywatel może zamieścić petycję. Jeśli pod wnioskiem zostanie zebranych co najmniej 100 000 podpisów, to tekst trafia do komisji, ta zaś może skierować go do parlamentu, gdzie będzie on ostatecznie dyskutowany. Portal cieszy się dużą popularnością, notując dziennie odwiedziny 52 tys. użytkowników. Kilkakrotnie udało się już przekroczyć próg 100 000 podpisów oraz wpłynąć na obowiązujące prawo. Trzeba jednak zaznaczyć, że w kilku przypadkach inicjatywy, które zgromadziły odpowiednie poparcie, nie trafiły do parlamentu, ponieważ nie zyskały wsparcia wspomnianej komisji. Fakty te sprawiły, że brytyjski dziennikarz i autor bloga edemocracyblog.com, Richard Parsons, skonstatował: Parlament przeżywa obecnie łagodniejszą wersję zamętu, którego doświadczyły wcześniej muzyka i prasa w związku z pojawieniem się internetu. Fakt istnienia e-petycji skłania do stawiania pytań o sposób funkcjonowania brytyjskiego systemu politycznego oraz tego, czy jest on przygotowany na spełnienie oczekiwań społeczeństwa.
Sama procedura jest przedmiotem wzmożonej debaty. Przede wszystkim nie jest do końca jasne, jak wielką wagę parlamentarzyści powinni przykładać do e-petycji. Z jednej strony należy pamiętać, że 100 000 popierających to niewiele w stosunku do ogólnej liczby dorosłych obywateli, zatem nie można traktować tych inicjatyw jako „woli ludu”. Z drugiej jednak strony, arbitralne decyzje komisji, zgodnie z którymi nie wszystkie petycje poparte 100 000 podpisów są poddawane debacie, mogą odbierać ludziom wiarę w to, że ich głos się liczy. Problemem jest również sposób, w jaki administracja komunikuje się z obywatelami. Teoretycznie możliwe jest, że autor petycji, która zbierze 99 999 głosów, może nie doczekać się żadnego odzewu ze strony decydentów. Postuluje się więc stworzenie mechanizmów, które umożliwią większy dialog sygnatariuszy z władzami. Warto nadmienić, że do takiego dialogu dochodzi stosunkowo często, gdyż politycy chętnie kontaktują się z autorami petycji, które co prawda nie przekroczyły wymaganego progu, ale mimo to zgromadziły pokaźne poparcie. Problem jest jednak taki, że są to kontakty nieformalne i do niczego polityków nie zobowiązują. Jak widać, również tutaj narzędzie partycypacyjne jest w fazie testów. Wydaje się jednak, że już teraz cieszy się dużym zainteresowaniem obywateli, a przedstawicielom władzy zależy na jego usprawnieniu.
Porównując rozwiązanie brytyjskie do estońskiego, można stwierdzić pewną przewagę tego pierwszego. Jednym z argumentów są nagie liczby. E-petycje cieszą się dużo większym zainteresowaniem obywateli niż komentowanie rządowych dokumentów. Dlaczego tak jest? Wydaje się, że brytyjski model partycypacji jest bardziej przyjazny obywatelom i łatwiejszy w obsłudze. Napisanie petycji nie jest tak skomplikowane jak próby wpływania na już istniejące projekty. Nie trzeba być ekspertem, żeby móc opisać problem, który dostrzegamy. Powoduje to, że e-petycje są znacznie mniej elitarne niż osale.ee. Warto zauważyć, że e-petycje są dostosowane do obecnego modelu Sieci, tj. Web 2.0 – gdy tylko zbieranie podpisów zostanie uruchomione, linki do odpowiedniej petycji są rozsyłane po najróżniejszych serwisach społecznościowych. Jeśli idea rzeczywiście cieszy się popularnością, to w miarę szybko można zgromadzić odpowiednią liczbę sygnatariuszy.
Można wskazać jeszcze jedną różnicę między oboma rozwiązaniami. Otóż wydaje się, że e-petycje są w miarę spójnym uzupełnieniem systemu demokracji przedstawicielskiej, dzięki któremu kontakt między rządzącymi a społeczeństwem jest trochę lepszy. Natomiast narzędzia takie jak osale.ee zbliżają się w teorii do demokracji bezpośredniej, w której społeczeństwo przygotowuje i głosuje nad odpowiednimi projektami. Na dobrą sprawę można by pokusić się o stwierdzenie, że w Estonii istnieją już zalążki infrastruktury niezbędnej do wprowadzenia demokracji bezpośredniej. Widać więc tutaj pewien problem, z którym będą musieli poradzić sobie orędownicy tej formy ludowładztwa. Jeśli różne narzędzia podejmowania decyzji bez udziału wybieralnych przedstawicieli pozostawią w zaniedbaniu problem niskiego zainteresowania społeczeństwa trudnymi technicznymi zagadnieniami, które są obecne w każdym punkcie ścieżki legislacyjnej, to może się okazać, że proces decyzyjny zostanie bezwolnie przekazany niewybieralnym profesjonalistom, którzy jako jedyni będą dostatecznie kompetentni i zdeterminowani, aby stanowić prawo. Pytanie, na czyją korzyść będą działali ci ludzie.
Podałem przykłady form e-partycypacji, które umożliwiają obywatelom wpływanie na losy całego kraju. Wydaje się jednak, że znacznie prościej wprowadzić takie rozwiązania w skali lokalnej. Po pierwsze, ludzie zazwyczaj są bardziej zainteresowani tym, co dzieje się w ich bezpośredniej bliskości. Po drugie, rezultaty decyzji podejmowanych na poziomie lokalnym są łatwiejsze do zrozumienia przez obywateli, a więc można oczekiwać większego zaangażowania. Po trzecie, łatwiej deliberować w mniejszym gronie. Tezy te potwierdza praktyka, gdyż projektów wprowadzających e-partycypację na szczeblu lokalnym jest zdecydowanie więcej niż tych, które operują w skali państwa. Ciekawym przykładem są wysiłki na rzecz lokalnej e-demokracji w Brazylii, podejmowane m.in. przy tworzeniu budżetu partycypacyjnego w Belo Horizonte. Jak stwierdził Tiago Peixoto, badacz zajmujący się elektroniczną demokracją, żaden z krajów mających doświadczenia z e-demokracją nie zbliżył się nawet do tego, co udało się dokonać w Belo Horizonte, zarówno pod względem partycypacji obywateli, jak i pozytywnego wpływu na podejmowane decyzje.
Brazylijskie doświadczenia z budżetem partycypacyjnym sięgają 1989 r. [więcej na ten temat pisaliśmy w poprzednim numerze „Nowego Obywatela” – przyp. redakcji] Natomiast pierwszy eksperyment, polegający na umożliwieniu obywatelom decydowania o lokalnym budżecie przez internet, pojawił się w 2006 r. w Belo Horizonte. Środki, o których mogli decydować mieszkańcy, wyniosły 11 mln dolarów. W tym samym czasie w ramach partycypacji nieelektronicznej mieszkańcy mieli do dyspozycji 43 mln dol. W każdym z dziewięciu dystryktów miasta obywatele mogli wybierać spośród czterech różnych projektów. Ten, który zyskiwał największe poparcie, był realizowany. Jak podaje Tiago Peixoto, mieszkańcy jednego z mniejszych dystryktów wybierali między budową nowego kompleksu sportowego, biblioteki, remontem głównej ulicy albo rewitalizacją głównego targowiska. Koszt każdego z projektów szacowany był na 1,2 mln dol., a najwięcej głosów zdobyło centrum sportowe. Mieszkańcom, prócz oddawania głosów, umożliwiono prowadzenie dyskusji między sobą oraz z władzami. Co jakiś czas dochodziło również do czatów z urzędnikami odpowiedzialnymi za poszczególne projekty. Warto też nadmienić, że miasto, aby przeciwdziałać cyfrowemu wykluczeniu, zbudowało około 170 e-kiosków umożliwiających głosowanie tym, którzy nie posiadają w domu komputera podłączonego do internetu.
Jak wyglądało zaangażowanie obywateli? W 2006 r. głosy oddało prawie 173 tys. mieszkańców (ponad 10% uprawnionych!). Dwa lata później, gdy cyfrowy partycypacyjny budżet został podwyższony do 22 mln dolarów, głosowało ok. 124 tys. osób, a w 2011 r. liczba ludzi oddających głosy przez internet zmniejszyła się do 97 tys. Oczywiście trend spadkowy jest zauważalny, ale i tak liczby te przyprawiają o zawrót głowy i kilkakrotnie przewyższają zaangażowanie obywateli w prace nad budżetem partycypacyjnym off-line. Należy jednak zauważyć, że możliwości deliberacyjne, które oferował serwis partycypacyjny, nie są zbyt ochoczo wykorzystywane przez mieszkańców. Stosunkowo niewiele osób korzystało z możliwości dyskutowania o projektach proponowanych przez miasto.
Peixoto, omawiając badania, których tematem był budżet e-partycypacyjny, zauważa, że dane wskazują, iż mieszkańcy oddawali swoje głosy tylko w kwestiach, w których czuli się kompetentni. Przypadki, w których głosowano tylko po to, aby oddać głos, były rzadkie. Dodatkowo, nie zaobserwowano żadnych znaczących odchyleń spowodowanych stopniem zamożności. Badacz zauważa też, że ok. ? głosów oddawana była spoza miejsca zamieszkania, co może oznaczać, iż bez pośrednictwa internetu ludzie ci nie braliby udziału w procesie podejmowania decyzji.
Jakie są przyczyny tak wysokiego zaangażowania mieszkańców Belo Horizonte? Przede wszystkim należy stwierdzić, że projekty poddane głosowaniu były dużymi inwestycjami, a zatem rezultaty partycypacji są bez trudu dostrzegalne. Mieszkańcy widzą, że ich głosy mają realny wpływ na wygląd i charakter miasta. Ponadto sam mechanizm jest bardzo prosty i nie wymaga specjalistycznej wiedzy. Każdy obywatel może w miarę szybko wyrobić sobie zdanie, czy woli, aby w okolicy stanęła biblioteka czy też hala sportowa. Uważam, że to właśnie tego rodzaju e-partycypacja ma lepszą przyszłość niż narzędzia typu osale.ee. Historia obu projektów pokazuje, że ludzie mają niską motywację do zabierania głosu w skomplikowanych, technicznych sprawach, szczególnie gdy nie są pewni, że ich głos rzeczywiście coś zmieni. Gdy jednak dajemy obywatelom możliwość decydowania w kwestiach konkretnych i mających realne przełożenie na warunki ich życia, zainteresowanie jest dość duże. Sądzę więc, że modele e-partycypacji powinny iść w kierunku dostarczania obywatelom kilku opcji do wyboru, które to opcje mogą cieszyć się rzeczywistym zainteresowaniem.
Przed wielkim wyzwaniem stoją te systemy e-partycypacyjne, które oferują obywatelom podejmowanie decyzji w sprawach niemających bezpośredniego przełożenia na ich los albo te, które są zbyt nudne dla przeciętnego człowieka. Problem ów polega na tym, że z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można założyć ich nikłą popularność. Skoro tak, to trudno będzie zgodzić się, aby decyzje podejmowane w ten sposób były wiążące dla administracji. To z kolei spowoduje jeszcze mniejsze zaangażowanie społeczeństwa.
A gdzie w tym wszystkim Polska? Szukając materiałów do tekstu, rozglądałem się za przykładami e-partycypacji w naszym kraju. Trafiłem na link, zgodnie z którym w jednym ze średnich polskich miast odbywają się „e-konsultacje”. Ta szumna nazwa kryła jednak za sobą szarą rzeczywistość. Oto „e-konsultacje” oznaczały formularz na stronie WWW, który umożliwiał przesłanie wiadomości do prezydenta miasta…
przez Konrad Malec | piątek 12 października 2012 | Jesień 2012
Gdy napotykamy na kilkumiesięczną kolejkę do ortopedy, hepatologa czy okulisty, stajemy przed wyborem: czekać i cierpieć albo zapłacić za wizytę w prywatnym gabinecie. Przykład z Inowrocławia pokazuje, że samoorganizacja pacjentów może stanowić pożyteczny „plaster” na niedomagania polskiego lecznictwa.
Dzięki działalności gospodarczej non profit, pozyskiwanym dotacjom, a także zaangażowaniu społecznemu, Stowarzyszenie Wzajemnej Pomocy „Flandria” jest w stanie zaoferować swoim członkom m.in. bezpłatną opiekę w trudnych sytuacjach życiowych, wsparcie w „poruszaniu się” po systemie służby zdrowia oraz znaczne rabaty na płatne artykuły i usługi medyczne.
Początki były trudne
Do niedawna lecznictwu przypisywano funkcję służebną wobec obywateli, stąd nazywano je „służbą zdrowia”. Wraz z postępującą komercjalizacją tej sfery, w publicystyce i języku potocznym coraz częściej używa się określenia „usługi medyczne”. Usługę można kupić, zarówno w ramach ubezpieczenia w NFZ, jak i indywidualnie. W tym pierwszym przypadku dostęp do lekarzy ograniczają limity kontraktów zawieranych z Funduszem. W tym drugim – zasobność portfeli pacjentów.
Warto pamiętać, że również przed sławetnymi „reformami” sytuacja w polskim lecznictwie nie wyglądała różowo. – Kiedy człowiek szykował się do operacji, musiał przynieść niezbędny sprzęt, łącznie z rękawiczkami chirurgicznymi czy strzykawkami, bo nawet tego brakowało – wspomina początek lat 90. Ineza Skrzypiec-Sikorska, dyrektor „Flandrii”. Pani Ineza – z zawodu lekarz anestezjolog, a z powołania społecznik – była wówczas przewodniczącą komisji zdrowia w Radzie Miejskiej Inowrocławia, borykającego się z ogromnym bezrobociem. Zastanawiała się, w jaki sposób można pomóc ubożejącym mieszkańcom, których dostęp do usług zdrowotnych dobrej jakości był coraz bardziej utrudniony. – Myślałam o założeniu fundacji, która pomagałaby w dotarciu do lekarzy i środków medycznych. Punktem zwrotnym stała się wizyta belgijskich samorządowców w 1994 r. w celu wymiany doświadczeń. – Najbardziej interesowało mnie, dlaczego u nich tak dobrze funkcjonuje służba zdrowia – wspomina p. Skrzypiec-Sikorska. Goście, widząc duże zainteresowanie tematyką medyczną, obiecali wrócić i szerzej opowiedzieć tylko o tych kwestiach.
Zainteresowanie kolejną wizytą było ogromne – w 70-tysięcznym mieście sala została wypełniona po brzegi, a wielu chętnych w ogóle się na nią nie dostało. Zrobiło to na Belgach ogromne wrażenie. – Powiedzieli, że dostaniemy pieniądze na realizację projektu, a my nie mieliśmy pojęcia, czym jest projekt i dlaczego ktoś chce nam coś dawać – relacjonuje p. Ineza, której powierzono nadanie kształtu planowanym działaniom wspólnie z przedstawicielem Federacji Chrześcijańskich Stowarzyszeń Wzajemnościowych, odpowiedzialnym za pomoc biedniejszym krajom. Tworzenie projektu zajęło aż dwa lata. – Belgowie nie mogli zrozumieć naszej specyfiki i usiłowali przenieść do Inowrocławia doświadczenia z Afryki i Ameryki Łacińskiej, gdzie zazwyczaj trafiali na zupełne „pustkowie” medyczne i musieli budować wszystko od podstaw. W końcu jednak współpracownicy z Flamandii przyjechali i zobaczyli, jak to wszystko u nas wygląda. W trakcie odwiedzin zrozumieli, że polskiej służbie zdrowia brakuje nie tyle systemu organizacyjnego, co pieniędzy oraz usług odpowiedniej jakości. Po namyśle postanowiono stworzyć ofertę, która uzupełniałaby braki miejscowego systemu.
Zaczęto od sklepów medycznych dla niepełnosprawnych. Pomysł częściowo pochodził od pani Inezy, która w Niemczech zwróciła uwagę na zaskakująco dużą liczbę takich osób w przestrzeni publicznej. – Zastanawiałam się, skąd u nich tylu niepełnosprawnych, przecież wojna już dawno się skończyła. Dopiero gdy wróciłam do Polski i przypomniałam sobie obfitość sklepów zaspokajających potrzeby niemieckich inwalidów, pomyślałam, że u nas jest podobnie, lecz ci ludzie nie mają warunków, żeby wyjść na ulice. Zaczęła szukać niepełnosprawnych w domach. I znalazła.
We współpracy z Belgami udało się otworzyć pierwszy sklep zaopatrzenia medycznego m.in. dla osób niepełnosprawnych. W „pakiecie” znalazła się również wypożyczalnia sprzętu ortopedycznego, gdyż większości niepełnosprawnych nie było stać na zakup własnego. Wtedy też wspólnie z organizacjami zrzeszającymi pielęgniarki rozpoczęto działania na rzecz stworzenia systemu opieki domowej. – To były czasy, gdy wszystkich chorych przetrzymywano w szpitalach, ponieważ nie wierzono, że poza nimi znajdą właściwą opiekę – wspomina pani dyrektor SWP „Flandria”. Iwona Przybyła, odpowiedzialna za marketing i reklamę, przytacza fragment spisanej Misji organizacji: Chcemy wypełniać lukę między publiczną i prywatną służbą zdrowia, dostarczając produkty i usługi, dzięki którym potrzebującym będzie się żyło lepiej.
Każdemu według potrzeb
Z kolei w Wizji, określającej wartości przyświecające działaniom Stowarzyszenia, zapisano szerzenie idei wzajemnej pomocy, solidarności międzyludzkiej, równości, życzliwości, rzetelności i otwartości. Pierwszy z jego sklepów istnieje już 15 lat. – Staramy się, żeby osoby potrzebujące rehabilitacji mogły u nas otrzymać wszelkie potrzebne produkty, od wkładek ortopedycznych i kul, przez balkoniki, wózki, po stabilizatory i poduszki ortopedyczne itp. Można u nas też nabyć prosty sprzęt do codziennych badań, jak glukometry czy ciśnieniomierze – wylicza Danuta Dajczer, sprzedawczyni w najstarszej placówce handlowej Stowarzyszenia. – Średnio odwiedza nas ok. 50 osób dziennie, co pokazuje skalę potrzeb. Często ludzie przychodzą po informacje, np. jak obsługiwać jakieś urządzenie czy jak zająć się chorym, ale też by zasięgnąć porady, jak otrzymać refundację czy dofinansowanie do sprzętu.Personel sklepów medycznych to rehabilitanci lub osoby specjalnie szkolone, którzy starają się każdemu pomóc, nawet gdy jest jasne, że dana osoba niczego w sklepie nie kupi. Udzielają również porad telefonicznych. – Dzwonią do nas z instytucji, np. z MOPS-u, a nawet NFZ-u, by skonsultować się w sprawie własnych możliwości – nie kryje dumy Ewelina Gapska, jedna z prowadzących placówkę.
Mniej więcej 1/3 stałych klientów stanowią członkowie Stowarzyszenia, którym na produkty nierefundowane przysługuje do 10% zniżki. – Jeżeli ktoś kupuje łóżko kosztujące 2750 zł, to zniżka daje mu znaczącą oszczędność. Tak samo jest przy stałym zaopatrywaniu się w określone produkty – mówi p. Gapska. Zaś p. Danuta dodaje: Rabaty dotyczą również sprzętu wypożyczanego. Podobnie funkcjonuje apteka. – Nasi członkowie otrzymują rabaty na wszystkie leki nierefundowane z NFZ i kosmetyki – wyjaśnia kierownik placówki, Zofia Łęk. Podkreśla jednocześnie, że na nowej liście refundowanych farmaceutyków zabrakło wielu dotychczasowych pozycji. – Ponadto, by dostać receptę z refundacją na leki specjalistyczne, trzeba najpierw otrzymać zaświadczenie od specjalisty, że dla danej osoby taki lek jest konieczny. Spowodowało to wydłużenie i tak już długich kolejek do specjalistów, wielu chorych musi więc za leki płacić pełną cenę. To sprawia, że ludzie chodzą po aptekach i szukają, gdzie jest taniej. W takiej sytuacji członkostwo we „Flandrii” staje się szczególnie atrakcyjne. Jej teza znajduje potwierdzenie w fakcie, że większość osób kupujących w aptece „Flandrii” leki nierefundowane stanowią członkowie organizacji.
