Jak wyprzeć śmieciówki – instrukcja obsługi

Jak wyprzeć śmieciówki – instrukcja obsługi

Śmieciowe zatrudnienie wypiera dobre zatrudnienie – tak jak gorszy pieniądz wypiera lepszy. I tak jak wartość pieniądza jest chroniona odpowiednią polityką monetarną, tak wartościowe zatrudnienie powinno być objęte pieczą rozsądnej i aktywnej polityki rynku pracy. Tymczasem, choć śmieciowe warunki pracy wkraczają coraz śmielej nawet do sektora publicznego, który tradycyjnie był ostoją wysokich standardów pracy, to nie widać specjalnego poruszenia ani wśród polityków, ani ekspertów. Dziwnym trafem, o ile istnieje wśród ekonomistów konsensus mówiący, że państwo powinno stać na straży wartości pieniądza, to już według większości tych samych ekonomistów ochronę wartościowego zatrudnienia państwo powinno sobie odpuścić. O ile polityka fiskalna i monetarna powinny być wyposażone w szereg bezpieczników (granica zadłużenia publicznego, cel inflacyjny itp.), żeby pieniądza broń Boże nie dotknął zbyt duży spadek wartości, o tyle już rynek pracy powinien być maksymalnie zderegulowany, a fakt, że deregulacja ta prowadzi do dewaluacji zatrudnienia jakoś nie kłuje ekspertów w oczy. To dziwne, ponieważ śmieciowe zatrudnienie pociąga za sobą szereg bardzo poważnych konsekwencji. I nie mówię tu o takich „drobnostkach”, jak wyraźne pogorszenie się sytuacji pracowników – od większości współczesnych speców od ekonomii już dawno przestałem oczekiwać empatii czy troski o cokolwiek innego niż stan wskaźników makroekonomicznych. Śmieciowe zatrudnienie szkodzi jednak tym wskaźnikom w równym stopniu, co zatrudnionym. Skutkuje ono niższą wydajnością (co przekłada się na niższy wzrost PKB), niższą innowacyjnością (co wiąże się z niską konkurencyjnością) czy spadkiem wpływów budżetowych (czyli pogorszeniem się stanu finansów publicznych). A na to wszystko różnej maści eksperci zawsze zwracają pieczołowitą uwagę – niestety obok propozycji przeróżnych cięć czy restrukturyzacji, jakoś mało który z nich proponuje gruntowną reformę rynku pracy.

Śmieciowe zatrudnienie to praca na niegodnych warunkach, zarówno płacowych, jak i innych, np. dotyczących stabilności pracy czy jej czasu. Najczęściej wiąże się ono z umowami cywilnoprawnymi, które pozwalają bardzo łatwo omijać kodeksowe uprawnienia pracownicze czy regulacje dotyczące płacy minimalnej. Jednak dotyka ono także osób pracujących na umowach o pracę – trudno nie nazwać śmieciowymi warunków pracy pielęgniarki w NZOZ, która na etacie zarabia 1500 zł netto, mając 30-letni staż pracy. Reforma zmierzająca do zrobienia porządku na rynku pracy powinna więc iść w dwóch kierunkach. Po pierwsze w stronę polepszenia pozycji pracownika, by wzmocnić go podczas negocjacji z pracodawcą, tak by nie godził się łatwo na warunki nieadekwatne do wykonywanych zadań. Po drugie zaś w stronę zwiększenia wśród pracodawców motywacji do podpisywania umów o pracę, które siłą rzeczy gwarantują wyższy standard od umów cywilnoprawnych.

Siła przetargowa polskiego pracownika jest bardzo niska, przede wszystkim z powodu żałosnego poziomu zabezpieczenia społecznego w Polsce. Polską sieć bezpieczeństwa trudno w ogóle nazwać siecią, o bezpieczeństwie już nie wspominając. Łapie się w nią ledwie 14 proc. bezrobotnych – tylu ma prawo do zasiłku. Tym, którzy jakimś cudem z niej korzystają, ma do zaoferowania dość niepoważne wsparcie. 6-miesięczny zasiłek, którego wysokość to przeciętnie 19 proc. ostatniej pensji (w Czechach czy na Węgrzech to ponad 30, w Finlandii niemal 80 proc.), nie wystarczy absolutnie na nic, więc w gruncie rzeczy przynosi prawie taki sam efekt, jak by w ogóle nie istniał. Bezrobotny, który na rynku pracy jest pozostawiony samemu sobie, nie będzie grymasił i weźmie każda pracę, nawet na umowie zlecenie za 5 zł na godzinę, co niektórzy pracodawcy ochoczo wykorzystują.

Pierwsze więc, co należy zrobić, żeby zniwelować panoszące się w Polsce śmieciowe zatrudnienie, to wzmocnić naszą sieć bezpieczeństwa. Należałoby złagodzić wymagania dotyczące przyznawania zasiłków dla bezrobotnych, tak by objąć nimi ok. 80 proc. osób tracących pracę. Przekładałoby się to na 40 procent wszystkich zarejestrowanych w urzędach pracy – niemal 50 proc. z nich to osoby bezrobotne od ponad 12 miesięcy, do których powinno być skierowane wsparcie innego rodzaju. Jego wysokość powinna wzrosnąć do wysokości płacy minimalnej, która obecnie wynosi 1750 zł brutto, co oznaczałoby ponad dwukrotny wzrost. Zamiast 6 miesięcy, byłby on wypłacany przez rok. Trudno uznać taki poziom zabezpieczenia przed bezrobociem za jakiś szczególnie szczodry (w końcu płaca minimalna w niektórych częściach kraju zupełnie nie wystarczy na utrzymanie), jednak dopiero on spełniłby swoje zadanie i wzmocnił pracownika.

Ważnymi elementami sieci bezpieczeństwa są instytucje rynku pracy. Ich efektywność to w Polsce powód do drwin. Do urzędów pracy nie mają zaufania zarówno pracodawcy, jak i pracownicy – dość powiedzieć, że trafia do nich między 10 a 20 procent wszystkich ofert pracy. Urzędy pracy powinny się zamienić w pośredniaki z prawdziwego zdarzenia, oferujące bezrobotnym nie tylko możliwość płacenia składki zdrowotnej (tak, jak jest obecnie), ale także rozbudowany system szkoleń i poradnictwa zawodowego. Powinny też dysponować własnymi analizami rynku pracy i blisko współpracować z lokalnymi przedsiębiorstwami. Należałoby także rozliczać pracowników UP z wyników długofalowo, żeby ich głównym celem nie było wyrejestrowanie bezrobotnego za wszelką cenę, lecz znalezienie dla niego odpowiedniego miejsca na rynku pracy. System awansów oraz podwyżek powinien być powiązany z wynikami, a nie ze stażem pracy.

Również Państwowa Inspekcja Pracy ma spore zadanie domowe do odrobienia. Nie ulega wątpliwości, że to jej wyjątkowa impotencja doprowadziła do rozpanoszenia się śmieciowego zatrudnienia na taką skalę. W 2013 r. skontrolowała zaledwie 44 tys. umów cywilnoprawnych (według GUS, pracujących na takich umowach jest ok. 1,35 mln osób), choć dobrze zdaje sobie sprawę, że są one masowo nadużywane. Co więcej, do sądów skierowała zaledwie… 240 powództw o uznanie stosunku pracy, czyli wiążących się z zamianą umowy śmieciowej na umowę o pracę. W jej przypadku przede wszystkim należy zintensyfikować kontrole – w minionych latach przeprowadzała więcej kontroli niż obecnie, choć dysponowała mniejszą kadrą – oraz zwiększyć maksymalną możliwą wysokość mandatów za łamanie przepisów kodeksu pracy, np. zwykły z 2 tys. zł do 20 tys., a dla recydywistów z 5 tys. do 50 tysięcy. Dopiero przy takich karach łamanie prawa przestanie być dla wielkich spółek atrakcyjne. Należałoby także umożliwić inspektorom pracy stwierdzanie stosunku pracy tak, aby do sądów trafiały tylko przypadki niejednoznaczne. W sytuacji, gdy umowa zlecenie jest podpisana z ewidentnym naruszeniem przepisów, decyzja inspektora powinna wystarczyć, by zamienić ją na umowę o pracę, bez rozpoczynania długotrwałej procedury sądowej.

Na pozycji pracownika waży również aktywność organizacji pracowniczych. Niestety obejmują one w Polsce margines zatrudnionych – są z nich „z urzędu” wykluczone osoby na umowach cywilnoprawnych oraz pracujące w firmach zatrudniających do 9 pracowników, czyli ogromna część wszystkich pracujących. Związki zawodowe działają w mało którym z większych przedsiębiorstw. Rozwiązaniem jest upowszechnienie rad pracowników. Według dyrektywy UE powinny one działać w 30 tysiącach polskich firm (zatrudniających powyżej 50 pracowników i bez organizacji związkowej), tymczasem działają w… 528. Rady pracownicze znakomicie sprawdzają się chociażby w Niemczech, bo dzięki nim pracownicy mają realny wpływ na firmę. Pracodawca, mając przed sobą dobrze zorganizowaną radę pracowniczą, nie może już sobie pozwolić na traktowanie firmy jak własnego folwarku, na którym jest „równy wojewodzie”. Rady pracownicze jednak nie rozwiążą problemu wykluczenia najmniejszych firm ze zrzeszeń pracowników. Ukłonem w ich stronę byłoby umożliwienie im zrzeszania się w ponadzakładowych związkach branżowych lub terytorialnych.

Zwiększenie atrakcyjności umowy o pracę wśród pracodawców należałoby osiągnąć przez możliwie największe zbliżenie do siebie warunków i obciążeń dla obu rodzajów umów. Z jednej strony będzie się to więc wiązało ze zwiększeniem obciążeń dla umów cywilnoprawnych, a z drugiej ze zmniejszeniem obciążeń oraz uelastycznieniem umów o pracę. Umowy cywilnoprawne muszą znów spełniać swoją podstawową rolę umowy regulującej pracę dorywczą czy nieregularną, a przestać być dużo tańszym i dużo łatwiejszym substytutem zatrudniania regularnych pracowników. Należałoby więc w pierwszej kolejności obciążać każdą umowę zlecenie i o dzieło takimi samymi składkami, jak umowę o pracę, wyłączając jednak z tego składki płacone przez pracodawcę. Obecnie oskładkowana jest tylko jedna wybrana umowa zlecenie danej osoby (a umowy o dzieło nie są oskładkowane wcale), więc wybierana jest niemal zawsze ta z najniższą kwotą, a od pozostałych płacona jest jedynie składka zdrowotna. Od przyszłego roku oskładkowane będą wszystkie umowy podpisane przez konkretnego pracownika, lecz tylko do wysokości płacy minimalnej. Tymczasem składki powinny być płacone od całego wynagrodzenia zawartego w umowie i nie ma żadnego powodu, żeby w przypadku umów cywilnoprawnych było inaczej.

Z drugiej strony należałoby zmniejszyć składki płacone przez pracodawcę przy umowach o pracę. W przypadku tych umów pracodawca płaci dodatkowe składki na rzecz pracownika, które nie są „widoczne” w kwocie brutto wynagrodzenia. Obecnie wynagrodzenie 3000 zł brutto oznacza całkowity koszt dla pracodawcy w wysokości 3618 zł. Należałoby zlikwidować składkę rentową (tylko tę po stronie pracodawcy) oraz na Fundusz Pracy i FGŚP. W ten sposób całkowity koszt takiej umowy spadłby o 271,50 zł, do 3346,50 zł, a więc byłby tylko o 346,50 wyższy niż przy umowie zlecenie, nie zaś o 618 zł. Warto także uelastycznić umowy o pracę pod względem warunków ich rozwiązania, szczególnie w najmniejszych firmach (do 9 pracowników), tak, by mali pracodawcy nie mieli oporów przed zatrudnianiem nowych pracowników na etat na czas nieokreślony. W tym celu w najmniejszych przedsiębiorstwach można by skrócić okres wypowiedzenia z 3 miesięcy do 6 tygodni, a w przypadku pracowników pracujących krócej niż 3 lata wynosiłby on 3 tygodnie. Natomiast w pozostałych firmach do dwóch miesięcy zostałby zmniejszony okres 3-miesięczny. Na umowach o pracę na czas określony pozostałby we wszystkich przypadkach okres 2-tygodniowy. Oczywiście te rozwiązania należałoby wprowadzić wyłącznie w połączeniu ze wzmocnieniem sieci bezpieczeństwa oraz zwiększeniem efektywności instytucji rynku pracy, aby ogólne bezpieczeństwo pracowników etatowych nie zmalało nawet pomimo pewnego zmniejszenia stabilności ich zatrudnienia. Dobrym wyjściem uatrakcyjniającym umowy o pracę byłoby też zmniejszenie wymogów formalnych dotyczących dokumentacji, co jest szczególnie dotkliwe w małych firmach.

Umowy cywilnoprawne służą bardzo często omijaniu przepisów o płacy minimalnej. To właśnie dzięki nim można płacić np. pracownikom ochrony 4 zł za godzinę pracy. Żeby utrudnić takie obchodzenie prawa, należałoby wprowadzić, obok miesięcznej płacy minimalnej, minimalną stawkę godzinową, wynikającą wprost z wysokości płacy minimalnej. Obowiązywałaby ona przy wszystkich rodzajach umów, w których jest wyrażona godzinowa wysokość wynagrodzenia albo wskazana jest liczba godzin lub inna jednostka czasu, która jest wymagana od zleceniobiorcy, by mógł otrzymać wynagrodzenie. Utrudnienie obchodzenia płacy minimalnej dzięki umowom cywilnoprawnym może być kolejnym argumentem skłaniającym pracodawców ku rezygnacji z ich stosowania na szeroką skalę.

Bardzo ważną rolę w uatrakcyjnianiu umów o pracę odgrywa sektor publiczny. Nie mówię tu o takich oczywistościach, jak zaprzestanie praktyki zatrudniania części pracowników na umowy zlecenie, która jest popularna szczególnie w… urzędach skarbowych. Mowa o umieszczaniu w zamówieniach publicznych wymogu zatrudniania przez oferentów na umowy o pracę we wszystkich przypadkach, gdy charakter zadania do tego obliguje. Obecnie tak zwana klauzula społeczna stosowana jest w zaledwie 2 proc. wszystkich przetargów. Dość powiedzieć, że nawet Państwowa Inspekcja Pracy nie wymaga od oferentów umów o pracę w swoich zamówieniach – tak było chociażby przy niedawnym przetargu na świadczenie usług pocztowych dla PIP. Jeśli zamówienia publiczne, które są bardzo ważnym działem gospodarki, wciąż będą polem dla prekaryzacji pracowników, to trudno oczekiwać poprawy standardów zatrudnienia w pozostałych obszarach.

Pozostaje pytanie, skąd wziąć na to pieniądze. Obciążenie budżetu generowałyby głównie dwa rozwiązania – zmniejszenie oskładkowania umów o pracę po stronie pracodawcy oraz zwiększenie wsparcia w postaci zasiłków dla bezrobotnych. Pierwszy krok wygenerowałby maksymalnie 4,5 mld zł straty dla budżetu. Likwidacja składki rentowej oraz na Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych po stronie pracodawcy przy przeciętnym polskim wynagrodzeniu według GUS (ok. 4100 zł), zmniejszyłyby składkę o 371 zł. Przy ok. 12 mln Polaków zatrudnionych na umowach o pracę dałoby to właśnie 4,5 mld zł; należy jednak pamiętać, że średnia krajowa jest mocno zawyżona (nie uwzględnia chociażby płac w najmniejszych firmach), więc realny koszt byłby wyraźnie mniejszy. W pewnej części byłby on poza tym zrekompensowany przez zwiększenie wpływów z oskładkowania wszystkich umów cywilnoprawnych.

