przez Michał Sobczyk | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Wielu Polaków postrzega górnictwo jako obciążenie dla gospodarki.
Wacław Czerkawski: Górnictwo jest z wielu powodów bardzo ważną branżą. Podstawowym jest bezpieczeństwo energetyczne. W Polsce, o czym nie wszyscy wiedzą, aż 95% energii powstaje z węgla, dlatego nie musimy się obawiać, że jej zabraknie – mamy własną. Warto też przypomnieć, że istnieją technologie umożliwiające przetwarzanie węgla na paliwo. Było o tym dość głośno, potem jednak z niejasnych powodów prace zanikły. Być może wpłynął na to lobbing sektora gazowego lub naftowego, dla których węgiel mógłby stać się zbyt dużą konkurencją.
Po drugie, 29 kopalń zatrudnia bezpośrednio prawie 115 tys. górników, a każde miejsce pracy w górnictwie generuje średnio 3-4 kolejne w jego zapleczu. Ostatnio złożyli nam wizytę stoczniowcy, którzy mieli problemy, ponieważ utrudniono im przeładunek polskiego węgla podczas kryzysu węglowego. Dzięki górnictwu pracę mają ludzie od Śląska do Pomorza. Przemysł chemiczny w dużej mierze opiera się na węglu, z kolei koksownie produkują z niego wysokiej jakości koks, który jest następnie wykorzystywany przez huty. Wiele osób znajduje również zatrudnienie w sferze usługowej wokół kopalń, w małych i dużych zakładach, produkujących choćby odzież czy środki ochronne.
Gdy w ramach wielkiej restrukturyzacji górnictwa zlikwidowano 24 kopalnie, górnikom wypłacano odprawy na założenie własnego biznesu. Okazało się, że w gminach, które zostały bez swojego „głównego żywiciela”, po kolei wszyscy bankrutowali. W lokalnych społecznościach kopalnie zatrudniające 3-4 tys. ludzi są bardzo ważnymi zakładami pracy.
Co najważniejsze, wbrew obiegowej opinii, że do górników wszyscy dopłacają, górnictwo od lat generuje zyski. Rok w rok odprowadza do Skarbu Państwa 7-8 mld zł w postaci różnego rodzaju danin i podatków. Jak obliczyliśmy, jest ich łącznie 23, a w kwietniu Sejm uchwalił nowe Prawo geologiczne i górnicze, które wprowadza kolejny podatek, od wyrobisk podziemnych. Już 35% dochodu górnictwa jest odprowadzane do budżetu państwa i samorządów.
Kolejne obiegowe skojarzenie z górnictwem to zacofanie tej branży.
W. C.: Z wydobyciem węgla ściśle łączą się prace badawcze, nowe technologie, fabryki produkujące na jego potrzeby wszelkiego rodzaju maszyny. Najnowocześniejsze z nich, jak zdalnie sterowane strugi, można porównywać do technologii kosmicznych. Nauka ma także duży udział w opracowywaniu rozwiązań z zakresu bezpieczeństwa górnictwa, przeciwdziałania naturalnym zagrożeniom, od tąpnięcia, poprzez metan, aż po pożary i wodę. Część powyższych osiągnięć znajduje zastosowanie także w innych gałęziach przemysłu.
Polska jest ważnym producentem bardzo nowoczesnego sprzętu górniczego, jednak w dużej mierze trafia on na eksport – nas po prostu nie stać na te maszyny. Sprzęt wykorzystywany w polskich kopalniach jest bardzo zdekapitalizowany, wiele maszyn ma już 30 lat, co woła o pomstę do nieba i np. w Niemczech byłoby nie do pomyślenia.
Następne utrwalone przekonanie: węgiel jest „brudnym” źródłem energii.
W. C.: Przetwarzania węgla jeszcze nie mamy na takim poziomie, jak byśmy chcieli. Przepisy unijne spowodują, że produkcja energii w polskich elektrowniach na węgiel będzie szalenie droga. Tutaj otwiera się duże pole do popisu dla środowisk naukowych. Już teraz istnieją technologie tzw. czystego spalania węgla, które nie emituje tyle CO2.
Pod warunkiem stosowania nowoczesnych technologii, produkcja energii z węgla nie szkodzi środowisku. Nauka poszła bardzo do przodu i na Śląsku już widać tego efekty. Gdy dawniej wracałem znad morza, od razu wiedziałem, że jestem u siebie, bo było czarno i ciemno. To się bardzo zmieniło, bo technologie są zupełnie inne.
Rozmawiałem z działaczami ekologicznymi i okazało się, że jest dużo niezrozumienia, na czym polega spalanie węgla czy działalność kopalń. Doszliśmy już prawie do konsensusu, że węgiel nie jest tak szkodliwy, jak niektóre organizacje ekologiczne próbują go przedstawiać. Mało tego, nawet elektrownie wiatrowe mogą być od niego bardziej szkodliwe, gdyż same potrzebują energii produkowanej z węgla, a ponadto zniekształcają krajobraz.
Zatem jeśli chcemy sobie dokopać, ekolodzy i górnicy, to możemy. Pytanie – po co, skoro można szukać wspólnego mianownika, jakim są technologie czystego spalania węgla. Niestety, są one bardzo kosztowne. Polskiego przemysłu i górnictwa nie stać na odpowiednie finansowanie ich rozwoju, jeśli przy obecnym obciążeniu daninami publicznymi mają w gospodarce rynkowej „wychodzić na plus”.
Rozwój energetyki odnawialnej również wymaga znacznych nakładów, jednak jej zwolennicy przekonują, że zwrócą się one z nawiązką, m.in. w postaci nowych miejsc pracy. Z kolei rząd wyraźnie stawia na rozwój energetyki jądrowej.
W. C.: Energia wiatrowa, słoneczna czy biopaliwa są na razie wykorzystywane w niewielkim stopniu i nie zagrażają dominującej roli węgla. Przy czym ja bym w ogóle nie patrzył na to w kategoriach rywalizacji, gdyż górnictwo i energetyka odnawialna mogą istnieć i rozwijać się równolegle.
Mam sceptyczny stosunek do energetyki jądrowej, a ostatnia tragedia w Japonii pokazała, że nie jest to bezpieczna technologia. Do tego dochodzi problem odpadów radioaktywnych. Jednak jeśli powstaną w Polsce elektrownie atomowe, również mogą funkcjonować obok węglowych, nie zagrażając górnictwu. Niedawno sprowadzaliśmy z zagranicy 11 mln ton węgla rocznie, gdyż nasze kopalnie nie były w stanie zaspokoić całości krajowego zapotrzebowania. Zamiast importować węgiel, lepiej rozwijać alternatywne sposoby produkcji energii.
Podsumowując, nie ma potrzeby traktować węgla i pozostałych źródeł energii jako śmiertelnych wrogów, gdyż mogą one wzajemnie się uzupełniać. Zapotrzebowanie na energię rośnie i wcale niekoniecznie musi być zaspokajane wyłącznie siłami kopalń.
Jednak kopalnie już mamy, natomiast energetykę jądrową musielibyśmy zbudować od podstaw.
W. C.: Gdyby środki, o jakich jest mowa w kontekście elektrowni atomowych, skierowano na rozwój górnictwa węgla kamiennego, można by produkować dodatkową energię dużo bezpieczniej, taniej, z pożytkiem dla środowiska i gospodarki. Znając jednak życie i patrząc na to, co się dzieje w polityce, nie widzę możliwości, żeby jakiekolwiek większe środki publiczne zainwestowano w górnictwo.
Należy się spodziewać, że elektrownie atomowe, mające zdecydowanych zwolenników, prędzej czy później u nas powstaną. Górnictwu w niczym to nie zaszkodzi, szkoda tylko, że ogromne środki pójdą na technologię powodującą powstawanie niebezpiecznych odpadów, zamiast na bezpieczne wydobywanie i czyste spalanie surowca z polskich kopalń.
Polityka państwa wobec górnictwa jest od lat krytykowana przez związki zawodowe.
W. C.: W 2007 r. związki zawodowe, pracodawcy i strona rządowa wspólnie opracowali strategię dla górnictwa do 2015 r. Mówimy w niej, że nie ma przeszkód, by przedsiębiorstwa tego sektora wchodziły na giełdę, jeśli tylko spełnione zostaną pewne warunki. Są one następujące: zachowanie pakietu większościowego w rękach Skarbu Państwa, podpisanie porozumień społecznych, 15% akcji dla pracowników prywatyzowanego podmiotu. Już w 2010 r. złamano pierwszą zasadę, prawie w całości sprzedając „Bogdankę”.
Przykład tej kopalni, która osiąga świetne wyniki finansowe, często podaje się jako argument za prywatyzacją. To kłamstwo: zmiany własnościowe w żaden sposób nie wpłynęły na jej kondycję ekonomiczną. „Bogdanka”, w której nie zmienił się ani zarząd, ani załoga, była przed prywatyzacją tak samo dobrym przedsiębiorstwem, m.in. dzięki korzystnym warunkom górniczo-geologicznym.
Mało kto natomiast wspomina, że był okres, gdy „Bogdanka” była przeznaczona do likwidacji – uratowano ją dzięki determinacji związków zawodowych. Mówię o tym, bo o wielu kopalniach słyszy się, że są „trwale nierentowne”. My nie uznajemy tego terminu, dla nas kopalnie dzielą się na takie, które mają zasoby węgla oraz takie, które ich nie mają. Tym pierwszym zdarza się nieraz trudna sytuacja geologiczna i mogą przez rok, dwa czy trzy osiągać gorsze wyniki. Potem jednak wchodzą w dobre pokłady i generują zyski. Właśnie dlatego są skupione w spółkach węglowych typu Katowicki Holding Węglowy czy Kompania Węglowa, że kiedy są w słabszej kondycji, wtedy te, które mają dobry okres, mogą zrównoważyć ich straty.
Źródłem rozczarowania związkowców był także brak budżetowego wsparcia dla tzw. inwestycji początkowych w górnictwie.
W. C.: Przepisy unijne zezwalały na pomoc publiczną dla inwestycji umożliwiających eksploatację nowych złóż. Polska nie korzystała jednak z tego prawa, argumentując, że nasze górnictwo świetnie sobie radzi. Dopiero w ubiegłym roku udało nam się, brutalnie mówiąc, wyrwać z budżetu środki na udostępnienie nowych pokładów węgla. Te pieniądze bardzo szybko się zwrócą w formie różnego rodzaju podatków.
Niestety, od 2011 r. taka pomoc jest już zabroniona. W międzyczasie, przy okazji tego jednorazowego wsparcia wrócił mit całej Polski dopłacającej do górników. Tymczasem wystarczy zestawić 7 mld zł corocznych wpływów do budżetu w postaci danin z wspomnianą pomocą, która wyniosła zaledwie 400 mln zł. To dobitnie świadczy o tym, że górnictwo nie jest dotowane przez państwo, jak myślą niektórzy.
Niechęć do górnictwa budowały również medialne doniesienia o licznych patologiach w tej branży, związanych np. ze spółkami pośredniczącymi w obrocie węglem.
W. C.: Patologie dotykają górnictwo w takiej samej skali jak inne branże, jednak wszelkie afery są w jego przypadku o wiele bardziej nagłaśniane.
Największe przestępstwa czy podejrzenia nadużyć miały miejsce, gdy górnictwo było fatalnie zarządzane, nieskonsolidowane, a jednocześnie istniała presja, aby poszczególne kopalnie były dochodowe. Różni pośrednicy w sprzedaży węgla mieli wówczas ułatwione zadanie. Kryminogenny był zwłaszcza system kompensat, tj. płacenia węglem za usługi i materiały, na czym kopalnie często traciły, natomiast pośrednicy dorabiali się majątków. Mówiliśmy wówczas, że na węglu zarabiają wszyscy oprócz samych górników.
Górnictwo generuje kilkadziesiąt miliardów obrotu rocznie. Wszędzie, gdzie są takie pieniądze, w nieunikniony sposób pojawiają się ludzie nieuczciwi. Nie znaczy to, że można im dać przyzwolenie na taką działalność, a przynajmniej ze strony związków zawodowych nie ma żadnej taryfy ulgowej dla zachowań niezgodnych z prawem. Powiem więcej: jak dotąd to właśnie związki najczęściej ujawniały różnego rodzaju nieprawidłowości, co często spotykało się z lekceważeniem albo niedowierzaniem.
Na szczęście mamy to za sobą, jednak pojawił się nowy problem. Luka pokoleniowa spowodowała, że w kopalniach zaczęto najmować dużo firm zewnętrznych. Jak się szacuje, zatrudniają już 20% pracowników górnictwa. Wśród nich znalazły się liczne „firmy w walizkach”, mające zdecydowanie najniższe koszty, gdyż zatrudniające emerytów, pracowników bez umowy (którym nieraz nie płaciły) itp. Wielokrotnie sygnalizowaliśmy, że ci ludzie pracują w skandalicznych warunkach. Do legendy przechodzą opowieści o górnikach zjeżdżających na dół w trampkach. To zauważono, także dzięki związkom zawodowym.
Medialny stereotyp przedstawia górnicze związki jako skupione na wąsko rozumianym interesie własnej grupy zawodowej, gotowe walczyć o kolejne podwyżki bez oglądania się na interesy ogólnospołeczne.
W. C.: Jeżeli np. walka o bezpieczeństwo pracy w górnictwie jest partykularnym interesem górniczych związków zawodowych, to rzeczywiście walczymy o partykularne interesy.
Trzeba sobie zdać sprawę, że uzwiązkowienie w kopalniach sięga 100%, co jest ewenementem w skali kraju, gdzie średnio nie przekracza 15%. Jesteśmy bardzo dobrze zorganizowani, więc stać nas na więcej. Jeśli my decydujemy się wyjść na ulice, robimy to w konkretnym celu i w taki sposób, że nie da się nas nie zauważyć. Tak jak ostatnio, gdy przez Katowice przemaszerowało 7 tys. górników, skandując hasła nie tylko górnicze. Mówiliśmy m.in. o prawach pielęgniarek.
Często wspieramy inne grupy, jak np. właśnie pielęgniarki. Prowadzimy także działalność w sferze międzynarodowej, jesteśmy silnie umocowani w europejskich strukturach związkowych. Górnicy nie myślą tylko o sobie, lecz starają się współdziałać z całym społeczeństwem.
Przeciętnemu telewidzowi górnik raczej nie kojarzy się z dialogiem społecznym, prędzej z paleniem opon.
W. C.: Oczywiście zdarzają się sytuacje ekstremalne, jak podczas demonstracji w Warszawie, gdzie dochodziło do regularnych walk. Również niedawno grupa protestujących wybiła kilka szyb w siedzibie Katowickiego Holdingu Węglowego. Mamy o to do nich pretensje, gdyż w ten sposób zniweczyli wysiłek kolegów, którzy przyszli z konkretnymi postulatami, a media pokazały tylko wybite szyby. Próbujemy walczyć z takimi ekscesami, które psują nam opinię i dają pretekst do sięgania po stereotyp górnika-zadymiarza.
Jesteśmy dobrze zorganizowani i właśnie o to największe pretensje mają do nas politycy, którzy stale kombinują, jak nas podzielić, oczernić, zrobić z nas awanturników. Tymczasem związkowcy nieustannie, w cywilizowanym trybie, rozmawiają z pracodawcami i rządem, np. na forum Zespołu Trójstronnego ds. Bezpieczeństwa Socjalnego Górników. Organizują także ze środków unijnych szkolenia dotyczące dialogu społecznego czy wiedzy o prawie pracy. Nikt o tym jednak nie mówi.
Gdy w imieniu swojej centrali załatwię coś pozytywnego, prawie nigdy nie spotyka się to z jakimkolwiek oddźwiękiem. Jednak kiedy któryś z górników wybije szybę, wtedy jestem popularny i mogę udzielać wywiadów. Niestety, nie na temat problemów górnictwa, tylko o zadymie i palonych oponach…
O co obecnie walczą górnicze związki zawodowe?