Dbałość o pacjenta przejawia się także w tym, że jeszcze przed wprowadzeniem obowiązku informowania o tańszych zamiennikach leków farmaceuci z „Flandrii” z własnej inicjatywy wskazywali je klientom. – Ponadto zawsze staramy się znaleźć czas, by porozmawiać z chorym i udzielić mu pomocy. Farmaceuci chętnie informują pacjentów także o ubocznym działaniu leków, ich synergizmie i antagonizmie, często proponując badania profilaktyczne, organizowane przez Stowarzyszenie. Zresztą uczestnicząc w którejkolwiek formie pomocy czy zajęć we „Flandrii”, można usłyszeć o możliwościach zaangażowania się w inne inicjatywy.
Przed szeregiem
Działania podejmowane przez p. Inezę wraz z zagranicznymi partnerami zostały sformalizowane w 1996 r. w ramach Stowarzyszenia Wzajemnej Pomocy „Flandria”. Na jego powstanie środki wyłożyli rząd flamandzki oraz wspomniana Federacja Chrześcijańskich Stowarzyszeń Wzajemnościowych, pełniących w Belgii rolę oficjalnych kas chorych. Później powstała Fundacja Wzajemnej Pomocy, której celem jest pozyskiwanie środków na działalność Stowarzyszenia oraz propagowanie myśli wzajemnościowej, a niedawno także Spółdzielnia Europejska „Flandria”, do której przeniesiono całą działalność gospodarczą. – Pobieramy symboliczne składki, dzięki którym nasi członkowie mogą korzystać ze zniżek w naszych sklepach czy aptece. Dzięki temu już dawno zyskaliśmy miano pierwszej kasy chorych, nim jeszcze taki twór zaistniał w naszej rzeczywistości – wyjaśnia Skrzypiec-Sikorska, która została prezeską spółdzielni.
– Stowarzyszenie nie prowadzi działalności charytatywnej, lecz samopomocową – akcentuje liderka „Flandrii”. To oznacza, że jeśli przychodzi do niego ktoś, kto nie ma środków na leki, nie otrzyma ich za darmo, lecz zostanie pokierowany do organizacji lub urzędu, które zajmują się pomocą takim osobom.
Podobnie jak w przypadku belgijskich stowarzyszeń wzajemnościowych, członkowie sami wybierają władze i mają wpływ na funkcjonowanie organizacji, co odróżnia ją od NFZ. Współdecydowanie upodabnia natomiast Flandrię do kas chorych w Polsce międzywojennej. Zdaniem działaczy Stowarzyszenia taka struktura uczy odpowiedzialności i aktywizuje społecznie (punkt 7. Misji Stowarzyszenia: Świadome i aktywne członkostwo nadrzędnym elementem budowy organizacji).
W związku z kolejkami do lekarzy specjalistów czy na zabiegi fizjoterapeutyczne silnie rozwinęła się działalność gabinetów prywatnych. „Flandrii” udało się wynegocjować w nich zniżki do 30% dla członków Stowarzyszenia. Z czasem jednak wiele gabinetów wycofało się ze współpracy, np. stomatolodzy, którzy cieszyli się największą popularnością. – Wówczas otworzyliśmy Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej „Flandria”, starając się dostarczyć brakujące usługi – wspomina p. Ineza. Obecnie prowadzi on tylko dwie specjalizacje, o które najtrudniej w Inowrocławiu: poradnię leczenia bólu i pielęgniarską opiekę domową, obie finansowane w ramach kontraktu z NFZ. Do niedawna funkcjonował też gabinet dentystyczny, niestety stomatolog wyprowadziła się. – To była świetna specjalistka, a my nie chcieliśmy robić „podmiany” na kogoś, kto byłby dużo słabszy. Niestety, pozostali dobrzy stomatolodzy wolą prowadzić własne gabinety, więc nie mamy obecnie w ofercie tej gałęzi medycyny – wyjaśnia pani Ineza.
Przy prowadzeniu lecznicy poważnym kłopotem są niewystarczające limity przyjęć, określane w kontraktach z NFZ. We „Flandrii” jednak po wyczerpaniu limitów pacjenci nadal są przyjmowani zgodnie z ich potrzebami. Oczywiście dyrekcja lecznicy próbuje później z Funduszu otrzymać dodatkowe środki, jednak zwykle udaje się to tylko w części. Przykładowo w 2011 r. za ponadnormatywne wizyty w poradni leczenia bólu – a było ich sporo – nie udało się odzyskać pieniędzy.
W 1999 r. utworzono kasy chorych, co uświadomiło Polakom, że służba zdrowia kosztuje i pozwoliło im poznać mechanizmy jej finansowania. – Był to krok w dobrym kierunku, istnienie kas pozwalało np. ograniczać nadmierne wypisywanie zwolnień lekarskich, recept. Później wrócono do centralizacji, co znacznie ograniczyło możliwości działań lokalnych – wspomina pani prezes. Dzięki decentralizacji przedstawiciele „Flandrii” bez problemu dotarli do szefa regionalnej kasy chorych. Po rozmowie z urzędnikiem udało się zorganizować finansowanie wypożyczalni sprzętu medycznego. – W NFZ musiałam pukać od drzwi do drzwi, by w Warszawie usłyszeć, że cała Polska nie będzie dokładała do jakiejś wypożyczalni w Inowrocławiu. Tymczasem wówczas, po podliczeniu kosztów w skali całego województwa, stwierdzono, że kasę stać na finansowanie takiej działalności. Potem inne kasy brały przykład z naszego regionu. Bogata w te i inne doświadczenia „Flandria” szykuje się do przeprowadzenia dużej akcji społecznej w trzech województwach, w których działa organizacja. Chcą w ten sposób pokazać, jak zdaniem działaczy z Inowrocławia powinna wyglądać polityka państwa w zakresie ochrony zdrowia (punkt 5. Misji: Wywieranie wpływu na politykę zdrowotną i socjalną państwa i władz lokalnych).
W służbie zdrowia zawsze istnieją jakieś niedobory i „Flandria” stara się je minimalizować. – Interweniujemy np. tam, gdzie są długie kolejki. Pomagamy też poruszać się w gąszczu niezrozumiałych procedur, szczególnie tym, którzy są naszymi podopiecznymi, czyli niepełnosprawnym i ogólnie słabszym społecznie – wyjaśnia Ineza Skrzypiec-Sikorska. Poza sztandarowymi przykładami, jak sklepy medyczne czy apteka społeczna, Stowarzyszenie obejmuje opieką np. opuszczających szpital i wymagających długotrwałej opieki pielęgniarskiej, rehabilitacji czy wsparcia w codziennym funkcjonowaniu. – Zespół naszych pielęgniarek spieszy z pomocą ludziom, którzy mają wskazania medyczne do takiej opieki, np. odleżyny, owrzodzenia czy cewnikowanie – mówi Monika Konopa-Dudek, koordynatorka długoterminowej opieki pielęgniarskiej. Rodziny takich osób często nie są w stanie się nimi zająć, bo dorośli chodzą do pracy, pilnują dzieci czy nie potrafią wykonać bardziej skomplikowanych czynności. W Inowrocławiu we „Flandrii” pracuje pięć pielęgniarek, z których każda co dzień opiekuje się sześcioma pacjentami. Usługa ta jako zakontraktowana przez NFZ jest bezpłatna dla pacjentów.
Oczywiście na taką działalność potrzebne są środki. – Nie liczymy na sponsorów, zwłaszcza teraz, w dobie kryzysu. Zresztą nigdy o takie środki nie było łatwo i nie były one pewne – wyjaśnia szefowa inicjatywy. Nieodpłatne usługi Stowarzyszenie finansuje z działalności gospodarczej, czyli z dochodów sklepów medycznych i aptek. Ta część aktywności, dla większej przejrzystości oraz sprawniejszego funkcjonowania, została wydzielona i przeniesiona do pierwszej w Polsce spółdzielni europejskiej – formy demokratycznego przedsiębiorstwa społecznego, przewidzianej przez prawo europejskie dla podmiotów mających swoje siedziby w różnych państwach. SCE „Flandria” Spółdzielnia Europejska z o.o. jest kooperatywą Stowarzyszenia Wzajemnej Pomocy „Flandria”, Fundacji Wzajemnej Pomocy i trójki belgijskich partnerów, działającą zgodnie z zasadą „jeden podmiot – jeden głos”. – Naszym celem jest sytuacja, w której działalność gospodarcza będzie pokrywała całość kosztów działalności społecznej – obecnie dostarcza ok. 30% potrzebnej kwoty – roztacza plany p. Skrzypiec-Sikorska. Aktualnie znaczna część środków pochodzi od belgijskich partnerów oraz z konkursów dotacyjnych. Niestety, podobnie jak w wielu innych organizacjach, nie można liczyć na ofiarność członków. – Ludzie dają więcej z siebie, tzn. chętniej podejmują pracę społeczną, ale mam wrażenie, że coraz mniej chętnie przekazują środki finansowe – mówi p. Ineza.
Pączkowanie
Z czasem działalność Stowarzyszenia objęła znaczne obszary woj. kujawsko-pomorskiego, a nawet Poznań i Trójmiasto. Członkowie „Flandrii” starają się trafiać na prowincję, organizując w małych miejscowościach punkty apteczne czy ośrodki wolontaryjne (punkt 4. Misji: Wolontariat jako ważny element realizowania idei wzajemnej pomocy). Na przykład w Jaksicach, oddalonych od Inowrocławia o 10 km, co prawda istniała poradnia, ale już po leki pacjenci musieli jeździć do miasta. Dlatego „Flandria” otworzyła tam placówkę z podstawowymi medykamentami – Punkt Apteczny z Sercem.
Do każdego miasta przypisany jest koordynator, zajmujący się nie tylko organizacją wspomnianej działalności, lecz także miejscowym sztabem wolontariuszy. W samym Inowrocławiu jest ich ponad 120, a we wszystkich placówkach ok. pół tysiąca. Przechodzą profesjonalne szkolenia z zakresu psychologii, socjologii, pedagogiki, medycyny, pierwszej pomocy itp. Koordynator dba także o organizowanie zajęć dla dzieci, osób starszych (np. w klubach 55+) czy niepełnosprawnych.
Mimo niezaprzeczalnych sukcesów zarząd nie spoczywa na laurach. – Daleka jestem od satysfakcji w kwestii liczby członków. Pokutuje niechęć do zapisywania się, wyniesiona z czasów komunistycznych – stwierdza p. Ineza. Taka opinia może budzić zdziwienie, skoro Stowarzyszenie liczy ok. 7 tys. członków – to bardzo duża liczba jak na polskie realia. Jednak belgijski partner „Flandrii” – Federacja Chrześcijańskich Stowarzyszeń Wzajemnościowych – ma ich aż 4,5 mln, co stanowi ok. 45% obywateli Belgii. Tak jak w przypadku wielu organizacji pozarządowych, do „Flandrii” przychodzą ludzie i chcą, by podjęła taki czy inny temat. –Mówię im: zostańcie naszymi członkami, wówczas będziemy reprezentować Wasze interesy, a jeszcze lepiej będzie, jeśli sami się zaangażujecie w rozwiązanie problemu – opowiada liderka. Stowarzyszenie ma ambicje reprezentować pacjentów, a duża liczba członków dawałaby do tego legitymację.
Przeszkodą w członkostwie nie powinny być finanse, gdyż składki są niewysokie. Zaledwie 2 zł rocznie upoważnia do uczestnictwa w zebraniach i imprezach organizowanych przez Stowarzyszenie. Natomiast do korzystania z rabatów w sklepie, aptece czy podczas nabywania usług medycznych czy sanatoryjnych wystarczy składka w wysokości 10–15 zł za każdą z tych sfer (progi są różne w poszczególnych miastach). – Składki mają znaczenie symboliczne, ale w ten sposób podkreślamy, że każdy jest odpowiedzialny za nasze funkcjonowanie. Chcemy, żeby członkowie wiedzieli, jak wiele od nich zależy. To pozytywnie wpływa na ich aktywność: chętniej przychodzą na zebrania i włączają się w sprawy stowarzyszenia, np. informując, że brakuje takich czy innych usług – wyjaśnia p. Skrzypiec-Sikorska.
Lepiej zapobiegać, niż sprzedawać
Wiele wagi przykłada się we „Flandrii” do reintegracji społecznej osób niepełnosprawnych, np. poprzez organizowanie Międzynarodowej Spartakiady Osób Niepełnosprawnych, których pod szyldem Stowarzyszenia odbyło się już 10, a w każdej brało udział 400–500 zawodników oraz pokaźne grono osób towarzyszących. – Nie chodzi o olimpijskie wyniki, ale o wspólną zabawę, na którą przyjeżdżają uczestnicy nawet z Belgii, Niemiec czy Rumunii – mówi z dumą szefowa organizacji (punkt 1. Misji: Integracja ze społeczeństwem osób zagrożonych wykluczeniem społecznym i osamotnionych).
Ważną rolę w działaniach odgrywa także profilaktyka zdrowotna. Przynajmniej raz w miesiącu działacze Stowarzyszenia organizują dużą akcję z tego zakresu. Podczas mojej wizyty w Inowrocławiu przygotowywali cykl bezpłatnych badań tarczycy, a wcześniej miało miejsce m.in. edukowanie obywateli w zakresie higieny snu, zdrowych stóp i kręgosłupa. – Wolimy, żeby ludzie zapobiegali chorobom, niż przychodzili kupować u nas sprzęt – wyjaśnia p. Ineza. W dziedzinie profilaktyki „flandryjczycy” współpracują z innymi organizacjami, wyspecjalizowanymi w danej tematyce.
Choć takie akcje są bez wątpienia niezwykle potrzebne, pani prezes narzeka na ich oddźwięk społeczny. – Przychodzi mało osób. Kiedy już przyjdą, ludzie są zachwyceni, że oferujemy im rzetelne informacje, nie wciskając przy okazji masy produktów „w atrakcyjnych cenach”. Problem bierze się stąd, że wiele firm pod płaszczykiem spotkań profilaktycznych organizuje promocję i sprzedaż własnych leków czy sprzętu medycznego. Ludzie tego nie lubią i przykładają do nas tę samą miarę. Zaś Iwona Przybyła dziwi się: Wiemy, że nasze akcje są śledzone przez mieszkańców zarówno na naszej stronie, jak i na profilu na Facebooku, a mimo to frekwencja jest niska. A szkoda, bo Polacy wciąż wolą „inwestować” w leki, niż zapobiegać chorobom. Pod tym względem jesteśmy w europejskiej czołówce: statystyczny Polak spożywa 4,5 tabletki dziennie.
Poza wspomnianymi działaniami w sferze medycznej „Flandria” organizuje w małych miejscowościach kolonie dla dzieci z niezamożnych rodzin, by miały okazję poznać coś oprócz najbliższej okolicy. Z kolei Klub „Flandryjka”, animowany głównie przez starszych nastolatków i studentów, organizuje zajęcia pozaszkolne, w ramach których pomagają młodszym koleżankom i kolegom w uzupełnianiu wiedzy i rozwijaniu zainteresowań. Natomiast najstarsi organizują się głównie w celu wspólnego aktywnego spędzania czasu. Klub 55+ składa się przede wszystkim z kobiet, które stowarzyszyły się w strukturę z własnym zarządem, koordynując działania na rzecz seniorów. – Zapisując się do „Flandrii”, można też poprosić, by wolontariusz odwiedzał osobę samotną w domu i np. chodził z nią na spacery – mówi Magdalena Czajkowska, obsługująca sekretariat.
Obecne plany „Flandrii” to zorganizowanie ruchu pacjentów i pracowników służby zdrowia w celu ciągłego usprawniania i lepszego funkcjonowania opieki zdrowotnej w Polsce.
Siedzibę „Flandrii” odwiedziłem w piątek, gdy pacjentów było w niej niewielu właśnie z powodu mojej umówionej wizyty. Mimo to podczas rozmowy do gabinetu p. Inezy zastukała pacjentka – tylko po to, by powiedzieć: Dzień dobry, chciałam się przywitać. W powietrzu czuć już weekend, mimo to pani Magda ledwie znalazła dla mnie chwilę. Podczas wywiadu miałem wrażenie, że wyłoniła się z gąszczu papierów pokrywających biurko. Siedząca obok księgowa odpowiadała znad tabel. Pani Monika cały czas kątem oka zerkała na telefon (niechcący przeszkodziłem jej w rozmowie z jedną z pielęgniarek wizytujących podopiecznego „Flandrii”), zaś pani Iwonie przerwałem redagowanie informacji prasowej.
Oczywiście co jakiś czas ktoś odchodzi, przede wszystkim z uwagi na niewysokie zarobki, jakie może zaproponować pracownikom organizacja społeczna. Wyraźnie jednak czuć, że dla tych, którzy zostają, wielkie słowa z cytowanych w tekście Misji i Wizji znaczą naprawdę dużo – na serio dbają o dobro innych i wzajemną pomoc.
przez Bartłomiej Grubich | piątek 12 października 2012 | Jesień 2012
W Polsce nie mamy na szczęście do czynienia z dyktaturą polityczną. W większości naszych miast możemy jednak zaobserwować tyranię innego rodzaju: dyktaturę reklam w przestrzeni miejskiej. Coraz częściej buntują się przeciwko temu obywatele i władze lokalne.
Mimo krótkotrwałego załamania związanego z kryzysem finansowym w 2008 r. rynek reklamy nazywanej out of home (dosłownie: „poza domem”) ma się bardzo dobrze. Według raportu Izby Gospodarczej Reklamy Zewnętrznej kwota uzyskana ze sprzedaży tego typu reklam w 2011 r. to prawie 600 mln zł, czyli w przybliżeniu tyle samo co rok wcześniej. W końcu 2011 r. było w Polsce 92 646 systemowych nośników reklamy zewnętrznej – 76% z nich znajduje się w 16 największych miastach i aglomeracjach. Jednocześnie w ciągu czterech lat liczba nośników reklamy zmniejszyła się o ok. 12%. Z czego to wynika? Firmy doszły do wniosku, że nie ma sensu tworzenie dodatkowych miejsc ekspozycyjnych, które nie są atrakcyjne, a są kosztowne – wyjaśnia prezes Izby Gospodarczej Reklamy Zewnętrznej, Lech Kaczoń. Wiele z nich umieszcza reklamy na słupach, przystankach komunikacji miejskiej czy ścianach budynków. Nie wszystkie są uwzględniane w raportach takich jak ten przywołany powyżej, co oznacza, że faktyczna liczba reklam „outdoorowych” jest jeszcze wyższa niż ta podana w oficjalnie.
Nadużycia, jakich dopuszczają się reklamodawcy, są możliwe dzięki wadliwości obowiązujących w Polsce przepisów regulujących kształtowanie przestrzeni miejskiej i eksponowanie reklam. Chociaż zapewnienie „ładu przestrzennego” jest wymienione na pierwszym miejscu zadań własnych gminy (art. 7.1 Ustawy o samorządzie gminnym), to zarówno w teorii, jak i w praktyce system prawny w Polsce nie zabezpiecza miast i ich mieszkańców przed inwazją reklam. Niedostatecznie przeciwdziała również nadużyciom w wykonaniu firm z branży reklamowej. – Mamy do czynienia z niedoskonałymi przepisami czy raczej niemal z brakiem przepisów natury ogólnej, z próbami stanowienia przepisów narzędziami prawa miejscowego, a jednocześnie z ewidentnym brakiem egzekucji tych przepisów – komentuje Grzegorz Buczek, wiceprezes Towarzystwa Urbanistów Polskich, wykładowca Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej.
Miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego, będące aktami prawa miejscowego dotyczącymi przestrzeni, mogłyby stanowić rozwiązanie problemu reklam zewnętrznych. Jednak rzadko kiedy obejmują choć połowę obszaru miejskiego i zazwyczaj ustalane są w wąskim gronie, często z niewystarczającym udziałem mieszkańców. Kształtowanie tego, co publiczne dokonuje się zwykle w drodze wewnętrznych ustaleń między sektorem prywatnym a urzędnikami i planistami. Ponadto, na co zwraca uwagę Elżbieta Dymna, do niedawna prezes stowarzyszenia Miasto Moje a w Nim, zajmującego się działaniami na rzecz uporządkowania przestrzeni publicznej pod kątem reklamy zewnętrznej, plany miejscowe uchwalane są przede wszystkim dla nowych dzielnic i obszarów nowo urbanizowanych, nie zaś dla ukształtowanych centrów, gdzie w wielu miastach jest najwięcej reklam.
Lech Kaczoń wskazuje także na niespójność tych regulacji: Plany są przygotowywane przez różne grupy osób, różne pracownie architektoniczne. Czasami są to ludzie bezpośrednio zatrudniani w samorządzie, czasami zleca się prace na zewnątrz. Ci, którzy przygotowują plany, nie mają pełnej wizji lub kierują się założeniami narzuconymi z góry. Uważa się, że najlepiej załatwić sprawę jak najprościej, więc albo w ogóle nie dotyka się spraw reklamy, albo wpisuje zakaz reklamy – bo niektórzy wychodzą z założenia, że każda reklama jest zła i zaśmieca miasto, co nie jest prawdą. Jeżeli tak traktuje się reklamę, to powstają luki w prawie, które są wykorzystywane przez reklamodawców. Umieszczają oni reklamy przede wszystkim na gruntach prywatnych, wobec których trudno cokolwiek wyegzekwować. Tworzy się bałagan estetyczny i decyzyjny.
Uchwalanie miejscowych planów sprzyja nie tylko obywatelom, lecz także przedstawicielom branży reklamowej. Natłok i chaos reklamowy powodują, że istniejące reklamy nie spełniają swojej funkcji, gdyż przekroczona zostaje granica maksymalnej ich ilości możliwej do przyswojenia przez konsumentów. Potwierdza to Elżbieta Dymna: Branża reklamowa poparła nasze postulaty zmierzające do ograniczenia liczby reklam zewnętrznych, ponieważ dla niej to też jest korzystne. Kiedyś do kampanii reklamowej wystarczyło zamówić 500 billboardów i była ona widoczna w mieście. Teraz, gdy kampania obejmuje ich 1500, to znika w chaosie innych reklam. Dlatego też Międzynarodowe Stowarzyszenie Reklamy IAA oraz Izba Gospodarcza Reklamy Zewnętrznej rozpoczęły w lipcu działania polegające na udostępnianiu danych o nielegalnych powierzchniach reklamowych, a także zamierzają włączyć zagadnienia zmian prawnych w tym zakresie do tematyki konferencji branżowych, którym patronują. Organizacje te tłumaczą, iż jest to konieczne ze względu na nagminne łamanie przez branżę reklamową obecnie obowiązujących przepisów. Warto dodać, że sama IGRZ już od kilku lat zabiega o poprawę funkcjonowania nośników reklamowych w przestrzeni publicznej, przede wszystkim zachęcając władze do tworzenia spójnych i całościowych koncepcji lokalizacji reklam zewnętrznych zamiast mnożenia kolejnych nakazów i zakazów.
Ze względu na konkurencję większość firm reklamowych niestety wciąż traktuje przestrzeń miejską w kategoriach „Dzikiego Zachodu”, gdzie istniejące prawo można naginać, a jego luki i nieścisłości wykorzystywać do swoich celów. Sprzyjają temu rozproszenie i brak spójności unormowań w wielu aktach prawnych, które egzekwowane są przez różne instytucje publiczne, stąd też nikt nie bierze pełnej odpowiedzialności za ład przestrzenny. Na tle innych państw jest to sytuacja wyjątkowa. Przykładowo Paryż ograniczył wielkość nośników reklamowych (do 8 m2 w strefie centralnej i 12 m2 poza nią). Nawet w Stanach Zjednoczonych, stereotypowo uznawanych za kraj najbardziej „zalany” reklamami zewnętrznymi, istnieją miasta z restrykcyjnymi ograniczeniami stawiania przydrożnych billboardów.
Trudno jednak oczekiwać w Polsce poprawy sytuacji, gdy nawet instytucje publiczne dają zły przykład, jeśli chodzi o przestrzeń publiczną. Odpowiedniej kultury brakuje podmiotom reklamowym, ale i podmiotom właścicielskim. Bardzo często mamy do czynienia z następującym paradoksem: na ekspansję reklam skarżą się wójtowie, burmistrzowie czy prezydenci miast, a jednocześnie podległe im jednostki organizacyjne, które władają fragmentami przestrzeni wszędzie tam, gdzie miasto ma majątek komunalny – budynki i nieruchomości gruntowe – podpisują umowy dopuszczające umieszczanie w tych przestrzeniach czy na tych budynkach reklam wielkogabarytowych. Tu nie trzeba przepisów, tu wystarczy wprowadzić wewnętrzną regulację – zauważa Grzegorz Buczek.
Przykładem wykorzystywania niejasności prawa są olbrzymie reklamy zasłaniające okna w wielorodzinnych budynkach mieszkalnych. Długi czas kwestia ta była marginalizowana, dziesiątki mieszkań odcięto od naturalnego światła, a nie dla wszystkich adekwatną rekompensatą tej sytuacji były pieniądze, które administrator przeznaczyć mógł np. na remonty. Jeszcze we wrześniu 2009 r., po wniesieniu sprawy przez mieszkankę stolicy, Sąd Apelacyjny w Warszawie uznał, iż billboard zawieszony na budynku nie jest naruszeniem dóbr prywatnych, miru domowego i że ograniczenie praw jednostki w imię dobra wspólnoty w tego typu sytuacjach jest zgodne z prawem. Jednak w tym samym roku z inicjatywy wojewody mazowieckiego, Jacka Kozłowskiego, po rosnącej liczbie skarg mieszkańców rząd wprowadził zakaz wieszania reklam zasłaniających okna w wielorodzinnych budynkach mieszkalnych. Firmy i właściciele budynków mieli półtora roku na wypełnienie umów do końca i dostosowanie się do nowego prawa. W przypadku, gdyby reklam nie zdjęto, interweniować mógł Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego, wystawiając mandat za nieprzestrzeganie prawa budowlanego. Mandat w wysokości maksimum 500 zł, co stanowi ułamek dochodów z tytułu reklamy. Wyższe kary – 10 tys. zł (dla zarządcy budynku) lub 50 tys. zł (dla spółdzielni mieszkaniowej) – mogą zostać nałożone, gdy wyczerpane zostaną wszystkie środki administracyjne. Wiąże się z tym oczywiście ryzyko, że właściciele reklam będą odwoływali się do sądów i urzędów, a tym samym odwlekali podejmowanie jakichkolwiek decyzji – podczas gdy reklama będzie nadal wisiała. Już po miesiącu od wprowadzenia nowego przepisu Warszawski Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego prowadził w samej tylko stolicy 15 postępowań w celu usunięcia płacht zasłaniających okna i trudno było te przypadki uznać za efekt niewiedzy, a raczej za świadomą kalkulację zysków i strat z tytułu łamania prawa. Kampanie reklamowe rzadko kiedy zaplanowane są na czas dłuższy niż przeciętny czas postępowania sądowego. Dlatego też Jacek Kozłowski proponuje uproszczenie procedur egzekucyjnych, a także podwyższenie wysokości jednorazowej grzywny do 200 tysięcy złotych, a sumy grzywien do 1 miliona złotych.
Ponadto, choć nowe prawo w tej kwestii wydaje się być restrykcyjne, to jednak nie jest w zupełności szczelne. Ustawodawca zezwolił bowiem na wieszanie reklam na remontowanych elewacjach, a także budynkach o charakterze handlowym, usługowym i takich, w których mieszka tylko jedna rodzina. Stwarza to problematyczne sytuacje, gdy na rusztowaniu wisi reklama, a remont się przedłuża i trudno jednoznacznie stwierdzić, czy dzieje się tak wskutek faktycznych problemów, czy też z powodu chęci uzyskania zysku z reklamy.
Wątpliwość budzi także zawarty w ustawodawstwie dotyczącym zakazu przysłaniania okien reklamami wyjątek wobec budynków zamieszkania zbiorowego. Szczelnie przysłonić okna można w przypadku akademików, internatów lub hoteli, z wyłączeniem sytuacji, gdy budynek objęty jest ochroną konserwatora zabytków.
Problemy z reklamą „za oknem” były bezpośrednim powodem działań rozpoczętych przez Antoniego Hryniewieckiego. – Zaczęło się od reklamy wiszącej na moich oknach. Wisiała 5 lat, od 2007 r. Na głosowaniu wspólnoty mieszkaniowej postanowiono, że reklama zawiśnie. Oczywiście większość mieszkańców nie miała zasłoniętych okien, choć czerpali z tego korzyści. Wspólnota otrzymywała duże pieniądze, ok. 10 tys. zł miesięcznie, i nie musiano płacić na fundusz remontowy. Ja jednak mieszkałem za tą reklamą, co mnie strasznie wkurzało, nie mogłem się jej pozbyć, a ze wspólnotą mieszkaniową nie mogłem się dogadać. Na początku obecnego roku reklama została zdjęta, po miesiącu pojawiła się ponownie. Antoni Hryniewiecki, sfrustrowany jej powrotem, na Facebooku umieścił post na stronie reklamodawcy, Toyota Banku. – Napisałem, że to nie jest fajne, że się na to nie zgadzam, a poza tym reklama jest nielegalna, ponieważ istnieje rozporządzenie Ministra Infrastruktury zabraniające wieszania takich reklam na budynkach mieszkalnych. Jedynym wyjątkiem jest remont. Poza tym reklama wychodziła na teren parku, który jest zabytkiem, a więc wymagała dodatkowego zezwolenia, którego nie było. Firma przez pięć lat się odwoływała i wymieniała papierkami z urzędnikami – wspomina p. Hryniewiecki.
Temat został podchwycony przez „Gazetę Wyborczą” oraz zainteresował znajomych autora protestu, którzy podzielali oburzenie w sprawie reklamy. Założył on więc tematyczną stronę na Facebooku, a po artykule prasowym w „Gazecie Wyborczej” i zainteresowaniu w cyberprzestrzeni sporej liczby osób, a także po wiadomościach pisanych do Toyota Banku, reklama została zdjęta. Po tym sukcesie, choć jego własna sprawa została załatwiona pomyślnie, p. Antoni zaangażował się w walkę z reklamowym chaosem. Założył na Facebooku nową stronę „Co ja pacze? Korporacjo, mam prawo do widoku za oknem!”, wokół której zebrała się spora liczba indywidualnych osób oraz grup i organizacji wspierających akcję. Dzielą się oni informacjami dotyczącymi nielegalnych czy nieestetycznych reklam, a także przedstawiają pomysły na poprawę sytuacji oraz dobre wzorce z różnych miejsc Polski. Przede wszystkim jednak zasypują reklamodawców skargami, gdy ci swoimi reklamami psują estetykę miasta lub szkodzą jego mieszkańcom.
Pojawił się też pomysł, żeby oprócz aktywności w internecie działać „na żywo”. Postanowiono założyć stowarzyszenie. – Naszym celem będzie uświadomienie opinii publicznej, że nadmiar reklam to błąd oraz istotny problem, który dotyczy każdego z nas. Kiedy się o tym nie myśli, to nie zauważamy tych reklam. Naszym pierwszym celem jest pokazanie ludziom, jak może wyglądać miasto bez tylu reklam, natomiast kolejnym będzie przekonywanie urzędników i polityków do zmiany prawa na takie, które reguluje rynek reklamy zewnętrznej w sposób bardziej jasny, precyzyjny i skuteczny. Tak, aby dać urzędnikom skuteczne narzędzia do egzekwowania prawa. W tym momencie firmy mogą odwoływać się w nieskończoność, tak jak było w moim przypadku – wyjaśnia p. Hryniewiecki.
Problemem są nie tylko wielkoformatowe reklamy zawieszane na fasadach budynków. Równie szkodliwe są niewielkie reklamy umieszczane gdzie się da. Celują w tych działaniach małe firmy usługowe oraz… politycy w czasie kampanii wyborczych. Często właśnie osoby aspirujące do rządzenia na poziomie samorządowym lub krajowym wykazują się zupełnym brakiem szacunku wobec przestrzeni, czego dowodem są plakaty wyborcze umieszczane dosłownie wszędzie. Powtarzanie się tego procederu wskazuje na bezkarność, dzięki której tego typu reklamowa partyzantka jest dla zleceniodawców opłacalna i bezkarna. Kara dotyka najczęściej jedynie osobę naklejającą plakat – często bezrobotnego lub studenta.
Spora część reklamodawców pomysłowo balansuje na granicy prawa. Chodzi tu o pojazdy na kółkach – głównie samochody, czasem przyczepy lub rowery – oklejone reklamami lub z przymocowanymi tablicami reklamowymi, zaparkowane nieraz miesiącami w jednym miejscu. Pojazd taki, formalnie dopuszczony do ruchu drogowego, w praktyce jednak nie służy do transportu, lecz do reklamowania. Ze względu na swoją mobilność i status prawny (nie jest obiektem budowlanym) może „atakować oczy” w miejscu, gdzie billboardy są z różnych względów zabronione lub kosztowne.
Problem ten nadal występuje, choć jest już rzadziej spotykany niż kilka lat temu. To efekt zmiany prawa z 2007 r., która przyczyniła się do tego, iż zajmowanie pasa ruchu przez lawetę wiąże się z koniecznością uregulowania opłaty. Dzięki temu Zarząd Dróg Miejskich w Poznaniu musiał w zeszłym roku wszcząć postępowanie w takich sprawach jedynie kilkakrotnie. Nadal jednak trudno właścicielowi auta udowodnić, iż spełnia ono funkcję reklamy, a nie środka transportu. Wymaga to ze strony straży miejskiej lub urzędników odrobiny sprytu, wytrwałości i „czepiania się” szczegółów. Na przykład gdy właściciel twierdzi, że ciągły postój auta jest spowodowany awarią, urzędnicy z Miejskiego Zarządu Dróg w Toruniu pytają o awaryjne oznakowanie, którego zazwyczaj brak.
Przede wszystkim jednak reklamy na lawetach, rowerach czy starych samochodach przeniosły się na tereny prywatne, na których, choć szpecą przestrzeń równie mocno jak przedtem, są nie do ruszenia. Chyba że dojdzie do takiej sytuacji jak w stolicy Wielkopolski, gdzie mieszkaniec zniszczył jeden z billboardów stojących na lawecie, pisząc na nim sprayem „Wara z Poznania”. – Niszcząc billboard, chciałem wsadzić kij w mrowisko. Irytuje mnie skala zjawiska i bezczelność firm, które specjalizują się w mocowaniu reklam do przyczep i stawianiu ich w niedozwolonych miejscach – wypowiadał się bohater akcji na łamach „Gazety Wyborczej”. – Zdaję sobie sprawę, że to akt wandalizmu, ale jeszcze większym jest wandalizm estetyczny, czyli robienie sobie dobrze kosztem miasta i ich mieszkańców – twierdzi Damian Wojna, który, co ciekawe, nie ukrywa swojej tożsamości. Dodać również należy, iż akcja przyniosła pozytywny skutek. Hotel reklamujący się na zniszczonym billboardzie po pojawieniu się głosów aprobaty dla działania pana Damiana ze strony mieszkańców wycofał się z tej formy reklamy, równocześnie przepraszając za nią na swoim profilu na Facebooku.
Obywatelskie działania cieszą, jednak nie byłyby potrzebne w przypadku dokładnie skonstruowanego prawa i zdrowego rozsądku reklamodawców. Próby ograniczenia samowoli firm są konieczne. Podjęto je np. w Krakowie, gdzie uchwałą krakowskiej Rady Miasta wprowadzono Park Kulturowy w obrębie Plant. Ma to stworzyć ład w przestrzeni miejskiej, w najbardziej urokliwych i reprezentatywnych częściach dawnej stolicy Polski. Właściciele i zarządcy nieruchomości mieli sześć miesięcy, by wprowadzić odpowiednie zmiany. Szyldy znajdujące się na budynkach oceniać będą urzędnicy, dyskwalifikując te najbardziej agresywne i jaskrawe, niepasujące do otoczenia i estetyki miejskiej. Ponadto wielkoformatowe reklamy umieszczone na rusztowaniach na czas remontu elewacji będą mogły wisieć na budynku nie dłużej niż rok, a na dachach budynków frontowych oraz w miejscach widocznych z poziomu przechodnia od strony ulicy zakazano ustawiania anten i masztów. Ubiegłej jesieni wyliczono, że na terenie Parku Kulturowego zainstalowanych jest ok. 1,2 tys. szyldów na elewacjach, 800 szyldów na wysięgnikach, prawie 600 różnych tablic i tabliczek, 250 gablot, 100 bannerów, a na chodniki wystawianych jest ok. 350 rozmaitych nośników reklamowych. Spora ich część powinna być zmieniona, część całkowicie usunięta. Oczywiście tego typu rozwiązania mogą budzić kontrowersje, jednak ze względu na natłok reklam wydają się koniecznym działaniem w celu zachowania pamięci o historii i tradycji tych miejsc. Na szczęście zdają sobie z tego sprawę przedsiębiorcy z terenu Parku Kulturowego, którzy – jak informuje Filip Szatanik, zastępca dyrektora Wydziału Informacji w Urzędzie Miasta Krakowa – coraz częściej składają wnioski o uzgodnienie wyglądu swoich szyldów i reklam.
Warto również podkreślić, że problemy z reklamą zewnętrzną nie ograniczają się do największych miast. Grzegorz Buczek zauważa, iż poza metropoliami ekspansja reklamy jest szczególnie agresywna w miejscowościach rekreacyjno-wypoczynkowych, jak choćby Zakopane czy miasteczka nadmorskie, a nawet w krajobrazie otwartym, szczególnie w okolicach głównych dróg. Jest prawdą, że w małych miejscowościach reklam wielkogabarytowych znajdziemy mało albo prawie wcale, lecz mamy tam zwykle do czynienia z chaosem reklamy drobnej. Bardzo często niesłychanie prymitywnej, ręcznie malowanej, z tandetnymi szyldami, stojaczkami – twierdzi Grzegorz Buczek. – Pewną pociechą może być to, że w miejscach historycznych sporo do powiedzenia ma konserwator zabytków, a jego władza – jeżeli czyni z niej użytek – jest dosyć skuteczna.
Sopot jest przykładem miasta, do którego w sezonie letnim przybywa wielu turystów. Staje się w ten sposób łakomym kąskiem dla reklamodawców. Jednak w przeciwieństwie do wielu innych nadmorskich miejscowości postanowiono tam, aby turyści mogli oglądać coś więcej niż wszechobecne reklamy. Władze miejskie zamierzają w specyficzny sposób ograniczyć liczbę reklam w najbardziej reprezentatywnych miejscach (m.in. popularnym Monciaku). Zaproponowano powrót do tradycyjnych form promocji, czyli ręcznie malowanych szyldów, liter przestrzennych oraz neonów. Miasto chce m.in. cofać zgodę na wystawianie ogródków, jeśli któryś z przedsiębiorców nie będzie stosował się do zakazu. Właściciele nośników reklamowych przy głównych ulicach Sopotu dostali już od konserwatora informację o wszczęciu postępowania w sprawie samowolnego montażu reklam.
