Sektor biedy publicznej

Sektor biedy publicznej

Narodowy Fundusz Zdrowia jest w Polsce jednym z kilku etatowych chłopców do bicia. Wspólnie z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych stanowią wyjątkowo wygodną parę dla amatorów walenia w sektor publiczny. Wszak nie trzeba specjalnie się wysilać, żeby od ręki znaleźć kilka faktów drażniących przeciętnego obywatela, a związanych z funkcjonowaniem tych instytucji. Naparzać w ZUS jest chyba nawet łatwiej – w końcu prawie każdemu coś tam „zabiera” (nomenklatura jego krytyków celowo użyta), uszczuplając nasze, często dość skromne, budżety domowe. Ale NFZ i służba zdrowia są równie wdzięcznymi obiektami rytualnych żalów lub też kpin – tak w debacie publicznej, jak i w towarzystwie. Tematów do narzekań nie brakuje i wiele osób aż się garnie, by skwitować je dosadnym komentarzem: wielomiesięczne lub nawet czasem kilkuletnie okresy oczekiwania na zabieg czy operację; karetki, które nie przyjechały lub przyjechały za późno; zakończone ludzkim dramatem błędy lekarskie itd.

Wszystko to wzbudza uzasadnione głosy oburzenia na poziom służby zdrowia. Często prowadzi jednak do mniej uzasadnionych wniosków, według których polski system opieki medycznej jest wyjątkowo nieudolny, a w związku z tym o zdrowie musimy zadbać sami. Słowem, pojawia się śpiewka znana z dyskusji o emeryturach – jeśli sobie nie odłożymy, to na starość będziemy goli i weseli, bo na państwowe zabezpieczenie nawet nie ma co liczyć. Stąd już tylko krok do przyjęcia, wydawałoby się, jedynie racjonalnej postawy: „Przecież nie będę się składał na coś, co nie działa, co de facto nie istnieje!”.

Taki sposób myślenia pomija dwa istotne fakty. Po pierwsze, bulwersujące przykłady będą nam towarzyszyć nawet wtedy, gdy uda się w końcu stworzyć system opieki zdrowotnej z prawdziwego zdarzenia. Z natury rzeczy jest to bowiem branża, w której każdy błąd może być na wagę życia. Po drugie, co ważniejsze, kiepski stan polskiej służby zdrowia niekoniecznie musi wynikać z patologii zarządzania, błędów czy słabości „czynnika ludzkiego”. Wystarczy fakt, że jest ona biedna jak mysz kościelna. A postawa sporej części społeczeństwa, niechętnej składaniu się na usługi publiczne, tylko pogłębia ten problem.

Wszystkie dane porównujące ilość środków w systemach zdrowotnych różnych krajów pokazują, że Polska odstaje pod tym względem wyraźnie na minus. Tak bardzo, że w zasadzie powinniśmy się dziwić, iż cokolwiek u nas w tym obszarze jeszcze działa – a takich pozytywnych przykładów znalazłoby się, wbrew pozorom, całkiem sporo. Biorąc pod uwagę ilość publicznych środków przekazywanych na ochronę zdrowia, Polska odstaje nawet od krajów, w których służba zdrowia generalnie jest… prywatna. Oczywiście mowa o danych uwzględniających poziom rozwoju gospodarczego, a więc stosunek publicznych wydatków na służbę zdrowia do PKB danego kraju. W Polsce wskaźnik ten wynosi 4,8 proc. i jest jednym z najniższych wśród państw OECD. Za nami są tylko Estonia (4,7 proc.), Meksyk czy bastion wolnego rynku i prywatyzacji wszystkiego, jakim jest Chile (3,5 proc.). Reszta cywilizowanego świata przeznacza na służbę zdrowia znacząco wyższe środki z państwowej kasy. Nawet w Czechach i na Słowacji są one wyraźnie większe (odpowiednio 6,3 i 5,6 proc.), nie mówiąc już o krajach, których służba zdrowia cieszy się zasłużoną renomą, takich jak Szwecja (7,7 proc.) czy Niemcy, w których wydatki są, uwzględniając proporcje rozwoju, niemal dwa razy większe niż w Polsce i wynoszą 8,7 proc. PKB. Zresztą nawet w USA, gdzie funkcjonuje prywatna służba zdrowia, a państwo zapewnia ubezpieczenie jedynie wąskim, najbardziej potrzebującym grupom społecznym, środki publiczne przeznaczane na ochronę zdrowia są prawie dwa razy większe w stosunku do PKB niż w Polsce i wynoszą 8,5 proc. Podobnie jest w Szwajcarii, w której niedawno społeczeństwo odrzuciło w referendum wprowadzenie powszechnych publicznych ubezpieczeń zdrowotnych – również tam publiczne środki przeznaczane na ochronę zdrowia są dużo wyższe niż w Polsce i wynoszą 7,1 proc. PKB, choć generalnie system opieki zdrowotnej jest tam prywatny. Polska pod tym względem wyraźnie odstaje też od przeciętnych poziomów tego wskaźnika – dla państw OECD wynosi on 6,7 proc., a dla krajów Unii Europejskiej 6,4 proc.

Sytuacja wygląda już całkiem dramatycznie, gdy przyjrzymy się bezwzględnym kwotom przypadającym na jednego pacjenta. Według zestawienia Bloomberga, który przeanalizował systemy opieki medycznej 51 krajów z całego świata (badając wydatki publiczne i prywatne), na jednego polskiego pacjenta przeznacza się 854 dolary rocznie. W Europie za nami są tylko Bułgaria i Rumunia, za to zaraz przed nami jest… Rosja (887 dolarów). Aż wstyd podawać dane dotyczące kolejnych państw, bo to już są zupełnie inne światy – na Słowacji na głowę przypada 1326 dolarów, a w Czechach 1432 dolarów. W Niemczech przeznaczane jest 5,5 razy więcej środków niż w Polsce, bo dokładnie 4683 dolarów, nie mówiąc już o Szwecji (5319 dolarów), Szwajcarii (8980 dolarów) czy wreszcie USA (8895 dolarów). Oczywiście, że opieka zdrowotna to nie tylko pieniądze, ale przy tak olbrzymich rozbieżnościach w nakładach trudno oczekiwać, że akurat w naszym kraju uda się odkryć kamień filozoficzny, dzięki któremu stworzymy sprawny i zarazem bardzo tani system opieki zdrowotnej.

Zaraz, zaraz – mógłby ktoś powiedzieć – przecież fakt, że pieniędzy w systemie jest mało, nie musi kłócić się z tym, że nawet ten niewielki zasób jest wykorzystywany nieefektywnie. A w takiej sytuacji nie ma sensu „dorzucać do pieca”, bo to będzie oznaczać jedynie zmarnowanie jeszcze większych środków. Według tej logiki, powinniśmy się więc wręcz cieszyć z tego, że pieniędzy w systemie jest relatywnie mało, bo siłą rzeczy oznacza to mniejsze marnotrawstwo. Najpierw przebudujmy system, a dopiero potem podejmujmy decyzje o ewentualnym zwiększeniu poziomu finansowania. Takie myślenie wydaje się całkiem rozsądne. Problem tkwi jednak w tym, że teza o wyjątkowo nieefektywnym wykorzystywaniu naszych skromnych środków także okazuje się nieprawdziwa.

Aby się o tym przekonać, znów musimy zerknąć do zestawienia Bloomberga. Jako chyba jedyne odnosi ono do skuteczność systemów opieki zdrowotnej (obliczoną na podstawie podstawowych danych dotyczących stanu zdrowia obywateli, tj. długości życia, śmiertelności niemowląt etc.) do poziomu finansowania, dzięki czemu zdaje sprawę z efektywności wydatkowania pieniędzy. I okazuje się, że Polska wypada w nim przyzwoicie – na 51 krajów zajmujemy 22 lokatę z wynikiem (efficiency score) 52,4. Niewiele przed nami, na 21 miejscu, jest Kanada (52,9), a za nami są… Niemcy (51,6). Trudno uznać system, który pod względem efektywności lokuje się między Kanadą a Niemcami za szczególnie nieudolny. Tym bardziej, że daleko za nami lokuje się wiele innych krajów Europy – Słowacja ma 31 miejsce, Dania 34, Austria 35, Holandia 40, Belgia 41 – oraz znajdujące się na szarym końcu USA, których prywatny system opieki zdrowotnej jest uznawany za jeden z najmniej wydajnych na świecie, szczególnie na tle olbrzymich środków, które są weń co roku pompowane (publiczne i prywatne finansowanie łącznie mają gigantyczną wartość ponad 17,5 proc. PKB).

