przez redakcja | środa 23 stycznia 2013 | inspiracje, nasze tradycje
W pamięci mojej wypływa jeden z utworów Kielanda.
Ku schyłkowi wspaniałej uczty proszą obecnego tam wirtuoza, ażeby zechciał coś zagrać. Mistrz siadł do fortepianu i zgrzytem przejął obecnych – zaimprowizował pieśń głodnych…
Mam wrażenie, że „Pamiętniki bezrobotnych” będą dla wielu takim zgrzytem. Ale niechaj idą w świat, choćby miały wywoływać takie ciężkie wrażenie, niechaj budzą sumienia ludzkie! Niechaj idą w świat te odgłosy nędzy, która w chwili obecnej nie tylko u nas, ale i gdzie indziej rozsiadła się tak buńczucznie – te podźwięki ciężkich doświadczeń, a przede wszystkim głodu i chorób, te niedopowiedziane męki cierpień moralnych, które tak obficie tkwią w sytuacji dzisiejszej. Liczba wołających o pomoc idzie w dziesiątki i setki tysięcy! A nie jest to sprawa zamknięta tylko w obrębie chwili obecnej. Chodzi tam o przyszłość naszą, o to nie odrosłe jeszcze od ziemi pokolenie, na którego barkach spoczną kiedyś losy kraju, a które dzisiaj nie dojada, podupada na zdrowiu, karłowacieje i wyrodnieje. Albowiem, pomimo nędzy, dzieci rodzą się obficie. Rodzą się i umierają! Traktuje się te narodziny jako dopust boży, który wywołuje niekiedy westchnienie: ach! Boże z wysokiego nieba, nie daj już nikomu dużej rodziny, aby chodzili po ojczystej ziemi boso i głodno! A ojcom opadają bezwładnie ręce: powiła mi żona aż dwoje dzieci… Przyzwyczaiłem się już do dziecka, które miało przyjść, ale dwoje – tego się nie spodziewałem. Sąsiedzi z suteryn mi gratulowali, a ja stałem prawie oszołomiony, widząc całą grozę swego położenia. Żona wzrokiem jakby mi się tłumaczyła, że nie jest temu winna. Rodzice korzą się przed „wolą nieba”, a dla niemowlęcia nastają ciężkie chwile doświadczeń: pierś matki wyschnięta nie darzy dziecka pokarmem, na kupno mleka nie stać rodziców, dziecku wlewa się do ust czarne pomyje, które noszą miano kawy… Może wybawi je śmierć, a jeśli tego nie uczyni, krajowi przybędzie cherlak ze skutkami wygłodzenia w ciele swoim na całe życie. Wśród ciężkich doświadczeń nawet pożycie rodzinne ulega rozprzężeniu: mąż opuszcza żonę i przemierza nieraz kraj cały, czy nie znajdzie zarobku. Żona przyjmuje miejsce stałej posługi lub wraca do swoich rodziców. Małżonkowie marzą o wznowieniu wspólnego pożycia, gdy nastaną lepsze czasy. Niekiedy żona zniecierpliwiona niedołęstwem męża, „który nie umie znaleźć pracy”, porzuca go i żyje z mężczyzną, który ma zarobek. To rozejście się małżonków, chwilowe lub stałe, jest ostatnim ogniwem długiego pasma swarów i kłótni. Nędza materialna, zanik więzi uczuciowych, niekiedy kompletne piekło! Człowiek marnieje. Marnieje fizycznie, marnieje duchowo. A ponieważ największym bogactwem społecznym jest niewątpliwie istota ludzka, klęska dzisiejsza zastoju, tak chłoszcząca ją głodem i chorobami, tak szarpiąca jej nerwy i tak wroga subtelniejszemu poczuciu godności osobistej, jest wielkim marnotrawieniem tego bogactwa.
Ale w zastoju istnieje jeszcze inna strona, znaczenia pierwszorzędnego.
Chodzi o nastroje tłumów dotkniętych klęską bezrobocia.
Tam, wśród tych tłumów odsuniętych od jedynego źródła utrzymania, jakim jest praca, z konieczności narasta jakiś osad stanów uczuciowych dotychczas nieznanych wcale albo nieznanych w takim napięciu. Kiełkują tam poglądy mocnym zabarwione niezadowoleniem, a nieraz i chęcią odwetu. Narastają i kiełkują żywiołowo z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Oddźwięki tych kiełkowań rozbrzmiewają obficie w nadesłanych pamiętnikach, oddźwięki tym rzetelniejsze, iż głos zabiera człowiek, któremu najczęściej obca jest umiejętność przyoblekania swoich myśli w barwne wyrazy, a nawet niekiedy w logiczny tok skojarzeń. I właśnie to oddziaływanie zastoju na umysły ludzkie, to rzeźbienie przezeń – z potulnego człowieka – zgorzkniałego malkontenta, to kiełkowanie tu i ówdzie możliwości jakiegoś odruchu zbiorowego, są sprawą niezmiernie doniosłą z punktu ogólnospołecznego. Każdy usiłujący trzymać rękę na pulsie życia społecznego: mąż stanu, polityk partyjny, działacz społeczny, powinien mieć to w pamięci swojej, że chwila taka jak dzisiejsza nie tylko doświadcza ludzi nędzą i głodem, ale nadto krzesze w jaźniach ludzkich iskry rokoszu – żywiołowo, samorzutnie w każdej chwili ich ciężkiego żywota. Dlatego „Pamiętniki bezrobotnych”są nie tylko opowieścią mającą ocknąć sumienia ludzkie, ale także książką dla ludzi dbałych o przyszłość, dla polityków, dla mężów stanu, aby wiedzieli, co tam w głębi narasta w duszach ludzkich. Niekiedy wyrazy tego narastania są mocno naiwne, niemal dziecinne, nieraz nawet zakrawają na niepowiązany bełkot, na odruch emocjonalny w jednym wykrzykniku zawarty, ale swoją drogą są wyrazami czegoś, co chociaż nie zawsze dorzeczne, staje się przecież wyznaniem tysięcy.
Ale zanim podejmiemy sprawę tych nastrojów, warto poznać tych, którzy są wyrazicielami tych stanów, jak rzekliśmy raczej emocjonalnych niż jasno sformułowanych.
W „Pamiętnikach” doszli do głosu różni ludzie: mocno religijni i zdecydowani ateusze, osobistości o dużej wrodzonej inteligencji i półanalfabeci, duchy niespokojne żądne wciąż nowych wrażeń i oportuniści z urodzenia, godzący się z losem swoim i z każdą sytuacją. Są w tej gromadzie wyznawcy różnych stronnictw, a obok nich inni, zupełnie obojętni na sprawy ogólniejsze. Różnobarwna mozaika typów! I tak samo unosi się nad nimi złożona atmosfera zapatrywań i nastrojów, acz bardzo jednolita przy głębszym wejrzeniu. W tym rozbiorze poczesne miejsce należy się tym, którzy zaliczają siebie do tej lub innej partii, a więc bezrobotnym, którzy mają jakiś wyrobiony pogląd na stosunki społeczne lub raczej jakieś ułomki sformułowanych aspiracji. Albowiem o konsekwentnej całości powiązanych zapatrywań wyjątkowo może być mowa wśród tego grona osób, które nadesłały do Instytutu Gospodarstwa Społecznego swoje wynurzenia. Ale różnego znaku „partyjnicy” są w nieznacznym odsetku, nawet bardzo nieznacznym. Rdzeń pamiętników tworzą zwyczajni śmiertelnicy, może żywiący jakieś żywsze sympatie dla haseł tego lub innego stronnictwa, ale nie idący w żadnym ordynku partyjnym, a więc mający swoje własne drogi myślenia, swoje własne zapatrywania i nawet własne środki zaradcze na poskromnienie kryzysu – naiwne, nieraz bardzo naiwne, ale, jeszcze raz powtarzamy, własne bez jakiegokolwiek stempla partyjnego. A w tej gromadzie bezkształtnej są niektórzy jako tako oczytani, ale znowu ci stanowią niewielki odsetek, większość zaś nie grzeszy ani umiejętnością zdawania sobie sprawy z natury tej klęski, jaka ich dotknęła, ani potrzebą głębszego wniknięcia w jej istotę. Nie winniśmy temu się dziwić. […] Wiele spośród osób, które nadesłały pamiętniki, odczuwa tę żywiołowość klęski, ale nadaje jej charakter jakiegoś fatum – widzą w niej dopuszczenie boże i w bezwładnej rozpaczy opuszczają ręce. Ale przecież zrozumienie istoty kryzysu i jego źródeł jest rzadkie nawet wśród osób bardziej wykształconych spośród inteligencji! Jest również rzadkie pomiędzy naszymi pamiętnikarzami. Bądź co bądź kryzys jest ostatecznie dziełem rąk ludzkich po omacku plączących się i poruszających wśród bezplanowej anarchii w sferze produkcji. Ale jego wyładowanie się, jego przebiegi stale posługują się świadomą działalnością ludzi. Właśnie tych ludzi stawia się zwykle pod pręgierz jako sprawców i winowajców. Żywiołowe, ślepe potęgi anarchii gospodarczej rozpływają się w ludziach, zostają przetłumaczone na czyny woli ludzkiej, na skutki ich świadomości.
Takie stanowisko zajmują zazwyczaj nasi pamiętnikarze.
Myśl ich w uściskach ciężkiej rzeczywistości pracuje – naiwna, niepogłębiona.
Rzecz ciekawa, u wielu daje się wyczuwać jakiś żal, niekiedy niejasny, jak gdyby zamglony, a niekiedy wyraźny, do Niepodległej Polski, iż pozwala na srożenie się takiej klęski: w głowie nie może im się pomieścić, ażeby ta Niepodległa nie zdołała ukrócić kryzysu. Częściej jednak szuka się winowajcy wyraźniej skrystalizowanego, a więc czyjejś złej woli, która przyczyniła się do rozpanoszenia się kryzysu, a w każdym razie sprawiła, iż nie ma wystarczającej pomocy zbiedzonym ludziom w tej ciężkiej potrzebie, albo że pomoc, o ile istnieje, jest powolna, niedostateczna, niedbała. Winowajcami są przede wszystkim przemysłowcy, którzy wypowiedzieli pracę. Poprzez pamiętniki wije się nieustająca skarga na niesprawiedliwy sposób dokonywania redukcji: zwalnia się nie tych, którzy najmniej potrzebują zarobku, ale tych, którzy nie byli dostatecznie czołobitni i potulni lub nie mieli „pleców za sobą”. Pozostają przy pracy tacy, którzy mają grunty i sklepy, pozostają młodociani, a tymczasem ojcowie licznej rodziny są odsunięci od zarobku. Niekiedy pozostaje dziewczyna, ponieważ złożyła daninę ze swoich wdzięków… Oto pierwsze źródło obrachunków bezrobotnego – ze swoim przedsiębiorcą, obrachunków odbywających się w izdebce poszkodowanego w jego rozmyślaniach wśród ciszy nocnej, w jego rozmowach z żoną, w jego żalach przed towarzyszami niedoli. Zarzuty czepiają się na razie jednej osoby, tj. pryncypała, który wymówił miejsce, ale w zetknięciu z innymi poszkodowanymi tak samo dotkniętymi redukcją i tak samo pielęgnującymi w sercu swoim żal na razie tylko do swego pryncypała rzecz żywiołowo, samorzutnie przybiera charakter ogólniejszy, klasowy. Człowiek zaczyna, że tak powiemy, chwytać z powietrza nastrój o takim zabarwieniu. Te nowe pierwiastki poczynają się nie tyle z samej nędzy, ale z rozważań, z rozmów o niej. Zwłaszcza dojrzewają tam, wśród długich wystających ogonków przed różnymi instytucjami pomocy. Ach te ogonki!… Ludzie wystają głodni, nieufni, zdenerwowani, toczą się rozmowy, rozbrzmiewają żale. Uczestnik tych zborów odchodzi stamtąd z ułamkami filozofii klasowej, z wrogością dla komitetów pomocy. A te komitety, te instytucje pomocy!… To inni winowajcy. […]
I wreszcie jeszcze jeden winowajca, zresztą rzadziej wysuwany. Są to organizacje państwowe. Ten i ów zwraca się z prośbą o pracę do władz różnej instancji od najniższych do najwyższych. Patrzy się tam na państwo jako na potęgę, która na wszystko ma środki, wszystkiemu może zaradzić. A ponieważ państwo jest również bezradne i bezsilne, rodzi się żal do niego i do Niepodległej Polski. Jak to w Polsce nie ma miejsca dla chcących pracować! Czy Polska nie jest niepodległa! A zwłaszcza takie żale występują w postaci napiętej u tych, którzy orężnie walczyli o Polskę1, a obecnie znaleźli się bez pracy. A jest ich przeszło 15% wśród naszych pamiętnikarzy. A pomiędzy nimi są tacy, którzy poszli na obronę kraju od warsztatu zarobkowego lub odeń zostali powołani do wojska – a gdy wrócili, bez ogródek odmówiono im pracy…
Winowajców więc jest co niemiara.
Winowajców, którzy niekiedy są coś winni, ale najczęściej są bezsilni wobec podmuchów huraganu gospodarczego. Im wyrobienie społeczne pamiętnikarza jest mniejsze, tym więcej rozbrzmiewa skarg przeciw poszczególnym osobom, tym namiętniej są piętnowane jako sprawcy sytuacji obecnej. I tylko u niewielu występuje świadomość, że klęska tkwi nie w osobach, nie w poszczególnych instytucjach, nie w dobrej lub złej czyjejś woli, ale w anarchii dzisiejszej produkcji, w bezplanowości dzisiejszego gospodarstwa społecznego, znajdującego się w rękach przedsiębiorstw prywatnych.
Wzbiera więc powódź utyskiwań, urasta w napięciu żal, z wolna nabierający charakteru klasowego, potężnieje niechęć ku okupionej tylu ofiarami Niepodległej Polsce, a w końcu kiełkują możliwości różnych dreszczów, przynajmniej dreszczów miejscowych. A w tym zamęcie niejasnych stanów, rozgoryczonych myśli, tego szukania winowajców silnym tętnem uderza tęsknota do utraconej pracy i jej idealizowanie.
Oto wiązanka takich wynurzeń:
…Wszędzie i zewsząd płyną skargi ludu, dotkniętego bezrobociem, tłumnie i gromadnie skarga łączy się w jedno wielkie, rozpaczliwe wołanie: Pracy! Pracy nam dajcie!
…Robotnik pracowałby chętnie, gdyby zaofiarowano mu zamiast jałmużny pracę za sprawiedliwą zapłatę.
…Bez pracy nikczemnieją dusze, łamią się charaktery. O pracę więc wołam z głębi serca, o pracę dla siebie i tych tysięcy innych bezrobotnych, którzy pracować są zdolni do niej, ale nie mają sposobu na jej zdobycie. Witaj jutrzenko pracy!
…Nie chcę zapomogi ni wsparcia – dajcie mi pracy!
…O kiedyż się skończą te nasze męczarnie? Kiedy wreszcie przestaniemy być nędzarzami my wszyscy, którzy przecież mamy zdrowe i młode ręce do pracy, z której moglibyśmy żyć jak ludzie? O kiedyż znów zaryczą syreny fabryki, by oznajmić, że jest praca? Kiedy to nastąpi, kiedy… O błogosławiona praca, praca, praca!
***
Do konkursu stanęło 774 bezrobotnych: jeden uczestnik przypada na 400 zarejestrowanych bezrobotnych.
Liczba uczestników jest poważna, tym bardziej, iż ta gromada powstała samorzutnie w różnych zakątkach kraju, i to spomiędzy osób, które siebie nigdy nie oglądały.
Wolno więc się spodziewać, iż ogół tych pamiętników posiada charakter dostatecznie przedstawienniczy, że użyjemy starego wyrażenia zamiast dzisiejszego „reprezentatywny”.
Nasuwają się jednak różne zastrzeżenia co do wagi tego przedstawiennictwa.
Po pierwsze wśród bezrobotnych, którzy stanęli do konkursu, wielu mogło ulec złudnej pokusie, że ten uzyska nagrodę, kto przeszedł najcięższe doświadczenia, i dlatego przedstawiali swój los beznadziejniej niż było w rzeczywistości. Istotnie, moglibyśmy wskazać kilka pamiętników, z których w całej pełni wyziera chęć wzruszenia czytelnika – może ktoś litościwy pośpieszy z pomocą… Ale opowieści robione rzucały się od razu w oczy swoją nienaturalnością. Wypadło nam odrzucić dwa opowiadania, niby nowele, które niezręcznym mnożeniem sytuacji ciężkich i ponurych, a do tego niedorzecznych, dawały zamiast rzeczywistości jej karykaturę. Są to jednak wyjątki. Ludzie pracy fizycznej nie są przyzwyczajeni do chodzenia na szczudłach i nawet gdyby chcieli nakładać sztuczne barwy, poczucie prawdy bierze górę, a obraz kreślony staje się rzetelnym odtworzeniem tego, co było. Przesady nie było! I nie było także tego, czego obawiał się jeden z bezrobotnych: W ankiecie – pisał – weźmie udział nieliczna garstka bezrobotnych, umiejących się wysłowić w piśmie, i ci nie opiszą wszystkiego, nie opiszą dokładnie swej nędzy, gdyż w naturze Polaka leży hardość, która wyraża się w przysłowiu: Trzy dni wodę krasić, a o biedzie nie dać po sobie znaczyć. A Litwini o Polakach (a właściwie Polacy na Litwie) tak mówią: Koroniarz, psia krew, trzy dni nie je, a jeszcze wykałaczką w zębach dłubie. Gdyby jednak ci oficjalni bezrobotni chcieli opisać swe zmagania się z ciężką swoją sytuacją, to burżuazja miałaby taki obraz, że piekło dantejskie zbladłoby przy nim. Ta ankieta uchyli tylko skromny rąbek tajemnicy – bezrobocia. Obawy płonne! Wielu jęło się pióra nie po to, by otrzymać nagrodę, lecz ażeby wyspowiadać się ze swoich utrapień, jak ktoś w ciężkim zmartwieniu płacze, aby się wypłakać. Niektórzy nie tylko opowiadają o swoich upokorzeniach, ale spowiadają się także z chwilowych pomysłów zbrodniczych, przyznają się do czynów, które bądź co bądź nie przynoszą zaszczytu, acz które nędza całkowicie uniewinnia. […]
Niewątpliwie pamiętniki pochodzą od pracowników pod względem ruchliwości umysłowej będących w swoim otoczeniu powyżej średniego poziomu i może dlatego wrażliwszych na swój stan i nędzę, na swoje upokorzenia. Przy tym w przeważającej większości zabrali głos ludzie, którzy umieli pracować i chcieli pracować, ale których kryzys wyrzucił na bruk, słowem właściwi bezrobotni. Wprawdzie jest nieco pamiętników od ludzi nierobotnych, od łazików, którzy częściej byli bez pracy, niż pracowali – opowieściami swymi urozmaicili treść plonu konkursowego, ale bynajmniej nie zajęli pod względem liczby miejsca jako tako poczesnego. Zabrali więc głos różni ludzie o różnej wartości i różnym temperamencie. Swoimi przyczynkami wydali stanowczo chlubne świadectwo naszej warstwie pracującej, a jednocześnie wykazali, iż są tam talenty nieświadome, iż są nimi. Niechaj ogłaszane przez nas przyczynki poniosą wiadomość o ich niedoli, o wzlotach ich ducha i marzeniach, o sposobie ujmowania dróg życia i borykania się z losem swoim. Nie krępowaliśmy ich treści żadnymi ograniczeniami – społeczeństwo we własnym dobrze zrozumianym interesie powinno wiedzieć, co ci głodni czują i myślą. Pamiętniki te to przecież cios zrozpaczonych, zdenerwowanych, rozżalonych! […]
Głód i nędza były źródłem, z którego myśl o pamiętnikach się poczęła. Drukujemy obecnie 57 przyczynków, które właśnie treścią swoją wysunęły się na stanowisko poczesne. Od funduszów, jakimi Instytut będzie rozporządzał, zależy, czy wyjdą dalsze tomy i kiedy. Pozostało przecież jeszcze 717 pamiętników! Swoją drogą i ten tom początkowy – może jedyny! – uwypukla w całej pełni ciężkie chwile, jakie przeżywa Polska bezrobotna – sytuacje są ostre, jaskrawe w swojej posępnej rzeczywistości. Ów zbiorowy obraz – obraz nękanej klęską bezrobocia wielkiej rzeszy istot ludzkich – stworzyły swoim wysiłkiem zbiorowym setki rąk, które nadesłały do Instytutu opowieść o swojej nędzy. W pierwszej chwili tym znękanym, zrozpaczonym pragnęliśmy poświęcić książkę. Ale zrozumieliśmy, iż taka dedykacja byłaby jedynie szyderstwem z ich nędzy – im potrzeba nie takiego hołdu czołobitnego, ale pracy, owej ,,błogosławionej” pracy, i jeszcze raz pracy!..
Przypis:
- Spośród 774 pamiętnikarzy (w tej liczbie są i kobiety) 121 walczyło w latach 1918–1921 o Niepodległą Polskę, a nadto 28 służyło w formacjach polskich w latach 1914–1918 (w tej liczbie było 17, którzy uczestniczyli później w walkach lat 1918–1921). Pomiędzy tymi 121 bojownikami jest 62 ochotników do wojska z dobrej woli, 9 powstańców śląskich, 6 ochotników do wojska, a później do powstania śląskiego.
przez redakcja | środa 23 stycznia 2013 | inspiracje, nasze tradycje
Zbyteczne byłyby uwagi nad praktyczno-społeczną doniosłością dzieła „Młode pokolenie chłopów”. Jest ona oczywista dla każdego myślącego czytelnika. Należy się spodziewać, że kierownicy państwa, politycy społeczni, ideologowie, działacze organizacyjni, wychowawcy wyciągną odpowiednie wnioski.
Ale dzieło to jest przede wszystkim naukową pracą socjologiczną, której teoretyczne znaczenie tylko nieliczni w Polsce socjologowie należycie ocenić mogą. Dobrze będzie więc uwydatnić pokrótce w przedmowie, co praca ta wnosi do socjologii jako nauki teoretycznej.
