przez Michał Sobczyk | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
Jednym z najpopularniejszych usprawiedliwień braku sukcesów w walce z bezrobociem jest specyficzny rodzaj kultury, mającej ponoć wytwarzać się w rodzinach dotkniętych długotrwałym brakiem pracy. Powiązane z nim przeświadczenie, że do „dziedziczenia bezrobocia” przyczyniają się świadczenia socjalne, jakoby wzmacniające postawy bierności, bywa istotnym drogowskazem przy projektowaniu polityki społecznej. Rzeczywistość jest jednak znacznie bardziej złożona niż powszechne mity.
Zacznijmy od tego, że nie sposób znaleźć jakichkolwiek wiarygodnych badań na temat przekazywania w polskich rodzinach wzorców bierności zawodowej – tak twierdzi dr hab. Ryszard Szarfenberg z Instytutu Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego. Dodaje jednocześnie, że jeśli przyjąć założenie o istnieniu tego rodzaju mechanizmu psychologicznego, to biorąc pod uwagę hojność – na tle Polski – brytyjskiego systemu świadczeń socjalnych, należałoby się spodziewać, że wśród mieszkańców Wysp zjawisko „wychowania do bezrobocia” ma szczególnie duży zasięg. Tym ciekawsze są wyniki badań przeprowadzonych w zubożałych sąsiedztwach Glasgow oraz Middlesbrough1 na zlecenie Joseph Rowntree Foundation, organizacji pozarządowej działającej w sferze polityki społecznej.
Autorzy opracowania2mówią wprost: klimat wychowawczy panujący w rodzinach bezrobotnych nie stanowi istotnej przyczyny marginalizacji kolejnych pokoleń na rynku pracy. Wspomniane badania pokazały, że wbrew zakorzenionemu stereotypowi rodziny utrzymującej się z zasiłków już trzecią generację, do którego odwołują się często decydenci (nie tylko brytyjscy), czynniki kulturowe same w sobie nie są ważnym źródłem bezrobocia, w tym długotrwałego. Badacze podkreślają, że niełatwo znaleźć rodzinę, w której choćby dwa kolejne pokolenia nigdy nie pracowały i były uzależnione od „socjalu”.
Co więcej, w analizowanych gospodarstwach domowych w ogóle nie stwierdzono czegoś, co można by nazwać „kulturą bezrobocia” – ugruntowanych postaw, które uniemożliwiają zdobycie zatrudnienia, a jednocześnie wzmacniają uzależnienie od wsparcia socjalnego. Osoby w wieku produkcyjnym wychowane w domach naznaczonych długotrwałym bezrobociem okazały się przypisywać pracy taką samą wartość, jak ich „normalni” rówieśnicy, traktując samodzielność finansową jako ważny element dorosłości i zdecydowanie przedkładając ją nad świadczenia z pomocy społecznej. Ponadto młodzi Brytyjczycy ze zubożałych środowisk ujawnili silną motywację, by uniknąć losu rodziców. Również starsze pokolenia odbiegają od medialnych wyobrażeń. Trwale wykluczeni zawodowo rodzice aktywnie angażują się w pomoc dzieciom w znalezieniu pracy. Ich własne, długotrwałe bezrobocie wynika ze splotu przyczyn strukturalnych i da się przekonująco wytłumaczyć bez odwoływania się do rzekomej skazy kulturowej.
Punktem wyjścia badań była zaskakująco skromna liczba danych empirycznych mogących potwierdzić narosłe stereotypy. Zespół naukowców postanowił zidentyfikować rodziny, które ze względu na położenie społeczne wydają się „pewniakami” do przekazywania kultury bezrobocia w kolejnych generacjach. Pierwszą niespodziankę stanowił fakt, że mimo wytężonych wysiłków nie udało się znaleźć ani jednej rodziny, w której trzy kolejne pokolenia nigdy nie podjęły pracy zawodowej. Z innych danych wynika, że brak jakichkolwiek doświadczeń zawodowych przedstawicieli dwóch kolejnych pokoleń występuje w mniej niż 0,1% brytyjskich rodzin3.
Po znalezieniu odpowiedniej liczby rodzin dotkniętych traumą bezrobocia badacze wytypowali 20, w przypadku których długookresowy brak pracy występował w dwóch następujących po sobie generacjach. Ponieważ najstarsi członkowie wspomnianych rodzin w większości nie żyli lub byli przewlekle chorzy, pogłębionymi wywiadami retrospektywnymi objęto po jednym przedstawicielu pokoleń „średniego” (trzydzieści kilka – pięćdziesiąt kilka lat, co najmniej pięć lat dorosłego życia bez pracy) oraz „młodego” (wiek produkcyjny, aktualnie pozostający bez pracy, w większości bez wcześniejszych doświadczeń zawodowych). Celem rozmów było zidentyfikowanie jawnych oraz nieuświadomionych wartości i postaw mogących być źródłem problemów na rynku pracy, a w razie ich stwierdzenia – znalezienie odpowiedzi na pytanie, czy są one przekazywane w rodzinach.
Co istotne, badacze skoncentrowali się na rodzinach doświadczających szczególnie dotkliwych problemów materialnych oraz w kwestii funkcjonowania społecznego. Mało któremu z ich rozmówców ze średniego pokolenia można przypisać jeden decydujący powód długotrwałego pozostawania poza rynkiem pracy. Normą był raczej kompleks poważnych kłopotów wynikających z biedy i wykluczenia społecznego, a zarazem tę marginalizację wzmacniających. Wśród jego częstych składników można wymienić brak/słabe wykształcenie, nadużywanie alkoholu, wplątanie się – w obliczu braku alternatyw – w nielegalne sposoby zarobkowania (np. handel narkotykami), problemy z prawem, bycie ofiarą przestępstw lub przemocy domowej, niestabilną sytuację mieszkaniową. Wspólnym dla większości badanych źródłem wykluczenia, wynikającym nierzadko z wymienionych poprzednio, były kłopoty ze zdrowiem, w tym psychicznym. Na i tak ciasnym rynku zatrudnienia kombinacja tego rodzaju problemów osobistych i rodzinnych ustawia doświadczające ich jednostki na samym końcu długiej kolejki za pracą. Przedstawiciele młodszego z badanych pokoleń usiłowali wejść na rynek zatrudnienia w okresie wysokiego bezrobocia, szczególnie dotkliwego w skali lokalnej. Domy rodzinne, trapione rozmaitymi brakami, nie zapewniły im dobrej pozycji startowej, jednak ich indywidualne problemy nie były aż tak rozległe czy niezwykłe, by wyjaśnić brak jakiejkolwiek pracy, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę silną motywację do jej znalezienia. Przy lepiej funkcjonujących gospodarkach lokalnych prawdopodobnie wielu z tych młodych ludzi znalazłoby zajęcie – czytamy w podsumowaniu badań.
Pogłębione wywiady nie wykazały śladów przekazywania w rodzinach wartości, postaw czy wzorów zachowań przypisywanych kulturze bezrobocia. Niezależnie od wieku badani wykazywali autentyczne zrozumienie społecznych, finansowych i psychologicznych korzyści z utrzymywania się z pracy, podczas gdy alternatywę tego stanu postrzegali jako degradującą. Z ich rozmów z badaczami wyłania się skala wyzwań – zarówno praktycznych, jak i emocjonalnych – którym muszą na co dzień stawiać czoła rzekomo beztroscy bezrobotni. Co prawda wielu przedstawicieli pokolenia rodziców sprawiało wrażenie pogodzonych z losem, tj. niewielkimi szansami na znalezienie pracy, biorąc pod uwagę czas pozostawania poza rynkiem zatrudnienia czy skalę przeżywanych problemów, jednak te same osoby bez wyjątków pragnęły odmiennego losu dla swoich dzieci. W tym celu podejmowały konkretne działania, np. towarzyszyły potomkom podczas rozmów o pracę czy od małego uczyły ich zarabiania, np. za pomocą roznoszenia gazet czy ulotek.
Młodzi uczestnicy badań również akcentowali pragnienie, by nie podzielić losu niesamodzielnych rodziców. W toku wywiadów ujawniali przywiązanie do tradycyjnych wyobrażeń na temat wartości pracy, a swoje aspiracje życiowe i materialne – wbrew stereotypowi roszczeniowej postawy klientów opieki społecznej – ściśle łączyli z wysiłkiem niezbędnym do ich realizacji. Dowodem na to, że powyższe deklaracje nie są jedynie próbą budowania pozytywnego wizerunku w oczach rozmówcy, jest duża aktywność badanej młodzieży w poszukiwaniu zatrudnienia, mierzona m.in. liczbą wysłanych listów motywacyjnych.
Środowiska dotknięte chronicznym bezrobociem wiązane są często ze zjawiskiem pracy na czarno, jednak brytyjscy badacze nie znaleźli potwierdzenia tego stereotypu. Tym niemniej wielu bohaterów wywiadów okazało się posiadać zajęcie poza sektorem rejestrowanego, odpłatnego zatrudnienia. Zwłaszcza kobiety świadczyły pracę opiekuńczą na rzecz dzieci czy chorych członków rodziny. Jej wymiar czasowy, w połączeniu z trudną sytuacją ogólną, w praktyce bardzo często uniemożliwiał jakikolwiek udział w kursach doskonalenia zawodowego, „przekwalifikowanie się” czy korzystanie z innych recept na poprawę swego losu, zazwyczaj rekomendowanych bezrobotnym przez osoby stojące wyżej na społecznej drabinie.
Co ciekawe, wielu ankietowanych, np. osoby niezdolne do podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu ze względu na zły stan zdrowia, okazało się angażować w pracę nieodpłatną (wolontariat), czerpiąc z niej część korzyści społecznych i psychologicznych niedostępnych zwykle bezrobotnym, a jednocześnie świadcząc wartościowe usługi na rzecz otoczenia. Rzecz jasna zdarzały się także, zwłaszcza wśród starszych badanych, przypadki działalności kryminalnej, którą zwykle stanowiły kradzieże sklepowe lub handel narkotykami, przy czym obie te postawy dotyczyły głównie osób uzależnionych.
Badania potwierdziły ponadto zdroworozsądkowe przypuszczenie, że teza o „izolacji kulturowej” jednostek, rodzin i społeczności doświadczonych przez długotrwałe bezrobocie, wpisana w stereotyp o „wyuczonej bezradności”, daleko odbiega od rzeczywistych doświadczeń takich ludzi. Wyobrażenia na temat kultur bezrobocia zakładają, że długotrwale pozbawieni pracy są odcięci od tych, którzy ją posiadają, oraz że uczestniczą w sieciach relacji, w których bezrobocie stanowi swego rodzaju normę społeczną. Zważywszy na wysokie wskaźniki bezrobocia w sąsiedztwach objętych badaniem, nie stanowiło zaskoczenia, iż ankietowani pozostają w regularnych interakcjach z osobami w podobnym położeniu. Tym niemniej nawet w bardzo zubożałych okolicach bezrobotni nie stanowią większości. Ankietowani znali wiele normalnie pracujących osób. […] Bardzo często inni członkowie rodziny, w tym rodzeństwo, mieli pracę. […] Dla młodszych członków badanych rodzin ich członkowie posiadający pracę często stanowili wzorce osobowe.
W podsumowaniu raportu z badań autorzy jednoznacznie stwierdzają, że nie udało im się uchwycić niczego takiego jak przekazywane w rodzinie wzorce kulturowe niepodejmowania pracy, możliwego dzięki istnieniu sieci zabezpieczenia socjalnego. Argumentują, że skoro nie występują one w przypadkach wielowymiarowego, skrajnego wręcz – jak na brytyjskie warunki – wykluczenia społecznego, trudno przypuszczać, by mogły być istotną przyczyną bezrobocia w skali całego społeczeństwa. Tymczasem, także w Polsce, przekonanie o demoralizujących skutkach ubocznych wsparcia socjalnego jest bardzo silne i w dużej mierze „ustawia” dyskurs oraz praktykę polityki społecznej.
Z kolei centralne założenie realizowanych polityk rynku pracy stanowi przeświadczenie, że jedną z zasadniczych przyczyn bezrobocia jest, mówiąc w skrócie, mentalne niedopasowanie części społeczeństwa do wymagań współczesnej gospodarki. W związku z tym należy bezrobotnych „aktywizować”, a wręcz tresować, np. uzależniając zakres świadczonego wsparcia materialnego od oczekiwanych aktywności, które stanowić będą dowód, że dana osoba rzeczywiście stara się poprawić swój los.
Oczywiście nie powinno się wyciągać zbyt daleko idących wniosków z pojedynczych badań, zrealizowanych ponadto w kraju o pod wieloma względami odmiennych realiach społecznych. Kolejne eksploracje świata kulturowego osób dotkniętych marginalizacją, w Polsce podejmowane m.in. przez Tomasza Rakowskiego, Anitę Gulczyńską czy Elżbietę Tarkowską4, współbrzmią jednak w swoich konkluzjach. Okazuje się, że pod względem obecności w nim takich wartości jak (szeroko rozumiana) przedsiębiorczość, odpowiedzialność czy pragnienie autonomii nie różni się on zasadniczo od rzeczywistości „normalnych”. Podobnie jest z zachowaniami o charakterze aspołecznym, np. wyłudzaniem świadczeń socjalnych, spotykanym na wszystkich poziomach zamożności. W tym kontekście upatrywanie źródeł wykluczenia z rynku pracy w zakorzenionych postawach osób nim dotkniętych – nawet opatrywane zastrzeżeniem, że „to przecież nie ich wina” – dowodzi, owszem, wyuczonej bezradności. Tyle że nie bezrobotnych, lecz publicznych służb zatrudnienia oraz polityków, pozbawionych pomysłów na stymulowanie prozatrudnieniowego wzrostu gospodarczego, zwłaszcza w skali lokalnej.
Nie chodzi rzecz jasna o bagatelizowanie traumy, jaką stanowi wieloletni brak pracy, którego skutki mogą rzutować także na szanse życiowe dzieci osób bezrobotnych. Kwestionowanie istotnego znaczenia „kultury bezrobocia” nie oznacza także negowania sensu pracy pedagogicznej z rodzinami oraz całymi społecznościami podlegającymi marginalizacji lub zagrożonymi nią. Wreszcie, nie może być wątpliwości, że bezrobocie znacznie utrudnia zapewnienie dzieciom dobrego startu w dorosłe życie, a istotne znaczenie ma tutaj mniejszy kapitał kulturowy rodzin o niskim statusie materialnym. Działania państwa we wszystkich tych sferach powinny stanowić ważne uzupełnienie polityk rozwoju oraz rynku pracy. Te zaś będą mogły stać się bardziej skuteczne, gdy odpowiedzialni za ich kreowanie przestaną nieproporcjonalnie dużą część istniejących problemów przypisywać ofiarom swojej bezradności.
Przypisy:
- Miasto w północno-wschodniej Anglii liczące 140 tys. mieszkańców, silnie dotknięte upadkiem lokalnego przemysłu w latach 70. i nazywane czasem „najgorszym miejscem do życia w całej Wielkiej Brytanii”.
- Tracy Shildrick, Robert MacDonald, Andy Furlong, Johann Roden oraz Robert Crow, Are „cultures of worklessness” passed down the generations, Joseph Rowntree Foundation, grudzień 2012. Tekst dostępny na www.jrf.org.uk. Informacja o publikacji została zaczerpnięta ze strony internetowej R. Szarfenberga: rszarf.ips.uw.edu.pl.
- Ściślej: gospodarstw domowych, w skład których wchodzą osoby w wieku produkcyjnym.
- Rozmowy ze wspomnianymi badaczami opublikowaliśmy odpowiednio w numerach 51, 55 oraz 58.
przez Michał Sobczyk | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
Zacznijmy od ogólnego określenia aktualnego i potencjalnego znaczenia Bałtyku oraz opartych na nim tzw. przemysłów morskich w życiu ekonomicznym kraju.
Tomasz Szubrycht: Państwa można podzielić na zorientowane na morze oraz te, które są zorientowane na ląd. Wśród naszych rodaków panuje przekonanie, które dobrze oddaje cytat ze sztuki „Flisacy”: „Po co Polakowi morze, kiedy sieje i orze?”. Przez wiele wieków nie potrafiliśmy dostrzec jego znaczenia, mimo że w okresie I Rzeczypospolitej największe zyski na handlu polskim zbożem osiągał Gdańsk, a nie szlachta. Zapominaliśmy i nadal zapominamy o tym, co dawno zrozumieli Brytyjczycy, którzy twierdzą, że kto włada morzem, włada bogactwem.
W czasopiśmie „Orzeł Biały” krótko po zakończeniu I wojny światowej zamieszczono artykuł, w którym dokładnie wyliczono, ile uzyskuje się z morgi ziemi (zboża, mięsa), a ile z morgi morza – okazuje się, że porównanie to wypada na korzyść morza, a przecież morza nie trzeba uprawiać, lecz jedynie „zbierać plony”. Tymczasem przeciętny Polak przypomina sobie o morzu dwa razy do roku: gdy planuje urlop i kiedy ma ochotę na śledzika. Zupełnie zapominamy np. o tym, że transport morski jest wielokrotnie tańszy od lądowego oraz że to właśnie morzem przewożone jest 90% globalnej wymiany towarowej. Idąc do sklepu i kupując np. wyprawkę szkolną dla swojego dziecka, nie rozmyślamy, jak dostały się do Polski składające się na nią produkty i ile musiałaby ona kosztować, gdyby nie były transportowane drogą morską. Morze ma także ogromne znaczenie dla naszego eksportu. Przez Gdynię, Gdańsk, Szczecin i Świnoujście przechodzi rocznie prawie 31 mln ton towarów, które sprzedajemy za granicę. Łącznie w polskich portach przeładowywane jest każdego roku prawie 60 mln ton towarów, czyli nieco ponad 1,5 tony na statystycznego Polaka, nawet tego spod Rzeszowa. Co ważne, przeładunki w naszych portach zwiększają się – może nie aż tak, jak byśmy chcieli, ale jednak. W przewozach drogą morską tkwią jeszcze spore niewykorzystane rezerwy gospodarcze.
Warto pamiętać, że największe zyski osiąga się dzięki samodzielności, np. wydobywając ropę, przetwarzając ją i sprzedając na stacjach. Dlaczego my nie mielibyśmy produkować towarów, sami je przewozić morzem, a następnie sprzedawać?
Transport morski zawsze był, jest i będzie. Zmienia się co najwyżej jego filozofia. Obecnie ważnym trendem jest tworzenie tzw. hubów, czyli portów głównych. Podam przykład Morza Śródziemnego: wszystkie statki przypływają np. na Maltę do portu La Valetta, tam się rozładowują, ponownie załadowują i wypływają, a następnie przypływają do tego portu mniejsze statki, które rozwożą dostarczone towary do mniejszych portów i przywożą z nich ładunki, które później załadowywane są na przypływające duże jednostki. Aktualnie toczy się intensywna walka o to, żeby taki hub dla Morza Bałtyckiego powstał w Polsce, w oparciu o Gdańsk czy Gdynię.
Co się tyczy przemysłu stoczniowego, to często słyszy się, że jest on nierentowny, gdyż Chińczycy czy Koreańczycy budują statki o wiele taniej. To prawda, ale jedynie w przypadku najprostszych konstrukcji, gdyż te specjalistyczne dalej budowane są w portach europejskich. Co więcej, zapominamy, że jeśli sprzedajemy statek, to zarabiamy nie tylko na „blachach”, ale również na tym, co jest w środku: wyposażeniu, meblach, sprzęcie gospodarstwa domowego, kafelkach itd. Stocznia jest tylko miejscem, gdzie się statek „montuje” – w tym samym czasie na jej rzecz produkują huty z południa Polski, wytwórnie laminatów i wiele innych zakładów. Z jedną polską stocznią współpracowało łącznie 800 krajowych podmiotów, dlatego upadek tego sektora gospodarki morskiej oznaczał problemy nie tylko dla Wybrzeża, ale i np. dla zakładów Cegielskiego w Poznaniu czy innych firm zajmujących się automatyką, armaturą, urządzeniami do sterowania i mnóstwem innych rzeczy.
