Okupas: bez dachu nad głową w krzywym zwierciadle mediów

Okupas: bez dachu nad głową w krzywym zwierciadle mediów

O zjawisku okupas słyszał prawie każdy obywatel Hiszpanii lub osoba przebywająca tam dłużej. Coraz częściej mówi się o tym procederze również poza granicami kraju. W polskim internecie także możemy się natknąć na kilka wzmianek. Niestety, nie znalazłem ani jednego materiału tłumaczącego rzetelnie, jak wygląda sytuacja. W Hiszpanii jest nieco lepiej, choć media głównego nurtu często nie zostawiają suchej nitki na osobach zasiedlających puste lokale lub na tych, które stały się ofiarami manipulacji. Chciałbym odczarować ten mit.

1. Okupas – szok, wstyd i bezprawie

Okupas – wstyd Hiszpanii?”, pyta Justyna en Barcelona na swoim blogu. Czytamy tam o historii, ideologii i praktykach ruchu Okupas. Autorka straszy między innymi tym, że „na przywłaszczeniu cudzych posesji najczęściej cierpią zwykli ludzie, których w danym momencie nie stać na remont i późniejszy wynajem, lub którzy odziedziczyli lokal i mieszkając daleko nie są w stanie się nim zająć”1.

Jeszcze bardziej wstrząsające treści są zamieszczane na innych blogach, na przykład Matka Polka w Hiszpanii. W artykule „Okupas – ciemna strona Hiszpanii” przytacza ona historię, której prawdopodobnie sama nie doświadczyła, a zna tylko z mediów: „Załóżmy, że mieszkamy w Hiszpanii i wyjeżdżamy na jakiś czas np. na wakacje. Kiedy nadchodzi czas powrotu, jadąc do domu, marzymy tylko o prysznicu i własnym łóżku. Spotyka nas jednak niemiła (to chyba mało powiedziane!) niespodzianka. Gdy wkładamy klucz do zamka okazuje się, że został on wymieniony. Nie możemy wejść do własnego mieszkania! […] Wygląda na to, że nasze mieszkanie zostało przejęte przez okupas. Jeśli nie uda nam się pozbyć »nieproszonych gości« na własną rękę lub z pomocą sąsiadów, pozostaje nam złożyć sprawę do sądu i czekać na jej rozpatrzenie nawet kilka miesięcy”2. Dowiadujemy się również, że włamujący ma większe prawa niż właściciel, że jeśli po 48 godzinach nic nie zrobimy, sprawa musi przejść przez sąd i będzie ciągnąć się miesiącami, a nawet że musimy opłacać rachunki, a dzicy lokatorzy będą żyć na nasz koszt. Poznajemy przyczyny tego zjawiska (a raczej opinie blogerki): poza biedą i desperacją, barbarzyńcy decydują się na taki krok z bezczelności i cwaniactwa.

W podobnym tonie pisze również Justyna na swoim blogu wyspiara.pl. Artykuł jest zatytułowany alarmująco: „Okupas – czego się boją Hiszpanie?”. Autorka opisuje nam kolejną szokującą historię: „Wyobraźmy sobie taką sytuację. Wracając w niedzielny wieczór z rodziną z weekendowego wyjazdu nad morze, gdzie mamy drugą posiadłość, zastajemy obcych ludzi na kanapie w salonie, popijających wesoło piwko. To jest włamanie. I wtedy zdecydowanie jedynym i właściwym krokiem jest telefon na numer 112. Jeszcze tego samego dnia problemu powinno nie być. Kłopoty pojawiają się, gdy po włożeniu kluczy do zamku okazuje się, że nasze już nie pasują, a drzwi nikt nie otwiera. Wtedy mamy do czynienia z przejęciem mieszkania […]. Problem polega na tym, że nie możesz tak po prostu kogoś wyrzucić na bruk. Aby na własną rękę wyeksmitować okupas, zobowiązany jesteś do zapewnienia mu innego lokum. Te kuriozalne prawo i jego luki zmieniły życie w piekło wielu obywateli Hiszpanii”3.

Nie tylko na blogach Polek, które mieszkają w Hiszpanii, czytamy o hordach, mafiach i bandach czyhających, aby przejmować mieszkania i wymieniać zamki szanowanych mieszkańców, gdy tylko wyjdą po zakupy, na kawę, wyjadą na weekend lub wakacje. Z portalu forsal.pl dowiadujemy się, że liczba dzikich lokatorów wzrosła aż o 300%4. Z artykułu możemy dowiedzieć się również, że zgodnie z tym, co mówi burmistrzyni Cadrete w regionie Saragossy, Maria Angeles Campillos z prawicowego ugrupowania Partido Popular, codziennie notuje się ponad 40 skarg na nielegalne zamieszkanie, czyli od 10 do 15 tys. przypadków rocznie. Oczywiście znów mowa o prawie stanowiącym, że trzeba coś z tym zrobić w ciągu 48 godzin, bo w przeciwnym razie poczciwy obywatel będzie ciągany po sądach przez lata. Według takich doniesień właściciel musi wszystko opłacać, więc dzicy lokatorzy żyją za darmo, mają mieszkanie i w zasadzie o nic się nie muszą martwić.

W odmętach polskojęzycznego internetu można również natrafić na artykuł Radia Szczecin, który już w tytule oznajmia: „Szokujące zjawisko w Hiszpanii”5. Relację przedstawia publicystka Renata Acosta, specjalistka ds. negocjacji biznesowych, która na stronie wszystkoconajwazniejsze.pl publikuje artykuł o tytule „Nowy wspaniały świat – w budowie. Już bez własności prywatnej” ze zdjęciem czarnoskórego człowieka z dredami złapanego przez policję6. Stwierdza ona, że była naocznym świadkiem tego, jak czarnoskórzy ludzie wymieniali zamek do mieszkania jej sąsiadki, gdyż zobaczyli puste mieszkanie i po prostu się do niego włamali. Dowiadujemy się z artykułu, że przyczyna tego zjawiska sięga kryzysu w Hiszpanii w 2008 r., kiedy to miały miejsce masowe eksmisje. W odpowiedzi na to powstał ruch, który sprzeciwiał się wyrzucaniu ludzi z domów. „Kilka karier politycznych na tym się zbudowało” – stwierdza błyskotliwie Acosta, prawdopodobnie nawiązując między innymi do dzisiejszej burmistrzyni Barcelony, Ady Colau, która była jedną z głównych bojowniczek przeciwko eksmisjom. Oczywiście i tutaj dowiadujemy się, że „wystarczy być nieobecnym przez dwa dni, by zastać swoje mieszkanie zajęte przez obcych. Prawo nie chroni właścicieli lokali, a procesy sądowe ciągną się latami”.

W jeszcze bardziej alarmującym tonie pisze „Najwyższy Czas”, nie pozostawiając suchej nitki na obecnie rządzących, którzy ponoć są odpowiedzialni za taki rozwój wydarzeń: „Rządy lewicy w Hiszpanii i nowe regulacje związane z pandemią koronawirusa doprowadziły do masowego podważania prawa własności. W kraju tym trzykrotnie wzrosło zjawisko bezprawnego zajmowania pustych lokali. Później tacy »skłotersi« są już nie do ruszenia” – czytamy we wstępie7. Po lekturze artykułu Hiszpania jawi się jako kraj bezprawia, gdzie właściciele lokali, a nawet „zwykli” mieszkańcy nie mogą spać spokojnie, gdyż każde wyjście do sklepu czy oddalenie się na więcej niż 48 godzin grozi utratą mienia na długi czas. Oczywiście, żeby uwiarygodnić to zjawisko, autorzy artykułu zamieszczają filmik, na którym, według dziennika, „dzika lokatorka odprawia »z kwitkiem« właściciela mieszkania, które zajęła”. Do tego filmiku wrócę w dalszej części artykułu.

Rzecz jasna, w zdecydowanej większości treści ukazujące się w polskich mediach opierają się na mediach hiszpańskich. Jednak, w odróżnieniu od polskojęzycznego internetu, podejście Hiszpanów do tego zjawiska jest bardziej zrównoważone i możemy w nim znaleźć różne punkty widzenia. Oczywiście wiele tych, które są przeciwne okupas, jest inspiracją dla tekstów tworzonych w Polsce. Szczególnie na rękę jest to pismom w stylu „Najwyższego Czasu”, które mają sposobność do publikowania artykułów ośmieszających lub oczerniających osoby w potrzebie oraz ich prawa, dodając zwykle przy tym antyimigrancką retorykę. Wpisy na blogach z kolei, jak sądzę, wynikają z pobieżnego zapoznania się z tematem na podstawie właśnie takich artykułów, bez wgłębiania się w złożoność problemu.

Poza mediami, newsy o okupas są udostępniane, a czasem nawet fabrykowane przez firmy zajmujące się wyrzucaniem okupas z zajętych przez nich mieszkań (tzw. antiokupas lub desokupas). Część z tych firm założyli byli ochroniarze, zatrudniając m.in. byłych komandosów/bokserów ze środowisk neonazistowskich. Używają metod na granicy prawa, na co mogą wskazywać pozwy wobec tego typu firm, w których zaskarża się je o zastraszanie, nielegalne eksmisje czy pogwałcenie praw podstawowych. Innymi metodami jest m.in. blokowanie wejścia do mieszkania przez pracowników tego typu firm9.

2. Co mówi prawo?

Termin „okupas” pochodzi od lewicowego ruchu protestu przeciwko sytuacji, w której mnóstwo ludzi i rodzin jest pozbawionych dachu nad głową, a jednocześnie istnieją liczne niezamieszkane i nieużywane lokale. To zjawisko nasiliło się w roku 2008. Pomysłem okupas jest zajmowanie pustych lokali bankowych lub należących do funduszy inwestycyjnych, gdzie nikt nie mieszka i których nikt nie używa. W terminologii prawniczej takie zjawisko nazywa się „uzurpacją” (usurpación)10.

Pierwsze i podstawowe nieporozumienie wynika więc z niezrozumienia lub, co gorsza, ze świadomego manipulowania definicjami prawnymi. Wypunktujmy różne sytuacje:

  1. jeśli intruz wkracza do mieszkania zamieszkanego, jest to uznawane za zajęcie cudzego mienia (hiszp. allanamiento de morada11). Taki czyn jest przestępstwem, a osoba dokonująca włamania może być od razu usunięta z lokalu przez organy ścigania bez nakazu sądowego. „Zamieszkana” nieruchomość to taka, w której są ślady naszego użytkowania. Nie ma przy tym znaczenia, czy użytkujemy dany lokal codziennie, czy jest to nasza wakacyjna rezydencja nad morzem – jeśli tylko zostawiliśmy tam nasze rzeczy osobiste czy użytku codziennego, płacimy rachunki za utrzymanie, a sąsiedzi mogą potwierdzić, że bywamy codziennie lub sporadycznie, wówczas w świetle prawa takie miejsce jest zamieszkane.
  2. inną sytuacją jest tzw. uzurpacja – przywłaszczenie sobie cudzego lokalu dla własnych celów mieszkalnych12. Żeby można mówić o okupas, musi zajść szereg przesłanek, m.in. lokal musi być niezamieszkany.

To rozróżnienie jest bardzo ważne, bo o ile to drugie zdarza się częściej, o tyle zajmowane są przeważnie nieruchomości pozostawione przez banki lub firmy – bardzo rzadko obiektem faktycznego zainteresowania okupas są puste mieszkania osób prywatnych. Natomiast włamania, jeśli już są, występują w celu kradzieży mienia, a nie zajęcia zamieszkanego mieszkania. Dlaczego? Ponieważ osoby, które chciałyby zająć zamieszkany lokal, w świetle prawa zostają z niego od razu usunięte (policja ma tutaj możliwość zastosowania środków przymusu bezpośredniego), a ponadto grożą im dotkliwe kary (od 6 miesięcy do 4 lat więzienia plus grzywna). Mało kto więc jest tak nierozważny, by z desperacji porywać się na ten krok. Tym bardziej, że pustych lokali, które są własnością banku lub firmy, nadal stoi bardzo dużo.

Innym mitem jest konieczność przeciwdziałania w ciągu 48 godzin, bo w przeciwnym razie takich osób nie da się ruszyć przez długie lata. Nie ma w hiszpańskim prawie wzmianki o działaniu w ciągu 48 godzin w sytuacji, kiedy mówimy o uzurpacji13, natomiast takie mity są korzystne dla firm sprzedających alarmy.

Dla potwierdzenia powyższych stwierdzeń dodam, że w zasadzie wszystkie nieruchomości, do których wtargnięcie uznano za uzurpację, są własnością firm. Organizacja VMS Abogados na swojej stronie podkreśla: „trzeba zaznaczyć, że prawdopodobieństwo, że ktoś zajmie twoją zamieszkaną nieruchomość, jest praktycznie zerowe”14. Większość okupas to osoby w trudnej sytuacji socjoekonomicznej, a ponadto są bezkonfliktowe15. Warto też dodać, że zajmowanie pustych lokali należących do firm jest zjawiskiem mało komfortowym nie tylko dla właściciela nieruchomości, ale także dla osób, które tego dokonują, bowiem żyją w ciągłej niepewności, z ograniczonym dostępem do mediów, w sytuacji ubóstwa16.

3. Zasłona dymna

Wielokrotnie w mediach hiszpańskich, za którymi ślepo powtarzają polskie media czy blogi podróżniczek, czytelnicy są bombardowani wiadomościami o zatrważającej liczbie zajmowanych lokali. W jednym z kanałów telewizyjnych dziennikarz alarmuje, że „praktycznie każdego dnia opowiadamy historie o właścicielach, których mieszkania są »okupowane«17”. Ponadto wiele się słyszy o tym, że zjawisko przybiera na sile. Jak jest w rzeczywistości?

Według Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w 2013 r. było 1669 zgłoszeń o „usurpaciones”, czyli skłotowaniu, 6028 w 2018 r., a w 2019 r. było ich 14621. W pierwszym semestrze 2020 r. naliczono ich 7450 w stosunku do 7093 z tego samego okresu z poprzedniego roku18. Jak widzimy, szczególnie duży przyrost był między rokiem 2013 a 2018, dość znaczny między 2018 a 2019 r., ale już między ostatnimi dwoma badanymi latami stosunkowo niewielki. Dodajmy przy tym, że są to statystyki dla całej, prawie 50-milionowej Hiszpanii.

Innym źródłem danych na temat okupas jest raport Instytutu Cerdà, badającego to zjawisko. Otóż zajmowanych mieszkań określonych jako okupas było w 2017 r. w Hiszpanii 87 500, w stosunku do 3,4 mln pustych mieszkań w całym kraju. Ta liczba wzrosła w 2018 r. do 100 00019.

Alejandra Jacinto, adwokatka z Platformy Poszkodowanych przez Kredyty Hipoteczne (Plataforma de Afectados por la Hipoteca – PAH), stwierdza, że całe larum podniesione przy okazji zjawiska zajmowania pustych lokali jest zasłoną dymną przykrywającą prawdziwy problem, jakim jest brak dostępu do mieszkań socjalnych20. Inna członkini PAH, Lucía Delgado z Barcelony, uważa, że w dzielnicach, gdzie jest najwięcej przypadków skłotowania, doszło też do największych wzrostów cen, co prowadzi do konkluzji, że ludzie skłotują nie dlatego, że chcą, lecz ponieważ muszą gdzieś mieszkać21. Dodaje przy tym, że wraz ze skutkami pandemii sytuacja tylko się pogorszy, ponieważ zamiast widzieć skłotowanie jako konsekwencję braku polityki mieszkaniowej i zmierzyć się z tym problemem, władze wolą karać tych, co zawsze – ludzi, którzy nie mają gdzie mieszkać i za co żyć. Dodaje ona, że przy zbliżającym się kryzysie ekonomicznym, kolejna fala ludzi nie będzie w stanie zapłacić czynszu lub kredytu. W ten kontekst wpisuje się najnowsza medialna i polityczna kampania przeciwko osobom, które skłotują. Ta kampania tylko wznieca jeszcze bardziej walkę pomiędzy przedostatnimi a ostatnimi: bardzo biednymi i najbiedniejszymi.

4. Fakty i mity

W polskich mediach, jak wspomniałem, krążą opowieści rodem niemalże z postapokaliptycznego filmu o grasujących hordach wdzierających się do mieszkań, gdy tylko prawowity obywatel wyjdzie na zakupy lub odwiedzi babcię w szpitalu. O ile w Polsce słyszy się tylko echa i strzępki informacji, w Hiszpanii takich wieści jest prawdziwy zalew. Można dojść do wniosku, że w zasadzie nie da się ruszyć z mieszkania, bo ktoś czyha za rogiem z łomem i włamie się, gdy pójdziesz po papierosy lub na spacer z psem, a potem od razu wymieni zamki w drzwiach.

Prawdopodobnie przyjrzenie się wszystkim przypadkom z takich mitów i dojście do prawdy byłoby tak samo, albo może i bardziej pracochłonne, jak odmitologizowanie innych tego typu fake newsów w internecie. Przytoczę więc tylko dwie takie historie, opierając się oczywiście na hiszpańskich źródłach. Oddają one ogólny trend tego, jak zjawisko okupas jest przedstawiane w mediach, kto na tym zyskuje, kto jest manipulowany, a kogo tak naprawdę niszczą i komu rujnują życie.

„Dzika lokatorka odprawia z kwitkiem właściciela mieszkania, które zajęła”. Wspomniana historia jest przytaczana przez „Najwyższy Czas”. Gdy oglądamy film, niezależnie, czy znamy hiszpański, czy nie, możemy dojść do prostego wniosku: kobieta wprowadziła się do czyjegoś mieszkania, jacyś ludzie – prawdopodobnie prawowici właściciele – próbują grzecznie ją z niego wyprosić, a ona straszy prawnikiem. Można byłoby sądzić, że sytuacja to szczyt bezczelności i chamstwa, a nade wszystko bezprawia. Nie tylko rzadko który polski czytelnik (a tym bardziej czytelnik „Najwyższego Czasu”) sięgnie do źródeł tej historii, ale rzadko kiedy robi to także Hiszpan. A szkoda, bo jest bardziej skomplikowana niż to, co widzimy na filmie.