Natomiast koszt wyższych, dłuższych i powszechniejszych zasiłków wyniósłby ok. 12 mld zł. Jeśli objętych byłoby nim 40 proc. zarejestrowanych bezrobotnych, to otrzymywałoby go ok. 712 tysięcy Polaków. Pomnożone przez 1750 zł i 12 miesięcy dałoby to niecałe 15 mld zł, od których należałoby odjąć 3 mld zł, które już teraz wydajemy na zasiłki. Zatem można bezpiecznie założyć, że cały dodatkowy ciężar dla budżetu z tytułu przeprowadzenia opisanej reformy wyniósłby około 15 mld zł, czyli 0,9 procenta PKB. Jeśli zwiększylibyśmy o ten niecały procent generalne wpływy sektora finansów publicznych, to wynosiłyby one w Polsce 39,5 proc. PKB, czyli wciąż bylibyśmy grubo poniżej średniej UE (45,2 proc. PKB), krajów naszego regionu, takich jak Czechy (40,1 proc.) czy Węgry (47,6 proc.), a nawet raju podatkowego, jakim jest Cypr (tamtejsze dochody finansów publicznych to 40,3 proc. PKB). Skąd dokładnie należałoby wziąć ten 1 procent PKB, to już temat na inny tekst dotyczący polskiego skrajnie niesprawiedliwego i nieefektywnego systemu podatkowego, o czym zresztą po części już pisałem na portalu „Nowego Obywatela” w ubiegłorocznym artykule „Niesprawiedliwości stało się zadość”. W każdym razie, mówiąc krótko, przez nasz dziurawy jak sito system uciekają nieporównanie większe kwoty. Oczywiście 15 mld zł to całkiem sporo, jednak wydaje się to ceną niewygórowaną za stworzenie w końcu w Polsce zrębów w miarę cywilizowanej sieci bezpieczeństwa i uporządkowanie tej stajni Augiasza, zwanej szumnie rynkiem pracy.

Dobre, bo publiczne

W debatach medialnych regularnie pojawia się odmieniany przez wszystkie przypadki termin „prywatyzacja”. Najczęściej dzieje się to, gdy któraś z państwowych spółek przechodzi ciężkie chwile lub gdy na tapetę trafia temat niewydolności służby zdrowia. Prywatyzacja urasta w takich sytuacjach do najbardziej rozsądnego rozwiązania proponowanego przez szanowanych ekspertów, przeciw któremu występują głównie roszczeniowe i bojące się rozwoju grupy społeczne. W tym spontanicznym sprzeciwie objawia się intuicyjna mądrość ludu, a za popieraniem prywatyzacji przez różnej maści ekspertów stoi często ich uwikłanie w interesy środowisk, z których się wywodzą. W związku z takim podziałem ról do opinii publicznej nie docierają uporządkowane i jasno artykułowane argumenty przeciw prywatyzacji i za utrzymaniem szerokiego sektora publicznego. Sprawia to wrażenie, że owe postulaty są przejawem warcholstwa i obrony własnych interesów. Jest zgoła przeciwnie – mają one głębokie uzasadnienie społeczne, instytucjonalne i ekonomiczne.

Jeszcze publiczne czy już prywatne?

Termin „prywatyzacja usług publicznych” jest bardzo szeroki i w powszechnym odbiorze często oznacza również zjawiska takie jak „komercjalizacja”, „urynkowienie” czy „outsourcing”. Prywatyzacja w ścisłym znaczeniu tego terminu to sprzedaż zorganizowanego majątku publicznego lub jego części, tymczasem „komercjalizacja usług publicznych” lub ich „urynkowienie” niekoniecznie muszą wiązać się ze sprzedażą mienia publicznego. Komercjalizacja to zmiana celów, jakimi kierują się jednostki wykonujące zadania publiczne – z jak najlepszego świadczenia usług na rentowność i zysk. Odbywa się to np. poprzez zmianę zasad zarządzania lub wprowadzenie państwowego przedsiębiorstwa na giełdę, gdzie musi się ono dostosować do panujących reguł, jednak przy zachowaniu większościowej własności państwa. Urynkowienie natomiast to wprowadzenie do usług publicznych konkurencji, a więc stworzenie dla nich specyficznego rynku. Można to osiągnąć poprzez wprowadzenie kilku dostawców danej usługi lub dopuszczenie do świadczenia usług także prywatnych świadczeniodawców, np. ubezpieczycieli zdrowotnych, którzy muszą konkurować o pacjenta. Outsourcing zaś to po prostu zlecenie świadczenia danej usługi prywatnemu podmiotowi na zasadach ustalonych przez instytucje publiczne, z nadzieją, że wykona je on lepiej. Wszystkie wymienione rozwiązania nie muszą się wiązać z prywatyzacją, jednak często zbiorczo określa się je tym terminem – to właściwie zasadne, gdyż wszystkie one wiążą się z podobnymi zagrożeniami.

Głównym argumentem za prywatyzacją usług publicznych jest przeświadczenie, że podmioty działające na zasadach rynkowych są bardziej efektywne. A zatem, jeśli wprowadzimy te zasady również do sektora publicznego, poziom usług wzrośnie. Problem w tym, że nie ma dowodów, iż dzieje się tak zawsze. Nie tylko dlatego, że sam rynek jest zawodnym mechanizmem, ale także z tego powodu, że sektor publiczny kieruje się innymi zasadami i celami niż prywatny. I nawet jeśli wśród tych rozmaitych celów pojawia się również zysk, to nie jest on jedyną ani główną racją – administracja publiczna nie może przecież zrezygnować ze świadczenia danej usługi tylko dlatego, że jest nieopłacalna. Na przykład przy decyzji o podciągnięciu wodociągów do niewielkich osad w górskich rejonach nie można kierować się rentownością projektu, gdyż prawdopodobnie koszty nie zwrócą się nigdy. Ale obywatele tam mieszkający mają takie same prawo posiadania dostępu do bieżącej wody. Sektor publiczny musi też brać pod uwagę o wiele więcej względów niż prywatny. Administracja publiczna ma dbać o interesy przeróżnych grup, często ze sobą sprzeczne, gdy tymczasem sektor prywatny dba głównie o własny interes i nawet jeśli także w nim pojawia się konflikt celów (np. między pracownikami a akcjonariuszami spółki), to jest on nieporównywalnie mniej złożony. Relacja obywatel–administracja publiczna jest zupełnie inna niż klient–sprzedawca. Zakłada ona wzajemną odpowiedzialność, nakłada na obywatela nie tylko uprawnienia, ale i obowiązki, i nie kończy się w momencie uzyskania usługi. „Obywatel” jest pojęciem dużo szerszym i bardziej złożonym niż „klient”.

W związku z tymi różnicami niedoskonałości mechanizmów i podejścia rynkowego muszą się ujawniać w sektorze publicznym jeszcze bardziej niż w prywatnym. Można się bardzo pomylić, gdy kierujemy się obniżeniem kosztów dostępu do usług publicznych podczas zlecania ich prywatnym podmiotom. Gdy np. jeden z podmiotów zdominuje pozostałe i po przejściowym obniżeniu ceny oraz zduszeniu konkurencji nagle zacznie owe koszty dostępu podnosić, wówczas powstanie monopol prywatny, nieskończenie bardziej niebezpieczny od publicznego, gdyż nie poddany demokratycznej kontroli społecznej. Nawet jeśli bezpośrednie koszty trwale spadną, to w ich miejsce pojawią się nowe koszty transakcyjne, związane głównie z egzekwowaniem wymogów poziomu świadczonych usług i kontrolowaniem przestrzegania umów. W przypadku przerwy w świadczeniu usług oraz konieczności błyskawicznego znalezienia nowego usługodawcy (gdy pozycja negocjacyjna administracji drastycznie się obniży) straty mogą być ogromne. Jednak nawet jeżeli prywatyzacji nie będą towarzyszyć żadne dramatyczne wydarzenia, wzrost kosztów transakcyjnych i tak może spowodować, że bilans okaże się negatywny, tym bardziej jeśli nie ma się kadry odpowiednio przeszkolonej do monitorowania poziomu prywatyzowanych usług. W sytuacji gdy sektor prywatny stać często na najlepszych prawników, egzekwowanie umów przez państwo czy samorządy może okazać się fikcją.

Bardzo częstym elementem urynkowienia i komercjalizacji usług publicznych jest tzw. selekcja negatywna. Poszczególni usługodawcy mogą nie dbać o „klientów” szczególnie problematycznych lub wręcz zniechęcać ich do wybrania właśnie ich usług. Ma to szczególnie duże znaczenie przy komercjalizacji służby zdrowia. Prywatne podmioty stawiają na wykonywanie najbardziej zyskownych procedur, a ubezpieczyciele z otwartymi ramionami przyjmują głównie pacjentów o końskim zdrowiu. Wtedy mniej zyskowne, aczkolwiek równie istotne obszary (jak np. geriatria) leżą odłogiem, a schorowani pacjenci mają problem z ubezpieczeniem się. Najbardziej prawdopodobna jest reaktywacja podmiotów publicznych właśnie w tych mało zyskownych obszarach (podczas gdy zyskowne zostają już w rękach prywatnych), co jest kolejnym przykładem zjawiska „prywatyzacji zysków i uspołecznienia strat”.

Bardzo istotne zagrożenie to zmniejszanie się wpływu władzy publicznej na rzeczywistość. Gdy oddajemy rynkowi kolejne obszary życia, wspólnotą w coraz większym stopniu zaczyna rządzić pieniądz, a w coraz mniejszym demokracja. Może to ostatecznie doprowadzić do zaistnienia fasadowej demokracji, w której obywatele głosują, lecz nie ma to większego znaczenia, bo władza i wpływy zostały już wcześniej wykupione przez najzamożniejszych. Nawet jeśli nie spełni się najgorszy scenariusz, to i tak reagowanie władzy publicznej na zagrożenia stanie się utrudnione, gdyż odpowiedzialność usługodawców będzie miała jedynie charakter kontraktowy, sprowadzający ją do zapisów w umowie. Bardzo ogranicza to paletę działań władzy oraz wydłuża czas potrzebny do pociągnięcia winnych do odpowiedzialności i do naprawienia złej sytuacji. Rozszerzanie się zasad rynkowych na kolejne obszary życia niewątpliwie odbije się także negatywnie na transparentności życia społecznego – w sektorze prywatnym nie obowiązuje taki poziom jawności informacji jak w publicznym.

Konkretne zagrożenia mogą w różny sposób ujawniać się w poszczególnych formach prywatyzacji usług. W przypadku partnerstwa publiczno-prywatnego rośnie ryzyko drożyzny, ponieważ partner prywatny, mając ograniczoną ilość czasu na czerpanie zysków z inwestycji, może windować ceny, by maksymalnie zrekompensować sobie poniesiony wkład. Drastycznie rosną też koszty transakcyjne, bo pojawia się częsta konieczność renegocjowania umów – partnerstwo trwa czasem kilkanaście lub więcej lat, więc zmieniają się okoliczności. Nawet jeśli poszczególne niewydolności rynku uwydatniają się w usługach publicznych z różną intensywnością, można znaleźć wiele przykładów, które każą się przynajmniej zastanowić, czy prywatyzacja jest zawsze dobrym rozwiązaniem.

Prywatni leserzy, publiczni prymusi

Z powyższych zjawisk, które mogą towarzyszyć prywatyzacji, najczęstszym i najłatwiejszym do wykazania jest wzrost cen usług publicznych, często drastyczny. Drożyzna to chleb powszedni dla obywateli, którym usługi publiczne zapewniają prywatne podmioty. Przekonali się o tym Francuzi po prywatyzacji sieci wodociągowych – w gminach, które zdecydowały się na ten krok, ceny wody były o ok. 20 proc. droższe od cen w miejscach, gdzie tego nie uczyniono. Dodatkowo wykazano, że prywatni operatorzy osiągali nieproporcjonalnie wysokie zyski w stosunku do kosztów. W Boliwii sprzedaż systemu wodociągów amerykańskiej spółce Bechtel w 1999 r. momentalnie przyniosła trzykrotny wzrost opłat za wodę, co skończyło się zamieszkami i renacjonalizacją systemu.

Najbardziej szokujący przykład olbrzymich kosztów, które wiązały się z prywatyzacją publicznego systemu, to reforma emerytur z czasów generała Pinocheta w Chile. Wprowadzona w roku 1981, oddawała los emerytur Chilijczyków w ręce prywatnych funduszy emerytalnych. Rachunek za ten krok był wyjątkowo słony. W latach 1981–2008 suma składek wpłaconych do AFP (tamtejszego OFE) wyniosła 59 mld dol., natomiast suma pobranych z tego tytułu prowizji to aż 19,9 mld. Co trzeci dolar ze składek emerytalnych Chilijczyków trafiał więc do kieszeni funduszy emerytalnych. Byłoby to do zniesienia, gdyby w zamian wypracowały one mieszkańcom Chile godne emerytury, jednak nawet to się nie zdarzyło. Okazało się, że emerytury wypracowane w prywatnym systemie były o 50 proc. mniejsze, niż byłyby, gdyby wciąż obowiązywał stary system. Aż ⅔ członków AFP nie zebrało środków wystarczających do uzyskania świadczeń umożliwiających przeżycie. W związku z tym trafili na garnuszek państwa, które musi wypłacać im pomoc socjalną. Jest to jednym z przykładów wyżej opisywanych kosztów transakcyjnych – za nieudolność (lub też zwyczajną pazerność) prywatnych funduszy muszą płacić wszyscy podatnicy.

Przykład prywatyzacji chilijskich emerytur obrazuje jeszcze jedno z zagrożeń – powierzanie zabezpieczenia społecznego rozwiązaniom rynkowym wiąże się z ogromnym ryzykiem i brakiem stabilności. Na skutek obecnego kryzysu AFP straciły aż 60 proc. zysków wypracowanych do roku 2007, czyli ponad połowę tego, co wypracowywały przez ćwierćwiecze. Tę naukę należy bez wątpienia rozciągnąć na inne usługi publiczne (bo ubezpieczenie społeczne jest jedną z nich) – nie warto powierzać rynkowi usług, od których zależy egzystencja społeczeństw, gdyż koniunktura rynkowa bywa zmienna, a dostępność do takich świadczeń musi być stabilna. Przynajmniej częściową stabilność mogą zapewnić przede wszystkim instytucje publiczne ukierunkowane na wypełnianie potrzeb społecznych, a nie na zysk. Dobrze wiedział o tym zresztą sam generał Pinochet – służby mundurowe, z których się wywodził, pozostawił w starym publicznym systemie emerytalnym.