Inną ciekawą obserwację na temat efektywności naszego systemu ochrony zdrowia mogliśmy przeczytać w niedawnym felietonie Jana Wróbla w „Dzienniku Gazecie Prawnej”. Otóż według standardów szwajcarskich prywatnych ubezpieczycieli medycznych, za efektywne uważane są te instytucje, których koszty administracyjne wynoszą poniżej 4 proc. ogólnej sumy wydatków. Wydatki NFZ wynoszą w sumie ok. 70 mld zł, natomiast koszty administracyjne ok. 700 mln zł, czyli zaledwie ok. 1 proc. A więc pod względem kosztów administracyjnych ten podobno marnotrawny NFZ zmieściłby się bez najmniejszego problemu w wyśrubowanych szwajcarskich standardach.

Rytualne walenie w NFZ (podobnie jak ataki na ZUS) jest nie tylko niezbyt sprawiedliwe. Tezy o rozpasanym NFZ i nieudolnej służbie zdrowia są kolejną z odsłon sączącego się od 1989 r. do opinii publicznej przekazu o nieefektywnym sektorze publicznym. Przekazu, który ma za zadanie zniechęcić Polaków do wspólnej własności i publicznego zarządzania oraz przekonać do prymitywnej teorii, jakoby prywatne zawsze było lepsze i skuteczniejsze. Efekty tego przekazu są wyraźne – spora część Polaków kombinuje, jak uniknąć płacenia składek, gdyż „emerytury i tak nie dostaną”, a „kontuzjowanej nodze” NFZ będzie miał do zaproponowania co najwyżej amputację. Omijanie opodatkowania i płacenia składek za pracowników stało się najpopularniejszym modelem biznesowym nad Wisłą, a w optymalizacji podatkowej – polegającej choćby na wyprowadzaniu podatków na Cypr – znaczna część społeczeństwa nie widzi nic zdrożnego, bo przecież jest to legalne, a państwo „i tak by te środki zmarnowało”. Tzw. freelancerzy kombinują, jak by tu podpisać umowę o dzieło, a nie zlecenie, nawet jeśli ich praca nie ma nic wspólnego z dziełem – byle tylko nie zapłacić ani złotówki składki. Wysoko wynagradzani specjaliści bez mrugnięcia okiem przechodzą na samozatrudnienie – choć charakter ich pracy w niczym nie przypomina działalności gospodarczej – byle tylko płacić stałą i niską (ok. 1000 zł) składkę dla przedsiębiorców.

Danymi potwierdzającymi tę smutną rzeczywistość masowego wypinania się na wspólnotę można sypać jak z rękawa. Pod względem samozatrudnienia Polska znajduje się na trzecim miejscu w UE – w tej formie zatrudnione jest aż 22,4 proc. siły roboczej. Niebezpiecznie przypominamy tym Grecję, w której to właśnie masowa skłonność do kombinowania (czy też „zaradność”, jak chcą zwolennicy takiej postawy), a nie zbyt wysokie wydatki publiczne, jak chcieliby nam wmówić niektórzy, była główną przyczyną kryzysu. Właśnie dzięki masowemu przyjmowaniu takich „zaradnych” postaw mają w Polsce miejsce tak cudowne zdarzenia, jak jednoczesny wzrost płac, spadek bezrobocia i… spadek wpływów do ZUS-u z tytułu składek, co miało miejsce w pierwszym półroczu 2014 r. Łączne płace w tym okresie wzrosły, a więc analogicznie powinny wzrosnąć składki – te jednak spadły (po raz pierwszy od roku 2008) i były o ok. 3 mld zł niższe niż podpowiadałyby dane makroekonomiczne. Można sobie tylko wyobrazić, ile operacji lub zabiegów medycznych można byłoby przeprowadzić za 3 mld zł i ile kolejek w służbie zdrowia skrócić.

Tych 3 miliardów służba zdrowia nie zobaczyła. Jak co roku w styczniu Polacy pospieszyli za to wrzucać datki do puszek Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Niestety nie zauważając, że jednym ze źródeł potrzeby organizowania takich akcji, jest wszechobecna w Polsce kultura kombinowania. A wśród tych wielu kierujących się odruchem serca Polaków, do puszek ruszyły też oczywiście rzesze mniejszych lub większych cwaniaczków i kombinatorów. Z troską pochylili się oni nad marnością polskiej publicznej opieki medycznej, zupełnie nie zauważając, że to właśnie m.in. ich działania doprowadziły do takiego deficytu środków. Najwyraźniej nie pojmując tego, że te kilka stów wrzuconych na WOŚP nie pokryje tych kilku tysięcy „zachomikowanych” składek. Ani nie jest dla tych drobnych kombinacji żadnym usprawiedliwieniem. Najlepszym i chyba największym przykładem takiego rozdwojenia jaźni jest sponsor tegorocznego WOŚP, czyli P4 Sp. z o.o., właściciel operatora sieci komórkowej Play. Przez dwa lata (aż do grudnia 2014 r.) spółka ta miała na Cyprze spółkę-córkę, której głównym aktywem były znaki towarowe sieci Play, z których spółka-córka czerpała dochód nisko oprocentowany (dzięki systemowi podatkowemu panującemu na „wyspie Afrodyty”), obniżając tym samym przychód spółek krajowych korzystających z tych znaków. Modelowy przykład wyprowadzania podatków z kraju, oczywiście w pełnej zgodzie z prawem. Jasne że hipokryzja wielkich korporacji jest doskonale znana. Problem w tym, że duża część polskiego społeczeństwa zupełnie nie dostrzega braku spójności w podatkowej optymalizacji i filantropii.

Snujący się od 1989 r. liberalny przekaz stara się tworzyć u Polaków przeświadczenie, że oddolne działanie – choćby z tego powodu, że odbywa się z pominięciem państwa – zawsze będzie lepsze i skuteczniejsze. Wystarczy jednak rzut oka na powszechnie dostępne dane, by przekonać się, że nie musi tak być. W 2013 r. suma ogólnych wydatków WOŚP wyniosła ok. 71 mln zł, natomiast jej koszty administracyjno-osobowe wyniosły 4,6 mln, a więc 6,5 proc. wydatków. Czyli jakieś 6,5 razy więcej niż w przypadku analogicznych kosztów NFZ. I to pomimo tego, że WOŚP w większości oparty jest o pracę wolontariuszy, tymczasem NFZ zatrudnia wynagradzanych pracowników.

To, czego polska służba zdrowia potrzebuje w pierwszej kolejności, oczywiście poza większą ilością środków, to zbudowanie w końcu w społeczeństwie przeświadczenia, że przyszłości nie da się zbudować na spontanicznych akcjach, lecz jedynie na porządnie działających i szczodrze finansowanych instytucjach publicznych. Niezbędne jest także dostrzeżenie bohaterów dnia codziennego nie tylko wśród małolatów ganiających z puszkami, ale też pielęgniarek i innych marnie wynagradzanych pracowników niedofinansowanego sektora publicznego, codziennie użerających się z materią, z którą przeróżni uczestnicy akcji charytatywnych mają do czynienia głównie od święta. I wreszcie konieczne jest przeświadczenie, że płacone składki to nie są stracone pieniądze, lecz wspólna zrzutka na budowę naszego dobrobytu. Zrzutka trochę taka jak WOŚP, ale dużo większa i nieporównanie ważniejsza.