Zacznijmy od samego materiału i sposobu jego zużytkowania. Przeważającą większość materiałów stanowią zgromadzone ad hoc autobiografie młodzieży chłopskiej w Polsce. Warto zaznaczyć, że nie ma dotąd w literaturze socjologicznej dzieła opartego na równie bogatym materiale autobiograficznym, dotyczącym określonej kategorii społecznej osobników. Wdzięczność winni jesteśmy tej młodzieży, która tak licznie i skutecznie zareagowała na apel Redakcji „Przysposobienia Rolniczego” i Państwowego Instytutu Kultury Wsi. Ze względów naukowych jednak podkreślić też należy niezwykle umiejętną technikę pozyskiwania masowych wypowiedzi autobiograficznych, która doprowadziła do tak świetnych wyników. Technika ta, zainicjowana przed 16 laty przez Polski Instytut Socjologiczny i później wielokrotnie stosowana przez różne instytucje w Polsce i za granicą, została tu w najwyższym stopniu udoskonalona. Różni się ona znacznie od techniki ankiet i kwestionariuszy, ponieważ dąży do zdobycia innego typu danych faktycznych. […]
Autobiografia nie jest w ogóle traktowana w socjologii jako obiektywnie wiarygodny opis zaobserwowanych przez autora faktów: socjolog wie dobrze, że do takiego opisu zdolni są tylko ludzie z odpowiednim wyszkoleniem intelektualnym, którzy przy tym albo nie są praktycznie zainteresowani w opisywanych faktach, albo w dążeniu do czystej prawdy umieją swe praktyczne zainteresowania zostawić na uboczu – takich ludzi zaś wśród autorów autobiografii jest bardzo mało. Rezygnując z korzystania z autobiografii, jako z teoretycznego opisu, socjolog tym samym unika większości tych trudności, z którymi ma do czynienia historyk, gdy na zasadzie krytycznej analizy pamiętników usiłuje dotrzeć do tego jądra obiektywnej prawdy o ludziach i rzeczach, jakie zawierają. Dla socjologa, jak dla psychologa, autobiografia jest dokumentem osobistego świadomego życia autora, wyrazem jego subiektywnych doświadczeń, jak wszelkie ludzkie wypowiedzi nie mające uroszczenia do obiektywności naukowej. Jej wielka bezpośrednia wartość jako dokumentu życiowego wynika stąd, że wyraża ona znaczną ilość różnorodnych a powiązanych doświadczeń osobnika, które nawzajem się dopełniając i oświetlając, stanowią całość umożliwiającą badaczowi daleko lepsze ich zrozumienie, kontrolę i analizę, niż gdy ma do czynienia z poszczególnymi odosobnionymi wypowiedziami, jak w kwestionariuszu, wywiadzie lub liście.
W odróżnieniu jednak od psychologa socjolog nie traktuje osobnika ludzkiego jako odrębnej istoty biopsychicznej, lecz jako uczestnika w rzeczywistości społecznej. Toteż doświadczenia wyrażane w autobiografii wyprowadzają socjologa poza „wewnętrzne” życie psychiczne jednostki, są nawet bez jej wiedzy i woli źródłem do poznania ponadindywidualnego społecznego świata. Z jednej strony bowiem życie świadome jednostki jest w znacznej mierze wytworem działań tego środowiska społecznego, w którym wyrosła i uczestniczy z całą jego złożoną strukturą, z jego tradycjami, wierzeniami i przesądami, jego obyczajami, regulującymi stosunki między ludźmi, jego wzorami, według których kształtują się role społeczne osobników, jego grupami i instytucjami. Wszystko to przejawia się, choć tylko fragmentarycznie, w całokształcie indywidualnych doświadczeń. Z drugiej strony sam osobnik, przez swe postawy wartościujące i dążenia czynne, jest wraz z innymi współtwórcą rzeczywistości społecznej, bierze mniejszy lub większy udział w jej utrzymywaniu i przekształcaniu, gdyż rzeczywistość społeczna nie jest niczym innym jak właśnie częściowo uporządkowaną syntezą wielu żyć osobistych i każda indywidualna postawa i dążenie jest realną siłą społeczną.
Im liczniejsze i różnorodniejsze mamy autobiografie z pewnej zbiorowości ludzkiej, tym dokładniej i bardziej wyczerpująco możemy odtworzyć te systemy i wzory społeczne, które w niej istnieją, i te zmiany, które w niej zachodzą. Autobiografie, które posłużyły za podstawę niniejszego dzieła, wykazują niezwykłą różnorodność pod względem przynależności regionalnej, przekonań politycznych, religijnych, ekonomicznych, typu rozwojowego, itd. Toteż w całości dzieło to daje tak dokładny obraz tej rzeczywistości społecznej, którą obecnie żyje młode pokolenie chłopów w Polsce, jakiego nie posiadamy o żadnej wielkiej zbiorowości ludzkiej! […]
Publikacja materiału w tej ilości ma za cel nie tylko poinformowania czytelników mało obeznanych ze współczesną młodzieżą wiejską w Polsce, ale jest usługą oddaną przyszłym teoretykom. Postępowanie takie ma znane precedensy w literaturze etnologicznej i socjologicznej. Nie wiadomo jednak, czy w dzisiejszym stanie naszej socjologii znajdą się wkrótce teoretycy, którzy materiału tego dalej używać będą. Na szczęście wnioski naukowe, które sam autor ze swych danych wyprowadził, już zapewniają temu dziełu pierwszorzędne znaczenie w rozwoju myśli socjologicznej. Podkreślmy niektóre z nich.
Przede wszystkim więc znakomita analiza dwóch przeciwstawnych kategorii społecznych „chłopa” i „pana” rzuca nowe światło na ogólne zagadnienia struktury klasowej społeczeństw. Wykazuje ona, że struktura ta jest wytworem wartościowań i dążeń społecznych, jest sprawą ustosunkowania, w doświadczeniu i działaniu osobistym i zbiorowym, różnych wzorów obyczajowych życia jednostek w różnych kręgach społecznych. W tym świetle tradycyjne teorie, schematycznie sprowadzające strukturę klasową do czynników ekonomicznych lub politycznych, muszą być całkowicie zrewidowane, nasuwa się bowiem przypuszczenie, że samo zróżnicowanie ekonomiczne i polityczne jest wynikiem działania głębszych sił społecznych, dotychczas prawie niezbadanych. Przypuszczenie to potwierdza studium ruchu społecznego młodzieży chłopskiej, który świadomie dąży do przekształcenia struktury klasowej przez wprowadzenie nowych kryteriów wartości ludzkiej, drogą wytworzenia nowych wzorów, nowych typów osobowości. Ruch ten wyraźnie się odróżnia od dążeń wypływających z motywów ściśle ekonomicznych i politycznych, które doprowadzając jednostki do zamożności lub do władzy, strukturę społeczną pozostawiają niezmienioną, innymi słowy czyniąc z „chłopów” „panów”, zachowują dawne wzory osobowe „chłopa” i „pana”.
Ta sprawa ruchu młodzieży ściśle się wiąże z drugim ogólnosocjologicznym zagadnieniem: stosunku starszego i młodszego pokolenia. Każda struktura klasowa utrzymać się może jedynie pod warunkiem, że nie tylko warstwy wyższe, lecz i niższe przyjmują składające się na nią wzory życia społecznego jednostek jako coś normalnego. Przyjmowanie to u warstw niższych nie może być wyjaśniane samym tylko poczuciem własnej bezsilności. Położenie tych warstw musi zawierać pierwiastki z ich punktu widzenia pozytywne, dawać jednostkom, których życie stosuje się do danego wzoru klasowego, jakieś pole do zadowolenia ich dążności, inaczej bunt mas nie dałby się stłumić żadną przemocą. Odnośnie do warstwy chłopskiej w Polsce znajdujemy w dziele niniejszym rozwiązanie tego problemu, które da się zastosować i do innych krajów i czasów. Przy całym poczuciu zależności „chłopów” od „panów”, chłopska społeczność wiejska, żyjąc kulturą własną i będąc pod wielu względami samowystarczalną społecznie, dawała każdej jednostce możność zadowolenia w ramach tradycyjnego wzoru osobowego tych dążności, które w niej od urodzenia rozwijała. Przez wychowanie rodzinne, rosnący udział we wszelkich czynnościach rodziny i następnie w roli członka rodziny, w życiu zbiorowym wspólnoty sąsiedzkiej jednostka wrastała w owe ramy, przyswajała sobie cały tradycyjny system zbiorowy i z nim wiązała swe znaczenie w środowisku wiejskim; później zaś z kolei system ten narzucała młodym. Na tym tle wytworzył się stosunek całkowitego podporządkowania młodych starym, w którym posłuszeństwo jest zasadniczą, najistotniejszą cnotą młodych. Starzy są wyrazicielami tej tradycji, oni stoją na jej straży, a tym samym na straży tradycyjnego społecznego porządku wsi. Cokolwiek uderza w tradycję, uderza w nich samych, w ich znaczenie społeczne i poczucie wartości. Konserwatyzm starszego pokolenia jest więc po prostu reakcją samoobronną. Broniąc porządku, który tkwi w nich samych, bronią swego znaczenia (tom I, str. 241).
Dopóki młodzież widziała dla siebie jedyną właściwą drogę do znaczenia i wartości osobistej w tradycyjnym porządku wsi (za wyjątkiem nielicznych, co wychodzili na księży lub innego rodzaju „panów”), tłumiła w sobie dążności buntownicze; i nawet indywidualna emigracja zarobkowa była w założeniu powrotna i miała służyć wywyższeniu reemigranta i jego rodziny w hierarchii tradycyjnych wiejskich ról społecznych.
Ale w miarę zaniku izolacji społecznej wsi, jej wchodzenia w orbitę wpływów nowoczesnego systemu ekonomicznego oraz wielkiej społeczności narodowo-państwowej, tradycyjna struktura wsi ulega osłabieniu, traci w oczach młodych swój urok społeczny, te możliwości, jakie otwiera przed nimi, nie mają już dawnej mocy przyciągającej w konflikcie z odmiennymi sprawdzianami wartości; część młodych zaś w ogóle nie znajduje w niej miejsca w dzisiejszych warunkach ekonomicznych. Rośnie bunt młodych przeciw starym i reprezentowanemu przez nich porządkowi; a prawie zupełne odcięcie dróg emigracji zagranicznej oraz zahamowanie rozwoju przemysłu w kraju utrudniają ucieczkę od tego porządku i szukanie ról nowych poza społecznością wiejską. O ile wewnątrz tej ostatniej nie wytwarzają się nowe możliwości zadowolenia dążności indywidualnych na społecznie uznanej drodze, bunt objawia się w antyspołecznym działaniu. Autor wyciąga tu wniosek ogólny: kto zostaje odsunięty od pozytywnie ocenianej działalności lub kto sam zatraca w pewnych warunkach możność takiego działania społecznego, ten zaspakaja swoją dążność do znaczenia na drodze destrukcyjnej działalności. Wniosek to ważny dla wyjaśnienia pewnych form przestępczości indywidualnej w ogóle oraz wielu destrukcyjnych ruchów masowych.
U pewnej części jednak młodzieży wiejskiej dążności buntownicze przeciw dawnemu porządkowi wiążą się z nowymi, pozytywnymi kulturalnymi zainteresowaniami i znajdują wyraz w marzeniach i usiłowaniach twórczej jego przebudowy. Jednostka znajduje tu dla siebie nową rolę społeczną, rolę reformatora, która daje poczucie wyższej wartości osobistej i większego znaczenia w przeciwieństwie i do zwolenników starego porządku, i do destrukcyjnych buntowników. Mamy tu znowu do czynienia z procesem typowym osobistego rozwoju, odwiecznie i powszechnie występującym w zmieniających się społeczeństwach, jest on w niniejszym dziele oświetlony niezwykle jasno w najrozmaitszych jego odmianach.
Przebudowa tradycyjnego porządku społecznego wsi jest nieodłączna od przebudowy całej struktury klasowej społeczeństwa polskiego, toteż, jak autor podkreśla, młodzież chłopska walczyć musi z oporem zarówno starszego pokolenia własnej warstwy, jako też nadporządkowanych klas społecznych, które bądź wyraźnie przeciwdziałają nowym siłom społecznym wsi, bądź też starają się nimi pokierować i zużytkować bez naruszenia istniejącej struktury. A że sama potrzeba przebudowy wsi powstała wskutek zaniku jej izolacji społecznej, dążenia reformatorskie rozwijające się w społeczności wiejskiej są częścią procesu włączenia tej społeczności jako czynnego składnika w szersze społeczeństwo państwowo-narodowe. […] Stopniowe wchodzenie niegdyś całkowicie odosobnionych społeczności wiejskich do społeczności narodowo-państwowej jako integralnych jej części jest sprawą rosnącego udziału chłopów w najistotniejszych wartościach materialnych i duchowych tej wielkiej społeczności. Udział ten jednak może być dwojakiego rodzaju: zgodny z rolą wyznaczoną chłopu w państwie i w narodzie przez grupy kierownicze tych społeczności lub zgodny z rolą, którą chłop sam dla siebie wytwarza w czynnym dążeniu do uczestnictwa w życiu państwowym i narodowym. Role te różnią się głęboko między sobą.
W dziedzinie materialnej rola chłopa w szerszej społeczności wiąże się ściśle z terytorium państwowym, jako podstawową własnością grupową. Według wzoru tradycyjnego warstw rządzących zadaniem chłopa jako podwładnego uprawiającego ziemię w obrębie terytorium państwowego jest być „żywicielem”, w razie potrzeby żołnierzem, broniącym tego terytorium przed obcymi pod komendą rządzących. Jednostka chłopskiego pochodzenia może wyjść z tej roli, tylko przestając być chłopem, stając się jako poseł, urzędnik, oficer członkiem warstwy rządzącej. Tymczasem według tego nowego wzoru, który się wytwarza w ruchu chłopskim, funkcje chłopa-żywiciela i żołnierza są tylko częścią jego roli jako chłopa-obywatela, w tej roli zaś główną funkcją zbiorowa warstwy chłopskiej jest być „gospodarzem ziemi polskiej”. Cała ta sprawa zrozumiałą się staje dopiero przy pomocy socjologicznej koncepcji przestrzeni, po raz pierwszy tu zastosowanej do tego rodzaju zagadnień.
W świat kultury duchowej narodu pod naczelnym kierunkiem jego elity umysłowej wprowadza wieś przede wszystkim szkoła. Według tradycji ludu wiejskiego ta kultura to rzecz „pańska”, oderwana od rzeczywistości chłopskiej, nie mająca żadnego znaczenia dla życia rodziny wiejskiej i wspólnoty sąsiedzkiej. Ta tradycyjna koncepcja znajduje stałe potwierdzenie w przeważającym do dziś dnia typie wychowania szkolnego. […] Szkoła jest instytucją warstw wyższych, przeznaczoną do kształcenia na „inteligentów”; daje wprawdzie technikę czytania, pisania i rachowania, której potrzebę wieś na ogół odczuwa, pod względem wychowawczym jednak reprezentuje takie „kryteria wartościowania i wybitności”, które stoją w jaskrawej sprzeczności z kryteriami stosowanymi w życiu pozaszkolnym. Główny, jeżeli nie całkowity wysiłek wychowawczy szkoły powszechnej skierowany jest na rozwinięcie u młodzieży zdolności, o których, gdy się je uda rozwinąć, żywi się przekonanie, że ich dla wsi szkoda. Jeżeli ten wysiłek szkoły udaje się, to znaczy, gdy szkoła jest dobra, to owoce swych wysiłków oddaje wyższym warstwom społecznym. Jeżeli wysiłek nie udaje się lub jeżeli szkoła jest zła – to produkty jej wysiłków pozostają dla wsi. Wartość szkoły na wsi, tak samo jak innych dziedzin życia wiejskiego, mierzy się tym, co ze wsi wydobywa dla pozawiejskich grup społecznych.
W zasadniczym przeciwieństwie do tej postawy warstw wyższych jest dążenie młodego ruchu chłopskiego do jak najpełniejszego uczestnictwa chłopów jako chłopów w kulturze duchowej narodu, do wytworzenia typu chłopa-inteligenta, używającego swego wykształcenia nie do wyjścia ze wsi, lecz do wzbogacenia kulturalnego życia wsi i społecznej jej przebudowy. Dalszym stadium w tym dążeniu ma być twórcze wnoszenie przez wieś nowych wartości do wspólnego skarbca kultury narodowej. Dążenie to, zapoczątkowane przed laty przez nielicznych inicjatorów i doradców ze sfer inteligencji, kontynuowane przez przodowników-chłopów, którzy wiedzę swą czerpali z samokształcenia raczej niż z kształcenia szkolnego, wpływać zaczyna na szkołę, zwłaszcza tam, gdzie znajduje poparcie w osobie nauczyciela. Zużytkowanie go dla badań porównawczych może dopomóc do zrozumienia różnych prądów, nurtujących w nowoczesnym wychowaniu. Ten proces samorzutnego wchodzenia wsi jako aktywnej cząstki w społeczność narodowo-państwową znajduje wyraz w kole młodzieży wiejskiej jako ośrodku skupiającym indywidualne usiłowania i wyrabiającym samodzielnych przodowników. Lokalne koło młodzieży skupia młodzież w podwójnej roli społecznej: członków wsi i członków szerszej społeczności… jest… ogniwem pośrednim między wsią a wielką społecznością narodową, wcielając i asymilując wzajemnie treść jednej i drugiej…. Jest to typ grupy, który po raz pierwszy, o ile nam wiadomo, stał się tu przedmiotem naukowego badania, choć istnieją liczne jego odmiany we wszystkich społeczeństwach nowoczesnych i nie tylko wśród warstwy chłopskiej. Nasuwają się ciekawe możliwości dalszych studiów porównawczych w ślad za obecną inicjatywą Chałasińskiego, ale dyskutowanie tych możliwości wychodziłoby poza zakres obecnej przedmowy.
przez redakcja | środa 23 stycznia 2013 | inspiracje, nasze tradycje
I.
Książka, którą przedkładamy tutaj czytelnikowi, jest wyrazem spotkania się dwu inicjatyw badawczych i współpracy dwu instytucji. W seminarium pedagogicznym UJ prof. Mysłakowski rozpoczął badania nad samokształceniem w grupie młodzieży uniwersyteckiej z zamiarem rozszerzenia stopniowo terenu badań na inne grupy kulturowe i dzięki temu nawiązany został kontakt z seminarium socjologicznym Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego w Krakowie; w tym samym bowiem czasie seminarium TUR-a rozpoczęło pod kierunkiem dr. Feliksa Grossa badania nad całokształtem warunków życia robotniczego, na razie w ramach bardzo skromnych; czterdziestu kilku robotników rozpoczęło studia w małej, niskiej salce Domu Górników w Krakowie.
Był to pierwszy rok wykładowy Szkoły Nauk Społecznych Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego (TUR) im. Adama Mickiewicza. Robotnicy różnych zawodów, w różnym wieku schodzili się trzy razy w tygodniu przez kilka miesięcy, słuchali dwóch, trzech godzin wykładów, dyskutowali, kształcili się z zapałem, mimo nieraz bardzo trudnych warunków. Byli np. tacy, którzy półtorej godziny wędrowali z Bronowic na kurs, wracając nocą w zawiei. Patrzyliśmy na rozwój Szkoły z ciekawością i z obawą.
Był to bowiem eksperyment, pierwszy na naszym terenie, eksperyment nieudany byłby dla naszych poczynań niekorzystnym przesądzeniem sprawy na długie lata.
Ośrodkiem gorących dyskusji było tzw. seminarium socjologiczne. Nazwa zresztą niezupełnie odpowiadała istocie, były to bowiem raczej ćwiczenia socjologiczne, pomyślane jako jeden z elementów wychowania i kształcenia proletariatu.
Wybór takiej właśnie, a nie innej metody wychowawczej był podyktowany długoletnim doświadczeniem.
Zauważyliśmy w ciągu wielu lat pracy oświatowej, połączonej z obserwacją proletariatu i jego życia, że ten kapitał, który robotnik wnosi w społeczeństwo w formie samodzielności w myśleniu i w decyzji w niektórych sytuacjach, nie jest należycie uwzględniany w pracy wychowawczej i oświatowej.
Samodzielność ta nie jest wytworem romantycznej fantazji. Robotnik od wczesnej młodości znajduje się w samym ogniu walki życiowej. Wtenczas kiedy my, zawodowi, że tak powiem, inteligenci, kształcimy się, chłoniemy wiedzę czy zbijamy bąki, młody robotnik musi już samodzielnie walczyć o swą egzystencję. Brak większego doświadczenia życiowego, a przede wszystkim wykształcenia, zmusza go do podejmowania decyzji w sprawach życiowych wyłącznie niemal w oparciu o własne przemyślenia sytuacji, zaś walka o byt nagina jego umysł do jej trudów, nasuwa myśli, nadzieje i zwątpienia związane przede wszystkim z jego stanem socjalnym i walką ekonomiczną.
Nie ma tu burs, stypendiów, zapomóg – jest tylko strajk, akcja cennika, organizacja. Wydaje nam się, że z punktu widzenia wychowawczego cała ta sytuacja jest korzystna, mimo niewątpliwie ciężkich przeżyć jednostek. Chodzi tylko o wyzyskanie w kształceniu robotników tej właśnie samodzielności życiowej, a częściowo i myślowej, o wydobycie jej, że tak powiem, na wierzch, z mroków podświadomości, wykształcenia jej i uczynienia elementem zasadniczym oświaty robotniczej, przynajmniej na wyższych jej stopniach.
Odczyt – główny instrument oświaty robotniczej – tej funkcji nie spełniał i nie spełnia, podobnie w normalnych warunkach i książka.
Słowo wypowiedziane ex cathedra, druk, mają w oczach ludzi prostych moc niezwykłą, bo moc prawdy. Robotnik świadomy, dojrzały, kulturalny powinien umieć jednak samodzielnie do zagadnienia podejść, umieć patrzeć krytycznie na pewne zjawiska, odróżnić prawdę od demagogii.