Warto przyjrzeć się pozytywnemu przykładowi z Krosna. Również tam, jak w większości polskich miast, dominował chaos reklamowy. Postanowiono temu zaradzić, w pierwszej kolejności na terenie starówki. W tym celu władze Krosna wystąpiły do wojewódzkiego konserwatora zabytków oraz wojewody o przekazanie większych kompetencji w sprawie nadzoru nad witrynami, elewacjami, opiniowaniem projektów i uzgodnień remontowych w obszarze staromiejskim. – Dopóki pełniłam funkcję pełnomocnika prezydenta ds. ochrony zabytków, mogłam jedynie doradzić, co trzeba zmienić, jakie działania wprowadzić, żeby poprawić estetykę miasta, ale dotyczyło to działań tylko w przestrzeni należącej do gminy Krosno. Całą resztą, wszystkimi obiektami wpisanymi do rejestru zabytków, zajmował się wojewódzki konserwator zabytków, ponieważ my jako urząd miasta nie mieliśmy takiego narzędzia prawnego. Mogliśmy jedynie mówić, co możemy zmienić, lecz nie zawsze odnosiło to pożądany skutek – tłumaczy Marta Rymar, aktualnie miejski konserwator zabytków w Krośnie. Wyjaśnia także, iż brak odpowiednich działań nie był związany ze złą wolą wojewódzkiego konserwatora zabytków. Problemem była m.in. ograniczona liczba pracowników – mając pod nadzorem całe województwo, nie mogli skupić się na tym jednym konkretnym mieście. My w tym momencie mamy pod nadzorem tylko nasze miasto. Mogę raz czy kilka razy w tygodniu przejść się po zespole staromiejskim, zobaczyć, gdzie powstała nowa reklama, i od razu interweniować. Konserwator wojewódzki nie miał takich możliwości, musiałby codziennie wysyłać do Krosna swoich pracowników – tłumaczy p. Rymar.
Do porozumienia i przekazania odpowiednich kompetencji doszło w lutym 2012 r. – W praktyce 90% reklam w Krośnie nie posiada zezwolenia wojewódzkiego konserwatora zabytków. W tym momencie możemy do właściciela wystosować nakaz zmiany reklamy lub jej zdjęcia, jeżeli faktycznie jest ona bardzo nieestetyczna. Takie nakazy stosujemy i wówczas w ciągu 30 dni reklama musi zostać zdjęta lub też uzgodniona z miejskim konserwatorem zabytków – tłumaczy Marta Rymar. Podkreśla ona, że takie działania nie zawsze zyskują natychmiastowe zrozumienie właścicieli firm. Konieczne bywa ich przekonanie, przede wszystkim poprzez spotkania, dyskusje i edukowanie. Przed wprowadzaniem jakichkolwiek sankcji i nakazów zawsze jest czas na porozumienie się w tej sprawie i pomoc ze strony urzędu. – Część osób już przekonałam, a inni od razu nastawili się do tego pomysłu pozytywnie, ponieważ sami wiedzą, że nie mają pomysłu na to, jak dobrać reklamę do najstarszej części zabudowy – czy można zasłonić gzyms, czy nie, jak udekorować witrynę itd. – wyjaśnia Marta Rymar. Dlatego urzędnicy na początku rozmawiają, ustalają wzajemne oczekiwania wobec reklamy, a później oferują fachową pomoc plastyczną.
Reklama w przestrzeni publicznej kojarzy się przede wszystkim z tym, co widoczne. Problemem jest jednak również to, co słyszalne. Reklama dźwiękowa atakuje nas m.in. ze sklepów i restauracji. W Lublinie walkę z takim procederem podjął Józef Szopiński jr., dziennikarz i działacz społeczny. – Od pewnego czasu w lokalu, który mieści się na lubelskim deptaku, zaczęła się pojawiać reklama dźwiękowa – właściciel restauracji wywiesił głośnik i emitował zapętloną reklamę, która zachęcała do tego, żeby wejść do środka. Parokrotnie przechodząc obok, wstępowałem do lokalu i prosiłem, żeby ściszyć uciążliwą dla przechodniów reklamę – opowiada p. Józef. Menedżer powiedział, że jest innego zdania i nie słyszał od nikogo uwag, jakoby ta reklama miała być uciążliwa. Wtedy wyszedłem i zarejestrowałem tę reklamę na nośnik, po czym wrzuciłem ją do sieci z apelem do internautów: jeśli przeszkadza ci ta reklama, to zgraj ją na swój telefon komórkowy lub odtwarzacz, spotkajmy się określonego dnia, wejdźmy do restauracji i na umówione hasło wyemitujmy reklamę. Niech menedżer czy właściciel lokalu, którzy siedzą w cichym wnętrzu, doświadczą tego, czego doświadczają przechodnie, bombardowani wciąż tym samym, zapętlonym przekazem. Ponadto p. Szopiński jr. dodaje: Przechodzę obok i nikt mnie nie pyta, czy chcę słuchać tej reklamy. To agresja dźwiękowa.
Ostatecznie do happeningu nie doszło, co nie oznacza, iż sprawa zakończyła się porażką. W wyniku akcji facebookowej, podczas której mieszkańcy deklarowali uczestnictwo w happeningu, i w wyniku odwiedzin straży miejskiej, która wypisała mandat właścicielowi lokalu, właściciel postanowił wycofać się z tej reklamy – opowiada p. Józef. – Ta akcja miała na mikroprzykładzie pokazać, że dźwięk może zanieczyszczać, a także iż prostymi metodami, jak bojkot konsumencki albo zbiorowe wyrażenie sprzeciwu poprzez happening, można zmusić właściciela lokalu do rezygnacji z takich zachowań.
Po sukcesie pomysłodawca akcji otrzymał wiele słów podziękowań, ale i próśb o pomoc w innych, podobnych sytuacjach. Józef Szopiński jr. przypomina, że istnieją narzędzia prawne pozwalające zaradzić tego typu problemom, lecz o nich najczęściej nie wiemy. – Straż miejska na początku nie interweniowała, dopiero pod wpływem dyskusji wyszukała konkretny paragraf, który daje możliwość reagowania w takich przypadkach. Zapowiedziała, że sięgnie po jeden z artykułów prawa ochrony środowiska. Przewiduje on karę grzywny za używanie instalacji nagłośnieniowych w miejscach publicznych na terenie miast, z wyjątkiem różnych imprez czy demonstracji. To kwestia dobrej woli i chęci przeciwdziałania takim problemom. Oczywiście druga rzecz to problem właścicieli lokali, którzy są nastawieni wyłącznie na zysk i kierują się tym, co im w krótkim terminie przyniesie korzyść. Nie widzą, że są częścią społeczeństwa, że są zakorzenieni w jakiejś społeczności – komentuje p. Józef.
Obywatelska aktywność jest istotna, gdyż zwraca uwagę na istnienie problemu. Może ona jednak wpłynąć wyłącznie na pojedynczych reklamodawców. Kompleksowe rozwiązanie problemu leży w kompetencjach instytucji publicznych, które powinny opierać się na dobrze funkcjonującym prawie. Rozwiązania muszą być skuteczne i zgodne ze zdrowym rozsądkiem, aby umożliwiały ochronę ładu przestrzennego przy zachowaniu prawa do reklamowania produktów i usług.
Stowarzyszenie Miasto Moje a w Nim postuluje, aby zacząć od podstaw i zdefiniować, czym są przestrzeń publiczna oraz reklama. – Jesteśmy sto lat do tyłu. Pierwsze prawo w USA było spisywane na początku XX w. i już wtedy wprowadzono zasady, na jakich można eksponować reklamy w przestrzeni publicznej. U nas natomiast do dzisiaj trwa chaos reklamowy i prawny, więc można manewrować pomiędzy różnymi ustawami. Nie zostało przede wszystkim dobrze określone i spisane, czym jest przestrzeń publiczna. Dzisiaj przestrzeń publiczna nie najduje się w posiadaniu miasta, lecz jest podzielona na kilkadziesiąt kawałków i każdy z nich należy do kogoś innego. Burmistrz czy prezydent nie jest stanie decydować o przestrzeni swojego miasta – jednoznacznie stwierdza Elżbieta Dymna. – Na początku należy rozszerzyć definicję przestrzeni publicznej, którą stanowi, kolokwialnie mówiąc, wszystko, co jest widoczne z ulicy. Wiele osób zarzuca nam, że „wchodzimy” z naszymi postulatami na teren prywatny. Jednak na terenie prywatnym nie wszystko wolno. Nie możemy np. wieczorem głośno puszczać muzyki albo spalać odpadów w ognisku. Zanieczyszczenie wizualne to poważny problem i jego rozwiązanie powinno dotyczyć także terenów prywatnych.
– Druga rzecz to zdefiniowanie reklamy – kontynuuje pani Dymna. – W dzisiejszym prawie reklama zewnętrzna jest określona jako konkretny, fizyczny obiekt i w zależności od tego, jak ten obiekt wygląda, stosuje się do niego różne normy. Weźmy na przykład billboard na słupie. Jeśli ten słup ma fundament wkopany w ziemię, trzeba uzyskać pozwolenie na budowę. Jeśli ten sam fundament to klocek betonu stojący na trawniku, to już takiego pozwolenia nie potrzeba. Jeśli do billboardu doczepi się kółka, staje się on pojazdem i można parkować go tam, gdzie billboardów stawiać nie można. Takich tricków są dziesiątki. Oderwijmy reklamę od jej fizycznego nośnika, a zdefiniujmy ją przez funkcję, czyli przekaz. Wówczas będzie nią wszystko, co się pojawia w przestrzeni publicznej i ma charakter promocyjno-komercyjny, niezależnie czy to reklama puszczana z głośników, billboard czy ulotka. Nie powinniśmy reklamy definiować jako konkretnego przedmiotu, bo firmy wymyślą coś nowego.
Jeśli kwestia reklam będzie nadal pozostawiona samowoli firm wykorzystujących luki prawne i opieszałość urzędników, reklamy będą jeszcze mocniej ingerować w przestrzeń publiczną. Sprzyja temu – niestety – swoista akceptacja tej sytuacji przez sporą część społeczeństwa, na co wskazują badania opinii publicznej. – Wiele osób uznaje, że reklamy dodają uroku, kolorytu, że są świadectwem naszej przynależności do kultury Zachodu. To oczywiste nieporozumienie – sfera reklam w miastach zachodnich jest znacznie bardziej uregulowana pod względem ilościowym, jakościowym i tematycznym. W naszym kraju istnieje przyzwolenie społeczne na reklamę, a przez większość mieszkańców np. reklama wielkogabarytowa nie jest postrzegana jako rodzaj plagi czy coś niestosownego. Co prawda wiele osób ma poczucie chaosu i bałaganu, ale pragmatycy mówią: „lepsza taka reklama niż łuszczący się tynk” – podkreśla Grzegorz Buczek.
Również Lech Kaczoń, Prezes Izby Gospodarczej Reklamy Zewnętrznej, uważa, że porównania z krajami Europy Zachodniej wypadają na naszą niekorzyść: Społeczeństwa tych państw są nauczone szacunku do własnego otoczenia i architektury. Rzadko się zdarza, że ktoś wpadnie na pomysł, aby na własnym balkonie wywiesić transparent „sprzedam albo wynajmę mieszkanie” lub budować własne sieci nośników, często byle jak ustawionych, czy obklejać np. pawilon handlowy różnego rodzaju przekazami informacyjnymi i reklamami handlowymi, bez ładu i składu. U nas cała masa właścicieli różnych instytucji, np. banków, obwiesza i zakleja całe okna fasadowe reklamami, co jest zupełnie bez sensu nawet z komercyjnego punktu widzenia, gdyż powstaje dezinformacyjny miszmasz.
Władze brazylijskiego miasta Sao Paulo, nie mogąc sobie poradzić z chaosem w przestrzeni publicznej, wprowadziły całkowity zakaz reklamy. Zniknęły wszystkie billboardy, szyldy i wywieszki. Ten radykalny krok był przesadą, przyniósł wiele niedogodności również mieszkańcom oraz spowodował wypłaty wielomilionowych odszkodowań przez miasto. Umożliwił jednak urzędnikom unormowanie relacji zarówno z wielkimi agencjami reklamowymi, jak i z drobnymi przedsiębiorcami w kwestii reklam „outdoorowych”. Wypada mieć nadzieję, że cel ten również w Polsce uda się osiągnąć – bez sięgania do tak radykalnych i kosztownych rozwiązań.
przez Łukasz Maślanka | czwartek 11 października 2012 | Jesień 2012
Kryzys gospodarczy dość mocno uderzył w białoruską gospodarkę, co przełożyło się na stabilizację reżimu Aleksandra Łukaszenki. Stabilność ta oparta była zresztą na dość kruchych podstawach, takie jak dostawa tanich surowców energetycznych z Rosji, ograniczona ilość inwestycji finansowych (głównie chińskich) oraz rachityczna wymiana handlowa z takimi państwami jak Wenezuela czy Iran. Handel ze światem zachodnim jest utrudniony ze względu na izolację polityczną oraz dość znaczne zapóźnienie białoruskiego przemysłu. Zacofanie to wynika z braku odpowiedniego zaplecza badawczego i niewystarczających inwestycji w innowacyjność.
Władze Republiki Białoruś starały się utrzymać wysoki stopień kontroli nad sferą produkcyjną. Udział sektora państwowego szacuje się na ok. 80%. Przemysł białoruski wytwarza głównie środki transportu, maszyny budowlane, artykuły petrochemiczne, produkty drzewne, spożywcze, materiały papiernicze. Ważnym rezerwuarem są rozległe obszary lasów państwowych (38% powierzchni kraju) oraz pól uprawnych (44%). Prowadzona jest interwencjonistyczna polityka kredytowa, możliwa dzięki kontroli sprawowanej przez państwo nad częścią sektora bankowego (dzielonej jednak z kapitałem rosyjskim oraz – w małym stopniu – austriackim).
Ograniczone możliwości produkcji przemysłowej i niewielki popyt wewnętrzny składają się na główne przyczyny niskiego poziomu życia obywateli Białorusi. Oficjalne wskaźniki bezrobocia plasują się na dość niskim poziomie, lecz organizacje obrony praw człowieka wskazują na ogromne bezrobocie ukryte, wynikające z przerostów zatrudnienia (głównie w rolnictwie). W 2009 r. około 27% obywateli żyło poniżej progu ubóstwa, przeciętna pensja nie przekracza natomiast 500 USD.
Uderzenie kryzysowe na Białorusi odbywa się w sposób dość podobny do tego, jaki zaobserwować można w krajach wysoko rozwiniętych, to znaczy poprzez gwałtowny wzrost kosztów obsługi zadłużenia zagranicznego. O ile jednak Zachód zadłuża się głównie poprzez emisję obligacji na giełdzie, to Białoruś uzależniona była od kredytów pochodzących z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Euroazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej, Chin, Rosji i Wenezueli. Szacuje się, że w bieżącym roku obsługa długu będzie kosztowała dwa razy więcej niż w 2011 r., a więc wyniesie niewiele mniej, niż wydaje się w tym kraju na ochronę zdrowia. W liczbach bezwzględnych białoruskie zadłużenie może nam się wydawać niewielkie (ok. 35 mld USD), lecz dla tak ubogiego państwa są to sumy niebagatelne, zwłaszcza że ponad połowa to pożyczki krótkoterminowe.
Reżim białoruski zareagował na kryzys w sposób znany Polakom z przełomu lat 70. i 80. XX wieku. Ogłoszono dość drastyczne podwyżki cen (np. transportu publicznego), podwyższono część podatków (głównie akcyzę) oraz dokonano w samym tylko roku 2011 dwukrotnej dewaluacji rubla. Jednocześnie zwiększono świadczenia socjalne, jednak w sposób zdecydowanie nieadekwatny w stosunku do galopującej inflacji. Ministerstwo Gospodarki przewidywało, że jej poziom sięgnie w bieżącym roku 100%. W połowie roku 2011 jeden dolar kosztował 5 tys. rubli białoruskich, zaś według kursu czarnorynkowego 8 tys. W tej chwili kurs oficjalny znacznie już przekroczył ceny realne z ubiegłego roku. W celu ratowania swego wizerunku Aleksander Łukaszenka zaczął przypuszczać werbalne ataki na własny rząd, ostrzegając przed tzw. terapią szokową, której Białorusini już zakosztowali na początku lat 90. Być może skłoniły go do tego strajki ekonomiczne, które wcześniej były w tym kraju zjawiskiem niespotykanym – w październiku 2011 r. protestowała załoga przedsiębiorstwa oczyszczania miasta „Żyłło” w Borysowie.
Wiele wskazuje, że władze białoruskie przygotowują się na możliwość upadku obecnego systemu gospodarczego i zamierzają sprawić, aby jego zmiana nie zakończyła się jednocześnie wymianą elit rządzących oraz grup uprzywilejowanych. Posługując się publicystycznym skrótem myślowym, można zaryzykować stwierdzenie, że chodzi tutaj o powtórzenie scenariusza doskonale znanego z naszych własnych doświadczeń, czyli uwłaszczenia nomenklatury oraz przekształcenia aparatczyków reżimu w kapitalistów.
Podpisana przez Łukaszenkę w grudniu 2010 r. tzw. Dyrektywa o rozwoju przedsiębiorczości przewiduje m.in. zniesienie górnej granicy wynagrodzeń, a także możliwość wykupu akcji przedsiębiorstw państwowych. „Dziennik Gazeta Prawna” z 29 stycznia 2011 r. przedrukował wypowiedź Andreja Lachowicza, eksperta Centrum Edukacji Politycznej w Mińsku, który opisywał mechanizm przechodzenia zaufanych ludzi władzy (oraz ich rodzin) do struktur gospodarczych oraz przejmowania nad nimi kontroli. Zdarzało się, że za pośrednictwem fikcyjnych spółek zakupów dokonywali dotychczasowi dyrektorzy z państwowego nadania. Sprzedaż majątku odbywała się na aukcjach lub – w przypadku wielkich przedsiębiorstw – na podstawie arbitralnej decyzji prezydenta. Przykładem może być dekret z 1 marca 2010 r. o sprzedaży 52% akcji mińskiej fabryki zegarków „Łucz” szwajcarskiej firmie Franck Muller. Dekretowa prywatyzacja jest zjawiskiem w oczywisty sposób patologicznym, gdyż można sobie wyobrazić, że firma Franck Muller została zobowiązana do odwdzięczenia się za ów przywilej odpowiednim zasileniem konta Łukaszenki, np. w Szwajcarii. Jednak nie należy mieć złudzeń, że gwałtowne protesty Międzynarodowego Funduszu Walutowego mają na celu wymuszenie poprawy standardów. Chodzi raczej o dopuszczenie do gry innych uczestników.
Tego typu proceder jest dodatkowo ułatwiany dość dużą skalą korupcji na Białorusi. Zyski z półlegalnych dochodów są odprowadzane za granicę, skąd powracają już jako inwestycje w pełni zgodne z prawem. Przypomina to nieco funkcjonowanie tzw. firm polonijnych, które począwszy od drugiej połowy lat 70. zakładane były na Zachodzie pod „opieką” PRL-owskich służb specjalnych. To właśnie zyski z tych spółek lub inne urzędowe koncesje stanowiły źródła fortun takich rodzimych „ludzi sukcesu” jak Jan Kulczyk, Zygmunt Solorz czy Mariusz Walter.
Tak jak to było w Polsce, również i na Białorusi proces uwłaszczenia nomenklatury przebierany jest w szaty „ułatwiania”, „deregulowania” i „racjonalizowania” przestarzałej gospodarki. Z całą pewnością przygotowywany przez reżim projekt długofalowych zmian systemowych będzie zakładał poluzowanie gorsetu w dostępie do rynku, na czym – podobnie jak w Polsce – skorzystać może także wielu uczciwych przedsiębiorców. Jednak należy powątpiewać, że to chęć polepszenia losu zwykłego Białorusina jest celem władz. Chodzi raczej o odpowiednie zaopatrzenie ludzi stanowiących podporę obecnego reżimu, mających pozostać filarem jego kolejnych mutacji. Jest to zatem reforma o charakterze raczej politycznym niż gospodarczym, a odbywać ma się pod hasłem znanym z powieści Lampedusy: „Wiele musi się zmienić, żeby wszystko pozostało jak dawniej”.