Nie pamiętamy także o tym, że przemysł stoczniowy to również jachty i łodzie rekreacyjne. W Polsce w 2011 r. wybudowaliśmy 535 jachtów, z czego 528 zostało wyeksportowanych. Proszę mi pokazać drugą dziedzinę produkcji, w której 99% stanowi produkcja eksportowa. Oprócz jachtów budujemy też duże łodzie motorowe, wyprodukowaliśmy 340 takich jednostek, z czego 95% sprzedano za granicę.
Wydaje się, że duży potencjał rozwojowy mają także różne gałęzie turystyki.
W dokumencie „Zielona Księga. W kierunku przyszłej unijnej polityki morskiej: europejska wizja oceanów i mórz” stwierdzono, że łączna wartość wędkarstwa morskiego w Unii Europejskiej została oszacowana na 10 mld euro rocznie, na co składają się m.in. łodzie, czartery i sprzęt. Również u nas część dawnych rybaków zajmuje się organizowaniem wypraw na połowy dorsza czy belony. Do tego dochodzi płetwonurkowanie, rozwija się też żeglarstwo, co widać po rosnącej liczbie marin. Jak widać – jest to bardzo lukratywny rynek usług.
Potencjał rozwoju posiada ponadto przemysł surowcowy – nie tylko na Bałtyku, gdzie pozyskiwane są kruszywa budowlane czy ropa naftowa i gaz ziemny (np. platforma Petrobalticu), ale również np. na Morzu Północnym, gdzie firma Lotos ma pewne udziały w polach naftowych. Dalej: energetyka wiatrowa. W Polsce dopiero raczkuje, niemniej na Półwyspie Helskim czy wzdłuż Środkowego Wybrzeża widać coraz więcej farm wiatrowych, a mają one powstawać również na morzu. Oczywiście daleko nam jeszcze do Danii, która już teraz ok. 16–17% zapotrzebowania na energię elektryczną zaspokaja dzięki morskim farmom wiatrowym.
A jest jeszcze przecież rybołówstwo (w tym dalekomorskie) oraz branże przyszłościowe, takie jak akwakultura, czyli uprawy morskie, np. wszelkiego rodzaju alg, stosowanych choćby w przemyśle kosmetycznym. No i nie zapominajmy o tym, że jesteśmy potęgą w dziedzinach eksploatacji i jubilerstwa bursztynu.
Nasza gospodarka nie czerpie za to korzyści z rozwoju żeglugi, gdyż nasze statki pływają pod tzw. tanimi banderami.
Nim przedstawię problem żeglugi morskiej, odniosę się do innego zagadnienia. Otóż często słyszę zarzut: „po co nam trzy uczelnie morskie, kiedy mamy tak mało statków?”. Tymczasem wspomniane szkoły kształcą nie tylko nawigatorów czy mechaników, ale też np. elektryków, którzy równie dobrze mogą wykonywać swój zawód na lądzie, a także logistyków czy towaroznawców, poszukiwanych w różnych sektorach gospodarki. Niektóre państwa zlikwidowały szkolnictwo morskie, a teraz gdy chcą je odtworzyć, muszą zmierzyć się z wielkimi wyzwaniami i problemami, a co więcej – jego odbudowa trwa bardzo długo. Być może błędem było stopniowe wygaszanie kierunku budownictwo okrętowe (teraz to się nazywa oceanotechnika) na politechnikach, chociaż mieliśmy i mamy znaczące osiągnięcia w tej dziedzinie.
Wracając do meritum: to nieprawda, że nie mamy własnej floty. Otóż mamy – 120 jednostek, a łączny tonaż naszych statków powolutku rośnie. Trzeba również pamiętać, że ludzie pracujący na statkach nawet tych pływających pod obcymi banderami zarabiają pieniądze, które wydają na utrzymanie rodzin w Polsce, w związku z czym środki te trafiają ostatecznie do naszej gospodarki. Ponadto skoro pływają u obcych armatorów, to w dużej części świadczenia emerytalne również będą pobierali z krajów innych niż Polska.
Podsumowując wszystko, co zostało powiedziane do tej pory: mimo że państwo traktuje szeroko rozumianą gospodarkę morską po macoszemu, ona nie daje się tak łatwo. Bezpośrednio zatrudnionych jest w niej obecnie 83 tys. osób. Zakładając, że rodzina liczy średnio 4 osoby, ok. 320 tys. ludzi żyje z morza. Do tego dochodzą kooperanci, których liczbę trudno rzetelnie wyliczyć np. w przypadku zakładu, który zatrudnia 500 osób, ale tylko część produkcji wykonuje na potrzeby gospodarki morskiej. W ostatnich latach inwestycje (publiczne i prywatne) w ten sektor wynosiły zaledwie 0,5% inwestycji w pozostałych gałęziach gospodarki, przyniosły natomiast zysk netto aż o połowę większy w stosunku do poniesionych nakładów. To również pokazuje olbrzymie możliwości rozwojowe szeroko rozumianej gospodarki morskiej.
Oczywiście trzeba do profitów z gospodarki morskiej przykładać odpowiednią miarę. Kiedy wcześniej wspominałem, że łączne przeładunki we wszystkich polskich portach wynoszą 60 mln ton, ktoś mógłby dla porównania przywołać jeden tylko port – Rotterdam – gdzie wielkość przeładunku jest sześciokrotnie większa niż we wszystkich portach polskich. Ale musimy wziąć pod uwagę, że Bałtyk jest jednak akwenem peryferyjnym, chociaż zyskującym na znaczeniu. Okazuje się np., że są nim zainteresowani Chińczycy, ponieważ w ich ocenie dostarczenie towarów stosunkowo tanią koleją transsyberyjską, a następnie ich transport z portów bałtyckich do Europy byłby o wiele szybszy, a w wielu przypadkach czas to pieniądz.
Morze ma mnóstwo niewykorzystanego potencjału, który mógłby stanowić jedno z kół zamachowych polskiej gospodarki. Nie jest rzecz jasna żadnym panaceum na wszystkie trudności, ale można czerpać z niego poważne korzyści, jeśli umiejętnie wykorzystuje się nadmorskie położenie państwa. Wystarczy popatrzeć na Holandię, która właściwie nie ma żadnych bogactw naturalnych, a żyła początkowo z rolnictwa, później – z handlu morskiego. Historia daje przykłady wielu państw, które zbudowały swoją potęgę na gospodarce morskiej.
Do jakiego stopnia niedorozwój przemysłów morskich wynika z niewłaściwie prowadzonej polityki państwa: inwestycyjnej, własnościowej, naukowej, zagranicznej etc.?
Na sytuację poszczególnych branż złożyło się mnóstwo czynników obiektywnych, ale też błędów i zaniechań, w tym oczywiście również tych na poziomie polityki. Nie można jednak powiedzieć, że winę ponosi ta czy inna opcja polityczna, lecz każda, która sprawowała władzę lub współrządziła od lat 90. Inwestycje w gospodarkę morską zwracają się bowiem w ciągu kilku-kilkunastu lat, a politycy myślą zwykle w perspektywie bieżącej kadencji – także dlatego, że długofalowe inwestycje mogłyby być wykorzystane przez ich konkurentów politycznych. Co więcej, Polska wśród państw nadbałtyckich – pomijając Rosję – ma stolicę najbardziej oddaloną od wybrzeża, może i w tym należałoby upatrywać powodów takiego zaniechania w odniesieniu do morza i gospodarki morskiej.
Istotną kwestią jest ponadto świadomość obywateli. Tu trzeba się uderzyć w piersi. Wielokrotnie powtarzałem, że za lekceważenie sfery, o której mowa, winę ponoszą również ludzie morza. Nie potrafimy przekonać społeczeństwa, że gospodarka morska przynosi zysk każdemu, także mieszkańcom Krakowa, Krosna czy Poznania. Jeśli my ich do tego nie przekonamy, to później bardzo często na postulat zwiększenia nakładów na gospodarkę morską i marynarkę wojenną politycy odpowiadają, że brak na takie posunięcie przyzwolenia społecznego. Nawiasem mówiąc to, że przez ostatnie lata część najważniejszych stanowisk w państwie obejmowały osoby pochodzące z Wybrzeża, wcale nie oznaczało niczego dobrego dla gospodarki morskiej. W niektórych przypadkach wspomniani politycy byli nawet bardziej sceptyczni czy zachowawczy niż inni, właśnie dlatego, aby im nie zarzucono, iż preferują interesy swojego regionu.
Mówiąc o zrozumieniu znaczenia morza, warto posłużyć się pewnym przykładem. Otóż przed wojną najsilniejsze oddziały Ligi Morskiej i Kolonialnej były na Śląsku – dlatego że Ślązacy wiedzieli, że flota jest potrzebna do eksportu węgla, widzieli więc korzyści, jakie daje im morze. Tak jak wówczas, tak i teraz bardzo trudno jest ludzi przekonać, że z morza można mieć korzyści, a inwestycje w gospodarkę morską nie są fanaberią. Wymowny jest fakt, na który w jednej ze swoich książek zwrócił uwagę były minister spraw zagranicznych Andrzej Olechowski: „[…] gdy się odwiedza kraje bałtyckie, to tam nazwy głównych ulic, budynków czy sal są często związane z tematyką morską, a u nas nawet nad morzem tak nie jest”.
Czy jednak wydarzenia ostatnich lat – przyjęcie kilku dokumentów o charakterze strategicznym, powstanie ministerstwa gospodarki morskiej (następnie włączonego w struktury resortu transportu, budownictwa i gospodarki morskiej) oraz Międzyresortowego Zespołu ds. Polityki Morskiej RP – nie świadczą o pewnym dowartościowaniu tematyki morskiej?
Zapytam prowokacyjnie: czy jest Pan w stanie podać przykłady planów, które zostały w Polsce w pełni zrealizowane? Jesteśmy perfekcyjni w pisaniu dokumentów, w opracowywaniu raportów, natomiast można zauważyć przewagę ducha romantycznego nad pozytywistycznym. Codzienna, mozolna praca, wytrwałość i konsekwencja – to nasze słabe strony.
Nadal właściwie nie mamy polityki morskiej. Proszę spytać któregokolwiek polityka, jakie akweny mają żywotne znaczenie dla Polski. Powie: Bałtyk. A co z innymi? Czy żywotnego znaczenia dla naszego kraju nie mają Morze Czerwone i cieśnina Bab al-Mandab, przez które przewożona jest ropa naftowa? Czy nie mamy aby interesów w Cieśninach Bałtyckich, a może ważny jest dla nas jedynie Kanał Kiloński? Musimy najpierw odpowiedzieć sobie, które akweny mają dla nas kluczowe znaczenie, a następnie określić, jakie są nasze interesy morskie, i dopiero na tej podstawie można tworzyć politykę i strategię morską.
Brak kompleksowej wizji gospodarki morskiej wynika głównie z mentalności, tj. z braku świadomości, że morze jest Polsce potrzebne. Jeżeli w dokumencie „Narodowy Plan Rozwoju. Wstępny projekt 2007–2013”, który liczy ponad 100 stron, sprawom morskim poświęcono w sumie 10 wersów, a restrukturyzacji rolnictwa ponad 30 stron, to pokazuje, jak postrzegamy tę problematykę. Dlatego potrzebna jest nam praca u podstaw, bo wtedy łatwiej będzie wszystkich, także polityków, przekonać do pewnych działań.
Inna sprawa, że bardzo trudno stworzyć zespół, który by opracował strategię morską. W ramach różnych działów gospodarki morskiej są wspólne, ale i sprzeczne interesy: to, co jest dobre dla ludzi chcących rozwijać turystykę morską, nie zawsze jest zgodne z tym, czego domagają się rybacy, których interesy są z kolei często sprzeczne z oczekiwaniami ekologów; armatorom nie zawsze jest po drodze z przemysłem stoczniowym itd.
Panu szczególnie bliski jest temat bałtyckiego wymiaru bezpieczeństwa państwa.
Ostatnio miał miejsce Strategiczny Przegląd Bezpieczeństwa Narodowego, zorganizowany przez Biuro Bezpieczeństwa Narodowego pod patronatem Prezydenta. Jeśli przeciągniemy linię przechodzącą przez Toruń, to obszar na północ od tej linii był reprezentowany w pracach tego zespołu zaledwie przez dwie osoby: ówczesnego rektora Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie, inspektora Letkiewicza, oraz byłego dowódcę Marynarki Wojennej Pana admirała Łukasika. Czy taki zespół może właściwie postrzegać sprawy morskie? Przecież bezpieczeństwo morskie jest istotnym elementem bezpieczeństwa narodowego – nie tylko militarnego, ale również np. energetycznego. Jak można dyskutować o dywersyfikacji dostaw nośników energii i gazoporcie, jeśli w zespole nie ma nikogo z tamtego rejonu?
Przejdźmy do konkretnych postulatów środowisk morskich.
Trwają bardzo trudne negocjacje dotyczące rejestrowania statków przez polskich armatorów pod polską banderą, co w warunkach globalnej konkurencji jest obecnie nieopłacalne. Jeśli chodzi o przewozy morskie, mamy naprawdę znikomy tranzyt towarów przez porty polskie z państw takich jak Białoruś, Czechy czy Słowacja. Dla naszych południowych sąsiadów o wiele bardziej atrakcyjny jest niemiecki Rostock. Najważniejsza rzeczą, jaką może tutaj zrobić państwo, jest dokonać inwestycji w infrastrukturę transportową, bez której nie da się rozwijać przewozów morskich i portów. Aby dowieźć do portu towary albo je z niego wywieźć, potrzeba dobrych, tanich i nowoczesnych dróg i linii kolejowych. Nie wolno zapominać, że najtańszym środkiem transportu jest żegluga śródlądowa, a wiemy, jak wygląda ona w Polsce, a jak w Niemczech czy w Holandii. Musimy przy tym powiedzieć sobie jasno: Niemcy nie są w tym przypadku naszymi przyjaciółmi, lecz konkurentami. Spory dotyczące toru wodnego Szczecin-Świnoujście, o których niewiele się mówi, służą temu, by maksymalnie osłabić te porty, a wzmocnić pozycję portu Rostock.
Na dodatek środowiska morskie podnoszą zagadnienia związane z budową gazoportu, nowego terminalu kontenerowego w Gdańsku, szeregiem niezbędnych modernizacji w portach i na Wybrzeżu Środkowym, budową marin oraz pewną liberalizacją prawa, np. w zakresie płetwonurkowania. W wielu przypadkach wystarczy jednak zasada z kodeksu Hipokratesa: „po pierwsze nie szkodzić”. Niech politycy nie przeszkadzają gospodarce morskiej i niech będą otwarci na sugestie, bo środowisko związane z morzem wie najlepiej, co jest dla niego dobre i jakie działania należy podjąć.
Co zatem można zrobić dla podźwignięcia z upadku polskiego okrętownictwa – do niedawna ważnego sektora rodzimej gospodarki?
Rozwijajmy produkcję specjalną. Zadzwoniłem kiedyś do biura projektowego Stoczni Gdynia S.A. i spytałem, ile kosztuje kontenerowiec – okazuje się, że koszt nowoczesnej, średniej wielkości jednostki tego typu to około 60 mln dolarów, podczas gdy za najtańszy kuter patrolowy trzeba zapłacić o połowę więcej. Co się zatem bardziej opłaca budować? Jeśli jednak chcemy sprzedawać jakikolwiek sprzęt wojskowy innym państwom, musimy go najpierw mieć na wyposażeniu własnych sił zbrojnych. Gdyby Pan zobaczył, że sąsiad uprawia pomidory, ale sam je warzywa od innych rolników, to czy kupowałby Pan od niego? Skoro nie chce jeść swojego produktu, to znaczy, że jest on słabej jakości.
Zwróćmy uwagę, że Szwecja – państwo prowadzące politykę neutralną – jest jedną z największych potęg w dziedzinie produkcji uzbrojenia: eksportuje okręty, samoloty, wyposażenie, uzbrojenie rakietowe i artyleryjskie itd. Nasz sprzęt wojskowy również jest bardzo dobry, ale wymaga właściwej promocji. Powinniśmy tutaj brać przykład choćby z Rosji, która w swojej strategii morskiej zawarła zapis, że jednym z ważnych zadań sił morskich są wizyty w portach zagranicznych z zadaniem promowania krajowego wyposażenia i sprzętu wojskowego.
Rozwijanie budowy okrętów wymaga jednak pewnych decyzji politycznych. W przypadku większości państw wygląda to następująco: kupuje się licencję i buduje jeden okręt, później stara się opracować własne konstrukcje na swoje potrzeby, wreszcie – uruchamia się produkcję na eksport, zazwyczaj w ramach różnego rodzaju konsorcjów. Tak robimy ze śmigłowcami, więc dlaczego nie mamy tego robić z okrętami? I wcale nie musimy zaczynać z najwyższego pułapu – nie mamy potencjału, żeby budować lotniskowce, ale możemy konstruować dobrej klasy niszczyciele min, jednostki patrolowe, okręty specjalistyczne. Skoro budowaliśmy kontenerowce czy zbiornikowce, to dlaczego nie mielibyśmy budować okrętów wsparcia logistycznego dla innych państw?
Możliwości rozwoju polskiego okrętownictwa są, tylko musimy mieć świadomość, że proces jego odbudowy wymagać będzie czasu i cierpliwości, a także wsparcia ze strony państwa. Wędkarz zanim zacznie łowić ryby, najpierw je zanęca, podkarmia. Tak samo trzeba robić w biznesie: najpierw zanęcanie kosztem mniejszych zysków, by po pewnym czasie stały się one coraz większe. W dziedzinie produkcji uzbrojenia (również budowy okrętów) trwa bezpardonowa walka konkurencyjna, bo toczy się ona o naprawdę olbrzymie pieniądze. Polska również powinna podjąć walkę na tym rynku.
Jak Pan ocenia prężność inicjatyw na rzecz dowartościowania morza i powiązanych z nim gałęzi gospodarki?
Wiodącą w tym zakresie jest Liga Morska i Rzeczna. Oczywiście współczesnej Lidze bardzo daleko do zasięgu oddziaływania przedwojennej Ligi Morskiej i Kolonialnej, która miała ponad milion członków. Co więcej, praktycznie w każdym województwie w zarządzie Ligi był wówczas jakiś generał, wojewoda, minister czy poseł. Ten establishmentpolityczno-wojskowy nie tylko nadawał rangę organizacji, ale również zapewniał realną możliwość skutecznego działania politycznego. Obecnie w Lidze Morskiej i Rzecznej nie działają politycy, a jedynie pasjonaci. Bardzo aktywne są oddziały w Kołobrzegu, ale również w Ulanowie k. Tarnobrzega czy w Wyszogrodzie, skąd pochodzi orkiestra reprezentacyjna organizacji, a także w Bielsku-Białej, Poznaniu czy Łodzi, gdzie jednak zajmują się głównie szeroko pojmowanym wychowaniem wodnym. Ci ludzie, zwykle młodzi, ale też nauczyciele czy emeryci, mają autorytet w swoich środowiskach, natomiast w szerszej skali ich głos nie jest tak znaczący jak kiedyś. Może gdyby do Ligi Morskiej i Rzecznej należało kilku celebrytów, byłoby o niej głośniej? Swoją drogą wiele znanych osób zajmuje się żeglarstwem, jednak my – ludzie, którym leży na sercu Polska morska – nie potrafimy tego wykorzystać.