W. C.: Jednym z priorytetów zawsze będzie dla nas bezpieczeństwo pracy. Górnicy nierzadko pracują ponad 1000 m pod ziemią, są narażeni na tąpnięcia, wybuch metanu i inne zagrożenia. Cały czas staramy się, aby zwiększyć ich bezpieczeństwo, co wymaga spełnienia wielu warunków, np. sprzętu, który odpowiada światowym standardom.
Mimo różnego rodzaju działań, mimo deklaracji pracodawców o coraz większych nakładach na bezpieczeństwo, nadal jest ono niewystarczające. Statystycznie rzecz biorąc, rok 2010 był lepszy niż 2009, jednak dopóki będą ofiary, będziemy to nagłaśniać, apelować, podejmować wszelkie działania zmierzające do poprawy bezpieczeństwa. Wciąż daleko nam do standardów niemieckiego przemysłu wydobywczego. Dyrektor jednej z tamtejszej kopalń chwalił się nam, że w minionym roku nie wydarzył się w niej ani jeden wypadek. Dało nam to dużo do myślenia, bo u nas nie zdarzają się lata bez wypadków.
Poza postulatami związanymi z bezpieczeństwem, w tej chwili skupiamy się na ustawie, która zakłada przeniesienie nadzoru właścicielskiego z Ministerstwa Gospodarki do Ministerstwa Skarbu, co grozi nam szybką, dziką, bolesną prywatyzacją. Nadal toczą się dyskusje na temat optymalnej organizacji polskiego górnictwa. Naszym pomysłem jest utworzenie Polskiego Węgla, w ramach którego spółki węglowe mogłyby się wspierać kapitałowo. Czy to idealne rozwiązanie – nie mnie oceniać. Ważne, że my jakiś pomysł mamy, w przeciwieństwie do rządu, który nie ma żadnego. Premier Tusk, podobnie jak nikt z Platformy w ogóle z nami nie rozmawia, czego dowodem jest nasz apel o spotkanie z posłami, na który odpowiedziały jedynie PiS i SLD. Trudno z kimś prowadzić dialog nie rozmawiając, dlatego nie ma się co dziwić, że ludzie wychodzą na ulice.
Wobec podwyżek cen cukru, benzyny itd. doszły do tego kwestie płacowe. Od ładnych paru lat górnicy nie otrzymali podwyżek, jedynie waloryzację płac o wartość inflacji, której wysokość jest zresztą bardzo różnie oceniana. Weszliśmy w spory zbiorowe, chcemy wzrostu wynagrodzeń o 10%. To ważny postulat, bo podwyżki to inwestycja w ludzi. Muszą oni wiedzieć, za co pracują i narażają życie. Obecnie średnia płaca pracownika kopalni wynosi ok. 4750 zł brutto.
Pracownikom dużych, państwowych przedsiębiorstw jest bez porównania łatwiej się organizować.
W. C.: Nie ma się co dziwić, że górnicy boją się prywatyzacji. Widzą, jak pracują ich koledzy z firm zewnętrznych, dlatego obawiają się, że gdy „przyjdzie prywatny”, nie będą mieli żadnych praw. Choć ustawa o związkach zawodowych działa zarówno w firmie państwowej, jak i prywatnej, to jednak rzeczywistość nie jest tak różowa. Niejednokrotnie spotykamy się z sytuacją, gdy pracownicy chcący założyć związki zawodowe słyszą od prezesa, że on tu jest związkiem zawodowym, a jak się nie podoba, to znajdą się inni na ich miejsce.
W firmach takich jak Przedsiębiorstwo Robót Górniczych czy Przedsiębiorstwo Budowy Szybów – z tradycjami, powstałych na bazie przedsiębiorstw państwowych – istnieją związki zawodowe, a prawa pracownicze są przestrzegane. W pozostałych firmach zewnętrznych nie ma wielkich szans na powstanie związków. W prywatnej kopalni próbowaliśmy inicjować tworzenie struktur związkowych, jednak odpuściliśmy, by nie narażać zatrudnionych na szykany.
Pracodawcy boją się powstawania związków, panuje bowiem opinia, że działają one na niekorzyść zakładu pracy. To nieprawda. W ramach realizowanych przez związki projektów szkolimy się razem z pracodawcami. Okazuje się, że niejednokrotnie znajdujemy wspólny język, bo i dla nich, i dla nas priorytetem jest dobro firmy. Nie będzie pracodawcy bez związkowców, tak jak nie będzie pracowników bez kadry zarządzającej. Wszyscy oni muszą współdziałać, ale na razie są to jedynie pobożne życzenia.
Nie będzie również górnictwa bez zaplecza edukacyjnego, które w toku transformacji znacznie zredukowano.
W. C.: Gdy zamykano kopalnie, przy okazji zlikwidowano szkoły górnicze. Wydawało się wtedy, że przemysł górniczy jest schyłkowy. Nikt się nie garnął do pracy na kopalni, bo i po co, skoro i tak zaraz zostanie zlikwidowana. Szybko się okazało, że bez górnictwa Polska się nie obejdzie. Sytuacja zmieniła się diametralnie, otwarto wiele szkół. Dwie wyższe uczelnie nadal kształcą na wysokim poziomie inżynierów górnictwa. Wymaga jednak czasu, zanim kolejne roczniki wypełnią braki kadrowe.
Zmienił się stosunek młodych ludzi do górnictwa. W każdej spółce węglowej jest po kilka tysięcy podań osób, które chcą w niej podjąć pracę. Jak się okazało, górnictwo jest jednym z ostatnich bastionów, gdzie można uzyskać co prawda mało bezpieczną, ale za to stabilną pracę, gdzie pracownicy mają możliwość samoorganizacji, a ich prawa są w miarę przestrzegane. Związki zawodowe każdego dnia prowadzą ciężką walkę, żeby nadal tak było.
Dziękuję za rozmowę.
Katowice, 22 marca 2011 r.
przez Michał Sobczyk | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Polacy kojarzą co najwyżej pojedyncze nazwiska obrońców praw człowieka w ZSRR, tymczasem miały tam miejsce bardzozróżnicowane formy oporu wobec władzy komunistycznej.
Mikołaj Iwanow: Był to niezwykle szeroki wachlarz grup dysydenckich – komunistów, którzy chcieli naprawić ustrój, socjalistów, nacjonalistów, syjonistów, Tatarów Krymskich, Czeczenów itd. Praktycznie każdy naród radzieckiego imperium miał swój własny ruch dysydencki. Od czasów rewolucji październikowej środowiska opozycyjne wobec władzy bolszewików nigdy nie zaprzestały działalności. Nie było w Związku Radzieckim żadnego „wczesnego Gomułki”, kiedy kierownictwo partyjne cieszyłoby się względnie szerokim zaufaniem społecznym, zaś aktywność opozycyjna praktycznie ustała.
Ruch dysydencki w Sowietach raz był większy, raz mniejszy, niekiedy także zbrojny – dość wspomnieć Armię Własowa. Nie wszyscy w Polsce wiedzą, że niechęć wobec komunizmu była tak wielka, że podczas wojny po stronie Niemców-agresorów walczyło prawie milion obywateli sowieckich! Przy czym należy podkreślić, że w ruchach opozycyjnych rdzenni Rosjanie zawsze byli w mniejszości. Trzeba pamiętać, że stanowili w ZSRR tylko połowę ludności; również w rewolucji bolszewickiej, którą Sołżenicyn nazywa „śmiertelnym złamaniem kręgosłupa narodowi rosyjskiemu”, stanowili oni mniejszość. Z kolei wśród „białych”, walczących przeciwko oddziałom rewolucyjnym, praktycznie nie było przedstawicieli mniejszości narodowych.
Do dziś, gdy rozmawiam z przyjaciółmi w Moskwie, często słyszę: to, że w 1612 r. zajęliście nam Kreml, możemy Wam wybaczyć; to, że wraz z Napoleonem wkroczyliście do Moskwy 200 lat później – również; jednego Polaka, który przelał najwięcej krwi rosyjskiej – Dzierżyńskiego – wybaczyć Wam nie możemy. Ale czy ktokolwiek w Polsce, będąc przy zdrowych zmysłach, szczyci się Dzierżyńskim?
Od 20 lat działa w Moskwie organizacja „Memoriał”, która za jeden z celów przyjęła propagowanie wiedzy o ofiarach komunistycznego terroru – większość z nich do dzisiaj pozostaje anonimowa. Jest to – jak przyznają członkowie „Memoriału” – praca na dziesiątki lat. Polski Ośrodek „Karta” wydaje kilkutomową encyklopedię ruchu dysydenckiego w Związku Radzieckim, której redaktorem jest Natasza Gorbaniewska. Jeśli weźmiemy własowców, trockistów, powojennych opozycjonistów rosyjskich, to każdy, kto choćby tylko opowiadał kawał czy wznosił toast przeciwko Stalinowi, prędzej czy później lądował w więzieniu, był rozstrzeliwany lub skazywany na 25 lat.
Dopiero w 1965 r. pojawił się fenomen grupy dysydenckiej, składającej się z dwóch pisarzy, Andrieja Siniawskiego i Julija Daniela, którzy odważyli się publikować swe utwory na Zachodzie – i oto raptem władza ani ich nie rozstrzelała, ani nawet nie wsadziła do więzienia. Zamiast tego, członkom grupy urządzono w Moskwie proces, w którym przyznano obrońców z urzędu. Obrońca to było wówczas w Związku Radzieckim coś absolutnie nie do pomyślenia. Datę tę można uznać za narodziny współczesnego ruchu dysydenckiego.
Władimir Bukowski, Natasza Gorbaniewska i kilka innych osób urządziło wówczas manifestację w obronie sądzonych, która nie spotkała się z represjami. Daniel i Siniawski dostali wyroki zadaje się 5 i 7 lat – w porównaniu z czasami stalinowskimi były one śmieszne. Pojawiło się więzienie dla „politycznych” we Włodzimierzu, gdzie dawano im gazety i traktowano już nieco inaczej. Przed rewolucją więzień polityczny miał prawo dostępu do prasy, nie musiał pracować, nie wolno było go bić – Związkowi Radzieckiemu (jak również i dzisiejszej Rosji) do czasów carskich pod tym względem było jeszcze daleko, ale nastąpił wielki postęp.
W 1968 r. stała się kolejna rzecz, wydawałoby się nie do pomyślenia – 7 osób urządziło na Placu Czerwonym protest przeciwko inwazji ZSRR na Czechosłowację. Od tego momentu organizacje opozycyjne powstają jak grzyby po deszczu. Litwini zakładają cieszący się prawie powszechnym poparciemkomitet obrony Kościoła katolickiego. W Moskwie działało wiele grup dysydenckich. W latach 70. należałem do grupy Młodych Socjalistów – robiliśmy to, co w Polsce w latach 60. Modzelewski z Kuroniem,tylko w ścisłej konspiracji i bez poparcia społecznego. Nie byliśmy co prawda członkami partii, lecz komsomolcami i chcieliśmy „komunizmu z ludzką twarzą”.
Co ciekawe – Żydzi, którzy zawsze w Rosji siedzieli cicho z powodu antysemityzmu, zaczęli zakładać organizacje emigracyjne i władza pod naciskiem Zachodu zmuszona była wypuszczać ich z kraju. Na Białorusi zaczęło się odradzanie narodowej kultury, podobnie na Ukrainie. W latach 70. powstał w ZSRR „drugi obieg” – samizdat. Ja i moi przyjaciele z uczelni, z których wielu było dziećmi członków KC KPZR, czytaliśmy tę literaturę, np. „Archipelag Gułag” Sołżenicyna, a także powielaliśmy ją na maszynie. Zacząłem wtedy wydawać w Mińsku czasopismo, które nazywało się „Nowaja Nasza Niwa”. W Moskwie moi koledzy wydawali czasopismo „Na Lewo Zwrot”, nawiązujące do Komuny Paryskiej, która była dla nas świętością. Ruch dysydencki powoli robił się masowy, chociaż oczywiście nie na skalę polskiej „Solidarności”. W latach 70.ludzie powoli, ale nieuchronnie zaczęli tracić wiarę w komunizm. Łagodnieje represyjność ustroju.Większość osób, które przeszły przez tzw. psychuszki, wyszło z nich z jakimś uszczerbkiem na zdrowiu, ale praktycznie nikogo nie zabito – władze raczej nie stosowały już represji, które stanowiłyby zagrożenie dla życia. Ustrój zaczynał rdzewieć.
Czy istniały jakieś kanały komunikacji dysydentów ze społeczeństwem, czy też było to zjawisko elitarne?
M. I.: W zasadzie nie istniały. Gdy drukowałem w Mińsku swoje pismo, zawsze wiedziałem, komu je dam – tylko zaufanym osobom. Ruch dysydencki był absolutnie elitarny, angażujący niemal wyłącznie inteligencję, i stąd też wzięła się przepaść między narodem a jego elitą. Inteligentów nie przyjmowano do partii komunistycznej, natomiast robotników wręcz zmuszano do tego. Ta praca władzy radzieckiej, izolującej elitę intelektualną od reszty społeczeństwa, nie poszła na marne – do dzisiaj w wielu kręgach słowa „inteligent” i „demokrata” mają negatywny wydźwięk. I na tym gra dzisiejsza władza na Kremlu. Dlaczego prawdopodobnie ponad 70% najwyższych urzędników państwowych stanowią w Rosji byli pracownicy KGB? Dzisiejsze państwo rosyjskie wywodzi się w prostej linii z tej służby. Ale nie zaryzykuję stwierdzenia, że podobny układ władzy jest czymś negatywnym dla kraju. Pamiętajmy: KGB od lat jakby wysysało z własnego narodu śliwki intelektualne, odbierało najzdolniejszych, aby ratować to, czego w końcu nie dało się uratować…
Czy działania radzieckich dysydentów były nagłaśniane przez zachodnie media?
M. I.: W 1975 r., gdy Breżniew podpisał porozumienia helsińskie, przez jakiś czas zagraniczne rozgłośnie przestały być zagłuszane. Opozycjoniści wyjeżdżający na Zachód zyskiwali trybunę, z której ich głos mógł być słyszany w ZSRR. Sołżenicyn był tutaj wyjątkiem – zaszył się w USA w stanie Vermont, który mu przypominał Syberię [śmiech], by skończyć jako nacjonalista rosyjski.
Trzeba wspomnieć, że niemal wszystkie najważniejsze europejskie rozgłośnie radiowe nadawały wówczas także w języku rosyjskim. Władza często organizowała protesty przeciwko „ingerencji w sprawy ZSRR”, lecz wtedy, pod koniec lat 70., prawie nic nie można było już przemilczeć. Zachodnie media odegrały ogromną rolę w upadku komuny.
A czy działalność opozycji wewnątrzradzieckiej miała istotne znaczenie dla zawalenia się systemu?
M. I.: Nie ulega wątpliwości, że tak. Ale też nie była to, rzecz jasna, przyczyna najważniejsza. O ile w przypadku Polski można powiedzieć, że „Solidarność” odegrała jedną z kluczowych ról w upadku reżimu, to radziecki ruch dysydencki był, o czym wspomniałem, elitarny. Przyczyna upadku komunizmu w ZSRR była bardziej prozaiczna: po prostu nie było tam czego jeść. Państwo, które wydaje na zbrojenia 50% budżetu (lub, jak twierdzą niektórzy, prawie 70%), nie ma racji bytu. Gdy przyjechałem do Polski 30 lat temu, był to dla mnie szok cywilizacyjny. W ZSRR na święta dostawaliśmy od władzy np. puszkę konserw mięsnych. W latach 80. nawet te symboliczne prezenty robiły się coraz rzadsze. Gdy rozpoczęła się pierestrojka, jej ruchem napędowym byli komuniści.
