Dla dobra własnego

Dla dobra własnego

Gdy elity nawołują do troski o dobro wspólne, najwyższy czas stanąć po stronie „roszczeniowego tłumu”.

Idea dobra wspólnego, stanowiąca przez lata horyzont naszych działań, jest coraz częściej przywoływana przez obóz rządowy, liderów biznesu oraz media. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy jakaś grupa społeczna wyjątkowo stanowczo broni swoich interesów, np. w obliczu planowanych reform. Nie można myśleć wyłącznie o sobie, zamiast o budżecie państwa (innych grupach zawodowych, własnych wnukach itd.) – napominany jest wówczas naród za pośrednictwem telewizyjnych kursów dobra wspólnego.

Postulat samoograniczania się na rzecz wspólnoty jest szlachetny, jednak kiedy do zaciskania pasa grubi nawołują chudych, jest zwykłą hipokryzją, skrywającą dążenie do zachowania status quo. Przy tak silnym zaburzeniu równowagi między kapitałem a pracą oraz władzą a obywatelami, każda walka zwykłych ludzi o „przywileje” pracownicze czy socjalne jest jednocześnie walką o większą sprawę. Wszystko to banały, warto jednak o nich przypominać. W przeciwnym wypadku część społeczeństwa może dać sobie wmówić, że upominanie się o sprawiedliwość społeczną jest czymś wstydliwym.

Z kolei elitom warto prowokacyjnie przypominać, że jednoznaczne artykułowanie partykularnych interesów, które następnie „ucierają się” w ramach nieustającego renegocjowania umowy społecznej, jest jednym z fundamentalnych założeń liberalnej demokracji. A skoro tak, to walka „o swoje” – dobro własnej rodziny, grupy zawodowej czy regionu – nie powinna być piętnowana, lecz stawiana za wzór.

Nie chodzi rzecz jasna o to, by ograniczyć się do listy żądań, upodobniając się do karykatur kreślonych przez establishment. Obywatelska dojrzałość, bez której nie może istnieć sprawiedliwy model społeczno-gospodarczy, obejmuje nie tylko umiejętność formułowania swoich oczekiwań oraz obrony słusznych praw, ale także aktywne współtworzenie życia zbiorowego, w tym dbałość o dobro wspólne. W czasach, kiedy wróg co i rusz podbiera nam i przeinacza to ostatnie hasło, lepiej jednak maszerować pod bardziej bojowym sztandarem.

Michał Sobczyk

PS W imieniu wydawcy pragnę serdecznie przeprosić wszystkich Czytelników i Czytelniczki, a także Autorki i Autorów, że na niniejszy numer „Nowego Obywatela” przyszło im czekać tak długo. Kryzys finansowy i kadrowy, który w zeszłym roku dotknął Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”, okazał się niestety mieć kilka długofalowych skutków.

Dziś mogę już powiedzieć, że zbiorowym wysiłkiem udało się ustabilizować sytuację organizacji, w związku z czym nasze kolejne spotkania będą mogły odbywać się regularnie. Wszystkim, którzy nie przestali w nas wierzyć – dziękuję.

Wojna i pokój klas

Wojna i pokój klas

Jak Pan ocenia natężenie konfliktu przemysłowego w Polsce w ostatnim dwudziestoleciu?

Jan Czarzasty: Mieliśmy do czynienia z dwoma krótkimi okresami, w których dochodziło do wyraźnej erupcji tego konfliktu, mierzonego liczbą strajków. Pierwszy to lata 1992-93, czyli początkowa faza restrukturyzacji przemysłu, która zgodnie z logiką zbiorowych stosunków pracy musiała być zarzewiem konfliktu. Nieprzypadkowo tuż po nim nastąpiła pierwsza próba uruchomienia w Polsce instytucji dialogu społecznego: podpisano Pakt o Przedsiębiorstwie Państwowym – jedyny do dziś pakt społeczny w pełnym tego słowa znaczeniu, który udało się zawrzeć; powołano też Komisję Trójstronną. Konflikt w lepszy czy gorszy sposób został załagodzony i od roku 1994 widzimy wśród polskiej klasy pracowniczej malejącą tendencję w kwestii takich postaw.

Później mamy stosunkowo długi okres ciszy – z anomalią w 1999 r., gdy reformy rządu Buzka przyniosły chwilowy wzrost liczby konfliktów, zwłaszcza w oświacie. Lata 2007-2008 to drugi okres wzmagania się konfliktu przemysłowego, mierzonego liczbą strajków. Był to czas wyjątkowo dobrej koniunktury na rynku zatrudnienia, związanej m.in. z odpływem prawie miliona ludzi do krajów UE. Bezrobocie rejestrowane po raz pierwszy spadło poniżej 10%, co dało bardzo mocny efekt psychologiczny. W większości regionów zjawisko nadpodaży siły roboczej nagle zniknęło, dzięki czemu pracownicy znaleźli się w o wiele lepszej sytuacji. Zadziałał tutaj, znany ze schematu strategii zachowań indywidualnych Hirschmana, mechanizm „exit/voice” – wyjście lub głos. Najpierw pracownicy korzystali raczej z tej pierwszej opcji, gdy ona się otworzyła na szeroką skalę, ale ci, którzy pozostali, zaczęli coraz śmielej zabiegać o poprawę położenia w miejscowym kontekście społecznym, w tym w stosunkach pracy. Manifestowało się to wzrostem liczby strajków. Pracownicy byli bardziej odważni, ponieważ dostrzegli, że aktywne zabieganie o własne interesy ma szansę powodzenia.

Po roku 2008 dotarło do nas echo kryzysu światowego. W związku z tym sytuacja na rynku pracy uległa pogorszeniu, a jednocześnie opcja „exit” – wskutek stanu gospodarek krajów UE-15 – stała się o wiele mniej atrakcyjna. Wydaje się, że będzie to ograniczało liczbę strajków.

Powstaje pytanie, jak dobrze liczba zarejestrowanych strajków odzwierciedla stopień zantagonizowania pracowników i pracodawców. Spadek tego wskaźnika po okresie pierwszej fali restrukturyzacji można tłumaczyć nie tylko ustanowieniem instytucji dialogu społecznego, ale także przejściem znacznej części pracowników dużych zakładów do sektora prywatnego, w którym nie było związków zawodowych.

J. C.: Aktywność strajkowa, rejestrowana przez statystykę publiczną, może posłużyć do diagnozowania ogólnej sytuacji w dziedzinie stosunków przemysłowych, ale oczywiście tworzenie obrazu zjawiska wyłącznie na jej podstawie jest niemożliwe.

To, że udało się ustanowić instytucjonalny dialog trójstronny, miało niewątpliwie znaczenie. Jednak jak świetnie wiemy, zjawisko to dotyczy coraz węższej grupy pracowników – głównie tych, którzy pozostali w instytucjach i przedsiębiorstwach będących własnością publiczną, czyli obecnie ok. 20% ogółu zatrudnionych. Zwrócił pan uwagę na bardzo ważną rzecz: zmianę struktury zatrudnienia. 96% działających w Polsce podmiotów gospodarczych zatrudnia do 9 osób. Między innymi właśnie dlatego statystyka publiczna jest często zawodna, gdyż te najmniejsze podmioty w wielu zestawieniach są pomijane, co daje znacznie zafałszowany obraz rzeczywistości.

Często popełnia się także grzech pewnego lenistwa intelektualnego, gdy opisując zbiorowe stosunki pracy w Polsce koncentruje się na firmach co najmniej średnich, czyli takich, które mają powyżej 50 pracowników. W efekcie tracimy z oczu zdecydowaną większość zatrudnionych, którzy nie mają dostępu do zorganizowanej reprezentacji swoich interesów: ani do związków zawodowych, ani do rad pracowników. W efekcie stosunki pracy w tych miejscach przybierają zupełnie inną formę – mamy tam do czynienia z czymś, co można nazwać bardzo daleko posuniętą indywidualizacją stosunków pracy. Nie zapominajmy także o rzeszy samozatrudnionych – jednoosobowych firmach, z których lwia część jest nimi wyłącznie z nazwy.

Można powiedzieć, że odkąd stosunki pracy zaczęły być w sposób systematyczny badane, historia zatoczyła koło. Wyszliśmy od liberalnych stosunków pracy z XIX w., w których relacja pracownika z pracodawcą była kontraktowa, regulowana wyłącznie prawem cywilnym (o prawie pracy nikt wtedy nie słyszał), i dotarliśmy do punktu, w którym są one pod wieloma względami podobne. Oczywiście prawo pracy obowiązuje i nikt przy zdrowych zmysłach nie postuluje jego zniesienia, przynajmniej nie oficjalnie. Warto przypomnieć, że Komisja Kodyfikacyjna Prawa Pracy przygotowała dwa odrębne kodeksy, indywidualnego i zbiorowego prawa pracy, jednak ten godny szacunku wysiłek intelektualny grupy wybitnych prawników poszedł na marne. W efekcie mamy nadal do czynienia z prawem niedostosowanym do realiów.

Wracając do konfliktu przemysłowego: przy obecnej strukturze zatrudnienia nie można go sprowadzać do strajków i sporów zbiorowych. Problem polega jednak na tym, że w mikrofirmach bardzo trudno badać to zagadnienie. Są robione badania jakościowe, niestety istnieje problem z przebiciem się z ich wynikami do szerszego obiegu publikacyjnego, choć są media, które odgrywają tutaj pozytywną rolę, jak wasz kwartalnik.

Takie badania mają wszakże zasadniczą wadę: zawsze można zanegować ich wartość, twierdząc, że trudno w oparciu o nie pokusić się o generalizacje. Co innego badania ilościowe na dużych, reprezentatywnych próbach. Przykładem mogą być dwie edycje „Polaków pracujących”, które realizowaliśmy w drugiej połowie poprzedniej dekady. Pozwoliły one uchylić przynajmniej rąbka tej kotary i zajrzeć również do świata małych firm.

Panuje tam specyficzny model kultury organizacyjnej, tzw. paternalizm małego przedsiębiorcy. Pracownikom trudno artykułować interesy, szczególnie ponadjednostkowe, ponieważ wszystko rozgrywa się na poziomie kontaktów interpersonalnych. Poza tym w mikroprzedsiębiorstwie nie mamy rozdzielonej własności i zarządzania, bo to zbyt wczesny etap rozwoju firmy. Badania „Polscy przedsiębiorcy”, które realizujemy obecnie, pozwolą nam być może w bardziej precyzyjny sposób odpowiedzieć na liczne pytania, jakie nasuwają się wobec tego „świata nieprzedstawionego”.

Jednym z obszarów Pańskich dociekań jest właśnie kultura organizacyjna, która nieraz bardzo znacząco wpływa na stosunki przemysłowe.

J. C.: W naszych badaniach zaobserwowaliśmy wyraźnie szerszy zakres partycypacji pracowniczej w zakładach pracy typu szkoła czy należących do sektora publicznego, niż w sektorze prywatnym. Nie jest to nowa konstatacja. W połowie lat 90. prof. Witold Morawski stwierdził, że wkrótce prawdopodobnie będziemy mieli do czynienia z istnieniem dwóch równoległych światów: korporatystycznego w sektorze publicznym (silna pozycja aktorów zbiorowych, a więc reprezentacji interesów jednej i drugiej strony, a co za tym idzie – powstawanie mechanizmów partycypacyjnych) oraz pluralistycznego w sektorze prywatnym (rozbicie, rozproszenie interesów, indywidualizacja stosunków pracy).

Nasze badania pokazały również, że i w obrębie sektora prywatnego występują pewne ciekawe zróżnicowania. Swego czasu postawiłem tezę, że na naszych oczach formuje się podział nie dychotomiczny, lecz na trzy odrębne światy: w ramach sektora prywatnego szczególną enklawą miałyby stać się przedsiębiorstwa z udziałem kapitału zagranicznego. To oczywiście nie jest nowy, autorski pogląd, już dawno temu pojawiały się głosy, że firmy zagraniczne, szczególnie z krajów „starej Unii”, stworzą kanał transmisji wartości charakterystycznych dla europejskiego modelu społecznego. Wiązano z tymi firmami nadzieje na ucywilizowanie stosunków pracy – rzeczywiście można zaobserwować takie zjawisko, gdy się poruszamy w wymiarze instytucjonalnym. W przedsiębiorstwach z kapitałem zagranicznym instytucje reprezentacji interesów pracowniczych występują bardziej powszechnie niż w rdzennie polskich. Częściej znajdziemy tam związki zawodowe, układy zbiorowe, rady pracowników prawdopodobnie też, choć akurat tego nie mogliśmy sprawdzić.