Chile jest najbardziej szokującym przykładem nieudanej prywatyzacji emerytur. Na dobrą sprawę krok ten jeszcze nigdzie się nie udał, a kolejne kraje wycofują się z niego rakiem, tak jak Polska czy Węgry. Tymczasem na drugim biegunie są tzw. emerytury bezskładkowe, czyli po prostu finansowane z budżetu i wypłacane przez publiczne podmioty – w zasadzie sprawdzają się wszędzie, gdzie je wprowadzono, np. w Australii czy Nowej Zelandii. W Nowej Zelandii przysługują wszystkim osobom, które ukończyły 65 lat i mieszkają na wyspie przynajmniej od dekady. Emerytura wynosi 72,5 proc. średniej płacy netto (dla osób samotnych jest trochę wyższa) i jest wliczana do dochodu podlegającego opodatkowaniu. Dzięki temu, że jest ona całkiem wysoka i właściwie równej wysokości dla wszystkich (z rozróżnieniem jedynie na stan cywilny), znakomicie przeciwdziała ubóstwu i rozwarstwieniu. Chwalą ją dosłownie wszyscy – w roku 1997 odbyło się referendum w sprawie wprowadzenia w zamian modelu emerytur kapitałowych, wzorowanych na chilijskich, jednak propozycja została masowo odrzucona przez obywateli (przeciw było 93 proc. głosujących przy frekwencji 80 proc). W Australii system działa na podobnych zasadach, z tym że obowiązuje kryterium majątkowe – emerytury nie są wypłacane osobom najbardziej zamożnym.

Ktoś mógłby stwierdzić, że to kraje dość bogate, więc mogą sobie pozwolić na tak szczodry system. Jednak system publicznych emerytur bezskładkowych sprawdza się również w krajach o średnim dochodzie (np. RPA) oraz bardzo biednych (Boliwia, Botswana, Nepal). W RPA emerytura wynosi 50 proc. przeciętnego dochodu gospodarstwa domowego. Przysługuje wszystkim obywatelom – mężczyznom, którzy ukończyli 65 lat, a kobietom od 60. roku życia. Systemem administruje publiczna agencja South African Social Agency, która stworzyła złożoną strukturę wypłacania świadczeń nawet w miejscach głęboko zapóźnionych cywilizacyjnie, wykorzystując m.in. pojazdy wyposażone w bankomaty oraz pomoc administracji lokalnej, często asystującej starszym osobom w dzień wypłaty. System działa bardzo sprawnie i przynosi znakomite efekty w zwalczaniu ubóstwa. Głównymi problemami, z którym muszą borykać się administratorzy systemu, są wysokie opłaty za dostarczanie emerytur, jakich żądają prywatni dostarczyciele przesyłek wypłacający świadczenia w niektórych miejscach, a także niechęć do otwierania filii przez banki w rejonach wiejskich. Świetnie działający publiczny system emerytalny w RPA napotyka kłopoty głównie tam, gdzie musi współpracować z sektorem prywatnym…

Najsłynniejszym przykładem drożyzny prywatnego systemu jest amerykańska opieka zdrowotna. Niemal w całości prywatny (zarówno świadczeniodawcy, jak i ubezpieczyciele są prywatni), lecz generuje ogromne koszty, niespotykane w żadnym innym miejscu na świecie. W USA na opiekę zdrowotną wydaje się 17,6% PKB i jest to rekord w skali globu. Amerykanie wydają przeciętnie na osobę 8500 dol., a tymczasem druga pod tym względem Norwegia „zaledwie” 5670 dol. Ta sytuacja przekłada się często na ludzkie dramaty aż 46% upadłości konsumenckich w Stanach jest spowodowanych koniecznością poniesienia kosztów niezwykle drogiej opieki medycznej. Około 15% Amerykanów (46milionów) nie stać na opłacenie prywatnego ubezpieczenia i nie zmieniła tego stanu nawet reforma „Obamacare”, wprowadzająca system tanich ubezpieczeń. Co ciekawe, te olbrzymie nakłady niespecjalnie przekładają się na efekty w kategorii „stan zdrowia” obywateli Stany Zjednoczone plasują się na ok. 30 miejscu na świecie.

Tymczasem odrobinę na północ funkcjonuje służba zdrowia stanowiąca antytezę systemu amerykańskiego. System kanadyjski opiera się na środkach publicznych, które stanowią aż 70 proc. wszystkich kosztów opieki medycznej w tym kraju. Nakłady wynoszą 10,6 proc. PKB, a więc są o wiele mniejsze niż w USA, a mimo to nie ma żadnych problemów z nieubezpieczonymi – system gwarantuje opiekę wszystkim obywatelom, niezależnie od zatrudnienia czy innych czynników. Uderzające są przede wszystkim wyniki porównania wyceny poszczególnych zabiegów medycznych. Różnice są ogromne – zwykła wizyta u specjalisty jest wyceniana w Kanadzie na 30 dol., a w USA trzy razy drożej; wycięcie wyrostka robaczkowego w Kanadzie to koszt 400 dol., gdy w USA ponad tysiąc; badanie naczyń krwionośnych w USA kosztuje 900 dol., a za północną granicą już jedynie 35 dol. Kanadyjska opieka medyczna jest nie tylko tania, ale także dość efektywna – pod tym względem plasuje się ona na 21. miejscu na świecie, tymczasem amerykańska dopiero na 44.

Skuteczności publicznych służb zdrowia dowodzi też niedawny raport naukowców z Cambridge i Uniwersytetu w Kalifornii pt. „Porównanie działania prywatnych i publicznych systemów opieki zdrowotnej w krajach o niskim i średnim poziomie płac”. Zbadali oni efektywność systemów w krajach o PKB per capita maksymalnie niewiele ponad 12 tys. dol. Ich wnioski są dość jednoznaczne – sektor państwowy wykazuje się lepszymi, nawet aż o 85 proc., wynikami w leczeniu (np. w Pakistanie). Sektor prywatny często nadużywa niektórych procedur medycznych – w RPA 62 proc. porodów przyjmowanych przez prywatnych usługodawców kończy się cesarskim cięciem, a przez publicznych jedynie 18 proc. Pracownicy sektora publicznego posiadali także lepsze kompetencje i rzadziej łamali przepisy. Wykazano również, że prywatyzacja systemu oznacza wzrost kosztów opieki oraz cen przepisywanych lekarstw. Interesujące, że wzrost kosztów wiązał się głównie z wyraźnym skokiem kosztów administracyjnych – np. w Kolumbii po prywatyzacji wynoszą one, w co aż trudno uwierzyć, 53 proc. Dla porównania – w Polsce koszty administracyjne NFZ to zaledwie 1 proc. Z raportu wynika, że mocną stroną prywatnej służby zdrowia są głównie mniejsze kolejki i bardziej uprzejmy personel, jednak te zalety nie są w stanie zmienić bilansu, który jest jednoznacznie pozytywny dla sektora publicznego.

Nie tylko służba zdrowia lub system emerytalny przynoszą dowody na to, że prywatyzacja nie zawsze musi być dobrym rozwiązaniem. Wielka Brytania wycofała się z prywatyzacji infrastruktury kolejowej z 1993 r., gdyż prywatny operator, tnąc koszty, nie kwapił się do remontów, a w efekcie była ona w fatalnym stanie i dochodziło do wielu poważnych wypadków. Okresowe przerwy w dostępie energii elektrycznej przeżyli mieszkańcy Kalifornii – słynny blackout z 2001 r. spowodował tam ogromne straty, a miał miejsce z powodu kłopotów, w jakie popadli prywatni dostawcy energii. Wisienką na torcie niech będą polskie doświadczenia z partnerstwem publiczno-prywatnym, których efektem są autostrady jedne z najdroższych dla użytkowników w skali europejskiej.

To może się opłacać

Innym problemem jest kwestia prywatyzacji przedsiębiorstw publicznych, które świadczą działalność produkcyjną. W takiej sytuacji dużo większe znaczenie mają cele i uwarunkowania ekonomiczne, takie jak zysk czy rentowność. Fakt, że prywatne przedsiębiorstwo kieruje się głównie zyskiem, nie oznacza od razu, że przedsiębiorstwo publiczne musi być ślepe na inne względy. Nie ulega jednak wątpliwości, że czerpanie zysków z państwowych firm pod postacią dywidendy jest bardzo ważnym argumentem za utrzymaniem takiego charakteru własności. Coraz powszechniejsza staje się tzw. optymalizacja podatkowa, więc wpływy budżetowe są coraz bardziej zagrożone. W takiej sytuacji pozostawienie w ramach majątku publicznego zyskownych firm może być zgodne z interesem publicznym, tym bardziej, że państwowe spółki są zazwyczaj najlepszymi płatnikami składek, dodatkowo wspierającymi budżet. Może się to zmienić po ewentualnej prywatyzacji – spółki prywatne często tną koszty, oszczędzając właśnie na składkach pracowników i wprowadzając niestabilne formy zatrudnienia.

Oprócz względów fiskalnych pojawia się również inny argument – sektor publicznych przedsiębiorstw może być ostoją wysokich standardów zatrudnienia, dając dobry przykład reszcie rynku pracy. Dobrze więc, gdy jest on odpowiednio szeroki. Istotne jest także utrzymanie pod kontrolą państwa tzw. sektorów strategicznych. Globalna konkurencja gospodarcza jest często bezwzględna, a wiele sektorów, takich jak energetyka czy finanse, służy do wywierania nacisku przez jedne państwa na inne. Utrzymanie pod kontrolą choćby sektora energetycznego może być więc podyktowane chęcią zwiększenia bezpieczeństwa kraju oraz zabezpieczenia suwerenności gospodarczej.

Publiczne przedsiębiorstwo jest najlepszym wyjściem także w sytuacji istnienia „naturalnego monopolu”, czyli warunków, w których głównym kosztem jest stworzenie sieci dystrybucyjnej (np. wodociągi). Gdy taka sieć już istnieje, najrozsądniejsze z punktu widzenia ekonomicznego jest rozszerzanie bazy klientów jednego dostawcy, gdyż przy każdym kolejnym kliencie spada koszt jednostkowy (główna część kosztów została już poniesiona w trakcie budowy sieci). W związku z faktem, że monopol państwowy jest zdecydowanie bezpieczniejszy dla społeczeństwa niż prywatny, najlepiej aby tym jedynym dostawcą było przedsiębiorstwo publiczne. Innym idealnym miejscem dla zaistnienia firmy państwowej jest raczkujący dopiero sektor, który wymaga sporych nakładów na badania i rozwój, bez żadnej gwarancji zwrotu tej inwestycji. Sektor prywatny jest dużo mniej skłonny do ryzyka, szczególnie długoterminowego, celując raczej w inwestycje dające krótko- lub średnioterminowy pewny zysk. Państwo może tworzyć przedsiębiorstwa wzorcowe, które staną się podstawą rozwoju nowego segmentu gospodarki w danym kraju.

Wielu przeciwników wspólnej własności w gospodarce opiera argumentację na tezie, którą można sprowadzić do stwierdzenia „wspólne, czyli niczyje” – ludzie nieszczególnie dbają o mienie, które nie jest ich prywatną własnością. Tyle że przytłaczająca większość interesariuszy średnich i dużych firm, mających olbrzymi wpływ na ich działalność (np. pracownicy, kontrahenci, członkowie zarządu itd.), nie jest ich właścicielami, a mimo to nie przeszkadza im to w wykonywaniu swojej pracy porządnie i/lub dbaniu o odnoszenie przez nie korzyści. Oczywiste, że pracownikom zależy na utrzymaniu miejsc pracy, a kontrahentom na stabilnej współpracy, jednak te motywacje nie tracą wcale mocy w przedsiębiorstwach państwowych, więc kwestia własności jest drugorzędna. Spółki państwowe to kuszący owoc dla elit rządzących, bo można w ich zarządach „upychać” niekoniecznie kompetentnych „swoich”, co negatywnie odbija się na poziomie kierowania firmą. Można sobie z tym jednak poradzić, tworząc jasne i skuteczne przepisy regulujące zatrudnianie menedżerów. Tak jest np. w Norwegii, której gospodarka w ogromnym stopniu oparta jest na sektorze publicznym (wg OECD udział tylko jej największych państwowych przedsiębiorstw w dochodzie narodowym brutto wynosi 25 proc.), a norweskie spółki państwowe (np. Statoil) są wzorem dobrego zarządzania.

Z samego procesu prywatyzacji płyną inne rodzaje zagrożeń. Porządne jego przeprowadzenie może być dużo bardziej wymagającym zadaniem, niż dobre zarządzanie spółkami państwowymi. Dobrze prywatyzować potrafią tylko sprawne administracje, więc, wbrew pozorom, dysponując mało skutecznymi instytucjami publicznymi bezpieczniej jest utrzymać państwową formę własności i zahamować sprzedaż publicznego mienia do momentu, gdy będzie można ją przeprowadzić bez strat dla społeczeństwa. Rządy jednak decydują się na sprzedaż państwowej firmy najczęściej wtedy, gdy przedsiębiorstwo przechodzi kłopoty i staje się obciążeniem dla władzy publicznej (zarówno budżetowym, jak i wizerunkowym). Jest to, wbrew pozorom, najgorszy moment na sprzedaż, gdyż rynkowa wartość firmy będzie wtedy prawdopodobnie mocno niedoszacowana, więc trudno będzie uzyskać satysfakcjonująca cenę. Sekwencja działań jest wtedy często następująca: najpierw restrukturyzacja, a następnie sprzedaż. Ale skoro możliwa jest restrukturyzacja firmy w warunkach publicznego zarządzania, to może ona z powodzeniem nadal funkcjonować pod państwowym zarządem. Po co ją w ogóle sprzedawać, skoro włożono tyle wysiłku w jej uzdrowienie i najgorsze już minęło?

Kolejnym wyzwaniem jest znalezienie dobrego inwestora, który zagwarantuje rozwój, utrzymanie produkcji i poziomu zatrudnienia. Na to pozwoli tylko solidne rozpoznanie oferentów, do czego również potrzeba dobrze przygotowanej administracji. Przy wyborze inwestora bardzo łatwo popełnić błąd, za który cała wspólnota będzie potem płacić. Trzeba też wspomnieć o zagrożeniu korupcyjnym, które podczas procesu prywatyzacyjnego jest bardzo wysokie. Z drugiej strony, zupełnie nietrafione są argumenty zwolenników prywatyzacji, którzy twierdzą, że należy ograniczać sektor publiczny, gdyż jest on w jakiś szczególny sposób narażony właśnie na korupcję. Korupcja w sektorze prywatnym jest nawet częstsza niż w publicznym, a dodatkowo dużo trudniejsza do wykrycia z powodu mniejszej jawności działań.

Szkodliwe efekty małych słabostek

Pojawiające się co jakiś czas przypadki złego zarządzania w państwowych spółkach stają się natychmiast powszechnie przywoływanymi argumentami przeciw publicznej własności w gospodarce. Za to liczne przykłady katastrofalnego zarządzania w firmach prywatnych już nie są wykorzystywane w taki sposób. A przecież Polacy mogą akurat powiedzieć bardzo wiele o słabościach sektora prywatnego, które w polskiej gospodarce widać jak na dłoni. Wielu z nas męczy się na co dzień w źle zarządzanych spółkach prywatnych, w których często jedynym pomysłem na biznes jest cięcie kosztów pracy. Mimo to wciąż dogmat o wyższości własności prywatnej w naszym kraju trzyma się mocno; niespecjalnie nawet nadszarpnął go obecny kryzys, choć przecież przyniósł wiele nowych przykładów słabości i błędów w zarządzaniu firmami prywatnymi. Symbolem obecnego kryzysu gospodarczego stał się upadek banku Lehman Brothers w 2008 r., a więc zaledwie kilka lat po słynnej upadłości Enronu, która wstrząsnęła USA. Raport zespołu śledczego Valukasa, pokazujący główne przyczyny upadku banku, jest również świetnym przeglądem zagrożeń, które pojawiają się w warunkach własności prywatnej. Zespół Valukasa postawił kierownictwu Lehman Brothers trzy główne zarzuty: kreatywną księgowość, ukrywanie prawdziwej sytuacji finansowej, ignorowanie sytuacji finansowej firm, które pożyczały środki Lehmanowi. Ogromna skala lekkomyślności wynikała oczywiście z pazerności menedżerów nakierowanych na krótkoterminowy zysk, co jest jedną z częstych cech sektora prywatnego.