Odczyt, książka – wspomnieliśmy – dają pewną ilość wiadomości, naświetleń wykładowców czy autorów, nie dają jednak sposobności do kształcenia samodzielnego sądu słuchaczy, nawet dyskusja nad książką tej funkcji nie spełnia w całej rozciągłości, bo materiał dyskusji został tu zebrany poza uczestnikami i narzucony. Uznając w pełni niezaprzeczalne korzyści wykładu w pracy oświatowej, szukaliśmy metody skuteczniejszego kształcenia samodzielności. Eksperymentem tym, w bardzo skromniutkich rozmiarach, było właśnie seminarium socjologiczne Szkoły Nauk Społecznych TUR. Robotnik i jego życie były ośrodkiem naszych studiów, praca samodzielna i dyskusja zajęły miejsce wykładu i książki, które znowu niepodzielnie królowały na innych lekcjach Szkoły. W ten sposób obie metody uzupełniały się i harmonizowały. Otóż robotnik, uczestnik seminarium, dostawał do opracowania pewien temat, wyłącznie z zakresu samodzielnej obserwacji, np. jak układają się stosunki między robotnikami miejskimi a wiejskimi na terenie określonej fabryki? Tym prostszy – zbadać kilka rodzin robotniczych pod kątem widzenia łączności ze wsią, a więc czy dana rodzina robotnicza posiada krewnych na wsi, czy utrzymywała z nimi łączność itd. Uczestnik seminarium badał sprawę na miejscu, zbierał informacje, przy czym trudności technicznych nie było, chodziło bowiem o szczegóły z życia, z którym był on mocno związany i do których miał dostęp.
Uczestnik przygotowywał referat na podstawie danych zebranych, często też kierujący seminarium przy pomocy odpowiednich pytań wydobywał szczegóły czy też ważniejsze momenty, nie poruszone przez samego referenta. Dyskusję otwierano potem nad samym referatem. Referat był oryginalny, zebrany dzięki samodzielnemu twórczemu wysiłkowi, dyskutanci czerpali też owe wiadomości nie z książek, lecz z własnych obserwacji, a najczęściej z własnego życia i osobistych doświadczeń. „Samorodna” praca naukowa, samodzielna myśl panowały tu niepodzielnie. Dyskusje były gorące, nieraz wprost pasjonujące, a raz bodaj doprowadziły do wzajemnego zagniewania. W dyskusji rej wodzili starsi robotnicy, przynajmniej w pierwszych latach seminarium. Dopiero na samym końcu zabierał głos kierujący seminarium, streszczał wyniki referatu i dyskusji; wiązał je z całością nauk społecznych, przedstawiając pokrótce wyniki badań naukowych, poglądy badaczy itp., polecając literaturę. W ten sposób samodzielny wysiłek myślowy kierowano w odpowiednie łożysko i wiązano z całością nauki i dostępnej literatury.
Staraliśmy się zatem unikać przesady w stosowaniu naszej koncepcji, a przede wszystkim błędów w wychowaniu samych uczestników. W przeciwnym razie mogli oni łatwo popaść w jakąś goryczą zawodu zaprawianą megalomanię czy też grafomaństwo o samorodnej wprawdzie, lecz nie mniej dyletanckiej, a często zgoła nieistotnej problematyce.
Problem stawialiśmy, uwzględniając już pewne założenia naukowe, teoretyczne, np. zagadnienie rodziny robotniczej, stosunku elementu wiejskiego po fabrykach do robotnika miejskiego itd. Stąd też gromadzić się zaczął w formie opracowań przez naszych uczniów wyników dyskusji wcale interesujący materiał socjologiczny. Obok swego skromnego założenia wychowawczego stało się seminarium niewielką pracownią naukową socjografii, a robotnicy, ci sami, co rano twardy metal na tokarnię kładli czy gdzieś na rusztowaniu na zaprawie cegłę osadzali, zamieniali się w twórczych pracowników naukowych. Materiały dostarczane przez nich miały swe wady, ale i wiele wartości. Przede wszystkim robotnik jako obserwator socjologiczny swego środowiska ma dużą łatwość w samej pracy terenowej, ma łatwy dostęp, nie ma zaś przeszkód w pracy, naturalnie poza wyjątkowymi wypadkami – sam jest częścią warstwy którą bada, odczuwa jej tęsknoty, rozumie pragnienia. […]
Aczkolwiek skromne, niemniej ciekawe dla nas materiały socjograficzne dotyczące życia, zwyczajów itd. proletariatu zachęciły nas do prowadzenia szerszych prac, już poza szczupłym gronem uczniów.
Pozostał nam do dyspozycji sam teren i bezpośrednie studia terenowe, prowadzone wedle możliwości, i szersza akcja w formie ankiety. Zainteresowania nasze skupiły się na zagadnieniu wysiłków robotniczych do awansu kulturalnego, nad kulturą robotniczą życia codziennego, stosunku do organizacji, do rodziny, na samokształceniu. Chcieliśmy otrzymać obraz życia robotniczego codziennego, chcieliśmy wreszcie głębiej poznać nie romantycznego, ale żywego człowieka pracy. Sporządziliśmy najpierw kwestionariusz i oddaliśmy do wypracowania kilku robotnikom jako „ankietę próbną”. […] Tekst ankiety rozesłaliśmy bodajże w 7500 egzemplarzach do wszystkich oddziałów TUR – otrzymaliśmy też sporą ilość odpowiedzi. Mimo skromnych nagród robotnicy nie zawiedli. Z różnych stron Polski, a nawet z emigracji napływać zaczęły pamiętniki. Ankieta zorganizowaną została w zasadzie przez Oddział Krakowski TUR-a, a przeprowadzaną w skali ogólnej dzięki poparciu Zarządu Głównego TUR. W ten sposób wkroczył TUR na drogę prac badawczych, a ankieta zatytułowana „Ankieta o Kulturze Proletariatu i Samokształceniu” Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego Oddziału im. Adama Mickiewicza w Krakowie, zapoczątkowała tę gałąź działalności kulturalnej.
Obok celu poznawczo-naukowego spełniała też ankieta rolę eksperymentu kulturalno-wychowawczego. Zachęcano w ten sposób wielu zdolniejszych robotników do większego i głębszego wysiłku myślowego, i to twórczego, i w ten sposób zmuszono ich do samodzielnej obserwacji i samodzielnego przemyślenia wielu spraw. […] Przewidując możliwości błędów, staraliśmy się już w samym tekście ankiety, drogą odpowiednich wskazówek, zachęcić autorów do ich unikania. Zachęcaliśmy do swobody w wypowiadaniu się, w przeciwieństwie do odpowiedzi niewolniczych i podążania za naszymi pytaniami. Podkreślono także wartość społeczną odpowiedzi szczerych. Zdaje się, że apel nasz nie pozostał bez echa. Uczestnicy ankiety, pamiętając na ogół o celu ankiety, wypowiedzieli się z dużą swobodą, nie trzymając się kurczowo pytań ankietowych. Jest to objaw, naszym zdaniem, korzystny, dowodzi o samodzielności w podejściu do zagadnienia. […]
Wprowadziliśmy poza tym zupełnie nowy – wydaje nam się – sposób korektury ankiety.
Posługiwaliśmy się naszą pracownią, seminarium socjologicznym Szkoły Nauk Społecznych TUR. Wyjątki z ciekawych wypracowań odczytywano na posiedzeniach seminarium ubiegłego roku, a robotnicy-uczestnicy seminarium w dyskusji wypowiadali swe opinie co do zagadnień i kwestii w nich poruszanych. Robotnik inteligentny, obeznany z natury rzeczy ze swym własnym środowiskiem i życiem robotniczym, ma duże możliwości w odróżnianiu prawdy od fałszu, wyjątkowych wypadków od reguły w pamiętnikach robotniczych.
W ten sposób mogliśmy też uzupełniać pewne luki, rozwijać problemy tylko dotknięte przez autora danego wypracowania, który nie doceniając należycie znaczenia, nie starał się bliżej go wyświetlić.
Dyskusja była zazwyczaj żywa, bo i seminarium złożone aż z 80 uczestników zbyt było liczne, co miało w dyskusjach nieco długich swe dobre i złe strony.
Wychowawczo rzecz sama przedstawia się nie mniej korzystnie.
Uczniowie nasi poruszali konkretne, nieraz trudne problemy życia robotniczego w oparciu o żywe, prawdziwe wypracowania, w których niejedno zagadnienie było i zagadnieniem naszych uczestników. […]
Traktowaliśmy tekst [ankiety] tylko jako drogowskaz, ale nie martwiliśmy się, gdy ktoś nie szedł za nim, lecz obierał sobie własną drogę. Raczej go nawet do tego zachęcaliśmy. Rezygnując z porównywalności, czyniliśmy to w przeświadczeniu, że zyskiwaliśmy na swobodzie i bezpośredniości wypowiedzenia, czyli – co na jedno wychodzi – zwiększaliśmy szanse ujawnienia się naturalnych tendencji psychospołecznych, prawdziwszego obrazu podłoża.
Linie zainteresowania badanych i badających nie nakrywają się zazwyczaj, niestety. Oczekujemy pewnych rezultatów, a otrzymujemy często wprawdzie nie te, których oczekiwaliśmy, lecz inne. O to jednak chodzi, czy te „inne” są bez wartości, dlatego że są inne? Właśnie nie. Rzeczą interpretującego jest wykrycie tej innej wartości; wyniki jednak będą nieporównywalne.
W celu wydobycia tej właściwej swoistej wartości różnych, początkowo nie dość jasnych dla nas momentów wypowiedzi, posłużyliśmy się wspomnianą już powyżej metodą korektury: dyskusja nad poszczególnymi pamiętnikami czy ich fragmentami, prowadzona w środowisku, z którego pochodzili autorzy, pozwalała uwydatnić znaczenie niejednego symptomu, obok którego, jako inteligenci i jako czytelnicy manuskryptu, gotowi byliśmy przejść.
Społeczeństwo nasze nie jest jednolite. Szereg elementów natury gospodarczej i społecznej wpływa na wytworzenie się warstw i klas.
Między klasami i warstwami czy innymi grupami znajdujemy gruby, wielki mur wzajemnej nieświadomości. Mimo że ludzie ci, w skład różnych grup społecznych wchodzący, żyją lata obok siebie, a nawet rozmawiają ze sobą często, istota społeczna pozostaje nadal nieznaną.
Wyobrażenie o danej grupie czerpiemy raczej ze stosunku do idei niż z doświadczenia. W zależności od tego kształtować się też będzie w oczach „szarego” przeciętnego inteligenta obraz robotnika i proletariatu. Wrogo usposobiony przekonany będzie, że proletariat to ciemna, nieoświecona „czerń”, pozbawiona wszelkiej kultury i kulturalnych potrzeb, ci zaś, co w robotniku składają swe nadzieje, co ze zwycięstwem jego wiążą swe tęsknoty, a nie związani są z żywym, tętniącym ruchem robotniczym, co najwyżej z gazetą i z kawiarnianym stolikiem, podchodzą znowu do robotnika jak do ołtarza. Dla nich robotnik to człowiek mocny, w niebieskiej koszuli z podwiniętymi rękawami, młot trzyma w muskularnych dłoniach a za nim, niczym na propagandowym afiszu, czerwone słońce – „jutrzenka swobody wschodzi”.
Jedno i drugie z gruntu błędne. Nie potrzebuję tłumaczyć, wystarczy przerzucić kilka pamiętników, by poznać gorące zamiłowanie do czytelnictwa, zainteresowanie kulturą, tak znamienne dla wielu robotników. Ich poziom wykształcenia, ciężko zdobytego po żmudnym dniu roboczym, przerasta nieraz kilkakrotnie poziom i brydżowe zainteresowania przeciętnego, a ufnego w swe zdolności dyplomowanego groszoroba. Ale robotnik nawet kulturalny jest tylko zwykłym i normalnym człowiekiem, dalekim od wymarzonych ideałów. Codzienna walka, własne, rodzinne sprawy, ludzkie namiętności kształtują jego osobowość w tym samym stopniu co innych. Nie ma wreszcie jakiegoś „typowego”, „przeciętnego” robotnika, który by za wzór mógł służyć. Przeciwnie, czytając ankiety i pamiętniki zapoznamy się z dużą rozmaitością typów, z wielością środowisk. Pamiętniki robotników dają nam dużą możność poznania warstwy i środowiska, poniekąd łamią – wydaje nam się – mur nieporozumień wyniesiony wokół klasy.
Jak jednak należy ująć zagadnienie typów ludzkich proletariatu, czym wytłumaczyć zróżniczkowanie?
Przede wszystkim sama rozmaitość warunków ekonomicznych stwarza już różnolitość typów robotniczych.
Inaczej żyje, w innym nastroju psychicznym znajduje się pracownik stabilizowany, o stałej miesięcznej pensji, którego można usunąć dopiero drogą sądu dyscyplinarnego – inaczej znowu robotnik ceramiczny, zatrudniony przez cztery, pięć miesięcy w roku, o trzyzłotowym dziennym zarobku, przy dużej rodzinie, któremu stale zagraża zwykłe, czternastodniowe wypowiedzenie.
Moment gospodarczy wpływa już na stworzenie środowiska. Od zarobku zależy, czy robotnik mieszkać będzie w zdrowym, jasnym i obszernym mieszkaniu, czy będzie miał możność spędzenia urlopu na wsi, czy będzie miał izbę w zimie ciepłą i oświetloną, czy wreszcie będzie kupował książki, korzystał z kina, teatru itd.
Wszystkie te okoliczności, na pierwszy rzut oka „drobnostki”, składają się na wytworzenie środowiska.
Warunki zawodowe i geograficzno-środowiskowe wywierają też piętno.
Duża fabryka zatrudniająca pięć, sześć tysięcy ludzi jest specyficznym skupiskiem, wymagającym już odrębnych form organizacji zawodowej. W warsztacie takim siła solidarności robotniczej ma znaczenie tak wielkie, że często gwarantuje, w pewnych przynajmniej granicach, robotnikom swobodę przekonań i organizowania się. Samo otoczenie, fabryka, maszyny, piece pozostawiają swe ślady na zachowaniu się i psychice robotnika.
A teraz porównajmy ten typ robotnika „wielkofabrycznego” z czeladnikiem lub chłopcem u szewca. Gdzieś tam w suterenach, w małej mrocznej izbie pracuje trzech, czterech ludzi. Ustawowego czasu pracy nikt nie przestrzega, śladów higieny nie znajdziemy, organizacja w łonie samego warsztatu nie ma znaczenia (co innego organizacja ogólna, jednocząca wszystkich czeladników).
Warunki pracy, warsztat pracy i jego rozmiary składają się również na strukturę socjalną, a nawet przyrodniczą, środowiska robotniczego.
Dodajmy teraz i inne ważne współczynniki – a więc wielkość skupisk ludzkich, położenie geograficzne zakładu i osady, ciężar tradycji i wychowania.
Wielkie milionowe miasto w porównaniu z osadą robotniczą czy małą, odległą od linii kolejowej mieściną stanowi zupełnie odmienny typ środowiska, wiadomym jest również, jak silne piętno wywiera na charakterze mieszkańców środowisko portowego miasta. Sprawy te poruszamy tylko ogólnikowo, nie wdając się w szczegóły, pomijając też cały zespół innych współczynników kultury robotniczej.
Ale nawet pobieżny tylko przegląd współczynników środowiska robotniczego wystarczy dla uzasadnienia wielości typów robotniczych, bo przecież środowisko ma w tym względzie pierwszorzędne znaczenie.
Autorzy pamiętników zamieszczonych w niniejszym tomie rekrutują się z różnych środowisk, z rozmaitych gałęzi przemysłu, reprezentują także rozmaite kategorie płac i kwalifikacji. […]
„Klasa robotnicza”, „proletariat”, nie jest grupą jednolitą kulturowo. Są to wyrażenia wskazujące raczej na pewną kategorię struktury gospodarczej niż na konkretną treść społeczną. Rzut oka na załączone prace przekonywa, jak dalece są one różne – od zupełnego prymitywu człowieka, żyjącego na marginesie społeczeństwa, do inteligenta, żywiącego ambicje intelektualne, dbającego o formę literacką, usiłującego zająć określoną, własną postawę wobec różnorodnych zagadnień kultury.
Różnorodna ta masa (a ściślej mówiąc szereg warstw kulturalnych i towarzyskich) może w pewnych warunkach działać jako jednolita grupa, np. w akcji strajkowej; wówczas przestaje ona być tylko abstrakcyjną kategorią, a staje się rzeczywistością społeczną, która jednak po ukończeniu jakiejś akcji scalającej może znowu okazywać tendencje odśrodkowe i różnicujące. „Klasa” nie jest, lecz w pewnych warunkach „staje się”; jej trwanie ma charakter dynamiczny, stałym zaś czynnikiem są raczej warunki ekonomiczne, które w razie konfliktu mogą prowadzić do „uświadomienia” siebie jako klasy.
Ta różnorodna masa, żyjąca w bardzo różnych warunkach, przenikana przez najróżnorodniejsze prądy ideologiczne, ogarnięta tendencjami do awansu społecznego, stale w chwiejnej równowadze, stale nie czująca się „nasyconą” i dlatego objawiająca dużą prężność społeczną, zasługuje na jak największą uwagę. Tej uwagi udziela jej się zbyt mało. Wyłącznie administracyjno-polityczny stosunek to stanowczo zbyt mało. Społeczeństwo musi znać robotnika, otoczyć zrozumieniem jego dążenia do kultury: państwo powinno zajmować się nim nie tylko w okresach rozruchów, musi ono otoczyć opieką jego uzasadnione ambicje, jego dążenia do współudziału w dobrach kultury; rozszerzy ono w ten sposób swe oparcie społeczne, wyjdzie poza zaklętą sferę inteligencji i biurokracji. A masa ta nie musi być dopiero mozolnie rozbudzana; przez swoją dynamikę, przez swój pęd do kultury zaznacza sama mocno, czym jest i ku czemu dąży. […]
Ile problemów wyłania się przy czytaniu tych paru pamiętników, ile kwestii poruszono, ile problemów w nich nurtuje, jak wartościowych autorów czytają ci ludzie, a o tym wszystkim piszą przecież ludzie prości, od młota, biedni, ludzie, którzy nieraz kilka zaledwie miesięcy w szkole spędzili. Pismo wielu wskazuje, że ciężką pracą było dla nich utrwalenie swych przeżyć. Jeden np. szewc z małej lubelskiej mieściny zeszyt kołkami widocznie przybił do stołu, by się nie suwał, litery stawiał wolno, mozolnie w ręcznie wyliniowanym zeszycie…
Słusznie czytelnik zauważy, że to może być materiał najlepszy, wybrany. Prawda. Ale wskazuje to na wielkie możliwości kształcenia i wychowania, na wartość materiału ludzkiego, a przede wszystkim na wielkie zadania, które stoją przed nami – zadania kształcenia i wychowania tych ogromnych mas, udostępnienia nauki i możliwości rozwoju kulturalnego, a przede wszystkim stworzenia ludzkich warunków bytowania. […]
przez Kamil Piskała | środa 23 stycznia 2013 | inspiracje, z Polski rodem
Wieloletni redaktor „Robotnika”, współtwórca programowego oblicza Polskiej Partii Socjalistycznej, znakomity publicysta i przez wiele lat jeden z przywódców partii. Mimo tak bogatego politycznego życiorysu, Res – bo tak brzmiał jego najpopularniejszy pseudonim – jest postacią zupełnie zapomnianą, znaną bliżej jedynie zawodowym historykom. Tymczasem wiele słuszności jest w słowach jego wieloletniego współpracownika, Jana Libkinda: Nie tylko więc historia socjalizmu w Polsce, lecz i historia ruchu niepodległościowego, a nawet myśli politycznej polskiej w końcu ubiegłego i na początku bieżącego stulecia nie może być dobrze zrozumiana bez dokładnego poznania działalności Feliksa Perla. Przyjrzyjmy się wobec tego bliżej losom i ideowej sylwetce tego, którego przez wiele lat polscy socjaliści z szacunkiem nazywali myślą i sumieniem partii.
***
Feliks Rafał Perl przyszedł na świat 26 kwietnia 1871 r. Pochodził ze zasymilowanej żydowskiej rodziny warszawskich kupców. Jego ojciec wziął czynny udział w powstaniu styczniowym, za co zresztą spędził jakiś czas w więzieniu. Wszystko to nie było bez znaczenia. Finansowe wsparcie, na jakie mógł liczyć ze strony rodziców, niejednokrotnie pozwalało rewolucjoniście przetrwać „chude” miesiące. Pod wpływem atmosfery rodzinnego domu Perl nabrał także głębokiego przywiązania do kultury polskiej.
Droga asymilacji, poparta lekturami ówczesnych prac marksistowskich myślicieli na ten temat, określiła poglądy Perla na kwestię żydowską. W jego opinii, Żydzi nie stanowili narodu w nowoczesnym znaczeniu tego słowa. Nie tylko nie posiadali odrębnego, wydzielonego terytorium, będącego miejscem osiedlenia większości członków narodowości, ale nie stanowili także wspólnoty pod względem kulturalnym. Nie mogła ona powstać, bowiem język jidysz, zdaniem Perla, nie nadawał się do spełnienia kulturotwórczej roli. Z kolei odrębność rasowo-wyznaniowa oraz specyficzna struktura społeczna czyniły z Żydów kastę, będącą reliktem średniowiecza. Żydzi to, jego zdaniem, mgławica, pełna wewnętrznych sprzeczności, z którą praktycznie dziś nic zrobić się nie da.
Konsekwencją tych dość kontrowersyjnych poglądów była formułowana przez Perla alternatywa stojąca przed ludnością żydowską – albo asymilacja, albo dalsze odgradzanie się od świata murem dobrowolnego getta i konserwowanie kastowości. Występował przeciwko aktom antysemityzmu, ale w wielu artykułach bardzo nieprzychylnie traktował ortodoksyjnych Żydów. Tradycyjna społeczność żydowska stanowiła dla niego synonim ciemnoty, zacofania i gospodarczego anachronizmu. Ostateczna emancypacja i całkowite zniesienie antysemityzmu nastąpić miały, zdaniem Perla, wraz ze zwycięstwem idei społecznej sprawiedliwości – socjalizmu.
***
Jego droga do ruchu socjalistycznego była bardzo podobna do tej, którą pokonali inni członkowie „pokolenia niepokornych”. Jako uczeń gimnazjum został członkiem tajnych kółek samokształceniowych, których zadaniem było uzupełnienie – okrojonego i nastawionego na rusyfikację – oficjalnego programu szkolnego. Oprócz historii walk narodowowyzwoleńczych i dziejów polskiego romantyzmu zapoznawano się wówczas także z bieżącą publicystyką polityczną, pracami z zakresu socjologii, ekonomii, filozofii. Wtedy właśnie nastoletni Perl po raz pierwszy zetknął się z marksizmem.
