Lewica post-neoliberalna

Lewica post-neoliberalna

„Polska Solidarna” jest pojęciem po politycznych przejściach. Nie jestem pewna, czy nadaje się do reanimacji. Nie chodzi tylko o to, iż lansowała je partia, która po objęciu władzy nie zrealizowała wyborczych obietnic.

Partie parlamentarne funkcjonują w obrębie politycznych, historycznie kształtowanych możliwości oraz panującej polityki prawdy, która zabetonowana jest w neoliberalnych ramach. Niemal wcale nie ma u nas krytyki tego dyskursu wiedzy/władzy. Panuje wręcz zamieszanie pojęciowe, spowodowane brakiem rozróżnienia między społecznie zakorzenionym liberalizmem (prawa człowieka i państwo pośredniczące w podziale kosztów reprodukcji społecznej – projekt historyczny, bo wszędzie przejechał po nim neoliberalny walec), a neoliberalizmem (państwo jako firma, zarządzanie przez finanse, polityczny podmiot państwa to nawet nie przedsiębiorca, lecz inwestor). W efekcie lewica ma politycznego przeciwnika, który jest zamglonym cieniem i nie ma jak mu się przeciwstawiać.

O ile niektóre dyskusje odnoszą się do świeckości państwa, o tyle do doktryny neoliberalnej nie odnosi się żadna z partii parlamentarnych, które jednocześnie ją wdrażają. To jedna z największych przeszkód na drodze do przyszłej realizacji polityki lewicowej czy polityki solidarności społecznej, czyli takiej, która zapewni bezpieczeństwo socjalne i ekologiczne, wdrażanie wszystkich praw człowieka oraz bardziej sprawiedliwy podział kosztów opieki i wyników wzrostu gospodarczego. Taka polityka nie ma jeszcze w Polsce zaplecza w postaci silnego krytycznego dyskursu, który byłby w stanie osiągnąć taką masę krytyczną, aby przełamać neoliberalny monopol w polityce prawdy. W parlamencie i mediach toczą się gorące spory o politykę obyczajową czy historyczną, ale ustawy społeczne i gospodarcze, ograniczające prawa obywatelskie, przechodzą bez większych dyskusji.

Wśród przyczyn hamujących rozwój lewicowej polityki w Polsce był założycielski dyskurs transformacji, zorganizowany według wzoru przejścia od piekła, czyli totalitaryzmu i nędzy czasów komuny, przez czyściec reform ustrojowych – do raju „wolnego rynku” i „demokracji”, które zapewnią powszechną szczęśliwość i dobrobyt. „Wolny rynek”, opisywany przy pomocy atrybutów prywatyzacji, konkurencyjności oraz efektywności, niewiele ma wspólnego z tym, jak w istocie funkcjonują rynki. Jest natomiast użyteczny jako polityczny ideał czy – jak chce Foucault – „permanentny trybunał ekonomiczny”. Wymusza powszechne dostosowania, w tym przeobraża jednostki w przedsiębiorcze podmioty, którym solidarne państwo nie jest potrzebne, a także uzasadnia likwidację wszelkich ograniczeń w przepływie kapitału, ukrywając zarazem społeczne i ekologiczne koszty. Analogicznie uprawiano ewangelizację na rzecz Unii Europejskiej i „powrotu do Europy”. Transformacja legitymizowała się przez projekcje powszechnego bogactwa i przez Kościół, który nota bene sam ulegał urynkowieniu: księża stali się przedsiębiorcami, którzy zarządzają duszami wiernych oraz parafią jak przedsiębiorstwem.

Ten polityczny PR miał zaplecze w produkcji wiedzy na temat gospodarki, państwa, grup społecznych i jednostek (diagnozy, raporty, strategie, programy, poradniki). Wprowadziła ona kryteria z ekonomii do analiz społecznych i do dyskursu jurydycznego; np. rok temu sądy rodzinne zlikwidowano z powodu ich nieefektywności ekonomicznej. To, co było kategorią praw i potrzeb, przeobrażone zostało w kategorie finansowevide nadrzędność diagnozy ekonomicznej nad medyczną w reformach zarządzania ochroną zdrowia. Nowa kategoria, społeczeństwo obywatelskie, jak mówił Foucault w „Narodzinach biopolityki”, to zbiorowość przedsiębiorczych jednostek, wyposażonych do konkurencji z innymi, które kalkulują koszty i korzyści, inwestują w siebie i potomstwo, i czerpią z tego zyski. Pozwala to przerzucić koszty hiperkonkurencji i ryzyka biznesowego do gospodarstw domowych. Ponieważ upowszechnienie normy przedsiębiorczości i wzrost gospodarczy mają rozwiązać problem ubóstwa, polityka społeczna okazuje się zbędna, a jeśli racjonalny ekonomiczny podmiot jest bezrobotny, to na własne życzenie.

Dopóki transformacja ustrojowa nie była „zaklepana” (m.in. przez akcesję do Unii), ten dyskurs działał jak broń masowego rażenia wobec wszelkich tęsknot lewicowych. Dopiero później zaczęły w Polsce powstawać nowe ogniska krytyki społecznej. Jednak wskutek założycielskiego dyskursu transformacji, który wyznaczył granice polityki parlamentarnej, scena polityczna i polityka prawdy bardzo mocno przesunęły się w konserwatywno-neoliberalną stronę. Dzisiaj ten pierwotny dyskurs, który wdrażał i zabezpieczał transformację, jest już zbędny i został zastąpiony przez dwie nowe ramy: postpolityki (zamazanie konfliktów społecznych) i modernizacji (neoliberalizm w nowym opakowaniu).

Kiedy jednak spojrzymy na wspomniane dyskursy przez pryzmat realu, to za regulatywnymi ideałami wolnego rynku i demokracji skrywa się paradoks jednoczesnej widzialności i bezgłosu licznych grup społecznych, dezindustrializacja i likwidacja miejsc pracy, „uelastycznienie” (czytaj: intensyfikacja i potanienie) pracy, prywatyzacja sfery publicznej, kontrola reprodukcji (zakaz aborcji i odbieranie dzieci ubogim matkom), przerzucanie kosztów szeroko rozumianej opieki do gospodarstw domowych. A wszystko to w ramach ustawicznego dążenia do hiperkonkurencyjności i jak chcą doradcy premiera, autorzy raportu „Polska 2030”, w imię rozwoju podporządkowanego akumulacji kapitału.

W 2005 r. prof. Mieczysław Kabaj pisał o stracie netto 5 mln miejsc pracy przy jednoczesnym wzroście liczby osób w wieku produkcyjnym. Część nowych miejsc pracy, jakie później powstały, miała już charakter prekariatu, zwiększyła się migracja za chlebem, rośnie grupa „pracujących ubogich”. Po kryzysie z 2008 r. mamy systematyczny spadek zatrudnienia, który ulegnie przyspieszeniu wraz z realizowanymi cięciami w administracji publicznej i po znacznym ograniczeniu w najbliższych latach transferów z Unii Europejskiej. Próba zagospodarowania przez PO reprezentacji lewicy to nie tylko kalkulacja wyborcza, ale także reakcja na taki przewidywany rozwój sytuacji społecznej.

O ile starsze pokolenia mogą jeszcze czerpać z zasobów z czasów PRL-u, jak uprawnienia do emerytur, to obecne młode pokolenie już nie ma zagwarantowanego bezpieczeństwa egzystencjalnego. Pod koniec lat 90. i na początku kolejnej dekady przed młodymi z wyższym wykształceniem otwierały się ścieżki kariery. Dzisiaj te miejsca pracy są już zajęte, a bywa, że ludzie po studiach pracują przy taśmie w montowniach lub w call centers za grosze. Nawet ci, którzy mają pracę i zdolność kredytową, kupują małe, dwupokojowe mieszkania, bo na większe ich nie stać.

W dużej mierze także demokracja jest użyteczną fikcją. Jej miarą miało być uwłasnowolnienie obywateli i decentralizacja władzy. Tymczasem decentralizacji nie towarzyszyło przekazywanie wystarczających środków na ochronę zdrowia, pomoc socjalną, budownictwo komunalne. Z kolei prawa obywatelskie zostały ograniczone do praw własności oraz wyborczych. Nie ma z czego wybierać wśród partii obecnych w parlamencie, tymczasem ustawa skutecznie blokuje do niego dostęp mniejszym ugrupowaniom. Społeczeństwo obywatelskie to nie tylko strategia upowszechniania form przedsiębiorczych, przeobrażania ruchów społecznych w grupy interesu. To także polityka jako rynek, konkurencja między grupami interesów i organizacjami pozarządowymi, odpowiedzialnymi wobec fundatorów, a nie tych, których mają reprezentować. Sterowane na odległość przez warunki przyznawania grantów, organizacje obywatelskie mogą praktykować filantropię czy świadczyć usługi, z których wycofało się państwo, a krytykę społeczną czy walkę o prawa pracownicze i socjalne mogą uprawiać kosztem własnego życia swoich aktywistów, co prowadzi do reprywatyzacji politycznej odpowiedzialności państwa za warunki życia jego mieszkańców. Dyskursy „społeczeństwa obywatelskiego” i postpolityki skutecznie pozamazywały konflikty społeczne.

Jeśli chodzi o sprzeczności między polityczną retoryką a rzeczywistością, to PiS zmniejszyło podatki dla najzamożniejszych i prowadziło neoliberalną politykę ekonomiczną. W projekcie Konstytucji z 2005 r. prawa socjalne zostały skasowane. W kolejnym projekcie ustawy zasadniczej, przygotowanym przez PiS w 2010 r., przywrócone zostały fragmenty retoryki uprawnień socjalnych, ujęto je jako dobra wspólne, ale poza ramami praw człowieka i obywatela. Ochronę zdrowia potraktowano w kategoriach dostępności, jednak bez gwarancji równego dostępu, jak w obowiązującej ustawie zasadniczej. Wprawdzie lepsze to niż patologizowanie praw socjalnych jako roszczeń, niemniej jest faktem, iż PiS parceluje prawa człowieka, które w ratyfikowanych przez Polskę międzynarodowych konwencjach rozumiane są jako nierozdzielne i uniwersalne. Inny przykład to usunięcie zapisu o prawach kobiet, który zawiera Konstytucja z 1997 r.

PO dąży do redukcji zaangażowania państwa w sferę społeczną i przerzucenia odpowiedzialności na rodzinę, Kościół i organizacje pozarządowe (patrz – „Polska 2030”). Natomiast w PiS-owskich projektach Konstytucji państwo ma zadania społeczne, w tym przeciwdziałanie bezrobociu, bezdomności i innym postaciom wykluczenia, ochronę godności pracy – ale obywatele i obywatelki nie mają zagwarantowanych praw pracowniczych i socjalnych, których realizacji mogą od państwa wymagać. Mamy więc do czynienia z patriarchalnym modelem władzy i opieką w zamian za posłuszeństwo. Dla PiS prawa człowieka to nie prawa, lecz – podobnie jak dla PO – dobrodziejstwa. Główny podmiot polityczny według PiS to naród, o który trzeba dbać, aby Polska była potęgą polityczną i gospodarczą. Imperialną wizję naszego kraju ma również PO.

