Przedsiębiorstwa państwowe – lekcje z Urugwaju

Kwestia publicznej własności przedsiębiorstw jest ważna dla ustroju państwa. Nie tylko ze względów ekonomicznych, ale także z punktu widzenia rzeczywistego działania instytucji i społeczeństwa. Jest to jeden z elementów, który decyduje o możliwości i kierunku zmian.

W polskiej debacie publicznej ta kwestia jest właściwie pomijana. A przecież w latach 90. miała ona olbrzymie znaczenie, z oczywistego powodu udziału własności państwowej w gospodarce. Jednak nawet wtedy nie odbyła się publiczna dyskusja na temat tego, jaka właściwie ma być rola przedsiębiorstw państwowych w nowym ustroju. Dyskusja została zdominowana przez obóz neoliberalny, który postrzegał własność publiczną w niezwykle zawężony sposób, wyłącznie jako źródło dochodów budżetowych. Takie spojrzenie stanowiło właściwie jedyną alternatywę dla wcześniejszej pełnej nacjonalizacji gospodarki.

Do publicznej świadomości w Polsce zupełnie nie przebiły się nowoczesne lewicowe idee dotyczące roli i znaczenia przedsiębiorstw państwowych w gospodarce. Niewątpliwie miało to wpływ, dziś trudno ocenić jak znaczący, na dominację przez kolejne dekady dogmatu o konieczności prywatyzacji i reprywatyzacji. Dogmat ten obowiązuje w dużej części do dziś. W mojej opinii obrońcy własności państwowej w III RP także nie potrafili go zakwestionować. Wielu z nich akcentowało nadużycia (czy zwyczajne złodziejstwo) w trakcie procesów prywatyzacyjnych, podkreślając krzywdę konkretnych pracowników tych zakładów i utratę zysków państwa po sprzedaży czy likwidacji przedsiębiorstw. Padały też argumenty o tym, że nacjonalizacja przemysłu wydawała się wszystkim słuszna i konieczna zaraz po II wojnie światowej. Uzasadniano to wolą społeczeństwa czy zdrowym rozsądkiem. Ale było to uzasadnianie decyzji sprzed kilkudziesięciu lat i zupełnie innych realiów.

Do debaty publicznej nie przedostał się argument o tym, że przedsiębiorstwa państwowe mogą pełnić inne funkcje. Nie muszą stanowić po prostu miejsc pracy i źródła dochodów budżetowych. Dla rozwiązania problemów niesprawiedliwości w stosunkach pracy, kapitalistycznych monopoli i innych problemów, które planowano rozwiązać przez nacjonalizację, państwa mają dziś inne narzędzia, nierzadko znacznie skuteczniejsze.

Nie pojawiły się w Polsce argumenty, że przedsiębiorstwa państwowe mogą i powinny stanowić ośrodki modernizacji gospodarki, przełamywać zmowy monopolistyczne, pełnić rolę inwestorów ułatwiających start nowych gałęzi przemysłu czy wreszcie stanowić przedłużenie aparatu rządowego i narzędzia realizacji jego polityki budżetowej, infrastrukturalnej i rozwojowej.

Sama taka debata publiczna nie wystarczy. Nawet jeśli będzie panować konsensus, że przedsiębiorstwa państwowe są pożyteczne i konieczne dla realizacji wizji modernizacji państwa, pierwszym problemem może być brak spójnej i realnej wizji wśród elit czy partii rządzącej. Widzę własność państwową jako narzędzie, ważne i znakomite, jeśli dobrze wykorzystane, ale w żadnym wypadku panaceum, które może wyleczyć inne problemy państwa i społeczeństwa. Opisany tu Urugwaj ma o tyle szczęście, że elity rządzące od kilkunastu lat potrafią zdefiniować oczekiwaną wizję państwa i realizować jej wcielanie w życie – m.in. korzystając z firm państwowych jako narzędzi w zmienianiu kraju.

Znaczenie majątku należącego do skarbu państwa w gospodarce Urugwaju nie jest wielkie, zwłaszcza jeśli jako kryterium oceny przyjmiemy udział własności państwowej w całym majątku narodowym. W przemyśle wytwarzającym towary konsumpcyjne, rolnictwie i handlu w zasadzie nie występują żadne przedsiębiorstwa państwowe. Historycznie nie miały one jak powstać, gdyż w Urugwaju nigdy nie przeprowadzono nacjonalizacji majątku. Przedsiębiorstwa państwowe powstały dopiero jako odpowiedź państwa na istniejące bariery rozwoju. Bariery te objawiały się w postaci braku określonej infrastruktury lub zależności od importu, obcych monopoli czy manipulacji cenowych. Nie powstawały zatem przedsiębiorstwa rolnicze, górnicze czy o nastawieniu eksportowym. Prawie wszystkie z nich były organizowane od zera, jako nowe byty mające zaspokajać określone potrzeby gospodarki. Wyjątkiem wartym opisania nie tylko jako ciekawostka, ale też skupiającym w sobie problemy, jakie może napotkać infrastruktura w rękach państwowych, jest historia kolei urugwajskich.

Administración de Ferrocariles de Estado, czyli koleje państwowe, powstały w drodze wywłaszczenia, dość jednak specyficznego. Otóż Wielka Brytania nie była w stanie spłacić zadłużenia wobec Urugwaju, więc uczyniła to akcjami spółek kolejowych, będących właścicielami infrastruktury w Urugwaju. Ich brytyjscy prywatni właściciele otrzymali obligacje rządu brytyjskiego, a rząd Urugwaju infrastrukturę i tabor kolejowy. Podobnie zresztą rząd brytyjski rozliczył się z Argentyną.

Transakcja ta miała miejsce zaraz po II wojnie światowej, z której brytyjski rząd wyszedł z niemożliwymi do spłaty zobowiązaniami i oferował takie rozwiązania w celu uniknięcia upokarzającego bankructwa. Zadłużenie to powstało głównie z tytułu dostaw żywności w czasie wojny. Jednocześnie cała sieć kolejowa była bardzo mocno eksploatowana i wymagała wielkich nakładów kapitału w celu samego utrzymania ruchu, po zaniedbaniach w czasie Wielkiego Kryzysu i nadmiernej eksploatacji w czasie wojny. Motywacja rządu Urugwaju była oczywista – zarządzanie krytyczną i monopolistyczną infrastrukturą przez obcy kapitał powoduje zazwyczaj także uprzywilejowanie tego kapitału w dziedzinach zależnych od transportu. W przypadku Urugwaju były to rzeźnie, chłodnie i fabryki konserw, do których dostarczano bydło, a odbierano z nich towary eksportowe. Odrobina złej lub dobrej woli ze strony monopolisty transportowego mogła zmienić każde z takich przedsięwzięć w kolejny nabytek brytyjskich kapitalistów. I to wszystko pomimo faktu, iż koleje były budowane w standardzie „kolonialnym”, czyli w najtańszy możliwy sposób. Ich koszty działania i standard obsługi nie miały żadnego znaczenia, bo i tak właściciele dysponowali naturalnym monopolem.

Nacjonalizacja miała miejsce w 1949 r., kiedy ten monopol zaczynał zanikać dzięki pojawieniu się ciężarówek o mocy i ładowności mogącej konkurować z pociągami. W takiej sytuacji powstała w 1952 r. (po kilkuletniej integracji różnych linii) Administración de Ferrocariles de Estado, czyli Administracja Kolei Państwowych.

Koniunktura na produkty rolne eksportowane przez Urugwaj spadła drastycznie po wojnie. Tak samo spadły możliwości inwestycyjne państwa. Państwowa kolej zapewniła równe możliwości wszystkim podmiotom, ale i, co jeszcze ważniejsze, umożliwiła działanie pozostałym przedsiębiorstwom państwowym, które uprzednio były narażone na nierówne traktowanie ze strony właścicieli kolei.

Kolejne dekady to jednak stałe zmniejszanie się znaczenia kolei w transporcie (jak właściwie wszędzie na świecie) oraz nadmierna eksploatacja przy braku poważniejszych inwestycji. Efektem była coraz większa degradacja linii i taboru, a następnie stopniowe ich zamykanie. Po fali liberalizacji rynków w latach 90. ruch pasażerski został niemal całkowicie zlikwidowany, a towarowy pozostał na nielicznych odcinkach linii, głównie obsługując cementownie innej państwowej firmy, ANCAP. W użytku jest mniej niż 500 km linii z pierwotnych ponad 3000 kilometrów, a przewoźnik posiada zaledwie kilka sprawnych lokomotyw. Tory są w stanie nie pozwalającym na ruch pasażerski. Kolejne restrukturyzacje, które prowadziły wyłącznie do ograniczania funkcjonowania firmy i zmniejszania zatrudnienia, wywołały stan permanentnego braku zaufania pomiędzy związkami zawodowymi a rządem. Stąd każda zmiana, nawet zwyczajna próba zastąpienia powolnych składów z lokomotywą przez szynobusy na jedynym kawałku linii z ruchem pasażerskim, spotyka się z oporem ze strony związków.

Przez dziesięciolecia największym i najważniejszym przedsiębiorstwem w kraju był ANCAP, Administración Nacional de Combustibles, Alcohol y Portland, czyli Krajowy Zarząd Paliw, Alkoholu i Cementu. Spółka została utworzona w odpowiedzi na Wielki Kryzys i trudności w zaopatrzeniu kraju położonego na końcu świata w podstawowe wyroby przemysłowe. Przy okazji firma miała się zająć przeciwdziałaniem masowemu podrabianiu alkoholu, za pomocą dostarczania na rynek przyzwoitej jakości destylowanych trunków.

ANCAP otrzymał monopol na import i rafinację paliw w Urugwaju oraz produkcję i import cementu, czym zajmował się przez ostatnie dziesięciolecia i zajmuje nadal. Niedawno zniesiono monopol cementowy (bo przestał istnieć problem potencjalnego lokalnego kryzysu) i firma konkuruje na rynku z importerami.

Znaczenie dla obecnej polityki mają jeszcze dwie firmy. Pierwszą z nich jest UTE – Administración Nacionad de Usinas y Trasmisiones Eléctricas (Krajowa Administracja Zapór i Linii Energetycznych). Nazwa może być nieco myląca – to po prostu krajowy monopol energetyczny. Powstał w 1912 r., a aż do 1974 r. ta sama struktura zarządzała również monopolem telefonicznym, kiedy to powołano kolejne przedsiębiorstwo o nazwie ANTEL i wydzielono tę część działalności.

Zakres działalności tych firm nie jest szczególnie nietypowy, gdyż w wielu krajach na fali tendencji modernizacyjnych powstawały podobne instytucje. Stanowi on jednak esencję sukcesu politycznego i gospodarczego Urugwaju (sukcesu względnego, bo na tle Ameryki Łacińskiej) oraz widocznego rozwoju ku realiom coraz bliższym standardom krajów wysokorozwiniętych.

Nie są to zwykłe spółki prawa handlowego, a raczej niezależne części administracji państwowej. W pewnym przybliżeniu można je porównać do polskiego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Jego misja i cele działania nie polegają przecież na maksymalizacji zysków, lecz na realizacji polityki państwowej w zakresie zabezpieczenia społecznego. Na bardzo zbliżonej zasadzie działają wspomniane urugwajskie przedsiębiorstwa państwowe. Zresztą tak samo jest zorganizowane szkolnictwo publiczne, wyższe, państwowa część służby zdrowia, administracja portów itd. Instytucje te nie są nawet nazywane firmami, a noszą oficjalną nazwę „państwowych struktur autonomicznych” lub „usługodawców zdecentralizowanych”. Z punktu widzenia organizacji państwa jest to zatem część aparatu państwowego, która została wydzielona w oddzielne podmioty w celu lepszego zarządzania, ale obowiązują ją te same zasady, co resztę aparatu państwowego. Organizacja powszechnego szkolnictwa według modelu identycznego jak w firmie telekomunikacyjnej może się wydawać zupełnie niezrozumiała. Jeśli jednak spojrzymy na to jako na wydzielone, skomplikowane dziedziny zarządzania państwem, które wewnętrznie powinny być zarządzane przez kompetentnych fachowców, a jednocześnie realizować politykę rządu w skoordynowany sposób, to sprawa staje się jaśniejsza.

Celem istnienia tych firm nie jest osiąganie zysku (choć niektóre z nich mimochodem robią to skutecznie), lecz realizowanie polityki państwowej. ANCAP powstał w celu zabezpieczenia stabilnych dostaw paliw płynnych i cementu dla gospodarki oraz wyparcia z rynku alkoholi niespełniających minimalnych standardów. Dla realizacji tego pierwszego celu ma zagwarantowany państwowy monopol i korzysta z niego, narzucając dość wysokie marże, a drugi cel został zrealizowany przez dumping cenowy, który wyparł z rynku bimbrowników i przemytników. Dziś rafineria w Montevideo jest zbyt mała, aby mogła konkurować na światowym rynku. Taniej i rozsądniej jest importować gotowe paliwa. Ale zgodnie z polityką państwową ta rafineria musi być sprawna i gotowa do produkcji.

Kolejne przedsiębiorstwa kluczowe dla zrozumienia gospodarki to państwowa firma ubezpieczeniowa oraz dwa państwowe banki, Banco de la República (BROU) i Banco Hipotecario (BHU). Pełnią rolę tę samą, co pozostałe firmy – zapewniają podstawową infrastrukturę, w tym przypadku finansową i stabilizującą. Banki państwowe działają na konkurencyjnym rynku, nie mają żadnego ustawowego monopolu, ale dominują, bo oferują tanie i dobre usługi. Zresztą od kiedy przepisy przeciwko praniu brudnych pieniędzy zostały zaostrzone, międzynarodowe banki uważają, że osiągają na tym rynku zbyt niskie zyski i ograniczają swoją działalność lub wynoszą się całkowicie.

Kolejną niezwykle ważną kwestią ustroju państwa jest kształt zarządów tych firm i sposób ich powoływania. Większość zarządów jest pięcioosobowa i tradycyjnie (nie jest to wymuszone przepisami) powołuje się do nich przedstawicieli wszystkich głównych partii. Dzięki temu również opozycja ma w każdej chwili pełną wiedzę o detalach polityki państwowej, możliwość weryfikacji dokumentów w przypadku wątpliwości czy podejrzeń o korupcję, a także ma do dyspozycji osoby, które mogą od razu przejąć zarządzanie firmą.

Polskiemu czytelnikowi, przyzwyczajonemu do obrazu „państwa resortów”, takie działanie może się wydawać niezrozumiałe lub wręcz magiczne, ale jest to opis działającego państwa i systemu. Po objęciu rządów przez lewicową koalicję Frente Amplio w 2005 r., rozpoczęto faktyczną realizację nowej polityki państwa, które miało swoich obywateli traktować poważniej niż dotychczas, również pod względem obowiązków. Miało też zredukować gospodarcze znaczenie modelu raju podatkowego i odbudować realną gospodarkę, zniszczoną praktycznie do cna przez rządy liberałów w latach 90. i przez późniejszą implozję sektorów finansów i bankowości. Szczęśliwie się złożyło, że jednocześnie rozpoczęła się znakomita koniunktura na płody rolne, co dostarczyło nieco środków niezbędnych do modernizacji państwa.

Projekt Frente Amplio rozpoczął się wraz z dojściem do władzy, ale faktycznie ta koalicja posiadała spory udział w określaniu polityki państwowej już od 2002 r. Wtedy to miało miejsce apogeum załamania gospodarczego – masowe bankructwa, kryzys bankowości, a bezrobocie sięgnęło oficjalnie 19,4%, faktycznie zaś było o wiele wyższe. Opozycja pod postacią Frente Amplio powstrzymała się przed natychmiastowym przejęciem władzy, lecz poważniejsze decyzje musiały być z nią konsultowane, a dotychczasowe partie straciły jakąkolwiek legitymację.

Początek rządów lewicy to wyzwania związane z bezrobociem, brakiem opieki medycznej, niedożywieniem i tego rodzaju bolączkami społeczeństwa po głębokim kryzysie. Za jeden z zasadniczych problemów uznano zależność gospodarki od eksportu surowców rolnych i zmienności ich opłacalności. Rolą przedsiębiorstw państwowych było przede wszystkim zbudowanie ram dla długofalowego i stabilnego rozwoju gospodarki.