Zmieniła się także ranga morza w procesie wychowania. Ile jest programów telewizyjnych o tematyce morskiej? Wiele osób z mojego pokolenia wyrosło na programach red. Sienkiewicza, na „Bractwie Żelaznej Szekli”, „Latającym Holendrze”, czasopismach takich jak „Morze” czy książkach z serii „Miniatury Morskie”, które można było dostać w każdym kiosku w Polsce. Obecnie takich czasopism już nie ma, a książki o morzu często są za drogie dla młodego czytelnika. Dni Morza kiedyś były centralnym świętem, którego obchody organizowano w Gdyni albo w różnych innych miejscach w Polsce, a przyjeżdżały na nie najważniejsze osoby w państwie. A teraz? Ile osób wie, kiedy jest Święto Morza?
Natomiast cieszy mnie, że w Radzie Budowy Okrętów – pierwszej w powojennej Polsce organizacji obywatelskiej działającej na rzecz rozwoju polskiej floty wojennej oraz powiązanych z nią sektorów – są nie tylko osoby związane z tą sferą, ale i posłowie. To jeden z nielicznych przykładów, kiedy politycy wszystkich opcji wyrazili gotowość współpracy „ponad podziałami”. Szeroko pojęta gospodarka morska potrzebuje reakcji takiej jak na żaglowcu podczas alarmu do żagli: wszystkie ręce na pokład! Nie czas na szukanie winnych obecnej zapaści, bo to tylko powoduje powstawanie konfliktów. Trzeba powiedzieć: jest taki, a nie inny stan gospodarki morskiej i marynarki wojennej, ale co możemy wspólnie zrobić na rzecz poprawy tej sytuacji? Ocenę przeszłości zostawmy historykom albo przynajmniej przełóżmy ją na czas, kiedy gospodarka morska będzie w o wiele lepszej kondycji; teraz myślmy o tym, co zrobić, żeby naprawić aktualny stan rzeczy. Takie założenie przyświecało powstaniu Rady Budowy Okrętów: dopóki ta organizacja i jej działania będą apolityczne, będzie ona miała rację bytu.
Trzeba koniecznie reaktywować problematykę morską w świadomości ludzi, edukację zaczynając od przedszkola. Niemcy, gdy budowali swoją potęgę morską, zaczynali od tworzenia kół przyjaciół morza i marynarki. Może od tego właśnie trzeba zacząć, od teleturniejów i konkursów dla dzieci, wykładów otwartych dla studentów itd.
Osób skupionych wokół morza wcale nie jest tak mało, tylko każdy zajmuje się wyłącznie swoim obszarem. Są to modelarze, żeglarze, windsurfingowcy, miłośnicy turystyki wodnej, pasjonaci okrętów i historii marynarki itp. Gdyby ich wszystkich zebrać i gdyby politycy uświadomili sobie, że ci ludzie tworzą razem znaczącą grupę, można by wówczas im powiedzieć: skoro nic nie robicie dla morza, to i miłośnicy morza nic dla was nie zrobią w dniu wyborów.
Wydaje się, że zwłaszcza marynarka wojenna to dla przeciętnego Polaka szczególnie trudny do zaakceptowania kierunek publicznych inwestycji: mamy pokój, Bałtyk jest morzem niedużym itd.
Pozwoli Pan, że coś przeczytam: „Przeciętny polski obywatel nie twierdzi już wprawdzie, że nam morze niepotrzebne, ale z chwilą, gdy zaczyna się mówić o marynarce wojennej, przypomina wielce strusia chowającego głowę w piasek. Tych strusi są u nas trzy rodzaje. Struś pierwszy: małe wybrzeże – marynarka niepotrzebna. Struś drugi: nie mamy pieniędzy, marynarka bardzo drogo kosztuje. Struś trzeci: choćby i zbudowali, to nas pobiją, więc wysiłek będzie stracony. Po czym chór śpiewa znany motyw: tyle mamy ważniejszych i pilniejszych spraw: brak nam dróg, szpitali, szkół, fabryk, przytułków, różnych instytucji kulturalnych czy społecznych. I będziemy budować flotę?… Zbrodnia”. To fragment książki Juliana Ginsberta „Prawda morska” z 1934 r. Czy od tego czasu coś się zmieniło w mentalności społeczeństwa polskiego?
Zacznijmy od argumentów natury ekonomicznej. Jak obliczył jeden z moich kolegów, aż 35% kosztów budowy okrętu dla marynarki wojennej wraca do budżetu, m.in. w ramach VAT-u oraz różnych podatków, w tym od pensji pracujących przy nim stoczniowców – nie mówiąc o tym, że gdyby go nie budowali i nie mieliby pracy, trzeba byłoby im wypłacić zasiłki dla bezrobotnych. Poza tym inwestycje w marynarkę procentują w postaci postępu technicznego. Wszelkiego rodzaju batyskafy, skafandry do nurkowania czy kamizelki ratunkowe, podobnie jak radary, GPS i sprzęt łączności, będące obecnie standardowym wyposażeniem statków i jachtów – to wszystko miało swój początek w marynarce wojennej i służyło najpierw celom militarnym, a dopiero później znalazło zastosowania cywilne.
Oczywiście nieszczęściem marynarki jest to, że okręty dużo kosztują. Co więcej, aby jednostka określonego typu mogła prowadzić działania operacyjne, trzeba mieć wielokrotność trzech okrętów, ponieważ z każdej trójki tylko jeden okręt może prowadzić działania, bo dwa pozostałe np. przygotowują się do rejsu lub kończą wykonywanie zadania. I nagle okazuje się, że potrzebne są olbrzymie pieniądze. Zapomina się jednak o tym, że eksploatacja okrętu trwa ok. 30 lat – rozkładając koszty na tak długi okres, zobaczymy, że nie są one aż tak wielkie. Przede wszystkim należy jednak odwrócić pytanie: ile kosztuje nieposiadanie dobrze rozwiniętej marynarki wojennej? Większość osób jest zdziwionych, słysząc, że wiele państw śródlądowych również posiada swoją flotę. Aż 35 państw członkowskich Międzynarodowej Organizacji Dna Morskiego nie ma dostępu do morza, a Czechy i Słowacja są na jej forum o wiele bardziej aktywne niż Polska. Dlaczego? Bo mają świadomość potencjalnych zysków. Pamiętajmy, że większość obszarów na lądzie została już podzielona, podczas gdy na morzu – nie. Gdy zacznie się rywalizacja o ten „tort”, którym są akweny morskie i ich zasoby, ożywione i nieożywione, to kto będzie miał głos decydujący? Proszę zwrócić uwagę, ile pieniędzy wydała Rosja, nagłaśniając swoje roszczenia do obszarów Północy, swoją drogą zrobiła to bardzo sprawnie. Kurczą się zasoby surowców na lądzie, natomiast morze ma ich bardzo dużo i coraz częstsze będą spory o obszary morskie, które będzie można eksploatować dopiero za kilkadziesiąt albo więcej lat. Czy silna marynarka wojenna nie będzie wówczas istotnym argumentem w takich sporach?
Idźmy dalej. Wszyscy politycy mówią o konieczności dywersyfikacji dostaw nośników energii. Kto zagwarantuje bezpieczeństwo gazowcom, kiedy już wybudujemy gazoport? Inne pytanie powinno brzmieć następująco: czym będzie przewożona ropa naftowa przez Morze Czarne, gdy zostanie ukończony rurociąg Odessa – Brody, a także kto będzie zapewniał ochronę tych przewozów po wodach Morza Czarnego? Rosjanie? Co zrobi Polska, jeśli z powodu różnego rodzaju zagrożeń w rejonach Zatoki Perskiej czy Gwinejskiej konieczne będzie zapewnienie ochrony jednostek przewożących ropę naftową lub gaz ziemny również do Polski – gdy będziemy musieli wysłać tam okręty dla zabezpieczenia dostaw, a polska marynarka wojenna nie będzie posiadała okrętów zdolnych do wykonania takiego zadania? Wówczas najprawdopodobniej będziemy musieli zapłacić państwom, które będą to robiły za nas.
Musimy być świadomi, że jeśli zmniejszamy potencjał naszej marynarki wojennej, wycofując okręty i nie wprowadzając na ich miejsce nowych jednostek, to natychmiast muszą za tym iść dwa pytania: których zadań ma nie realizować marynarka wojenna oraz na których akwenach ich nie będziemy realizować? Bo nie da się obniżać potencjału marynarki wojennej, pozostawiając bez zmian zakres zadań i ich geograficzny zasięg. Gdy ktoś dobrowolnie wyzbywa się jednego z instrumentów realizacji polityki państwa, w nieunikniony sposób staje się uboższy, mniej elastyczny, ma mniejszą siłę oddziaływania.
A jakie jest czysto militarne uzasadnienie dla zwiększania inwestycji w rozwój marynarki wojennej?
Jak zareagowaliby Polacy, gdyby prezydent, premier czy minister obrony narodowej oświadczyli, że nasza armia jest w stanie zapewnić bezpieczeństwo, integralność i suwerenność obszaru Polski za wyjątkiem województwa świętokrzyskiego? Otóż wody terytorialne to taka sama integralna część Polski jak województwo świętokrzyskie, a ich powierzchnia jest nawet ciut większa od tego województwa. Tymczasem kiedy mówimy o bezpieczeństwie, o suwerenności, to bardzo często zapominamy o obszarach morskich.
Można również podać inne porównanie. Czy jest nam wygodnie, siedząc się na krześle, które ma jedną nogę za krótką? Czy wolno w takim razie doprowadzić do sytuacji, że mamy trzy rodzaje sił zbrojnych, które dysponują adekwatnym do potrzeb potencjałem, oraz jeden, który jest rażąco niedoinwestowany? Nie da się pewnych rzeczy zrobić bez udziału sił marynarki wojennej, której rola we współczesnych konfliktach systematycznie wzrasta. Choćby dlatego, że w odróżnieniu od wojsk lądowych marynarka wojenna ma swobodę manewru – nie potrzebuje zgody, aby się poruszać poza wodami terytorialnymi. Jeśli krążownik obcego państwa będzie stał 12,5 mili od wybrzeży Polski, nic nie możemy zrobić, gdyż nie będzie naruszał żadnych przepisów międzynarodowych. A jeśli zechce wejść do Gdyni bez naszej zgody, wystarczy mu pół godziny, albo jeśli zagrozi nam ostrzałem rakietowym – jak na to zareagujemy, nie mając dobrze rozwiniętej własnej floty?
Kiedy rozpoczyna się konflikt na morzu, to nawet jeśli dane państwo należy do paktu militarnego, to i tak wsparcie nie przyjdzie od razu. Jeśli w tym czasie przeciwnik zdobędzie panowanie na morzu, to żaden kraj nie przyśle swoich okrętów na taki akwen. Każde państwo powinno mieć zatem taką marynarkę, która uniemożliwi potencjalnym agresorom uzyskanie panowania na morzu przez czas niezbędny dla uzyskania wsparcia od sojuszników. Dążąc do tego celu, nie powinniśmy myśleć wyłącznie o Bałtyku.
Pamiętajmy, że Bałtyk jest praktycznie morzem wewnętrznym Unii Europejskiej, a leżące nad nim państwa – nie licząc Rosji, Finlandii i Szwecji – należą również do NATO. Kiedy okaże się, że potrzebne jest działanie na akwenach morskich, w ramach art. 5 Paktu Północnoatlantyckiego, to jakie siły, jako członkowie Paktu, zaangażujemy?
I jeszcze jedno. Jeśli chcemy, żeby nasz głos się liczył, musimy brać czynny udział w różnych operacjach, np. w ramach Paktu Północnoatlantyckiego. Pamiętajmy, że operacje lądowe zawsze będą generowały niebezpieczeństwo utraty życia przez naszych żołnierzy, tymczasem udział w operacjach morskich nie wiąże się z takim ryzykiem. Wobec tego wiele państw woli wysyłać okręty, wiedząc, że dzięki temu prawdopodobieństwo utraty życia przez ich obywateli w ramach operacji morskiej jest znacznie mniejsze.
Od prawie 10 lat nasz kraj jest członkiem Unii Europejskiej. Jakie z tego wynikają konsekwencje dla istniejących i potencjalnych sposobów gospodarczego wykorzystania Bałtyku i jego wybrzeża?
Unijny – mówiąc brzydko – bat nad nami ma ten pozytywny efekt, że wymusza stosowanie się do pewnych standardów. Wymóg, by każde państwo wytwarzało określoną część energii ze źródeł odnawialnych stał się impulsem do rozwoju elektrowni wiatrowych, również na Wybrzeżu oraz bezpośrednio na Bałtyku. Ponadto wiele naszych plaż może być wykorzystywanych turystycznie tylko dzięki działaniom wymuszającym ze strony Brukseli. Korzystna jest też możliwość wspólnego działania w ramach różnych organizacji, jak np. European Sea Ports Organisation, skupiająca porty krajów UE.
Ale, jak to mówią, każdy kij ma dwa końce. Sytuacja gospodarki morskiej po naszym wstąpieniu do Unii jest analogiczna do sytuacji rolnictwa. Oczywiście, są dopłaty, dzięki którym można np. nawet w małych miejscowościach nadmorskich stworzyć coś atrakcyjnego turystycznie, ale również pewne ograniczenia, limity (np. w rybołówstwie) i zwiększone wymagania. Żaden przepis nie daje gotowych rozwiązań, jedynie stwarza możliwości i ograniczenia. To od nas zależy, jak się w nich odnajdziemy i jakie wyciągniemy z nich korzyści.
Morze Bałtyckie jest jedynym akwenem, dla którego UE przygotowała osobną strategię. Jednocześnie nadal nie ma ona wspólnej polityki morskiej, gdyż w sferze gospodarki morskiej istnieje wiele sprzecznych interesów państw członkowskich. Dlatego musimy pamiętać, że dokumenty tworzone dla całej Unii nie zawsze muszą być korzystne dla Polski – i my musimy walczyć o nasze interesy. Aby było to możliwe, musimy je najpierw zrozumieć.
Dziękuję za rozmowę.
Gdynia, 21 kwietnia 2013 r.
przez Michał Sobczyk | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
Mądra filantropia nie tylko zaspokaja najbardziej podstawowe potrzeby osób w trudnej sytuacji, ale także uruchamia cały łańcuch pozytywnych i trwałych efektów, również w ich otoczeniu.
Najbardziej oczywistą formą wsparcia dla cierpiących niedostatek jest pomoc materialna. Niestety miewa ona szereg negatywnych „skutków ubocznych”. Bardzo często stygmatyzuje obdarowanych lub na inne sposoby narusza ich poczucie własnej wartości. Nie jest też wyłącznie liberalną propagandą twierdzenie, że długoterminowe ustawianie ubogich w roli biernych odbiorców pieniędzy czy żywności może utrwalać ich marginalizację. Wreszcie, z pomocą potrzebującym wiąże się ryzyko wykorzystywania jej niezgodnie z przeznaczeniem, czego sztandarowym przykładem są świadczenia na rzecz rodzin, w których dorośli nadużywają alkoholu. Próby ograniczania tego rodzaju zjawisk, nawet jeśli skuteczne, łączą się z upokarzającymi procedurami, wprowadzają atmosferę podejrzliwości i utrwalają negatywne stereotypy. Można to wszystko zrobić inaczej.
Ja Tobie
Sklep socjalny Fundacji „Jeden Drugiemu”, prowadzony w stolicy w porozumieniu z Ośrodkiem Pomocy Społecznej Dzielnicy Wola, stanowi innowacyjną na polskim gruncie formę wspierania osób w trudnej sytuacji, pozwalającą uniknąć wspomnianych zagrożeń. Co więcej, tworzy on przestrzeń dla innych rodzajów pomocy, takich jak wsparcie psychologiczne czy kształtowanie właściwych nawyków. Organizacja deklaruje, że celem jest nie tylko zabezpieczanie potrzeb materialnych, ale także okazywanie troski, dawanie nadziei na zmianę, dążenie do polepszania samooceny oraz aktywizowanie do intensywnego życia w społeczeństwie, a w odniesieniu do otoczenia osób wykluczonych – propagowanie szeroko rozumianej empatii.
Idea jest zaskakująco prosta. Do kupowania w placówce uprawnieni są ci, którzy w ocenie OPS-u szczególnie zasługują na pomoc. – Przekierowujemy do Fundacji osoby, które wspólnie z pracownikiem socjalnym wykonały bardzo dużą pracę, żeby poprawić swoją sytuację w różnych obszarach życia, ale mimo to nadal mają zbyt mało środków na zaspokojenie elementarnych potrzeb – mówi Bogusława Biedrzycka, dyrektor Ośrodka. Osoby te – samotni rodzice czy schorowani seniorzy – mogą dokonywać w sklepie dowolnych zakupów. Jedynym warunkiem jest nieprzekraczanie limitów przypisanych do imiennej karty – wynoszą one 200–400 zł miesięcznie w zależności od wielkości gospodarstwa domowego, 100 zł tygodniowo oraz 50 zł dziennie; istnieją ponadto ograniczenia ilościowe dla poszczególnych kategorii asortymentu. Zakupione towary muszą być wykorzystane na własny użytek. Socjalny wymiar sklepu przejawia się w tym, że ceny podstawowych produktów spożywczych i przemysłowych (środki czystości, artykuły dla niemowląt, pomoce szkolne itd.) są w nim co najmniej o połowę niższe od rynkowych. Jego klienci, których obecnie jest ok. 200, mają zatem możliwość pełniejszego zaspokojenia potrzeb w ramach swoich skromnych budżetów.
To, że fundacja nie rozdaje towarów, lecz umożliwia ich samodzielne nabywanie w oparciu o posiadane środki i autonomiczny wybór priorytetów, jest głęboko przemyślaną strategią. Taki system pozwala bowiem na udzielanie wymiernej pomocy w sposób, który nie narusza, lecz wzmacnia poczucie własnej wartości u jej adresatów. Z tego samego powodu oferta placówki uwzględnia produkty renomowanych marek. Odróżnia ją to od unijnego wsparcia żywnościowego dla najuboższych, mającego postać „anonimowych” towarów, których opakowania eksponują za to ich socjalny charakter.
Co więcej, formuła sklepu – zamiast punktu odbioru pomocy – wzmacnia kompetencje korzystających w zakresie racjonalnego gospodarowania domowymi finansami. – Dzięki temu zwiększa się ich szansa na usamodzielnienie – przekonuje dyr. Biedrzycka. Dodaje, że z punktu widzenia celów pomocy społecznej zaletą systemu „kart stałego klienta” jest także możliwość dyskretnego wglądu w nawyki poszczególnych osób. – Nasi podopieczni niestety najczęściej nie mają dobrych wzorców, w związku z czym edukacja np. w obszarze zdrowego odżywiania się jest w ich przypadku bardzo ważna. Kiedy dowiemy się od Fundacji, że osoba mająca otyłe dzieci regularnie kupuje kiełbasy, a nie np. jogurty – tworzy się przestrzeń do rozmowy.
O modelowym charakterze warszawskiej inicjatywy decyduje także to, że aktywizuje ona lokalną społeczność. Daleko idąca obniżka cen oraz prowadzenie dodatkowych działań są możliwe dzięki współpracy z licznymi firmami, które przekazują towary, oferują rabaty, wpłacają darowizny czy świadczą bezpłatne usługi (m.in. agencja kreatywna wspierająca pozyskiwanie środków, kancelaria adwokacka). – Naszych stałych partnerów zainteresowały przede wszystkim innowacyjność przedsięwzięcia oraz jego profesjonalizm, na który składa się m.in. to, że mogą mieć swoją pomoc pod kontrolą, na każde życzenie otrzymać dane na temat jej wykorzystania. To ich utwierdziło w przekonaniu, że warto spróbować, mimo że projekt tak naprawdę był pilotażowy – nikt wcześniej czegoś podobnego w naszym kraju nie robił – ocenia Dorota Zalewska, prezes Fundacji „Jeden Drugiemu”. Dodaje jednocześnie, że w ostatnich miesiącach, w obliczu spowolnienia gospodarczego, nowe firmy przestały się włączać w program.