Czym był Komitet Założycielski Wolnych Związków Zawodowych w ZSRR, którego był Pan członkiem? Ten rozdział historii radzieckiego ruchu dysydenckiego jest w Polsce zupełnie nieznany.
M. I.: Była to grupa studentów, wychowanków wydziału historycznego Uniwersytetu Moskiewskiego, którzy już na trzecim roku studiów narazili się władzom, robiąc jakąś gazetkę ścienną. Nieformalnym przywódcą tej grupy był późniejszy znany dysydent, nieżyjący już Andriej Fadin, który po upadku komuny nie zaprzestał działalności opozycyjnej i protestował np. przeciwko wojnie czeczeńskiej (zginął w wypadku samochodowym po powrocie z Kaukazu – mało kto w Rosji wierzy, że faktycznie był to wypadek). Był on synem kierownika Wydziału Ameryki Łacińskiej Komitetu Centralnego KPZR, wychowywał się w tym samym domu, w którym mieszkał Breżniew. Drugim liderem był Paweł (Pasza) Kudiukin, który później, w epoce Jelcyna, był ministrem pracy w rządzie Gajdara. Uważaliśmy siebie za prawdziwych „leninowców”, wydawaliśmy wspomniane „Na Lewo Zwrot”.
Pewnego dnia w 1978 r., gdy przyjechałem do Moskwy z Mińska, gdzie mieszkałem, spotkaliśmy się w parku (nigdy nie konspirowaliśmy w prywatnych mieszkaniach). „Idę w lud” – zadeklarował wtedy Fadin, wzorem tzw. narodowolców, którzy pod koniec XIX w. praktykowali chożdienie w narod. Grupa została jednak rozbita przez KGB i do „wejścia w lud” nie doszło… Idea założenia w Rosji radzieckiej wolnych związków zawodowych, która narodziła się w kręgu lewicowych moskiewskich inteligentów, nigdy nie wyszła poza komitet założycielski – w systemie totalitarnym nie było na to szans.
W 1979 r. ożeniłem się z Polką, rok później urodził mi się syn. Przypadek zdecydował, że przez żonę, która pracowała we Wrocławskich Zakładach Elektronicznych „Elwro” – prawdopodobnie największym w Układzie Warszawskim przedsiębiorstwie produkującym komputery – nawiązałem pierwsze kontakty z Kornelem Morawieckim. Przed I Zjazdem „Solidarności” Andriej zaproponował, byśmy napisali własną odezwę na Zjazd, którą następnie – zapamiętaną – „przywiozłem” do Polski.
Jakie były w Związku Radzieckim reakcje na powstanie „Solidarności”? Czy to wydarzenie znalazło jakiś oddźwięk w społeczeństwie?
M. I.: Stosunek do ówczesnych wydarzeń w Polsce był dwojaki. Z jednej strony – zachwyt i ogromne zainteresowanie wśród rosyjskich inteligentów; Fadin uważał, że to początek końca komuny. A jednocześnie 80-90% społeczeństwa odnosiło się wobec „Solidarności” bardzo niechętnie, i ten stosunek niestety przetrwał do dzisiaj. Władza włożyła wiele wysiłku w skompromitowanie tego ruchu jako organizacji zdradzieckiej.
Byliśmy wtedy przekonani, że Polskę czeka podobny los jak Czechosłowację w 1968 r., że ta pokojowa rewolucja nie może się udać. Ale przekonaniu towarzyszyła euforia spowodowana tym, że szerokie rzesze Polaków powiedziały władzy „nie”.
Czy Pana zdaniem istniała jakakolwiek realna alternatywa dla modelu transformacji, który ostatecznie został przyjęty tak w ZSRR, jak i w PRL? „Solidarność Walcząca” od początku krytycznie oceniała kierunek przemian ustrojowych.
M. I.: „Solidarność Walcząca” pozostała na marginesie przemian głównie dlatego, że tworzyli ją – włącznie ze mną – ludzie „nawiedzeni”, idealiści o często skrajnych poglądach, którym o wiele łatwiej przychodzi walczyć z kłamstwem i niesprawiedliwością niż budować w warunkach transformacji nowe państwo, co wymaga nieraz kompromisów moralnych. Ludziom, którzy ich nie uznają, zawsze trudno żyć.
Uważam jednak, że Polska uzyskała optimum tego, co mogła uzyskać. PRL była prawdopodobnie jedynym krajem bloku wschodniego, w którym nie została doszczętnie zniszczona przedsiębiorczość. W Rosji powiada się czasem: „Tam, gdzie Polak przeszedł, Żyd nie ma co robić”. Za czasów radzieckich nawet polscy „komsomolcy”, wizytując ZSRR, handlowali czym popadnie – przywozili spodnie, kosmetyki czy choćby prezerwatywy (których też brakowało). Ten duch przedsiębiorczości pomógł Polsce wyjść z transformacji obronną ręką.
W odróżnieniu od Polski, w Rosji zmysł przedsiębiorczości został całkowicie zniszczony. Natomiast biorąc pod uwagę doświadczenie dziesiątków lat komunistycznego terroru, uważam, że to, jak Rosja się dziś rozwija, stwarza nadzieję, że już następne pokolenie zbuduje normalny kraj, nie zaś rządzony według zasad „chicagowskich”. Zresztą wszyscy ci oligarchowie czy mafiosi rosyjscy wysyłają dzieci na najlepsze uczelnie na świecie; to pokolenie zbuduje nową Rosję.
Tymczasem demokracja w tym kraju nadal odbiega od standardów zachodnich, np. istnieją tam „więźniowie sumienia”. Jaka jest w Rosji kondycja opozycji politycznej, skala jej poparcia w społeczeństwie?
M. I.: Za czasów Jelcyna mieliśmy co prawda więcej demokracji, ale niestety wielkim kosztem. Znakomita większość Rosjan wspomina ten okres jako czas chaosu, zaś na rosyjskiej ulicy „demokrata” nadal jest epitetem negatywnym. Politycy opozycyjni często słyszą: rządziliście już za czasów Jelcyna i jaka była wówczas inflacja? Ugrupowania liberalne, demokratyczne, są w Rosji elitarne i uważane za partie inteligenckie, mając prawdopodobnie ok. 5% poparcia. Najwyższe wyniki wyborcze osiągają w ośrodkach uniwersyteckich, zaś na prowincji praktycznie zerowe. Rozmawiając z prostymi Rosjanami, często słyszę: „Co pan nam tu mówi o demokracji, przecież my już przechodziliśmy tę demokrację, gdy przez pół roku nie dostawaliśmy pensji, a teraz na wszystko nas stać”.
Nie wierzę w konflikt między Miedwiediewem i Putinem – uważam, że jest on pozorowany. Obaj przywódcy rozgrywają spektakl, w którym jeden wciela się w rolę złego, drugi zaś dobrego policjanta. I to działa. Podejrzewam, że wspomniany tandem rzeczywiście ma poparcie większości społeczeństwa. Czy jest to – jak wskazywałyby wyniki wyborów oraz sondaży – 70%, czy może raczej 50%, trudno powiedzieć. Na pewno wybory nie są w pełni transparentne, bez wątpienia zdarzają się przypadki fałszowania wyników, ale skalę tych zabiegów bardzo trudno ocenić.
Dzisiejsza Moskwa jest miastem wielkiego luksusu i przepychu, dochód na mieszkańca sytuuje się tu na poziomie Niemiec zachodnich, a zarobki rzędu 3-4 tys. euro są na porządku dziennym; „zachodnie” są także ceny. Na prowincji czy w centralnej Rosjiżyje się oczywiście znacznie gorzej, jednak i tam tak dobrze jak teraz nigdy nie było. I dlatego obecna ekipa władzy ma realne, wysokie poparcie społeczeństwa. Przy czym trzeba też pamiętać, że z kraju wraz z oligarchami wyjeżdża rocznie ponad 100 mld dolarów – jedna czwarta całego polskiego PKB.
Rosja ma inne problemy niż deficyty demokracji, poczynając od tego, że kraj wymiera. Putin wprowadził becikowe rzędu 25 tys. zł za jedno dziecko, ale pojawił się inny problem – ludzie zaczęli rodzić dzieci, aby otrzymać to olbrzymie becikowe, a następnie się ich pozbywać… Rosja to trudny kraj, o wielkich dysproporcjach między centrum a prowincją, a także między elitą kulturalną czy intelektualną a resztą społeczeństwa. Przemierzając środkową Rosję mija się setki opuszczonych wsi, widzi się ogromne połacie nieuprawianej ziemi. Rosja carska kontrolowała 50% światowego handlu zbożem, głównie pochodzącym z Wołynia, gdzie uprawiali je Polacy w wielkich latyfundiach. Za Chruszczowa, a następnie Breżniewa, Rosja musiała kupować nawet 60-70 mln ton ziarna rocznie. Dzisiaj kraj znów eksportuje zboże. Trzymam kciuki za Rosjan, ale przed nimi nadal bardzo duże trudności.
A młode pokolenie – nie buntuje się przeciwko obecnym władzom?
M. I.: Istnieje choćby ruch anarchistyczny czy nacjonal-bolszewicki, tzw. limonowcy. Przy czym Limonow, enfant terrible opozycji, odgrywa w dzisiejszej Rosji rolę podobną do Żyrinowskiego – często opowiada zupełne bzdury, lecz niekiedy mówi to, co rząd myśli, lecz czego sam nie może lub nie wypada mu powiedzieć. Co może być wspólnego między neobolszewikiem Limonowem a Niemcowem, byłym wicepremierem Rosji, i jego nową prawicą? Pozornie nic, a jednak pojawiają się wspólnie na każdej manifestacji. Wydaje mi się, że jest to powtórka z czasów radzieckich ruchów dysydenckich, kiedy obok siebie działali i prawicowcy, i ukraińscy nacjonaliści, i neoleniniści. W obecnym ruchu antyrządowym są po prostu wszyscy, co z kolei ułatwia władzom antyopozycyjną propagandę.
W Polsce znacząca część dawnych działaczy opozycji uczestniczy w życiu publicznym, często piastując ważne stanowiska w polityce czy odgrywając istotną rolę w życiu intelektualnym, z drugiej strony – część historycznych liderów ruchu „Solidarności” znalazła się na marginesie.
M. I.: W przeciwieństwie do Polski, gdzie ludzie „Solidarności” stanowią elitę rządzącą i opozycyjną, nikt albo prawie nikt z dysydentów radzieckich nie jest u władzy. Wołodia Bukowski był co prawda namawiany do kandydowania na stanowisko mera Moskwy, ale się nie zgodził. Mój kolega, Paweł Kudiukin, był przez krótki czas wiceministrem. Nie potrafiłbym chyba wymienić bodaj jednego innego opozycjonisty z czasów sowieckich, który w nowej Rosji piastowałby ważne stanowisko. Ludzie byłej opozycji nadal walczą z ustrojem, np. w ramach „Memoriału” czy Komitetu Helsińskiego, pozostając cały czas na politycznym marginesie. Jeżeli ktokolwiek w Polsce liczyłby na to, że ci niezłomni, walczący z ustrojem komunistycznym dojdą w Rosji do władzy, byłby człowiekiem naiwnym.
Czy w dzisiejszej Rosji istnieje realny pluralizm mediów?
M. I.: Zdecydowanie tak. Nie ulega wątpliwości, że nie ma w Rosji państwowego terroru wobec dziennikarzy. Przypadki ich pobić czy nawet zabójstw łączy się zazwyczaj z przestępczą działalnością grup biznesowych. Jest za to inny problem – za odpowiednie pieniądze można w Rosji napisać o każdym praktycznie wszystko. Na przykład Borys Bieriezowski opłacał audycję wymierzoną w swoich przeciwników. Media rosyjskie są wolne politycznie, ale nie są wolne od „dyktatu”pieniądza. Przed wyborami prezydenckimi na Białorusi chcieliśmy wydrukować w jednej z czołowych gazet rosyjskich wywiad z Aleksandrem Milinkiewiczem. Zadzwoniłem w tej sprawie do redaktora naczelnego. Otrzymaliśmy zgodę, ale pod warunkiem wpłacenia 50 tys. dolarów… O ile w Polsce niektórzy dziennikarze piszą teksty na zamówienie i biorą za to pieniądze, o tyle w Rosji jedynie niektórzy tego nie robią.
Wykłada Pan na polskim uniwersytecie stosunki polsko-rosyjskie, wiele lat mieszkał Pan w obu krajach, zakładał organizację Straż Mogił Polskich na Wschodzie, działającą na rzecz ocalenia polskiego dziedzictwa narodowego na terenie b. ZSRR. Jak z perspektywy historyka, ale także osobistych doświadczeń ocenia Pan dzisiejszy stan oraz przyszłość wzajemnych relacji naszych narodów? Rosnąca siła wschodniego sąsiada wywołuje u nas zrozumiały niepokój, jednak np. przy okazji katastrofy smoleńskiej widać było, że sami Rosjanie są raczej życzliwi Polakom.
M. I.: Polacy i Rosjanie to bardzo bliskie kulturowo narody. Zajmuję się obecnie prowadzonym przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych programem „Z Warszawy z miłością” – wydajemy w języku rosyjskim książki, które mówią prawdę o Polsce i Polakach. Program ten spotyka się w Rosji z dużym zainteresowaniem i zrozumieniem. Owszem, istnieją tam także polakożercy, podobnie na Ukrainie czy na Białorusi, ale jestem absolutnie przekonany, że to zdecydowana mniejszość. Rosjanie chcą być Europejczykami. Tak więc w kwestii relacji polsko-rosyjskich jestem optymistą.
Czy jednak oba narody wiedzą o sobie nawzajem dostatecznie dużo, aby móc budować poprawne, a nawet przyjazne stosunki?
M. I.: Wiedza wzajemna jest wypaczona przez wiele lat kłamstwa komunistycznego. W Rosji nadal nie brakuje ludzi twierdzących, że w Katyniu zabijali Niemcy. Z kolei w Polsce prawie nikt nie wie o tym, jak Rosjanie oceniają odejście Armii Andersa z „nieludzkiej ziemi” – przypomnijmy, że działo się to podczas bitwy stalingradzkiej, gdy np. uwolnieni z łagrów Czesi poszli wraz z Rosjanami na front. Sikorski za wszelką cenę próbował przekonać Andersa, żeby został; uważał, że Polska nie będzie wyzwalana z Zachodu, lecz przez Armię Czerwoną. Z drugiej strony, Andersa można zrozumieć – katowali go na Łubiance, zamknęli w łagrze… Polska i tak stała się „najweselszym barakiem w obozie socjalistycznym”, ale niewykluczone, że na skutek tamtej decyzji straciła swoją szansę na tzw. finlandyzację. Ale wracając do pytania – oba narody mają tutaj do wykonania dużą pracę. Najważniejsze, że istnieje świadomość jej konieczności.
Dziękujemy za rozmowę.
Oborniki Śląskie, 13 kwietnia 2011 r.
przez Michał Sobczyk | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Do jakiego stopnia instytucje państwa są w stanie rozwiązywać problemy społeczne?
Kazimierz W. Frieske: James Scott w książce „Seeing Like a State” mówi, że przechodzimy przez okres kryzysu państwa opiekuńczego. To częsta opinia, jednak Scott rozumie ów kryzys w dość szczególny sposób, który wydaje mi się ciekawy i ściśle związany z pytaniem. Jego zdaniem, państwo opiekuńcze stanowi konsekwencję myślenia wywodzącego się z czasów Oświecenia, w które wbudowane jest przeświadczenie, że potrafimy kontrolować własną historię. Według frazy Comte’a: „wiedzieć, żeby przewidywać, przewidywać, żeby działać”. Otóż Scott powiada, że coraz częściej przekonujemy się, że państwo nie jest w stanie kontrolować tego, co się wydarzy.