Jednym z elementów tego planu miał być rozwój przemysłu informatycznego oraz informatyzacja społeczeństwa. Zadanie to jest realizowane wspólnie przez ogół agend państwowych. Dzieci wraz z rozpoczęciem nauki dostają tablet, który służy jako pomoc szkolna, ale nie ma żadnego problemu z używaniem go także przez innych członków rodziny, a biedniejsi są do tego wręcz zachęcani. Drugą część tej polityki prowadzi Universidad de la República, który kształci stosowne ilości inżynierów na kierunkach informatycznych. Kolejnym elementem tego ekosystemu są firmy, które cieszą się pewnymi przywilejami podatkowymi, ale to nie te przywileje są istotne dla rozwoju. Ważniejszy jest lokalny rynek, tworzony przez te same przedsiębiorstwa i instytucje państwowe, które charakterem swoich zamówień wspierają małe firmy. Nie chodzi tylko o bezpośrednie zamówienia, ale także o wsparcie innego rodzaju, choćby takie jak hurtowe zakupy miejsc wystawowych na targach. Wystawienie się na prestiżowych targach jest poza jakąkolwiek skalą marzeń dla kilkuosobowej firmy z trzeciego świata. Kiedy rząd kupuje kilkaset metrów kwadratowych powierzchni wystawienniczej, a potem rozdaje krajowym małym firmom po kilka metrów wraz z dwoma biletami lotniczymi, to ten prosty sposób otwiera przed wieloma podmiotami, a nawet całymi branżami gospodarki zupełnie nowe możliwości.

Jedni w tych warunkach radzą sobie lepiej, inni gorzej, ale cały plan nie miałby żadnego sensu bez infrastruktury. Odpowiedzialny jest za nią ANTEL. Firma ta posiada monopol na telefonię kablową i kablowy dostępu do internetu oraz jest jednym z trzech konkurujących dostawców telefonii komórkowej. Oczywiście gdyby brać pod uwagę jedynie mechanizmy rynkowe i siłę nabywczą, to w kraju takim jak Urugwaj opłacałoby się podłączyć abonentów jedynie w lepszych dzielnicach Montevideo i sztucznie zaniżać liczbę telefonów w mniejszych środkach, a sieć światłowodową instalować w niewielkim zakresie i żądać wysokich cen. Ale celem ANTEL-u nie jest zysk, lecz realizacja polityki państwowej, choć firma osiąga zyski, i to niemałe. Obecnie są one w całości przeznaczane na rozbudowę infrastruktury. Cele tej rozbudowy są niezwykle ambitne, ale mają być zrealizowane, ponieważ stanowią część polityki państwowej. Mianowicie jeszcze przed końcem obecnego dziesięciolecia prawie wszyscy mieszkańcy kraju mają mieć doprowadzony światłowód do miejsca pracy i zamieszkania. Zostało to już w znacznej części zrealizowane, tj. w około 60-70%, również w rzadko zaludnionych regionach kraju.

Takie inicjatywy miały służyć nie tylko stworzeniu działającej infrastruktury, ale także dostarczeniu najwyższej jakości usługi, bo ma ona wspierać krajowy przemysł. Dlatego też kolejną inwestycją był bezpośredni światłowód do Miami, łączący się z dość dużym centrum danych pod Montevideo. Te ostatnie inwestycje były prowadzone wspólnie z Google, a miejsce w centrum danych ma wykorzystywać zarówna ta firma, jak też kilku innych światowych gigantów informatycznych. Z punktu widzenia tychże gigantów miejsce, którego używają do składowania danych, musi spełniać określone warunki. Oprócz podstawowych standardów technicznych (czyli po prostu odpowiedniej mocy sprzętu, który można zwyczajnie kupić), jest jeszcze kwestia połączenia ze światową siecią (czyli zasadniczo z USA). To właśnie zrobił ANTEL, oferując najlepszej jakości połączenie w całej Ameryce Południowej. Oczywiście jest to także, czy przede wszystkim, infrastruktura dla lokalnych firm.

Centra danych to instalacje niezwykle energochłonne. Dlatego koszt energii stanowi o ich efektywności i opłacalności. Poza tym Google, podobnie jak większość pozostałych gigantów z USA, pod naciskiem społecznym zadeklarowało, że będzie korzystać wyłącznie z energii odnawialnej. Nie wszędzie ten cel został osiągnięty, ale żadne nowe energochłonne inwestycje nie są lokowane w miejscach, gdzie nie można spełnić tego warunku. Skoro tak wiele zależy od dostaw elektryczności, to działania (i sukcesy) ANTEL-u nie byłyby możliwe na taką skalę bez rozsądnie zaprojektowanego monopolu energetycznego, czyli UTE.

Sytuacja z wytwarzaniem i dostarczaniem elektryczności kilkanaście lat temu wyglądała tak, że zapory rzeczne budowane przed i podczas II wojny światowej dostarczały około 1/3 potrzebnej elektryczności, pozostała część zaś była wytwarzana w elektrowniach opalanych ropą lub importowana. Dostęp do sieci był dość powszechny i sięgał ponad 90%, jednak blackouty były codziennością, a elektryczność zawsze była dla wszystkich odbiorców kosztowna. W suchych latach spadały zarówno produkcja prądu, jak też produkcja rolna, więc kryzysowe efekty kumulowały się w całej gospodarce.

Po przejęciu władzy przez Frente Amplio rozpoczęto plan ulepszenia energetyki i zmniejszania emisji gazów cieplarnianych. Stara elektrownia, opalana ropą, położona niemal w centrum Montevideo, miała zostać zastąpiona nową, rozsądniej ulokowaną i zasilaną gazem. Jako część tej inwestycji był planowany gazoport. Poza tym, zadaniem UTE i zadaniem polityki rządowej było wdrożenie w życie produkcji tak dużej ilości energii odnawialnej, jak to tylko możliwe technicznie i finansowo.

W celu realizacji tego planu rząd, radykalnie lewicowy w swej istocie, zliberalizował możliwość produkcji energii elektrycznej. Przesył i dystrybucja są nadal ustawowym monopolem UTE, ale produkcją może zająć się każdy. Przy produkcji ze źródeł odnawialnych UTE oferuje wieloletnie kontrakty ze stawkami gwarantowanymi. Stawki te są atrakcyjne, ale tylko jeśli weźmie się pod uwagę, że Urugwaj jest stabilnym krajem bez historii wywłaszczeń i naruszania praw nabytych. Liczona w dolarach amerykańskich rentowność takich inwestycji wynosi ok. 8-9% i jest akceptowalna w stabilnym kraju. W sąsiedniej Argentynie nikt nie zaryzykowałby pieniędzy przy perspektywie takiego zysku. Również w Polsce byłoby trudniej o chętnych – i słusznie, co udowodniły ostatnie działania rządu w sprawie odnawialnych źródeł energii.

Stabilność, bezpieczeństwo inwestycji, spójna polityka rządu i UTE oraz szybko udoskonalana technologia i spadające koszty energetyki wiatrowej i słonecznej, spowodowały efekt nieprzewidziany w pierwotnym planie. Energetyka odnawialna została rozbudowana do poziomu, w którym paliwa kopalne nie są już prawie w ogóle potrzebne. Obecnie szczytowa moc elektrowni wiatrowych jest zbliżona do całościowego zapotrzebowania na energię z tego źródła, a zapowiedziane i rozpoczęte inwestycje sprawią, że w przyszłym roku je przekroczy. Rozbudowa energetyki wiatrowej zostanie zasadniczo zakończona, co sprawi, że Urugwaj będzie prawdopodobnie pierwszym krajem na świecie, który zrobi to na tę skalę. Nie dotyczy to energetyki słonecznej, która dopiero się rozpędza i też ma dobre warunki finansowania i rozwoju.

Obecnie elektrownie wodne produkują nieco więcej niż poprzednio (większe opady wskutek zmian klimatu), elektrownie opalane ropą zostały zastąpione przez wiatrowe, a Urugwaj z importera prądu stał się jego eksporterem. Oczywiście w nowym systemie elektrownie wodne zostały przebudowane z dostarczających stałą, stabilną ilość prądu, na takie, które uzupełniają to, czego akurat nie mogą dostarczyć wiatrowe i słoneczne. Elektrownie cieplne jeszcze istnieją i w razie potrzeby są uruchamiane, ale paliwa nieodnawialne (czyli ropa) dostarczają łącznie około 3-5% elektryczności.

Koszty wytworzenia i nabycia prądu przez UTE drastycznie spadły, ale obniżki dla konsumentów są bardzo powolne, co również jest częścią wymuszającej oszczędności polityki rządowej. W istocie gospodarstwa domowe mogą uzyskać zniżki jedynie, jeśli włączą się w jakiś sposób do programu przebudowy energetyki: czy to jako prosumenci, czy użytkownicy kolektorów słonecznych obok elektryczności do grzania wody, czy też instalując większe bojlery i pozwalając na ich sterowanie przez UTE dla bilansowania energetyki wiatrowej i słonecznej. Polityka cen węglowodorów, kontrolowana przez ANCAP w stosunku do cen elektryczności, zachęca do stopniowej rezygnacji z ogrzewania gazem i olejem opałowym na rzecz elektryczności (choć i tak podstawowym opałem jest drewno). W ramach dygresji – drewno też jest krajowe, choć naturalnie drzewa w Urugwaju prawie nie rosną, zresztą wycinka naturalnych obszarów leśnych jest w większości przypadków zabroniona. Od lat 80. prowadzony jest natomiast publiczny program zalesiania, w ramach którego np. dla drobnych rolników oferowane są dotacje na założenie i utrzymanie lasów zaspokajających ich prywatne potrzeby energetyczne. To pierwszy etap niezależności energetycznej.

Nie jest powszechną wiedza, że ubocznym skutkiem dużego udziału energetyki odnawialnej jest bardzo wysoka stabilność sieci i niezawodność dostaw elektryczności. Przy okazji nieco wyjaśnia to przyczynę, dla której giganci informatyczni naciskają na kupowanie prądu ze źródeł odnawialnych. Również urugwajska sieć obecnie stała się bardzo niezawodna i stabilna, choć pod koniec poprzedniego wieku blackouty były codziennością.

Zarówno w zakresie paliw, jak też energetyki, dość istotny jest fakt, że Urugwaj to kraj w zasadzie pozbawiony jakichkolwiek zasobów energetycznych. Nie występują tu żadne paliwa kopalne, a naturalne lasy rosną na zaledwie 3-5% powierzchni kraju. Takie warunki wywołują strach o zaspokojenie podstawowych potrzeb energetycznych i mentalność „skąpstwa energetycznego”. Większość populacji nie ma żadnego problemu z tym, że elektryczność jest dość kosztowna, paliwa do pojazdów są drogie, a paliwa grzewcze wręcz bardzo drogie.

Nie inaczej wygląda polityka UTE. Energia dla gospodarstw domowych jest droga, ale skoro wytwarzanie energii stało się tanie, to można to spożytkować na rozwój kraju. Energochłonny przemysł może liczyć na tanią energię. Na tej zasadzie powstają nie tylko wspomniane centra danych, ale np. w zeszłym roku lokalni przedsiębiorcy zbudowali gigantyczną jak na taki kraj fabrykę sody kaustycznej (elektryczność jest tu głównym kosztem produkcji).

W miejscu o takim położeniu geopolitycznym oczekuje się od władz, że paliwa będą zawsze dostępne, co bynajmniej nie jest oczywiste w peryferyjnych krajach. Ich zapewnienie to właśnie rola ANCAP. Po przejęciu władzy przez Frente Amplio ANCAP rozpoczął realizację polityki ograniczania zużycia paliw kopalnych. Trudno tu mówić o sukcesie, bo przy rosnącej zamożności społeczeństwa cały czas rósł poziom zmotoryzowania. Jednocześnie o transporcie publicznym w Montevideo trudno powiedzieć cokolwiek pozytywnego; oprócz tego, że w ogóle jest. Więc każdy, kogo było na to stać, nabywał auto. Pomimo tego ANCAP zwiększał udział paliw odnawialnych w takim stopniu, w jakim to było możliwe. Etanol stanowi 10% składu sprzedawanej benzyny, jak jest na całym świecie. Jednocześnie w Urugwaju znajduje się niewielki region, gdzie można uprawiać trzcinę cukrową, i który w miarę sprawnie prosperował, aż do momentu światowego załamania rynku cukru na początku lat 90. Region oddalony od centrum i pozbawiony tradycji uprawy czegokolwiek innego popadł w nędzę, z której wyciągnęła go polityka ANCAP. Trzcina cukrowa znów jest uprawiana, ale tym razem większość przerabia się na alkohol dodawany do benzyny. Jest to rozwiązanie droższe niż uzyskiwanie etanolu z ropy naftowej, ale z punktu widzenia państwa – lepsze niż faktyczne porzucenie cukrowniczego regionu Bella Union i ludzi tam mieszkających.

ANCAP wytwarza także biodiesla. Surowcem są w tym przypadku tłuszczowe odpadki rzeźnicze, zużyte oleje z restauracji, a także oleje zbierane z gospodarstw domowych w ramach recyklingu (choć to ostanie ma wymiar raczej edukacyjny niż gospodarczy). Nawet przy darmowych surowcach nie jest to produkcja rentowna. Jeśli używa się tłuszczy posiadających wartość ekonomiczną, to wytwarzanie biodiesla jest z punktu widzenia przedsiębiorstwa pozbawione sensu ekonomicznego. Ale z punktu widzenia państwa obawiającego się kryzysu paliwowego, jest to działanie całkowicie racjonalne. Utrzymywanie możliwości produkcyjnych tego paliwa, doświadczenia firmy i pracowników – są po prostu polisą ubezpieczeniową oraz realizacją ludzkiej solidarności w zakresie ochrony klimatu.

Kolejnym przykładem wzajemnej współpracy przedsiębiorstw państwowych niekoniecznie w celu własnego zysku, a w celu realizacji polityki państwa, jest kwestia sieci ładowania pojazdów elektrycznych. Ogłoszono, że w całym kraju powstanie sieć ładowarek wzdłuż wszystkich dróg krajowych w odległościach około 60 km od siebie, co pozwoli przemieszczać się po całym kraju bez obaw samochodami elektrycznymi, nawet tymi o małym zasięgu. Nie będą to ładowarki najwyższej klasy, ale powstanie wystarczająco gęsta ich sieć. Zapewne większość znajdzie się na stacjach benzynowych ANCAP, bo i po co szukać innych miejsc?

Innym przykładem działania poza logiką rynkową jest kwestia obecnej sytuacji przemysłu mleczarskiego. Wytwarzanie mleka, serów i masła jest bardzo poważną gałęzią gospodarki, ale eksport na protekcjonistyczne rynki, jak UE czy USA, jest w zasadzie niemożliwy. Ważnymi miejscami zbytu były zawsze Rosja i Wenezuela. W tym pierwszym kraju popyt drastycznie spadł wskutek ubożenia społeczeństwa, a w tym drugim sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Głównym odbiorcą była tamtejsza państwowa sieć sklepów, która przestała płacić. W tej sytuacji ANCAP zaoferował, że potrąci swoje należności za ropę kupioną od Wenezueli i zapłaci bezpośrednio urugwajskiej spółdzielni mleczarskiej. Wenezuelczycy się zgodzili, ale zaoferowali następne dostawy ropy, zażądali części płatności w gotówce i jeszcze mleka w proszku. Wszystko było w porządku, przedłużenie umów wydawało się korzystne dla wszystkich, dopóki nie okazało się, że wysłane kilkadziesiąt milionów dolarów ktoś w Wenezueli zupełnie zwyczajnie ukradł po drodze. To był koniec interesów. ANCAP ropę kupuje gdzie indziej, ale spółdzielnie mleczarskie zostały bez pieniędzy i z mniejszą liczbą klientów, co oznaczało widmo bankructwa dla wszystkich podmiotów zaangażowanych w przemysł mleczarski. Dla ratowania sytuacji UTE zaproponowało przemysłowi mleczarskiemu specjalne taryfy za energię elektryczną, które oznaczają bonifikatę od 15% dla wszystkich do 80% dla najmniejszych rolników.

Powyższy opis jest bardzo daleki od wyczerpania tematu. Właściwie może służyć jedynie jako zasygnalizowanie problemu istniejącego w Polsce i pokazanie, że gdzie indziej działa to inaczej. I że warto się porządnie zastanowić, czego oczekujemy od przedsiębiorstw państwowych.

Czy prawo chroni słabych? Klauzula propracownicza w przetargach i minimalna stawka godzinowa

Jesienią 2017 r. minęło pięć lat od inauguracji najgłośniejszej w Polsce kampanii wymierzonej w umowy cywilnoprawne. Towarzyszyło jej hasło „Stop umowom śmieciowym” i wizerunek postaci Syzyfa, który stał się symbolem osoby zatrudnionej na podstawie stosunku cywilnoprawnego – prekariusza.