W podobnym duchu jest napisany niedawny raport KPMG o nadużyciach gospodarczych. Okazało się, że kryzys spowodował drastyczny wzrost nadużyć finansowych wśród członków zarządów spółek – odsetek ten skoczył z 22 proc. w 2007 do 44 proc. w roku 2010. Jest to spowodowane wielką presją akcjonariuszy na utrzymanie wyników, co kończyło się m.in. masowymi manipulacjami przy wynikach sprzedaży. Z raportu wynika, że 80 proc. nadużyć finansowych ma miejsce w przedsiębiorstwach prywatnych, a same firmy wykrywają zaledwie 24 proc. z nich, co oznacza, że spółki nie radzą sobie z kontrolą wewnętrzną. Ciekawe również, że jednym z najczęściej występujących nadużyć jest preferowanie konkretnego dostawcy podczas zakupów. Odbywa się to m.in. poprzez skracanie terminu na złożenie ofert, aby zdążył tylko wcześniej poinformowany kontrahent, oraz formułowanie specyfikacji zamówienia pod konkretnego producenta. Jak widać, praktyki, które są słusznie wytykane sektorowi publicznemu, również w prywatnym są na porządku dziennym.

Publiczni czempioni w globalnej grze

Firmy publiczne potrafią sobie znakomicie radzić na globalnym rynku w przeróżnych branżach. Niejeden Polak byłby zaskoczony, gdyby się dowiedział, że nasi państwowi operatorzy telekomunikacyjni (Telekomunikacja Polska i Polska Telefonia Cyfrowa) zostali „sprywatyzowani” w taki sposób, że sprzedano ich… państwowym operatorom innych krajów – czyli odpowiednio France Telecom (obecnie Orange) i Deutsche Telekom, które są czołowymi spółkami telekomunikacyjnymi świata. Własność publiczna ma również swój duży udział w jednej z najlepszych firm motoryzacyjnych świata, Volkswagenie – od początku jej istnienia władze Dolnej Saksonii posiadają 20 proc. udziałów i przez dziesięciolecia blokowały próby przejęcia przez inne koncerny; dopiero w 2008 r. kontrolę nad spółką przejął koncern Porsche. Podobny przykład stanowi brazylijski Embraer, czołowy producent samolotów odrzutowych krótkiego zasięgu, który najszybciej rozwijał się, gdy był własnością państwa. Obecnie państwo brazylijskie pozostawiło sobie tzw. złotą akcję (1 proc. udziałów), dzięki której może zablokować szczególnie istotne decyzje.

Znakomitym przykładem świetnie działającego przedsiębiorstwa publicznego jest Brazylijski Narodowy Bank Rozwoju (BNDES). Zajmuje się on finansowaniem i kreowaniem narodowych czempionów. BNDES jest najlepszym bankiem rozwoju na świecie – na jednego zatrudnionego pracownika przypadają 2 mln dolarów zysku. Powstał w roku 1952, by zapewnić Brazylii finansowanie dużych inwestycji infrastrukturalnych (kolej, elektrownie, później przemysł stalowy) i miał olbrzymi wkład w złoty okres brazylijskiej gospodarki, która od lat 70. przez kolejne ćwierć wieku osiągała średnioroczne tempo wzrostu PKB na poziomie 7 proc. Strategia banku polega na zapewnianiu finansowania wybranym firmom oraz przejmowaniu części udziałów. W ten sposób stał się m.in. właścicielem firmy JBD, która dzięki wsparciu BNDES jest największą korporacją na świecie zajmującą się przetwórstwem wołowiny. BNDES, a więc de facto państwo brazylijskie, ma w niej 30 proc. udziałów. Firmom, które wspiera oraz częściowo wykupuje BNDES, publiczna forma własności nie przeszkadza w osiąganiu dobrych wyników. Spółki, których udziałowcem stał się BNDeS, osiągały o 7 pkt. proc. wyższą stopę zwrotu z aktywów niż pozostałe spółki notowane na brazylijskiej giełdzie w latach 1995–2009. Co więcej, każdy wzrost udziałów banku o 10 pkt. proc. pociągał za sobą wzrost stopy zwrotu o 7,25 pkt. proc. – są to w tej branży wyniki tak dobre, że aż zdumiewające.

Singapur charakteryzuje się jednym z największych wśród państw rozwiniętych udziałów państwa w gospodarce, wynoszącym ok. 20 proc. PKB. Państwowe spółki lub Rady Statutowe (np. Rada Mieszkalnictwa i Rozwoju) zajmują się tam różnymi dziedzinami – od budownictwa mieszkaniowego, przez produkcję przemysłową, aż do doradztwa biznesowego. Państwowy koncern Temasek Holdings posiada większościowe lub kontrolne udziały w firmach produkcyjnych (np. półprzewodniki, zbrojeniówka), frachtowych, stoczniowych, energetycznych czy kolejowych. Temasek, którego wyłącznym udziałowcem jest Ministerstwo Finansów Singapuru, posiada też 57 proc. udziałów w Singapore Airlines – jednych z najlepszych linii lotniczych świata. Państwowy charakter własności w żaden sposób nie przeszkadza im w osiąganiu znakomitych wyników. W ciągu 35 lat istnienia firma ani razu nie zanotowała straty, co wśród linii lotniczych jest osiągnięciem niespotykanym.

W 2013 r. ekonomiści z OECD opublikowali na portalu voxeu.org analizę, według której sektor państwowy, dotychczas nastawiony głównie na rynki krajowe, bardzo szybko zaczyna się rozwijać na rynku globalnym. Według badaczy państwowe spółki należą obecnie do najszybciej rozwijających się firm na świecie. Wśród 2000 największych firm świata państwowych jest 204, a ich łączne obroty wyniosły w 2011 roku 3,6 bln dol., dużo więcej niż PKB Francji czy Wielkiej Brytanii. A trzeba pamiętać, że te szacunki są mocno zaniżone, bo badacze wzięli pod uwagę tylko te firmy, w których państwo posiada ponad 50 proc. własności, tymczasem aby kontrolować spółkę, wcale nie musi mieć ich aż tyle, co udowadnia chociażby wyżej opisany przykład Embraera, w którym zaledwie 1 proc. udziałów pozwala państwu na zachowanie sporego wpływu na firmę. W gronie rozwiniętych państw najwyższy odsetek państwowych firm wśród największych krajowych przedsiębiorstw ma Norwegia (48 proc.), za nią jest Singapur (23 proc.), Francja (17 proc.) i Niemcy (11 proc.). Na samym szczycie jednak znajdują się głównie państwa szybko rozwijające się, takie jak Chiny (96 proc.), Indonezja (69 proc.), Malezja (68 proc.), Indie (59 proc.) czy Brazylia (50 proc.). I właśnie na ten fakt ekonomiści zwracają uwagę w swoich końcowych wnioskach – skoro państwa charakteryzujące się dużym odsetkiem państwowych firm mają obecnie bardzo szybkie tempo wzrostu, to wielce prawdopodobne jest, że przedsiębiorstwa państwowe w przyszłości będą się nadal dynamicznie rozwijały na międzynarodowych rynkach, zwiększając na nich swoją obecność. Warto te wnioski zapamiętać, gdyż wiele wnoszą do rozumienia współczesnej gospodarki.

Walczmy o sektor

Nie warto zbyt łatwo pozbywać się silnego sektora publicznego, ponieważ może on się stać podstawą dynamicznego rozwoju. Jak widać, nie jest on żadnym przejawem archaicznego porządku – w rozwiniętych krajach wciąż odgrywa znaczącą rolę, a w krajach rozwijających się jest wręcz fundamentem, na którym buduje się przyszłość. Słabości sektora publicznego nie są argumentami przeciw sektorowi jako takiemu, ale przeciw złym rozwiązaniom, które trzeba zmieniać oraz patologiom, które należy zwalczać. Gdy raz pozbawimy się sektora publicznego, odbudować go będzie niezmiernie trudno. A zacierać ręce z tego powodu będą przede wszystkim nasi przeciwnicy w globalnej konkurencji gospodarczej, w której każdy używa swego sektora publicznego jako jednej z decydujących kart. Ograniczenie sektora leży głównie w interesie silnych podmiotów zagranicznych (często zresztą również publicznych), zajmujących miejsce po nim błyskawicznie, oraz najbardziej zamożnej części rodzimego sektora prywatnego, która może wtedy uzyskać kosztem obywateli zyski nieproporcjonalne do poniesionych nakładów. W naszym interesie jest naprawienie go, by stał się również naszą najmocniejszą kartą.

Pierwszym krokiem niech będzie podejmowanie rękawicy przeciwko każdemu, kto będzie starał się upowszechniać frazesy o bezwzględnej wyższości własności prywatnej i skuteczności prywatyzacji. Walczmy o silny i możliwie szeroki sektor publiczny piórem, mową i uczynkiem – bo to nasze wspólne dobro, a nie obciążenie.

Jak wyprzeć śmieciówki – instrukcja obsługi

Legalna praca na czarno

Zawsze mierziła mnie pedagogika wstydu – niezależnie od tego, czy serwowana była przez głównonurtowe „oświecone elity”, czy przez „prawdziwych i niepokornych Polaków”. Według tej dydaktycznej logiki powinniśmy – właściwie permanentnie – odczuwać wstyd za naszą prowincjonalność i za to, jak nas widzą na tak zwanym Zachodzie, odwiecznym źródle cywilizowanych norm i wartości, wobec którego nam, prostackim tubylcom znad Wisły, pozostaje tylko przyjąć pozycję pokornego naśladowcy. Tymczasem wystarczy obejrzeć z bliska weekendowe eskapady zerwanych z łańcucha młodych Brytyjczyków w Krakowie czy Wrocławiu, żeby przekonać się, że inne narody w „robieniu trzody” mają dużo większe osiągnięcia niż my i nie zmienią tego żadne jajka zajadane przez naszych rodaków podczas podróży samolotem. Uśmiech politowania wzbudzają we mnie krzyki o tym, jakiego to wstydu narobił nam prezydent, bo wlazł na podest, na który podobno się nie wchodzi – wstyd, jeśli już, przynosił swemu państwu raczej premier Włoch organizujący balangi z roznegliżowanymi modelkami (na których notabene świetnie bawił się np. premier Czech) albo prezydent Francji, cichaczem wymykający się na seksualne schadzki niczym napalony nastolatek. A jednak, o ile wiem, ich rodacy nie odczuwają wskutek wybryków swoich przedstawicieli jakichś przesadnych wyrzutów sumienia. Zupełnie nie wiem, dlaczego to akurat Polacy mieliby być pierwsi do samobiczowania.

Z drugiej strony, kilka rzeczywistych powodów do krytyki naszej wspólnoty by się znalazło, ale o nich jakoś nie zamierzają się zająknąć ani „elity” spod znaku Pieńkowskiej i Kuźniara, ani niepokorni Polacy w rodzaju Warzechy czy Lisickiego. Największym z nich jest degrengolada polskiego rynku pracy.

Można przejrzeć setki statystyk dotyczących polskiego rynku pracy, a i tak nic nie zobrazuje sytuacji lepiej niż jeden reprezentatywny przykład „z życia wzięty”. Przypadkowo na taki właśnie niedawno się natknąłem – były to informacje na temat warunków, w jakich pracują zatrudnieni w salonach Reserved, a więc jednej z największych polskich marek odzieżowych. Regułą jest tam umowa zlecenie ze stawką około 10 zł brutto za godzinę. Wystarczy dokonać prostego obliczenia, żeby zrozumieć, że jest to ordynarny sposób na obejście płacy minimalnej – 10 zł razy 160 godzin w przeciętnym miesiącu pracy daje 1600 zł brutto, a więc wyraźnie poniżej pensji minimalnej, która obecnie wynosi 1750 zł. Co więcej, jest to praktyka właściwie nielegalna – kodeks pracy wyraźnie stanowi bowiem, że każda relacja między stronami umowy, która spełnia kryteria stosunku pracy, powinna być za taki uznawana niezależnie od tego, jak strony formalnie nazwą samą umowę. Kryteria te to świadczenie pracy w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę, na jego rachunek i pod jego kierownictwem. Każdy człowiek pozostający przy zdrowych zmysłach przyzna, że praca w Reserved spełnia te przesłanki. Kasjerki i kasjerzy nie mogą kasować klientów za ciuchy u siebie pod blokiem, a dziewczyny składające swetry nie mogą robić tego w domu późnym wieczorem, lecz wszystko to siłą rzeczy muszą wykonywać w sklepie – w wyznaczonych godzinach i pod czujnym okiem wymagających kierowników. Nie ulega wątpliwości, że w świetle prawa powinni być zatrudnieni na umowach o pracę. Na jakiej zasadzie podpisuje się z nimi umowy zlecenie? Prawem kaduka – po prostu wielka sieć odzieżowa może w Polsce łamać kodeks pracy zupełnie oficjalnie, niczym się nie przejmując. Jednak najbardziej bulwersujący jest fakt, że z reguły pierwsza umowa jest w Reserved podpisywana dopiero po miesiącu pracy, który jest swoistym okresem próbnym. O zasadzie tej mówi się nowym pracownikom zupełnie oficjalnie.

Jak zdegenerowany musi być nasz rynek pracy, skoro nawet wielka sieć odzieżowa, obecna w niemal każdej galerii handlowej, należąca do jednej z największych polskich spółek odzieżowych LPP, może pozwolić sobie na tak bezceremonialne traktowanie kodeksu pracy? Jak niskie muszą być powszechnie obowiązujące w Polsce standardy, jeśli nawet największe firmy mogą – zupełnie się z tym nie kryjąc – bez konsekwencji zatrudniać nowych pracowników przez miesiąc bez umowy, bo w ten sposób, jeśli się nie sprawdzą, zawsze można będzie jeszcze bardziej oszczędzić na podatku i składkach? W jak głębokim poważaniu musi mieć kontrole Państwowej Inspekcji Pracy i innych instytucji szefostwo dużej spółki, która część swych pracowników zatrudnia de facto na czarno? Oczywiście kruczki prawne, dzięki którym w razie kontroli będzie można się wywinąć od kary, zawsze się znajdą – w stosunku do osób zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych zawsze powołać się można na kodeks cywilny, który nie określa wymaganego momentu podpisania umowy. A więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby umowę podpisać w czasie, gdy wykonywanie zlecenia trwa już w najlepsze. Jasne, niby przewidziano 7 dni na zgłoszenie osoby do ubezpieczenia, ale w razie kontroli zawsze można powiedzieć, że akurat te dziewczyny pracują dopiero od trzech. Nie mówiąc już o tym, że studentek i studentów w ogóle nie trzeba ubezpieczać.

W ten oto sposób przedsiębiorca może jawnie śmiać się w twarz reprezentującym państwo inspektorom PIP, którzy zwykle rozkładają bezradnie ręce, bo przecież osoby zatrudnione na umowach zlecenie to nie pracownicy, więc ta instytucja nic do ich sytuacji nie ma. Owszem, można ustalić stosunek pracy, ale orzeczenie może wydać tylko sąd, najlepiej na wniosek strony. Jeśli takiego wniosku nie ma, obowiązuje zasada swobody podpisywania umów. Bardzo wygodna interpretacja – dzięki temu inspektorzy pracy nie muszą się ruszać zza biurek, a ich sumienia pozostają czyste. Przecież gdyby nagle mieli sami, z własnej inicjatywy zacząć pisać powództwa o ustalenie stosunku pracy (co mogą robić), to w warunkach polskiej degrengolady – do której zresztą sami dopuścili – byliby zawaleni robotą. A po co, skoro mogą umyć ręce, dzięki czemu wszyscy będą szczęśliwi – pracodawcy, kontrolerzy, a w zasadzie to nawet i pracownicy powinni być, no bo tak na dobrą sprawę chcącemu nie dzieje się krzywda, prawda?