W 1888 r. rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Szybko włączył się w życie polityczne środowiska studenckiego. Został członkiem tzw. marksówki – nielegalnego koła zrzeszającego studentów-marksistów – a także II Proletariatu. W tej ostatniej organizacji Perl uchodził za radykała – był zwolennikiem stosowania metod terrorystycznych, a centralny punkt jego światopoglądu stanowiła idea rewolucji społecznej, znoszącej wszelki ucisk i wyzysk; kwestia walki o niepodległość Polski nie poruszała wówczas umysłów młodych rewolucjonistów.
W maju 1892 r., zagrożony aresztowaniem, musiał opuścić Królestwo. Na emigracji, najpierw w Zurychu, a później w Berlinie i Paryżu, przystąpił do rewizji swego światopoglądu. Po latach wspominał: Byłem gorliwym zwolennikiem ówczesnej partii socjalno-rewolucyjnej „Proletariat”, zdawałem sobie jednak sprawę z tego, że świetne dni „Proletariatu” bezpowrotnie minęły i trzeba czegoś nowego w ruchu. Nie bez oporu jednak przyjąłem nowy program, którego głównym rzecznikiem był S. Mendelson. Rychło więc, zastanawiając się dokładniej, szczególnie pod wpływem przyjaciela, B. A. Jędrzejowskiego, przekonałem się, iż hasło „rewolucji socjalnej” nie może zastąpić programu politycznego, a żywotny program polityczny musi się oprzeć na walce z najazdem i uwzględnić należycie sprawę polską.
***
Tym przełomem w ruchu socjalistycznym, którego potrzebę odczuwali ówcześni działacze, był Zjazd Paryski, rozpoczęty 17 listopada 1892 r. W obradach wzięli udział przywódcy różnych grup i nurtów polskiego ruchu socjalistycznego, a jego celem było wypracowanie platformy programowej dla jednolitej partii socjalistycznej, która obejmie wpływami wszystkie najważniejsze ośrodki Królestwa. Tak powstała Polska Partia Socjalistyczna i jej program socjalizmu niepodległościowego.
W dyskusjach nad programem paryskim Perl, mimo stosunkowo niewielkiego stażu w II Proletariacie, odegrał rolę bardzo znaczącą. Stał na stanowisku, że pierwszym zadaniem socjalistów powinna być walka o odbudowę niepodległej Polski i nadanie jej demokratycznego charakteru. We własnym państwie, korzystając ze swobód politycznych i wolności agitacji, polski proletariat miał już walczyć o realizację ideału socjalistycznego. Odpowiadając na zarzuty części dyskutantów, że realniejsza jest wewnętrzna demokratyzacja Rosji, którą należy traktować jako etap na drodze do niepodległości, mówił: W Rosji [tak] trudno zdobyć minimum swobód, jak niepodległość. Wszystko w Rosji musi być zdobyte drogą rewolucyjną. A skoro tak, po co mówić o etapach rozwoju i ustępstwach. Nie rozumiem także liczenia na jakieś kombinacje polityczne, musimy iść wprost do celu i w Rosji, ponieważ wszystko się zdobywa rewolucją, a więc możemy osiągnąć swój cel w rewolucyjnym agitowaniu. Podobny pogląd podzielała większość delegatów – w programie nowej partii w sposób organiczny spleciona została idea walki o niepodległość z pracą na rzecz realizacji ustroju socjalistycznego. Na straży czystości tych zasad w PPS przez wiele lat stał właśnie ich orędownik na paryskim zjeździe, czyli Feliks Perl.
Należał on do tych, którym, żeby użyć sformułowania K. Pietkiewicza, Marks już nie wystarczał, niezbędny był Limanowski. Perl traktował patriotyzm jako naturalne i uzasadnione uczucie miłości do ojczyzny. To nie tylko sentymentalne przywiązanie do „ziemi ojców”, ale również poczucie łączności z całą kulturą narodową oraz wspólnoty z przedstawicielami tej samej narodowości. Celem socjalistów nie może być więc negowanie naturalnego uczucia, ale raczej praca na rzecz nadania kulturze narodowej możliwie demokratycznego i ludowego charakteru. W warunkach ucisku narodowościowego, patriotyzm, zdaniem Perla, jest bardziej żarliwy, a przez to łatwiej o polityczną mobilizację opartą na uczuciu przywiązania do ojczyzny. Jednak nie był to jedyny powód, dla którego postulował wprowadzenie hasła odbudowy niepodległej Polski do programu PPS.
Postulat niepodległości uzasadniał dwoma wzajemnie powiązanymi argumentami. Pierwszy odwoływał się do „naturalnego” prawa do samostanowienia 20-milionowego narodu o bogatej kulturze i kilkusetletniej tradycji państwowej. Drugi argument bezpośrednio odwoływał się zaś do interesów ruchu socjalistycznego. Odbudowa niepodległej Polski musiała oznaczać wyrwanie części ziem spod władzy cara rosyjskiego – najbardziej reakcyjnego monarchy ówczesnej Europy. Ponadto, niepodległa Polska (Perl myślał głównie o zaborze rosyjskim) będzie państwem bardziej rozwiniętym gospodarczo i społecznie od Rosji, a tym samym, zgodnie z ówczesnym kanonem marksizmu, bliższym ostatecznemu zwycięstwu socjalizmu. Wreszcie, niepodległa Polska, jak wierzył Perl i jego towarzysze, będzie państwem demokratycznym, otwierającym przed socjalistami możliwości legalnego działania, nieosiągalne w caracie. W tej sytuacji polski ruch socjalistyczny byłby w stanie, zdaniem Perla, szybko pomnożyć szeregi i dorównać liczebnością ugrupowaniom z zachodu Europy.
***
Od Zjazdu Paryskiego z żelazną konsekwencją przypominał w swojej publicystyce o konieczności walki o niepodległość jako warunku przyszłego zwycięstwa socjalizmu w Polsce. Nic więc dziwnego, że jednym z najczęściej wracających w jego tekstach wątków była krytyka Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy, postulującej walkę o zniesienie kapitalizmu, równoznaczne z likwidacją wszelkiego ucisku narodowościowego. Socjaldemokratom zarzucał, że pomimo szermowania cytatami z Marksa, Engelsa i Kautsky’ego w kwestii niepodległości Polski zajmują stanowisko… niesocjalistyczne. Koronnym argumentem było dla niego poparcie dla odbudowy niepodległej Polski, które w toku swojej politycznej działalności wielokrotnie powtarzał Marks.
Odrzucał też poglądy głoszone przez Różę Luksemburg na temat braku ekonomicznych przesłanek odbudowy państwa polskiego. Zarzucał jej, że w tendencyjny sposób dobiera argumenty i nie dostrzega narastających konfliktów pomiędzy przemysłem centralnych guberni rosyjskich a przedsiębiorcami z Królestwa. Jego zdaniem odbudowa niepodległej Polski, wbrew przewidywaniom autorki „Akumulacji kapitału”, prowadzić miała do przyspieszenia rozwoju gospodarczego kraju. Stworzony zostałby bowiem chłonny rynek wewnętrzny, a rodzimy przemysł mógłby korzystać z opieki i protekcji własnego rządu, nie zaś rozwijać się tylko w takich ramach, jakie wyznaczał dotychczas polityczny interes imperium carów. Polemizując z Luksemburg, pisał: Po pierwsze, żadna tendencja rozwoju kapitalistycznego nie może Polski przerobić na bezwłasnowolną część Rosji, po drugie, związki ekonomiczne nie są dostateczną podstawą spojenia państwowego, o ile temu przeczą interesy kulturalne, narodowe i polityczne (nie mówiąc już o tym, że właśnie na tle związków ekonomicznych powstają i antagonizmy ekonomiczne) […] po trzecie, tendencja rozwoju ekonomicznego sprowadzająca się do tego, że kapitał musi mieć rynki zbytu, wcale niekoniecznie i nie zawsze wymaga utrzymania dotychczasowych związków politycznych, tym bardziej zaś – przymusowych.
Tak więc nie uznanie „organicznego wcielenia” i walka o demokratyzację Rosji powinny stanowić program polskich socjalistów, lecz konsekwentna praca na rzecz odzyskania niepodległości. Proletariat już dziś musi do niej dążyć – pisał – musi się starać zbliżyć do tego ideału, musi walczyć o to wszystko, co odrębności narodowej i społecznej Polski nadaje, choć częściowo, polityczny wyraz.
***
Od momentu zakończenia Zjazdu Paryskiego, mimo młodego wieku i niedużego doświadczenia, Perl stał się jednym z czołowych działaczy polskiego ruchu socjalistycznego i jednym z najważniejszych publicystów pism wydawanych na emigracji: „Przedświtu” i „Światła”.
Ciekawe były podejmowane przez niego próby wykazania łączności idei socjalistycznej z tradycjami kultury polskiej. Przeciwnicy socjalistów, jak choćby narodowi demokraci czy księża, starali się przedstawić ich jako kosmopolitów, wojujących ateistów i burzycieli porządku społecznego, całkowicie obcych polskości. Z tymi zarzutami, choć nie brzmiały one szczególnie poważnie, socjaliści musieli podjąć polemikę, o ile chcieli uzyskać szeroki wpływ społeczny. Feliks Perl w popularnej broszurze „Komunizm w pierwotnym chrześcijaństwie” pokazywał socjalistów jako spadkobierców idei przyświecających Jezusowi i pierwszym chrześcijanom.
Przeciwstawiał współczesny mu Kościół, cieszący się materialnym dostatkiem, zhierarchizowany i nastawiony na podtrzymywanie społecznego status quo, Kościołowi pierwszych chrześcijan, wyrzekających się bogactw i doczesnych przyjemności. Wobec ludowego charakteru chrześcijaństwa w pierwszej jego dobie – pisał – nic dziwnego, że znajdziemy w nim wyraźne i niewątpliwe dążenia komunistyczne. Jeżeli ludzie są sobie braćmi, jeżeli bliźniego należy kochać jak siebie samego, to czyż podobna odróżnić „moje” od „twego”? Własność prywatna jest wyrazem samolubstwa i oschłości serca; kto pragnie miłości powszechnej i „Królestwa Bożego na ziemi”, ten powinien wyznawać zasadę wspólności i czynem ją stwierdzać. Jednak z biegiem czasu Kościół, którego zadaniem było głosić idee wolności, równości i sprawiedliwości, zdradził historyczne posłannictwo i stał się instytucją opresyjną, czerpiącą korzyści z wyzysku mas. Walkę o realizację idei powszechnego szczęścia, odrzuconej przez Kościół, podjęli wobec tego socjaliści. […] naturalnie, szczęścia bezwzględnego, doskonałego nie ma tu na ziemi i rozkosze „tysiącletniego królestwa”, które malowała wyobraźnia pierwszych chrześcijan, nigdy nie będą udziałem śmiertelnych. Lecz nam wystarczy to szczęście, które zdobędziemy sobie w społeczeństwie bez klas i bez wyzysku, bez nędzy i ciemięstwa. Oto nasz „gruby materializm”. Oto nasza prawdziwa idea Chrystusa naszych czasów.
„Sojusznikiem” socjalistów, zdaniem Perla, był również Mickiewicz. Jan Cynarski wspominał, że Perl potrafił […] cytować z pamięci bardzo długo ustępy wybitnych poetów-romantyków, niektórzy nawet byli przekonani, że Perl zna na pamięć całego „Pana Tadeusza”. Twórczość jego autora interpretował w duchu niepodległościowym i radykalnym. Mickiewicz był dla niego niezrównanym poetą buntu, sprzeciwu wobec gwałtu i orędownikiem przyszłej Polski Ludowej. Perl pisał: chociaż socjalizm nasz dzisiejszy różnić się musi od mickiewiczowskiego, to wszakże dla nas jest najważniejszym, że Adam był socjalistą. Jego poezja miała zwiastować nadejście lepszych dni i stanowiła nieocenione narzędzie w rękach socjalistycznych agitatorów. W popularnej i szeroko kolportowanej broszurze pisał: Wielkiemu poecie, gorącemu rewolucjoniście i szlachetnemu człowiekowi postawiono w Warszawie pomnik. Teraz wiecie, czytelnicy, co nam Mickiewicz mówi z wysokości swego pomnika. On nam wciąż przypomina potrzebę walki z wrogiem, nieubłaganej walki o wolność. On nas uczy ofiarności dla wielkiej sprawy, budzi w nas nienawiść do ucisku i miłość do ludu i do ludzkości. On nam mówi też o przyszłych lepszych czasach, zdobytych krwią naszą i poświęceniem, kiedy słońce wolności zajaśnieje nad ziemią polską i lud nasz nieszczęsny zrzuci wreszcie kajdany nędzy, ciemnoty, ucisku…
***
Wybuch rewolucji w 1905 r. i związany z tym spór w łonie PPS o wybór odpowiedniej taktyki przyspieszyły rozwój konfliktu w partii. Dwie antagonistyczne grupy – „starzy” z Piłsudskim i dawnymi liderami na czele oraz „młodzi” – rozpoczęły walkę o przywództwo w partii.
W sporze tym Perl był nastawiony raczej kompromisowo i dążył do utrzymania jedności. Osobiście jednak sympatyzował ze „starymi”, z którymi dzielił silne przywiązanie do postulatu odbudowy niepodległej Polski i niewiarę w możliwość rzeczywistej demokratyzacji Rosji. Dostrzegał oczywiście zależność polskiej rewolucji od wydarzeń zachodzących w centralnych ośrodkach Cesarstwa, przestrzegał jednak przed bliższym wiązaniem walk polskiego proletariatu z polityką rosyjskich stronnictw socjalistycznych. Jego zdaniem, dzięki specyficznemu położeniu polskich robotników, rewolucja w Królestwie miała szansę osiągnąć cele znacznie poważniejsze niż ruch rewolucyjny w Rosji. Na pytanie „koordynacja czy utożsamienie?”, zawarte w tytule broszury nastawionej na polemikę z „młodymi”, jednoznacznie odpowiadał: koordynacja. Zbliżenie organizacyjne i utożsamienie taktyki polskich i rosyjskich socjalistów uważał za krok szkodliwy dla dalszego rozwoju walki rewolucyjnej. Zamiast tego nawoływał, aby dążyć do utrzymania stałych stosunków z obozem socjalistycznym w Rosji w celu porozumiewania się i wzajemnego na siebie oddziaływania.
Nie dziwi więc, że gdy w PPS doszło do ostatecznego przesilenia i rozłamu na dwa odrębne ugrupowania, Perl wybrał tworzoną przez „starych” Frakcję Rewolucyjną. W trakcie pierwszego zjazdu nowej partii, odbytego w 1907 r., Perl występował obok W. Jodko-Narkiewicza jako główny mówca w sprawach programowych i to właśnie projekt przygotowany przez niego stał się podstawą nowego programu partyjnego. Jako jeden z najlepszych publicystów Frakcji uzasadniał na łamach prasy, że to „fracy” są prawdziwymi spadkobiercami tradycji PPS, która w imię i z punktu widzenia socjalizmu powiązała interesy społeczno-polityczne i narodowe proletariatu Polski, wytworzyła syntezę tych interesów, w której miejsce właściwe zajęły dążenia proletariatu jako klasy ekonomicznie wyzyskiwanej, społecznie upośledzonej, jak i potrzeby polityczno-narodowe proletariatu, jako klasy rewolucyjnej w narodzie ujarzmionym, w kraju podległym obcemu panowaniu.
Decyzja Perla o przystąpieniu do PPS-Frakcji Rewolucyjnej była motywowana nie tylko kwestiami programowymi, ale również poczuciem przywiązania do „starych”, z którymi od lat wspólnie znosił trudy życia emigranckiego i konspiracyjnego. O tym, jak ważną był częścią tego środowiska, świadczy fakt, że to właśnie do niego Piłsudski pisał przed akcją pod Bezdanami słynny list z prośbą o ewentualny nekrolog i wyjaśnieniem przyczyn, które zadecydowały o wyborze drogi rewolucjonisty, kończący się słowami: A teraz buzi, chłopcze. Tobie i wszystkim Wam, starzy druhowie, z którymi się przemarzyło tyle, przeżyło jeszcze więcej i kochało się dobrze. Twój i ich Ziuk.
***
Z czasem jednak Piłsudski coraz mniej był Ziukiem, coraz bardziej zaś stawał się Komendantem. Wiązało się to ze zmianą taktyki i przejściem do szkolenia kadr wojskowych przyszłego powstania antyrosyjskiego. Kierunek polityki PPS-Frakcji Rewolucyjnej ulegał coraz poważniejszym zmianom. Zacierały się akcenty socjalistyczne w agitacji, ciężar działalności partii zaczął coraz bardziej przenosić się do Galicji, a głównym zajęciem części jej przywódców stawała się praca na rzecz Związku Walki Czynnej i formacji strzeleckich.
Perl obserwował te zmiany z niepokojem – obawiał się utraty przez partię robotniczego oblicza i zawarcia sojuszu z prawicą w imię realizacji powstańczych planów. Na łamach „Przedświtu” przestrzegał swoich partyjnych kolegów, pisząc: Odrzucamy koordynację z burżuazyjną niemocą wszelkiego gatunku, z polityczną kołowacizną i nacjonalistyczną frazeologią klas posiadających. Efektem narastającego konfliktu był rozłam w 1912 r. i utworzenie nowej partii – PPS-Opozycja, której niekwestionowanym przywódcą został Perl.
„Opozycjoniści” stawiali sobie za cel obronę programowych tradycji PPS oraz utrzymanie ścisłej syntezy haseł niepodległościowych i socjalistycznych. Zdaniem Perla doktryna „militaryzmu rewolucyjnego”, realizowana przez Piłsudskiego i jego najbliższych współpracowników, była błędna, bowiem odrywała powstańcze wysiłki od emancypacyjnych dążeń mas ludowych. Szkolenie wojskowe, pozbawione wyraźnego związku z ideologią socjalistyczną, niewiele różniło się, jego zdaniem, od pozbawionych szans realizacji inteligenckich mrzonek irredentystycznych. Fałszywym jest i szkodliwym – pisał – gdy się „uświadomienie wojskowo-rewolucyjne” wyodrębnia jako osobny, udzielny świat, w którym nie obowiązuje metoda socjalistycznego myślenia, który wytwarza własną ideę i własną politykę poza kontrolą socjalistycznych zasad. Dodawał też, że partia socjalistyczna opiera się na proletariacie i na tych odłamach innych warstw społecznych, które na stanowisku proletariackim stoją. […] Przecież ruch zbrojny rewolucyjny opierać się będzie na masach ludowych, głównie na proletariacie miejskim, a mas tych nie poruszy, spójni moralnej im nie da, interesów i ideałów ich nie wyrazi „tęsknota do zupełnej z Ducha i z Woli solidarności w narodzie”, ani „koordynacja”, ani od socjalizmu starannie odseparowany „militaryzm rewolucyjny”, ani inne pomysły inteligenckie – lecz walka z najazdem pod sztandarem socjalistycznym.
PPS-Opozycja, w której oprócz Perla znaleźli się m.in. Tomasz Arciszewski i Kazimierz Pużak, okazała się jednak efemerydą, która przestała istnieć wraz z wybuchem I wojny światowej. „Opozycjoniści” w liście wysłanym do władz PPS oznajmiali: W chwili walki orężnej z najazdem rosyjskim zniknąć muszą wszelkie różnice, które nas dotychczas dzieliły. PPS-Opozycja rozwiązuje swoją organizację i przystępuje do PPS, wzywając jednocześnie wszystkich socjalistów polskich do walki o niepodległość kraju i interesy ludu pracującego we wspólnych szeregach.
Perl na fali patriotycznego uniesienia wstąpił do Legionów, jednak jako człowiek już nie najmłodszy, obdarzony kiepskim zdrowiem i kondycją, szybko został zwolniony ze służby przez komisję lekarską. Skupił się wobec tego na odbudowie struktur PPS w Królestwie, która była zadaniem kluczowym, jeśli socjaliści chcieli odegrać rolę w przyszłej walce o ustrojowy kształt niepodległej Polski. Powodzenie procesu odbudowy PPS było w dużej mierze zasługą Perla, przez cały okres wojny będącego niekwestionowanym przywódcą partii.
***
Wybuch wojny zmusił socjalistów do przejścia od abstrakcyjnych rozważań o drogach wiodących do odbudowy niepodległej i demokratycznej Polski do konkretnej działalności na rzecz realizacji tego hasła. Stanowisko, które w sporach wokół taktyki PPS zajmował Perl, było jednoznaczne. Postulował, aby partia prowadziła samodzielną, wyraźnie klasową politykę i unikała porozumień z ugrupowaniami burżuazyjnymi oraz rządami mocarstw centralnych. Był przekonany, że o sile partii nie będą stanowić gabinetowe porozumienia, ale rzeczywiste poparcie mas społecznych. Dlatego też znacznie bardziej cenił pracę organizacyjną na najniższym szczeblu, niż konwentykle i jałowe negocjacje z przedstawicielami ugrupowań burżuazyjnych.
Odrzucał ideę „konsolidacji narodowej”, czyli ponadpartyjnego porozumienia różnych sił politycznych w imię wspólnych wysiłków na rzecz odbudowy państwa polskiego. Podsumowując wojenną politykę różnych stronnictw inteligenckich, często tworzonych przez dawnych członków Frakcji Rewolucyjnej i lojalnych współpracowników Piłsudskiego, pisał: widzieliśmy ustępliwość nadzwyczajną wobec konserwatyzmu, stałe uganianie za kompromisem i żywiołami prawicy, kosztem zasad politycznych i wpływów społecznych, widzieliśmy po prostu jak pracowało się nad tym, by wypchnąć na czoło różne konserwatywne wielkości, zazwyczaj zupełne miernoty, a nawet zera.
Podobne poglądy zdobyły sobie wkrótce poparcie większości liderów PPS. Radykalizacji partii i emancypacji spod wpływów Piłsudskiego sprzyjały także wydarzenia w Rosji. Rewolucja lutowa, której efektem było obalenie caratu, w opinii Perla stanowiła zapowiedź zmiany nastrojów w całej Europie. Długotrwała i krwawa wojna doprowadziła wreszcie, jego zdaniem, do politycznego rozbudzenia społeczeństw europejskich. Rewolucja rosyjska była tego najlepszym dowodem, jednak wszystko wskazywało na to, że to jedynie pierwszy krok, a fala radykalizmu i dążeń demokratyzacyjnych wkrótce zaleje cały kontynent.