Od 16 października do 30 listopada 2012 r. NSZZ „Solidarność”, związek zawodowy stojący za kampanią, prowadził na szeroką skalę akcję informacyjną na temat umów cywilnoprawnych. Wykorzystano do tego media (m.in. kino, telewizję i billboardy), organizowano w całej Polsce spotkania edukacyjne na temat deficytów, z którymi wiąże się zatrudnienie na umowach cywilnoprawnych1. Niewątpliwą zasługą owej kampanii było zaangażowanie mediów do podjęcia tej problematyki. Na temat inicjatywy ukazało się co najmniej 118 artykułów prasowych, w których na określenie umów cywilnoprawnych przyjął się termin „umowy śmieciowe”. Zamiar nadania tej podstawie zatrudnienia jednoznacznie negatywnych skojarzeń przyniósł efekty, a kwestia zrównania umów cywilnoprawnych z umowami śmieciowymi na dobre zagościła później w przekazach medialnych. Strategie działania na polu dyskursywnym i próby wpłynięcia na debatę publiczną na temat umów cywilnoprawnych nie odniosły natychmiastowego skutku na polu prawnym, lecz zaczęły owocować po latach. W ciągu pięciu lat od inauguracji kampania przełożyła się na istotne zmiany w prawie dotyczącym takich umów.

Pierwszym rezultatem akcji, poprawiającym sytuację osób zatrudnionych na śmieciówkach, było objęcie ich ubezpieczeniem społecznym z dniem 1 stycznia 2016 r. Zmiana ta weszła w życie za rządów Prawa i Sprawiedliwości, lecz decyzja o reformie zapadła jeszcze za rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Od momentu objęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość nastąpiły dalej idące działania wymierzone w umowy cywilnoprawne: przede wszystkim wprowadzenie obligatoryjnej klauzuli propracowniczej w zamówieniach publicznych, a ponadto minimalnej stawki godzinowej.

Nie pozostawia wątpliwości fakt, że ustanowieniu obowiązkowej klauzuli propracowniczej w przetargach publicznych przyświecał zamiar ograniczenia zawartych niezgodnie z prawem umów śmieciowych tam, gdzie za finansowanie usług świadczonych przez podmioty prywatne odpowiada państwo. Intencje ustawodawcy, wskazane w uzasadnieniu do projektu ustawy o minimalnej stawce godzinowej, były natomiast dwojakie: „uzyskanie pozytywnej zmiany na rynku pracy przez wprowadzenie ochrony osób otrzymujących wynagrodzenie na najniższym poziomie oraz przeciwdziałanie nadużywaniu umów cywilnoprawnych”2.

Celem niniejszego tekstu jest omówienie, w jaki sposób powyższe regulacje przyjęły się na rynku pracy. To znaczy na jaką skalę przepisy te są respektowane oraz co sprzyja odnotowanym przypadkom ich naruszeń.

Klauzula propracownicza

Od 19 października 2014 r. art. 29 ust. 4 pkt 4 ustawy Prawo zamówień publicznych stał się najsilniejszym z instrumentów przewidzianych w tym prawie, jak i ogólnie w całym prawodawstwie, poprzez które zamawiające usługi instytucje państwowe mogły wpływać na warunki zatrudnienia pracowników wykonawcy angażowanego przez nie do świadczenia usług. Przepis ten stanowił, że zamawiający może wymagać od wykonawcy usługi zatrudniania pracowników na podstawie umów o pracę wtedy, gdy zlecane czynności noszą cechy stosunku pracy. Regulację tę wprowadzono do polskiego prawa, wskazując, że jest ona pożądana także przez ustawodawcę europejskiego3. Z inicjatywą nowelizacji prawa zamówień publicznych w tym zakresie wyszli głównie posłowie Platformy Obywatelskiej.

Przepis ten stanowił swego rodzaju powtórzenie na gruncie prawa zamówień publicznych artykułu 22 § 2 Kodeksu pracy, stanowiącego, że pracodawca powinien zawrzeć z pracownikiem umowę o pracę: a) przy wykonywaniu pracy określonego rodzaju na rzecz pracodawcy, b) wykonywaniu pracy pod kierownictwem pracodawcy, c) w miejscu wyznaczonym przez pracodawcę, d) i w czasie przez niego wyznaczonym. Przepis ten miał docelowo wzmocnić art. 22 § 2 Kodeksu pracy, czynił to jednak w sposób mało skuteczny.

Jak pokazała praktyka, klauzula ta, będąc tylko opcjonalną, nie przyjęła się na szerszą skalę. Z badań Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda ­Lassalle’a wynika, że skala jej stosowania była marginalna. Z trzydziestu instytucji, które w badanym okresie (19 października 2014 r. – 1 czerwca 2016 r.) przeprowadziły postępowania o udzielenie zamówienia publicznego, z tej możliwości skorzystało zaledwie siedem4. Jeden z urzędników na przykład wyjaśniał, że gdy ma do czynienia z przepisem, który stanowi, iż wolno mu postąpić w pewien sposób, to interpretuje go jako zakaz – nie można postąpić w ten sposób. W jego ocenie niezastosowanie przepisu mogło tylko skomplikować postępowanie i narazić go na zarzut ze strony Najwyższej Izby Kontroli o niegospodarność, gdyż klauzula propracownicza podraża postępowanie. Urzędnicy w rozmowach z autorką artykułu niejednokrotnie podkreślali, że jeśli umowy o pracę oferowane pracownikom wykonawcy są dla ustawodawcy pożądanym stanem, to optymalnym rozwiązaniem byłoby wymaganie od instytucji publicznych, aby zawierała w dokumentacji przetargowej takie wymogi względem wykonawców. Sami urzędnicy przyznawali bowiem, że nie chcą kreować polityki, lecz ją realizować.

O znikomej skali stosowania klauzul społecznych pisała również Najwyższa Izba Kontroli w raporcie pt. „Stosowanie klauzul społecznych w zamówieniach publicznych udzielanych przez administrację rządową”. NIK zbadała, jak często w latach 2013-2016 (do 30 kwietnia 2016 r.) wszystkie klauzule społeczne były wykorzystywane w zamówieniach publicznych. Kontrolą objęto 29 jednostek5. W skontrolowanych jednostkach administracji rządowej najczęściej stosowano klauzulę społeczną umożliwiającą wymaganie od wykonawców zatrudnienia osób bezrobotnych (prawie 56% zastosowanych klauzul), w mniejszym stopniu korzystano z klauzuli dotyczącej zatrudnienia osób niepełnosprawnych (20%) oraz dotyczącej zatrudnienia na podstawie umowy o pracę (18%). W obliczu minimalnej skali stosowania fakultatywnej klauzuli propracowniczej, pożądane było wzmocnienie tego przepisu poprzez nałożenie na instytucje publiczne obowiązku wymagania umów o pracę od wykonawców w ściśle określonych przypadkach.

Długo wyczekiwana pozytywna zmiana weszła w życie 28 lipca 2016 r. Umożliwił ją rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy Prawo zamówień publicznych oraz niektórych innych ustaw, który wpłynął do Sejmu 24 marca 2016 r. Po wejściu w życie obligatoryjnej klauzuli propracowniczej pojawił się problem związany z ochroną danych osobowych pracowników wykonawcy i z kontrolą wywiązywania się przez firmy z tego wymogu. W związku z tym Prezes Urzędu Zamówień Publicznych Małgorzata Stręciwilk wspólnie z Generalnym Inspektorem Ochrony Danych Osobowych Edytą Bielak-Jomaą – wypracowały rozwiązanie mające zapewnić skuteczną realizację polityki społecznie odpowiedzialnych zamówień publicznych. Uzgodniono, że zamawiający może pozyskiwać takie dane osobowe pracowników, jak imię i nazwisko, data zawarcia umowy, rodzaj umowy o pracę oraz wymiar etatu. Należy to ocenić zdecydowanie pozytywnie.

Autorka artykułu prowadzi monitoring zamówień publicznych na usługi ochrony oraz utrzymania czystości. Ocenia, że w około 90% postępowań klauzula propracownicza przyjęła się prawidłowo, tzn. zamawiający postawili ten wymóg w odniesieniu do wszystkich pracowników, którzy świadczyć będą usługi o podobnym zakresie obowiązków. Pozostałe 10% przypadków to sytuacje, w których klauzuli w ogóle nie zastosowano lub zastosowano częściowo, w sposób nieprawidłowy, na przykład:

1. Wymagając od wykonawcy zatrudnienia na umowie o pracę tylko 50% pracowników. Takie różnicowanie podstawy zatrudnienia pracowników wykonawcy jest niezrozumiałe w przypadkach, gdy wszystkie osoby miały ustalony identyczny zakres obowiązków.

2. Promując umowy o pracę w pozacenowych kryteriach oceny ofert. Takie sytuacje nie gwarantują umów o pracę dla pracowników wykonawcy, a jedynie zwiększają prawdopodobieństwo ich zawarcia. Owe rozwiązania oznaczają nieprawidłowe zastosowanie klauzuli propracowniczej, gdyż ustawa wyraźnie mówi, że zamawiający są zobligowani do wymagania umów o pracę, a nie jedynie do ich promowania.

W przypadkach, w których nierespektowanie klauzuli propracowniczej leży po stronie instytucji państwowych, interweniują organizacje społeczne, jeden związek zawodowy oraz sami pracodawcy. Warta wspomnienia jest akcja „Żółte kartki” prowadzona przez NSZZ „Solidarność”, Federację Pracodawców RP oraz Instytut Zrównoważonych Zamówień Publicznych. Kartki przyznawane są dwóm grupom zamawiających. Pierwsza to ci, którzy ogłaszając postępowania nie zadbali o to, żeby pracownicy wybieranych firm otrzymywali wynagrodzenia powyżej stawek minimalnych. Druga grupa po prostu nie stosuje klauzuli propracowniczej. Interwencje podejmowane są głównie w przetargach na usługi ochroniarskie, sprzątania i budowlane. Żółte kartki otrzymało już 80 instytucji, w tym m.in. Zakład Ubezpieczeń Społecznych, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu czy Centrum Psychiatrii w Katowicach. Jak zauważa ekspertka „Solidarności” Sylwia Szczepańska: „ZUS też powinien być bardziej aktywny w tej sprawie. Jednak chodzi o to, by jak najwięcej składek wpływało do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Bo ci ludzie kiedyś zapukają do Funduszu po emerytury”6. Interwencje te w wielu przypadkach okazały się sukcesem i doprowadziły do zmiany zapisów postępowania wedle zaleceń interweniujących organizacji7.

Interesującą inicjatywą są również interwencje Polskiego Związku Pracodawców „Ochrona”8. Organizacja ta podejmuje działania weryfikacyjne procesów przetargowych i w razie podejrzeń zwraca się z wnioskiem o działanie do organów państwowych, takich jak Urząd Zamówień Publicznych, Państwowa Inspekcja Pracy, Zakład Ubezpieczeń Społecznych, PFRON, a w uzasadnionych przypadkach – do organów ścigania. Skargi dotyczą zarówno zlecających, którzy nie liczą się z klauzulą propracowniczą i stawką minimalną, jak i podmiotów podejmujących się wykonania usługi poniżej kosztów płacowych. Związek prezentuje zaniżane ceny oraz apeluje do zamawiających i klientów o szczegółową analizę treści ofert. Instytucjami, które stały się obiektem interwencji, są m.in. Sąd Rejonowy w Zgierzu, Sąd Apelacyjny w Warszawie i Prokuratura Regionalna w Łodzi. Instytucje te zaniechały troski o przestrzeganie prawa, mimo że z uwagi na swoją podstawową działalność powinny wykazywać się szczególną dbałością o jego respektowanie.

W 2017 r. miała ponadto miejsce interwencja Ośrodka Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a w Ośrodku Pomocy Społecznej Dzielnicy Ochota w Warszawie. Dotyczyła ona ogłoszenia o zamówieniu na „świadczenie usług opiekuńczych podopiecznym Ośrodka Pomocy Społecznej w ich miejscu zamieszkania od września 2017 r. do stycznia 2018 r.”. Zwrócono się z pytaniem, dlaczego instytucja wymagała zatrudnienia na podstawie umów o pracę tylko 3 osób spośród 66. Pozbawiono tym samym opiekunki prawa do płatnego urlopu wypoczynkowego, a więc, jak pokazuje doświadczenie – do urlopu w ogóle. Znikome były bowiem szanse na to, że firma z własnej woli zawrze z pracownikami umowy o pracę. W piśmie podkreślano, że „taka klauzula powinna zostać zawarta w odniesieniu do wszystkich pracowników, a nie tylko do części, tym bardziej w postępowaniu na usługi opiekuńcze. Nie powinno być bowiem tak, że zlecając zadanie opieki, instytucja sama nie przejawia troski względem pracowników”. Należy w tym miejscu zasygnalizować, że w przypadku usług opiekuńczych skala niestosowania klauzuli propracowniczej może być większa niż w przypadku usług ochrony i utrzymania czystości, te dwie branże są bowiem pod baczniejszą obserwacją mediów i organów kontrolnych.

Dzięki obowiązkowej klauzuli propracowniczej w niechlubną przeszłość odchodzą sytuacje, w których ochroniarz był zatrudniony na podstawie umowy o dzieło, a więc całkowicie pozbawiony ubezpieczenia społecznego. Do ograniczenia patologii przyczynił się wyrok Sądu Najwyższego z dnia 26 października 2016 r. (I UK 446/15). Sąd zajął w nim stanowisko, że ochroniarz nie może być zatrudniony na umowie o dzieło. Wyrok został wydany na podstawie następującego stanu faktycznego: firma ochroniarska zawarła ze swoimi współpracownikami umowy o dzieło, które dotyczyły sprzątania, dozoru mienia i innych czynności związanych z pilnowaniem i ochroną. Zadania te były wykonywane w miejscu i czasie wyznaczonym przez spółkę. W wyniku kontroli przeprowadzonej przez organ rentowy w 2013 r., została wydana decyzja, w której wskazano, że współpracownicy spółki podlegają obowiązkowym ubezpieczeniom społecznym. ZUS uznał bowiem, że zawarte umowy o dzieło są w rzeczywistości umowami o świadczenie usług, do których powinno zastosować się przepisy właściwe dla umów zlecenia. W wyniku kontroli zakwestionowano umowy o dzieło ok. 60 osób pracujących przy ochronie mienia. Spółka złożyła jednak odwołanie od decyzji ZUS. Po odwołaniach w sądach I i II instancji sprawa trafiła do Sądu Najwyższego. Oddalił on skargę kasacyjną, wskazując, że brak jest uzasadnionych podstaw, aby ingerować w rozstrzygnięcie sądu apelacyjnego. Na uwagę zasługują dwa aspekty tego wyroku:

1. W orzeczeniu odniesiono się do zasady swobody umów, na którą powoływała się firma broniąca swego stanowiska. Skarżący zarzucał sądowi II instancji, że w sposób nieprawidłowy uznał on, iż swoboda stron przy zawieraniu umów może zostać ograniczona. SN potwierdził, że jedna z najważniejszych zasad prawa zobowiązań – zasada swobody umów – doznaje pewnych ograniczeń. Treść oraz cel umowy nie mogą stać w sprzeczności z właściwością zobowiązania, przepisami prawa i zasadami współżycia społecznego. Odnosząc to do analizowanego przypadku, SN wskazał, że wolą stron nie można zmieniać ustaw. Oznacza to, że strony nie mogą nazwać umową o dzieło takiej umowy, która wypełnia przesłanki stosunku pracy lub ma cechy umowy zlecenia.

2. W przywołanym orzeczeniu został poruszony jeszcze jeden aspekt obrazujący praktykę stosowania umów o dzieło. Skarżący przedsiębiorca podnosił, że fakt zawierania umów o dzieło wynika z narzucanych przez inne podmioty stawek, jakie mogą one zapłacić za usługi. Zdaniem przedsiębiorcy, nie jest możliwe realizowanie usług za takie stawki na innej podstawie niż umowa o dzieło. Na taki zarzut SN odpowiedział, że poziom opłacalności przedsięwzięcia nie jest kryterium odróżniającym umowę o dzieło od umowy o świadczenie usług i nie może być elementem uzasadniającym działanie zmierzające do obejścia prawa. W wyroku wyraźnie pouczono przedsiębiorców, że powinni składać oferty z uwzględnieniem faktycznie ponoszonych kosztów. Jeżeli ze specyfiki czynności wynika, że należy uznać je za świadczenie usług, a nie za dzieło – tak jak w przypadku ochrony i pilnowania mienia – to kosztem uwzględnionym w ofercie muszą być składki na ubezpieczenia społeczne.

Poza klauzulą propracowniczą oraz wyrokiem Sądu Najwyższego, z krytyką umów o dzieło wystąpił Główny Inspektor Pracy Roman Giedrojć. W wywiadzie dla „Super Expressu” pt. „Umowy o dzieło to niewolnictwo” powiedział on, że „Od lat PIP, ale i ja osobiście mówimy o tym, że skala nadużyć polegających na zawieraniu umów cywilnoprawnych, gdy powinna to być umowa o pracę, jest sprawą, którą trzeba rozwiązać”. W rozmowie uznał on także, iż należy postawić walkę z umowami zlecenie i o dzieło wśród priorytetów Państwowej Inspekcji Pracy.