Jeśli trochę poszukamy w internecie, dotrzemy do wywiadu kanału telewizyjnego „El cuatro” z kobietą, Desiré, która jest bohaterką filmiku22. Przyjrzyjmy się historii opowiedzianej przez samą Desiré. Rodzina z trójką dzieci, w której rodzice zajmowali się wcześniej handlem obwoźnym i w ten sposób zarabiali na utrzymanie, straciła środki do życia w trakcie pandemii i lockdownu. Ponieważ nie mieli gdzie mieszkać, zajęli pustostan niezamieszkany od 2013 roku. Pomoc społeczna wiedziała o tej sytuacji, a jednak nie pomogła w żaden sposób, choćby oferując legalne mieszkanie socjalne. Desiré pomogła owej rodzinie poprzez kontakt z prawnikiem, aby wyjaśnić sytuację prawną. Prawnik powiedział im, że mogą zostać w mieszkaniu do czasu, kiedy pojawi się prawowity właściciel – jeśli to nastąpi, muszą opuścić nieruchomość. Jednak do tego czasu mogą tam pozostać, bo co innego mogą zrobić w trakcie kwarantanny?

Pojawiają się faktycznie jacyś ludzie, którzy chcą wyrzucić rodzinę, ale okazuje się, że nie są oni właścicielami mieszkania, lecz członkami rady mieszkańców. Desiré odsyła ich do prawnika, który jest zaangażowany w pomoc skłotującej rodzinie. Po feralnej rozmowie z przedstawicielami rady mieszkańców film trafia do internetu i zaczyna się prawdziwy festiwal hejtu wobec Desiré i jej bliskich. Natomiast okupująca rodzina nie zostaje w lokalu długo i wynosi się, bo nie mogła znieść nagonki ze strony sąsiadów: musieli się jako rodzina rozdzielić, aby zamieszkać u różnych osób, które zgodziły się przyjąć ich pod swój dach. Desiré dodaje przy tym, że nie jest i nigdy nie była skłotersem, że ma umowę najmu tam, gdzie mieszka, a teraz ona, jej rodzina i przyjaciele doświadczają fali hejtu w internecie.

Jak widać, w sieci krążą kłamstwa i manipulacje w całej tej historii. Przypatrzmy się, co zostało wypaczone i zestawmy to z wersją Desiré:

  1. osoby rozmawiające z kobietą nie są właścicielami mieszkania, lecz przedstawicielami rady mieszkańców,
  2. kobieta, Desiré, nie jest „dziką lokatorką”, lecz osobą która pomogła rodzinie z trójką dzieci nawiązać kontakt z prawnikiem,
  3. ta rodzina zajęła w trakcie pandemii pustostan nieużywany od 2013 r. Mieszkali tam jednak tylko przez krótki czas, ponieważ nie mogli wytrzymać nękania ze strony sąsiadów. Musieli się rozdzielić i zamieszkać w różnych miejscach. Zamieszkali osobno u różnych osób, które zgodziły się ich przyjąć pod swój dach,
  4. Desiré nie jest „okupas”, czyli skłotersem, więcej: sama podkreśla, że nie popiera skłotowania i że trzeba bronić własności prywatnej! Natomiast teraz sama ona i jej rodzina oraz przyjaciele doświadczają ogromnego nękania w sieciach społecznościowych, jest zaszczuta, a to doprowadza ją na skraj załamania nerwowego.

Ukazuje nam się zupełnie inny obraz Hiszpanii. Obraz kraju, gdzie rodzina, której wiedzie się gorzej, nie może liczyć na pomoc ze strony państwa, a gdy znajdą niezamieszkany dach nad głową, natychmiast stają się wrogami sąsiadów, dla których ważniejsze jest to, że nie mają legalnego tytułu do zamieszkania niż to, że nie mają gdzie mieszkać. Mamy też wirtualny świat hejterów i ludzi pozbawionych całkowicie empatii i zrozumienia nie tylko dla rodziny skłotującej, ale też dla kogoś, kto chciał pomóc osobom w podbramkowej sytuacji. Jest to sytuacja trudna dla wielu grup: sąsiedzi są wściekli, rodzina w sytuacji ubóstwa bez dachu nad głową i rozbita, kobieta, która chciała pomóc, znajduje się na skraju załamania nerwowego, jest także wściekła i nienawistna publika internetowa. Skoro tak, to kto na tym zyskuje?

Warto też dodać, że oczywiście skłotowanie, czyli zajmowanie czyjejś nieruchomości, nawet nieużytkowanej, jest niezgodne z prawem (choć, jak wskazałem, nie karane aż tak surowo, jak wtargnięcie do nieruchomości zamieszkałej). Jednak mówimy o sytuacji, w której na taki krok decydują się przeważnie ludzie praktycznie bez środków do życia. Państwo, które w tym momencie powinno przyjść z pomocą, zawodzi. Zatem de facto niezgodność działania zgodnie z prawem, już nie mówiąc o moralności czy etyce, zaczyna się w momencie niewywiązywania się przez państwo z obowiązków świadczenia usług publicznych na rzecz obywateli. Obywatele tacy stają pod ścianą, a decydują się na desperacki krok zajmowania pustostanów, żeby uniknąć życia na ulicy, które jest jeszcze trudniejsze, kiedy ma się dzieci (zresztą wtedy istnieje ryzyko, że dzieci zostaną odseparowane od rodziców). I jakby tyle przeciwności losu nie wystarczało, dostaje im się jeszcze dodatkowo od społeczeństwa – a to od sąsiadów, a to od hejterów w internecie. Jeśli więc mówimy o jakimkolwiek barbarzyństwie – to najpierw o tym, w jaki sposób państwo traktuje obywateli, a potem o tym, jak społeczeństwo traktuje tych, którym wiedzie się gorzej.

Nie znalazłem żadnego artykułu po polsku na temat historii, którą opiszę poniżej, choć pewnie gdyby istniał, to nosiłby tytuł w stylu „Imigrantka zajmuje mieszkanie starszej pani”. Już po nim czytelnik powinien wiedzieć, czego się spodziewać: imigrantka z Maroka (więc nie dość, że biedna, to jeszcze obca, z odmiennego kręgu kulturowego i innego wyznania), opiekunka starszej pani, wykopuje z mieszkania swoją podopieczną, prawowitą właścicielkę, biedną seniorkę (oczywiście Hiszpankę, czyli „naszą”). Hiszpańskojęzyczny internet huczy od tej historii – zresztą nie tylko internet, miały miejsca prawdziwe manifestacje przed kamienicą zamieszkaną przez niesławną Marokankę, gdzie nie obyło się oczywiście bez ksenofobicznych haseł. Przejdźmy do szczegółów historii rozbuchanej przez media, a potem do faktów23.

Młoda dziewczyna, Luna, przyjechała z Maroka do Madrytu w 2017 r. na studia. Uniwersytet wynajmuje dla niej pokój od starszej pani, płacąc za to miesięcznie 400 euro. Wynajmującą jest 89-letnia Carmen Franquelo, która nie jest właścicielką mieszkania, lecz wynajmuje je na specjalnych zasadach, obowiązujących dla osób, które wynajmują od bardzo dawna, bowiem zamieszkuje tam od 1946 r. Za wynajem płaci 121,5 euro, co jak na Hiszpanię, a zwłaszcza Madryt, jest kwotą śmiesznie niską. Jednak w tego typu umowie wynajmu jest wyraźnie zakazany podnajem osobom trzecim. Przy czym starsza pani i jej rodzina podnajmowali już wcześniej to mieszkanie innym osobom. Właścicielką mieszkania jest kobieta mieszkająca w Bilbao, która zainteresowanie mieszkaniem ograniczyła do pobierania czynszu. Przez lata nie wiedziała, co się właściwie dzieje w jej lokalu w Madrycie. W 2019 r. starsza pani przeprowadziła się, żeby zamieszkać ze swoim bratem. Od tego czasu nie mieszka już w mieszkaniu z Luną. To ważne dla dalszej części historii.

W 2021 r. właścicielka odkryła, że na skrzynce pocztowej jest nazwisko młodej Marokanki. Napisała do starszej pani, że umowa o wynajem automatycznie staje się nieważna, chyba że wynajmująca udowodni, iż w lokalu nikt poza nią nie mieszka. W odpowiedzi starsza pani zaprzeczyła, że mieszkanie zamieszkuje ktoś inny, twierdząc, że jedynie nocują jej wnuczki w trakcie weekendowych imprez. Młoda Marokanka nic nie wiedziała o rodzącym się konflikcie, aż do momentu, kiedy członkowie rodziny starszej pani postanowili ją stamtąd wykurzyć. Pierwsze, co poszło w ruch, to sprawdzenie legalności pobytu. Pudło, bo Marokanka miała zalegalizowany pobyt w Hiszpanii. Kolejnym krokiem była interwencja policji. Tym razem też się nie udało, ponieważ imigrantka miała ważny tytuł prawny do lokalu, a z kolei wyrzucenie jej, jak tego chcieli członkowie rodziny starszej pani, byłoby wbrew prawu. Z tej interwencji rodzina wyszła ze stratą, bowiem stróże prawa odebrali im klucze do mieszkania.

Skoro żadne z powyższych środków nie podziałało, rodzina postanowiła skontaktować się z firmą o nazwie Desokupa. Desokupas to firmy i osoby, których celem jest pozbywanie się skłotersów – odpowiednik naszych „czyścicieli kamienic”. Po pewnym czasie przed drzwiami mieszkania pojawił się szef firmy, przedstawiający się jako prawnik od nieruchomości, w towarzystwie kamer, prawnika, członków rodziny starszej pani i pracowników swojej firmy – osób o wyglądzie budzącym strach. Szef zażądał otwarcia drzwi, a gdy Marokanka nie otworzyła, zagroził wnioskiem do sądu o natychmiastową eksmisję. Dziewczyna nie otworzyła i zadzwoniła po policję. Gdy policjanci przyjechali, wytłumaczyli sprawę szefowi i pracownikom firmy. Oni jednak nie odpuścili. Zaczął się festiwal szczucia, strachu i nienawiści. Firma rozkręciła medialną nagonkę na młodą dziewczynę, przedstawiając sprawę w zupełnie innym świetle niż w rzeczywistości. Twierdzono, że młoda Marokanka zamieszkała ze starszą panią jako jej opiekunka, a kiedy ta wyszła z mieszkania do swego brata, zajęła je i nie chce go opuścić ani wpuścić swojej podopiecznej. Dziewczyna jest prześladowana przez agresora w wiadomościach prywatnych, jej zdjęcia z instagrama zostały opublikowane w internecie, została nazwana prostytutką, a wiele osób przesyłało jej groźby pobicia i śmierci oraz rasistowskie obelgi.

Szef firmy zorganizował wideokonferencję z członkami rodziny starszej pani. Ta konferencja jeszcze bardziej wpłynęła na negatywny wizerunek młodej dziewczyny, a rodzinę stawiała w pozytywnym świetle, chociaż to tak naprawdę właśnie pani Carmen złamała prawo, podnajmując nielegalnie pokój i pobierając za to dodatkowy przychód, przy tym było jasne, że Luna nigdy nie była opiekunką starszej pani, a jedynie wynajmowała od niej pokój. Festiwal nienawiści trwał nadal, łącznie z hasłami „opiekunka-skłoterka”, albo „wynoś się natychmiast, jeśli masz honor”. Zorganizowano też manifestację przed domem, gdzie mieszka Luna. Rodzina Carmen krzyczała przez megafon: „suka” (hiszp: hija de puta), „obrzydliwa Marokanka”.

Przedstawiciele Komendy Głównej Policji w Madrycie informują, że właścicielka mieszkania z Bilbao zaskarżyła wynajmującą starszą panią o niespełnienie warunków umowy najmu. Wskazują, że zarówno Luna złożyła zawiadomienie przeciwko rodzinie Carmen o popełnienie przestępstwa, jak i na odwrót: rodzina Carmen twierdzi, że wszystko to spisek właścicielki mieszkania, aby wykurzyć starszą panią, która płaci niewiele za wynajem. Jednocześnie zaprzeczają, żeby Carmen podpisywała jakąkolwiek umowę z Marokanką, a jeśli takowa istnieje, zaskarżą jeszcze o fałszowanie dokumentów. Firma „desokupas” to potwierdza i dodaje przy tym, że według sąsiadów, Luna uprawia prostytucję. Prawnik Luny, która jest ofiarą szczucia i napastowania, podejmie kroki prawne wobec firmy.

Podsumowując – pewna starsza pani i jej rodzina chcieli się dorobić na nielegalnym podnajmie, przy bardzo korzystnym czynszu, jaki płaciła starsza pani. Gdy to się wydało, a starsza pani straciła tytuł do lokalu, zaczęto obwiniać młodą kobietę, która jest obecnie ofiarą medialnej nagonki.

5. Wielu traci, niewielu zyskuje

Podobnych historii jest na pęczki. Wykorzystuje się półprawdy czy część historii, przekłamuje fakty lub nimi manipuluje, a potem w mediach mówi o ogromnym problemie z okupas. Oczywiście istnieją strony fact-checkingowe, które wyjaśniają drugie dno tych zazwyczaj skomplikowanych historii, ale sprawdzają je tylko ci, którzy chcą dotrzeć do prawdy lub nie wierzą w prostą bajeczkę o dzikich hordach zajmujących mieszkania.

Można zapytać, skoro rzeczywistość nie jest taka prosta, a w mediach tego typu newsy pojawiają się jak grzyby po deszczu, dlaczego tak się dzieje? Okazuje się, że jest wiele osób, którzy robią na tym dobry interes. Zastanówmy się, kto korzysta na tej sytuacji.

Po pierwsze, na poziomie polityczno-ekonomicznym, w Hiszpanii brakuje mieszkań socjalnych i to jest główna przyczyna rosnącej liczby osób zajmujących pustostany. Jednak budowa mieszkań socjalnych nie opłaca się bardzo wielu grupom, począwszy od osób, które wynajmują prywatne mieszkania na wolnym rynku (ponieważ przy wzroście większej liczby dostępnych mieszkań w ogóle, cena czynszu na rynku prywatnym spadłaby), po deweloperów, którzy budują mieszkania w celu sprzedania z dużym zyskiem. Ponadto dla samorządów są to kolejne koszty i zadania do wykonania: administracja, utrzymanie itp.

Po drugie, już na poziomie stricte politycznym – ponieważ problem okupas często kojarzy się z problemem migracji, taka retoryka opłaca się ruchom i partiom prawicowym, które na ksenofobii i rasizmie budują kapitał polityczny. Mieliśmy tego przykład w opisanej historii, gdzie szef firmy Desokupas zestawił „Carmen z Hiszpanii” – starszą, zacną panią, która według tego dyskursu nie ma gdzie mieszkać – z imigrancką opiekunką-skłoterką.

Po trzecie, na sytuacjach tego rodzaju zarabia wiele firm, od ochrony mienia i instalacji alarmowych poprzez właśnie desokupas, czyli „czyściciele kamienic”. Szef firmy, która zajęła się sprawą „imigrantki z Maroka”, w 2019 r. zarobił 1,7 mln euro! Pojawia się w telewizji, a ponadto ma prawie pół miliona lajków na Facebooku i prawie 100 tys. subskrybentów na Youtube.

Co ciekawe, według dziennika „El Pais” szef firmy Desokupas doskonale wiedział, że konflikt pomiędzy rodziną Carmen a Luną powstał i przebiega zupełnie inaczej niż to przedstawia. Mimo to brnął w kłamstwa i manipulacje, co niszczy życie młodej Marokanki. W wywiadzie stwierdza: „ja przedstawiam fakty i ludzie są wystarczająco inteligentni, żeby je przyjąć lub odrzucić”. Zapytany o to, dlaczego atakuje kogoś, kto legalnie mieszka, odpowiada: „Koniec z tym, wywiad skończony. Już wiem, dokąd zmierzasz”.

Ta firma, jak i wiele innych, bazuje na strachu, napędzanym przez nie same, media oraz partie i ruchy polityczne o skrajnie prawicowym profilu.

Nie można przy tym pominąć tego, że niezłe zyski uzyskują również mafie, które faktycznie włamują się do mieszkań, po to, aby „wynająć” je za kilkaset lub więcej euro: płacisz sumę i wchodzisz bez żadnej umowy, gwarancji czy jakiejkolwiek pewności, że na przykład za jakiś czas nie przyjdzie nakaz natychmiastowej eksmisji. Tylko że z usług mafii decydują się korzystać ludzie w desperackiej potrzebie znalezienia dachu nad głową, płacą kwoty horrendalne jak na ich dochody, bez żadnych praw czy gwarancji, jak długo mogą pozostać w takim lokum.

***

Rozwiązanie w takiej sytuacji wydaje się w teorii bardzo proste: więcej mieszkań socjalnych. Jak się jednak okazuje, to rozwiązanie nie jest na rękę ani właścicielom, w tym wielkim funduszom inwestycyjnym, ani deweloperom.

Jan Wiktor Świątek

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Obraz autorstwa pvproductionsa na Freepik.