Celem socjalistów w Polsce powinno być wyzyskanie tych nastrojów już nie tylko dla odbudowy niepodległego państwa, ale również dla możliwe najszerszego zdemokratyzowania jego ustroju. Rewolucja jest smutną koniecznością – mówił podczas jednej z narad polityków obozu niepodległościowego. Ta rewolucja jest to szereg ruchów w całej Europie. Nie ma tu mowy o robieniu rewolucji. Ale trzeba ją opanować, jak przyjdzie żywiołowo. Rzeczą stronnictw demokratycznych i ludowych pokierować nią. […] Nie bądźmy bierni, gdy ona wybuchnie, aby nie opanowały jej żywioły anarchiczne […]. Owe żywioły anarchiczne to w pierwszej kolejności SDKPiL – pewne wpływy tej partii wyjaśniał politycznym niewyrobieniem pracowników i obecnością anarchistycznych „przeżytków” w ruchu robotniczym, stanowiących dziedzictwo okresu, gdy masowa walka proletariatu nie była możliwa, a dominowały poglądy spiskowe. […] esdectwo może czerpać swoje znaczenie tylko z niewyrobienia robotników. A jeżeli prawi o swojej „naukowości” to dlatego, że do esdectwa mają pociąg umysły talmudyczne spośród inteligencji, a raczej półinteligencji – ludzie nie zżyci głębiej z Polską i uważający tę swoją talmudyczność i brak głębszych uczuć za – naukowość.
***
Wojenna taktyka PPS, której architektem był Perl, przyniosła pożądane skutki. W listopadzie 1918 r. powstało suwerenne państwo polskie, a na jego czele stanęły rządy współtworzone przez ugrupowania postępowe. Wkrótce jednak lewicowy gabinet został zmuszony do dymisji, wyraźnie widoczne było też, że państwo polskie, wbrew dążeniom Perla i jego towarzyszy, raczej nie będzie „ludowe”. Jednocześnie coraz szerszym strumieniem napływały wieści z Rosji, gdzie umacniały się władze bolszewickie, zachęcające do pójścia w swoje ślady socjalistów z innych państw. Zachęty te trafiały na podatny grunt – w PPS rosła w siłę partyjna lewica, zarzucająca kierownictwu partii zbyt łatwe oddanie władzy i odrzucenie postulatu dyktatury proletariatu. W ten sposób rozpoczynała się jedna z najgorętszych dyskusji programowych w dziejach PPS, a jej efekt miał zadecydować na długie lata o ideowym obliczu partii i jej politycznej taktyce.
Perl był wówczas zwolennikiem parlamentarnej i ewolucyjnej drogi do socjalizmu. Nadejście ustroju społecznej sprawiedliwości uważał za konieczne, chciał jednak, aby dokonało się bez rozlewu krwi i wojny domowej. Jednocześnie był przekonany, że sytuacja po temu jeszcze nie dojrzała, a rewolucyjna niecierpliwość utoruje drogę kontrrewolucji. Był autorem określenia „rewolucja w majestacie prawa”, które na trwałe weszło do kanonu polskiej myśli socjalistycznej. W trakcie sejmowej debaty mówił: Użyję tu porównania Lassalle’a, który mówił, że rewolucja, rozumiana jako wielka przemiana społeczna, może się odbyć w różnych formach; w znacznym stopniu zależy to od czynników dzierżących władzę czy przyjdzie rewolucja z rozwianym włosem, z mieczem w dłoni, czy przyjdzie w majestacie prawa. My zasiadamy tutaj w Sejmie, my socjaliści, którzy agitowaliśmy za wyborami do tego Sejmu, którzy przyczyniliśmy się do powstania tego Sejmu, […] dołożymy wszelkich starań, ażeby rewolucja, która jest nieunikniona jako wielka przemiana społeczna, odbyła się u nas w całym majestacie prawa. I chodzi o to, ażeby i reakcja rozumiała to, że to jest konieczność historyczna. Jeśli nie zrozumie tego, to rewolucja przejdzie po nich z ich własną szkodą.
Koncepcja „rewolucji w majestacie prawa” była ostro krytykowana przez wewnątrzpartyjną lewicę. Postulowała ona przesunięcie głównego ciężaru polityki socjalistów z burżuazyjnego parlamentu do rad delegatów robotniczych, a także radykalizację taktyki partii i rozpoczęcie przygotowań do ewentualnego przejęcia władzy siłą. Do konfrontacji różnych koncepcji programowych doszło na kongresach PPS w 1919 i 1920 r. Feliksowi Perlowi, głównemu mówcy z ramienia kierownictwa partii, przyszło odpierać zarzuty radykałów. Do zwolenników dyktatury proletariatu mówił: Pomiędzy krańcowymi pojęciami Polska burżuazyjna i Polska socjalistyczna mieści się jeszcze pośrednie: okres demokracji. Socjalizm jest twórczością, która oprzeć się musi na demokracji. Zanim dojdziemy do socjalizmu, musimy przejść przez ten konieczny szczebel, którym jest sejm.
Dyktaturze proletariatu w wydaniu bolszewickim zarzucał, że oznacza ona nie tylko zniesienie wolności burżuazyjnej, ale zniesienie wolności jako takiej. Zdaniem Perla samo pojęcie „dyktatura proletariatu” jest mylące – proletariat jako wielomilionowa klasa nie jest w stanie sprawować dyktatury, władza pozostaje w rękach wąskiej grupy i zamienia się w dyktaturę nad proletariatem, skutecznie ograniczającą spontaniczny rozwój ruchu robotniczego. Przekonywał partyjnych towarzyszy, że należy odrzucić pojęcie „dyktatury proletariatu” jako prowadzące do zaniku wolności i ustanawiające rządy arystokratyczno-demagogiczne.
Ostatecznie Perl zdołał przekonać większość członków partii i to właśnie przygotowany przez niego projekt został przyjęty w 1920 r. jako oficjalny program PPS, tym samym określając na całe dwudziestolecie główne zasady ideowe polskiego ruchu socjalistycznego.
***
W niepodległej Polsce, już po ustabilizowaniu granic i rozładowaniu rewolucyjnych nastrojów, Perl znalazł się nieco na uboczu życia politycznego. Posiadał co prawda mandat poselski, był też członkiem najwyższych władz PPS, jednak ze względu na pogarszający się stan zdrowia starał się ograniczać aktywność na tych polach. Większość energii poświęcał na redagowanie „Robotnika”, który po latach konspiracyjnego wydawania mógł w końcu stać się legalnym, wysokonakładowym dziennikiem. W redakcji Perl panował niepodzielnie, budząc u młodszych współpracowników mieszaninę podziwu i lęku. Traktowano go jak cudem zachowany relikt z poprzedniego, bohaterskiego pokolenia ofiarników i ludzi podziemnych walk o niepodległość i socjalizm. Józef Mieszkowski, wówczas korektor w „Robotniku”, wspominał, że gdy na sali pojawiał się Perl, wszyscy pochylali się pilnie nad robotą. Perl bowiem sam pracował aż do zapomnienia, ale i od innych wymagał, by rzetelnie pracowali. Mówiono o nim, że jest wprawdzie osobą ludzką, ale bez ludzkich potrzeb. Gdy utonie w robocie, zapomina o wszystkim. Może nie jeść, nie pić, nie spać. Nie znosi jedynie, gdy mu przeszkadzają, kiedy pisze. „Robotnik” był pismem poważnym i niezwykle rzetelnym, Perl nie publikował tekstów anonimowych i niesprawdzonych informacji, nie gonił za sensacją i plotkami. Gdy niektórzy proponowali, aby redagować dziennik w sposób bardziej przystępny, miał w zwyczaju odpowiadać: Musimy wychowywać masy, a nie zniżać się do ich poziomu.
Mimo że nieco wycofany, Perl zabierał głos zawsze, gdy przychodziło socjalistom rozstrzygać poważne kontrowersje taktyczne. Gdy sytuacja polityczna w kraju zaczęła się coraz bardziej komplikować, a na prawicy i lewicy pojawiły się głosy nawołujące do zastąpienia demokracji parlamentarnej rządami „silnej ręki”, Perl przestrzegał licznych w PPS zwolenników powrotu do władzy Piłsudskiego: Broniliśmy go przed zarzutami, chcemy go widzieć na wysokich odpowiednich stanowiskach – ale stwierdzić musimy, że Piłsudski nie jest naszym człowiekiem. Nie wolno z niego robić lewicowego Mussoliniego. Będącego następstwem zamachu majowego procesu demontażu demokracji i budowy systemu rządów autorytarnych nie dane było mu już jednak widzieć. Zmarł, po ciężkiej dziesięciomiesięcznej chorobie, 15 kwietnia 1927 r.
Feliks Perl nie był pozbawiony wad – wedle współpracowników był apodyktyczny, oschły, chimeryczny. Głoszone przez niego poglądy miały wielu przeciwników, a ironiczny sposób prowadzenia przez niego polemiki często irytował i złościł. Mimo to otoczony był powszechnym szacunkiem. Jego nieprzeciętny intelekt, całkowite oddanie sprawie i zupełna bezinteresowność sprawiały, że nad trumną Perla z szacunkiem pochylili głowę nawet polityczni przeciwnicy. Jego wieloletni współpracownik, Jan Libkind, pisał: Postać Feliksa Perla, jak nić czerwona snuje się przez trzydziestopięcioletnią historię Polskiej Partii Socjalistycznej. Stał u jej kolebki, stworzył program, uzasadniał i bronił od ataków z lewej i prawej strony, bronił czystości jego zasad, był sumieniem partii. Natomiast Ignacy Daszyński u stóp trumny przykrytej czerwonym sztandarem i ostatnim numerem „Robotnika” mówił o nim: Poświęcił wszystko, nie żądał niczego. Te słowa stanowią chyba najlepszą puentę życia i pracy Feliksa Perla.
Kamil Piskała
przez Jarosław Górski | środa 23 stycznia 2013 | inspiracje, z Polski rodem
Życie widziane przez śmierć
Niestety, Rok Korczakowski ogłoszono w naszym kraju w związku z najmniej odpowiednią rocznicą. Bo oto śmierć Janusza Korczaka, oczywiście śmierć heroiczna, śmierć z miłości, śmierć będąca sprawdzianem idei, staje się nie tylko najważniejszym wydarzeniem z jego twórczego życia, ale także najważniejszym tego życia i tej twórczości przesłaniem. W tysiącach polskich szkół odbywają się, wymagane przez program i kuratoria, akademie i uroczyste lekcje pod takimi hasłami, jak „Wierność silniejsza niż śmierć”, „Miłość życiem płacona”, „Śmierć w imię dziecka”. Recytuje się wiersze o Korczaku, zawsze opowiadające o śmierci:
Ukochał dzieci, które świat dorosłych obdarzył chłodem, głodem i przekleństwem, co ciężko przeszły swą króciutką drogę od urodzenia do śmierci męczeńskiej.
(Stefania Grodzieńska, „O Januszu Korczaku”)
Idzie cień. Janusz Korczak, ten lekarz warszawski. Prowadzi poprzez getto dzieci z sierocińca, Dwoje ich wziął na ręce i wyszedł z dziedzińca. Jak ten, co na Golgotę krzyż dźwigał mozolnie, Idzie na miejsce kaźni. Idzie dobrowolnie.
(Antoni Słonimski, „Pieśń o Januszu Korczaku”)
Któryś zmyślał baśnie, sam stałeś się legendą,
Któryś oszukał dzieci, że śmierć je rychła nie czeka,
Tobie dobroć i męstwo śmiertelną koszulę przędą
I pamięć o Tobie wzbiera jak rozlewista rzeka.
Idziesz z dziećmi i idziesz, idziesz bardzo daleko,
Tam, gdzie Giordano Bruno, tam, gdzie Ukrzyżowany
(Włodzimierz Słobodnik, „Tren ku czci Janusza Korczaka”)
W latach 80. i 90. XX wieku, niejako przy okazji beatyfikacji i kanonizacji Edyty Stein, w niektórych środowiskach katolickich pojawił się postulat, aby beatyfikować także Korczaka. Postulat ten na szczęście nie doczekał się formalnej realizacji, jednak na naszych oczach spełnia się nieformalnie, ludowo. Oto polska, katolicka wyobraźnia zbiorowa anektuje niezwykle skomplikowaną i niejednoznaczną postać po to, aby przykrawać ją do bezpiecznego i oswojonego modelu świętego męczennika. W chrześcijańskiej martyrologii męczeńska śmierć ma tę zaletę, że z jednej strony może potwierdzać, a z drugiej – przekreślać uczynki i poglądy żyjącego świętego. W przypadku nawróconego łajdaka, niedowiarka czy poganina męczeńska śmierć będzie dowodem prawdziwości jego nawrócenia i unieważni wszystko, co miało miejsce przed nawróceniem. W przypadku postaci cnotliwej od narodzin, męczeńska śmierć będzie naturalną konsekwencją, ale także ostatecznym dowodem trwałości cnoty. W przypadku postaci skomplikowanych męczeńska śmierć będzie ich ostatecznym uproszczeniem, bo przecież nie powinno się szukać dziury w całym, a w życiu zwieńczonym męczeńską śmiercią niejasności, przesłań i momentów, nad którymi trzeba by się zbyt długo zastanawiać i konfrontować je z naszym wyobrażeniem o tym, co dobre, a co złe.
I tak oto w postaci Janusza Korczaka, człowieka, który kochał dzieci tak bardzo, że oddał za nie życie, ważne są zwłaszcza dwa elementy: miłość do dzieci i męczeńska śmierć. Co to znaczy kochać dziecko, to każdy, z wyjątkiem może psychopatów i skończonych cyników, jakoś sobie wyobraża, każdy też zdaje sobie sprawę z tego, że dzieci trzeba kochać, więc wszyscy mamy prawo widzieć w Korczaku patrona własnych wyobrażeń. Oczywiście wyobrażenia te wzmacniane są przez publikowane wielokrotnie fotografie Korczaka, ukazujące twarz zatroskaną i pełną miłości, może niepokoju o dzieci. Fotografie osób, bardziej niż dokumentalną, mają wartość testu projekcyjnego, można w nich ujrzeć to, co komu w duszy gra. Fotografie zmarłych mają także tę wartość, że są całkowicie statyczne, nie zmienią się już, nie zaskoczą odbiorcy. A kiedy na podstawie tych zdjęć tworzy się pomniki, wtedy odbiór zastyga razem ze spiżem lub betonem, z których monumenty te ulano.
Nie chcę tych pomników obalać, nie chcę też bagatelizować bohaterskiej śmierci Korczaka. Chcę tylko napisać, że skupianie się na tym jedynym epizodzie z życia Korczaka służy często zasłonieniu pozostałych. Poglądy Korczaka – i te na wychowanie, i te dotyczące życia społecznego w ogóle – są wciąż na tyle rewolucyjne, na tyle sprzeczne z powszechnie panującymi poglądami i przesądami wychowawczymi, z rodzinną i instytucjonalną praktyką wychowawczą, że nie chcemy się z nimi konfrontować, nie chcemy ich znać. Wpasowanie jednego z najciekawszych myślicieli i praktyków społecznych w odwieczny frazes o miłości aż po śmierć pozwala pozbyć się problemu z jego koncepcją i doświadczeniem1. Pozwolę sobie przytoczyć tu anegdotkę. Kilka lat temu zostałem poproszony, aby opowiedzieć o Korczaku i Domu Sierot w małej warszawskiej podstawówce. Dzieci bardzo chętnie słuchały o pomysłach Starego Doktora, o tym ekstrawaganckim domu dziecka, o gazecie, którą tworzyły dzieci dla dzieci, o sądzie, który zazwyczaj wybaczał, ale miał kompetencje osądzić, a nawet wyrzucić samego Korczaka; o zakładach ze złośnikami i o obieraniu kartofli. Pogadanka była więc udana, a gdy się skończyła, dzieci zaczęły zadawać pytania. Nie pamiętam wszystkich, ale w mojej głowie zachowało się szczególnie to ostatnie, które zadał chłopak może dziewięcioletni, taki, który wiercił się przez całe spotkanie i coś tam śmiesznego dogadywał sąsiadom:
– Proszę pana, a czy Korczak bił dzieci?
Sytuacja nieco niezręczna, ale wydawało mi się, że wybrnąłem:
– Był temu absolutnie przeciwny – mówiłem – bo uważał, że to okropne, że dorośli wykorzystują to, że są więksi od dzieci, aby siłą narzucać im własną wolę. Mówiłem wam już, że w Domu Sierot nie było kar, a kar fizycznych w szczególności. Ale Korczak, chociaż dzieci świetnie rozumiał, chociaż bardzo starał się nad sobą panować, był nerwusem. Zdarzało się, że kiedy jakiś dzieciak zalazł mu mocno za skórę, wytargał go za uszy, zlał po łapach, zdarzyło mu się jednego szczególnego łobuziaka chwycić za fraki i rzucić o drzwi. Korczak wstydził się tego. Jak się coś takiego zdarzyło, podawał sam siebie do sądu. Umiał przeprosić. Im był starszy, tym rzadziej mu się zdarzało. Sami wiecie najlepiej, jak dzieci potrafią wkurzyć, prawda? Zresztą, to były inne czasy, teraz już nawet największy nerwus wie…
Dzieci kiwały głowami ze zrozumieniem, one wiedziały. Ale dwie nauczycielki spoglądały na mnie takim wzrokiem, jakim pewnie patrzyła Meduza, gdy zamieniała ludzi w kamień. Jedna z nich ogłosiła koniec spotkania, a kiedy dzieci wyszły z sali, podeszła z pretensjami. Oskarżyła mnie nawet nie o przekazywanie treści nieodpowiednich dla dzieci, ale wprost o kłamstwo. Na nic były moje wyjaśnienia, na nic propozycje wspólnego przeczytania fragmentów „Jak kochać dziecko”, którego tekst miałem zresztą pod ręką. „Korczak kochał dzieci i nigdy, ale to przenigdy nie uderzył dziecka i nie ma potrzeby czytać czegokolwiek, skoro wiadomo…”.
Ach, muszę się teraz mocno wytłumaczyć, że choć podziwiam nie tylko myśl, twórczość i działanie, ale i samą postać Korczaka, a bicie dzieci uważam za barbarzyństwo, absolutnie nie napisałem tego, co powyżej, by Korczaka kompromitować, a tym bardziej jakkolwiek usprawiedliwiać czy relatywizować przemoc wobec dzieci. Korczak sam opisywał sytuacje, kiedy nerwy mu puszczały, ponieważ jego projekt wychowawczy był stworzony nie przez kamienny pomnik, nie przez statyczną fotografię i nie do pomników był adresowany. Korczak – neurotyk i choleryk, roztrzepany do granic możliwości, często humorzasty – pomimo tych cech podjął się pracy wychowawczej i kierował swoje pomysły do ludzi nie doskonalszych niż on sam. Wychowawców o stalowych nerwach nie ma (może byli w czasach, gdy nieznośnych wychowanków zsyłano na galery albo do karnych kompanii), a tam, gdzie się od wychowawcy wymaga perfekcyjnego opanowania, tam w miejsce zabronionych zachowań wejdą takie, których się nie da zabronić, a które dla dzieci są nie mniej, a często nawet bardziej krzywdzące. I właśnie dlatego – taki pogląd przebija z wszystkich prac Korczaka – dzieciom potrzebny jest nie tyle święty, co system, który biorąc pod uwagę naturę dziecka, weźmie w karby niedoskonałego wychowawcę. System, który zresztą życie – kluczowe pojęcie w poglądach Korczaka – będzie weryfikowało i zmuszało do zmiany.
Wychowanie przez śmierć
To właśnie opozycja życie – śmierć jest osią korczakowskiego rozumienia wychowania, a także jego rozumienia kwestii społecznych w ogóle. Wychowanie dotychczasowe, a więc przyznajmy, także to, którego doświadczają dzieci czasów nam współczesnych, w dużej mierze polega na zarażaniu dziecka śmiercią. Dziecko nie ma doświadczenia śmierci, mimo że czasami się z nią styka i wyobraża ją sobie (a szczególnie dotyczyło to przecież sierot, z którymi Korczak pracował), a życie, którego przeżyło tak mało, widzi jako niemal nieskończenie długie. W swojej wyobraźni jest więc nieśmiertelne, a może lepiej powiedzieć, wyłącznie żywe, bo kategorią śmierci się po prostu nie posługuje. Żyje instynktownie i życia nie trzeba go uczyć. Dorosły nie tylko zdaje sobie sprawę z kruchości i ulotności życia, nie tylko przeżył już tyle, że wie, iż wcale tak wiele mu nie zostało, a więc życie wcale nie jest długie. Dorosły wręcz myśli o życiu w perspektywie śmierci, poświęcając większość czasu, energii, troski na jej odwleczenie, odsunięcie nieco w czasie, zapobieżenie, o ile to tylko możliwe, jej nagłemu czy nierychłemu, ale i nieuchronnemu zjawieniu się. W pewnym momencie zabiegi mające na celu odsunięcie śmierci są już tak intensywne, że w ogóle całe życie zaczyna być postrzegane w tym kontekście.
Śmiercią zaraża dziecko taki rodzic, którego miłość i troska nieustannie podsuwają wyobrażenie, że dziecko może zginąć, że może stać mu się krzywda. Zarażają dziecko instytucje wychowawcze – przedszkole, szkoła, dom dziecka – w których najważniejszym kryterium działania jest uchronienie dziecka przed fizyczną szkodą, zapobieżenie wszelkim możliwym wypadkom. Zaraża śmiercią powszechne wyobrażenie o tym, że jeśli dziecku coś się stanie, jeśli poniesie ono jakikolwiek uszczerbek na zdrowiu, zawsze winny jest jego opiekun. Wychowawca największą odpowiedzialność – prawną i moralną – ponosi za zapewnienie dziecku fizycznego bezpieczeństwa i wszystkie inne swoje zadania może postrzegać jako drugorzędne. Czy rodzic, czy instytucjonalny wychowawca, będzie więc przede wszystkim zainteresowany tym, aby wpoić w dziecko obawę przed jakimkolwiek zachowaniem niosącym ryzyko fizycznej śmierci lub krzywdy. A że to właśnie wszelkie przejawy życia niosą największe ryzyko śmierci, staramy się, by dziecko żyło jak najmniej: nie biło się, nie biegało, nie brało do ust niczego, co nie zostało zweryfikowane przez wychowawcę, siedziało cicho i spokojnie w widocznym miejscu, aby się nie przewiało, nie zakrztusiło, nie przewróciło, nie zgubiło, aby nie zostało porwane, zgwałcone, zamordowane. To, że dziecko, którego życie jest przytłumione, cierpi, że – tak jak kwiat, któremu odebrano dostęp do słońca – nie ma szans na prawidłowy rozwój, nie interesuje nas wcale, skoro nasze zarażone śmiercią sumienie jest spokojne.