Sektor biedy publicznej

Tymczasowa Rzeczpospolita

Okazuje się, że w czymś jesteśmy naprawdę dobrzy. Istnieje konkurencja, w której Polska należy do ścisłej światowej czołówki. Jako wolnorynkowi neofici od 25 lat mamy kompleks bycia docenianymi w kapitalistycznym wyścigu, dlatego z uwagą śledzimy wszelkie rankingi i analizy, które potwierdzą skuteczność naszych starań. I właśnie dlatego hucznie obchodzimy każdy skok o kilka pozycji w corocznym raporcie Doing Bussiness, wskazujący, że zagranicznym korporacjom jeszcze łatwiej jest zarabiać w naszym kraju wielkie pieniądze. Z tego samego powodu pieszczotliwie celebrujemy każdy ciepły artykuł o nas w „The Economist”, dzięki któremu możemy się przekonać, że jesteśmy prymusem przemian w naszym trudnym regionie, sprawiającym od lat głównie problemy. Nic dziwnego, że gdy pojawiła się na horyzoncie konkurencja, która leży jak najbardziej w naszym zasięgu, jest w sumie dosyć prosta, a jednocześnie w globalnych zawodach niezwykle istotna, postanowiliśmy być w niej najlepsi. Jaka to konkurencja? „Ustanawianie reżimu elastyczności”. W skrócie – uelastycznianie.

Mniej więcej od lat 80. XX wieku (a w zasadzie to już od drugiej połowy 70.) zachodnia gospodarka zmieniła swój paradygmat. Jej głównym motywem i zasadą przestało być już zaspokajanie potrzeb całej społeczności, a stało się osiąganie przeróżnych „wymiernych celów”, zawartych w liczbach, wykresach i tabelkach, takich jak poziom inflacji czy tempo wzrostu PKB. Przy okazji nadal zaspokaja się potrzeby, jednak są to potrzeby dużo bardziej wybujałe i najczęściej dotyczą już tylko wąskich grup ludzi. Coraz bardziej wyśrubowane cele potrzebowały nowego wymiaru efektywności, a ten wymagał pełnej elastyczności – tak, aby już nigdy żadna minuta opłacanej pracy nie zmarnowała się pod postacią relaksującej chwili patrzenia się w sufit czy spokojnego wypicia ciepłej kawy. Powstało więc zjawisko pracy just-in-time, dostarczanej w idealnym momencie i w idealnych proporcjach, a opłacanej tak, by broń Boże nie przepłacić ani dolara. Wraz z nim pojawiły się tabuny prekariuszy, czyli ludzi całe dnie siedzących jak na szpilkach z ręką na telefonie, czekających na łaskawy znak od pracodawcy, że dziś mogą przyjechać popracować w takim i takim czasie, ale muszą stawić się na miejscu równo za półtorej godziny. Jeśli ktoś nie wie, o czym mówię, to niech popracuje choćby miesiąc za pośrednictwem agencji pracy tymczasowej. Ten odczłowieczony system wyprodukował tabuny ludzi żyjących od zlecenie do zlecenia, bez jakiejkolwiek możliwości długoterminowego planowania, nie mówiąc już o takich fanaberiach jak założenie rodziny czy rozwój zawodowy. Ewentualnie, jak już naprawdę dobrze pójdzie, pracują na dwuletniej umowie o pracę, którą w każdej chwili pod byle pretekstem mogą stracić z dwutygodniowym wypowiedzeniem, trwając w napięciu aż do ostatniego dnia umowy – bo oczywiście nikt im wcześniej nie zdradzi, jakie są plany firmy wobec nich. To właśnie jest prekariusz – człowiek poddany reżimowi tymczasowości i elastyczności pod dyktando współczesnej gospodarki, której cele już dawno oddzieliły się od potrzeb większości ludzi.

Od czasu nastania jedynowładczych rządów efektywności wszelkie postulaty wskazujące na potrzebę stabilizacji zatrudnienia są szybko zbywane argumentem mówiącym, że na takich zasadach zatrudniać się nie da, bo „wymagania rynku nie pozwalają”, „sytuacja jest zbyt zmienna” itd. Mało kto zwraca uwagę na niewygodny fakt, że przez okres kilkudziesięciu lat po wojnie jakoś się dało – praca była stabilna, pracownicy spokojni o swój o byt, a gospodarka miała się świetnie. Nie przynosiła ona jednak wtedy tak bajońskich sum pracownikom sektora finansowego, szefom międzynarodowych korporacji czy innym CEO, dyrektorom generalnym, wykonawczym etc. A to wyżej wymienionych wyjątkowo uwierało, więc ochoczo skorzystali z szansy, jaką dała im globalizacja, by zainspirować procesy, które zmieniły ten stan. Swoją drogą: w którym kierunku jako ludzkość idziemy, skoro argument egzystencjalny („tak się nie da żyć!”) przegrywa sromotnie z argumentem rentowności („nie ma na to pieniędzy”)?

Właśnie w tej konkurencji staliśmy się zawodnikiem klasy światowej. We wszystkich rankingach badających elastyczność zatrudnienia nasz kraj plasuje się w ścisłej czołówce, a w wielu z nich prowadzi. Najpopularniejszym wskaźnikiem mierzącym elastyczność jest odsetek pracowników pracujących na umowach terminowych – są to umowy cywilnoprawne, umowy o pracę tymczasową i umowy o pracę na czas określony. W najnowszej edycji raportu OECD Employment Outlook nasz kraj jest na drugim miejscu na świecie i na pierwszym miejscu w UE. Aż 26,9 proc. wszystkich zatrudnionych w Polsce stanowią pracownicy terminowi. Wyprzedza nas jedynie… Chile, którego model gospodarczy ukształtowali przed laty liberalni ekonomiści ze szkoły chicagowskiej. W tym kraju odsetek pracowników terminowych wynosi 29,7 proc. Cały cywilizowany świat jest daleko za nami. Z państw UE najbliżej nas jest Hiszpania (23,1 proc.), w której sytuacja na rynku pracy uchodzi za wyjątkowo tragiczną. Następna jest Portugalia (21,5 proc.), a więc kolejny kraj przechodzący w ostatnim czasie ogromne kłopoty gospodarcze. W pozostałych krajach UE wskaźnik ten wynosi poniżej 20 proc, a w stabilnych i prężnych gospodarkach nie przekracza nawet 10 proc. (np. w Danii jest to 8,8 proc., w Austrii 9,2 proc.). Nie musimy jednak porównywać się z państwami skandynawskimi. W Czechach pracownicy terminowi stanowią zaledwie 9,6 proc. zatrudnionych, na Słowacji 7 proc., a na Węgrzech 10,8 proc.

Najbardziej druzgocąca jest jednak dynamika i kierunek, w jakim zmierzamy. Pod tym względem jesteśmy zupełnie bezkonkurencyjni. O ile w innych krajach prekaryzacja przebiega stopniowo, gdyż wciąż w wielu obszarach gospodarki spotyka się z oporem pracowników, to w wolnorynkowo neofickiej Polsce rozpędziła się do tempa Usaina Bolta. W latach 1998-2012 odsetek umów terminowych w naszym kraju wzrósł aż o 22,2 pkt. proc. Jeszcze w 1998 r. umów takich było zaledwie 4,7 proc. Tempo iście sprinterskie, zwłaszcza na tle reszty peletonu. W Unii Europejskiej w konkurencji prekaryzowania obywateli na czas drugie miejsce ma Słowenia ze wzrostem… 12,7 pkt. proc. – a więc niemal 10 pkt. proc. za nami! Trzecia Holandia ma już wynik tylko jednocyfrowy – 6,5 pkt. proc. Jak widać odsadzamy resztę świata w tempie oszałamiającym. Jeśli je utrzymamy, to za kilkanaście lat wszyscy będziemy prekariuszami. Marnym pocieszeniem jest, że będą nimi także pożyteczni idioci, którzy z amerykańskim uśmiechem na ustach wspierają ten model, twierdząc, że umowa śmieciowa jest najlepszym wstępem do stabilnej i dobrej pracy. Gdy po 15 latach nadal będą pracować na umowie zlecenie z niespecjalnie wysoką stawką, może dotrze do nich, w jak wielkim błędzie tkwili. Na refleksję będzie już wtedy jednak trochę zbyt późno.