Minimalna stawka godzinowa

Do pozytywnych efektów wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej, która obowiązuje od 1 stycznia 2017 r. i wynosi 13 zł brutto za godzinę pracy, poza poprawą sytuacji materialnej osób zarabiających przed jej wprowadzeniem nierzadko około 4 zł za godzinę pracy, można zaliczyć:

1. Rezygnowanie przez instytucje państwowe z outsourcingu

Wskutek wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej liczne instytucje publiczne, które przed laty zdecydowały się na outsourcing usług pomocniczych (tj. utrzymania czystości czy ochrony) powzięły decyzje o rezygnacji ze współpracy z firmami zewnętrznymi i o powrocie do własnej obsługi. W wyniku wprowadzenia nowelizacji zlecanie usług na zewnątrz przestało być dla nich opłacalne. Instytucje publiczne przed laty wybierały outsourcing w celu poczynienia oszczędności na wynagrodzeniach pracowników, co było możliwe dzięki brakowi minimalnej stawki godzinowej w przypadku umów cywilnoprawnych, które oferowały pracownikom firmy prywatne. Instytucje państwowe godziły się zatem z tym, że w firmach zewnętrznych warunki płacowe pracowników będą nawet dwukrotnie gorsze9. Po wejściu w życie minimalnej stawki godzinowej, w niektórych przypadkach koszty świadczenia usług przez firmy zewnętrzne wzrosły nawet o 50%, więc pracownicy zarabiali tam wcześniej około 5 zł za godzinę. Outsourcing stracił zatem swoje uzasadnienie, bo te same środki, które firma musi od 2017 r. przeznaczać na wynagrodzenia, musiałaby również zapłacić sama instytucja.

W celu zobrazowania zachodzących procesów warto pokazać kilka przykładów, m.in. ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, w którym jeszcze w 2016 r. wszystkie tzw. usługi pomocnicze były zlecone firmom zewnętrznym. W 2017 r. Barbara Bulanowska, dyrektorka tego szpitala, powiedziała wprost, że outsourcing przestał się opłacać, bo firmy podniosły ceny o 15-20%10.

W wyniku wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej placówki w całej Polsce renegocjowały umowy z firmami outsourcingowymi. Tak było np. w Mazowieckim Szpitalu Specjalistycznym im. dr. Józefa Psarskiego w Ostrołęce, gdzie spółdzielnia wykonująca usługi sprzątania i pomocy przy chorych zwróciła się o renegocjację umowy na mocy obowiązującego prawa. Wyliczony przez spółdzielnię koszt usług, z uwzględnieniem nowej stawki minimalnej, wyniósłby około miliona złotych więcej, co wyjaśnił Jerzy Miazga, dyrektor tego szpitala11. Jak mówiła Renata Ruman-Dzido, prezeska zarządu Szpitala Wojewódzkiego w Opolu, wzrost kosztów pracy to dla placówki około milion złotych mniej w skali roku. Szpital jest w o tyle w dobrej sytuacji, że wcześniej zrealizował wiele inwestycji w sferze pozamedycznej. Skutkują one oszczędnościami. Po procesie optymalizacji kosztów placówka nie ma już jednak za bardzo na czym oszczędzać. Zrezygnowano więc z fizycznej ochrony placówki, poprzestając na wykupieniu usługi, która w przypadku zagrożenia gwarantuje przyjazd grupy interwencyjnej12.

2. Ograniczanie skali umów śmieciowych w wyniku kontroli stawki minimalnej

Minimalna stawka godzinowa sprawiła, że umowy cywilnoprawne stały się mniej korzystne niż wcześniej, lecz nadal są bardziej atrakcyjne niż umowy o pracę, np. ze względu na brak przepisów o urlopie wypoczynkowym. Niemniej jednak, w uzasadnieniu do projektu ustawy o minimalnej stawce godzinowej wskazano, że objęta ona zostanie szczególną ochroną i dużą liczbą kontroli jej przestrzegania. Kontrole nie dotyczą jednak wyłącznie wysokości wynagrodzenia. Inspektorzy sprawdzają również, czy pracujący na podstawie umów cywilnoprawnych nie powinni być zatrudnieni na umowę o pracę. Jeżeli tak, inspektor ma prawo nakazać pracodawcy przekształcenie umowy cywilnoprawnej w umowę o pracę. Główny Inspektor Pracy Roman Giedrojć poinformował, że podczas jednej z takich kontroli w Poznaniu na polecenie inspektora pracy przekształcono 86 umów na umowy o pracę (spośród 235 osób zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych13). Do 1 marca przeprowadzono 2,5 tysiąca kontroli wypłacania stawki minimalnej, a do końca roku zaplanowano ich łącznie jeszcze 20 tysięcy.

3. Czy minimalna stawka godzinowa jest święta?

Od momentu wejścia w życie przepisów ustawy o minimalnym wynagrodzeniu, NSZZ „Solidarność” wraz z Państwową Inspekcją Pracy prowadzą kampanię pt. „13 zł… i nie kombinuj!”. Ma ona na celu wyegzekwowanie od pracodawców przestrzegania prawa o stawce minimalnej poprzez upowszechnianie informacji o obowiązującej nowelizacji. Skala omijania tego prawa to według GIP 20%. Tylko w nielicznych firmach stawka minimalna się nie przyjęła. W informacjach z kolejnych miesięcy podawano, że zaniżenie stawki godzinowej ujawniono już tylko w 14% przypadków. Wyniki kontroli wskazują, że zdecydowana większość firm jest w stanie zapewnić godziwą płacę na umowie cywilnoprawnej, nawet jeśli zatrudniane na tej podstawie osoby często wykonują prace proste, które do tej pory były bardzo nisko wynagradzane. Stawki w wysokości 2-4 zł, np. w branży ochroniarskiej lub porządkowej, podobnie jak umowy o dzieło, również odchodzą w niechlubną przeszłość. Minimalna stawka godzinowa działa – tak w skrócie można skomentować wyniki kontroli PIP. Pojawiały się jednak różne sposoby na jej omijanie, np. poprzez potrącanie pracownikom z wynagrodzenia pewnych sum za dzierżawę odkurzacza, wypożyczenie stroju czy skorzystanie z przerwy.

Jednym z bodaj najbardziej skandalicznych przypadków złamania nowego przepisu był przypadek z Opola, gdzie firma zewnętrzna wynajęta przez Urząd Miasta zapłaciła pracownicy 500 zł za 420 godzin pracy. Stawka minimalna wyniosła więc w tym przypadku 1 zł i 19 groszy. Za ową sytuację był współodpowiedzialny Urząd Miasta, który przeznaczał na usługi niecałe 6 tys. zł miesięcznie w sytuacji, gdy na pokrycie stawki minimalnej należało wygospodarować co najmniej 10 tys. zł. Sama instytucja nie zastosowała się do ustawowego obowiązku zagwarantowania tego prawa. Sprawę w mediach nagłośnił Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a na prośbę jednej z pokrzywdzonych pracownic.

Skala umów śmieciowych

Przez minioną dekadę skala umów śmieciowych w różnych okresach zmieniała się. W 2008 r. pracę na podstawie umowy cywilnoprawnej świadczyło 15,5% osób pracujących, w 2009 r. już 18,5%, a w 2010 aż 21%. Liczba ta z roku na rok rosła zatem w niepokojącym tempie. W latach 2014 i 2015 odsetek ten utrzymywał się na stałym poziomie i wynosił 7% ogółu pracujących. To wyhamowanie nastąpiło jeszcze przed wprowadzeniem zmian prawnych polegających na objęciu ubezpieczeniem społecznym umów śmieciowych i wprowadzeniu klauzuli propracowniczej w 2016 r. oraz ustanowieniem minimalnej stawki godzinowej w 2017 r. W porównaniu do lat sprzed nowelizacji ta liczba nie powinna być zatem wyższa.

W 2016 r. w raporcie pt. „Pracujący w nietypowych formach zatrudnienia” GUS podał szacunkową liczbę osób pracujących na umowach cywilnoprawnych oraz wiele istotnych informacji związanych z tym zjawiskiem. Z raportu wynika, że liczba zatrudnionych pracujących na podstawie umów cywilnoprawnych – dla których umowa-zlecenie lub o dzieło jest jedynym źródłem dochodu – sięgnęła 1,3 mln. Informacja ta dotyczy tylko osób, które nie są nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy oraz osób, które pobierają emeryturę lub rentę, jest zatem niedoszacowana i takie założenie jest podstawowym mankamentem tego badania. W samych instytucjach publicznych będący na emeryturze ochroniarze i panie sprzątające z outsourcingu stanowili 1/3 moich rozmówców. Związki zawodowe podawały w tym czasie liczbę znacznie wyższą – aż 3,5 mln, zaliczały bowiem do umów śmieciowych również umowy o pracę na czas określony. Przy takich kryteriach skala uśmieciowienia rzeczywiście mogłaby zbliżyć się do tej wartości. Przyjmując jednak, że umowa śmieciowa to umowa cywilnoprawna, można uznać, że na takiej podstawie było zatrudnionych co najmniej 1,5 miliona osób. Liczba 1,3 mln stanowiła niemal 7% wszystkich pracujących.

67% wszystkich umów cywilnoprawnych to umowy zlecenia. Aż 80% osób przyznało, że pracuje na takiej podstawie z przymusu. Informacja ta zaprzecza więc często powtarzanemu, wygodnemu dla pracodawców, tłumaczeniu, że umowy śmieciowe są spełnieniem marzeń pracowników. Dane te dotyczą 2014 r., nie posiadamy bardziej aktualnych, równie pogłębionych wyników badań. Istnieją co prawda publikowane co kwartał wyniki prowadzonego przez GUS Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności, jednak nie mówi ono o tym zjawisku tak wiele. Nawet PIP częściej odwołuje się do danych z 2014 r.

Z Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności wynika, że w IV kwartale 2016 r. liczba zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych wynosiła 479 tysięcy, w tym 403 tys. na umowach zlecenia14, natomiast w I kwartale 2017 r. liczba ta wyniosła 476 tysięcy, w tym 392 tys.15 na umowach zlecenia. Wynika z tego, że w porównaniu do poprzedniego roku skala uśmieciowienia rynku pracy zmniejszyła się, lecz nieznacznie.

Dokąd i jak zmierzać?

W ramach podsumowania należy powiedzieć, że klauzula propracownicza spełnia swoją funkcję i w dłuższej perspektywie przyczyni się do znacznego ograniczenia umów śmieciowych wśród pracowników firm zewnętrznych świadczących usługi na rzecz instytucji publicznych. Skala uśmieciowienia rynku pracy będzie systematycznie spadała. Wiele z obecnie obowiązujących przetargów zawarto np. w 2014 r. na cztery lata, a więc nie objęła ich klauzula propracownicza. W tych przypadkach na rezultaty regulacji należy poczekać do następnego postępowania.

W celu dalszego cywilizowania rynku zamówień publicznych niewątpliwie należy nałożyć na Państwową Inspekcję Pracy obowiązki związane z kontrolą zapisów przetargowych. Cywilizowanie prawa zamówień publicznych oraz zwiększanie kompetencji Państwowej Inspekcji Pracy w zakresie kontroli tej sfery powinno odbywać się równocześnie z przygotowaniem zasadniczych zmian – przede wszystkim odwrotu instytucji publicznych od outsourcingu. Stanem docelowym powinien być powrót państwa i samorządów do zatrudnienia własnego personelu, co najmniej sprzątającego. Rekomendacją jest, aby postulat taki stał się jednym z programowych postulatów lewicowych partii politycznych.

Nie jest znana dokładna skala rezygnacji instytucji publicznych z outsourcingu w całej Polsce wskutek wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej i nie wiadomo, czy w efekcie liczba ta zwiększyła się znacznie. Nawet kilka rezygnujących instytucji w każdym województwie to nadal nie jest spektakularny sukces, jednak każdy taki przypadek to krok w kierunku ograniczenia skali umów śmieciowych i należy go witać z entuzjazmem. Klauzula propracownicza gwarantuje co prawda pracownikom umowy o pracę i przyczynia się do zmniejszenia skali umów śmieciowych, lecz nawet pracownicy zatrudnieni na umowach o pracę w firmach zewnętrznych nie mogą korzystać z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych instytucji publicznej.

Choć powyższe informacje brzmią optymistycznie, to wielu ochroniarzy w rozmowach z autorką artykułu przyznawało, że ani na skutek wprowadzenia klauzuli propracowniczej, ani minimalnej stawki godzinowej nie dostrzegają zmiany w swojej sytuacji zawodowej – zarówno przed nowelizacją, jak i obecnie mieli bowiem umowę o pracę z uwagi na bycie pracownikiem kwalifikowanym ochrony. Zauważają oni, że zmieniło się jedynie tyle, że podwyżki uzyskali ci, którzy zarabiali najmniej – a więc pracownicy niekwalifikowani. Zrodziło to podziały i wrogość między tymi dwiema grupami, bo zrównano ich stawki przy zróżnicowanych uprawnieniach. Jeden z ochroniarzy dworca kolejowego od roku, mimo dwóch propracowniczych regulacji, bez przerwy pracuje w następującym trybie: 12 godzin ochrania dworzec, 4 godziny śpi w pomieszczeniu na dworcu, następnie 6 godzin ochrania restaurację, po czym dopiero wraca do domu zaledwie na 10 godzin, i znów wychodzi pracować w powyższym systemie. Wynika to z deklarowanego przez ochroniarza niskiego minimalnego wynagrodzenia za pracę (2000 zł brutto), niewystarczającego na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Ochroniarz pracuje zatem miesięcznie nawet 400 godzin. Minimalne wynagrodzenie za pracę powinno ulec znacznemu zwiększeniu, np. takiemu, jakie proponuje Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych: do wysokości 50% średniego wynagrodzenia za pracę.

Strategia likwidacji umów śmieciowych poprzez stopniowe zrównywanie ich charakteru z umowami o pracę (objęcie umów zleceń ubezpieczeniem społecznym oraz wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej) okazała się niedostatecznym sposobem na oczekiwane radykalne ograniczenie takich umów. Należy poszukiwać innych metod na rozwiązanie tego problemu.

Przypisy:

  1. Warta odnotowania jest również kampania pt. „Stop umowom śmieciowym” zorganizowana przez Wolny Związek Zawodowy „Sierpień 80” i Polską Partię Pracy. Kampania ruszyła w dniu 3 lipca 2012 r. przed Wojewódzkim Szpitalem Specjalistycznym w Tychach, co uzasadniano tym, że placówka jest symbolem walki ze śmieciowym zatrudnieniem pielęgniarek na kontraktach. Kolejną wartą odnotowania kampanią była akcja Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza z 2015 r. pod hasłem „My, Prekariat”. Kampanię tę zainicjowali pracownicy i pracownice branży kulturalnej zrzeszeni w związku. Choć spory wynikające z prekarnej organizacji pracy mają w Polsce historię sięgającą pierwszej dekady XXI wieku, przeprowadzony 24 maja 2012 r. strajk artystów uznano za pierwsze w Polsce wystąpienie jednoznacznie kojarzone z problematyką prekarną. W nawiązaniu do tego wydarzenia, w związku z trzecią rocznicą strajku artystów, w dniu 23 maja 2015 r. zorganizowano manifestację w obronie prekariuszy i nazwano ten dzień Dniem Prekariusza, co było jednym z elementów kampanii.
  2. Uzasadnienie projektu ustawy o zmianie ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę oraz niektórych innych ustaw uchwalonej dnia 22 lipca 2016 roku, s. 1.
  3. Przepis ów był zgodny z duchem Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 26 lutego 2014 roku, której termin implementacji na gruncie prawa krajowego upłynęła 18 kwietnia 2016 roku.
  4. K. Duda, Outsourcing usług technicznych przez instytucje publiczne. Wpływ publicznego dyktatu niskiej ceny usług na warunki zatrudniania pracowników przez podmioty prywatne, Wrocław 2016, s. 40.
  5. Portal Najwyższej Izby Kontroli, Źródło: https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-stosowaniu-klauzul-spolecznych-w-nbsp-zamowieniach-publicznych.html (dostęp 20.08.2017).
  6. Portal Polsat News, „Żółte kartki” od NSZZ „Solidarność” za rażąco niskie płacehttp://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2017-01-05/zolte-kartki-od-nszz-solidarnosc-za-razaco-niskie-place/ (dostęp 20.08.2017).
  7. Portal NSZZ „Solidarności”, Żółte Kartki, Źródło:
    http://www.solidarnosc.org.pl/projekty-aktow-prawnych2/item/12401-zolte-kartki (dostęp 20.08.2017).
  8. Portal Polskiego Związku Pracodawców Ochrony, Interwencje, http://pzpochrona.pl/interwencje-polskiego-zwiazku-pracodawcow-ochrona-w-sprawie-zanizonych-cen (dostęp 20.08.2017).
  9. K. Duda, Outsourcing usług technicznych przez instytucje publiczne. Wpływ publicznego dyktatu niskiej ceny usług na warunki zatrudniania pracowników przez podmioty prywatne, Wrocław 2016.
  10. Portal Radio Kraków, Małopolskie szpitale rezygnują z outsourcinguhttp://www.radiokrakow.pl/wiadomosci/aktualnosci/malopolskie-rezygnuja-z-outsourcingu-jest-za-drogo/ (dostęp 20.08.2017).
  11. Portal rynekzdrowia.pl, Rozmowa Jacka Janika z Jarosławem Czapińskim: Outsourcing usług niemedycznych w szpitalach – czyżby w odwrocie?http://www.rynekzdrowia.pl/Finanse-i-zarzadzanie/Outsourcing-uslug-niemedycznych-w-szpitalach-Czyzby-w-odwrocie,175154,1.html (dostęp 20.08.2017).
  12. Tamże.
  13. A. Kołodziej, Nie dostajesz 13 zł za godzinę? PIP zapowiada 20 tys. kontrolihttps://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/kontrole-pip-stawka-minimalna-13-zl-za,85,0,2301269.html (dostęp 20.08.2017).
  14. Główny Urząd Statystyczny, Aktywność ekonomiczna ludności Polski IV kwartał 2016 roku.
  15. Główny Urząd Statystyczny, Aktywność ekonomiczna ludności Polski I kwartał 2017 roku.