Jednak jeśli chodzi o kulturę organizacyjną, okazuje się, że obraz jest bardziej złożony. Średnie i duże firmy z udziałem kapitału zagranicznego zdradzają pewne cechy, które z punktu widzenia pracowników trudno uznać za korzystne, jak np. popieranie indywidualnej konkurencji jako podstawowego mechanizmu regulacji stosunków w miejscu pracy. Jeśli mamy rozwinięty wewnętrzny rynek pracy w firmie, ludzie raczej rywalizują. Taka sytuacja nie sprzyja powstawaniu postaw wspólnotowych, ani nawet tworzeniu trwalszych więzi społecznych poza więziami formalnymi. To jest taka kultura nowoczesnej autokracji.

Zatem obraz partycypacji pracowniczej, uwłasnowolnienia, upodmiotowienia pracownika w zakładach pracy różnego typu jest bardzo złożony.

Podjąłby się Pan próby zgeneralizowania postaw pracowników i pracodawców w ramach konfliktu przemysłowego jeśli chodzi o gotowość do kompromisu, umiejętność myślenia w kategoriach długofalowych itp.?

J. C.: Mimo wszystkich zastrzeżeń można się pokusić o takie uogólnienia, tym bardziej, że mamy do nich pewne empiryczne podstawy. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że w świadomości zbiorowej, przynajmniej w tym jej wymiarze, który wiąże się ze stosunkami pracy, dokonuje się ewolucja. Odwołam się do wiedzy, którą sam zgromadziłem. W latach 2005-2006 badałem pracowników sieci handlowych. Wyczuwało się u nich silne przywiązanie do konfliktowej wizji stosunków pracy. Bardzo specyficznie definiowano rolę związku zawodowego: jego racją bytu miało być pozostawanie w konflikcie z pracodawcą i próby realizowania interesów zbiorowych tą właśnie drogą. Natomiast w ubiegłym roku, gdy realizowałem badanie poświęcone społecznej odpowiedzialności biznesu w środowisku pracy, 90% badanych uznało, że związki zawodowe powinny współpracować z pracodawcą. Oczywiście trudno bezpośrednio porównywać wyniki tych badań ze względu na odmienne założenia metodologiczne, jednak wskazują one na pewne przewartościowania roli reprezentacji pracowniczej.

Wywołane kryzysem?

J. C.: Trudno powiedzieć, na pewno miał on tutaj wpływ, ale to był czynnik o charakterze bieżącym. Obstawałbym przy twierdzeniu, że to, co wykazały badania, jest przejawem pewnej głębszej, trwalszej zmiany. Z czego ona może wynikać? Być może z tego, że wchodzenie w otwarty konflikt z pracodawcą zostało przez pracowników uznane za niezbyt produktywne. Oczywiście są pewne wyjątki, jak spółki surowcowe czy sektor energetyczny, gdzie pracownicy odnoszą sukcesy w bezpośredniej konfrontacji, ale to niewielka enklawa w gospodarce, choć zajmuje ona nieproporcjonalnie dużo miejsca w przekazie medialnym. Wejście w otwarty konflikt z pracodawcą ma sens, jeśli pracownicy posiadają dużą siłę przetargową ze względu na wysoki stopień uzwiązkowienia i relatywną jednolitość interesów. Jeżeli natomiast reprezentacja pracowników i sami pracownicy są słabi w relacji do pracodawcy, bardziej racjonalna wydaje się strategia współpracy i uzyskiwania korzyści czy ustępstw taką drogą.

To powinno dać do myślenia nie tylko związkom. Przyzwyczailiśmy się bowiem stawiać znak równości między związkiem zawodowym a reprezentacją pracowniczą. Tymczasem w pejzażu instytucjonalnym pojawiły się rady pracowników, a dodatkowo reprezentowania interesów pracowniczych w ostatnich latach coraz częściej podejmowały się organizacje społeczne. Pierwszym i spektakularnym przykładem było Stowarzyszenie Poszkodowanych Przez Wielkie Sieci Handlowe „Biedronka”, dużą rolę odgrywa Helsińska Fundacja Praw Człowieka.

Podsumowując, uważam, że mamy do czynienia ze zmianą wizji stosunków pracy. Preferencja dla kooperacji z pracodawcą jest wśród pracowników większa, natomiast dyspozycja do konfliktu – mniejsza.

A czy można mówić o jakiejś zmianie, jeśli chodzi o postawę pracodawców wobec reprezentacji pracowników?

J. C.: Myślę, że ma miejsce ewolucja tego stosunku, który zmienia się na korzyść strony pracowniczej. Jest to jednak proces bardzo powolny, który nie powinien nam przesłonić tego, że w bardzo wielu sektorach, jak przedsiębiorstwa rdzennie prywatne – w których, w odróżnieniu od np. spółek giełdowych, mamy do czynienia z koncentracją własności i zarządzania w jednych rękach – miejsca na partycypację oczywiście nie ma. W tej sytuacji jakiekolwiek niezależne byty, jak związki czy rady pracowników, nie będą postrzegane w kategoriach potencjalnego współpracownika, lecz przeciwnika. W dużych przedsiębiorstwach nastawienie na współpracę z reprezentacją pracowników jest bardziej wyraźne.

Warto spojrzeć, jak preferencje zmieniały się pod wpływem kryzysu, czyli przesłanek pragmatycznych. Pakiet antykryzysowy z 2009 r., negocjowany na forum Komisji Trójstronnej, jest przykładem tego, jak poczucie zagrożenia płynącego z zewnątrz pozwala odnaleźć interesy łączące obie strony. Przeczuwając uderzenie recesji, przedsiębiorcy bali się, czy firmy w ogóle uda się utrzymać przy życiu, a pracownicy – czy nie zlikwidują ich miejsc pracy. To pozwoliło określić pole kompromisu, na którym obie strony się spotkały i wynegocjowały coś, co było moim zdaniem bardzo interesujące, bo był to pierwszy przypadek, gdy w Polsce na szczeblu krajowym zadziałał autonomiczny dialog społeczny.

Niestety, ta czysto pragmatyczna motywacja do współpracy zniknęła z chwilą, gdy stało się jasne, że kryzys nie jest taki straszny, jak się wydawało. Stracili ją przede wszystkim przedsiębiorcy, dlatego związki zawodowe mogły się poczuć rozczarowane, bo jako reprezentacja pracownicza wykazywały się bardzo dużą odpowiedzialnością i powściągliwością. Proszę zwrócić uwagę, że w latach 2009-2010 nie miały miejsca żadne sytuacje konfliktowe odgórnie animowane przez centrale związkowe. To się zaczęło zmieniać właściwie w tym roku, wraz z nasilaniem się presji społecznej, żeby związki wreszcie coś zrobiły w obliczu pogarszającego się poziomu życia klasy pracującej.

Tego rodzaju zjawiska każą zadać pytanie, do jakiego stopnia dialog społeczny jest w stanie zastąpić tradycyjny konflikt przemysłowy jako narzędzie realizacji interesów pracowników najemnych.

J. C.: Klasyczny podział wyróżnia dwie podstawowe kategorie stosunków przemysłowych: przetarg zbiorowy, a więc negocjacje prowadzące do zawierania układów zbiorowych, oraz konflikt przemysłowy. Istnieją one równolegle: gdy negocjacje się załamią, wówczas aktorzy wchodzą w konflikt. Oczywiście może on przybierać różne formy, to nie musi być od razu strajk, ale także spór zbiorowy, protesty, pikiety, „strajk włoski” czy wzmożona absencja chorobowa. Moim zdaniem nie ma co liczyć, że z czasem dialog i to, co uznaje się za jego najwyższe stadium rozwojowe, a więc partnerstwo społeczne, zastąpią konflikt; te dwa procesy będą współistnieć.

Zresztą zasięg oddziaływania dialogu społecznego, przynajmniej tego prowadzonego za pośrednictwem instytucji, dotyczy niewielkiej grupy. Niechęć pracowników i pracodawców do organizowania się to naprawdę ogromny problem, jeśli chodzi o zbiorowe stosunki pracy w Polsce. Uzwiązkowienie mamy na poziomie 16%, jednak w sektorze prywatnym jest to ok. 3%. W dodatku jedynie 20-25% pracowników jest zatrudnionych w podmiotach zrzeszonych w organizacjach pracodawców, co stanowi jeden z najniższych odsetków w Europie. Z tego powodu siła sprawcza organizacji, które cieszą się statusem reprezentatywnych partnerów społecznych, jest ograniczona. W efekcie, dialog społeczny na poziomie centralnym oraz regionalnym ma dość ograniczone skutki.

Dialog na poziomie zakładu pracy jest czymś zupełnie innym i to na nim powinna się koncentrować nasza uwaga. Nie wyeliminuje on całkiem konfliktu, ale być może zyska stopniowo silniejsze podstawy w wyniku wspomnianego przewartościowania w świadomości pracowników, że kooperacja realizuje się w dialogu, a nie w sporze. Główną barierą dla jego rozwoju będzie właśnie niechęć Polaków do zrzeszania się. Specyficzny polski indywidualizm, który ma głębokie historyczne korzenie, będzie niestety przesądzał o tym, że stosunki pracy w naszym kraju zachowają pluralistyczny charakter. Co za tym idzie – dużo większy wpływ będą miały powszechnie obowiązujące normy prawa, niż porozumienia zawierane przez reprezentacje zbiorowe stron. Jeśli ta tendencja się utrzyma, to pozycja pracownika będzie ulegać dalszemu osłabieniu.

Wśród Pańskich zainteresowań znajduje się także tzw. społeczna odpowiedzialność biznesu (CSR). Znów zapytam: do jakiego stopnia ten nowy instrument jest w stanie zastąpić czy trwale załagodzić naturalny antagonizm między pracownikiem a pracodawcą?

J. C.: Samo to pojęcie jest modnym słowem-wytrychem, natomiast jego definicje czy indywidualne interpretacje są bardzo różne. Bez wątpienia jednak CSR może być instrumentem wpływającym cywilizująco na stosunki pracy. Wszystko zależy od tego, jak jest rozumiana. Wiele firm, szczególnie dużych, niestety bardzo spłaszcza tę ideę, sprowadzając ją do jednego z narzędzi kształtowania wizerunku. Poza tym mamy do czynienia z selektywnym stosunkiem do społecznej odpowiedzialności biznesu: wybiera się to, co albo nie wiąże się z kosztami, albo te koszty bilansują się z możliwymi do uzyskania korzyściami, przede wszystkim wizerunkowymi. Dlaczego dbałość o środowisko naturalne jest czymś, do czego firmy zazwyczaj odwołują się w pierwszej kolejności? Bo to jest wartość, wokół której panuje powszechny konsensus, przynajmniej na poziomie deklaracji; nie spotkamy chyba nikogo, kto negowałby konieczność takich zachowań przedsiębiorstw, żeby możliwie najmniej szkodziły środowisku. Natomiast często się zapomina, że wśród kryteriów społecznej odpowiedzialności biznesu znajdują się także np. stopień uzwiązkowienia pracowników czy istnienie zbiorowych układów pracy.

Uważam, że właściwie rozumiana CSR nie może ograniczać się wyłącznie do, mówiąc jej językiem, interesariuszy (stakeholders), którzy są na zewnątrz przedsiębiorstwa, czyli np. konsumentów, a ponadto – w przypadku spółek publicznych – akcjonariuszy. Powinna dotyczyć także pracowników, którzy zarazem są np. konsumentami i członkami społeczności lokalnej. To pokazuje, jak dalece złożony jest problem stosowania CSR w praktyce.