Umowa śmieciowa jako wstęp do dalszej kariery to właśnie jeden z mitów upowszechnianych przez zwolenników prekaryzacji społeczeństwa. Nawet jeśli gdzieś na świecie ta idiotyczna teza się potwierdza, to na pewno nie w Polsce. Wręcz przeciwnie, jesteśmy przykładem tego, że najlepszą drogą do zostania prekariuszem jest już podpisanie pierwszej umowy śmieciowej. Wśród państw OECD jesteśmy na drugim miejscu za Hiszpanią pod względem liczby pracowników pracujących na umowie terminowej przez ponad trzy lata. Stanowią oni u nas 17,4 proc. wszystkich zatrudnionych. Według OECD tylko 35 proc. zatrudnionych w Polsce na umowach terminowych ma szanse na stabilne zatrudnienie w ciągu trzech lat. Potwierdzają to polskie badania POLPAN, które sprawdziły jak przebiegały kariery osób pracujących w 2008 r. na umowach cywilnoprawnych. Okazuje się, że po 5 latach, czyli w 2013 r., 58 proc. z nich wciąż pracowało na umowie śmieciowej lub wcale, 5 proc. przeszło na samozatrudnienie, a etat w ciągu 5 lat zdobyło jedynie 37 proc. W środowisku badaczy rynku pracy krąży już opinia, że dużo łatwiej o etat będąc bezrobotnym, niż pracując na umowie cywilnoprawnej. I niech każdy o tym pamięta, podpisując pierwszą lub kolejną umowę zlecenie. Jeśli tylko sytuacja materialna na to pozwala, lepiej poszukać pracy trochę dłużej, niż wchodzić przy pierwszej okazji w tryby elastycznego zatrudnienia, gdyż wyjść z nich może być bardzo trudno.

Kolejnym wymiarem zjawiska prekaryzacji pracy jest odsetek samozatrudnionych w ogólnej liczbie zatrudnionych. W tej dziedzinie także jesteśmy w ścisłej czołówce, w towarzystwie, które chluby nam nie przynosi. Wokół nas znowu są same kraje z grupy PIGS, a więc te przeżywające obecnie największe problemy w UE. Liderem samozatrudnienia w UE jest Grecja – tam aż 36,8 proc. zatrudnionych pracuje na samozatrudnieniu. Kolejne Włochy to odsetek 25,1 proc. Na trzecim miejscu jesteśmy już my, z wynikiem 22,4 proc., a za nami jest Portugalia. W rozwiniętych, stabilnych gospodarczo krajach ten odsetek jest zwykle jednocyfrowy – nawet w USA, które przecież uchodzą za Mekkę przedsiębiorczości, wynosi on zaledwie 6,8 proc. Wskaźnik ten jest dużo niższy także w większości krajów naszego regionu – np. na Węgrzech wynosi 11,7 proc. Oczywiście zaraz ktoś może zakrzyknąć, że przecież samozatrudnieni to żaden prekariat, lecz prężni przedsiębiorcy biorący sprawy w swoje ręce. Wolne żarty – przymusowe wysyłanie pracowników na samozatrudnienie to jeden z bardziej popularnych sposobów prekaryzowania tylnymi drzwiami, a więc pozbawiania pracowników elementarnych praw w postaci chociażby płatnego urlopu czy przerzucania na nich ryzyka do tej pory ponoszonego przez pracodawcę. A także obciążania ich całą masą dodatkowych obowiązków, takich jak samodzielne rozliczanie się z fiskusem czy z ZUS-em.

Najlepszym dowodem na to, że przeciętny polski samozatrudniony to nie żaden przedsiębiorca, lecz zwyczajny prekariusz, jest raport Global Enterpreneurship Monitor 2013, badający przedsiębiorczość w poszczególnych krajach na świecie. Jego wyniki wykazują, że pod względem odsetka przedsiębiorców, którzy zostali zmuszeni do założenia firmy (sytuacją na rynku pracy lub wprost szantażem pracodawcy), Polska znów znajduje się na podium, z wynikiem 47 proc. Inaczej mówiąc, prawie połowa polskich „przedsiębiorców” wcale nie chciała być przedsiębiorcami. I na dobrą sprawę duża część nadal nimi nie jest – trudno uznać za przedsiębiorcę chociażby pielęgniarkę kontraktową, która cały czas pracy spędza w jednym szpitalu. Najciekawsze jednak jest otoczenie, w jakim znaleźliśmy się wśród liderów przymuszania do samozatrudnienia. Przedstawię pierwszą szóstkę, by każdy mógł się napawać tym widokiem: Macedonia (61 proc.), Bośnia (59 proc.), Polska (47 proc.), Filipiny (44 proc.), Malawi (44 proc.), Jamajka (41 proc.). Jak widać pod pewnymi względami jesteśmy już pełnoprawną częścią trzeciego świata.

Prekaryzacja społeczeństwa wiąże się, jak wspomniałem, z pozbawieniem go elementarnego zabezpieczenia socjalnego. Trudno nazwać prekariuszem Duńczyka, który co prawda umowę o pracę ma dość elastyczną, ale zabezpieczenie na wypadek bezrobocia ma na poziomie niewyobrażalnym dla Polaka. A gdy już straci pracę, to odpowiednie instytucje publiczne wręcz rzucą się, aby możliwie szybko znaleźć mu dobrą pracę. Tymczasem w Polsce Urzędy Pracy służą niemal wyłącznie do rejestracji bezrobotnych. Podobnie żałośnie wygląda sam poziom zabezpieczenia społecznego – aż ok. 85 proc. bezrobotnych w Polsce nie ma prawa do zasiłku. I jest to właśnie konsekwencja m.in. stopnia sprekaryzowania polskiej siły roboczej. Żeby dostać zasiłek, trzeba bowiem przepracować w ciągu 18 miesięcy przynajmniej 365 dni, opłacając składki od co najmniej równowartości pensji minimalnej. W takiej sytuacji prekariusze, których zatrudnienie z reguły nie jest na tyle stabilne (a nawet jeśli, to zwykle opłacają niewystarczające składki, np. od swojej najniższej umowy zlecenie), mogą jedynie pomarzyć o zasiłku. Jeśli nawet jakimś cudem nasz prekariusz wywalczy zasiłek, to jego wysokość jest śmiesznie niska. Przeciętny Polak tracąc zatrudnienie, momentalnie traci więc grunt pod nogami. Według wspominanego raportu OECD Employment Outlook 2014, przeciętny zasiłek wynosi w Polsce… 19 proc. ostatniej pensji. Nietrudno się domyślić, że jesteśmy na szarym końcu wśród państw tej organizacji. W Czechach zasiłek wynosi 32,5 proc. ostatniej pensji, a na Węgrzech 33,7 proc. Nie wspominając już o Finlandii (79 proc.) czy Niemczech (62,7 proc.).

