przez dr Adam Piechowski | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Wśród polityków i w szerokich kręgach społecznych toczy się debata nad reformą służby zdrowia. Proponowane rozwiązania sprowadzają się najczęściej do prywatyzacji placówek medycznych (zwłaszcza poprzez przekształcanie szpitali w spółki prawa handlowego) lub do powrotu do całkowitego etatyzmu w tym sektorze. Jak wskazują doświadczenia różnych państw, żaden z tych biegunów, przy generalnym ograniczeniu funduszy przeznaczonych na ochronę zdrowia, nie jest w stanie zaspokoić rosnących potrzeb społecznych. Zapomina się jednocześnie o innych możliwych rozwiązaniach, które nie zastąpią publicznej służby zdrowia, ale mogą stanowić jej istotne uzupełnienie i zarazem alternatywę wobec prywatyzacji. Rozwiązaniem takim, sprawdzonym w wielu krajach, mogłyby być różnego typu spółdzielnie zdrowia – zarówno użytkowników (tworzone przez potencjalnych pacjentów), producentów (zakładane przez personel medyczny), jak i o mieszanym charakterze.
Korzenie
Zorganizowany ruch spółdzielczy od swych początków był wyczulony na sprawy społeczne, w tym ochronę zdrowia, opiekę swoich członków i środowiska, w którym działał. Już Hrubieszowskie Towarzystwo Rolnicze dla Ratowania się Wspólnie w Nieszczęściach, powołane w 1816 r. przez Stanisława Staszica i uchodzące za pierwowzór późniejszych „prawdziwych” spółdzielni wiejskich, wśród celów wyliczało m.in. organizowanie opieki zdrowotnej czy zespołowejpomocy będącym w potrzebie. W związku z tym założyło ono własny szpitalik i zatrudniało lekarza, roztaczało opiekę nad poszkodowanymi w wyniku klęsk żywiołowych, pożarów, a także nad starcami, kalekami i sierotami.
Wśród prekursorów i twórców spółdzielczości było wielu lekarzy, stanowiących w tamtych czasach elitę intelektualną, lecz także – dzięki swej praktyce – znających z autopsji ogrom biedy i potrzeb najuboższych warstw społeczeństwa. Takimi lekarzami-społecznikami zaangażowanymi w upowszechnianie idei spółdzielczych byli np. dr William King (1786–1865), brytyjski lekarz i filantrop, zwolennik Roberta Owena, redaktor czasopisma „The Cooperator”, które odegrało ogromną rolę w tworzeniu pierwszych brytyjskich spółdzielni1, czy dr Philippe Buchez (1796–1865), francuski lekarz, filantrop i polityk, twórca koncepcji spółdzielni pracy2. Również i na ziemiach polskich mieliśmy piękne przykłady takich ludzi – dr. Karola Marcinkowskiego (1800–1846), poznańskiego lekarza i filantropa, jednego z prekursorów „wielkopolskiego systemu spółdzielczego”, dr. Ignacego Baranowskiego (1833–1913), lekarza i społecznika, jednego z założycieli Towarzystwa Kooperatystów, czy innego współzałożyciela tego Towarzystwa, dr. Rafała Radziwiłłowicza (1860–1930), wybitnego psychiatrę i społecznika, znanego również jako pierwowzór Doktora Judyma.
Początki i rozwój
Za pierwszą nowoczesną inicjatywę tego typu uznaje się spółdzielnię zdrowia w Užičkiej Požedze w Serbii, powstałą w 1920 r. Po 10 latach w regionie tym działało już 59 spółdzielni ze 140 lekarzami3. Były one odwiedzane przez gości z wielu krajów i stały się wzorem dla podobnych inicjatyw w owym czasie – m.in. był tu w 1934 r. Władysław Ciekot, późniejszy lekarz pierwszej polskiej spółdzielni zdrowia w Markowej4.
W latach 30. XX wieku w Japonii rozwinął się system opieki zdrowotnej członków, organizowanej przez spółdzielnie rolnicze. Powstały tam wówczas również pierwsze spółdzielnie zdrowia w miastach dla pracowników o niskich dochodach. Jak się podkreśla, obie te formy odegrały ogromną rolę w edukacji zdrowotnej i prewencji5.
W Stanach Zjednoczonych w 1936 r. powstała spółdzielnia Group Health Association w Waszyngtonie, skupiająca pracowników rządowych i łącząca funkcje ubezpieczeń zdrowotnych i opieki medycznej. Inicjatywa ta napotkała jednak na duży opór ze strony środowiska lekarskiego, widzącego w niej „zamach” na niezależność prywatnej praktyki lekarzy, co zahamowało dalszy rozwój inicjatyw tego typu6. W 1947 r. w Nowym Jorku powstała jednak oparta na analogicznych zasadach Health Insurance Plan of Greater New York dla pracowników miejskich7.
Również Polska należała do krajów pionierskich pod tym względem. Choć już w 1927 r. założona została istniejąca do dziś Kosmetyczno-Lekarska Spółdzielnia Pracy „Izis” w Warszawie, za właściwy początek spółdzielczości zdrowia w naszym kraju uważa się rok 1936 i powstanie z inicjatywy znanego działacza ludowego Ignacego Solarza wiejskiej spółdzielni zdrowia w Markowej na Podkarpaciu. Liczyła ona 500 członków z 7 wsi położonych w promieniu 8 km i obejmujących łącznie 10 tys. mieszkańców. Udział wynosił 10 zł, udzielano ponad 4 tys. porad rocznie. Była to typowa spółdzielnia konsumencka, która zatrudniła stałego lekarza, zaś raz na tydzień dojeżdżał do niej dentysta. Twórcy spółdzielni w Markowej inspirowali się modelem z Užičkiej Požegi. Polska spółdzielnia stała się powszechnie znana, wzmiankowana jest do dziś w publikacjach o historii spółdzielczości8.
Po Markowej powstały inne podobne przedsięwzięcia. Spółdzielnie zdrowia zakładane były zwykle z inicjatywy, przy wsparciu lub wśród członków innych działających już lokalnych spółdzielni. Najczęściej były to spółdzielnie spożywców, jak w Odrowążu w woj. kieleckim, gdzie nowo powstała spółdzielnia zdrowia liczyła 200 członków i otworzyła nawet filię w Niekłaniu, czy w przypadku spółdzielni w pobliskim Busku Zdroju. Inicjatorem bywały też Kasy Stefczyka – w Sochaczewie koło Warszawy miejscowa Kasa udzieliła wysokiej (15 tys. zł) dotacji utworzonej tu spółdzielni zdrowia; podobnie było w Dmitrowiczach koło Brześcia. W Raczkach w woj. suwalskim spółdzielnię zdrowia założyło 1000 członków tamtejszej spółdzielni mleczarskiej. Często udawało się nawiązać współpracę z władzami publicznymi. Wspomniana spółdzielnia w Odrowążu otrzymała wsparcie finansowe samorządu gminnego i powiatowego, które uwarunkowały jej przetrwanie. Inna, w Turośli Kościelnej w woj. białostockim, współdziałała efektywnie z samorządem gminnym i Ubezpieczalnią Społeczną. Znane są również inicjatywy ze Skibniewa w woj. siedleckim czy Śledzionowa na Polesiu. Bolączką spółdzielni było zwykle zatrudnienie stałego lekarza. Udawało się to stopniowo przezwyciężać, niestety wybuch II wojny światowej położył kres dalszemu rozwojowi spółdzielczości zdrowia w Polsce9.
Sposób na kryzys?
Po II wojnie światowej w krajach zachodnich, przeżywających okres prosperity, nie było sprzyjających warunków dla rozwoju spółdzielczości zdrowia. W większości państw Europy Zachodniej realizowano model „państwa opiekuńczego”, w którym władze publiczne zaangażowały się w działania zmierzające do objęcia systemem darmowej opieki medycznej szerokich rzesz ludności. Z kolei w Stanach Zjednoczonych dominowało lecznictwo prywatne, finansowane z kieszeni pacjentów bezpośrednio lub poprzez dobrowolne ubezpieczenia.
Recesja gospodarcza lat 70. poskutkowała kryzysem „państwa opiekuńczego”. Ograniczono wydatki państwa na cele publiczne. Przy wzroście bezrobocia i procesach starzenia się ludności, której potrzebne były coraz bardziej wszechstronne usługi opiekuńcze, doprowadziło to do utrudnionego dostępu coraz szerszych grup do służb medycznych i opieki zdrowotnej. Zaowocowało to poszukiwaniami alternatywnych rozwiązań, m.in. nastąpił wzrost zainteresowania formami spółdzielczymi10. Oto kilka przykładów inicjatyw z tamtych czasów, które przetrwały do dzisiaj.
W hiszpańskim Kraju Basków własny kompleksowy mechanizm opieki zdrowotnej i społecznej, a także emerytalno-rentowej, w postaci towarzystwa wzajemnościowego Lagun-Aro stworzyła w 1970 r. Korporacja Spółdzielcza Mondragon (MCC), olbrzymi podmiot spółdzielczy, w której jądrze tkwiła kooperacja pracy. Wynikało to m.in. z faktu, że ówczesny system ubezpieczeń pracowniczych w Hiszpanii nie obejmował członków spółdzielni (traktowanych jako samozatrudnieni), stało się jednak wzorem efektywnej alternatywy wobec rozwiązań państwowych11.
W Wielkiej Brytanii już w warunkach kryzysu lat 70. obserwowano wzrastającą rolę usług zdrowotnych i społecznych świadczonych przez podmioty związane ze spółdzielczością spożywców. Jednocześnie zaczęły powstawać nowe spółdzielnie „mieszane” (łączące wśród członków użytkowników i pracowników), prowadzące żłobki, domy opieki, świadczące usługi opiekuńcze w miejscu zamieszkania dla osób niepełnosprawnych czy w podeszłym wieku. W wielu przypadkach zawierały kontrakty na realizację konkretnych usług z samorządami. Choć inicjatywy takie tworzono zgodnie z zasadami spółdzielczymi, często nieświadome były swojego „spółdzielczego charakteru”, a ze względów formalnych rejestrowano je jako organizacje charytatywne12.
Z podobnymi zjawiskami mieliśmy do czynienia w Szwecji. Wobec pogłębiającego się kryzysu dotychczasowego systemu państwowego, skutkującego redukcją i łączeniem placówek publicznych oraz rozwojem lecznictwa i usług prywatnych, organizowaniem opieki zdrowotnej i społecznej zajęły się z jednej strony spółdzielczość mieszkaniowa (HSB – centra opieki społecznej, głównie dla osób starszych i dzieci), ubezpieczeniowa (Folksam – służba zdrowia dla osób ubezpieczonych w tej organizacji) czy spożywców (KF – otwieranie placówek medycznych i paramedycznych przy supermarketach). Z drugiej zaś strony wystąpił ogromny ruch tworzenia „nowych” (zwanych też nieraz „alternatywnymi”) spółdzielni i innego typu przedsiębiorstw społecznych. Są to zarówno spółdzielnie użytkowników, pracy, jak i „mieszane” – prowadzące żłobki i przedszkola, opiekę w miejscu zamieszkania i inne usługi dla osób starszych i niepełnosprawnych, gabinety lekarskie, zabiegowe, fizjoterapeutyczne i wiele podobnych. Typową drogą ich powstawania było tworzenie spółdzielni pracy przez grupę „zredukowanego” personelu medycznego (czasem przez przejęcie czy korzystanie z wyposażenia placówki publicznej, oddziału szpitalnego itp.) i oferowanie swoich usług na zewnątrz, bądź powołanie spółdzielni użytkowników przez grupę pacjentów, rodziców małych dzieci, osób niepełnosprawnych. Na początku XXI w. działało w Szwecji ponad 1200 spółdzielni i przedsiębiorstw społecznych w samym tylko sektorze zdrowia (nie licząc opieki społecznej i innych usług). Miały one 2–4% udziału w rynku, w większości przypadków zawierając kontrakty z samorządami. Sprzyjała temu działalność regionalnych Agencji Rozwoju Spółdzielczości (LKU), świadczących im wszechstronną pomoc na etapie tworzenia i rozruchu. Model szwedzki stał się wzorem dla wielu podobnych rozwiązań w innych krajach13.
We Włoszech już od końca lat 70. powstawały spontanicznie spółdzielnie socjalne jako specyficzna forma spółdzielni pracy. W 1991 r. ich istnienie usankcjonowano specjalną ustawą, która przyznaje korzystne warunki działania i określa dwa typy spółdzielni. Jeden z nich zwany jest typem „A” (od odpowiedniego punktu w ustawie) i zajmuje się właśnie prowadzeniem działalności na polu ochrony zdrowia, opieki społecznej oraz innych usług społecznych, edukacyjnych i kulturalnych. Obecnie jest ich w całych Włoszech ponad 5 tys., znaczna część świadczy usługi o charakterze medycznym i opiekuńczym adresowane do osób starszych, niepełnosprawnych fizycznie i umysłowo, uzależnionych itp., zarówno we własnych ośrodkach (domy opieki, przychodnie, domy seniorów), jak i w miejscu zamieszkania usługobiorców. Spółdzielnie z zasady współpracują z samorządami terytorialnymi, zawierają kontrakty na realizację określonych usług, działają też na wolnym rynku, często biorąc udział (i wygrywając) w przetargach publicznych14.
Podobnych inicjatyw, choć może nie o tak spektakularnym sukcesie, było w krajach Europy Zachodniej znacznie więcej. We Francji na przykład w podobnym okresie rodzice dzieci niepełnosprawnych umysłowo tworzyli spółdzielnie prowadzące opiekę i rehabilitację dzieci.W Portugalii powstawały spółdzielnie zdrowia zakładane przez lekarzy, a także spółdzielnie (użytkowników) opieki nad niepełnosprawnymi15.
Nie tylko Europa
Według badań przeprowadzonych przez ONZ pod koniec XX w. spółdzielnie zdrowia istnieją na wszystkich kontynentach, w ok. 50 krajach zarówno rozwijających się, jak i rozwiniętych. Aktywne są we wszystkich obszarach ochrony zdrowia i opieki społecznej, a z ich usług korzysta ok. 100 mln gospodarstw domowych16.
Na podstawie danych z badań ONZ stworzyć można typologię różnych form występujących w spółdzielczości w sektorze zdrowia i opieki społecznej na świecie:
| Rodzaj usług |
Typ |
Stopień |
Zdrowia
Opieki społecznej
Apteki spółdzielcze
Wspierające
Ubezpieczeń zdrowotnych
Farmaceutyczne |
Użytkowników
Pracy
Przedsiębiorców
Mieszane
Osób prawnych |
Podstawowy
Ponadpodstawowy |
| Placówki nie będące same spółdzielniami prowadzone przez inne spółdzielnie (organizacje spółdzielcze) |
Występuje tu zatem ogromne bogactwo możliwych form. Mogą więc istnieć np. spółdzielnia zdrowia typu spółdzielni pracy (lekarzy) stopnia podstawowego; konsorcjum (spółdzielnia ponadpodstawowa) spółdzielni opieki społecznej (np. prowadzących domy seniora); spółdzielnia typu mieszanego (zrzeszająca np. personel medyczny, opiekuńczy i rodziny osób w podeszłym wieku). Ujmuje to wszystko uznana na świecie definicja spółdzielni zdrowia, opracowana przez Międzynarodową Organizację Spółdzielni Zdrowia (IHCO), jedną z wyspecjalizowanych agend Międzynarodowego Związku Spółdzielczego. Mówi ona, iż Spółdzielnia zdrowia jest autonomicznym, kolektywnym i demokratycznie kontrolowanym przedsiębiorstwem, którego głównym celem jest zaspokojenie potrzeb swoich członków poprzez świadczenie usług wspierających, utrzymujących i poprawiających ich zdrowie i warunki ich życia, bądź poprzez zapewnienie samozatrudnienia osobom pracującym zawodowo na rzecz zdrowia. Może być ona własnością i zarządzana przez użytkowników, dostawców usług, bądź łącznie przez jednych i drugich oraz może również obejmować członków z szerszej społeczności17.
Poza zaprezentowanymi inicjatywami z kilku krajów w różnych regionach Ziemi pojawiły się także inne rozwiązania w zakresie spółdzielczości zdrowia, traktowanych często jako modelowe lub rokujące szanse pomyślnego rozwoju. Większość z nich (poza północnoamerykańskimi) opiera się na zasadzie współpracy pojedynczych spółdzielni, które powoływały swoje struktury wyższego rzędu (sieci, federacje, konfederacje, konsorcja, fundacje itp.), regionalne lub ogólnokrajowe, ułatwiające tę współpracę i zajmujące się promocją spółdzielczego modelu opieki medycznej. Ważna okazała się również ich elastyczność w tworzeniu różnorodnych form, łączenie rozmaitych kierunków działalności (np. ubezpieczeń zdrowotnych i opieki medycznej) i dostosowywanie do zmieniających się potrzeb społecznych.
Brazylijski UNIMED uchodzi za największy i najlepiej zorganizowany system spółdzielni medycznych nie tylko w Ameryce Łacińskiej, ale i na całym świecie. Pierwsza jego spółdzielnia założona została w Santos w 1967 r. przez grupę lekarzy niezadowolonych z pracy w publicznej służbie zdrowia. W 1969 r. było już ponad 30 takich spółdzielni, głównie w stanie Sao Paulo; lata 70. przyniosły dalszy rozwój systemu w całym kraju. Obecnie istnieje 367 spółdzielni zrzeszonych w tworzonych już od lat 70. federacjach stanowych, które z kolei tworzą konfederację krajową, powstałą w 1985 r. Posiadają 18 mln klientów, zatrudniają 112 tys. lekarzy, prowadzą 73 tys. placówek, w tym 3 tys. nowoczesnych szpitali. Ich działalność pokrywa 83% terytorium kraju, zaś udział w rynku usług medycznych wynosi 38%. Poza opieką medyczną UNIMED prowadzi szeroką działalność na rzecz zdrowego odżywiania się, ochrony środowiska, edukacji zdrowotnej, promocji sportu – częściowo poprzez własną fundację18.
W pobliskiej Kolumbii istnieje SaludCoop, założona w 1994 r. jako organizacja o mieszanym członkostwie – spółdzielni zdrowia i stowarzyszeń reprezentujących pacjentów. Jej celami są promowanie i rozwój spółdzielczych form w służbie zdrowia, polepszenie jakości usług zdrowotnych oraz zapewnienie członkom dostępu do infrastruktury i najnowszych technologii medycznych. Opieka zdrowotna oparta jest na własnym systemie mikroubezpieczeń (składki miesięczne). W 1998 r. SaludCoop otworzył pierwszą wielooddziałową klinikę w Bogocie, a obecnie działa już 36 takich placówek w głównych miastach kraju. W organizacji jest dziś zrzeszonych 27 spółdzielni, z których usług korzysta 5,2 mln osób, co pokrywa 28% rynku usług zdrowotnych Kolumbii. SaludCoop prowadzi także działalność edukacyjną, społeczną, kulturalną itp.19, a jej współzałożyciel i obecny prezes Carlos Gustavo Palacino Antía stał się znanym działaczem spółdzielczym w skali kontynentu amerykańskiego, a nawet całego świata. Niestety w 2011 r., wobec narastających problemów finansowych pionu ubezpieczeniowego SaludCoop, ustanowiony został nad nim przejściowy nadzór państwowy. Oba modele – brazylijski i kolumbijski – są w różnym stopniu naśladowane w innych krajach Ameryki Południowej, gdzie nadal dla szerokich rzesz ludności dostęp do służby zdrowia jest utrudniony i kosztowny.
W Ameryce Północnej sytuacja jest odmienna. W Kanadziesłużba ta finansowana jest głównie ze środków publicznych. Opieka medyczna świadczona jest nieodpłatnie w placówkach prywatnych, non-profit i publicznych. Znaczną autonomię w prowadzeniu polityki zdrowia posiadają poszczególne prowincje. Rola spółdzielni zdrowia jest więc znacznie ograniczona – działając na otwartym rynku, muszą być konkurencyjne, przy tym na mocy obowiązujących przepisów spółdzielnie użytkowników winne być dostępne dla wszystkich pacjentów, nie tylko członków. Jednak w związku z niedomaganiami dotychczasowych rozwiązań obserwuje się ostatnio wzrost zainteresowania tą formą. Jak wskazują dane z raportu przygotowanego w 2007 r., w całym kraju działało 117 spółdzielni zajmujących się medycyną tradycyjną i alternatywną, paramedycyną czy opieką społeczną. Brak jest organizacji ogólnokrajowej, istnieją tylko prowincjonalne. Najaktywniejsza na tym polu jest francuskojęzyczna prowincja Quebec, w której zresztą od dawna występuje szczególnie silne zainteresowanie różnymi formami gospodarki społecznej, w tym spółdzielczością. Znajduje się tu 66% wszystkich kanadyjskich spółdzielni zdrowia, tj. 77 jednostek zrzeszonych w dwie federacje; prowadzą one 21 klinik. Większość z nich powstała w latach 2000–2007 (najstarsza w 1995 r.), obecnie tworzy się 10 nowych. Funkcjonują przeważnie na szczeblu miasta i okolicy, ale wśród nich istnieje jedna uniwersytecka i jedna obejmująca działalnością cały region. Znaczna część (81%) to spółdzielnie o charakterze „mieszanym”, nazywane „spółdzielniami wielu interesariuszy” (multi-stakeholder cooperatives) lub „spółdzielniami solidarności”. Co charakterystyczne, w ostatnich wyborach prowincjonalnych w Quebeku spółdzielcza alternatywa w systemie zdrowia pojawiała się jako jeden z ważnych elementów kampanii wyborczych. Można więc oczekiwać dalszego rozwoju spółdzielczości tego typu20.