Z drugiej strony, CSR tworzy nową płaszczyznę aktywności nie tylko związków zawodowych, ale również innych reprezentacji interesów pracowniczych. W sytuacji, gdy na całym świecie obserwujemy odwrót pracowników od związków, myśląc strategicznie powinny one szukać nowych nisz i źródeł legitymizacji swego istnienia. Sięgnięcie po CSR jest z ich punktu widzenia potencjalnie korzystne, gdyż są naturalnym nośnikiem zasad społecznej odpowiedzialności biznesu. Uzyskane tą drogą umocnienie ich pozycji może dać w przyszłości silniejszy mandat do zabiegania o realizację partykularnych interesów samych pracowników.

Za pomocą jakich mechanizmów państwo mogłyby wzmocnić instytucje reprezentujące interesy pracownicze?

J. C.: Są różne postulaty, przy czym większość stanowi nawiązanie do wzorów sprawdzonych gdzie indziej. W Wielkiej Brytanii za rządów Blaira związki zawodowe zostały przez państwo w sposób celowy bardzo mocno włączone w realizację tego, co określa się jako aktywną politykę rynku pracy. Powierzono im odpowiedzialne zadania publiczne, związane z kształceniem ustawicznym, a w ślad za tymi zadaniami i odpowiedzialnością poszły również fundusze. Można sobie wyobrazić przekazanie polskim związkom podobnych zadań – jak prowadzenie programów dokształcania czy przekwalifikowania, co stanowi obecnie jedno z najważniejszych wyzwań polityki edukacyjnej – a to by je znacząco wzmocniło. Na pewno wpłynęłoby także na ich odbiór społeczny, gdyż wciąż mocno zakorzenione jest postrzeganie ich jako instytucji destruktywnych.

Są również inne zadania publiczne, które mogą wykonywać związki. Skąd się bierze tak wysoki wskaźnik uzwiązkowienia w krajach skandynawskich? Z tego, że członkostwo w związku wiąże się tam z dodatkowymi ubezpieczeniami na wypadek bezrobocia. To znakomity przykład bardzo prostego rozwiązania, które świetnie się sprawdza we wszystkich krajach, gdzie zostało wdrożone. Jest zatem sporo instrumentów, brak natomiast u nas klimatu politycznego do wzmacniania partnerów społecznych przez państwo – silne są raczej tendencje przeciwne.

W Polsce ugruntowane wydaje się przekonanie, że silne związki zawodowe oraz istotna rola koordynacyjna państwa w przetargach interesów są hamulcami rozwoju.

J. C.: Ten argument można bez trudu obalić przykładem krajów skandynawskich, plasujących się w czołówkach rankingów zamożności, innowacyjności, ale i jakości życia. Weźmy także Niemcy, będące lokomotywą gospodarki europejskiej. Stosunkowo dobrze obroniły się one przed skutkami kryzysu właśnie dzięki typowo korporatystycznemu modelowi stosunków pracy oraz aktywnej polityce państwa, współtworzonej w toku negocjacji z partnerami społecznymi.

Naturalnie, siła związków zawodowych nie jest w żadnym razie determinantą sprawności gospodarki danego kraju. Można natomiast przyjąć, że w określonych warunkach wysoki poziom uzwiązkowienia sprzyja stabilności gospodarki, m.in. dlatego, że partycypacja pracownicza działa jako swego rodzaju bezpiecznik, który np. powstrzymuje zarządy firm przed podejmowaniem zbyt ryzykownych decyzji inwestycyjnych.

Badał Pan stosunki pracy w sieciach handlowych – zjawisko niezwykle istotne i ciekawe zwłaszcza w kontekście rosnącego udziału szeroko rozumianych usług w strukturze zatrudnienia.

J. C.: W handlu jak w soczewce ogniskuje się problem bardzo wyraźnego rozziewu pomiędzy modelami stosunków przemysłowych w małych i dużych zakładach pracy. Małe sklepiki stanowią kwintesencję tego, co nazwać można modelem paternalistycznym, zresztą często pracują tam członkowie rodziny właściciela. W dużych sklepach jest natomiast, przynajmniej potencjalnie, miejsce na budowę reprezentacji pracowniczej. Przy czym należy pamiętać, że handel sieciowy nie powinien być już utożsamiany z handlem wielkopowierzchniowym, gdyż sieci stawiają obecnie przede wszystkim na otwieranie mniejszych obiektów.

Nieprzypadkowo związki zawodowe, próbując penetrować sektor prywatny, zaczęły od sieci handlowych. Szczególnie w ich dużych sklepach panują stosunki posiadające wiele cech, które wcześniej występowały w zakładach przemysłowych. Przykładowo, stosunkowo wysoki poziom zatrudnienia (personel przeciętnego hipermarketu liczy ok. 200 osób) w świecie, w którym mamy do czynienia z tendencją do rozdrabniania, albo dość jednolite interesy zatrudnionych, co sprzyja organizowaniu się.

Są to zakłady, w których warunki pracy są naprawdę trudne, co nie musi wynikać z nieprawidłowości czy z celowego działania pracodawcy, lecz z samego modelu. W większości przypadków jest to ciężka, fizyczna praca o charakterze zmianowym. Na dodatek jest marnie płatna, skoro wymaga niewielkich kwalifikacji (co nie znaczy, że ludzie, którzy tam pracują, kwalifikacji nie mają), a sieci handlowe konkurują przede wszystkim poziomem cen, rentowność osiągając w dużej mierze dzięki bardzo rygorystycznej kontroli kosztów, w tym również wysokości wynagrodzeń.

Czy wzrost uzwiązkowienia w sieciach handlowych przełożył się na istotne zmiany w tym sektorze?

J. C.: Niewątpliwie widać, że pomogło to cywilizować wzajemne relacje. Nie było przypadku, gdzie przedsiębiorstwo podjęłoby otwartą próbę wyrugowania związków zawodowych poza swój teren; one nadal istnieją, a ich relacje z pracodawcą są znormalizowane, wręcz weszły w pewną utartą koleinę. Związkom udał się proces „infiltrowania” wielkich sieci handlowych, bo stworzyły tam własną infrastrukturę. Problem w tym, że jak dotąd nie przyciągnęły na tyle dużej części pracowników, żeby wypracować silną pozycję przetargową. Tym można tłumaczyć stosunek pracodawców do nich: jeżeli są słabym partnerem, to właściwie nie ma powodu, żeby podejmować wobec nich działania jawnie konfrontacyjne, zwłaszcza że akcja wymierzona wprost w reprezentację pracowniczą mogłaby wyrządzić przedsiębiorstwu szkody wizerunkowe. Natomiast symptomatyczne jest to, że w żadnej sieci handlowej nie udało się związkom wynegocjować układów zbiorowych. Stosunki przemysłowe, które w nich obecnie panują, można zatem uznać za cywilizowane, gdyż są unormowane, problem jednak w bardzo wyraźnej dysproporcji sił między stronami.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 28 czerwca 2011 r.

Wojna i pokój klas

Stygmaty i schematy

Spędziła Pani trzy lata wśród łodzian dorastających w śródmiejskich bramach, czyli młodzieży określanej jako zagrożona wykluczeniem społecznym.

Anita Gulczyńska: Nie lubię pojęcia „wykluczenie”. O „chłopakach z dzielnicy” – jak siebie nazywają – myślę jako o społecznie wyłączanych albo wyłączających się. Te dzieciaki na jakimś etapie życia minimalizują relacje wychodzące poza świat „swoich”, gdyż nie uzyskują w nich satysfakcjonującego obrazu samych siebie. W ich wyobrażeniach „normals” to osoba niedostępna, której jest łatwiej i która wobec takich jak oni stosuje różne taktyki znieważające, degradujące. Zasadniczą formułą dla tej relacji bywa odrzucenie, wynikające nie z niechęci, lecz raczej z obawy o bycie odrzuconym.

Myślę, że dla postrzegania innych przez tę młodzież fundamentalna jest także jej identyfikacja z „dzielnicą”. O granicach tego świata nie stanowi terytorium, lecz uwspólnienie znaczeń przypisywanych obserwowanym faktom czy działaniom innych, co wyraża się swoistym ujednoliceniem postępowania chłopaków w podobnych kontekstach sytuacyjnych. Ten świat budowany jest poniekąd w opozycji czy wręcz oporze do naszego. „Dzielnica” to świat ludzi, którzy identyfikują się jako wrogowie frajerstwa i policji. Uczestnictwo w nim wiąże się z miejscem zamieszkania, gdzie młody człowiek konstruuje swoją biografię tak, by sprostać społecznym oczekiwaniom i uzyskać satysfakcjonujący status. Jakość obywatelskich przywilejów zależy w tym świecie od tego, ile w obrazie społecznym danej osoby, często konstruowanym przez wiele lat, będzie „nie dającego się”, a ile „lapsa”. Ten, kto się „nie daje”, kto na co dzień umie bronić się przed taktykami degradacji i odrzuca wartości klasy średniej, unika stawania się lapsemczyli słabym. W ten obraz wpisywani jesteśmy także my, co oznacza, że wydajemy się im być trochę lapsami. Nie chciałabym jednak swoją wypowiedzią wpisać się w myślenie deterministyczne. „Chłopakiem z dzielnicy” jest się wtedy, kiedy kontekst działania stanowią „swoi”. W innym kontekście społecznym można sprawnie przyodziewać się w inne szaty.

A wyobrażenia drugiej strony tej relacji? Badania dr. Tomasza Rakowskiego nad światem kulturowym bezrobotnych przełamały wiele negatywnych stereotypów, np. na temat ich roszczeniowości czy niezaradności życiowej. Towarzyszyły Pani podobne odkrycia?

A. G.: Jeśli mówimy o zaradności mieszczącej się w granicach normatywnej poprawności, to pewnie „chłopaki z dzielnicy” za bardzo zaradni nie są. Jeżeli jednak zdefiniujemy ją jako umiejętność twórczego rozwiązywania trudnych problemów, to należy ich uznać za bardzo zaradnych. W ich rodzinach, które nie zawsze są wspierające, dzieją się nieraz sytuacje wymagające od nich olbrzymiej odpowiedzialności, teoretycznie przekraczającej możliwości dziecka, a mimo to potrafią dać sobie z nimi radę. Choć z normatywnego punktu widzenia to są rodziny patologiczne, w wielu z nich jest akceptacja, miłość i zaufanie, które mimo biograficznego obciążenia kreują człowieka wyjątkowo zaradnego.

Dzieciaki są też bardzo twórcze w kontekście materialnej przestrzeni swojego miejsca zamieszkania. Brak wyznaczonych dla nich miejsc powoduje, że kierowane nieograniczonym potencjałem wyobraźni budują w ciemnych podwórkach własne przestrzenie przeżywania dzieciństwa, co wymaga nieprawdopodobnej pomysłowości, zaangażowania i aktywności.

Jakie inne pozytywne wartości można odnaleźć w tym świecie, który wielu kojarzy się przede wszystkim z rozmaitymi patologiami?

A. G.: Myślę, że występują tam te same wartości, co u nas, jakkolwiek formy ich realizacji są zróżnicowane na miarę warunków. Czy wyobraża pan sobie, że nastoletnia koleżanka z podwórka „bierze na siebie” pański akt przestępczy tylko dlatego, że szanuje pana jako starszego kolegę i wie, że jako nieletnia „dostanie za niego” tylko kuratora, a pan, który „ma już kartotekę”, poniósłby większą odpowiedzialność? To chyba najpiękniejszy wyraz solidarności. Oczywiście z normatywnego punktu widzenia można tę formę realizacji solidarności zanegować, nie zmienia to jednak faktu, że w „dzielnicy” znalazłam jednych z najbardziej ciekawych, a nawet wciąż mi bliskich ludzi.

Zewsząd słyszymy frazes, że istotne jest tworzenie dla młodzieży przestrzeni samorealizacji w ramach np. domów kultury.