O ile dla PiS podmiot polityczny stanowi naród jako wspólnota Polaków i katolików, a dla PO – inwestor, o tyle SLD jest partią bez podmiotu. Wprawdzie w dokumentach Sojuszu z 2007 r. są deklaracje, że identyfikuje się on z pracą, a nie z kapitałem, ale formacja ta nie opublikowała programu gospodarczego, który pozwoliłby takie cele realizować. W programie na wybory samorządowe 2010 r. jak ognia unikała politycznego konfliktu, a w prezydenckiej kampanii wyborczej legitymizowała się jako lewica obyczajowa. Poruszała wprawdzie ważne kwestie społeczne i pracownicze, ale ponieważ w neoliberalnym kontekście polityka społeczna to polityka gospodarcza (skoro zakłada on, iż korzyści ze wzrostu gospodarczego skapują do dołu), podobne prospołeczne deklaracje nie interweniują w główne ramy polityki, lecz płyną obok.

Granica między prawicą a lewicą zawsze była do pewnego stopnia umowna, jednak dzisiaj, w czasach neoliberalno-konserwatywnej hegemonii, mamy do czynienia z jej przesunięciem poza obręb dyskursu publicznego i parlamentarnej demokracji. Socjaldemokracja to obecnie polityczny zabytek, a partie, które zajmowały tę pozycję, albo zostały zmarginalizowane, albo przeobraziły się w lewicę neoliberalną, która etykietuje się jako tzw. trzecia droga, odwołując do nowej modernizacji, co czyni zarówno Sławomir Sierakowski i środowisko „Krytyki Politycznej”, jak i Michał Boni. Pojęcia te, jako formy oderwane od sugerowanych przez siebie znaczeń, robią z polityki spektakl, ukrywając zarazem upowszechnienie przemocy, polityki stanu wyjątkowego, instrumentalizację i urynkowienie prawa, czy, jak uważa Wendy Brown, jedna z najwybitniejszych współczesnych feministycznych filozofek, przemieszczenie suwerenności do kapitału i Kościoła – a więc maskują faktyczne stosunki władzy.

Polska lewica straciła zdolność komunikacji i nie stworzyła siatki pojęciowej do krytyki transformacji, co się zmienia dopiero teraz, powoli i grubo za późno. Politycy SLD nie wypracowali analiz, które pozwolą zobaczyć nową rzeczywistość społeczną jak króla bez ubrania. Podobnie jak inni politycy, skupili się na taktyce, na polityce medialnej; nie mają strategii, a nawet języka do zaistnienia w polityce inaczej niż w ramach dozwolonych przez neoliberalizm. Ma to liczne i różnorodne przyczyny, np. MFW i Bank Światowy efektywnie popierali partie postkomunistyczne, gdyż uważali, że włączenie ich do polityki parlamentarnej i rządzenia ułatwi deregulację i prywatyzację. Zarządzanie politycznym ryzykiem przemawiało za tym, aby nie zostawiać ich na zewnątrz, gdzie mogłyby ogniskować opór wobec neoliberalnej transformacji. A domowa patologizacja „postkomuny” wytwarzała u niej zapotrzebowanie na autoprezentację w roli nowoczesnych, rynkowych obywateli. Stworzyło to polityków takich jak Leszek Miller, szef partii nominalnie lewicowej, który domagał się podatku liniowego.

Co istotne, były i są pewne ciągłości między państwowym socjalizmem a neoliberalizmem. Główne zajęcie rządów i administracji od Gomułki po Tuska to rządzenie ekonomiczne, skupione na wzmacnianiu potencjału gospodarczego. Robią to inaczej, w różnych kontekstach, inaczej odnosząc się do podziału efektów wzrostu gospodarczego, ale jego miary (PKB) i podporządkowanie mu społeczeństwa są identyczne. Między innymi dlatego tak łatwo było intelektualnym elitom wychowanym w PRL-u, w tym Leszkowi Balcerowiczowi czy Michałowi Boniemu, przejść od real-socjalizmu do neoliberalizmu.

Taktyczne objęcie przez Bartosza Arłukowicza stanowiska „reprezentanta wykluczonych” pozwala dostrzec, iż Sojusz został wprzęgnięty do roli lewicy neoliberalnej i do konkurencji z PO o to miejsce na scenie politycznej. Jeśli reprezentacja wykluczonych jest dopuszczalna, to tylko przez mianowanie, a więc fikcję demokracji. Ponadto, sama kategoria wykluczonych ma za zadanie jedynie legitymizację rzekomej normy (zamożności), z której 80-90% tzw. społeczeństwa jest wykluczone, służąc jednocześnie jako siła robocza czy zasób fiskalny, z którego dochody mikroklasa zarządzająca państwem przekierowuje na konta wielkiego biznesu i sektora finansów. Bartosz Arłukowicz mianowany jest na przedstawiciela wykluczonych, a więc (prawie) wszystkich po to, żeby „wszyscy” nie mieli swojego przedstawiciela.

Podsumowując, w polskiej polityce parlamentarnej 20-lecia transformacji, w trakcie której pod naciskiem dyskursywnego przymusu scena polityczna bardzo mocno przesunęła się w prawo, pojęcia takie jak lewica czy Polska Solidarna odnoszą się do polityki tożsamościowej reprezentacji, podczas gdy autorytaryzm polityczny i neoliberalne zarządzanie nie są kontestowane. Państwo jest zarządzane jak firma: najważniejszy dokument polityczny stanowi sprawozdanie finansowe, a sfera społeczna to pasywa, które trzeba minimalizować. Mamy więc do czynienia z kryzysem polityki. Dyskurs o Polsce Solidarnej ma zatem formę bez treści w postaci konkretnego politycznego „oprzyrządowania”, takiego jak krytyka poszczególnych polityk i projekty alternatywnych rozwiązań. Dopiero od niedawna fermentuje nowa krytyka społeczna, zagęszczają się kontestacje neoliberalizmu, łamania praw pracowniczych i likwidacji uprawnień socjalnych, polityki antymieszkaniowej, prywatyzacji edukacji. Feminizm dzieli się na neoliberalny i lewicowy – ostatnia Manifa odbyła się pod hasłem sprzeciwu wobec prekariatu i łamania praw pracowniczych. Ruch ekologiczny dostaje nowego wiatru w żagle wraz z rosnącym sprzeciwem wobec energetyki jądrowej, który przez dyfrakcję może dać formę innym protestom społecznym. Nowa jakość w pozaparlamentarnej polityce lewicowej to odchodzenie od ruchów jednej sprawy czy jednej grupy interesu do budowania związków między nimi.

Mamy też pierwsze szczeliny w polityce głównego nurtu, w której konflikt między interesem przetrwania państwa a interesem rynków finansowych w sprawie emerytur i transferów do OFE otworzył konflikt polityczny i podważył fantazmat rynku jako sielanki i jako zastępczego modelu systemu zabezpieczeń społecznych. Z drugiej zaś strony są potrzeby i pragnienia części elektoratu, formy negacji, wezwania do naprawy krzywd transformacji, w tym dotyczących likwidowania praw ekonomicznych i socjalnych. Na razie jednak PiS czy SLD i ich przywódcy nie podważają neoliberalnego porządku transformacji, nie podejmują prób wyobrażenia sobie państwa i rynków inaczej. A szkoda, bo w polskiej polityce parlamentarnej potrzebna jest zarówno lewica katolicka, jak i nowy, postneoliberalny projekt lewicowy.

Lewica post-neoliberalna

Polska Solidarna – Polska Liberalna

Solidarność jest niezbędna, aby wspólne działania zakończyły się sukcesem. W warunkach szczególnie trudnych, w niebezpieczeństwie, w walce – bywa warunkiem przetrwania grupy. Dotyczy to strajkującej załogi, ratowania się w górach i po katastrofie, ale odnosi się też do narodu, którego byt materialny i tożsamość są zagrożone.

Solidarność nie jest stanem świadomości społecznej danym raz na zawsze. Korzyści wszystkich uczestników grupy wynikające z solidarnego działania osiągane są po upływie czasu i często są niepewne. Korzyści ze złamania zasad solidarności, ze zdrady, z egoistycznego działania w grupie altruistów, są natychmiastowe i bywają znaczne. Po aresztowaniu grupy opozycyjnej ten, który pierwszy zacznie sypać w śledztwie, może liczyć na łagodny wyrok. W „Solidarności”, w Kościele, w redakcjach, w stowarzyszeniach twórców, na wyższych uczelniach, w sądach, we wszystkich zakładach pracy – ludzie, którzy zgodzili się na współpracę z bezpieką, otrzymywali wsparcie w karierze.

Jakaś instancja musi zawsze stać na straży solidarności. W mafii jest omerta, w państwie prokuratura i sąd, w grupie społecznej opinia publiczna. Ostatecznie właśnie ona decyduje, czy niesolidarne postępowanie jest opłacalne. Jeśli zdrada uchodzi płazem, solidarność się załamuje i nie tak łatwo ją odbudować. Nikt nie chce być frajerem.

Opuszczę „pole bitewne” i przypomnę znany w socjologii model wspólnego pastwiska. Jeśli na pastwisko, na którym każdy uczestnik wspólnoty wypasa jedną krowę, ktoś wprowadzi dwie, osiągnie podwójny zysk. Jeśli nie zostanie natychmiast ukarany, inni użytkownicy też wprowadzą dodatkowe krowy. Nikt nie chce być okradany. Pastwisko zostanie zniszczone, krowy będą głodne. Stopniowe wycofywanie dodatkowych krów w imię solidarności jest mało realne. Zniszczone zostało nie tylko pastwisko, również wzajemne zaufanie.

Najważniejszym kapitałem, decydującym o rozwoju kraju, jest zaufanie społeczne. W Polsce zostało ono zniszczone stanem wojennym. Umowa między władzą i społeczeństwem została brutalnie złamana. Co więcej, już wtedy, powołując się na chrześcijańską zasadę przebaczenia, odpuszczano zdrajcom. Potem było już tylko gorzej. Wojciech Jaruzelski został pierwszym prezydentem niepodległej Polski. Kto w okresie transformacji za radą znawców rozwoju kapitalizmu ukradł pierwszy milion, mógł dalej kraść bezkarnie: chroniło go święte prawo własności. Tajne służby utworzyły sieć powiązań polityczno-biznesowych, zakłócających rozwój demokracji i działanie rynku. Nie bez przyczyny każda próba ujawnienia zawartości archiwów tajnych służb kończy się niebotyczną awanturą polityczną, chociaż podobno już dawno problemu nie ma.

Nie rozumiem, dlaczego intelektualiści, socjologowie i filozofowie badający stan społeczeństwa w Polsce i przemiany po 1989 r. nie uwzględniają stanu wojennego i działań agentury. Te tematy są omijane szerokim łukiem nawet w pracach poświęconych „Solidarności”.

Ludzie pracy czują się zdradzeni i oszukani. W „Solidarności” o zakładach przemysłowych mówili „nasze”. Po nacjonalizacji przemysł i duże gospodarstwa rolne nie stały się własnością ani Partii, ani urzędników. Były własnością narodu, chociaż źle zarządzaną i eksploatowaną na rzecz obcego mocarstwa. W procesie transformacji nastąpiło realne wywłaszczenie i zniszczenie miejsc pracy. Zawiodła nowa „Solidarność” i jej przywódcy. Porzuciła działalność związkową, uzależniła się od partii politycznych, osłaniała przekształcanie systemu w Polskę Liberalną, a nawet sama próbowała pełnić rolę partii. Teraz wraca do roli związku zawodowego. Oby się udało.

Jednak przetrwała pamięć o NSZZ „Solidarność” z lat 1980-81, o tym, że miało i mogło być inaczej. Pierwsza „Solidarność” była doświadczeniem milionów ludzi. Dla wielu krótki okres jej działania był najważniejszym w ich życiu.