W Stanach Zjednoczonych system ochrony zdrowia jest zupełnie inny i nader skomplikowany (istnieją niezależne systemy federalny, stanowy, lokalny, które często zachodzą na siebie), oparty na placówkach prywatnych. Aż do wprowadzanej od niedawna reformy brak było powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych. Rządowy system ubezpieczeń obejmował tylko 27,3% ludności (najuboższych, liczących ponad 65 lat i wojskowych). Pozostali zmuszeni są do wykupywania różnego rodzaju prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych, co sprawiało, że kilkadziesiąt milionów Amerykanów pozostawało bez żadnego ubezpieczenia! Mimo że doświadczenia spółdzielcze w służbie zdrowia pochodzą tu jeszcze z czasów przedwojennych, rola spółdzielni zdrowia jest ograniczona. Traktowane są one głównie jako narzędzie obniżenia kosztów opieki i ubezpieczenia, gdyż z reguły łączą w sobie działalność prowadzenia ubezpieczeń zdrowotnych (dla klientów indywidualnych i firm) i opieki medycznej poprzez własne przychodnie, kliniki, apteki czy szpitale. Nie posiadają własnej organizacji czy to szczebla stanowego, czy federalnego.
Obecnie działa w USA zaledwie 13 spółdzielni – jednak zwykle są to jednostki bardzo duże, funkcjonujące na szczeblu stanu lub nawet kilku stanów. Największa, obejmująca stany Waszyngton i Idaho – Group Health – założona została w 1947 r. przez członków związków zawodowych, farmerów i członków innych spółdzielni, dla których dostęp do prywatnej służby zdrowia był zbyt kosztowny. Obecnie Group Health zrzesza prawie 600 tys. członków, wykazuje 2,5 mld dolarów obrotów rocznie, zatrudnia prawie 1000 lekarzy. Poza tym w Stanach Zjednoczonych istnieją zorganizowane jako spółdzielnie pracy małe, lokalne, ewentualnie regionalne spółdzielnie sprawujące opiekę w miejscu zamieszkania klientów – osób starszych, niepełnosprawnych, małych dzieci itp.21
Stary kontynent, nowe perspektywy
W Europie spółdzielczość w sektorze zdrowia jest szczególnie silnie rozwinięta w Hiszpanii. Samych tylko aptek spółdzielczych jest tu 18 tys. – posiadają one 85% udziału w farmaceutycznym rynku detalicznym. Istnieje również ok. 60 spółdzielni zdrowia, tworzonych jako alternatywa wobec systemu publicznego – ich udział w rynku sięga obecnie ok. 20%.
Powstawały głównie z inicjatywy dr. Josepa Espriu (1914–2002), wybitnego katalońskiego lekarza i społecznika z Barcelony. Rozwinął on ideę zintegrowanej spółdzielczości zdrowia, opartej o cztery zasady: wolnych i dobrej jakości usług medycznych, wolnego wyboru lekarzy przez pacjentów, niezależności personelu medycznego oraz współzarządzania placówkami zdrowia przez personel medyczny i pacjentów. W 1989 r. w Barcelonie powołano fundację, nazwaną od jego imienia Fundación Espriu, której założycielami były trzy duże spółdzielnie: spółdzielnia użytkowników-pacjentów SCIAS z Barcelony (licząca 170 tys. członków), spółdzielnia pracy lekarzy z tego miasta ASC (5 tys.) oraz ogólnokrajowa spółdzielnia pracy lekarzy Lavinia (20 tys.). Głównym celem działania fundacji jest promocja w kraju i za granicą modelu spółdzielczości zdrowia dr. Espriu, a także prowadzenie studiów i badań naukowych nad spółdzielczością zdrowia, organizacja kursów, seminariów, konferencji i szkoleń dla spółdzielni zdrowia oraz prowadzenie dokumentacji, udostępnianie informacji, wydawanie książek i czasopism. Wśród tych ostatnich szczególnie ważny jest kwartalnik „Compartir”(publikowany również w wersji angielskojęzycznej), podejmujący wiele aktualnych zagadnień medycyny, ochrony zdrowia i spółdzielczości.
Ponadto fundacja ma własne towarzystwo ubezpieczeń zdrowotnych ASISA i prowadzi szpital w Barcelonie, będący jednym z najbardziej wzorcowych przykładów wielkiej placówki zdrowia współzarządzanej przez lekarzy i pacjentów. Jest obecnie jako całość, poprzez zrzeszone organizacje, czwartym pod względem wielkości spółdzielczym dostawcą usług medycznych na świecie. Działacze wywodzący się z Fundación Espriubyli jednymi z inicjatorów powstania Międzynarodowej Organizacji Spółdzielczości Zdrowia przy Międzynarodowym Związku Spółdzielczym (IHCO); chętnie udzielają pomocy w rozwoju spółdzielczości zdrowia na świecie22.
Podobne cele miała szwedzka ogólnokrajowa spółdzielnia osób prawnych (jej członkami są spółdzielnie różnego typu i przedsiębiorstwa społeczne sektora zdrowia) MEDICOOP, utworzona w 1998 r. z inicjatywy m.in. znanego działacza spółdzielczego Pera-Olofa Jönssona. Zajmowała się ona promowaniem modelu współzarządzania przez personel medyczny i pacjentów placówkami służby zdrowia, działaniami na rzecz lepszego uznania przez władze publiczne spółdzielni i innych przedsiębiorstw społecznych w systemie zdrowia oraz efektywniejszego transferu środków publicznych do sektora pozarządowego czy propagowaniem zdrowego odżywiania, zdrowego stylu życia, alternatywnej medycyny, prewencji i rehabilitacji zamiast niepotrzebnej często hospitalizacji. W ostatnich latach jednak aktywność tej pożytecznej inicjatywy praktycznie zamarła23.
We Włoszech, w związku z pogłębianiem się w ostatnich latach kryzysu systemu służby zdrowia i opieki społecznej, co przyniosło redukcję i łączenie placówek publicznych oraz wkraczanie firm prywatnych na opuszczone pola, coraz większą rolę zaczęły odgrywać inne spółdzielcze formy opieki społecznej i zdrowotnej, nie tylko w postaci wspomnianych spółdzielni socjalnych typu „A”. Są to spółdzielnie lekarskie, spółdzielnie opieki zdrowotnej i medycznej, spółdzielnie farmaceutyczne oraz współpracujące z nimi towarzystwa wzajemnych ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych (traktowane we Włoszech jako część sektora spółdzielczego).
W 2010 r. powołana została w ramach Confcooperative – jednej z trzech wielkich włoskich central spółdzielczych, mającej chrześcijańsko-demokratyczne korzenie – federacja spółdzielni zdrowia FederazioneSanita. Zrzesza ona 300 spółdzielni (z czego 64% stanowią spółdzielnie socjalne o celach opieki zdrowotnej), liczących 60 tys. członków, w tym 2,6 tys. lekarzy. Jej głównymi celami są: promowanie nowego podejścia do rozwiązania problemu opieki medycznej poprzez integrację różnych jego elementów, promowanie opieki domowej w miejsce kosztownej i często nieprzyjaznej pacjentom – zwłaszcza starszym – opieki szpitalnej oraz lobbowanie na rzecz nowych regulacji prawnych w systemie zdrowia publicznego24.
Jak wskazują doświadczenia wielu krajów, zarówno rozwijających się, jak i rozwiniętych, o dobrze zorganizowanych nowoczesnych systemach opieki medycznej i dopiero je tworzących, o rozbudowanych systemach powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych i nie posiadających ich, wszędzie spółdzielczość zdrowia i opieki społecznej może odegrać ważną rolę jako alternatywa lub uzupełnienie publicznej czy prywatnej służby zdrowia, a czasem nawet jako główny aktor. Niezbędny jest tu jednak nie tylko właściwy stosunek do niej władz państwowych, lecz przede wszystkim wiedza i informacja o istocie i możliwej do odegrania roli spółdzielczości wśród samorządów i społeczeństwa. Po spełnieniu takich warunków dopiero możliwa będzie rzetelna dyskusja nad potencjalną rolą spółdzielni w naprawie systemu opieki zdrowotnej – spółdzielni, które ze swego założenia nie są instytucjami nastawionymi na zysk, lecz na realizację potrzeb swoich członków i społeczności, w których oni żyją.
Przypisy:
- Zob.: Jack Schaffer, Historical Dictionary of the Cooperatives Movement, Md., & London 1999, s. 280.
- Ibid., s. 168.
- Johnston Birchall, The international co-operative movement, Manchester and New York 1997, s. 29.
- Kinga Jastrzębska-Chełminiak, Szczepan Ciekot. Życie i działalność społeczno-kulturalna, Akademia Podlaska, Wydział Humanistyczny, Siedlce 2008, praca magisterska, mps, s. 48.
- Johnston Birchall, op. cit., s. 29.
- Ibid., ss. 28–29.
- Ewell Paul Roy, Cooperatives: Today and Tomorrow, Illinois 1969, ss. 65–66.
- Władysław Rusiński, Zarys historii polskiego ruchu spółdzielczego. Część II 1918–1939, Warszawa 1980, s. 188; Johnston Birchall, op. cit., s. 29.
- Władysław Rusiński, op. cit., ss. 188–189, 246.
- Zob.: Johnston Birchall op cit., ss. 29–30.
- Ibid., s. 102; o Korporacji Spółdzielczej Mondragon więcej np. w: Adam Piechowski, Alternatywne modele rozwoju spółdzielczości w krajach Unii Europejskiej, Warszawska Wyższa Szkoła Ekonomiczna, Zeszyty Naukowe, nr 13 Rok IV/2000, ss. 30–33.
- Johnston Birchall, op. cit., ss. 115–116.
- Ibid., s. 116; o szwedzkich „nowych” spółdzielniach więcej np. w: Adam Piechowski, Alternatywne modele… op. cit., ss. 33–36; zob. też: Per-Olof Jönsson, Description on the Role of Swedish Health Co-ops, International Seminar on Health Care and Co-operatives Health Care Systems and Social Economy, Barcelona 20.04.2005.
- Zob. szerzej: Carlo Borzaga, Alceste Santuari, Przedsiębiorstwa społeczne we Włoszech, Warszawa 2005; należy pamiętać, że spółdzielnie określane w Polsce jako „spółdzielnie socjalne” odpowiadają wyłącznie włoskiemu „typowi B” spółdzielni socjalnych, powstających w celu tworzenia miejsc pracy dla osób bezrobotnych i wykluczonych.
- Johnston Birchall, op. cit., s. 116.
- Cooperative Enterprises in the Health and Social Care Sector. A Global Survey, Geneva 1997.
- Health and Social Care Cooperatives Knowledge Base Project, 2007, druk IHCO: KBP07. Quest. Assoc-ENG.
- www.unimed.com.br
- www.saludcoop.coop
- Health co-ops around the World/North-America – Canada , IHCO, 2007, raport dostępny na stronie http://www.usherbrooke.ca/irecus/fileadmin/sites/irecus/documents/ihco_jeanpierre_girard/coops_world_anglais/canada_anglais.pdf
- Health co-ops around the Word/North-America – USA, IHCO, 2007, raport dostępny na stronie http://www.usherbrooke.ca/irecus/fileadmin/sites/irecus/documents/ihco_jeanpierre_girard/coops_world_anglais/usa_anglais.pdf.
- www.fundacionespriu.coop
- Per-Olof Jönsson, op. cit.
- http://www.federazionesanita.confcooperative.it
przez Bartosz Oszczepalski | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Cechują ich młody wiek, energia i zdeterminowanie w walce o prawa pracownicze. Młode osoby przełamują stereotypy dotyczące związków zawodowych.
Ponad dwadzieścia lat po transformacji ustrojowej uzwiązkowienie w Polsce jest wyjątkowo niskie w porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej. Ta niekorzystna tendencja jest szczególnie widoczna wśród pokolenia, które dopiero od niedawna pracuje zarobkowo. Jednak również w naszym kraju pojawiają się młode osoby, które nie dość, że zapisują się do związków, to jeszcze dzięki zaangażowaniu i energii odgrywają w swoich regionach i przedsiębiorstwach znaczącą rolę.
Reprezentują rozmaite branże, pochodzą z różnych regionów kraju, jedni określają siebie prawicowcami, inni socjalistami. Łączą ich jednak – oprócz młodego wieku – sprzeciw wobec niesprawiedliwości i patologii, które generuje wolnorynkowy system gospodarczy, przekonanie, że nie należy być biernym i warto walczyć o swoje prawa, a także świadomość tego, że nieprawdziwa jest propaganda mediów mówiąca o związkach zawodowych jako „anachronicznym przeżytku”.
Młodość dodaje im skrzydeł
NSZZ „Solidarność” to obecnie najliczniejsze i najbardziej rozpoznawalne zrzeszenie pracowników w Polsce. Nic więc dziwnego, że część młodych osób, które decydują się na przystąpienie do związku, wybiera właśnie tę centralę. Tak zrobili m.in. 29-letni Michał Kukuła oraz 28-letni Damian Krakowski, którzy zakładali organizację związkową w firmie meblarskiej Swedwood West w Chlastawie w woj. lubuskim. Pierwszy z nich został nawet przewodniczącym związku w zakładzie. Jego działalność, podobnie jak innych moich rozmówców, ma charakter społeczny – nie pobierają za nią wynagrodzenia.
– Wszystko zaczęło się, kiedy pod naszą firmą dział rozwoju NSZZ „Solidarność” prowadził kampanię ulotkową. Założyliśmy związek z kolegami pod koniec lipca 2012 r. Działamy więc dopiero od kilku miesięcy, ale pozyskaliśmy już ponad 70 członków, a z każdym miesiącem jest ich coraz więcej. W Swedwood West pracuje 3 tysiące ludzi. Trudno dotrzeć do tak dużej grupy. Zauważyliśmy, że tylko indywidualne spotkania poza pracą są skuteczne. Wiele osób, z którymi rozmawiamy, jest zainteresowanych przynależnością do związku, ale sami się nie zgłaszają i dlatego właśnie my staramy się do nich docierać. Jeśli chodzi o młodych, to wielu z nich już się zapisało i stanowią oni sporą część naszej grupy. Są jednak tacy, którzy nie mają umów na stałe i boją się, że zostaną zwolnieni. Aby umożliwić im przynależność do związku, w porozumieniu z zarządem regionu zdecydowaliśmy, że takie osoby mogą wpłacać składkę bezpośrednio na konto, a nie przez kadry firmy, dzięki czemu pozostają anonimowe – tłumaczy Michał Kukuła.
Mój rozmówca wyjaśnia, że rozpoczęcie przez niego przygody z działalnością związkową nie było przypadkowe. – Od zawsze lubiłem działać społecznie. Zanim zaangażowaliśmy się w „Solidarność”, brałem udział np. w manifestacji pod stadionem Lecha Poznań przeciwko decyzji o zamknięciu stadionów dla kibiców po „prowokacji bydgoskiej”. Rozdawałem tam ulotki portalu Niezależna.pl. Aktywna działalność w związku jest konsekwencją moich przekonań. Lubię to robić i daje mi to ogromną satysfakcję. Kiedy pięć lat temu założyłem rodzinę i wszedłem w dorosłe oraz odpowiedzialne życie, zobaczyłem, jak ciężko w Polsce utrzymać siebie i swoich bliskich, nawet gdy się ciężko pracuje. Mam nadzieję, że to, co robię dziś, wpłynie na poprawę sytuacji młodych ludzi, a moje dzieci w przyszłości, gdy dorosną, będą mieć lepiej niż ja – mówi Kukuła.Zła sytuacja pracowników była również powodem zaangażowania się w działalność związkową w przypadku Damiana Krakowskiego. – Niestety w firmach prywatnych bardzo często nie przestrzega się praw pracowniczych. Spotkałem się z wieloma takimi przypadkami w miejscach, gdzie pracowałem. Trzeba z tym walczyć. Uważam, że lepiej działać w ramach jakiejś zbiorowości, a nie indywidualnie, bo wtedy ma się większe szanse na sukces w sytuacji konfliktu z pracodawcą – twierdzi.
Młodzi związkowcy podejmują liczne działania zarówno w zakładzie pracy, jak i poza nim. – Bierzemy aktywny udział w negocjacjach układu zbiorowego z zarządem spółki Swedwood Poland, nawiązujemy kontakty ze związkami zawodowymi z całej Europy, mamy już na koncie kilka udanych interwencji w sprawach pracowniczych, m.in. wynegocjowaliśmy podwyżki dla pracowników w 2013 roku – wymienia Michał Kukuła. – Ponadto staramy się uczestniczyć w ogólnopolskich demonstracjach „Solidarności” oraz angażujemy się w akcje w innych zakładach pracy – obecnie przygotowujemy się do strajku przeciwko masowym zwolnieniom w szpitalu w Świebodzinie [rozmawialiśmy w grudniu – przyp. B.O.] – dodaje Damian Krakowski.
Związkowcy z Chlastawy dostrzegają, że w Polsce ich rówieśnicy wciąż w niewielkim stopniu angażują się w działalność związkową. – Problemem jest bardzo mała świadomość młodych ludzi. Aby coś się zmieniło w tej kwestii, potrzebna jest zmiana prawa, wzmacniająca rolę związków zawodowych. Niezwykle istotna jest również edukacja – w szkołach powinno się mówić o znaczeniu takich organizacji. Od kilku miesięcy zastanawiam się, jak dotrzeć do młodych ludzi. Wydaje mi się, że moglibyśmy organizować pokazy filmów o tematyce patriotycznej, historycznej i związkowej. Planuję zorganizowanie pokazu kilku takich filmów połączonego z wykładem. Młodzi powinni działać w związkach, bo tylko w ten sposób możemy poprawić sytuację w kraju. Zmiana władzy nie gwarantuje nam poprawy standardów życia – to związki muszą na rządzie wymuszać polepszenie sytuacji materialnej zwykłych ludzi – twierdzi Michał Kukuła.
Solidarni w walce
Pracownicy z młodego pokolenia działają w strukturach „Solidarności” również w innych zakładach. Jedną z takich firm jest duński koncern Jysk, który posiada w naszym kraju sieć sklepów z wyposażeniem wnętrz. W centrum dystrybucji w Radomsku przewodniczącym zakładowej „Solidarności” jest 34-letni Tomasz Jamrozik, natomiast w lubelskim sklepie pracuje i pełni obowiązki związkowca Michał Dobrzański, który ma 32 lata. – Mój akces do związku był związany z przystąpieniem do niego kilku znajomych z pracy, którzy są w podobnym wieku. Doszło do tego wskutek niekorzystnej sytuacji w firmie. Wielu osobom z całej Polski zredukowano cały etat do 1/2 lub 3/4 etatu bez podania jakiejkolwiek przyczyny. Oficjalnym powodem był szalejący kryzys. Jak się okazało później, decyzja ta była spowodowana tym, że pracownik niepełnoetatowy jest oszczędnością dla firmy – nie trzeba mu wypłacać wyższych stawek za nadgodziny. Uważam, że moją firmę stać na utrzymywanie pełnoetatowych pracowników, a nawet na wypłatę za nadgodziny, jeśli zachodzi taka konieczność. W moim odczuciu była to maksymalizacja zysku firmy kosztem pracowników najniższego szczebla, a moje zapisanie się do „Solidarności” było wyrazem sprzeciwu wobec takiego działania– opowiada Michał Dobrzański.
Jak przekonuje Tomasz Jamrozik, istnieje duży rozdźwięk pomiędzy tym, jak traktowani są pracownicy w zakładach Jysk w Danii a ich sytuacją w Polsce – centrala firmy w Danii wręcz narzuca zasady koleżeństwa i współpracy. – U nas niestety od początku wyglądało to zdecydowanie gorzej. W Radomsku do „Solidarności” zapisało się około 120–130 osób, a głównym powodem było wprowadzenie przez pracodawcę równoważnego systemu czasu pracy, niekorzystnego dla załogi. Po tych zmianach możliwa była praca nawet po 12 godzin dziennie. To spowodowało, że również i ja w 2011 roku zdecydowałem się wstąpić do związku. Natomiast „Solidarność” istnieje u nas od 2009 roku. Średnia wieku związkowców w moim zakładzie wynosi poniżej 30 lat – wyjaśnia.
Pomimo dość częstych w Polsce niezbyt dobrych obiegowych opinii na temat związków, moi rozmówcy widzą sporo korzyści związane z działalnością tego typu. – Przynależność i aktywność w takiej formie dają mi pewnego rodzaju wsparcie. Mam świadomość, że mogę zwrócić się do kogoś z problemem związanym z pracą. Według mnie tylko zrzeszanie się pracowników w związki zawodowe może zmienić coś na lepsze w zakresie warunków zatrudnienia, przestrzegania prawa pracy i przepisów BHP. Dzięki temu nasz wysiłek może stać się nie tylko bezpieczny, ale też bardziej efektywny. Pojedyncza osoba jest na straconej pozycji w rozmowach z dużą firmą, natomiast zrzeszenie pracowników może wypracować kompromis z pracodawcą. Trzeba tylko chcieć coś zmienić – mówi Michał Dobrzański.
Opinię tę podziela Tomasz Jamrozik. – Aktywność związkowa absorbuje dużo mojego czasu, a przecież muszę jeszcze pracować w zakładzie jako starszy magazynier. Ale mimo to chcę działać i walczyć o swoje prawa, zamiast wyjeżdżać za granicę i zostawiać rodzinę. Ta walka niekiedy nie jest łatwa, bo pracodawcy w Polsce niszczą związki zawodowe i, korzystając z tego, że jest spore bezrobocie, zastraszają pracowników. Efektem jest niskie uzwiązkowienie, szczególnie wśród młodych. Mimo to warto podjąć tę walkę, bo zauważyliśmy, że jeśli opór związku ma charakter trwały, to po pewnym czasie pracodawca ustępuje, a z tego wynikają realne korzyści dla każdej ze stron – wymienia Tomasz Jamrozik.