Ten problem przejawia się w rozmaitych postaciach. Przykładowo, państwo nie potrafi zapanować nad dynamiką przestępczości. Nie daje sobie też rady, co było ostatnio widać, z kontrolowaniem dynamiki cyklu gospodarczego. Wreszcie, nie radzi sobie z bezrobociem i generalnie rzecz biorąc z polityką społeczną.
Wydaje mi się zatem, że państwo nie panuje nad realiami, dlatego w niewielkim stopniu może w sposób trwały rozwiązywać rozmaite problemy społeczne. Co więcej, jeśli posłuchać pomysłów, o których mówi się w Polsce, można się tylko złapać za głowę. Jak można zgłaszać postulat wydłużenia okresu aktywności zawodowej, jeżeli bezrobocie wśród młodzieży sięga 40%? Mam oczywiście świadomość, że to są w dużej mierze odmienne miejsca pracy,ale tak czy owak posunięcie to wydaje się zupełnie pozbawione sensu. Jest pewnym argumentem, że ludzie żyją dłużej, jednak z drugiej strony jeżeli popatrzeć na liczony przez Eurostat, mało znany w Polsce wskaźnik, jakim jest przeciętna długość trwania życia w dobrym zdrowiu, to okaże się, że w Polsce jego wysokość spada, i to dość dynamicznie. Znakomita większość 60-latków kwęka i wystarczy pójść do lekarza, a dostanie się zwolnienie – i lekarz nas nie oszuka, bo na pewno coś nam dolega. Wpychamy seniorów na rynek pracy, a potem musimy im wypłacać zasiłki chorobowe. Nie chce się tego dostrzec, bo akurat modne jest wydłużanie okresu aktywności zawodowej. To zresztą kwestia nie tylko mody, ale i usilnego dążenia do zwiększenia segmentu populacji, który można obłożyć podatkiem dochodowym.
Generalnie biorąc, możemy powiedzieć, że państwo zawodzi jako stabilizator życia społecznego. Ba, państwo – tak jak ono funkcjonuje obecnie, organizując swoją aktywność w duchu neoliberalnej ideologii gospodarczej – samo produkuje niepewność. Przykładem jest system emerytalny, deregulacja rynku pracy czy to, co stało się w szeroko rozumianym systemie edukacyjnym. To powoduje nie ryzyko, ale niepewność, co ma dalszą konsekwencję. Mianowicie, jeśli państwo produkuje niepewność, to produkuje również irracjonalność. W nieprzewidywalnym świecie, w którym nic nie jest pewne, człowiek nie potrafi racjonalnie kalkulować i podejmować racjonalnych decyzji. Państwo nie spełnia zatem swej podstawowej funkcji: stabilizowania społecznej rzeczywistości wokół nas.
Jakie są z tego wszystkiego wnioski praktyczne? Takie, że dotąd stawialiśmy przed państwem zbyt ambitne zadania?
K. W. F.: To nie są ambitne zadania, bo państwo do czasu dawało sobie z nimi radę. Ten świat także wcześniej przechodził gwałtowne turbulencje.
Nie, żebym do tego tęsknił, ale świat przed stu laty był bardziej stabilny. Wyobraźmy sobie, że staje Pan na ślubnym kobiercu. Statystyka mówi, że już wtedy powinien się Pan rozglądać wśród druhen, gdyż według niej za 3 lata wymieni Pan oblubienicę na nowszy model. W interakcje społeczne wbudowana jest niepewność: nie „jesteś moja aż do śmierci”, tylko „według statystyk, jesteś moja na troszkę”. To tylko przykład, podobna nieprzewidywalność towarzyszy także innym aspektom życia społecznego.
Czy są jakieś inne struktury, wspólnoty czy sieci redystrybucji, które w tych niepewnych czasach mogą skutecznie wypełniać luki stworzone przez niedomagające państwo?
K. W. F.: Polacy, co pokazują wszystkie badania, są familiocentryczni. Rozszerzona rodzina, zbudowana nie tylko na więzach krwi, ale także na powinowactwie itd., jest dla nas podstawową strukturą, w której działa mechanizm wzajemności. Od lat powtarzam, że wbrew pozorom jest on bardziej efektywnym regulatorem życia zbiorowego niż formalny system prawny. Ten ostatni jest nieefektywny w kontrolowaniu ludzkich zachowań, wobec tego umożliwia mniejszą przewidywalność niż zasada wzajemności.
Zasada ta działa lepiej, gdy ludzie sprzęgnięci są silnymi więziami społecznymi. Obserwowana obecnie indywidualizacja jest kłopotem, który sami sobie stworzyliśmy. Istnieje cała literatura, która pokazuje bolesne paradoksy i pęknięcia indywidualizmu. Proszę zwrócić uwagę, że według badań socjologów, jeżeli połączyć indywidualizm z wartościami materialistycznymi, ludzkie wybory przesuwają się z czasem w stronę wartości postmaterialistycznych. Znowu zaczynamy sobie cenić wspólnotę, ciepłe kontakty z innymi.
Postulat państwa-minimum dowiódł swojej słuszności? Konserwatywno-liberalna diagnoza opiera się właśnie na stwierdzeniu, że państwo nie jest w stanie spełniać pokładanych w nim nadziei, a z drugiej strony na dowartościowaniu dobrowolności oraz więzów rodzinnych.
K. W. F.: Myślę, że państwo powinno być nie jak najmniejsze, lecz, jak to się mówi, silne – to znaczy dawać społeczeństwu klarowne i efektywne systemy regulacji. Tylko w takim kontekście mogą się rozwijać „mocne” wspólnoty. Co więcej, w takim tylko kontekście mogą one ze sobą efektywnie kooperować. To jeden z podstawowych wniosków, do których doszliśmy wraz z Kingą Pawłowską, przeglądając literaturę poświęconą związkom tzw. kapitału społecznego z dynamiką rozwoju gospodarczego.
Napisałem kiedyś artykuł o niebezpiecznych konsekwencjach deregulacji rynku pracy. Teraz jestem skłonny rozszerzyć wnioski: niebezpieczne są wszelkie deregulacje, bo społeczeństwo– samo przez się – stanowi system regulacji. Nie do końca jest to sprzeczne z myśleniem, nazwijmy je, „rynkowym”, gdyż system rynkowy także jest systemem regulacji. Problemem jest to, jakimi technikami chcemy regulować życie społeczne. I tutaj zaczyna się interesujący spór. Są takie obszary życia zbiorowego, w których regulacja przy pomocy prawa, przymusu politycznego (państwa, najogólniej mówiąc) jest potrzebna bezpośrednio, takie, gdzie interwencja może być pośrednia, oraz takie, które tego rodzaju regulacji nie wymagają. Nie wyobrażam sobie, żeby za pomocą norm prawnych można było zbudować np. ład rodzinny. To nie będzie działało, bo tam więzi emocjonalne liczą się w takiej samej mierze, jak zobowiązania materialne członków.
Czy w dzisiejszych czasach istnieje w ogóle sens i możliwość realizacji naprawdę dużych projektów społecznych?
K. W. F.: Nie jesteśmy w stanie kontrolować złożoności wielkiej zmiany społecznej, dlatego całościowa inżynieria społeczna jest, mówiąc najkrócej, „wynalazkiem szatana”. Cały ubiegły wiek pokazuje, jakie nieszczęścia powodują wszelkie makroprojekty. Nieżyjący już prof. Jan Baszkiewicz zwykł mawiać, że największym nieszczęściem dla każdego rewolucjonisty jest dożyć owoców własnej rewolucji, bo są one gorzkie i najczęściej nie takie, jak sobie wyobrażał.
Całościowymi projektami przebudowy społeczeństwa były nie tylko wielkie totalitaryzmy, ale także thatcheryzm czy neoliberalizm.
K. W. F.: Nie wiem, czy neoliberalizm to projekt tego rodzaju – jest on za bardzo rozmyty wewnętrznie, niespójny, pełen paradoksów. Neoliberalizm stanowi raczej efekt myślenia wielu ludzi w podobny sposób, natomiast jako schemat zmian istniał co najwyżej w pracach ideologów, doktrynerów. Przy czym on też jest dość niebezpiecznym pomysłem. Paul Johnson, jak na mój gust zbyt konserwatywny eseista angielski, w jednej ze swych książek przestrzega, żebyśmy uważali na intelektualistów. Obmyślają oni projekty zmiany społecznej w dużej mierze po to, aby się nadąć i zaspokoić własne ego, ale z tego płyną same nieszczęścia. Myślę, że ma rację.
Wszystko, co możemy zrobić, to – jak określał rzecz Karl Popper – cząstkowa inżynieria społeczna. Chodzi o próby na małą skalę, mające charakter bardzo ograniczonych eksperymentów społecznych. Przy czym musimy mieć pełną świadomość, że nawet jeśli się powiodą, zawsze będą się uginały pod ciśnieniem szerszej struktury, nad którą na dłuższą metę nie panujemy. Jest w tym pewien ograniczony pesymizm, albo – jeśli ktoś woli – ograniczony optymizm: możemy na troszkę zrobić coś dobrego i to by było na tyle. Myślę, że większe dobro płynie z konkretnych działań, choćby tylko przeprowadzenia ślepca przez jezdnię, niż z zastanawiania się, jak uszczęśliwić ludzkość.
Czy w ramach tej polityki „zmiany na miarę możliwości” widzi Pan zasadność przyjęcia jakiejś naczelnej czy porządkującej idei? W Unii Europejskiej próbuje się korzystać z pewnych słów-kluczy, mówi się np. o inkluzji społecznej czy społeczeństwie opartym na wiedzy.
K. W. F.: Nie znam ani nie umiem sobie wyobrazić w przestrzeni historycznej czy geograficznej żadnego społeczeństwa, w którym nie uruchomiłyby się jakieś procesy społecznego wykluczenia; być może w całkowicie totalitarnym społeczeństwie byłoby to możliwe, ale takiego przecież nie chcemy. Poza tym, społeczeństwo całkowicie kontrolowane przez państwo nigdy nie istniało, nawet obóz koncentracyjny miał nisze wyjęte spod swego wpływu.
Hasła takie, jakie te lansowane przez Unię, uznaję za próbę robienia ludziom wody z mózgu, za aktywność wyłącznie PR-ową. I wszystko, co wiem, przekonuje mnie, że nie mają żadnego głębszego sensu. „Społeczeństwo oparte na wiedzy” – co to za bzdura? Coraz częściej przebija się na powierzchnię myślenia publicznego teza o nadmiernym wykształceniu społeczeństwa. Nie jest to myśl szczególnie nowa. Rosyjski pisarz, Erenburg, napisał w latach 20. książkę o życiu krawca z Homla, Lejzorka Rojtszwańca. Ten Lejzorek w pewnym momencie trafił do Palestyny – mówimy o okresie międzywojennym, gdy wyjeżdżali tam żydowscy osadnicy. Źle mu się tam wiodło. Pojawia się w książce taki dialog. Pracuje dwóch facetów na budowie i rozmawiają mniej więcej tak: – „Panie docencie, poproszę cegłę. – Proszę bardzo, panie profesorze – tu jest cegła, którą chciał pan otrzymać”.
To samo dzieje się współcześnie, gdy małolaty z licencjatem lub dyplomem magistra tego czy owego, siedzą na kasach w supermarketach. Co to za społeczeństwo oparte na wiedzy? Niech Pan popatrzy na dynamikę bezrobocia. Oczywiście, wskaźnik bezrobocia wśród ludzi z wyższym wykształceniem jest niższy niż w grupach o innym poziomie wykształcenia. Jeśli jednak prosperity gospodarcza rośnie, to bezrobocie wśród ludzi z wyższym wykształceniem spada wolniej, a gdy jesteśmy w dołku gospodarczym – rośnie szybciej w porównaniu z poziomem bezrobocia w innych segmentach wykształcenia. Więc tutaj tak naprawdę mamy problem z overeducation.
W latach 90. wmawiano Polakom, że wykształcenie zapewni sukces, a to nieprawda. To jedno z tych wielkich, strukturalnych kłamstw, które zostały wciśnięte w głowy społeczeństwu. Istnieją rozmaite studia empiryczne, dotyczące lokalnych rynków pracy, które pokazują, że wzięciem cieszą się przede wszystkim robotnicy niewykwalifikowani, a „inteligentów” nikt do roboty nie potrzebuje, a jeśli już, to w magazynie.
Pan również zajmował się badaniami na poziomie lokalnym – skuteczności programów walki z wykluczeniem społecznym. Jak często udaje im się odnieść trwały sukces i od czego on zależy?
K. W. F.: Wniosek jest taki: to zawracanie głowy. Oczywiście opisywaliśmy w miarę sensowne programy, jednak ich efektywność była nie tyle konsekwencją ich struktury, co tego, że funkcjonowały w środowiskach sprzęgniętych silnymi więziami społecznymi. W świecie, w którym wspólnoty lokalne przede wszystkim się rozpadają, nie widzę dla podobnych projektów wielkich szans na sukces.
Jeżeli myśleć o podstawowym mechanizmie, za pomocą którego chce się ludzi reintegrować społecznie, tzn. o rozmaitych programach rynku pracy, to one są dramatycznie nieskuteczne, skoro mamy w Polsce ok. pół miliona długookresowych bezrobotnych. Wszystkie znane mi badania pokazują, że im dłużej jest się bezrobotnym, tym mniejsze szanse na to, że uda się taką osobę ponownie włączyć w rynek pracy. Sprawia to, że adresowane do nich programy – już mniejsza z tym, czy są dobrze, czy źle pomyślane, czy mają na celu głównie budowanie pomyślności „reintegratorów”, czy tych, którzy są ich podmiotem – są boleśnie nieefektywne. Generują przy tym koszty, dlatego może lepiej byłoby tym nieszczęśnikom wypłacać zasiłki, niż ładować ogromne pieniądze w mało skuteczne próby ich reintegracji.
Odnoszę wrażenie, że programy reintegracji poprzez rynek pracy są w gruncie rzeczy instrumentem kontroli społecznej. Mówiąc zupełnie najprościej: bezrobotny, gdy się go zmusi, żeby wziął udział w jakimś szkoleniu, nie siedzi w domu pijąc piwo, nie szlaja się po ulicy, tylko musi się ogolić, pójść na ósmą na wykłady i tam drzemać, gdy uczą go, jak ma pisać CV. Jest wtedy jakoś wprzęgnięty w karby społecznej dyscypliny – coś musi zrobić, bo inaczej nie dostanie zasiłku.
Uzależnianie wypłaty świadczeń od wypełniania określonych zadań uważane jest za „wychowawcze” i stanowi współcześnie jeden z kanonów polityki społecznej.
K. W. F.: Są co najmniej trzy argumenty przeciw temu, co się obecnie nazywa nową polityką społeczną.
Po pierwsze, jeśli uzależniamy prawa socjalne od spełnienia pewnych obowiązków, jak pójście na szkolenie, prowadzi nas to do kategoryzacji ludzi na rozmaite grupy lepszych i gorszych obywateli. Historia zna przykłady segmentowania obywateli wedle tego, jak wykonują obowiązki sprzęgnięte z „obywatelstwem” i sądzę, że to bardzo niebezpieczny kierunek – i myślenia, i działania.
Po drugie, tradycja ciągnąca się od angielskich socjalistów z lat 40. i 50. XIX w. głosi, że obywatel – w sensie człowieka zdolnego do myślenia w kategoriach dobra wspólnego – może się narodzić dopiero, gdy zaspokojone zostaną najbardziej podstawowe potrzeby jednostki. W połowie XX w. ta myśl zawarta została w słynnym eseju T. H. Marshalla, „Citizenship and Social Class”. Jeżeli chcemy obywatelskiej równości w demokratycznym społeczeństwie, musimy przynajmniej na minimalnym poziomie uwolnić ludzi od trosk codziennej egzystencji.