Ale cóż właściwie z tego, że tak się daliśmy sprekaryzować – mógłby ktoś zapytać. Co złego w poddaniu się reżimowi elastyczności? Otóż bardzo wiele. Reżim elastyczności i tymczasowości niesie ze sobą mnóstwo negatywnych skutków zarówno społecznych, jak i, wbrew pozorom, także ekonomicznych. Ludzie pozbawieni elementarnej stabilności nie są w stanie planować życia, odkładają na święty nigdy założenie rodziny, a także zaniedbują działalność obywatelską – nie mają na nią po prostu siły psychicznej, ochoty ani czasu, który w związku z niestabilnym zatrudnieniem jest poszatkowany i trudno mieć nad nim kontrolę. Na prekaryzacji cierpią więc zarówno demografia, jak i demokracja. Prekariusze nie są też w stanie planować rozwoju zawodowego, gdyż nigdy nie wiedzą, jakie umiejętności będą im potrzebne np. za rok. W oczywisty sposób traci na tym tzw. krajowy kapitał ludzki. Poszerzanie kompetencji jest w takiej sytuacji obarczone sporym ryzykiem – może się okazać tylko stratą czasu, który lepiej wykorzystać na poszukiwanie nowych zleceń lub branie dodatkowych ponad normę, na wypadek przestoju w przyszłości. Żyjący w stałym napięciu, prekariusze tracą także ochotę na obcowanie z kulturą wysoką czy rozwijanie bliskich relacji z przyjaciółmi. To zaś prowadzić może do spadku kapitału kulturowego czy wręcz do społecznej anomii. Niektóre z tych zagrożeń jeszcze przed nami (w końcu jesteśmy prekaryzowani dopiero kilkanaście lat), ale wiele z ich symptomów możemy dostrzec już dzisiaj. Problemy demograficzne czy brak zaufania społecznego, to diagnozy stawiane w debacie publicznej tak często, że nawet nie ma sensu ich powtarzać. Warto jednak pamiętać, że są one wynikiem m.in. panującego w naszym kraju reżimu elastyczności. Elementem tego samego obrazka jest inny fakt, który całkiem niedawno wyszedł na światło dzienne: aż 60 proc. Polaków w wieku 18-34 lat mieszka z rodzicami. Unijna średnia wynosi 48 proc.

Równie długo można wymieniać negatywne skutki prekaryzacji w sferze gospodarczej. W społeczeństwie prekariuszy spadają wydajność i jakość pracy, a przecież paradoksalnie właśnie zwiększeniem efektywności motywowane jest uelastycznianie zatrudnienia. Pracownicy nie mają motywacji, by poszerzać swoje kompetencje w danym miejscu zatrudnienia, skoro za 2 miesiące mogą być już gdzie indziej. Do tego pracownik żyjący w ciągłym napięciu i niepewności pracuje mniej wydajnie. A że polscy pracownicy żyją w napięciu, to wiemy choćby z nieocenionego OECD Employment Outlook – pod względem odczuwania stresu w pracy Polska znów jest w niechlubnej czołówce. Aż 53 proc. polskich pracowników stresuje się w pracy. Przed nami są jedynie Grecja (58 proc.) i Turcja (67,5 proc.). W europejskich krajach o najwyższej wydajności ten odsetek drastycznie spada – w Finlandii wynosi 22,1 proc., w Norwegii 18,2 proc., a w Szwecji zaledwie 14,7 proc.

Elastyczne zatrudnienie może być też przeszkodą dla rozwinięcia się w kraju bardziej skomplikowanej działalności gospodarczej, nastawionej chociażby na produkcję wysokiej techniki czy innowacje. Do tego celu niezbędne jest nie tylko planowanie w dłuższym terminie, ale też wieloletnie budowanie zespołu zdolnego do podejmowania wymagających wyzwań. Tymczasem reżim elastyczności skłania raczej do zarabiania na ograniczaniu liczby ludzi na zmianie, niż do poszukiwania nowych produktów. Nasza skrajnie nieinnowacyjna gospodarka jest tego doskonałym przykładem. Pod względem liczby patentów europejskich udzielonych przez EPO, wynik naszego kraju jest bez mała zawstydzający. W roku 2013 Polska była autorem… 95 patentów. W rankingu państw jesteśmy między Barbadosem (100) a Wyspami Dziewiczymi (84). Na tle takich państw jak Niemcy (13425 patentów), Francja (4910) czy Włochy (2353) wynik Polski wygląda jak pomyłka drukarska.

Elastyczność zatrudnienia nie leży w interesie ani społeczeństwa, ani gospodarki, a już na pewno nie samych zatrudnionych. Oczywiście wciąż będziemy jednak poddawani „proelastycznej” propagandzie, która będzie nam próbowała wmawiać, że to wszystko dla naszego dobra, że dzięki temu staniemy się nowocześni i dorośniemy do wymagań współczesnej gospodarki, a kariera zawodowa dzięki umowie zlecenie stanie przed nami otworem. To nieprawda. Zamiast rozwoju osobistego dostaniemy degradację psychiczną i kulturową, a zamiast kariery kolejne kilka lub kilkanaście lat na śmieciówie. Wiedząc to wszystko, wystrzegajmy się umów śmieciowych jak ognia. Jeśli tylko mamy jeszcze możliwość trochę dłuższego poszukiwania pracy, to nie podpisujmy umowy cywilnoprawnej, a jeśli już sytuacja nas do tego zmusi, to jak najszybciej z niej uciekajmy. Nie dajmy sobie wmówić, że lepsza praca na umowie cywilnoprawnej niż żadna. Nie dajmy się sprekaryzować.

Własną drogą

Według czeskiego ekonomisty Tomáša Sedláčka ekonomia to przede wszystkim opowiadanie historii. Nie ulega wątpliwości, że dzieje każdego sukcesu i porażki gospodarczej to specyficzna i unikatowa historia. Utkana jednak nie z niezmiennych i niepodważalnych zasad ekonomii, lecz z realnych działań podejmowanych przez decydentów. Na gospodarczych losach narodów piętno odciskają nie mityczna niewidzialna ręka rynku czy homo oeconomicus, lecz decyzje i kroki podjęte przez żywych ludzi osadzonych w konkretnych warunkach. A prawdziwie wielkie dokonania gospodarcze osiągały te kraje, których decydenci nie bali się podejmować nieszablonowych i ryzykownych decyzji.

Liberalni ekonomiści próbują nam wmówić, że wszystko w ekonomii już zostało odkryte i teraz należy jedynie deregulować, liberalizować i czekać na efekty. Szwedzi, Finowie, Tajwańczycy i Koreańczycy z Południa udowodnili, że na szczęście (dla człowieka i dla samej historii) los społeczeństw wciąż spoczywa przede wszystkim w rękach i głowach ludzi, a nie w tym, jak pokornie i wytrwale będą zginać karki przed nieubłaganymi prawami rynku. Sukces gospodarczy jest możliwy pod każdą szerokością geograficzną i w każdym kręgu cywilizacyjnym. Wystarczy odważyć się zbudować własną historię, bez oglądania się na mądrości zastępów ekonomistów, którzy wszystko już wiedzą, bo naczytali się odpowiednich podręczników. Wystarczy pójść własną drogą.

Socjalizm według Myrdalów

Historia szwedzkiego państwa dobrobytu związana jest ściśle z dziejami powstałej w 1889 r. Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej (SAP). Od roku 1932, czyli od jej czwartego wyborczego zwycięstwa, rozpoczął się około 70-letni okres dominacji socjaldemokratów na scenie politycznej. Wtedy też rozpoczęło się na dobre budowanie zrębów bogactwa szwedzkiego społeczeństwa. W zasadzie od początku istnienia SAP kierowała się reformistycznym, a nie rewolucyjnym sposobem działania, dosyć szybko obierając sobie za cel model tzw. gospodarki mieszanej, w której sektor państwowy współgra z prywatnym. Bliscy SAP byli ekonomiści ze „szkoły sztokholmskiej”, tacy jak Erik Lindahl, Alf Johansson czy Alva i Gunnar Myrdalowie – niektórzy z nich, jak Gunnar Myrdal, zostali zresztą ministrami w socjaldemokratycznych rządach. Znani byli z bezczelnego podważania ówczesnych ekonomicznych dogmatów, które zresztą trzymają się mocno do dziś. Przykładowo w 1934 r. (a więc podczas Wielkiego Kryzysu) Johansson zamachnął się na dogmat o wpływie wysokich płac na wzrost bezrobocia, a dwa lata wcześniej Lindahl postulował aktywną politykę antycykliczną oraz walkę z recesją za pomocą inwestycji publicznych. W 1931 r. późniejszy minister finansów Ernst Wigfors przypuścił atak na przekonanie, jakoby przyczyną recesji były zbyt wysokie płace, postulując postrzeganie płac nie jako koszt produkcji, lecz jako jeden ze składników globalnego popytu. Ze wszystkich tych tez rządy SAP skorzystały w praktyce.