Korczak to cierpienie dostrzegł i oburzyło go ono wcale nie mniej niż cierpienie dziecka, któremu w ogóle odmawia się opieki, które się głodzi, zmusza do pracy ponad możliwości, wykorzystuje seksualnie czy krzywdzi fizyczną przemocą. To cierpienie tym większe, że sprawcy motywują je własną troską, miłością, poświęceniem, a więc pobudkami tak wzniosłymi i szlachetnymi, że zbuntować się przeciw niemu, choćby tylko w głębi serca, wydaje się dziecku niegodziwością. Wychowawca, który chce z dzieckiem żyć, a nie zarażać je śmiercią, powinien najpierw umieć to cierpienie dostrzec, a później uznać, że śmierć jest nieodłączną częścią i konsekwencją życia. Że dziecko powierzone jego opiece może zostać kaleką czy nawet umrzeć. Aby dać dziecku prawo do życia, należy dać mu prawo do śmierci. I właśnie prawo do śmierci Korczak uznał za pierwsze, najważniejsze z projektowanych praw dziecka2. Niech ma prawo umrzeć, aby mogło żyć. A wychowawca, aby pozwolił dziecku żyć, musi mieć, musi umieć dać sobie prawo do pomyłki, do tego, aby dziecko powierzone jego opiece umarło.
Praca i śmierć
Człowiek dorosły pracuje najczęściej nie po to, aby realizować potrzebę twórczości, ekspresji, kontaktu ze światem i innymi ludźmi. Pracuje po to, żeby zarobić na jedzenie, dach nad głową, ubrania, lekarstwa, które dopiero pozwolą mu żyć i odsunąć nieco śmierć.
O tych jedzeniu, dachu nad głową, ubraniach czy lekarstwach rzadko myśli jako o czymś, co przynosi mu beztroską radość, ale najczęściej jako o uciążliwej konieczności, dzięki której może odsunąć śmierć lub zapobiec społecznej degradacji. Pracuje, żeby odłożyć coś na starość, żeby uniknąć poniżenia umierania w nędzy i poniewierce. Pracuje, aby zyskać wyższy społeczny status, który pozwoli mu przestać pracować lub zmienić pracę na mniej upokarzającą, co ma też ten efekt, że sama praca jest przez niego postrzegana jako nużąca, podła konieczność, sama w sobie nie będąca życiem, choć życie to warunkująca3.
Istotny jest tu również fakt, że klasy postrzegane jako wyższe, a więc te, które zawłaszczyły nie tylko bogactwo i władzę, ale także narzuciły niższym klasom swoje poczucia estetyki, godności i honoru, albo nie pracują, albo wykonywane przez siebie zajęcia przedstawiają jako lepsze, piękniejsze, bardziej godne. W końcu więc dorosły całą swoją pracę, całą społecznie pożyteczną aktywność życiową zaczyna postrzegać przez pryzmat śmierci, każdą pracę postrzega jako poniżającą i wysysającą życiowe siły. Jedyną wypracowaną przez wieki kategorią pozwalającą człowiekowi pracującemu zachować nieco godności jest poświęcenie. Człowiek, wykonując zajęcia ciężkie, wyniszczające, zabierające życie i postrzegane jako niegodne, może poczuć się lepiej, jeśli wyjaśni sobie ich konieczność nie własnym dobrem, lecz dobrem bliskich, zwłaszcza dzieci, czy w ogóle innych ludzi. Tym samym jednak przerzuca własne upokorzenie na tych, wobec których się poświęca, obarczając ich odpowiedzialnością za własne cierpienie, nawet jeśli znoszone dzielnie. Mówi o tym narrator utopijnej powieści „Szkoła życia”, będącej artystycznym wykładem poglądów samego młodego Korczaka: Mus, przyzwyczajenie czy „stępienie” – wreszcie poświęcenie – niewoliły ludzi do wykonywania czynności, które przesąd i nieświadomość uważały za poniżające i niegodne człowieka4.
Takim, skażonym śmiercią, postrzeganiem pracy dorośli usiłują na wiele sposobów zarazić dzieci.
Jedni – to jest przykład zarażania śmiercią najmniej skomplikowany, choć najbardziej nas dziś oburzający – wykorzystują władzę nad dziećmi, aby je do pracy przymusić, jej efekty po prostu złupić i zaprząc do własnych celów, choć często tak czy inaczej uświęconych. Każą więc dzieciom – czy to z czystego cynizmu i łajdactwa, czy dla dobra rodziny albo instytucji opiekuńczej lub wychowawczej – pracować zarobkowo, przy czym zagarniają owoce tej pracy według własnego uznania, uważając, że dziecko jest na tyle dorosłe, aby pracować, ale nie na tyle, by decydować, na co spożytkuje owoce swej pracy.
Mamy tu do czynienia z niewolnictwem sensu stricto, i to nawet gdy wiejski dzieciak zaganiany jest przez ojca do pasania rodzinnych gęsi, miejski syn rzemieślnika do pomocy przy pilnej robocie, a córka do cerowania. Nie mówiąc już o takich przypadkach, o których nawet w Europie do dzisiaj się słyszy – przypomnijmy choćby niedawne doniesienia o prowadzonych przez Kościół sierocińcach w Irlandii – gdy domy dziecka lub ich personel utrzymują się z pracy podopiecznych. A gdy spojrzymy poza nasz kontynent, to zobaczymy szanowane korporacje, w których fabrykach zatrudnia się dzieci za głodowe wynagrodzenie. Jak pisał Korczak: Praca dziecka ubogiego jest utylitarna, nie wychowawcza, nie liczy się z jego siłami ani cechami indywidualnymi5. Dziecko w takich przypadkach wykonuje pracę niechcianą, przymuszoną, z której efektów jest okradane i której głębszego sensu nie rozumie. Uczy się więc pracy martwej, może nawet nie zdawać sobie sprawy, że mogłaby ona dawać radość.
Inni – zwłaszcza rodzice zamożni, ale także, i to wcale nierzadko, instytucje oświatowe, wychowawcze i opiekuńcze – izolują dzieci od pracy. Opiekunowie, dla których własna praca jest koszmarem, daniną złożoną śmierci przez życie, są przekonani, że praca jako taka jest czymś podobnym. Chcą więc jak najdłużej chronić podopiecznych przed tak strasznym doświadczeniem, przekonani, że szczęśliwe dzieciństwo zapewnią tylko trzymając dziecko jak najdalej od wysiłku i obowiązku, tudzież aplikując wysiłek i obowiązek, ale wyłącznie „rozwojowy”, a więc taki, który będzie procentować w dalekiej przyszłości, gdy dziecko już dorośnie (najróżniejsze szkoły, kursy i lekcje). Przychodzą im w sukurs różne ideologie wychowawcze, a także gotowe przekonania (jak Korczak konsekwentnie je nazywa: przesądy) klas wyższych, przenikające także do klas niższych, że dziecko powinno się bawić i uczyć, że taka właśnie aktywność jest zgodna z dziecięcą naturą i służy rozwojowi, a pracować, tym bardziej zarobkowo, nie powinno w żadnym wypadku. Kochający opiekunowie dbają zwłaszcza o to, aby dzieci im powierzone nie miały najmniejszego kontaktu z pracą uważaną za poniżającą, brudną, wstrętną, a więc taką, jaką zazwyczaj wykonują ludzie z klas najuboższych. W ten sposób dziecku tym bardziej narzuca się przekonanie, że pracy powinno się wystrzegać za wszelką cenę, a jeśli już życie je do niej zmusi, to będzie to poniżające. Że pracując nie żyje się, a co najwyżej zarabia na życie, na odwleczenie w czasie śmierci.
Jeśli wychowawca – wszystko jedno: rodzic czy pracownik stosownej instytucji – izoluje dziecko od pracy, twierdząc, że chce mu zapewnić lepsze lub dłuższe dzieciństwo, podarować szczęście, którego samemu nie było mu dane doświadczyć, dać czas i możliwości nieskrępowanej zabawy itp., wtedy zaraża dziecko śmiercią, którą sam został kiedyś zarażony. Czyni dziecku krzywdę wcale nie mniejszą niż łajdak, który dla własnej korzyści zmusza dzieci do pracy ponad ich siły i możliwości. A w dodatku ma dla tej krzywdy mnóstwo usprawiedliwień, oczekuje wręcz za nią wdzięczności i od samego dziecka, i od społeczeństwa. Niejednokrotnie Korczak pisze o dzieciach, których potrzeba pracy była przez dorosłych tłumiona i które przez to więdły jak kwiaty, kiedy się im odbierze dostęp do słońca i wody. Janek, bohater „Dziecka salonu”, w tym właśnie widzi przyczynę swoich niedających się opanować neurastenii i smutku, które z koszmarnego, sytego dzieciństwa przenoszą go w pozbawioną celów dorosłość. Król Maciuś I z zazdrością patrzy na gazeciarzy i pomocników rzemieślniczych – swoich rówieśników, którym wolno w biegu i z wrzaskiem zarabiać na chleb.
Praca jako życie
A przecież praca, czynność – to synonim życia – życia zdrowego, normalnego, jędrnego6 – pisze Korczak i konsekwentnie w swoich tekstach utożsamia pracę z życiem. Praca jest życiem, naturalnym i błogosławionym stanem ludzkiej aktywności, dającym człowiekowi radość, możliwość nie tylko podporządkowywania sobie świata przyrody (jak postrzegał ją np. mentor młodego Korczaka, Stanisław Brzozowski), ale także poczucia się częścią tego świata. Korczak uważa, że to właśnie praca powinna być i środkiem, i celem wychowania, tak jak środkiem i celem wychowania powinno być życie. Oczywiście nie taka praca, której owoce ktoś – czy to rodzinny, czy instytucjonalny wychowawca, a później feudał, kapitalista, państwo – przechwyci i wykorzysta według własnej woli. Oczywiście również nie taka praca, która będzie służyła podporządkowaniu sobie innych ludzi i ich życiowej aktywności.
Wychowuje się dziecko przez pracę i dla pracy, czyli przez życie i dla życia. I tym właśnie różni się najgłębsza, aksjologiczna podstawa korczakowskiego systemu wychowania od podstaw systemów współczesnych mu reformatorów pedagogiki, takich jak Georg Kerschensteiner, John Dewey, Maria Montessori czy Anton Makarenko. Korczak – inaczej niż oni – uważa, że wychowuje się nie dla państwa, nie dla pracodawcy czy rynku, nie dla społeczeństwa, nie dla zbawienia, ale po prostu dla życia. Owszem, z takiego wychowania państwo czy społeczeństwo (a może i Niebiosa) mogą odnieść korzyści, ale niejako przy okazji. To właśnie życie, każde inne, każde odmienne, jest celem samym w sobie. Wychowanie to nie tylko przygotowywanie do życia, ale właśnie życie, i nie da się lepiej człowieka do życia wychować, niż po prostu żyjąc z nim i pozwalając mu żyć.
Według Korczaka wcale nie jest tak, że życie dziecka realizuje się przede wszystkim w bezcelowej i beztroskiej zabawie. Zabawa jest nie tyle żywiołem dziecka, ile jedyną dziedziną, gdzie mu zezwalamy na inicjatywę w węższym lub szerszym zakresie. W zabawie dziecko czuje się do pewnego stopnia niezależnym. Wszystko inne jest przelotną łaską, chwilową koncesją, do zabawy dziecko ma prawo. […] Kijek nie jest dla dziecka koniem, ono w braku prawdziwego musi pogodzić się z drewnianym. Jeśli na przewróconym krześle płyną po pokoju, to nie jest to przejażdżka łódką po stawie7. To nieprawda, że dziecko nie lubi pracy. Liczne zabawy dzieci są pracą. Jeśli we czworo budują szałas, kopią skrawkiem blachy, szkłem, gwoździem, wbijają kołki, wiążą, pokrywają dachem z gałęzi, mchem wyścielając, pracując na przemian z wysiłkiem i milcząco, to ospale, ale projektując ulepszenia, rozwijając dalsze plany, dzieląc się wynikami zdobytych spostrzeżeń – to nie zabawa, a nieumiejętna praca niedoskonałymi narzędziami, niedostatecznym materiałem, więc mało owocna, ale zorganizowana tak, że każde, zależnie od wieku, sił, kompetencji, wkłada tyle wysiłku, na ile je stać8.
Tym bardziej dzieci lubią pracę celową, taką, która przynosi widoczne efekty. Czyli dzieci nie różnią się tu specjalnie od dorosłych, poza tym, że żyjąc krótko, mają inną perspektywę tego, kiedy praca przynosi efekty. Dorosły może czekać na efekt swojej pracy kilka lat, dziecko porzuci aktywność, gdy zorientuje się, że nie jest w stanie ogarnąć wyobraźnią czasu potrzebnego na uzyskanie owoców, przez co straci poczucie jej sensowności. Ale jeśli tylko będzie mogło sobie wyobrazić, że praca osiągnie cel, powróci do niej z zapałem. Oczywiście dzieci, tak jak i dorośli, mają w zwyczaju migać się od niechcianego obowiązku, unikać zmęczenia czy znużenia, oszukiwać przy pracy, spychać niechcianą robotę na innych itp. Ale nie można przyjmować, że jest to skłonność wyłącznie dziecięca i z tego powodu dzieciom pracy szczędzić.
Wychowawca nie powinien obawiać się także dziecięcych łez i fochów służących wyłganiu się od obowiązku niechcianego w danym momencie. System korczakowski w żadnym wypadku nie był wolny od przymusu, tak jak i życie człowiekowi przymusu nie szczędzi. Dzieci powinny znać pojęcie przykrego obowiązku, oczywiście niektórych obowiązkowych prac nie znoszą, i to należy uszanować, choć nie ulegać. Należy za to starać się je przekonać, że nie ma obowiązku upokarzającego czy poniżającego. Mycie klozetu po maluchu, który jeszcze nie potrafi sam tego zrobić, czy pilnowanie, aby dokładnie się podtarł, to tak samo szczytne czynności, jak dające poczucie satysfakcji pilnowanie, aby po załatwieniu się dokładnie umył ręce. Są pracą szczytną i przede wszystkim celową, bo jej efekt może dziecko zauważyć od razu lub bardzo szybko: a więc w zrozumiałej dla siebie perspektywie.
Wychowanie przez pracę i dla pracy, przez życie i dla życia
I właśnie taka praca obecna była w praktyce instytucji wychowawczych Korczaka: na koloniach, w Domu Sierot i w Naszym Domu. W każdym momencie podkreślano oraz pozwalano dzieciom doświadczyć użyteczności i celowości ich pracy. Dzieci wykonywały wszystkie te działania, które nie wymagały umiejętności bardzo fachowych, takich, na których nauczenie się potrzeba czasu przekraczającego możliwości dziecka. Dorośli fachowcy naprawiali więc instalację elektryczną czy hydrauliczną, ale to dzieci wymieniały przepalone żarówki lub przygotowywały kolegom kąpiel. Zdiagnozowanie i opatrzenie bolącego ucha wymagało interwencji dorosłego lekarza, ale dziecięce kompetencje były wystarczające do obcinania kolegom paznokci lub przeglądania, czy w ich włosach nie zagnieździły się wszy. Dorosła, doświadczona kucharka przyrządzała smaczne potrawy, ale dzieciom wystarczyło wprawy i umiejętności do obierania ziemniaków, przynoszenia wody i węgla, zmywania po śniadaniu czy obiedzie. I co więcej: umiejętności tych doświadczeni wychowankowie uczyli nowych, nadzór nad pracą dzieci także powierzony był dzieciom, a dorośli starali się, o ile to tylko możliwe, nie ingerować w konsekwencje zaniedbań lub złej pracy dziecięcych pracowników. Jeśli dyżurni, którym powierzono obranie kosza ziemniaków, po obraniu kilkunastu porzucili obowiązek, wtenczas wszyscy – dzieci i wychowawcy – jedli rzadką zupę. Jak najmniej ingerowano także – to bardzo istotne – w sposób wykonania pracy. Praca miała być zrobiona na czas, a jeśli ktoś poradził sobie z nią szybciej, było jego sprawą, czy pomoże mniej sprawnym kolegom, czy będzie się obijał.
Praca dzieci na rzecz Domu Sierot była w dużej mierze płatna9, a honoraria za jej wykonanie młodzi pracownicy mogli wykorzystać zgodnie ze swoją wolą. Tak wyjaśniał to sam Korczak: Jakkolwiek w Domu Sierot tylko część dyżurów jest płatna, jestem zdania, że wszystkie powinny być płatne. Chcąc wytworzyć dobrych obywateli, nie mamy potrzeby tworzyć idealistów. Dom Sierot nie robi łaski, opiekując się dziećmi, które nie mają rodziców, a zastępując w materialnej opiece zmarłych rodziców, nie ma prawa nic żądać od dzieci. Dlaczego nie mamy możliwie wcześniej nauczyć dziecka, czym jest pieniądz, wynagrodzenie za pracę; aby czuło wartość niezależności, którą daje zarobek; aby poznało dobre i złe strony posiadania. Nie wychowa żaden wychowawca stu ideowców ze stu dzieci, samorodnie wyłoni się ich kilkoro, a biada im, jeśli nie będą umiały liczyć. Bo pieniądz daje wszystko prócz szczęścia; daje nawet szczęście i rozum, i zdrowie, i moralność. Naucz dziecko, że daje i nieszczęście, i chorobę, że rozum odbiera. Niech za zarobione pieniądze naje się lodów i niech je brzuch rozboli; niech przez dziesiątkę pokłóci się z przyjacielem; niech przegra, zgubi, niech mu ukradną; niech i pożałuje, że kupił, niech połakomi się na dochodowy dyżur i przekona, że nie było warto, niech zapłaci za wyrządzoną szkodę10.
Wychowankowie Domu Sierot – dziesięcio-, dwunastolatki – pracowali często także na zewnątrz: jako gazeciarze (praca gazeciarza fascynowała Korczaka jako jakby stworzona dla dziecka: dużo ganiania, krzyku, ale odpocząć można, kiedy się chce, a nie kiedy każą, im więcej się zrobi, tym więcej zarobi, efekt w postaci monety widoczny natychmiast), u rzemieślników, pomagając w handlu itp. Były wśród nich i takie, które swoim zarobkiem znacząco pomagały rodzinie, ale był to ich własny wybór. Każdy człowiek, niezależnie od wieku, ma prawo rozporządzać swoim zarobkiem. Skoro może pracować, może wydawać, choćby i głupio. Ale zawsze lepiej, jeśli dziecko (i w ogóle człowiek) pieniądze zarobi, niżby miało, np. wykorzystując swoją umiejętność manipulowania uczuciami opiekunów, zagarnąć je i stać się małym wyzyskiwaczem. Bo powtórzmy: praca i zdobywanie środków do życia są życiem samym w sobie, a wszelkie próby chronienia dziecka przed życiem wynikają z dorosłego zarażenia śmiercią.
Dajmy im żyć
Dziś nie chcemy pamiętać, że nożyk do obierania ziemniaków, ścierka i szczotka do klozetu były nie mniej istotnymi emblematami korczakowskiego systemu wychowawczego niż sąd, gazeta czy pełna zrozumienia rozmowa z wychowawcą. Że potłuczone kolana, rozbite nosy i blizny na buziach mogły być świadectwem nie złego, ale dobrego wykonywania obowiązków przez wychowawcę. Że były świadectwem życia, czyli – to może warto powtórzyć – jedynego korczakowskiego środka i celu wychowania.
Wyobrażamy sobie Korczaka jako zawsze otoczonego gromadką dzieciaków (jak na jego znanych fotografiach), które zawsze do niego lgnęły, mimo że on sam, z konsekwencją godną zauważenia, pisał o takich, które go nie znosiły, które odliczały dni dzielące je od opuszczenia Domu Sierot. Może warto o tym przypominać? Nie po to, aby Korczaka zrzucać z pomnika, nie po to przecież, żeby dowodzić, że był złym wychowawcą. Ale właśnie po to, aby podkreślić, że dzisiejszy powszechny wizerunek Starego Doktora nie ma nic wspólnego z jego życiem (ani w ogóle z życiem), działaniem, systemem wychowawczym. Wielu jest nauczycieli, którzy chcieliby Korczaka – tego współczesnego świętego – naśladować, a że nie wiedzą jak, idą za wyobrażeniem mężczyzny o szlachetnej, zatroskanej twarzy, do którego dzieci się garną. I tę swoją szlachetność, wyraz zatroskania na twarzy, to garnięcie się dzieci biorą za sprawdzian własnych pedagogicznych kwalifikacji. Może nawet rozważają w wyobraźni, czy w sytuacji ostatecznej dokonaliby korczakowskiego wyboru.
Ale czemu to służy? Jak wielokrotnie pisał sam Korczak, wyrazy miłości i wdzięczności dzieci można kupić za fałszywą monetę, oszukując w ten sposób i je, i siebie samego. Przystroiliśmy dzieci w uniform dziecięctwa i wierzymy, że nas kochają, szanują, ufają, że są niewinne, łatwowierne, wdzięczne. Gramy bez zarzutu rolę bezinteresownych opiekunów, rozrzewniamy się myślą o ponoszonych ofiarach i, rzec można, dobrze nam z nimi do czasu11. Zatroskanie i miłość do dzieci mogą być objawami zarażenia śmiercią. A rozważanie tego, jak zachowalibyśmy się w sytuacji, w której moglibyśmy się znaleźć, ale się nie znaleźliśmy, nie ma chyba większego sensu.