Tak właśnie wyglądają realia naszego rynku pracy. Bo – nie oszukujmy się – podobne praktyki to w Polsce norma, a nie wyjątek. Gdybyśmy przyjrzeli się bliżej sklepom odzieżowym dowolnej innej marki, to sytuacja wyglądałaby pewnie bliźniaczo podobnie do tej z salonów Reserved. Właściciele spółek odzieżowych, handlowych czy gastronomicznych oraz ich ajenci bez mrugnięcia okiem omijają kodeks pracy, oferując pracownikom umowy zlecenie, choć charakter ich zadań spełnia wszystkie przesłanki stosunku pracy i tak powinien być traktowany. Państwowa Inspekcja Pracy przymyka na ten proceder oko, przyjmując wygodną dla siebie „postawę wyczekiwania” na skargi pracowników, choć gdyby jej inspektorzy wpadli do takiej, dajmy na to, Galerii Katowickiej i zechcieli przeprowadzać w niej rzetelne kontrole, to po wystawione mandaty trzeba byłoby chyba podjechać ciężarówką. Nowo wchodzącym na rynek pracy młodym Polakom firmy handlowe oferują pierwszy miesiąc pracy „bez umowy”, czym od początku kariery zawodowej uczą ich kombinatorstwa, „robienia na lewo” i tego, że przepisy należy raczej omijać niż ich przestrzegać. Prawdziwie solidarnej wspólnoty nie doczekamy się chyba nigdy z taką szkołą życia, jaką serwuje wchodzącym na rynek pracy młodym Polkom i Polakom duża część pracodawców rodzimych lub działających w naszym kraju.

Najbardziej przykre w tym wszystkim jest to, że w opisanym procederze brylują rodzime firmy, których spółka LPP (właściciel marek Reserved, Cropp czy House) jest koronnym przykładem. Od czasu, gdy LPP ogłosiła przeprowadzkę swoich marek na Cypr, by móc swobodnie wyprowadzać dochody do raju podatkowego na Wyspie Afrodyty, podejrzewać można, że włodarze spółki oraz jej ajenci mają się za mitycznych Sarmatów, którzy przybyli nad Wisłę kolonizować zastany tutaj plebs. A na rzecz plebsu nie warto ponosić kosztów większych niż te absolutnie niezbędne do osiągnięcia zysku. O ile można jeszcze jakoś zrozumieć – co nie znaczy: pochwalić – zatrudnianie w opisany sposób w niewielkich szmateksach, których byt oraz dochód są równie niepewne jak utrzymanie przez nie miejsc pracy, to już wysyłania pracowników na umowy śmieciowe lub okresowo nawet do szarej strefy przez wielką firmę, zatrudniającą tysiące osób i mającą stabilną pozycję na rynku, nie sposób nazwać inaczej niż rozbojem w biały dzień.

Z drugiej strony trudno się dziwić, że zamiast rynku pracy mamy w Polsce Dziki Zachód. Firmy działające w naszym kraju, kierując się jedyną znaną im logiką (czyli rynkową), dokonały bilansu zysków i ewentualnych strat, z którego wyszło im, że opłaca się naginać prawo. I nie chodzi tu tylko o wyjątkowo małą aktywność PIP, ale też o śmieszną wysokość kar. Maksymalny mandat za łamanie kodeksu pracy wynosi w Polsce 2 tys. zł, a dla recydywistów 5 tys. Przykładowo we Francji taki mandat może wynosić nawet… 45 tys. euro. Dlatego nad Sekwaną takie swobodne interpretowanie prawa pracy po prostu się nie opłaca. Co ciekawe, pomimo że liczba kontroli PIP jest tak niewielka, to jej aktywność wciąż spada. W roku 2010 przeprowadzono 95 tys. kontroli, rok później już tylko 90,6 tys., a w 2012 r. dokładnie 89 949. I to pomimo faktu, że liczba inspektorów w tym czasie wzrosła.

Największym bodaj absurdem pozostaje przepis, który stanowi, że kontrolę PIP należy… zapowiedzieć z 7-dniowym wyprzedzeniem. W takiej sytuacji to i tak cud, że inspektorzy pracy wystawiają w Polsce jakiekolwiek mandaty. Jedną z niewielu jaskółek pozytywnych zmian jest fakt, że do prac sejmowych trafił ostatnio projekt nowelizacji prawa, która zniosłaby ten wymóg. Swoją drogą, należałoby chyba pogratulować posłom refleksu – zorientowali się, że coś tu nie gra, po, bagatela, 8 latach od wprowadzenia ustawy o PIP. Nikogo też chyba nie zdziwi, że rządowy projekt zmian w prawie negatywnie zaopiniowała Konfederacja Pracodawców Lewiatan. Reasumując: bez częstszych kontroli PIP, bez zniesienia wymogu ich zapowiadania, a także bez wyraźnego podniesienia kar za łamanie prawa pracy, nic się na naszym patologicznym rynku pracy nie zmieni.

Papież Franciszek, belka w oku wolnorynkowych katolików, wypowiedział niedawno wspaniałe słowa: Jeśli ktoś chodzi na mszę w każdą niedzielę i przystępuje do komunii, można go zapytać: a jakie są twoje relacje z pracownikami? Zatrudniasz ich na czarno? Płacisz im sprawiedliwą pensję? Odprowadzasz składkę emerytalną i zdrowotną? Należałoby zaapelować do polskich duchownych, by w zgodzie z obecną wykładnią Kościoła pod żadnym pozorem nie udzielali Komunii świętej kadrom zarządzającym spółką LPP oraz jej podmiotami zależnymi. Oczywiście jeśli mają w ogóle czelność jeszcze do niej przystępować. A podczas szczerej spowiedzi może warto zapytać wierzących przedsiębiorców, czy nie omijają lub nie łamią prawa podczas zatrudniania swoich pracowników – jestem pewien, że żaden z nich podczas sakramentu pokuty nie wymienia tego jako grzechu, choć jest to zjawisko nagminne. A jak wiadomo trwanie w grzechu jest powodem do odmowy udzielenia rozgrzeszenia. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego Kościół katolicki traktuje tych pracodawców, którzy uporczywie łamią prawo pracy dużo lepiej niż choćby pary żyjące bez ślubu. Trudno nie odnieść wrażenia, że nasi duchowni traktują życie seksualne i rodzinne jako jedyną sferę życia, którą należy rozpatrywać z perspektywy moralnej.

Niestety w Polsce sfera gospodarowania generalnie nie jest uznawana za obszar życia moralnego – nie tylko przez duchownych, ale i resztę społeczeństwa. Jedyną racjonalną zasadą życia ekonomicznego jawi się nam zysk, a jakikolwiek namysł moralny w tym obszarze jest w Polsce uznawany za wyraz zwykłej naiwności lub w najlepszym razie za zbędną ekstrawagancję. Tymczasem póki nie uznamy zasad etyki za integralną część życia gospodarczego, nadrzędną w stosunku do zysku, to wciąż przepisy takie jak Kodeks Pracy będą powszechnie uznawane za nieżyciowe dziwadło, a łamanie ich za sympatyczny przykład „polskiej zaradności”. Póki nie zaczniemy naginania i obchodzenia prawa przez podmioty gospodarcze nazywać wprost bandytyzmem, polski rynek pracy nadal będzie przypominał Dziki Zachód, z tą różnicą, że refleks i dobry rewolwer zastąpiła przewaga ekonomiczna. A jak wiemy z westernów, rdzennym mieszkańcom Ameryki czasy Dzikiego Zachodu na dobre raczej nie wyszły – podobnie nie wychodzą na dobre tubylcom znad Wisły.

Jak wyprzeć śmieciówki – instrukcja obsługi

Wybierzmy z orbanomiki to, co najlepsze

Budapeszt w Warszawie przestał już być mile widziany. Okazało, że z tegoż Budapesztu może być już tylko rzut beretem do Moskwy, więc stolica Węgier straciła na atrakcyjności nawet dla tych, którzy byli w nią zapatrzeni najmocniej. Skądinąd zupełnie słusznie. Problematyczna jest już sama koncepcja szukania dla Polski wzorów do naśladowania za granicą, ale jeśli koniecznie musimy to robić, to zdecydowanie lepiej byłoby zerkać raczej na północ niż południe – i obwieścić w Warszawie drugi Sztokholm lub Helsinki. Zasadniczo jednak jestem zwolennikiem budowania w Warszawie Warszawy, w Krakowie Krakowa, a w Katowicach Katowic. Dobre zagraniczne praktyki warto zawsze gruntownie przemyśleć i przepuścić przez filtr rodzimych uwarunkowań, żeby potem się nie okazało, że próbowaliśmy usilnie zrobić śpiewaka operowego z urodzonego hiphopowca. A przecież hiphopowca też da się okiełznać, uspokoić i wprowadzić na odpowiednie tory, z korzyścią dla wszystkich wokół – wystarczy tylko odpowiednio do niego podejść.

Na poszukiwania dobrych praktyk możemy udać się także nad Balaton, nawet pomimo tego, że węgierski przywódca (zwany przez niektórych czule Victatorem) nazbyt ochoczo brata się z pewnym pełniącym obowiązki prezydenta eks-kagiebistą, niechętnie patrzy na sądy konstytucyjne i niektóre media. Niedobrze byłoby, gdyby w wyniku słusznego oburzenia na, delikatnie mówiąc, dyskusyjne posunięcia Orbana umknęło nam kilka naprawdę godnych uwagi pomysłów, które lider Fideszu zrealizował lub dopiero zamierza. Przecież fakt, że w podobny sposób zaczniemy sobie radzić z zagranicznymi korporacjami nie musi od razu oznaczać, że w następnym kroku wyślemy na emeryturę sędziów Trybunału Konstytucyjnego.

Dał nam przykład Orban jak zwyciężać z korporacjami już podczas jednej z pierwszych swoich batalii. Stoczył ją z węgierskimi odpowiednikami otwartych funduszy emerytalnych. Obrał inną taktykę rozwiązania problemu częściowo sprywatyzowanych emerytur niż władze nad Wisłą i trzeba powiedzieć, że była to taktyka dużo bardziej zdecydowana. Postawił przed Węgrami jasny i uczciwy wybór: albo przechodzicie w całości do systemu publicznego, albo zostajecie w prywatnych funduszach i tracicie prawo do państwowej emerytury. Jako że idee wolnościowe atrakcyjne są głównie na poziomie deklaracji (zwłaszcza tych wygłaszanych w internecie), ludzie tłumnie rzucili się do wybierania pierwszej opcji. W efekcie tamtejsze OFE de facto przestały istnieć. Operacja przyniosła budżetowi ok. 10 mld euro i zatamowała wyciek publicznych środków z systemu. Naszym rządzącym zabrakło niestety cojones, by sprawę przeprowadzić w równie zdecydowany sposób. W naszych OFE zostało wciąż ok. 150 mld zł, a część tej kwoty należy do tych, którzy wcale w systemie emerytur kapitałowych być nie chcą. Co więcej, 3 proc. wynagrodzeń 2,5 mln Polaków, zamiast zasilać publiczny system, wciąż trafia do prywatnych funduszy, aby te mogły beztrosko grać na giełdzie. A przecież zamiast tworzyć skomplikowane wygibasy prawne, które miały OFE wybić zęby w taki sposób, żeby im broń Boże szczęki nie naruszyć, można było po orbanowsku postawić Polaków przed jasnym wyborem – jestem pewny, że nasza reakcja byłaby identyczna jak obywateli znad Balatonu.

Kolejnym aktem suwerennej polityki ekonomicznej w wykonaniu węgierskim było wprowadzenie podatku kryzysowego. Początkowo miał objąć jedynie banki, jednak dość szybko został rozszerzony na firmy telekomunikacyjne, energetyczne i największe przedsiębiorstwa handlowe. Miał on formę podatku obrotowego, a więc obliczany był od przychodu, a nie tylko od wykazanego dochodu, którego ukrycie nie jest, jak wiemy, problemem dla międzynarodowych koncernów. Ten progresywny podatek – podmioty z największym obrotem płaciły najwyższe stawki – dochodził nawet do 6,5 proc. w branży telekomunikacyjnej. Dla innych obciążonych nim segmentów był trochę mniej surowy – w handlu osiągał do 2,5 proc. W sektorze bankowym, w którym wciąż obowiązuje, wynosi zaledwie 0,53 proc. sumy bilansowej, ale trzeba pamiętać, że tamtejszy sektor finansowy podlega jeszcze jednemu podatkowi – od transakcji finansowych (0,1 proc. od transakcji giełdowych i 21 euro od transakcji międzybankowych).

Te obciążenia sprawiły, że od 2010 r. sam tylko sektor finansowy zapewnił węgierskiemu budżetowi ok. 3,6 mld euro dodatkowych wpływów. Ogół przyjętych rozwiązań podatkowych mających na celu zapewnienie wpływów z tych źródeł, które środków mają pod dostatkiem, przyniósł bardzo wymierne efekty. Dochody sektora finansów publicznych wzrosły do 46,6 proc. PKB w 2012 r., podczas gdy jeszcze w roku 2006 wynosiły 42,3 proc. Polskiemu sektorowi finansów publicznych, którego dochody należą do najniższych w Europie i w 2012 r. liczyły 38,3 proc. PKB, taki zastrzyk środków niewątpliwie by się przydał. Tym bardziej, że wiele z naszych usług publicznych (np. służba zdrowia) cierpi na chroniczne niedofinansowanie.

Te działania zwracają uwagę nie tylko swoją skutecznością, ale też przemyślaną precyzją i solidnością. Ściągnęły one środki z obszarów gospodarki, które nie tylko tradycyjnie przynoszą największe zyski, ale też są na Węgrzech zdominowane przez podmioty zagraniczne. Dzięki temu wzmożona akcja podatkowa nie obciążyła nadmiernie podmiotów rodzimych. A w związku z tym, że nowe zobowiązania nie były wprost wymierzone w podmioty zagraniczne (a tylko w sektory, w których dominują), Komisja Europejska nie miała podstaw do ingerencji. Co więcej, opodatkowano tylko te branże, w których nie ma możliwości łatwego przeniesienia działalności zagranicę, bo związane są ściśle z obsługą konkretnego rynku (jak telekomunikacja czy wielkopowierzchniowy handel detaliczny) albo uzależnione są od lokalnej infrastruktury (przypadek energetyki). Firmy musiały więc zacisnąć zęby i znieść dodatkowe obciążenia bez możliwości szantażu ucieczką.