Przypisy:

  1. http://blog.justynab.com/2016/06/okupas-wstyd-hiszpanii.html
  2. https://matkapolkawhiszpanii.blog/2021/02/24/okupas-ciemna-strona-hiszpanii/
  3. https://wyspiara.pl/okupas-czego-boja-sie-hiszpanie/
  4. https://forsal.pl/swiat/aktualnosci/artykuly/7809870,w-hiszpanii-narasta-strach-przed-dzikimi-lokatorami-ich-liczba-wzrosla-o-ponad-300-proc.html
  5. https://radioszczecin.pl/1,408152,szokujace-zjawisko-w-hiszpanii-relacja-w-radiu-s
  6. https://wszystkoconajwazniejsze.pl/autorzy/renata-acosta/
  7. https://nczas.com/2020/08/30/do-czego-prowadza-rzady-lewicy-w-hiszpanii-prawo-broni-dzikich-lokatorow-przed-wlascicielami/
  8. https://www.elespanol.com/reportajes/20201221/guerra-empresas-antiokupas-dispararse-negocio-desokupa-factura/544946012_0.html
  9. https://www.telemadrid.es/programas/buenos-dias-madrid/presionados-empresa-desokupa-salgan-Mostoles-2-2292090773–20201202095830.html
  10. https://www.elsaltodiario.com/especulacion-urbanistica/vivienda-desahucio-pah-mentiras-bulos-fantasma-okupacion-agitese-antes-usar
  11. https://www.conceptosjuridicos.com/allanamiento-de-morada/
  12. https://www.conceptosjuridicos.com/delito-de-usurpacion/
  13. https://www.lasprovincias.es/comunitat/tarda-desalojar-okupa-20200923222618-nt.html
  14. https://vmsabogados.com/que-hacer-si-ocupan-tu-casa-habitual-o-secundaria/
  15. https://elpais.com/espana/2020-09-05/una-dudosa-alarma-sobre-los-okupas.html
  16. https://elpais.com/espana/2020-09-05/una-dudosa-alarma-sobre-los-okupas.html
  17. https://red-juridica.com/datos-okupacion-mitos-realidades/
  18. https://elpais.com/espana/2020-09-05/una-dudosa-alarma-sobre-los-okupas.html oraz https://elpais.com/economia/2020-09-04/la-artificial-y-golosa-burbuja-okupa.html
  19. Ibidem.
  20. https://www.elsaltodiario.com/especulacion-urbanistica/vivienda-desahucio-pah-mentiras-bulos-fantasma-okupacion-agitese-antes-usar
  21. Ibidem.
  22. https://www.cuatro.com/cuatroaldia/okupa-viral-abogado-niega-directo-okapacion-destrozada-asesoraba-familia_18_2993295278.html
  23. https://elpais.com/espana/madrid/2021-09-03/asi-se-fabrica-una-mentira-el-bulo-de-la-cuidadora-okupa-inventado-para-acosar-a-una-inquilina-inmigrante.html?ssm=TW_CC&fbclid=IwAR0tSZ9mbgqREpd8ppy74CXZrKdIvCeeyMAN26Q_yz8nKKKuUHHOom3RRdA oraz https://maldita.es/malditobulo/20210903/caso-supuesta-cuidadora-acusada-okupar-piso-anciana-carmen-madrid/

Medialne oblicza biedy (wywiad z dr hab. Małgorzatą Lisowską-Magdziarz)

 

Dr hab. Małgorzata Lisowska-Magdziarz, prof. UJ, pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim. Prowadzi badania nad semiotyką mediów oraz kulturowymi praktykami ludzi w społeczeństwie konsumpcyjnym. Autorka książek „Znaki na uwięzi. Od semiologii do semiotyki mediów” (2020), „Nienawiść w mediach. Diagnoza i badanie” (2020), „Fandom dla początkujących. Tożsamość i twórczość” (2018), „Fandom dla początkujących. Społeczność i wiedza” (2017), „Feniksy, łabędzie, motyle. Media i kultura transformacji” (2012), „Pasażer z tylnego siedzenia. Media, reklama i wychowanie w społeczeństwie konsumpcyjnym” (2010); „Media powszednie. Środki komunikowania masowego i szerokie paradygmaty medialne w życiu codziennym Polaków u progu XXI wieku” (2008); „Analiza tekstu w dyskursie medialnym” (2006); „Analiza zawartości mediów” (2004); „Bunt na sprzedaż. Przemysł muzyczny – reklama – semiotyka” (2000), oraz kilkudziesięciu artykułów i rozdziałów w pracach zbiorowych, poświęconych semiotyce mediów i innym formom analizy przekazów w komunikowaniu masowym, użytkowaniu mediów, a także metodologii oraz edukacji medialnej. W wolnym czasie czyta pamiętniki polskich pisarzy, jeździ na nartach i ogląda seriale.

Chciałabym porozmawiać o reprezentacjach ubóstwa w mediach. Niemal wszystko związane z ubóstwem jest w dyskursie określane mianem patologii. Mamy w polskich mediach długą tradycję skupiania się na negatywnych atrybutach ubóstwa, czyli przedstawiania go poprzez grzyb na ścianach, rozgrzebane łóżka, zużyte meble, bałagan. Takie wizerunki były, mam wrażenie, charakterystyczne dla okresu około roku 2000 i są charakterystyczne dla teraźniejszości, a zwłaszcza okresu po roku 2015. W jaki sposób ludzie ubodzy – czy ubóstwo jako cecha – są przedstawiani w mediach głównego nurtu i w mediach tabloidowych? To według Pani badań dwie różne sprawy.

Małgorzata Lisowska-Magdziarz: Jako semiotyczka i medioznawczyni zajmuję się nie tyle zagadnieniami statusu społecznego, ile kulturą konsumpcyjną i jej związkami z mediami. Dlatego zwraca moją uwagę to, w jaki sposób w mediach reprezentowane są zagadnienia, powiedzmy, ubóstwa, różnych form społecznej deprywacji, marginalizacji itd. w kontekście tego, że polskie społeczeństwo, a media na pewno, zaakceptowały i zinternalizowały wartości konsumpcyjne. Przyjęły za fakt nie tylko to, że konsumpcja jest dobra, ale i to, że jest powszechnie dostępna, stanowi element stylów życia ludzi. W związku z tym również prawo do szacunku i zainteresowania otrzymują przede wszystkim osoby, które osiągnęły tak zwany sukces, czyli mają odpowiednio wysoki poziom konsumpcji, a jednocześnie konsumują umiejętnie i widowiskowo. Brak dostępu do konsumpcji oraz wiedzy, jak i do czego jej używać, oznacza marginalizację. W mediach biedni automatycznie trafiają na ten margines.

Oczywiście jest tak, że mamy pewne stałe, pewne skonwencjonalizowane taktyki, strategie, wzorce reprezentacyjne dotyczące ubóstwa – i one są nawet starsze niż media komercyjne. Gdybyśmy porównali, co o ubóstwie pisało dziennikarstwo przedwojenne, to tutaj też nie ma dużej różnicy. Jest patologizacja, połączenie ubóstwa z jakimś bardziej lub mniej otwarcie wyrażanym przekonaniem, że bieda to wynik patologii i że niemal automatycznie do tej patologii prowadzi, że te dwa zjawiska są skorelowane. Istnieje też swoista estetyzacja – ubóstwo jest reprezentowane przez pewien zestaw stałych wizualnych przedstawień, które koncentrują się na tym, że ludzie biedni są brzydcy i żyją w brzydkich miejscach, że ubóstwo wiąże się z brudem i dewastacją itd. W mediach opiniotwórczych możemy mieć też trochę odwrotną sytuację, mianowicie swego rodzaju odpersonalizowanie ubóstwa i przedstawianie go z kolei jako zagadnienia systemowego, co ma swój sens, ale wtedy czyni je dość abstrakcyjnym. Nie ma ono ludzkiej twarzy. Rozumiem to, bo przed dziennikarzem, który musi o tym pisać, stoi trudne zadanie. Z jednej strony prezentacji tego zjawiska prawdopodobnie w jego społecznym kontekście, a więc nie jako czegoś, co jest wyłącznie jednostkowym problemem, lecz skutkiem układu ekonomicznego, politycznego itp. Z drugiej strony – nietracenie wymiaru ludzkiego, a jednocześnie niedawanie pożywki voyeryzmowi. Media tabloidowe natomiast wykorzystują w dużej mierze model voyerystyczny. Ustawiają się one, co jest paradoksem, w roli reprezentantów osób wykluczonych społecznie, ich głosu: dziennikarze tabloidów mają być tymi, którzy w relacji pomiędzy władzą a społeczeństwem biorą stronę wykluczonych. Ale jednocześnie ich relacje są hiperboliczne, sensacyjne i bardzo skupione na zewnętrznych, „atrakcyjnych” atrybutach skandalicznego obrazu biedy. Mamy jakąś panią Józefę, lat pięćdziesiąt dwa, która mówi, że nie ma za co żyć – i dostajemy przy okazji nie tylko mocno emocjonalny tekst, ale i ilustracje podkreślające dramatyzm sytuacji i skupiające się na(nie)estetycznych aspektach obrazu bohaterki. Biedę w gazetach i programach telewizyjnych typu tabloidowego pokazuje się nam z pełnym inwentarzem estetycznego podglądactwa.

Czy to polska specyfika?

Obiektywizacja, personalizacja czy voyeryzm, estetyzacja czy patologizacja ubóstwa – są dość uniwersalne. Znajdziemy je w mediach nie tylko polskich. Natomiast niepokojącym elementem we współczesnych polskich reprezentacjach ubóstwa jest połączenie ubóstwa z upokorzeniem. Pisze o tym ciekawie dr Rydlewski, zwracał na to uwagę profesor Burszta, że w mediach o mocno konsumpcyjnym nastawieniu mamy pokazanie ubogiego jako kogoś, kto z jednej strony jest godzien… nie wiem, czy aż pogardy, ale z pewnością politowania, ze względu na swoją nieporadność w poruszaniu się w świecie kodów konsumpcyjnych, marek, produktów, swoją naiwność w tym świecie. Z drugiej strony mamy cały nurt humiliation shows, w którym ludzie ubodzy czy z jakichś innych względów społecznie zmarginalizowani, są zapraszani do programów telewizyjnych o tematyce lifestyle’owej lub jawnie konsumpcyjnej i zostają ich bohaterami. Godzą się na to, bo to być może życiowa szansa, ale zwykle nie zdają sobie sprawy, jakie są konsekwencje wejścia w interakcję z taką machiną medialną, że przykroi ona ich występ do własnych potrzeb. W efekcie, ze swoją nieporadnością i habitusem niedostosowanym do życia w świecie konsumpcji, zostają upokorzeni jawnie, na ekranie. Stają się obiektem podglądactwa, a show polega na napawaniu się ich upokorzeniem. Mówię tu o programach typu „Chłopaki do wzięcia” i o tzw. makeover shows, do których instytucja medialna bierze kogoś, kto jest biedny, brzydki i wykluczony, i pokazuje mu, jak dzięki użyciu produktów i usług może stać się piękny, bogaty i popularny – ale to zawsze wiąże się z upokorzeniem jako warunkiem udziału w show i jako jego narracyjnym komponentem. To smutny paradoks, że w społeczeństwie, które właściwie dopiero przyswaja kody i praktyki konsumpcjonizmu, upokorzenie kogoś, kto nie jest w stanie włączyć się w ten festiwal konsumpcji, jest częścią rozrywki. Oczywiście zatem przykre jest, że w mediach ubóstwo się patologizuje, przedstawia je za pomocą zestawu wyświechtanych obrazów – obłażący tynk, niepościelone łóżko, albo (to też częsty wątek) pokazuje się, że biedni nie dbają o swoje dzieci. Natomiast ten wątek upokorzenia i pokazania, że bieda wiąże się z niedostosowaniem do szczęśliwego świata konsumentów, jest chyba stosunkowo nowy.

Wydaje mi się, choć nie mogę poprzeć tego stwierdzenia niczym poza długą obserwacją mediów, że media przed czasami „szczęśliwej konsumpcji” były bardziej solidarne z biednymi. Biedni byli tacy jak my. A teraz mamy się dowiedzieć, że biedni to są ci, którzy mogą nam dać poczucie wyższości. Ci, którzy to poczucie wyższości zyskują, podłączyli się pod społeczeństwo konsumpcyjne wcześniej lub, co się często pomija, mieli lepsze warunki startu, lepszy zestaw okoliczności losowych. Ośmieszające, upokarzające reprezentacje ludzi materialnie ubogich są moim zdaniem niebezpieczne nie tylko dlatego, że usuwają z pola widzenia systemowe zagadnienia związane z ubóstwem, ale również z tego powodu, iż do pewnego stopnia likwidują one empatię. Jeżeli „Chłopaki do wzięcia” służą do tego, aby się z nich śmiać, to zmienia to naszą perspektywę, nie patrzymy na nich jak na kogoś, kogo los mógłby zostać polepszony, lecz jako na kogoś, kto jest od nas po prostu gorszy. Jeżeli ktoś jest ośmieszony, wówczas zostaje mało miejsca na zrozumienie lub współczucie.

W ciekawy sposób łączy się z tym zagadnienie programów aspiracyjnych, takich jak np. „Kto poślubi mojego syna”, gdzie mamy pewien obraz świata ludzi bogatych i szczęśliwych, który zostaje skonstruowany przez instytucje medialne i przeznaczony dla odbiorców uboższych, nie mających takiego szczęścia w życiu – jako pewien wzorzec. Jest to wzorzec jednocześnie całkowicie nierealistyczny – bogaci tak nie żyją, nie mieszkają ani nie mówią, to jest fantazja rodem z serialu „Dallas” czy z latynoskich telenowel – jak i całkowicie nieosiągalny. Tkwi w tym bardzo duża pogarda mediów wobec ludzi, którzy mają być odbiorcami tego typu materiałów.

Kto zarządza dyskursem przedstawiającym ubóstwo w mediach głównego nurtu? Kto zarządza tym, jak biedni zostaną przedstawieni? Czy mają swoją reprezentację, media stojące po ich stronie? Pisała Pani o tabloidach typu „Super Express”, a takie media mówią: „Nam, zwykłym Polakom, podrożały chleb i prąd, podczas gdy Maryla Rodowicz je pączki po 30 zł za sztukę” – ale czy faktycznie osoby ubogie, wykluczone, czują, że „Super Express” je reprezentuje? Czy to jest po prostu format, który ma być w kontraście do np. „Gazety Wyborczej”?

Nie wiem, jak czują, nie mam dostępu do żadnych takich badań. Przypuszczam, że może tak być, iż dla części ludzi forma i sposób widzenia świata prezentowane przez prasę tabloidową są lepiej zrozumiałe, przystępniejsze, w pewnej mierze również bardziej atrakcyjne niż quality media. To jest zrozumiałe. Nie bez powodu drukowana prasa tabloidowa ma się nie najgorzej, bo ona trafia do tych, którzy niekoniecznie siedzą w internecie, gdzie przenoszą się media opinii. Ci czytelnicy niekoniecznie mają nawet dostęp do świata komunikacji interaktywnej – nie tylko wprost techniczny, ale także mentalny, ekonomiczny itd.

Jestem jednak przekonana, że wszelkie próby reprezentowania tzw. zwykłego człowieka przez prasę tabloidową nie są prowadzone w interesie tego zwykłego człowieka, lecz w imię sprzedawalności. Problem z reprezentacją biednych w mediach głównego nurtu wiąże się z tym, że, aby mieć w nich swoją reprezentację, trzeba posiadać pieniądze i dostęp do narzędzi szerokiego rozpowszechniania informacji i opinii. Z kolei świat kultury interaktywnej usuwa do pewnego stopnia konieczność posiadania wielkich środków: ze swoją narracją, przy pomocy niewielkich funduszy, teoretycznie mogę przy pomocy internetu dotrzeć do sporej publiczności. Tu jednak pojawia się problem wiedzy i kompetencji. Nawet jeśli bariera wejścia do sfery publicznej jest niższa, to trzeba jeszcze umieć to zrobić. Zarządzanie swoim wizerunkiem, tematyką w mediach interaktywnych, to pochodna habitusu, wytrenowania, umiejętności praktycznych. Biedni między innymi dlatego są biedni, że znajdują się w tzw. luce cyfrowej, czyli w tym obszarze komunikacji społecznej, w którym albo nie korzysta się z mediów cyfrowych, albo się korzysta, ale w sposób uproszczony, nie mając w nich własnej podmiotowości, własnej twórczości, reprezentacji własnych interesów. Pomysły, żeby dawać laptopy dzieciom z rodzin ekonomicznie źle sobie radzących, co miało poprawić ich wyniki w szkole, doprowadziły, jak się okazuje, do tego, że jakość wyników szkolnych tych dzieci się pogorszyła. Te laptopy musiałyby być jeszcze w środowisku domowym kompetentnie używane. Nie tylko do gier i zabawy, ale także do poszukiwania wiedzy. Dlaczego biedni nie mają swojej porządnej, poważnej reprezentacji w internecie? Bo nie ma tu know how.

Z drugiej strony jednak zapytajmy, czy człowiek, który z różnych względów podlega mechanizmom społecznego wykluczenia, musi chcieć osobiście reprezentować w mediach interesy własne lub własnej grupy? Może chce, może nie chce. Może nie chcieć – nie ma obowiązku. Natomiast zasadniczo istotna jest tutaj kwestia odpowiedzialności dziennikarzy i wydawców, ludzi, którzy kreują dyskurs społeczny i którzy powinni umieć się powstrzymać przed tworzeniem treści wzmacniających paskudne stereotypy i świadomie podchodzić do zagadnienia społecznego obrazu różnych grup i zjawisk. Uważam więc, że produkowanie shows opartych na upokorzeniu jest wyrazem cynizmu i absolutnego porzucenia odpowiedzialności społecznej. Rozumiem, że to jest robione przez media komercyjne, ale nawet w mediach komercyjnych można oczekiwać, że ktoś będzie używał sumienia. I znowu, to nie jest tak, że tylko my mamy te humiliation shows. Ale w pewnych momencie mieliśmy szansę, aby u nas się to nie pojawiło, żeby tego do nas nie wpuścić. Zastanawiam się, czy dziennikarz, redaktor, wydawca nie mogą czasami powiedzieć „nie”. Powiedzą państwo, że nie może z powodów rynkowych, bo w komercyjnych mediach musi robić to, co mu każą. Nie musi.

Docieramy do roku 2015, który bardzo zmienił tę dynamikę. Dzięki polityce społecznej PiS mnóstwo tematów weszło do głównego nurtu albo zostało w nim nie tyle przypomniane, co omówione z innej perspektywy – wszelkie tematy socjalne, warunki pracy, mieszkalnictwo. A jednocześnie pojawiła się ofensywa medialna i internetowa anty-500+, został odgrzany termin „roszczeniowość”. Zaczęto wymyślać pewnym grupom społecznym od Karyn, Sebków, Brajanków itp., zwłaszcza w internecie. Ale pojawiła się też nowa kategoria – „zatroskany” dziennikarz czy też „zatroskany” celebryta, przeciwny „rozdawnictwu”, np. głośny felieton Agaty Młynarskiej w „Newsweeku” o wyjazdach Polaków nad morze – nazywanie tego „najazdem Hunów”. Nastała złość pewnej grupy społecznej na to, że ten dystans się jakby skraca, chociaż on się nie skraca naprawdę, tylko po prostu inna grupa społeczna zaczęła mieć trochę wyższy dochód rozporządzalny, wobec czego nie zmieniła habitusu, ale zaczęła pojawiać się w nowych miejscach, które do tej pory były dla niej niedostępne, albo korzystać z rozrywek, na które wcześniej nie było jej stać. Jednocześnie pojawił się jeszcze jeden wątek: sprzeciw wobec takich krytycznych postaw i termin „klasizm”. Zaczęto nazywać klasizmem wszystkie przejawy niechęci estetycznej, czy właściwie jakiejkolwiek, w stosunku do osób z klas ludowych.