Młodzi związkowcy z firmy Jysk wykazują się sporą aktywnością nie tylko w miejscu pracy. – Oprócz typowych zajęć, takich jak np. prowadzenie cyklicznych spotkań komisji oddziałowej, wyjaśnianie spraw bieżących – odwołanie od kar nakładanych przez pracodawcę na pracownika czy opiniowanie wewnątrzzakładowego regulaminu pracy – uczestniczę w organizacji wyjazdów na ogólnopolskie protesty „Solidarności”: ostatnio marsz „Obudź się Polsko!” czy demonstracje przeciwko reformie emerytalnej. Ponadto mam świadomość tego, że związek musi się rozwijać i dlatego istnieje potrzeba tworzenia nowych sposobów działania. Poza pełnieniem funkcji przewodniczącego w Centrum Dystrybucji jestem też członkiem Rady Podregionu Radomsko NSZZ „Solidarność” i rozważam zorganizowanie w moim mieście otwartego dnia „Solidarności”, podczas którego mieszkańcy mogliby się spotkać zarówno z szeregowymi związkowcami, jak i z bardziej znanymi postaciami – opowiada Tomasz Jamrozik.
Zgodnie z przekonaniami
Drugą pod względem wielkości centralą pracowniczą jest Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, w którego skład wchodzą mniejsze podmioty branżowe. Również ten związek może pochwalić się grupą młodych osób walczących o poprawę warunków pracy w swoich zakładach. Na ich potrzeby utworzono specjalną komórkę związkową – Komisję Młodych OPZZ.
Jedną z takich osób jest 34-letni Jarosław Przęczek, członek Związku Zawodowego Meblarze RP, zrzeszonego w OPZZ. Pracuje on jako tapicer w firmie BRW Sofa w Nidzicy w woj. warmińsko-mazurskim. Obecnie pełni również funkcję sekretarza związku w nidzickim przedsiębiorstwie oraz przewodniczącego Rady Powiatu OPZZ. Swoją przygodę ze związkiem rozpoczął w 2009 r. po namowie kolegi. – Mój znajomy jest przewodniczącym organizacji związkowej w zakładzie i namówił mnie, żebym się zapisał. Wiedziałem, że mogę pomóc, bo skończyłem studia o kierunku administracja i umiem interpretować przepisy prawne i dokumenty. Jeszcze przed przystąpieniem interesowałem się prawami pracowniczymi – mówi.
Mój rozmówca bardzo poważnie podchodzi do obowiązków wynikających z funkcji związkowych i stara się uświadamiać kolegów i koleżanki w kwestii ich praw pracowniczych. – Nie ukrywam, że jestem socjalistą z przekonania i dlatego staram się w zakładzie zwracać przede wszystkim uwagę na interesy pracowników. Wychodzę z założenia, że człowieka nie da się określić matematycznie, poprzez rachunek zysków i strat, więc trzeba zwracać uwagę w pierwszej kolejności na jego potrzeby. Nie godzę się z tym, że w naszym kraju pracownik jest wyzyskiwany do cna, a potem zwalniany. Dlatego staram się uświadamiać ludziom, że organizacje pracownicze są potrzebne, bo gdyby nie one, to nie istniałyby świadczenia socjalne gwarantowane pracownikom. Poza tym tłumaczę, że jako związek posiadamy możliwości i środki prawne, żeby np. wymóc podwyżki. Młodzi ludzie właśnie dlatego powinni się zrzeszać, ponieważ jest to najlepszy sposób komunikacji pomiędzy załogą a pracodawcą. Dodam, że mimo moich jasno sprecyzowanych poglądów zauważyłem, że w samych związkach nie ma podziału na lewicę i prawicę, niewierzących i religijnych itp. Wszyscy reprezentujemy tych wyzyskiwanych i występujemy przeciwko wyzyskującym.
Jak zapewnia mój rozmówca, w działalności konieczna jest bezkompromisowa postawa. – Często bywam szykanowany przez pracodawcę właśnie dlatego, że upominam się o interesy pracowników w zakładzie. Zarówno ja, jak i wielu moich kolegów – związkowców z OPZZ i ZZ Meblarzy RP z Nidzicy – nie boimy się otwarcie krytykować pracodawcy za jego poczynania, jeśli według nas stoją one w sprzeczności z dobrem załogi. Działalność w związku zabiera mi sporo czasu, ale nie żałuję tego, bo pomagam ludziom, którzy później również pomagają innym. Myślę, że nasza waleczna postawa ma wpływ na to, iż coraz więcej młodych zapisuje się do OPZZ w moim zakładzie pracy oraz w całym regionie, gdzie uzwiązkowienie jest całkiem spore w porównaniu do tego, co dzieje się w kraju. Młodzi wyraźnie poszukują alternatywy. Nasi rówieśnicy, znajomi z regionu, coraz lepiej postrzegają związki i popierają nasze działania. Jesteśmy dla nich wiarygodni i to jest właśnie klucz do sukcesu. Bardzo istotne jest to, żeby w każdym regionie działało kilka osób na tyle charyzmatycznych i przekonujących w kontaktach z pracodawcami, że inni zdecydują się pójść za nimi – przekonuje.
Z kolei 25-letni Michał Stopaj z miejscowości Winna w woj. świętokrzyskim jest związany z branżą górniczą. Pracuje w Kopalni Winna, należącej do Kieleckich Kopalni Surowców Mineralnych. Początkowo należał do „Solidarności”, ale po pewnym czasie wstąpił do Związku Zawodowego Budowlani, należącego do OPZZ. – Zdecydowałem się na przynależność związkową, żeby nieść pomoc ekonomiczną i socjalną pracownikom w moim zakładzie. Jako związkowiec staram się przede wszystkim przekazywać przewodniczącemu informacje dotyczące tego, co dzieje się w moim zakładzie, czego ludziom brakuje i czego się domagają. Dotyczy to głównie świadczeń socjalnych, które niekiedy nie są w pełni realizowane przez pracodawcę pod pretekstem kryzysu gospodarczego. Myślę też, że bardzo istotne jest to, iż dzięki działalności w związku miałem okazję pogłębić swoją, zdobytą wcześniej w szkole, wiedzę na temat BHP (z zawodu jestem behapowcem), m.in. poprzez uzyskanie uprawnień Społecznego Inspektora Pracy w zakładzie. To wszystko pomaga mi w odpowiednim określeniu warunków bezpieczeństwa pracy – tłumaczy.
Pełnienie funkcji związkowca w przypadku Michała nie należy do łatwych zadań. Oprócz kryzysu, który obecnie dotyka większość przedsiębiorstw, Kieleckie Kopalnie Surowców Mineralnych borykają się z problemami finansowymi po prywatyzacji i przejęciu ich kilka lat temu przez Dolnośląskie Surowce Skalne. Obecnie spółka jest w stanie upadłości. – Właśnie ze względu na trudną sytuację w naszej firmie pracownicy, również ci młodzi, nie chcą należeć do związku, bo uważają, że i tak z ich głosem nikt się nie będzie liczył. Ja natomiast myślę, że to wielki błąd z ich strony. Uważam, że ludzie z młodego pokolenia, zarówno z zakładu, jak i całego kraju, powinni decydować się na przynależność związkową, bo gospodarka rynkowa z zasady stawia pracodawcę w uprzywilejowanej pozycji. Im będzie nas więcej, tym bardziej możliwy będzie sukces w rozwiązywaniu problemów pracowniczych i załatwianiu naszych interesów podczas negocjacji z pracodawcą. Jeżeli w firmach członkowie związków będą stanowić większość załogi, to pracodawcy nie będą w stanie lekceważyć takiej siły – przekonuje.
Bariery
W Polsce istnieje sporo czynników utrudniających angażowanie się młodych ludzi w działalność związkową. Ten temat pojawiał się często w moich rozmowach. Jarosław Przęczek, Tomasz Jamrozik i Łukasz Stopaj zgodnie twierdzą, że mainstreamowe media przedstawiają zrzeszenia pracownicze w niekorzystnym świetle.
– Media uważają, że my – związkowcy – robimy zbyt wiele szumu, a pracodawcy są nastawieni altruistycznie i chcą zatrudnionym pomagać. To oczywista nieprawda, ale należy pamiętać, że media należą do dużych koncernów i dziennikarze muszą pisać to, co im narzuci szefostwo, które z wiadomych przyczyn nie jest zainteresowane promowaniem związków zawodowych. Taki kłamliwy, neoliberalny przekaz może mieć wpływ na poglądy wielu młodych ludzi, choć oczywiście to nie jest tak, że większość jest na nią podatna – komentuje Jarosław Przęczek.
– Na pewno w dzisiejszych czasach związki nie mają dobrej opinii wśród części młodych ludzi, a jest to spowodowane niekorzystną propagandą w mediach. W efekcie czasem można u nich zaobserwować niesprawiedliwą opinię, jakoby organizacje pracownicze były kółkami wzajemnej adoracji, imprez integracyjnych i trwonienia pieniędzy – dodaje Łukasz Stopaj.
– Niestety głównonurtowe media nie tylko krytykują, ale i obrażają związkowców. To jest szerszy problem, bo atakom są poddawane również środowiska patriotyczne oraz wszyscy ci, którzy chcą, żeby w naszym kraju było lepiej. Młodzieży serwowana jest ogłupiająca papka, dlatego ważne jest to, żeby czerpać informacje o życiu społecznym i politycznym z niezależnych mediów – wtóruje im Tomasz Jamrozik.
To jednak nie wszystko. Grzegorz Ilka, sekretarz prasowy OPZZ, w rozmowie ze mną zwraca uwagę na bariery prawne, które uniemożliwiają młodym Polakom zapisywanie się do związków. – Niestety obecnie większość młodych osób pracuje na umowach śmieciowych i tym samym nie mają oni możliwości uzyskania legitymacji związkowej. Wielu z nich nawet przychodzi do nas i chce się zapisać, ale my nie możemy nic dla nich zrobić. Taka sytuacja ma miejsce głównie w sektorze prywatnym. Tym samym polskie ustawodawstwo blokuje nam możliwość dotarcia do wielu dwudziesto- i trzydziestolatków i zrzeszenia ich – kwituje Ilka.
Z kolei Marek Lewandowski, rzecznik prasowy NSZZ „Solidarność”, uważa, że sytuacja nie jest tragiczna. – Około 20 tysięcy ludzi zapisuje się rocznie do „Solidarności” i w większości przypadków są to osoby w młodszym wieku, pracujące w przedsiębiorstwach prywatnych. Przyczyn problemu aktywności związkowej młodych upatruje gdzie indziej: Za główną barierę rozwoju uważam niską świadomość polityczną i społeczną młodego pokolenia w Polsce. Badania wskazują, że tylko 14 procent z nich ma jakiekolwiek poglądy polityczne. To się odbija niekorzystnie na różnych sferach życia społecznego-politycznego, zarówno w partiach politycznych, jak i związkach – opisuje. Mój rozmówca przekonuje, że „Solidarność” robi wszystko, żeby trafić do jak najliczniejszej grupy młodych Polaków. – Próbujemy przełamywać impas związany z postrzeganiem związków przez młodych i zmieniamy wizerunek „Solidarności”. Nie chcemy, żeby nasz związek był kojarzony tylko z „pokoleniem styropianowców”. Myślę, że nasza ostatnia kampania społeczna, „Syzyf”, skierowana przeciwko umowom śmieciowym, poprawiła nasz wizerunek wśród młodych, bo to właśnie ich najczęściej dotyczą tego typu formy zatrudnienia. Ponadto podejmujemy współpracę z różnymi środowiskami, które są tworzone przez młodsze pokolenie – m.in. z „Nowym Obywatelem”, a także z Demokratycznym Zrzeszeniem Studenckim – organizacją, która walczy o prawa młodych w zakresie edukacji i kwestii pracowniczych. W styczniu na krakowskich uczelniach odbyły się szkolenia organizowane właśnie przez „Solidarność” i DZS, podczas których studenci mieli okazję zaczerpnąć wiedzy na temat praw pracowniczych, tego, po co są związki zawodowe oraz czym się różni umowa śmieciowa od umowy o pracę – wymienia.
Będzie dobrze?
Pomimo pewnych przeszkód prawnych istnieją w Polsce warunki, żeby młodzi działali w związkach zawodowych i walczyli o swoje prawa w miejscu pracy. Aby tak się stało, powinny zostać spełnione pewne wymogi. Młode pokolenie musi zrozumieć, że w tej walce związki odgrywają ważną rolę, a tezy liberałów, mówiące, że w gospodarce wolnorynkowej los każdego leży wyłącznie w jego rękach, są nieprawdziwe i szkodliwe. Wzorem dla młodych Polaków-pracowników powinni być rówieśnicy aktywni w związkach. Ich postawa pokazuje, że działalność pracownicza, choć nie zawsze usłana różami, jest korzystna zarówno dla jednostek, jak i całego społeczeństwa. Również same związki powinny zintensyfikować aktywność pozwalającą docierać do młodych. Działania te nie mogą zakończyć się na jednej czy dwóch kampaniach, lecz muszą mieć charakter stały, konsekwentny i o jasno wytyczonym celu. Wszystko po to, żeby za kilka lat nastąpiła w związkach wymiana pokoleniowa, a ci, którzy przejmą schedę po dzisiejszych liderach, byli obywatelami i pracownikami świadomymi swoich praw. I potrafiącymi skutecznie walczyć w ich obronie.
Związek poza miastem
Młodych, pełnych zapału do działania możemy spotkać nie tylko w związkach „typowych”. Błażej Rusoń ma 28 lat, jest rolnikiem z powiatu grudziądzkiego w woj. kujawsko-pomorskim. Od 2007 r. działa w Związku Zawodowym Rolnictwa „Samoobrona”, od kilku lat jest związany również z partią Samoobrona. – Do decyzji związanej z przynależnością związkową skłoniła mnie przede wszystkim zła sytuacja w rolnictwie i chęć poprawy tego stanu rzeczy. Zauważyłem, że poprzez związek rolnicy mogą oddziaływać na politykę rolną w regionie i w całym kraju – powiedział.
Mój rozmówca często korzysta z możliwości, jakie daje przynależność do rolniczej centrali. – Jako związkowiec, korzystam z dostępu do dokumentów administracyjnych. Razem z kolegami ze związku składaliśmy też wnioski do wojewody kujawsko-pomorskiego i premiera w sprawach dotyczących rolników – np. o odszkodowania za wymarznięcie zbóż. W tej sprawie organizowaliśmy również protest w Urzędzie Miasta w Bydgoszczy. Nocowaliśmy tam aż trzy dni, żeby wywrzeć nacisk na wojewodę. Protest zakończył się częściowym sukcesem, bo udało nam się wywalczyć dopłaty w wysokości 100 zł do hektara. Tego typu protestów, w których brałem udział, było o wiele więcej. Kiedyś prowadziliśmy akcję polegającą na przejechaniu ciągnikami przez Grudziądz. Domagaliśmy się większych dopłat do paliwa, a także sprzeciwialiśmy się zbyt dużym skokom cenowym trzody chlewnej oraz sprzedaży ziemi w naszym regionie korporacjom, a nie rolnikom. Moje zaangażowanie nie ogranicza się tylko do protestów i pisania wniosków. Zajmuję się również pozyskiwaniem środków unijnych dla związku, odbywaniem szkoleń w kraju i za granicą, gdzie mogę wymienić się doświadczeniami z młodzieżą związkową spoza Polski – wymienia.
Jak twierdzi Rusoń, młodzi rolnicy w powiecie grudziądzkim są bardzo zaangażowani obywatelsko. – Odnotowujemy naprawdę spore zainteresowanie wśród młodych – i to zarówno tych, którzy w związku działają, jak i tych, którzy do żadnej organizacji pracowniczej nie należą. Nasze protesty spotykają się ze sporym odzewem i poparciem tych osób. Nie chcą, żeby zmiany w polskim rolnictwie zachodziły bez ich udziału. Staram się z nimi spotykać i informować o tym, co się dzieje w polityce regionalnej i krajowej, oraz namawiać ich do walki o swoje prawa i interesy – podsumowuje.
przez Daniel Sachs | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Kryzys w strefie euro wywiera wpływ na wszystkie kraje w Europie. Odzwierciedla brak dyscypliny budżetowej i przekonanie o wypłacalności niektórych europejskich państw. Jednak, jak pokazują kraje nordyckie, kryzys gospodarczy nie jest spowodowany – wbrew opiniom wielu krytyków spoza Starego Kontynentu – silnymi związkami zawodowymi, wysokimi podatkami oraz sztywnymi przepisami.
Może was to zaskoczyć, ale te europejskie państwa, które pozostają w najlepszej kondycji, wydają z budżetów całkiem sporo w stosunku do własnego PKB. Natomiast większość krajów będących w najgorszej sytuacji – Grecja, Portugalia, Hiszpania, Irlandia – swoje wydatki państwowe plasuje na dość niskim poziomie w stosunku do PKB. Również podatki utrzymują się tam poniżej średniej unijnej.A czyż nie uczyliśmy się, że wysokie podatki i duży sektor publiczny czynią dany kraj mniej konkurencyjnym? Obecny kryzys pokazuje, że jest to podejście zbyt prymitywne. W rzeczywistości najważniejsze jest to, czy kraj posiada efektywny system fiskalny (i ściągalność podatków).
Świadomość, że fundusze, które zbieramy, pracują dla nas w miarę wydajnie, przynajmniej w stosunku do reszty Europy i USA, pomaga wytworzyć silne przekonanie, iż kraje nordyckie są bardziej odporne na kryzys. Pozwala to na skuteczny podział ryzyka w skali ogólnospołecznej, co z kolei promuje zdolności przystosowawcze, a także otwartość na zmiany.
Ludzie biznesu są powszechnie uznawani za wrogich wszelkim podatkom, a swoją antyzwiązkową postawę wysysają jakoby z mlekiem matki. Skandynawia z pewnością ma wysokie podatki i silne związki zawodowe – a jednak nordycki model przynosi korzyści również mnie jako biznesmenowi. Pokażę wam, dlaczego tak się dzieje, na przykładzie otwartości na zmiany na rynku pracy. Szwedzki rynek pracy rozwija się od lat 30. XX wieku na bazie negocjacji zbiorowych oraz ścisłego dialogu pomiędzy związkami, pracodawcami oraz państwem, w interesie wspólnego dobra.
Proventus, firma, którą prowadzę, brała udział w wielu restrukturyzacjach w ciągu ostatnich trzech dekad. Dla przykładu w 2005 r. Proventus nabył pakiet większościowy największej szwedzkiej telewizji komercyjnej TV4.
Istniała wtedy duża potrzeba zmian w TV4. Okazało się, że ludźmi, którzy mają najbardziej jasny osąd sytuacji, nie byli ci, po których się tego spodziewano. Nie byli nimi menedżerowie, zarząd ani też właściciele. Byli to reprezentanci związków zawodowych zasiadający w zarządzie (tutaj związki mają prawo być reprezentowane w zarządzie w firmach pewnej wielkości).
Nawet w tak trudnym przypadku jak ten, gdzie zmiany wymagały zwolnień grupowych, związki uznały je za konieczne, aby ochronić konkurencyjność firmy w dłuższej perspektywie.W przeciwieństwie do modelu amerykańskiego, gdzie związki są zazwyczaj słabe i ograniczone do danego sektora, w Szwecji mamy do czynienia z silnymi i scentralizowanymi zrzeszeniami pracowników. Jest to korzystne, ponieważ interes związku nie jest jedynie doraźnym interesem wąskiej grupy, reprezentowanej przez syndykat, lecz długoterminowym interesem dużej części społeczeństwa. W ten sposób związki służą i stanowią fundament ważnej wartości gospodarczej – solidarności.
W takich warunkach Proventus zawsze blisko współpracował ze związkami w trakcie restrukturyzacji firm, a także w dalszym ich rozwoju.
W innych krajach europejskich związki często nie są aż tak scentralizowane i dlatego uparcie bronią pewnej grupy lub danego przywileju z wielką szkodą dla ogółu zatrudnionych.
Co ciekawe, w 1993 r., gdy Proventus przeprowadzał zmiany w Pumie, niemieckiej firmie produkującej odzież sportową, niemieckie związki poznały nas i nasz sposób pracy za sprawą rozmów ze szwedzkimi związkowcami. W efekcie Proventus miał po swej stronie również niemiecki związek.
Pokazuje to, że wbrew panującemu stereotypowi scentralizowane związki i rozbudowany system socjalny – jeśli jest dobrze zorganizowany – działają ramię w ramię na rzecz społecznej otwartości dla zmian strukturalnych.
Zaufanie i podejmowanie ryzyka
Kolejnym czynnikiem, który sprzyja podejmowaniu ryzyka przez społeczeństwo, jest to, co szwedzki historyk Lars Tragardh nazywa „nordyckim indywidualizmem państwowym”. Chodzi o to, że jednostki, które są wolne i mają poczucie bezpieczeństwa, są również bardziej skłonne do wprowadzania innowacji, eksperymentowania, a także podejmowania ryzyka.
W przeciwieństwie do modelu amerykańskiego, który również stawia na indywidualizm, w naszym przypadku każda osoba posiada pozytywny indywidualny stosunek do państwa i jest to rzecz oczywista. Rolę państwa i rządu postrzegamy nie jako wtrącanie się w naszą wolność, lecz jako jej wzmocnienie. Nasz indywidualny rozwój ma dzięki temu solidne podstawy.