Jednak utrzymanie wpływów przez dotychczasową ekipę to nie jedyne zagrożenie wynikające z takich machinacji. Trzeba pamiętać, że Białoruś nie jest krajem tkwiącym w próżni, lecz położonym w otoczeniu geopolitycznym prawie tak newralgicznym jak polskie. Swoje ogromne wpływy będzie chciała nadal wywierać tutaj Rosja, posługując się zarówno środkami nacisku politycznego i gospodarczego, jak i osobistego (czyli słynnymi „teczkami”). Coraz śmielsze są również zakusy kapitału zachodniego, który chciałby na Białoruś zapukać w poszukiwaniu tego, czego szuka wszędzie indziej, czyli obszernego i mało wymagającego rynku zbytu, taniej siły roboczej, zasobów surowcowych oraz władzy lokalnej – może i niezbyt estetycznej, ale za to niezadającej zbyt wielu pytań np. w kwestiach opieki socjalnej czy praw pracowników. Kryzys gospodarczy, który każe najpierw ratować rodzime miejsca pracy, w chwili obecnej czyni te dążenia mniej intensywnymi, ale niewykluczone, że sytuacja ulegnie zmianie. Wszystko to sprawia, że poddana tak wyreżyserowanej „modernizacji” postsowiecka republika ma wszelkie szanse, aby pogłębić swój status postkolonialny i poddać obywateli bezwzględnemu wyzyskowi. Brak chociażby namiastki demokracji oraz bezwzględne łamanie praw obywatelskich przez ludzi Łukaszenki przyczyniły się do jeszcze głębszej atomizacji społeczeństwa, a więc jego duchowego i godnościowego rozbrojenia.
Wbrew filozofii cynizmu głoszonej przez niektóre środowiska w Polsce nie leży w naszym interesie ani przeciągnięcie Łukaszenki na stronę zachodnią, ani zainstalowanie w sąsiednim kraju ustroju polityczno-gospodarczego na nasze obraz i podobieństwo. Białorusini są narodem o stosunkowo świeżym poczuciu własnej odrębności. Nie istnieją żadne negatywne doświadczenia, analogiczne do historycznych konfliktów z Ukraińcami i Litwinami, które miałyby nasze dwa narody od siebie separować lub utrudniać zgodne sąsiedztwo. Obowiązkiem polskich władz i obywateli jest dążenie do tego, aby wraz z reżimem Łukaszenki upadł paradygmat bezalternatywności modernizacji peryferyjnej, która na trwałe pogrąża kraje naszego regionu w zależności od wielkiego kapitału oraz ościennych mocarstw.
Truizmem jest powtarzanie, że Polska i Unia Europejska nie mogą żałować pieniędzy na wsparcie niezależnych od władzy ośrodków politycznych i gospodarczych na Białorusi. Bezwarunkowej pomocy należy udzielać istniejącym już przedsięwzięciom, takim jak Telewizja Biełsat (która tylko dzięki silnemu protestowi wielu środowisk nie przypadła ostatnio w udziale telewizyjnemu aparatczykowi z epoki późnego Jaruzelskiego) czy resztkom ugrupowań politycznych ocalałych po kolejnych falach represji powyborczych. Przez długie lata III RP nie była w stanie ukształtować własnej, konsekwentnej polityki wobec Białorusi, co było w dużej mierze skutkiem niedostatków naszego państwa – niedostatków o tym samym rodowodzie, co te istniejące po drugiej stronie Bugu. Utrzymywanie postkomunistycznej struktury urzędniczej w aparacie dyplomatycznym, wojskowym i policyjnym negatywnie odbijało się na możliwościach prowadzenia sprawnej gry z reżimem. Przykładem może być casus majora WSI, który utrzymywał zażyłe kontakty z białoruskim przedsiębiorcą, podejrzewanym o współpracę z KGB. Fakt ów w żaden sposób nie przeszkodził w karierze zastępcy attaché wojskowego Ambasady RP w Mińsku (Raport z likwidacji WSI, s. 141).
Niechęć do obecnego ustroju państwa białoruskiego nie jest przestrzenią dla działań wyłącznie ponadpolitycznych. Sądzę, że ruchy lewicowe (czy szerzej – antyliberalne) powinny już teraz zacząć się zastanawiać, w jaki sposób uchronić Białorusinów przed tymi wszystkimi zjawiskami, które spotkały nas i inne narody Europy Środkowo-Wschodniej po roku 1989: atrofią państwa, masową i często przestępczą prywatyzacją, demontażem systemu socjalnego, ustrojem nakierowanym na wzrost nierówności społecznych oraz rządami układu oligarchiczno-bezpieczniackiego.
Potrzeba taka jest tym bardziej paląca, że zarysowuje się pewne zewnętrzne lobby na rzecz „polskiej” wersji transformacji ustrojowej, którego oddziaływanie ma być nakierowane przede wszystkim na białoruskie środowiska opozycyjne. Oto w połowie kwietnia 2012 r. nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych zorganizowało konferencję pt „Prywatyzacja i prywatna przedsiębiorczość na Białorusi. Możliwości międzynarodowego wsparcia”. Współorganizatorami byli Giełda Papierów Wartościowych, założona przez MSZ Fundacja Solidarności Międzynarodowej (w jej Radzie zasiadają m.in. Marek Magierowski, Andrzej Halicki, Jacek Protasiewicz, Henryka Krzywonos, ks. Kazimierz Sowa, Marek Borowski) oraz Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych (CASE), działaniom którego patronuje Ewa Balcerowicz. Zaproszeni zostali zarówno przedstawiciele reżimu, jak i organizacji niezależnych.
O ile ci pierwsi nie dopisali, to pojawili się reprezentanci opozycji, stając się łatwym celem łukaszenkowskiej propagandy. Wśród honorowych gości narady nie mogło zabraknąć Leszka Balcerowicza, który podzielił się z zebranymi swoimi zwyczajowymi mądrościami: macie u siebie socjalizm, a socjalizm jest z gruntu zły oraz własność państwowa zatruwa politykę. Minister Radosław Sikorski dodał od siebie, że nowoczesne państwo nie może działać jak kołchoz, oraz zaoferował Białorusinom możliwość czerpania przykładu z polskich rozwiązań transformacyjnych. Na to wszystko zareagowała białoruska telewizja rządowa, która poinformowała widzów, że w Warszawie dzieli się białoruską własność.
Oczywista hipokryzja tego przekazu nie może jednak przesłaniać faktu, że z udziałem naszych władz szykuje się Białorusinom podobne rozwiązania, jakich mieli doświadczyć z łaski „liberalizującego się” reżimu. Fakt, że w tego typu proceder angażowane są również tamtejsze środowiska opozycyjne, musi budzić wielkie zaniepokojenie. Koncyliacyjna forma spotkania – zaproszenie zarówno tych przedstawicieli „średniego szczebla urzędniczego”, którzy mogliby wykazać się „otwartością”, jak i opozycji – w pełni potwierdza słowa Sikorskiego o dawaniu Białorusi „polskiego przykładu”. Jak widać, reżim w Mińsku nie jest w obecnej chwili zainteresowany podziałem łupów z zagranicą, toteż zareagował w sposób agresywny. Oznacza to, że proces uwłaszczania wewnętrznego wciąż jest w toku i że Białorusini nie mogą w najbliższym czasie spodziewać się znacznej liberalizacji, tak jak i Polacy nie doświadczali jej w latach 1981–1987, choć wiadomo, że dokonało się wtedy mnóstwo procesów gospodarczych, takich jak np. udzielenie spółce ITI licencji na import sprzętu elektronicznego do PRL (1984). Warto przyglądać się, czy tego typu spotkania, jak wyżej wspomniana konferencja, nie będą organizowane również w następnych latach i czy przypadkiem nie spotkają się z cieplejszym oddźwiękiem ze strony kół reżimowych.
Czasowe zamrożenie „kierunku zachodniego” nie oznacza jednak całkowitej rezygnacji z wyprzedaży majątku narodowego zagranicznym koncernom. Zaprezentowany przez władze plan prywatyzacyjny na bieżący rok zakłada dochody rzędu 2,5 mld dolarów z prywatyzacji 134 firm. W planach jest m.in. sprzedaż spółki przetwórstwa ropy „Naftan” jednemu z przedsiębiorstw rosyjskich. Część analityków twierdzi jednak (Kłysiński, Konończuk, 19.06.2012), że Władimir Putin nie będzie obecnie naciskał na przejęcie białoruskiego przemysłu naftowego, gdyż jego głównym celem jest integracja obszaru postsowieckiego, której nie sprzyjałyby zbyt brutalne kroki. Również Łukaszenka nie jest zainteresowany podcinaniem gałęzi, na której siedzi, np. poprzez odsprzedanie rafinerii własnym oligarchom.
Stwarza to pewne nadzieje, że ta strategiczna gałąź gospodarki pozostanie – przynajmniej na razie – w rękach państwowych. Eksport wyrobów ropopochodnych to jeden z głównych czynników przyczyniających się do utrzymania dodatniego salda handlowego Republiki Białoruś. Trzeba jednak pamiętać, że ten zarobek jest w dużej mierze dotowany przez Rosję, która sprzedaje reżimowi paliwo po preferencyjnych cenach. Perspektywa wyprzedaży majątku narodowego firmom z Rosji jest największą troską części białoruskiej opozycji, o czym świadczy chociażby wypowiedź Uładzimira Niaklajeu, byłego kandydata na prezydenta, udzielona dziennikowi „Narodnaja Wola” na początku marca br. Słuszne docenienie aspektu geopolitycznego może jednak przysłaniać negatywne skutki ekspansji kapitału zachodniego, czego Niaklajeu zdaje się nie dostrzegać, apelując o reakcję Unii Europejskiej.
Wydaje się, że podstawowym dobrem, jakie możemy obecnie przekazać Białorusinom, jest rzetelna ocena naszej transformacji ustrojowej, przeprowadzona z punktu widzenia niezależnej i patriotycznej lewicy. Sprawa jest niezwykle skomplikowana, gdyż do typowych ograniczeń w dostępie do informacji na Białorusi dochodzi jeszcze problem naszej rachityczności ekonomicznej i organizacyjnej. Rzeczą niezbędną będzie wykorzystanie zwykłych kontaktów międzyludzkich, energii wolontariuszy (zwłaszcza tłumaczy) oraz możliwości, jakie daje internet. Nieocenioną wartość miałoby zabranie głosu w tej sprawie przez osoby znane z uczciwej analizy procesów transformacyjnych (Andrzej Zybertowicz, Jadwiga Staniszkis, Zdzisław Krasnodębski, Ryszard Bugaj), nawet jeżeli części z nich nie kojarzymy z lewicą.
Oczywiście każde działanie powinno zostać poprzedzone konsultacjami z przedstawicielami tamtejszych środowisk demokratycznych, gdyż nie wolno nam zapominać ani na chwilę o tym, że Białoruś jest oddzielnym państwem i naród białoruski posiada pełne prawa odrębności i samodzielnego decydowania o własnym bycie. Należałoby przede wszystkim uczulić naszych sąsiadów na możliwość grania przez władze kartą emocjonalną. Nagłe ocieplenie wizerunku dyktatora, przedstawianie nowych społecznych „wzorów do naśladowania” (ludzi interesów bogacących się „ciężką pracą” i „pomysłowością”), wprowadzenie selekcji na opozycję „konstruktywną” oraz „destrukcyjną” i wszystkich innych inteligentnych oszustw, które z lubością stosowała na Polakach ekipa późnego Jaruzelskiego oraz – niestety – część opozycji demokratycznej. Nie życzyłbym Białorusinom zaistnienia „wariantu rumuńskiego” (zwłaszcza, że i on mógłby być zręczną przykrywką czegoś zupełnie odwrotnego), ale nie ulega wątpliwości, że brak konsekwentnego rozliczenia osób odpowiedzialnych za newralgiczne punkty funkcjonowania reżimu zemści się okrutnie na całym narodzie.
Jakkolwiek na obecnym etapie Białorusini nie mają żadnego wpływu na decyzje władzy, to trzeba jednak wciąż przekonywać do wystrzegania się nadmiernego minimalizmu. Upadający reżim wykorzysta każdą słabość przeciwnika, aby wytworzyć „przetrwalniki” kadrowe i finansowe, które pozwolą mu w taki czy inny sposób zaistnieć w nowej rzeczywistości. Należy w miarę możliwości dążyć do zamykania wszystkich takich furtek i doprowadzić do pełnego odsunięcia łukaszenkowców od władzy. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przewidzieć, że takie lub inne czynniki zewnętrzne będą chciały dopomóc obecnej ekipie w krytycznym momencie, co ułatwi stosowanie propagandy „mniejszego zła”. Warto też konsekwentnie podkreślać, że nieskrępowana gra rynkowa nie jest żadnym remedium na istniejące patologie, zaś w pewnych warunkach może się przyczynić do ich petryfikacji.
Z geopolitycznego punktu widzenia powinno nam zależeć na tym, aby Białoruś przyłączyła się do zachodniego krwiobiegu gospodarczego i politycznego. Jednak naszym (lewicowym, chrześcijańskim, humanistycznym, solidarystycznym, socjalistycznym – niepotrzebne skreślić) obowiązkiem jest ukazanie wschodnim sąsiadom zagrożeń i raf, jakich sami nie potrafiliśmy uniknąć w trakcie polskiej transformacji. Nie możemy pozwolić, aby upadek przaśnego tyrana – zapewniającego jednak, przynajmniej do niedawna, podstawowe bezpieczeństwo socjalne białoruskim masom – stał się tryumfem międzynarodowego kapitału, kadr tego samego przaśnego reżimu oraz polskich oligarchów, którzy uprzednio wzbogacili się na krzywdzie i niewiedzy Polaków. Kolejny (tym razem skuteczny – głęboko w to wierzę) wybuch wolności w Mińsku powinien być skonsumowany przez Białorusinów.
przez Igor Štiks | czwartek 11 października 2012 | Jesień 2012
Uwaga świata jest dzisiaj skupiona na politycznych zmianach zachodzących na Bliskim Wschodzie, na fali protestów rozciągających się od Tel Awiwu przez Madryt po Wall Street, na kryzysie w Grecji. W obliczu tych wydarzeń nie dostrzega się coraz większego napięcia politycznego i społecznego na Bałkanach, w regionie obejmującym liczne państwa postkomunistyczne. W ciągu 2011 r. protesty, których główne postulaty miały charakter socjalny, wybuchały i trwały w Rumunii, Albanii, Serbii, Macedonii oraz – co warto szczególnie podkreślić – w Chorwacji.
W tym ostatnim kraju, po pierwszych demonstracjach, minister spraw wewnętrznych Tomislav Karamarko określił grupy protestujące mianem „Indian”, co miało w lekceważący sposób opisywać protesty jako pseudopolityczne wygłupy nieistotnych grupek i stowarzyszeń. Ta arogancja nie tylko obróciła się przeciwko ministrowi – demonstranci odpowiedzieli pięknym za nadobne i wykorzystali określenie użyte przez ministra do nazwania protestów „Indiańską Rewolucją” – ale także ukazała w pełni sytuację społeczno-polityczną, w jakiej znalazła się Europa Wschodnia, a szczególnie Bałkany.
Pomimo obietnic składanych hojnie na fali przemian, do których doszło w 1989 r., obywatele żyjący w krajach postkomunistycznych – ci „Indianie Dzikiego Wschodu” – czują się w ogromnym stopniu wyrzuceni poza nawias i są przekonani, że nie mają żadnego wpływu na podejmowane decyzje. W większości tych państw wybory okazały się być jedynie powierzchownym liftingiem, który nie zmienia rządzącej politycznej oligarchii i nie jest w stanie stymulować jakościowych zmian w programach politycznych czy nawet tylko w retoryce. W wyniku zakrojonej na szeroką skalę prywatyzacji wiele osób straciło pracę, w znacznej mierze pogorszyły się płace i warunki zatrudnienia, olbrzymiej redukcji uległy oszczędności w krajowych systemach emerytalnych, zlikwidowano lub ograniczono liczne przywileje socjalne, takie jak dostęp do bezpłatnej edukacji czy opieki zdrowotnej. Ponadto znaczący procent społeczeństwa jest zadłużony w zagranicznych bankach i instytucjach finansowych, które szybko rozprzestrzeniły się na Bałkanach i obecnie kontrolują cały sektor finansowy w regionie. Do zubożenia ludności przyczyniły się także niszczycielskie wojny, które przetoczyły się w latach 90. XX wieku przez terytorium byłej Jugosławii, pochłaniając ponad 130 tysięcy ofiar. Dzisiaj proces pauperyzacji związany jest przede wszystkim z „eurokompatybilnymi” elitami, których głównym zadaniem było i jest wprowadzanie w życie neoliberalnych reform, przedstawianych jako niezbędny krok na drodze ku integracji z Unią Europejską.
„Transformacja” to pojęcie opisujące przekształcanie byłych państw socjalistycznych w liberalne demokracje, w których obowiązuje wolnorynkowy model gospodarki (najwyraźniej jedno bez drugiego istnieć w dzisiejszym świecie nie może, tworząc nierozerwalną polityczno-gospodarczą hybrydę). Nazwa ta została wprowadzona do sfery publicznej i dyskursu politycznego z silnymi konotacjami biblijnymi jako odpowiednik „krainy obfitości”. Ale nawet dzisiaj, 20 lat po zmianie systemu, wciąż słyszymy, że proces „transformacji” jeszcze się nie zakończył. Społeczeństwa wciąż błąkają się po pustyni i nie widać końca tej wędrówki. Pomimo retoryki opartej na założeniu wciąż niedokończonej transformacji widać wyraźnie, że model gospodarki opartej na wolnym rynku zdominował kraje postsocjalistyczne i jego pozycja wydaje się zupełnie niezagrożona. Kraje Europy Wschodniej w pełni podporządkowały się regułom świata kapitalistycznego, odgrywając w nim jednak rolę raczej peryferyjną.
W praktyce oznacza to nieograniczony dostęp do taniej i wysoko wykwalifikowanej siły roboczej, żyjącej w pobliżu kapitalistycznych potęg. Oznacza też niemal całkowitą zależność gospodarczą od krajów wysokorozwiniętych i pochodzących z nich ponadnarodowych banków i korporacji. I wreszcie – rosnące zadłużenie.
Z punktu widzenia systemu politycznego poszczególne kraje wykształciły procedury funkcjonujące w ustroju liberalno-demokratycznym. Pomimo tego mantra o niedokończonej transformacji wciąż jest obecna w mediach i dyskursie akademickim, a elity polityczne wykorzystują ją do uzasadnienia kolejnych prywatyzacji. Wygląda to tak, jakby nikt nie miał odwagi powiedzieć głośno, że transformacja oznacza zaprzedanie krajów i społeczeństw ideologii systemu kapitalistycznego. Z tego punktu widzenia transformacja już dawno się zakończyła – nie ma czego przekształcać, system zakorzenił się na dobre.
Stosowanie retoryki niedokończonej transformacji można tłumaczyć na dwa sposoby. Po pierwsze wynika ono z dążenia do uniknięcia konfrontacji z twardymi konsekwencjami przemian społeczno-gospodarczych, do których doszło w wyniku transformacji. Po drugie – z chęci zachowania użytecznego odniesienia do warunków panujących w ówczesnych systemach socjalistycznych. Jednym z podstawowych założeń tej niekończącej się transformacji jest konieczność ciągłego prowadzenia za rękę oraz nadzoru nad planowym wprowadzaniem nowego porządku.
Wielu obserwatorów przemian zachodzących w tych krajach wskazuje na występowanie „nostalgii za komunizmem”. Apolityczna tęsknota za owym okresem, podobna do przedstawionej w niemieckim filmie „Good Bye Lenin!”, spotyka się często z sympatią i zrozumieniem, podczas gdy na wyniki sondażu przeprowadzonego w Rumunii, wskazujące, że 61 proc. społeczeństwa żyło się lepiej za rządów Ceauşescu, komentatorzy polityczni reagują oburzeniem i niedowierzaniem. Zagorzali liberałowie mogą interpretować wyniki tych badań jako podręcznikowy przykład teorii „zadowolonego niewolnika”. Opiera się ona na założeniu, że ludzie żyjący w zniewoleniu wciąż odczuwają silną nostalgię za tyranią, nawet pomimo odzyskania wolności i poczucia bliskości „ziemi obiecanej”, tylko dlatego, że poprzedni system zapewniał im realizację podstawowych potrzeb życiowych.