Owszem, PiS wprowadził do publicznej dyskusji różne zagadnienia związane ze społecznym wykluczeniem. Zrobił to populistycznie, z troski o wyniki wyborów, co oczywiście widać po efektach i objawach braku rzeczywistego zainteresowania systemowymi obszarami niedostatku (na przykład sytuacją życiową rodzin dzieci chronicznie chorych). Jeśli chodzi o 500+, to przyznaję, że z powyższych względów na początku nie byłam przekonana do tego programu. Teraz natomiast dostrzegam pewne zalety. Uważam, że postrzeganie przez klasę średnią świadczenia 500+ w kategoriach właśnie patologizacji – że to 500+ zostanie wydane na wódkę, a takie obawy były często wyrażane publicznie – to niewątpliwie wyraz klasizmu, a także, niestety, dowód na to, że narracja o biedzie jako patologii się przyjęła i została zinternalizowana. Ktoś jest biedny, dostanie 500 zł, wyda je na wódkę? „Narobi sobie dzieci”, żeby dostać więcej tych pięćsetek? Takie wypowiedzi zdarzały się i powracają do dziś nawet w mediach opiniotwórczych, i jest to dość okropne, bo pokazuje, że ci, którzy z racji wyższego habitusu, nie najgorszego wykształcenia, pewnych doświadczeń społecznych, powinni… nie, nie możemy powiedzieć „uważać, co myślą”, ale powinni myśleć krytycznie i całościowo. Tymczasem odwołują się w swojej ocenie 500+ do wiedzy anegdotycznej. W stylu „mój wielodzietny niepracujący sąsiad alkoholik jest dowodem na to, że wszyscy wydadzą 500+ na wódkę”. A nie na buty dla dziecka czy pierwszy wyjazd na wakacje.

To pokazuje, że cała ta narracja ubóstwa jako problemu estetycznego i habitusowego oraz patologizacji biedy, ponieważ już tak długo trwa, dobrze się przyjęła. Ludzie rzeczywiście, trochę odruchowo, zaczęli tak myśleć. Uważam, że wprowadzenie do obiegu terminu „klasizm” – którego nie używają ubodzy, lecz klasa średnia w stosunku do siebie wzajemnie – jest o tyle pozytywnym zjawiskiem, że chociaż ten termin jest używany nadmiernie, za często, nie zawsze adekwatnie, to jego istnienie zwraca w ogóle uwagę na to, że istnieje coś takiego, jak klasowe uprzedzenia w stosunku między innymi właśnie do ubogich. A to jest u nas ważne, bo jednocześnie przecież nasza edukacja – szkolna, literacka, kulturalna – to historia o Judymie i Siłaczce, o inteligentach, którzy bezinteresownie poświęcając się, idą ratować i edukować biednych, podnosić ich z dramatycznego upadku materialnego lub moralnego. Więc powiedzenie czasem „to klasizm” komuś, kto wyraża pogardę, zwłaszcza związaną z walorami estetycznymi niedostatku oraz jego domniemaną patologizacją, jest zdrowe, jest trzeźwiące, bo wytrąca z samozadowolenia.

Uważam, że ten wspomniany nieszczęsny felieton o najeździe Hunów zaraz po tym jak pewna liczba uboższych Polaków pierwszy raz pojawiła się w kurortach – być może, bo przecież nie wiemy tego na pewno, dzięki 500+ – jest niewątpliwie wyrazem klasizmu, nawet jeśli (co widziałam na własne oczy) rzeczeni Polacy rzeczywiście nie zachowywali się specjalnie dobrze. Ale przesunięcie społeczne, awans społeczny grup i jednostek nigdy nie odbywa się bezszmerowo, bez generowanych przy tej okazji problemów, także w komunikacji między klasami i we wzajemnym spojrzeniu na siebie. Hałasowanie na plaży doprawdy nie jest największym z nich. Habitus się nabywa, więc to, że ludzie dostali 500+, nie oznacza, że on się od razu poprawił. Czy należało tej poprawy oczekiwać od razu? Nie. Czy to, że jakieś dzieci pojechały pierwszy raz w życiu na wakacje nad morze było złe czy dobre? Było dobre.

Czy po wprowadzeniu 500+ w kwietniu 2016 r. media liberalne i głównego nurtu bardziej zaczęły na ten język uważać? Z jednej strony mam wrażenie, że zaczęły „dowalać patologii”, a z drugiej – pojawiło się też wiele głosów, że nie, nie można w ten sposób, że jednak ludzie, którzy otrzymują jakieś świadczenie, mają prawo zachowywać się tak czy inaczej. Jest pewien nacisk, żeby zmienić ich traktowanie przynajmniej na poziomie języka. Pewnych rzeczy już nie wypada, tak jak kiedyś przestało wypadać z rasizmem czy dyskryminacją kobiet.

W tym sensie felieton pani Młynarskiej, o którym tu mówimy, miał pozytywny efekt. Było to tak brutalnie sformułowane, że część z nas palnęła się w czoło. Natomiast jest też tak, że czasem ludzie mówią takie rzeczy w prywatnych rozmowach, dając wyraz np. frustracji zachowaniem sąsiada, który ma mało przyjemne przyzwyczajenia, ale odpowiedzialne media nie powinny używać takiego języka, ponieważ podnosi on poziom społecznej agresji oraz ponieważ jest klasistowski. Może jest tak, że pomału się tego uczymy. Zmiany w języku – żeby był mniej brutalny, mniej wykluczający – są oczywiście jak najbardziej pożądane, trochę ciągną za sobą zmianę społeczną; nie wystarczą, ale tutaj nie ma prostej relacji przyczynowo-skutkowej, że coś jest pierwsze, a coś jest drugie.

Natomiast jeśli chodzi o cały wątek pogardy klasowej i upokorzenia, które występują w różnych programach medialnych, to tam właściwie nie znajdziemy brutalnego języka. Tam jest bardzo miło i przyjemnie, prowadzący program rzucają się na szyję bohaterom, płaczą razem z nimi, wszyscy mówią sobie po imieniu i zwierzają się wzajemnie z kłopotów, ale to przecież wcale nie zmienia tego, co jest pod spodem. Jest wiele hipokryzji. Jest ten słodki, miły język, instytucja medialna zaprzyjaźnia się z bohaterem programu – ale to wcale nie oznacza, że nie ma w tym pogardy klasowej i każdej innej. Tkwi ona w samych założeniach takich programów i w dynamice władzy pomiędzy instytucją, reprezentującym ją dziennikarzem, bohaterem programu i jego odbiorcami.

Oczywiście więc język powinien się zmienić, a medialne reprezentacje powinny być bardziej wrażliwe, ale najpierw jest to jednak kwestia zmian systemowych i odpowiedzialności mediów. Jeśli już o tym piszą czy mówią o zagadnieniu ekonomicznego wykluczenia i powiązanych z nim wykluczeń edukacyjnych, komunikacyjnych, konsumpcyjnych, to powinny je widzieć jako pewne zjawisko systemowe, na które należy patrzeć jako na całość. Przyznam, że czuję dużą ambiwalencję w przypadku różnych akcji pomocowych, tych programów, w których widzimy bardzo biedną rodzinę i apel, żeby zrzucić się na jej wsparcie. To zrozumiałe, zrozpaczeni ludzie czasem nie mają innego wyjścia. Ale mamy całe gatunki medialne, całą grupę mediów, które na tym rozkwitają. Takie opowieści i narracje to fałszywie zaangażowany reportaż społeczny, który tylko pozornie dąży do zmiany społecznej, nawet jeśli niekiedy przyczynia się do wyeliminowania czyjegoś indywidualnego nieszczęścia. Gdzie jest pytanie o głębsze źródła sytuacji, w której jedynym ratunkiem dla ludzi pragnących leczyć swoje dziecko, jest pokazanie się w telewizji z błaganiem o pomoc lub zorganizowanie zbiórki w internecie? No, ale dla mediów pokazywanie takich historii jest oczywiście łatwiejsze i daje oglądalność, natomiast pisanie o tym w kategoriach systemowych jest o wiele trudniejsze i mniej atrakcyjne.

Pomagam od kilku lat Festiwalowi Wrażliwemu w Gdańsku. Nagradzamy dziennikarzy za teksty, filmy, słuchowiska o tematyce społecznej. Mieliśmy wiele dyskusji na temat tego, kogo my właściwie nagradzamy. Co tak naprawdę oznacza dziś „wrażliwość społeczna”? Wpisaliśmy do regulaminu, że chcemy doceniać takie materiały, które nie tylko pokazują, że jest jakiś problem, ale także tłumaczą, dlaczego ten problem istnieje i próbują wskazywać rozwiązania, a nawet w praktyce do nich doprowadzać. Tego jest w mediach za mało.

To są problemy, które mają swoje strukturalne przyczyny i oczekują na systemowe rozwiązania, a są przedstawiane jako ciekawostka. W tych programach typu reality showtalent show, o których mówimy, jest też wiara w Kopciuszka, w „od pucybuta do milionera”. Jest to niestety suflowanie ludziom wiary, że jeśli wystarczająco dużo ze sobą zrobią, to coś się zmieni w ich życiu na lepsze. Zazwyczaj tak nie jest lub zmienia się na krótko.

Tu są dwa problemy. Jeden to taki, że „zrobienie czegoś ze sobą” ma być powiązane z interwencją instytucji medialnej. To ona daje narzędzia, know how, wzorce osobowe. To jest oczywiście złudne. A druga kwestia to pokazywanie, że to odpowiedni rodzaj konsumpcji uczyni cię szczęśliwszym, że gdy poprawisz interfejs, to oprogramowanie pod spodem też się zmieni. Zacznij od tego, że się dobrze ubierzesz, umalujesz, że będziesz „mieć wiarę w siebie”. To nieustannie powracający, uwłaczający motyw – że aby osiągnąć sukces, trzeba tylko po prostu mieć motywację, ciężko pracować. Pewien profesor niedawno powiedział przedstawicielom klasy średniej, że gdy będą pracowali po 16 godzin na dobę, to osiągną sukces. To oczywiście nonsens. Po pierwsze, człowiek musi też żyć, a nie tylko pracować. Po drugie – system, w którym trzeba pracować 16 godzin na dobę, jest patologiczny. A po trzecie i najważniejsze, stawiając w centrum motywację oraz widzialność medialną, pomija się w ogóle zagadnienie startu, warunków wyjściowych, równości szans. Cała narracja pt. „trzeba tylko chcieć” została tak bardzo znormalizowana, że mamy cały rynek poradników „jak osiągnąć sukces w dowolnej dziedzinie”, które mówią, że motywacja jest niemal wszystkim. Wzorce osobowe w mediach konsumpcyjnych, gdzie pokazywani są ludzie sukcesu, którzy mówią „bardzo chciałem i ciężko pracowałem” – może to pojedynczym osobom się udaje – absolutnie pomijają ograniczenia systemowe i są uwłaczające w stosunku do tych, którzy bardzo się starali, ale z powodu okoliczności systemowych lub tragedii osobistych im się nie udało. Nie można komuś powiedzieć „jesteś biedny dlatego, że jesteś leniwy”. Są pewnie i tacy ludzie, którzy są biedni, bo są leniwi, ale to nie jest okoliczność systemowa. Nikt nie chce być biedny dla własnej przyjemności i nie jest tak, że ludzie są biedni tylko dlatego, że nie chce im się wstać z łóżka.

Co do przedstawiania biedy, ubóstwa w internecie – w memach, na grupkach internetowych itp. – to internet ułatwia uwypuklanie i wyszydzanie pewnych cech charakterystycznych i zachowań. Jednocześnie jest jednak tak, że w internecie już nie śmieją się z nas media i dziennikarze – choć oczywiście też mogą, np. tworząc fanpage, z których kilka ma niesamowitą popularność – lecz śmiejemy się z siebie nawzajem. I znowu, po roku 2015 czy 2016, pojawiły się pewne tematy i kierunki myślenia na temat ludzi pobierających świadczenia socjalne. Za każdej władzy obecne były memy czy żarty o Karynach i Sebastianach, wyśmiewające nie tylko biedę, ale także habitus, sposób ubierania się, zwyczaje żywieniowe – zawsze byli po prostu tacy ludzie, z których przedstawień się śmiano. Czy Pani to badała, jak to wygląda i jak się zmienia?

Obserwuję to z zainteresowaniem, ale śledzę te zmiany także dlatego, że prowadzenie zajęć z semiotyki ze studentami coraz młodszymi rocznikowo wymusza obserwację tego typu działań w internecie. Pomyślałabym nie tylko o Karynie, Sebastianie, Marianie, ale też np. o Nosaczu, który jest bohaterem memów i jednocześnie reprezentantem ludzi o niskim habitusie, plebejskich przyzwyczajeniach itp. Zresztą nie tylko memy, ale także różne krótkie filmiki na YouTube, gdzie pokazywane są wyczyny ludzi niespecjalnie wykształconych, a bardzo pragnących swoich pięciu minut popularności. Nie wiem, o czym to świadczy, choć pomyślałabym, zważywszy na popularność tego typu działań i to, że kolejne tak zwane templatki oparte na tym temacie się pojawiają, iż być może w jakiejś mierze to zostało zinternalizowane – ten klasizm. Wyśmiewana jest nie tyle bieda w sensie rzeczywistej katastrofy ekonomicznej, co brak wykształcenia, plebejskie zwyczaje, niski habitus. Być może winne temu jest wcześniejsze voyerystyczne podejście, jeszcze z czasów przedinternetowych. Zastanawiam się tylko czasem, kim są ludzie, którzy robią takie memy oraz ludzie, których te memy śmieszą. Nie potrafię powiedzieć, czy to jest wyraz opinii kogoś, kto opowiada nam autoironicznie o własnym otoczeniu, czy wyraz pogardy klasowej ze strony kogoś, kto patrzy z góry na biedniejszego od siebie i mniej estetycznego Polaka.

Nie wiem, czy to było zamierzone w postaci Nosacza, ale jest trochę tak, że on wzrusza, np. mnie. Są takie memy z Nosaczem, na których jest on np. ojcem, który nie potrafi swoim dzieciom powiedzieć, że je kocha, bo jest sztywny i inaczej wychowany. Nosacz to nie jest tylko puszka z piwem, jak Seba czy Karyna, ale Nosacz służy też pokazaniu Polaka w wieku 50+, bez wykształcenia, obarczonego rodziną itp., lecz czasami mającego przebłyski wrażliwości. Wydaje mi się, że akurat Nosacza robi jakiś bardzo dobry obserwator. W internecie jest zresztą tak, że straciliśmy kontrolę nad tym, ile osób „robi” memy z jakąś postacią. Może Nosacza tworzą różne osoby i dlatego część Nosaczy jest fajna.

Ale czy nie jest tak, że jednym ze stereotypów dotyczących biedy jest jej powiązanie ze społecznym konserwatyzmem? Zamożna klasa średnia miałaby być otwarta, liberalna, wielokulturowa, światowa itd., a biedni – zamknięci, nietolerancyjni, konserwatywni, niepasujący do nowoczesnego świata. I efektem tych stereotypów są memy w rodzaju „mój stary, który bije brawo, gdy samolot wyląduje”. Wyśmiewamy się tu trochę z Nosacza jako kogoś, kto nie tylko nie ma habitusu, ale też nie otarł się o „nowoczesny świat” albo nie rozumie, że „wielokulturowość to ważna rzecz”. Jest może w takim myśleniu frustracja klasy średniej i młodszego pokolenia, ponieważ zamknięty, mało nowoczesny, konserwatywny pogląd na świat potrafi się przedostać do urn wyborczych. Skądinąd zresztą rzeczywiście, w sposób empirycznie sprawdzalny, postawy bardziej konserwatywne i zamknięte łączą się z niższym wykształceniem i niskim statusem społecznym. Fakt, że rzeczywiście bieda łączy się z takimi postawami, jest przedmiotem niepokoju i frustracji klasy średniej i może być podstawą pod wrogie, czasem też klasistowskie podejście do tych, którzy nie zdążyli lub nie mieli możliwości wyrobić kapitału kulturowego na uczelniach i podczas podróży po świecie.

W tekście sprzed 10 lat – być może to już się zdezaktualizowało – wspomina Pani o odrębności tabloidów kobiecych. Tabloidy kobiece, czyli wysokonakładowe gazety kolorowe skierowane do kobiet, mówią, że bieda istnieje, ale jako sposób uporania się z nią prezentują osobistą zaradność. Nie załamanie rąk, lecz podjęcie drogi ku polepszeniu własnej codzienności w okolicznościach, z których nie możemy się wyrwać. Co takie czasopisma doradzają kobiecie, która ledwie wiąże koniec z końcem?

My, medioznawcy, dzielimy czasopisma lifestylowe, w tym kobiece, na półki. Jeśli patrzymy na najtańsze czasopisma dla kobiet – chodzi o pisma drukowane na papierze, które nie mają adekwatnego odpowiednika internetowego, gdyż w znacznej mierze są przeznaczone dla kobiet będących w luce cyfrowej – mamy kilka wątków. Jednym jest osobista zaradność. Ja to, przyznam się, lubię. Jest tam bardzo wiele porad jak tanio ugotować obiad, gdzie się niedrogo ubrać, jak sobie poradzić w drobnych dolegliwościach. To kultura wzajemnego pomagania sobie, dzielenia się radami. Takie czasopisma dostarczają też trochę pozytywnej walidacji – mówią „przyślij nam swój przepis kulinarny razem ze zdjęciem, swój sposób na coś tam”, i to jest fajne. Wypasione, grube, lakierowane pisma kobiece zaśmiałyby się z tego przepisu, bo to jest czasem tzw. mięsny jeż, ale tanie czasopisma pokazują coś, co jest bliższe zwykłym ludziom i ich możliwościom (nie tylko finansowym), proponują rozwiązania, które są wykonalne. Drugi wątek to eskapizm. Bardzo wiele tych pism oferuje pewną wersję kultury celebryckiej, narrację o celebrytach, dość prostą ucieczkę w ich świat. To podsuwanie pewnych wzorców lifestylowych, które są nieosiągalne. Ale kim jesteśmy, by uważać, że to należy źle oceniać?

To są treści w stylu „co słychać u rodziny królewskiej w Anglii”, czyli wieści ze świata, którego nigdy nie będziemy częścią.

Każdy potrzebuje jakiegoś eskapizmu. Dla niektórych są to właśnie wieści o tym, jak żyje Małgorzata Kożuchowska czy Tomasz Kot, jak się żenią, rozwodzą, jakie mają ładne domy. Jest tam model tabloidowy – zdjęcia paparazzich, plotkarstwo, z drugiej strony jednak potrzeba ucieczki od rzeczywistości, gdzie panują trudne warunki, jest dość zrozumiała. Jaka miałaby być alternatywa? Te pisma dlatego są tanie i w dużym nakładzie, żeby człowiek bardzo zmęczony po całym dniu, usiadł wieczorem z podwiniętymi nogami i mógł nad nimi odetchnąć.