A. G.: Jestem jak najbardziej za instytucjonalizacją czasu wolnego młodzieży, wpisaną w tradycję pedagogiki społecznej. Nie zawsze odpowiada mi jednak celowość i formy tej instytucjonalizacji. Problem w tym, że lokalne instytucje niekoniecznie rozumieją odmienność kulturową osób, dla których zostały powołane. „Chłopak z dzielnicy” trafia do świetlicy ze skierowania pedagoga albo kuratora, będąc kimś, kto od czwartego roku życia wytrwale buduje sąsiedzką, a potem „uliczną” karierę moralną. Ma poczucie ogromnej pracy nad sobą, co przekłada się na szacunek wobec własnej osoby. Tymczasem niektóre świetlice mają to do siebie, że patrzą na podmiot swojej działalności nie jak na kogoś, kto przychodzi do nich wraz z indywidualną historią, lecz na człowieka, którego trzeba wykorzenić: oduczyć, „wyprasować” i zrobić społecznie piękniejszym, adekwatnym.

Pedagog nie ma szans, jeśli nie będzie prowadził działalności na tyle inkluzywnej, by pozwolić „chłopakowi z dzielnicy” pozostać „chłopakiem z dzielnicy”, oferując jednocześnie wybór innych kontekstów socjalizacji, w których może on osiągnąć satysfakcjonujący obraz siebie, a nie obraz „wykluczonego” czy „potrzebującego pomocy”. Bez tego, tak jak w przypadku badanych przeze mnie chłopaków, instytucje w rodzaju świetlic będą jedynie fragmentarycznie obecne w życiu młodzieży jako miejsca zesłania przez kogoś posiadającego formalną władzę – nigdy nie staną się znaczące w sensie symbolicznym.

Kolejną instytucją, z którą „chłopaki z bram” mają przymusowy kontakt, jest szkoła.

A. G.: Szkoła z założenia służy określonej ideologii, którą jest ideologia normalsów. Dlatego mam wrażenie, że mówimy o jej wymiarze integracyjnym jedynie dla spokoju sumienia. Jeśli faktycznie posiada ów wymiar, to wyłącznie w zakresie odmienności, których zaakceptowanie niewiele nas kosztuje, jak odmienność fizyczna, postrzegana jako niezawiniona.

Nie chciałabym wypowiadać się o szkolnictwie jako takim, powiem tylko o moich doświadczeniach ze szkołami, z którymi poniekąd współpracowałam, starając się pomagać w nauce „moim” chłopcom. Żeby zrozumieć de facto ekskluzywny charakter szkoły, trzeba znowu spojrzeć z ich perspektywy. Szkoła jest dla nich bytem kulturowo obcym, w którym na dodatek władzę ma mniejszość. Dlaczego mniejszość? Bo szkoła ma charakter lokalny – idąc do niej dzieciaki znowu zabierają cały swój kapitał społeczny, ponieważ budują tożsamość ucznia w kontekście społecznie mieszanym. Oprócz nauczycieli i nowych kolegów spotykają się tam z kolegami z podwórka oraz z chłopakami odnoszącymi się w działaniu do symbolicznego świata „dzielnicy”, ale pochodzącymi z innych sąsiedztw, nierzadko bohaterami legend, społecznych mitów obrazujących postawy oczekiwane w tym świecie. Pracując nad sobą ileś lat w toku socjalizacji dzielnicowej, nie mogą teraz zanegować całego związanego z tym dorobku. Tymczasem szkoła wymaga od nich właśnie tego. Oczekuje podporządkowania się rygorom, które nie pozwalają na zachowanie dobrego obrazu samego siebie w kategoriach znaczeń dzielnicowych. Stąd też szkoła w doświadczeniu moich podopiecznych była instytucją biograficznie nieznaczącą, a wręcz kłopotliwą, z wyjątkiem pojedynczych nauczycieli. Próba rekonstrukcji ich karier szkolnych pozwala mi twierdzić, że stosowane były wobec nich taktyki stygmatyzacji, które zmierzały do swoistej eliminacji „trudniejszych” uczniów z szans czy kontekstów, które pozwalałyby im budować pozytywną karierę moralną poza światem „dzielnicy”.

Nauczyciele zobowiązani są do spełniania określonych oczekiwań, jednak ograniczanie się przez nich do pracy na podłożu autorytetu formalnego prowadzi w nieunikniony sposób do sytuacji konfliktowych z uczniem, który jako „nie dający się” również musi odpowiedzieć w określony sposób. W takim konflikcie zawsze jest dwóch przegranych: nauczyciel jako ten, którego bezsilność komunikacyjna zostaje zdemaskowana (nie będzie przecież mógł doprowadzić do końca swojej odpowiedzi na zniewagę), a z drugiej strony dzieciak, który w skrajnym przypadku może zostać usunięty ze szkoły na skutek wielości sytuacji tego rodzaju. Tymczasem, paradoksalnie, często mu na tej szkole zależy. Niekoniecznie dla siebie – bo często nie rozumie jej znaczenia dla swojego dalszego życia – ale na przykład, jak w przypadku badanych przeze mnie chłopców, dla matki, która w edukacji widzi szansę na lepszą przyszłość.

Kim byli nauczyciele, którzy pozostawili pozytywny ślad w pamięci „chłopaków z dzielnicy”?

A. G.: Dwie nauczycielki pojawiały się w bardzo różnych wizerunkach, ale w prawie każdej biografii, co jest najlepszym świadectwem, że były dla chłopaków znaczące. Były to nauczycielki, które negocjowały. Szanowały społecznie budowany wizerunek tego, który jest silny, a trudne sytuacje rozwiązywały w warunkach intymności. Wspomniane nauczycielki fantastycznie, choć być może nieświadomie analizowały rzeczywistość społeczną w kategoriach interakcyjnych. Miały świadomość zmienności tożsamości wraz ze zmianą społecznego kontekstu działania uczniów. Wiedziały, że jeśli uczeń ma publiczność, nie pozwoli im ona dotrzeć do tego, kim ten dzieciak naprawdę jest. Będzie on bowiem grał na zasadach „dzielnicowej” tożsamości społecznej, czyli spełniał oczekiwania publiczności, a nie nauczyciela. Ten ostatni jest w jego życiu ważny tylko kilka godzin dziennie, natomiast koledzy są ważni zawsze, zważywszy choćby na to, że ratują z trudnych sytuacji, np. rodzinnych.

Mowa zatem o pedagogach, którzy szanują odmienność kulturową i potrafią w niej zauważyć przepiękne wątki. Są to nauczyciele, którzy nie zawsze działają zgodnie z wyobrażeniami dyrektora, np. znam takich, którzy pozwalali hersztowi danej klasy palić w łazience, w zamian za co ten pilnował, by młodsi nawet nie zaczęli popalać. Zawierali układ: tracę odrobinę władzy, dostając coś w zamian, szanując tożsamość innego od siebie i nie dążąc do zdominowania go.

Nawet przy najlepszych chęciach szkoła raczej nie wystarczy do skutecznego włączania społecznego grupy, o której mówimy. Jakie są niezbędne elementy pracy z młodzieżą w jej najbliższym otoczeniu?

A. G.: Ciągle jestem na etapie budowania swoich poglądów, zarówno teoretycznych, jak i dotyczących praktyki. Mogę już jednak powiedzieć, że najważniejszą sprawą jest nasza – normalsów – obecność w ich środowisku życia. Obecność niezobowiązująca, w ramach której przyjmujemy postawę osoby pragnącej się czegoś nauczyć i która chce w tej społeczności coś zmienić, ale budując celowość tej zmiany odnosi się do racjonalności jej członków. To zadanie dla pedagoga-etnografa, który rozpoznaje rzeczywistość od znaczeń podstawowych, definiując problemy nie w kategoriach normatywnych, lecz z perspektywy badanych. I kolejno, diagnozując z zaprzyjaźnionymi mieszkańcami sąsiedztwa obszary wymagające naprawy, wspólnie dokonuje zmiany. Mamy tu do czynienia z pracą społeczną rozumianą za Heleną Radlińską (prekursorką pedagogiki społecznej w Polsce) jako zmiana dla celów społecznych, przeprowadzana siłami społecznymi, wrażliwie ujawnianymi i aktywizowanymi przez pedagoga pracującego w danym środowisku.

Drugą zasadę stanowi poszanowanie wewnętrznego zróżnicowania mieszkańców danego sąsiedztwa. Jest we mnie ogromna niezgoda na język, dość popularny również w środowisku naukowym, określający miejsca takie jak to, w którym prowadziłam badania, jako „enklawy biedy”. Efektem ubocznym stosowania tej kategorii jest wyobrażenie ich mieszkańców jako jednolitej zbiorowości, a to są miejsca społecznie zróżnicowane. Spojrzenie etnografa – nie polityka społecznego czy statystyka – pokazuje, że oferta społeczno-pedagogiczna oraz socjalna powinny być dostosowane do różnych naturalnych grup mieszkańców, a nie do reprezentantów określonych problemów społecznych. Myśląc o pracy w środowisku, myślę o zróżnicowaniu jej form ze względu na odmienności pomiędzy tymi grupami w ich codziennych interakcjach. W badanym przez mnie sąsiedztwie była np. grupa matek i babć spotykających się przy wspólnej zabawie dzieci, kilka grup starszych chłopców „wystających pod bramami”, grupy chłopców w wieku szkolnym, którzy aktywnie, acz w sposób nieakceptowany przez większość sąsiadów spędzali czas na podwórkach etc.

Przykładem na zasadność takiego definiowania klientów oferty socjalno-wychowawczej może być jedna ze świetlic, która miała problem z chęcią uczestnictwa dzieci z okolic śródmieścia. Dzieciaki, niezależnie od estetyki wnętrz i bardzo atrakcyjnych zajęć, nie chciały tam przychodzić. Dlaczego? Otóż panie pedagog, które wcześniej wchodziły w rolę pedagogów ulicy pracujących z naturalnymi grupami dzieci podwórkowych, zorganizowały przestrzeń świetlicy dla nich wszystkich, nie biorąc pod uwagę lokalnego rozkładu sympatii i antypatii, w dużej mierze opartego o kryterium kibicowania określonemu klubowi piłkarskiemu. Nieuwzględnienie naturalnej organizacji życia społecznego na tamtym terytorium stało się powodem odrzucenia oferty pedagogicznej.

Kładzie Pani bardzo duży nacisk także na kwestię organizacji przestrzeni sąsiedztwa.

A. G.: To bardzo ważny aspekt pracy w środowisku lokalnym. W etiologii problemów społecznych zwykle zaniedbujemy fakt, że dotykają one osób żyjących w miejscu, na które nie mają wpływu. W przestrzeni śródmiejskich podwórek nie ma wyznaczonych miejsc dla osób reprezentujących różne kategorie wiekowe, np. piaskownic czy boisk dla dzieciaków, bardzo ważnych z rozwojowego punktu widzenia. A jeśli nie ma formalnego podziału przestrzeni, rozpoczynają się negocjacje, w których dzieci i młodzież nie mają szans. Ich rodzice z reguły nie są bowiem właścicielami swoich mieszkań, więc nie należą do wspólnoty mieszkaniowej, a tylko jej członkowie mają realną możliwość podejmowania decyzji dotyczących sąsiedztwa. Tymczasem osób ze świata normalsów, które tam mieszkają tylko do czasu, aż stać je będzie na kupno mieszkania w lepszej dzielnicy, zazwyczaj nie interesują potrzeby tych, którzy są tam od pokoleń i wychowują swoje dzieci.

W takich sytuacjach przydaje się osoba, którą nazwałabym adwokatem lub rzecznikiem społecznym. Ktoś, kto rozumie codzienność mieszkańców sąsiedztwa i pomaga im przeforsować swój punkt widzenia. Bo niestety za brakiem wpływu na własną przestrzeń idą konflikty społeczne, w których znowu przegrywają młodsi i ich rodziny, choćby ze względu na mniejszą sprawność komunikacyjną. Gdy przyjeżdża policja, najchętniej rozmawia z takimi jak my, a rzadziej uwzględnia perspektywę tych, którzy coś tam krzyczą językiem nie do końca przez nią akceptowanym, ujawniającym niski status społeczny w naszym świecie.

Obserwowała Pani bardzo różne postawy dorastającej młodzieży wobec niezaspokojenia jej potrzeb w sąsiedztwie.