Hasło „Polska Solidarna”, które pomogło Prawu i Sprawiedliwości wygrać wybory w 2005 r., nie było pustą obietnicą wyborczą. Za rządów PiS skorumpowani politycy i urzędnicy na najwyższych stanowiskach przestali być bezkarni. To spowodowało, że i na niższych szczeblach władzy funkcjonariusze instytucji państwowych bali się wymuszać łapówki. Odetchnęli ludzie prowadzący uczciwe biznesy. Mówili, że mają konkretne oszczędności i nie obawiają się, iż jakaś decyzja administracyjna doprowadzi ich przedsiębiorstwo do bankructwa. Za tamtych rządów wykupiliśmy na własność nasze lokatorskie mieszkanie w spółdzielni. Można też było łatwo, po okazyjnych cenach, wykupić mieszkania kwaterunkowe. Była to konkretna pomoc dla niezamożnych ludzi. Skandalem jest, że na to uwłaszczenie trzeba było czekać tyle lat. Może to zbieg okoliczności, ale przestało się pogardliwie mówić o blokersach. Ważna ustawa o otwarciu zawodów prawniczych dla młodzieży kończącej studia została zablokowana przez Trybunał Konstytucyjny. Brak dostępu do porad prawnych jest jedną z przyczyn bezradności, krzywd, wykluczenia. PiS postawiło tamę prywatyzacji majątku należącego do służby zdrowia. Beata uwiedziona przez agenta zalewała się łzami na oczach milionów telewidzów, ponieważ nie mogła „kręcić lodów przy prywatyzacji szpitali”. Próba zmierzenia się z mafią węglową skończyła się postawieniem PiS pod pręgierzem za samobójstwo Barbary Blidy.

PiS w obsadzie stanowisk popełniło błędy personalne, ale nie broniło „swoich” za wszelką cenę. Na czele wielu instytucji państwowych stanęli znakomici, kompetentni i niezależni ludzie. IPN, chociaż nieustannie atakowany przez agenturę, rozwinął działalność. PiS przygotowało wiele projektów i programów, których nie zdążyło zrealizować. Niektóre kontynuuje PO, niestety tylko werbalnie.

Mówimy o Polsce Solidarnej, więc warto jeszcze wspomnieć o „polityce orderowej” Lecha Kaczyńskiego. Wielu działaczy WZZ, Pierwszej „Solidarności” i stanu wojennego zostało przypomnianych opinii publicznej.

Największym błędem PiS było wycofanie się z bardzo dobrej ustawy o otwarciu archiwów tajnych służb i zwlekanie z publikacją aneksu do raportu o likwidacji WSI. Mafia każde cofnięcie się odczytuje jako słabość i przystępuje do bezwzględnego ataku. Innego rodzaju błędem było upieranie się przy budowie estakady nad bagnami Rospudy. Zaszkodziło to wizerunkowi PiS w oczach ideowej młodzieży. O Rospudzie słyszeli wszyscy, natomiast mało kto wie, że PiS jest przeciw uprawom roślin modyfikowanych genetycznie.

Koalicja z Samoobroną i LPR, chociaż wymuszona arytmetyką sejmową, miała dobre strony. Lepper nieustannie atakował Balcerowicza i domagał się lustracji majątkowej. Społeczeństwo ma krótką pamięć, więc przypominanie pierwotnych przyczyn patologii jest wskazane. Giertych stanowił przeciwwagę dla nachalnej propagandy antynarodowej i antykatolickiej. Niestety, obaj koalicjanci okazali się skrajnie nielojalni. Można odnieść wrażenie, że niektóre działania Giertycha, np. domaganie się na forum UE wprowadzenia bezwzględnego zakazu aborcji, miały na celu skompromitowanie rządu PiS.

Warunkiem wprowadzenia Polski Liberalnej było odsunięcie społeczeństwa od głosu. Ważne i nie wymagające większych środków finansowych jest odbudowanie agory, miejsca spotkań publicznych. Komercjalizacja całej przestrzeni publicznej spowodowała, że nie ma nawet gdzie powiesić plakatu lub zawiadomienia o spotkaniu. Nie ma miejsca, gdzie można pokazać film objęty cenzurą, zaprezentować książkę, zorganizować debatę, zabawę, festyn. Można sobie radzić, korzystając z uprzejmości proboszcza albo lidera jakiejś partii. Nie jest to zdrowa sytuacja. Gdzie ma się udać grupa obywateli oskarżana równocześnie o trockizm i o faszyzm?

Agora powinna być miejscem neutralnym. W Australii są Domy Polskie, z których korzystają wszelkie polonijne organizacje. Widziałam podobnie działające domy dla różnych organizacji społecznych i politycznych w Vancouver i w Waszyngtonie. Gdyby w Polsce w Domu Polskim zatrudnić kilka osób – technika sprzętu audiowizualnego, konserwatora, sprzątacza, prawnika, księgową, urzędnika przyjmującego zgłoszenia na spotkania, wydającego klucze do szaf organizacji i przyjmującego pocztę – koszty działania inicjatyw pozarządowych można by znacznie obniżyć. Mogłyby powstawać nowe. Kto nie zakładał stowarzyszenia, nie wie, że pierwszym problemem jest podanie adresu siedziby. Ponadto, moim zdaniem społeczeństwo obywatelskie to nie jest zbiór organizacji, lecz aktywni obywatele. Ich przede wszystkim mam na myśli, proponując finansowanie agory ze środków publicznych.

Tu i teraz bez żadnych dodatkowych nakładów finansowych można zacząć egzekwować prawo obywateli do informacji o działaniach instytucji państwowych i samorządowych. Teoretycznie można je znaleźć w Internecie, ponieważ wszyscy prowadzą własne strony, a niektórzy nawet wydają biuletyny. Ten sposób komunikowania się z obywatelami ma przeważnie charakter autopromocji. Urzędy nie odpowiadają na listy i pytania. Nie tylko w terminie określonym w prawie, po prostu nie odpowiadają w ogóle. Od dłuższego czasu znajoma bezskutecznie usiłuje dowiedzieć się, jakie jest maksymalne zanurzenie statków, które będą mogły wpływać do portu w Świnoujściu bez kolizji z gazociągiem. Musi nam wystarczyć zapewnienie Angeli Merkel, że wszystko będzie dobrze.

Aby realnie rozpocząć budowę Polski Solidarnej, trzeba diametralnie zmienić sposób oceny stopnia rozwoju społeczno-gospodarczego i odejść od ślepego naśladownictwa krajów rozwiniętych. Zmianie liberalnego sposobu myślenia na solidarny służyłaby detronizacja PKB jako uniwersalnego wskaźnika rozwoju. Związki zawodowe i partie polityczne zainteresowane budową Polski Solidarnej powinny podać do publicznej wiadomości wartość współczynnika Giniego (miara egalitaryzmu) oraz wskaźnika HDI (miara rozwoju społecznego) dla Polski.

Stosowane w naszym kraju kryteria postępu i rozwoju są powierzchowne. Na wsi wójt rozdaje komputery mniej zamożnym rodzinom. Komputery trafiają pod strzechy, a we wsi nie ma kanalizacji i oczyszczalni ścieków, nie ma też żadnej komunikacji publicznej, aby dojechać do miasta.

W sytuacji kryzysu należy zrezygnować z nadmiernych wydatków na propagandę. W szpitalach brakuje pieniędzy na żywienie chorych, a w Warszawie zainstalowano fontannę za 11 mln zł. Gdańsk ufundował za prawie milion złotych pomnik dzieci, które ratowano z Rzeszy wysyłając je do Londynu. Intencją włodarzy miasta było prawdopodobnie zdjęcie z Polaków odium antysemityzmu. Stało się odwrotnie. Budowa i odsłonięcie pomnika dały okazję do przypisywania Polakom zbrodni niemieckich. Na budowę Europejskiego Centrum Solidarności przeznaczono kilka milionów złotych. W Polsce Solidarnej nie byłoby to możliwe. Nikt nie protestuje, ponieważ nie wypada występować przeciw idei Solidarności. Do różnych tabu narzucanych przez polityczną poprawność doszło jeszcze i to.

Nie widzę uzasadnienia, aby ograniczać się do jednej idei i tradycji, nie widzę potrzeby ustalania hierarchii wartości. Doktrynalnie traktowane wartości są wzajemnie sprzeczne. Teolog szwajcarski Romano Amerio błędnemu odczytaniu dogmatu o Trójcy Świętej przypisuje fakt, że w naszym myśleniu prymat zdobyło pojęcie miłości, kosztem kategorii poznania i prawdy. Miłość do nieuleczalnie chorych może być uzasadnieniem eutanazji. Miłość pojmowana jako zgoda i brak konfliktów prowadzi do ekumenizmu dobra ze złem, prawdy i fałszu. Prawdziwą miłość poprzedza poznanie opierające się na prawdzie.

Nie podzielam optymizmu władzy, że Polska jest „na właściwej ścieżce i kursie”. Przeciwnie, ten optymizm mnie niepokoi. Nie mam zaufania do przywódców, którzy nie dostrzegają i nie przewidują zagrożeń. Imitowanie państw zachodniej Europy kojarzy się z potiomkinowskimi wioskami i wpisuje w tradycje propagandy komunistycznej. W systemie neoliberalnym nie wygląda to lepiej. Tak długo ukrywa się problemy, pożycza pieniądze, stosuje kreatywną księgowość, aż dojdzie do bankructwa. Zagrożenia są poważne. Uważam, że powinniśmy przede wszystkim sięgać do polskiej tradycji i szukać rozwiązań niekonwencjonalnych. W historii mieliśmy księży-społeczników oraz komunistów traktujących robotników z pogardą. Nieważne, czy kot jest prawicowy czy lewicowy, byle łowił myszy.

W Polsce jest wielu kompetentnych i przyzwoitych ludzi. Problem w tym, że niewielu z nich przebiło się do mediów. W debacie publicznej wciąż dominują liberałowie. Wybitni ekonomiści na świecie uznali liberalizm za koncepcję chybioną, ale w Polsce wciąż chowamy głowę w piasek. Oprócz przymiotów intelektualnych, ludzie opracowujący projekt prospołecznego rozwoju muszą wyróżniać się odwagą i niezależnością. Nie widzę obecnie nikogo, z wyjątkiem Jarosława Kaczyńskiego, kto mógłby tych ludzi zebrać razem.

Nie możemy jednak liczyć na to, że korzystne dla społeczeństwa zmiany zostaną przeprowadzone odgórnie, nawet gdy będziemy mieli sojuszników w parlamencie. Dlatego decydująca będzie samoorganizacja społeczeństwa. W tej chwili sytuacja polityczna wygląda beznadziejnie. Rząd robi, co chce (czyli niewiele), troszcząc się tylko o swój wizerunek. Można odnieść wrażenie, że władza i elity żyją w innej Polsce niż reszta obywateli.

Niepokojąca jest propaganda, której celem jest dezintegracja. Jaki jest sens przeciwstawiania „dzikusów”, domagających się rzetelnego śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej, „kulturalnemu” ogółowi, który do takich incydentów nie przywiązuje większej wagi?

Polskę Solidarną można zbudować tylko w oparciu o patriotyzm, który nadaje znaczenie pojęciu wspólnego dobra.

Lewica post-neoliberalna

Sprawiedliwość społeczna zamiast solidaryzmu

Żeby dokonać znaczącej reorientacji polityki społeczno-gospodarczej, nie mówiąc już o zmianie modelu państwa, trzeba mieć za sobą zbuntowane masy, a nie na sznurki powiązaną koalicję.