Z kolei obsługę placówki zapewniają wolontariusze. Dzięki nim klienci mogą liczyć nie tylko na korzystne ceny, ale także na zainteresowanie i życzliwość, co jest szczególnie istotne dla mieszkających samotnie. – Bardzo często jesteśmy pierwszymi osobami, które dowiadują się od nich o niektórych sprawach, zarówno dobrych, jak i złych – mówi Łukasz Drzewiecki. – Tu jest inaczej niż w zwykłym sklepie. Tutaj ludzie przychodzą, żeby z nami porozmawiać, pożartować czy się wyżalić. Możemy ich wysłuchać, a jeśli ktoś ma problem – doradzić czy załatwić za niego jakąś sprawę. Wiedzą, że mogą w każdej chwili do mnie zadzwonić. Oni są zadowoleni i my jesteśmy zadowoleni, że możemy im pomóc. Pomoc to fajna rzecz – zapewnia Regina Kunicka. – Dzięki wolontariatowi odzyskujemy to, co tracimy na co dzień, w atmosferze powszechnej pogoni za pieniędzmi – przekonuje Drzewiecki. A Dorota Zalewska dodaje, że w gronie wolontariuszy znajdują się również emeryci czy samotni rodzice, którzy są w stanie zaoferować odpowiednim grupom szczególnie dużo zrozumienia i wsparcia.
Wśród wspomagających fundację są także jej byli i obecni podopieczni. – Dwie takie osoby są naszymi stałymi wolontariuszami, obsługującymi sklep. Bardzo często ludzie zgłaszają się z konkretną ofertą pomocy, np. umycia okien w siedzibie fundacji. Jeden pan z zawodu jest stolarzem i naprawia nam wszystkie meble. Kiedy się patrzy, w jaki sposób nasi podopieczni chcą się odwdzięczyć, to aż serce rośnie – mówi pani prezes.
Model sklepu socjalnego daje gwarancję, że wsparcie trafia do właściwych osób i odpowiada na ich najpilniejsze potrzeby. – Skierowania wydajemy na kwartał albo maksymalnie na pół roku i po tym okresie poddajemy je analizie, gdyż liczba osób, które mogą skorzystać z pomocy, jest ograniczona. Kierujemy się różnymi kryteriami. Jeżeli ktoś, dajmy na to, robił nieduże zakupy raz w miesiącu, a więc jego korzyść była niewielka, wtedy nie przedłużamy mu skierowania, tylko dajemy je np. rodzinie z czwórką dzieci, która bardziej go potrzebuje – wyjaśnia Bogusława Biedrzycka. Te i inne zalety sklepu sprawiają, że jego fundatorzy – pochodzący z Austrii właściciel firmy budującej nowoczesne oczyszczalnie ścieków oraz jego pracownicy – przekonują innych przedsiębiorców z całej Polski, by poszli w ich ślady. – Pomysł się podoba i budzi zainteresowanie, ale nie znaleźliśmy jeszcze nikogo, kto podjąłby się powielenia naszego modelu, wiążącego się z ciężką pracą, odpowiedzialnością i kosztami. Są prowadzone rozmowy na ten temat, ale toczą się w bardzo powolnym tempie – przyznaje pani Dorota, która przed poświęceniem się działalności filantropijnej sama pracowała w dużym biznesie. Dodaje, że choć jej zdaniem najlepsze byłoby zaszczepienie wspomnianej idei wśród właścicieli firm, do fundacji zgłasza się bardzo dużo organizacji pozarządowych, które chcą z jej pomocą założyć podobną placówkę. – Nie chciałabym zapeszać, ale myślę, że do końca roku na północy Polski powstanie drugi sklep socjalny – zdradza. Punktem odniesienia pozostaje Austria, w której sieć SMW ma ponad 4000 zarejestrowanych klientów.
Animatorzy przedsięwzięcia dążą jednocześnie do tego, by docelowo „sprzedaż socjalna” z wykorzystaniem imiennych kart odbywała się nie w specjalnych placówkach, ale za pośrednictwem istniejących sklepów osiedlowych. Dzięki temu status odbiorcy pomocy byłby dla podopiecznych fundacji jeszcze mniej odczuwalny.
Talerz pełen dobra
Lubelskie Bractwo Miłosierdzia im. św. Brata Alberta ponad 20 lat wspiera bezdomnych i ubogich. Prowadzi m.in. schronisko, noclegownię i Ośrodek Aktywizacji Społecznej i Zawodowej oraz wydaje bezpłatne posiłki. Od pewnego czasu jednym ze źródeł finansowania tej misji jest działalność gospodarcza, tworząca jednocześnie miejsca pracy dla osób wykluczanych z rynku zatrudnienia.
Założone przez Bractwo Przedsiębiorstwo Społeczne „ProBono” prowadzi w jego dawnym biurze Bar Mieszczański. Lokal, położony w centrum miasta, oferuje obiady domowe, wyroby garmażeryjne oraz catering. Wypracowane dochody zasilają budżet jadłodajni dla potrzebujących, z której codziennie korzysta ok. 300 osób.
„ProBono” postawiło na niezawodny model biznesowy. Potrawy serwowane w „Mieszczańskim” są tanie, a jednocześnie smaczne i świeże, bo przygotowywane na bieżąco na miejscu. Warto wspomnieć, że wykwalifikowana kadra Bractwa w minionych latach zdobyła nagrody w konkursie Wojewódzki Lider Smaku za roladę z pstrąga oraz pierogi wiejskie z kaszą i miętą.
Społeczny wymiar baru, w tym obsługiwanie go przez osoby „po przejściach” – odstraszające klientów będących pod wpływem negatywnych stereotypów – dla wielu stanowi dodatkowy powód, by stołować się właśnie w tym miejscu. – Klienci otrzymują informację, że korzystając z naszych usług wspierają podopiecznych stowarzyszenia i wiem, że to dla nich ważne. Jedna osoba powiedziała mi nawet, że specjalnie przyjeżdża tu z drugiego końca miasta. Wśród naszych stałych klientów są studenci, ale także radni czy przewodniczący sądu rejonowego. Pełen przekrój społeczny – mówi Wojciech Bylicki, prezes Bractwa. Podkreśla, że chciałby, aby „Mieszczański” postrzegano nie jako zwykłą firmę, lecz miejsce praktykowania dobroczynności.
Z jego opowieści wyłania się obraz mądrze i stale rozwijanego przedsięwzięcia. – Zaczęliśmy od rozdawania bezpłatnych posiłków, do czego początkowo angażowaliśmy wolontariuszy. Następnie uruchomiliśmy staże dla kucharzy, w tym także dla naszych podopiecznych. Często najpierw ktoś przychodził do nas po darmową zupę, a potem pytał, czy może jakoś pomóc. Organizowaliśmy więc np. prace społecznie użyteczne na terenie kuchni. Później utworzyliśmy Klub Integracji Społecznej z dwiema grupami: kulinarną i porządkową. Mieliśmy stażystów np. z Centrum Integracji Społecznej, z których trójka teraz u nas pracuje. Ważny etap stanowiła wygrana przetargu ogłoszonego przez Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie, a następnie na przejęcie prowadzenia stołówki akademickiej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego – w tym drugim przypadku o sukcesie zadecydowała deklaracja zatrudnienia dotychczasowych pracowników placówki. Łącznie działalność gastronomiczna Bractwa daje obecnie zajęcie ponad 30 osobom, a kolejne uzyskały nowe kompetencje, dzięki regularnie organizowanym praktycznym szkoleniom zawodowym.
Historia pani Bożeny pozwala lepiej zrozumieć, ile dodatkowych korzyści społecznych potrafi przynieść decyzja o ekonomizacji prowadzonych działań charytatywnych. – Przez 25 lat pracowałam w przychodni, po czym wraz z 450 innymi osobami straciłam zatrudnienie, gdy publiczne placówki były likwidowane. Przez pół roku byłam na zasiłku, potem pracowałam na czarno. Spędziłam 9 miesięcy na kontrakcie we Włoszech, ale gdy po powrocie znów szukałam zajęcia w kraju, wszędzie słyszałam, że jestem za stara – opowiada. Później była praca w hurtowni, podczas której wydarzył się wypadek, a po nim – całkowite załamanie. Pani Bożena całe życie była niezależna, dlatego źle znosiła bezrobocie. – Mówiłam wręcz mężowi, że muszę iść do ludzi, bo czuję, że mchem zarastam. No i najpierw poszłam na półroczny staż, przez 2 lata pracowałam w kuchni przy noclegowni jako wolontariuszka, aż wreszcie dostałam etat w barze otwartym przez Bractwo. I teraz czuję się fantastycznie.
Wojciech Bylicki podkreśla, że choć szefowa kuchni stawia wysokie wymagania, jeśli chodzi o jakość potraw, jedyne kryterium wstępne dla szukających zajęcia stanowi tak naprawdę chęć do pracy. – Mamy np. osobę niepełnosprawną, która nie jest w stanie wykonywać pięciu czynności naraz, ale robi świetne sałatki i się w tym odnajduje. Przyjęliśmy też na praktyki podopieczną CIS, która miała kuratora sądowego i była alkoholiczką. Bardzo jej zależało, więc daliśmy jej szansę. Jest u nas już dwa lata i niesamowicie odżyła, opiekuje się czworgiem swoich dzieci itd.
Prezes stowarzyszenia zwraca uwagę, że obecnie wiele firm za środki publiczne organizuje szkolenia, po których uczestnicy nie znajdują zatrudnienia, a szkolący nie biorą za nich odpowiedzialności. – Osoby wykluczone często przechodzą z projektu do projektu i ze szkolenia na szkolenie, a nadal nie mają pracy. Chcieliśmy uniknąć takiej sytuacji. Dlatego najpierw dawaliśmy pomoc materialną (jedzenie, ubranie), potem zachęcaliśmy do udziału w szkoleniach i wreszcie – tworzyliśmy miejsca pracy. Bo np. bezdomnym trudno jest znaleźć zajęcie na otwartym rynku nawet wtedy, gdy mają konkretne kwalifikacje. Przy czym oczywiście kiedy ktoś po pewnym czasie chce spróbować podjąć zatrudnienie gdzie indziej, wówczas to robi. Dla niektórych praca u nas stanowi po prostu start zawodowy w komfortowych warunkach.
Lubelscy filantropi-przedsiębiorcy nie zwalniają tempa. Jakiś czas temu przy Bractwie zawiązała się Spółdzielnia Socjalna „Inicjatywa”, zajmująca się pracami remontowo-budowlanymi, a działalność na tę branżę ma zamiar rozszerzyć także „ProBono”. Bylicki tłumaczy, że tworzenie miejsc pracy idealnie wpisuje się w misję stowarzyszenia, którą jest przywracanie ludzkiej godności – a to najlepiej robić, wspomagając bliźnich w uzyskaniu samodzielności.
Trening nowego życia
Ambitne i nowoczesne organizacje dobroczynne mają bezdomnym do zaoferowania znacznie więcej niż tylko ciepły kąt w noclegowni czy schronisku. Dobrym przykładem jest Caritas Archidiecezji Warszawskiej i jego program mieszkań treningowych dla osób zaawansowanych na drodze wychodzenia z bezdomności.
Rekrutacja do programu, który realizowany jest od ponad 10 lat, odbywa się przede wszystkim wśród mieszkańców Ośrodka Charytatywnego „Tylko z Darów Miłosierdzia” przy ul. Żytniej w stolicy. Jak tłumaczy kierownik ośrodka Mariusz Olszak, warunki ubiegania się o jeden z 20 samodzielnych pokoi to: osiąganie dochodów z pracy przez minimum 6 ostatnich miesięcy (względnie prawo do renty), figurowanie na liście oczekujących na lokal socjalny lub komunalny, podpisanie indywidualnego programu wychodzenia z bezdomności, a w przypadku osób uzależnionych – także utrzymywanie trzeźwości oraz udział w terapii. Pani Ewa tak podsumowuje kryteria, które musiała spełnić: Trzeba pracować i trzeba pracować nad sobą, czyli odbywać spotkania z psychologami, robić jakieś kursy… Po prostu coś ze sobą robić. Mariusz Olszak wyjaśnia: To jest pomoc kierowana do osób na ostatnim etapie radzenia sobie z kłopotami. Do noclegowni trafiają bezdomni, którzy nie są jeszcze gotowi na kompleksową pomoc, na to, żeby powiedzieć całą prawdę o swoich kłopotach i uzależnieniach. Tutaj trzeba wyłożyć wszystkie karty na stół, opowiedzieć pracownikowi socjalnemu, terapeucie i psychologowi, z czym się przybywa. Dlatego trafiają do nas osoby nie z noclegowni, ale ze schronisk, gdzie mieszkały wiele miesięcy albo nawet kilka lat, chcące się usamodzielniać i mające perspektywy na przydzielenie lokalu socjalnego.
O ile w noclegowni bezdomny ma jedynie możliwość przenocowania od godz. 22.00 do 6.00, a do kontaktu tylko pracownika socjalnego, pomoc w mieszkaniach treningowych ma wszechstronny charakter. – Uczestnicy programu są objęci stałą opieką pracownika socjalnego, psychologa, terapeuty uzależnień oraz prawnika. Pomagamy im rozwiązywać podstawowe problemy, np. w kontaktach z rodziną i instytucjami, takimi jak ośrodek pomocy społecznej czy wydział zasobów lokalowych. Staramy się nie wyręczać ich w niczym, ponieważ uczymy samodzielności – podkreśla Olszak. Prawnik podpowiada w kwestiach związanych z prawem rodzinnym czy prawem pracy, ale także radzi, jak rozłożyć na raty długi komornicze. Pracownik socjalny przybliża wiedzę na temat form pomocy dostępnych po uzyskaniu lokalu od miasta, takich jak zasiłki celowe na zakup pralki czy lodówki, dodatki mieszkaniowe itp. Doradca zawodowy pomaga zaplanować poszukiwanie lub zmianę zajęcia oraz pisać CV i listy motywacyjne. Indywidualne spotkania z psychologiem pozwalają zdobyć umiejętności w sferze poprawnej komunikacji, asertywności, motywacji i radzenia sobie ze stresem, ale także zarządzania czasem wolnym i korzystania z dostępnej oferty kulturalnej.
Program obejmuje ponadto mniej oczywiste elementy. – Specjalista ds. budżetu domowego ostrzega przed korzystaniem z tzw. szybkich pożyczek, przez które można się zadłużyć. Uczy planowania wydatków i tego, że nawet z niewielkiego dochodu można coś odłożyć na upragnione cele, którymi mogą być nowe meble czy wycieczka – wyjaśnia kierownik ośrodka. Lokatorzy mieszkań treningowych – zdani na samych siebie w zakresie przygotowywania posiłków – przechodzą także kurs gotowania. – Osoby bezdomne, które funkcjonują w schroniskach przez rok, dwa lub dłużej, mając zapewnione wyżywienie, tracą podstawowe umiejętności kulinarne. Uczymy je, jak można przyrządzać niedrogie, a jednocześnie zdrowe dania. Wreszcie, w ramach programu organizowane są zajęcia integracyjne w postaci aktywnego spędzania czasu poza ośrodkiem. Są to m.in. wizyty w teatrze, imprezy plenerowe czy wycieczki (np. do Wilanowa czy Żelazowej Woli).
Całość przedsięwzięcia dobrze trafia w potrzeby usamodzielniających się bezdomnych. – Pierwsza rzecz: jestem sama w pokoju; to dla mnie bardzo ważne. Mam telewizor, mamy kuchnię, lodówkę, prysznice – wszystko, co potrzebne w normalnym mieszkaniu. Jesteśmy jakby na swoim, mimo że w ośrodku i pod kontrolą, i w ten sposób uczymy się życia na zewnątrz, np. jak gospodarować pieniędzmi, żeby nam wystarczyło od pierwszego do pierwszego. Pani socjalna, która się nami opiekuje, przychodzi dość często i pyta o nasze potrzeby, ale też sami możemy się zgłaszać ze swoimi problemami. Mamy się do kogo zwrócić, jest np. psycholog, z którym można porozmawiać, jeśli ma się „doła” – wylicza p. Ewa. Zadowoleni są także pracownicy Caritasu, gdyż jedynie 5–10% uczestników programu trafia z mieszkania socjalnego ponownie do schroniska – przeważnie z powodu powrotu do nałogu, którym zwykle jest alkohol lub hazard.
Satysfakcję z dobrej roboty psują niestety samorządowe realia: na lokal socjalny czeka się w stolicy 2–3 lata (pani Ewa wyczekuje na niego w mieszkaniu treningowym już drugi rok). Nie zawsze dobrze układają się relacje z instytucjami publicznymi. – W niektórych dzielnicach współpraca między naszym programem i całym Caritasem a wydziałami zasobów lokalowych jest dobra, w innych – zła. Przykładowo są wydziały, które nie odpisują na składane wnioski – mówi Olszak. Dodaje, że aktualnie organizacja ubiega się o dodatkowe środki na pomoc psychologiczną i pracę socjalną z osobami, które już otrzymały mieszkania: Tak naprawdę powinien to robić Ośrodek Pomocy Społecznej, który ma takie zadania w celach statutowych. Niestety rzadko spotykam się z sytuacją, aby pracownik OPS docierał do takich osób. Robi to zazwyczaj dopiero wtedy, gdy są zadłużone i czekają na eksmisję, a wówczas jest już za późno.
Publiczny system pomocy potrzebującym mógłby się od prawdziwych społeczników wiele nauczyć.
przez Michał Sobczyk | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
„Model nordycki” często sprowadzany jest do tamtejszej wersji państwa opiekuńczego. Tymczasem w książce „Szlak Norden. Modernizacja po skandynawsku” pokazuje Pan, że ma on szerszy zasięg i obejmuje także inne wymiary polityki publicznej, a ponadto np. stosunki pracy. Jakie wspólne cechy wysoko rozwiniętych państw północnej Europy określają zatem model nordycki?
Włodzimierz Anioł: Użył Pan terminu „model”, który jest zresztą często stosowany w tym i podobnych kontekstach, ale ja za tym pojęciem, mówiąc szczerze, nie przepadam. Po pierwsze dlatego, że zakłada ono pewną statyczność, niezmienność określonych rozwiązań. Po drugie dlatego, że sugeruje ono, iż kraje te mogą stać się całościowym wzorem, swoistym prototypem możliwym do wiernego odtworzenia gdzie indziej, w całkiem innych warunkach lokalnych.
Wolę mówić o drodze, ścieżce rozwoju, szlaku – stąd też tytuł mojej książki. Droga, jak to droga, zazwyczaj zmienia się – jest czasem równa, czasem wyboista, prowadzi niekiedy pod górkę, czasem w dół. Bywa, że wije się, krzyżuje z innymi traktami albo biegnie jakiś czas równolegle do nich; tak czy inaczej zachowuje pewną swoistość. Ma swój historyczny początek, ale i otwartą przyszłość.
Kiedyś, zgodnie z modnymi po II wojnie światowej teoriami modernizacji, wierzono na ogół, że rozwój społeczeństw i państw ma charakter jednoliniowy i konwergentny, tzn. wszyscy poruszają się mniej więcej w tym samym kierunku, choć w różnym tempie, ale dystans między nimi powoli się zmniejsza. Czyli odmienności ustępują stopniowo miejsca podobieństwom. Dziś zdecydowanie przeważa pogląd, że rozwój jest raczej wieloliniowy i dywergentny, a więc panuje tu bardzo duża – zdaniem wielu nawet narastająca – różnorodność.