Siła świata pracy motorem postępu

Powszechne jest dziś przekonanie, że nowoczesny postęp oznacza szeroką kategorię zjawisk na styku globalizacji gospodarek narodowych, elastycznej pracy, gadżetów technologicznych czy wreszcie konsumpcjonizmu i wkradania się logiki rynkowej w każdą dziedzinę życia. Szczególną rolę odgrywają także roboty i zagrożenie automatyzacją, które regularnie przypomina z medialnych nagłówków o niepewnych warunkach pracy w dobie innowacji i czwartej rewolucji przemysłowej. Jeśli jedną stroną monety jest dziś inteligentna, wiecznie żywa metropolia, to drugą muszą być opuszczone zakłady przemysłowe i peryferia zmagające się z systemowym bezrobociem, dryfujące poza głównym krwiobiegiem kapitalizmu.

Dla związków zawodowych czy lewicowej polityki, skupionych na stawaniu w obronie pokrzywdzonych i słabszych, takie rozumienie nowoczesności prowadzi w praktycznym działaniu zazwyczaj do walki o ochronę miejsc pracy i defensywnej retoryki o „cenie postępu”, przed którym musimy chronić ludzi. Jednak gdy wrażliwi społecznie ostrzegają przed bezrobociem technologicznym, opinia publiczna nasłuchuje raczej doniesień o przełomowych wynalazkach i kibicuje heroicznym zmaganiom magnatów technologicznych.

Postęp niesie zatem Elon Musk, opowiadając ze sceny elitarnej konferencji o kolejnych przebłyskach swojego geniuszu. Postęp to Uber i gospodarka „współdzielenia” w estetycznej formie aplikacji na smartfona. I wreszcie – postęp to roztropny inwestor, który buduje nowoczesną, pełną robotów fabrykę, zachwycając nas swoim spojrzeniem w świat jutra. To właśnie współcześni „kapitanowie przemysłu” zajmują uwagę mediów, to ich nazwiska stają się synonimami nowych technologii mających ułatwiać nam życie i wyzwalać człowieka z ograniczeń materii. Doniesienia o imponujących osiągnięciach chińskiej gospodarki pomieszane są z przekazem o kolejnych bezzałogowych fabrykach w Donnguan i poprawie efektywności dzięki pozbyciu się czynnika ludzkiego.

Nietrudno zauważyć, że czar rewolucyjnej siły kapitalizmu uwodził nie tylko Marksa. Obietnica nieuchronnego postępu technologicznego i gospodarczego wciąż stanowi główną ofertę dla mas marzących o lepszej przyszłości. Ma to w erze cyfrowej charakter wręcz w pewnej mierze sakralny. Co gorsza, służy niejednokrotnie jako ostateczny argument wobec każdego, kto śmie stawać na drodze nowoczesności. Jesteś za technologią lub przeciw technologii – i w tej drugiej pozycji skazujesz się na historyczną porażkę.

W tak utworzonej dychotomii rola świata pracy to w najlepszym razie minimalizowanie strat przystosowawczych, w najgorszym zaś ochrona przywilejów i irracjonalne marnotrawienie środków. Walkę amerykańskich pracowników o płacę minimalną pod hasłem „Fight for $15” regularnie ośmieszano w tekstach „Wall Street Journal” czy „Forbesa”, gdzie były CEO McDonald’s USA Ed Rensi przekonywał, że nierozsądne związki podcinają gałąź, na której siedzą. Prasa biznesowa rozwodziła się nad absurdem rozmawiania o podwyżkach, gdy franczyzy rozważają wdrożenie automatycznych kiosków zakupowych.

Celem tego tekstu jest obnażenie powyższej perspektywy jako z gruntu fałszywej, nawet mimo jej dość wiarygodnego brzmienia. Stawiana przeze mnie hipoteza głosi raczej, że to właśnie związki zawodowe i postulaty lewicowe są gwarancją postępu i wysiłku modernizacyjnego. Bez ich aktywnej działalności proces automatyzacji pracy i wzrostu produktywności nie zajdzie, a już teraz jego dynamika jest godna pożałowania, w dużej mierze z racji słabości zorganizowanych ruchów pracowniczych. Dominująca narracja o postępie ma jednak długą tradycję, a stosowane ochoczo przez politycznych komentatorów klisze uniemożliwiają zrozumienie obserwowanych zjawisk.

Kłamstwo w służbie dyscypliny

Oskarżenia o luddyzm są jednym z najmocniejszych oręży w arsenale ideologicznym klas posiadających. Luddyści w zbiorowej pamięci funkcjonują jako XIX-wieczni angielscy robotnicy, którzy w desperackim akcie ochrony swoich miejsc pracy i strachu przed technologią niszczyli maszyny przemysłowe. Nie bez powodu zatem finansowany przez Google i IBM think tank o nazwie Information Technology and Innovation Foundation przyznaje swoje nagrody Luddite Awards. Trafiają one do „hamulcowych postępu”, którzy nie dość bezkrytycznie podchodzą do najnowszych osiągnięć technologicznych. Wyróżnienie trafiło np. do osób zajmujących się regulacjami hotelowymi oraz ochroną danych prywatnych w sektorze zdrowotnym, co może być pewnym wyznacznikiem intencji stojących za podtrzymywaniem mitu o luddystach.

Prawdziwa historia potoczyła się nieco inaczej. Blokada kontynentalna, jaką Paryż zastosował wobec Anglii w czasie wojen napoleońskich, uderzyła w gospodarkę wyspy. Szczególnie w północnej Anglii, słynącej z przemysłu włókienniczego, dochodziło do masowych zwolnień na tle inwestycji w nowoczesne maszyny tkackie. Pogarszały się także warunki pracy. Wyszkoleni rzemieślnicy i artyści byli coraz częściej zastępowani przez kobiety i dzieci, gdyż obsługa nowego sprzętu nie wymagała specjalnych kompetencji. Młodzi pracownicy przyjmowali każdą pensję, nie mieli przecież całych rodzin na utrzymaniu, zaś w przypadku konfliktu w zakładzie łatwiej było ich zastraszyć lub zmanipulować.

Oryginalni luddyści, podążając za legendarnym (choć niekoniecznie historycznie istniejącym) Nedem Luddem, podjęli się w 1811 i 1812 roku zbrojnej konfrontacji w Nottinghamshire, Lancashire i Yorkshire. Jak pisał marksistowski historyk Eric Hobsbawm, niszczenie sprzętu stanowiło ostateczną taktykę w przypadku braku zgody na ustępstwa ze strony pracodawców. Robotnicy żądali przede wszystkim powrotu do pracy i wyższych pensji, a posuwali się do agresji wobec kapitału fizycznego tylko w przypadku niespełnienia ultimatum. Należy pamiętać, że w tamtych czasach nie mogło być mowy o pokojowej formie protestu. Luddyści byli brutalnie pacyfikowani przez wojsko, co więcej, na mocy nowych aktów prawnych wieszano ich publicznie za ataki na maszyny przemysłowe. Mimo stłumienia buntu, wielu właścicieli warsztatów zgodziło się na negocjacje i spowolnienie procesu automatyzacji, co było także łatwiejsze po upadku Napoleona i zniesieniu blokady. Umocnieni tymi doświadczeniami, angielscy robotnicy w kolejnych dekadach formowali pierwsze silne ruchy związkowe.

Luddyści służą zatem jako figura jednoznacznie zła – agresywni w swoich taktykach, gotowi posuwać się do niszczenia własności (świętej!), jednoznacznie opowiadający się przeciwko cudom technologii i historycznej konieczności. Takie postępowanie nasuwa oskarżenia o ochronę własnego interesu, albo nawet skrajną nieracjonalność i zaślepienie, z którym nie podejmuje się w ogóle dialogu. Fałszywa wersja historii stanowi kolejny z czynników dyscyplinujących świat pracy, wypychający jego zmagania poza dopuszczalną dyskusję społeczną.

Przyczyny i skutki

Niezwykle ważne jest zdekonstruowanie dokładnego przebiegu procesu automatyzacji, z którym zmagali się luddyści. Robotnicy spiskujący przeciwko właścicielom zakładów tkackich nie byli w żadnej mierze przedstawicielami najuboższych warstw społecznych. Przeciwnie – wielu z nich umiało czytać oraz pisać, byli zorientowani w sytuacji społeczno-gospodarczej Ameryki czy Francji. Znali postulaty i osiągnięcia rewolucji francuskiej dzięki pismom Thomasa Paine’a, co stanowiło jeden z najważniejszych czynników formacji intelektualnej i mobilizacji. Organizowali się i działali w sposób metodyczny, wystosowując żądania, a nawet naciskając przez pewien czas na parlament, by podjął się mediacji i rozwiązania konfliktu. Stanowili swoistą arystokrację świata pracy.

Maszyny tkackie nie pojawiły się wskutek konieczności dziejowej, lecz w rezultacie nacisków ze strony dobrze opłacanych pracowników znajdujących się w trudnej gospodarczo sytuacji. Urządzenia pozwoliły zredukować etaty, zatrudnić tańszych robotników – ale nie pojawiłyby się, gdyby nie presja ze strony zorganizowanych rzemieślników. Obok pojawienia się możliwości technicznych, kluczowym czynnikiem wymuszającym wprowadzanie kolejnych maszyn były żądania pionierskich związków zawodowych, zmierzające do poprawienia warunków pracy i podnoszenia pensji.

Cała rewolucja przemysłowa, rozpoczęta w Anglii i Holandii pod koniec XVIII wieku, była napędzana szeregiem współwystępujących procesów, które wzajemnie oddziaływały na siebie na zasadach sprzężenia zwrotnego. Ten punkt widzenia potwierdza historyk ekonomii Robert Allen, wskazując, że tuż przed rewolucją przemysłową najwyższymi płacami mogli cieszyć się robotnicy angielscy i holenderscy. W przeciwieństwie do przedsiębiorców chińskich czy rosyjskich, pozyskujących ekstremalnie tanią siłę roboczą do produkcji tkanin czy wydobycia surowców, Brytyjczycy musieli znaleźć sposób na redukcję kosztów pracy, jeśli chcieli zachowywać konkurencyjność cenową.

Z punktu widzenia kalkulacji przedsiębiorcy rachunek jest prosty. Wdrożenie nowej technologii jest najczęściej wysoce kapitałochłonne, koszt stały jest ponoszony natychmiastowo. Jeżeli praca człowieka jest tańsza w ujęciu strumienia kosztów w czasie (dyskontowanych im dalej od momentu podjęcia decyzji), to nie ma żadnej racjonalnej finansowo przesłanki, aby dokonywać zakupu maszyny. Automatyzacja i wprowadzanie najnowszych osiągnięć techniki to zatem skutki wywieranej presji ekonomicznej ze strony pracowników. Taka decyzja nie jest tylko domeną prywatnych firm konkurujących na rynku, ale każdej działalności gospodarczej zorientowanej na redukcję kosztów. Zarządcy firm inwestują w roboty nie z racji szczególnej fascynacji techniką, lecz z konieczności. Aspiracje świata pracy są zatem pierwszym ogniwem łańcucha postępu.

David Neumark, znany z raczej sceptycznego nastawienia do płacy minimalnej, w opublikowanej w 2017 r. analizie wskazuje, że wzrost płacy minimalnej wpływa na decyzję o inwestowaniu w maszyny, szczególnie w nisko płatnych usługach (np. pracy na kasie) oraz w wybranych branżach, gdzie technologia wciąż nie jest silnie rozpowszechniona. Jakie są tego skutki dla całej gospodarki? Obecny główny ekonomista Banku Światowego, Paul Romer, wykazywał już w 1987 r. na bazie dynamicznego modelu specjalizacji, że niskie koszty pracy spowalniają tempo innowacji, inwestycji kapitałowych i w konsekwencji korzystnej specjalizacji gospodarki.

Czy robot zabierze mi pracę?

Warto zauważyć, że automatyzacja nie jest głównym czynnikiem zaniku miejsc pracy w ujęciu makroekonomicznym. Na przestrzeni 30 lat pomiędzy 1960 a 2000 rokiem liczba robotów przemysłowych w przemyśle motoryzacyjnym w USA zwiększyła się od zera do 92 900, jednak w tym samym czasie liczba etatów w produkcji i wytwórstwie pozostała mniej więcej na poziomie około 18 milionów. Jak zauważyli Robert Scott z progresywnego think tanku Economic Policy Institute oraz Dean Baker z Center for Economic and Policy Research, głównym czynnikiem utraty miejsc pracy było w ostatnich latach delegowanie ich do krajów trzecich, nie zaś wprowadzanie kolejnych maszyn. Nie bez powodu zautomatyzowane fabryki przemysłu samochodowego w Detroit podupadły w wyniku wyprowadzenia produkcji do krajów azjatyckich. Decydujące stały się panujące w tych ostatnich niskie koszty pracy i słabość związków zawodowych, które musiały mierzyć się z brutalnymi posunięciami autorytarnych rządów Chin czy Korei Południowej. Największym zagrożeniem dla zatrudnionych okazały się zatem nie roboty, lecz niewolnicze warunki pracy w krajach trzecich.

Przeprowadzone parę lat temu przez Pew Research Center badanie opinii wśród niemal 2 tysięcy ekspertów cyfryzacji ujawniło także, iż są podzieleni w kwestii tego, czy pojawienie się komputerów i robotów w miejscach pracy będzie tak rewolucyjne jak silnik parowy lub elektryczność. Połowa pytanych oceniła, że dla liczby miejsc pracy w ujęciu makro automatyzacja nie będzie miała właściwie znaczenia.

Słynne już badanie Carla Freya i Michaela Osborne’a z Oksfordu, zapowiadające apokaliptyczne wyniszczenie 47% wszystkich miejsc pracy w Stanach Zjednoczonych w ciągu zaledwie 20 lat, jest zdecydowanie mało wiarygodne. Jego metodologia opiera się na dość nonszalanckim założeniu, że każdy zawód na listach Departamentu Pracy USA o określonym poziomie rutynowości manualnej zniknie, niezależnie od ekspozycji pracownika na kontakt z żywymi osobami, uwarunkowania kulturowe czy koszty wdrożenia technologii. Przeprowadzone w niemal tej samej technice badania polskiego WISE Europa stanowią raczej luźne szacunki niż prawdopodobną predykcję. Raport OECD, oparty na bardziej rzetelnych wiązkach kompleksowych czynności, ocenia, że w Polsce około 7% miejsc pracy może być zautomatyzowanych.

Należy jednak zachować minimalną ostrożność przy prognozowaniu przyszłych zmian. Podstawowym podmiotem automatyzacji pracy już wkrótce będzie bowiem nie manualny robot, lecz algorytm programowany za pomocą uczenia maszynowego, zdolny kompleksowo analizować dane czy wchodzić w proste konwersacje z żywymi ludźmi. Rutynowość wciąż pozostaje wspólnym mianownikiem, jednak coraz silniej akcenty nowej automatyzacji będą kładzione na prace biurowe niższego i średniego szczebla.