Nic to, że ludzie głosowali na lewicową retorykę braci Kaczyńskich czy buntownicze tyrady Andrzeja Leppera. Wszystkie trzy partie koalicyjne, które miały zaprowadzić Polskę Solidarną, nie odbiegały konstrukcją od reszty sceny politycznej. Nawet Samoobrona, która rozpoczynała jako ruch oddolny, bardzo szybko przywdziała garnitur i weszła w buty biurokracji PSL-owskiej. Okazało się, że lokalnym działaczom chodzi o władzę i pieniądze, a nie o żadne zmiany. Bojownicy z czasu blokad musieli ustąpić miejsca napływającym szeroką rzeką karierowiczom, sponsorom, którzy władzy raz zdobytej ani myśleli oddawać. Nawet więc gdyby Andrzej Lepper nie pokochał tak bardzo drogich garniturów, limuzyn i tytułów, to i tak stałby się zakładnikiem własnego aparatu, kierującego się czystym egoizmem, nie zaś dobrem społecznym czy jakąkolwiek ideą.

Bracia Kaczyńscy zrobili duży numer, obchodząc SLD z lewej flanki, ale był to wybieg taktyczny, a nie żaden przełom programowy. Skrzydło liberalne jest w PiS z pewnością najmocniejsze – gdyby było inaczej, partia nie miałaby tych wszystkich pieniędzy na kampanię. Obsesyjne skupianie się na „walce z układem” było największą słabością intelektualną tej konstrukcji. Kaczyńscy umieli dostrzec niesprawiedliwość, ale nie potrafili jej przypisać systemowi. Stąd teorie spiskowe i paranoiczne tropienie agentów, mimo że winni sytuacji społecznej byli bardzo blisko, np. wśród sponsorów ich kampanii wyborczych.

Gdyby np. traktowali poważnie swoje zamierzenia w zakresie budowy mieszkań, musiałoby to oznaczać starcie się z potężną grupą interesu, jaką są banki żyjące z kredytów hipotecznych oraz deweloperzy. Do niczego takiego nie doszło. Polska Solidarna to chadecki humbug, podobnie jak społeczna gospodarka rynkowa. Bracia byli gotowi na likwidację WSI i bardzo się dziwili, że po wykonaniu tego zadania Polska nie stała się ani trochę bardziej solidarna. Bo solidarność może się przejawiać w systemie podatkowym oraz konstrukcji budżetu, a tu żadnych godnych zauważenia zmian na lepsze nie było. Przeciwnie, finanse publiczne pod wodzą pani Gilowskiej dryfowały w dotychczasowym, niesolidarnym kierunku, polegającym na negatywnej redystrybucji i malejącym udziale budżetu w rosnącym PKB. Okres rządów egzotycznej z pozoru koalicji był przy tym tak burzliwy i obfitował w tyle objawów koalicyjnej nielojalności ze strony PiS, że niemożliwa była realizacja jakiejkolwiek – złej czy dobrej – wizji ustrojowej. Gdyby oczywiście istniała taka wizja, czyli coś ponad wyborcze gruszki na wierzbie.

Polska Solidarna to pojęcie wydumane, u którego podstaw leży naiwna wiara w możliwość sprawiedliwego ładu społecznego, utworzonego na bazie wspólnoty, jaką jest Polska – Naród. Od kwietnia 1997 r. mamy, przynajmniej formalnie, jakieś reguły gry, zbiór norm, którymi powinien się kierować ustawodawca, a także władza wykonawcza. Analiza tego zbioru ma znaczenie nie tylko teoretyczne, zważywszy na wymóg zgodności ustaw z Konstytucją. Ustawa zasadnicza jest też, co równie ważne, pierwszym manifestem ideowym nowego ustroju. W akcie tym ani razu nie pada słowo „społeczeństwo”.

Jest więc Rzeczpospolita „dobrem wspólnym wszystkich obywateli”, ale jedynym, co tych obywateli spaja, jest wspólna tożsamość narodowa, bo skoro nie ma społeczeństwa, to i o więziach społecznych trudno mówić. Władzę sprawuje właśnie naród, który w myśl stwierdzenia Preambuły jest tożsamy z „wszystkimi obywatelami Rzeczypospolitej”. Tym jednym ruchem zapisano do niego również mniejszości narodowe, w tym wyodrębniającą się dynamicznie mniejszość śląską. Tak sztucznego zabiegu dokonano, żeby poza narodem, podmiotem o określonej tożsamości kulturowej, religijnej i historycznej, nie wprowadzać żadnej innej kategorii wspólnoty, aby Konstytucja mogła chronić nie społeczeństwo, lecz każdego obywatela z osobna, jako jednostkę.

Szczególne znaczenie w kontekście innych ustaw zasadniczych ma zabarwienie słowa „naród”, które w językach zachodnich oznacza jednocześnie grupę etniczną o określonej tożsamości i po prostu lud. Stąd tym samym słowem posłużyli się ojcowie-założyciele w Konstytucji Stanów Zjednoczonych: We the People – My naród/lud, oraz demonstranci w latach 60., głosząc hasło power to the people – władza dla ludu. Po rosyjsku można powiedzieć raboczij narod i oznaczać to będzie lud roboczy, nie naród. Ten ostatni w polskiej tradycji był szlachecki, we współczesnej Polsce zatem, wbrew istocie idei demokracji, władza nie należy do ludu. Słowo „społeczeństwo” znikło też z debaty publicznej, zastąpione właśnie narodem lub „Polakami”, odmienianymi przez wszystkie przypadki w przemówieniach polityków dowolnej orientacji.

Skoro więc władzy w państwie nie sprawuje lud, tylko podzielony na jednostki naród, to i pojęcie społecznej gospodarki rynkowej wydaje się być do Konstytucji wstawione niczym nie pasujące ciało obce.Nie stoi ona bowiem na straży żadnej innej własności poza prywatną, poświęcając jej dużo miejsca. Tymczasem sensem społecznej gospodarki rynkowej jest harmonijne współistnienie własności prywatnej obok spółdzielczej, stowarzyszeniowej, komunalnej czy państwowej. Fakt objęcia konstytucyjną ochroną jednej formy własności z pominięciem pozostałych wskazuje na oczywistą dyskryminację i zadaje kłam odwołaniu do społecznego charakteru gospodarki rynkowej w Polsce. Nic dziwnego, że pod rządami takiej ustawy zasadniczej majątek narodowy podlega stałemu uszczuplaniu na rzecz prywatnych właścicieli.

Konstytucja obiecuje też chronić Polaków za granicą, weteranów walk o niepodległość oraz inwalidów wojennych, ale nic nie wspomina o ludziach niezamożnych czy zagrożonych lub dotkniętych wykluczeniem społecznym. Zaledwie napomyka o tak elementarnych kwestiach, jak prawo do pracy, edukacji, zabezpieczenia społecznego, dachu nad głową, za to dopuszczalny poziom długu publicznego określa dokładnie, w procentach. Te niespójności i niekonsekwencje nie są bynajmniej wyłącznie wynikiem kiepskiej pracy Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego, ale przede wszystkim skutkiem przyjęcia ideologii neoliberalnej za podstawę najwyższego aktu prawodawczego w państwie.

Nie istnieje żaden naród o spójnych interesach. Są wygrani i przegrani, krzywdzący i krzywdzeni, bogaci i biedni. Globalizacja narzuca pewien model podporządkowania interesów gospodarczych państw strategiom i zyskom ponadnarodowych korporacji, ale porządek wewnątrz kraju wciąż ma charakter klasowy. A klasa uprzywilejowana świetnie wychodzi, przynajmniej na krótką metę, na wyprzedaży interesu własnej gospodarki. Główne dziedziny, w których dokonuje się przyspieszona akumulacja kapitału (banki, sieci handlowe, fundusze emerytalne, ubezpieczenia) zostały już oddane w ręce korporacyjne i procesu tego nie da się odwrócić aktami politycznymi. Klasa polskich właścicieli sama się marginalizowała, stając się grupą raczej rentierów niż inwestorów.

Zamiast szukać spisków wewnątrz kraju, należało śledzić powiązania z międzynarodowymi korporacjami – nie agenturalne, lecz kapitałowe.Gdyby jednak istniała licząca się grupa polskich kapitalistów, to doświadczenie pokazuje, że tak samo nie miałaby litości dla ludzi pracy, jak kapitaliści zagraniczni. I nie ma w tym żadnego spisku – na tym polega kapitalizm. A zatem nie ma nic do zrobienia dla większej spójności społecznej w ramach filozofii solidaryzmu społecznego.

Szczerze mówiąc, aksjologia leżąca u podstaw koncepcji Polski Solidarnej to nacjonalizm i ja akurat nie optuję za tym, żeby się do niej odwoływać. Jest to w istocie moralność Kalego, tylko na skalę grupy narodowej. Czyli obrzydliwość. Kiedyś byłem w kościele – oczywiście w okresie walk o demokrację – na wykładzie o społecznej nauce Kościoła. Wykład prowadził Michał Boni. Na moje pytanie, co powinien robić dobry Polak-katolik, gdy okaże się, że pracodawca nie kieruje się tą doktryną? Usłyszałem, że trzeba zrobić wszystko, aby się nią kierował. Tego rodzaju katechizacja bogatych prowadzona przez ubogich nie wydaje się sensowna, tak jak i cała doktryna solidaryzmu.

Oczywiście można sobie wyobrazić atrakcyjną dla społeczeństwa wizję polityczną. Będzie to wizja Polski socjalnej, czyli wychodząca z założenia, że istnieje coś takiego jak społeczeństwo, a nie tylko zbiór jednostek, zantagonizowanych i konkurujących ze sobą zaciekle. Spójność takiej zbiorowości będzie tym większa, im mniejsze będą różnice majątkowe, im mniejsze rozwarstwienie, zaś jej spoiwem zasada współpracy, a nie rywalizacji. Wymaga to jednak istnienia w sferze intelektualnej projektu tak skonstruowanego społeczeństwa, a więc inteligencji, która będzie taki porządek wymyślać i proponować. W czasach poselskich zaproponowałem wszystkim znaczniejszym politykom społecznym spotkanie pod egidą prezydenta Kwaśniewskiego i powołanie przy jego urzędzie Rady Konsultacyjnej ds. Polityki Społecznej. Zainteresowanie wyraził tylko jeden – prof. Julian Auleytner. Pozostali obawiali się utraty łask Komitetu Badań Naukowych, który był już pod kontrolą rządu AWS. Auleytner się tego nie obawiał, bo był właścicielem uczelni, na której wykładał.

Kiedyś społeczeństwo podążało za intelektualistami, wizjonerami takimi jak Mickiewicz, Towiański, Słowacki, Żeromski. Oni też zawieszali poprzeczkę politykom. Dziś to inteligenci z tytułami podążają jak barany za politrukami w rodzaju Adama Michnika. Nieliczne wybitne autorytety naukowe i moralne, takie jak Zygmunt Bauman czy prof. Mieczysław Kabaj (w wiecznych rozjazdach), pozostają poza krajem i jego duszną atmosferą służalczości wobec kapitału i jego politycznych kelnerów: posłów, ministrów, premierów czy prezydentów. Autorytet powstaje podczas dyskusji na agorze, u nas jest tylko spółka Agora, która swobodną dyskusję uniemożliwia. Nie wątpię jednak, że przestrzeń dialogu otworzy jakiś nowy ruch społeczny, który skutecznie przeciwstawi się neoliberalnemu barbarzyństwu. Wraz z ruchem wyłonią się postaci, za którymi ludzie zechcą podążyć. Ale to jeszcze przed nami.