Co się tyczy „modelu nordyckiego”, czyli specyficznego dla pięciu państw nordyckich – Danii, Finlandii, Islandii, Norwegii i Szwecji – to od lat 60. ubiegłego stulecia, to znaczy od czasu, kiedy wyrażenie to pojawiło się w rozważaniach akademickich, różni autorzy w rozmaity sposób określali dotąd jego specyfikę, eksponując te czy inne atrybuty nordyckiej filozofii czy strategii rozwoju. Nie chodzi tu tylko o wąsko rozumiane państwo opiekuńcze, ale także o inne aspekty, bo mówi się i pisze również np. o nordyckim modelu demokracji, społeczeństwa, zarządzania korporacjami albo o skandynawskim modelu dyplomacji pokojowej czy zagranicznej pomocy humanitarnej itp.
Nie wchodząc w detale i multum rozmaitych interpretacji, pozwolę sobie ująć najbardziej dziś charakterystyczne cechy nordyckiego paradygmatu rozwojowego w lapidarnej formule „7 × E-ROZWÓJ”:
- Egalitarne społeczeństwo.
- Empowering lub enabling welfare state. To takie państwo opiekuńcze – zwane też państwem dobrobytu czy socjalnym – które wspomaga, otwiera, usamodzielnia, uwalnia ukryty potencjał, ułatwia realizację ludzkich aspiracji, wyposaża ludzi w nowe umiejętności i możliwości, mówiąc potocznie – daje im „power”.
- Edukacja.
- Efektywna praca.
- E-gospodarka.
- Ekologia i energia odnawialna.
- Etyczna polityka zagraniczna, inaczej: empatyczne zaangażowanie i aktywność międzynarodowa.
Ów zestaw cech i właściwości to według mnie bardziej busola niż kanoniczny model. W większym stopniu wartości i zasady niż dalekosiężny, wyidealizowany cel. Raczej sposób podejścia i metoda, modus operandi i zespół dyrektyw aniżeli jakiś genialny schemat czy plan, jakaś nienaruszalna konstrukcja.
W tym też sensie określam w książce tę formułę rozwojową mianem Konsensusu Nordyckiego, bo chodzi tu przede wszystkim o pewien wspólny mianownik, o generalne priorytety, o wspólną ogólniejszą orientację, o kierunkowe wytyczne do działania i rekomendacje.
Polityka społeczna krajów takich jak Szwecja czy Norwegia kojarzy się wielu Polakom głównie z wysokimi zasiłkami.
Sieć zabezpieczenia społecznego to tylko jeden z wymiarów nordyckiej polityki społecznej; bardzo ważny, ale daleko nie jedyny. Sieć ta odgrywa rolę ochronną, niekiedy wręcz ratunkową, gdy – mówiąc metaforycznie – dochodzi do upadku z dużej wysokości. Pełni funkcję podobną do tej, jaką spełnia siatka w cyrku, która ratuje zdrowie lub życie artystom dokonującym skomplikowanych ewolucji pod kopułą namiotu. Z tym aspektem kojarzymy najczęściej zasiłki socjalne.
Ale szerzej rozumiana sensowna polityka społeczna może być także – i tak właśnie jest w krajach skandynawskich – trampoliną. Pomaga odbić się od ziemi, nabrać wysokości, rozwinąć skrzydła. Używając fachowych, anglojęzycznych terminów – oprócz protective welfare jest jeszcze productive welfare, czyli produktywistyczna i aktywizująca misja świadczeń i usług społecznych. One mają nie tylko amortyzować możliwe wstrząsy i upadki, nie tylko neutralizować negatywne skutki rozmaitych tzw. ryzyk socjalnych (jak choroba, wypadek przy pracy czy utrata środków utrzymania), ale i skutecznie je ograniczać, najlepiej wręcz zapobiegać ich występowaniu.
Z orientacji prewencyjnej wypływa cała, tak popularna w Skandynawii, filozofia „inwestycji społecznych”. Czyli zapobiegliwe antycypowanie przyszłych problemów i zagrożeń (jak np. zapaści demograficznej lub postindustrialnych zawirowań na rynku pracy) każe dziś kierować poważne środki finansowe na żłobki i przedszkola, na wspomaganie obojga rodziców w łączeniu ról zawodowych i domowych, na rozwój edukacji i kształcenie ustawiczne (lifelong learning), na profilaktykę zdrowotną itp.
Summa summarum, zwłaszcza w dłuższej perspektywie, taka strategia sprawdza się i bardzo opłaca, gdyż pozwala uniknąć dużo kosztowniejszych interwencji publicznych w przyszłości. Pomaga także, na przykład, rozbrajać odpowiednio wcześniej tykającą dziś – we wszystkich krajach europejskich – zegarową bombę geriatryczną albo stosownie przygotować się do wyzwań związanych z nieuniknioną restrukturyzacją gospodarki, bezrobociem strukturalnym czy wciąż narastającą mobilnością na rynku pracy.
Kraje nordyckie są programowo „państwami inwestycji społecznych” (social investment states), zabiegającymi o rozwój kapitału ludzkiego i społecznego. O bardzo konkretnych instrumentach takiej orientacji – w polityce rodzinnej, zatrudnienia, oświatowej czy innowacyjnej – piszę szerzej w swej książce. Tu podkreślę tylko generalną zasadę przyświecającą tym działaniom: „Już dziś warto sadzić lasy, a nie tylko krótkowzrocznie je wycinać”.
Wróćmy do wspomnianych na początku stosunków pracy. Proszę opowiedzieć, jakie rozwiązania na rzecz walki z bezrobociem, stabilności zatrudnienia, podnoszenia kwalifikacji pracowników etc. są stosowane w interesującej nas części Europy. W naszym kraju słychać czasem głosy, że powinniśmy wzorować się na specyficznym dla Danii modelu „elastycznego bezpieczeństwa”.
Duńska koncepcja „elaspieczeństwa”, jak krócej proponuję ją określać w nawiązaniu do oryginalnego neologizmu angielskiego (flexicurity), to rzeczywiście bardzo głośna idea, bodaj najbardziej innowacyjna w ostatnim dwudziestoleciu w ramach ewoluującej skandynawskiej polityki zatrudnienia. Stara się ona godzić narastającą niestabilność i płynność rynków pracy z bezpieczeństwem socjalnym i wsparciem dla bezrobotnych.
Duńczycy mówią w tym kontekście o „złotym trójkącie”. Na jego trzy boki składają się: po pierwsze – elastyczne regulacje dotyczące zatrudniania i zwalniania pracowników, po drugie – hojny system zabezpieczenia społecznego, pozwalający tracącym pracę nie tracić poczucia bezpieczeństwa, po trzecie wreszcie – tzw. aktywna polityka rynku pracy, której prekursorem jeszcze w latach 50. była Szwecja. W tym ostatnim przypadku chodzi przede wszystkim o pomoc w podnoszeniu kwalifikacji dzięki rozmaitym szkoleniom, stażom zawodowym itp., ale także o wsparcie w poszukiwaniu nowego zatrudnienia oraz o zachęcanie do podjęcia lub kontynuowania pracy (jak w przypadku osób starszych czy młodych matek).
W 2011 r. w Danii aż jedna trzecia całej populacji w przedziale wiekowym 24–64 lata w ciągu ostatniego roku brała udział w jakichś formach kształcenia, co było najwyższym wskaźnikiem w całej Unii Europejskiej przy średniej na poziomie niecałych 10%.
W Polsce przy różnych okazjach mówi się o flexicurity,m.in. w związku z aktywnym promowaniem tej idei od jakiegoś czasu przez Unię. W praktyce oznacza to jednak najczęściej tylko uelastycznianie rynku pracy oraz póki co zaniedbywanie i lekceważenie dwóch pozostałych boków wspomnianego trójkąta. Asymetria ta przynosi naturalnie profity przede wszystkim pracodawcom, osłabia zaś pozycję i bezpieczeństwo pracowników, ogranicza również ich „zatrudnialność” (employability). Otwiera też pole dla nadmiernej ekspansji tzw. umów śmieciowych oraz szybkiego przyrostu liczby tzw. złych stanowisk pracy (bad jobs). To dlatego niektórzy w Europie ostrzegają, iż flexicurity – przy kulawym zastosowaniu – może zamieniać się we „fleksploatację” (flexploitation).
Podkreślę jednak, że istota „elaspieczeństwa” sprowadza się nie do unikania bezrobocia w ogóle, lecz do przeciwdziałania bezrobociu długoterminowemu. Inaczej mówiąc – chodzi o długookresowe bezpieczeństwo zatrudnienia, a nie o bezpieczeństwo konkretnego, zajmowanego aktualnie miejsca pracy. Postępująca restrukturyzacja gospodarki, w tym szczególnie dynamiczny rozwój sektora usług, wymaga dziś ciągłych zmian i dostosowań, co musi dotykać także siłę roboczą. Rzecz w tym, by w procesie tych przekształceń pomagać przede wszystkim ludziom, a nie upadającym, niekonkurencyjnym fabrykom. Zgodnie zresztą ze starą żeglarską zasadą, która mówi, że kiedy tonie statek, to marynarze ratują najpierw pasażerów, a nie okręt.
Jakie są inne charakterystyczne cechy nordyckich stosunków przemysłowych, np. w zakresie dialogu społecznego, partycypacji pracowników w zarządzaniu przedsiębiorstwami itd.?
Skandynawski korporatyzm zakłada bardzo bliską współpracę zorganizowanych grup interesu (zwłaszcza pracodawców i pracowników) zarówno między sobą, jak i między nimi a instytucjami państwowymi. To jeden z podstawowych filarów ustrojowych nordyckiego państwa opiekuńczego. Rokowania i porozumienia zbiorowe, które określają stosunki przemysłowe, szczegółowe warunki pracy itp., mają długoletnią tradycję. Pierwszy w Skandynawii kompleksowy tzw. układ ogólny duńska centrala związków zawodowych wynegocjowała z organizacją pracodawców jeszcze w XIX w., bo w 1899 r. Dziś porozumienia zbiorowe obejmują w pięciu krajach nordyckich zdecydowaną większość pracowników – najwięcej w Islandii (99%), stosunkowo najmniej w Norwegii (74%). Poziom uzwiązkowienia siły roboczej wprawdzie w ostatnim okresie nieco się zmniejszył, ale wciąż pozostaje – na tle innych krajów w Europie i na świecie – relatywnie bardzo wysoki (Islandia – 85%, Szwecja – 71%, Finlandia – 69%, Dania – 68%, Norwegia – 52%, według danych z 2009 r.).
Dialogu społecznego nie wyczerpuje jednak tylko uzgadnianie regulacji pracowniczych. Partnerzy społeczni są także aktywni w fazie wdrażania wypracowanych decyzji, np. w ramach szwedzkiej Krajowej Rady Pracy ich przedstawiciele angażują się w proces zarządzania biurami zatrudnienia. Związki zawodowe administrują afiliowanymi przy nich funduszami ubezpieczeniowymi i zasiłkami dla bezrobotnych (system nazywany gandawskim). Nie tylko związkowcy i przedsiębiorcy, ale i inne organizacje pozarządowe i segmenty społeczeństwa obywatelskiego są włączane w proces kształtowania i wcielania w życie różnorodnych polityk publicznych. Ich reprezentanci biorą aktywny udział w pracach różnych ciał doradczych, komisji eksperckich i badawczych – także tych powoływanych przez rząd i parlament – których zadaniem jest np. konsultowanie projektów ustawodawczych (praktyka zwana remiss) lub monitorowanie implementacji podjętych decyzji.
W ostatnich dwóch dekadach sporo mówi się o kryzysie korporatyzmu nie tylko w krajach skandynawskich. Tradycyjne instytucje i mechanizmy dialogu nie zawsze zadowalająco radzą sobie z nowymi zjawiskami, jakie niosą choćby umiędzynarodowienie rynków i stosunków pracy, migracje zarobkowe, tzw. dumping płacowy i socjalny, outsourcing, rosnąca konkurencja w zakresie usług transgranicznych itp. Z jednej strony powstaje potrzeba ustanowienia międzynarodowych czy wręcz ponadnarodowych regulacji w tych dziedzinach (np. na poziomie Unii Europejskiej), z drugiej zaś – poszczególne firmy i sektory gospodarki wymagają bardziej zindywidualizowanych reakcji i dostosowań do presji wywieranych przez otoczenie zewnętrzne. Stąd też obserwowany także w Norden trend decentralizacyjny w zbiorowych negocjacjach i porozumieniach pracowniczych. Generalnie osłabły krajowe struktury dialogu, wyraźnie wzrosło natomiast znaczenie rokowań branżowych i na poziomie firm w takich kwestiach jak wysokość płac, restrukturyzacja zakładów pracy czy programy szkoleniowe. Rozstrzygnięcia zapadające na niższym szczeblu pozwalają w większym stopniu uwzględniać lokalną specyfikę.
Państwo opiekuńcze nie jest możliwe bez relatywnie dużych obciążeń podatkowych. Zgodnie z tym, co słyszymy w radiu i telewizji lub czytamy w gazetach głównego nurtu, powinno to skutkować mało dynamiczną gospodarką, wysokim bezrobociem itd.
Skandynawskie państwo opiekuńcze opiera się na uniwersalnej regule: wszyscy korzystamy ze szczodrych świadczeń społecznych i usług publicznych, ale też wszyscy wnosimy do wspólnej kasy znaczące wkłady, by umożliwić ich finansowanie. Przy czym bogatsi płacą więcej, biedniejsi mniej; idea podatku liniowego nie znajduje tam poparcia ani opinii publicznej, ani klasy politycznej. Ludzie rozumieją, że na egalitaryzującej redystrybucji zyskują nie tylko grupy uboższe, lecz także ci zamożniejsi, a więc całe społeczeństwo. Przekonująco pokazali to np. Richard Wilkinson i Kate Pickett w swej książce „Duch równości” (wyd. pol. 2011), która stała się głośna, bo to, o czym pisali autorzy, dla wielu czytelników wychowanych w epoce neoliberalnej hegemonii było niespodziewanym odkryciem.
Teza, że wyższe podatki bezwzględnie muszą hamować wzrost gospodarczy i zwiększać bezrobocie, to oczywiście mitologia wolnorynkowego fundamentalizmu. Nie ma takiej prostej zależności. O wiele ważniejsze od wysokości podatków jest to, na co wydawane są publiczne pieniądze, czy nie są gdzieś po drodze marnotrawione, na ile system budżetowy jest szczelny i nie uprzywilejowuje – często w drodze nieprzejrzystych przetargów – silniejszych politycznie grup itd. Żeby nie być gołosłownym, przytoczę tylko jedno porównanie. Według danych OECD w latach 2002–2011 dynamika wzrostu PKB była średnio o niemal 1 punkt procentowy wyższa w Szwecji niż w USA, gdzie podatki są znacznie niższe.
Inna sprawa, że stereotyp astronomicznych podatków i ich niewyobrażalnej gdzie indziej progresji, łączony ze współczesnymi krajami nordyckimi, też rozmija się z rzeczywistością. Owszem, podstawa podatkowa jest tam szeroka, relatywnie wysoki jest VAT, podatki od konsumpcji, dziedziczenia czy wzbogacenia, ale opodatkowanie dochodów przedsiębiorstw jest tam tradycyjnie umiarkowane i w dodatku ostatnio spada. Na przykład w Szwecji zapowiedziano zmniejszenie w tym roku CIT z 26,3 do 22%.
Znacząco wyższe niż w innych krajach są natomiast podatki od dochodów osób fizycznych, większa też jest ich progresywność, choć ona również jest ostatnio ograniczana. Pozostając przy przykładzie szwedzkim, maksymalna stawka PIT wynosi tam obecnie 57%, podczas gdy w 1983 r. sięgała nawet 84%.
Jeśli spojrzeć porównawczo na tzw. klin podatkowy w krajach europejskich, to okaże się, że jego skala wcale nie jest najwyższa w państwach nordyckich. Z raportu OECD z 2011 r. wynika, że podatki i składki ubezpieczeniowe stanowią w Szwecji około 43% średnich zarobków, a w Danii i Norwegii – 38% (czyli niewiele więcej niż w Polsce, gdzie wynoszą nieco ponad 34%). Natomiast wskaźnik ten jest zdecydowanie wyższy w takich krajach jak Belgia (56%), Niemcy (50%), Francja (49%) czy Włochy (48%). Z drugiej strony warto pamiętać o relatywnie wysokim udziale wydatków na politykę społeczną w PKB – w przypadku Szwecji i Danii na poziomie 28–31% (wyższy wskaźnik odnotowała tylko Francja – 32%), przy średniej dla wszystkich krajów OECD w wysokości 22%. Dla porównania Polska osiągnęła tu tylko 20%. Wszystkie te szacunki dotyczą 2012 r.
Znamienne jednak, że trzy czwarte ankietowanych niedawno Norwegów zadeklarowało, że byliby gotowi poprzeć nawet podwyżkę podatków, jeśli miałoby się to przyczynić do utrzymania państwa opiekuńczego. Jest to zatem kwestia zaufania do władzy publicznej i przekonania, iż warto godzić się na spore obciążenia podatkowe w zamian za wysoki standard świadczeń i usług społecznych. Mówiąc nieco żargonowo, nie żal wkładać dużo do systemu, jeśli jest niemal pewne, że kiedyś się z niego sporo wyciągnie.
Rzadkim przypadkiem, kiedy nasi politycy wprost mówili, że „powinniśmy naśladować Skandynawię”, była polityczna akcja na rzecz podwyższenia wieku emerytalnego. Powstaje jednak pytanie o to, do jakiego stopnia sytuacja polskich seniorów jest porównywalna z położeniem ich rówieśników z Północy. Jakie rozwiązania, np. w zakresie wspierania zatrudnienia osób 50+, towarzyszą w krajach nordyckich wysokiemu wiekowi przechodzenia na emeryturę?
Wiek emerytalny był rzeczywiście w ostatnich latach w krajach skandynawskich, podobnie jak prawie wszędzie w Europie, podnoszony. Wobec wydłużania się przeciętnej długości życia jest to, także według mnie, nieuniknione i zrozumiałe. Ale tendencja ta ma w Norden swoją specyfikę, wbudowana jest bowiem w szerszy system innych działań i rozwiązań. Wypracowuje je i wprowadza w życie władza publiczna w porozumieniu ze związkami zawodowymi, pracodawcami, samorządami, organizacjami pozarządowymi, środowiskami naukowymi i mediami.
Na przykład w Szwecji wiek emerytalny jest obecnie elastyczny, rozciągnięty między 61. a 67. rok życia. Wcześniejsze przejście na emeryturę powoduje, iż świadczenie jest proporcjonalnie niższe, o ok. 9% z każdym rokiem. Corocznie każdy pracownik otrzymuje informację o tych szacunkach (tzw. pomarańczową kopertę). Nie dotyczy to jednak tzw. emerytury gwarantowanej (obywatelskiej), do której uprawnienia uzyskuje się dopiero po ukończeniu 65 lat. Skłania to do przedłużania aktywności zawodowej. Faktyczny przeciętny wiek przechodzenia na emeryturę wynosi w Szwecji 64 lata, wyższy w Europie jest tylko w Islandii (66 lat), a na świecie – w Japonii. Według opracowania Eurostatu z 2012 r. dwa lata wcześniej Szwecja miała najwyższe w UE wskaźniki zatrudnienia osób w przedziale wiekowym 55–59 lat (81%) oraz 60–64 lata (61%). Dla porównania w Polsce stopy te wynosiły odpowiednio 46 oraz 19%.