Trudno nie zauważyć, że i w tym zakresie skorzystanie z węgierskich doświadczeń mogłoby być dla Polski bardzo korzystne. Nasza sytuacja jest bowiem pod wieloma względami podobna. Również w Polsce sektory najbardziej dochodowe są zdominowane przez kapitał zagraniczny – szczególnie sektor bankowy i handlu wielkopowierzchniowego, a w znacznym stopniu również telekomunikacyjny, szczególnie po lekkomyślnych prywatyzacjach Polskiej Telefonii Cyfrowej i Telekomunikacji Polskiej. Istnieje ponadto w zagranicznych przedsiębiorstwach zjawisko masowego ukrywania zysków przed fiskusem – podatek dochodowy płaci w naszym kraju ledwie połowa działających tu firm zagranicznych! Opodatkowanie obrotów, a nie zysków sieci telekomunikacyjnych czy instytucji finansowych mogłoby przynieść nie tylko znaczne wpływy budżetowe (sektor bankowy w ostatnich latach generuje rekordowe zyski), ale też nie odbiłoby się negatywnie na krajowej gospodarce. Nie musiałoby to wcale przełożyć się na wzrost cen za usługi – od tego są regulatorzy krajowi (UKE, UOKiK czy KNF) oraz unijni, żeby dbać o to, żeby firmy z wymienionych sektorów nie przerzucały nadmiernej części kosztów na klientów. Skoro udało się np. znacznie ograniczyć koszt opłaty interchange, pobieranej przez banki za obsługę płatności kartą, oraz koszty roamingu za rozmowy międzynarodowe w obrębie UE, to jasne jest, że istnieją możliwości zadbania o interes konsumentów.

Polski sektor bankowy, podobnie jak do niedawna węgierski, jest w większości oparty o kapitał zagraniczny. Nawet po kupnie Nordei przez PKO BP wciąż tylko ok. 40 proc. sektora znajduje się w krajowych rękach. Niezwykle ważne dla suwerennej gospodarki jest posiadanie silnych instytucji finansowych kontrolowanych przez kapitał krajowy, które w razie kryzysu stabilizowałyby sytuację np. wzmożoną akcją kredytową, zamiast przerzucać swój kapitał do spółek-matek. Na Węgrzech jeszcze do niedawna kapitał krajowy kontrolował jedynie 30 proc. sektora bankowego, jednak w wyniku polityki rządu Orbana zaczęło się to zmieniać. Najpierw ogłoszono, że celem jest co najmniej 50 proc. i zaczęto w tym kierunku systematycznie zmierzać. Na pierwszy ogień poszedł Szechenyi Bank, w którym państwo węgierskie przejęło 49 proc. udziałów. Po wykupie przechodzącego spore kłopoty banku MKB z rąk BayernLB za 55 mln euro cel 50 proc. został osiągnięty, a na tym nie koniec. Rząd Węgier już doszedł już do porozumienia z General Electric (w Polsce znanego jako właściciel Banku BPH) w sprawie kupna Budapest Banku, który w przeciwieństwie do MKB ma się całkiem dobrze. Po tej transakcji w rękach węgierskich znajdzie się już większość tamtejszego sektora bankowego. Rząd Orbana nie zamierza przetrzymywać tych aktywów w nieskończoność – zapowiedział, że odsprzeda je prywatnemu kapitałowi krajowemu, gdy tylko nadarzy się okazja.

Powinniśmy z uwagą spojrzeć na te kroki Węgrów szczególnie teraz, gdy z naszego rynku zamierza się wycofać Raiffeisen, który już przygotowuje się do sprzedaży swych tutejszych spółek-córek, a o podobnym kroku przebąkuje podobno Millennium. Może się okazać, że podobna okazja odzyskania chociażby części sektora bankowego już się nie powtórzy.

Pod koniec ubiegłego roku rząd Orbana ujawnił kolejne plany, tym razem związane z zagranicznymi sieciami hipermarketów. Podobnie jak nad Wisłą, również nad Balatonem zdominowały one handel detaliczny. Część pomysłów opiera się o rozwiązania znane i sprawdzone wcześniej – np. wprowadzenie stałego progresywnego podatku obrotowego (na wzór omawianego wcześniej podatku kryzysowego, który już zakończył swe obowiązywanie). Wynosiłby on 1 proc. od obrotów powyżej 50 mld forintów i kolejny procent na każde kolejne 50 mld. Maksymalna stawka wynosiłaby 6 proc. i objęte nią byłyby podmioty z obrotami powyżej 300 mld forintów (czyli ok. 4 mld zł) – ten warunek obecnie spełnia tylko Tesco. Najwyższa stawka, trzeba przyznać, jest zaskakująco wysoka i wątpliwe, że zostanie ona utrzymana długofalowo.

O ile jednak podatek obrotowy jest już pomysłem dość dobrze znanym, o tyle szczególne zaciekawienie wzbudzają pozostałe elementy działań planowanych na rok 2016. Orban zapowiada m.in. zamykanie hipermarketów, które nie wykażą dochodu do opodatkowania przez dwa lata z rzędu. Pomysł iście rewolucyjny i wart śledzenia, szczególnie przez Polaków, którzy także muszą użerać się z praktykami sztucznego zaniżania dochodów przez podmioty zagraniczne, wśród których są również hipermarkety. Kolejne pomysły mają na celu przede wszystkim wsparcie mniejszych, rodzimych detalistów. Mowa tu o zakazie handlu wielkopowierzchniowego w niedzielę, uniemożliwieniu sieciom hipermarketów prowadzenia darmowych linii autobusowych dowożących klientów oraz otwierania placówek blisko zabytków wpisanych na listę UNESCO. W polskich warunkach szczególnie ten pierwszy pomysł wart jest rozważenia (pozostałe dwa miałyby u nas marginalne znaczenie), gdyż mógłby realnie wspomóc osiedlowych sklepikarzy, zapewniając dopływ klientów pozbawionych w niedzielę możliwości zakupów w hipermarketach. Dyskusja o zakazie handlu w niedzielę powraca u nas co jakiś czas, jednak wiodące znaczenie mają w niej argumenty religijne, przez co łatwo pomysł ten zaszufladkować jako kolejną odsłonę wojny ideologicznej. Umyka natomiast ważny aspekt wpływu podobnych regulacji na pozycję lokalnych detalistów. Wzorem Węgrów czas to zmienić.

Oczywiście „orbanomika” zawiera także wiele elementów niewartych kopiowania. Trudno np. zrozumieć logikę, którą kierują się Węgrzy, z jednej strony wojując z zachodnim kapitałem, a z drugiej coraz bardziej uzależniając się od kapitału rosyjskiego. Są to m.in. kolejne kontrakty gazowe, choć już teraz 75 proc. gazu na Węgrzech pochodzi z rosyjskiego źródła, albo umowa z Rosatomem na budowę nowych bloków atomowych połączona z kredytem udzielonym przez Rosjan. Suwerenna polityka ekonomiczna nie polega przecież na tym, żeby uwolnić się z jednej zależności gospodarczej tylko po to, by wpaść w inną.

Równie szkodliwe są niektóre elementy polityki podatkowej. Połączenie jednej z najwyższych w Europie stawek VAT (27 proc.) z jedną z najniższych stawek PIT (16 proc., a przebąkuje się nawet o obniżce do 10 proc.) to gotowa recepta na zapewnienie sobie galopującego rozwarstwienia społecznego. Nie polecałbym również węgierskiej polityki cięć wydatków socjalnych, szczególnie na zasiłki i instytucje rynku pracy – m.in. ograniczono czas pobierania zasiłku dla bezrobotnych do zaledwie 3 miesięcy. W naszej części Europy musimy w końcu zrozumieć, że wydatki na „socjal” nie wynikają tylko z dobroci serca, ale po prostu się opłacają i zwracają z nawiązką. Z Orbana powinniśmy więc wyciągnąć tylko to, co naprawdę się nam przyda i ani krzty więcej. Po pozostałe składniki naszego gospodarczego sosu proponuję udać się gdzie indziej, np. do Gunnara Myrdala czy generała Parka.

Pracy czy chleba? Konkurencyjne koncepcje bezpieczeństwa socjalnego

Workfare state (państwo wspierające pracę) oraz welfare state (państwo dobrobytu) to dwie konkurencyjne drogi i wizje zapewnienia obywatelom bezpieczeństwa socjalnego i godnego życia. Pierwsza z nich dąży do bezpieczeństwa zapewnionego przez pracę, druga – przez zabezpieczenie społeczne. Obie koncepcje mogą poszczycić się sporymi sukcesami. Obie stwarzają też pewne problemy, z którymi ich zwolennicy starają się walczyć, wypracowując na ich gruncie nowe, innowacyjne rozwiązania. Trzy spośród takich rozwiązań postanowiłem przedstawić tak, by czytelnik mógł sobie wyrobić zdanie, w którą stronę powinniśmy pójść jako społeczeństwo. Niestety Polska jest w tej specyficznej sytuacji, że nie wybrała jak na razie ani jednego, ani drugiego modelu, pozostając niezdolną do zapewnienia obywatelom jakiejkolwiek stabilizacji materialnej.

Po pierwsze „elaspieczeństwo”

Flexicurity jest jedną z tych innowacyjnych koncepcji rynku pracy, których praktyczne efekty możemy już oceniać, gdyż liczne jej elementy wprowadzono do ustrojów szeregu państw europejskich już dobrych kilka lat temu. Jej nazwa powstała z połączenia angielskich słów flexibility (elastyczność) i security (bezpieczeństwo). W istocie jest ona próbą połączenia ognia z wodą, a więc postulatów deregulacji rynku pracy (na co najczęściej naciskają pracodawcy, choć nie tylko oni) z potrzebą stabilności zatrudnienia, artykułowaną przez pracowników i ich organizacje. Twórcy tej koncepcji wyszli z założenia, że potrzeba stabilnego zatrudnienia jest w gruncie rzeczy potrzebą posiadania stabilnego źródła dochodów. A o ile elastyczne zatrudnienie z zatrudnieniem stabilnym połączyć raczej trudno, to już ze stabilnymi dochodami dużo łatwiej. Powstała więc konstrukcja łącząca mocno zderegulowany rynek pracy z wyjątkowo szczodrym systemem zabezpieczeń społecznych.

Flexicurity pojawiło się jako przemyślana koncepcja w latach 90., a jej nazwa przypisywana jest Holendrowi Hansowi Adriaansensowi, który w roku 1995 zaczął jej używać, opowiadając o swym pomyśle przejścia od „bezpieczeństwa pracy do bezpieczeństwa zatrudnienia”. Miało to oznaczać przeniesienie akcentów z walki o utrzymanie dotychczasowych stanowisk pracy na dążenie do maksymalnego skrócenia okresów przebywania na bezrobociu. Pod koniec tego roku holenderski minister polityki społecznej ogłosił memorandum „Flexibility and Security”, gdzie nacisk położono na deregulację rynku pracy oraz rozszerzenie praw pracowników nietypowych (czyli np. czasowych), co zapowiadało upowszechnienie elastycznych form zatrudnienia.

Dużo większą rozpoznawalność i zainteresowanie wśród ekonomistów (i nie tylko) uzyskał jednak duński wariant flexicurity. W modelu tym ułatwiono przedsiębiorcom zwalnianie pracowników, w zamian za to oferując tym ostatnim szeroki zakres zabezpieczenia w tzw. okresie przejściowym, czyli podczas przebywania na bezrobociu. W Danii zmiany rozpoczęto jeszcze przed 1995 r. Dwa lata przed pojawieniem się w szerszym obiegu terminu flexicurity przeprowadzono tam reformę, ustanawiając nowe zasady wypłacania zasiłków. Wprowadzono dwa okresy ich pobierania: pasywny i aktywny. W tym drugim bezrobotnego zaczynał obowiązywać program aktywizacji zawodowej, który warunkował otrzymywanie pomocy. Rozpoczęto także skracanie okresu pasywnego, z 4 lat w 1995 r. do 1 roku w 1999. Natomiast okres aktywny wzbogacono o szeroki program doradztwa zawodowego, szkoleń i różnych form przekwalifikowywania się w nowym miejscu pracy. Rozpoczęty proces reformy rynku pracy stał się też elementem konsensusu między głównymi siłami politycznymi, co jest dość typowe dla państw skandynawskich. Wdrażanie reform rozpoczął socjaldemokratyczny rząd Poula Rasmussena (1993–2001), jednak duży wpływ na ich kształt wywarł wcześniejszy, konserwatywny rząd Poula Schluetera, a w XXI w. kontynuowali je liberałowie pod wodzą Andersa Fogha Rasmussena. W tzw. Komisji Zeuthen, która pracowała nad zrębami duńskiego flexicurity, spotkali się zaś przedstawiciele w zasadzie wszystkich środowisk społecznych – od pracowników, przez naukowców, po pracodawców.

Duńska koncepcja składa się z trzech głównych elementów, które tworzą tzw. złoty trójkąt. Pierwszym z nich są elastyczne regulacje rynku pracy, wprowadzone przede wszystkim po to, by ułatwić zwalnianie pracowników. Znacznie skrócono więc okres wypowiedzenia, wyraźnie wydłużając za to okres próbnego zatrudnienia. Obniżono też wysokość odpraw. Jednak deregulacja nie dotyczyła samego tylko zwalniania. Liberalizację prawa osiągnięto przede wszystkim dzięki szerokiemu stosowaniu układów zbiorowych, które uszczegóławiały na poziomie zakładu krajowe regulacje oraz porozumienia obowiązujące w poszczególnych branżach. Dzięki temu istnieje w Danii spora dowolność dotycząca czasowego wymiaru pracy oraz relacji między wynagrodzeniem a wydajnością.

Drugim wierzchołkiem trójkąta jest oczywiście, co należy mocno podkreślić, hojny system zabezpieczenia społecznego. Dzięki niemu pracownik, pomimo prawdopodobieństwa utraty pracy, w nocy śpi całkiem spokojnie. Fundamentem systemu są zasiłki dla bezrobotnych, których kwota zastąpienia, czyli wysokość pomocy w stosunku do ostatniej pensji, wynosi czasem nawet 90 proc. (zależnie od sytuacji bezrobotnego), co w połączeniu z wysokimi płacami, umożliwiającymi zgromadzenie sporych oszczędności „na czarną godzinę”, sprawia, że pracobiorcy w Danii nie muszą się zbytnio martwić o byt. Okres wypłacania zasiłków został co prawda ostatnio skrócony i wynosi obecnie dwa lata, ale to i tak cztery razy dłużej niż w Polsce. A trzeba pamiętać, że system zasiłków dla bezrobotnych jest dopełniany przez równie hojny system pomocy społecznej, obejmujący osoby, którym zasiłek dla bezrobotnych już nie przysługuje.

Trzecim filarem flexicurity jest aktywna polityka rynku pracy (ALMP), nakierowana na jak najszybsze znalezienie przez bezrobotnego nowego zatrudnienia. Opiera się ona z jednej strony na skutecznym pośrednictwie pracy, a z drugiej na działaniach zmierzających do zwiększenia zatrudnialności nie tylko bezrobotnych, ale też obecnie pracujących. To powoduje, że ALMP ma w dużej mierze charakter profilaktyczny i jest kierowana także do pracowników, którzy przecież za jakiś czas mogą przestać nimi być. Taka dalekowzroczność systemu zabezpieczenia społecznego w Polsce musi się wydawać czymś wręcz z innej planety, a przecież to wszystko ma miejsce całkiem niedaleko od granicy naszego kraju. Z kursów poszerzających kompetencje zawodowe korzysta aż 33 proc. Duńczyków w wieku 24–64 lat, co przy średniej unijnej (9 proc.) wygląda wprost niewiarygodnie. Poprawa kompetencji pracowników i bezrobotnych opiera się oczywiście na systemie szkoleń, staży i doradztwa zawodowego, ale w przypadku osób pobierających zasiłki dochodzi jeszcze jeden element, mianowicie warunkowość udzielanej pomocy. Inaczej mówiąc, oprócz uprawnień, na bezrobotnych w aktywnym okresie pobierania zasiłku nakładane są także obowiązki. Od ich wypełniania uzależniona jest dalsza pomoc. Właśnie ten element jest najczęstszym powodem krytyki modelu flexicurity.