Polska Solidarna to mit i to wcale nie niewinny. Sugeruje on, że zamiast walki klas potrzebne jest zespolenie wysiłków wszystkich dobrych patriotów. Taki horyzont jest sztuczny i przysłania istotę konfliktu społecznego między tymi, których owoce pracy są zawłaszczane, a tymi, którzy je zawłaszczają. Dlatego należałoby tę koncepcję raczej zwalczać niż kombinować, jak ją wcielić w życie. Zawarty w niej neoliberalizm i nacjonalizm są przeszkodą na drodze do urzeczywistnienia bardziej egalitarnego modelu społeczno-gospodarczego.

Dopóki ludzie będą pozwalać na dzielenie ich na „komunę” i „Solidarność”, wierzących i niewierzących, sposobem kanalizowania niezadowolenia społecznego będzie eksploatowanie konfliktów zastępczych. Przez długi okres po 1989 r. był to konflikt historyczny zwolenników „Solidarności” oraz „komuchów”, czyli ludzi identyfikujących się z poprzednim systemem. Z punktu widzenia interesów świata pracy był to konflikt całkowicie sztuczny, choć chętnie podtrzymywany przez elity. Zarówno bowiem te należące do obozu „Solidarności”, jak i te z PZPR zawarły przy Okrągłym Stole kompromis, kontynuowany w Sejmie „kontraktowym”, który działał na szkodę pracowników niezależnie od ich afiliacji związkowej. Prywatyzacja oznaczała przede wszystkim zwolnienia grupowe i ogólnie wzrost bezrobocia oraz zmniejszenie siły nabywczej społeczeństwa. Każdy z partnerów tego kompromisu mógł winą za wspólny skok na kasę obarczyć drugą stronę, wołając „łapaj złodzieja”, aby wymigać się od odpowiedzialności przed własnym zapleczem wyborczym.

Dziś, gdy z racji upływu czasu tamten konflikt wygasa, zastąpiono go nowym, również zastępczym podziałem na Polskę nowoczesną, europejską oraz tę zacofaną, klerykalną, „moherową”. Takie sztuczne konflikty mają do tego stopnia zawładnąć zbiorową wyobraźnią, by nie pojawiły się w debacie publicznej sprawy najważniejsze, decydujące o stratyfikacji społecznej, społecznym podziale pracy i dystrybucji dochodu narodowego. Żaden z głównych aktorów sceny politycznej, żadna z obecnych w Parlamencie partii nie podważa milczącego konsensusu, w ramach którego w debacie porusza się kwestie drugorzędne, odsuwając zasadnicze na dalszy plan. Bo w tych ostatnich są one niemal jednomyślne.

Zamieszanie w ludzkich głowach jest już dziś tak wielkie, że coraz większy posłuch znajdują nawoływania do jedności sił politycznych dla dobra kraju. Wrażenie powszechnego konfliktu i nieustających kłótni każe ludziom upatrywać przyczyny ich trudnej sytuacji raczej w sporach niż w faktycznej jednomyślności klasy politycznej, która pod osłoną udawanych utarczek wspólnie służy interesom grup uprzywilejowanych. Hałaśliwy, oparty na brutalnej retoryce styl uprawiania polityki, gdzie rzeczowa dyskusja jest nie do pomyślenia, sprawia, że to politycy są obiektem największej niechęci ze strony opinii publicznej, a nie ich mocodawcy, którzy dzięki tak ukształtowanemu systemowi politycznemu mogą zawsze liczyć na tanią i zdyscyplinowaną siłę roboczą.

Dopóki nie pojmą, że linia podziału przebiega między bogatymi i biednymi, elitą władzy i pieniądza a światem pracy, Polacy będą zniewoleni i niezdolni do wywalczenia sprawiedliwszego podziału dochodu narodowego. Państwo, które stało się w najbardziej bezczelny z możliwych sposobów „komitetem wykonawczym interesów burżuazji”, jest znienawidzone. Dlatego dobro publiczne ustępuje miejsca prywacie, wyznaczającej horyzont myślowy mas, które tylko w ramach Rei Publicae mają szanse na godne życie. To daje elicie oręż do ograniczania i tak już skromnej daniny publicznej, która jest na nią nałożona. Ta logika sprawia, że wszelkie podatki jawią się jako zło, a stąd już krok np. do prywatyzacji służby zdrowia.

Ci sami ludzie, którzy utożsamiając się z robiącą im wodę z mózgu elitą, nie chcą zwiększenia podatków dla bogatych, nie aprobują też wycofywania się państwa z usług społecznych i innych form opiekuńczych. Popierają więc przyczynę, dla której jest coraz mniej państwa, nie godząc się z logicznymi konsekwencjami takiej antypaństwowej postawy. Każda próba „uspołecznienia państwa” musi się więc wiązać z rewolucyjnym zrywem na miarę Sierpnia ‘80. Tylko wtedy, gdy ludzie poczują, że mają realny wpływ na sprawy publiczne, zaczną myśleć o swym kraju „my”, a nie „oni”. Największym wrogiem na tej drodze jest „policja myśli” obecna tak w mediach, jak i w systemie edukacji. Należą też do niej sponsorowane przez elitę think tanki w rodzaju Fundacji Batorego czy „Krytyki Politycznej”.

Obecne na scenie politycznej partie stanowią zgodne konsorcjum władzy, działające w imię przywilejów i rosnących przepaści społecznych, dlatego nie należy z nimi, niezależnie od scenariuszy koalicyjnych, wiązać żadnych nadziei na poprawę losu większości obywateli. Potrzeba społecznej lewicy, która zorganizuje ruch poza obecnym systemem parlamentarnym i dopiero z pozycji siły przystąpi do szturmu na Pałac Zimowy. Instrumentem tego szturmu może być kartka wyborcza, ale siłą – jedynie masowy opór wobec wyniszczającego tkankę społeczną, głęboko odhumanizowanego systemu ucisku i wyzysku, który panuje w Polsce. I tylko pod takim warunkiem dojdzie z czasem do tego, że większość wygra wybory.

Lewica post-neoliberalna

Zacznijmy od żółtej kartki – dr hab. Ryszard Bugaj

dr hab. Ryszard Bugaj

„Solidarna Polska” to jedna z emanacji hasła „IV Rzeczypospolitej”. To alternatywa PiS-u dla III RP. Alternatywa PO, która także kontestowała system III RP, była inna: omnipotentny rynek i „jak najmniejsze państwo”. Realizacja wizji Solidarnej Polski miała prowadzić co najmniej do zasadniczego ograniczenia niesprawiedliwości i pozbawienia elit wyłącznej kontroli nad państwem. Ten postulat nie określał jednak polityki tej partii, gdy była u władzy. PiS wprawdzie sugerował, że z powodu przywiązania do programu Solidarnej Polski musiał z Leppera zrobić wicepremiera, ale jego realizację powierzył najpierw Marcinkiewiczowi, a potem Zycie Gilowskiej.

PiS hasła Solidarnej Polski nigdy zresztą nie skonkretyzował, a w polityce jego rządu trudno było dostrzec działania z tym hasłem współbrzmiące (może ulgi podatkowe na dzieci i likwidacja WSI). Już łatwiej wskazać działania bliskie idei… Liberalnej Polski: spłaszczenie podatków czy likwidację podatku spadkowego. Jedno i drugie było bardzo korzystne dla najzamożniejszych, a osobliwie dla oligarchów. Ale to nie znaczy, że PiS grał cynicznie. Sądzę, że polityczne środowisko tej formacji ma raczej ograniczoną zdolność do oceny alternatyw w sferze społeczno-gospodarczej. Dla Jarosława Kaczyńskiego liczy się tylko „czysta polityka”.

Scena polityczna jest już od dawna „zabetonowana” – po doświadczeniu z Samoobroną i LPR-em wyborcy są szczególnie nieufni w stosunku do wszystkich kontestatorów. Nie bardzo zatem widać dziś perspektywę skierowania polityki państwa w koleiny Solidarnej Polski. Wprawdzie nie wiadomo, czego można oczekiwać po PiS-ie, ale nic nie wskazuje na to, że ta partia wykroczy poza ogólnikowe hasła. Zresztą utraciła już wiarygodność – najlepiej świadczy o tym PJN, który składa się przecież z byłych wpływowych polityków PiS i zwolenników… Solidarnej Polski.

Trudno czegokolwiek spodziewać się po SLD, którym kieruje zbieracz grzybów, znany też z tanecznych popisów i ciągnięcia ciężarówki. Ale w tym roku prawo wyborcze zyskuje wielu Polaków, którzy mogą nie pamiętać, kim jest Leszek Miller i kto rządził Polską w latach 2001-2005, dlatego SLD może otrzymać nawet 15% głosów. Myślę, że jest prawie pewne, iż po wyborach będzie rządził tandem PO-SLD. Będzie rządził zgodnie z hasłem Liberalnej Polski, ale to hasło nie zostanie wprost ogłoszone, a prowadzona polityka będzie skrajnie pragmatyczna, czytaj: kunktatorska.

Jest mało prawdopodobne, by rządy PO-SLD gwarantowały stabilność. Potencjał konfliktu zdaje się w Polsce być już bardzo wysoki. Niekorzystnie zmieniają się także uwarunkowania zewnętrzne. Kryzys w światowej gospodarce jeszcze się nie zakończył (i nie można wykluczyć globalnych perturbacji), a nasz kraj wcale nie jest „zieloną wyspą”. Polsce naprawdę potrzebne są zmiany, które choć trochę urealnią zasadę równych szans i pozwolą państwu skuteczniej stymulować rozwój gospodarczy. Trzeba też zagwarantować, by zwykli ludzie mieli realnie coś do powiedzenia.

Niestety, jest wysoce prawdopodobne, że system demokratyczny w obecnym kształcie nie jest zdolny do wygenerowania koniecznych zmian. Z tym systemem związane są bardzo wpływowe interesy grup uprzywilejowanych, a i neoliberalna ideologia nie jest (jak kiedyś komunizm) martwa. Aczkolwiek dobrze, że mamy system demokratyczny, bo choć nie gwarantuje on antycypacyjnego dostosowania instytucji państwa i jego polityki, to jednak chroni przed takimi konfliktami, jakie obserwujemy dziś w krajach arabskich.

Z grubsza biorąc wiadomo, co trzeba zrobić:

  • odblokować system polityczny (dużo mniej pieniędzy dla partii i twardy zakaz używania prywatnych środków, obniżenie progów wyborczych, ograniczenie omnipotentnej władzy Trybunału Konstytucyjnego);
  • zmienić system podatkowy (wprowadzenie realnej progresji podatku dochodowego, niezależnie od źródła dochodów);
  • zmodernizować system ubezpieczeniowy (bezwyjątkowa zasada: wysokość składki proporcjonalna do rzeczywistego dochodu i dobrowolne ubezpieczenie w II filarze; powolne podwyższanie wieku emerytalnego);
  • zrezygnować z prywatyzacji „do dna” i z partyjnej nomenklatury w spółkach Skarbu Państwa;
  • zlikwidować powiatowy szczebel samorządu;
  • zająć twardą postawę wobec Brukseli (sprzeciw wobec ograniczenia funduszy spójności i ponoszenia narzuconych kosztów na program środowiskowy, niezgoda na pełzającą federalizację i odłożenie na długi okres akcesji do strefy euro).