Starszych Szwedów do pozostawania na rynku pracy skłania wiele dodatkowych okoliczności. Wśród nich wymienić można: wspieranie przez państwo możliwości przekwalifikowania (publiczny, w tym organizowany przez samorządy, system edukacji dla dorosłych), wzmacnianie profilaktyki i opieki zdrowotnej, redukowanie utrudnień przy ponownym zatrudnianiu emerytów czy uelastycznianie czasu pracy seniorów. Do tego dochodzą dotacje i ulgi podatkowe dla przedsiębiorstw zatrudniających takie osoby. Po osiągnięciu przez pracownika 72. roku życia pracodawca nie musi odprowadzać za niego składki emerytalnej. Ze zwolnień podatkowych korzystają także indywidualne osoby, które nadal pracują mimo nabycia prawa do emerytury.
W zakładach pracy przywiązuje się dużą wagę do tzw. zarządzania wiekiem (age management). Chodzi m.in. o stwarzanie odpowiednich warunków pracy, np. w koncernie Volvo powstały osobne stanowiska dla seniorów, z nieco zwolnionym tempem przesuwu taśmy montażowej. W Danii utworzono specjalny fundusz prewencyjny, z którego finansowane są posunięcia ograniczające wcześniejsze odchodzenie z pracy z powodu fizycznego i psychicznego wyczerpania. O pieniądze mogą ubiegać się podmioty prywatne i publiczne, które chcą wprowadzić takie ułatwienia i zabezpieczenia w pracy dla starszych osób, jak np. odpowiednie krzesła czy klawiatury. Gwarantowane są doroczne bezpłatne badania stanu zdrowia. Podejmowane są działania zapobiegające monotonii i stresowi, zniechęcającym do kontynuowania zajęć zawodowych. Niektóre firmy zapewniają godzinę gimnastyki w tygodniu w ramach płatnych godzin pracy itp. Szwedzka Konfederacja Pracodawców realizuje specjalny program pt. „Rynek pracy dla ludzi w każdym wieku”. Także związki zawodowe są na ogół przekonane, iż dalszą pomyślność kraju może zapewnić tylko praca dłużej wykonywana, ale też lepiej zorganizowana i dostosowana do starzejącej się siły roboczej.
W Norwegii od 2011 r. elastyczny wiek przechodzenia na emeryturę mieści się między 62. a 75. rokiem życia – im później się to zrobi, tym wyższe jest świadczenie. Duńskie rozwiązania przewidują indeksowanie wieku emerytalnego, w miarę jak wydłuża się przeciętna długość życia obywateli. Zbliżone regulacje dotyczące automatycznego ograniczania wysokości wypłacanych świadczeń, w zależności od przewidywanej długości życia, wprowadzono w Finlandii. Likwidowane są wczesne i pomostowe emerytury. W efekcie w ciągu ostatnich sześciu lat zatrudnienie Finów w grupie wiekowej 55–64 lata wzrosło z 35 do 50%.
Jak wygląda organizacja systemów zabezpieczenia emerytalnego w krajach Norden?
Warto zwrócić uwagę, iż w krajach skandynawskich nie występują takie jak w Polsce przywileje emerytalne dla wybranych kategorii zawodowych. Na przykład szwedzcy żołnierze i policjanci wstępujący do służby w wieku 20 lat, aby otrzymać emeryturę, muszą przepracować minimum 41 lat, a nie 15, jak przewiduje dotychczasowy system dla pracowników naszych służb mundurowych.
Co do finansowej konstrukcji systemu szwedzkiego, to jego reforma z 1999 r. – uznawana często za wzorcową nie tylko w Skandynawii – choć miała sporo zbieżności z wprowadzoną w tym samym roku reformą w Polsce, charakteryzowała się jednak pewnymi swoistościami. Na pierwszy rzut oka mogłyby one wydawać się mało istotne, acz w kontekście blamażu naszego mechanizmu OFE, o czym ostatnio coraz głośniej, warto o nich wspomnieć. Niezależnie bowiem od podobnego głównego założenia obu reform, jakim było przejście od „zdefiniowanego świadczenia” do „zdefiniowanej składki”, widać tutaj szereg różnic.
Po pierwsze w okresie przechodzenia do systemu repartycyjno-kapitałowego szwedzki rząd uruchomił znaczne środki specjalne z Funduszu Rezerw, utworzonego jeszcze w latach 60. Po drugie ze składki emerytalnej w wysokości 18,5% wynagrodzenia brutto od samego początku tylko 2,5% trafia do filaru kapitałowego (Premiepension), pozostałe zaś 16% pozostaje w filarze repartycyjnym. Pierwsza część zasila maksymalnie pięć funduszy emerytalnych, które każdy ubezpieczony wybiera spośród ok. 800 obecnie działających (przy możliwej w każdej chwili zmianie nie ponosi się żadnych kosztów). Informuje i doradza w tej sprawie, a także kontroluje politykę inwestycyjną, nadzoruje i administruje funduszami specjalny Urząd Emerytalno-Rentowy (Pensionsmyndigheten), który połączył zadania zlikwidowanego w 2010 r. Urzędu Emerytur Kapitałowych i część kompetencji szwedzkiego odpowiednika ZUS-u. Po trzecie warto podkreślić, iż w kompleksowym systemie bezpieczeństwa dochodowego szwedzkich seniorów występują także emerytura gwarantowana (Garantipension) oraz obowiązkowy filar zawodowego ubezpieczenia emerytalnego. Pierwsza z nich w Polsce praktycznie nie istnieje, zaś do przypominających ten ostatni dobrowolnych programów należy u nas zaledwie ok. 2% pracowników.
Bodaj najczęstszym argumentem przeciwko nawiązywaniu przez Polskę do wzorców nordyckich jest to, że nas na to nie stać – wedle takich opinii egalitarne polityki mają być możliwe do realizacji dopiero po osiągnięciu wysokiego poziomu rozwoju ekonomicznego.
Podobna argumentacja to w moim przekonaniu jeszcze jeden klasyczny, neoliberalny zabobon. Że niby dopiero jak się wzbogacimy, to będzie można pomyśleć o polityce społecznej, albo że materialny awans najzamożniejszych grup w naturalny sposób przełoży się na poprawę sytuacji bytowej najbiedniejszych, zgodnie z tzw. teorią skapywania (trickle down concept), której to teorii praktyka jednak nie potwierdza etc. Otóż w tym zakresie nie ma żadnego automatyzmu. Wzrost gospodarczy sam z siebie nie wyrównuje warunków życia w społeczeństwie, nie usuwa starych i nowych dysproporcji, dyskryminacji czy różnic w statusie. Mówiąc metaforycznie, przypływ fali wcale nie podnosi równomiernie wszystkich łodzi na morzu, jak próbują obrazowo przekonywać niektórzy ekonomiści. On może też podtapiać i zatapiać mniejsze czy gorzej wyposażone łódki.
Jest taki pogląd, że kraje nordyckie zaczęły w latach 30. XX w. budować na dobre swoje systemy opiekuńcze już po osiągnięciu stosownego poziomu zasobności, a więc mogły sobie pozwolić na pewien luksus, konsumpcyjne fanaberie i rozrzutność. Niezależnie od słabej akuratności tej analizy historycznej oraz mylenia skutku z przyczyną (lub jedną z przesłanek) na tym rozumowaniu ciąży przez cały czas wadliwe przekonanie, że polityka społeczna jest tylko obciążeniem, balastem czy właśnie fanaberią, na którą nie wszystkich, na określonym etapie rozwoju, stać. Tymczasem wyznawcom podobnej logiki można by zadać pytanie dokładnie odwracające cały ich tok myślenia. A mianowicie: czy kraje na dorobku, podejmujące modernizacyjny wysiłek, próbujące przedzierać się do europejskiej czy światowej czołówki stać jest w ogóle na NIEPOSIADANIE ambitnej, dobrze przemyślanej i rozwiniętej polityki społecznej?
Szwedzi, Norwegowie czy Duńczycy – tworzący zręby swych państw opiekuńczych w pierwszej połowie XX wieku – odpowiadali negatywnie na to pytanie. Uznali wówczas po prostu, że nie stać ich na niepoważne traktowanie społecznych czynników rozwoju, czyli na niezajmowanie się polityką rodzinną, edukacją czy polityką rynku pracy.
Inną z często wskazywanych barier dla wzorowania się na krajach nordyckich jest ich fundament kulturowy, różny od naszego. Przywoływany jest także argument stosunkowo niewielkiej liczby ludnosci poszczególnych krajów regionu, mającej ułatwiać realizację niektórych egalitarnych polityk publicznych.
Przeszkód i utrudnień jest tu oczywiście bez liku. Ale wszystkie one nie oznaczają, że nie warto podejmować prób transferowania przez Polskę sprawdzonych gdzie indziej wzorów społecznych, tzw. najlepszych praktyk (best practices), także tych pochodzących z Norden. Na tym właściwie w dużej mierze polega przecież cywilizacyjny postęp.
Jeśli zaś chodzi konkretnie o zasadność i możliwości przenoszenia do naszego kraju rozwiązań skandynawskich, to wyróżniłbym w tej sprawie cztery podstawowe stanowiska.
Pierwsze z nich stwierdza, iż nie warto, wręcz nie należy inspirować się „modelem nordyckim”, bo jest szkodliwy i skazany na porażkę. Bywa on krytykowany i oskarżany z różnych „paragrafów”. A to ekonomicznych – monstrualne podatki i wydatki państwa, nieefektywna i przeregulowana gospodarka, przerośnięty sektor publiczny itp. A to moralnych – powszechna demoralizacja i rozleniwienie ludzi z powodu biurokratycznej nadopiekuńczości. A to w końcu politycznych – ograniczanie wolności i prywatności ludzi nieodwołalnie musi prowadzić do państwa policyjnego czy wręcz totalitarnego.
Od wielu rodzimych ekonomistów, publicystów i polityków po 1990 r. nieraz słyszeliśmy, że model skandynawskiej „trzeciej drogi” niechybnie poprowadziłby nas wprost do Trzeciego Świata. Ignorowano go bądź ośmieszano, nierzadko wciąż wybrzydza się na „szwedosklerozę”, na „szwecjalizm”, jako swoistą krzyżówkę komunizmu z faszyzmem itp. Przedstawicieli tej orientacji myślowej – zresztą nie tylko polskich, ale i rozrzuconych po świecie – określiłbym mianem „nordfobów” albo „nordgrabarzy”, bo już od dawien dawna, niekiedy najwyraźniej obsesyjnie, próbują złożyć do grobu nordyckie państwo opiekuńcze. Tymczasem ono wciąż jakoś nie poddaje się tym zabiegom, wstaje, prostuje się i straszy – niczym Frankenstein – swoich zagorzałych antagonistów.
Drugie stanowisko – bardziej umiarkowanych „nordsceptyków” – zakłada, że może i byłoby warto czerpać inspiracje z tych krajów z racji niekwestionowanych walorów wielu tamtejszych rozwiązań, ale sam proces ich przeszczepiania na polski grunt nie rokuje żadnych szans. To jest po prostu nierealne, „nie da się” tego zrobić. I tu znów pojawiają się rozmaite uzasadnienia. A to że Polski, przynajmniej na razie, na to nie stać, a to z powodu ograniczeń społeczno-kulturowych – inna mentalność, religia (katolicyzm tak różny od protestantyzmu), inny stosunek do państwa oraz poziom zaufania społecznego, pozycja kobiet w rodzinach i życiu zbiorowym itp.
Jedni przekonują, że „import” z Północy byłby dziś tylko przedwczesny, inni – że jest w ogóle wykluczony ze względu na historyczno-kulturową specyfikę, wyjątkowość tamtejszej ścieżki rozwojowej. Kraje nordyckie – małe, geograficznie peryferyjne, jednorodne etnicznie, luterańskie, morskie itd. – nie mogą zatem stać się dla nas źródłem inspirujących zapożyczeń, bo Polskę charakteryzują uwarunkowania i parametry akurat całkiem różne od wymienionych.
Trzeci pogląd to, w porównaniu z dwoma poprzednimi, skrajność w drugą stronę – czyli przekonanie, że możliwa jest szybka, mechaniczna, ślepa imitacja nordyckich wzorów, na zasadzie „kopiuj-wklej”. O manowcach takiej „kseromodernizacji” i myślenia w tym duchu – mając za punkt odniesienia wiele historycznych przykładów, a także współczesnych przypadków w innych regionach świata – napisano wiele opracowań.
Nie rozwijając zatem tematu, poprzestanę na uwadze, domyśle czy przestrodze, która mówi, że także w relacjach nordycko-polskich podobny scenariusz musiałby zapewne prowadzić do – żeby posłużyć się tu obrazową metaforą – kiepskiego karaoke. Zabawa ta, jak wiadomo, polega na tym, że amatorzy starają się naśladować supergwiazdy piosenki, ale z reguły nie wychodzi im to najlepiej. Przygodni soliści, bez stosownego przygotowania, zwykle śpiewają nieporadnie, fatalnie przy tym fałszując. Taki sam los może zatem czekać naiwnych „nordentuzjastów”.
Czwarte stanowisko – nie ukrywam, że mi najbliższe – można by sformułować następująco. Niezależnie od wszystkich ograniczeń warto jednak próbować przenosić najlepsze skandynawskie praktyki do Polski oraz twórczo je adaptować do miejscowych warunków. Korzystne inspiracje i transfery z zewnątrz są zawsze możliwe, nie jesteśmy skazani tylko na lokalne źródła modernizacji ani na przemieszczanie się wyłącznie po starej, własnej, tradycyjnej trajektorii rozwojowej. Wracając do metafory drogi: dzięki zagranicznym ideom i innowacjom udaje się nieraz skierować marsz w innym, bardziej obiecującym kierunku. Impulsy zewnętrzne często pomagają wytrącić kraj z dotychczasowej, słabo rokującej na przyszłość koleiny – błotnistej, zapadającej się, a więc takiej, w której można na dobre ugrzęznąć.
Część komentatorów ekonomicznych zwraca uwagę na fakt, że kraje północnej Europy stosunkowo dobrze oparły się światowemu kryzysowi, który nie oszczędził przecież wielu innych państw klasyfikowanych jako najwyżej rozwinięte. Tymczasem krytycy Konsensusu Nordyckiego zwykli sugerować, że on się coraz bardziej załamuje, a przynajmniej jest nie do utrzymania w dłuższej perspektywie, choćby ze względu na presję globalnej konkurencji. Jak to zatem jest – czy istnieją przekonujące podstawy, by dowodzić szczególnej żywotności „modelu nordyckiego”, czy też raczej obserwujemy jego erozję, która wymusi korektę tej koncepcji?
Nic oczywiście nie stoi w miejscu, panta rhei– jak przekonywał Heraklit. Zmienia się także skandynawskie państwo opiekuńcze. Jest pytaniem otwartym, czy przetrwa ono pod naporem obecnych i przyszłych wyzwań. Czy zachowa swą tożsamość, swe fundamentalne wartości i zasady, cele i mechanizmy? Czy też ulegnie ciśnieniu np. „wyścigu do dna” (race to the bottom) w polityce społecznej pod wpływem zaostrzającej się globalnej konkurencji ekonomicznej? Nic tu nie jest przesądzone raz na zawsze.
W swojej książce przyjrzałem się ewolucji „nordyckiego modelu” w ostatnich dwóch dekadach. I skonkludowałem, iż niezależnie od wielu zmian skandynawski Dom Ludu – by posłużyć się tu znanym hasłem Folkhemmet, jakie wysunął w 1928 r. lider szwedzkich socjaldemokratów i późniejszy premier Per Albin Hansson – nie zawalił się ani nie uległ rozbiórce. Podlegał on raczej remontowi, odnowie swej fasady. Jego fundamenty pozostały natomiast stabilne, nie naruszyły ich ani poważne wstrząsy z początku lat 90. (zwłaszcza w Finlandii i Szwecji), ani tlący się od 2008 r. w Europie i na świecie obecny kryzys finansowo-gospodarczy.
W różnych analizach eksperckich i opracowaniach naukowych nierzadko oczywiście mówi się o zagrożeniu „modelu nordyckiego” postępującą erozją, jak piszą niektórzy – „paradygmatycznym dryfem”, rekomodyfikacją (w nawiązaniu do terminologii znanego duńskiego badacza welfare state Esping-Andersena), stopniowym odchodzeniem od uniwersalizmu lub podskórnym, wywrotowym neoliberalizmem (subversive neoliberalism). Pewne zaniepokojenie wzbudza wzrost nierówności dochodowych i społecznych w krajach skandynawskich, choć podziałom tym jeszcze daleko do średniej europejskiej.
Ogólnie przeważa jednak pogląd o zasadniczej trwałości i żywotności Konsensusu Nordyckiego. Swoisty facelifting, jakiemu on ostatnio podlegał, bynajmniej nie unieważnił, a w wielu miejscach wręcz wzmocnił w praktyce takie typowe dla niego pryncypia jak równość społeczna (np. między kobietami a mężczyznami), powszechny dostęp do dóbr i usług publicznych (np. w zakresie opieki nad dziećmi), pielęgnowanie kapitału ludzkiego i społecznego (przywiązywanie jeszcze większej wagi do edukacji) czy ideał „społeczeństwa pracy” (wysokie wskaźniki zatrudnienia).
Osobiście przychylam się do tej ostatniej tezy, traktując pojawiające się nieraz doniesienia o zgonie nordyckiego welfare state – by sparafrazować znane powiedzenie Marka Twaina – za cokolwiek przesadzone.
Które z rozwiązań charakterystycznych dla Północy uważa Pan za szczególnie godne naśladowania i możliwe do owocnej adaptacji w polskich warunkach? Mam tutaj na myśli konkretne instrumenty, ale także ogólne kierunki rozwoju społeczno-gospodarczego, filozofię myślenia o poszczególnych sferach czy nadrzędne wartości obecne we wszystkich realizowanych politykach publicznych.
Cztery centralne rozdziały książki poświęciłem kolejno czterem wybranym nordyckim politykom publicznym, według mnie najbardziej nowatorskim, w których po 1990 r. pojawiło się stosunkowo najwięcej nowości i które mają znaczny potencjał inspirujący dla innych krajów, w tym dla Polski. Chodzi tu, po pierwsze, o szwedzką politykę prorodzinną – stawiającą na „kapitał dziecięcy”, promującą równouprawnienie płci i solidarność międzypokoleniową. Po drugie – o wspomnianą już duńską koncepcję „elaspieczeństwa” w polityce rynku pracy. Po trzecie – o fińską politykę edukacyjno-innowacyjną. Po czwarte wreszcie – o nordyckie działania międzynarodowe, zorientowane na „cywilizowanie” globalizacji i współczesnego świata, m.in. w zakresie dyplomacji pokojowej, pomocy rozwojowej i humanitarnej czy społecznej odpowiedzialności przedsiębiorstw (CSR).
Co się zaś tyczy ogólnej filozofii myślenia o rozwoju społeczno-gospodarczym, o politykach publicznych oraz ich koniecznym reformowaniu w obliczu nowych wyzwań, to w jednym z rozdziałów wyróżniłem i omówiłem pokrótce pięć podstawowych „sekretów” skandynawskiej modernizacji. Brak tu miejsca na bliższe ich scharakteryzowanie, dlatego ograniczę się do zasygnalizowania trzech specyficznych cech nordyckiego podejścia do procesów modernizacyjnych.
Jedna z tych recept systemowych to preferowanie modernizacji inkluzywnej, czyli włączającej, integrującej grupy zmarginalizowane społecznie lub zagrożone w procesie reform. Idzie tu zatem o ideę rozwoju inkluzywnego, wyeksponowaną notabene również w nazwie najnowszej unijnej strategii „Europa 2020”. Chodzi także o inkluzywny rynek pracy, wzmacniany przez aktywizującą politykę zatrudnienia, o inkluzywną edukację. Ten sposób myślenia wykazuje zbieżność z ideą tzw. konstruktywnej destrukcji (constructive destruction), jaką już w połowie XX w. zarysował jeden z najwybitniejszych ekonomistów tego stulecia, Joseph Schumpeter. Za jeden z centralnych dylematów kapitalizmu uznawał on poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: jak z potencjalnych ofiar zmian i reform uczynić zwycięzców?