A może właśnie warto by zapomnieć choć na chwilę o świętym Starym Doktorze, który zginął męczeńską śmiercią, zerknąć w przyżółcone książki Janusza Korczaka i zastanowić się nad tym, jak dzisiejszym dzieciom oszczędzić zarażania śmiercią. Jak dzisiejszym dzieciom, dzisiejszym wychowawcom, dzisiejszym ludziom – pozwolić żyć.
Jarosław Górski
Przypisy:
- Ciekawe jest to, że z okazji Roku Korczakowskiego kilka polskich wydawnictw zdecydowało się wznowić książki Korczaka dla dzieci, wydana została świetna biografia Joanny Olczak-Ronikier oraz kilka biografii popularnych i książek wspomnieniowych, ale „Jak kochać dziecko” wydano ostatnio w niewielkim nakładzie 10 lat temu. Rynek się nasycił.
- Wzywam o magna charta libertatis, o prawa dziecka. Może jest ich więcej, ja odszukałem trzy zasadnicze:
Prawo dziecka do śmierci.
Prawo dziecka do dnia dzisiejszego.
Prawo dziecka, by było tym, czym jest (Janusz Korczak, Jak kochać dziecko [w:] tegoż, Dzieła, t. 7, Warszawa 1993, s. 43).
- Widzimy tu wyraźne echo poglądów Marksa i jego koncepcji alienacji pracy. Korczak jednak widzi objawy tej alienacji nie tak jak Marks najsilniej w pracy robotników najemnych, dla których praca jest obca również dlatego, że nie jest ich własnością, ale w równym stopniu także np. w pracy rzemieślników i handlowców utrzymujących się z pracy własnej, czy członków elit, którzy muszą pracować, aby utrzymać status, bo oni, choć pracują dla siebie, również są niewolnikami pracy, ponieważ oddają jej swoje życie, pracują, aby żyć, a nie pracują – żyjąc.
- Janusz Korczak, Szkoła życia [w:] tegoż, Dzieła, t. 4, Warszawa 1998, s. 65.
- Janusz Korczak, Jak kochać dziecko [w:] tegoż, Dzieła, t. 7, Warszawa 1993, s. 84.
- Szkoła życia, s. 33.
- Jak kochać dziecko, ss. 83–84.
- Tamże, ss. 84–85.
- W różnych czasach było z tym różnie, w zależności od tego, jakimi środkami dysponowało Towarzystwo „Pomoc dla sierot”. Nie jest celem niniejszego artykułu historyczna rekonstrukcja zmieniających się warunków Domu Sierot (ciekawym można polecić książkę Idy Merżan Aby nie uległo zapomnieniu. Rzecz o Domu Sierot, Warszawa 1987. Sporo o tym pisze też sam Korczak w Jak kochać dziecko, a cytowane wydanie tej książki zawiera obszerne przypisy i wyjaśnienia), lecz wskazanie na korczakowskie utożsamienie pracy i życia oraz na doniosłe znaczenie pracy w poglądach pedagogicznych Korczaka.
- Tamże, s. 289.
- Tamże, ss. 92–93.
przez administrator | środa 23 stycznia 2013 | inspiracje, nasze tradycje
Coraz częściej przychodzili do mnie znajomi robotnicy i urzędnicy ze stereotypową prośbą o napisanie po francusku albo po niemiecku listu do dyrekcji zakładów żyrardowskich, a przeważnie do dyrektora generalnego, pana Koehlera. Robotnicy pamiętali jeszcze czasy, gdy dawny właściciel Żyrardowa, Karol Dittrich, uprzejmie odpowiadał na listy skierowane do niego, kazał badać wynikłe spory, udzielał pomocy, radził potrzebującym rady. Teraz więc, gdy starzy urzędnicy i robotnicy tracili pracę, a nie otrzymywali odpowiedniej emerytury, każdy z nich był przekonany, że byle donieść o tym dyrektorowi generalnemu, to wszystko zmieni się od razu. Ale należało napisać do niego po niemiecku albo po francusku. Korespondencja ta stała się bardzo jednostronna, bo na listy i podania wysłane do pana Koehlera nikt nigdy nie otrzymywał odpowiedzi, bez względu na to, czy pisał urzędnik mający za sobą trzydzieści lat pracy na wysokim stanowisku fabrycznym i społecznym, czy też robotnik, który po półwiekowej pracy został „zredukowany”. Pan dyrektor po prostu nie odpowiadał, dostępu do niego nie było i sprawy likwidowały się jakoś same przez się, ulegały przedawnieniu, zapomnieniu, radykalnemu zlekceważeniu.
Biura fabryczne zostały przeniesione do Warszawy i dyrektor Koehler nakazał urzędnikom, aby się przeprowadzili do stolicy. Ni mniej, ni więcej. Że istniał bezprzykładny głód mieszkaniowy i że nawet za liche mieszkanko trzeba było płacić wysokie odstępne, tego nie przyjmował po prostu do wiadomości. Niektórym urzędnikom udzielano pożyczki na nabycie mieszkania w Warszawie, a pożyczkę odbierano potrąceniami z pensji. W Żyrardowie opustoszał wielki, kosztowny gmach kantoru głównego, a mnóstwo ładnych i wygodnych mieszkań w domach i willach fabrycznych stało pustkami. Oczywiście, nie brakło amatorów na te mieszkania, ale urzędnicy przenosili się do Warszawy, a osobom prywatnym fabryka mieszkań wynajmować nie chciała. Była to polityka w wielkopańskim stylu: przepadał dla fabryki czynsz mieszkaniowy za tyle pustych mieszkań po wysiedlonych urzędnikach, a w dodatku za pomieszczenia na biura w Warszawie musiały zakłady żyrardowskie płacić 80 tysięcy rocznie. Dla fabryki były to drobiazgi pozbawione większego znaczenia, ale jednocześnie zaprowadzono oszczędności, bardzo podobne do dokuczliwego i złośliwego sknerstwa, którego skutkami obarczano wyłącznie ubogiego robotnika, drobnego urzędnika, rzemieślnika i kupca. Gdzie się dało zaoszczędzić złotówkę kosztem najuboższej ludności żyrardowskiej, zaoszczędzano ją jak najskwapliwiej, ale nie żałowano setek tysięcy, gdy chodziło o dogodzenie kaprysom dyrekcji.
Od roku 1927 coraz częściej powtarzano imiona dwóch nowych władców Żyrardowa: Koehlera i Waśkiewicza. Dwa te imiona zrosły się z sobą tak ściśle, że gdy się powiedziało Koehler, to echo niby myśl natrętna dopowiadało: Waśkiewicz. To kazał zrobić Koehler, tamto zarządził Waśkiewicz. […] Sprowadzano z zagranicy nowych urzędników, tak zwanych asów przemysłowej i handlowej reorganizacji i racjonalizacji. Przyjeżdżał taki pan Pfau. Sześć tysięcy miesięcznie, wspaniała willa, świadczenia wszelkiego rodzaju. Kontrakt na trzy lata. Posiedzieli zacni ludzie trzy lata, wzięli z tytułu umowy 240 tysięcy, wydali z tej sumy na swoje utrzymanie jakie 10 tysięcy najwyżej i wyjechali śmiejąc się zapewne w kułak, że tak łatwo można w Polsce zarobić gruby grosz. Łatwo oczywiście, bo pan Pfau nie miał najmniejszego pojęcia o fabrykacji, a cała jego racjonalizacja pracy i handlu polegała na sztuce wypatrywania, komu by tak jeszcze można urwać coś niecoś z zarobku.
Siedział sobie w biurze tkalni pan Ulrich, specjalista od jedwabiu, chociaż z jedwabiem Żyrardów nie miał nic wspólnego. Likwidowano nawet len, aby tym wydatniej przerabiać bawełnę, jako że główny akcjonariusz pan Boussac był królem bawełny i na bawełnie zbijał majątek. Pobierał ten pan Ulrich 4500 złotych miesięcznie i nie robił literalnie nic, bo jedwabiu w Żyrardowie nie przerabiano. Robotnicy śmieli się z niego, że za całe zajęcie miał ten dyrektor wywabianie plam z tkanin. Kontrakt także na parę lat i na to rady nie było. Posiedział, powywabiał trochę plam i wyjechał wywożąc grube pieniądze. Ilu było w Żyrardowie takich racjonalizatorów i reorganizatorów pracy i jakie pieniądze powywozili, o tym społeczeństwo polskie nigdy nie dowie się całej prawdy, bo to są sekrety „handlowe”. Te właśnie sekrety podlegały bezpośrednio władzy dyrektora generalnego, Koehlera. Angażował inżynierów i dyrektorów specjalistów, ale żadnemu z nich nie pozwolił nic robić samodzielnie. Duża pensja, wysokie stanowisko i wywabianie plam. Dyrektor Koehler sam za wszystko odpowiadał i sam znał się na wszystkim najlepiej. Kazał np. poprzesuwać ciężkie maszyny w przędzalni lnu i to w taki sposób, że cienka posadzka żelazobetonowa groziła załamaniem się i nieobliczalną w skutkach katastrofą, ale nikt nie byłby się odważył zwrócić mu na to uwagę, bo każdy mógł wylecieć z fabryki na poczekaniu. Dopiero po jego śmierci z największym pośpiechem zdemontowano maszyny i poustawiano je na dawnych miejscach. Gdy pończoszarnia szła nieosobliwie i gdy fachowcy mówili, że trzeba koniecznie podnieść gatunek wyrobów pończoszniczych i obniżyć ceny, pan dyrektor generalny kazał przenieść maszyny do innego gmachu. Oczywiście, że te kosztowne przenosiny nic nie pomogły.
Taki był pan Koehler. A pan Waśkiewicz? Pewnego dnia pojawił się w Żyrardowie pan w rogowych okularach i „zajął stanowisko”. Miał poprzedników, ale poprzednicy ci jeden po drugim opuszczali Żyrardów, nie chcąc być narzędziem polityki fabrycznej, jawnie przeciwspołecznej. Pan Waśkiewicz zaprezentował się od razu wszystkim i każdemu. Obchód narodowy? Oczywiście, on na pierwszym miejscu. Zebranie towarzyskie w resursie? Naturalnie za jego specjalnym zezwoleniem. Zabawa sylwestrowa? Pod protektorem jaśnie wielmożnego pana dyrektora Jana Waśkiewicza. Urzędnicy mówili między sobą o nowych porządkach, ale tylko szeptem, bo nowy dyrektor bywał nie tylko protektorem zabaw sylwestrowych, lecz i groźnym władcą. Był wprawdzie tylko pomocnikiem dyrektora Koehlera, ale obowiązki swoje traktował z wielką sumiennością i interesy fabryki ucieleśnił w sobie. Gdy trzeba było wyszorować podłogę, dawny zarząd dawał szczotki na kijach, ścierki, szare mydło, sodę i kazał szorować. Pan Waśkiewicz przystępował do takich rzeczy obrzędowo: ile szarego mydła trzeba na metr kwadratowy podłogi? Na jak długo wystarczy ścierka? Ile zużywa się szczotki? Racjonalizacja gruntowna. W biurze stawał nad pracownikiem: „Co pan teraz robi? Czy nie można by trochę prędzej? Czy umie pan robić to a to?”. Pracę trzech zgarniało się na kupę, dzieliło się ją między dwóch, a trzeci mógł sobie iść. Reorganizacja na całego. […]
Pan Waśkiewicz rozejrzał się w sytuacji i z całą swą gorliwą wiernością zabrał się do służenia swojemu Koehlerowi. Przede wszystkim odmłodzenie zakładów żyrardowskich! […] Zaczęto sobie opowiadać, że na miejsce starych i niestarych robotników przyjmuje się dzieci, ale te dzieci muszą terminować. […] Pomysł był kuszący: rodziców na bruk, a ich dzieci pracować będą darmo, w zamian za perspektywę otrzymania później pracy stałej. Pan Waśkiewicz zabrał się do zrealizowania tej pięknej myśli z gorliwością wprost niezrównaną. Bywają tacy służbiści, którzy dla przypodobania się swemu panu gotowi wyleźć ze skóry. Pojawiły się „Kontrakty oddania chłopca na naukę rzemiosła”. W kontraktach tych pan Waśkiewicz dyskontował dla fabryki i dla własnej kariery braki ustawodawstwa społecznego, bierność społeczeństwa, a przede wszystkim nędzę wyzyskiwanych. Wszyscy wiedzą przecie, że fabryka rozbiła rzemiosła na szereg rękoczynów przy maszynach i że w żadnej fabryce robotnik, choćby pracował trzydzieści czy czterdzieści lat, nie wyuczy się rzemiosła. A więc fikcja i podstęp, czyli chytry wyzysk.
Nauka rzemiosła u pana Waśkiewicza miała być zrazu bezpłatna, czyli że ani on nie płacił terminatorowi, ani rodzice terminatora nie płacili jemu. Ale w warunkach straszliwej nędzy, jakie razem z Koehlerem wytworzył, sama nadzieja otrzymania pracy była już sowitą zapłatą, więc dzieci rodziców wygnanych z fabryki garnęły się tłumnie do terminu, aby pracować darmo tam, gdzie rodzice ich pracowali za jakie takie wynagrodzenie. Terminowanie miało trwać aż trzy lata, podczas gdy naprawdę wystarczają cztery tygodnie, aby się wyuczyć sekretów pilnowania maszyny. Dawniej terminator fabryczny otrzymywał od razu wynagrodzenie jako dniówka, a po czterech czy sześciu tygodniach nauki własne krosna czy własny przydział przy maszynie. A tu trzy lata! Majster dawnego typu zobowiązywał się, że terminatora czegoś naprawdę nauczy, ale pan Waśkiewicz nie myślał brać na siebie takiego obowiązku i pozostawiał sobie wolną rękę. […] Taki kontrakt wiązał ucznia i jego rodziców, ale do niczego nie zobowiązywał pana Waśkiewicza. Terminator pracował, oczywiście, jak stary robotnik, niekiedy jeszcze wydajniej, bo wiadomo, że siły młodociane uskrzydla wrażenie nowości i pociąga zaciekawienie, wzbudzając gorliwość, jakiej w starych robotnikach być nie może. I takich właśnie „terminatorów” można było wyzyskiwać jako robotników darmowych, aby ich następnie wyrzucić i zastąpić nowymi darmowymi terminatorami. Gdy opinia zaczęła sarkać na to bezpłatne terminowanie, pan Waśkiewicz raczył płacić po 80 groszy dziennie, ale rzecz osobliwa, że terminator od razu otrzymywał książeczkę robotniczą, a kierownik oddziału nie troszcząc się o to, że ma do czynienia z terminatorem pana Waśkiewicza, który ma pobierać po 80 groszy dziennie, wyznaczał mu wynagrodzenie od sztuki. W rezultacie takich dziwnych manewrów młodociany po parotygodniowej darmowej robocie otrzymywał wreszcie pierwsze wypłaty, wynoszące jakie trzy złote z groszami za tydzień pracy. Ale co najważniejsze, to fakt, że na kontrakty oddania chłopca na naukę rzemiosła przyjmowano nie chłopców, ale dziewczyny. Chłopców do fabryki nie przyjmowano. Popracowały takie młode robotnice, pozarabiały po trzy-cztery złote na tydzień i zgodnie z umową zostawały zwolnione w chwili, gdy trzeba było przyznać im większy zarobek, a na ich miejsce przyjmowano terminatorki nowe. Obrót młodocianymi siłami robotniczymi był żywy, praktyczny, cyniczny. […]
Mniejsza o majstersztyki takich panów, ale obojętność społeczeństwa, bierność wyzyskiwanych i brak jakiegoś głębszego zainteresowania dla spraw tak ważnych ze strony prasy – to zagadka po prostu tragiczna. Zainteresowanie się Żyrardowem miało przyjść dopiero później, gdy już było tylko prostym stwierdzaniem smutnych faktów, nie dających się odrobić. Na razie pojawiały się w prasie tylko luźne uwagi, notatki, artykuliki, z których ani jeden nie próbował sięgnąć głębiej. Jedyną konsekwentną akcję prowadził Magistrat. Prezydent miasta, p. Edmund Orlik, krzątał się, jeździł do Warszawy, informował władze, organizował pomoc dla bezrobotnych, szukał rozwiązania sprawy żyrardowskiej, gdzie tylko mógł, zalecając Żyrardów jako pierwszorzędny ośrodek przemysłowy. Inicjował akcję prasową w obronie Żyrardowa, zdobywał ciekawy materiał dowodowy, dotyczący gospodarki nowego zarządu, polecał układać memoriały dla władz rządowych, sejmu, prasy. Lecz trudności żyrardowskie nie były odosobnione i wyłącznie nasze. Robotnik żyrardowski, pozbawiony pracy w fabryce, nie miał dokąd odpłynąć i dlatego dzień w dzień przed Magistratem i przed biurem Funduszu bezrobotnych tworzyły się zatory unieruchomionej energii robotniczej. Trzeba było radzić. Ale jak? Roboty publiczne wymagały dużych pieniędzy, a o kredyty nie było łatwo. Magistrat i Rada Miejska wyzyskały wszystkie możliwości dopomożenia bezrobotnym, ale te możliwości były ogromnie ograniczone w stosunku do bezmiaru nędzy, jaka się w Żyrardowie zagnieżdżała. […]
Tymczasem pan Koehler sprowadza nowe kosztowne maszyny-automaty, przy których obsługa ludzka jest niemal zbędna, a pan Waśkiewicz przesiewa przez sito swoich kombinacji imiona tych, którzy mają być niebawem „zredukowani”. Z ust do ust idzie smutna wieść, że lista nowych redukcji już jest gotowa, że czterystu osiemdziesięciu robotników pójdzie na bruk. Ale na to nie ma rady. To jest racjonalizacja i reorganizacja pracy. Reorganizacja w imię czego? Dla kogo? Czy to naprawdę nikogo nie obchodzi, że tysiące ludzi musi głodować, ulegać straszliwej degradacji społecznej w rozpaczy i nędzy? Czy jedyną odpowiedzią na te pytania jest i będzie zawsze to jedno nic nie mówiące słowo: kryzys? Co to jest kryzys? Kto jest sprawcą kryzysu? Kiedy się skończy ten wielopostaciowy kryzys? […]
W Żyrardowie było coraz gorzej. Związki zawodowe zostały rozbite albo wegetowały żałośnie, w fabryce pracowało zaledwie tysiąc dwieście robotników, pan Waśkiewicz zwalniał bezustannie robotników i urzędników, niektórych namawiał usilnie do opuszczenia Żyrardowa. Jednocześnie likwidował w Żyrardowie bogate życie towarzyskie i kulturalne, otaczając się ludźmi prawie wyłącznie obcymi. Swoją gorliwość w służeniu Boussakom posuwał coraz dalej, wynajdował różne sposoby i chwyty, odebrał robotnikom Dom Ludowy, zbudowany dla nich przez Karola Dittricha, zamknął też szkołę tkacką, jedyną w województwie warszawskim, i zabierał się do opanowania miasta. Przed letnimi urlopami wymawiał wszystkim robotnikom pracę, wobec czego owe dwa tygodnie wypoczynkowe, które prawodawca chciał uczynić źródłem radości i porą wytchnienia dla spracowanego robotnika, stawały się dla wszystkich istnym piekłem niepokoju i zgryzoty, bo nikt nie wiedział, czy po urlopie letnim znajdzie jeszcze pracę w fabryce. Zarazem obrót siłami młodocianymi, czyli terminatorami fabrycznymi, był coraz bystrzejszy, według plastycznego wyrażenia p. Haliny Krahelskiej, byłej inspektorki fabrycznej. […]
Chodziło o złamanie człowieka pracy, o pognębienie go i zatriumfowanie nad jego bezradnością. I na to wszystko rady nie było. Koehler miał siłę po swojej stronie i z całym cynizmem wyzyskiwał to prawo silniejszego. Zaś pan Waśkiewicz odsłaniał mu usłużnie wszystkie braki naszego ustawodawstwa robotniczego i społecznego i doradzał, w jaki sposób można wyzyskać każdy z tych braków. Ogarniała nas rozpacz, ale cóż było robić? Podczas gdy w Paryżu i Berlinie ukazywały się książki o przesileniu demokracji i kryzysie parlamentaryzmu, w Żyrardowie widzieliśmy najistotniejsze przyczyny tych zjawisk. Ludzie pracy, ta podwalina najgłębsza gmachu cywilizacji, poczuli nagle, że dźwigają ciężar nad siły, obcy i wrogi. Wszystko, co dawniej tworzyło właściwą treść istnienia, polityka, wiedza, sprawy społeczne, lepsza przyszłość, znikło wobec zagadnienia elementarnego instynktu życia. Demokracja, faszyzm, dyktatura, socjalizm, oświata, komunizm, klerykalizm, antyklerykalizm – wszystko to stało się nagle nieistotne, obojętne, dalekie i obce. Jeszcze w nowelkach Gorkiego ubogi zecer wolał utracić pracę niż sprzeniewierzyć się swoim przekonaniom. Degradował się wprawdzie na robotnika niższej kategorii, musiał malować płoty, ale nie skazywał się na śmierć. Miał jeszcze rozległy wybór między dobrym a gorszym. Taki wybór znikł teraz zupełnie: najlichsza, najmarniej płacona praca albo głód, poniewierka, cierpienie i może nawet śmierć głodowa. Nie to było ważne, czy pracę da demokrata, czy komunista, klerykał i wstecznik, ale to, czy się ją w ogóle dostanie. Koniunktura gospodarcza pociągnęła za sobą koniunkturę polityczno-społeczną. […] Roztrząsanie spraw demokracji czy dyktatury to sprawa sytych, głodni nie mieli ani ojczyzny, ani przyszłości, ani przekonań polityczno-społecznych. Tragiczny popyt na chleb zmniejszył z natury rzeczy popyt na ideologie społeczno-polityczne. […]
Redukcje postępowały, obrót siłami młodocianymi był coraz szybszy. Poszczególne oddziały fabryki szły po trzy-cztery dni w tygodniu, a przy tym w całej wielkiej fabryce pracowało już nie 9 tysięcy robotników jak dawniej, ale niewiele ponad tysiąc. Jednocześnie wszakże administracja była taka kosztowna, jak bodaj nigdy dotąd. Sam Koehler pobierał kilkaset tysięcy rocznie, a tacy reorganizatorzy, jak Pfau, Ulrich i wielu innych otrzymywali po kilka tysięcy miesięcznie. W biurach warszawskich siedzieli różni dygnitarze zagraniczni, mający bardzo wysokie pensje, a techniczny personel fabryki był liczny. Na tę kosztowną administrację, która była nie mniejsza od administracji dawnej, gdy w fabryce pracowało 9000 ludzi, lecz raczej większa, musiało zapracować nieco ponad tysiąc robotników. Chodziło, oczywiście, nie tylko o administrację, ale i o akcjonariuszy, więc robotnik żyrardowski miał co dźwigać na swoich barkach. W dodatku musiał wziąć na siebie sprawę bezrobotnych towarzyszy, bo nowy zarząd fabryki z zasady nie dawał na cele społeczne ani grosza. Gdy opinia publiczna zaczęła się dopominać od fabryki pomocy dla bezrobotnych, zarząd nałożył na swoich urzędników 2-procentowy podatek od pensji, co w razie najlepszym mogło dać kilka tysięcy miesięcznie, czyli po kilkadziesiąt groszy na bezrobotnego. Była to „akcja ratunkowa” na odczepne.