W gazetkach typu „Przyślij Przepis” rodzina otrzymuje 1000 zł za zdjęcie na okładce wraz z ugotowaną przez siebie potrawą. Nie chodzi tylko o te pieniądze, ale też o sam fakt, że przepis się ukazał.

Tak, to taka prosta forma partycypacji. Jest przyjazna zbiorowość ludzi, którzy kupują tę gazetkę i wymieniają się przepisami. Oczywiście te przepisy nie odzwierciedlają stylu kulinarnego zamożnych miejskich hipsterów, którzy cenią na przykład weganizm i miewają różne wyrafinowane pomysły kulinarne i dekoracyjne. Ale dlatego właśnie w takiej gazetce jesteśmy wśród swoich.

Przepisy bezmięsne się tam pojawiły, ale nie wegańskie, tylko wegetariańskie, i są na nie takie specjalne zielone wkładki, ostrzegają nas „uwaga, teraz będzie zdrowo”. Natomiast oczywiście dostępność tych produktów w sklepach i ich ceny to jest zupełnie co innego niż w pismach typu „Kukbuk”.

Cała stylizacja też jest bardziej normalna i bliska. Jeśli przepisom towarzyszą zdjęcia i opisy rodzin, które zaproponowały daną potrawę, to daje nam to wgląd w życie normalnego, niezamożnego Polaka – jak się ubiera, z czego gotuje, co je. Nie ma tam wysilonej minimalistycznej estetyzacji, jak w „Kukbuku”, gdzie mamy kwadratowy talerz i na nim dwie poziomki.

Użyła Pani kiedyś sformułowania „media, w których bieda nie istnieje”. Chodzi o czasopisma z gadżetami dla mężczyzn czy te wypasione, grube, jak „Twój Styl” itp.?

To cała sfera mediów lifestylowych dla klasy średniej i jakoby, rzekomo, dla klasy wyższej. To nie tylko czasopisma ilustrowane i pewne całe stacje telewizyjne, ale w dzisiejszym świecie także np. Instagram, gdzie bieda nie istnieje – gdzie udział w ogólnym, konsumpcyjnym festiwalu jest całkowicie znormalizowany i nie podlega dyskusji. Jeżeli tam się pojawia bieda, np. w TVN-ie, to jest sytuowana w kategoriach wstydliwego problemu albo stanowi przedmiot pogardliwego podglądania. Natomiast znormalizowany jest w tych mediach taki stan, że wszyscy jesteśmy względnie zamożni. „Normalny” człowiek ma samochód, „normalny” człowiek ma nowoczesny komputer, „normalny” człowiek ma niezłe mieszkanie. Jeśli nie mieszka jako tako, to jest pijany albo ciężko chory – coś z nim jest nie tak. Dziesięć czy piętnaście lat temu istniał już u nas ten telewizyjny świat glamour, ale niepokojące jest to, co się potem stało z platformami społecznościowymi. Zbudowany został bardzo silny nacisk konsumpcyjny, znormalizowany został pewien zasób konsumpcyjnych wzorców cywilizacyjnych, lifestylowych – widać to na przykład na Instagramie. Według badań Instagram służy części użytkowników do zamieszczania materiałów, ale dla bardzo wielu innych jest źródłem voyerystycznej przyjemności. Mają konto, prawie nic tam nie wrzucają, ale patrzą na to, co mają inni ludzie. Tam jest absolutnie świat bez biedy, za to pełen wysilonej stylizacji i wysilonego dorównywania. Jest taka książka Alaina de Bottona „Lęk o status”, gdzie autor analizuje różnego rodzaju sytuacje społeczne, związane także z mediami i komunikowaniem, które są nakierowane na wzbudzenie w nas lęku, czy my na pewno mamy to, co powinniśmy mieć albo czy korzystamy z dobrodziejstw konsumpcji w takim stopniu, w jakim powinniśmy korzystać. Czy inni przypadkiem nie mają więcej, czy nie obniżamy się na drabinie społecznej? To jest okropne – może faktycznie budzić lęk i prowadzić ludzi do nierozsądnych decyzji ekonomicznych, np. zadłużania się po uszy. Media społecznościowe wygenerowały własny świat bez biedy. W mediach broadcastingowych dziennikarz może przyjąć postawę reprezentanta wykluczonych. Natomiast w internecie, gdzie ludzie reprezentują sami siebie, nie pokazuje się własnych problemów finansowych i bytowych, może z wyjątkiem krótkotrwałych zrzutek na palące potrzeby. To może normalne – kto chciałby się chwalić własnym niedostatkiem? W tej przestrzeni bez biedy, w której sam za siebie odpowiadasz i sam siebie prezentujesz, nawet jeżeli jest ci trudno, to nie stajesz się reprezentantem wykluczonych, bo jesteś głównie reprezentantem samego siebie.

Tomasz Grzegorz Grosse: W Unii Europejskiej i wśród państw członkowskich mamy do czynienia z trzema poziomami, które mają kluczowe znaczenie, jeśli chodzi o politykę zagraniczną, gospodarkę i strategię przemysłową. Te trzy poziomy to geopolityka, czyli poziom władzy w stosunkach międzynarodowych, interesy ekonomiczne oraz wartości. Podstawowy problem polega na tym, że nie zawsze te poziomy tworzą jednolitą lub przynajmniej spójną strategię, która prowadziłaby w jednym kierunku i tworzyła efekt synergii pomiędzy nimi. Czasami są one sobie wręcz przeciwstawne. Nie tworzą tym samym czegoś, co możemy nazwać strategią geoekonomiczną, która polega na podporządkowaniu interesów ekonomicznych szerszej strategii geopolitycznej, a którą możemy obserwować np. w przypadku Chin czy Stanów Zjednoczonych. Innym problemem jest sprzeczność między doraźnymi a długofalowymi celami ekonomicznymi. Czyli nie tylko trzy wspomniane poziomy ze sobą nie współgrają, ale dodatkowo sfera ekonomiczna sama w sobie nie jest wewnętrznie spójna.

Na czym polega ta niespójność?

Jest ona widoczna zwłaszcza w sferze, którą Francuzi nazywają suwerennością europejską, mając najczęściej na myśli suwerenność technologiczną. Chodzi o to, aby Unia (czy też kraje unijne) generowała najnowocześniejsze i najbardziej przełomowe technologie, a nie tylko była ich odbiorcami – czy to ze Stanów Zjednoczonych, czy z Chin. Świadomość tego typu przejawiają stratedzy polityczni czy sami politycy, ale zazwyczaj spotykają się z przeszkodami chociażby na poziomie urzędników, konsumentów czy korporacji. To właśnie korporacje, czy to francuskie, czy niemieckie lub inne, są tak bardzo uzależnione od kapitału i technologii amerykańskich czy chińskich, że nie potrafią myśleć w kategoriach autonomii strategicznej. Robią to niejako wbrew interesom wspólnot politycznych, w których działają, ale też wbrew długofalowym interesom własnym. Brakuje im do tego funduszy, wyobraźni, ale i mają świadomość, że klienci nie chcą nieco gorszego czy też droższego produktu, nawet jeśli miałby on być europejski. A tego w średnim horyzoncie czasowym wymagałoby postawienie na suwerenność technologiczną w poszczególnych dziedzinach. Wreszcie pozostaje kwestia funduszy, tj. tego, kto ma to wszystko sfinansować. W związku z powyższym, możemy w kwestii przemysłu mówić w Unii o pewnym zwrocie na poziomie dyskursywnym, ale na poziomie efektów materialnych taki zwrot się nie dokonuje.

Komisja Europejska opublikowała Nową Strategię Przemysłową dla Europy, wskazując m.in. na problemy uzależnienia od komponentów wrażliwych dla produkcji przemysłowej i nakreślając osiągnięcie celu strategicznej autonomii. Niemcy jakiś czas temu opublikowały strategię przemysłową na rok 2030, w której podkreślają m.in. cel wzmocnienia potencjału technologicznego oraz autonomii technologicznej. Z kolei niedawno prezydent Francji, Emmanuel Macron, ogłosił plan inwestycyjny, w którym kilkanaście miliardów euro zostanie do 2030 r. zainwestowanych m.in. w półprzewodniki, robotykę, sztuczną inteligencję czy technologie wodorowe. Mamy wreszcie przykład Polskiej Polityki Przemysłowej, dokumentu opublikowanego przez Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii w czerwcu 2021. Jak w takim razie należy traktować te strategiczne dokumenty dotyczące polityki przemysłowej czy też innowacyjnej, które zostały w ostatnim czasie opublikowane przez konkretne rządy i instytucje?

Dobrym przykładem realizacji strategicznych przedsięwzięć w dziedzinie przemysłu czy raczej technologii jest projekt GAIA-X. Zrzesza on najważniejsze europejskie korporacje informatyczne pod egidą UE. To inicjatywa, która miała wytworzyć europejską alternatywę w zakresie gromadzenia i przetwarzania danych wobec już ugruntowanej pozycji firm amerykańskich, ale też wobec potencjału chińskiego. Dodatkowo to przedsięwzięcie było wzmocnione działaniem TSUE, który w pewnym momencie w praktyce uniemożliwił przekazywanie danych osobowych do Stanów Zjednoczonych. Co się jednak z tym projektem stało? Okazało się, że firmy europejskie nie są zainteresowane robieniem czegoś przeciwko Amerykanom, a tym właśnie byłoby budowanie technologicznej alternatywy w zakresie chmury obliczeniowej. Później do projektu dołączyły firmy amerykańskie i okazało się, że na poziomie grup roboczych to właśnie Amerykanie mają najwięcej do powiedzenia, jeśli chodzi o szczegóły technologiczne. Cała ta inicjatywa na samym końcu nie prowadzi zatem do europejskiej autonomii technologicznej, lecz w miękki sposób utrwala zależność europejską od technologii amerykańskiej. To pokazuje pewną niemożność, jeśli chodzi o prowadzenie tego typu działań innowacyjnych. Pokazuje również, że, choć Europa mówi o strategicznych wyzwaniach i potrzebnych do tego działaniach, nie jest w stanie skrócić czy odrobić dystansu do konkurentów pozaeuropejskich – ze względu albo na niewystarczające środki, albo na dotychczasowe tendencje i przyzwyczajenia, które tę zależność w gruncie rzeczy utwierdzają.

GAIA-X to jednak projekt europejski. Jak to się ma do wspomnianych wyżej strategii i inicjatyw na poziomie państw członkowskich?

W tym kontekście ciekawym przypadkiem jest Francja. Jeżeli spojrzymy na to, jak Francja prowadzi politykę europejską, to zobaczymy, że państwo to stara się wykorzystać każdą nadarzającą się okazję, żeby korporacje francuskie otrzymały coś z budżetu europejskiego – czy to na działania innowacyjne, technologiczne, czy różne inne. Po tym, jak powstał budżet unijny przeznaczony na politykę obronną, okazało się, że lwia część tych wydatków ma iść na technologie wojskowe i duża część z nich została wywalczona przez polityków francuskich dla korporacji francuskich. Ten sam proces możemy prześledzić w polityce spójności, polityce innowacyjnej czy jeśli chodzi o środki finansowe przeznaczane np. w ramach programów ramowych Horyzont (dotyczących rozwoju badań i innowacji w UE). Rząd francuski stara się zrobić wszystko, żeby przekierować politykę UE na rzecz technologicznej suwerenności, a jednocześnie wyrwać dla własnego przemysłu jak najwięcej funduszy na cele innowacyjnej gospodarki. Jednocześnie dostrzega ograniczone pole realizacji tych celów na poziomie europejskim. W związku z tym, niezależnie od polityki europejskiej, rząd francuski odrabia lekcje we własnym zakresie. Prezydent Macron powołał narodowy fundusz pandemiczny, w ramach którego kilkadziesiąt miliardów euro ma zostać zmobilizowanych na zmianę jakościową, jeśli chodzi o rozwój technologiczny w najbardziej kluczowych obszarach. To jest lekcja, którą powinniśmy odrobić także w Polsce. Niezależnie od funduszy europejskich powinniśmy mobilizować własne środki, które będą prowadziły do wzrostu inwestycji przez polskie przedsiębiorstwa, instytuty badawcze czy uczelnie wyższe. To powinny być polskie konsorcja, ewentualnie robione we współpracy z partnerami z Europy Środkowo-Wschodniej, bo celem strategicznym powinno być budowanie potencjału rozwoju endogenicznego, opartego na własnych zasobach w naszym regionie. Niestety wciąż nie widzę u nas takich działań na poważną skalę.

Chciałbym wrócić jeszcze do wspominanej już autonomii strategicznej. Czy jest to docelowy kierunek, w którym będzie szła UE? Jak w tym projekcie odnajdują się z jednej strony kraje centrum, takie jak Francja i Niemcy, a z drugiej strony te półperyferyjne, takie jak Polska?

Rzecznikiem autonomii strategicznej Europy jest przede wszystkim Francja. Do pewnego stopnia, ale tylko w niektórych jej przejawach, koncepcję tę wspierają Niemcy, oczekując oczywiście przede wszystkim korzyści dla własnych korporacji. My raczej słabo włączamy się w ten projekt. Po pierwsze dlatego, że jesteśmy w konflikcie z instytucjami unijnymi i mamy głębokie poczucie braku zaufania związane z tym, że działania polityk unijnych niekoniecznie mogą przynieść korzyści nam, za to wzmocnić korporacje francuskie czy niemieckie. Polska w niewielkim stopniu jest w stanie zabezpieczyć swoje interesy i to zależy od wielu czynników. Po drugie, obawiamy się, że projekt autonomii strategicznej tak naprawdę odbije się na relacjach Unii czy samej Polski ze Stanami Zjednoczonymi. Mówiąc krótko: że jako Polska będziemy wspierać rozwój korporacji francuskich czy niemieckich, w zamian obniżając polskie bezpieczeństwo. Z naszej perspektywy taki deal wydaje się bezsensowny.

Na czym dokładnie polegały te złe doświadczenia, jeśli chodzi o Polskę i UE? Wspomniał Pan, że istnieją duże różnice w korzystaniu z funduszy europejskich.

W tej chwili jesteśmy właściwie w takiej sytuacji, że pojawiają się głosy mówiące o zawieszeniu wszystkich środków dla Polski, łącznie z funduszami spójności. Z punktu widzenia interesów kraju jako takiego, odcięcie nas w ogóle od funduszy jest rzeczą, która poważnie obciąża relacje Polski z UE. Bo to de facto oznacza, że nie byłoby najmniejszej próby zbilansowania korzyści, jakie odnoszą zachodnioeuropejskie korporacje mogące funkcjonować na polskim rynku. W związku z tym trudno mówić tu o zaufaniu czy partnerstwie. Inną kwestią jest to, na co powinny być przeznaczane środki, które płyną do nas np. w ramach polityki spójności i odpowiedź na pytanie, dlaczego w znacznie większym stopniu fundusze europejskie na Zachodzie idą na działania innowacyjne, prace badawcze, a w Polsce w dalszym ciągu lwia część tych środków jest przeznaczana na rozwój podstawowej infrastruktury, dróg, chodników, kolei. Innym problemem jest podział środków w ramach samej polityki innowacyjnej – jest on bardzo asymetryczny. Korzyści, jakie odnoszą podmioty z krajów Europy Zachodniej, są nieporównywalnie większe do tych, jakie mają podmioty polskie. Podobna historia dotyczy funduszy w zakresie polityki obronnej, przeznaczonych na rozwój technologii militarnych dla korporacji wojskowych. Należałoby to zmienić. Powinien to być bardzo ważny cel polityczny, żebyśmy z funduszy europejskich mogli kreować krajową technologię.

W swoich publikacjach często pisze Pan o modelu egzogenicznym kapitalizmu jako modelu polskim. Czym ten model się charakteryzuje i jak wytworzył się on w Polsce?

Kapitalizm egzogeniczny to taki model rozwoju, który jest silnie warunkowany czynnikami zewnętrznymi, np. decyzjami o inwestycjach zagranicznych korporacji, decyzjami politycznymi europejskich państw centralnych czy decyzjami dotyczącymi udostępniania jakiejś technologii, którą posiadają korporacje bardziej zaawansowane gospodarczo. Pojęcie kapitalizmu egzogenicznego funkcjonuje w literaturze co najmniej od lat 70. ubiegłego wieku, czyli od 50 lat. Wtedy to model rozwoju zależnego był opisywany na przykładzie krajów Ameryki Łacińskiej. Natomiast w przypadku Europy Środkowo-Wschodniej ten sposób opisu rozwoju gospodarczego praktykowali przede wszystkim naukowcy z zachodnich uczelni, analizując m.in. transformację gospodarczą po 1989 roku. Jeżeli więc mówimy o modelu egzogenicznym, to on w literaturze był najczęściej opisywany jako pochodna procesów transformacji gospodarczej, czyli przejścia od modelu realnego socjalizmu do gospodarki kapitalistycznej. Najciekawsze w takim ujęciu jest to, że ten model rozwoju gospodarczego, opartego o zewnętrzny kapitał i silne gospodarcze zależności, w ramach których pełnimy rolę gospodarki peryferyjnej, nie jest niczym nowym. Podobnego typu relacje występują w tej części Europy co najmniej od XV wieku. Zmieniały się w tym czasie konfiguracje geopolityczne i szczegółowe cechy zależności, ale na bazowym poziomie był to rozwój zależny charakterystyczny dla modelu egzogenicznego. Inną interesującą rzeczą jest, na co wskazują rozliczne badania, że po naszym wejściu do UE ta zależność się wzmocniła. Paradoksalnie, fundusze europejskie, członkostwo w rynku wewnętrznym, pewnego rodzaju modernizacja dokonywana przez kapitał i korporacje zachodnioeuropejskie, wszystkie te procesy jeszcze bardziej wzmocniły trajektorię rozwoju egzogenicznego. Ten model rozwoju jest związany m.in. z konkurencyjnością gospodarki opierającej się na niskich kosztach produkcji. Jednak rosnące płace i koszty energii ograniczają możliwości wzrostu w ramach tego modelu. Dlatego też ważne jest stopniowe przejście do innego typu rozwoju, który będzie oparty o kapitały lokalne (przede wszystkim finansowe i technologiczne), a więc o endogeniczne czynniki wzrostu. Oczywiście nie jest to droga prosta i łatwa, ale nie jest też niemożliwa do zrealizowania.

Co w takim razie robić?