Drugą ze skandynawskich „tajemnic” można by określić jako praktykowanie modernizacji konsensualnej, czyli nastawionej na współdziałanie, ucieranie pakietowych kompromisów, poszukiwanie zgody. Skandynawowie dochodzą do niej na drodze często żmudnych, ale zawsze cywilizowanych dyskusji, rokowań i deliberacji. Ich wizję demokracji i społeczeństwa konsensualnego można by ująć w skrótowej formule „7 × K”: kooperacja, konsultacje, koncyliacyjność, kompromis, koordynacja, koalicje, konsensus. Głębszy instytucjonalny wyraz formuła ta znajduje w nordyckiej wersji korporatyzmu, czyli dobrze rozwiniętym dialogu partnerów społecznych (pracownicy i pracodawcy), poszerzanym ostatnio o dodatkowe formy dialogu obywatelskiego.
Trzeci sekret Nordyków to strategia modernizacji permanentnej, a więc ustawicznej, niejako pełzającej. Rzecz polega na ewolucyjnym, a nie rewolucyjnym charakterze zmian. Skandynawowie wolą koncentrować się na stopniowych, pragmatycznych naprawach, preferują organiczną pracę u podstaw i skuteczne rządzenie na co dzień, a nie romantyczne akty strzeliste i „słomiany ogień” od święta. Mają bogate tradycje politycznego reformizmu: silny ruch socjaldemokratyczny, wpływowe partie centrowe o rodowodzie chłopskim, nawet konserwatyści przechrzcili się w Szwecji na „moderatów”, czyli umiarkowanych.
Inaczej mówiąc, nasi północni sąsiedzi starają się być aktywni, systematyczni i staranni na wszystkich etapach formowania polityk publicznych – od wnikliwej diagnozy problemów i analizy różnych wariantów ich rozwiązania, poprzez podejmowanie akceptowalnych społecznie decyzji, aż po sprawne wdrażanie ich w życie, stały monitoring, ocenę efektów i możliwe korekty. Takie podejście wyraźnie kontrastuje z kształtowaniem polityk publicznych choćby w Polsce, gdzie profesjonalne zaplecze analityczno-strategiczne na użytek decydentów politycznych właściwie nie istnieje, podobnie jak stały mechanizm ewaluacji reform, uczenia się na błędach i wprowadzania w stosownym czasie koniecznych poprawek. Pierwszy z brzegu przykład to reforma emerytalna z 1999 r., której realnemu funkcjonowaniu przez dziesięć lat z okładem nikt się u nas – jak widać ostatnio – poważniej nie przyglądał.
W swojej książce koncentruje się Pan na pozytywnych aspektach „modelu nordyckiego”. Jakie są jego największe „cienie”? Wśród często spotykanych wyobrażeń znajduje się m.in. zbyt daleko idący paternalizm tamtejszych państw opiekuńczych, mający być zagrożeniem dla prywatności jednostki, władzy rodzicielskiej itd. Państwa o hojnych świadczeniach socjalnych oraz rozbudowanych sieciach usług publicznych są też podejrzewane o tłumienie aktywności obywateli: na rynku pracy, w ramach tzw. społeczeństwa obywatelskiego etc.
Nie ma systemów idealnych, więc także Norden nie jest krainą wiecznej szczęśliwości. Nawet Norwegia – nazywana niekiedy Kuwejtem Północy albo naftowo-gazowym Eldorado – ma swoje trudne do zlekceważenia problemy społeczne.
O dużym wyzwaniu, jakim jest dla Skandynawów choćby perspektywa życia w coraz bardziej wielokulturowym społeczeństwie – a także o innych poważnych wyzwaniach przyszłości, jak globalizacja czy europeizacja – nie piszę w książce obszerniej, bo to tematy na osobną pracę (którą zresztą mam w planach).
Z tego samego powodu w „Szlaku Norden” nie omówiłem też bliżej różnych patologii społecznych i politycznych, jakie zwłaszcza we wcześniejszym okresie wiązały się z „nadopiekuńczością” czy „nadaktywnością” instytucji państwowych wobec nordyckich obywateli. Mam tu na myśli także różne próby i formy praktykowania ambitnej, a gwałcącej swobody obywatelskie inżynierii społecznej, jak choćby stosowana w Szwecji aż do początku lat 70. przymusowa czy wymuszana sterylizacja.
Warto mieć świadomość, iż coraz większe zróżnicowanie etniczne, religijne i kulturowe społeczeństw skandynawskich może w jakimś sensie naruszać jeden z fundamentów nordyckiego państwa opiekuńczego. Słabnąć bowiem może tradycyjnie silne poczucie lojalności i solidarności, specyficzny duch egalitaryzmu, który w dużym stopniu kształtował się na gruncie narodowej jednorodności. Pojawienie się nowych wspólnot mniejszościowych, postulaty domagające się respektowania ich prawa do autonomii i pielęgnowania odrębnych tożsamości mogą w istocie podmywać i rozsadzać od środka tę dotychczasową konstrukcję.
Ale to tylko jedno z istotniejszych wyzwań, jakim Skandynawowie będą musieli stawić czoła w najbliższej przyszłości.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 12 maja 2013 r.
przez Michał Sobczyk | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Zewsząd słyszymy, że należy budować „gospodarkę opartą na wiedzy”, „polską Dolinę Krzemową” itp. Produkcja żywności nie kojarzy się z motorem rozwoju ekonomicznego.
Jan Krzysztof Ardanowski: Polskie rolnictwo jest w miarę nowoczesne, możemy konkurować z silnymi krajami rolniczymi Europy Zachodniej: Niemcami, Francją, Danią czy Holandią. Co więcej, jego potencjał produkcyjny jest w znacznej mierze niewykorzystany, gdyż przez cały okres powojenny miał miejsce transfer pieniędzy z obszarów wiejskich do przemysłu, do miast. Ten potencjał należy wykorzystać w znacznie większym stopniu, z co najmniej dwóch powodów.
Po pierwsze ludzi na świecie będzie przybywać, a nowych terenów pod uprawy zbyt wielu nie ma; już teraz w niektórych regionach świata nie sposób zwiększyć produkcji rolnej bez poważnych ubocznych skutków dla przyrody i środowiska. Polska ma ok. 15 mln ha użytków rolnych, co sytuuje ją na poziomie zbliżonym do Francji i Niemiec, dlatego może być liczącym się w skali Europy producentem żywności, uzyskując z tego duże dochody.
Drugi powód sprowadza się do pytania: jeżeli zniszczymy rolnictwo, to co będziemy sprzedawać innym krajom? W obliczu upadku wielu dziedzin wytwórczości sektor produkcji rolnej zaczyna stabilizować nasz eksport, korzystając z przekonania europejskich społeczeństw, że polska żywność jest zdrowa, bezpieczna i smaczna. Oczywiście rolnictwo samo nie udźwignie całej gospodarki, musi w Polsce zaistnieć polityka proprzemysłowa, której brak woła o pomstę do nieba.
Podsumowując, warto wspierać rolnictwo, gdyż zaspokaja ono potrzeby społeczeństwa, jest szansą na poprawę bilansu handlowego, a jednocześnie stanowi część odpowiedzi na globalne wyzwania. Tymczasem wygląda na to, że dla obecnej koalicji rządzącej nie jest to istotna sprawa. Rolnictwo zostało powierzone PSL-owi, który bardziej martwi się, ile jeszcze etatów w instytucjach okołorolniczych jest w stanie zapełnić swoimi działaczami niż optymalnym kierunkiem rozwoju rolnictwa. Również Platforma wykazuje daleko posunięte désintéressement sprawami tego sektora.
Ostatnie lata były dla niego okresem sporych zmian.
Po wejściu do Unii Europejskiej, ale również podczas 10-letniego okresu stowarzyszeniowego, zaszło wiele pozytywnych przemian, m.in. unowocześnienie technologii oraz inwestycje w przemysł rolno-spożywczy. Jednocześnie pochopne przyjmowanie rozwiązań unijnych – bez zrozumienia, że zwłaszcza w przypadku produkcji na mniejszą skalę istnieje szereg możliwości odejścia od restrykcyjnych wymogów weterynaryjnych czy sanitarnych – doprowadziło do upadku bardzo wielu rzeźni, zakładów przetwórstwa mięsa czy owocowo-warzywnych. Nieuzasadnione było także zamykanie cukrowni – okazuje się, że cukru w Europie brakuje, a my zamiast być dużym producentem, stajemy się importerem.
Niestety w ostatnich latach błędy się nasilają, czego jaskrawym przykładem jest rynek wieprzowiny. Byliśmy jej ogromnym producentem, klasyczne śniadanie Brytyjczyka stanowiły jajka na polskim bekonie. „Radosna twórczość” PSL-u i Platformy sprawiła, że nie tylko eksport jest iluzoryczny, ale jeszcze na potrzeby wyżywienia własnego narodu importujemy ok. 50% mięsa wieprzowego, często mizernej jakości. To pokazuje, że rządzący Polską nie mają pomysłu na politykę wobec rolnictwa, która pozwoliłaby rozwijać jego możliwości produkcyjne, a zarazem tworzyła podstawy ekonomiczne utrzymania gospodarstw.
Również w dziedzinie nieżywnościowych surowców rolnych stajemy się coraz bardziej zależni od importu.
Od międzywojnia były one dla rolników ważnym źródłem dochodu, a jednocześnie pozwalały utrzymywać całe sektory. Len wraca do łask, niestety dostępna w Polsce odzież najczęściej wykonana jest z surowca włoskiego. Pozwoliliśmy upaść ogromnemu sektorowi produkcji lniarskiej, podobnie było zresztą z uprawami konopi.
Polska była kilkadziesiąt lat temu samowystarczalna w zakresie produkcji białka. Niemal w każdym gospodarstwie uprawiano łubin, bobik, groch czy wykę, które były później podstawą komponentów białkowych w paszach. To wszystko upadło, ponieważ całkowicie uzależniliśmy się od importu soi modyfikowanej genetycznie, której rynek opanowany jest przez kilka globalnych firm, takich jak Cargill. Niezależnie od wielce prawdopodobnej szkodliwości GMO, jest to skandalem ekonomicznym. Wydajemy rocznie ok. 4 mld zł na import soi z obu Ameryk, podczas gdy te pieniądze mogłyby zostać w kieszeniach polskich rolników – jako oszczędności lub dochody. Tym bardziej, że źródło białka paszowego mogą stanowić również śruty poekstrakcyjne roślin oleistych czy suszony wywar gorzelniany z kukurydzy, na wielką skalę wykorzystywany w Stanach Zjednoczonych. Amerykanie uzależniają świat od soi, ale u siebie nie stosują jej masowo w żywieniu zwierząt.
Nieporozumieniem są również niektóre kierunki przetwarzania produktów rolnictwa. W 2006 r. Prawo i Sprawiedliwość zainicjowało rozwój sektora biopaliw, jednak za wzrostem produkcji rzepaku nie poszły działania kolejnej ekipy rządzącej, które stymulowałyby przerób tego surowca. W efekcie co najmniej połowa produkowanego rzepaku jest wywożona do Niemiec, skąd wraca do Polski jako dodatek do paliw. Niemcy mają wartość dodaną i miejsca pracy, zostają im również śruty poekstrakcyjne, a przecież to wszystko mogłoby stanowić ważny element naszej gospodarki, oparty o surowce rolnicze.
Wracając do kwestii pasz: producenci mięsa przekonują, że import soi zwiększa bezpieczeństwo żywnościowe kraju.
Znam wyliczenia różnych domorosłych naukowców, którzy twierdzą, że gdyby go wstrzymać, to koszty produkcji żywca wieprzowego, drobiu i jaj wzrosną nawet o kilkadziesiąt procent. Jeżeli półtora roku temu soja w obrocie międzynarodowym kosztowała 900 zł, a w ostatnich miesiącach 2,5 tys. zł za tonę, to w oparciu o którą cenę była robiona powyższa kalkulacja? Przywołany argument jest całkowicie bałamutny.
W 2011 r. rząd argentyński doszedł do wniosku, że trzeba przyhamować eksport soi z tego kraju, ponieważ szkodzi to w jakiś sposób jego gospodarce. Argentyna z dnia na dzień podwyższyła cło wywozowe o 11 pkt. proc., co miało istotny wpływ na światowe ceny soi, podobnie jak ogromna susza w Stanach Zjednoczonych rok później. Czyli mamy być zależni od chimerycznych – zarówno pod względem wielkości, jak i ceny – dostaw soi, mając własne możliwości produkcji? Trzeba być durniem, żeby myśleć w ten sposób.
Argument o wzroście cen żywności pochodzi od międzynarodowych koncernów. One same trzymają się w cieniu, ich tubami propagandowymi są nieuczciwi naukowcy i naiwni działacze organizacji rolniczych, którzy widzą tylko czubek własnego nosa. Jedyne, co ich interesuje, to bieżące dostawy komponentów białkowych, ale zupełnie nie zastanawiają się nad optymalnym kształtem tego rynku.
Potrafię ich zrozumieć. Białko sojowe można kupić już teraz, produkcja pasz z krajowych surowców pozostaje postulatem.
Jestem przeciwnikiem masowego importu soi, ale nigdy ani ja, ani Prawo i Sprawiedliwość nie mówiliśmy, że należy go z dnia na dzień zakazać. Gdy w 2006 r. wprowadziliśmy zakaz importu soi modyfikowanej jako źródła białka, towarzyszyło mu dwuletnie moratorium. Okazało się ono jednak za krótkie, więc również posłowie PiS, z ciężkim sercem, zgodzili się dać rządowi dodatkowe 4 lata na zbudowanie rynku krajowych surowców białkowych. Tymczasem widzimy, że przez te lata rząd Tuska praktycznie nic w tym kierunku nie zrobił, a nawet było takie mruganie okiem: „dobra, dobra, w 2012 r. przyjdzie termin, to przedłużymy po raz kolejny”. Przy takim podejściu nigdy nie stworzymy alternatywy dla importowanej soi.
Unia Europejska oraz państwa zachodnie zaczynają się budzić w tej kwestii. Rozmawiałem niedawno z francuskim ministrem rolnictwa, Stéphanem Le Follem, który zapowiedział, że jego kraj uruchomi duży program produkcji białka ze źródeł własnych, ponieważ jest żywotnie zainteresowany uniezależnieniem się od firm amerykańskich. Nasi mędrkowie lubią się powoływać na Zachód, ale niewiele o nim wiedzą.
Jest jeszcze jeden ważny wątek tej sprawy. Jeżeli ktoś twierdzi, bo tak go w szkole nauczono, że nie można zastąpić soi w żywieniu brojlerów kurzych czy prosiąt – przy czym wielu naukowców przekonuje, że i bez niej można skonstruować znakomite i konkurencyjne cenowo pasze – to okazuje się, że można z dużym powodzeniem uprawiać soję niemodyfikowaną także w Polsce. W 2012 r. uprawiano ją u nas na ok. 1,5 tys. ha, a moglibyśmy bardzo szybko kilkudziesięciokrotnie zwiększyć ten areał. Szczególne nadzieje można wiązać z Annuszką, ukraińską odmianą, która w polskich warunkach daje nawet dwa razy wyższe plony niż soja w Ameryce. Można iść w tym kierunku, ale wymaga to przynajmniej czasowego wprowadzenia mechanizmów pobudzających rozwój produkcji, jak dopłaty do materiału siewnego czy wpisanie soi na listę roślin uprawniających do płatności uzupełniających. Zgłosiłem takie postulaty ministerstwu rolnictwa i mam nadzieję, że rozum będzie ważniejszy niż zacietrzewienie PSL-u.
Trzeba również szybko przeprowadzić badania na potrzeby dopuszczenia jakiegoś herbicydu do stosowania w uprawach soi, ponieważ w tej chwili na liście zarejestrowanych środków nie ma ani jednego i rolnicy są w pewnej pułapce. Może zresztą o to właśnie chodziło, o niedopuszczenie do uprawiania tej rośliny w Polsce? Mam nadzieję, że rząd szybko załatwi tę sprawę.
Podsumowując: nie musimy i nie powinniśmy być uzależnieni od genetycznie modyfikowanej soi amerykańskiej. Mamy ogromne możliwości produkcji komponentów białkowych, co byłoby korzystne dla rolników, reszty społeczeństwa oraz dla bilansu handlowego kraju.
Odnoszę wrażenie, że w kwestii stosowania GMO w rolnictwie świadomość ryzyka zdrowotnego i ekologicznego jest w społeczeństwie znacznie większa niż w odniesieniu do zagrożeń o charakterze ekonomicznym.
Gdy rolnik kupuje kwalifikowany materiał siewny, to nasiona z kolejnych zbiorów może wysiewać jeszcze przez kilka lat i uzyskiwać satysfakcjonujące plony. W przypadku roślin modyfikowanych nie ma takiej możliwości – umowa licencyjna wymaga, by nasiona były kupowane co roku. Ponadto, co szczególnie dobrze widać na przykładzie Indii, dopóki jest konkurencja na rynku, to ceny nasion modyfikowanych są niskie, ale po wyeliminowaniu roślin konwencjonalnych i uzależnieniu rolników od nasion pochodzących z zakupu te ceny dramatycznie rosną.
Następuje również całkowite uzależnienie od stosowania konkretnych herbicydów. Zdecydowana większość roślin nie jest bowiem zmodyfikowana tak, aby dawać większe plony, lepiej wykorzystywać wodę lub móc rosnąć na terenach zasolonych. Modyfikacje idą w kierunku uodpornienia na wybrane substancje aktywne środków ochrony roślin. W efekcie chłop uzależnia się zarówno od kupna nasion, jak i od określonego preparatu. Produkcja Roundupu, na którego substancję aktywną, czyli glifosat, odpornych jest wiele odmian GMO, w ostatnich latach wzrosła o 1500%, zaś jego cena – kilkakrotnie. To wszystko niesie konsekwencje ekonomiczne dla rolników.
Jest jeszcze jeden problem. Marka polskiej żywności opiera się na powszechnym przekonaniu, że w jej produkcji stosujemy mało chemii i że jest wolna od GMO. Miałem okazję spotykać się z przedstawicielami państw poszukujących żywności, np. krajów północnej Afryki, gdzie ze względu na postępujące zmiany klimatyczne rolnictwo zanika, a jednocześnie przybywa ludności. Mogłyby być one znakomitym rynkiem zbytu dla produktów naszego rolnictwa, ale warunkiem bardzo często jest właśnie to, aby było ono wolne od GMO. Jeżeli stracimy ten atut marketingowy, to strzelimy sobie w stopę. Mając tak dużą przewagę konkurencyjną, chcemy to wszystko zniszczyć, a rząd nie reaguje, lecz patrzy jak wół na malowane wrota.
Koalicja rządząca twierdzi, że podejmowane przez nią działania legislacyjne obronią Polskę przed GMO.