A. G.: Jeśli dzieciaki konstruują swoją codzienność w taki sposób, żeby móc sprawdzać się w działaniu, stawać się społecznie rozpoznawalnym oraz po prostu zwyczajnie przeżywać dzieciństwo, a napotykają ciągłą niezgodę na swoją aktywność, to w sposób naturalny muszą sobie jakoś z tym radzić.

Nieprzyjazny architektonicznie charakter ich najbliższego otoczenia próbują sobie kompensować np. malując bramki na garażach sąsiadów czy wieszając nad wejściem do czyjejś komórki imitację kosza, zrobioną samemu lub przez któregoś z rodziców. Bywają to fantastyczne przykłady ujawniania się sił społecznych w miejscach, które postrzega się często jako skupiska osób „roszczeniowych” czy „niezaradnych” – akty działalności społecznej, ale niestety mniejszościowej, więc odrzucane. Oczywiście działania takie rodzą akcje zwrotne w postaci demolowania tych udogodnień czy zgłaszania do administracji zmian, które nie korelują z wolą tych, którzy sprawują władzę w sąsiedztwie. W odpowiedzi dzieciaki przyjmują taktyki obronne, nieraz społecznie nieakceptowane, np. osadzają się w czyichś komórkach, budując sobie „klub”. „Moi” chłopcy skonstruowali sobie nawet wewnętrzny system ogrzewający, ale oczywiście cały ten akt społecznego aktywizmu został odebrany w kategoriach wandalizmu.

Reakcje na postawy aktywne, lecz negatywne w sensie normatywnym, z czasem prowadzą do postaw biernych, wycofywania się czy demolowania sąsiedztwa, a ostatecznie do przeniesienia przestrzeni życiowej do obszaru społecznie bezkolizyjnego: do bramy. Nastoletni chłopcy spędzają całe dnie w bramach nie dlatego, że są niedostosowani społecznie, lecz z tego względu, że nie ma dla nich miejsca w sąsiedztwie. Nie są „dziećmi ulicy”, lecz dzieciakami na ulicy, które znalazły się tam wskutek presji mieszkańców-normalsów.

Ma to dalsze konsekwencje społeczne.

A. G.: Przejście z podwórek do bram powoduje zmianę kontekstu codziennej aktywności i zmianę partnerów interakcji, którymi stają się przechodnie, policja i ci, którzy „stoją na rogach” – mężczyźni, do których pasuje pojęcie, którego tak nie lubię, czyli „wykluczeni społecznie”. To osoby wykluczone podwójnie – bezrobotni, często bezdomni, bo wyrzuceni z domu np. ze względu na alkoholizm, ale wykluczeni również ze społeczności dzielnicy. Są swego rodzaju klakierami, wspierającymi taktykę statusotwórczą chłopaków spod bram, jak i bohaterami lokalnych opowieści o wspólnym mianowniku – upadku moralnym.

Kolejną kwestią jest odbiór przez społeczeństwo. Brama jest miejscem granicznym i samo wystawanie pod nią jest faktem naznaczającym: ci, którzy ją okupują, są automatycznie podejrzani, a wobec podejrzanych stosuje się określone taktyki weryfikujące. Ci, którzy definiują ich jako podejrzanych, to my, przechodząc na drugą stronę ulicy, gdy widzimy w bramie grupę młodych chłopców, a także policja. Relacje z policją są bardzo ważnym i zaniedbywanym elementem w próbach zrozumienia etiologii problemów społecznych w kategoriach interakcyjnych. W starych sąsiedztwach policja jest stałym elementem życia mieszkańców, przybywając tam interwencyjnie oraz prewencyjnie. Wizyty prewencyjne oparte są na założeniu, że wystawanie przed bramą rodzi zagrożenie społeczne, stąd też tamtejsza młodzież jest poddawana ciągłej weryfikacji, a nawet „spisywaniu”, co nie jest przecież powszechnym doświadczeniem. Policja stygmatyzuje ich niejako „od zewnątrz”. Co więcej – jak wynika z moich rozmów z policjantami – ma ona za zadanie sprowadzanie tych dzieciaków do podwórek, skąd z kolei wypierają je mieszkańcy taktykami stygmatyzacji „od wewnątrz”. Zresztą sama obecność funkcjonariuszy ma charakter naznaczający. Jeśli mieszkamy w sąsiedztwie, w którym często jest policja, oznacza to, że jesteśmy „podejrzani”.

Brak możliwości kreowania tożsamości innych niż stereotypowe wzmacnia orientację na świat „swoich”: brama staje się miejscem schronienia przed stygmatyzującymi relacjami.

A. G.: Aspekty stygmatyzujące są wzmacniane przez samą młodzież. Brama jest bardzo małym obszarem, więc co można w niej robić? Można obserwować innych i można – a raczej trzeba, gdy jest się razem – kontynuować budowanie kariery moralnej w „dzielnicy” Na małym obszarze mają miejsce działania na tyle twórcze, żeby powodowały przemieszczenia w hierarchii statusów lokalnych. Powoduje to, że aktywność młodych jest bardzo głośna, ekspresyjna, często zewnętrznie oceniana jako wulgarna, obsceniczna. Przeszkadza pozostałym i prowadzi do wtórnego naznaczania.

Wyróżnia Pani dwa typy idealne pracy socjalnej, odmiennie definiujące pole działania oraz zadania pedagoga społecznego.

A. G.: Celem radykalnej pracy społecznej jest w istocie wypracowanie nowego porządku społecznego, transformacja relacji pomiędzy mniejszością i większością. W tym ujęciu źródeł problemów społecznych szuka się nie w jednostkach, lecz w strukturach społecznych, nieadekwatnych do potrzeb zróżnicowanego społeczeństwa. Z kolei tradycyjna praca socjalna wydaje się orientować swoją celowość na poszukiwanie sposobów skutecznej adaptacji – to jednostka musi się dostosować. W tym modelu pomoc we włączaniu społecznym polega na oferowaniu różnego rodzaju zasobów, które mają zwiększyć szanse danej osoby na wyjście z sytuacji trudnej. Przykładem mogą być rozmaite inicjatywy edukacyjne, treningi czy zapomogi.

Jeśli zaś chodzi o działania, które mogą się składać na radykalną pracę społeczną, to odniosę się do swojej praktyki badawczej. W trakcie badań, kiedy ujawniały się nadużycia instytucjonalne wobec „moich” chłopców, w sposób naturalny dla pedagoga społecznego zaczęłam działać, powodowana niezgodą na ten rodzaj relacji. Wśród działań radykalnych w kontekście sąsiedztwa pierwszą sprawą było pełnienie przeze mnie roli adwokata w sytuacjach związanych z „karierą” przestępczą podopiecznych. Byłam świadkiem ich przesłuchań przez policję, które były bardzo ciekawe pod względem badawczym, natomiast bardzo smutne pod względem ludzkim. Sam sposób formułowania pytań za każdym razem ujawniał postrzeganie rozmówcy jako winnego, nawet dowody świadczące o jego niewinności były weryfikowane w sposób potwierdzający narzuconą tożsamość, związaną z dotychczasową historią danego chłopaka. Dobór źródeł dowodów i interpretacja zeznań wydawały się być wtórne wobec założonej definicji sytuacji, a nie być efektem wnikliwego postępowania.

Myślę, że wszędzie tam, gdzie pojawia się ryzyko konfliktu oczekiwań, związanego z odmiennością kultur i nieuprzywilejowaniem jednej z nich, pojawia się potrzeba takiego społecznego rzecznictwa. Dlatego kolejny wymiar obrony pedagogicznej powinna stanowić szkoła, która ma często charakter instytucji nie wspierającej, lecz szybko osądzającej i eliminującej. Istotnym zadaniem byłoby odczarowanie dotychczasowego odbioru społecznego, pokazanie podopiecznego jako osoby, która w kontekście szkolnym funkcjonuje w określony sposób dlatego, że taka, a nie inna jest jej podstawowa identyfikacja kulturowa, a następnie taka jej społeczna reorganizacja, która pozwoli uszanować istniejące różnice. Te dzieciaki nieraz fantastycznie działają w innych kontekstach, ukazując oblicza nieznane w szkole – ich zaprezentowanie jest bardzo ważne.

Kolejny przykład: dzieci często są powodem spotykania się matek, np. w określonych miejscach na podwórkach. Nierzadko są to kobiety, które mają problemy relacyjne ze swoimi mężami czy partnerami, również na tle przemocy. Praca z nimi właśnie w takim naturalnym kontekście, polegająca na obalaniu ich wyobrażeń co do braku możliwości zmiany – również jest formą radykalnego działania społecznego. Bo radykalne działanie to odzyskiwanie kontroli nad własnym życiem i zabieranie władzy tym, którzy na mocy przyzwoleń społecznych mają ją większą.

Punktem wyjścia jest tutaj uświadamianie ludziom systemowego wymiaru ich problemów. Jeśli kobieta nie odchodzi od kogoś, kto sprawia jej ból, gdyż do tej pory zgodnie z ideologią wtłoczoną jej w rodzinie czy ogólnospołecznie była przede wszystkim matką i nie jest plastyczna w sensie edukacyjnym oraz zawodowym – jest to niezbędny pierwszy krok w kierunku zmiany jej położenia. Nie jest winna, nie jest słaba, nie jest złą kucharką, kochanką czy matką, ale tą, która ze względu na ograniczenia strukturalne, jak np. brak mieszkań czy pracy, ma utrudnione wyjście z krzywdzącej ją sytuacji. Takich kobiet jest bardzo wiele; kiedy się spotkają i zrozumieją swoje uwikłania, wówczas mają szansę uzyskać moc, żeby samemu dokonać zmian.

Szczególnie inspirującym nurtem radykalnej pracy społecznej wydaje mi się aktywizacja ludzi do kolektywnej odpowiedzi na dotykające ich problemy, nierówności czy nadużycia.

A. G.: Myślę, że tutaj najbardziej ujawnia się podobieństwo naszych poglądów. Pan myśli o obywatelskości, a ja widzę przyczyny zapobiegające stawaniu się obywatelem już w przestrzeni sąsiedztwa, stąd też działania kolektywne są w niej zdecydowanie bardzo potrzebne. Można zacząć od kwestii demokratycznego dostosowania przestrzeni do potrzeb wszystkich mieszkańców. Budowanie grup, które w sposób komunikatywny okazywałyby sprzeciw wobec niesprawiedliwego podziału przestrzeni, byłoby tutaj początkiem pracy społecznej, prowadzącej do zwiększenia kontroli nad przestrzenią własnego życia i minimalizacji zagrożenia konfliktami. Bo cała ta droga pod bramę i proces stygmatyzacji wewnętrznej i zewnętrznej są efektami braku dostępu do władzy rozumianej jako możliwość współdecydowania o najbliższym otoczeniu. Stąd też rzecznik czy mediator, wchodzący do sąsiedztwa i ujawniający możliwości wpływu na jego przestrzeń oraz pomagający zwerbalizować związane z tym postulaty w sposób oczekiwany przez kulturę tych, którzy podejmują decyzje, zapoczątkowuje jednocześnie działania zorientowane na krzewienie obywatelskości.

To dobry moment, aby zapytać o efekty Pani kilkuletniej radykalnej pracy społecznej z bohaterami Pani badania.

A. G.: Praca kojarzy mi się z działaniem opartym na planie, ewentualnie na antycypacji określonych zagrożeń. Natomiast w moim przypadku miały miejsce raczej spontaniczne interwencje w toku badań, powodowane niezgodą na to, co stopniowo odkrywałam. Jeśli teraz mówię o radykalnej pracy społecznej, to mam na myśli orientację działania, która wydaje mi się znaczącą dla tego rodzaju miejsc i której przykłady nieświadomie proponowałam w trakcie pracy badawczej. Do radykalnego myślenia dorastałam w miarę zagłębiania się w sposób odczuwania rzeczywistości przez tych, których badałam.