Póki co jesteśmy w pewnym konflikcie, do którego moim zdaniem musiało dojść, szczególnie jeśli chodzi o Europę Zachodnią. My zawsze prędzej czy później, mówię tu o polskiej kulturze politycznej, reagujemy w ten sposób na zbyt silną zależność. Ale równie charakterystyczne dla naszej kultury politycznej jest klasyfikowanie zależności głównie na płaszczyźnie politycznej, a zarazem niedostrzeganie zależności ekonomicznej, niezmiernie istotnej z punktu widzenia strukturalnego. W związku z tym buntujemy się, jak przez wieki, przeciwko zależności politycznej, a nie próbujemy przepracować w żaden sposób modelu rozwoju gospodarczego. Bunt polityczny może być pewnym środkiem dojścia do celu, ale nie może być celem samym w sobie. W związku z tym pojawia się pytanie, czemu ma służyć ten bunt i co ma być później. I ja tego właśnie nie wiem, bo nie dostrzegam odpowiedzi u elit politycznych, nawet tych, które przyjmują konflikt jako mechanizm wybicia się na autonomię pod względem politycznym. Słyszymy często od polityków o potrzebie suwerenności. Ale ona jest rozumiana przede wszystkim w kategoriach geopolitycznych, a brakuje właśnie perspektywy ekonomicznej – takiej, która jest zawarta w myśleniu elit francuskich, gdy mówią one o suwerenności. Mówiąc o suwerenności, Francuzi mają na myśli przede wszystkim autonomię technologiczną. My natomiast nie doceniamy perspektywy ekonomicznej poza tym, że boli nas, gdy ktoś chce nam zabrać fundusze unijne.

Powiedział Pan, że po wejściu do UE zależność gospodarcza Polski czy Europy Środkowo-Wschodniej jeszcze się powiększyła. Jak to się ma do rosnącego PKB i rosnącego standardu życia mieszkańców Polski?

To jest skutkiem procesu konwergencji, który zachodzi między nami a Europą Zachodnią. Rzeczywiście zbliżamy się do średniej UE, jeśli chodzi o PKB na mieszkańca kraju. Ale wynika to także z ogromnych nakładów pracy, które Polacy wkładają w ten sukces ekonomiczny. Efekt konwergencji jest też budowany w dużym stopniu poprzez korzystanie z zachodnich technologii. W związku z tym pracujemy nie tylko na bogactwo naszego społeczeństwa, ale również właścicieli kapitału i technologii z Europy Zachodniej. Tym samym w jakimś stopniu budujemy bogactwo tamtych społeczeństw. Chodzi o to, żeby to zmienić, żeby zmienić te proporcje, żebyśmy tworzyli własne technologie i je wykorzystywali.

Ale dlaczego mamy to zmieniać, skoro, jak Pan wspomniał, zachodzi proces konwergencji, a wskaźniki takie, jak poziom PKB czy poziom bezrobocia idą w dobrym kierunku?

Przyczyn jest bardzo wiele. Po pierwsze, model, dzięki któremu proces konwergencji zachodził, wyczerpuje się. Skoro wzrastają u nas koszty produkcji i koszty płac, to stajemy się mniej atrakcyjnym wykonawcą różnego rodzaju dóbr dla inwestorów zewnętrznych, bo naszą przewagą konkurencyjną były i są właśnie niskie koszty pracy. Musimy zmienić swój model konkurencyjności gospodarczej, czyli przejść na wyższy wkład własny, wynikający z innowacji technologicznych i z własności tej technologii. Kolejna rzecz – nie możemy rozwijać się wyłącznie według wskazówek zewnętrznych, według decyzji kapitału zagranicznego, ponieważ w sytuacji rosnącej niepewności politycznej w Europie musimy mieć własne zasoby, na których możemy się opierać. Nie możemy sobie pozwolić, że ktoś nam po prostu powie z dnia na dzień, że odbiera nam pieniądze europejskie, bo jesteśmy niepraworządni. My nie jesteśmy krajem wielkości San Marino, abyśmy mogli stanąć wobec takiej sytuacji, że ktoś nam odbierze możliwości rozwoju. Musimy traktować siebie w sposób bardziej poważny i docenić skalę naszej obecności w Europie. Musimy sami zadbać o swój rozwój, tak samo jak powinniśmy sami zadbać o swoje bezpieczeństwo. Nie możemy opierać bezpieczeństwa tylko lub w dużej mierze na zakupie uzbrojenia zewnętrznego. Musimy budować pewną bazę własnych zdolności obronnych. I na tej samej zasadzie powinniśmy tworzyć bazę przemysłową i technologiczną, potencjał naukowy, który będzie w stanie, na przynajmniej podstawowym poziomie, w sytuacji jakiegoś załamania lub kryzysu odpowiedzieć na potrzeby państwa. Jeżeli np. wybucha pandemia, to nie możemy być zaskoczeni, że w Polsce nie wytwarza się maseczek albo innych produktów, które nie wymagają przecież wielkiej technologii i mogą powstawać u nas. W związku z tym chodzi o wytworzenie endogenicznej infrastruktury gwarantującej nam minimum zabezpieczenia ekonomicznego, a także w innych sferach: zdrowotnej, wojskowej, społecznej, zagrożenia klimatycznego, powodziowego itd. Nie odrabiamy pewnych lekcji, które już dawno powinniśmy mieć przerobione. W zasadzie w każdej dziedzinie rozwoju naszego kraju możemy się oprzeć na przynajmniej niektórych krajowych technologiach i krajowych firmach, żeby w krótkim wymiarze, kilku, kilkunastu lat zrobić bardzo poważny krok do przodu. A my tego nie robimy. Uważam, iż nie robimy tego m.in. dlatego, że jesteśmy przyzwyczajeni do rozwoju zależnego i że ten rozwój przynosi nam korzyści. A gdy nagle przestanie nam przynosić korzyści, to będziemy się drapać po głowie i zastanawiać, co w takim razie zrobić. Nie powinniśmy być postawieni w takiej sytuacji. Należy zawczasu budować alternatywny model gospodarczy, który wykluczy przynajmniej niektóre ryzyka, również polityczne, mogące nas dotknąć.

W książce „Cztery wymiary integracji” wskazuje Pan, że historycznie uzależnienie od zachodniego centrum od pięciuset lat wiązało się z pewną formą niedorozwoju czy też niemożnością gospodarczego rozwoju, i że na tej relacji korzystał przede wszystkim Zachód, a niekoniecznie korzystał na tym autonomiczny rozwój Polski. Dlaczego nie udawało się wybicie na większą niezależność?

To wynika z kilku czynników. Po pierwsze, przyzwyczailiśmy się do tego, że sfera gospodarcza jest pozostawiona obcokrajowcom. Jeszcze w ramach I Rzeczypospolitej szlachta w zasadzie nie zajmowała się działalnością ekonomiczną, bo uważała, że jest to poniżej godności szlacheckiej. W związku z tym delegowano tego typu działania na obcokrajowców, którzy wykorzystywali ten fakt i się na tym bogacili. Niedocenianie sfery gospodarczej przez elity polityczne odpowiedzialne za kraj oraz brak tendencji do myślenia geoekonomicznego, które zasoby ekonomiczne traktowałaby jako istotne z punktu widzenia geopolitycznego, były historycznymi błędami, jak się wydaje, popełnianymi przez kolejne pokolenia elit.

Skoro jest tak dobrze, skoro się bogacimy, skoro dzięki integracji europejskiej doganiamy Europę Zachodnią, to po co to zmieniać, po co w ogóle się nad tym zastanawiać? Przyrównałem kiedyś członkostwo w UE do złotego kaftana bezpieczeństwa, w którym czujemy się komfortowo i bezpiecznie, ale on usypia naszą czujność i zniechęca do myślenia alternatywnego, do myślenia o bardziej ambitnych celach, bez których nie mamy szans na dogonienie państw Europy Zachodniej, nie wspominając o ich przeganianiu. Możemy osiągnąć pewien stopień poziomu bogactwa, ale ten, kto nie dysponuje własnością w zakresie kluczowych technologii, będzie zawsze skazany wyłącznie na to, żeby współpracować jako podwykonawca z zewnętrzną korporacją, która w gruncie rzeczy decyduje o wszystkim.

Dziwi mnie, że postawienie do dyskusji publicznej kwestii zależności ekonomicznej wobec Europy Zachodniej jest przedstawiane niemalże jako zamach stanu. Wedle krytyków takiej debaty sam problem nie powinien być poruszany w debacie publicznej, bo to ponoć oznacza, że chcemy już wyjść z UE, że chcemy przewrócić świat do góry nogami, a przecież jesteśmy w najwspanialszym momencie historii od kilkuset lat. Jeżeli nie jesteśmy w stanie nawet podjąć tej dyskusji, to co dopiero zastanawiać się, jakiego rodzaju transformację przeprowadzić. Jak poprawić nasze konkurencyjne miejsce na mapie Europy? Boimy się nawet zacząć dyskusję na ten temat, a co dopiero przeprowadzić taki plan – chociaż inne narody europejskie, nie mówiąc już o narodach pozaeuropejskich, bardzo często widzą swoją szansę właśnie w budowaniu potencjału technologicznego i naukowego. Wystarczy spojrzeć, jaki skok rozwojowy zrobiła najpierw Japonia, niewiele później Korea Południowa czy Tajwan, i wreszcie: co zrobili Chińczycy. To prostu nieprawdopodobne. Sądzę, że oni myśleli nie tylko o tym, jak dogonić Zachód, ale jak go przegonić, jak mieć najbardziej konkurencyjne przemysły w skali globalnej. My nie jesteśmy w stanie o tym myśleć, bo uznajemy, że bycie podwykonawcą korporacji niemieckiej to jest absolutnie najlepsza rzecz, jaka w naszych tysiącletnich dziejach się przydarzyła. Jeżeli nie zmienimy tego sposobu myślenia, to ten cud gospodarczy, z którego się cieszymy, może bardzo łatwo wyparować. Świat jest dynamiczny.

Dziękuję za rozmowę.

Marzec 2022 r.

Magdalena Okraska (ur. 1981) – etnografka, publicystka. Obecnie kształci się w zawodzie pracownika socjalnego. Autorka książek „Ziemia jałowa. Opowieść o Zagłębiu” (2018) oraz „Nie ma i nie będzie” (2022) poświęconych społecznym skutkom neoliberalnej „transformacji” i zniszczeniu przemysłu w Polsce. Stała współpracownica „Nowego Obywatela” i osoba odpowiedzialna za funkcjonowanie techniczno-organizacyjnego aspektu wydawania pisma.

Komu można pluć w twarz?

 

W III RP mieliśmy do czynienia z procesem kształtowania nowego języka i myślenia. Mówiono, że pewne słowa są dotkliwe dla innych. Że naruszają wrażliwość grup i jednostek. Że „na Zachodzie” tak nie myśli i nie mówi już prawie nikt, bo nie wypada. Że przeprośmy za takie nawyki i pozbądźmy się ich, a dołączymy do grona nowoczesnych.

Byli i tacy, którzy opowiadali się przeciwko. Alarmowali, że tresura, terror, polityczna poprawność itd. Niespecjalnie zgadzam się z nimi. Przez długie lata wiele grup traktowano pogardliwie i nazywano nieelegancko, choć niczego złego nie zrobiły. Nikomu nie zaszkodzi, gdy przestanie powielać bzdurne stereotypy, użyje żeńskiej końcówki wyrazu czy zamiast „pedał” lub „Cygan” powie „gej” lub „Rom”. Może śmieszyć czy irytować nadgorliwość w tym zakresie. Może oburzać to, że rozmaite cwaniaki z ekipy zawodowych „antyfaszystów” kręcą lody na pouczaniu, pohukiwaniu i rozliczaniu. Ale lepiej żyć w społeczeństwie wzajemnej wrażliwości, niż zwykłą bucowatość i arogancję nazywać „polityczną niepoprawnością”.

Problem tkwi gdzie indziej. Uczulaniu na jedne formy dyskryminacji i obelżywych wywodów towarzyszyła obojętność na inne formy. A wręcz ich rozkwit. Niemal wszystkie stereotypy były niemile widziane. Oprócz tych wobec ludzi pozbawionych aktywów finansowych, sukcesów rynkowych, nienadążających za modami itp. Mieliśmy kampanie przeciw homofobii. Nie mieliśmy przeciw „chamofobii”: pogardzie wobec zwykłych ludzi.

Homo sovieticus, roszczeniowcy, warchoły, rozdawnictwo, nieroby, nieudacznicy, patologia, pięćsetplusy, ciemnogród itd. To był niemal oficjalny język wyzyskowo-neoliberalnej elity. Trzeba było uważać na coraz więcej słów – tylko biednych, skrzywdzonych ekonomicznie i wykluczonych socjalnie można było lżyć bezkarnie, a wręcz przy aplauzie opiniotwórczych kręgów. Nie było tak bzdurnego i podłego stereotypu, którego na temat ludu nie powielałyby liberalne media i ich gwiazdy. Elita zawsze wiedziała lepiej, jak i co ma robić rzekomo zapóźniony lud. Co myśleć, jak głosować, a nawet co jeść i jak się ubierać.

Wystarczyło nie mieć dość pieniędzy, nie konsumować odpowiednio „nowocześnie”, mieć „nierozwojowy” zawód, a nawet niewłaściwe hobby typu kibicowanie, albo mieszkać i bywać poza modnymi centrami kariery i sukcesu, a tym bardziej posiadać wątpliwości wobec tego, czy wyzyskowo-neoliberalny model gospodarki jest faktycznie najlepszy – a trafiało się na listę opluwanych i pouczanych.

Tej właśnie kwestii poświęciliśmy niniejszy numer „Nowego Obywatela”. Piszemy o jedynej dziś dozwolonej, a w wielu miejscach dobrze widzianej fobii. O trendzie, a nawet całym przemyśle wyszydzania i upokarzania słabszych. O nienawistnym, niesprawiedliwym i nierzetelnym portretowaniu klasy ludowej. O tym, jak taka narracja nie tylko dodatkowo krzywdziła już i tak ekonomicznie skrzywdzonych, ale i pozwalała zepchnąć ich krzywdy na margines zainteresowania. Problem nie dotyczy tylko Polski – opisujemy przykład tego samego mechanizmu w Hiszpanii.

A ponieważ rozsadnikiem takich postaw były w znacznej mierze media, to osobny blok tekstów w tym numerze poświęciliśmy sytuacji w nich. Widzianej od środka – przez osoby zwalniane za niewygodne poglądy, pozbawiane praw pracowniczych, kiepsko traktowane jako szeregowi dziennikarze. Zapraszam do lektury!

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.

Trzeba myśleć o przemyśle!

Często przejeżdżam obok ruin fabryki, w której poznali się moi rodzice. Stoją jeszcze resztki kilku hal i innych budynków, coraz bardziej ginąc w gąszczu roślinności; reszta już zburzona, zapadnięta, rozszabrowana przez potrzebujących każdego grosika. Ta fabryka przetrwała dwie wojny światowe i rozmaite zawirowania dziejowe. Nie przetrwała inwazji liberalizmu po roku 1989.

Nie była duża jak na realia epoki przemysłowej. Na trzy zmiany pracowało w niej w szczytowym momencie 400 osób. To wystarczyło, żeby pół dzielnicy miało pracę na miejscu. Bez konieczności dojeżdżania do innych dzielnic, do innych miast, a co dopiero mówić o innych regionach czy krajach, gdzie dzisiaj wędrują za chlebem młodzi ludzie z tej samej dzielnicy.

Produkowała to, czego używa się do dzisiaj. Tyle że dzisiaj przyjeżdża to z Chin. Może i taniej, ale zwykle gorszej jakości. Jednak nawet to „taniej” oznacza tylko tyle, że nikt nie policzył, ile traci się bez tylko tej jednej fabryki. Na braku pracy na miejscu. Na braku podatków lokalnych i centralnych. Na tym, że w epoce kryzysu ekologicznego wozimy proste produkty przez pół świata, czyli zużywamy surowce i energię na transport, a emitujemy zanieczyszczenia. Na tym, że nie ma już przy zakładzie kina, przychodni, biblioteki, imprez sportowych, życia społecznego. Na tym, że lokalne sklepy nie zarabiają na wydawaniu pracowniczych pensji. Na tym, że młodzi nie widzą przyszłości na miejscu, więc uciekają. Zostają niemal sami starsi ludzie.

Nie liczy się w tym równaniu jeszcze i tego, że w duszach odkłada się czarny, smolisty osad beznadziei, braku perspektyw, frustracji. Albo i wkurzenia. Którego z kolei nie rozumieją syci, świetnie ustawieni, delikatni i wrażliwi ludzie z odległych stolic i bogatych miast. Zasmuceni i zdegustowani tym, jacy tutaj w interiorze jesteśmy nieprzyjemni, jak nieładnie mówimy i myślimy, na kogo głosujemy i kogo nienawidzimy. Albo zszokowani tym, ile zarabiamy: „to za takie pieniądze da się żyć?”.

Takie refleksje nie były mile widziane w III RP. Traktowane jak „oszołomstwo”, zbywane złotymi myślami w rodzaju „świat idzie do przodu”, portretowane jako nieżyciowy sentymentalizm itp. Ewentualnie kwitowane opowieściami, że jedno upada i odchodzi, ale inne powstaje. Cóż, w wielu miejscach nie powstało nic w zamian – lub tylko niewiele. A i to „niewiele” oznaczało zazwyczaj enklawy harówki i wyzysku.

Opowieść o przemyśle to nie tylko wspomnienia o „starych dobrych czasach”. To także temat teraźniejszości i przyszłości. Czy jest praca i czy jest nie tylko w metropoliach. Czy jest ona w przyzwoitych warunkach i dobrze płatna. Czy są perspektywy i czy jest stabilizacja. Czy są porządne podatki lokalne i krajowe od porządnych zysków. Czy mamy szanse na rozwój. Czy potrafimy zaspokoić własne potrzeby – pandemia pokazała, że w Polsce i Europie zaczyna brakować wielu ważnych rzeczy, bo już nie produkuje się ich tutaj. Przemysł to przyszłość i temat nie z dawnych lat, lecz z nadchodzących czasów.

Tej kwestii poświęciliśmy niniejszy numer „Nowego Obywatela”. Piszemy o przemyśle dawnym i o jego zniszczeniu. O tym, kto, dlaczego i w imię czego to zrobił. Czym to poskutkowało. O przemyśle obecnym i o kierunkach jego rozwoju. O pracownikach tego sektora. O tym, co powinniśmy zrobić, żeby nie być krajem montowni, dyskontów, centrów logistycznych, call centers i stacji serwisowania TIR-ów wożących produkty ze wschodu na zachód lub odwrotnie.