W 1932 r. pod hasłem „folkhemmet”, oznaczającym „dom ludu”, Alvin Hansson poprowadził SAP do wyborczego zwycięstwa i sam został premierem. Zgodnie z wyborczymi zapowiedziami przystąpił do budowy owej ludowej chałupy. W tym samym roku SAP zawarła porozumienie ze swym „etatowym” koalicjantem – partią agrarną – który zgodził się poprzeć rządowy plan robót publicznych w zamian za podwyższenie cen produktów rolnych. W 1938 r. miało miejsce wydarzenie, którego wagi dla szwedzkiego porządku nie sposób przecenić – w Saltsjöbaden zawarto Porozumienie Podstawowe, z udziałem największego związku zawodowego Landsorganisationen i Sverige (LO) i najsilniejszego związku pracodawców Svenska Arbetsgivareföreningen (SAF). Na mocy paktu powstała Rada Rynku Pracy, ustalono zasady negocjacji płacowych, zwolnień pracowników oraz rozwiązywania sporów, co na lata ukształtowało formułę relacji między pracownikami a przedsiębiorcami.

Bardzo ważny był ustanowiony przez to porozumienie system negocjacji płacowych, oparty o zasadę płac solidarystycznych – równa płaca za tę samą pracę, niezależnie od zakładu. W zasadzie uniemożliwiło to przedsiębiorstwom konkurowanie niskimi kosztami pracy, wymuszając stawianie nacisku na jakość, lepszą organizację produkcji itp. Negocjacje płacowe miały charakter dualistyczny – na szczeblu centralnym określano minimalny krajowy wzrost płac, a na szczeblu lokalnym dodatkowy, obowiązujący tylko w danym regionie. Ten system funkcjonował bez większych zmian aż do lat 70., gdy związki pracowników administracji wypowiedziały LO zgodę na ich reprezentowanie. Kolejni od stołu odeszli przedsiębiorcy branży metalowej, aż w końcu w 1992 r. z negocjacji centralnych wycofało się samo SAF, co było gwoździem do trumny systemu w dotychczasowej formie. Nie znaczy to jednak, że negocjacje płacowe przestały istnieć – po prostu przeniosły się na szczebel branżowy, w dalszym ciągu zapewniając godny wzrost zarobków (o 2 proc. w latach 1994–95, zaś w roku 1996 aż o 6 proc., czyli wyraźnie ponad ówczesny 2-procentowy wzrost produktywności). Obecnie zbiorowymi układami pracy objętych jest w Szwecji ok. 90 proc. pracowników.

Jednak dbałość o godziwe zarobki oraz dochodowy egalitaryzm to nie wszystko, co Szwedzi mają w zanadrzu, jeśli chodzi o rynek pracy. Ich znakiem rozpoznawczym jest tzw. aktywna polityka rynku pracy (ALMP), która funkcjonuje w Szwecji od lat 50., choć jej zręby powstawały dużo wcześniej. Już w 1914 r. utworzono Państwową Komisję Bezrobocia, która miała za zadanie koordynowanie prac lokalnych komitetów ds. bezrobocia i pomocy społecznej. Instytucje rynku pracy są w Szwecji ukierunkowane na możliwie szybki powrót bezrobotnego do aktywności zawodowej, a od lat 90. ewoluują w kierunku egzekwowania konkretnych obowiązków od swych klientów, co jest warunkiem otrzymywania zasiłków (które nie przysługują zresztą wiecznie). W 2001 r. publiczne biura pracy wprowadziły indywidualne plany działania dla każdego bezrobotnego. Postawiono też na rozwój kompetencji wśród bezrobotnych poprzez organizację kursów oraz szkoleń zawodowych w zakładach pracy.

Polityka prozatrudnieniowa ma zresztą w Szwecji charakter kompleksowy i nie ogranicza się jedynie do działań na rynku pracy, lecz obejmuje również odpowiednie kształtowanie innych polityk – edukacyjnej, rodzinnej, społecznej itd. Najlepszym tego przykładem jest polityka rodzinna, dzięki której bardzo wyraźnie wzrosła aktywność zawodowa kobiet. Impuls do jej rozwoju dała słynna książka Alvy i Gunnara Myrdalów „Kryzys w kwestii ludnościowej”, napisana w 1934 r. w reakcji na bardzo niską dzietność. Co ciekawe, jej współczynnik wynosił wtedy w Szwecji 1,7 – gdybyśmy obecnie mieli taki w Polsce, bylibyśmy szczęśliwi. Większość ze sformułowanych tam postulatów znalazła odzwierciedlenie w ustawach przyjętych w 1937 r., które zapoczątkowały rozwój polityki prorodzinnej. Pierwszy urlop macierzyński (3-miesięczny) wprowadzono w roku 1955, a 6-miesięczny w 1962 r. Obecnie (od 2002 r.) cała dostępna dla rodziców pula wynosi 16 miesięcy, w tym 2 miesiące urlopu „tacierzyńskiego”.

Oprócz tego funkcjonuje bardzo dobrze rozwinięta sieć instytucji opiekuńczych dla dzieci. W 1995 r. ustawowo zagwarantowano dostępność miejsc w placówkach przedszkolnych dla każdego dziecka, a w 2002 r. ustalono maksymalna opłatę za przedszkole na poziomie 3 proc. wysokości zarobków (w ten sposób pokrywa się ok. 10 proc. kosztów opieki przedszkolnej, reszta finansowana jest ze środków gminnych). Wszystkie te ruchy sprawiły, że obecny wskaźnik zatrudnienia kobiet w Szwecji jest wyjątkowo wysoki i wynosi ok. 80 proc. Warto dodać, że poziom ten osiągnięto już w roku 1981, choć jeszcze w roku 1960 wynosił zaledwie 30 proc. Te działania spowodowały też, że obecne bezrobocie wśród kobiet (7,7% w 2012 r.) jest niższe niż wśród mężczyzn (8,2%).

O szwedzkim modelu państwa opiekuńczego można by pisać długo. Jest on wyjątkowo rozbudowany i obejmuje nie tylko standardowe obszary, takie jak ubezpieczenia społeczne (wsparcie dla bezrobotnych, emerytury) czy usługi publiczne (edukacja, opieka medyczna), lecz także te mniej typowe, jak dokształcanie lub zmiana kwalifikacji pracownika, pomoc w łączeniu obowiązków domowych z pracą itp. Charakterystyczną cechą modelu szwedzkiego jest przeniesienie jak największej części ryzyk socjalnych na wspólnotę czy też, inaczej mówiąc, maksymalne uspołecznienie ryzyka. W ten sposób każdy obywatel zabezpieczony jest przed zagrożeniami płynącymi z fluktuacji koniunktury gospodarczej i innych nieprzewidzianych zdarzeń.

Wbrew liberalnym wieszczom okazuje się, że tak zaprojektowany system nie doprowadził wcale do ubezwłasnowolnienia ani rozleniwienia społeczeństwa. Wręcz przeciwnie – aktywność zawodowa Szwedów jest jedną z najwyższych na świecie. Natomiast bezrobocie przez lata utrzymywało się na poziomach w zasadzie niespotykanych, może poza „azjatyckimi tygrysami” – dekadę lat 70. Szwecja zaczynała z 1,5-procentowym bezrobociem, a w następnych latach także wielokrotnie spadało ono poniżej dwóch procent. „Rozbuchane welfare state” nie doprowadziło też do bankructwa państwa – szwedzkie finanse publiczne żyją i mają się dobrze. Osiągnięto to m.in. dzięki wysokim obciążeniom fiskalnym – poziom dochodów szwedzkiego sektora publicznego w latach 1971–2008 średniorocznie wynosił prawie 58% PKB. Owszem, po kryzysie, jaki dopadł Szwecję w latach 90., zmodyfikowano pewne elementy tamtejszego państwa opiekuńczego, np. nie jest już ono całkowicie uniwersalne i nie wszystkie świadczenia są w nim niezależne od dochodów; zmniejszono także wysokość niektórych z nich. Jednak podstawowe zasady od dziesiątków lat są w zasadzie niezmienne. Nie jest również prawdziwa teza, często powtarzana, że Szwedzi stworzyli zręby państwa opiekuńczego, gdy już „dorobili się”. Gdy Alvin Hansson dochodził do władzy w latach 30. i budowa państwa socjalnego ruszała z kopyta, towarzyszyły temu zamieszki robotnicze, a sytuacja gospodarcza kraju była nie do pozazdroszczenia. Szwedzka polityka społeczna nie zaszkodziła także konkurencyjności (w rankingu konkurencyjności gospodarek światowych World Economic Forum za lata 2012–2013 Szwecja zajęła 4. miejsce) ani innowacyjności (w Global Innovation Index Szwecja jest na 2. miejscu). Aktywne państwo wcale nie musi też zatruwać życia obywateli – pod względem wskaźnika HDI, mierzącego szeroko pojęty rozwój społeczny i jakość życia, Szwecja zajmuje 10. miejsce na świecie.