Jest też trzeci argument, bardzo praktyczny. Otóż okazuje się, że jeżeli argumentować na rzecz tej nowej polityki społecznej wedle myślenia w kategoriach kosztów i korzyści, to okazuje się, że sprawy nie wyglądają do końca tak, jak jej zwolennicy sobie wyobrażają. Nawet jeżeli wypchnie się samotną matkę na rynek pracy, to po pierwsze trzeba jej będzie do tej pracy dopłacić, bo zazwyczaj zarobi niewiele. Po drugie, trzeba będzie sfinansować przedszkole dla jej dziecka. Per saldo, to wszystko niekoniecznie się kalkuluje. Oczywiście mogę zrozumieć myślenie Amerykanów, zgodne ze znanym powiedzeniem św. Pawła: „kto nie pracuje, niech nie je”. Myślę jednak, że nie po to żeśmy wybijali się na „cywilizację”, żeby takie hasło dzisiaj popierać.
Nowa polityka społeczna stanowi wyjątkowo brutalny mechanizm wtłaczania człowieka w podstawowe role społeczeństwa rynkowego: producenta, konsumenta i płatnika podatków. W swojej wyśmienitej książce antropolog Tomasz Rakowski pokazuje, że mogą istnieć bardzo dobrze zorganizowane systemy gospodarcze zbieraczy ziół czy górników z biedaszybów, stanowiące rodzaj alternatywnych ładów społecznych. Choć ludzie w tych ładach świetnie uczestniczą, oficjalna polityka społeczna nadal traktuje ich jak osoby zmarginalizowane. Tu widać, jak się próbuje na siłę wtłaczać ludzi w świat „normalsów”.
Wykluczenie społeczne jest zatem rzeczą względną?
K. W. F.: Istnieje przynajmniej kilka czy nawet kilkanaście modelowych rodzajów „obcości”, która jest przez pojęcie wykluczenia społecznego redukowana do jednej tezy. To jednak bardzo rozległe zagadnienie, w które nie chciałbym się szczególnie zagłębiać. Chcę natomiast podkreślić, że bardzo niebezpieczną kliszą jest mówienie na jednym oddechu „bieda” i „wykluczenie społeczne”.
Zwykło się uważać, że bieda jest podstawowym źródłem społecznego wykluczenia, tymczasem jest to absolutnym nieporozumieniem i empiryczną bzdurą. Mogę bez trudu wskazać ludzi pod rozmaitymi względami wykluczonych społecznie, którzy nie są jednocześnie ludźmi biednymi, tak jak mogę pokazać biednych, którzy wcale nie są wykluczeni. Nie ma tu bowiem jednoznacznego związku przyczynowo-skutkowego, a tylko korelacja. Nie potrafię powiedzieć, czy ktoś jest wykluczony, bo jest biedny, czy jest biedny dlatego, że jest wykluczony.
Zajmuje się Pan naukową analizą zjawisk bardzo istotnych dla życia społecznego, jego jakości – jak ta wiedza przekłada się na praktykę decydentów?
K. W. F.: 20 lat temu napisałem książkę „Socjologia w działaniu. Nadzieje i rozczarowania”, była to moja rozprawa habilitacyjna. Demonstrowałem w niej sceptycyzm dotyczący tego, w jaki sposób i w jakiej postaci wiedza akademicka dociera do praktyków, tzn. do tych, którzy podejmują decyzje. Otóż w naukach społecznych mamy do czynienia z rozmaitymi szkołami, koteriami ludzi, którzy podzielają określone poglądy naukowe. Społeczności te mają różne szanse „podczepienia się” pod poszczególne ekipy rządzące. Przykładowo, gdy premierem był Jarosław Kaczyński, króciutko byłem jego doradcą; byłem też członkiem rady przy prezydencie Lechu Kaczyńskim. Natomiast z całą pewnością, choćbym nawet chciał, nie wbiję się do zespołu doradców premiera Tuska, którym kieruje minister Boni, gdyż jest nam wyraźnie nie po drodze w naszych poglądach.
Próbuję przez to powiedzieć, że jeżeli jakieś przekonania się przebijają, nie znaczy to, że są to uniwersalne prawdy nauki, a jedynie poglądy jakiejś „społeczności epistemicznej”. Proszę zresztą zauważyć, że nawet tak bliski doradca premiera Tuska, jak minister Boni, nie zawsze był w stanie przepchnąć swoje propozycje, gdy były one mało atrakcyjne pod względem politycznym. Tak samo jest z całą polityką społeczną.
Trudno byłoby się Panu dogadać z premierem np. w kwestiach dotyczących optymalnego poziomu regulacji rynku pracy.
K. W. F.: To bardzo rozległy obszar analiz, w którym nie ma łatwych odpowiedzi. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na kilka kwestii. W Polsce, która jest drugim obok Hiszpanii krajem europejskim o szczególnie wysokim udziale pracowników bez stałych umów(zatrudnionych na czas określony, na umowę-zlecenie bądź samozatrudnionych jest już niemal 30%), mamy ostatnio do czynienia z rozmaitymi procesami deregulacyjnymi. Przykładem może być niezrozumiała dla mnie decyzja o zawieszeniu przepisów, które mówiły, że trzecia umowa na czas określony przekształca się na mocy prawa w umowę na czas nieokreślony. Tymczasem literatura ekonomiczna pokazuje, że brak stabilności zatrudnienia odbija się na rynku kredytów hipotecznych, a więc także na budownictwie, oraz ma rozmaite inne negatywne skutki gospodarcze. Przede wszystkim jednak rodzi poważne konsekwencje społeczne.
Narzekamy, że Polki coraz mniej chętnie rodzą dzieci. Jak jednak mogą tego chcieć, skoro nie mogą dla nich znaleźć porządnie zatrudnionych ojców? Nie można bezkarnie deregulować rynku pracy, i to się pomału przebija na powierzchnię debaty publicznej. Na Manifie z okazji 8 marca podniesiony został m.in. przykład sprzątaczki w szkole, która została zmuszona do samozatrudnienia i wyciska z niego 500 zł. Feministki bardzo trafnie zwróciły również uwagę, że zatrudnieni na umowę o dzieło, umowę-zlecenie czy też właśnie samozatrudnieni, są pozbawieni prawa do urlopu. Deregulacja destabilizuje świat społeczny, czyni go mało przewidywalnym. A przecież to nie jest tak, jak pisze Bauman czy Giddens, że owa niepewność jest wyrokiem historii. Wydaje mi się, że oni mistyfikują rzeczywistość. Sami to sobie robimy, zgadzając się na wszystko.
Innym polem Pańskich zainteresowań naukowych jest tzw. trzeci sektor.
K. W. F.: Nie mam o nim do powiedzenia wiele ponad to, o czym można przeczytać w prasie. Oczywiście w żadnym razie nie twierdzę, że w organizacjach pozarządowych są sami złodzieje. Jest tam pełno ludzi dobrej woli, którzy wykonują świetną robotę, ale również wielu takich, dla których działalność pozarządowa stała się sposobem na zarabianie pieniędzy. Myślę, że jest całkiem sporo organizacji, które bardziej troszczą się o własny interes niż o interes grupy, którą mają „obsługiwać”. Recenzowana przeze mnie praca doktorska Anny Domaradzkiej pokazuje, jak żrą się między sobą feministki rozmaitych kategorii i orientacji podczas rywalizacji o dostęp do publicznych pieniędzy. Znakomita część „pary” idzie na to, żeby się dorwać do szmalu, a dobro kobiet schodzi na dalszy plan.
Trzeci sektor jest jednak coraz częściej przedstawiany jako bardziej efektywna odpowiedź instytucjonalna na problemy społeczne niż działania administracji publicznej.
K. W. F.: Odpowiedź na pytanie o skuteczność tego sektora jest skomplikowana. Choćby dlatego, że większe szanse na fundusze mają te NGO’sy, które potrafią wykazać, że są efektywne w realizacji zadań. A jeżeli tak, to bardziej opłaca się podejmować łatwiejsze wyzwania, bo wtedy można się pochwalić większą skutecznością. W literaturze amerykańskiej można znaleźć np. badania pokazujące, że wybierając grupy, z którymi będą pracować, organizacje pozarządowe preferują te, w przypadku których są w stanie szybciej osiągnąć widoczne rezultaty. Efekt jest taki, że ci, którzy najbardziej potrzebują pomocy, zostają pozostawieni sami sobie.
Jednak jestem całym sercem za tym, by trzeci sektor przejmował część zadań publicznych. Rzeczywiście jest bowiem tak, że osoby pracujące „na dole” lepiej znają potrzeby ludzi aniżeli administracja, która z konieczności posługuje się pewnymi ogólnymi wzorcami. Podczas badań powtarzają się wypowiedzi w rodzaju: „oboje z mężem ciężko pracujemy, dzięki czemu jakoś wiążemy koniec z końcem, tymczasem chłop Malinowskiej tylko pije. Malinowska dostaje zasiłek i może z pomocy społecznej wysłać dziecko na kolonie, a mój dzieciak plącze się po podwórku – tylko dlatego, że mnie zasiłek nie przysługuje, bo przekraczamy próg o parę groszy”. Formalne reguły są potrzebne dla funkcjonowania systemu pomocy społecznej, mam jednak nadzieję, że organizacje pozarządowe funkcjonują na nieco innych zasadach.
Pojawiają się za to inne kłopoty. Wiele zależy od uczciwości NGO’sów, od tego, jaki jest narzut na świadczone przez nie usługi. Moje nieustanne wątpliwości budzi idea odpłatnej działalności pożytku publicznego. Dostrzegam tutaj – przy czym systematycznie i na większą skalę nikt tego nie badał – rozmaite możliwości przekrętów.
W jednym z artykułów przywołuje Pan pogląd, że konstruowanie racjonalnych procedur rozwiązywania problemów społecznych zwiększa koszty podejmowania decyzji, sprzyja powstawaniu konfliktów, a ponadto – usztywniając strukturę celów – zwiększa prawdopodobieństwo kosztownych pomyłek. Jeśli nie procedury, to co?
K. W. F.: Pokora. Pokora wobec rzeczywistości, na którą mamy przecież ograniczony wpływ. A także elastyczność. Krótko mówiąc, należy pozbyć się pychy i arogancji, mówiącej, że oto obmyśliłem świetny projekt, który musi zadziałać. Bywa, że nie zadziała, bo w trakcie opracowywania procedury nie przewidzieliśmy czegoś albo popełniliśmy jakiś błąd, a nawet jeśli nie, to może się okazać na przykład, że nie mamy ludzi potrafiących czy chcących realizować nasz projekt.
Często bywa tak, że idealny program kompletnie zawodzi na poziomie realizacji. Weźmy choćby kolejne projekty reformy służby zdrowia. Były one bardzo racjonalne, jednak projektant z końca lat 90. nie wziął pod uwagę np. tego, że pielęgniarki pokłócą się z lekarzami, że wewnątrz służby zdrowia tkwi konflikt, który jest równie silny jak jej konflikt z całą resztą. Okazało się, że realizacja pomysłów reformatorskich jest bojkotowana przez skonfliktowane strony.
Jest taka stara metoda, która nazywa się action research. Mówi ona, żeby zrobić jeden krok i zobaczyć, jakie są jego rezultaty. Spytajmy ludzi, czy to jest to, o co im chodzi. Jeżeli tak, to wykonajmy następny krok, jeżeli nie – poprawmy ten pierwszy i wykonajmy go ponownie, lepiej. W metodę kolejnych, stopniowych eksperymentów wbudowana jest właśnie ta pokora wobec oporu materii. Planista może oczywiście ustawić ludzi w szeregu i powiedzieć: „odtąd macie robić, co wam każę”. Nie o to jednak chodzi w poprawianiu polityki społecznej czy ogólnie w planowej zmianie społecznej.
Ludzie, którzy są podmiotem zmiany społecznej, muszą w niej uczestniczyć i ją zaakceptować; są równie ważni jak projektant. To nie jest nowa myśl, tylko to trzeba mówić częściej i głośniej. Jaka by ona nie była, władza jest bowiem zazwyczaj dosyć arogancka w swoim myśleniu: „wiemy lepiej, co jest dla ciebie dobre”.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 21 marca 2011 r.
przez Michał Sobczyk | niedziela 19 czerwca 2011 | nasze rozmowy
Niedawno ulicami Warszawy przeszła dziesiąta, jubileuszowa Parada Równości. O problemach mniejszości seksualnych w Polsce rozmawiamy z Jackiem Adlerem, działaczem środowisk LGBT i redaktorem naczelnym portalu Gaylife.pl.
Spotyka się pogląd, że geje i lesbijki wyolbrzymiają skalę swojej dyskryminacji. Przykładowo, kwestie dziedziczenia przez partnerów mogą oni regulować jak heteroseksualne pary nieformalne, czyli umowami cywilnymi.
Jacek Adler: Możliwość rejestracji związków partnerskich to kwestia absolutnie podstawowa. Mam kontakt z czytelnikami prowadzonego przeze mnie portalu internetowego i wiem, że w praktyce życia codziennego, gdy jeden z partnerów umiera, to drugi bardzo często jest wyrzucany z ich wspólnego mieszkania, gdyż nie ma do niego prawa. Owszem, można sporządzić testament, ale nie każdy to robi, bo to wymaga pewnej zaradności, znajomości prawa, wreszcie – powiedzenia sobie, że jesteśmy śmiertelni, co dla niektórych osób stanowi spory problem psychologiczny. Poza tym polskie prawo nie pozwala do końca swobodnie rozporządzać majątkiem na wypadek śmierci, czego przykładem może być instytucja zachowku. Jest też presja społeczna, sprawiająca, że nie tak łatwo pójść do notariusza i przepisać majątek na partnera.
Jeśli dodać do tego m.in. konieczność upoważnienia partnera na wypadek pobytu w szpitalu, to uregulowanie podstawowych spraw przez pary homoseksualne łączy się z ogromną biurokracją i wymaga dużego samozaparcia, a i tak nie doprowadzi do efektu, który miałby jeden akt w postaci zawarcia związku partnerskiego. Dlatego w praktyce pary homoseksualne są dyskryminowane w porównaniu z małżeństwami.
Poza tym, instytucja związków partnerskich byłaby formą uznania przez państwo, że ci ludzie mają prawo do takiej samej ochrony prawnej, jak wszyscy inni obywatele, i że mogą również liczyć na to, że otoczy ono opieką ich związki. W końcu wszyscy płacimy podatki, mamy takie same obowiązki wobec państwa, powinniśmy mieć zatem równe prawa.
A dyskryminacja na innych polach?
J. A.: Szczególnie ważna jest kwestia nie tyle prawnej, co faktycznej dyskryminacji na poziomie np. zakładu pracy. Ujawnienie orientacji seksualnej, przypadkowe lub świadome, prowadzi do wytykania palcami, mobbingu, różnego rodzaju szykan, czy to ze strony współpracowników, czy pracodawcy. Takim osobom jest potem bardzo trudno funkcjonować w miejscu pracy.
Podobna sytuacja ma miejsce w szkołach, przy czym dzieci są nieraz nawet bardziej okrutne, gdyż mają mniej empatii niż dorośli. Z uwagi na to, że nie mamy w Polsce odpowiedniego systemu edukacji, dziedziczą one brak tolerancji – nie tylko wobec tej mniejszości, mamy bowiem w Polsce kłopoty z wszelką innością – i w ten sposób dyskryminacja przechodzi z pokolenia na pokolenie. Ludzie różnie reagują na jej przejawy, jednak możemy sobie wyobrazić, jaki może ona mieć wpływ na młodą psychikę. Dlatego bardzo ważnym postulatem środowiska LGBT jest właściwa edukacja, społeczna i seksualna. Bardzo wiele można by dzięki niej zrobić, jednak nie tworzy się takich programów, żeby nie narażać się Kościołowi.