Zaczęło się od spacerów z moim bardzo atrakcyjnym psem, który przykuł uwagę sąsiadów i pozwolił otworzyć interesującą przestrzeń komunikacyjną. Był to czas, gdy poszukiwałam tematu doktoratu, myśląc o aktywizacji społeczności osiedla Księży Młyn. Jak się okazało, byłam tam obca i niekoniecznie chciana zarówno przez instytucje, jak i przez mieszkańców. Pomyślałam sobie: gdzie ty tego szukasz, skoro masz to tutaj? I tak się zaczęło: wspólnie spędzany czas, rozmowy i stopniowe generowanie kategorii oddających przeżywanie świata przez bohaterów mojego badania pozwoliło mi rzeczywiście otworzyć się na nich i zżyć z nimi, dlatego gdy widziałam pewne zagrożenia, wówczas reagowałam. To była praca pedagoga ulicy.

Starałam się nawet zinstytucjonalizować pewne działania, z lepszym lub gorszym skutkiem. Rozpoczęłam współpracę z jedną z fundacji, która pomogła mi w organizowaniu wizyt w miejscach poza sąsiedztwem. Pokazywałam im inny świat i inne perspektywy. Byłam jednocześnie świadoma tego, że samo prezentowanie czegoś, co w praktyce codzienności jest dla nich obecnie niedostępne, nic nie znaczy – z przykrością patrzę na te działania pedagogów ulicy, które polegają tylko na tym. Pomyślałam więc o działaniach aktywizujących, które pozwoliłyby innym zobaczyć tych, którzy zawsze stoją w trzecim rzędzie, społecznie niewidzialnych w świecie sukcesu klasy średniej. Chciałam pokazać ich w roli tych, którzy potrafią być twórcami, i w ten sposób doszłam do projektu fotograficznego. Poniekąd przez przypadek, bo miało to być działanie jednej z moich studentek, która ostatecznie się wycofała, w związku z czym to ja zostałam kuratorem wystawy. Wystawy bardzo ciekawej, bo ukazującej świat „dzielnicy” z perspektywy osób, które tam żyją.

Myślę, że udało nam się osiągnąć poziom artystyczny zaprzeczający działaniom wychowawczym, które budzą mój sprzeciw: projektom opartym na oczekiwaniu od biedoty sztuki przez małe „s”. To była prawdziwa wystawa z pozytywnymi recenzjami. Zadbaliśmy, aby nauczyciele fotografii byli najwyższej klasy i żeby jakość artystyczna wydarzenia była równie ważna, jak jakość społeczna. Spotkanie, którego chłopcy byli bohaterami, artystami, pozwoliło zaproszonym – a często byli to przedstawiciele instytucji mających na ich temat określone zdanie – spojrzeć na nich w zupełnie innym świetle. To też jest rodzaj działania radykalnego: przemianowanie wyobrażeń czy wiedzy o drugiej osobie, pozwalające na nowo zdefiniować wzajemne relacje, odkształcając sądy oparte na dość powierzchownej wiedzy.

Potem dzięki sponsorom udało nam się wyjechać na Kielecczyznę na tygodniowy obóz przetrwania, przetrwania przede wszystkim dla mnie [śmiech]. Dla przynajmniej dwóch z tych chłopaków był on pierwszym w życiu wyjazdem poza Łódź. Ogromną przyjemnością było obserwować ich zadziwienie światem poza sąsiedztwem.

Pozostaje kwestia trwałości tego typu interwencji pedagogicznych. Bez wątpienia chłopcy inaczej spojrzeli na rzeczywistość i na samych siebie, jednak po zakończeniu projektu wrócili przecież do bram swoich zaniedbanych kamienic. Czy ich życie zauważalnie zmieniło się na lepsze?

A. G.: Bałam się tego pytania. Nawet żeby się na nie przygotować, gdyż je przewidziałam, spotkałam się z jednym z „moich” chłopaków, który dzisiaj bardzo mi kibicował przed wywiadem – mimo to wciąż nie umiem na nie odpowiedzieć. Nigdy nie ewaluowałam wyników swoich działań, bo nigdy nie uważałam, że tam działam; byłam tam jako człowiek. Gdyby oceniać efekt mojej obecności w kategoriach obiektywnych, robi się smutno: dostaję piękne listy z więzień. Z drugiej strony – także piękne e-maile z zagranicy, co wskazywałoby na to, że radykalna praca społeczna może mieć ogromne znaczenie, skoro po wyjeździe, a więc zmianie warunków strukturyzujących codzienność, taka osoba dobrze sobie radzi.

Nie będę jednak mówiła o wymiarze indywidualnym, bo nie wiem, na ile by sobie tego życzyli uczestnicy moich badań. Jeśli chodzi o wymiar grupowy, pochwalę się tym, co dla mnie było najbardziej znaczące, jednym z najlepszych prezentów i najwspanialszych gratyfikacji, jakie w życiu otrzymałam, mianowicie kartką, którą dostałam po wystawie. Były to przepiękne podziękowania od moich podopiecznych za to, że wreszcie nie byli w tle i w końcu ich było widać, co chyba najpełniej oddaje miejsce tej mniejszości kulturowej w naszym społeczeństwie i jej postrzeganie samej siebie w kontekście naszej kultury. Treść tej kartki jest chyba najlepszym świadectwem efektów mojej pracy. Podobnie jak to, że niektórzy chłopcy wciąż czują się zobowiązanymi do tego, żeby mi relacjonować, co obecnie robią, mają potrzebę, żeby mi się wytłumaczyć. Myślę, że to wskazuje na to, iż działanie proponowane z perspektywy interpretatywnej, a nie normatywnej, powoduje, że pedagog może stać się „znaczącym innym”, a to już bardzo wiele.

Istnieją również wymiary, wciąż poddawane przeze mnie refleksji, które są dla mnie dość bolesne. Najważniejszą chyba kwestią, z której trzeba sobie zdać sprawę będąc pedagogiem w takim środowisku, jest to, że jak powiedział Saint-Exupéry, „Pozostajesz na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”. Zastanawiam się często, na ile moja obecność spowodowała oswojenie do świata, który na tym etapie uwikłania w różne zależności i stygmaty nie dawał chłopakom zbyt szerokiego wachlarza możliwości, w tym szans na zbudowanie pozytywnej tożsamości społecznej. W którymś momencie znajomości z najbliższą mi osobą z tychże badań zrozumiałam, że dawanie nadziei ma swoje granice. To był przypadek niesamowicie zdolnego chłopaka, jednak bardzo uwikłanego w życie dzielnicowe. Miał co najmniej trzy upadki i wzloty szkolne, i gdy po raz kolejny rozpoczynaliśmy tworzenie planu poprawy wyników w nauce, ja stosowałam wzmocnienia typu: „Słuchaj, X, uda nam się. Zobacz, zrobiłeś to, to i to, ale poniosłeś za to odpowiedzialność. Teraz możemy zacząć od nowa”, on powiedział: „Anita, stop! Ja już nie mam siły, ja się przez to nie przedrę”. To chyba najlepiej pokazuje niebezpieczeństwa łączące się ze zderzeniem osób z różnych kultur, gdy to zderzenie ma miejsce chyba już zbyt późno i niemożliwa jest zmiana odbioru społecznego jednej z nich, a także jej odbioru samej siebie.

Gdy ich poznałam, chłopcy byli już przez życie bardzo silnie ukształtowani. Stąd też spotkania pedagoga z młodymi z sąsiedztwa powinny się rozpoczynać nie wtedy, gdy najmłodszy z nich ma 14 lat, z których jedenaście spędził w domu dziecka, lecz wtedy, gdy rozpoczynają się ich pierwsze harce, interakcje świadczące o konflikcie oczekiwań z otoczeniem.

Nie wydaje się niestety realne, by na każdych kilka osób wymagających kompleksowych, wieloletnich zabiegów pedagogicznych przypadał osobny specjalista…

A. G.: Żeby ocenić efektywność takich działań, trzeba mieć świadomość kosztów, jakie państwo ponosi z tytułu np. pracy socjalnej z rodziną zagrożoną umieszczeniem dziecka w instytucji opiekuńczej czy utrzymania więźniów.

Proszę zwrócić uwagę, że jedną rodziną zajmuje się często asystent rodziny, pracownik socjalny, kurator i psycholog. Praca w środowisku, która w odróżnieniu od wspomnianych profesji nie jest pracą z indywidualnym przypadkiem, wydaje się w ostatecznym rozrachunku tańsza. Można pomyśleć o tym, by strukturyzować pracę służb społecznych nie pod kątem jednostek typu rodzina, ale takich jak sąsiedztwo, z uwzględnieniem jego społecznie definiowanych granic. Czy nie bardziej efektywne będzie umieszczenie na stałe dwóch pedagogów w sąsiedztwie, którzy dzięki temu, że odkryją jego specyfikę, będą w stanie przewidzieć dalszy bieg określonych wydarzeń, co zapobiegnie ich rozwojowi do społecznie bardzo kosztownego punktu?

Jednak radykalne działania bardzo często pokazują dysfunkcyjność instytucji powołanych do pomocy ludziom – i być może stąd się bierze dość duży opór przed myśleniem w tych kategoriach. Kolejną sprawą jest trudność wyobrażenia sobie miejsca takiego radykalnie zorientowanego pracownika społecznego w strukturze zawodów społecznych, które najczęściej łączone są z sektorem publicznym. To ogromne zadanie dla organizacji pozarządowych. Ich misją jest właśnie aktywizacja i pomoc ludziom, których potrzeby nie zawsze są właściwie rozpoznane przez instytucje.

Dziękuję za rozmowę.

Łódź, 22 lipca 2011 r.

Wojna i pokój klas

Radio-aktywni

Społecznościowe rozgłośnie stanowią nie tylko alternatywę programową dla stacji komercyjnych. Bywają jednocześnie wspaniałymi szkołami aktywności, demokracji i samopomocy.

Radio Swoboda

Wśród stacji, które opierają się na bezpłatnej pracy, a mimo to utrzymują wysoki poziom i różnorodność audycji, przeważają rozgłośnie akademickie. Okazuje się, że dla wielu młodych ludzi satysfakcja z współtworzenia radia stanowi wystarczającą zapłatę. – Przychodzą do nas głównie zapaleńcy, którzy się na czymś świetnie znają i nie wytrzymają, jeśli nie podzielą się tym z innymi – śmieje się Agnieszka Wasilczyk-Kryger, redaktorka programowa Radia Afera, należącego do Politechniki Poznańskiej. Brak warsztatu nie przekreśla szans na zostanie członkiem zespołu. – Wymagamy pomysłów i osobowości, a nie umiejętności. Mamy bowiem ambicję, żeby trafiających do nas ludzi nauczyć dziennikarstwa, prezenterstwa czy realizacji dźwięku, w zależności od indywidualnych predyspozycji.

Otwartość na przeróżne tematy i na każdego kandydata na radiowca sprawiają, że studenckie anteny pełne są oryginalnych audycji autorskich. Teatr, amerykańskie komiksy, piosenka turystyczna, niezależna scena muzyczna czasów PRL-u – to tylko kilka przykładowych tematów. Aleksandra Dulas, związana ze Studenckim Radiem „Żak” Politechniki Łódzkiej od wczesnych lat 90., podaje przykład prowadzonych przez siebie programów o działaczach społecznych: Cały czas nie bardzo widzę miejsce dla takich audycji w jakiejkolwiek innej rozgłośni. Grzegorz Długoszewski, redaktor naczelny wspomnianego radia w latach 2007-2009, zapewnia: Są stacje, które się troszkę wyróżniają na radiowej mapie Polski, ale mimo wszystko ich programy są bardzo uładzone, nie ma tam miejsca na żadne ekstrema. U nas można tych ekstremów posłuchać, zarówno jeśli chodzi o muzykę, jak i poruszane tematy. Dyrektor naczelna Akademickiego Radia LUZ z Wrocławia, Malwina Marszałek, dodaje: Nie oglądamy się na to, że np. muzyka metalowa powinna być puszczana późno w nocy, bo słucha jej niewielka część społeczeństwa. U nas można ją usłyszeć o godzinie 21.00.

Wszystko to nie byłoby możliwe w przypadku „zwykłych” stacji, dążących do maksymalizacji zysku z reklam. – My możemy sobie pozwolić na robienie rzeczy, które spodobają się pięciu osobom, ale jest szansa, że zmienią ich świat – wyjaśnia redaktorka programowa Afery. Ta filozofia przenika nawet serwisy informacyjne, w których usłyszeć można np. oferty pracy dla studentów i absolwentów czy wiadomości ze świata sportu akademickiego.