Wiele jest tematów ważnych. Ten jest jednym z najważniejszych. Zapraszam do lektury!

Więcej wsparcia, mniej prochów. W stronę prospołecznej psychiatrii

Pisząc o zdrowiu psychicznym, należy ważyć słowa.

Tworząc tekst publicystyczny dotyczący zdrowia psychicznego, a stawiający, lub nawet tylko prezentujący, kontrowersyjne tezy, ma się podwójnie utrudnione zadanie. Formuła takiej próby wymaga pewnych skrótów, pominięć, uproszczeń i uniemożliwia gęste cytowanie doniesień naukowych. Narażać to może autora na zarzuty o nierzetelność i nienaukowość, nawet jeśli prezentowane tezy są dobrze udokumentowane oraz w bardziej pogłębiony i zniuansowany sposób przedstawione gdzie indziej. Kilka poruszonych tutaj problemów, jak i samo zagadnienie zdrowia psychicznego, wydają się być silnie zideologizowane (w wielorakim rozumieniu tego słowa; na różnych poziomach pasowałyby tu zarówno ujęcia „konserwatywno-liberalne”, jak i „krytyczne” tego terminu). Mimo częstego podpierania się autorytetem nauki, wiele przekonań funkcjonujących w obiegu publicznym na temat zaburzeń psychicznych jako pewniki czy wręcz dogmaty, ma faktycznie raczej status hipotez roboczych lub nawet hipotez już sfalsyfikowanych i odrzuconych. Może to także rodzić pytania o właśnie „ideologiczną” rolę nauki jako takiej, choćby tylko hasłowo wykorzystywanej. Nie jest przecież tak, że istnieje jakieś „jedynie prawdziwe, niepodważalne i niezmienne stanowisko nauki”, co pandemia Covid-19 boleśnie pokazała. Mimo to, a może właśnie dlatego, warto przedstawić niektóre z argumentów krytycznych wobec współczesnej psychiatrii, szczególnie że ich znaczenie i siła oddziaływania zdają się w ostatnim czasie rosnąć, wraz z pogłębiającym się poczuciem, że problemy ze zdrowiem psychicznym stanowią jedno z głównych wyzwań, z którymi mierzy się współczesna cywilizacja zachodnia.

Głośne na świecie książki Roberta Whitakera „Szaleńcy w Ameryce: Zła nauka, zła medycyna i przedłużające się złe traktowanie chorych psychicznie” z 2002 r. (Mad in America: Bad Science, Bad Medicine, and the Enduring Mistreatment of the Mentally Ill) oraz „Anatomia epidemii: magiczne pigułki, leki psychiatryczne i zadziwiający wzrost chorób psychicznych w Ameryce” z 2010 r. (Anatomy of an Epidemic: Magic Bullets, Psychiatric Drugs, and the Astonishing Rise of Mental Illness in America), z jakiegoś powodu nie przebiły się do publicznej debaty w Polsce, mimo że otrzymały na Zachodzie szereg prestiżowych nagród. W debacie naukowej prowadzonej w ramach psychiatrii spotkać można co najwyżej rzadkie o nich wzmianki, zazwyczaj próbujące umniejszać ich znaczenie i rzetelność z pozycji naukowego autorytetu, mimo że Whitaker wielokrotnie drobiazgowo wykazywał nierzetelność stawianych mu zarzutów. Nieco inaczej wygląda sytuacja w naukach społecznych i humanistycznych, gdzie przebijają się tezy zbliżone do pozycji Whitakera lub też wprost odwołania do niego i jego książek (często zresztą cytowanych w światowej literaturze naukowej). Na świecie głosy podobne do spojrzenia Whitakera płyną także z ust uznanych autorytetów psychiatrii, psychologii i psychoterapii, naukowców i praktyków, choć wciąż jest to opinia mniejszości, często oskarżanej o prezentowanie stanowiska „antypsychiatrycznego”, „nienaukowego” czy nawet „niebezpiecznego”.

Whitaker nie ma wykształcenia medycznego, co chętnie podnoszą krytycy próbujący podważyć jego wiarygodność. Z zawodu jest dziennikarzem, od początku kariery zajmującym się przede wszystkim medycyną. Sam podkreślał, że zaczynał pracę z typowym dla dziennikarzy naukowych nastawieniem, w którym zadaniem dziennikarza jest właściwie wyłącznie bezkrytyczne zreferowanie poglądów przedstawianych przez naukowców, najlepiej w optymistycznym tonie: nowy cudowny lek, odkryto geny itp. Jednak gdy pracował nad materiałem dotyczącym leków przeciwpsychotycznych, uderzył go fakt, że w ramach badań klinicznych części pacjentów leki te się odstawia – aby stanowili grupę kontrolną dla osób przyjmujących leki. Uznał, że w świetle powszechnego podkreślania, jak ważne jest stałe przyjmowanie neuroleptyków i jak niebezpieczne jest ich odstawianie, to zjawisko co najmniej dziwne, jeśli nie nieetyczne, szczególnie że w przypadku, którym się zajął, w trakcie badań klinicznych doszło do samobójstwa. Zaczynał więc od niezachwianej wiary w psychiatryczną narrację. Gdy jednak zaczął samodzielnie studiować literaturę naukową, szczególnie pod kątem skuteczności i mechanizmów działania leków psychiatrycznych, stopniowo odkrywał, że wiele z dotychczasowych przekonań ma niewiele wspólnego z prawdą.

Przytoczone już tytuły książek Whitakera mówią w dużej mierze same za siebie, ale warto krótko je omówić. Przede wszystkim autor przedstawia dane dotyczące liczby ludzi otrzymujących zasiłki z powodu niezdolności do pracy spowodowanej problemami psychicznymi. Okazuje się, że liczby te znacznie, nawet kilkakrotnie, wzrosły po wprowadzeniu do powszechnego użycia leków psychiatrycznych. Można by to jednak na różne sposoby wytłumaczyć, pokazuje więc również, że już po wprowadzeniu Prozacu nadal rosła liczba ludzi niezdolnych do pracy z powodu depresji. Jeśli „nowoczesne leki antydepresyjne” byłyby tak skuteczne, jak to często się przedstawia, powinniśmy raczej oczekiwać spadku liczby ludzi trwale niezdolnych do pracy z powodu zaburzeń nastroju – nie zaś wzrostu.

W opowieści, która łączy historię, kontekst społeczny, instytucjonalną stronę nauki i psychiatrii, doniesienia naukowe i ich krytyczną analizę, Whitaker pokazuje, jak zmieniała się psychiatryczna narracja oraz jak powstała ta dominująca współcześnie; jakie stały za nią motywacje, jakiego rodzaju logiczne i właśnie stricte naukowe problemy skrywa. Przygląda się przy tym bardziej szczegółowo przede wszystkim tzw. lekom przeciwpsychotycznym (neuroleptykom), benzodiazepinom, antydepresantom, depresji, chorobie afektywnej dwubiegunowej i schizofrenii. Pokazuje, jak splot wymienionych wcześniej czynników prowadzi ostatecznie do „rozprzestrzeniania się epidemii chorób psychicznych na dzieci”. Whitaker stworzył później także organizację i portal Mad in America, na którym publikuje wielu uznanych badaczy i praktyków.

Wyłaniający się z książek Whitakera obraz wpisuje się nie tylko w coraz powszechniej, także wśród części psychiatrów i środowisk naukowych, podzielane przekonanie, że wobec „epidemii zaburzeń psychicznych” głównonurtowa psychiatria jest bezradna. Ale i wręcz, że częściowo (jeśli nie w dużym stopniu) jest ona za ten problem odpowiedzialna. Jednym z ważniejszych problemów, na które wskazuje Whitaker, jest historia i proces powstania trzeciej wersji „Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders” (DSM, tzw. biblii psychiatrii, zawierającej definicje i kryteria diagnostyczne chorób psychicznych), w której interesy psychiatrii jako instytucji i grupy zawodowej niebezpiecznie zbliżyły się do interesów koncernów farmaceutycznych. Arbitralne de facto definicje zaburzeń decydują bowiem o często dożywotnim stosowaniu farmakoterapii. Kolejne wersje DSM jeszcze ten problem pogłębiły, a w komisjach pracujących nad definicjami większość stanowiły osoby powiązane finansowo z biznesem.

Problemy te obrazuje np. jedna ze zmian wprowadzonych w ramach jedenastej wersji International Statistical Classification of Diseases and Related Health Problems (ICD-11). ICD, międzynarodowa klasyfikacja chorób, zawiera także część dotyczącą diagnozowania zaburzeń psychicznych i w dużej mierze – choć nie całkowicie – pokrywa się z DSM. Sam ten fakt pokazuje również problemy diagnostyczne: według DSM ktoś może cierpieć na jakieś zaburzenie, a według ICD – nie, czyli być zdrowym lub cierpieć na jakieś inne. Niektóre zaburzenia występują w jednej klasyfikacji, a w innej nie. Teoretycznie można położyć się spać zdrowym, a, po zmianie definicji, obudzić chorym (albo na odwrót), choć nic w naszym stanie czy zachowaniu nie zmieniło się, lub też zasnąć z jednym zaburzeniem, a obudzić się z innym, gdy ich nazwy i definicje się zmienią.

W ramach zmian wprowadzonych do ICD-11 usunięto kategorię pojedynczego epizodu maniakalnego/hipomaniakalnego, co sprawia, że każdy, nawet pojedynczy epizod maniakalny lub hipomaniakalny oznaczać musi diagnozę CHAD (zaburzenia afektywnego dwubiegunowego). Jest to problematyczne z dwóch powodów. Po pierwsze „hipomania” to stan, który zdiagnozować można byłoby u bardzo wielu ludzi – w uproszczeniu to po prostu relatywnie krótki okres lepszego niż zwykle humoru, większej energii, obniżonej potrzeby snu, które jednak nie dezorganizują życia; do diagnozy CHAD nie ma wtedy nawet konieczności występowania epizodu depresji. Po drugie diagnoza CHAD, jak często się podkreśla w oficjalnej narracji, oznacza konieczność długotrwałej lub nawet dożywotniej farmakoterapii. Diagnoza pojedynczego epizodu pozwalała zgodnie z procedurami na uniknięcie takiego rozwiązania. Diagnoza CHAD wręcz je wymusza. O ile jednak, w ramach DSM, odpowiedź na antydepresanty „przekraczającą nasileniem spodziewany efekt” należy diagnozować jako manię, a więc jako CHAD (choć możemy mieć do czynienia z wyindukowaną antydepresantami manią lub hipomanią, a nie z „prawdziwym” epizodem maniakalnym w przebiegu CHAD, którego bez zastosowania antydepresantów nie byłoby w ogóle), to ICD, na razie, takiego rozwiązania nie narzuca.

Whitaker wyraźnie sympatyzuje przy tym z ruchem nazywanym psychiatrią społeczną, który to ruch, tak jak i psychoanaliza, wraz z ekspansją stricte biomedycznego ujmowania zaburzeń psychicznych, został zmarginalizowany. Oba te podejścia widziały leki psychiatryczne nie jako klasyczne lekarstwa działające na zasadzie „magicznej pigułki” eliminującej biologiczne przyczyny problemów, ale jako substancje, które, choć tymczasowo mogą łagodzić cierpienie, nie rozwiązują istoty problemów, mających raczej podłoże społeczne, kulturowe czy wewnątrzpsychiczne, i właśnie w tych obszarach widziały właściwe pole dla działań terapeutycznych, a także niekoniecznie stricte „terapeutycznych”, jak np. poprawa warunków materialnych życia ludzi.

O tym, że jego książki nie zostały bynajmniej przez środowisko naukowe odrzucone jako wyssane z palca i zignorowane świadczy także fakt, że Whitaker i Lucy Cosgrove (badaczka zatrudniona ówcześnie na Uniwersytecie Harvarda) przygotowali kolejną książkę, tym razem skupiającą się już głównie na przedstawieniu korupcjogennego wpływu przemysłu farmaceutycznego na psychiatrię, samą psychiatrię traktując właściwie jako case study obrazujące zjawisko niekorzystnego wpływu koncernów na różne instytucje publiczne, medyczne i naukowe w ogóle. Polska badaczka, Emilia Kaczmarek, autorka książki „Gorzka pigułka: etyka i biopolityka w branży farmaceutycznej”, w artykule opublikowanym w „British Journal of Clinical Pharmacology” wymienia: „Przedstawiciele handlowi i reklama leków skierowana do lekarzy, reklama skierowana bezpośrednio do konsumentów, marketing treści w internecie, kampanie zwiększające świadomość społeczną chorób, sponsorowane stowarzyszenia medyczne, lobbing, astroturfing, sponsorowane organizacje pacjentów, sponsorowana edukacja medyczna, sponsorowane badania, sponsorowane konferencje medyczne i szerszy wpływ ekspertów medycznych zatrudnianych przez firmy, zwanych Kluczowymi Liderami Opinii”.

Kluczowi Liderzy Opinii to, w pewnym uproszczeniu, prominentni psychiatrzy lub w ogóle lekarze czy naukowcy, jeśli abstrahować od psychiatrii jako takiej zatrudniani przez koncerny. Firmują swoim nazwiskiem badania prowadzone przez te firmy (choć często nie mają z ich faktycznym powstaniem nic wspólnego, a nad całością czuwają od początku do końca pracownicy przemysłu), a z drugiej kształtują publiczną narrację dotyczącą zaburzeń psychicznych i prowadzą szkolenia dla mniej utytułowanych kolegów, mocą autorytetu naukowego legitymizując przekaz koncernów. „Szeregowi lekarze”, którzy często informacje czerpią właśnie z takich źródeł lub bezpośrednio od przedstawicieli handlowych koncernów farmaceutycznych, nie mają zazwyczaj kontaktu z literaturą naukową, a ponadto w ramach kształcenia do wykonywania zawodu nie są uczeni podstaw metodologii badań naukowych i klinicznych, mogą więc, nawet kierując się najszczerszymi i najlepszymi intencjami, działać na niekorzyść pacjentów. Książka Marcii Angell „Prawda o firmach farmaceutycznych: Jak nas oszukują i co z tym zrobić” (The truth about the drug companies: how they deceive us and what to do about it), pracującej na Harvardzie byłej redaktorki „New England Journal of Medicine”, a więc jednego z najważniejszych i najbardziej prestiżowych czasopism medycznych na świecie, także przeszła w Polsce właściwie niezauważona. Autorka, bogata w osobiste doświadczenie z „pierwszej linii frontu”, pokazuje w książce m.in. negatywny wpływ koncernów farmaceutycznych także na same czasopisma naukowe, częściowo utrzymywane z reklam od koncernów, co pozwala firmom pośrednio i bezpośrednio wpływać na publikowane treści (również blokując publikację tych niezgodnych z ich linią).

W artykule opublikowanym w „Harvard Review of Psychiatry” w 2020 r. autorzy piszą, że postępy neuronauk nie przekładają się na postępy w praktyce klinicznej, a jednak dominujący w mediach przekaz (kształtowany m.in. przez wspomnianych już Kluczowych Liderów Opinii) przedstawia zaburzenia psychiczne jako choroby mózgu leczone przez naukowo opracowane lekarstwa (oraz dobranie „właściwego leku” do „trafnej diagnozy”). Artykuł pokazuje, w jaki sposób wyniki biomedycznych badań są zniekształcane i wyolbrzymiane, zarówno przez badaczy, jak i później przez media, oraz wskazują na przyczyny tych zjawisk, związane m.in. z konkurencją i walką o fundusze wśród naukowców. Wyniki falsyfikujące lub przynajmniej niuansujące wyolbrzymione twierdzenia nie trafiają do mediów i często pomijane są także w ramach debaty stricte naukowej – przyczynia się do tego zjawisko niepublikowania negatywnych wyników prób klinicznych i ich rzadszego cytowania. Redukcjonistyczny obraz zaburzeń psychicznych, mimo że został już właściwie przez naukę odrzucony (jak np. w wypadku hipotezy „nierównowagi chemicznej mózgu”), negatywnie wpływa na pacjentów, także w związku ze stygmatyzującym efektem esencjalistycznych koncepcji zaburzeń psychicznych. Autorzy wspomnianego artykułu dodają też, że taki dyskurs przykrywać może rzeczywiste przyczyny problemów psychicznych, np. zmniejszoną mobilność w kontekście awansu społecznego, czynniki społeczne, takie jak ubóstwo, zastępując je odwołaniami do biologii.

Dobrym przykładem tego zjawiska jest głośna metaanaliza Andrei Ciprianiego, której wyniki trafiły do najbardziej wpływowych światowych i polskich mediów („Guardian” np. ogłaszał w nagłówku: „To oficjalne! Antydepresanty to nie oszustwo i spisek – działają!”). Opublikowana później w BMJ Open reanaliza statystyczna tych wyników, która pokazywała m.in., że ze względu na zastosowanie przez zespół Ciprianiego nietypowego sposobu oceny skuteczności leczenia, wyniki i ich prezentacja były nadmiernie optymistyczne, a faktycznie nie różniły się właściwie od publikowanych wcześniej metaanaliz pokazujących minimalną skuteczność antydepresantów (tak jak w głośnej metaanalizie Kirscha i opublikowanej także w Polsce książce „Nowe leki cesarza. Demaskowanie mitu antydepresantów”) – do mediów już nie trafiła.

I tak w latach 2000–2015 spożycie antydepresantów w krajach OECD wzrosło dwukrotnie (również w Polsce), a w niektórych nawet kilkakrotnie, np. pięciokrotnie w Słowacji. W Anglii ok. 16% populacji otrzymało w 2017 r. receptę na antydepresant, w sumie ponad 26% przyjmowało antydepresanty, opioidy, gabapentinoidy i benzodiazepiny lub tzw. niebenzodiazepiny (z-drugs). W 2019 roku oznaczało to już niemal osiem milionów Brytyjczyków na antydepresantach i nieco ponad dwa miliony na benzodiazepinach. Szacuje się też, że globalnie wartość rynku antydepresantów – a więc ich sprzedaż – w samym 2020 r. z powodu pandemii mogła się podwoić: z 14 do 28 miliardów dolarów.