Które postulaty ruchu gejowskiego, poza wprowadzeniem możliwości formalizacji związków partnerskich, są Pana zdaniem zarówno palące, jak i możliwe do realizacji w obecnych realiach kulturowych?
J. A.: Na pewno bardzo ważne i pilne jest wprowadzenie karalności „mowy nienawiści”. W tej chwili mamy w Polsce przepisy artykułów 256 i 257 Kodeksu karnego, które penalizują nawoływanie do nienawiści, poniżanie czy wyzwiska m.in. z powodu rasy, narodowości czy wyznania, natomiast w tym katalogu nie ma orientacji seksualnej. Dlatego jeśli ktoś nawołuje do wrogości wobec gejów czy lesbijek – a organizacje LGBT wiele razy zawiadamiały prokuraturę o takich zachowaniach, nawet ze strony polityków – nie bardzo jest możliwość, żeby prawo na to zareagowało. Wobec takich spraw nie można stosować paragrafów odnoszących się do zniesławienia, bo ono musi dotykać konkretnej osoby. Istnieje zatem konieczność rozszerzenia wspomnianych przepisów.
Karanie za „mowę nienawiści” jest ważne przede wszystkim dlatego, że pozwoliłoby – na tyle, na ile się w ogóle da – wyrugować z debaty publicznej nietolerancyjną wrogość, uniemożliwiając jej rozpowszechnianie. Należy zatem równolegle wychowywać, poprzez edukację seksualną, oraz reagować na wezwania do przemocy, oczywiście nie tylko w stosunku do mniejszości LGBT. Bo jak już wiemy z historii, często od słów do czynów przechodzi się bardzo szybko, a wtedy problem ma nie tylko prześladowana mniejszość, lecz wszyscy. Jeżeli dopuszczamy nienawiść wobec dowolnej grupy, w pewnym momencie rozlewa się ona na całe życie społeczne i żyjemy odtąd w całkiem innym kraju.
A jak dyskryminacja na tle orientacji seksualnej nakłada się na inne wymiary wykluczenia? Geje należą przecież do różnych klas społecznych, grup zawodowych itp.
J. A.: Oczywiście najłatwiej jest tym gejom i lesbijkom, którzy żyją w wielkim mieście i uprawiają wolny zawód albo zajmują wyższe stanowiska. Nawet w Polsce mamy środowiska, zwłaszcza artystyczne czy show-biznesowe, gdzie ta kwestia już nie jest wielkim problemem, ale to przecież w skali kraju bardzo nikły ułamek. Natomiast „masowa” Polska to mniejsze miejscowości, w tym „Polska B” na wschodzie, i tutaj sytuacja jest całkiem inna. W Polsce powiatowej wciąż jeszcze bardzo trudno się ujawnić z najmniejszą nawet innością. Dlatego też bardzo często geje i lesbijki wyjeżdżają z małych miejscowości po ukończeniu szkoły, co tłumaczy, dlaczego w wielkich miastach jest ich znacznie większy odsetek; na prowincji nie zostaje prawie nikt, bo tam nadal ciężko sobie wyobrazić życie jawnego geja. Zresztą trzeba sprawiedliwie powiedzieć, że nawet w krajach dużo bardziej tolerancyjnych, jak Niemcy, które dość dobrze znam, bo mieszkałem tam wiele lat, wciąż jeszcze zauważalna jest różnica między dużymi miastami a mniejszymi miejscowościami, jeśli chodzi o akceptację dla wszelkiego rodzaju odmienności.
Wydaje się, że najwięcej ogólnej tolerancji jest w zamożnych i egalitarnych krajach socjaldemokratycznych.
J. A.: Tam, gdzie ludzie są bogaci i rozleniwieni, nie ma z nią raczej problemu. Jednak to, że nietolerancja wobec mniejszości seksualnych jest u nas dużo większa niż na Zachodzie, wynika moim zdaniem przede wszystkim z polskiej specyfiki, którą jest ogromny wpływ kościoła katolickiego. Zachodnie społeczeństwa są mocno zeświecczone i bardziej opierają się w swoich zachowaniach o „nie rób drugiemu, co tobie niemiłe” (jak można ludowym językiem wyrazić kantowski imperatyw kategoryczny), niż sugerują wskazaniami Kościoła. Tam, gdzie zachował on silną pozycję, nietolerancja jest większa. Można tu wskazać Włochy, które nadal są dosyć homofobiczne jak na kraj zachodni, a z drugiej strony tolerancyjną Hiszpanię, też niby kraj katolicki, gdzie jednak znacznie spadły wpływy Kościoła w społeczeństwie.
Jest też inna różnica między Polską a Zachodem: po 45 latach swoistej „zamrażarki kulturowej”, w ramach której wszelka inność miała ograniczone możliwości ekspresji, Polacy nagle zostali wrzuceni na głęboką wodę nieznanych wcześniej postaw i trendów.
J. A.: Nie możemy sobie wiecznie dawać taryfy ulgowej, tłumacząc się dziedzictwem PRL-u. III Rzeczpospolita istnieje już 22 lata, II RP istniała porównywalny czas i jak wiele w niej osiągnięto! Przypomnę, że karalność homoseksualizmu została w wolnej Polsce zniesiona pierwszym jednolitym kodeksem karnym, tzw. Kodeksem Makarewicza z 1932 r. Dla porównania: w Niemczech zniesienie karalności homoseksualizmu miało miejsce dopiero w 1969 r., a więc 37 lat później. Wtedy byliśmy „do przodu”, a teraz minęły dwie dekady i nadal jesteśmy w lesie. Nic się tak naprawdę w Polsce nie zmienia, zresztą nie tylko w sprawie nietolerancji.
I samo z siebie się nie zmieni, jeżeli państwo nie będzie modyfikować programów nauczania, prowadzić aktywnej polityki wspierania inicjatyw promujących tolerancję. To zresztą nie dotyczy tylko kwestii LGBT, ale także np. agresji na stadionach, która też się znikąd nie bierze. Nie ma odpowiednich programów w szkołach, brak należytego wspierania organizacji pozarządowych, np. harcerstwa, które dałyby młodym ludziom atrakcyjne zajęcie, żeby nie musieli się plątać pod blokiem z grupą chuliganów. Jeżeli pod względem otwartości społeczeństwa cokolwiek się zmieniło na lepsze, to dzięki amerykańskim filmom wyświetlanym na komercyjnych kanałach, ale samo państwo kompletnie nic w tym względzie nie zrobiło – i to należy piętnować.
Pisarz Michał Witkowski, sam będący gejem, wyraził kiedyś pogląd, iż więcej w kwestii tolerancji dokonała popkultura niż polityczne manifestacje.
J. A.: Walka polityczna o prawa mniejszości seksualnych bez wątpienia ma sens, gdyż zmieniając przepisy możemy dużo osiągnąć. Jestem prawnikiem z wykształcenia i obserwuję, że nie zawsze doceniamy wychowawczą rolę prawa. Jeżeli można byłoby w urzędzie stanu cywilnego zawrzeć związek partnerski, to urzędnik tego samego państwa, które go udzieliło, nie będzie za chwilę zwalniać z pracy nauczyciela za to, że jest gejem. Państwo ma pewien autorytet i jego postępowanie wpływa na oceny ludzi, którzy je obserwują.
Witkowski ma jednak w pewnym stopniu rację. Wydaje mi się, że w dzisiejszych, „medialnych” czasach, ważne jest, żeby temat mniejszości poruszać np. w telewizji. Rzeczywiście pewne filmy czy celebryci ujawniający orientację seksualną, jak Elton John czy George Michael, wiele zrobili dla wzrostu tolerancji.
A co z politycznym wymiarem ruchu gejowskiego? Choć osoby homoseksualne, rzecz jasna, mają rozmaite poglądy, jest on „odruchowo” lokowany po lewej stronie sceny politycznej, a przynajmniej tak etykietuje go prawica, mająca w Polsce wyłącznie mniej lub bardziej konserwatywny profil.
J. A.: Moim zdaniem, orientacja seksualna nie powinna być w ogóle istotnym kryterium politycznym, bo na dobrą sprawę nie ma z polityką nic wspólnego. Środowisko gejów i lesbijek jest bardzo zróżnicowane pod względem politycznym. Są tacy, którzy mają poglądy liberalne, są ludzie o przekonaniach lewicowych, ale są też tacy, którzy identyfikują się z konserwatywną prawicą. Natomiast jeśli idzie o partie polityczne, rzeczywiście jedynie SLD, a z mniejszych Zieloni, SDPL i Unia Lewicy formułują postulaty walki o równouprawnienie gejów i lesbijek. Natomiast partie centrowe czy konserwatywno-prawicowe odcinają się od wszelkiej walki o tolerancję, tak rozumiejąc swój konserwatyzm. To zresztą kolejna typowo polska specjalność. W Niemczech nawet w Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU) istnieje LSU (Lesben und Schwule in der Union) – partyjna podorganizacja, zajmująca się sprawami gejów i lesbijek.
Niechętna postawa partii nie-lewicowych wobec mniejszości LGBT powoduje, że bardzo często geje i lesbijki, którzy/które mają konserwatywne poglądy, zastanawiają się, czy głosować na ugrupowania, które wprawdzie odpowiadają ich preferencjom politycznym, ale jednocześnie prezentują wrogość wobec nich jako członków mniejszości. W rezultacie partie prawicowe czy centrowe poprzez swoją homofobię… wspierają SLD, czyli działają kontrproduktywnie z punktu widzenia własnych celów politycznych.
Mam wrażenie, że homofobia o charakterze politycznym czy ideologicznym jest w Polsce znacznie mniejszym problemem niż zwykłe chamstwo i niechęć wobec odmienności, przybierające nieraz formę przemocy.
J. A.: Zdecydowanie więcej jest „zwykłej” agresji. Z moich obserwacji wynika, że ideologicznie motywowana niechęć zdarza się raczej „na górze”, natomiast „na dole” są co najwyżej mobilizowani ad hoc chuligani, którym ktoś wskazał przeciwnika. Oni jednego dnia mogą bić uczestników Marszu Tolerancji, a drugiego wyrwać babci torebkę na ulicy albo skopać dziecko wracające ze szkoły; jest im zasadniczo wszystko jedno, równie dobrze mogą się tłuc między sobą, czego przykładem są te słynne „ustawki”.
Nawoływanie do przemocy jest ewidentnym przestępstwem, weźmy jednak stwierdzenie, że homoseksualizm jest dewiacją, albo że uświęcony przez Boga jest wyłącznie związek mężczyzny i kobiety. To jeszcze konserwatyzm czy już „mowa nienawiści”?
J. A.: Na pewno należałoby karać za wypowiedzi, które jeżeli byłyby skierowane do pojedynczej osoby, można by je uznać za zniesławienie, pomówienie o jakieś właściwości, np. „pedały to pedofile”. „Dewianci” to oczywiście niemiłe słowo, ale to trochę taki przypadek graniczny, tu już sąd musiałby rozstrzygać na gruncie konkretnej sytuacji.
Wypowiedzi, które z punktu widzenia przeciętnego człowieka można uznać za podburzające, traktowałbym dosyć rygorystycznie. Ale oczywiście nie należy przesadzać, a mam wrażenie, że niektóre organizacje czy działacze LGBT idą w tym wszystkim za daleko. Bardzo mi się nie podoba choćby Robert Biedroń, który np. występował na kontrmanifestacji wobec marszu prawicy z okazji ubiegłorocznego Święta Niepodległości. Nie byłem na żadnej tego typu imprezie, bo uważam, że każdy powinien mieć możliwość publicznie wyrażać swoje poglądy. Jeżeli konserwatyści robią to w sposób pokojowy, podczas legalnej manifestacji, dlaczego miałbym im przeszkadzać? Oczywiście też jestem Polakiem i cieszę się, że 11 listopada Polska odzyskała niepodległość, ale jeżeli uczestnicy marszu mieliby także inne hasła, których nie podzielam, to mają prawo. Walczymy o wolność demonstrowania indywidualnej tożsamości i przekonań, a mielibyśmy się pojawiać na jakiejś kontrmanifestacji, tym bardziej nielegalnej?
Jeżeli poglądy przeciwników równouprawnienia gejów i lesbijek są formułowane w kulturalny sposób – taki, który nie wzywa do przemocy, nie poniża, nie wyszydza, nie pomawia – wtedy nie powinno się w żaden sposób ograniczać ich głoszenia. Powinniśmy też dopuścić więcej satyry. Miałem tutaj konflikt z działaczami Stowarzyszenia Otwarte Forum, które pozwało rysownika „Rzeczypospolitej” za rysunek z kozą [przedstawiał parę gejów i mężczyznę mówiącego do kozy: „Jeszcze tylko ci panowie wezmą ślub, zaraz potem my” – przyp. red.]. Napisałem na naszym portalu, że satyra z natury rzeczy jest prześmiewcza, funkcjonuje na szczególnych, wariackich papierach, dlatego nieporozumieniem jest reagowanie na nią na drodze prawnej – lepiej np. kontrrysunkiem.
Jeśli naprawdę chce się działać dla dobra mniejszości seksualnych, trzeba ostrożnie podchodzić do takich interwencji. Nie ma co tworzyć dodatkowych podziałów i terroryzować heteroseksualistów, jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie poprawność polityczna dochodzi nieraz do absurdu – nie można już nic powiedzieć, bo wszystko może zostać odczytane w niewłaściwy sposób.
Chodzi w moim przekonaniu przede wszystkim o to, żeby wyeliminować najgorsze przejawy chuligaństwa oraz to, co może bezpośrednio prowadzić do przemocy; na takie działania natychmiast trzeba reagować. Przy czym policjant z pałką powinien być ostatecznością, wcześniej trzeba edukować, wychowywać kulturą i mediami. U nas jest tylko pałka i policjant, nic więcej.
Moim zdaniem, wiele naszych organizacji zachowuje się zbyt histerycznie, ich działacze czują się tacy prześladowani, że z byle czego od razu robią wielką aferę… Bez przesady, trzeba umieć zachować trochę zimnej krwi. Inna sprawa, że wśród nich są i takie, które w pewnym sensie żyją z podobnych konfliktów, ze stawiania się przy ich okazji w roli obrońców mniejszości. Przecież one otrzymują duże pieniądze od rozmaitych fundacji, typu Fundacja Batorego czy Fundacja im. Róży Luksemburg. Dzięki temu ich aktywiści nie muszą pracować, lecz mogą być, jak to określam, „zawodowymi gejami”.
Nie sposób w tym momencie nie postawić pytania o skuteczność samego ruchu gejowskiego w załatwianiu konkretnych spraw i przekonywaniu społeczeństwa do swoich racji.
J. A.: W mojej ocenie organizacje LGBT nie są zbyt skuteczne. Wielokrotnie je krytykowałem za to, że spoczęły na laurach – zwłaszcza Kampanię Przeciw Homofobii. Ruch uległ, jak to się mówi, „NGO-izacji”, a dawni aktywiści stali się paraurzędnikami: organizacje ubiegają się o dofinansowania z różnych fundacji i dopiero gdy dostają środki na konkretny projekt, zaczynają działać, przede wszystkim dla pieniędzy – po to, by żyć, by dostać honoraria dla koordynatorów projektu, zwrot kosztów itp. Natomiast celowość i skuteczność ich działań jest na dalszym planie. To duży problem, zresztą dotyczy nie tylko LGBT. Między innymi możliwość przekazywania 1% podatku organizacjom pożytku publicznego sprawiła, że ludzie czują się jakby zwolnieni z obywatelskiego obowiązku pomagania innym, a to przecież nie są nawet ich pieniądze, tylko państwa – oni tylko decydują, komu one przypadną.