Co więcej, niezależność od wielkich pieniędzy i wielkiej polityki pozwala swobodniej podejmować tematykę społeczną, np. prezentować szersze spektrum poglądów. – Przedstawiciele środowisk bardziej radykalnych w innych mediach rzadko kiedy mogą powiedzieć coś od siebie. U nas np. anarchiści mieli własny program – podkreśla Agnieszka Wasilczyk-Kryger. Siłą niezależnych radiowców jest także wolność od rutyny. – Myślę, że po wywiadzie dla „Żaka” niektórzy politycy czuli się jak oblani wiadrem zimnej wody. Byli przyzwyczajeni do dziennikarzy, którzy zadają jedno pytanie, nagrywają trzyminutową wypowiedź i na tym kończą, tymczasem tutaj rozmawiali z ludźmi, którzy choć są młodzi, doskonale znali się na temacie i niemiłosiernie go drążyli – mówi Katarzyna Kraska, redaktor rozgłośni ds. programowych. Również Aleksandra Dulas, która bywa zapraszana do innych stacji jako gość, zaręcza, że „Żak” pozostaje szkołą dobrego dziennikarstwa. – Mam poczucie, że musimy być bardziej profesjonalni właśnie dlatego, że nie jesteśmy zawodowcami.

Mówiąc o profesjonalizmie „młodzieżowych” rozgłośni warto wspomnieć, że LUZ miał korespondentów m.in. z ogłaszającego niepodległość Kosowa, a dziennikarka stacji, Katarzyna Nieciecka, została za reportaż „Pełnosprawny student” nominowana do prestiżowej nagrody Grand Press.

Na tych samych falach

Alternatywna radiofonia to nie tylko niesztampowe audycje – to także społeczności, w których zaciera się granica między twórcą a odbiorcą.Ci, którzy siedzą u nas za mikrofonami i ci, którzy nas słuchają, to tak naprawdę tacy sami ludzie. Dzięki temu możemy nawiązać głębsze porozumienie. Nie głosimy prawd objawionych. Mamy takie samo prawo dowiadywać się wszystkiego o świecie na bieżąco, dyskutować ze słuchaczami, weryfikować własne poglądy – mówi red. Wasilczyk-Kryger, której radio współtworzy aktualnie ok. 200 osób.

Nieraz byłem świadkiem sytuacji, gdy wierny słuchacz wpadł zobaczyć, jak program wygląda od środka – i już został. To raczej nie jest powszechne w innych stacjach – zauważa Długoszewski. – Między słuchaczami a prowadzącymi audycje nawiązują się przyjaźnie, które przenoszą się do świata poza anteną – uzupełnia Iza Kwiatkowska, która słuchaczom „Żaka” prezentuje S.P.A.M., Subiektywny Polski Alfabet Muzyczny. Z kolei Aleksandra Dulas podkreśla, że każdy żakowiec osobiście dbao słuchalność własnej audycji wśród ludzi, którzy mogą być nią zainteresowani.

Unikalny przykład twórczego zaangażowania słuchaczy w życie rozgłośni stanowi internetowe Radio Wnet, założone przez Krzysztofa Skowrońskiego wraz z przyjaciółmi z Trójki, którzy odeszli z niej po jego zwolnieniu. Choć w odróżnieniu od stacji studenckich ma charakter profesjonalny, jest otwarte na początkujących. Najzdolniejsi z nich – absolwenci Akademii Radia Wnet, gdzie zawodowcy dzielą się z amatorami swoją wiedzą i doświadczeniem – mają możliwość prowadzenia na jego falach własnych audycji w ramach tzw. Wolnej Anteny. – Sprawia mi ogromną radość odkrywanie wielu samorodnych talentów radiowych. W radiu publicznym spotykałam głównie klony wybitnych dziennikarzy. Tu atmosfera otwartości i wsparcia dla stawiających pierwsze kroki sprzyja rozwojowi medialnych osobowości – cieszy się Monika Wasowska, która wraz z mężem Grzegorzem, również doświadczonym radiowcem, stanowi jedną z sił napędowych stacji.

Podkreśla ona, że rozgłośnia stopniowo przekształca się w multimedialny portal społecznościowy, co od początku było jednym z założeń przedsięwzięcia. – Słuchacze i „portalowicze”, czyli republikanie – współtworzą Radio Wnet w większym stopniu niż redakcja. Wystarczy prześledzić ramówkę, gdzie Wolna Antena dominuje. Widać to także na stronie internetowej, gdzie ponad połowa publikacji jest autorstwa republikanów.

Lata z radiem

Społeczna praca w alternatywnych rozgłośniach owocuje nie tylko indywidualnymi przyjaźniami – wyjątkowo trwałymi, jak zapewniają radiowcy o długim stażu – ale także więziami wspólnotowymi. Szczególnie dobrze widać to w łódzkim „Żaku”. Wszyscy moi rozmówcy spontanicznie deklarowali, że pracowników stacji – tak nazywa się członków zespołu po przejściu kilkuetapowego okresu kandydackiego, mimo że nie dostają ani grosza – łączy silne poczucie przynależności do radiowej rodziny oraz posiadania oparcia w jej członkach. – Gdy koledze spaliło się mieszkanie, kilkunastu żakowców przez tydzień przyjeżdżało i pomagało mu je ogarnąć – wspomina Długoszewski.

Aldona Sołtysiak, związana z rozgłośnią od lat 80. i współautorka jubileuszowej monografii na jej temat, tak charakteryzuje osoby, które doświadczyły zaangażowanej, a przy tym bezpłatnej pracy radiowca: Wiem, że jeżeli którąś z nich poproszę o pomoc, nie usłyszę „a za ile?”. Zaręcza też, że na hasło „Żak” otwiera się wiele drzwi. – Gdy się kogoś poleca, że był w „Żaku” albo przynajmniej go zna, to już się taką osobę traktuje jak dobrego znajomego. Aleksandra Dulas, która niedawno wróciła do radia po 8-letniej przerwie związanej z narodzinami dziecka (z „radiowego” związku), dodaje: Gdziekolwiek jedziesz w świat i potrzebujesz noclegu – wystarczy, że napiszesz na listę dyskusyjną żakowców i na pewno kogoś znajdziesz. I jeszcze dostaniesz jeśli nie wikt i opierunek, bo ludzie mają różne warunki, to na pewno dużo ciepła.

Nauce koleżeństwa i wzajemności bardzo sprzyja brak „wyścigu szczurów”. – To miejsce, gdzie można realizować swoje pasje i dzielić się nimi z innymi, gdzie nie ma walki o każdą minutę na antenie ze względu na zarobki. Tutaj każdy, kto tylko reprezentuje jakiś poziom, dostanie czas antenowy. Zresztą „Żak” to także np. organizowane przez niego festiwale. Działań, w ramach których nie tylko radiowcy mogą się spełnić, jest bardzo dużo – mówi Iza Kwiatkowska. Jej zdaniem, jeżeli ktoś przychodzi do stacji z myślą o osobistym sukcesie, nie utrzyma się w niej dłużej.Aldona Sołtysiak uzupełnia: Choć dla części osób praca radiowca staje się zawodem, to tylko pojedyncze jednostki przychodzą do „Żaka” wiedząc, że chcą pracować w tzw. mediach profesjonalnych i traktują stację jako pierwszy stopień kariery. Dodaje, że sporo żakowców wybiera alternatywne ścieżki „kariery”, np. poświęcają się pracy w organizacjach społecznych.

Sceptyk mógłby argumentować, że do rozgłośni po prostu trafiają ponadprzeciętnie aktywni. Takie wytłumaczenie nie satysfakcjonuje Aleksandry Dulas. – To, że ktoś ma „nadpobudliwość ruchowo-intelektualną” nie znaczy jeszcze, że zrobi w życiu coś ciekawego. „Żak” potrafi ukierunkować takie osoby na fajne tory – wyjaśnia. Praca radiowca pozwala im lepiej poznać własny potencjał oraz sfery, w których muszą coś poprawić. Jest też niepowtarzalną okazją do intelektualnych i światopoglądowych przewartościowań. – Radio stanowi tygiel różnych sposobów patrzenia na świat oraz różnorodnych zainteresowań. Zarażamy się nimi i uczymy od siebie nawzajem. Gdy w jednym miejscu spotyka się tylu ludzi, którym naprawdę „się chce” i którzy cały czas czegoś szukają – muszą z tego wyjść fantastyczne rzeczy – mówi Dulas, wspominając m.in. program o literaturze, który dał jej możliwość dyskutowania z polonistami, socjologami czy etnologami. Przywołuje też postać przyszłego współzałożyciela „Nowego Obywatela”, Szymona Surmacza: Gdy przyszłam do „Żaka”, pomyślałam o „Słoniu”, który już dość intensywnie prowadził swoją audycję: „To taki szalony ekolog”. Dzisiaj w 90% zgadzam się z jego widzeniem świata.

W opowieściach żakowców powtarza się wątek społecznościowego radia jako najlepszej uczelni, na którą dane im było uczęszczać.Żak” zapewnia swoisty – i darmowy! – trening interpersonalny. Zawdzięczam mu choćby to, że nie wstydzę się zagadywać do nieznajomych. To także szkoła asertywności i konstruktywnego wyrażania swojego zdania, ale również przyjmowania krytyki – wylicza Katarzyna Kraska. Inny współpracownik rozgłośni, Kasper Ługowski, przyszedł tam, żeby się lepiej zsocjalizować, tymczasem otrzymał o wiele więcej. – Rzeczą, na którą wcale nie liczyłem, jest zdobycie całej palety umiejętności. Od specjalistycznych, typu cyfrowa obróbka dźwięku czy obsługa emisji radiowej, po wokalne, interpersonalne i organizacyjne. Do tego dochodzi wielka dawka wiedzy teoretycznej, którą musiałem przyswoić, albo z upływem czasu przyswajałem mimo woli – precyzuje. – Bycie żakowcem to dla większości z nas dużo więcej niż „mam takie radio, do którego sobie przychodzę raz na jakiś czas i prowadzę program” – podsumowuje Długoszewski.

Demokracja FM

Wreszcie, rozgłośnia Politechniki Łódzkiej jest wyjątkowa jeśli chodzi o „ustrój”. Można w nim odnaleźć wiele zasad cechujących dojrzałe demokracje, jak transparentność władz czy ich rozliczanie – podczas kwartalnych zgromadzeń ogółu pracowników. – Rządzi nami kolegium, ale jest ono wyłaniane w sposób demokratyczny. Jest walne zebranie, gdy są szczególnie ważne sprawy do ustalenia. W trudnych sytuacjach można się wesprzeć osobami, które już nie są pracownikami, ale mają odpowiednie doświadczenie i wiedzę – wzywa się je jako „ekspertów”. Jeśli się w ten sposób spojrzy na „Żaczka”, jest on niezłą szkołą funkcjonowania w społeczeństwie – uważa Aleksandra Dulas.

Zdaniem wielu żakowców to, że radio przetrwało w tradycyjnej formule w czasach komercjalizacji wielu bliźniaczych rozgłośni było możliwe właśnie dzięki kultywowaniu ideałów demokratycznych, a jednocześnie – merytokracji.Nie wiem, czy jest inne miejsce, gdzie o wadze głosu szeregowego pracownika, redaktora naczelnego oraz osoby dawniej aktywnej, ale od wielu lat nie związanej z radiem decydują wyłącznie kompetencje w omawianym temacie – mówi Alicja Szeligowska, która w latach 2001-2008 w „Żaku” m.in. prowadziła audycje poświęcone muzyce etnicznej.

Szymon Surmacz podziela opinię o zdrowych podstawach funkcjonowania radia. Na jej potwierdzenie przywołuje sytuację, gdy jego władze próbowały bez wiedzy żakowskiej społeczności przekonać rektora do komercjalizacji rozgłośni. Po wykryciu „spisku”, bardziej świadomi radiowcy zrobili wszystko, żeby jej zapobiec. – Nie było to łatwe. Wizja dynamicznego rozwoju stacji oraz wynagrodzeń dla autorów i realizatorów audycji, przy rzekomym utrzymaniu profilu rozgłośni, rozpaliła wiele głów młodych pracowników – wspomina Surmacz.