Owa warunkowość, a także nacisk na jak najszybsze znalezienie pracy, jest dla wielu świadectwem odchodzenia duńskiego systemu zabezpieczeń społecznych od skandynawskiej formuły welfare state, która charakteryzuje się przecież uniwersalnością świadczeń. Jej miejsce zajmować ma właśnie workfare state, czyli koncepcja typowa raczej dla państw anglosaskich lub nadreńskich (np. Niemiec), gdzie duża część pomocy (np. ulgi podatkowe) kierowana jest głównie do osób mających pracę lub takich, które niedawno ją utraciły, w związku z czym partycypowały w kosztach ubezpieczenia społecznego. Według krytyków na flexicurity korzystają głównie pracodawcy, mogący łatwo zwalniać pracowników, a traci reszta podatników, gdyż bezrobotni trafiają wtedy na garnuszek państwa. Dodatkowo warunkowość pomocy dla bezrobotnych oznacza de facto przymus szybkiego znalezienia zatrudnienia, co nierzadko wiąże się z koniecznością pracy poniżej umiejętności i oczekiwań np. płacowych. Trudno jednak do końca zgodzić się z tymi zarzutami. Po pierwsze, welfare state nie opiera się tylko na instytucjach rynku pracy, ale także na wielu innych narzędziach państwa opiekuńczego (chociażby polityce mieszkaniowej), którym wszak funkcjonowanie modelu flexicurity nie musi zagrażać i z których wciąż mogą korzystać osoby tracące zasiłek. Głównym zadaniem instytucji rynku pracy jest utrzymywanie niskiej stopy bezrobocia, więc trudno stawiać flexicurity zarzut, że do tego właśnie dąży. Trudno też uznać dwuletni okres pobierania zasiłku za „przymuszanie do szybkiego znalezienia pracy”. Wydaje się to wystarczająco długim okresem, żeby znaleźć zatrudnienie odpowiadające wymaganiom, szczególnie w takim kraju jak Dania, gdzie podaż dobrej pracy jest wysoka. Nie można też zgodzić się z tezą, że na flexicurity korzystają jedynie przedsiębiorcy, gdyż partycypują oni w jego tworzeniu poprzez system wysokich podatków i składek, które wydatnie zwiększają ich koszty. W istocie „elaspieczeństwo” polega właśnie na tym, że wszystkie zainteresowane strony z czegoś rezygnują, by w innym obszarze coś zyskać.

Niestety, taki układ nie wydaje się możliwy w Polsce, gdzie strona pracodawców jedynie wysuwa kolejne żądania deregulacji i uelastyczniania rynku pracy, a na jakiekolwiek plany podniesienia obciążeń reaguje szantażem przechodzenia do szarej strefy i zwalniania pracowników. Duński model flexicurity niesie dla Polski przede wszystkim jedna lekcję – w reformowaniu rynku pracy wszystkie strony muszą być gotowe do pewnych ustępstw, by w innych, dla nich najistotniejszych, zyskać. Dobry rynek pracy musi być oparty na konsensusie, gdyż nawet jeśli jedna strona, obojętnie która, przepchnie swe postulaty korzystając z przewagi siły, to ostatecznie odbije się to niekorzystnie na całej gospodarce, a więc rykoszetem trafi także w silniejszego. Nie mówiąc już o tym, że jeśli straci on swą przewagę, wszystkie zmiany wprowadzone w jego interesie mogą zostać zastąpione przez rozwiązania odwrotne.

Za flexicurity przemawiają także wyniki. Od momentu rozpoczęcia zmian bezrobocie w Danii wyraźnie spadło – z 9,5 proc. w 1993 r. do 3,4 proc. w roku 2008. Podczas kryzysu gospodarczego znacznie wzrosło, jak we wszystkich krajach Zachodu, jednak wciąż jest jednym z najniższych w Unii Europejskiej – wg Eurostatu w roku 2013 wyniosło 7 proc., przy średniej unijnej 10,8 proc. Dodatkowo duńska gospodarka charakteryzuje się bardzo wysokim udziałem płac w PKB – w 2012 r. wskaźnik ten wynosił ok. 59 proc. i był jednym z najwyższych w UE (tymczasem w Polsce wyniósł on w tym okresie zaledwie 46,5 proc. i był jednym z najniższych). Wyniki te osiągnięto przy poziomie zabezpieczenia socjalnego, o którym Polacy mogą tylko pomarzyć. Wydaje się więc, że powinniśmy na duńskie rozwiązania spoglądać przynajmniej z zainteresowaniem.

Godna płaca w anglosaskim kapitalizmie

W roku 1997 późniejszy noblista, Amerykanin Edmund Phelps, napisał jedno ze swych najważniejszych dzieł: „Płaca za pracę”. Ten wielki zwolennik wolnej przedsiębiorczości i zagorzały przeciwnik keynesizmu po dokonaniu rzetelnej analizy amerykańskiej rzeczywistości lat 90. doszedł do wniosku, że nie wszystko jednak warto zostawiać wyrokom rynku. Stworzył pionierską koncepcję państwowych dopłat do najniższych wynagrodzeń, tak by wyraźnie zbliżyły się one do mediany płac (poziom płacy, poniżej którego zarabia 50 proc. zatrudnionych), dzięki czemu niewykwalifikowani pracownicy mogliby utrzymywać się z zarobków, a także zwiększać wydajność i kompetencje. Z drugiej strony rozwiązanie to nie zakłócałoby w żaden sposób konkurencji, gdyż nie narzucałoby pracodawcom w zasadzie żadnych dodatkowych zobowiązań.

Phelps zauważył, że płace względne (czyli odniesione do innych płac) najniżej opłacanych pracowników w USA zaczęły od lat 70. szybko spadać. Zarobki niewykwalifikowanych robotników tak bardzo oddaliły się od mediany płac, że zaczęli oni stanowić odrębną grupę społeczną, w zasadzie nieuczestnicząca w życiu gospodarczym całego społeczeństwa. Praca stała się dla nich tak mało opłacalna, że zaczęli czerpać dochód z działalności nielegalnej, która w dużo większym stopniu pozwalała im na utrzymanie. Bezrobotni stracili motywację do poszukiwania pracy, gdyż nie dawała im ona dochodów na tyle wyższych niż pomoc społeczna, by opłacalne było inwestowanie w poszukiwanie, a następnie utrzymanie jej. Wszystko to razem doprowadziło do wielu patologii, które na pierwszy rzut oka nie są związane z sytuacją na rynku pracy, takich jak narkomania czy ciąże nastolatek.

Phelps, wnikliwie obserwując amerykańskie społeczeństwo, stwierdził, że przytłaczająca większość problemów społecznych spowodowana jest niskimi płacami najsłabiej wynagradzanych pracowników. Dlatego uważał, że opłacalne byłoby wyłożenie na stworzenie proponowanego przezeń systemu dopłat choćby i dużych kwot, gdyż nawet w krótkim czasie mógłby on doprowadzić nie tylko do ograniczenia patologii (a więc do poprawy kondycji społeczeństwa jako całości), ale też do wymiernych oszczędności – chociażby dzięki ograniczeniu wydatków na system penitencjarny, organy ścigania czy pomoc społeczną. Doszedł więc do podobnych wniosków, co przedstawiciele szkoły sztokholmskiej kilkadziesiąt lat wcześniej w Szwecji – wydatki na instytucje państwa dobrobytu po prostu się opłacają. Jednak jako gorący zwolennik rynku, konkurencji i przedsiębiorczości przedstawił on inną koncepcję – zamiast welfare state stworzył własną, autorską odmianę: workfare state.

Phelps wychodzi z założenia, że pracodawcy płacą pracownikom stawki wynikające z ich wydajności. Płacenie stawek wyższych od wydajności prywatnej pracownika (czyli korzyści dla pracodawcy) nie jest opłacalne, gdyż wiązałoby się to z dopłacaniem do stworzonego miejsca pracy. Jednak każde miejsce pracy ma także swą wydajność społeczną, a więc wiąże się z korzyściami, jakie odnosi cała wspólnota z tego, że dany obywatel nie marnotrawi życia na podejrzaną działalność, lecz na miarę swych możliwości pracuje, utrzymuje się za zarobione pieniądze, zakłada rodzinę, wychowuje potomstwo itd. A dzięki regularnej pracy stopniowo poprawia wydajność i podnosi kompetencje, czym jeszcze bardziej przysługuje się gospodarce i społeczeństwu. I właśnie istnienie korzyści społecznej z każdego stanowiska pracy, wykraczające poza zwykłą korzyść pracodawcy, jest argumentem za tym, by stworzyć system subsydiów dla najmniej zarabiających.

System opierałby się na państwowych dopłatach do godzinowych stawek pracy. Trafiałyby one na konto pracodawcy w zamian za zatrudnienie nisko wykwalifikowanego pracownika za pensję wyższą niż jego prywatna wydajność. System dopłat obejmowałby tych pracowników, którzy spełnialiby pewne minimalne kryterium wydajności (Phelps określił je umownie na 4 dolary za godzinę). Osoby, których wydajność byłaby niższa (np. niepełnosprawni), kwalifikowałyby się do pomocy społecznej, której proponowany przez Phelpsa system nie miałby wcale zastąpić, a jedynie mocno ograniczyć niezbędny zakres jej działania. Dopłat nie otrzymywaliby także pracownicy zatrudnieni w niepełnymi wymiarze czasowym (minimum to 35 godzin tygodniowo). Zwroty miałyby trafiać do pracodawcy przede wszystkim w formie odliczeń od płaconych podatków (np. dochodowego od przedsiębiorstw), co gwarantowałoby korzystanie z dopłat jedynie przez firmy prowadzące realną działalność, dzięki czemu udałoby się uniknąć istnienia tzw. fabryk dopłat, a więc firm tworzonych tylko po to, by wyłudzić pieniądze od państwa.

Phelps pochyla się nad kilkoma innymi, konkurencyjnymi rozwiązaniami problemu niskich płac. Koncepcja negatywnego podatku dochodowego (dotacja wyrównująca dochód zgromadzony w danym roku do pewnego minimalnego poziomu) jest, według niego, nie do przyjęcia, gdyż jest on niezależny od zatrudnienia. W związku z tym mogłoby to doprowadzić chociażby do sytuacji, w której osoby już pełnoletnie (czyli mające już prawo do otrzymania dotacji), mając zapewniony byt na minimalnym poziomie, odkładałyby w nieskończoność wejście na rynek pracy. Phelps odrzuca także dopłaty liniowe – dla każdego pracownika dopłata ok. 3 dolarów za godzinę – gdyż byłyby one zbyt kosztowne, a dodatkowo kierowały wielki strumień pieniędzy do osób, które takiej pomocy nie potrzebują. Z tego samego powodu krytykuje koncepcję kwoty wolnej od opodatkowania – żeby jej skutki były dla najbiedniejszych naprawdę odczuwalne, musiałaby być bardzo wysoka, co odczułby budżet, a pomoc publiczna znów przy okazji trafiłaby także do bogatych.

W tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem według Phelpsa jest system stopniowanych subsydiów, rozpoczynający się od 3 dolarów do pracy wartej 4 dolary za godzinę. Dzięki temu zabiegowi o połowę zmniejszy się dystans najniższych płac do mediany, która w okresie jego badań wynosiła 10 dolarów za godzinę. Od tego poziomu poczynając, dopłaty byłyby tym niższe, im wyższa pensja pracownika, a przestawałyby przysługiwać od poziomu 12 dolarów za godzinę wzwyż.

Koszt płacy za godzinę w dolarach

Dopłata za godzinę w dolarach

Płaca całkowita za godzinę w dolarach

4,00

3,00

7,00

5,00

2,29

7,29

6,00

1,65

7,65

7,00

1,12

8,12

8,00

0,71

8,71

9,00

0,43

9,43

10,00

0,24

10,24

11,00

0,13

11,13

12,00

0,06

12,06

Jak widać, dzięki temu, że dopłata nie spada zbyt szybko, pracownik przy kolejnych nie traci motywacji do podwyższania wydajności – każda podwyżka pomimo spadku dopłaty daje mu bowiem wzrost pensji. I na odwrót – pracodawca nie ma możliwości pozbawionego konsekwencji cięcia wynagrodzeń, gdyż każda obniżka o dolara, nawet pomimo wzrostu dopłaty, wiąże się ze spadkiem pensji, na którą zatrudniony już niekoniecznie będzie chciał przystać. Ograniczając dopłaty do zarobków na poziomie nie wyższym niż 12 dolarów za godzinę, państwo ma natomiast pewność, że nie dotuje osób zarabiających wystarczająco dobrze.

Pozostaje jeszcze oczywiście kwestia finansowania całego systemu. Według Phelpsa w długiej perspektywie miałby się on samofinansować. W związku ze wzrostem najniższych płac następowałby bowiem wyraźny wzrost zatrudnienia – niewykwalifikowani bezrobotni chętniej szukaliby zatrudnienia, które teraz realnie by się im opłacało, a pracodawcy, w związku z dopłatami, nie mieliby oporów przed ich zatrudnianiem, gdyż realnie kosztowaliby ich tylko tyle, ile sami byliby skłonni zapłacić. To przełożyłoby się z kolei na wzrost wpływów z podatków dochodowych i składek. Dodatkowo, wiele osób powróciłoby do życia gospodarczego głównego nurtu (mogliby zrezygnować z działalności nielegalnej oraz włączyć się w zwykłe korzystanie z dóbr konsumpcyjnych), co wzmogłoby popyt, a także spowodowałoby wzrost wpływów z podatków. W połączeniu z wymienionymi wcześniej oszczędnościami (np. na systemie pomocy społecznej) stopniowane subsydia mogłyby nawet przynieść nadwyżkę finansową, nie mówiąc już o wielu korzyściach społecznych. Należałoby jednak wcześniej zadbać o finansowanie programu dopłat w krótkim okresie, gdy jeszcze nie pojawią się efekty działania skumulowanych procesów przezeń uruchomionych. Według pomysłodawcy wystarczyłoby czasowe wprowadzenie 2,5-procentowego podatku od wynagrodzeń. Całą wartość programu w początkowej fazie oszacował on na niespełna 2 proc. PKB Stanów Zjednoczonych, a więc nie tak znowu dużo. Przykładowo, Polska wydaje na instytucje państwa dobrobytu ok. 19 proc. PKB, a więc gdyby w naszym kraju takie dopłaty były proporcjonalnie podobne, stanowiłyby one jedynie niewielką część wszystkich wydatków socjalnych.

Bardzo ważnym elementem koncepcji Phelpsa jest „korzyść społeczna” związana z każdym stanowiskiem pracy, wykraczająca poza korzyść przedsiębiorcy z pracy pracownika. Idealna dopłata do pensji byłaby właśnie równowartością nadwyżki korzyści społecznej nad prywatną, oczywiście umownie oszacowaną. Korzyści tego rodzaju wymienia Phelps bez liku. Chociażby takie jak efekt sąsiedztwa – gdy część mieszkańców trudnych dzielnic zacznie pracować za godne pensje, siłą rzeczy zmieni nawyki i styl życia. Będzie to pozytywnie promieniować na resztę członków wspólnoty lokalnej. Będą oni mieli dodatkową motywację (poza wyższymi płacami), by podjąć pracę i zrezygnować z działalności nielegalnej. Wzrost płac najniżej wynagradzanych zatrzyma także dziedziczenie biedy, a godne zarobki ojców, którzy nagle dzięki swej pracy będą mogli utrzymać rodzinę, doprowadzi do wzrostu ich samooceny, konsolidacji rodzin i poprawy jakości wychowywania potomstwa. Na tych wszystkich procesach skorzysta całe społeczeństwo, także warstwy najwyższe, gdyż na ograniczeniu patologii społecznych zawsze korzysta cała wspólnota.