Ta relacja czyni jednostki mniej zależnymi – w konkretnym, ekonomicznym sensie – od rodziny i innych osób. Kobieta może zdecydować się na dziecko, wiedząc, że społeczeństwo zaspokoi jej potrzeby bez względu na to, co myśli o tym wyborze jej rodzina. To poczucie bezpieczeństwa przekłada się na wolność jednostki – wspierane są zarówno samotne kobiety, które decydują się na dziecko, jak i pary homoseksualne, które decydują się na adopcję.
W dodatku hojne zasiłki na wychowanie dzieci przekładają się na znacznie wyższe niż w większości krajów europejskich wskaźniki urodzeń. To niezmiernie ważne w czasach trudnych pod względem demograficznym. Efektem tego jest coraz większa liczba osób na rynku pracy, zwłaszcza kobiet, co jest istotnym warunkiem sukcesu nordyckich gospodarek.
Predystrybucja, nie redystrybucja
Czy tzw. model nordycki może być powielany? W dużej mierze na pewno. Proponowałbym jednak „uczenie się z nordyckich doświadczeń”, nie zaś „ślepe przejmowanie tego modelu”.
Jeden zasadniczy element szwedzkiego modelu jest niestety trudny do skopiowania: model kolektywnego podziału ryzyka, który opisałem, w Szwecji nie rozpoczął się od redystrybucji. Zaczął się on raczej od czegoś, co możemy nazwać predystrybucją.
Na początku XX wieku społeczeństwa nordyckie należały do najbiedniejszych w Europie. Później, w efekcie wielu reform, dzięki rozwiązaniom prawnym i silnym ruchom obywatelskim, weszliśmy na ścieżkę rozwoju, aby stać się kolektywnie zamożni.
Wiele krajów – takich jak azjatyckie tygrysy – najpierw stało się zamożnymi, a dopiero później zaczęło rozmawiać o redystrybucji. Innymi słowy najpierw stworzenie dobrobytu, nawet jeśli jest on nierówno dystrybuowany, a następnie skupienie się na łagodzeniu różnic. Ale z powodu tych nieodłącznych dysproporcji trudniej jest dojść do sprawiedliwego rozwiązania.
Dzięki długiej historii sprawiedliwej dystrybucji od samych początków współczesnej gospodarki kraje nordyckie mają bardzo wysoki i ustabilizowany poziom spójności społecznej. Fakt ten nie przeszkadzał w dynamicznym rozwoju gospodarki, lecz przeciwnie – wspomógł ten proces. Jak wynika z jednego z ostatnich badań, współzależność pomiędzy dochodami dziecka a jego rodziców jest dużo wyższa w Wielkiej Brytanii niż w krajach nordyckich.
Inaczej mówiąc, społeczna mobilność oraz równość szans idą ramię w ramię. Tam, gdzie występują duże nierówności, mobilność społeczna spada – widzimy to na przykładzie USA przez ostatnie kilka dekad. „Od pucybuta do milionera” rzadko sprawdza się w Stanach Zjednoczonych, gdzie sukces ekonomiczny jednostki jest silnie skorelowany ze statusem ekonomicznym jej rodziców. W państwach nordyckich jest inaczej.
Warto jednak być ostrożnym. Czasy są trudne, a tkanka społeczna w państwach nordyckich jest bardzo obciążona, podobnie jak w wielu innych krajach. Cały czas musimy walczyć, aby zachować odpowiednią równowagę pomiędzy różnymi zachętami a podziałem ryzyka.
Niestety jest wiele sfer, gdzie nawet kraj taki jak Szwecja zmierza w złym kierunku. Nierówności w dochodach również w moim kraju wzrastają do rekordowych poziomów, nawet jeśli są dużo niższe niż w innych państwach. Bezrobocie wśród młodych ludzi jest na zdecydowanie zbyt wysokim poziomie, nie udaje nam się zaoferować odpowiedniej pomocy imigrantom, a także słabo idzie ich pełna integracja ze społeczeństwem.
Ale to właśnie z powodu tych wyzwań ważne jest, abyśmy pamiętali, jak nordyckie narody były w stanie dostosować się do trudnych warunków i zbudować konkurencyjność oraz inkluzywne społeczeństwo.
W czasach głębokich przemian na całym świecie musimy skupić się na znalezieniu równowagi pomiędzy rynkiem a państwem. Powinniśmy zrozumieć pozytywną rolę państwa jako mechanizmu podziału ryzyka i zachowania wolności jednostki oraz godnego życia.
Ten typ równowagi okazał się również dość efektywny we wspieraniu przedsiębiorczości. Dlatego jestem przekonany, że warto ponosić koszty bezpieczeństwa, z którego wynika hojne państwo opiekuńcze, a także koszty możliwości indywidualnego rozwoju.
Inaczej nie mielibyśmy tego, czego tak bardzo potrzebujemy w erze globalizacji: otwartości, spójności społecznej i zdolności do adaptacji w szybko zmieniających się czasach.
tłum. Tomasz Obrączka
Tekst ukazał się pierwotnie w czerwcu 2012 r. na stronie internetowej magazynu „The Globalist”, zajmującego się od 2000 r. tematem globalizacji. http://www.theglobalist.com/
przez Katarzyna Machnik | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Na początku grudnia 2012 r. potężny tajfun Bopha zabił setki ludzi na południu i południowym wschodzie Filipin, zmuszając dziesiątki tysięcy mieszkańców do ucieczki. Filipiny to kraj podatny na katastrofy naturalne: w latach 1987–2000 odnotowano tam 523 klęski żywiołowe, co daje średnio 37 na rok. Każdorazowe straty w wyniku katastrof naturalnych sięgają 30 mld dolarów, a ograniczone możliwości obrony przed tego rodzaju zagrożeniami wpływają też na wzrastający poziom ubóstwa. Lata 2008–2009 były szczególnie dotkliwe dla milionów Filipińczyków. Globalny kryzys gospodarczy, połączony z kryzysem na rynku paliw, zbiegł się w czasie z olbrzymimi stratami spowodowanymi przez tajfuny pod koniec 2009 r. Biedni najsilniej odczuwają skutki kryzysu. Według danych Banku Centralnego huragan El Nino, który przeszedł przez Filipiny na początku 2010 r., wpłynął na pogłębienie się ubóstwa aż 58% najbiedniejszych mieszkańców, których byt i dochód zależą od skrawka uprawianej ziemi.
Mimo tak trudnej sytuacji i naturalnych ograniczeń Filipiny są krajem wprowadzającym w życie ciekawe rozwiązania prospołeczne. Warto się im przyjrzeć.
Bieda na starcie
Jak pokazują dane Banku Światowego, wskaźnik ubóstwa wśród Filipińczyków stopniowo maleje: w 1991 r. wynosił 33,1%, a w latach 2006 i 2009 oscylował wokół 26,5%. Nie zmienia to faktu, że wciąż ponad jedna czwarta obywateli (23 mln) żyje w biedzie. Mimo zmniejszania się współczynnika Giniego1 – z 0,4605 w 2003 r. do 0,4484 w roku 2009 – jest on w dalszym ciągu najwyższy spośród członków ASEAN (Association of Southeast Asian Nations, Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej). Ponad 25% mieszkańców nadal nie jest w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb (wyżywienie, dach nad głową itd.). Śmiertelność i odsetek źle odżywionych dzieci są wciąż jednymi z najwyższych w rejonie Pacyfiku i we wschodniej Azji.
Najwięcej ubogich rodzin zamieszkuje tereny wiejskie. Wśród najbiedniejszych rejonów Filipin są takie prowincje jak Luzon, Mindanao (Autonomiczny Region Muzułmański), Bicol czy Caraga. W wielu z tych miejsc ponad 70% obywateli żyje w ubóstwie. Wskaźnik ten jest prawie trzykrotnie większy niż na terenach miejskich, gdzie biedą zagrożonych jest ok. 25–30% mieszkańców.
Wszystko to ma podłoże nie tylko w czynnikach naturalnych, lecz także w przebiegu dziejów tego obszaru. Filipiny to kraj przez ponad 300 lat rządzony przez kolonizatorów. Rezultatem kolonizacji hiszpańskiej (1521–1898) była olbrzymia bieda tubylców. Pozbawieni ziemi, poddani wyzyskowi (quasi-niewolnictwo, niskie zarobki, olbrzymie podatki oraz trybuty na rzecz kolonizatorów) – byli obywatelami drugiej kategorii. Przymus uprawiania tylko jednego rodzaju roślin, np. w związku z monopolem tytoniowym, sprawił, że całe regiony kraju stały się bardzo podatne na wszelkie zmiany ekonomiczne.
Amerykanie, którzy w 1898 r. w wyniku działań zbrojnych przejęli Filipiny, wnieśli pewien wkład w rozwój dobrobytu i struktur zapewniających obywatelom równy dostęp do podstawowych usług. Stworzyli bazę dla systemu bezpłatnej edukacji oraz pierwsze programy ochrony zdrowia. Z drugiej jednak strony, jak uważa wielu badaczy zajmujących się historią i geopolityką krajów Azji Południowo-Wschodniej, wszystko to służyło USA głównie jako narzędzie podboju i asymilacji filipińskiej ludności. Ubóstwo czy brak wykształcenia wciąż były problemami jednostki, a nie państwa, które nie miało zamiaru brać odpowiedzialności za ogół obywateli i ich sytuację. Bieda, według Amerykanów i powszechnej wówczas opinii, była wynikiem niskiego poziomu wykształcenia („niedouczony, ciemny dzikus”) i braku europejskiego, „nowoczesnego” systemu wartości i sposobu życia.
Na uwagę zasługuje pojawienie się w owym czasie nowej klasy społecznej. Komercjalizacja rolnictwa, szczególnie pod koniec panowania Hiszpanów, ułatwiła uformowanie się warstwy właścicieli ziemskich, którzy byli stosunkowo (a z czasem – coraz bardziej) niezależni od państwa i później, w 1899 r., stanowili główną grupę formującą pierwszą Republikę Filipin.
Liberalizm i zawiedzione obietnice
Po II wojnie światowej i odzyskaniu niepodległości najważniejszym zadaniem była odbudowa gospodarcza kraju. Nacisk położono na rozwój przemysłu, głównie poprzez inwestycje publiczne w sektor energetyczny i transportowy. Dzięki rozwojowi importu i przemysłu władze chciały zmniejszyć bezrobocie, a co za tym idzie – zredukować biedę. Jednak w ciągu trzech lat od odzyskania niezależności elity rządzące doprowadziły kraj na skraj bankructwa, zawłaszczając kontrybucje pomocowe przyznane przez USA.
W połowie lat 50., przede wszystkim za sprawą nacisków ze strony właścicieli gruntów, plantacji i fabryk, polityka państwa stawała się coraz bardziej liberalna, szczególnie po zwycięstwie w wyborach w 1962 r. Diosclado P. Macapagal, który zamierzał zreformować gospodarkę na wzór amerykański. W tym samym czasie Filipiny uzyskały doraźną pomoc w formie kredytu od Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który spłacają do dzisiaj. W 1965 r. na prezydenta kraju został wybrany Ferdinand Marcos. Cztery lata później ponownie objął to stanowisko, niewiele robiąc sobie z protestów społecznych i powszechnych oskarżeń o sfałszowanie wyborów. Za rządów Marcosa polityka społeczna uległa niejakiej poprawie: głównym jej elementem była walka z wysokim bezrobociem, niedorozwojem infrastruktury, dużą rozpiętością płac oraz bardzo niskim standardem życia.
Co istotne, zmienił się wówczas model rozwoju – położono nacisk na uprzemysłowienie oraz reformę rolną. Nie brakło jednak pomysłów kuriozalnych i nietrafionych. Wśród nich były olbrzymie inwestycje w budownictwo komercyjne (szczególnie luksusowych hoteli) zamiast w lokale mieszkaniowe dostępne dla przeciętnych obywateli. Rząd Filipin wydał na to 350 mln dolarów, na budownictwo komunalne przeznaczając wówczas jedynie ok. 13 mln dolarów. Kraj notował w latach 70. ponad 5-procentowy wzrost gospodarczy, była to jednak głównie zasługa kredytów udzielanych przez instytucje zewnętrzne. W połowie lat 80., w okresie poważnej recesji, także gospodarka Filipin znacznie spowolniła, głównie wskutek spadku cen na główne produkty eksportowe (kawa, trzcina cukrowa, tytoń). W tym samym czasie Międzynarodowy Fundusz Walutowy całkowicie zmienił politykę wobec Filipin, z „dobrego wujka” stając się „karzącym ojcem”. Popularność reżimu wśród obywateli malała z dnia na dzień, a w efekcie – w wyniku buntu zainicjowanego przez ruchy lewicowe i umiarkowaną opozycję – Marcos został w 1986 r. odsunięty od władzy.
Corazon Aquino, żona opozycjonisty Benigno Aquino, zabitego przez ludzi Marcosa, pierwsza kobieta-prezydent w krajach Azji,objęła władzę w sytuacji, gdy gospodarka znajdowała się w recesji, pogłębionej niedawnymi działaniami zbrojnymi. Różne grupy domagały się zmian, m.in. rzesze biedniejących i sfrustrowanych obywateli, lub przeciwnie – dążyły do zachowania przywilejów (frakcje wojskowe, elity biznesowe, Kościół).Aquino rozpoczęła walkę z kryzysem poprzez liberalizację handlu zagranicznego i finansów, przeprowadziła prywatyzację wielu przedsiębiorstw. Taka polityka spotkała się z poparciem i pomocą ze strony Banku Światowego, MFW oraz innych krajów Azji Południowo-Wschodniej skupionych w ASEAN. Politykę Aquino do pewnego stopnia kontynuował jej następca, wybrany w 1992 r. Fidel Ramos. Pod hasłem „Filipiny 2000” wypowiedział walkę korupcji, kartelom i monopolistom handlującym tytoniem. Zintensyfikował także reformy liberalizujące gospodarkę i przyspieszył prywatyzację, natomiast tak palące kwestie jak rozwój terenów wiejskich nie odegrały w jego polityce istotnej roli.Prezydent Ramos wprowadził też w życie szereg rozwiązań dotyczących polityki społecznej, znanych pod nazwą Social Reform Agenda (SRA). Całość składała się z 9 programów koncentrujących się na innej płaszczyźnie problemów społecznych i na różnych sektorach: rolnictwie, rybołówstwie, biedocie miejskiej, problemach rdzennych Filipińczyków itd. Programy te obejmowały 20 najbiedniejszych prowincji, wybranych przez samego prezydenta, mimo że oficjalnie miały być one wybierane na podstawie danych statystycznych ogólnego poziomu ubóstwa i innych obiektywnych wyznaczników. Ostatecznie wskazana przez prezydenta lista zawierała 9 najbiedniejszych prowincji, z czego tylko jedna była zamieszkana przez największy odsetek ubogich. Walka z kartelami i bogatymi rodzinami również okazała się bardziej chwytem wyborczym niż realnym zamierzeniem prezydenta, który w żaden sposób nie dążył do ukrócenia wpływów i realnej władzy elit decydujących „z tylnego siedzenia” o coraz bardziej neoliberalnym kształcie polityki gospodarczej kraju.
Joseph Ejercito Estrada, wybrany w 1998 r. na prezydenta, aktywny i przedsiębiorczy polityk, jednym z głównych haseł uczynił szerokie reformy społeczne, szczególnie zaś walkę z ubóstwem i rozwój najbiedniejszych regionów kraju. Flagowy program walki z biedą „Lingap para sa Mahikap” (Opiekowanie się biednymi) miał polegać na udzielaniu pomocy najbiedniejszym rodzinom z każdej prowincji i miasta. Pomoc obejmować miała wsparcie finansowe, zapewnienie opieki medycznej, subsydiowanie jedzenia i mieszkań socjalnych. Ta kampania, niezwykle entuzjastycznie przyjęta przez społeczeństwo Filipin, pomogła Estradzie wygrać walkę o fotel prezydencki, lecz niestety okazała się głównie chwytem propagandowym. Prezydent i jego otoczenie byli skupieni na zapewnieniu „odpowiedniego poziomu życia” sobie i swoim rodzinom, nie na realizacji planów walki z ubóstwem.
Rządy Estrady zakończyły się w 2001 r. po ujawnieniu malwersacji finansowych i po kolejnym przewrocie na szczytach władzy, zainicjowanym przez rewoltę społeczną. Władzę przejęła dotychczasowa wiceprezydent – Gloria Macapagal-Arroyo. Oczekiwano, że Arroyo, doktor nauk ekonomicznych, będzie rządzić w sposób nowoczesny i bardziej prospołeczny. Polityka gospodarcza nowej pani prezydent okazała się natomiast kontynuacją neoliberalnego trendu, wspieranego aktywnie przez Bank Światowy oraz MFW. Arroyo rozpoczęła jednak program pomocy społecznej oraz walki z biedą, wspierany i finansowany przez Bank Światowy, nazwany Kapit-Bisig Labon sa Kahirapan (KALAHI, „Łączenie rąk w walce z ubóstwem”). Obejmował on wsparcie w znalezieniu zatrudnienia i zakwaterowania, poprawę bezpieczeństwa i zwalczanie przemocy, rozwijanie instytucji pomocy społecznej oraz większe zaangażowanie rządu i władz lokalnych w poprawę warunków życia ubogich. Program dość znacznie poprawił dostępność usług pomocy społecznej, warunki życia wielu najbiedniejszych mieszkańców oraz po części przyczynił się do wzrostu solidarności społecznej w lokalnych społecznościach. Arroyo, podobnie jak kilku jej poprzedników, pożegnała się jednak z urzędem w atmosferze skandalu: oskarżano ją o fałszowanie wyników wyborów, wyłudzanie olbrzymich sum ze Skarbu Państwa, złe zarządzanie publicznymi pieniędzmi i nepotyzm.
Będzie lepiej?
W 2010 r. prezydentem Filipin został Benigno Aquino III, syn Benigno Aquino i Corazon Aquino. Niedługo po objęciu urzędu zadecydował o wdrażaniu programu Pantawid Pamilyang Pilipino Program, zwanego w skrócie 4P lub Pantawid Pamilya, wspieranego przez Bank Światowy. Program ten był od 2007 r. wdrażany w formie pilotażowej. Zakłada się, że do 2016 r., a więc do końca prezydentury Aquino, programem ma być objętych 4,3 mln rodzin. Walka z ubóstwem jest jednym z najważniejszych punktów rządowego planu rozwoju na lata 2011–2016. Program 4P opiera się na warunkowych transferach pieniężnych.Warunkowe transfery pieniężne (conditional cash transfers) to coraz popularniejsze narzędzie polityki społecznej, wprowadzone w 2008 r. i stosowane w kilkudziesięciu krajach, szczególnie w Ameryce Łacińskiej (głównie Brazylia, ale także Meksyk, Ekwador, Boliwia, Argentyna, Chile), w kilku krajach Afryki (Kenia, Nigeria, Burkina Faso) i państwach Azji Południowo-Wschodniej (Indie, Bangladesz, Indonezja, Kambodża i Filipiny).System transferów pieniężnych polega na regularnych przekazach pieniężnych kierowanych do rodzin ubogich pod warunkiem spełniania przez nie określonych wymogów, m.in. w zakresie edukacji dzieci (np. zapisywanie do szkół zamiast posyłania ich do pracy), wyżywienia oraz obowiązkowej opieki zdrowotnej (okresowe badania lekarskie oraz szczepienia dla dzieci, opieka medyczna kobiet w ciąży itp.). Do pobierania tego rodzaju transferów upoważnione są najczęściej matki, które w większości przypadków pełnią rolę głowy rodziny. Celem krótkookresowym takich programów jest walka z ubóstwem poprzez doraźną pomoc materialną. W założeniu jednak transfery pieniężne mają być przede wszystkim formą inwestycji w kapitał ludzki, tj. w dorastające, młode pokolenie, przyczyniając się do redukcji dziedziczonego ubóstwa.
W obliczu pogarszającej się sytuacji ekonomicznej większości społeczeństwa, a także po sukcesach podobnych programów w takich krajach jak Meksyk czy Brazylia, Filipiny zdecydowały się skorzystać z tego narzędzia.
Pomysł na pomoc
„Pantawid” znaczy „pomagać wybrnąć z trudnej sytuacji”, nazwę programu można więc tłumaczyć jako „Pomoc dla filipińskich rodzin”. Najważniejsze cele programu 4P to zmniejszenie skali ubóstwa, głodu, zapewnienie dostępu do edukacji na poziomie elementarnym, zagwarantowanie podstawowej opieki medycznej dzieciom do 14. roku życia oraz matkom i kobietom ciężarnym, promowanie równości obywateli bez względu na płeć oraz redukcja śmiertelności dzieci.
Rozwój programu nie byłby możliwy bez organizacyjnego i finansowego wsparcia Banku Światowego, Asian Development Bank i Australijskiej Agencji Rozwoju Międzynarodowego. Wdrażaniem programu zajmuje się Ministerstwo ds. Społecznych i Rozwoju (Departement of Social Welfare and Development, DSWD), wspierane przez szereg agencji rządowych, szczególnie przez resorty edukacji i zdrowia, władze lokalne oraz Land Bank – filipiński bank państwowy. Instytucje rządowe zajmują się zwiększeniem dostępu do edukacji i ochrony zdrowia osobom uczestniczącym w programie, podczas gdy Land Bank jest głównym źródłem wypłat środków przyznanych w ramach programu. Ogólna suma transferów gotówkowych do 31 maja 2012 r. wyniosła ponad 9 mld 40 mln pesos filipińskich, co stanowi ponad 215 mln 230 tys. dolarów.