Generalnie, czytając komentarze w Internecie, mam wrażenie, że organizacje LGBT nie są specjalnie popularne, zwłaszcza te większe. Ludzie też mają poczucie, że jest pewien zastój, że one za mało walczą o konkretne postulaty, a za bardzo zajmują sobą; że mają od wielu lat tych samych działaczy, którzy stworzyli towarzystwo wzajemnej adoracji. Zatem dosyć krytycznie podchodzę do tych organizacji, ale cóż – nie mamy innych.
Brak w Polsce autentycznej debaty na temat praw obywatelskich gejów: merytorycznej wymiany argumentów, w ramach której istnieje przestrzeń do rewizji własnych poglądów czy kompromisu. Zamiast tego mamy okopywanie się na własnych pozycjach najbardziej krzykliwych przedstawicieli ruchu gejowskiego oraz konserwatystów, zniechęcające do tej tematyki większość społeczeństwa. Widzi Pan jakąś drogę przełamania tego impasu?
J. A.: To kwestia odpowiedniego doboru rozmówców. Gdy Rafał Ziemkiewicz, który jest znany z konserwatywnych poglądów, zgodził się udzielić wywiadu dla Gaylife.pl, to jakoś mogliśmy się dogadać. Oczywiście prezentowaliśmy całkowicie inny punkt widzenia, ale staraliśmy się rozmawiać. Przy końcu tej dyskusji pan Ziemkiewicz – z ciężkim sercem i pewnymi zastrzeżeniami – dał się przekonać, że nasze postulaty dotyczące związków partnerskich są uzasadnione.
Na pewno nie powinien uczestniczyć w takich debatach Robert Biedroń – typowy, rozhisteryzowany „zawodowy gej”. Jemu zależy na tym, żeby się przedstawić jako ofiara, żeby dzielić; nie na rozwiązaniu problemu, tylko na pokazaniu się. Tymczasem z obu stron potrzebne są osoby gotowe do konstruktywnego dialogu.
Jeśli źle dobierze się rozmówców, czy to w mediach, czy na jakiejś konferencji, wtedy wiadomo, że do niczego się nie dojdzie. Potrzebna jest zatem przede wszystkim dobra wola organizatora dyskusji, tymczasem stary numer komercyjnych mediów polega na tym, żeby bierze się jakiegoś oszołoma z prawej strony i przeciwstawia go drugiemu, z lewej.
Równie jałowe jest to, co robi m.in. KPH: przekonywanie przekonanych. Na organizowane przez nich konferencje przyjeżdżają zawsze ci sami ludzie, którzy zawsze mówią to samo i zawsze się ze sobą zgadzają. Nie ma to żadnego echa i nic z tego nie wynika. Dobrym pomysłem byłoby natomiast zorganizowanie debaty, która zbierze osoby o bardzo różnych przekonaniach, ale mające pewną kulturę dyskusji – nie fanatyków, którzy nie są w stanie wymieniać poglądów, a jedynie prezentować własne. Ważne, aby o postulatach ruchu gejowskiego rozmawiać merytorycznie, bez odwoływania się do argumentów ideologicznych, bo w ten sposób daleko nie dojdziemy.
Dla nas wszystkich, obojętnie, czy mamy poglądy prawicowe, czy lewicowe, dobro naszego kraju powinno być najważniejsze. Elementem tego dobra w moim rozumieniu jest pewna spójność społeczeństwa, dlatego nie należy tworzyć i pogłębiać podziałów ani dążyć do zniszczenia przeciwnika. Można mieć odmienne poglądy, ale generalnie to jednoczenie społeczeństwa jest prawdziwym patriotyzmem, a nie burdy podczas takiej czy innej parady. Nawet jeśli ktoś taki niesie biało-czerwoną flagę, w rzeczywistości dzieli społeczeństwo, powoduje agresję wewnątrz niego. Dla patrioty prawdziwymi wartościami będą pokój społeczny, harmonijne współżycie oraz tolerancja, jako dobre dla naszego kraju i społeczeństwa.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Michał Sobczyk.
przez Michał Sobczyk | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011, Wywiad - kwartalnik
Jaki jest rzeczywisty stan i perspektywy polskiej gospodarki? Rząd konsekwentnie przekonuje, że w dobie kryzysu nasz kraj pozostaje „zieloną wyspą” na mapie Europy oraz że jesteśmy coraz poważniejszym graczem na arenie międzynarodowej.
Artur Śliwiński: „Zielona wyspa” jest już przedmiotem wielu żartów. Nikt z poważnych ekonomistów nie traktował tego określenia na serio. Nawet eksperci stanowiący – skądinąd bardzo słabe – zaplecze doradcze rządu, mocno się od niego dystansowali. Obserwujemy tu specyficzny mechanizm propagandowy, który można odszyfrować dopiero gdy zobaczymy, jak faktycznie wyglądają statystyki.
Po pierwsze, w Polsce od 1990 r. nie liczy się dochodu narodowego, co jest fenomenem na skalę międzynarodową – oprócz nas nie robi się tego tylko na Węgrzech. Dzieje się tak, mimo iż metodologia rachunku narodowego (jednego z działów statystyki) zakłada konieczność liczenia dochodu narodowego jako jednej z podstawowych kategorii makroekonomicznych. Usłyszałem kiedyś od internauty zarzut, że mylę się, ponieważ w roczniku statystycznym można znaleźć wielkość dochodu narodowego. Rzeczywiście, podaje się te dane – tyle tylko, że nie są one faktycznie wyliczane. Liczy się jedynie Produkt Krajowy Brutto, a następnie poprzez niezbyt wiarygodną i dość sztuczną korektę szacuje się dochód narodowy. To nie tylko niepokoi, ale wręcz pokazuje potęgę manipulacji. Oczywiście, pod tym kryje się ewidentny zabieg ukrywania prawdziwego stanu rzeczy. Różnica jest bowiem zasadnicza.
Mówiąc w uproszczeniu, PKB jest liczony dla całej gospodarki, niezależnie od tego, kto go wytwarza, natomiast dochód narodowy jest to produkt gospodarki krajowej. Decyduje więc tutaj kryterium własności. Wyobraźmy sobie, że trafiamy do Iraku. Można przypuszczać, że PKB tego kraju jest obecnie wyższy niż za czasów Saddama Husajna, ponieważ wlicza się np. eksploatację przez zachodnie koncerny zasobów ropy przechwytywanych niemal za darmo, albo koszty stacjonowania wojsk amerykańskich. Gdybyśmy liczyli dochód narodowy, widać byłoby to, co zwykle się ukrywa, czyli ile dokładnie jest w gospodarce własności polskiej, a ile zagranicznej. I ile dochodów należy do Polaków, a ile do międzynarodowych korporacji.
Trzeba jeszcze powiedzieć o czymś bardziej zasadniczym. Otóż ocena stanu gospodarki wedle takich syntetycznych wskaźników jak PKB, czy nawet dochód narodowy, nie jest wystarczająca. Wiedza ekonomiczna nie opiera się na przedstawianiu rezultatów gospodarczych, lecz przede wszystkim na analizie zależności między różnymi komponentami gospodarki, w tym dysproporcji i dysharmonii w jej funkcjonowaniu. Żaden porządny ekonomista nie będzie lekceważył zależności między podstawowymi kategoriami ekonomicznymi, np. między konsumpcją a inwestycjami czy między dochodami z kapitału a dochodami z pracy. To są bardzo istotne charakterystyki stanu gospodarki.
Na Zachodzie wskaźnik PKB jest obecnie bardzo krytykowany.
A. Ś.: Przede wszystkim dlatego, że „zapomina” o zasobach, a przecież jeśli one znikają, musi się to odbić na całej gospodarce, nawet jeśli na początku skutki tego ubytku są niewidoczne, tak jak w przypadku zasobów naturalnych w krajach zachodnich. U nas z kolei zdewastowano zasoby rodzimego kapitału. I to jest według mnie główny powód naszych obecnych trudności, które nie są echem kryzysu amerykańskiego czy europejskiego, lecz wewnętrznym kryzysem, powstałym oczywiście w konkretnym kontekście historycznym i globalnym.
Otóż istnieje pewien mechanizm propagandowy, polegający na tym, że dane statystyczne są po prostu zmanipulowane. Obliczenia GUS trafiają do jednostek, które prowadzą statystykę międzynarodową – do Eurostatu (powołanego przecież do kontroli jakości statystyk), Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego, do CIA (które prowadzi jeden z największych portali statystycznych na świecie) – skąd następnie wracają do Polski, już jako oficjalne potwierdzenie stanu rzeczywistości gospodarczej w naszym kraju. Jest to jakby mechanizm legitymizowania tychże danych statystycznych. To jest takie samo zjawisko, które obserwujemy w prasie: są dziennikarze, którzy piszą oceny sytuacji politycznej, społecznej czy historycznej w Polsce, a następnie poddają je autoryzacji silniejszych mediów zagranicznych. Bardzo trudno jest potem walczyć z niewiarygodnymi danymi, skoro mają one oparcie w autorytecie instytucji międzynarodowych.
Przypomnijmy sobie wszystkie perypetie na tle danych statystycznych, braku rzetelnej informacji gospodarczej, jakie Węgrzy przeżywali za czasów premiera Gyurcsánya. Zobaczmy: te same mechanizmy, co w Polsce i na Węgrzech, wystąpiły także w Grecji. Hipokryzją było oburzanie się, że Grecy fałszują statystyki, ponieważ już od dawna budziły one wątpliwości w kwestii poprawności metodologicznej i prawidłowości obliczeń.
Widać, że rządy nie dbają o prowadzenie informacyjnej polityki gospodarczej, bądź inaczej rzecz ujmując – prowadzą politykę gospodarczą bez dbałości o jej realizm, pozbawiając społeczeństwo wiarygodnych informacji. Zakres pozbawiania społeczeństwa informacji jest olbrzymi. Radio włączam z rosnącym przerażeniem, ponieważ codziennie, we wszystkich niemal rozgłośniach, główną informacją są zatory i wypadki drogowe. W dalszej kolejności relacjonowane są przestępstwa rodzinne, następnie – niewielkie sensacje czy to kryminalne, czy polityczne. Mamy w tej chwili potężny kryzys światowy, a do informacji o nim również od samego początku ograniczano dostęp. Pamiętam sytuację sprzed dwóch lat, gdy napisałem o tym artykuł, zatytułowany „Głucho wszędzie, cicho wszędzie”. Ile problemów miałem wtedy z redaktorem, zdumionym opisywanym przeze mnie kryzysem! A trwał on już wtedy pół roku.
Skoro mówimy o manipulowaniu statystykami, warto podać kilka przykładów.
A. Ś.: Weźmy to, jak w Polsce liczy się inwestycje, których szacunki, jako przyrostu kapitału, winny być przecież poddane pewnym rygorom. Otóż okazuje się, że inaczej myślimy o inwestycjach w sensie prywatnym, a inaczej – w państwowym. Zakup budynku jest dla nas inwestycją, natomiast dla całej gospodarki – nie, ponieważ był on już liczony jako inwestycja w momencie budowy. Ideą jest tutaj unikanie tzw. podwójnego czy wielokrotnego liczenia. Jednak gdybyśmy się dokładniej przyjrzeli, jak są w Polsce skonstruowane statystyki, okazałoby się, że wbrew tej deklaracji liczy się wielokrotnie te same inwestycje, co można sprawdzić biorąc do ręki rocznik statystyczny.
Weźmy teraz konsumpcję. Otóż zgodnie z międzynarodowymi standardami każdemu, kto ma własne mieszkanie czy dom jednorodzinny, dopisuje się do dochodów czynsz umowny z tego tytułu. Tam, gdzie społeczeństwa są bardzo zamożne, udział tej cząstki dochodów, oczywiście fikcyjnej, nie ma szczególnego znaczenia. W Polsce, gdzie poziom dochodów ludności jest bardzo niski, automatycznie bardzo znacząco, choć jedynie „na papierze” powiększa te dochody.
Ostatni przykład dotyczy zatrudnienia, a więc pośrednio tego, jak się liczy bezrobocie. Z grubsza biorąc, metody jego rachowania są u nas zgodne ze standardami międzynarodowymi, ale jest jeden osobliwy wyjątek. Otóż do pracujących zalicza się w Polsce osoby, które w badanym tygodniu przez co najmniej godzinę wykonywały pracę przynoszącą zarobek lub dochód, albo pomagały, bez wynagrodzenia, w prowadzeniu rodzinnego gospodarstwa w rolnictwie lub rodzinnej działalności poza rolnictwem. Wystarczy jedna godzina – np. odśnieżenie komuś podjazdu do garażu, żeby zarobić na butelkę piwa – i już ankieter włącza tę osobę do grupy pracujących! Nie ma też w statystykach zatrudnienia tego, co było dawniej uwzględniane, a mianowicie rozdzielenia pełnoetatowców i etatowców częściowych, co prowadzi do wielu zniekształceń. Zauważmy, że wszystko to idzie w jednym kierunku. To nie przypadek, że wszystkie te czynniki prowadzą do niedoszacowania, a nie przeszacowania rzeczywistego poziomu bezrobocia.
W swoich publikacjach zwraca Pan także uwagę na niewłaściwy sposób liczenia i podawania zadłużenia Polski.
A. Ś.: Problem polega na tym, że gdy mówimy o PKB, dochodzie narodowym czy jeszcze innych wskaźnikach makroekonomicznych w ramach rachunku narodowego, to mówimy o analizie realnych procesów ekonomicznych – nie obejmuje on finansowej strony życia gospodarczego. Natomiast jeśli mówimy o zadłużeniu, to istnieje coś takiego jak zadłużenie potencjalne, nazywane także ukrytym. Zadłużenie przyszłych okresów, wyliczane przy użyciu odpowiedniej metodyki, ujmuje się w ramach tzw. rachunku międzypokoleniowego. Większość krajów zachodnich przeprowadza takie analizy. Jest to przejaw racjonalnego myślenia ekonomicznego i społecznego. W Polsce ich brakuje. W publicznej debacie ciągle słyszymy tylko o stanie bieżących zobowiązań, tymczasem perspektywa wielopokoleniowa pozwala ocenić obciążenia, które nie mają charakteru doraźnego – na dziś czy na konkretny rok – lecz grożą naszym dzieciom i wnukom.
Polemika na temat tego, co jest ważniejsze, dług publiczny czy rachunek międzypokoleniowy, jest oczywiście absurdem, bo zarówno jedno, jak i drugie wskazuje na różne aspekty zadłużenia. Gdybyśmy jednak mieli powiedzieć, co jest groźniejsze dla gospodarki i społeczeństwa, to niewątpliwie jest to rachunek międzypokoleniowy, szacowany przez Janusza Jabłonowskiego z Narodowego Banku Polskiego na 3 bln zł. W oficjalnym dokumencie NBP znajdujemy założenie, że jest to zdyskontowane na dzień dzisiejszy zadłużenie długookresowe, przy założeniu, że nie zmienią się zasadnicze warunki polityczne i gospodarcze. Jest w tym nutka optymizmu, ale przecież jest równie prawdopodobne, że czasy zmienią się na gorsze.
Jest to poważny problem, jednak za najistotniejszy uznaję błąd, popełniany zresztą nie tylko w Polsce, który widzimy przy ocenie kryzysu światowego. Zauważmy, że w pierwszej jego fazie, gdy w połowie 2008 r. przejawił się przede wszystkim na rynku kredytów hipotecznych, uznano – i trwało to ponad rok – że jest to kryzys finansowy oraz kryzys instytucji finansowych. I tak to rzeczywiście wyglądało, przez to, że jak gdyby oderwano kryzys finansowy od drugiej części zagadnienia, od realnych procesów gospodarczych, które są z kryzysem ściśle powiązane. Samo określenie „kryzys finansowy” mocno zawęża zasięg obserwacji tego, co się na świecie dzieje. Czynniki i procesy, które spowodowały kryzys, rzeczywiście uzewnętrzniły się bardzo silnie w sektorze finansowym. Natomiast jest to kryzys całej gospodarki amerykańskiej oraz wielu gospodarek europejskich, który przejawił się również w handlu, przemyśle i rolnictwie.