Po drugiej stronie barykady stanęli ci, dla których niekomercyjny charakter „Żaka” był warunkiem jego niezależności, ale i przetrwania. – Mobilizacja objęła ogromną liczbę „weteranów”, którzy zaangażowali się w naświetlanie personalnych interesów osób stojących za projektem. Odbyły się dziesiątki spotkań w różnych gronach, które można by porównać do prac w podkomisjach, albo do regionalnych sejmików – mówi obecny redaktor „Nowego Obywatela”.

Przywoływano losy podobnych rozgłośni, jak łódzki Kiks czy krakowski RAK, dla których „profesjonalizacja” stała się gwoździem do trumny. Na jaw wyszły wątki wskazujące na zakulisowy wpływ konkurencyjnej uczelni oraz możliwość likwidacji radia w celu przejęcia bardzo atrakcyjnej częstotliwości przez stację, której szefem był „biznesowy doradca” naiwnego kolegium. Żakowcy uruchomili kontakty w całym kraju, sprawą zainteresowały się ogólnopolskie media. – Próba uwłaszczenia się na kilkudziesięcioletniej tradycji radia zakończyła się sromotną porażką „biznesmenów”, o których „dokonaniach” uczą się ku przestrodze kolejne pokolenia radiowców. Alicja Szeligowska dodaje, że w „Żaku” naturalnie rugowane są próby wykorzystywania pozycji w strukturach redakcji do budowania zewnętrznych układówwcale nie w myśl regulaminów, ale na zasadzie zbiorowego uczulenia na takie praktyki.

Mimo charakteru stowarzyszenia – dobrowolnej społeczności opartej na koleżeństwie i pracy społecznej – grupa na ogół jest w stanie wyegzekwować przestrzeganie panujących zasad. – Dość często odwołujemy się do spisanych reguł, do statutu czy regulaminu. Jeśli ktoś np. nie wypełni protokołu dla ZAiKS-u, z czego później jesteśmy rozliczani przez różne instytucje, kolegium musi go przywołać do porządku. Natomiast większość problemów natury społecznej jest rozwiązywanych w ramach relacji koleżeńskich. Przykładowo, gdy starszy kolega zauważa, że coś jest nie tak, zwraca takiej osobie uwagę i jej wszystko wyjaśnia – zapewnia Grzegorz Długoszewski. Siła społeczności ujawnia się także w obliczu różnicy zdań. – W „Żaku” fajne jest to, że potrafimy skakać sobie do oczu, natomiast gdy wychodzimy z sali, w której obradujemy, dalej jesteśmy kolegami. Nauczył nas, że nie chodzi o to, żeby się pokłócić, tylko żeby rozwiązać problem – deklaruje Aleksandra Dulas.

Ciężki kawałek eteru

Podstawowym problemem rozgłośni opartych na pracy ochotniczej jest bardzo duża rotacja kadry. Skutkuje to nieraz brakiem ciągłości w przekazywaniu doświadczenia czy kontaktów. Kłopotliwe są także przerwy w zaangażowaniu.

Ponieważ osoby, które u nas pracują, w większości są nieopłacane, każdy ma prawo powiedzieć, że nie przyjdzie jutro do radia, bo np. ma kolokwium. Musimy wtedy „na szybko” znaleźć zastępstwo, a jeśli się to nie uda – odwołać program. Najgorsze jest lato, gdy większość zespołu chce wyjechać do pracy, do domu czy na wakacje – wzdycha red. Marszałek, która sama za pracę w wymiarze odpowiadającym pełnemu etatowi otrzymuje wynagrodzenie pozwalające na opłacenie rachunku telefonicznego. Zastrzega jednocześnie, że przypadki „zawalania” są naprawdę rzadkie. Agnieszka Wasilczyk-Kryger ubolewa, że Afera nie jest w stanie choćby symbolicznie płacić członkom zespołu, co zmusza ich, by więcej czasu poświęcali na dorabianie gdzie indziej: W ten sposób w jakimś stopniu tracimy ludzi, na których nam zależy.

Niekomercyjna formuła w oczywisty sposób utrudnia także utrzymanie radiowej infrastruktury, zwłaszcza w przypadku rozgłośni, które nie uzupełniają budżetów wpływami z reklam. Problemem jest nie tylko niedobór środków. – Jedynym źródłem naszego finansowania jest Politechnika Wrocławska, dlatego na wszystko musimy składać wnioski, których rozpatrywanie zajmuje nieraz sporo czasu. Gdy niezbędny jest np. nowy mikrofon, trochę komplikuje nam to pracę – tłumaczy dyrektor LUZ-u.

Zdaniem Izy Kwiatkowskiej, jedyna istotna rzecz, którą utrudnia „niekomercyjność”, to pozyskiwanie sponsorów. – Kiedy organizujemy jakieś wydarzenie, zwykle informacja, że nie możemy w zamian wyemitować spotów reklamowych, jest dla nich blokadą. Zaraz jednak dodaje, że plusów takiego modelu jest znacznie więcej: nie musimy martwić się, że ktoś, kto miałby wykupiony czas reklamowy, mógłby próbować wpływać na program.

Ostrożnie z pieniędzmi

Grzegorz Długoszewski podaje dodatkowe argumenty za nieobecnością reklam na falach „Żaka”. – Nie jest tak, że gdybyśmy się na nie zdecydowali, reklamodawcy sami by do nas przyszli. Pozyskiwanie reklam wymaga ogromnego wysiłku, na dodatek jest kosztowne: trzeba zapłacić za zmianę koncesji na taką, która pozwala je emitować, zwiększają się koszty ZAiKS-u itd. Żeby to zrekompensować,należałoby naprawdę intensywnie pracować nad reklamodawcami, co nie jest łatwe w przypadku radia pozbawionego stałej kadry.

Można co prawda stworzyć jedno czy dwa płatne stanowiska, jednak jest to ryzykowne. – Redaktor naczelny jest na etacie, a jego zastępcy, którzy pracują nie mniej ciężko niż on, żadnych pieniędzy nie dostają. No to oferuje im się jakieś umowy, żeby mieli większą motywację do pracy. Wtedy pojawiają się konflikty: dlaczego szef promocji, który ma prowizje od pozyskanych reklam, ma zarabiać więcej niż redaktor programowy, chociaż to program jest istotą radia; reporterzy nie chcą pracować, dopóki nie otrzymają wypłaty itp. – wyjaśnia Długoszewski, powołując się na przykłady innych stacji niekomercyjnych.

Mówi też, że odwiedzając rozgłośnie, które programowo oraz ideowo są do łódzkiego radia podobne, jednak zdecydowały się na stworzenie pewnej liczby płatnych stanowisk, był zaskoczony mniejszym zapałem zespołu, niezbyt intensywnym życiem towarzyskim oraz słabszymi więziami koleżeńskimi. – Dlatego od lat niszczymy w zarodku wszelkie pomysły, żeby do „Żaka” wprowadzić pieniądze. Jego zdaniem kiedy się one pojawią, każdy chce, żeby ich było więcej, a potem już nietrudno o wykupienie radia. Wszędzie, gdzie weszły pieniądze, skończyło się radio studenckie, a zaczęło – formatowane – potwierdza Aleksandra Dulas. – Gdy ludzie zaczęli zarabiać, zaczęli też walczyć o pieniądze, jak bardzo śmieszne by one nie byłydodaje.

Zdaniem red. Wasilczyk-Kryger, wcale nie musi tak być, w każdym razie nie przypomina sobie, by w ciągu dziewięciu lat, jakie spędziła w Aferze, była świadkiem konfliktu czy zazdrości na tym tle. – Może dlatego, że kolegium redakcyjne jest obsadzane w otwartych konkursach? Poza tym ludzie widzą, że koordynacja całego działu wymaga znacznie więcej czasu niż cokolwiek innego – zastanawia się.

Redaktorka programowa poznańskiej rozgłośni zwraca uwagę, jak wiele pieniędzy i energii rozmaite korporacje poświęcają, żeby pracownicy się z nimi identyfikowali, tymczasem wolontariusze radia utożsamiają się z nim od razu. – Nie wiem, na czym to polega – czy to magia radia, czy może magia Afery – ale wystarczy, że ktoś przygotował dla nas jeden materiał dziennikarski, a już opowiada o stacji same najlepsze rzeczy, nosi jej koszulkę, mówi wszystkim, że tam pracuje i zachęca do jej słuchania. Dostajemy to w prezencie, za darmo.

Wojna i pokój klas

„Nowy Obywatel” w Waszych rękach

Pierwszy raz w jedenastoletniej historii pisma złożony do druku numer przeleżał niemal dwa miesiące – czekając, aż uzbieramy wystarczającą ilość pieniędzy na opłacenie drukarni.

W naszych reklamach deklarujemy, że „walczymy o każdy numer tego pisma”. Nie ma w tym żadnej przesady: poszukiwanie środków na sfinansowanie prac redakcyjnych i druku to dla nas jedno z głównych codziennych zajęć. Mimo postępującej dywersyfikacji źródeł przychodów, Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”, którego jestem nowym prezesem, nadal nie osiągnęło stabilności finansowej. Wiele w tym naszej winy: społeczników, którzy skupieni na sianiu fermentu ideowego przez lata nie dość przykładali się do nauki zarządzania profesjonalnym wydawnictwem. Są jednak wyzwania, którym nie podoła nawet najlepszy zarząd, a jedynie akcjonariusze.

Dlatego zamiast wstępu zagrzewającego do walki o lepszy świat, mamy dziś dla Was, Drogie Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, kilka słów od wydawcy. Chcę w nich zachęcić Was do wzięcia współodpowiedzialności za mały, papierowy kawałek Waszego świata. Jego przetrwanie zależy bowiem także od zmiany Waszych przyzwyczajeń w dziedzinie nabywania naszego kwartalnika.

Ogromne marże i dodatkowe opłaty narzucane przez dystrybutorów prasy i książek, niepłacone miesiącami faktury są w stanie dobić każdego wydawcę nienastawionego na masowego odbiorcę. O tym, że nie jesteśmy osamotnieni w naszych problemach z molochami, świadczy choćby coraz głośniejsza akcja „Nie karm książkowego potwora. Kupuj mądrze”, do której włączyliśmy się nie tylko jako wydawnictwo, ale również jako konsumenci zadrukowanego papieru. Przyszłość ambitnej prasy i książek zależy w dużej mierze od tego, czy ich odbiorcy wyrobią w sobie nawyk kupowania z pominięciem wielkich sieci dystrybucji.

W tym miejscu apelujemy do Was: weźcie „Nowego Obywatela” w swoje ręce. Jeśli bliska jest Wam misja, którą realizujemy, od konsumpcji kolejnych akapitów przejdźcie do działania. Jeśli jeszcze nie jesteście prenumeratorami, najwyższy czas to zmienić. To najprostsze, co możecie zrobić – nie ponosząc żadnych kosztów, a nawet oszczędzając – by ułatwić nam utrzymanie wysokiego poziomu pisma oraz kwartalnego cyklu wydawniczego, obecnie zagrożonego. Płacąc za gazetę z góry, pomagacie nam zachować płynność finansową, a także zyskujecie pewność, że Wasz wkład w całości zasila budżet pisma, a nie bezdenne kieszenie dystrybutorów-gigantów.

Dla tych, dla których obecność w debacie publicznej propagowanych przez nas idei jest ważna, mamy także inne propozycje świadomego „akcjonariatu” w działalności wydawniczej Stowarzyszenia. Dlatego w tym numerze szczególnie polecam Waszej uwadze… reklamy, treść z reguły omijaną w poszukiwaniu kolejnego inspirującego tekstu. Na poszczególnych stronach okładki oraz na stronach 90 i 158 znajdziecie informacje na temat tego, co możecie zrobić, by mieć pewność, że kolejny numer „Nowego Obywatela” trafi do Waszych rąk. Również od Was zależy, kiedy będziemy mogli znowu się spotkać.