Najistotniejszym elementem programu jest właściwe określenie beneficjentów transferów gotówkowych. Jak wskazują zwolennicy Pantawid Pamilya, zasady przyznawania pomocy, w przeciwieństwie do wielu wcześniejszych programów rządowych, są obiektywne, klarowne i jednakowe dla wszystkich. Ma to zapobiec ewentualnym naruszeniom, tak częstym w przeszłości.
Beneficjentami programu mogą zostać mieszkańcy miast najbiedniejszych według danych Narodowego Biura Statystycznego3 (NSCB), a dokładnie rodziny, których dochód jest równy lub niższy od najniższego dochodu w danej prowincji i w których są dzieci do 14 lat i/lub kobieta ciężarna w momencie składania deklaracji przystąpienia do programu, oraz które zgodzą się na warunki uczestnictwa sformułowane w regulaminie programu Pantawid Pamilya.Ponad 75% ubogich Filipińczyków żyje na terenach wiejskich, tylko ok. 25% stanowią mieszkańcy miast. Do 27 czerwca 2012 r. (ostatnie dostępne dane) do programu włączono 138 miast, 1261 gmin we wszystkich 79 prowincjach kraju, obejmując zasięgiem łącznie 3014586 gospodarstw domowych. Niemal połowa beneficjentów pochodzi z prowincji Mindanao, niewiele mniej z Luzon i Visayas, uznawanych za najbiedniejsze rejony Filipin.Selekcja beneficjentów programu to proces wieloetapowy. Najpierw na podstawie danych dotyczących ubóstwa, zebranych pod nazwą Family Income & Expenditures Survey przez Narodowe Biuro Statystyczne, wybierane są najbiedniejsze prowincje. W nich wskazuje się najbiedniejsze miasta i barangays (najmniejsza jednostka podziału administracyjnego na Filipinach, dawne określenie wioski, obecnie oznacza raczej dzielnicę miasta czy metropolii, z wybieranymi przez mieszkańców władzami), w oparciu o dane zebrane w Small Area Estimates (SAE) oraz Narodowe Biuro Statystyczne. Większe miasta wybierane są na podstawie danych Prezydenckiej Komisji ds. Biedoty Miejskiej. Następnie wybiera się najuboższe gospodarstwa domowe w obrębie poszczególnych barangays na podstawie określonych wyznaczników, m.in. dostępu do wody pitnej i sanitariatów, poziomu wykształcenia głowy rodziny, dochodu na członka rodziny, dostępu do podstawowych dóbr czy warunków mieszkaniowych.Korzystając z danych zebranych podczas selekcji beneficjentów 4P, Ministerstwo ds. Społecznych i Rozwoju zaczęło tworzyć bazę danych nazwaną National Household Targeting System for Poverty Reduction (NHTS-PR, Narodowy System ds. Redukcji Ubóstwa). Ma ona pomóc w identyfikacji i przydzielaniu pomocy właściwym osobom i rodzinom. Jest to największa rządowa baza danych dotyczących ubóstwa i biednych mieszkańców Filipin. System identyfikuje osoby kwalifikujące się do programu według modelu PMT (proxy means test), przewidującego niejako dochód per capita na podstawie warunków socjoekonomicznych, dostępu do podstawowych dóbr itd. Tego rodzaju model wydaje się najlepszym rozwiązaniem w kraju, gdzie dochody mieszkańców są bardzo trudne do zweryfikowania. Jak bowiem wynika z danych Ministerstwa Pracy i Zatrudnienia5, ok. 40% ogółu zatrudnionych pracuje w sektorze „nieformalnym”, bez ustalonej relacji pracodawca – pracownik, często w rodzinnych przedsiębiorstwach, małych warsztatach lub prowadzi własną, drobną działalność zarobkową.
Kto korzysta?
Program nakłada na uczestników pewne obowiązki. Kobiety ciężarne, przed oraz po porodzie, muszą korzystać z profesjonalnej opieki medycznej i regularnie uczęszczać na badania lekarskie. Rodzice muszą brać udział w spotkaniach Family Development Sessions. Dzieci w wieku do lat 5 mają być regularnie badane i szczepione, te w wieku od 3 do 5 lat muszą chodzić do żłobka lub przedszkola i mieć frekwencję nie niższą niż 85% obecności. Dzieci w wieku od 6 do 14 lat powinny zostać zapisane do szkoły podstawowej i uczęszczać regularnie na zajęcia (frekwencja nie niższa niż 85% obecności) oraz dwa razy do roku zażywać pigułki odrobaczające.
Rodzina, w której troje dzieci zakwalifikowało się do programu, otrzymuje miesięcznie 1400 PHP przez cały rok szkolny lub 15 000 PHP rocznie tak długo, jak długo dzieci spełniają warunki programu. Gotówka wypłacana jest głowie rodziny, zazwyczaj matce, poprzez specjalną kartę do wypłat gotówkowych wydawaną przez współpracujący z programem Land Bank lub inne banki, mające swoje punkty w miejscach zamieszkania beneficjentów.Określanie beneficjentów przy pomocy danych statystycznych oraz informacji zebranych w terenie wydaje się obiektywne i sprawiedliwe. Jednak jak wskazują uczestnicy 4P, „komputer” wybiera na chybił trafił i pomoc nie zawsze dociera do rodzin najbardziej potrzebujących. Zdarza się, że najbiedniejsze rodziny nie zostają włączone do programu, a ich ciut lepiej sytuowani sąsiedzi – tak.Kolejną kwestią, na którą skarżą się beneficjenci programu, są formalności. Pierwszą przeszkodą dla wielu chętnych jest dostarczenie w wymaganym terminie (najczęściej 7 dni) niezbędnych dokumentów, takich jak świadectwo urodzenia, fotografie portretowe, dowód zapisania dziecka do szkoły oraz świadectwo wykonanych szczepień. Niektórych uczestników nie stać nawet na zrobienie zdjęcia czy zapłacenie za przejazd, żeby dostarczyć wymagane dokumenty. Często w takich przypadkach pomagają sąsiedzi lub nawet władze barangay, którym zależy, aby jak najwięcej osób zostało zakwalifikowanych do programu.
Jak wskazano wyżej, transfery gotówkowe wypłacane są w zamian za regularne posyłanie dzieci do szkoły (obecność na zajęciach musi wynosić min. 85%), regularne szczepienia ochronne oraz wizyty kontrolne w ośrodkach zdrowia. Jednak w niektórych rejonach Filipin, szczególnie najsłabiej rozwiniętych, spełnienie tych wymogów nie jest wcale łatwe – głównie ze względu na brak dostatecznie rozwiniętej infrastruktury, duże odległości między miejscem zamieszkania a szkołą czy przychodnią. Według danych DSWD 20–30% beneficjentów 4P zostaje po jakimś czasie zdyskwalifikowana właśnie z tego powodu. W przeciwieństwie np. do Meksyku, jednego z liderów wprowadzania warunkowych transferów pieniężnych, który najpierw zapewnił obywatelom łatwy dostęp do podstawowych usług (edukacja, opieka zdrowotna), na Filipinach mamy raczej sytuacje odwrotną: to wymagania programu 4P sprawiają, że „pojawia się” potrzeba budowania nowych placówek edukacyjnych czy ośrodków zdrowia.
Efekty i defekty
Udział w programie 4P dał wielu obywatelom Filipin szansę na lepsze życie, wiarę w siebie, możliwość decydowania o własnym losie i kształtowania lepszego losu swoich dzieci. Dochody uczestników programu wzrosły, środki z programu pomagają w sfinansowaniu przyborów szkolnych czy żywności dla całej rodziny. Od momentu wprowadzenia programu, tj. od września 2007 r. do grudnia 2010 r., liczba gospodarstw domowych objętych pomocą wzrosła 100-krotnie. Prezydent Benigno Aquino III zdecydował o zwiększeniu środków przeznaczonych na 4P. W 2012 r. budżet na ten cel wynosić miał 39 miliardów pesos (tj. ok. 655 mln euro), a objęte programem miały być w sumie 3 mln gospodarstw domowych. W ogłoszonym niedawno budżecie na rok 2013 prezydent Aquino podkreśla potrzebę dalszego wdrażania w życie programu 4P6.
Przeciwnicy warunkowych transferów gotówkowych uważają, że tego rodzaju programy, przeprowadzane w zasadzie w całości przez instytucje międzynarodowe (jak Bank Światowy i inne), odciążają rząd od palących problemów społecznych i pozwalają władzom nie zauważać potrzeby dogłębnych reform. Podkreślają oni, że system nie wspiera redystrybucji dóbr, ponieważ nie oferuje się żadnego transferu od bogatych do biednych. Przeciwnie, ponieważ program finansowany jest z kredytu, tym samym obciąża przyszłych obywateli.
Tabela 1. Zasięg programu Pantawid Pamilya, transze 1–5 (do 27 czerwca 2012), bez uwzględnienia programu pilotażowego (IX–XII 2007 r.)
| Transza/rok rozpoczęcia |
Zakładana liczba gosp. domowych objętych programem |
Liczba gosp. domowych włączonych do programu |
Odsetek beneficjentów w zakładanej grupie odbiorców |
| 1 (2008) |
343 264 |
321 380 |
93,62% |
| 2 (2009) |
286 746 |
272 976 |
95,20% |
| 3 (2010) |
414 697 |
405 782 |
97,85% |
| 4 (2011) |
1 296 272 |
1 289 119 |
99,45% |
| 5 (2012) |
766 00 |
725 329 |
94,69% |
| Ogółem: |
3 106 979 |
3 014 586 |
97,03% |
Za: Pantawid Pamilyang Pilipino Program, Program Implementation Status Report, 2nd Quarter of 2012, Department of Social Welfare and Development, June 20122.
Tabela 2. Zasięg programu Pantawid Pamilya na Filipinach
| Jednostka administracyjna |
Ogółem w kraju |
Liczba objęta programem 4P |
% objęty programem 4P |
| Region |
17 |
17 |
100,00 |
| Prowincja |
80 |
79 |
98,75 |
| Miasto |
138 |
138 |
100,00 |
| Gmina |
1496 |
1261 |
84,29 |
Za: Pantawid Pamilyang Pilipino Program, Program Implementation Status Report, 2nd Quarter of 2012, Department of Social Welfare and Development, June 20124.
Tabela 3. Warunki, jakie muszą spełniać beneficjenci programu Pantawid Pamilya
| Członek rodziny |
Warunki otrzymania transferu gotówki na ochronę zdrowia |
Warunki otrzymania transferu gotówki na cele edukacyjne |
| Dzieci od 0 do 5 lat |
Regularne badania lekarskie. |
Dzieci od 3 do 5 lat muszą chodzić do przedszkola i wykazać się min. 85% frekwencją. |
| Dzieci od 6 do 14 lat |
Przyjmowanie tabletek odrobaczających dwa razy do roku. |
Dzieci muszą być zapisane do szkoły podstawowej lub ponadpodstawowej i uczestniczyć w min. 85% zajęć szkolnych. |
| Kobiety ciężarne |
Przynajmniej jedna konsultacja przedporodowa w trymestrze.Poród przeprowadzony przy udziale wykwalifikowanego personelu. |
|
| Beneficjent |
Uczestniczenie w spotkaniach dot. wspierania rodziny (tzw. family development sessions). |
|
Zwolennicy programu 4P twierdzą, że jest on bardzo przydatnym i względnie skutecznym narzędziem w walce z biedą. Sekretarz Soliman, szefowa Ministerstwa ds. Społecznych i Rozwoju, uważa, że program pomaga ubogim rodzinom nie tylko wyrwać się z dziedziczonego ubóstwa, ale też uwierzyć we własne siły. Tego rodzaju programy, skierowane siłą rzeczy na pomoc doraźną, w dłuższej perspektywie powinny być jednak wspierane przez inne inicjatywy rządu, np. tworzenie nowych miejsc pracy, budowę placówek edukacyjnych, kulturalnych i medycznych oraz działania na rzecz bardziej sprawiedliwego podziału dóbr.Warto pamiętać, że wiele problemów Filipin, w tym ubóstwo, jest w znacznej mierze skutkiem liberalnej polityki kolejnych rządów, wprowadzających np. jednostronne obniżenie taryf na importowane towary. W wyniku takiej polityki towary sprowadzane z zagranicy mogą konkurować bez przeszkód z lokalnie produkowanymi. Natomiast wyroby filipińskie nie mają większych szans przebicia się na rynku międzynarodowym, głównie przez bardzo wysokie taryfy celne narzucane przez inne kraje. Władze Filipin nigdy nie negocjowały redukcji stawek na swoje towary, czego wynikiem jest duża dysproporcja między tymi importowanymi a eksportowanymi. Gospodarka oparta na wpływach z inwestycji zagranicznych oraz eksporcie surowców sprawiła, że Filipiny są wciąż krajem bardzo podatnym na najmniejsze zachwiania światowego rynku. Prywatyzacja edukacji i opieki zdrowotnej doprowadziła do podziału społeczeństwa na tych, których stać na te usługi, i resztę – zdaną na samych siebie. Zgoda władz na wieloletnią dzierżawę olbrzymich terenów przez międzynarodowe korporacje sprawiła, iż tysiące rolników straciło jedyne źródło utrzymania.W tym kontekście wszelkie działania naprawcze są wskazane i niezbędne. Program 4P w opinii umiarkowanych zwolenników – takich jak np. znany działacz społeczny i krytyk neoliberalnej globalizacji Walden Bello – jest przydatnym narzędziem, jednak nie stanowi rozwiązania kluczowych problemów i wyeliminowania ich przyczyn. Jego zdaniem główną rolę w walce z ubóstwem powinny odgrywać stopniowe wycofywanie się z polityki neoliberalnej, reforma rolna oraz umorzenie długów zagranicznych Filipin (wg danych Banku Centralnego Filipin z września 2012 r. długi Filipin wobec Banku Światowego, Asian Development Bank i innych podmiotów wynoszą 62,5 miliardów USD, stanowiąc tym samym 26,6% PKB kraju7).
Istotnym problemem związanym z właściwą realizacją programów polityki społecznej na Filipinach jest silna pozycja elit, tj. posiadaczy ziemskich, właścicieli plantacji, ludzi związanych z branżą nieruchomości itp. Sfery te, formalnie nie posiadające żadnej władzy, potrafią wciąż, tak jak 50 lat temu, skutecznie blokować wszelkie reformy, w wyniku których straciłyby część wpływów lub zysków. Bardzo trudno zatem przeprowadzić jakiekolwiek głębokie i długofalowe zmiany w kraju.
Mimo to od początku wdrażania Pantawid Pamilyang Pilipino w 2007 aż do dziś rozszerza się zakres programu. Obecnie obejmuje on ponad 30% najbiedniejszych obywateli Filipin. Wdrożenie 4P pozwoliło zmniejszyć poziom ubóstwa w najbiedniejszych rejonach kraju. Około 62% rodzin objętych programem żyło poniżej granicy biedy. Ponad 33% nie było stać na zakup dostatecznej ilości żywności. Pieniądze otrzymane w ramach programu 4P pozwoliły więc tym ludziom zaspokoić podstawowe potrzeby, związane głównie z wyżywieniem rodziny. Według danych Banku Światowego dzięki programowi o ponad 13 punktów procentowych udało się zmniejszyć liczbę osób zagrożonych niedożywieniem lub głodem.Transfery gotówkowe znacznie wpłynęły na wzrost zarobków: z wyliczeń Banku Światowego wynika, że dochody beneficjentów wzrosły per capita o ok. 12%. Jednocześnie poziom ubóstwa spada średnio o 2,6 punktu procentowego na rok, dzięki 4P udaje się też obniżyć różnicę w dochodach między mieszkańcami średnio o 3,6 punktu procentowego rocznie. Poza poprawą warunków życia i pomocą w zaspokojeniu podstawowych potrzeb program 4P – podobnie jak tego rodzaju programy w Brazylii czy Meksyku – przyczynia się do znacznej poprawy poziomu wykształcenia i zdrowia dzieci. Dane z pięciu kolejnych cykli programu Pantawid Pamilya wskazują, że co roku w wycinkowo wybranych okresach dwóch miesięcy ponad 96% dzieci w wieku 3–5 lat uczęszczało regularnie na zajęcia szkolne, podobną frekwencję (ponad 97%) wykazywały dzieci w wieku 6–14 lat. Jeśli zaś chodzi o zobowiązania beneficjentów (rodziców) dotyczące regularnych badań lekarskich dzieci, tu także widać znaczący postęp: ponad 95% dzieci w wieku 0–5 lat oraz kobiet ciężarnych poddawało się regularnym badaniom lekarskim oraz koniecznym szczepieniom ochronnym, zaś 98% dzieci w wieku 6–14 lat regularnie przyjmowało tabletki przeciw pasożytom. Z kolei rodzice w przeważającej większości (96%) uczestniczyli w warsztatach rozwoju osobistego, przedsiębiorczości itp.8Oczywiście są to jedynie dane z krótkiego okresu. Podobnie jak w programach w Meksyku czy Hondurasie, dane wskazują także na spore zaniedbania jeśli chodzi o frekwencję szkolną starszych dzieci i o uczestnictwo w obowiązkowych badaniach lekarskich. Wydaje się jednak, że główne zadania programu Pantawid Pamilya są realizowane z dużym powodzeniem. Nakłady na zapewnienie odpowiednich warunków życia, nauki i opieki zdrowotnej dla najmłodszych obywateli i ich rodzin dają milionom najuboższych dzieci szansę na wyrwanie się z biedy i pozwalają na lepszy start w dorosłe życie. Dzięki stosunkowo sprawnej organizacji i dobremu systemowi definiowania i wyłaniania beneficjentów transferów gotówkowych, program Pantawid Pamilya obejmuje zasięgiem ponad 90% przedstawicieli 40-procentowej, najbiedniejszej części populacji Filipin i pozwala dotrzeć do największej liczby beneficjentów w porównaniu z wcześniejszymi programami pomocy społecznej. Na potrzeby 4P stworzono też olbrzymią bazę danych o obywatelach Filipin, ich warunkach życia, poziomie wykształcenia, infrastrukturze poszczególnych rejonów kraju. Te informacje, wcześniej zbierane wyrywkowo i chaotycznie, stanowią przydatne źródło wiedzy także dla innych projektów pomocowych, a know how organizacji wdrażających program 4P stanowi doskonałą podstawę do realizacji podobnych programów w innych krajach regionu.
Mimo mniej lub bardziej uzasadnionych krytyk program Pantawid Pamilya jest, jak dotychczas, najbardziej efektywnym sposobem walki z ubóstwem na Filipinach. Promuje aktywność i dyscyplinę, ale przede wszystkim stwarza szanse na podstawową edukację dzieciom, które dotychczas musiały pracować, zamiast się uczyć, oferuje opiekę medyczną matkom, dzieciom i kobietom ciężarnym, których do tej pory nie było stać na podstawowe usługi medyczne. Mimo „bagażu” nie zawsze uczciwych praktyk, jakie na Filipinach są wpisane w prawie każdą działalność publiczną, program ten jest dobrym krokiem w kierunku bardziej sprawiedliwego społeczeństwa i efektywniejszej polityki społecznej państwa.
Przypisy:
- Według ostatnich dostępnych danych z 2009 r., opublikowanych w 2010 r. przez Bank Światowy: http://www.nscb.gov.ph/pressreleases/2012/PR-201207_PP1_08_fies.asp
- www.dswd.gov.ph/wp…/2012/09/2ndqtr2012.pdf
- http://www.nscb.gov.ph/
- www.dswd.gov.ph/wp…/2012/09/2ndqtr2012.pdf
- http://www.bles.dole.gov.ph/
- http://www.gov.ph/2012/07/24/2013-budget-message-
of-president-aquino/
- http://www.philstar.com/business/2012/09/22/851524/phl-external-debt-17–625-b
- Luisa Fernandez, Rosechin Olfindo, Overview of the Philippines’ Conditional Cash Transfer Program: The Pantawid Pamilyang Pilipino Program (Pantawid Pamilya), „Philippine Social Protection Note” Maj 2011, nr 2, s. 11.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę.
Artykuł 1. ustawy o ochronie zwierząt
z dnia 21 sierpnia 1997 r.
Jesienią 2011 roku ukazał się raport Najwyższej Izby Kontroli zawierający ustalenia po kontroli w schroniskach dla zwierząt. Jego wnioski nie są pokrzepiające. Także dla zwolenników tezy, że „prywatne jest lepsze”. Jak się okazuje, nasi „bracia mniejsi” najczęściej padają ofiarą złego traktowania właśnie w prywatnych schroniskach. Nie bez winy są również samorządy. Ale zły los zwierząt wiele mówi również o kondycji społeczeństwa obywatelskiego w Polsce i o tym, dlaczego naprawdę podejmowane są inicjatywy, które w teorii powinny służyć szlachetnym celom.
Przypomnijmy główne nieprawidłowości, na które zwróciła uwagę NIK w swoim raporcie (dostępnym pod tym adresem). Wynika z niego, że ponad połowa kontrolowanych schronisk dla psów i kotów jest przepełniona. W części z nich zwierzęta są od razu uśmiercane. Chociaż ich liczba w schroniskach rośnie, program zapobiegania bezdomności czworonogów realizuje tylko co trzecia gmina. Ponadto gminy znacznie ograniczają swoje obowiązki nadzorcze wobec podmiotów prowadzących schroniska – kontrolowane są co najwyżej instytucje samorządowe tego typu. W placówkach prywatnych, do których również trafiają pieniądze podatników na mocy umów, jakie zawierają z nimi poszczególne gminy, żaden nadzór zazwyczaj nie istnieje. Osobna kwestia to warunki bytowe i sanitarne w takich przybytkach – nierzadko są to zwykłe umieralnie.