To oczywiście nie wszystkie konieczne i celowe zmiany, a każda z nich musi być skonkretyzowana. Należy jednak podkreślić, że problemem nie jest brak możliwości prowadzenia innej polityki, lecz zakorzeniony w interesach brak woli jej podjęcia.

Trudno się spodziewać, że polityczny kartel (PO, PiS, SLD, PSL) wprowadzi zmiany otwierające dla konkurencji rynek polityczny. Zresztą jest już do wyborów zbyt mało czasu. To jednak nie znaczy, że nic nie można zrobić. Przede wszystkim potrzebne jest przekonanie jak największej części wyborców, że udział w głosowaniu to ich prawo, ale nie obowiązek. Zagrożenie bojkotem wyborów to dla klasy politycznej jedyne dziś realne niebezpieczeństwo. Jest też bardzo ważne, aby – wobec programowej impotencji ugrupowań parlamentarnych – pojawiły się pluralistyczne pomysły dla polityki. Aby jak najwięcej obywateli miało świadomość, że potencjalnie istnieją merytoryczne alternatywy, że spór o wyjaśnienie smoleńskiej katastrofy – choć ważny – nie może zastąpić sporu o kluczowe kwestie ekonomiczne i społeczne, o stosunek do integracji europejskiej i kształt systemu politycznego. Jeżeliby się to powiodło, znaczyłoby to, że społeczeństwo pokazało klasie politycznej żółtą kartkę. Nie ma pewności, czy coś by to pomogło, ale można mieć nadzieję, że powstałby niepokój. Warto zabiegać o taki efekt.

Lewica post-neoliberalna

Polska (nie)solidarna – ankieta „Nowego Obywatela”

Za kilka miesięcy kolejne wybory parlamentarne. Ponownie ich głównymi aktorami będą zaledwie 2-3 partie, zwierające się w klinczu doskonale znanych haseł, propozycji i wzajemnych zarzutów. Nie spodziewamy się po tym starciu wiele, gdyż debata publiczna, czy raczej międzypartyjna, staje się coraz bardziej ogólnikowa, same kampanie wyborcze zaś sprowadzają się do sloganów, billboardów, uśmiechów i złorzeczeń. Do gombrowiczowskiej wojny na miny.

Zapewne jednym z elementów kampanii stanie się – piszemy to w czerwcu 2011 r. – odgrzewanie sporu między „Polską solidarną” a „Polską liberalną”. Napędzał on kampanię roku 2005, w mniejszym stopniu również tę późniejszą o dwa lata. Choć nasze środowisko zawsze było krytyczne wobec wizji „Polski liberalnej”, zanim jeszcze została ona tak nazwana, bardzo wiele do życzenia pozostawiał w naszej opinii także obóz „Polski solidarnej”. Po pierwsze, wiele jego poczynań dalekich było od faktycznego solidaryzmu, bliskich zaś właśnie liberalnej wizji. Po drugie, idea ta nigdy nie zyskała konkretnego kształtu, pozostając zbiorem wzniosłych sloganów, nie wskazujących na zasady, rozwiązania i mechanizmy, które mogłyby stać się fundamentem reorientacji ustrojowej. Po trzecie wreszcie, dobra pamięć nie pozwala nam zapomnieć, iż wielu deklaratywnych zwolenników „Polski solidarnej” to ludzie mający za sobą przeszłość w postaci inicjatyw i decyzji bliskich ideologii liberalnej.

Niezależnie od naszych ocen i preferencji, „wielka polityka” funkcjonuje wedle swoich reguł. Jedną z nich jest wyraziste artykułowanie opozycji wobec przeciwnika, przynajmniej na poziomie haseł. Stąd też, przewidując, że wyborczy spór „Polski liberalnej” z „Polską solidarną” powróci również w roku 2011, poprosiliśmy kilka osób o opinię na ten temat. W redakcyjnej ankiecie wzięły udział ostatecznie cztery osoby, choć pierwotnie miało być ich nieco więcej – zabrakło m.in. tych, które można utożsamiać z prospołecznym skrzydłem PiS. Na kolejnych stronach znajdziecie rozważania uczestników ankiety, dla których inspiracją stały się pytania zadane przez redakcję „Nowego Obywatela”, m.in.:

  1. Kilka lat temu wizja Polski Solidarnej, mającej się opierać na ideałach Sierpnia i definiowanej jako przeciwieństwo Polski Liberalnej, dała PiS zwycięstwo wyborcze. Jak Pan/Pani ocenia wcielenie tego hasła w życie – czy rządy koalicji PiS/SO/LPR oznaczały jego realizację, czy poprzestano jedynie na deklaracjach przedwyborczych?
  2. Jakie konkretne postulaty i działania polityczne, dostępne „tu i teraz” dla ugrupowania parlamentarnego i jego partnerów (np. związki zawodowe) są Pana/Pani zdaniem możliwe i konieczne do wprowadzenia w życie, aby można było mówić o faktycznej ewolucji Polski Liberalnej ku Polsce Solidarnej?
  3. Jakie osobowości życia publicznego oraz środowiska (intelektualne, naukowe, polityczne) mają realny potencjał do sformułowania koncepcji całościowej, realistycznej, a zarazem atrakcyjnej dla społeczeństwa, dotyczącej prosocjalnego zwrotu w polskiej polityce?
  4. Zmiany w jakiej sferze uważa Pani/Pan za kluczowe dla budowy Polski Solidarnej?
  5. Jakie widzi Pani/Pan największe przeszkody na drodze do urzeczywistnienia bardziej solidarystycznego i egalitarnego modelu społeczno-gospodarczego?

Zapraszamy do lektury.

Lewica post-neoliberalna

System niepewności

Do jakiego stopnia instytucje państwa są w stanie rozwiązywać problemy społeczne?

Kazimierz W. Frieske: James Scott w książce „Seeing Like a State” mówi, że przechodzimy przez okres kryzysu państwa opiekuńczego. To częsta opinia, jednak Scott rozumie ów kryzys w dość szczególny sposób, który wydaje mi się ciekawy i ściśle związany z pytaniem. Jego zdaniem, państwo opiekuńcze stanowi konsekwencję myślenia wywodzącego się z czasów Oświecenia, w które wbudowane jest przeświadczenie, że potrafimy kontrolować własną historię. Według frazy Comte’a: „wiedzieć, żeby przewidywać, przewidywać, żeby działać”. Otóż Scott powiada, że coraz częściej przekonujemy się, że państwo nie jest w stanie kontrolować tego, co się wydarzy.

Ten problem przejawia się w rozmaitych postaciach. Przykładowo, państwo nie potrafi zapanować nad dynamiką przestępczości. Nie daje sobie też rady, co było ostatnio widać, z kontrolowaniem dynamiki cyklu gospodarczego. Wreszcie, nie radzi sobie z bezrobociem i generalnie rzecz biorąc z polityką społeczną.

Wydaje mi się zatem, że państwo nie panuje nad realiami, dlatego w niewielkim stopniu może w sposób trwały rozwiązywać rozmaite problemy społeczne. Co więcej, jeśli posłuchać pomysłów, o których mówi się w Polsce, można się tylko złapać za głowę. Jak można zgłaszać postulat wydłużenia okresu aktywności zawodowej, jeżeli bezrobocie wśród młodzieży sięga 40%? Mam oczywiście świadomość, że to są w dużej mierze odmienne miejsca pracy,ale tak czy owak posunięcie to wydaje się zupełnie pozbawione sensu. Jest pewnym argumentem, że ludzie żyją dłużej, jednak z drugiej strony jeżeli popatrzeć na liczony przez Eurostat, mało znany w Polsce wskaźnik, jakim jest przeciętna długość trwania życia w dobrym zdrowiu, to okaże się, że w Polsce jego wysokość spada, i to dość dynamicznie. Znakomita większość 60-latków kwęka i wystarczy pójść do lekarza, a dostanie się zwolnienie – i lekarz nas nie oszuka, bo na pewno coś nam dolega. Wpychamy seniorów na rynek pracy, a potem musimy im wypłacać zasiłki chorobowe. Nie chce się tego dostrzec, bo akurat modne jest wydłużanie okresu aktywności zawodowej. To zresztą kwestia nie tylko mody, ale i usilnego dążenia do zwiększenia segmentu populacji, który można obłożyć podatkiem dochodowym.

Generalnie biorąc, możemy powiedzieć, że państwo zawodzi jako stabilizator życia społecznego. Ba, państwo – tak jak ono funkcjonuje obecnie, organizując swoją aktywność w duchu neoliberalnej ideologii gospodarczej – samo produkuje niepewność. Przykładem jest system emerytalny, deregulacja rynku pracy czy to, co stało się w szeroko rozumianym systemie edukacyjnym. To powoduje nie ryzyko, ale niepewność, co ma dalszą konsekwencję. Mianowicie, jeśli państwo produkuje niepewność, to produkuje również irracjonalność. W nieprzewidywalnym świecie, w którym nic nie jest pewne, człowiek nie potrafi racjonalnie kalkulować i podejmować racjonalnych decyzji. Państwo nie spełnia zatem swej podstawowej funkcji: stabilizowania społecznej rzeczywistości wokół nas.

Jakie są z tego wszystkiego wnioski praktyczne? Takie, że dotąd stawialiśmy przed państwem zbyt ambitne zadania?

K. W. F.: To nie są ambitne zadania, bo państwo do czasu dawało sobie z nimi radę. Ten świat także wcześniej przechodził gwałtowne turbulencje.

Nie, żebym do tego tęsknił, ale świat przed stu laty był bardziej stabilny. Wyobraźmy sobie, że staje Pan na ślubnym kobiercu. Statystyka mówi, że już wtedy powinien się Pan rozglądać wśród druhen, gdyż według niej za 3 lata wymieni Pan oblubienicę na nowszy model. W interakcje społeczne wbudowana jest niepewność: nie „jesteś moja aż do śmierci”, tylko „według statystyk, jesteś moja na troszkę”. To tylko przykład, podobna nieprzewidywalność towarzyszy także innym aspektom życia społecznego.

Czy są jakieś inne struktury, wspólnoty czy sieci redystrybucji, które w tych niepewnych czasach mogą skutecznie wypełniać luki stworzone przez niedomagające państwo?

K. W. F.: Polacy, co pokazują wszystkie badania, są familiocentryczni. Rozszerzona rodzina, zbudowana nie tylko na więzach krwi, ale także na powinowactwie itd., jest dla nas podstawową strukturą, w której działa mechanizm wzajemności. Od lat powtarzam, że wbrew pozorom jest on bardziej efektywnym regulatorem życia zbiorowego niż formalny system prawny. Ten ostatni jest nieefektywny w kontrolowaniu ludzkich zachowań, wobec tego umożliwia mniejszą przewidywalność niż zasada wzajemności.

Zasada ta działa lepiej, gdy ludzie sprzęgnięci są silnymi więziami społecznymi. Obserwowana obecnie indywidualizacja jest kłopotem, który sami sobie stworzyliśmy. Istnieje cała literatura, która pokazuje bolesne paradoksy i pęknięcia indywidualizmu. Proszę zwrócić uwagę, że według badań socjologów, jeżeli połączyć indywidualizm z wartościami materialistycznymi, ludzkie wybory przesuwają się z czasem w stronę wartości postmaterialistycznych. Znowu zaczynamy sobie cenić wspólnotę, ciepłe kontakty z innymi.

Postulat państwa-minimum dowiódł swojej słuszności? Konserwatywno-liberalna diagnoza opiera się właśnie na stwierdzeniu, że państwo nie jest w stanie spełniać pokładanych w nim nadziei, a z drugiej strony na dowartościowaniu dobrowolności oraz więzów rodzinnych.