Oczywiście do koncepcji Phelpsa można mieć szereg zastrzeżeń. Przede wszystkim bezrefleksyjnie daje on wiarę przesądowi, że wysokość płacy jest zawsze odzwierciedleniem wydajności pracownika. Przykład Polaków, których płaca według wszystkich statystyk jest nieadekwatnie niska w stosunku do produktywności, świetnie pokazuje, że takie przekonanie to szkodliwy mit. Zatrudniając pracownika, przedsiębiorcy nie oszacowują dokładnie jego wydajności – najczęściej po prostu płacą mu najniższą stawkę, na jaką się zgodzi. Należy również zauważyć, że koncepcja Phelpsa prawie w ogóle nie dotyka problemu rozwarstwienia – owszem, proponowany przez niego program podniesie najniższe wynagrodzenia w stosunku do mediany, ale nie zahamuje szaleńczego wzrostu najwyższych zarobków. Postępujące rozwarstwienie mógłby powstrzymać jedynie progresywny system podatkowy, któremu Phelps raczej się sprzeciwia. A po badaniach Kate Pickett i Richarda Wilkinsona wiemy już, że za wiele patologii społecznych odpowiada nie tylko bieda bezwzględna, ale także rozwarstwienie dochodowe. Poza tym w wyniku stopniowanych subsydiów zostanie stworzony kosztowny system pomocy publicznej, do której dostęp będą mieli jedynie zatrudnieni (uwagę na to zwrócą w szczególności zagorzali przeciwnicy workfare state), a tymczasem nierozwiązany pozostanie problem bezrobotnych niepracujących nie dlatego, że im się nie opłaca, ale dlatego, że po prostu nie ma dla nich zatrudnienia.

Nie ma co się tym zastrzeżeniom dziwić – w końcu Phelps to raczej zwolennik wolnego rynku (choć krytyczny), który całą swą koncepcję nazwał „rozwiązaniem rynkowym”, gdyż według niego nie ogranicza ona wolności gospodarczej. Jest to jednak wolnorynkowiec obdarzony niesłychaną wrażliwością społeczną. Nawet jeśli uznamy jego koncepcję za wadliwą czy niedoskonałą, to niewątpliwie wartościowe i unikalne obserwacje stanowią idea „korzyści społecznej” ze stanowiska pracy, która powinna zostać wyceniana i wliczana do płacy, a także teza, że za cały szereg patologii społecznych odpowiadają niewystarczające do utrzymania się płace, a ich podniesienie leży w interesie całego społeczeństwa.

Stabilizacja według prekariatu

Pozytywnego zdania na temat koncepcji Phelpsa na pewno nie podzieliłby Guy Standing, brytyjski ekonomista, były ekspert Międzynarodowej Organizacji Pracy i autor wydanej całej niedawno, lecz już kultowej książki pt. „Prekariat”. Opisuje ona nowo powstałą klasę społeczną – ludzi pozbawionych podstawowego zabezpieczenia socjalnego i stabilizacji, co jest skutkiem pracy w nietypowych formach zatrudnienia. Szczegółowa charakterystyka tej grupy nie jest nam jednak w tym momencie potrzebna, jako że ze względu na tematykę niniejszego artykułu bardziej interesujący jest model rynku pracy, który zarysowuje Standing. A jest to model przeciwstawny względem workfare state, nawet jego wrażliwej społecznie odmiany, którą zaproponował Phelps. Można nawet zaryzykować ostrzejsze sformułowanie – workfare state jest dla Standinga wrogiem publicznym numer 1. Natomiast modelem idealnym jest według niego porządek oparty o powszechny dochód gwarantowany, będący w istocie wariantem systemu bezpieczeństwa socjalnego zachowującym podstawowe cechy socjaldemokratycznej koncepcji welfare state – uniwersalność i bezwarunkowość.

Fundamentem koncepcji Standinga jest teza, że człowiek wcale nie pracuje tylko w miejscu zatrudnienia, ale także podczas wykonywania wielu innych czynności. I są to często zajęcia dużo bardziej korzystne społecznie niż praca zarobkowa. Mowa tu choćby o działalności społecznej (wolontariacie) czy opiekuńczej (wychowywanie dzieci, opieka nad starszymi członkami rodziny), ale nie tylko. Praca tego rodzaju także powinna być, według Standinga, premiowana przez społeczeństwo. Tymczasem obecnie fetyszyzuje się pracę zarobkową i w ogóle sam status osoby zatrudnionej. Niepracujący zarobkowo uznawani są za leni lub pasożytów, choć z punktu widzenia interesu społecznego nierzadko odgrywają ważniejszą rolę niż przedsiębiorcy albo etatowi pracownicy. Za tymi ostatnimi Standing raczej nie przepada – salariat, jak nazywa on etatowców, ma w panującym systemie monopol na zabezpieczenie społeczne, które należy się też w części prekariuszom, a więc ludziom bez stałego zatrudnienia. Jest to, jego zdaniem, wina warunkowej formuły workfare state, która zdominowała państwa Zachodu i w której pomoc uzależniona jest od „dobrego sprawowania się”, czyli albo stabilnego zatrudnienia, albo chociaż próby zdobycia go jak najszybciej, jak się da. To zaś sprawia, że ludzie podejmują pracę zarobkową marnej jakości i nie chodzi tu nawet o niskie pensje (choć o to też), ale głównie o niezgodność stanowiska z kompetencjami, charakterem czy zainteresowaniami pracownika. Tymczasem gdyby człowiek mógł się spełniać w tym, co go naprawdę interesuje i w czym jest najlepszy (nawet jeśli okresowo nie przynosi to żadnych profitów finansowych), dałoby to dużo lepszy efekt społeczny, niż wpychanie go na siłę w ramiona toksycznego zatrudnienia, które nie daje nic prócz poczucia braku spełnienia i skromnych zarobków.

Według Standinga formuła workfare state jest również sprzeczna z ideą wolnej gry rynkowej. Pracodawcy, wiedząc, że istnieje przymus społeczny podejmowania pracy, oferują niskie stawki oraz złe warunki pracy, ponieważ zdają sobie sprawę, że i tak prędzej czy później znajdą się chętni. Dlatego – jak zaskakująco by to nie brzmiało – należy jak najszybciej utowarowić pracę, czyli poddać ją w pełni swobodnej grze rynkowej. Na wolnym rynku pracy sprzedający (pracobiorca) nie będzie bowiem przymuszany do sprzedania swego „towaru” w związku z takim a nie innym porządkiem społecznym, lecz będzie go sprzedawał tylko wtedy, gdy uzna ofertę za satysfakcjonującą. Aby jednak zapewnić tego rodzaju wolność zawodu, oprócz zwalczenia przymusu społeczno-instytucjonalnego, trzeba jeszcze przełamać przymus ekonomiczny. A lekarstwem na to może być jedynie dochód podstawowy (minimalny dochód gwarantowany).

Dochód podstawowy to forma dotacji przysługująca wszystkim pełnoletnim osobom legalnie przebywającym na terenie danego kraju. Byłby on przelewany na konto osobiste każdego obywatela co pewien okres (np. miesiąc), w kwocie równej dla wszystkich i w wysokości mającej zapewnić byt na godnym, acz minimalnym poziomie. Nie byłby on warunkowany „dobrym sprawowaniem się”, określanym i weryfikowanym przez urzędników, nie mógłby być też odebrany (poza przypadkami ciężkich przestępstw). Dzięki temu zapewniłby ludziom prawdziwą wolność wyboru zatrudnienia i pracy, w związku z czym staliby się oni w negocjacjach z pracodawcą równorzędnym partnerem. Wartość pracy stałaby się wtedy prawdziwie rynkowa, gdyż nie byłaby warunkowana różnego rodzaju przymusem. W zasadzie można by wtedy nawet zrezygnować z wielu innych regulacji rynku pracy. Efektem byłoby zwiększenie wolności gospodarczej, i to dla wszystkich stron, a nie tylko tych posiadających przewagę kapitału.

Standing odpiera też niektóre zarzuty wysuwane przeciwko swojemu postulatowi. Tezę, że dochód podstawowy byłby demoralizujący, gdyż dawałby coś za nic, zbija celnie argumentem, że jego przeciwnicy bardzo często dostawali dużo więcej za nic – choćby w formie spadków. Dziedzice fortun nie zasłużyli sobie na nie niczym, dlaczego więc tylko oni mieliby korzystać z dorobku przodków, skoro jest on zawsze w jakiejś mierze owocem działań całej wspólnoty? Przecież to poprzednicy wszystkich obywateli tworzyli porządek umożliwiający bogacenie się. Dochód podstawowy można byłoby więc uznać za swego rodzaju dywidendę za osiągnięcia wcześniejszych pokoleń – wypłacaną każdemu, bo każdy powinien mieć udział w korzyściach wypracowanych przez wspólnotę na przestrzeni dekad i stuleci. Standing odpiera też zarzut mówiący, że taka sytuacja sprawi, iż wielu ludzi będzie beztrosko marnotrawić czas na lenistwie. Stawia on tezę, że leniwi stanowią drobny ułamek społeczeństwa (przyjął, że zaledwie 0,5 proc. populacji), tymczasem reszta z własnej woli będzie poszukiwać możliwie najbardziej wartościowej (zarówno dla siebie, jak i dla wspólnoty) formy pracy. Zatem prawo należy stworzyć z myślą o tych 99,5 procent. Garstce leniwych należy zaś pozwolić „swobodnie dryfować”, gdyż przymuszanie ich do pracy będzie w efekcie dużo bardziej kosztowne. Jakkolwiek oszacowanie części społeczeństwa niezbyt garnącej się do pracy na zaledwie 0,5 proc. wydaje się, delikatnie mówiąc, pewną przesadą, to z tym, że przeciętny człowiek wcale nie zamierza marnotrawić swojego życia na nicnierobienie, nawet w sytuacji bytu zapewnionego na minimalnym poziomie, można się chyba zgodzić. Podobnie jak z ogólną koncepcją tworzenia prawa odpowiadającego potrzebom i interesom większości społeczeństwa, a nie jego mniejszości.

Skąd Standing chce wziąć pieniądze na realizację swojego projektu? W tej kwestii jest już niestety dużo mniej konkretny. Uważa on, całkiem słusznie zresztą, że największym rezerwuarem kapitału, z którego należałoby czerpać, jest sektor finansowy, oferujący swym pracownikom nieproporcjonalnie wysokie zarobki. A dlaczego ktoś, kto ma unikalne umiejętności, dzięki którym sprawdza się w sektorze finansowym, ma żyć na tak dalece wyższym poziomie, niż ktoś, kto ma unikalne umiejętności w innej dziedzinie? Fakt, że praca w sektorze finansowym w obecnych warunkach daje szczególnie wysoką stopę zwrotu, nie oznacza wcale, że jest ona aż tyle warta dla społeczeństwa ani że na tyle powinna być wyceniana. Dlatego też słynny już podatek Tobina (podatek od wartości transakcji finansowych) mógłby być jednym ze sposobów zapewnienia środków dla dochodu podstawowego. Innym byłoby obciążenie inwestycji zagranicznych dokonywanych przez kapitał z danego kraju. Skoro firmy, dajmy na to, amerykańskie często przenoszą produkcję do krajów rozwijających się, powinny dzielić się zyskami z obywatelami państwa, z którego się wywodzą i które umożliwiło im wzrost aż do tego poziomu. Niestety nie przedstawia on żadnych, nawet pobieżnych, wyliczeń, które udowodniłyby, że ta koncepcja – przynajmniej na papierze – miałaby szansę się zrealizować. W przeciwieństwie do Phelpsa, który swą teorię wyliczył niemal co do dolara.

Standing w swej pracy przekonująco obalił zarzuty stawiane idei dochodu podstawowego z perspektywy moralnej. Może poza zbyt optymistycznym oszacowaniem odsetka leniwych, choć trzeba się z nim zgodzić, że takich osób jest zdecydowana mniejszość. Przedstawił też mnóstwo zalet ekonomicznych proponowanego przez siebie rozwiązania. Rzeczywiście dochód podstawowy wyraźnie zwiększyłby wolność i przejrzystość gry rynkowej, uwalniając najsłabsze jej strony od przymusu ekonomicznego. A to miałoby niebagatelne znaczenie dla uzdrowienia sytuacji gospodarczej, gdyż doprowadziłby przede wszystkim do urealnienia wyceny pracy, która obecnie często jest zaniżana, bo pracodawcy wykorzystują przymus ekonomiczny do oszczędzania na pracownikach. Niestety w kwestii finansowania jest dużo mniej przekonujący. Przyjmuje on niejako na wiarę tezę, że ludzkość osiągnęła już taki poziom rozwoju gospodarczego, że może sobie pozwolić na wprowadzenie instytucji powszechnego dochodu gwarantowanego. Nawet jeśli zgodzilibyśmy się z tą tezą, to jednak fundamentalne dla całej koncepcji założenie powinno być przynajmniej oszacowane, a nie jest. Brak jakichkolwiek wyliczeń dotyczących finansowania stanowi zdecydowanie najsłabszy punkt pracy Standinga. Nie mówiąc już o takich kwestiach jak chociażby inflacja – przecież skoro nagle wszyscy mieliby zapewnione co miesiąc dajmy na to 2 tys. zł, to ich wartość mogłaby zacząć szybko spadać. To z kolei mogłoby się wiązać z koniecznością ciągłej waloryzacji i wchodzeniem w spiralę inflacyjną. Owszem, niekoniecznie musiałoby tak być (wbrew pozorom nie istnieją żadne niepodważalne prawa dotyczące inflacji), ale należałoby przynajmniej spróbować pokazać, że byłoby inaczej: że podatek Tobina przyniósłby odpowiednią ilość środków, że udałoby się stworzyć mechanizmy redystrybuujące część zysków z inwestycji zagranicznych na rzecz funduszu wypłacającego dochód podstawowy. A listę tę można jeszcze wydłużyć.

Dummy state, czyli państwo-atrapa

Spory prowadzone przez zwolenników modeli workfare statewelfare state muszą się nam wydawać abstrakcyjne. Polakowi jako wręcz absurdalne mogą się jawić pretensje do państwa o to, że dąży do jak najszybszego znalezienia pracy bezrobotnemu. Nasze państwo ani nie pomaga znaleźć pracy, ani nie zapewnia bezpieczeństwa socjalnego bezrobotnym. Przytłaczająca większość polskich bezrobotnych marzy o sytuacji, w której państwo przymuszałoby do podjęcia pracy, nawet za cenę utraty zasiłku. Gdyby polskie państwo było skuteczne w zapewnianiu zatrudnienia obywatelom, to niezwykle hojne z naszej perspektywy zabezpieczenie socjalne, typowe dla państw skandynawskich, mogłoby już sobie darować. Niestety, jak na razie mamy co najwyżej dummy state – państwo-atrapę, które samo dobrze nie wie, w którą stronę powinno iść. I tkwi w miejscu, na czym cierpimy wszyscy. Dlatego Polacy muszą jak najszybciej stworzyć przemyślany model bezpieczeństwa socjalnego. Czy będzie on oparty o welfare state, czy o work state, to w naszej nieciekawej sytuacji naprawdę sprawa drugorzędna. Na szczęście dla nas, jak widać, jest całkiem sporo koncepcji, z których możemy czerpać inspirację.