Równie niepokojące są dane bardziej szczegółowe. W gminach skontrolowanych przez NIK stwierdzono następujące nieprawidłowości: a) w 12% jednostek nie przyjęto uregulowań organizacyjnych i prawnych dotyczących wyłapywania bezdomnych zwierząt oraz rozstrzygania o dalszym postępowaniu z nimi; b) w 44% gmin nie określono wymagań, jakie powinien spełniać przedsiębiorca prowadzący schronisko lub inną działalność w zakresie ochrony bezdomnych zwierząt, c) 32% gmin zlecało odławianie bezdomnych zwierząt podmiotom nie posiadającym zezwoleń na taką działalność; d) 24% gmin nie wykonywało albo niewłaściwe wykonywało kontrole usług wyłapywania zwierząt. Natomiast nieprawidłowości stwierdzone w schroniskach polegały głównie na: a) przepełnieniu – odnotowanym w 55% placówek; b) niespełnieniu przez 24% placówek części wymagań weterynaryjnych dotyczących pomieszczeń i wybiegów dla zwierząt oraz stanu technicznego użytkowanych obiektów; c) nierzetelnym i niezgodnym z obowiązującymi przepisami prowadzeniu w 33% schronisk ewidencji i kartotek przebywających tam zwierząt.
Od czasu opublikowania raportu NIK nie wszystko zmieniło się na lepsze. – Schroniska są prowadzone przez prywatne podmioty, które zarabiają na wyłapywaniu bezdomnych zwierząt. To działalność komercyjna. A żeby zarabiać, niekoniecznie trzeba się zwierzętami opiekować – eufemistycznie komentuje sprawę Agnieszka Pawlicka z Fundacji Rottka. Organizacja, którą założyła moja rozmówczyni, zajmuje się przede wszystkim ratowaniem starych i chorych bezdomnych psów, interwencjami i sprawdzaniem warunków, w jakich zwierzęta przebywają. Ponadto ludzie z Rottki kontrolują, jak przeprowadzane i wykonywane są umowy z gminami, a także czy osoby, które wyłapują zwierzęta i zawożą je do schronisk, posiadają na to stosowne zezwolenia. Zdaniem Pawlickiej dla gmin głównie liczą się dwie kwestie: żeby było tanio i żeby pozbyć się psa/kota.
Jak dokładnie wygląda ten proceder? – Pan lub pani X zakłada spółkę i chce zarabiać na wyłapywaniu bezdomnych zwierząt. W związku z tym będą oszczędzali na wydatkach, czyli ograniczali koszty bud, ich ocieplenia, jedzenia dla zwierząt, wybiegów, leczenia, sterylizacji. A ponieważ gminie zależy na tym, aby było jak najtaniej, to osoba, która prowadzi schronisko, musi dać niską cenę. Takie schroniska to teren prywatny – organizacje, które chcą sprawdzić warunki w nich, bardzo często nie są wpuszczane – wyjaśnia pani Agnieszka. Nierzadko gmina płaci jednorazową stawkę wedle metody: w określonym dniu dany pies został złapany przez hycla w zamian za ustaloną kwotę. Tu zwykle kończy się jakakolwiek kontrola ze strony instytucji samorządowych. Później nikt się nie interesuje losem psa, więc można go zagłodzić, uśmiercić. Często zdarza się też tak, że zwierzę złapane w jednej gminie jest wypuszczane w innej i łapane kolejny raz. I następna gmina za to płaci. Tak robi się złoty interes na bezdomnych, schorowanych, nieszczęśliwych istotach.
A jaka w tej sytuacji jest rzeczywistość wielu schronisk? – Porównując standardy placówki, w której pracuję, z innymi schroniskami, widzę skalę problemu. Słabo wyposażone gabinety weterynaryjne, brak indywidualizacji opieki nad zwierzęciem, instrumentalne traktowanie, brak całodobowego nadzoru nad zwierzętami oraz brud – to grzechy większości tego typu instytucji – mówi Joanna Lamparska, pracownica schroniska „Hotel dla zwierząt”, która zajmuje się adopcjami podopiecznych placówki, a prywatnie pomaga seterom i innym potrzebującym psom. – Problem stanowi też brak gminnych, małych schronisk. Przecież dokładniej zajmiemy się dwudziestoma psami niż tysiącem. Ponadto nie tylko jakość schronisk, ale i działań organizacji prozwierzęcych zależy również od ich ukierunkowania: czy faktycznie nastawione są na pomoc, czy fundusze idą na bezdomne zwierzęta… czy też zwierzęta są z nich okradane – stwierdza. Podobnego zdania jest Karolina Gadalska z warszawskiej Fundacji Mikropsy: Pieniądze to nie wszystko – nie każda fundacja potrafi dobrze i efektywnie nimi zarządzać. Znam przykłady, gdzie pomoc, jaką otrzymały zwierzęta, była niewspółmiernie mała pomimo wysokich nakładów finansowych.
Jak wygląda los zwierząt w schroniskach źle zarządzanych z premedytacją lub ze względu na ludzką nieudolność i niefrasobliwość? Magdalena Kordas, również działająca w Fundacji Mikropsy, opowiada: Zamiast dwóch psów jest w kojcu przetrzymywanych sześć. Powoduje to, że słabsze osobniki są eliminowane. Psy nie są wyprowadzane na spacery, walczą o jedzenie czy wodę. Często w kojcu jest za mało bud, więc słabsze osobniki śpią na betonie, co przy jesienno-zimowych temperaturach w Polsce powoduje, że chorują. Wiele także pozostawia do życzenia czystość w boksach. A pies przecież nie poskarży się, że ma brudno. Boksy budowane są często bez pomyślunku. Brak odpływów, budowanie na równym terenie – podczas deszczu zwierzaki stoją po brzuchy w wodzie, brodząc we własnych odchodach. To również powoduje choroby, przede wszystkim przeziębienie czy choroby skóry.
Istotnym problemem jest chaos organizacyjny, na który nakładają się „prywatyzacja” schronisk, organizacyjny bałagan w skali mikro i makro oraz urzędniczy „tumiwisizm”. Świetnie to widać na przykładzie chipowania zwierząt. Niewiele gmin to robi, do tego w bazach danych panuje znaczny galimatias. – Bywa tak, że jeżeli psy są w stadzie, w którym jest na przykład dwadzieścia sztuk, to nawet jeżeli urzędnik przyjdzie sprawdzić zwierzę, to pracownicy nie są w stanie złapać właściwego psa i sprawdzić chipa, bo psy się gryzą między sobą, nie chcą podejść. Często jest też tak, że w schronisku jest pies, który ma trzy chipy, a baza danych obejmuje tylko dane schronisko, nie jest częścią żadnego ogólnopolskiego systemu. Ponadto chipy pod skórą się przemieszczają. Kiedy pies trafia do schroniska, to sprawdza się na karku, gdzie najczęściej się chipy zakłada, a urządzenie jest już często głębiej w ciele. I wówczas jest w ogóle nie do odczytania. Część schronisk nie ma czytników, również straż gminna ich nie posiada – tłumaczy Agnieszka Pawlicka.
Jej zdaniem działalność komercyjna nie sprawdza się w tej dziedzinie, ponieważ właśnie chęć łatwego zysku prowadzi do licznych nadużyć i patologii w obrębie systemu. Z jednej strony marnotrawione są publiczne pieniądze, gdyż przy dzisiejszym stanie rzeczy żadne problemy nie są właściwie rozwiązywane. Z drugiej natomiast samorządy mają kłopoty finansowe: jeśli brak pieniędzy na dożywianie dzieci w szkołach, to kto będzie przejmował się niskimi nakładami gmin na zapobieganie bezdomności zwierząt? Obecna sytuacja sprzyja cichej zmowie milczenia między instytucjami samorządowymi, które wydają pieniądze podatnika, a „psimi przedsiębiorcami”. Urzędnicy mogą udawać, że nie wiedzą nic o fatalnych warunkach w schroniskach, a prywatni właściciele schronisk nie muszą obawiać się nadzoru i kar – nawet jeśli umieralność zwierząt wynika z zaniżania kosztów utrzymania schronisk, to i tak rzadko kogo zainteresuje ten fakt.
Magdalena Kordas opisuje ów proceder tak: Każda gmina ustala coroczny budżet na psy. W budżecie powinny być uwzględnione opieka weterynaryjna, obowiązkowe kastracje zwierząt, szczepienia i utrzymanie. Z całego budżetu przeznaczonego na psy najwięcej zarabia hycel, który za odłowienie psa otrzymuje, w zależności od gminy, od kilkuset do nawet kilku tysięcy złotych. To on zgarnia największą pulę. Po opłaceniu prądu, czynszu za pomieszczenia biurowe i socjalne, pensji pracowników i kierownika zostaje „coś” na psy. Często kwota jest niewystarczająca, aby podjąć leczenie, i pies zostaje uśpiony. Ale jest w tym wszystkim również coś więcej, co dobrze znamy z polskich realiów: Właściciel schroniska dobrze zna się z weterynarzem powiatowym, który de facto nigdy nie widzi tego, co widzą przedstawiciele fundacji czy wolontariusze. Burmistrz czy wójt to dobry kumpel z czasów szkolnych lub innych znajomości, a lekarz weterynarii praktykuje swoją wiedzę na koniach i krowach, nie znając się np. na oczach psów czy kotów. I tak biznes się kręci.
Nieco inną perspektywę ma Jagoda Kosmala, prezes Głogowskiego Stowarzyszenia Pomocy Zwierzętom AMICUS: Znamy gminy, które oprócz tego, co zgodnie z ustawą muszą robić, czyli zapewnienia psom miejsca w schronisku, pomagają dodatkowo szukać dla nich nowych domów. Po nowelizacji ustawy, odkąd ten nacisk na zapewnienie zwierzętom miejsca w schronisku jest większy, można zauważyć, że bardzo wiele gmin zaczyna nagle szukać schroniska, z którym mogłoby podpisać umowę. Niestety największą bolączką jest fakt, że w Polsce nie ma takiej ilości schronisk, która mogłaby pomieścić psy ze wszystkich gmin. Z kolei pani Lamparska uważa, że zaletą obecnego ustawodawstwa są wyższe kary za znęcanie się nad zwierzętami i zakaz handlu psami na targowiskach. – Uważam również za istotne wymuszenie na gminach opracowania programu opieki, choć znam gminy, które go nie mają, i nie bardzo ma je kto upomnieć – opowiada.
Jedną z ważniejszych spraw, którą akcentują osoby zajmujące się pomocą dla zwierząt, jest kwestia sterylizacji i kastracji. Zdaniem Karoliny Gadalskiej to jedyna skuteczna metoda ograniczania populacji bezdomnych zwierząt. Służy przy tym znacznemu zmniejszeniu ryzyka występowania szeregu chorób u psów, takich jak ropomacicze, rak sutka, rak jąder i prostaty, hormonozależne choroby skóry. – Oprócz uwrażliwiania ludzi niezbędne jest też nałożenie na schroniska obowiązku bezzwłocznego (po kwarantannie) przeprowadzenia zabiegu sterylizacji/kastracji u wszystkich nowo przybyłych zwierząt – twierdzi Gadalska. Ustawa o ochronie praw zwierząt zawiera odpowiedni zapis: Rada gminy wypełniając obowiązek, o którym mowa w art. 11. ust. 1., określa, w drodze uchwały, corocznie do dnia 31 marca, program opieki nad zwierzętami bezdomnymi oraz zapobiegania bezdomności zwierząt. 2. Program, o którym mowa w ust. 1., obejmuje obligatoryjną sterylizację albo kastrację zwierząt w schroniskach dla zwierząt (Ustawa o ochronie praw zwierząt, rozdział 2. art. 11a. ust. 2. punkt 4.). Jednak niewiele schronisk stosuje się do niego i sterylizuje/kastruje swoich podopiecznych, a w niektórych schroniskach psy są rozmnażane. – Obowiązek sterylizacji i kastracji powinien też dotyczyć wszystkich organizacji działających na rzecz bezdomnych zwierząt, ponieważ nie wszystkie uważają sterylizację za priorytet, a nie pilnując tego, przyczyniają się do zwiększenia bezdomności – dodaje Gadalska.
Jedną z kolejnych polskich bolączek jest bezradność prawa i instytucji wobec prywatnych, niekontrolowanych „rozmnażalni psów”, które ustawa pozwala rejestrować jako stowarzyszenia. Joanna Lamparska stwierdza: Ogromnym mankamentem ustawy o ochronie praw zwierząt jest przyzwolenie na rozmnażanie zwierząt w zarejestrowanych hodowlach. Powstało wiele stowarzyszeń pseudo-hodowli wystawiających swoim kundelkom (w typie rasy) własne rodowody i sprzedających kundelkowe mioty w wygórowanych cenach. Ceny tych psów skoczyły z 200 do nawet 1000 zł. Wiele z tych nowo narodzonych istnień jest okupionych męczarnią swoich matek. Suki rodzą co cieczkę, a warunki przetrzymywania zwierząt zostawiają wiele do życzenia lub wręcz są tragiczne. Na inne problemy z tego typu podmiotami wskazuje Jagoda Kosmala: Kupujemy psa z takiej hodowli, która działa niestety zgodnie z prawem, a później okazuje się, że pies pod względem wyglądu oraz charakteru różni się od znanego nam wzorca ustalonego przez Międzynarodową Federację Kynologiczną. W organizacjach powstałych tylko po to, żeby ominąć ustawę, nie patrzy się na charakter psa – często rozmnażane są osobniki agresywne, co później może prowadzić do tragedii.
Poza tym rzadko kiedy i rzadko kto jest karany za znęcanie się nad zwierzętami. W większości przypadków sprawy są umarzane, prawie nigdy nie udaje się doprowadzić do skazania osób winnych okrucieństwa wobec czworonogów. Prokuratura i policja starają się jak najmniej energii poświęcać tego typu kwestiom. Sądy traktują „zwierzęce sprawy” ze znaczną pobłażliwością. – Ostatnio zdarzył się przypadek: właściciel miał psa chorego na nowotwór i wyrzucił go. W uzasadnieniu umorzenia podano, że to nie właściciel spowodował chorobę, że nie miał środków na leczenie i że nie wiedział, co robić – opowiada Pawlicka.
Podobnie jest ze stróżami prawa. Pani Gadalska opowiada: Polskie prawo jest mało restrykcyjne, ale w podstawowym wymiarze zabezpiecza interesy zwierząt. Niestety o wiele gorzej wygląda kwestia jego znajomości i egzekwowania. Dopiero niedawno pojawił się precedens, gdy sprawcy bestialskiego zabójstwa psa zostali skazani na karę więzienia. Takie wyroki powinny być standardem, bo ustawa o ochronie zwierząt daje takie możliwości. Niestety sądy wykazują się dużą pobłażliwością w stosunku do sprawców takich przestępstw. Innym przykładem nieegzekwowania i nieznajomości prawa jest postawa policjantów, którzy wzywani do incydentu zazwyczaj nie podejmują działań, do których są zobligowani ustawą. Często zachowują bierną postawę, która jest cichym przyzwoleniem dla właściciela psa na dalsze bestialskie zachowanie. Policja nie chce się angażować w sprawy związane z ochroną praw zwierząt, niejednokrotnie wykazując się brakiem znajomości ustawy. A to właśnie oni powinni być pierwszą linią obrony w sytuacjach zagrożenia życia lub zdrowia zwierzęcia.
Inny problem to znieczulica społeczna i brak odpowiedniej edukacji, które przekładają się także na przestrzeganie i interpretację prawa. To właśnie „przeciętni obywatele” nie reagują na złe zachowania wobec czworonogów. – Wiele osób traktuje zwierzęta jak rzeczy, niespecjalnie posiadające jakiekolwiek prawa. Nawet jeśli ktoś widzi złe traktowanie na przykład psa, to nie chce tego zgłosić – dla świętego spokoju, bo nie chce być świadkiem w sądzie – mówi Pawlicka. Karolina Gadalska dodaje: Z pokolenia na pokolenie przekazywane są stereotypy umiejscawiające zwierzęta jedynie nieco wyżej od rzeczy materialnych. Nawet sama ustawa nie prostuje tych zabobonnych przekonań, nadal zawierając taki oto zapis: „W sprawach nieuregulowanych w ustawie do zwierząt stosuje się odpowiednio przepisy dotyczące rzeczy” (Ustawa o ochronie zwierząt, rozdział 1. art 1. pkt 2.). Gdyby w mediach mówiło się więcej na ten temat, być może pomogłoby to w uświadomieniu naszego społeczeństwa. Telewizja i prasa mają bowiem nieocenioną siłę nośną. Jednak pojawiają się też głosy, że paradoksalnie sytuacja, w której media informują o wyrokach skazujących w sprawach, gdzie dochodzi do szczególnego okrucieństwa wobec zwierząt, sprawia, iż opinia publiczna jest przekonana, że to norma, a nie rzadki wyjątek.
Przy wszystkich mankamentach polskich realiów często dobre imię nas – ludzi – ratują organizacje obywatelskie. Jedną z nich jest Fundacja Mikropsy. Działa dzięki siatce domów tymczasowych dla psów. Zwierzęta trafią do „rodzin zastępczych” i tam są leczone, socjalizowane, poddawane zabiegom sterylizacji i kastracji. Pies uczony jest także podstawowych zasad życia domowego: utrzymywania czystości, chodzenia na smyczy, obcowania z nieznajomymi ludźmi oraz z innymi zwierzętami. – Wolontariusze z całej Polski przesyłają nam zdjęcia oraz opisy psiaków bytujących w schroniskach, porzuconych przy drogach czy w lasach. Otrzymujemy także zgłoszenia dotyczące psów maltretowanych, zaniedbywanych, głodzonych przez właścicieli lub takich, które służą właścicielom jako źródło utrzymania i są maszynkami do rodzenia szczeniąt sprzedawanych później za kilkaset złotych. Mamy więc pod swoją opieką również psy odbierane interwencyjnie z koszmarnych warunków – opowiada Gadalska.
Podopieczni fundacji dostają własne imiona i numer. Zwierzak ma także portfolio, album ze zdjęciami, powstaje zgodny ze stanem faktycznym opis jego potrzeb, zalet i problemów. – Wtedy zaczynamy ogłaszać psy na portalach internetowych. Ludzi, którzy zgłaszają się do nas w sprawie adopcji, weryfikujemy na podstawie ankiet i wizyt przedadopcyjnych. Finałem jest chwila, gdy przywozimy psinę do nowego domu i podpisujemy w nim umowę adopcyjną, jasno określającą prawa i obowiązki przyszłego opiekuna. Z nowymi właścicielami naszych podopiecznych zostajemy w stałym kontakcie, telefonicznym, mailowym, a od czasu do czasu również osobistym – opisuje procedurę działaczka z Fundacji Mikropsy.
W powszechnej opinii zwierzęta, w tym psy, najgorzej traktowane są na wsi. Ta kwestia pojawiła się także w wypowiedziach polityków. Poseł Eugeniusz Kłopotek z PSLPSL stwierdził kiedyś: „Taka polska tradycja, żeby był pies uwiązany”. Polska wieś kojarzy się zatem z psem trzymanym na krótkim łańcuchu, z boleśnie wżynającą się w szyję obrożą, z ciasną klatką i brudem. Jednak Pawlicka stwierdza: Skąd się biorą psy wyrzucane w las przed wakacjami? Nie z polskiej wsi. Chłop nie pojedzie wyrzucić psa, on go zabije siekierką, utopi, ale nie będzie go wkładać do samochodu, żeby pojechać 40 czy 50 km, wywieźć do lasu. Większość wyrzuconych psów to zwierzęta, które mieszkały w miejskich aglomeracjach, z pewnością 90–95% z nich. Ale Joanna Lamparska podkreśla, że także sytuacja zwierząt na wsi wciąż pozostawia wiele do życzenia: Na wsiach ciągle spotykamy psy przykute do łańcucha, które nie mają odpowiednich warunków do życia, często są to zwierzęta zaniedbane (skołtunione, wychudzone, nieleczone). Jeśli chodzi o znajomość praw zwierząt, to uważam, że w miastach jest ona wyższa. W pewien sposób wymuszają to na nas otoczenie, sąsiedzi, administracja. Karolina Gadalska uważa, że sytuacja zwierząt w mieście jest lepsza: W dużych miastach zwierzęta spełniają najczęściej rolę towarzyszy, ich właściciele mają większy dostęp do opieki weterynaryjnej oraz sklepów z akcesoriami dla zwierząt. Na wsi pokutuje pogląd, że zwierzę powinno spełniać funkcję użyteczną, dlatego też lepiej traktowane są zwierzęta hodowlane, a gorzej psy, których jedyną funkcją jest stróżowanie. Ponieważ niska jest również świadomość społeczna dotycząca sterylizacji i kastracji zwierząt, ich niekontrolowany rozród powoduje, że zamiast leczyć czy dobrze karmić swojego psa, właściciel woli w miejsce chorego zwierzęcia wziąć nowe, zdrowe.