Odczytywanie „nostalgii” jako ekspresji dążenia do powrotu do krainy szczęśliwości realnego socjalizmu – jakby ktokolwiek w ogóle brał taką ewentualność pod uwagę – oznacza zupełne pomijanie pytań o przyczyny takiego sentymentu. Dlaczego ludzie mają poczucie braku wpływu na decyzje podejmowane przez polityków, zarówno w sferze ustrojowej, jak i gospodarczej? Dlaczego znowu czują się zniewoleni? Dlaczego i kiedy liberalna demokracja okraszona wolnym rynkiem nie spełnia oczekiwań obywateli? Czy istnieje alternatywa dla obecnego porządku społeczno-politycznego? Dlaczego ludziom nie żyje się lepiej po transformacji?
Ponieważ nostalgia za komunizmem nie jest związana z jakimiś konkretnymi ruchami czy programami politycznymi; odpowiedzi na te pytania należy szukać w powszechnym poczuciu, że zmiany zachodzące w krajach postkomunistycznych nie przyniosły i nie przyniosą powszechnego dobrobytu. Dlatego jedyną drogą ucieczki jest powrót do idei związanych ze szczodrym systemem przywilejów i pomocy społecznej, funkcjonującym w tych krajach w przeszłości. Mitja Velikonja, słoweński socjolog, który prowadzi badania dotyczące „Titostalgii”, wskazuje na istnienie dwóch nurtów nostalgii za systemem komunistycznym. Pierwszy z nich, pasywny, dotyczy wychwalania symbolicznych elementów poprzedniego systemu; drugi, bardziej aktywny, skupia się na krytyce obecnej rzeczywistości przez pryzmat niepodlegających dyskusji osiągnięć systemu socjalistycznego, takich jak gospodarcza i społeczna emancypacja szerokich grup społecznych. Ci, którzy albo nie chcą, albo nie są w stanie uznać słuszności tych odczuć, zbywają milczeniem rosnące niezadowolenie społeczne i oddolne podważanie zasadności transformacji zarówno w odniesieniu do reform, jak i do związanej z nią ideologicznej konstrukcji opartej o dominację.
Bałkanpolitik Unii Europejskiej
Unia Europejska jest najważniejszym protagonistą transformacji zachodzącej w krajach Europy Wschodniej. Zgodnie z dyrektywą przyjętą w 1993 r. w Kopenhadze zadaniem UE jest szkolenie, dyscyplinowanie oraz karanie państw w zamian za obietnicę przyjęcia – po przebyciu drogi trudnej i pełnej zagrożeń – do grona krajów wspólnoty, gdzie czeka nagroda w postaci pełnej demokracji i poprawy poziomu życia.
Rzeczywistość jednak nie sprostała nadziejom: nawet po spełnieniu wszystkich warunków akcesji i przyjęciu do UE obietnice składane przez państwa „starej” Unii nie zostały dotrzymane. Wszystkie, poza trzema krajami „starej” Europy, natychmiast wprowadziły silne ograniczenia dotyczące zatrudniania obywateli „nowej” Unii, łamiąc przy tym obietnicę równości obywateli państw tworzących Unię Europejską. Co gorsza, wciąż prowadzony jest monitoring emigrantów ze wschodnich Bałkanów, którzy są także obywatelami UE. Traktuje się ich często jako obywateli trzeciej kategorii. Przykładem może być niedawna akcja wydalenia z Francji, jako nielegalnych imigrantów, obywateli Rumunii (głównie Romów). W następstwie przyjęcia do Unii Europejskiej nie doszło do obiecanej poprawy sytuacji ekonomicznej gospodarstw domowych, trudno też powiedzieć, że w nowo przyjętych krajach rozwija się wzorowy model demokracji.
Unia Europejska była i wciąż pozostaje najsilniejszym graczem na postkomunistycznych Bałkanach zarówno w sferze politycznej, jak i gospodarczej. Jest to najbardziej zróżnicowany krajobraz polityczny w dzisiejszej Europie. Jak nigdzie indziej, misja cywilizacyjna prowadzona przez Unię Europejską widoczna jest tutaj na pierwszy rzut oka. Chociaż UE doprowadziła do pełnej integracji ze Słowenią, Bruksela „monitoruje” Rumunię i Bułgarię – kraje, które są najmocniej krytykowane i karane za opieszałość i niemożność „szybkiego odrabiania strat” (Bułgaria straciła wiele milionów euro w ramach funduszy strukturalnych). Pięć lat po integracji z UE w kraje te bardzo mocno uderzył kryzys gospodarczy. Unia Europejska nie tylko nadzoruje państwa kandydujące – słowo „negocjacje” używane jest jako eufemizm na opisanie jednostronnego przepływu nakazów i żądań – ale wręcz zarządza dwoma quasi-protektoratami, Bośnią i Kosowem. Urzędnicy UE stosują rozmaite sposoby oddziaływania na politykę państw bałkańskich: dyscyplinowanie i karanie (Rumunia, Bułgaria), dwustronne negocjacje akcesyjne (Chorwacja, Czarnogóra), karanie i nagradzanie (Serbia, Albania), sterowanie (Bośnia), bezpośrednie rządzenie (Kosowo) i wreszcie ignorowanie (Macedonia). Dzisiaj można znaleźć jeden wspólny mianownik dla tych wszystkich sposobów oddziaływania – kryzys.
Nad Bałkanami rozciągają się depresja i zniechęcenie społeczne. Dotyczy to zwłaszcza tzw. Zachodnich Bałkanów, kolejnego geopolitycznego tworu będącego dziełem Brukseli, w skład którego wchodzą republiki tworzące byłą Jugosławię „bez Słowenii, a z Albanią”. Ta struktura jest bardzo złożona, tworzą ją regiony nie tylko mające za sobą komunistyczną przeszłość, ale także doświadczenia rozpadu państwowości i wojny domowej. Poza tym obszar Zachodnich Bałkanów jest w pełni otoczony krajami wchodzącymi w skład Unii Europejskiej, co czyni z niego swoiste „getto”. Pierwsze skrzypce grają tutaj Słowenia, Węgry oraz Grecja, a Rumunia i Bułgaria przygotowują się do nowych ról, póki co bezskutecznie. Stopniowe, lecz konsekwentne powiększanie strefy Schengen (w większym stopniu niż poszerzanie Unii Europejskiej) można odbierać jako kontynuację polityki prowadzonej w latach 90., której głównym celem było przeciwdziałanie rozszerzeniu się wojny w byłej Jugosławii na kraje ościenne. Z tego punktu widzenia – pomijając wyłączenie Słowenii, która mimo wszystko jest wciąż silnie związana z południowymi sąsiadami, i przyłączenie Albanii, również mającej silne wpływy w Kosowie – Jugosławia nie została wymazana z mapy Europy. Przekonanie o jedności istniejącej w regionie, pomimo konfliktów i wojen, doprowadziło Tima Judaha do stworzenia nowego określenia „Jugosfera”, które bardzo szybko zyskało dużą popularność. Tego typu pojęcia nie do końca wyjaśniają rzeczywistość, gdyż formowanie się tych sfer nie było napędzane siłami odśrodkowymi w poszczególnych krajach, lecz wynikało raczej z istnienia granic, powodujących silną izolację regionu.
Unia Europejska traktuje Bałkany w sposób szczególny, podejmując zdecydowane i bezpośrednie interwencje, jeżeli uzna takie działania za uzasadnione. W szczególności Kosowo jest w zasadzie bezpośrednio zarządzane przez UE poprzez narzucenie porządku prawnego i systemu kontroli polityki prowadzonej w tym regionie. W misji tej uczestniczy pięć krajów europejskich, które do tej pory nie uznały odrębności państwowej Kosowa. Pokazuje to dobitnie niepowodzenie narzuconego przez Stany Zjednoczone i wspieranego w większości przez Unię Europejską planu zmierzającego do niepodległości Kosowa. Obecnie Kosowo jest terytorium jedynie częściowo uznanym przez inne kraje, w związku z tym nie może przystąpić do żadnej organizacji międzynarodowej. Poza Kosowem i Bośnią siły UE pod przywództwem Włoch przeprowadziły w 1997 r. interwencję w Albanii, żołnierze UE byli obecni w Macedonii, wreszcie wiele państw europejskich uczestniczyło w bombardowaniach ówczesnej Federalnej Republiki Jugosławii. Rola Unii Europejskiej w stosunku do Bałkanów nie polega zatem jedynie na testowaniu potencjalnych kandydatów chcących przystąpić do tego elitarnego klubu. UE jest niezwykle aktywnym graczem na scenie regionu, oddziałując na jego życie polityczne, gospodarcze i społeczne. Ten krótki przegląd europejskiej Bałkanpolitik prowadzi do odpowiedzi na pytanie, dlaczego w przypadku Bałkanów polityka stabilizacji i integracji zakończyła się niepowodzeniem.
Bałkański kryzys Imperium
Unia Europejska i Stany Zjednoczone maskują swą dominację nad regionem za pomocą retoryki „budowania państwowości”, „tworzenia potencjału” czy wspierania „lokalnego rozwoju”. Zachowanie takie doskonale opisuje wprowadzone przez Davida Chandlera pojęcie „zakulisowego imperium,” czyli neokolonializmu pod przykrywką górnolotnych frazesów o budowaniu państwowości. Przez jakiś czas przykładami takiej strategii były Kosowo i Bośnia, dzisiaj procesy te zachodzą w Iraku i Afganistanie, a także Libii, niedługo możemy mieć z nimi do czynienia w Syrii czy Iranie. W praktyce „lokalny rozwój” oznacza niewiele więcej niż implementację reform narzucanych przez instytucje zewnętrzne, przy przypisywaniu odpowiedzialności za ich wprowadzanie miejscowym elitom polityczno-gospodarczym. Imperium pozostaje w cieniu, nie rządzi krajem bezpośrednio – z powodu wysokiego kosztu i braku poparcia społecznego dla tego modelu dominacji, lecz poprzez marionetkowe reżimy, które odpowiadają za wprowadzanie (lub też nie) strategii członkostwa w Unii Europejskiej czy za tworzenie państwowości.
Problemy pojawiają się, gdy wybrane demokratycznie lokalne elity odmawiają współpracy w niektórych obszarach, szczególnie w sądownictwie i policji, obawiając się utraty wpływu na sfery kluczowe dla utrzymania władzy. Problemy te nasilają się często z powodu niemożności podważenia mandatu wybranych demokratycznie liderów przez zewnętrzne ośrodki władzy, i to pomimo tego, że sam proces wyborczy jest podatny na wszelakie manipulacje ze strony lokalnych oligarchicznych elit zarówno przed, jak i po samych wyborach. Sytuacja taka wspiera politykę narzucania neoliberalnych reform, które muszą być realizowane przez przedstawicieli dokładnie tych samych „demokratycznie wybranych”, przeżartych korupcją elit, które jako jedyne osiągają korzyści z ich wprowadzania.
Turkes i Gokgoz wskazują, że podstawową strategią Komisji Europejskiej jest prowadzenie „neoliberalnej restrukturyzacji”, która w praktyce polega na zredukowaniu roli społeczeństwa demokratycznego (jednego ze sztandarowych celów UE) na rzecz modelu autokratycznego. Z tego punktu widzenia łączenie neoliberalnych przemian gospodarczych z promocją demokracji staje się często jedynie pustym sloganem. Te dwa podstawowe elementy strategii Unii Europejskiej w odniesieniu do zachodnich Bałkanów, co podkreślają Turkes i Gokgoz, nie wynikają z siebie wzajemnie i wzajemnie się nie napędzają. Wręcz, jak przekonują, ostateczny efekt jest zupełnie odwrotny do założonego. Wydaje się, że w następstwie konfliktów zbrojnych zrodziły się silne więzi pomiędzy biznesem, organizacjami przestępczymi, państwowym aparatem bezpieczeństwa i elitami politycznymi. Wszystko to skutecznie zmniejsza możliwość realizacji jednych z głównych celów UE, czyli stabilizacji i demokratyzacji państw w regionie.
Niestety sytuacji nie poprawia fakt, że neoliberalne reformy wprowadzane pod dyktando UE i międzynarodowych instytucji finansowych stwarzają dodatkowe możliwości korupcji i zaborczej, nastawionej na własne korzyści polityki lokalnych elit, czego Chorwacja jest doskonałym przykładem. Prywatyzacja dużych zakładów przemysłowych, bogactw naturalnych takich jak woda, środków masowego przekazu, infrastruktury telekomunikacyjnej czy sektora usług publicznych, w połączeniu z inwestycjami zagranicznych banków i złodziejskimi pożyczkami i kredytami stanowią pierwsze i najważniejsze elementy „możliwości” stwarzanych przez neoliberalną restrukturyzację niezbędną do wprowadzenia kraju w euro-sferę. Ivo Sanader, expremier rządu Chorwacji, który był wychwalany przez władze Unii Europejskiej, a obecnie odbywa karę pozbawienia wolności w związku z oskarżeniem o korupcję, jest jednym z wielu przykładów uwłaszczenia się elit w wyniku procesów restrukturyzacji.
Zima chorwackiego niepokoju
„Zagrzeb = Maghreb”. To hasło wydawało się zbyt daleko posuniętym porównaniem stosowanym przez lewicowe media, jednak, jak się okazało, w niedługim czasie po upadku reżimów w Tunezji i Egipcie „Facebookowe protesty” rozpoczęły się także i w Chorwacji. Nie istnieją proste analogie pomiędzy buntem na Bałkanach a rewolucjami, które dokonały się w północnej Afryce. Doszukiwanie się ich byłoby zadaniem karkołomnym i ryzykownym. Tym niemniej sytuacja na Bałkanach w pewnym stopniu przypomina tę, z którą mieliśmy do czynienia w krajach Bliskiego Wschodu, chociaż znacznie więcej podobieństw można znaleźć w odniesieniu do Grecji. Zjawiska zachodzące w Chorwacji stanowią doskonały punkt wyjścia dla analizy przyczyn i skutków rozszerzających się nastrojów niezadowolenia i desperacji na rubieżach świata zachodniego.
Od 1990 r. Chorwacja była sceną wielu transformacji, obejmujących brutalną wojnę domową, rządy nacjonalistów, a także „eurokompatybilną” politykę prowadzoną przez elity, które doszły do władzy po Tudżmanie i które bardzo opieszale zabierają się za uporządkowanie państwa po dekadzie chaosu. Polityka ta doprowadziła Chorwację do bram Unii Europejskiej. Jak prezentuje się państwo chorwackie, stojąc przed drzwiami UE? Dług zagraniczny, który w momencie odziedziczenia go po byłej Jugosławii opiewał na 3 miliardy dolarów, wynosi obecnie ok. 60 miliardów dolarów, co odpowiada rocznemu produktowi krajowemu brutto (który w 2009 r. zmniejszył się o 5,6 proc., a w 2010 r. o kolejne 1,5 proc.). Kiedyś jedna z najbardziej rozwiniętych i dobrze prosperujących republik byłej Jugosławii, dzisiaj praktycznie nie ma żadnego przemysłu. Drapieżna prywatyzacja z lat 90. i wojna domowa, po której nastąpił okres permanentnych neoliberalnych reform gospodarczych, doprowadziły do ogromnego rozwarstwienia społecznego, którego wynikiem jest 19-procentowe bezrobocie.
W kwietniu 2010 r. rząd Chorwacji przyjął i rozpoczął realizację „Programu Ożywienia Gospodarczego”, który był przedłużeniem surowych neoliberalnych reform. Obniżył zatrudnienie w sektorze publicznym o 5 proc., zmniejszając jednocześnie nakłady na niego o 10 proc. Program ten zakładał również prywatyzację przedsiębiorstw państwowych sektora energetycznego, przemysłu drzewnego i wodnego, a także kolejnictwa. Już wcześniej sprywatyzowano dochodowe firmy państwowe, takie jak Croatian Telecom, znaną firmę farmaceutyczną Pliva czy przedsiębiorstwo naftowe Ina. Słynne wybrzeża Chorwacji, będące rajem dla turystów, kryją tajemnicę o unicestwieniu chorwackiego przemysłu stoczniowego, jednego z najlepiej rozwiniętych w Europie, posiadającego ok. 1,5 proc. rynku światowego. Przemysł stoczniowy w tym kraju zatrudnia 12 tysięcy pracowników, a dodatkowe 35 tysięcy w firmach okołosektorowych. Chorwacja jest obecnie poddawana silnym naciskom ze strony Unii Europejskiej, by obcięła dotacje dla stoczni. Dostosowanie się do tych żądań z pewnością doprowadzi do znaczącej redukcji mocy produkcyjnych, jeśli nie do likwidacji jednej z najlepszych gałęzi gospodarki narodowej.
Widoczne są tu wszystkie wewnętrzne sprzeczności występujące w modelu neoliberalnym: od szoku finansowego, rozpasanej konsumpcji, dominacji wielkich koncernów medialnych, przez politykę nakierowaną na dobrobyt elit, deficyt rzeczywistej demokracji, po komercjalizację sektora publicznego. Łączy się to z wieloma problemami politycznymi, społecznymi i gospodarczymi, wynikającymi z minionego ustroju, rozpadu federacji i wyniszczającej wojny domowej, co nadaje regionowi peryferyjny i podrzędny charakter wobec Unii Europejskiej. Chorwacja jest w ogromnym stopniu zależna od sił zewnętrznych w sprawach dotyczących polityki finansowej (zachodnie banki posiadają 90 proc. udziałów w sektorze finansowym), gospodarczej (zagraniczny kapitał dominuje jako właściciel firm i przedsiębiorstw) czy wojskowej (Chorwacja przystąpiła do NATO w 2008 r.). Neoliberalna hegemonia w połączeniu z konserwatywnym nacjonalizmem doprowadziły do powstania w Chorwacji osobliwego sojuszu struktur państwowych, wielkiego biznesu i mafii. Do niedawna istnienie tego sojuszu nie budziło sprzeciwu w społeczeństwie, ale z nadejściem zimy okrzyki niezadowolenia i wściekłości, które wybuchły w Libii i Egipcie, znalazły zdeterminowanych naśladowców również na drugim brzegu Morza Śródziemnego. Ulice miast stały się areną burzliwych protestów.
Wiosna nowej lewicy?
Wszystko rozpoczęło się jako „ruch facebookowy”, stworzony przez młodych, politycznie nieokreślonych ludzi, niezadowolonych z polityki prowadzonej przez rząd. Punktem wyjścia tych wydarzeń był prawdopodobnie protest, do którego doszło 26 lutego 2011 r. w Zagrzebiu, gdzie na centralnym placu miasta członkowie grup prawicowych oraz weterani wojenni zgromadzili się w proteście przeciwko ekstradycji jednego z byłych żołnierzy chorwackich do Serbii. Manifestacja zakończyła się brutalną bitwą między policją a tłumem złożonym głównie z kibiców piłkarskich.
Jednak już w dwa dni po tych wydarzeniach bunt przybrał zupełnie inny charakter. „Protesty facebookowe” zaczynały coraz wyraźniej artykułować przyczyny niezadowolenia społecznego, związanego z beznadziejną sytuacją socjalną, brakiem zaufania do instytucji państwa i systemu politycznego, przesiąkniętych korupcją i pogłębiających nierówności społeczne. Dużym zaskoczeniem był fakt, że w protestach tych uczestniczyli przedstawiciele wielu odcieni i ugrupowań politycznych. Co więcej, z biegiem czasu coraz częściej pojawiały się transparenty wymierzone w Unię Europejską i kapitalizm jako taki, a także podważające partyjny system polityczny, idące krok dalej i wzywające do wprowadzenia demokracji bezpośredniej.