Komputery w służbie społeczeństwa

Jeszcze w 1880 r. zaledwie 12 proc. Finów potrafiło pisać. Obecnie, według analizy Global Talent Strategy 2011, Finlandia posiada najlepiej wyedukowaną siłę roboczą świata. Jeszcze w latach 60. XX w. 70 proc. Finów kończyło naukę na 6-letniej podstawówce, a sieć uniwersytetów ograniczała się do dwóch miast. Obecnie 30 proc. z nich ma wyższe wykształcenie, a liczba uniwersytetów wzrosła do 20, rozsianych po 10 miastach. Jeszcze w roku 1960 aż 75 proc. wolumenu eksportowego Finlandii stanowiło drewno i produkty papierowe. Obecnie ok.  eksportu fińskiego to produkty sektora high-tech. Jak ten niewielki lud z północy dokonał tego wszystkiego? Historia fińskiego sukcesu stanowi dowód, że edukacja może przynosić spektakularne efekty.

Intensywna przebudowa fińskiego systemu szkolnictwa rozpoczęła się w roku 1972 od przełomowej ustawy wprowadzającej powszechną i obowiązkową 9-letnią edukację, podzieloną na 6 lat podstawówki i 3 lata gimnazjum. W tym okresie powstały też pierwsze strategie dotyczące dalszych zmian w oświacie i sposobów efektywnego sprzęgnięcia jej z gospodarką. W 1998 r. ustanowiono prawo każdego sześciolatka do nauki w klasie zerowej, z którego już cztery lata później skorzystało 96 proc. dzieci w tym wieku. Wszystkie te zmiany złożyły się na ukształtowanie obecnego systemu edukacji. Jego najważniejszą cechą jest powszechność, co oznacza, że nacisk położono (oprócz jakości, rzecz jasna) na maksymalną egalitarność procesu kształcenia i równy dostęp do dobrych szkół dla wszystkich obywateli. W związku z tym edukacja jest w Finlandii darmowa. Oznacza to nie tylko brak opłat za naukę (ich pobierania zabrania prawo), ale także darmowe podręczniki, przybory szkolne, obiady oraz transport. Uczniom miewającym problemy w nauce przysługują również darmowe zajęcia wyrównawcze. Oprócz powszechności ważna jest ustawiczność kształcenia. Fiński system nie stawia żadnych barier, jeśli chodzi o prawo do kontynuowania nauki, niezależnie od wieku i poziomu wykształcenia. Nic nie stoi zatem na przeszkodzie, aby uczyć się przez całe życie.

Jak wspomniałem, Finlandia posiada 20 publicznych i bezpłatnych uniwersytetów w 10 miastach. Właściwie wszystkie te uczelnie są zorientowane na technologię – nawet ok. 30 proc. studentów wybrało nauki ścisłe. Fińskie uniwersytety nie są jednak odizolowanymi od społeczeństwa bytami kultywującymi „autonomię nauki” i uczącymi dla samego uczenia. Nie są też zakładami, których głównym zadaniem jest zatrudnianie profesorów i doktorów. Nawet kształcenie kompetentnej kadry dla fińskich firm nie wyczerpuje palety funkcji, które spełniają fińskie uczelnie. W murach tamtejszych uniwersytetów wre bowiem praca badawcza, nakierowana na tworzenie nowych rozwiązań dla przedsiębiorstw – i to z zamierzeniem, aby je faktycznie wdrożyć, a nie jedynie schować do szuflady. W całym tym procesie fińskie uczelnie blisko współpracują nie tylko z rodzimymi przedsiębiorcami (w latach 1994–96 aż 53 proc. fińskich firm miało podpisane umowy o współpracy z uniwersytetami), ale też z całym systemem fińskich publicznych instytucji wspierających badania i rozwój.

Sieć fińskich placówek naukowych – najważniejsze z nich to Helsiński Uniwersytet Technologiczny i Uniwersytet Techniczny w Tampere – jest koordynowana przez powstałą w 1987 r. Radę Polityki Naukowej i Technologicznej, natomiast o ich należyte finansowanie dba Akademia Fińska. Radą formalnie kieruje premier, a więc jest odpowiednio umocowana politycznie. Posiada też niezbędną niezależność i jest to w zasadzie cecha wszystkich instytucji badawczych w Finlandii – z jednej strony są kontrolowane politycznie, ale z drugiej zadbano o niezależność podejmowanych przez nie decyzji. Rada skupia 8 kluczowych ministrów, 10 przedstawicieli uniwersytetów, a także reprezentantów przedsiębiorców, pracowników oraz Akademii Fińskiej. Jest to więc platforma dyskusji między wszystkimi zainteresowanymi stronami. Rada ma z władzą relacje nie tylko formalne, ale także praktyczne – jej zalecenia znajdują odzwierciedlenie w polityce rządu. Obrazu dopełnia nadzorowana przez resort edukacji Akademia Fińska, której głównym zadaniem jest finansowanie badań podstawowych. Środki, które rozdysponowuje, stanowią ok. 15 proc. wszystkich publicznych nakładów na badania i rozwój (B+R).

Jedną z pierwszych instytucji, które wpłynęły na innowacyjność fińskiej nauki i gospodarki, był Narodowy Fundusz Badań i Rozwoju (SITRA), powstały już w 1967 r. SITRA, podlegający bezpośrednio parlamentowi, wspiera finansowo przede wszystkim raczkujących przedsiębiorców podejmujących ryzykowne i nowatorskie projekty, a więc jest czymś na kształt funduszu venture capital – tyle że o publicznym charakterze. Największym z funduszy jest Narodowa Agencja Technologiczna (TEKES), która kontroluje 30 proc. środków na B+R. Wspiera ona badania prowadzone zarówno w placówkach publicznych, jak i w podmiotach prywatnych. W zasadzie z jej wsparcia korzystała na którymś etapie działalności każda odnosząca sukcesy fińska firma technologiczna, łącznie z Nokią. TEKES promuje działalność sieciową – większe wsparcie mogą uzyskać te projekty, które są przygotowywane w ramach współpracy wielu podmiotów. Podlega ona Ministerstwu Handlu i Przemysłu, jednak decyzje o alokacji środków podejmuje niezależnie od władz resortu. A trzeba powiedzieć, że środki, którymi dysponuje TEKES i reszta omawianych tu instytucji, są rzeczywiście niebagatelne. W 1982 r. rząd zadecydował o podniesieniu nakładów na badania i rozwój z 1,2 proc. PKB do 2,2 proc. w 1992 r., który to plan został zrealizowany. Kolejnym celem było osiągnięcie nakładów w wysokości 2,9 proc. PKB w 1999 r., co udało się osiągnąć już rok przed terminem. W 2010 r. fińskie środki na B+R wyniosły 3,87 proc. PKB, co stanowi wynik zupełnie bezkonkurencyjny w skali świata.