Co mogłoby pomóc? Zdaniem osób pracujących na rzecz zwierząt potrzeba nie tylko środków z budżetu państwa. Również samorządy mogłyby prowadzić międzygminne schroniska. Gdyby kilka gmin wspólnie znalazło teren, wybudowało schronisko i je kontrolowało, to łatwiej byłoby o sfinansowanie inwestycji i zadbanie o prowadzenie jej zgodnie z prawem i zasadami humanitarnymi. Jednak urzędnicy nawet nie podejmują takich prób. Natomiast Jagoda Kosmala uważa, że Schroniska powinny być prowadzone przez organizacje społeczne, których statutowym celem działania jest ochrona zwierząt, a nie przez osoby prywatne. Na pewno poprawiłoby to los wielu zwierząt. Na jeszcze inną kwestię zwraca uwagę Anna Gorajska, wolontariuszka zajmująca się przede wszystkim bezdomnymi kotami, pracująca dla jednej z łódzkich fundacji prozwierzących: W Polsce każdy może pracować w schronisku, więc często są to ludzie, którzy nie są w stanie znaleźć innej pracy, niekoniecznie nawet lubiący zwierzęta. A przykładowo w Niemczech działają trzyletnie szkoły kształcące przyszłych pracowników takich podmiotów: to zawód jak każdy inny, trzeba się do niego porządnie przygotować.
Czy prawo aktualnie obowiązujące w Polsce w znaczącym stopniu przyczynia się do efektywnych zmian na lepsze? Zdaniem Agnieszki Pawlickiej obecne rozwiązania mają w dużej mierze charakter fasadowy. – Panują różne opinie na temat prawa w Niemczech czy w Danii. Tam zwierzęta są usypiane po sześciu miesiącach, jeśli nie znajdzie się dla nich dom – może to budzić wiele wątpliwości. Ale czy lepiej przez dziesięć lat trzymać je w schronisku na łańcuchu i karmić co trzeci dzień? W tej chwili w Polsce jedno, z czym na pewno mamy do czynienia, to – chcę mocno te słowa podkreślić – ogrom bezdomnych zwierząt. A prawo w obecnej formie przede wszystkim sprzyja temu, by zarabiać na bezdomnych zwierzętach.
Jako pozytywy polskiego prawa Karolina Gadalska wskazuje np. wprowadzenie w nowelizacji zapisu o zakazie handlu zwierzętami domowymi oraz hodowania ich w celach handlowych, ograniczenie więzienia psów przy budach na krótkich łańcuchach (w tej chwili długość uwięzi to co najmniej 3 metry) czy w kojcach (mogą bytować w ten sposób do 12 h na dobę). Dodaje ona jednak, że wprowadzenie tych zmian to dopiero początek, bo w tej chwili mamy do czynienia z martwym prawem. Obecne przepisy umożliwiają także interweniowanie w trudnych sprawach. – Upoważniony członek organizacji, której statutowym celem jest ochrona zwierząt, może w sytuacjach zagrażających życiu lub zdrowiu zwierzęcia podjąć decyzję o odbiorze go właścicielowi – niestety często inne instytucje nie chcą się w to mieszać i wolą udawać, że nic się nie dzieje – mówi Jagoda Kosmala.
Karolina Gadalska opowiada, że w ramach działalności w jej fundacji największy nacisk kładzie się na edukację dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym. Chodzi bowiem nie tylko o to, aby przeciwdziałać skutkom obecnej sytuacji, ale także im zapobiegać: Uwrażliwiamy najmłodszych na potrzeby psów, uczymy, jak zajmować się pupilami, opowiadamy o radości, jaką można czerpać z kontaktu z psem, zaznaczając jednocześnie, jak duży jest to obowiązek. Ważnym tematem jest dla nas również zachowanie bezpieczeństwa w kontaktach z czworonogami. Żeby zajęcia były dla dzieci ciekawe i zakorzeniały w ich świadomości jak najwięcej istotnych dla nas rzeczy, w prelekcjach towarzyszą nam specjalnie do tego celu przygotowane, zrównoważone, zdrowe, łagodne psy (wszystkie adoptowane ze schronisk). Mam nadzieję, że dzięki edukacji uda nam się coś zmienić i stworzyć bardziej świadome przyszłe pokolenie. Jagoda Kosmala uważa, że bardzo często nieodpowiednie podejście do zwierząt nie wynika ze złej woli, lecz po prostu z niewiedzy – zwykle poważna, dobrze uargumentowana rozmowa wystarczy, aby właściciel zmienił podejście do swoich czworonogów.
Joanna Lamparska akcentuje wyzwania właśnie z tej dziedziny: Wciąż brakuje odpowiedniej edukacji, wychowania już w najmłodszych latach w poszanowaniu naszych braci mniejszych, brakuje nauki wrażliwości oraz uświadamiania w kwestii tego, że zwierzęta mają swoje prawa i że ich łamanie jest przestępstwem. Ilość zwierząt porzuconych i nigdy przez nikogo nie szukanych, ilość drastycznych przypadków okrucieństwa i znęcania się nad nimi rysuje bardzo ponury obraz ludzkich postaw i naszej kultury.
Autor chciałby podziękować za pomoc przy pisaniu tekstu Marii Apoleice, Ilonie Darmach, Marii Szpunar.
Karolina Gadalska w trakcie przygotowywania tekstu kończyła współpracę z Fundacją Mikropsy.
Poniżej prezentujemy list naszej Czytelniczki, nadesłany po lekturze tekstu Krzysztofa Wołodźki o sytuacji bezdomnych zwierząt:
Dla zwierząt?
Moja trzecia w tym roku próba uaktywnienia się w walce o prawa zwierząt w organizacjach warszawskich. Strona internetowa zachęca do zgłoszenia się na wolontariat. Instrukcja mówi jasno żeby wypełnić formularz i dostarczyć do biura. Jadę na Wolę pełna nadziei i zapału. Wcześniej dzwonię na numer podany na stronie, ale nikt nie odbiera. Znajduję siedzibę organizacji z wielkim plakatem przed wejściem. Niechętnie otwiera mężczyzna, którego imienia nigdy nie poznałam.
– Dzień dobry, chciałabym do Was dołączyć. Na stronie jest napisane, że można się zgłosić więc się zgłaszam. Mam wypełniony formularz. Stoję przed drzwiami siedziby organizacji, obok tablicy dumnie wymieniającej sponsorów. Pan X patrzy na mnie jak bym się urwała z choinki i w końcu słyszę:
– Chodzi o wolontariat? Proszę przyjść jutro.
– Ale jechałam przez całe miasto żeby tu przyjechać.
– No dobrze, proszę.
– Pewnie Pan jest zajęty? – Pytam z nadzieją, że dzieje się tam coś ważnego i dlatego nie może mi poświęcić chwili.
Siedzimy na korytarzu. Zamknięta postawa, skrzyżowane ręce, skrzyżowane nogi. Ogląda moje zgłoszenie.
– To jak Pani zamierza pomagać, skoro Pani musi jechać przez całe miasto?
– Chodzi mi o to, że poświęciłam dziś swój czas, wyrwałam się z pracy.
– To Pani pracuje? – Wyrzut w głosie. Jakby praca przekreślała moje i tak już raczej marne szanse stania się wolontariuszką tej Organizacji Pożytku Publicznego.
– No skoro to ma być wolontariat to chyba muszę z czegoś żyć.
Brak komentarza. Chyba dałam znać, że jestem chętna opłacać składki.
– Proszę, zapraszam.
Wchodzę do biura gdzie drugi mężczyzna siedzi przy komputerze i chodzą dookoła dwa psy.
– Proszę się nie bać. – Słyszę i odpowiadam:
– Ale ja się nie boję.
– To źle, że się Pani nie boi, to są zwierzęta.
Pan X prosi mnie o złożenie podpisu pod formularzem.
– I już, o nic mnie Pan nie zapyta? – Pytam już wyzuta ze złudzeń o dobrej woli tej organizacji. Patrzę na przypiętą do ubrania plakietkę z nazwą organizacji i wyraźnym ‘Przekaż 1%’.
– Za chwilę, zapomniała się Pani podpisać.
– A, przepraszam. – Podpisuję się, po czym rzeczywiście pada pytanie:
– Ma Pani kopię dowodu osobistego?
– A czy to konieczne? – Pytam. Pada wymijająca, niejasna odpowiedź.
– Chyba już i tak podałam za dużo informacji o sobie.
Pan X oddaje mi dokumenty i słyszę:
– Proszę opuścić biuro. – Wskazuje mi drzwi całą długością swojego ramienia.
– Wie Pan co, przychodzę z dobrego serca a Pan mnie traktuje jak wroga.
– Proszę opuścić biuro. Patrzę na Pana Y, który siedzi przed komputerem, ale odpowiedzią jest brak reakcji.
– Co ja takiego zrobiłam? – Pytam.
– Nic Pani nie zrobiła. Proszę wyjść. – Atmosfera staje się coraz bardziej gęsta.
– Dobrze, Jezu, do widzenia. – Zamykam za sobą drzwi. W drodze powrotnej próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie: Co ja takiego zrobiłam, że zostałam wyrzucona? To, że przyszłam z ulicy żeby zgłosić się do pomocy? Dla kogo piękna strona internetowa, a zwłaszcza część, która zachęca do wstąpienia w szeregi mundurowych walczących o prawa zwierząt? O co tak naprawdę walczy ta organizacja?
Cały czas wierzę, że są ludzie, którym los zwierząt też nie jest obojętny. I bardzo chciałabym mieć takie przekonanie, że 1% podatku, który oddajemy, rzeczywiście będzie wykorzystane dla ochrony zwierząt, biednych i chorych a nie własnych interesów zarządu organizacji.
(imię i nazwisko do wiadomości redakcji)
przez Michał Sobczyk | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Zewsząd słyszymy, że należy budować „gospodarkę opartą na wiedzy”, „polską Dolinę Krzemową” itp. Produkcja żywności nie kojarzy się z motorem rozwoju ekonomicznego.
Jan Krzysztof Ardanowski: Polskie rolnictwo jest w miarę nowoczesne, możemy konkurować z silnymi krajami rolniczymi Europy Zachodniej: Niemcami, Francją, Danią czy Holandią. Co więcej, jego potencjał produkcyjny jest w znacznej mierze niewykorzystany, gdyż przez cały okres powojenny miał miejsce transfer pieniędzy z obszarów wiejskich do przemysłu, do miast. Ten potencjał należy wykorzystać w znacznie większym stopniu, z co najmniej dwóch powodów.
Po pierwsze ludzi na świecie będzie przybywać, a nowych terenów pod uprawy zbyt wielu nie ma; już teraz w niektórych regionach świata nie sposób zwiększyć produkcji rolnej bez poważnych ubocznych skutków dla przyrody i środowiska. Polska ma ok. 15 mln ha użytków rolnych, co sytuuje ją na poziomie zbliżonym do Francji i Niemiec, dlatego może być liczącym się w skali Europy producentem żywności, uzyskując z tego duże dochody.
Drugi powód sprowadza się do pytania: jeżeli zniszczymy rolnictwo, to co będziemy sprzedawać innym krajom? W obliczu upadku wielu dziedzin wytwórczości sektor produkcji rolnej zaczyna stabilizować nasz eksport, korzystając z przekonania europejskich społeczeństw, że polska żywność jest zdrowa, bezpieczna i smaczna. Oczywiście rolnictwo samo nie udźwignie całej gospodarki, musi w Polsce zaistnieć polityka proprzemysłowa, której brak woła o pomstę do nieba.
Podsumowując, warto wspierać rolnictwo, gdyż zaspokaja ono potrzeby społeczeństwa, jest szansą na poprawę bilansu handlowego, a jednocześnie stanowi część odpowiedzi na globalne wyzwania. Tymczasem wygląda na to, że dla obecnej koalicji rządzącej nie jest to istotna sprawa. Rolnictwo zostało powierzone PSL-owi, który bardziej martwi się, ile jeszcze etatów w instytucjach okołorolniczych jest w stanie zapełnić swoimi działaczami niż optymalnym kierunkiem rozwoju rolnictwa. Również Platforma wykazuje daleko posunięte désintéressement sprawami tego sektora.
Ostatnie lata były dla niego okresem sporych zmian.
Po wejściu do Unii Europejskiej, ale również podczas 10-letniego okresu stowarzyszeniowego, zaszło wiele pozytywnych przemian, m.in. unowocześnienie technologii oraz inwestycje w przemysł rolno-spożywczy. Jednocześnie pochopne przyjmowanie rozwiązań unijnych – bez zrozumienia, że zwłaszcza w przypadku produkcji na mniejszą skalę istnieje szereg możliwości odejścia od restrykcyjnych wymogów weterynaryjnych czy sanitarnych – doprowadziło do upadku bardzo wielu rzeźni, zakładów przetwórstwa mięsa czy owocowo-warzywnych. Nieuzasadnione było także zamykanie cukrowni – okazuje się, że cukru w Europie brakuje, a my zamiast być dużym producentem, stajemy się importerem.
Niestety w ostatnich latach błędy się nasilają, czego jaskrawym przykładem jest rynek wieprzowiny. Byliśmy jej ogromnym producentem, klasyczne śniadanie Brytyjczyka stanowiły jajka na polskim bekonie. „Radosna twórczość” PSL-u i Platformy sprawiła, że nie tylko eksport jest iluzoryczny, ale jeszcze na potrzeby wyżywienia własnego narodu importujemy ok. 50% mięsa wieprzowego, często mizernej jakości. To pokazuje, że rządzący Polską nie mają pomysłu na politykę wobec rolnictwa, która pozwoliłaby rozwijać jego możliwości produkcyjne, a zarazem tworzyła podstawy ekonomiczne utrzymania gospodarstw.
Również w dziedzinie nieżywnościowych surowców rolnych stajemy się coraz bardziej zależni od importu.
Od międzywojnia były one dla rolników ważnym źródłem dochodu, a jednocześnie pozwalały utrzymywać całe sektory. Len wraca do łask, niestety dostępna w Polsce odzież najczęściej wykonana jest z surowca włoskiego. Pozwoliliśmy upaść ogromnemu sektorowi produkcji lniarskiej, podobnie było zresztą z uprawami konopi.
Polska była kilkadziesiąt lat temu samowystarczalna w zakresie produkcji białka. Niemal w każdym gospodarstwie uprawiano łubin, bobik, groch czy wykę, które były później podstawą komponentów białkowych w paszach. To wszystko upadło, ponieważ całkowicie uzależniliśmy się od importu soi modyfikowanej genetycznie, której rynek opanowany jest przez kilka globalnych firm, takich jak Cargill. Niezależnie od wielce prawdopodobnej szkodliwości GMO, jest to skandalem ekonomicznym. Wydajemy rocznie ok. 4 mld zł na import soi z obu Ameryk, podczas gdy te pieniądze mogłyby zostać w kieszeniach polskich rolników – jako oszczędności lub dochody. Tym bardziej, że źródło białka paszowego mogą stanowić również śruty poekstrakcyjne roślin oleistych czy suszony wywar gorzelniany z kukurydzy, na wielką skalę wykorzystywany w Stanach Zjednoczonych. Amerykanie uzależniają świat od soi, ale u siebie nie stosują jej masowo w żywieniu zwierząt.
Nieporozumieniem są również niektóre kierunki przetwarzania produktów rolnictwa. W 2006 r. Prawo i Sprawiedliwość zainicjowało rozwój sektora biopaliw, jednak za wzrostem produkcji rzepaku nie poszły działania kolejnej ekipy rządzącej, które stymulowałyby przerób tego surowca. W efekcie co najmniej połowa produkowanego rzepaku jest wywożona do Niemiec, skąd wraca do Polski jako dodatek do paliw. Niemcy mają wartość dodaną i miejsca pracy, zostają im również śruty poekstrakcyjne, a przecież to wszystko mogłoby stanowić ważny element naszej gospodarki, oparty o surowce rolnicze.
Wracając do kwestii pasz: producenci mięsa przekonują, że import soi zwiększa bezpieczeństwo żywnościowe kraju.
Znam wyliczenia różnych domorosłych naukowców, którzy twierdzą, że gdyby go wstrzymać, to koszty produkcji żywca wieprzowego, drobiu i jaj wzrosną nawet o kilkadziesiąt procent. Jeżeli półtora roku temu soja w obrocie międzynarodowym kosztowała 900 zł, a w ostatnich miesiącach 2,5 tys. zł za tonę, to w oparciu o którą cenę była robiona powyższa kalkulacja? Przywołany argument jest całkowicie bałamutny.
W 2011 r. rząd argentyński doszedł do wniosku, że trzeba przyhamować eksport soi z tego kraju, ponieważ szkodzi to w jakiś sposób jego gospodarce. Argentyna z dnia na dzień podwyższyła cło wywozowe o 11 pkt. proc., co miało istotny wpływ na światowe ceny soi, podobnie jak ogromna susza w Stanach Zjednoczonych rok później. Czyli mamy być zależni od chimerycznych – zarówno pod względem wielkości, jak i ceny – dostaw soi, mając własne możliwości produkcji? Trzeba być durniem, żeby myśleć w ten sposób.
Argument o wzroście cen żywności pochodzi od międzynarodowych koncernów. One same trzymają się w cieniu, ich tubami propagandowymi są nieuczciwi naukowcy i naiwni działacze organizacji rolniczych, którzy widzą tylko czubek własnego nosa. Jedyne, co ich interesuje, to bieżące dostawy komponentów białkowych, ale zupełnie nie zastanawiają się nad optymalnym kształtem tego rynku.
Potrafię ich zrozumieć. Białko sojowe można kupić już teraz, produkcja pasz z krajowych surowców pozostaje postulatem.
Jestem przeciwnikiem masowego importu soi, ale nigdy ani ja, ani Prawo i Sprawiedliwość nie mówiliśmy, że należy go z dnia na dzień zakazać. Gdy w 2006 r. wprowadziliśmy zakaz importu soi modyfikowanej jako źródła białka, towarzyszyło mu dwuletnie moratorium. Okazało się ono jednak za krótkie, więc również posłowie PiS, z ciężkim sercem, zgodzili się dać rządowi dodatkowe 4 lata na zbudowanie rynku krajowych surowców białkowych. Tymczasem widzimy, że przez te lata rząd Tuska praktycznie nic w tym kierunku nie zrobił, a nawet było takie mruganie okiem: „dobra, dobra, w 2012 r. przyjdzie termin, to przedłużymy po raz kolejny”. Przy takim podejściu nigdy nie stworzymy alternatywy dla importowanej soi.
Unia Europejska oraz państwa zachodnie zaczynają się budzić w tej kwestii. Rozmawiałem niedawno z francuskim ministrem rolnictwa, Stéphanem Le Follem, który zapowiedział, że jego kraj uruchomi duży program produkcji białka ze źródeł własnych, ponieważ jest żywotnie zainteresowany uniezależnieniem się od firm amerykańskich. Nasi mędrkowie lubią się powoływać na Zachód, ale niewiele o nim wiedzą.
Jest jeszcze jeden ważny wątek tej sprawy. Jeżeli ktoś twierdzi, bo tak go w szkole nauczono, że nie można zastąpić soi w żywieniu brojlerów kurzych czy prosiąt – przy czym wielu naukowców przekonuje, że i bez niej można skonstruować znakomite i konkurencyjne cenowo pasze – to okazuje się, że można z dużym powodzeniem uprawiać soję niemodyfikowaną także w Polsce. W 2012 r. uprawiano ją u nas na ok. 1,5 tys. ha, a moglibyśmy bardzo szybko kilkudziesięciokrotnie zwiększyć ten areał. Szczególne nadzieje można wiązać z Annuszką, ukraińską odmianą, która w polskich warunkach daje nawet dwa razy wyższe plony niż soja w Ameryce. Można iść w tym kierunku, ale wymaga to przynajmniej czasowego wprowadzenia mechanizmów pobudzających rozwój produkcji, jak dopłaty do materiału siewnego czy wpisanie soi na listę roślin uprawniających do płatności uzupełniających. Zgłosiłem takie postulaty ministerstwu rolnictwa i mam nadzieję, że rozum będzie ważniejszy niż zacietrzewienie PSL-u.
Trzeba również szybko przeprowadzić badania na potrzeby dopuszczenia jakiegoś herbicydu do stosowania w uprawach soi, ponieważ w tej chwili na liście zarejestrowanych środków nie ma ani jednego i rolnicy są w pewnej pułapce. Może zresztą o to właśnie chodziło, o niedopuszczenie do uprawiania tej rośliny w Polsce? Mam nadzieję, że rząd szybko załatwi tę sprawę.
Podsumowując: nie musimy i nie powinniśmy być uzależnieni od genetycznie modyfikowanej soi amerykańskiej. Mamy ogromne możliwości produkcji komponentów białkowych, co byłoby korzystne dla rolników, reszty społeczeństwa oraz dla bilansu handlowego kraju.
Odnoszę wrażenie, że w kwestii stosowania GMO w rolnictwie świadomość ryzyka zdrowotnego i ekologicznego jest w społeczeństwie znacznie większa niż w odniesieniu do zagrożeń o charakterze ekonomicznym.
Gdy rolnik kupuje kwalifikowany materiał siewny, to nasiona z kolejnych zbiorów może wysiewać jeszcze przez kilka lat i uzyskiwać satysfakcjonujące plony. W przypadku roślin modyfikowanych nie ma takiej możliwości – umowa licencyjna wymaga, by nasiona były kupowane co roku. Ponadto, co szczególnie dobrze widać na przykładzie Indii, dopóki jest konkurencja na rynku, to ceny nasion modyfikowanych są niskie, ale po wyeliminowaniu roślin konwencjonalnych i uzależnieniu rolników od nasion pochodzących z zakupu te ceny dramatycznie rosną.
Następuje również całkowite uzależnienie od stosowania konkretnych herbicydów. Zdecydowana większość roślin nie jest bowiem zmodyfikowana tak, aby dawać większe plony, lepiej wykorzystywać wodę lub móc rosnąć na terenach zasolonych. Modyfikacje idą w kierunku uodpornienia na wybrane substancje aktywne środków ochrony roślin. W efekcie chłop uzależnia się zarówno od kupna nasion, jak i od określonego preparatu. Produkcja Roundupu, na którego substancję aktywną, czyli glifosat, odpornych jest wiele odmian GMO, w ostatnich latach wzrosła o 1500%, zaś jego cena – kilkakrotnie. To wszystko niesie konsekwencje ekonomiczne dla rolników.