Korzenie tego nieoczekiwanego pojawienia się nowej, zorganizowanej i oryginalnej lewicy, która w aktywny sposób bierze udział, a często także nadaje kształt i kierunek trwającym obecnie w Chorwacji protestom, sięgają roku 2009. Wówczas to niezależne ruchy studenckie bardzo silnie sprzeciwiły się prywatyzacji i komercjalizacji szkolnictwa wyższego. Ich sprzeciw wymierzony w neoliberalne reformy systemu edukacji był prawdopodobnie pierwszym znaczącym buntem politycznym nie tylko wobec rządu, ale także całego systemu polityczno-społecznego. Protesty te trwały przez 35 dni wiosną i 14 dni jesienią 2009 r. W ich trakcie ponad 20 chorwackich uniwersytetów było okupowanych przez stowarzyszenia studenckie, które faktycznie nimi zarządzały. Na pierwszy rzut oka wydarzenia te nie były niczym nowym, jednak sama forma protestu oraz sposób jego prowadzenia zasługują na uznanie, nie tylko w kontekście podobnych zjawisk na Bałkanach czy w krajach Europy Wschodniej.
Protestujący powołali do życia zgromadzenie – nazwane plenum – w którym mogli uczestniczyć nie tylko studenci, ale wszyscy obywatele. Przedmiotem plenum nie była jedynie debata publiczna na społecznie istotne tematy, takie jak system edukacji, ale także dyskusja dotycząca dalszych form prowadzenia rebelii. Największe plenum, na Wydziale Nauk Humanistycznych i Społecznych w Zagrzebiu, gromadziło każdego wieczora ok. 1000 osób, które dyskutowały o dalszej strategii akcji protestacyjnej. Wydarzenia te przyczyniły się do powstania ruchu na rzecz demokracji bezpośredniej jako antidotum (a może prawdziwej alternatywy) dla demokracji przedstawicielskiej i partiokracji. Ta nowa chorwacka lewica, której idee i postulaty bardzo szybko rozprzestrzeniły się w krajach byłej Jugosławii, nie akceptuje ograniczenia demokracji bezpośredniej jedynie do instytucji referendum – jej celem jest organizacja obywateli od poziomu lokalnych społeczności aż do ogólnonarodowego.
Dowodami dążenia do urzeczywistnienia tych idei były wydarzenia, do których doszło po studenckich okupacjach uniwersytetów. W latach 2009–2011 Chorwacja stała się areną potężnego ruchu społecznego, nazwanego „Prawo do Miasta”, którego celem było zachowanie dotychczasowego charakteru śródmieścia Zagrzebia, wówczas sprzedawanego przez władze miasta wielkim inwestorom. Protesty te zbiegły się w czasie z falą strajków w zakładach przemysłów włókienniczego, stoczniowego i rolnego. Niektóre z tych protestów wykorzystały instytucję plenum, wprowadzoną w trakcie strajku studenckiego, czy też analogiczną strukturę pozwalającą w prawdziwie demokratyczny sposób podejmować kluczowe decyzje. Wszystko to było ogromnym zaskoczeniem dla elit politycznych oraz mediów.
To nie jest kolorowa rewolucja!
Chociaż nowa lewica odegrała kluczową rolę w zdefiniowaniu wymowy i głównych postulatów protestów, nie przekształciły się one w jednoznacznie lewicowe demonstracje, pozostając oddolnymi inicjatywami obywatelskimi. Od lutego do kwietnia 2011 r. każdego wieczora około 10 tys. osób zbierało się na głównym placu Zagrzebia. Kilkutysięczne zgromadzenia miały też miejsce w innych chorwackich miastach. Poza silną retoryką antykapitalistyczną, nieznaną do tej pory nie tylko w Chorwacji, ale także w innych bałkańskich państwach, jednym z głównych wyznaczników było odrzucenie koncepcji lidera/przywódcy. Dało to oddolnemu ruchowi możliwość decydowania o formie i celach protestów.
„Indiańska rewolucja” ograniczała się pierwotnie do zgromadzeń na dużych miejskich placach Zagrzebia, ale szybko przybrała formę wielotysięcznych demonstracji i przemarszów ulicami miast. Stanowiła przykład przekształcenia protestów skierowanych przez władzę i policję do ściśle wyznaczonych miejsc w spontaniczny ruch obywatelski, który wypracował swoje metody i rozlał się na nowe obszary, a w imię słuszności głoszonych postulatów kwestionował zasadność i legalność granic ustanowionych przez aparat władzy.
Nie były to już klasyczne, statyczne demonstracje i – w przeciwieństwie do słynnych marszów belgradzkich z lat 1996–1997 – nie zostały wymierzone jedynie w rząd czy przywódców partii rządzącej. Przyjęły one silne zabarwienie antysystemowe, wzmocnione częstymi „wizytami” protestujących obywateli, składanymi w kluczowych ośrodkach politycznego, społecznego i gospodarczego porządku panującego w Chorwacji (siedziby partii politycznych, budynki rządowe, ale także siedziby związków zawodowych, funduszy prywatyzacyjnych i środków masowego przekazu). Protestujący palili flagi rządzącej krajem konserwatywnej Chorwackiej Unii Demokratycznej, opozycyjnej Partii Socjaldemokratycznej (oskarżanej o brak sprzeciwu wobec neoliberalnych reform), a także Unii Europejskiej (odbieranej jako współodpowiedzialna za politykę krajowych elit). „Odwiedzili” także rezydencje polityków rządzących krajem, wskazując wyraźnie, że ich bogactwo nie było niczym innym, jak tylko zalegalizowaną grabieżą.
Właśnie na tym polega unikalny charakter tych protestów. Nie są one jeszcze jedną z „kolorowych rewolucji”, które wywoływały i nadal wywołują niekłamany entuzjazm zachodnich mediów i ośrodków opiniotwórczych, niewykazujących jednak zainteresowania tym, że w wielu przypadkach „fala demokratycznych przemian” prowadzi jedynie do wymiany jednego autokraty na innego, który okazuje się bardziej chętny do współpracy z Zachodem. Te sponsorowane przez Stany Zjednoczone „kolorowe rewolucje” nigdy nie kwestionowały systemów politycznego i gospodarczego jako takich. Odpowiadały one jedynie na szczere żądania społeczne dotyczące usunięcia autorytarnych i skorumpowanych elit, które uformowały się w latach 90. ubiegłego wieku. Przykład chorwacki wskazuje jednoznacznie, że po raz pierwszy protesty nie są wystąpieniem przeciwko rządowi per se, lecz stanowią efekt prawdziwego buntu przeciwko panującemu reżimowi. Nie tylko państwo samo w sobie, ale cały aparat, w którym umocowana jest dzisiejsza oligarchia, są poddane miażdżącej krytyce ze strony może nieco chaotycznie zorganizowanych obywateli.
Taki rodzaj rewolucji nie potrzebuje żadnego „koloru”, co istotnie zmniejsza szanse na uzyskanie pomocy z zewnątrz czy zainteresowanie międzynarodowych środków masowego przekazu. Wyrazem rewolucji jest to, co ludzie wykluczeni przez system mogą zrobić: maszerować ulicami miast i wskazywać fundamentalne wady systemu oraz elit rządzących, cementowanych przez ponad dwie dekady, jednak wciąż podatnych na zniszczenie w obliczu wewnętrznych sprzeczności reżimu, takich jak rosnące zubożenie. Narodziny i przebieg chorwackich protestów zmuszają nas także do ponownej ewaluacji kategorii używanych do opisu i wyjaśnienia społecznej, politycznej i gospodarczej sytuacji Bałkanów, a także wielu innych krajów postkomunistycznej Europy Wschodniej.
Bałkański nowy świt?
Powyższa analiza pokazuje, że transformacja – ideologiczny konstrukt dominacji wynikającej z dążenia do integracji państw dawnego Bloku Wschodniego z Europą Zachodnią – kryje w sobie zakrojony na szeroką skalę proces neokolonizacji, czyli podporządkowania całego regionu jednemu, narzuconemu z góry porządkowi polityczno-gospodarczemu. W tym modelu „słabe państwo” lub „upadłe państwo” nie stanowią anomalii związanej z transformacją, ale – co próbuje się skrzętnie ukryć – są jej głównym efektem.
Znany wszystkim i powszechny problem korupcji stanowi nie lada problem dla obserwatorów i badaczy zmian zachodzących w krajach transformacji ustrojowej. Wielu z nich – przyjmując bezkrytyczną ocenę liberalnego systemu gospodarczego – próbuje uzasadnić korupcję jako pochodną historii i kultury „Wschodu”. Rzeczywistość jest jednak inna. Korupcja, obejmująca wszystkie szczeble władzy, jest wynikiem zamętu, jaki nastąpił po upadku komunizmu w 1989 r., poza tym Unia Europejska sama nie jest wolna od korupcji. Aby zrozumieć zjawisko „niekończącej się transformacji” w byłych krajach realnego socjalizmu, a zwłaszcza obecną polityczną i społeczną sytuację na Bałkanach, konieczne jest wyjście poza uproszczony model upadku i słabości państwa jako takiego. Należy wprowadzić nowy koncept reżimu jako swoistego konglomeratu elit politycznych, powiązanego z nimi biznesu i partnerów z Europy Zachodniej, korporacji medialnych i organizacji pozarządowych, wspólnie popierających „święte przymierze” demokracji parlamentarnej, neoliberalnej gospodarki, przestępczości zorganizowanej (często związanej silnie z elitami politycznymi i gospodarczymi), drapieżnego międzynarodowego sektora finansowego, skorumpowanego sądownictwa i biurokratycznych związków zawodowych. Cały ten aparat ideologiczny pozwala reżimowi wprowadzać w życie i cementować zdobycze wielkiej neoliberalnej transformacji.
Można z łatwością znaleźć wspólny mianownik dla dzisiejszej sytuacji na Bałkanach i Arabskiej Wiosny: wszystkie te protesty pomimo wielu znaczących różnic mają charakter silnie antyreżimowy. Buntowanie się przeciwko reżimom postkomunistycznym jest jednak trudniejsze, gdyż te zwykle nie mają jednej, dobrze znanej twarzy: nie ma tutaj dyktatora, rodziny sprawującej rządy czy monarchii. Brak jest także jawnych aparatów represji i cenzury. Ale wściekłość wobec systemu jest dokładnie taka sama.
Logiczną konsekwencją tych rozważań jest pytanie, czy fala protestów przetaczająca się przez Bałkany oznacza nowy początek w polityce krajów Europy Wschodniej. Nie trzeba być ekspertem z dziedziny historii Bałkanów, by realnie rozważać możliwość odnowienia silnych tendencji nacjonalistycznych. Jednak z drugiej strony potępienie tego nowego ruchu społecznego jedynie dlatego, że jest on tworzony przez wiele rozmaitych ugrupowań i stowarzyszeń, nie tylko oznacza porzucenie idei „woli społeczeństwa”, ale także przywiązanie do mrzonki o dobrze zdefiniowanych, dojrzałych rewolucjach. Przykład krajów arabskich wskazuje, że sytuacja może pozostać otwarta nawet po zadaniu przez społeczeństwo silnego, choć nie ostatecznego ciosu reżimowi. Przykład Chorwacji wskazuje natomiast, jak protesty zainicjowane przez organizacje prawicowe mogą się przeistoczyć w ruch, w którym siłą wiodącą staną się stworzone na nowo, z potrzeby chwili, inicjatywy postępowe. W ten właśnie sposób do polityki wchodzi nowa generacja, wykorzystując akcję bezpośrednią i ulicę, a nie kanały polityczne oparte na wyborach i polityce partyjnej.
Nowa lewica, którą daje się dostrzec w tym ruchu społecznym, odcina się stanowczo zarówno od państwa socjalistycznego znanego z przeszłości, jak i od tradycji partii socjaldemokratycznej. Wydarzenia dokonujące się czy to na Bliskim Wschodzie, czy w Chorwacji mogą być wybuchem autentycznego, pierwotnego radykalizmu. Obywatele Zachodu, zbyt wygodni i zanurzeni w strukturach liberalnej „opresyjnej tolerancji”, obserwujący te zdarzenia z nieskrywanym zdziwieniem, mogą się wiele nauczyć o metodach i formach społecznego sprzeciwu w XXI wieku.
Srećko Horvat, Igor Štiks
Tłum. Sebastian Maćkowski
Artykuł pierwotnie ukazał się w periodyku „Monthly Review” w numerze z marca 2012 r. Przedruk za zgodą autorów. Poczyniono drobne skróty i opuszczono przypisy.
przez Ryszard Szarfenberg | czwartek 11 października 2012 | Jesień 2012
W 2009 r. na konferencji prasowej premier Donald Tusk ogłosił, że Polska jest zieloną wyspą w Europie. Podstawą tego stwierdzenia był fakt, że tylko u nas odnotowano dodatni wzrost gospodarczy w porównaniu z poprzednim rokiem. W pozostałych państwach UE mieliśmy do czynienia z kryzysem gospodarczym, a w kraju nad Wisłą wystąpiło „jedynie” spowolnienie dynamiki PKB.
Taka sytuacja wzbudziła spore zainteresowanie na świecie. Z tego też powodu dyskurs kryzysowy jest w Polsce do dzisiaj słabo obecny, a zagrożenie kryzysem i losy Grecji są wygodnym straszakiem i uzasadnieniem dla reform polegających na cięciach i ograniczaniu wydatków publicznych. Spowolnieniu gospodarczemu towarzyszą niepokojące trendy, które zaburzają nieco obraz oazy spokoju na wzburzonym oceanie. Ogólny spadek ubóstwa (szczególnie jego skrajnej formy), trwający od kilku lat, zatrzymał się, a w przypadku najsłabszych grup społecznych sytuacja zaczęła się wręcz pogarszać.
Reformy podejmowane przez rząd PO-PSL nie ochroniły najbiedniejszych, co należy uznać za porażkę z perspektywy sprawiedliwości społecznej, nadającej sytuacji najuboższych duże znaczenie w ocenie zmian.
Polska jako gospodarcza zielona wyspa

Porównanie wzrostu PKB rok do roku za 2009 r. dało Polsce unikalne miejsce wśród państw EU. Byliśmy jedynym krajem z dodatnim wzrostem gospodarczym, co pokazuje powyższa mapa.
Fakt ten był dyskontowany przez polityków partii rządzącej, którzy wyjaśniali go swoją roztropną polityką gospodarczą. Niechętni rządowej interpretacji twierdzili, że wynikało to przede wszystkim z niewielkiego udziału polskich banków w handlu najbardziej ryzykownymi papierami wartościowymi. Bardziej rozsądnie jest przyjąć, że na taki wynik Polski złożyło się wiele czynników, w tym inwestycje publiczne, finansowane w dużej części ze środków UE.
W ujęciu dynamicznym porównanie wzrostu realnego PKB na mieszkańca między 2007 r. a szacunkami dla 2011 r., dla krajów nie odbiegających od Polski pod względem zamożności w przeliczeniu na siłę nabywczą (przedział od 10 do 20 tys. dolarów w 2007 r., 32 kraje ze 182), dało Polsce miejsce w pierwszej dziesiątce. Wskaźnik ten wzrósł o 23%, a wśród krajów europejskich, które Polskę wyprzedziły, była w tej grupie tylko Białoruś. Jeżeli porównalibyśmy jedynie kraje centralnej i wschodniej Europy (bez zadbania o porównywalny punkt wyjścia), to pierwsze miejsce zajmowaliśmy ex aequo z Albanią.
Biorąc pod uwagę wszystkie 182 kraje, najlepszy wynik zanotowały Chiny (51%), niedaleko były Indie (36%) oraz Argentyna (wzrost o 30%). Na końcu znaleźli się najwięksi przegrani kryzysu, z ujemnym wzrostem od kilkunastu do kilku procent: Bahrajn, Łotwa, Irlandia, Grecja, Islandia, Estonia, Włochy.
W świetle danych międzynarodowych kondycja gospodarki polskiej wygląda więc bardzo dobrze. Czy podobne wrażenie będziemy mieli, gdy spojrzymy na dynamikę wskaźnika wzrostu polskiego PKB w okresie 1996–2010? Okazuje się, że spowolnienie z lat 2001–2002 było głębsze niż to w latach 2009–2010. A na tle doświadczeń Czech i Słowacji dynamika gospodarcza Polski wydaje się być bardziej zrównoważona. Załamania wzrostu nie były tak głębokie, ale również dynamika nie jest tak spektakularna, jak w przypadku Słowacji w latach 2004–2007.
Ubóstwo i wykluczenie
Opisywanie sytuacji kraju wyłącznie za pomocą wskaźników PKB nie mówi nam wiele o żywotnych kwestiach związanych z zatrudnieniem i zdolnością do utrzymania się czy o nierównościach w tych obszarach między gospodarstwami domowymi. Jak przekonywał już pod koniec lat 60. Dudley Seers, takie informacje są dla oceny rozwoju ważniejsze niż dochód narodowy na mieszkańca1.
Zanim przyjrzymy się danym obiektywnym, zobaczmy najpierw, jak Polacy na tle innych narodów subiektywnie oceniali wpływ kryzysu na sytuację swoich gospodarstw domowych. W drugiej edycji badań Life in Transition Survey z 2010 r. przedstawicielom 39 tys. gospodarstw domowych z 34 krajów zadawano następujące pytanie: Jak Pan/Pani wie, kryzys gospodarczy wpływa na cały świat i na nasz kraj. Jak bardzo, jeżeli w ogóle, kryzys wpłynął na Pana/Pani gospodarstwo domowe w ciągu dwóch ostatnich lat? Połączyłem odpowiedzi „tylko trochę” i „wcale” oraz „bardzo” i „znacznie”, otrzymując w ten sposób subiektywny wskaźnik braku negatywnego wpływu kryzysu oraz subiektywny wskaźnik negatywnego wpływu kryzysu (patrz wykres 1).

Wynik Polski, ze wskaźnikiem braku negatywnego wpływu kryzysu na poziomie 62% i z wynikiem 26% respondentów deklarujących znaczny jego zakres, oznacza przynależność do grupy krajów, w których wpływ kryzysu był umiarkowany. Sytuacja była jeszcze lepsza w Szwecji czy Niemczech, zaś najgorzej wypadły pod tym względem Bułgaria i Węgry, gdzie ponad 60% respondentów twierdziło, że kryzys bardzo pogorszył ich sytuację.
Pomimo tej względnie dobrej pozycji ogólnej, gdy spojrzymy na wpływ kryzysu na gospodarstwa domowe niezamożne i zamożne, uzyskamy bardziej zróżnicowany obraz (patrz wykres 2). Dla tych pierwszych wskaźniki układają się jak te dla Węgier, a dla drugich – jak dla Wielkiej Brytanii.

Niezależnie od tego, że porównania międzynarodowe i zestawienia kolejnych okresów wyglądają korzystnie, spowolnienie gospodarcze ma poważne konsekwencje społeczne. Od poprzedniego gospodarczego tąpnięcia sytuacja w Polsce pod względem różnych wskaźników społecznych szybko się poprawiała. Ten pozytywny trend zatrzymał się, a w przypadku grup, które zawsze w Polsce były bardziej zagrożone ubóstwem, sytuacja wyraźnie się pogorszyła.
Wyraźny spadek stopy ubóstwa oficjalnego jest związany głównie z niewaloryzowaniem progów dochodowych z Ustawy o pomocy społecznej (te progi są właśnie granicą ubóstwa przyjmowaną przy obliczaniu odsetka ubogich oficjalnie). Zatem nawet niewielki wzrost dochodów sprawia, że coraz mniej gospodarstw spełnia to kryterium i nie kwalifikuje się do objęcia pomocą. Spadek jest więc w części zjawiskiem sztucznym, a nie realnym. W 2011 r. doszło do tego, że odsetek ubogich wyznaczony granicą minimum egzystencji (ubóstwo skrajne, nieuwzględniające potrzeb uczestnictwa w społeczeństwie) był wyższy niż ten obliczony według kryteriów stosowanych w praktyce pomocy społecznej.