W Polsce w 2018 roku „tylko” 1,4 miliona ludzi otrzymało receptę na antydepresant. Równocześnie, zgodnie z raportem NFZ, publiczne i prywatne wydatki na antydepresanty wyniosły ponad 400 milionów złotych (130 milionów było refundowane z budżetu), za to publiczne wydatki na psychoterapię depresji tylko 20 milionów. Podobnie ma się rzecz w innych krajach, np. w Anglii, według danych NHS, zapewnia się co najwyżej 25% „potrzeb” na psychoterapię, która i tak najczęściej sprowadza się wtedy do dosłownie kilku refundowanych sesji. Warto dodać, że raport NFZ dotyczący leczenia depresji koncentruje się niemal wyłącznie na ocenie wydatków na poszczególne leki oraz na poziomie stosowania się do farmakoterapii. Jeśli chodzi o trend, można powiedzieć, że „gonimy Zachód”. Niestety, nic nie wskazuje na to, aby sytuacja ta miała się radykalnie poprawić wraz z trwającą reformą psychiatrii.

W tym kontekście warto wspomnieć również o zarobkach psychologów w służbie zdrowia, niższych już od i tak niskich zarobków pielęgniarek. Kolejny alarmistyczny artykuł o zdrowiu psychicznym niewiele zmieni, jeśli zarobki psychologów pozostaną tak niskie. Bez radykalnej zmiany tej sytuacji nie może być mowy o żadnej poprawie opieki, jeśli chodzi o zdrowie psychiczne, szczególnie dzieci, ponieważ aktualnie praca w służbie zdrowia często jest dla psychologów tylko przystankiem w drodze do otwarcia prywatnej praktyki. Sprawia to, że wykwalifikowana pomoc dostępna jest niemal wyłącznie dla zamożnych – a to właśnie ludzie w trudnej sytuacji materialnej częściej potrzebują pomocy. W dodatku szkolenie psychoterapeutyczne jest bardzo drogie, co ogranicza jego dostępność osobom bez wsparcia krewnych lub mniej zarabiającym. Sprawia to, że psychoterapia staje się luksusową usługą dla zamożnej klasy średniej (lub też klasy wyższej, jeśli przyjąć definicję klas odwołującą się do poziomu dochodów), świadczoną przez przedstawicieli tej klasy. Terapeuci, z powodu różnicy doświadczeń i kodów kulturowych, mogą mieć problem ze zrozumieniem problemów ludzi gorzej sytuowanych i nawiązaniem z nimi odpowiedniej relacji terapeutycznej. Nie tylko świadczeniu usług, ale również szkoleniu psychoterapeutycznemu należałoby się więc przyjrzeć pod kątem uczynienia go bardziej dostępnym, np. poprzez różne formy finansowania ze środków publicznych. Nieśmiałym krokiem w tym kierunku jest wprowadzony niedawno program szkolenia psychoterapeutów dziecięcych.

Nie jest też tak, że antydepresanty sprawiają, iż ludzie stają się szczęśliwi. Andrzej Leder, w wywiadzie prowadzonym przez Grzegorza Sroczyńskiego, zwraca uwagę na szerszy kontekst, w jakim należy rozpatrywać depresję, co jednak symptomatyczne odwołuje się niemal wyłącznie do rozterek i aspiracji klasy średniej, pomijając bezpośredni wpływ czynników ekonomicznych takich jak np. ubóstwo. Mówi przy tym: „Działanie leków polega na zmniejszaniu odczuwania emocji, właściwie wszystkich, a nie na produkowaniu tych dobrych”. Jest to opinia, którą zdają się potwierdzać badania. Jeśli chodzi o leki stosowane przede wszystkim w leczeniu schizofrenii i CHAD, wielu pacjentów mówi nawet o „zamienianiu w zombie”; pierwsze doniesienia o neuroleptykach określały ich efekt jako „chemiczną lobotomię”. Pojawiają się też wyniki badań wskazujące, że, po pierwsze, prezentowanie problemów psychicznych jako „chorób jak wszystkie inne” (czyli właśnie: biologicznych problemów, problemów z mózgiem, które leczyć należy biologicznie) pogłębia stygmatyzację i autostygmatyzację osób określanych jako chore psychicznie. Po drugie, może to wręcz prowadzić do gorszych wyników terapii – przekonanie o posiadaniu chorego mózgu, wadliwych genów itp. może zmniejszać nadzieję na „wyzdrowienie”, prowadząc niejako do samospełniającej się przepowiedni.

Na dodatek właściwie nie ma przekonujących badań, które pokazywałyby, że istnieje związek pomiędzy farmakologicznym leczeniem depresji a spadkiem liczby samobójstw lub mniejszym ryzykiem samobójstwa, za to istnieją badania kliniczne i inne dane, sugerujące wręcz, że stosowanie popularnych antydepresantów zwiększa ryzyko samobójstw. Mówienie o jednoznacznym związku przyczynowo-skutkowym mogłoby być nadużyciem, jednak niedawno w Australii minister zdrowia zlecił analizę możliwości jego występowania – z powodu badań pokazujących, że wraz ze wzrostem stosowania antydepresantów wśród młodzieży doszło do gwałtownego wzrostu liczby samobójstw. Między 2008 a 2018 rokiem stosowanie antydepresantów wśród dzieci i młodych dorosłych wzrosło tam o 66%, a liczba samobójstw o 49%. Między 2006 a 2016 o 98% wzrosła też liczba celowych samootruć (głównie zresztą… przy pomocy przepisanych wcześniej lekarstw). Amerykańska Food and Drug Administration (FDA) już wiele lat temu umieściła na opakowaniach leków oficjalne ostrzeżenie, że antydepresanty stosowane u młodych ludzi zwiększają ryzyko samobójstwa. W USA, w populacji ogólnej, wzrostowi stosowania antydepresantów pomiędzy 1999 a 2014 r. o 65% towarzyszył wzrost współczynnika samobójstw o 33% pomiędzy 1999 a 2017 r. Pokazuje to przynajmniej, że obecne podejście do zaburzeń psychicznych i problemu samobójstw jako takich jest niewystarczające. Rzadko też pojawia się komunikat, że samobójstwo może mieć wiele różnych przyczyn, nawet według oficjalnych statystyk może być konsekwencją np. problemów finansowych, a nie zaburzeń psychicznych jako takich.

Wbrew powszechnej narracji, wyniki leczenia w przypadku zaburzeń nastroju i zaburzeń psychotycznych, szczególnie jeśli chodzi o perspektywę dłuższą niż krótkoterminowe badania kliniczne, nie są lepsze, a według niektórych danych – są nawet gorsze, niż przed erą farmakoterapii. Niektórzy badacze wskazują, że nawet jeśli leki pozwalają początkowo na „szybsze wyzdrowienie”, to ich stosowanie powodować może większą podatność na „zachorowanie” w przyszłości. Z jednej strony leki mogą bowiem maskować objawy, nie wpływając jednak na ich faktyczne przyczyny, z drugiej, na poziomie biologicznym, prowadzić mogą do zmian, które kolejny epizod czynią bardziej prawdopodobnym, a nawet cięższym.

Stopniowo do literatury naukowej przebijają się badania wskazujące na znacznie częstsze, dłuższe i cięższe objawy odstawienia związane z antydepresantami niż to się początkowo wydawało. Trwać mogą one nawet wiele miesięcy, w przypadku nawet 1/4 zażywających antydepresanty objawy mogą być ciężkie. Objawy te często mylone są z „nawrotem choroby”. Swoje stanowisko w tej sprawie, przyznając, że zjawisko to było wcześniej niesłusznie bagatelizowane, zmienił nawet brytyjski Royal College of Psychiatrists. Na problemy te długo zwracali uwagę obecni i byli pacjenci, ignorowano ich jednak, w związku z czym opracowali własne metody bezpiecznego odstawiania leków. Po wielu latach także te metody zaczynają przebijać się do literatury naukowej i znajdują potwierdzenie w badaniach neurobiologicznych. Przypomina to nieco sytuację z benzodiazepinami, które (jak wiele innych leków wcześniej) prezentowane były początkowo jako bezpieczne i nieuzależniające, z czasem jednak okazało się, że jest inaczej. Potencjał uzależniający benzodiazepin był właśnie jednym z powodów wprowadzenia na rynek antydepresantów typu Prozac. W tym kontekście „renesans psychodeliczny” może jawić się jako poszukiwanie nowych substancji, które mogłyby zastąpić „nowoczesne antydepresanty” obecne na rynku od ponad 30 lat. Jak jednak mówi Rosalind Watts, jedna z badaczek odpowiedzialnych za badania kliniczne porównujące psylocybinę z popularnym antydepresantem: „Psylocybina to wspaniałe narzędzie. Ale myślę, że nasze wyniki pokazują magię prawdziwej troski, czasu, obecności, szacunku i bycia częścią leczniczej społeczności. I tego właśnie boleśnie brakuje w naszym systemie psychiatrycznym. Jeśli więc psylocybina stanie się po prostu kolejnym lekiem, będzie to tak samo nieciekawe i ostatecznie rozczarowujące jak SSRI były dla wielu. A psychodeliki bez troskliwej społeczności mogą okazać się nie tylko nieskuteczne, ale i ryzykowne”.

Na nadmierną medykalizację wprost wskazał nawet opublikowany niedawno raport WHO zawierający wskazówki dotyczące organizacji opieki środowiskowej. Raport ONZ z kolei porównał stosowanie przymusu w psychiatrii do tortur. W „Psychiatric Times” ukazał się niedawno wywiad z jego autorem, litewskim psychiatrą Dainiusem Pūrasem. Powiedział on, że największe wrażenie zrobiły na nim relacje pacjentek, które, choć często pacjentkami stają się z powodu różnego rodzaju przemocy, doświadczenie unieruchomienia pasami porównują właśnie do doświadczenia bycia zgwałconą. Prosić miały Pūrasa, żeby przekazał psychiatrom, aby zaprzestali tego rodzaju praktyk. Uchwalona kilka lat temu Konwencja ONZ o Prawach Osób z Niepełnosprawnościami, opracowana we współpracy z pacjentami i byłymi pacjentami (nazywającymi siebie czasem „ocalonymi z psychiatrii”), miała znacznie ograniczyć lub wręcz wyeliminować stosowanie przymusu w psychiatrii. Spotkała się jednak ze zdecydowanym sprzeciwem środowisk psychiatrycznych. Mówiono wręcz o tym, że „przeczy ona zdrowemu rozsądkowi” i dlatego „należy ją zignorować”. Aktualnie prowadzone są prace mające na celu „rozmontowanie” Konwencji. W jednym z badań wykazano, że w USA pomiędzy 1993 a 2003 rokiem, z powodu stosowania unieruchomienia zmarło 45 dzieci, a żaden z 23 przypadków, w których dostępna była dokumentacja, nie spełniał kryteriów „zagrożenia dla siebie lub otoczenia”, które, zgodnie z przepisami, usprawiedliwiają użycie takich środków.

W tym kontekście należałoby też chyba spojrzeć na głośną sprawę Britney Spears. Piosenkarka została całkowicie pozbawiona kontroli nad własnym życiem, co umotywowane zostało „chorobą psychiczną” i troską o jej zdrowie. Uczyniono z niej właściwie niewolnicę. W polskich mediach trafiają się czasem relacje dotyczące przymusowego leczenia i przemocy personelu wobec pacjentów (np. głośny tekst Justyny Kopińskiej „Oddział chorych ze strachu”). Jednak poza, w najlepszym razie, wywołaniem krótkiego wzmożenia moralnego, nie prowadzą do żadnych rzeczywistych zmian.

Mark Fisher pisał: „Jeśli lewica chce zakwestionować realizm kapitalistyczny, to zadanie repolityzacji choroby psychicznej jest kwestią nadzwyczaj palącą”. Ten fragment jego głośnej książki przeszedł jednak właściwie niezauważony. Z tej perspektywy biomedyczna psychiatria jawić może się wręcz jako „opium” farmakologiczne i ideologiczne równocześnie (a kolejne skojarzenie z wykreowanym przez koncerny kryzysem opioidowym wcale znów nie tak odległe), łagodzące cierpienie (nawet jeśli tymczasowo i ostatecznie złudnie), ale i blokujące drogę do przekroczenia go w stronę mniej wyalienowanego świata. „Prywatyzację stresu”, o której pisał Fisher, można by też ująć jako jedną z indywidualnych strategii przetrwania, w której, zamiast kolektywnie walczyć o lepsze warunki pracy, korzystamy np. z krótkoterminowych zwolnień wystawianych przez psychiatrów, które, choć pozwalają złapać oddech, niczego ostatecznie nie zmieniają. Walka o prawa pracownicze grzęźnie więc w kolejkach do poradni zdrowia psychicznego.

Jednym z postulatów prawdziwie środowiskowo i społecznie zaangażowanej i zorientowanej psychiatrii mogłoby być wprowadzenie Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego (Universal Basic Income). Szereg badań wskazuje na związek nierówności społecznych, ubóstwa itp. z częstotliwością diagnozowania zaburzeń psychicznych. Istnieją nawet badania pokazujące, że podnoszenie płacy minimalnej prowadzi do spadku liczby samobójstw. Prawdopodobnie za odnotowane niedawno zahamowanie trendu wzrostowego w liczbie samobójstw w Polsce odpowiadają przede wszystkim program 500+, podniesienie płacy minimalnej i inne rozwiązania socjalne. Z kolei wzrost liczby prób samobójczych wśród dzieci i młodzieży, przy równoczesnym spadku liczby samobójstw, też trudno wytłumaczyć pomijając czynniki społeczne i kulturowe. Nawet w dużych mediach spotkać się można z wypowiedziami psychiatrów narzekających na rozpad więzi społecznych, przepracowanie, niestabilną sytuację zawodową, brak poczucia bezpieczeństwa i problemy finansowe jako faktyczne przyczyny problemów pacjentów. A jednak lekarstwem na te problemy ma być farmakoterapia lub psychoterapia, które miałyby do takich warunków pozwolić się przystosować lub przynajmniej złagodzić ból. To nie działa, na co wskazują wyniki systemów ochrony zdrowia psychicznego finansowanych znacznie lepiej niż polski, jak np. system brytyjski.

Z perspektywy zdrowia publicznego, podobnie jak ma to miejsce np. w walce z chorobami płuc, wprowadzono rozwiązania dotyczące zakazu palenia w miejscach publicznych czy regulacje dotyczące jakości powietrza w miastach, tak w ramach walki z „epidemią zaburzeń psychicznych” żądać można wprowadzenia Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego. Ostatecznie nie o to przecież chodzi, żeby „zwiększać nakłady na usługi publiczne i służbę zdrowia” lub, w tym kontekście, „psychiatrię”. Chodzi o to, żeby ludzie byli zdrowsi i żyło się im lepiej.

Radosław Stupak – psycholog, doktorant na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracuje nad doktoratem z psychologii: „Model biomedyczny w psychopatologii i opozycja wobec niego. Perspektywa psychologiczna” i filozofii: „Ideologia psychiatrii. Psychiatria w świetle teorii krytycznej i filozofii kultury, aspekty egzystencjalne i fenomenologiczne”. Studiował także m.in. na Petersburskim Uniwersytecie Państwowym, Uniwersytecie Radbouda, Uniwersytecie w Groningen i ukończył dwuletnie szkolenie z psychoterapii przy Collegium Medicum UJ. Publikował m.in. w czasopismach „Diametros”, „Psychiatria Polska”, „Archives of Psychiatry and Psychotherapy”, „Theory & Psychology”, „International Journal of Environmental Research and Public Health”, „Psikhologicheskii Zhurnal”. Recenzował dla „Theory & Psychology” i „Journal of Humanistic Psychology”.

Twoje zdrowie!

Niewiele jest tematów, które stanowią aż taki samograj, jeśli chodzi o przekonywanie odbiorców, iż dana kwestia jest ważna. Wielokrotnie w ciągu ponad 20 lat tworzenia pisma sięgaliśmy po tematykę nieoczywistą, niełatwą i przynajmniej w pierwszym odruchu wywołującą pytanie, po co ktoś miałby o tym czytać. Czasami podnosiliśmy jakiś temat jako pierwsi w Polsce, nierzadko jako jedni z nielicznych. Nie zawsze łatwe było przekonanie odbiorców, szczególnie zanim nastały obecne mody, że istotne są na przykład tematyka ekologiczna, kondycja transportu zbiorowego czy promowanie ekonomii innej niż balcerowiczowska. Co innego zdrowie i jego ochrona.

Tej kwestii poświęciliśmy niniejszy numer „Nowego Obywatela”. Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że zdrowie jest ważne. Może jedynie ludzi młodych i w świetnej kondycji, aczkolwiek życie w szybko starzejącym się społeczeństwie sprawia, że nawet dzisiejsi dwudziestolatkowie stykają się w swoim otoczeniu z wyzwaniami i dolegliwościami natury medycznej. To coraz częściej problem numer jeden jednostek, rodzin czy większych zbiorowości. Koszty leczenia, kolejki do gabinetów specjalistów, obcowanie z bólem i cierpieniem bliskich osób, problemy z zapewnieniem odpowiedniej opieki medycznej – to codzienność wielu ludzi w Polsce. Nawet gdybyśmy chcieli o tym zapomnieć, rzeczywistość nie pozwala. A gdyby tego było mało, swoją ponurą cegiełkę dołożyła pandemia koronawirusa.

O tym wszystkim jest bieżący numer. Wieloaspektowo przyglądamy się ochronie zdrowia, kondycji naszych rodaków i innym sprawom z tej działki. Piszemy o zdrowiu fizycznym i psychicznym oraz o tym, co im zagraża. Jak wygląda leczenie w różnych sektorach. Przed jakimi wyzwaniami stoimy w finansowaniu opieki medycznej oraz jakie liberalne mity panują na ten temat. Jakie są bariery w dostępie do porządnej medycyny. Co się dzieje z kadrami tego sektora i jak należy dowartościować tych, którzy walczą na pierwszej linii frontu naszego leczenia. I o wielu innych kwestiach.

Oczywiście jest to temat tak szeroki, że nie wszystkie ważne sprawy udało się opisać. Będziemy do tego wracali w przyszłości. Ale jestem przekonany, że zgromadzona w tym numerze dawka wiedzy jest spora i przydatna, a także zawiera wątki nieoczywiste i rzadko dyskutowane publicznie. W numerze mamy również kilka tekstów na inne tematy, żeby nie przytłoczyć Was zupełnie tematyką zdrowotną.

Zapraszam do lektury całości! Wszyscy byliśmy, jesteśmy lub będziemy pacjentami. Oby w jak najlepszych realiach opieki i wsparcia przy powrocie do zdrowia. Oddajemy w Wasze ręce dawkę informacji o tym, jak, dlaczego i za pomocą jakich działań sprawić, aby te realia były lepsze niż obecne.

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.