K. W. F.: Myślę, że państwo powinno być nie jak najmniejsze, lecz, jak to się mówi, silne – to znaczy dawać społeczeństwu klarowne i efektywne systemy regulacji. Tylko w takim kontekście mogą się rozwijać „mocne” wspólnoty. Co więcej, w takim tylko kontekście mogą one ze sobą efektywnie kooperować. To jeden z podstawowych wniosków, do których doszliśmy wraz z Kingą Pawłowską, przeglądając literaturę poświęconą związkom tzw. kapitału społecznego z dynamiką rozwoju gospodarczego.

Napisałem kiedyś artykuł o niebezpiecznych konsekwencjach deregulacji rynku pracy. Teraz jestem skłonny rozszerzyć wnioski: niebezpieczne są wszelkie deregulacje, bo społeczeństwo– samo przez się – stanowi system regulacji. Nie do końca jest to sprzeczne z myśleniem, nazwijmy je, „rynkowym”, gdyż system rynkowy także jest systemem regulacji. Problemem jest to, jakimi technikami chcemy regulować życie społeczne. I tutaj zaczyna się interesujący spór. Są takie obszary życia zbiorowego, w których regulacja przy pomocy prawa, przymusu politycznego (państwa, najogólniej mówiąc) jest potrzebna bezpośrednio, takie, gdzie interwencja może być pośrednia, oraz takie, które tego rodzaju regulacji nie wymagają. Nie wyobrażam sobie, żeby za pomocą norm prawnych można było zbudować np. ład rodzinny. To nie będzie działało, bo tam więzi emocjonalne liczą się w takiej samej mierze, jak zobowiązania materialne członków.

Czy w dzisiejszych czasach istnieje w ogóle sens i możliwość realizacji naprawdę dużych projektów społecznych?

K. W. F.: Nie jesteśmy w stanie kontrolować złożoności wielkiej zmiany społecznej, dlatego całościowa inżynieria społeczna jest, mówiąc najkrócej, „wynalazkiem szatana”. Cały ubiegły wiek pokazuje, jakie nieszczęścia powodują wszelkie makroprojekty. Nieżyjący już prof. Jan Baszkiewicz zwykł mawiać, że największym nieszczęściem dla każdego rewolucjonisty jest dożyć owoców własnej rewolucji, bo są one gorzkie i najczęściej nie takie, jak sobie wyobrażał.

Całościowymi projektami przebudowy społeczeństwa były nie tylko wielkie totalitaryzmy, ale także thatcheryzm czy neoliberalizm.

K. W. F.: Nie wiem, czy neoliberalizm to projekt tego rodzaju – jest on za bardzo rozmyty wewnętrznie, niespójny, pełen paradoksów. Neoliberalizm stanowi raczej efekt myślenia wielu ludzi w podobny sposób, natomiast jako schemat zmian istniał co najwyżej w pracach ideologów, doktrynerów. Przy czym on też jest dość niebezpiecznym pomysłem. Paul Johnson, jak na mój gust zbyt konserwatywny eseista angielski, w jednej ze swych książek przestrzega, żebyśmy uważali na intelektualistów. Obmyślają oni projekty zmiany społecznej w dużej mierze po to, aby się nadąć i zaspokoić własne ego, ale z tego płyną same nieszczęścia. Myślę, że ma rację.

Wszystko, co możemy zrobić, to – jak określał rzecz Karl Popper – cząstkowa inżynieria społeczna. Chodzi o próby na małą skalę, mające charakter bardzo ograniczonych eksperymentów społecznych. Przy czym musimy mieć pełną świadomość, że nawet jeśli się powiodą, zawsze będą się uginały pod ciśnieniem szerszej struktury, nad którą na dłuższą metę nie panujemy. Jest w tym pewien ograniczony pesymizm, albo – jeśli ktoś woli – ograniczony optymizm: możemy na troszkę zrobić coś dobrego i to by było na tyle. Myślę, że większe dobro płynie z konkretnych działań, choćby tylko przeprowadzenia ślepca przez jezdnię, niż z zastanawiania się, jak uszczęśliwić ludzkość.

Czy w ramach tej polityki „zmiany na miarę możliwości” widzi Pan zasadność przyjęcia jakiejś naczelnej czy porządkującej idei? W Unii Europejskiej próbuje się korzystać z pewnych słów-kluczy, mówi się np. o inkluzji społecznej czy społeczeństwie opartym na wiedzy.

K. W. F.: Nie znam ani nie umiem sobie wyobrazić w przestrzeni historycznej czy geograficznej żadnego społeczeństwa, w którym nie uruchomiłyby się jakieś procesy społecznego wykluczenia; być może w całkowicie totalitarnym społeczeństwie byłoby to możliwe, ale takiego przecież nie chcemy. Poza tym, społeczeństwo całkowicie kontrolowane przez państwo nigdy nie istniało, nawet obóz koncentracyjny miał nisze wyjęte spod swego wpływu.

Hasła takie, jakie te lansowane przez Unię, uznaję za próbę robienia ludziom wody z mózgu, za aktywność wyłącznie PR-ową. I wszystko, co wiem, przekonuje mnie, że nie mają żadnego głębszego sensu. „Społeczeństwo oparte na wiedzy” – co to za bzdura? Coraz częściej przebija się na powierzchnię myślenia publicznego teza o nadmiernym wykształceniu społeczeństwa. Nie jest to myśl szczególnie nowa. Rosyjski pisarz, Erenburg, napisał w latach 20. książkę o życiu krawca z Homla, Lejzorka Rojtszwańca. Ten Lejzorek w pewnym momencie trafił do Palestyny – mówimy o okresie międzywojennym, gdy wyjeżdżali tam żydowscy osadnicy. Źle mu się tam wiodło. Pojawia się w książce taki dialog. Pracuje dwóch facetów na budowie i rozmawiają mniej więcej tak: – „Panie docencie, poproszę cegłę. – Proszę bardzo, panie profesorze – tu jest cegła, którą chciał pan otrzymać”.

To samo dzieje się współcześnie, gdy małolaty z licencjatem lub dyplomem magistra tego czy owego, siedzą na kasach w supermarketach. Co to za społeczeństwo oparte na wiedzy? Niech Pan popatrzy na dynamikę bezrobocia. Oczywiście, wskaźnik bezrobocia wśród ludzi z wyższym wykształceniem jest niższy niż w grupach o innym poziomie wykształcenia. Jeśli jednak prosperity gospodarcza rośnie, to bezrobocie wśród ludzi z wyższym wykształceniem spada wolniej, a gdy jesteśmy w dołku gospodarczym – rośnie szybciej w porównaniu z poziomem bezrobocia w innych segmentach wykształcenia. Więc tutaj tak naprawdę mamy problem z overeducation.

W latach 90. wmawiano Polakom, że wykształcenie zapewni sukces, a to nieprawda. To jedno z tych wielkich, strukturalnych kłamstw, które zostały wciśnięte w głowy społeczeństwu. Istnieją rozmaite studia empiryczne, dotyczące lokalnych rynków pracy, które pokazują, że wzięciem cieszą się przede wszystkim robotnicy niewykwalifikowani, a „inteligentów” nikt do roboty nie potrzebuje, a jeśli już, to w magazynie.

Pan również zajmował się badaniami na poziomie lokalnym – skuteczności programów walki z wykluczeniem społecznym. Jak często udaje im się odnieść trwały sukces i od czego on zależy?

K. W. F.: Wniosek jest taki: to zawracanie głowy. Oczywiście opisywaliśmy w miarę sensowne programy, jednak ich efektywność była nie tyle konsekwencją ich struktury, co tego, że funkcjonowały w środowiskach sprzęgniętych silnymi więziami społecznymi. W świecie, w którym wspólnoty lokalne przede wszystkim się rozpadają, nie widzę dla podobnych projektów wielkich szans na sukces.

Jeżeli myśleć o podstawowym mechanizmie, za pomocą którego chce się ludzi reintegrować społecznie, tzn. o rozmaitych programach rynku pracy, to one są dramatycznie nieskuteczne, skoro mamy w Polsce ok. pół miliona długookresowych bezrobotnych. Wszystkie znane mi badania pokazują, że im dłużej jest się bezrobotnym, tym mniejsze szanse na to, że uda się taką osobę ponownie włączyć w rynek pracy. Sprawia to, że adresowane do nich programy – już mniejsza z tym, czy są dobrze, czy źle pomyślane, czy mają na celu głównie budowanie pomyślności „reintegratorów”, czy tych, którzy są ich podmiotem – są boleśnie nieefektywne. Generują przy tym koszty, dlatego może lepiej byłoby tym nieszczęśnikom wypłacać zasiłki, niż ładować ogromne pieniądze w mało skuteczne próby ich reintegracji.

Odnoszę wrażenie, że programy reintegracji poprzez rynek pracy są w gruncie rzeczy instrumentem kontroli społecznej. Mówiąc zupełnie najprościej: bezrobotny, gdy się go zmusi, żeby wziął udział w jakimś szkoleniu, nie siedzi w domu pijąc piwo, nie szlaja się po ulicy, tylko musi się ogolić, pójść na ósmą na wykłady i tam drzemać, gdy uczą go, jak ma pisać CV. Jest wtedy jakoś wprzęgnięty w karby społecznej dyscypliny – coś musi zrobić, bo inaczej nie dostanie zasiłku.

Uzależnianie wypłaty świadczeń od wypełniania określonych zadań uważane jest za „wychowawcze” i stanowi współcześnie jeden z kanonów polityki społecznej.

K. W. F.: Są co najmniej trzy argumenty przeciw temu, co się obecnie nazywa nową polityką społeczną.

Po pierwsze, jeśli uzależniamy prawa socjalne od spełnienia pewnych obowiązków, jak pójście na szkolenie, prowadzi nas to do kategoryzacji ludzi na rozmaite grupy lepszych i gorszych obywateli. Historia zna przykłady segmentowania obywateli wedle tego, jak wykonują obowiązki sprzęgnięte z „obywatelstwem” i sądzę, że to bardzo niebezpieczny kierunek – i myślenia, i działania.

Po drugie, tradycja ciągnąca się od angielskich socjalistów z lat 40. i 50. XIX w. głosi, że obywatel – w sensie człowieka zdolnego do myślenia w kategoriach dobra wspólnego – może się narodzić dopiero, gdy zaspokojone zostaną najbardziej podstawowe potrzeby jednostki. W połowie XX w. ta myśl zawarta została w słynnym eseju T. H. Marshalla, „Citizenship and Social Class”. Jeżeli chcemy obywatelskiej równości w demokratycznym społeczeństwie, musimy przynajmniej na minimalnym poziomie uwolnić ludzi od trosk codziennej egzystencji.

Jest też trzeci argument, bardzo praktyczny. Otóż okazuje się, że jeżeli argumentować na rzecz tej nowej polityki społecznej wedle myślenia w kategoriach kosztów i korzyści, to okazuje się, że sprawy nie wyglądają do końca tak, jak jej zwolennicy sobie wyobrażają. Nawet jeżeli wypchnie się samotną matkę na rynek pracy, to po pierwsze trzeba jej będzie do tej pracy dopłacić, bo zazwyczaj zarobi niewiele. Po drugie, trzeba będzie sfinansować przedszkole dla jej dziecka. Per saldo, to wszystko niekoniecznie się kalkuluje. Oczywiście mogę zrozumieć myślenie Amerykanów, zgodne ze znanym powiedzeniem św. Pawła: „kto nie pracuje, niech nie je”. Myślę jednak, że nie po to żeśmy wybijali się na „cywilizację”, żeby takie hasło dzisiaj popierać.