Najbardziej niepokojący jest trend w zakresie ubóstwa skrajnego, którego granicę stanowi minimum egzystencji, aktualizowane co roku przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych. Jego dynamiczny spadek z lat 2005–2007 zatrzymał się w latach 2008–2010 (na poziomie 5,7%), a w 2011 r. wskaźnik ten wzrósł do 6,7%. Podkreślić należy, że mamy tu do czynienia z ubóstwem, które grozi podstawom egzystencji, a odsetek wydający się niskim oznacza w skali kraju ponad 2,5 miliona ludzi.
O ile trendy dla większości grup są zgodne z ogólną tendencją (spadek, a następnie stagnacja), to w przypadku osób utrzymujących się z niezarobkowych źródeł (co oznacza przede wszystkim klientów pomocy społecznej) mamy wyraźny trend wzrostowy – z 16% do 22%. Oznacza to, że gospodarstwa domowe będące w najgorszej sytuacji, są najbardziej podatne na konsekwencje spowolnienia gospodarczego. A jednym z odpowiedzialnych za tę większą podatność jest system pomocy społecznej.
Sytuacja wygląda podobnie, gdy analizujemy położenie różnych typów rodzin. Najbardziej narażone na skrajne ubóstwo są rodziny wielodzietne. Należy powitać z zadowoleniem prawie dwukrotne obniżenie tego ryzyka od roku 2005, ale w latach 2008–2011 mamy do czynienia z niepokojącym trendem wzrostowym z 18% do 24%. Rodziny wielodzietne okazują się grupą najbardziej podatną na konsekwencje spowolnienia gospodarczego, czyli nie chroni ich dostatecznie system pomocy społecznej i świadczeń rodzinnych (tu progi są nieco wyższe, ale również zostały zamrożone).
Jeżeli weźmiemy pod uwagę dane dotyczące zagrożenia i wykluczenia społecznego według metodologii przyjętej w badaniach panelowych Diagnoza Społeczna (fale 2007, 2009, 2011), to zobaczymy, że sytuacja się pogarsza. O ile pomiędzy rokiem 2007 a 2009 mieliśmy do czynienia ze zmniejszaniem się skali zagrożenia wykluczeniem społecznym, to rok 2011 wyraźnie pokazuje jego wzrost w stosunku do lat 2007 i 2009.
Gdy analizujemy dane dotyczące wykluczenia, sytuacja wydaje się jeszcze łatwiejsza do interpretacji. W latach 2007–2011 nastąpił wyraźny wzrost stopy wykluczenia społecznego. Najbardziej dynamiczny był on w przypadku gospodarstw domowych utrzymujących się z niezarobkowych źródeł, czyli przede wszystkim najuboższych przedstawicieli polskiego społeczeństwa.
Reformy (anty)socjalne
W okresie spowolnienia gospodarczego głównymi problemami polskiego rządu, a szczególnie ministra finansów, są deficyt finansów publicznych i dług publiczny. Ten pierwszy z powodu regulacji UE (próg 3% PKB został przekroczony), a ten drugi ze względu na ustawę o finansach publicznych i Konstytucję (progi 55% i 60% PKB, wskaźnik długu był blisko pierwszego z nich). Plan konsolidacji Ministerstwa Finansów koncentruje się głównie na ograniczaniu wydatków. Według założeń ministerstwa docelowo poziom wydatków publicznych nie powinien przekraczać 40%, a dług publiczny 45% PKB2.
Wśród działań zmniejszających problemy finansów publicznych najgorętsze dyskusje wywołał projekt zmniejszenia poziomu składki odprowadzanej do otwartych funduszy emerytalnych3. Szczytowym punktem sporu była debata telewizyjna między ministrem finansów Jackiem Rostowskim a głównym reformatorem polskiej gospodarki w okresie transformacji, prof. Leszkiem Balcerowiczem. Reforma ta była najłatwiejsza ze względu na szybkie korzyści dla stanu finansów publicznych i oddalone w czasie konsekwencje dla przyszłych emerytów, ale burza medialna (i wśród ekspertów) była potężna.
Innym rozwiązaniem jest tymczasowe podniesienie wszystkich stawek VAT o 1 punkt procentowy, przy obniżeniu stawki na niektóre produkty żywnościowe z 7% do 5%4. Akurat ta reforma została zaprojektowana tak, aby zminimalizować jej większy negatywny wpływ na sytuację osób najbiedniejszych. Bez obniżki VAT na żywność relatywnie dużo większe koszty reformy poniosłaby uboższa część polskiego społeczeństwa5.
Do najbardziej bolesnych dla najuboższych należą cięcia polegające na wspomnianym powstrzymywaniu się od waloryzacji progów uprawniających do świadczeń z pomocy społecznej oraz do świadczeń rodzinnych, a także zamrożenie wysokości samych świadczeń. Rząd zignorował decyzję Komisji Trójstronnej w tej sprawie z 2010 r., a jest przecież jej częścią. Konsekwencją rezygnacji z podwyższania progów dochodowych w pomocy społecznej jest to, że dla większości typów gospodarstw domowych stały się one niższe od minimum egzystencji, np. dla rodziny pięcioosobowej (dwoje dorosłych i troje dzieci) kryterium dochodowe pomocy społecznej było w 2011 r. niższe aż o 438 zł.
Utrzymywanie poziomu progów ubóstwa w pomocy społecznej poniżej minimum egzystencji oznacza, że część gospodarstw domowych, która jest skrajnie uboga, nie nabędzie uprawnień do świadczeń z pomocy społecznej. Trudno nie uznać tego za skandal, ale nie wywołuje to zaciętych debat ministrów z profesorami akademickimi w najlepszym czasie antenowym telewizji publicznej.
Ponadto progi te służą także do obliczania wysokości niektórych świadczeń pieniężnych (zasiłek okresowy6), więc ich niepodwyższanie powoduje też, że nadal uprawnieni do zasiłków otrzymują je niższe. Przypomnijmy, że nasze prawo pomocy społecznej gwarantuje tylko 50% zasiłku okresowego (czyli różnicy między progiem ustawowym a dochodem rodziny). Ma on charakter minimalnego dochodu gwarantowanego dla osób w wieku produkcyjnym – jeżeli już nie mamy prawa do żadnych innych świadczeń, pozostaje nam tylko on.
Zasiłki rodzinne są jednym z instrumentów socjalnej polityki rodzinnej. Mimo że polskie społeczeństwo popiera pomaganie wszystkim rodzinom, a nie tylko biednym7, wciąż są one dostępne tylko dla tych ostatnich. Natomiast spadek realnej wartości kryteriów (obecne 504 zł było warte w 2006 r. niemal 200 zł więcej) sprawia, że zasiłki otrzymują tylko coraz biedniejsi.
Jeżeli świadczenia ustalone są kwotowo (jak większość świadczeń rodzinnych), to zamrożenie ich wysokości oznacza, że realna wartość tych świadczeń ulega zmniejszeniu. Przykładem niech będzie jednorazowa zapomoga z tytułu urodzenia dziecka (tzw. becikowe). Od 2006 r. jego wartość nominalna to 1000 zł, ale gdy weźmiemy pod uwagę ogólny wzrost cen, to wartość realna tej kwoty w 2011 r. była niższa o 189 zł.
Najważniejszą konsekwencją niepodwyższania progów dochodowych jest to, że wraz ze wzrostem ogólnej zamożności i kosztów życia coraz mniej rodzin jest uprawnionych do świadczeń. Od 2005 r. z powodu zamrożenia progu dla świadczeń rodzinnych prawo do nich utraciło ponad 800 tys. dzieci8.
Ogólnie ujmując, reformy systemu podatkowo-transferowego w latach 2007–2011 przyniosły duże korzyści najbogatszym (dochody dziesiątego decyla wzrosły średnio o ponad 6%) i niewielkie lub żadne najuboższym (przeciętny wzrost dochodu pierwszego decyla o nieco ponad 1%, przy niewielkim spadku dochodów drugiego decyla)9.
Rynek pracy
Nie ulega wątpliwości, że przed ubóstwem lepiej chroni dobrze płatna i stabilna praca niż świadczenia pieniężne oferowane przez system pomocy społecznej czy zasiłki dla bezrobotnych. Czy jednak umowy na czas określony są jednoznaczne z pojęciem dobrej (godnej) pracy? Odpowiedź na to pytanie zależy od wielu innych cech pracy, np. poziomu dochodu i zabezpieczenia w razie wystąpienia ryzyk socjalnych – dobra praca jest dobrze opłacana i oparta na umowie gwarantującej odprowadzanie odpowiednio wysokiej składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne.
Jednym z posunięć polskiego rządu w przygotowaniach do odparcia uderzenia kryzysu był tzw. pakiet antykryzysowy dla niepublicznych podmiotów gospodarczych10. Głównym jego celem było ograniczenie działania dotychczasowych regulacji rynku pracy, dotyczących czasu pracy, nadgodzin i kodeksowych umów na czas określony. Ponadto przewidziano dla przedsiębiorców mających problemy ekonomiczne możliwość zastosowania ograniczenia czasu pracy i wysokości płac oraz przestoju produkcji/działalności. Praktyczne znaczenie ustawy wydaje się jednak niewielkie, np. przewidywano, że w ciągu dwóch lat 94 tys. pracowników dotknie redukcja płac, a w 2010 r. było to niecałe 2,5 tys.11 Ważne jest jednak to, że uelastycznianie prawa pracy w Polsce posuwa się coraz dalej. W wyniku poprzednich reform Polska stała się liderem UE, jeżeli chodzi o pracujących na podstawie umów na czas określony w stosunku do ogółu zatrudnionych (do 2009 r. najwyższy wskaźnik miała Hiszpania).
Uderzające jest nie tylko objęcie przez Polskę przewodnictwa w tym rankingu, ale również prawie sześciokrotna dynamika przyrostu, gdy porównamy późne lata 90. (5%) z przełomem pierwszej i drugiej dekady XXI wieku (26%). Istotna jest też wyjątkowość tego trendu zarówno na tle krajów zachodnich, jak i postkomunistycznych. Tym razem nie obyło się bez debaty publicznej, dla której hasłem wywoławczym stały się „umowy śmieciowe”. Na razie nie zakończyła się ona konkluzjami ustawodawczymi. Zderzyły się w niej poglądy dużej części ekspertów akademickich ds. polityki rynku pracy, powtarzających, że uelastycznienie i deregulacja są dobre lub stanowią mniejsze zło w dobie walki o międzynarodową konkurencyjność, oraz poglądy tych, którzy od dawna zwracali uwagę na erozję praw pracowniczych i prekaryzację. Oni też zwykle dodają, że są to skutki strategii deregulacyjnej, a ta ma u podstaw głównie ideologiczne przekonanie, że im mniej regulacji na rynku pracy, tym lepiej dla wszystkich.
Zielona wyspa „wdraża” strategię Europa 2020
Co nowego do tego obrazu wnosi nowa dziesięcioletnia strategia UE Europa 2020? Rząd „zielonej wyspy” postanowił, że dokona takich reform, które sprawią, że do 2020 liczba Polaków w gorszym położeniu ekonomicznym zmniejszy się o 1,5 miliona12. Według metodologii przyjętej przez UE, w Polsce było w 2010 r. 10,4 miliona takich osób. Zaplanowano więc, że do 2020 ta liczba zmniejszy się o 14%. Nie tylko wydaje się to mało ambitne, ale również nie wiadomo, w jaki sposób będą dokonywane pomiary postępów na tej drodze. W wyniku lobbingu i kompromisów Komisja Europejska przyjęła, że do pomiaru etapów osiągania tego celu służyć będą trzy różne wskaźniki. Problem w tym, że każdy z nich zakłada inną koncepcję ubóstwa i walki z nim. Ubóstwo relatywne pod względem dochodu wymaga strategii zmniejszania nierówności zasobów. Wspieranie ubogich w zaspokajaniu ich podstawowych potrzeb sugeruje koncepcja wielowymiarowej deprywacji potrzeb materialnych. Niski poziom zatrudnienia w gospodarstwach domowych – tu głównymi problemami są bezrobocie i bierność zawodowa.
Autor tego artykułu jako przedstawiciel jednej z polskich sieci socjalnych organizacji obywatelskich podkreślał na spotkaniu Międzyresortowego Zespołu do spraw Strategii Europa 2020, że w pierwszej wersji oraz w aktualizacji Krajowego Planu Reform nie ma żadnej ścieżki realizacji celu przeciwdziałania ubóstwu i wykluczeniu. Z wypowiedzi przedstawicielki Ministerstwa Gospodarki wynikało, że zrealizuje się on w wyniku osiągnięcia innych celów strategii Europa 2020. Zapewne nie taka była intencja jego wyodrębnienia. Dodatkowy dowód na to, że obecny rząd, a w szczególności MPiPS, nie jest w stanie sprecyzować programu społecznego, to brak opracowania przez Polskę Krajowego Raportu Społecznego (odpowiednik krajowych programów na rzecz zabezpieczenia społecznego i integracji społecznej z okresu Strategii Lizbońskiej), który co prawda obecnie jest dobrowolny, ale zalecał go Komitet Ochrony Socjalnej i został przygotowany do tej pory przez 13 państw UE.
Zajmując stanowiska w trakcie dyskusji nad zagadnieniami ubóstwa i wykluczenia w strategii Europa 2020, eksperci rządowi stanowczo sprzeciwiali się przyjęciu wskaźnika ubóstwa relatywnego i proponowali wielowymiarową deprywację, co oznacza, że bardzo nie odpowiada im strategia ograniczania nierówności. Gdyby byli konsekwentni, powinni przyjąć preferowany wskaźnik jako kluczowy w Krajowym Programie Reform – wówczas ich cel wydawałby się bardzo ambitny, gdyż chodziłoby o ograniczenie skali problemu o połowę. Może nie okazałoby się to trudne, gdyż spadek tego wskaźnika w ostatnich latach w Polsce był bardzo znaczący – z ponad 33% w 2005 do 14,2% w 2009. W krajach rozwiniętych z lepszą polityką społeczną, takich jak Szwecja, skala zjawiska wynosi 1–2%.
Wnioski
Jeżeli uznajemy, że sytuacja osób w najgorszym położeniu jest ważna dla oceny postępu na drodze rozwoju kraju, to niewątpliwie od kilku lat mamy w Polsce wyraźny regres. Można go wyjaśniać spowolnieniem gospodarczym i nieskutecznością rządu, który nie był w stanie tak zareagować na trudności ekonomiczne, aby uchronić najuboższych. Przeciwnie, skutki reform z ostatnich lat poprawiały głównie sytuację najbogatszych. Nie ma w tym niczego zaskakującego, gdyż dominująca siła polityczna, mimo swojej postideologicznej i promodernizacyjnej retoryki, prowadzi typową politykę wspierania bogatych z przekonaniem, że to pomoże pozostałym.
Ostatnie wybory parlamentarne nie zmieniły układu politycznego, więc nie należało oczekiwać głębokich reform z intencją ochrony lub poprawy sytuacji najuboższych. Praktyka dowodzi słuszności takiego sceptycyzmu. Z wielkim trudem i dopiero po stwierdzeniu, że kryteria dochodowe z pomocy społecznej były bardziej restrykcyjne niż minimum egzystencji, Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, ustami J. Dudy, obiecało działać. Po ponad półtora roku od tej obietnicy pojawiły się konkrety – od października 2012 r. kryteria oraz m.in. zasiłki rodzinne mają wzrosnąć. Tak się składa, że właśnie w tym roku mijają trzy lata i kolej na ustawowo zaplanowaną zwykłą weryfikację progów (pierwsza była w 2006 r., druga w 2009 r. – progów nie podwyższono, trzecia – obecnie). Strona związkowa uznała propozycję rządu za niewystarczająco chroniącą przed kolejną utratą wartości oferowanego wsparcia. Obrazuje to, jak bardzo system weryfikacji progów jest antyspołeczny i łatwy do obejścia13.
Nie wiadomo, jak sytuacja będzie wyglądała w latach 2013–2014. Wzrost gospodarczy w Polsce jest nadal względnie wysoki, ale część komentatorów przewiduje ponowne spowolnienie lub nawet kryzys. Gdyby do tego doszło, zapewne nie zobaczymy nic więcej ponad to, co już zaproponowano, czyli zaciskanie pasa finansom publicznym i ułatwianie życia przedsiębiorcom. Czy to wystarczy, aby zapewnić spokój społeczny na zielonej wyspie?
dr hab. Ryszard Szarfenberg
Artykuł jest skróconą i zaktualizowaną na potrzeby „Nowego Obywatela” wersją tekstu, który ukazał się w pracy zbiorowej: G. Firlit-Fesnak i in. red., „Integracja społeczna jako wyzwanie dla polityki społecznej i pracy socjalnej. Soziale Integration als Herausforderung für die Sozialpolitik und Sozialarbeit”, Wydawnictwo ASPRA-JR, Warszawa 2012.
Przypisy:
- Zob. R. Szarfenberg, Rozwój społeczny, czyli detronizacja PKB, „Nowy Obywatel” nr 2/2011.
- Pierwszy pakiet reform dla konsolidacji finansów publicznych, Ministerstwo Finansów, marzec 2010.
- Ustawa o zmianie niektórych ustaw związanych z funkcjonowaniem systemu ubezpieczeń społecznych weszła w życie 1 maja 2011 r.
- Wieloletni plan finansowy państwa 2010–2013, Rada Ministrów, sierpień 2011.
- M. Myck i in., Raport Przedwyborczy CenEA 2011. Część I: 2006–2011: kto zyskał, a kto stracił?, CenEA 2011, s. 43–44. Informacja prasowa pt. 2006–2011: podatki i ich wpływ na budżet państwa i dochody Polaków, CenEA 13 września 2011 r., s. 2, wykres 2.
- Niedawno na jednym ze spotkań usłyszałem od urzędnika z jednej z warszawskich dzielnic, a potwierdziła to dyrektor ośrodka pomocy społecznej z innej dzielnicy, że zasiłków okresowych w praktyce się nie wypłaca. Bardzo mnie to zdziwiło, gdyż 50% tego zasiłku jest gwarantowane. Jeżeli byłyby to informacje prawdziwe, można by sądzić, że w praktyce prawo pomocy społecznej jest nagminnie obchodzone.
- Polityka państwa wobec rodziny, CBOS, 2012.
- M. Myck i in., op. cit.
- M. Myck i in., Raport Przedwyborczy Cen EA 2011. Część I op. cit., s. 32.
- Ustawa z dnia 1 lipca 2009 r. o łagodzeniu skutków kryzysu ekonomicznego dla pracowników i przedsiębiorców weszła w życie 22 sierpnia 2009 r., a obowiązywała do końca 2011 r.
- Sprawozdanie z wykonania planu finansowego funduszu gwarantowanych świadczeń pracowniczych za 2010 r.
- Krajowy program reform, kwiecień 2011. Ocena aktualizacji tego programu dokonanej w 2012 r. w wymiarze przeciwdziałania ubóstwu i wykluczeniu społecznemu zob. R. Szarfenberg, Strategia Europa 2020 oraz aktualizacja Krajowego Programu Reform 2012/2013 – przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu, http://rszarf.ips.uw.edu.pl/pdf/kpr_akt.pdf
- W Komunikacie Trójstronnej Komisji do Spraw Społeczno-Gospodarczych z posiedzenia w dn. 13 lipca 2009 r. jest wzmianka o tym, że przypominano stronie rządowej o konieczności weryfikacji progów. W 2010 r. Komisja Trójstronna przyjęła uchwałę 37 w sprawie weryfikacji kwot kryteriów dochodowych od 1 października 2010. Szczegóły dotyczące zamierzeń obecnego rządu zob. Komunikat z posiedzenia Trójstronnej Komisji do Spraw Społeczno-Gospodarczych w dniu 14 czerwca 2012 r. Rozporządzenie w tej sprawie ukazało się już w Dzienniku Ustaw nr 823 z 17 lipca. Projekt rozporządzenia w sprawie wysokości dochodu rodziny albo dochodu osoby uczącej się, stanowiących podstawę ubiegania się o zasiłek rodzinny oraz wysokości świadczeń rodzinnych, ukazał się z datą 10 lipca 2012 r. i jest już dostępny na stronach BIP MPiPS.