Jest jeszcze jeden problem. Marka polskiej żywności opiera się na powszechnym przekonaniu, że w jej produkcji stosujemy mało chemii i że jest wolna od GMO. Miałem okazję spotykać się z przedstawicielami państw poszukujących żywności, np. krajów północnej Afryki, gdzie ze względu na postępujące zmiany klimatyczne rolnictwo zanika, a jednocześnie przybywa ludności. Mogłyby być one znakomitym rynkiem zbytu dla produktów naszego rolnictwa, ale warunkiem bardzo często jest właśnie to, aby było ono wolne od GMO. Jeżeli stracimy ten atut marketingowy, to strzelimy sobie w stopę. Mając tak dużą przewagę konkurencyjną, chcemy to wszystko zniszczyć, a rząd nie reaguje, lecz patrzy jak wół na malowane wrota.
Koalicja rządząca twierdzi, że podejmowane przez nią działania legislacyjne obronią Polskę przed GMO.
Klub Prawa i Sprawiedliwości optował za tym, żeby wprowadzić stosowny zakaz w formie ustawy, a następnie iść na spór prawny z Komisją Europejską do Trybunału Sprawiedliwości i tam bronić swoich racji. W czasie debaty, którą zorganizował w lutym 2012 r. prezydent Komorowski, nawet przedstawicielka Ministerstwa Spraw Zagranicznych mówiła, że Polsce żadne kary nie grożą. Jednak przegraliśmy w Sejmie, gdyż koalicja uznała, że lepszym rozwiązaniem będzie wprowadzenie zakazu rządowego w formie rozporządzenia. I tak się stało, ale trzeba zwrócić uwagę na kilka aspektów problemu. Po pierwsze obowiązuje zakaz uprawy, ale nie obrotu, w związku z czym nadal będzie można handlować nasionami GMO. Po drugie nie wiadomo, czy instytucje odpowiedzialne za kontrolę żywności i upraw, takie jak Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa, inne inspekcje w ramach administracji zespolonej czy policja, są przygotowane, aby ten zakaz skutecznie egzekwować. Przypomnę też, że ustawa, która do niedawna obowiązywała, przewidywała za uwolnienie GMO do środowiska karę do 8 lat więzienia. W ramach obecnych rozwiązań gdy ktoś wysieje modyfikowane nasiona, to grozi mu grzywna w wysokości 200% ich ceny, czyli kilkaset złotych na hektar. To tworzy dla niektórych rolników, nie rozumiejących zagrożenia płynącego z GMO, silną pokusę: „Nawet jak mnie nakryją, nic wielkiego mi nie grozi”. Kary muszą być dotkliwe i obejmować także zniszczenie nielegalnej plantacji. Widzimy więc, że zabezpieczenia wprowadzone przez rząd są zbyt mizerne.
Poza tym na rejestrację na poziomie europejskim czeka wiele nowych odmian roślin modyfikowanych, m.in soi oraz rzepaku. Czy każdorazowo, gdy w Unii Europejskiej pojawi się nowa odmiana, rząd będzie natychmiast wydawał dodatkowe rozporządzenie? Będziemy bardzo bacznie patrzyli mu na ręce.
Istnieje jeszcze jedno zagrożenie. Rząd jako uzasadnienie zakazu podał, że pyłek kukurydzy MON 810 jest szkodliwy dla zdrowia. Jeżeli Komisja Europejska przyjmie niedawny raport Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności, jak się wydaje dość nierzetelny, to stracimy podstawę merytoryczną zakazu – mowa tam bowiem o nieszkodliwości wspomnianego pyłku. Wystąpiłem do resortu rolnictwa oraz sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi z wnioskiem, by poszukać innych argumentów naukowych, które mogłyby zostać wówczas wykorzystane.
Obawiam się, że uprawy GMO mogą się w Polsce pojawić pomimo rządowego zakazu. Trzeba zrobić wszystko, żeby do tego nie doszło.
Pozostając przy kwestii szeroko rozumianego bezpieczeństwa żywnościowego: jednym z podstawowych mechanizmów, które mają je zapewnić, jest system dopłat podtrzymujących opłacalność rolnictwa.
W Polsce w zakresie dopłat bezpośrednich obowiązuje tzw. system SAPS, na który zdecydowaliśmy się, wchodząc do UE. Wydaje mi się, że spełnia on swoją rolę: jest prosty, zrozumiały dla rolników, a ponadto nie wiąże im rąk, umożliwiając modyfikację produkcji w zależności od potrzeb rynkowych. Mówi się jednak o głębokich zmianach systemu płatności bezpośrednich i oparciu go o tzw. uprawnienia, które mają wartość niematerialną i w pewnym sensie są oderwane od uprawy. Można sobie wyobrazić rolnika, który nie uprawia ziemi, a dostaje uprawnienie, albo takiego, który wydzierżawia komuś swoje grunty, lecz uprawnienie zostaje u niego. To jest dla rolników dość trudne do zrozumienia i nielogiczne, jednak wygląda na to, że Komisja Europejska będzie chciała ten system forsować. Dlatego do końca nie rozumiem zachowania polskiego rządu. Wydaje się, że trzeba mocniej lobbować w Brukseli albo szukać sojuszników wśród innych krajów, żeby utrzymać dotychczasowy system lub nadać nowym rozwiązaniom taki kształt, aby nie pogorszyły konkurencyjności naszego rolnictwa. Bo może się okazać, że jeżeli oprzemy się na systemie uprawnień, to stracimy część należnych nam pieniędzy, gdyż rolnicy nie będą w stanie złożyć stosownych wniosków tak, żeby wykorzystać całą pulę środków. Nie mają bowiem odpowiedniej wiedzy oraz umiejętności, a nikt ich na razie do zmian nie przygotowuje.
Drugi problem, chyba ważniejszy, stanowi wielkość dopłat.
Przypomnę, że po akcesji otrzymaliśmy gorszy system wsparcia bezpośredniego niż „stare” kraje UE. Trochę go poprawiamy płatnościami krajowymi, obciążającymi budżet państwa, ale mimo wszystko łączne wsparcie jest nadal znacznie mniejsze niż dopłaty, które otrzymują nasi główni konkurenci, czyli rolnicy niemieccy, francuscy, duńscy czy holenderscy. Nawet rolnictwo na południu Europy, mimo iż jest tam bardzo często kwiatkiem do kożucha, otrzymuje o wiele więcej środków niż nasze.
Niestety wygląda na to, że polscy negocjatorzy, z premierem na czele, nie traktują poważnie walki o wyrównanie dopłat bezpośrednich. W ramach kończącej się „siedmiolatki” na wsparcie dla rolnictwa otrzymaliśmy 135 mld zł, tymczasem Donald Tusk powiedział swego czasu publicznie, że na lata 2014–2020 nawet 100 mld wystarczy mu do dobrego samopoczucia oraz uznania, że odniósł sukces. Jeśli rząd oczekuje mniej, niż zamierza nam dać Komisja Europejska, to jest to działanie na szkodę własnego społeczeństwa i gospodarki. Mamy obecnie podobne ceny środków produkcji jak w Europie Zachodniej, jedynie koszty pracy są nadal niższe. Innymi słowy: możemy konkurować wyłącznie poziomem życia zatrudnionych w rolnictwie. W tej sytuacji dopłaty bezpośrednie, stanowiące obecnie 40–50% dochodów gospodarstw, decydują o ich konkurencyjności. Nie umiemy o nią walczyć, skoro rząd, a w szczególności PSL, mówi tak: „brać, co dają, bo mogliby nie dać nic”.
Kiedy wchodziliśmy do Unii, układ był następujący: ponosimy ogromne koszty dostosowania się do funkcjonujących w niej przepisów, w zamian za co zyskujemy prawo do wsparcia. Polscy negocjatorzy, SLD z PSL-em, zgodzili się, byśmy przez 10 lat byli „gorszym Europejczykiem”, jednak teraz, gdy spełniliśmy już wszystkie kryteria, należą nam się jednakowe dopłaty. Każde odejście od wyrównania płatności jest łamaniem Traktatu Europejskiego i Polska powinna bardzo mocno podnosić ten argument; zresztą z inicjatywy Prawa i Sprawiedliwości udało się w ubiegłym roku przyjąć niemal jednobrzmiące uchwały Sejmu i Senatu, które były apelem do rządu w tej sprawie. Dopłaty bezpośrednie stanowią prawo przysługujące wszystkim krajom Wspólnoty, niezależne od dobrej woli jakichś wujków z Brukseli, którzy może nam coś dadzą, a jeśli będziemy niegrzeczni, to nie dadzą albo zabiorą.
Niestety, negocjacje budżetu Unii Europejskiej dla rolnictwa i obszarów wiejskich okazały się klęską. Premier Tusk dla PR-owego, propagandowego „sukcesu” uzyskania 300 mld na politykę spójności praktycznie poświęcił środki należne Polsce w ramach I i II filara Wspólnej Polityki Rolnej.
Bezpieczeństwo żywnościowe to także mechanizmy chroniące uprawny charakter oraz polską własność gruntów.
Nie wypracowaliśmy rozwiązań, które skutecznie chroniłyby naszą ziemię uprawną – dobro narodowe, którego może już tylko ubywać, np. pod zabudowę i infrastrukturę. Wszystkie kraje europejskie na różne sposoby je chronią, przede wszystkim udostępniając grunty swoim rolnikom. W Polsce istnieje, owszem, wynegocjowana z Unią Europejską i obowiązująca do 2016 r. prawna ochrona ziemi przed wyprzedażą obcokrajowcom. Żeby nabyć nieruchomość rolną, obywatel kraju innego niż Polska musi uzyskać zgodę dwóch ministerstw, dlatego areały kupione bezpośrednio przez obcokrajowców, w sposób zgodny z prawem, nie spędzają snu z powiek. Przepisy są jednak nieszczelne. Często stosuje się wybieg formalny, mianowicie ziemię kupuje spółka z udziałem Polaka, który następnie zbywa swoje udziały pozostałym wspólnikom, np. Niemcom. Drugi sposób: do przetargu ograniczonego na duże powierzchnie z państwowego zasobu przystępuje rolnik, który ma do tego prawo, czyli jest z terenu, na którym się on toczy, posiada wykształcenie rolnicze i prowadzi własne gospodarstwo, często karłowate. Wygrywa, po czym wyciąga kilka milionów złotych. Ten człowiek w życiu nie widział takich pieniędzy, ktoś mu je na chwilę pożyczył – pod zastaw nabywanej ziemi – żeby obejść wymogi przetargu ograniczonego. Rolnicy zgłaszali, że przejmowanie gruntów metodą „na słupa” ma charakter masowy, przede wszystkim w Polsce zachodniej, ale reakcja rządu i Agencji Nieruchomości Rolnych była żadna; minister rolnictwa jedynie zaapelował, aby izby rolnicze pilnowały poprawności przetargów. Tymczasem samorząd rolniczy nie ma przecież żadnych możliwości sprawczych wobec CBA, urzędów skarbowych czy wydziałów policji do walki z przestępczością gospodarczą, a tylko narzędziami skarbowymi i śledczymi można sprawdzić, czy ktoś nie jest podstawiony, skąd ma pieniądze itd. Prawo i Sprawiedliwość zaproponuje niedługo rozwiązania, które uszczelnią system obrotu ziemią, przede wszystkim wprowadzając obowiązek utrzymania rolnego charakteru gruntów kupionych od państwa. Nasze propozycje zakładają, że jeżeli ktoś zrezygnuje z uprawy nabytej ziemi, to poza przypadkami losowymi, takimi jak ciężka choroba uniemożliwiająca prowadzenie gospodarstwa, automatycznie wróci ona do zasobu państwowego.
Potrzebna jest również ustawa o dzierżawie. Nie może być tak, że w sytuacji dekoniunktury w rolnictwie oraz braku preferencyjnych kredytów celowych rolnicy są zmuszani do zakupu ziemi. W wielu krajach dzierżawa jest ważną, powszechnie akceptowaną i często wielopokoleniową formą gospodarowania, np. we Francji obejmuje ok. 70% gruntów rolnych. Nie ma potrzeby, aby rolnik zawsze był właścicielem użytkowanej ziemi. Oczywiście chciałbym, żeby jak najwięcej ziemi należało do gospodarstw rodzinnych, które zgodnie z Konstytucją są przecież podstawą ustroju rolnego, ale wiele z nich nie ma pieniędzy na jej zakup. W tej sytuacji jest ona traktowana jako lokata kapitału przez osoby niezwiązane z rolnictwem, które wyczuły ostatni moment na przejęcie dużych areałów po stosunkowo niskich cenach.
Jeżeli ktoś jest nierozsądny albo ma nóż na gardle i sprzedaje należące do siebie grunty, to jego sprawa. Rzecz jasna najlepiej byłoby, gdyby obrót ziemią uprawną odbywał się wyłącznie między rolnikami – mamy wówczas niemal pewność, że zachowa ona swój charakter – nie można jednak przesadnie ingerować w transakcje prywatne. Natomiast ziemia państwowa musi służyć celom rolniczym, nie może być przedmiotem spekulacji, jak to ma miejsce w tej chwili.
Zdaniem niektórych skupowanie ziemi przez największe gospodarstwa jest racjonalne z punktu widzenia całej gospodarki.
Często słyszy się w kręgach liberalnych, że w Polsce rację istnienia ma 100–150 tys. gospodarstw, które przejmą grunty od pozostałych rolników i będą produkowały wystarczającą ilość żywności. Tymczasem szybkich zmian strukturalnych w polskim rolnictwie nie będzie – i nie powinno być. Brak bowiem alternatywy dla ludzi, którzy może swoje gospodarstwa prowadzą w sposób mało efektywny, ale mają dzięki nim miejsce zamieszkania i jakąś niewielką produkcję. Ma to ogromne znaczenie w kontekście pauperyzacji znacznej części społeczeństwa: wbrew propagandzie o „zielonej wyspie” poziom ubóstwa skrajnego zwiększa się, szczególnie na wsi. Dlatego mówienie, że powinny istnieć wyłącznie duże gospodarstwa towarowe, jest nieporozumieniem.
Tym bardziej, że drobne gospodarstwa istnieją również choćby w Austrii, Bawarii czy w niektórych regionach Francji i Włoch. Nikomu przy zdrowych zmysłach nie przychodzi do głowy, że stanowią one przeszkodę w rozwoju rolnictwa. Te gospodarstwa mają po prostu zajmować się czymś nieco innym niż gospodarstwa towarowe.
Jeszcze jednym elementem polityki państwa na rzecz szeroko rozumianego bezpieczeństwa i suwerenności żywnościowej powinna być ochrona rodzimej produkcji rolnej przed dumpingiem.
W momencie podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE zostaliśmy zalani ogromną ilością nędznej żywności z Zachodu, konkurencyjnej cenowo ze względu na wysokość dopłat do tamtejszego rolnictwa. Ostry dumping wykończył znaczną część polskiej produkcji rolnej i zakładów przetwórczych. Nadal ma miejsce choćby napływ taniego mięsa. Najlepsze elementy tuszy wieprzowej zostają w krajach Europy Zachodniej albo idą na eksport do Azji Wschodniej, natomiast do nas trafiają głównie ścinki mięsa oskrobane z kości razem ze ścięgnami, stanowiące obecnie podstawę krajowej produkcji kiełbas. Czy o taki import nam chodzi? Jasne, że ileś produktów musimy importować: cytrusy, niektóre rodzaje olejów i ryb, wina itp. Nie ma problemu, żebyśmy posmakowali tego, co jest dobre w innych krajach. Ale to, co może być produkowane w Polsce, na dodatek w dużo lepszej jakości?
Oczywiście nie możemy wprowadzić cła na granicach wewnętrznych UE. Powinniśmy natomiast restrykcyjnie pilnować jakości i bezpieczeństwa żywności znajdującej się w obrocie, np. sprawdzać, czy część importowanych kurczaków po drodze nie zdechła i w polskich ubojniach jest tylko patroszona padlina. Kiedy służby weterynaryjne jakiegoś kraju ogłoszą, że występuje w nim określony problem zdrowotny, ma miejsce jedna z nielicznych sytuacji, gdy można wstrzymać import. Mogliśmy to zrobić w odniesieniu do Niemiec, kiedy pojawił się tam problem dioksyn; wiele krajów europejskich tak postąpiło. Tymczasem cały nadmiar niemieckiego mięsa, który normalnie poszedłby do utylizacji, trafił za bezcen do Polski i my go zjedliśmy, podcinając przy okazji rodzimą produkcję wieprzowiny.
Bacznie przyglądajmy się importowi, reagujmy, gdy przychodzi towar kiepskiej jakości – ale przede wszystkim promujmy polską żywność na rynku wewnętrznym. Myślę, iż wielu Polaków rozumie, że warto ją kupować, bo jest lepsza, ale chcą mieć pewność, że nie ma „krewnych i znajomych królika”, którzy dopuszczają na rynek produkty niepełnowartościowe, a nawet toksyczne. Parasol ochronny instytucji kontrolnych nad niektórymi firmami z branży rolno-spożywczej, które mają powiązania z politykami rządzących opcji, niestety istnieje – czego dowodem są kolejne afery. Jestem przekonany, iż zdecydowana większość polskiej żywności ma wysoką jakość, ale konsument musi mieć gwarancję, że nie jest oszukiwany.
Należy również zrobić wszystko, by znaczna część żywności była konsumowana lokalnie. Przecież od zawsze ludzie w mieście żywili się tym, co zostało wyprodukowane w okolicznych wsiach, a patrząc na to z drugiej strony – rolnicy sprzedawali swoje produkty w najbliższej większej miejscowości. Zresztą w wielu krajach Europy Zachodniej nadal kilka razy w tygodniu przyjeżdżają do miast, by na historycznych rynkach sprzedawać świeżą żywność. Kwitnie też przetwórstwo bezpośrednio w gospodarstwach, na małą skalę, z wyłączeniem biurokratycznych wymogów weterynaryjnych czy sanitarnych. Świadomy konsument ma możliwość kupić z pominięciem pośredników żywność bardzo wysokiej jakości.
Rozwój rynków lokalnych zwiększa popyt na polską żywność na rynku wewnętrznym, ale również pobudza podaż z mniejszych gospodarstw. Posiadacz kilku hektarów ze swoją niewielką ilością warzyw, owoców czy przetworów mięsnych oczywiście nie poradzi sobie na rynku globalnym. Sprzedając je, mówiąc rzecz jasna w pewnym uproszczeniu, w najbliższym mieście, może mieć dobre dochody i stałych klientów, którzy docenią wartość jego żywności.
Jaki jest zakres suwerenności Polski w kształtowaniu legislacji regulującej produkcję żywności? Zwłaszcza przeciwnicy GMO twierdzą, że decydujący wpływ mają na nią lobbyści.
Zacznijmy od tego, że wbrew opinii wielu Polaków nie wszystkie decyzje zapadają w Brukseli. Kraje członkowskie mają prawo do własnej, narodowej polityki rolnej i w wielu z nich jest ona nie tylko korektą i uzupełnieniem Wspólnej Polityki Rolnej, ale wręcz jest od niej ważniejsza. Oczywiście nadal obowiązują pewne ogólne ramy określone przez Brukselę, ale można także, czego znakomitymi przykładami są Niemcy i Austria, stosować szereg form dodatkowego wsparcia dla swojego rolnictwa i obszarów wiejskich, wprowadzać odstępstwa od acquis communautaire w zakresie produkcji żywności na niewielką skalę itd. Należy z tego korzystać, tutaj nikt nas nie ogranicza – to wyłącznie kwestia decyzji podejmowanych w ramach polityki wewnętrznej. Zwalanie wszystkiego na UE jest zwykle usprawiedliwianiem swojej głupoty albo bezradności lub też ukrywaniem jakichś innych powodów, dla których nie podejmuje się pewnych działań bądź ich efekty są co najmniej dziwne.
To oczywiste, że w naszym kraju funkcjonują lobbyści, przede wszystkim wielkich firm międzynarodowych. Przykładem działalności lobbystycznej jest przemysł paszowy, który wykorzystuje i straszy polityków oraz organizacje rolnicze w zakresie importu soi modyfikowanej genetycznie. Rolnicy często bezrefleksyjnie powtarzają różne rzeczy, nie rozumiejąc, że zabiegają o cudze interesy, nie o własne. Nie tylko w Polsce, ale w całej Europie, w tym w Komisji Europejskiej, za GMO lobbuje kilka międzynarodowych korporacji, które wyłożyły miliardy dolarów na prace badawcze, a teraz oczekują zwrotu poniesionych nakładów. Stąd taka presja na rządy, łącznie z wykorzystywaniem ambasad – zwłaszcza Stany Zjednoczone bardzo zabiegają o interesy swoich firm biotechnologicznych. To, co pozwoliłoby „usadzić” wszystkich tych lobbystów, to silne przekonanie o konieczności obrony polskiej racji stanu, o tym, że mamy prawo kształtować w ramach Unii stosunki własnościowe, gospodarcze i społeczne. Jeżeli to przekonanie zastępują partykularne interesy, korupcja albo przeświadczenie, że musimy być papugą narodów, bo od tego może zależeć, czy nas poklepią po plecach i powiedzą „proszę bardzo, zapraszamy do towarzystwa” – wówczas powstają legislacyjne głupoty. Niestety, w odniesieniu do rolnictwa wszelkiego rodzaju głupot było w ostatnich latach bardzo dużo.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 20 lutego 2013 r.