Nowa polityka społeczna stanowi wyjątkowo brutalny mechanizm wtłaczania człowieka w podstawowe role społeczeństwa rynkowego: producenta, konsumenta i płatnika podatków. W swojej wyśmienitej książce antropolog Tomasz Rakowski pokazuje, że mogą istnieć bardzo dobrze zorganizowane systemy gospodarcze zbieraczy ziół czy górników z biedaszybów, stanowiące rodzaj alternatywnych ładów społecznych. Choć ludzie w tych ładach świetnie uczestniczą, oficjalna polityka społeczna nadal traktuje ich jak osoby zmarginalizowane. Tu widać, jak się próbuje na siłę wtłaczać ludzi w świat „normalsów”.

Wykluczenie społeczne jest zatem rzeczą względną?

K. W. F.: Istnieje przynajmniej kilka czy nawet kilkanaście modelowych rodzajów „obcości”, która jest przez pojęcie wykluczenia społecznego redukowana do jednej tezy. To jednak bardzo rozległe zagadnienie, w które nie chciałbym się szczególnie zagłębiać. Chcę natomiast podkreślić, że bardzo niebezpieczną kliszą jest mówienie na jednym oddechu „bieda” i „wykluczenie społeczne”.

Zwykło się uważać, że bieda jest podstawowym źródłem społecznego wykluczenia, tymczasem jest to absolutnym nieporozumieniem i empiryczną bzdurą. Mogę bez trudu wskazać ludzi pod rozmaitymi względami wykluczonych społecznie, którzy nie są jednocześnie ludźmi biednymi, tak jak mogę pokazać biednych, którzy wcale nie są wykluczeni. Nie ma tu bowiem jednoznacznego związku przyczynowo-skutkowego, a tylko korelacja. Nie potrafię powiedzieć, czy ktoś jest wykluczony, bo jest biedny, czy jest biedny dlatego, że jest wykluczony.

Zajmuje się Pan naukową analizą zjawisk bardzo istotnych dla życia społecznego, jego jakości – jak ta wiedza przekłada się na praktykę decydentów?

K. W. F.: 20 lat temu napisałem książkę „Socjologia w działaniu. Nadzieje i rozczarowania”, była to moja rozprawa habilitacyjna. Demonstrowałem w niej sceptycyzm dotyczący tego, w jaki sposób i w jakiej postaci wiedza akademicka dociera do praktyków, tzn. do tych, którzy podejmują decyzje. Otóż w naukach społecznych mamy do czynienia z rozmaitymi szkołami, koteriami ludzi, którzy podzielają określone poglądy naukowe. Społeczności te mają różne szanse „podczepienia się” pod poszczególne ekipy rządzące. Przykładowo, gdy premierem był Jarosław Kaczyński, króciutko byłem jego doradcą; byłem też członkiem rady przy prezydencie Lechu Kaczyńskim. Natomiast z całą pewnością, choćbym nawet chciał, nie wbiję się do zespołu doradców premiera Tuska, którym kieruje minister Boni, gdyż jest nam wyraźnie nie po drodze w naszych poglądach.

Próbuję przez to powiedzieć, że jeżeli jakieś przekonania się przebijają, nie znaczy to, że są to uniwersalne prawdy nauki, a jedynie poglądy jakiejś „społeczności epistemicznej”. Proszę zresztą zauważyć, że nawet tak bliski doradca premiera Tuska, jak minister Boni, nie zawsze był w stanie przepchnąć swoje propozycje, gdy były one mało atrakcyjne pod względem politycznym. Tak samo jest z całą polityką społeczną.

Trudno byłoby się Panu dogadać z premierem np. w kwestiach dotyczących optymalnego poziomu regulacji rynku pracy.

K. W. F.: To bardzo rozległy obszar analiz, w którym nie ma łatwych odpowiedzi. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na kilka kwestii. W Polsce, która jest drugim obok Hiszpanii krajem europejskim o szczególnie wysokim udziale pracowników bez stałych umów(zatrudnionych na czas określony, na umowę-zlecenie bądź samozatrudnionych jest już niemal 30%), mamy ostatnio do czynienia z rozmaitymi procesami deregulacyjnymi. Przykładem może być niezrozumiała dla mnie decyzja o zawieszeniu przepisów, które mówiły, że trzecia umowa na czas określony przekształca się na mocy prawa w umowę na czas nieokreślony. Tymczasem literatura ekonomiczna pokazuje, że brak stabilności zatrudnienia odbija się na rynku kredytów hipotecznych, a więc także na budownictwie, oraz ma rozmaite inne negatywne skutki gospodarcze. Przede wszystkim jednak rodzi poważne konsekwencje społeczne.

Narzekamy, że Polki coraz mniej chętnie rodzą dzieci. Jak jednak mogą tego chcieć, skoro nie mogą dla nich znaleźć porządnie zatrudnionych ojców? Nie można bezkarnie deregulować rynku pracy, i to się pomału przebija na powierzchnię debaty publicznej. Na Manifie z okazji 8 marca podniesiony został m.in. przykład sprzątaczki w szkole, która została zmuszona do samozatrudnienia i wyciska z niego 500 zł. Feministki bardzo trafnie zwróciły również uwagę, że zatrudnieni na umowę o dzieło, umowę-zlecenie czy też właśnie samozatrudnieni, są pozbawieni prawa do urlopu. Deregulacja destabilizuje świat społeczny, czyni go mało przewidywalnym. A przecież to nie jest tak, jak pisze Bauman czy Giddens, że owa niepewność jest wyrokiem historii. Wydaje mi się, że oni mistyfikują rzeczywistość. Sami to sobie robimy, zgadzając się na wszystko.

Innym polem Pańskich zainteresowań naukowych jest tzw. trzeci sektor.

K. W. F.: Nie mam o nim do powiedzenia wiele ponad to, o czym można przeczytać w prasie. Oczywiście w żadnym razie nie twierdzę, że w organizacjach pozarządowych są sami złodzieje. Jest tam pełno ludzi dobrej woli, którzy wykonują świetną robotę, ale również wielu takich, dla których działalność pozarządowa stała się sposobem na zarabianie pieniędzy. Myślę, że jest całkiem sporo organizacji, które bardziej troszczą się o własny interes niż o interes grupy, którą mają „obsługiwać”. Recenzowana przeze mnie praca doktorska Anny Domaradzkiej pokazuje, jak żrą się między sobą feministki rozmaitych kategorii i orientacji podczas rywalizacji o dostęp do publicznych pieniędzy. Znakomita część „pary” idzie na to, żeby się dorwać do szmalu, a dobro kobiet schodzi na dalszy plan.

Trzeci sektor jest jednak coraz częściej przedstawiany jako bardziej efektywna odpowiedź instytucjonalna na problemy społeczne niż działania administracji publicznej.

K. W. F.: Odpowiedź na pytanie o skuteczność tego sektora jest skomplikowana. Choćby dlatego, że większe szanse na fundusze mają te NGO’sy, które potrafią wykazać, że są efektywne w realizacji zadań. A jeżeli tak, to bardziej opłaca się podejmować łatwiejsze wyzwania, bo wtedy można się pochwalić większą skutecznością. W literaturze amerykańskiej można znaleźć np. badania pokazujące, że wybierając grupy, z którymi będą pracować, organizacje pozarządowe preferują te, w przypadku których są w stanie szybciej osiągnąć widoczne rezultaty. Efekt jest taki, że ci, którzy najbardziej potrzebują pomocy, zostają pozostawieni sami sobie.

Jednak jestem całym sercem za tym, by trzeci sektor przejmował część zadań publicznych. Rzeczywiście jest bowiem tak, że osoby pracujące „na dole” lepiej znają potrzeby ludzi aniżeli administracja, która z konieczności posługuje się pewnymi ogólnymi wzorcami. Podczas badań powtarzają się wypowiedzi w rodzaju: „oboje z mężem ciężko pracujemy, dzięki czemu jakoś wiążemy koniec z końcem, tymczasem chłop Malinowskiej tylko pije. Malinowska dostaje zasiłek i może z pomocy społecznej wysłać dziecko na kolonie, a mój dzieciak plącze się po podwórku – tylko dlatego, że mnie zasiłek nie przysługuje, bo przekraczamy próg o parę groszy”. Formalne reguły są potrzebne dla funkcjonowania systemu pomocy społecznej, mam jednak nadzieję, że organizacje pozarządowe funkcjonują na nieco innych zasadach.

Pojawiają się za to inne kłopoty. Wiele zależy od uczciwości NGO’sów, od tego, jaki jest narzut na świadczone przez nie usługi. Moje nieustanne wątpliwości budzi idea odpłatnej działalności pożytku publicznego. Dostrzegam tutaj – przy czym systematycznie i na większą skalę nikt tego nie badał – rozmaite możliwości przekrętów.

W jednym z artykułów przywołuje Pan pogląd, że konstruowanie racjonalnych procedur rozwiązywania problemów społecznych zwiększa koszty podejmowania decyzji, sprzyja powstawaniu konfliktów, a ponadto – usztywniając strukturę celów – zwiększa prawdopodobieństwo kosztownych pomyłek. Jeśli nie procedury, to co?

K. W. F.: Pokora. Pokora wobec rzeczywistości, na którą mamy przecież ograniczony wpływ. A także elastyczność. Krótko mówiąc, należy pozbyć się pychy i arogancji, mówiącej, że oto obmyśliłem świetny projekt, który musi zadziałać. Bywa, że nie zadziała, bo w trakcie opracowywania procedury nie przewidzieliśmy czegoś albo popełniliśmy jakiś błąd, a nawet jeśli nie, to może się okazać na przykład, że nie mamy ludzi potrafiących czy chcących realizować nasz projekt.

Często bywa tak, że idealny program kompletnie zawodzi na poziomie realizacji. Weźmy choćby kolejne projekty reformy służby zdrowia. Były one bardzo racjonalne, jednak projektant z końca lat 90. nie wziął pod uwagę np. tego, że pielęgniarki pokłócą się z lekarzami, że wewnątrz służby zdrowia tkwi konflikt, który jest równie silny jak jej konflikt z całą resztą. Okazało się, że realizacja pomysłów reformatorskich jest bojkotowana przez skonfliktowane strony.

Jest taka stara metoda, która nazywa się action research. Mówi ona, żeby zrobić jeden krok i zobaczyć, jakie są jego rezultaty. Spytajmy ludzi, czy to jest to, o co im chodzi. Jeżeli tak, to wykonajmy następny krok, jeżeli nie – poprawmy ten pierwszy i wykonajmy go ponownie, lepiej. W metodę kolejnych, stopniowych eksperymentów wbudowana jest właśnie ta pokora wobec oporu materii. Planista może oczywiście ustawić ludzi w szeregu i powiedzieć: „odtąd macie robić, co wam każę”. Nie o to jednak chodzi w poprawianiu polityki społecznej czy ogólnie w planowej zmianie społecznej.

Ludzie, którzy są podmiotem zmiany społecznej, muszą w niej uczestniczyć i ją zaakceptować; są równie ważni jak projektant. To nie jest nowa myśl, tylko to trzeba mówić częściej i głośniej. Jaka by ona nie była, władza jest bowiem zazwyczaj dosyć arogancka w swoim myśleniu: „wiemy lepiej, co jest dla ciebie dobre”.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 21 marca 2011 r.