Wysoki stopień nasycenia gospodarki robotami, nie jest przecież, o czym trzeba pamiętać, zjawiskiem negatywnym. Nowe technologie pozwalają optymalizować zużycie zasobów – surowców, ale i czasu człowieka – i dzięki większej produktywności wytwarzać jeszcze więcej wartości dodanej z tego samego wkładu pracy ludzkiej. Wyższa stopa produktywności to większa efektywność, możliwości produkcyjne i większa podaż produktów i usług. Zaoszczędzone środki wracają do gospodarki, stając się nowym zapotrzebowaniem na wytwory kolejnych jednostek pracy.

Problemem zatem staje się zagregowany popyt na wszystkie te dobra – jeśli nie jest w stanie przechwycić nowej podaży, rzeczywiście dojdzie do spadku zatrudnienia netto. Dani Rodrik, znany badacz ekonomii politycznej, wskazuje, że słaby wzrost liczby miejsc pracy w ostatnich latach trzeba przypisać raczej cięciom w gospodarce i polityce austerity. Noblista z dziedziny ekonomii Joseph Stiglitz krytykuje również katastrofalny wpływ nierówności, szczególnie ubożenia zachodniej klasy średniej, na słabość gospodarki przez zmniejszenie konsumpcji, a co za tym idzie – przez uderzenie w podstawy mechanizmu zwiększającego zatrudnienie. Problem bezrobocia jest zatem w większym stopniu wypadkową ekonomii politycznej podziału dochodów niż automatyzacji pracy.

Wielka Stagnacja

Jak jednak „sprzedać” narrację o wdrażaniu owoców postępu w reakcji na postulaty związkowców, jeśli od kilku dekad obserwowaliśmy powolny zmierzch siły zorganizowanych ruchów pracowniczych, szczególnie wskutek neoliberalnych reform zapoczątkowanych przez Reagana i Thatcher?

Wielu badaczy fundamentalnie nie zgadza się z tym, że żyjemy w epoce szczególnego rozkwitu innowacyjności i powszechnej automatyzacji. W 2011 r. ekonomista Tyler Cowen opublikował pracę pod tytułem „Wielka Stagnacja” (The Great Stagnation), w której opisał, jak około 1973 r. w USA nagle załamuje się trend rosnącej wydajności czynnika produkcji (TFP – Total Factor Productivity). Jest on uważany w modelach ekonometrycznych za ogólne wytłumaczenie jakości technologii, dzięki której wkładana jednostka pracy pozwala osiągać większy końcowy przyrost produkcji. Drobiazgowa analiza sektorowa TFP autorstwa Barta van Arka, przeprowadzona dla Komisji Europejskiej, pozwoliła zauważyć, że w niemal każdej branży – zarówno produkcji dóbr trwałych, jak i nietrwałych, w tym usług – doszło do spadków produktywności, w Unii Europejskiej jeszcze dotkliwszych niż w Stanach Zjednoczonych. Właściwie jedynym powodem, dla którego produktywność rosła w ogóle, była rewolucja dokonana w obszarze technologii ICT (teleinformacyjnych) i wynikająca z niej poprawa wymiany informacji handlowych.

Chociaż Cowen początkowo próbował tłumaczyć zaobserwowaną przez siebie zaskakująco słabą dynamikę wzrostu TFP zagadnieniami kapitału ludzkiego (wyczerpania „nisko wiszących owoców” przyrostu poprzez rozpowszechnienie edukacji podstawowej) czy cenami paliw używanych w transporcie, różnica w spowolnieniu jest szczególnie widoczna w tych gałęziach gospodarki, które w powojennych latach cieszyły się szczególnie silnym uzwiązkowieniem i wpływami ruchów pracowniczych. Branża budowlana, wydobywcza i przemysł ciężki zanotowały duże spadki produktywności. Sektor usług, cechujący się w dużym stopniu niskimi płacami i słabym uzwiązkowieniem, wdrażał nowe technologie równie opieszale. Słabość tych trendów utrzymuje się zresztą po dziś dzień we wszystkich krajach wysoko rozwiniętych.

Części tego spadku produktywności powinniśmy upatrywać w tzw. chorobie kosztów Baumola. Podczas słuchania kwartetu wykonującego utwory Beethovena, William Baumol zauważył, że pewne rodzaje czynności i usług, z powodu istotnego czynnika ludzkiego, będą cierpieć na rosnące koszty. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest konieczność utrzymania konkurencyjnych warunków zatrudnienia względem branż silnie zautomatyzowanych, cechujących się wysoką produktywnością. W ten sposób rzeczywiście można tłumaczyć mozolny wzrost TFP branży edukacyjnej, zdrowotnej czy artystycznej, chociaż ich udział w całkowitym zatrudnieniu jest stosunkowo mały i sięga kilku procent dla każdej z tych grup. Co więcej, rozpowszechnienie w ostatnich latach wysokiej jakości kursów online czy przełomowe zastosowania telediagnostyki pokazują, że dzięki cyfryzacji i rozwojowi uczenia maszynowego także te obszary mogą liczyć na modernizację przy pomocy technologii dostępnej przecież od lat.

Paradoksalnie, kolejnych spostrzeżeń o spowolnieniu postępu technicznego dostarcza wspomniana już Information Technology and Innovation Foundation. W swoim raporcie, sięgającym szacunkami aż do połowy XIX wieku, autorzy podkreślają, że w żadnej z badanych dekad zmiany technologiczne nie przyniosły spadku netto miejsc pracy – jednak przeobrażenia struktury rynku pracy mogą obrazować tempo przekształcania gospodarki w nowocześniejszą i bardziej wydajną. Jeszcze w 1900 roku aż 31% Amerykanów pracowało w rolnictwie. W 2000 r. to już tylko 3% zatrudnionych. Z analizy ITIF wynika, że od lat 80. ubiegłego wieku proces zanikania i pojawiania się nowych zawodów wytraca dynamikę, pikując w latach 2010-2015 do najniższego poziomu od ponad 150 lat. ITIF prognozuje, że powinniśmy raczej obawiać się stagnacji technologicznej niż radykalnego przewrotu.

Te wyniki zostały potwierdzone przez Josha Bivensa i Lawrence’a Mishela z Economic Policy Institute. Nie tylko przyznają oni, że automatyzacja nie stanowi istotnego zagrożenia dla miejsc pracy – szczególnie w porównaniu z dewastującymi efektami niskich płac i niskiego opodatkowania przychodów z kapitału – ale także zauważają wygaszanie prywatnych inwestycji w komputery i oprogramowanie mniej więcej od początku XXI wieku. Stopa nakładów kapitałowych na software w latach 1973-2002 utrzymywała się powyżej 16%, a w latach 2007-2016 ledwo przekracza 4%.

Kapitanowie przemysłu opowiadają piękne historie o wielkich innowacjach i powszechnej automatyzacji. Jednak bez odpowiedniego nacisku ewidentnie nie radzą sobie z przekuwaniem motywacyjnych Tedxów na faktyczny rozwój organizacji społeczno-gospodarczej.

Wolność od tyrania

Nie bójmy się o nasze miejsca pracy i nie płaczmy za utraconymi zawodami. Automatyzacja jest szansą na zbawienie nas od fenomenu bullshit jobs, jak określa je znany antropolog David Graeber, wskazując na rutynowe, czasochłonne zajęcia, których negatywny wpływ na zdrowie psychiczne ludzi i całą kondycję społeczną jest wprost dewastujący. Świetnie oddają to niedawne słowa Johna Cryana, dyrektora generalnego Deutsche Banku, który podczas konferencji branżowej we Frankfurcie zapowiedział masowe zwolnienia, szczególnie osób w jego opinii „pracujących jak liczydła”, na stanowiskach księgowych i rachunkowych. „Nie potrzebujemy tak wielu ludzi. W naszych bankach zatrudniamy osoby, które zachowują się jak roboty, wykonując mechanicznie polecenia”.

Instytut Gallupa zapytał pracowników w 140 krajach o poziom zaangażowania w wykonywaną pracę, czyli ogólną motywację i poczucie satysfakcji. Szacunkowe dane dla całego świata wskazują, że zaledwie 13% zatrudnionych ocenia swoje zaangażowanie pozytywnie, zaś aż 24% jest zniechęconych i nieszczęśliwych z powodu wykonywanego zajęcia. Te wskaźniki dla Polski wypadają nieco lepiej (odpowiednio 17% i 15%), ale przypadki takie jak 33% zaangażowanych pracowników w Kostaryce, 2% niezaangażowanych w Tajlandii czy 7% niezaangażowanych w Norwegii to raczej wyjątki od generalnego problemu współczesności.

Polityka wrażliwości społecznej musi zatem wynieść na sztandary hasła postępu przez emancypację pracy. Podnoszenie pensji minimalnej przynajmniej w zgodzie z dynamiką wzrostu produktywności – jeśli nie nieco bardziej – i powszechne skrócenie tygodnia pracy nie są przykładami roszczeniowości, lecz podstawowym paliwem rozwoju techniczno-gospodarczego. Zarazem długofalowa strategia musi wychodzić poza proste wywieranie presji za pomocą żądań płacowych.

Nie bez powodu bardziej zorientowani w globalnej sytuacji technologiczni magnaci postulują wprowadzenie dochodu gwarantowanego, który może stać się impulsem do odchodzenia z bullshit jobs, stwarzać przestrzeń negocjacyjną i łagodzić przepływy pracowników między sektorami, tak jak miało to miejsce w duńskim modelu flexicurity. Dochód gwarantowany pomaga też utrzymać konsumpcję, więc przy odpowiednim połączeniu z eliminacją nierówności stanowi błyskotliwy sposób na transformację społeczną i techniczną.

Propozycje gwarancji zatrudnienia to kolejny pomysł, który może mieć ponadto działanie antycykliczne i kierujące pracę ludzi w sektory opieki, edukacji i usług komunalnych oraz publicznych, dziś należące do najbardziej zaniedbanych w krajach o niskim kapitale społecznym i ludzkim. Trwające spory co do wykonania administracyjnego – głównie w kontekście stopnia stosowanego przymusu i efektywności pracy objętej gwarancją – to zdecydowanie przeceniany problem. Podobnie jak dochód gwarantowany bywa mylnie oceniany przez liberałów jako „rozleniwianie”, ta sama logika każe oceniać gwarantowane zatrudnienie jako nieskuteczne z racji braku odpowiedniego przymusu. Obie diagnozy są wypadkową redukcjonizmu, jak gdyby widmo bezrobocia było jedynym czynnikiem motywacyjnym w społeczeństwie.

Wśród innych planów transformacji technologicznej znajdują się także pomysły bardziej wątpliwe, które warto pokrótce omówić. Propozycja podatku od robotów, zapowiadana przez Billa Gatesa czy Benoit Hamona (kandydata Partii Socjalistycznej na prezydenta Francji z 2017 r.), rodzi komplikacje w postaci konieczności wyznaczania ścisłego podziału na roboty komplementarne do pracy ludzkiej, usprawniające ją oraz na roboty substytucyjne. Przesunięcie nie zawsze odbywa się w ramach identycznego stanowiska, więc gdzie postawić granicę wpływu maszyny na zatrudnienie? Co więcej, podatek od robotów byłby z punktu widzenia inwestora dodatkowym kosztem ponoszonym podczas zakupu, co tylko spowolni absorpcję nowych technologii. Dyskusja o podobnym podatku w Parlamencie Europejskim poskutkowała na ten moment odrzuceniem propozycji.

Zapytany przeze mnie o automatyzację podczas szczytu G20 Global Solutions, laureat Nobla z ekonomii Edmund Phelps zasugerował, że rządy powinny subsydiować płace najgorzej zarabiającym, by chronić ich miejsca pracy. Swoją koncepcję Phelps opisał w książce „Rewarding Work”, której tok myślowy jest jednak pełen dziur. Sugeruje w niej na przykład, że subsydiowanie miejsc pracy doprowadzi do ponownego zatrudniania, spadku bezrobocia i w konsekwencji również podwyżek. Jest to jednak zupełnie opaczne rozumienie procesu automatyzacji pracy. Taka koncepcja spowalnia wdrażanie technologii, a co gorsza stanowi prezent z budżetu dla firm, których model biznesowy wciąż ma opierać się na maszynowej pracy ludzi. Tym samym premiuje się najgorsze praktyki, zaś w postulowanym przez Phelpsa momencie ciasnego rynku pracy problem automatyzacji i tak powróci.

Najśmielszą propozycję stanowi natomiast utworzenie Pracowniczych Funduszy Automatyzacji (PFA), które działałyby jako fundusze hedgingowe inwestujące w szeroką paletę producentów maszyn przemysłowych i oprogramowania komputerowego. W ten sposób oszczędności PFA byłyby zabezpieczeniem przed utratą pracy i kosztami przeszkolenia poprzez czerpanie przez pracowników korzyści ze wzrostu spółek niszczących ich miejsca pracy. Środki pozyskiwane do PFA mogłyby pochodzić z nowej, relatywnie niskiej składki, tym samym podnosząc koszty pracy i uzależniając ciężar podatkowy od liczby zatrudnionych. Kadry obsługujące PFA wsparłyby także proces budowania na nowo siły związków i zorganizowanych ruchów pracowniczych.

Odzyskać opowieść

Nie każda technologia oddziałuje jednak tak samo na pracowników. Już w 1979 r. Chris Harman, lider jednej z brytyjskich partii socjalistycznych, opublikował manifest „Is a Machine After Your Job”. Jego ujęcie problemu było zerwaniem z podejściem tradycyjnej lewicy, która nieufność wobec postępu technicznego posunęła do reakcyjnej postawy. Harman wiedział, że celem krytyki nie powinna być technologia, lecz sposób jej wykorzystania przez menedżerów zorientowanych wyłącznie na zysk.

Wśród proponowanych w jego manifeście kluczowych żądań znalazło się wiele ważnych postulatów, ale szczególną uwagę chciałbym zwrócić na trzy z nich. Są to zakaz wykorzystania technologii do oceny szybkości i dokładności pracy poszczególnych pracowników; wsparcie w przeszkoleniu i przystosowaniu; zakaz wdrożenia nowych rozwiązań technicznych bez zgody związków i uprzedniej dyskusji ze wszystkimi pracownikami, których dotkną nowe systemy. Wagę tych propozycji widać szczególnie dziś, w dobie precyzyjnego nadzoru nad magazynierami Amazona czy indywidualnego śledzenia statystyk służbowego komputera.

Jeśli uda się opanować nierówności i przywrócić moc nabywczą szerokim masom, nie powinniśmy obawiać się o bezrobocie technologiczne. Głoszący koniec pracy technopesymiści dobrze kamuflują to, że w istocie ich pesymizm dotyczy raczej ludzi jako takich. W świecie bez pracy okazałoby się bowiem, że człowiek jest zbędny. Właściwe pytanie zatem brzmi: jak technologia wpływa na relacje pracy i kto poniesie koszty strukturalnych zmian zawodowych?

Przy zachowaniu należytej czujności, polityka grupowań prospołecznych i ruchów pracowniczych musi skierować się na odzyskanie opowieści o postępie. Obserwowana dzisiaj stagnacja ekonomiczna jest rezultatem bardzo wielu procesów, wśród których znajduje się także spowolniona adaptacja owoców rozwoju technicznego. Złożoność tego procesu nie ulega wątpliwości, jednak w powszechnej narracji od dawna przeceniano wątki wygodne dla klas posiadających. Nową opowieść możemy budować od przyznania, że siła świata pracy jest w istocie siłą postępu.

Meandry modernizacji technicznej Wojska Polskiego

Meandry modernizacji technicznej Wojska Polskiego

Do nierzadko porywających programów, prezentacji i deklaracji w odniesieniu do modernizacji polskiej armii zdążyliśmy się już przyzwyczaić – rozpoczęły się wszak niedługo po objęciu Ministerstwa Obrony Narodowej przez Tomasza Siemioniaka. Antoni Macierewicz wniósł w tym zakresie swój bardzo wyrazisty i niebagatelny wkład. Niestety, upływający nieubłaganie czas wymusza na kierownictwie resortu przechodzenie do pewnych konkretów – które jednak, jak się okazuje, nie zawsze dorastają do niezwykle wysokiego poziomu retoryki. Chociaż sfera deklaratywna ma się bardzo dobrze, obejmując np. obietnice zwiększenia do roku 2030 wydatków na obronność do poziomu 2,5% PKB, warto przyjrzeć się realizacji w sferze wspomnianych konkretów, skupiając się na poszczególnych, najważniejszych obszarach.