Przez to przeoczenie popełniono wiele błędów, bo pytając o to, jak poradzić sobie z kryzysem, szukano odpowiedzi tylko pośród rozwiązań dotyczących finansów. Pomoc instytucjom finansowym odbyła się kosztem całej gospodarki i społeczeństwa. Stąd trudno się dziwić, że w Stanach Zjednoczonych, a także w części krajów europejskich, zagrożonych restrykcjami oszczędnościowymi, panuje olbrzymie niezadowolenie społeczne i wręcz negatywne spojrzenie na sektor finansowy. Teraz problem pomocy w kryzysie staje się aktualny również u nas. Polska wyasygnowała na pomoc bankom ponad 9,5 mld złotych, które w dużej części trafiły przecież do banków zagranicznych. To są kwoty, które z powodzeniem wystarczyłyby na poprawę sytuacji np. w służbie zdrowia.
Rozmawiamy o kryzysie ostatnich kilku lat, tymczasem w „Życiu wśród łupieżców” dowodzi Pan, że kryzys jest w przypadku Polski zjawiskiem trwałym (i narastającym), nawet jeśli nie zawsze łatwo dostrzegalnym. Inaczej mówiąc, ma on charakter strukturalny.
A. Ś.: Warto zwrócić uwagę na istotną cechę potężnych kryzysów ekonomicznych: mają one zawsze dwie fazy. Pierwsza to faza chaosu, zamieszania, w której dotychczasowe oceny, poglądy, a także teorie ekonomiczne przestają być wiarygodne. Pojawia się zbyt dużo czynników, które podważają istniejący obraz i przestaje on być czytelny. Nieprzypadkowo wcześniej posługiwano się pojęciem paniki, które lepiej oddaje emocjonalny i chaotyczny charakter sytuacji kryzysowych – jak podczas pożaru dużego budynku publicznego, gdy każdy stara się ratować własne życie.
Dopiero po tym następuje druga faza, w której dochodzi do pewnych przemyśleń. Jeden z ekonomistów zachodnich przekonywał nawet, że kryzys jest czymś dobrym, bo zmusza do myślenia. W tej fazie w świadomości ludzi zaczyna występować przymus opanowania zmian zachodzących w gospodarce. Proces ten trwa długie lata, a my dopiero zaczynamy w niego wkraczać. W wielu miejscach chaos zaczyna pomału zanikać, choć emocje i obawy z nim związane wciąż są żywe. Jeszcze kilka miesięcy temu mało kto odważyłby się powiedzieć, że obecny kryzys jest częścią wielkiego, kilkudziesięcioletniego cyklu koniunkturalnego Kondratiewa, a nie 40-miesięcznego cyklu Kitchina. Oznaczałoby to bowiem, że cały ustrój społeczno-gospodarczy przechodzi kryzys.
Myśmy w Polsce zapomnieli, czym jest ustrój, bo już go nie widzimy – nie wiemy, w jakim ustroju żyjemy. Kapitalizm to nie ustrój, lecz formacja historyczna. Ustrój definiuje się poprzez określenie ładu społeczno-gospodarczego. Jest to konstrukcja, która wprowadza pewien porządek. Dobre ustroje społeczno-gospodarcze są świadomie wcielane w życie. Kryje się za nimi pewna wiedza, doświadczenie historyczne, a także określona kultura. Tymczasem w Polsce w 1989 r. uznano, że nowy ustrój społeczno-gospodarczy ukształtuje się samoczynnie. Rzecz jasna trudno przypuszczać, żeby ci, których nazywamy reformatorami, byli na tyle naiwni lub bezmyślni, aby nie wiedzieć, iż jest to co najmniej bardzo ryzykowne stwierdzenie, bez pokrycia w doświadczeniach historycznych. W ten oto sposób pewne środowiska zafundowały społeczeństwu chaos i bezład ustrojowy, w zamian opowiadając bajeczki na temat wolności i demokracji. Natomiast przepisy, choćby zawarte w Konstytucji, stają się jedynie deklaratywne bez odpowiednich instytucji tworzących ustrój.
Jak w sferze gospodarczej przejawia się ów kryzys ustrojowy?
A. Ś.: Zjawiska, które doprowadziły do kryzysu w innych gospodarkach, miały odzwierciedlenie także w Polsce. Chodzi tutaj głównie o procesy globalizacyjne oraz związane z dominacją doktryny neoliberalnej. Przy czym w przypadku globalizacji nie mówimy tylko o warstwie intelektualnej i politycznej, lecz mamy na myśli przede wszystkim jej warstwę realną, a więc to, co dzieje się w handlu, w stosunkach finansowych między krajami itd. Jeżeli tak to określimy, to pojęciami globalizacji i neoliberalizmu możemy z powodzeniem posługiwać się wymiennie.
Spójrzmy na ewolucję, która dokonywała się w Stanach Zjednoczonych i z pewnym opóźnieniem także w innych krajach, i która od II wojny światowej uprawdopodobniała fakt, że doszliśmy do gospodarki wolnej konkurencji. Taki był punkt wyjścia, który został bardzo silnie wyeksponowany właśnie w koncepcjach neoliberalnych. Gospodarka zaczęła się jednak zmieniać, tymczasem część koncepcyjna, intelektualna okazała się niestety mniej podatna na zmiany, wręcz skostniała. Co się okazało? Gospodarka przestała być wolnorynkowa, a stała się gospodarką korporacyjną, czyli opanowaną przez dominujące grupy interesu. Ten proces występował, oczywiście w mniejszej skali, już wcześniej. Jednak dopiero z czasem został usankcjonowany poprzez zmiany przepisów prawnych oraz tworzenie instytucji, które stanęły na straży interesów wielkich korporacji. W efekcie rządy zaczęły być im podporządkowywane. Mówimy „rynek finansowy”, ale to przecież nie jest rynek; to potężna, światowa korporacja finansowa. Możemy tylko spierać się, czy posiada ona jedno centrum, czy dwa lub trzy. Mówi się, że rynek finansowy „ocenia” lub „weryfikuje”. Tymczasem to nie rynek ocenia, tylko Wall Street.
Wcześniej jednak pojawił się inny, równie ważny, mocno wpływowy gracz w postaci wielkiego kompleksu militarno-przemysłowego w USA. Już Eisenhower, sam przecież generał armii amerykańskiej, kończąc prezydenturę wygłosił przemówienie krytykujące ten kompleks, wskazując na łączące się z nim niebezpieczeństwa dla społeczeństwa i gospodarki.
Wreszcie trzeci element, o którym najmniej się mówi: sieci handlu wielkopowierzchniowego, w obrębie których, paradoksalnie, przestają działać mechanizmy rynkowe. Warto wziąć do ręki książkę Fishmana „Efekt Wal-Martu”, aby uzmysłowić sobie, jak wielki i niszczący dla gospodarki jest wpływ wielkich korporacji handlowych. To one dyktują dostawcom niskie ceny zakupu, co doprowadza przedsiębiorstwa do bankructwa lub w najlepszym razie do wyhamowania rozwoju. Wszystko to są bardzo daleko idące zmiany. Przewaga korporacji nad innymi obszarami życia gospodarczego jest tak silna, że następuje załamanie całego systemu.
Spójrzmy na Polskę oraz resztę Europy Środkowej i Wschodniej. Ekspansja wielkich korporacji nastąpiła tutaj przy wydatnej pomocy polityków, dyplomatów i służb wywiadowczych. Jeżeli wrócimy teraz do pytania, dlaczego nie zbudowano w Polsce żadnego ustroju, dlaczego nie tworzono przejrzystej, zharmonizowanej, mądrej konstrukcji ładu społecznego, to odpowiedź jest prosta: było to po prostu niepotrzebne. Ograniczałoby to bowiem swobodę działania korporacji.
Weźmy organizacje międzynarodowe. Międzynarodowy Fundusz Walutowy jest krytykowany właśnie za to, że jest agendą interesów amerykańskich; podobnie jest z Bankiem Światowym. Spójrzmy także na Unię Europejską. W licznych oficjalnych dokumentach jej władze piszą, że prowadzą dialog z dominującymi grupami interesu, o lobbingu i zakulisowych spotkaniach. To jest legalne i tego się nie ukrywa, wręcz chwali się tym. Bruksela uważa, że wystarczy zapewnić w miarę dobrą przejrzystość tych kontaktów. Ale przejrzystość nie wystarcza, bo tu nie chodzi o przejrzystość, lecz o interesy.
Podam konkretny przykład. Dla mnie najbardziej bulwersujący był 7. Program Ramowy w zakresie badań i rozwoju technologicznego. Jego budżet ustanowiono w wysokości ok. 56 mld euro, z czego 95% to fundusze przeznaczone na wprowadzanie zaawansowanych technologii. Program został skonstruowany tak, żeby inicjatywa w zakresie zarządzania tymi funduszami należała do zachodnich korporacji. Nazywano to enigmatycznie platformami gospodarczymi. Były to porozumienia wewnątrzbranżowe, które składały projekty, a Unia przekazywała na ich realizację fundusze bez żadnej pewności co do ich wykorzystania i bez możliwości zwrotu.
Tutaj ciekawa rzecz: ze strony polskiej nie pojawiła się żadna korporacja, żadna platforma, żadna osoba ze świata praktyki gospodarczej, która uczestniczyłaby w tego rodzaju pośrednim finansowaniu wielkiego biznesu.
Sporo pisał Pan o tym, jak w ramach transformacji systemowej nasza gospodarka została szeroko otwarta na eksploatację przez grupy interesu. Zwracał Pan uwagę np. na kolejne decyzje, które stopniowo otwierały pole do wyzbywania się przez Polskę kontroli nad strategicznymi przedsiębiorstwami czy zasobami.
A. Ś.: Żyjemy w błędnym przekonaniu, wynikającym z poglądów neoliberalnych, że w Polsce dominują procesy żywiołowe, że to wszystko miało charakter spontaniczny. Zakres procesów żywiołowych jest dość duży, ale tylko na niskich szczeblach drabiny społecznej. Na piętrze sklepikarzy, rzemieślników czy drobnych rolników procesy gospodarcze mają rzeczywiście charakter rynkowy. Natomiast jeśli chodzi o wyższe piętra, gdzie dochody są duże, gdzie stosuje się kosztowne technologie – tam mamy do czynienia z bardzo kontrolowanymi procesami. Reżyseria i dobrze przygotowane projekty opanowania określonych obszarów gospodarki to znaczące czynniki zmian, które miały miejsce w Polsce.
To się wiąże z tym, co nazywa się u nas „kosztami transformacji”. Istnieje tzw. rachunek kosztów i korzyści, stosowany w praktyce od lat 70. Nie ma jakichkolwiek dowodów, że rachunek ten został przeprowadzony np. w stosunku do prywatyzacji czy innych reform o charakterze gospodarczym, jak choćby przedsięwzięć likwidacyjnych (przedsiębiorstw czy instytutów naukowych). Mówienie bez tego rachunku o kosztach transformacji jest opowiadaniem bajek. Tymczasem w Polsce taki rachunek przeprowadzono tylko raz, eksperymentalnie – zrobiła to jedna z zachodnich firm konsultingowych, na dodatek dotyczył bardzo wąskiego zakresu, konkretnie planowanych zmian części przepisów BHP.
Decyzje tak istotne, jak likwidacja przemysłu stoczniowego, powinny podlegać szczegółowemu rachunkowi. I nie chodzi tylko o wąsko rozumiane korzyści finansowe, ale także o szerszy wymiar kosztów i korzyści społecznych. Dlaczego tego nie zrobiono? Bo stwarzałoby to barierę dla przejmowania rodzimego kapitału. Dlaczego nie powołano Prokuratorii Generalnej? Była to konsekwencja likwidacji mechanizmów kontroli. W tym naszym nowym pseudosystemie ustrojowym nauczono nas nie lubić słowa „kontrola”. Tymczasem tam, gdzie jest dobro publiczne, musi istnieć i sprawnie funkcjonować kontrola zewnętrzna.
Na początku odwilży w stosunkach między krajami zachodnimi a PRL w czasach rządów Jaruzelskiego, Bank Światowy dokonał pełnej inwentaryzacji polskich przedsiębiorstw. Powstało wspaniałe rozpoznanie, gdzie są rodzynki, a gdzie zakalec, jaki jest poziom technologii, jakie kadry itd. – a to była dopiero połowa lat 80.! Być może udostępnienie serwisu informacyjnego o polskiej gospodarce było podstawowym punktem uzasadniającym wspomnianą odwilż. Bank Światowy już wtedy przygotowywał odpowiedni program. Było już wiadomo, że tu na Wschodzie wszystko zaczyna się rozpadać.
Wtedy pojawiła się dość prymitywna wizja ekspansji. Wyobrażano sobie, że pojawia się przed Amerykanami obszar takiej samej przygody, jak Dziki Zachód. Ale wizja ta nie była prymitywna z punktu widzenia interesów gospodarczych, bo stanowiła udoskonalenie doświadczeń wyniesionych z Ameryki Łacińskiej, już wyniszczanej przez wielkie korporacje. W krajach takich jak Chile, Brazylia i Argentyna oraz w kilku mniejszych państwach, korporacje wraz z Międzynarodowym Funduszem Walutowym w znacznym stopniu zniszczyły miejscowe gospodarki. Mechanizmy, które tam wykorzystano, zostały dopracowane i wprowadzone na obszar Europy Środkowej i Wschodniej.
Wystarczy popatrzeć, jak przeprowadzono w latach 90. ataki spekulacyjne na kraje azjatyckie czy Ameryki Łacińskiej. Argentyna stanowi przykład ofiary ataku spekulacyjnego bliźniaczo podobny do Grecji: ten sam model, te same postacie, w tym drugim przypadku jedynie uzupełnione przez kanclerz Angelę Merkel, która dała przyzwolenie na wykonanie ataku w imieniu Unii Europejskiej.
Nie chodzi o to, że określone kraje czy społeczeństwa weszły w konflikt. To jest przestarzały sposób rozumowania. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że walki toczą się albo między narodami, albo w obrębie jakiegoś terytorium. Tutaj natomiast mamy do czynienia z różnymi przejawami dominacji tych grup interesu, które zaczęły zmieniać charakter gospodarek. Co się stanie później? Myślę, że jest mało realne, by można to było kontynuować; to jest sprawa najwyżej kilku lat.
Nastanie metanoja, czyli mówiąc w dużym uproszczeniu głębokie przewartościowanie (rozumiane w sensie społecznym): zapatrywań, przekonań, sposobu widzenia świata. W ujęciu teologicznym metanoja to głębokie poczucie winy, chęć poprawy i duchowego odrodzenia. Tego typu procesy przebiegały w Polsce już kilkakrotnie. W tej chwili metanoję, nieprzypadkowo, przechodzą Grecy, co wyraźnie wyczuwa się w ich publikacjach. Mija już początkowy chaos i szok, a w ich miejsce pojawiają się nowe wartości.
Jest też tendencja przeciwstawna. To kwestia nasilającej się fali maltuzjanizmu, tzn. przyzwolenia na całkowite odrzucenie jakichkolwiek wartości humanistycznych, na przejście do prawa dżungli. W wymiarze praktycznym oznacza to przyzwolenie na agresję już bez żadnych ograniczeń etycznych. Trzeba więc zmienić nastawienie. Podsumowując, kryzys ma tę dobrą cechę, że zmusza ludzi do myślenia.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 6 stycznia 2011 r.