Inteligentni robotnicy zdawali sobie sprawę z tego, że nie chodzi już o jedno z dawnych bezroboci, ale o wielkie zasadnicze przemiany, które setki tysięcy i miliony robotników wyrzucają poza nawias systematu pracy. Kierownicy tkalni nie troszczyli się teraz o to, czy tkacze zechcą pracować na trzech albo czterech krosnach, bo doszło tymczasem do tego, że jeden tkacz obsługiwał 10–12 krosien-automatów, a miejsce 200 cewiarek zajęły maszyny obsługiwane przez kilka młodych dziewczyn. Podczas gdy dawna cewiarka zarabiała 20–30 złotych tygodniowo, co przy 200 pracownicach cewiarskich dawało od 4 do 6 tysięcy złotych tygodniowo, po zracjonalizowaniu cewiarni maszyny przy obsłudze kilku dziewczyn pracowały za 60–80 złotych tygodniowo. W przędzalni pozsuwano maszyny i pracę porozdzielano w ten sposób, że gdzie dawniej pracowały trzy prządki, tam postawiono jedną. Gdy w oddziałach pomocniczych, w których robotnicy pracowali na dniówkę, powstawały zaległości, Koehler nie pozwolił przyjmować nowych robotników, ale domagał się od kierowników tych oddziałów, aby całą pracę wykonywali przy pomocy personelu posiadanego. Oczywiście, że nie można było dokonać tego inaczej, niż przez wymuszanie na robotnikach pracy nad siły i nad normę. Dzień roboczy przedłużano o kilka godzin, za które jednak nikomu nie płacono. Bezkarność takich nadużyć była zapewniona, bo żaden robotnik nie byłby się odważył zaprotestować lub udać się ze skargą do inspektora. Skutek protestu lub skargi mógł być tylko jeden: utrata pracy. A tego żaden robotnik ryzykować nie chciał.
Racjonalizacja pracy i „odmładzanie” fabryki prowadziły do tego, że robotników starszych zastępowano siłami młodymi. Od dziesięcioleci istniał w Żyrardowie zwyczaj, że starym robotnikom, którzy przestawali pracować, wypłacano emeryturę w wysokości od kilku do kilkunastu rubli miesięcznie. Do tej fabrycznej emerytury były właściciel Żyrardowa, Karol Dittrich, dodawał od siebie od dwóch do pięciu rubli miesięcznie. Jeśli dodamy, że każdy robotnik starszy miał znaczne oszczędności w Fundacji Karola Augusta Dittricha, założonej i utrzymywanej przez Karola Dittricha, to zrozumiemy, że żaden emeryt po opuszczeniu fabryki nie doznawał skutków jakiejś nędzy. Nowy zarząd spoglądał na emerytury jak na trwałe fatalne zło, którego trzeba było pozbyć się jak najprędzej razem z wszystkimi świadczeniami społecznymi. Redukowano tedy emerytury razem z płacą, a ta stawała się coraz mniejsza. Tkacz, który pracował na dwunastu krosnach, nie zarabiał oczywiście tyle, ile zarobiłoby w normalnych warunkach pięciu lub sześciu tkaczy, ale dostawał za swoją wytężoną pracę o 50 do 100% więcej, niż dostawał dawny tkacz, pracujący na dwu krosnach. […]
Skutki racjonalizacji są olbrzymie. Tu nie chodzi o jakieś drobne ulepszenia produkcji i zbytu, ale o rewolucję w wielkim stylu. Dotychczas rewolucje gospodarcze i społeczne były dziełem zrozpaczonych mas i zwracały się przeciwko posiadaczom zbyt wielkich bogactw i zbyt wielkiej władzy. Teraz posiadacze wielkich bogactw i absolutnej władzy dokonywali rewolucji przeciw bezbronnym i bezradnym masom. Rozmiary tej rewolucji wyraziły się w Żyrardowie liczbami tragicznymi: z 9000 dawnych robotników pozostało przy pracy 1200–1500, a więc siódma czy szósta część. Gdyby racjonalizacja pozbawiała chleba tylko siódmą część robotników, można by mniemać, że się ta część bezrobotnych ostatecznie gdzieś podzieje, rozpłynie po całym organizmie społecznym i nie rzuci się w oczy postacią klęski. Zmniejszy się liczba małżeństw, obniży się liczba urodzin i na tym koniec, jeśli jeszcze dodać odpowiednie zmniejszenie się dochodu społecznego i powiększenie się zysków kapitalistów. A tu taka katastrofa! Dla nas sprawa nieobojętna, bo robotnik jest nasz i trzeba go żywić, kapitał jest obcy i zyski wywozi za granicę. Racjonalizacja więc, taka, jaka odbywa się w Żyrardowie, oznacza obniżenie dochodu społecznego, a tym samym obniżenie stopy życiowej i wszystkie tego skutki.
Rodziło się pytanie: kiedy i na czym skończy się racjonalizacja i co stanie się z bezrobotnymi? Pytanie takie nie istniało dla kapitalisty, ale narzucało się nam. Kapitaliści prześcigali się wzajemnie: w Żyrardowie jeden tkacz pracował na dwunastu krosnach, u Ettingona w Łodzi jeden tkacz pracował już na 32 krosnach. Kto może więcej i taniej produkować, ten bije słabszego przeciwnika i zwycięża. Ale pobity przeciwnik nie ginął z głodu. Jak w wojnach orężnych królowie i cesarze bili się swoimi poddanymi, tak w walce kapitalistycznej wielcy bogacze załatwiali swoje rozrachunki kapitalistyczne na skórze ubogich robotników, nie troszcząc się o los bezrobotnych, o ich życie i śmierć. Trudno było zgodzić się z myślą, że ostatecznym celem racjonalizacji przemysłu jest anarchia gospodarcza i społeczna. […] Taka jest rzeczywistość gospodarcza. W Australii hodowcy zabijają i niszczą 800 000 owiec, w Brazylii niszczy się setki tysięcy worków kawy, w Argentynie, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie palą masy zboża, w Meksyku wojsko niszczy miliony bananów, w Ameryce Południowej i w Egipcie palą olbrzymie masy bawełny, nawet w Czechosłowacji topią w Dunaju mnóstwo sławnych czeskich ogórków, a w Holandii hodowcy tulipanów płacą specjalnym robotnikom za niszczenie milionów cebulek kwiatów, które dotychczas rozchodziły się po całym świecie. To są rzeczy, których prosty ludzki rozum, nie wypaczony nałogami myśli kapitalistycznej, zrozumieć nie jest w stanie. […]
Napisałem artykuł o rzeczywistości gospodarczej widzianej w perspektywie Żyrardowa i posłałem go do „Gazety Polskiej” jako głos dyskusyjny, z góry licząc się z tym, że redakcja może go nie wydrukować. Zresztą nie przywiązywałem żadnej specjalnej wagi do tego artykułu, bo widziałem przecie na własne oczy, że paroletnia kampania prasowa przeciwko zarządowi Żyrardowa nie dała w wyniku ostatecznym literalnie nic. Dawniejszy zarząd na każdy najdrobniejszy artykulik odpowiadał natychmiast, chociaż mógł się był z rynkiem polskim nie liczyć, ile że rynkiem właściwym Żyrardowa była cała Rosja aż po Samarkandę i Port Artur. Obecnie zarząd fabryki kpił sobie z prasy i nawet nie raczył zwrócić uwagi na jej głosy. Byłem przekonany, że i tym razem będzie tak samo. […] Stała się rzecz nieoczekiwana. Nie tylko że prasa polska żywo zainteresowała się artykułem moim, przedrukowując wyjątki z niego i komentując je życzliwie, ale co najważniejsze, zarząd Zakładów żyrardowskich zdecydował się nareszcie odpowiedzieć na stawiane mu zarzuty, chociaż w artykule swoim nie wymieniłem nazwy miejscowości i nazwisk fatalnych działaczy. Lecz odpowiedź dana mi piórem p. senatora G., członka rady Zakładów żyrardowskich, była w duchu nowego kursu. Pan senator G. jako urzędnik przedsiębiorstwa musiał stanąć po jego stronie, jednakże cały jego artykuł był tak stylizowany, iż tylko potwierdzał moje zarzuty. Autor tego artykułu poza ogólniki wyjść nie umiał. Rozpisał się o przyjaźni polsko-francuskiej, jak gdyby miała ona w tym wypadku cokolwiek do rzeczy, rozwiódł się szeroko nad szlachetnością pana Koehlera, dodał coś niecoś o trudnościach, o kapitale, o popieraniu rządu i zrobił ze mnie szkodnika społecznego, który w dodatku mieszka w domu fabrycznym, czyli że już z tej racji powinien dąć w dudkę pana Koehlera. Artykuł pana senatora G. ukazał się w wolnej trybunie „Gazety Handlowej” i wywarł na mnie wrażenie przygnębiające. Odpowiedziałem mu w „Gazecie Polskiej”, co myślę o tej odpowiedzi, wezwałem go, aby zaprzeczył faktom przeze mnie podanym o terrorze panującym w Żyrardowie, o szykanowaniu polskich urzędników i robotników, o sprzedawaniu w kraju francuskich tkanin ze stemplem fabryki żyrardowskiej. Pan G. odpowiedział znowu komunałami w „Gazecie Handlowej”, że tego-owego, że „słowami robotników bezrobotnych nie nakarmimy”. Było to przykre uchylanie się od odpowiedzialności. […]
Tymczasem po ukazaniu się moich artykułów w „Gazecie Polskiej” Żyrardów stał się nagle tematem wysoce aktualnym dla całej prasy polskiej. Dzień w dzień „Informacja Prasowa” posyłała mi wycinki różnych gazet piszących o Żyrardowie a jednocześnie dostawałem listy z całego kraju z informacjami o stosunkach przemysłowych w Łodzi, na Śląsku i indziej. […]
Do ogarnięcia całokształtu życia społeczno-gospodarczego brakło mi zainteresowania, a może zdolności. Marks był dla mnie lekturą trudną i niezrozumiałą. Ale nagle ujrzałem hierarchię kapitalistyczną tuż przed oczami: Waśkiewicz, Koehler, Boussac… Pakiet akcji przechodzi z rąk do rąk i nagle człowiek, który przy pomocy machinacji giełdowych i fałszywej przysięgi zdobywa miliony, staje się panem losów ludności żyrardowskiej. Apartament za milion, urządzenie mieszkania za pięć milionów, trzy Rolls-Royce’y, wspaniałe zbiory, diva opery paryskiej jako przyjaciółka… Takie to dziwne: do roku 1914 nie miał nic, o Żyrardowie może nigdy nawet nie słyszał, na dostawach wojennych „dorobił się majątku”, kupił sobie akcji… A tymczasem ludzie, którzy z dziada-pradziada siedzieli w tym mieście, budowali je na fundamentach swej nędzy i wyrzeczeń, na gruźlicach, rupturach, na tysiącu nieszczęśliwych wypadków i nagłych śmierci w trybach maszyn, stają się niczym, dodatkiem do maszyn, budynków, wielkich placów, domów mieszkalnych, pałaców, will, parków…
Kierowniczka jednej ze szkół opowiada nam, że dzieci zasypiają przy lekcjach, bo są chronicznie głodne. Sami widzimy, że dzieci zaczynają żyć na własną rękę: sprzedają gazety, grają o pieniądze, spekulują, na czym się da, aby zarobić kilkadziesiąt groszy. Wieczorem widuje się na ulicach sporo młodych kobiet. Chodzą, jakby na kogo wyczekiwały, zwalniają kroku, spoglądają na przechodnia… Wprost się wyczuwa, że mają okropne bicie serca, że nie wiedzą, jak się zachować, aby mieć sposobność upragnioną do zarobienia kilku złotych. Ale zabiegi ich nie zdają się na nic. Tyle ich jest, a tak mało w Żyrardowie ludzi zarobkujących, którzy mogliby wyrzucić zgoła niepotrzebnie kilka złotych. Przecie za trzy złote wegetuje nieraz cała rodzina przez tydzień.
Racjonalizacja, kultura chrześcijańska, wolność, równość, braterstwo, prawo do pracy, prawo do życia, do oświaty, do szczęścia… Człowiek chce żyć. Najprzód wyprzedaje się ze wszystkiego, czego bezpośrednio do utrzymania życia nie potrzebuje, potem sprzedaje ostatnie graty, ubranie, bieliznę, buty, jednym słowem wszystko, co można wymienić na chleb. Wreszcie sprzedaje swoją moralność, obyczaje, wierzenia, wstyd, godność ludzką… Za kawałek chleba. […] Z takimi smutnymi myślami wyszedłem po obiedzie 26 kwietnia na ulicę, aby odetchnąć po pracy. Snuli się obdarci robotnicy, ze szkoły wychodziły dzieci, po wyboistym bruku terkotał wózek chłopski. Było słoneczno i smutno w pustce ulic konającego miasta. Z bramy szkolnej wyszła blada i wzburzona znajoma, sąsiadka z trzeciego domu, pani Blachowska, higienistka. Podeszła i głosem ochrypłym mówiła coś, co było fantastycznie nieprawdopodobne. Że w tej chwili ktoś słyszał wiadomość podaną przez radio, iż mąż jej zabił Koehlera. Niemożliwe! Gdzie? W Warszawie! W biurze? Nie wiadomo. Nie, to chyba nieprawda. […] Taka pewno pogłoska… Nie, to wiadomość urzędowa, przez radio podana… Blada pani Blachowska stoi chwilę bezradna, potem żegna się i idzie do domu, a niebawem widzimy ją idącą wolno ku dworcowi kolejowemu.
Ludzie przystają z sobą i rozmawiają szeptem, wskazują za siebie wyprostowanym kciukiem, że tam, w Warszawie… Nikt nie wierzy. […] Czy pan już słyszał? Chyba nieprawda… W biurze policji mówili, że prawda. Idę ulicą i myślę o tym, co właśnie słyszałem. […] W lutym pisałem w „Gazecie Polskiej”, że jeśli polityka dyrekcji trwać będzie dalej, to krwawa tragedia nie każe czekać na siebie. Przychodziło zdziwienie, że ten zabity człowiek nie rozumiał tak prostej rzeczy, iż ludzi kopać nie można, że nawet racjonalizacja winna odbywać się jakoś po ludzku. […]
Pierwsza połowa sierpnia. Co słychać? Nic dobrego. Redukcje, racjonalizacja, bieda. […] Minął październik, przyszedł łagodny i słoneczny listopad, a potem równie łagodny grudzień. Bieda wzmagała się, komitety pomocy bezrobotnym wznowiły działalność i zaczęły zbierać składki. Ale cóż znaczyło kilkaset złotych miesięcznie na tylu bezrobotnych? Tymczasem w dalszym ciągu zwalniano starszych robotników i urzędników, zaś od pracowników biurowych żądano pracy za trzech. Każdy podporządkowywał się wymagającym zwierzchnikom, bo sama myśl o utracie pracy pełna była ponurej grozy. Gdzież były te czasy, gdy organizacje zawodowe miały głos w sprawach płacy, przyjmowania, zwalniania i zaopatrywania starych robotników? Fabryka może się procesować przez wszystkie instancje, robotnik pozbawiony środków do życia nie może się prawować bez końca. Tymczasem upływają dni, miesiące i lata, starzy emeryci wymierają, nowi mają za sobą mniej lat pracy, a sprawiedliwość działa powoli i z wielką rozwagą. Tylko głodnym i nagim pilno. Świat ma czas. […]
Pracodawca? Chlebodawca? Miły Boże, byliśmy przecie w ciągu wieków chlebodawcami wszelkiego draństwa i wszelkich nędznych a tępych pasożytów i byliśmy ich pracodawcami, dając im pot, i krew, i zdrowie, i wszelki sens swojego ludzkiego życia na tej ziemi. Oni brali pracę naszą i nasz chleb, oni byli pracobiorcami i chlebobiorcami naszymi, a my byliśmy dawcami, żal się Boże, dobrowolnymi i ciemnymi. […]
Czytuję dużo pisarzy polskich i zagranicznych i ku wielkiej radości swojej przekonywam się, że najlepsi i najszlachetniejsi spośród nich przestali być rezydentami kapitalizmu. Galsworthy pokazał na przykładzie z życia, czym jest forsytyzm, który jedyny cel życia widzi w gromadzeniu pieniędzy. Kaden-Bandrowski robi u nas to samo, obnażając tendencje różnych partyjników zmierzających do spieniężania haseł polityczno-społecznych. Stary Andre Gide z uniesieniem mówi o człowieku budującym nowy świat i całą duszą pragnie doczekać się zwycięstwa tego człowieka. Młodzież francuska tworzy front antykapitalistyczny od prawicy katolickiej aż po lewicę marksowską. […] Na jednym biegunie życia widzimy drapieżny i nigdy nienasycony kapitalizm, który do celów swoich idzie po trupach, a na drugim biegunie staje do służby szlachetne i piękne człowieczeństwo. Proza angielska zwalcza energicznie obłudę urzędowej moralności, proza polska służy wysokim ideałom społecznym i wszechludzkim. I zdaje się, że już wiemy, co będzie dalej: pozostawimy Morganom ich złoto, Rockefellerom ich źródła nafty, a Vickersom ich armaty. Niech sobie to wszystko mają. Ludzkość świadoma wartości życia i pracy pójdzie własnymi drogami. Kapitalizm to ciemnota mas; gdy się ta ciemnota rozwieje, kapitalizm zniknąć musi.
W perspektywie ulicy żyrardowskiej ukazuje się nowy piękniejszy świat, w którym ideałem najwyższym nie będzie już zysk i wyzysk. Wnuki nasze z niedowierzaniem pytać będą, czy to prawda, iż różni ograniczeni carowie skazywali na więzienie i na śmierć ludzi, którzy nie taili swej wiary, że istnieje doskonalszy i sprawiedliwszy sposób wytwarzania i podziału towarów, niż ten, jaki zaprowadził i utrwalił kapitalizm. Patrzę na dziedziniec szkolny przed mymi oknami i wierzę niezłomnie, że tłum dzieci bawiących się tam w tej chwili, to przyszli obywatele lepszego i sprawiedliwszego świata.
W tym świecie, nad którym nie będzie już panował anarchiczny i drapieżny kapitalista, znajdzie miejsce także mój Żyrardów. Budowały go razem z innymi ręce moich dziadów i rodziców, pracowałem przy jego budowie przez dziesiątek lat i ja, pracuję przy innym warsztacie i dzisiaj. Lecz oto przyszedł człowiek obcy, który jeszcze wczoraj nic nie wiedział o nas i naszej pracy, i na mocy jakichś nędznych papierków położył na nas łapę i zaczął nam wyznaczać skromniutkie racje chleba, ograniczać nasze prawo do życia. Spadła na nas fala straszliwej nędzy, zgryzot, niepokoju. Ale już wielu z nas rozumie, że to jest komiczne. Gdy komizm tej sytuacji zrozumiemy wszyscy i parskniemy wesołym śmiechem, gmach kapitalizmu, więzienie ludzkości i zmora świata, runie. […]
Jednocześnie otrzymałem kwestionariusz ankiety na temat wzmożonej przestępczości na gruncie Żyrardowa. Znam swoje miasto rodzinne i wiem, że było ono zawsze bardzo spokojne, od razu tedy przyszło mi na myśl, że ta wzmożona przestępczość ma pewien przyczynowy związek z „gospodarczą” działalnością Boussaków i ich, żal się Boże, polskich naganiaczy. Stałe redukcje ery Koehlera i Waśkiewicza musiały doprowadzić do wzmożonej nędzy i co za tym idzie do wzmożonej przestępczości. Jeśli Boussac w krótkim czasie wyciąga z Żyrardowa kilkadziesiąt milionów „czystych” zysków, to nam pozostawia odpowiednie straty i gospodarcze, i moralne.
Udaję się z tymi myślami do prezydenta miasta, p. Edmunda Orlika. Czy to prawda, że tak zatrważająco wzmogła się przestępczość? Niestety, tak. W ostatnich latach kroniki policyjne zanotowały kilkadziesiąt morderstw i zabójstw, kilkaset krwawych bójek, kilka tysięcy kradzieży większych i mniejszych. Nędza jest straszliwa. Zdaniem lekarzy 60% młodzieży żyrardowskiej to kandydaci gruźlicy płuc. Panoszą się straszliwie choroby weneryczne. Od kiedy wzmogła się tak bardzo przestępczość? Od roku 1926 – brzmi odpowiedź. A więc od czasu wielkiego lokautu i tych stałych redukcji, które cechowały rządy Koehlera i Waśkiewicza. […] Przypomina mi się pewien szczegół z memoriału wydanego w roku 1927 staraniem prezydenta Orlika dla informowania władz i opinii publicznej o przyczynach i skutkach upadku Żyrardowa. Jest w tym memoriale mowa o tym, że zarząd Boussaków sprzedawał na złom dobre maszyny żyrardowskie. Teraz czytamy w „Gazecie Polskiej” z 5 II 1934, że te maszyny powędrowały do francuskich fabryk p. Boussaka i tam ten „złom”, sprzedany mu za bezcen, pracuje normalnie dalej. Istna otchłań brudów moralnych i chamskie, cyniczne deptanie ludzkich praw robotnika żyrardowskiego. Ale to cuchnące bagno oszustw i złodziejstw już jest odsłonięte i musi zostać zlikwidowane. Inaczej być nie może.