Finansowe fundamenty modernizacji

Projekt budżetu MON na rok 2018 zakłada przeznaczenie na potrzeby resortu kwoty 41,1 miliarda złotych, tj. 2% PKB. Przeprowadzona w bieżącym roku nowelizacja ustawy o przebudowie i modernizacji technicznej oraz finansowaniu Sił Zbrojnych RP spowodowała wzrost preliminowanej kwoty o 2,378 miliarda złotych wobec wersji sprzed zmian. W teorii byłaby ona o 10,2% wyższa niż wydatki zaplanowane na rok 2017. Należy jednak zwrócić uwagę, że projekt obejmuje również wydatki na program modernizacji Policji, Straży Granicznej, Państwowej Straży Pożarnej i Biura Ochrony Rządu, wynoszące 395,7 miliona złotych, na Lotnicze Pogotowie Ratunkowe (39,6 mln złotych) oraz przede wszystkim finansowanie zakupu samolotów VIP, które według pierwotnych założeń miało się odbywać spoza budżetu MON, jednak zgodnie z obecnymi planami resort ma przeznaczyć na ten cel 809,2 miliona złotych.

Wszystkie te wydatki, włącznie z samolotami VIP, są same w sobie uzasadnione, jednak uwzględnienie ich sprawia, że deklarowane wzrosty nakładów stają się znacznie mniej imponujące. Po odliczeniu wspomnianych kwot faktyczna wysokość wydatków na obronność będzie wynosiła 1,94% PKB. W szczególności samoloty VIP skonsumują zasadniczą część wzrostu środków przeznaczonych na realizację Planu Modernizacji Technicznej, który w stosunku do roku 2017 miałby wynieść 1,227 miliarda złotych, dając kwotę 10,425 miliarda, w tym 6,695 miliarda w ramach strategicznego programu wieloletniego. Co prawda w kolejnych latach wydatki na maszyny VIP będą spadać do poziomu 300-400 milionów złotych rocznie, a środki przewidziane na program wieloletni mają rosnąć (do 8,856 miliarda złotych w 2019 i 11,043 miliarda w 2020), należy jednak zauważyć, że wydatki związane z finansowaniem zawartych już umów pozostają pewne, natomiast wzrosty finansowania zawsze mogą paść ofiarą braków budżetowych czy kalkulacji politycznej. W porównaniu z planami na rok 2017 środki na program wieloletni w roku 2018 wręcz spadną, o 366 milionów złotych – odrębną sprawą jest oczywiście faktyczna realizacja tych wydatków, związana z odwlekaniem realizacji konkretnych zadań modernizacyjnych.

Kluczowa obrona przeciwlotnicza – czyli nadal czeski film

Zgodnie z aktualnie obowiązującą wykładnią, Polska zamierza w ramach programu „Wisła” zakupić systemy przeciwlotnicze i przeciwrakietowe średniego zasięgu Patriot, których dostawcą będzie koncern Raytheon. W mocy pozostaje zatem decyzja podjęta w roku 2015 jeszcze przez poprzednie kierownictwo resortu. Zgodnie z memorandum intencji, zawartym 6 lipca bieżącego roku przez MON i Departament Obrony Stanów Zjednoczonych, w razie osiągnięcia ostatecznego porozumienia zakup miałby zostać podzielony na dwie fazy. W pierwszej Polska miałaby otrzymać dwie baterie systemu w istniejącej wersji Patriot 3+ (PDB-8) z dotychczasowymi radarami sektorowymi, ale już nowym, sieciocentrycznym systemem dowodzenia IBCS. Dostawy zostałyby zrealizowane w roku 2022, a wstępną gotowość bojową systemy osiągnęłyby w 2023. Druga faza objęłaby 6 baterii, już w wymaganej przez Polskę docelowej konfiguracji z nowym radiolokatorami dookólnymi, „niskokosztowym” pociskiem przeciwlotniczym SkyCeptor opartym na izraelskim (choć opracowanym z pomocą amerykańską) Stunnerze oraz integracją z polskimi radarami wstępnego wykrywania celów.

cover_1469779709

Pierwszym problemem jest ogromne opóźnienie dostaw wobec pierwotnych planów, które zakładały pozyskanie pierwszych systemów już w roku 2018. A należy przypomnieć, że stan polskiej obrony przeciwlotniczej, kluczowej dla odparcia ewentualnego uderzenia wroga wychodzącego poza poziom pełzającej wojny hybrydowej, jest opłakany i pogarsza się z upływem czasu. Chociaż PRL nie istnieje już 28 rok, poza zakresem bardzo krótkiego zasięgu (rzędu 5 km) nie dokonano dotychczas żadnej przełomowej inwestycji, która przyniosłaby zasadniczą zmianę jakościową wobec stanu odziedziczonego po poprzednim ustroju, dość kiepskiego już w latach 80. z uwagi na brak środków na zakup nowych systemów sowieckich, takich jak S-300 czy Buk. Prowadzone krajowymi siłami modernizacje zestawów z lat 60.–70. na pewno były potrzebne i przydatne, nie były jednak w stanie zmienić ogólnej przestarzałości chociażby z uwagi na zerowe zdolności przemysłu w zakresie produkcji pocisków rakietowych zasięgu od krótkiego wzwyż. Obecnie zatem OPL można uznać za istniejącą w zakresie zasięgu bardzo krótkiego, słabą w zakresie krótkiego oraz najwyżej symboliczną lub w ogóle niewystępującą w dalszych. Ponieważ nic nie wskazuje, że do roku 2022 cokolwiek się zmieni, przy braku wsparcia sojuszniczego lotnictwo ewentualnego nieprzyjaciela będzie miało do tego czasu ogromną swobodę operacyjną nad Polską, którą posiadane F-16, jeżeli przetrwają przy mizernej obronie przeciwlotniczej pierwsze uderzenie, będą w stanie zakłócić tylko w niewielkim stopniu.

Zasadniczy problem z systemem Patriot polega na nieprzystawalności obecnie istniejącej wersji do polskich wymagań. Zostały one sformułowane merytorycznie słusznie – perspektywiczny system obrony przeciwlotniczej/przeciwrakietowej winien odznaczać się sieciocentryczną, otwartą konfiguracją czy mieć dookólne radary, zapewniające znacznie większą elastyczność operacyjną. Sęk jednak w tym, że Patriot, na którego się zdecydowano, w istniejącej wersji ich nie spełnia, a traktowany przez MON jako warunek sine qua non zakupu system dowodzenia IBCS znajduje się na relatywnie wczesnym etapie drogi rozwojowej i jest daleki od dojrzałości technicznej oraz przydatności operacyjnej. Nawet rok 2022 nie musi wcale przynieść jego wersji zdatnej do faktycznej eksploatacji. Rozbudowana, daleko odbiegająca od seryjnej, konfiguracja przekłada się na koszty – bardzo wiele wskazuje, że zamknięcie się kosztów programu „Wisła” w oczekiwanej przez MON kwocie 30 miliardów złotych będzie nierealne. A przecież jednym z kluczowych zarzutów obecnej ekipy wobec poprzedniej było ogłoszenie, że tamta negocjowała zakup o wartości aż 47 miliardów złotych…

Kolejną kwestią są korzyści dla krajowej gospodarski, związane z udziałem w produkcji systemów i transferem technologii. Oczekiwania i deklaracje były ogromne – minister Macierewicz twierdził, że w Polsce powstanie co najmniej połowa wartości systemów, i to nie licząc pocisku „niskokosztowego”. Oczekiwano uzyskania znaczących kompetencji w zakresie wytwarzania nowoczesnych, wręcz awangardowych pocisków przeciwlotniczych zasięgu do średniego oraz pozyskania technologii produkcji radarów opartych na azotku galu, będącym najnowszym krzykiem techniki, stanowiącym radykalny postęp wobec starszych rozwiązań wykorzystujących arsenek galu. Co więcej, zdolności pozyskane w ramach „Wisły” miały umożliwić opracowanie już de facto polskimi siłami systemu piętra niższego, tj. zasięgu krótkiego (pierwotnie 25 km, po modyfikacji wymagań 40 km), określanego kryptonimem „Narew”.

Tymczasem wrzesień przyniósł stanowiącą kubeł zimnej wody deklarację Raytheona. Zgodnie z nią przekazanie algorytmów, kodów źródłowych, głowicy samonaprowadzającej i wieloimpulsowych silników rakietowych SkyCeptora będzie niemożliwe, po części z uwagi na wymogi traktatowe, ale w zasadniczej mierze z powodu weta amerykańskiej administracji. Analogicznie niedobrze miała wyglądać sprawa technologii azotku galu. W tej sytuacji można przewidywać, że zapowiadane korzyści gospodarcze i przede wszystkim rozwój krajowej bazy wytwórczej okażą się mrzonkami, a cała gra będzie sprowadzała się do żonglowania współczynnikami przeliczeniowymi przez Amerykanów, którzy po realizacji pierwszego etapu programu zapewnią sobie dyktat w kwestii warunków współpracy, finansowych i wszelkich innych. Stronie polskiej natomiast pozostanie robienie dobrej miny do złej gry i ogłaszanie wymyślonych sukcesów.

Co prawda dość dobrze już znane nastawienie obecnego kierownictwa MON, a w szczególności samego jego szefa, absolutnie nie pozwalają wykluczać zgody na takie rozwiązanie, to jednak dla porządku warto wspomnieć o informacjach na temat rozważania alternatyw. Chociaż minister zachowuje urzędowy optymizm, wyraża nadzieje na rychłe porozumienie z Raytheonem, a nawet twierdzi, że przyjęcie tymczasowej konfiguracji jeszcze bez IBCS pozwoli zrealizować pierwsze dostawy już w roku 2020 lub nawet 2019, pojawiają się jednak przecieki, że wciąż w grze pozostaje amerykańsko-europejskie konsorcjum MEADS. Oferuje ono system alternatywny wobec Patriota, chociaż dzielący z nim pociski PAC-3 MSE – produkowane jednak przez lidera MEADS, koncern Lockheed Martin. Tu transfer technologii miałby być pozbawiony przeszkód dzięki możliwości skorzystania z pośrednictwa podmiotów europejskich. W dziedzinie techniki radarowej rolę taką miałby pełnić włoski koncern Leonardo. Technikę rakietową miałoby natomiast zapewnić powiązane z Leonardo konsorcjum MBDA, oferujące brytyjsko-włoską rodzinę pocisków CAMM. Pociski CAMM/CAMM-ER zostały niedawno wskazane jako potencjalna baza „Narwi” przez samego Antoniego Macierewicza, co może nie oznaczać zupełnie niczego, jednak nie musi. Według przecieków została zaoferowana bardzo daleko idąca polonizacja i przekazanie technologii rodziny CAMM, a w obecnej sytuacji nie można wykluczyć nawet opartej na MEADS „Narwi”, strzelającej obok CAMMów również… pociskami PAC-3 MSE i faktycznego odłożenia „Wisły” ad Kalendas Graecas. MON twierdzi, że w puli przyszłorocznych wydatków zarezerwował na „Wisłę” 200 milionów złotych. Ostatnie dni przyniosły informację o określeniu w dokumentach przedłożonych Kongresowi Stanów Zjednoczonych przez Defence Security Cooperation Agency maksymalnej wartości zamówienia dotyczącego pierwszego etapu programu „Wisła”, opartego o rozwiązania Raytheona i system IBCS. Z pakietem współpracy przemysłowej miałaby ona wynieść aż 10,5 miliarda dolarów. Należy pamiętać, że zapewne wyraźnie przewyższa ona kwotę faktycznej potencjalnej transakcji, jednak nawet zastosowanie przybliżonych współczynników korygujących wyraźnie wskazuje, że zamknięcie realizacji całego programu w określonych przez MON granicach staje się w praktyce zupełnie nierealne.

W całej sprawie warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Jak twierdzą eksperci, całość niezwykle skomplikowanego przedsięwzięcia, na którego poziom trudności składają się kwestie takie, jak konieczność analizy uwarunkowań prawnych poszczególnych krajów oraz traktatów międzynarodowych, zagadnienia stricte techniczne oraz przebijanie się przez wielopoziomowy lobbing biznesowy oraz polityczny – jest realizowana bez powołania centralnego biura do spraw programu, w którym koncentrowałaby się całość informacji i zasobów specjalistycznych, wspartych ekspertami spoza MON-u. Za błąd ten odpowiada ekipa ministra Siemioniaka, nie został on jednak naprawiony przez obecną, choć poświęciła (a właściwie straciła) nie mniej niż pół roku na wydobycie wiedzy rozproszonej między jednostkami ministerstwa. Last but not least, przeciwnikami zarabiających 3600 złotych brutto miesięcznie polskich specjalistów są w negocjacjach ludzie zarabiający tyle w ciągu dnia, jeżeli nie wręcz godziny… To wszystko pogłębia skalę trudności i utrudnia osiągnięcie długofalowo i w szerokim zakresie korzystnego wyniku.

Artyleria rakietowa – dla krajowej gospodarki póki co pompowanie powietrza do kół

Na początku lipca bieżącego roku ogłoszono, że negocjacje w ramach programu Homar w sprawie zakupu systemów artylerii rakietowej, zapewniających Wojskom Lądowym odbudowę utraconych zdolności rażenia celów w odległości 70–300 km, będą prowadzone z koncernem Lockheed Martin, proponującym  system HIMARS z pociskami GMLRS i ATACMS. Oferta amerykańska została przedłożona nad izraelską (koncerny IMI/IAI).

Program ten został zainicjowany jeszcze w ubiegłej dekadzie, notował kolejne opóźnienia. Zgodnie z deklaracjami z czasów urzędowania ministra Siemioniaka systemy miały trafić do linii jeszcze w bieżącym roku, co oczywiście nie nastąpiło. Obranie kierunku ku finalnej decyzji należy zatem uznać za wartość samą w sobie. Jak się jednak okazuje, nie ma róży bez kolców. Chociaż również i w tym przypadku wiele mówiono o offsecie oraz transferze technologii, informacje z ostatnich dni wskazują wyraźnie, że pierwsza transza, obejmująca 56 wyrzutni (3×18 dla trzech dywizjonów i dwie szkolne) zostanie dostarczona ze Stanów Zjednoczonych jako gotowe produkty, w których amerykańskie będą nawet nośniki (samochody ciężarowe). Ma to pozwolić na realizację pierwszych dostaw w roku 2019.

Z punktu widzenia wojska rozwiązanie takie jest na pewno korzystne, gwarantując szybkie i terminowe wprowadzenia zestawów do uzbrojenia, jednak nie sposób nie zadać pytania o korzyści dla gospodarki krajowej, a także o wcześniejsze deklaracje. Póki co MON składa kolejne, zapowiadając trzykrotne zwiększenie skali zamówienia, do rzędu 160 wyrzutni, które miałyby być już spolonizowane i powiązane z systemem IBCS, co zwiększyłoby zdolności odpierania uderzeń rakietowych nieprzyjaciela przez niszczenie jego środków ogniowych. Plany dotyczące dalszych dostaw miałyby być realizowane po roku 2022. Jako słowa wygląda to bardzo ładnie, ale niestety zrealizowane zostać może, jednak wcale nie musi. W najgorszym razie krajowy przemysł może obejść się zupełnie smakiem.

Marynarka Wojenna – płoną koncepcje i okręty

O fatalnym stanie polskiej floty napisano już wszystko, i to niejednokrotnie. Podstawowe okręty nawodne i podwodne są stare i przestarzałe. W tej drugiej kategorii zmierzamy do kategorii muzealnej, bo wszystkie ex-norweskie jednostki typu „Kobben” liczą już sobie co najmniej 50 lat. Co gorsza, ledwie 31-letni osesek „Orzeł” doznał we wrześniu pożaru i poważnych uszkodzeń, które co najmniej na pewien czas wyeliminują go ze służby.

Następcy według dawnych założeń powinni być w służbie już w roku 2020, co jednak jest zupełnie nierealne. W odróżnieniu od opisanych wyżej programów, procesy decyzyjne nie zostały jeszcze zakończone, nadal w grze pozostają oferty francuska, niemiecka i szwedzka. Pewne sygnały wydają się wskazywać, że preferencję mogłaby mieć ta pierwsza – a kontrakt miałby mieć również znaczenie polityczne i w założeniu pomóc wnieść pewne odprężenie do fatalnych ostatnio relacji polsko-francuskich. W każdym razie, mimo zapowiedzi podjęcia decyzji jeszcze w tym roku, perspektywa wcielenia jednostek coraz bardziej się oddala. Wydaje się, że i skorygowana data wejścia do służby pierwszej, co miałoby stać się w roku 2024, będzie pobożnym życzeniem. Chociaż okręty podwodne są podawane w wątpliwym sosie strategicznym, którego podstawę stanowią pociski manewrujące, wydaje się, że ich zamówienie jest przesądzone.