Klub Prawa i Sprawiedliwości optował za tym, żeby wprowadzić stosowny zakaz w formie ustawy, a następnie iść na spór prawny z Komisją Europejską do Trybunału Sprawiedliwości i tam bronić swoich racji. W czasie debaty, którą zorganizował w lutym 2012 r. prezydent Komorowski, nawet przedstawicielka Ministerstwa Spraw Zagranicznych mówiła, że Polsce żadne kary nie grożą. Jednak przegraliśmy w Sejmie, gdyż koalicja uznała, że lepszym rozwiązaniem będzie wprowadzenie zakazu rządowego w formie rozporządzenia. I tak się stało, ale trzeba zwrócić uwagę na kilka aspektów problemu. Po pierwsze obowiązuje zakaz uprawy, ale nie obrotu, w związku z czym nadal będzie można handlować nasionami GMO. Po drugie nie wiadomo, czy instytucje odpowiedzialne za kontrolę żywności i upraw, takie jak Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa, inne inspekcje w ramach administracji zespolonej czy policja, są przygotowane, aby ten zakaz skutecznie egzekwować. Przypomnę też, że ustawa, która do niedawna obowiązywała, przewidywała za uwolnienie GMO do środowiska karę do 8 lat więzienia. W ramach obecnych rozwiązań gdy ktoś wysieje modyfikowane nasiona, to grozi mu grzywna w wysokości 200% ich ceny, czyli kilkaset złotych na hektar. To tworzy dla niektórych rolników, nie rozumiejących zagrożenia płynącego z GMO, silną pokusę: „Nawet jak mnie nakryją, nic wielkiego mi nie grozi”. Kary muszą być dotkliwe i obejmować także zniszczenie nielegalnej plantacji. Widzimy więc, że zabezpieczenia wprowadzone przez rząd są zbyt mizerne.
Poza tym na rejestrację na poziomie europejskim czeka wiele nowych odmian roślin modyfikowanych, m.in soi oraz rzepaku. Czy każdorazowo, gdy w Unii Europejskiej pojawi się nowa odmiana, rząd będzie natychmiast wydawał dodatkowe rozporządzenie? Będziemy bardzo bacznie patrzyli mu na ręce.
Istnieje jeszcze jedno zagrożenie. Rząd jako uzasadnienie zakazu podał, że pyłek kukurydzy MON 810 jest szkodliwy dla zdrowia. Jeżeli Komisja Europejska przyjmie niedawny raport Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności, jak się wydaje dość nierzetelny, to stracimy podstawę merytoryczną zakazu – mowa tam bowiem o nieszkodliwości wspomnianego pyłku. Wystąpiłem do resortu rolnictwa oraz sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi z wnioskiem, by poszukać innych argumentów naukowych, które mogłyby zostać wówczas wykorzystane.
Obawiam się, że uprawy GMO mogą się w Polsce pojawić pomimo rządowego zakazu. Trzeba zrobić wszystko, żeby do tego nie doszło.
Pozostając przy kwestii szeroko rozumianego bezpieczeństwa żywnościowego: jednym z podstawowych mechanizmów, które mają je zapewnić, jest system dopłat podtrzymujących opłacalność rolnictwa.
W Polsce w zakresie dopłat bezpośrednich obowiązuje tzw. system SAPS, na który zdecydowaliśmy się, wchodząc do UE. Wydaje mi się, że spełnia on swoją rolę: jest prosty, zrozumiały dla rolników, a ponadto nie wiąże im rąk, umożliwiając modyfikację produkcji w zależności od potrzeb rynkowych. Mówi się jednak o głębokich zmianach systemu płatności bezpośrednich i oparciu go o tzw. uprawnienia, które mają wartość niematerialną i w pewnym sensie są oderwane od uprawy. Można sobie wyobrazić rolnika, który nie uprawia ziemi, a dostaje uprawnienie, albo takiego, który wydzierżawia komuś swoje grunty, lecz uprawnienie zostaje u niego. To jest dla rolników dość trudne do zrozumienia i nielogiczne, jednak wygląda na to, że Komisja Europejska będzie chciała ten system forsować. Dlatego do końca nie rozumiem zachowania polskiego rządu. Wydaje się, że trzeba mocniej lobbować w Brukseli albo szukać sojuszników wśród innych krajów, żeby utrzymać dotychczasowy system lub nadać nowym rozwiązaniom taki kształt, aby nie pogorszyły konkurencyjności naszego rolnictwa. Bo może się okazać, że jeżeli oprzemy się na systemie uprawnień, to stracimy część należnych nam pieniędzy, gdyż rolnicy nie będą w stanie złożyć stosownych wniosków tak, żeby wykorzystać całą pulę środków. Nie mają bowiem odpowiedniej wiedzy oraz umiejętności, a nikt ich na razie do zmian nie przygotowuje.
Drugi problem, chyba ważniejszy, stanowi wielkość dopłat.
Przypomnę, że po akcesji otrzymaliśmy gorszy system wsparcia bezpośredniego niż „stare” kraje UE. Trochę go poprawiamy płatnościami krajowymi, obciążającymi budżet państwa, ale mimo wszystko łączne wsparcie jest nadal znacznie mniejsze niż dopłaty, które otrzymują nasi główni konkurenci, czyli rolnicy niemieccy, francuscy, duńscy czy holenderscy. Nawet rolnictwo na południu Europy, mimo iż jest tam bardzo często kwiatkiem do kożucha, otrzymuje o wiele więcej środków niż nasze.
Niestety wygląda na to, że polscy negocjatorzy, z premierem na czele, nie traktują poważnie walki o wyrównanie dopłat bezpośrednich. W ramach kończącej się „siedmiolatki” na wsparcie dla rolnictwa otrzymaliśmy 135 mld zł, tymczasem Donald Tusk powiedział swego czasu publicznie, że na lata 2014–2020 nawet 100 mld wystarczy mu do dobrego samopoczucia oraz uznania, że odniósł sukces. Jeśli rząd oczekuje mniej, niż zamierza nam dać Komisja Europejska, to jest to działanie na szkodę własnego społeczeństwa i gospodarki. Mamy obecnie podobne ceny środków produkcji jak w Europie Zachodniej, jedynie koszty pracy są nadal niższe. Innymi słowy: możemy konkurować wyłącznie poziomem życia zatrudnionych w rolnictwie. W tej sytuacji dopłaty bezpośrednie, stanowiące obecnie 40–50% dochodów gospodarstw, decydują o ich konkurencyjności. Nie umiemy o nią walczyć, skoro rząd, a w szczególności PSL, mówi tak: „brać, co dają, bo mogliby nie dać nic”.
Kiedy wchodziliśmy do Unii, układ był następujący: ponosimy ogromne koszty dostosowania się do funkcjonujących w niej przepisów, w zamian za co zyskujemy prawo do wsparcia. Polscy negocjatorzy, SLD z PSL-em, zgodzili się, byśmy przez 10 lat byli „gorszym Europejczykiem”, jednak teraz, gdy spełniliśmy już wszystkie kryteria, należą nam się jednakowe dopłaty. Każde odejście od wyrównania płatności jest łamaniem Traktatu Europejskiego i Polska powinna bardzo mocno podnosić ten argument; zresztą z inicjatywy Prawa i Sprawiedliwości udało się w ubiegłym roku przyjąć niemal jednobrzmiące uchwały Sejmu i Senatu, które były apelem do rządu w tej sprawie. Dopłaty bezpośrednie stanowią prawo przysługujące wszystkim krajom Wspólnoty, niezależne od dobrej woli jakichś wujków z Brukseli, którzy może nam coś dadzą, a jeśli będziemy niegrzeczni, to nie dadzą albo zabiorą.
Niestety, negocjacje budżetu Unii Europejskiej dla rolnictwa i obszarów wiejskich okazały się klęską. Premier Tusk dla PR-owego, propagandowego „sukcesu” uzyskania 300 mld na politykę spójności praktycznie poświęcił środki należne Polsce w ramach I i II filara Wspólnej Polityki Rolnej.
Bezpieczeństwo żywnościowe to także mechanizmy chroniące uprawny charakter oraz polską własność gruntów.
Nie wypracowaliśmy rozwiązań, które skutecznie chroniłyby naszą ziemię uprawną – dobro narodowe, którego może już tylko ubywać, np. pod zabudowę i infrastrukturę. Wszystkie kraje europejskie na różne sposoby je chronią, przede wszystkim udostępniając grunty swoim rolnikom. W Polsce istnieje, owszem, wynegocjowana z Unią Europejską i obowiązująca do 2016 r. prawna ochrona ziemi przed wyprzedażą obcokrajowcom. Żeby nabyć nieruchomość rolną, obywatel kraju innego niż Polska musi uzyskać zgodę dwóch ministerstw, dlatego areały kupione bezpośrednio przez obcokrajowców, w sposób zgodny z prawem, nie spędzają snu z powiek. Przepisy są jednak nieszczelne. Często stosuje się wybieg formalny, mianowicie ziemię kupuje spółka z udziałem Polaka, który następnie zbywa swoje udziały pozostałym wspólnikom, np. Niemcom. Drugi sposób: do przetargu ograniczonego na duże powierzchnie z państwowego zasobu przystępuje rolnik, który ma do tego prawo, czyli jest z terenu, na którym się on toczy, posiada wykształcenie rolnicze i prowadzi własne gospodarstwo, często karłowate. Wygrywa, po czym wyciąga kilka milionów złotych. Ten człowiek w życiu nie widział takich pieniędzy, ktoś mu je na chwilę pożyczył – pod zastaw nabywanej ziemi – żeby obejść wymogi przetargu ograniczonego. Rolnicy zgłaszali, że przejmowanie gruntów metodą „na słupa” ma charakter masowy, przede wszystkim w Polsce zachodniej, ale reakcja rządu i Agencji Nieruchomości Rolnych była żadna; minister rolnictwa jedynie zaapelował, aby izby rolnicze pilnowały poprawności przetargów. Tymczasem samorząd rolniczy nie ma przecież żadnych możliwości sprawczych wobec CBA, urzędów skarbowych czy wydziałów policji do walki z przestępczością gospodarczą, a tylko narzędziami skarbowymi i śledczymi można sprawdzić, czy ktoś nie jest podstawiony, skąd ma pieniądze itd. Prawo i Sprawiedliwość zaproponuje niedługo rozwiązania, które uszczelnią system obrotu ziemią, przede wszystkim wprowadzając obowiązek utrzymania rolnego charakteru gruntów kupionych od państwa. Nasze propozycje zakładają, że jeżeli ktoś zrezygnuje z uprawy nabytej ziemi, to poza przypadkami losowymi, takimi jak ciężka choroba uniemożliwiająca prowadzenie gospodarstwa, automatycznie wróci ona do zasobu państwowego.
Potrzebna jest również ustawa o dzierżawie. Nie może być tak, że w sytuacji dekoniunktury w rolnictwie oraz braku preferencyjnych kredytów celowych rolnicy są zmuszani do zakupu ziemi. W wielu krajach dzierżawa jest ważną, powszechnie akceptowaną i często wielopokoleniową formą gospodarowania, np. we Francji obejmuje ok. 70% gruntów rolnych. Nie ma potrzeby, aby rolnik zawsze był właścicielem użytkowanej ziemi. Oczywiście chciałbym, żeby jak najwięcej ziemi należało do gospodarstw rodzinnych, które zgodnie z Konstytucją są przecież podstawą ustroju rolnego, ale wiele z nich nie ma pieniędzy na jej zakup. W tej sytuacji jest ona traktowana jako lokata kapitału przez osoby niezwiązane z rolnictwem, które wyczuły ostatni moment na przejęcie dużych areałów po stosunkowo niskich cenach.
Jeżeli ktoś jest nierozsądny albo ma nóż na gardle i sprzedaje należące do siebie grunty, to jego sprawa. Rzecz jasna najlepiej byłoby, gdyby obrót ziemią uprawną odbywał się wyłącznie między rolnikami – mamy wówczas niemal pewność, że zachowa ona swój charakter – nie można jednak przesadnie ingerować w transakcje prywatne. Natomiast ziemia państwowa musi służyć celom rolniczym, nie może być przedmiotem spekulacji, jak to ma miejsce w tej chwili.
Zdaniem niektórych skupowanie ziemi przez największe gospodarstwa jest racjonalne z punktu widzenia całej gospodarki.
Często słyszy się w kręgach liberalnych, że w Polsce rację istnienia ma 100–150 tys. gospodarstw, które przejmą grunty od pozostałych rolników i będą produkowały wystarczającą ilość żywności. Tymczasem szybkich zmian strukturalnych w polskim rolnictwie nie będzie – i nie powinno być. Brak bowiem alternatywy dla ludzi, którzy może swoje gospodarstwa prowadzą w sposób mało efektywny, ale mają dzięki nim miejsce zamieszkania i jakąś niewielką produkcję. Ma to ogromne znaczenie w kontekście pauperyzacji znacznej części społeczeństwa: wbrew propagandzie o „zielonej wyspie” poziom ubóstwa skrajnego zwiększa się, szczególnie na wsi. Dlatego mówienie, że powinny istnieć wyłącznie duże gospodarstwa towarowe, jest nieporozumieniem.
Tym bardziej, że drobne gospodarstwa istnieją również choćby w Austrii, Bawarii czy w niektórych regionach Francji i Włoch. Nikomu przy zdrowych zmysłach nie przychodzi do głowy, że stanowią one przeszkodę w rozwoju rolnictwa. Te gospodarstwa mają po prostu zajmować się czymś nieco innym niż gospodarstwa towarowe.
Jeszcze jednym elementem polityki państwa na rzecz szeroko rozumianego bezpieczeństwa i suwerenności żywnościowej powinna być ochrona rodzimej produkcji rolnej przed dumpingiem.
W momencie podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE zostaliśmy zalani ogromną ilością nędznej żywności z Zachodu, konkurencyjnej cenowo ze względu na wysokość dopłat do tamtejszego rolnictwa. Ostry dumping wykończył znaczną część polskiej produkcji rolnej i zakładów przetwórczych. Nadal ma miejsce choćby napływ taniego mięsa. Najlepsze elementy tuszy wieprzowej zostają w krajach Europy Zachodniej albo idą na eksport do Azji Wschodniej, natomiast do nas trafiają głównie ścinki mięsa oskrobane z kości razem ze ścięgnami, stanowiące obecnie podstawę krajowej produkcji kiełbas. Czy o taki import nam chodzi? Jasne, że ileś produktów musimy importować: cytrusy, niektóre rodzaje olejów i ryb, wina itp. Nie ma problemu, żebyśmy posmakowali tego, co jest dobre w innych krajach. Ale to, co może być produkowane w Polsce, na dodatek w dużo lepszej jakości?
Oczywiście nie możemy wprowadzić cła na granicach wewnętrznych UE. Powinniśmy natomiast restrykcyjnie pilnować jakości i bezpieczeństwa żywności znajdującej się w obrocie, np. sprawdzać, czy część importowanych kurczaków po drodze nie zdechła i w polskich ubojniach jest tylko patroszona padlina. Kiedy służby weterynaryjne jakiegoś kraju ogłoszą, że występuje w nim określony problem zdrowotny, ma miejsce jedna z nielicznych sytuacji, gdy można wstrzymać import. Mogliśmy to zrobić w odniesieniu do Niemiec, kiedy pojawił się tam problem dioksyn; wiele krajów europejskich tak postąpiło. Tymczasem cały nadmiar niemieckiego mięsa, który normalnie poszedłby do utylizacji, trafił za bezcen do Polski i my go zjedliśmy, podcinając przy okazji rodzimą produkcję wieprzowiny.
Bacznie przyglądajmy się importowi, reagujmy, gdy przychodzi towar kiepskiej jakości – ale przede wszystkim promujmy polską żywność na rynku wewnętrznym. Myślę, iż wielu Polaków rozumie, że warto ją kupować, bo jest lepsza, ale chcą mieć pewność, że nie ma „krewnych i znajomych królika”, którzy dopuszczają na rynek produkty niepełnowartościowe, a nawet toksyczne. Parasol ochronny instytucji kontrolnych nad niektórymi firmami z branży rolno-spożywczej, które mają powiązania z politykami rządzących opcji, niestety istnieje – czego dowodem są kolejne afery. Jestem przekonany, iż zdecydowana większość polskiej żywności ma wysoką jakość, ale konsument musi mieć gwarancję, że nie jest oszukiwany.
Należy również zrobić wszystko, by znaczna część żywności była konsumowana lokalnie. Przecież od zawsze ludzie w mieście żywili się tym, co zostało wyprodukowane w okolicznych wsiach, a patrząc na to z drugiej strony – rolnicy sprzedawali swoje produkty w najbliższej większej miejscowości. Zresztą w wielu krajach Europy Zachodniej nadal kilka razy w tygodniu przyjeżdżają do miast, by na historycznych rynkach sprzedawać świeżą żywność. Kwitnie też przetwórstwo bezpośrednio w gospodarstwach, na małą skalę, z wyłączeniem biurokratycznych wymogów weterynaryjnych czy sanitarnych. Świadomy konsument ma możliwość kupić z pominięciem pośredników żywność bardzo wysokiej jakości.
Rozwój rynków lokalnych zwiększa popyt na polską żywność na rynku wewnętrznym, ale również pobudza podaż z mniejszych gospodarstw. Posiadacz kilku hektarów ze swoją niewielką ilością warzyw, owoców czy przetworów mięsnych oczywiście nie poradzi sobie na rynku globalnym. Sprzedając je, mówiąc rzecz jasna w pewnym uproszczeniu, w najbliższym mieście, może mieć dobre dochody i stałych klientów, którzy docenią wartość jego żywności.
Jaki jest zakres suwerenności Polski w kształtowaniu legislacji regulującej produkcję żywności? Zwłaszcza przeciwnicy GMO twierdzą, że decydujący wpływ mają na nią lobbyści.
Zacznijmy od tego, że wbrew opinii wielu Polaków nie wszystkie decyzje zapadają w Brukseli. Kraje członkowskie mają prawo do własnej, narodowej polityki rolnej i w wielu z nich jest ona nie tylko korektą i uzupełnieniem Wspólnej Polityki Rolnej, ale wręcz jest od niej ważniejsza. Oczywiście nadal obowiązują pewne ogólne ramy określone przez Brukselę, ale można także, czego znakomitymi przykładami są Niemcy i Austria, stosować szereg form dodatkowego wsparcia dla swojego rolnictwa i obszarów wiejskich, wprowadzać odstępstwa od acquis communautaire w zakresie produkcji żywności na niewielką skalę itd. Należy z tego korzystać, tutaj nikt nas nie ogranicza – to wyłącznie kwestia decyzji podejmowanych w ramach polityki wewnętrznej. Zwalanie wszystkiego na UE jest zwykle usprawiedliwianiem swojej głupoty albo bezradności lub też ukrywaniem jakichś innych powodów, dla których nie podejmuje się pewnych działań bądź ich efekty są co najmniej dziwne.
To oczywiste, że w naszym kraju funkcjonują lobbyści, przede wszystkim wielkich firm międzynarodowych. Przykładem działalności lobbystycznej jest przemysł paszowy, który wykorzystuje i straszy polityków oraz organizacje rolnicze w zakresie importu soi modyfikowanej genetycznie. Rolnicy często bezrefleksyjnie powtarzają różne rzeczy, nie rozumiejąc, że zabiegają o cudze interesy, nie o własne. Nie tylko w Polsce, ale w całej Europie, w tym w Komisji Europejskiej, za GMO lobbuje kilka międzynarodowych korporacji, które wyłożyły miliardy dolarów na prace badawcze, a teraz oczekują zwrotu poniesionych nakładów. Stąd taka presja na rządy, łącznie z wykorzystywaniem ambasad – zwłaszcza Stany Zjednoczone bardzo zabiegają o interesy swoich firm biotechnologicznych. To, co pozwoliłoby „usadzić” wszystkich tych lobbystów, to silne przekonanie o konieczności obrony polskiej racji stanu, o tym, że mamy prawo kształtować w ramach Unii stosunki własnościowe, gospodarcze i społeczne. Jeżeli to przekonanie zastępują partykularne interesy, korupcja albo przeświadczenie, że musimy być papugą narodów, bo od tego może zależeć, czy nas poklepią po plecach i powiedzą „proszę bardzo, zapraszamy do towarzystwa” – wówczas powstają legislacyjne głupoty. Niestety, w odniesieniu do rolnictwa wszelkiego rodzaju głupot było w ostatnich latach bardzo dużo.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 20 lutego 2013 r.