Gorsza sytuacja dotyczy floty nawodnej, której trzon bojowy tworzą obecnie dwie dobiegające powoli czterdziestki, bardzo przestarzałe, niezupełnie sprawne i posiadające szczątkowe uzbrojenie ex-amerykańskie fregaty. MON oficjalnie zawiesił postępowanie w sprawie pozyskania mających zastąpić te jednostki dużych korwet/małych fregat typu „Miecznik” oraz uzupełniających je patrolowców typu „Czapla”. Co gorsza, flota poczeka co najmniej do przełomu lat 2018/19 na ukończenie okrętu patrolowego „Ślązak”, jedynego plonu sławnego programu „Gawron”. Trudno powiedzieć, czy przy obecnych tendencjach podstawowy komponent nawodny MW po prostu przestanie istnieć w momencie śmierci technicznej posiadanych fregat, zostaną pozyskane okręty używane (wciąż nie podjęto żadnej decyzji w sprawie ewentualnego nabycia od Australii fregat typu „Adelaide”), czy może jego namiastką pozostanie ewentualnie dozbrojony do poziomu korwety „Ślązak”. Notabene problemy z realizacją programu „Gawron”, których finałem jest spodziewane niemal dwuletnie opóźnienie ukończenia jedynego okrętu w zubożonej wersji, każą żywić najwyższe obawy w odniesieniu do przebiegu budowy okrętów podwodnych z udziałem krajowych podmiotów decyzyjnych i wykonawczych.

Jakiekolwiek decyzje lepsze niż żadne

Podsumowując, z punktu widzenia Sił Zbrojnych na pewno lepsze są dowolne decyzje, niezależnie od ich oceny merytorycznej czy skutków gospodarczych, niż niekończące się dialogi i zwroty akcji. W kluczowych dziedzinach, takich jak obrona przeciwlotnicza, ta swoista systemowa prokrastynacja już dawno zaczęła mieć wymiar potencjalnie graniczący z kryminalnym – w razie niespodziewanego wybuchu konfliktu kolejnym decydentom trudno byłoby wytłumaczyć się z faktycznego pozostawienia kraju bez obrony. Tym bardziej że nie podjęto działań mających na celu wypełnienie wytworzonej luki np. przez zakup systemów z drugiej ręki. W jakimś sensie prawdopodobnie możemy podziękować Rumunom, którzy podjęli działania mające na celu modernizację swojej armii przez wprowadzenie do niej zestawów Patriot (teoretycznie w wersji istniejącej, znacznie uboższej niż żądana przez Polskę, bez offsetu, jednak praktyka może wykazać, że faktycznie uzyskane systemy będą takie same) oraz HIMARS, z perspektywą zamknięcia całości procesów w ciągu kilku lat, bez tracenia czasu na bezowocne procedowanie.

Czym innym jednak są efekty dla przemysłu i choćby segmentowego rozwoju technologicznego kraju. Tu szumne deklaracje mogą okazać się bardzo boleśnie rozbieżne z rzeczywistością, a same programy być powtórkami z zakupu F-16, potwierdzając szydercze powiedzenie o Polaku głupim po szkodzie i przed szkodą. Byłoby zaiste fatalnie, gdyby organizm państwowy wykazał się brakiem zdolności nauki na własnych błędach mimo kilkunastu lat, jakie można było przeznaczyć na spokojne analizy i wypracowanie procedur ułatwiających uniknięcie błędów. Są co prawda pewne nadzieje, że nie skończy się tak źle, jednak budowanie na nich może niestety łacno okazać się wznoszeniem zamków na piasku.

dr Jan Przybylski

Projekt polskiego systemu własności pracowniczej

I. Nawiązania projektu

Projekt ten jest syntezą amerykańskiego systemu ESOP i polskiego przedwojennego systemu Gazoliny. Oprócz tego zawiera pewne nowe rozwiązania.

Elementem ESOP-u jest oparcie systemu na ustawowej regulacji państwowej, ograniczonych ulgach podatkowych i możliwości pobierania kredytu przez depozyt kapitału pracowniczego (tu Pracowniczego Funduszu Inwestycyjnego).

Elementem Gazoliny są wpłaty pracowników (w ESOP – wpłaty wnosi tylko firma), ustalenie ich minimalnej obowiązkowej wielkości i równoważnych im świadczeń firmy.

Elementami nowymi jest dwuczłonowość Pracowniczego Funduszu Inwestycyjnego oraz sposób pracowniczej prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych.

***

W czasie transformacji ustrojowej własność pracownicza mogła być  wykorzystana głównie do prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Obecnie powinna być stosowana (tak jak we Stanach Zjednoczonych) głównie do zwiększania efektywności przedsiębiorstw prywatnych.

II. Skrótowe omówienie projektu

1. Dwuczłonowy „Pracowniczy Fundusz Inwestycyjny” (PFI)

System jest wprowadzany do przedsiębiorstwa dobrowolnie przy akceptacji właściciela (właścicieli) i minimum 51% pracowników. Pozostali pracownicy mogą do niego nie wchodzić. W przedsiębiorstwie wprowadza się (niezależny od jego struktur i zarządzany przez pracowników-akcjonariuszy) dwudzielny Pracowniczy Fundusz Inwestycyjny (PFI), składający się z dwóch członów: Pracowniczego Funduszu Inwestycyjno-Emerytalnego (PFIE) i Pracowniczego Funduszu Inwestycyjnego Otwartego (PFIO).

2. Człon pierwszy – Pracowniczy Fundusz Inwestycyjno-Emerytalny (PFIE)

Jest on głównym elementem akcjonariatu, ograniczonym tylko do wpłat firmy, pracowników i zaciąganych kredytów (fundusz zamknięty). Pracownicy wpłacają do niego na swoje konta indywidualne obowiązkowo minimum 5% poborów, potrącanych bezpośrednio z listy płac. Tyle samo wpłaca im firma. Jedne i drugie wpłaty nie są opodatkowane. Uzasadnione jest to emerytalnym charakterem PFIE, jak również istotnym zwrotem środków do budżetu poprzez większą efektywność przedsiębiorstw z akcjonariatem.

Wysokość wpłat do PFIE może być corocznie dobrowolnie podnoszona na zasadzie uzgodnienia między pracownikami-akcjonariuszami i firmą, lecz nie może łącznie przekroczyć 25% funduszu płac (12,5% wpłat pracowników i 12,5% wpłat firmy), co  odpowiada limitowi zwolnień podatkowych w  ESOP-ach. Wpłaty te mogą też być w danym roku zawieszane w przypadku złej kondycji firmy.

Ponieważ wpłaty własne pracowników i wpłaty firmy są proporcjonalne do zarobków, dla ograniczenia jednych i drugich (dla uniknięcia „kominów” wpłat) i tym samym dla zapewnienia demokratycznej struktury akcjonariatu, wprowadza się górny limit obu wpłat na konto danego pracownika, równy odpowiedniemu procentowi z dwukrotnego średniego zarobku w danej firmie.

Nie ogranicza to w ogóle wpłat pracowników. Mogą być one dodatkowo dokonywane, ale w sposób nie kolidujący z demokracją akcjonariatu i bez ulg podatkowych (o czym dalej).

Gromadzony w powyższy sposób kapitał inwestowany jest wyłącznie we własną firmę lub służy do jej wykupu (częściowego lub całkowitego) z rąk innych współwłaścicieli.

Pracownik nie może wycofywać swojego kapitału z PFIE przez cały okres zatrudnienia (to żelazne prawo akcjonariatu). Otrzymuje go tylko w przypadku zmiany miejsca zatrudnienia i przy przejściu na emeryturę. W tym drugim przypadku stanowi on jego dodatkowe zabezpieczenie emerytalne (trzeci filar). W przypadku zmiany miejsca zatrudnienia pracownik nie otrzymuje kapitału pochodzącego z wpłat firmy o ile nie przepracował pięciu lat od momentu jego wpłacenia. W tym czasie zachodzi tzw. nabywanie przez pracownika prawa własności (am. „vesting”) do wpłat firmy. Przy przejściu na emeryturę to ograniczenie nie obowiązuje.

Dodatkowe ograniczenie prawa własności pracownika do wpłat firmy ma miejsce w przypadku spłaty kredytu zaciągniętego przez PFI (o czym dalej).

Kapitał gromadzony w PFIE daje indywidualne właścicielskie prawo głosu (o czym dalej) i uprawnia do pobierania dywidendy.

3. Człon drugi – Pracowniczy Fundusz Inwestycyjny Otwarty (PFIO)

Jest to element nowy, nie występujący w innych typach akcjonariatu, a spełniający w stosunku do PFIE ważną funkcję pomocniczą.

W Pracowniczy Fundusz Inwestycyjny Otwarty mogą inwestować dodatkowo i w sposób nieograniczony sami pracownicy przedsiębiorstwa, ich rodziny, inni członkowie społeczności lokalnej, kooperanci. Mogą też inwestować dowolne podmioty. Wpłaty te nie podlegają ulgom podatkowym i mogą być w każdej chwili wycofywane, co dla pracowników przedsiębiorstwa spełnia funkcję zakładowej kasy oszczędności na wypadek szczególnych sytuacji życiowych. Gromadzone w ten sposób środki inwestowane są (tak jak poprzednio) wyłącznie we własną firmę lub służą do jej wykupu z rąk innych współwłaścicieli.

Wpłaty do Pracowniczego Funduszu Inwestycyjnego Otwartego nie dają żadnych uprawnień decyzyjnych, a jedynie uprawniają do pobierania dywidendy.

4. Głosowanie, wybór władz PFI i jego zarządzanie

Głosowanie i wybór władz PFI odbywa się tylko w obrębie uczestników Pracowniczego Funduszu Inwestycyjno-Emerytalnego. Jego w miarę wyrównany skład kapitałowy pozwala (na wzór ESOP-ów demokratycznych) na wprowadzenie spółdzielczej zasady „jeden człowiek – jeden głos”, z tym że każda dekada uczestnictwa w akcjonariacie zwiększa siłę głosowania o jeden głos. To również przedkłada w sposób spółdzielczy człowieka ponad kapitał.

Zgodnie z takimi zasadami głosowania uczestnicy akcjonariatu wybierają radę nadzorczą całego Pracowniczego Funduszu Inwestycyjnego (a więc obu jego funduszy składowych), ta zaś ustanawia jego zarządcę. Przy dużych akcjonariatach może to być fachowiec wynajęty spoza firmy.

Corocznie, przed walnym zgromadzeniem akcjonariuszy firmy (obejmującym również współwłaścicieli zewnętrznych), uczestnicy Pracowniczego Funduszu Inwestycyjno-Emerytalnego zwołują własne zebranie, gdzie przegłosowują własną strategię realizowaną później przez swojego przedstawiciela na zgromadzeniu walnym. Przedstawicielem może być zarządca, ale może być nimi też doraźnie wybrany inny przedstawiciel pracowników akcjonariuszy. Przedstawiciel ten na zgromadzeniu walnym dysponuje siłą głosu (w stosunku do udziałowców zewnętrznych) odpowiednią do sumy kapitału zgromadzonego w obu funduszach.

5. Zaciąganie i spłacanie kredytu przez PFI

PFI jest ustawowo uprawniony (na wzór ESOP-ów) do zaciągania kredytu. Można również (na wzór amerykański) wprowadzić ustawowo ulgi podatkowe dla banków kredytujących akcjonariat pracowniczy.

Pobrany kredyt wykorzystywany jest wyłącznie na inwestycje we własne przedsiębiorstwo lub na wykup jego akcji z rąk innych współwłaścicieli.

Spłata kredytu odbywa się z opisanych wcześniej regularnych wpłat pracowników i firmy do PFIE, z tym że prawo własności do wpłat firmy, spłacających kredyt, nabywa pracownik-akcjonariusz dopiero po spłacie zadłużenia.

Spłaty mogą być również dokonywane z funduszy PFIO. W sytuacjach kryzysowych może nastąpić mobilizacja pracowników, ich rodzin i całej społeczności lokalnej (sytuacje znane z praktyki) i zasilenie PFIO znacznymi doraźnymi wpłatami.

6. Obowiązkowe wprowadzenie systemu partycypacyjnego zarządzania przedsiębiorstwem

Amerykańskie badania wykazały ponad wszelką wątpliwość, że sama własność pracowniczego kapitału ma niewielki wpływ na zwiększenie efektywności przedsiębiorstwa. Natomiast jej połączenie z jakimś systemem partycypacyjnego zarządzania zwiększa efektywność w sposób bardzo istotny (patrz: www.rp-gospodarna.pl/stany_efektywnosc.htm). W związku z tym należy obligatoryjnie wprowadzać w akcjonariatach któryś z wielu systemów partycypacyjnego zarządzania. Upowszechnienie najbardziej zaawansowanego z nich  – Wielkiej Gry w Biznes (Great Game of Business; www.greatgame.com) mogłoby zrewolucjonizować polską gospodarkę.

W Polsce istnieje totalne nierozumienie pozytywnego znaczenia pracowniczego partycypacyjnego zarządzania (frazeologia „trójkąta bermudzkiego” wymierzona swego czasu w samorządy pracownicze). Razem więc z wprowadzaniem akcjonariatu należy dążyć do wyjaśniania jego sensu i znaczenia w skali całego społeczeństwa.

7. Konieczne zaangażowanie związków zawodowych w akcjonariat pracowniczy

W Polsce rozpropagowano błędną opinię, że akcjonariat pracowniczy jest sprzeczny z instytucją związku zawodowego. Tymczasem, zgodnie z doświadczeniami amerykańskimi, związek zawodowy, angażując się w akcjonariat, poszerza swój zakres działania. Zachowując swe funkcje ochronne, związek zawodowy wchodzi w funkcje związku pracowników-właścicieli. Staje się przez to bardziej potrzebny pracownikom niż w swej tradycyjnej postaci (zobacz: www.rp-gospodarna.pl/stany_zwiazki.htm oraz www.rp-gospodarna.pl/zwiazki_szansa.pdf).

Dla efektywnego rozwoju akcjonariatu pracowniczego w Polsce niezbędne jest zaangażowanie się w niego związków zawodowych, w pierwszym rzędzie NSZZ „Solidarność”. Jest to też niezbędnym warunkiem odnowienia się „Solidarności” i zwiększenia przez nią swej liczebności i znaczenia.

8. Pracownicza prywatyzacja przedsiębiorstw państwowych

Prywatyzacja pracownicza (na wzór Słowenii) była wielką i zmarnowaną szansą Polski w czasie transformacji ustrojowej. Pozostaje jednak nadal zabiegiem aktualnym dla niektórych istniejących jeszcze przedsiębiorstw państwowych, w szczególności dla niektórych kopalń. Zachowuje również duże znaczenie w przyszłości dla odkupowanych przez państwo przedsiębiorstw (repolonizowanych lub źle zarządzanych), jak też dla tworzonych przez państwo przedsiębiorstw nowych, potrzebnych gospodarce narodowej, a z różnych względów będących poza inicjatywą kapitału prywatnego. Formą docelową takiej prywatyzacji powinny być spółki pracownicze.

Przy obecnie obowiązujących regulacjach prawnych wszyscy pracownicy prywatyzowanego przedsiębiorstwa państwowego otrzymują za darmo 15% jego wartości. Kapitał ten nie buduje żadnego akcjonariatu i jest regularnie wykorzystywany tylko do celów konsumpcyjnych.

Przyznawanie kapitału darmowego powinno zostać ograniczone tylko do tych przedsiębiorstw państwowych i ich załóg, które zdecydowały się (decyzją ponad 50% pracowników) tworzyć spółkę pracowniczą. A w ich ramach tylko do tych pracowników, którzy większościowo podjęli taką decyzję. W takiej sytuacji pakiet darmowy można podwyższyć do 20%, a nawet 25% wartości przedsiębiorstwa.

W przedsiębiorstwie wprowadza się, tak jak poprzednio, dwuczłonowy Pracowniczy Fundusz Inwestycyjny i cały pakiet darmowy umieszcza się w jego PFIO. Traktowany jest on tam jako zbiorowa inwestycja pracowników w przedsiębiorstwo, zatem nie jest tam rozlokowywany na rachunki indywidualne. Pracownicy od razu uzyskują na jego bazie zbiorowe prawo głosu i zbiorową dywidendę dzieloną równo między nimi, niezależnie od zarobków. Pakiet ten nigdy jednak nie staje się ich własnością i nie bierze udziału w spłacaniu pracownika przy jego odchodzeniu z przedsiębiorstwa. Przechodzi natomiast jako własność zbiorowa (model spółdzielczy) na nowych pracowników, co ułatwia wymianę pokoleniową pracowników-właścicieli. W wyjątkowym przypadku sprzedaży przedsiębiorstwa, państwo odzyskuje prawo własności nad inicjalnym pakietem darmowym.

Indywidualną własność pracowniczą generuje tylko PFIE. Przy osiągnięciu przez ten fundusz ponad 30% (25%) wartości przedsiębiorstwa staje się ono, w połączeniu z 20% (25%) inicjalnym pakietem darmowym, spółką pracowniczą.

                                                   Jan Koziar

Powyższy tekst stanowi streszczenie większego projektu, który jest dostępny pod tym adresem.