Według powszechnie panującego przekonania szybki rozwój technologiczny musi pociągać za sobą postępujące rozwarstwienie ekonomiczne. W takich warunkach najzdolniejszym jednostkom otwiera się wiele możliwości dużego zarobku, za to spada popyt na najniżej wykwalifikowanych pracowników, co negatywnie odbija się na ich sytuacji. Przypadek Finlandii zadaje kłam tej teorii. Mierzący rozwarstwienie ekonomiczne wskaźnik Giniego spada w tym kraju nieprzerwanie od lat 60., a więc dzieje się to równolegle z szybkim postępem technicznym. Obecnie Finlandia jest jednym z najmniej rozwarstwionych państw świata i gwałtowny rozwój w żaden sposób temu nie przeszkodził. Stan ten uzyskała ona za pomocą rozbudowanego państwa opiekuńczego, które zapewnia odpowiednią jakość powszechnych i darmowych usług publicznych, a przede wszystkim wysoki poziom zabezpieczenia społecznego. Taki stopień zabezpieczenia (chociażby od bezrobocia) umożliwia z kolei funkcjonowanie elastycznego rynku pracy, i to za akceptacją silnych w tym kraju związków zawodowych. Dzięki tej kombinacji czynników pracownicy nie boją się zwolnienia. Wiedzą bowiem, że w razie czego otrzymają należyte wsparcie – zarówno materialne, jak i w kierunku znalezienia nowego zatrudnienia. Pracodawcy, działający często w nowatorskich i w związku z tym niepewnych branżach, nie mają zaś obiekcji przed zatrudnianiem nowych pracowników, ponieważ wiedzą, że nie będą mieli problemów z ich zwolnieniem. Oczywiście ci sami pracodawcy godzą się na to, że w zamian za elastyczny rynek pracy partycypować muszą w utrzymaniu rozbudowanego systemu zabezpieczeń, innymi słowy – płacić wysokie podatki. A więc coś za coś – o regule tej niestety zapomina się w Polsce podczas dyskusji nt. rynku pracy.

Państwo opiekuńcze koegzystuje z kulturą innowacyjności w jeszcze jeden sposób. Mianowicie jest ono platformą wdrażania wielu innowacji. Z jednej strony dochodzi dzięki temu do jego usprawniania, a z drugiej – nowe pomysły mogą zostać znakomicie przetestowane przed ewentualną komercjalizacją. Przykładem może być np. wprowadzany przez Ministerstwo Zdrowia projekt Macro Pilot, umożliwiający zdalną opiekę nad chorym w jego własnym mieszkaniu, wyeliminowanie papieru z obiegu w opiece medycznej (elektroniczne recepty) czy możliwość internetowej łączności między lekarzami, co eliminuje konieczność chodzenia od specjalisty do specjalisty.

Dzięki tym i innym rozwiązaniom Finlandia przeżyła boom gospodarczy w latach 80., a także bardzo szybko wyszła z głębokiej recesji lat 1990–1993, spowodowanej głównie upadkiem ZSRR, z którym utrzymywała intensywne relacje handlowe, oraz deregulacją rynków, umożliwiającą ataki spekulacyjne na fińską walutę. O ile poziom PKB spadł wówczas o 14%, o tyle w latach 1995–2001 rozwijała się już z średnioroczną prędkością 3,3 proc., a druga połowa lat 90. była okresem rozkwitu jej gospodarki i sukcesów wielu fińskich przedsiębiorstw (oprócz Nokii były to m.in. Soner, Elis czy Elcoteq). Tempo wzrostu utrzymała w XXI wieku, a w latach 2000–2008 Finlandia była jednym z najszybciej rozwijających się wysoko rozwiniętych państw OECD (średni roczny wzrost 3,09%), co osiągała przy bardzo wysokich podatkach (dochody sektora finansów publicznych w tym okresie stanowiły przeciętnie 53% PKB). Obecnie jest jednym z najlepiej rozwiniętych państw na Ziemi. W rankingu najbardziej konkurencyjnych gospodarek świata w latach 2012–2013 według WEF zajęła 3. miejsce. A jeszcze kilkadziesiąt lat temu wydawało się to niemożliwe.

Ucieczka z piekła do raju

Resztki armii Czang Kaj-szeka, pierzchające w pośpiechu z kontynentalnych Chin przed zwycięskimi komunistami Mao Zedonga, pewnie nawet nie przypuszczały, że ich klęskę uda się jeszcze przekuć w jeden z największych sukcesów gospodarczych w historii. Gdy weterani Kuomintangu osiedlali się na małej wyspie Tajwan (dawnej japońskiej kolonii) i ogłaszali oderwanie tego terytorium od Chin, byli urzędnicy i generałowie stający na czele państwa marzyli zapewne jedynie o tym, aby utrzymać niezależność od maoistów. Gdyby ktoś im wówczas powiedział, że kilkadziesiąt lat później stworzony naprędce podmiot państwowy będzie stawiany za wzór błyskawicznego rozwoju innym krajom na całym świecie, najpewniej pukaliby się w czoło z niedowierzaniem. Historia potrafi jednak płatać figle. Przede wszystkim na ich korzyść zadziałała odwaga podejmowania nieszablonowych decyzji. A także lęk – przed masami zbuntowanych rodaków całkiem niedaleko przymierzających się do budowania ludowej utopii – który okazał się najlepszą motywacją do zbudowania silnego i efektywnego państwa.

Wartości głoszone przez Sun Jat-sena, głównego ideologa Kuomintangu, nie zostały przez jego następców na Tajwanie zapomniane, przeciwnie, twórczo zaadaptowano je do nowych realiów. Z trzech głównych jego zasad (patriotyzm, demokracja, dobrobyt społeczeństwa) pierwsza i trzecia były sumiennie wprowadzane w życie, a jeśli o drugiej nieco zapomniano, to wynikało to z ciągłego zagrożenia ze strony dawnych pobratymców. W nowej ojczyźnie uciekinierzy z Chin nie musieli budować wszystkiego od podstaw, gdyż na miejscu zastali dobrze zachowane struktury dawnej administracji japońskiej, co też skrzętnie wykorzystano. Pomni niedawnych błędów, które skończyły się spektakularnym obaleniem rządu Kuomintangu na kontynencie, niesieni ideami Sun Jat-sena, wsparci zastanymi na miejscu sprawnymi urzędnikami japońskich zaborców, a przede wszystkim w oparciu o konfucjańskie wartości (w których poczucie wspólnoty, odpowiedzialność i karna wręcz obowiązkowość to przymioty oczywiste) natychmiast zabrali się do roboty. Choć nie obyło się bez początkowych błędów.

Jednym z pierwszych działań decydentów świeżo upieczonego państwa była reforma rolna, podjęta jeszcze w latach 50. XX wieku, dzięki której zjednano sobie miejscowych chłopów. Wielkich posiadaczy ziemskich wywłaszczano stopniowo i z rozwagą. Najpierw nakazano obniżenie renty dzierżawczej, co odciążyło uprawiających ją rolników. Następnie sprzedano użytkownikom tę ziemię, w której posiadanie państwo weszło podczas przejmowania dawnej własności japońskiej. Na koniec przejęto ziemię należącą do latyfundystów, płacąc im w 70 proc. krajowymi obligacjami, a w 30 proc. udziałami raczkujących państwowych przedsiębiorstw. Mylnie sądzono, że byli feudałowie staną się w nowych warunkach sprawnymi kapitalistami – rentierzy przyzwyczajeni do łatwej eksploatacji rodzimej siły roboczej nie potrafili przemienić się w przedsiębiorców. Sama reforma zakończyła się jednak sukcesem. Zdobytą ziemię oddano rolnikom na warunkach 5-letniej spłaty ratalnej, wartość ziemi określając jako równowartość pochodzących z niej 2,5-rocznych plonów. Dzięki tym ruchom radykalnie zmniejszono dysproporcje majątkowe, które do dziś utrzymują się na niewielkim poziomie.

Kolejnym reformowanym segmentem gospodarki był przemysł. Lata 50. to okres szeroko stosowanej przez państwa rozwijające się substytucji importu, której celem był rozwój rynku wewnętrznego za pomocą własnych zasobów, z ograniczoną rolą handlu zagranicznego. Taką strategię przyjęto również na Tajwanie w latach 1958–1959. Substytucja importu nigdzie nie przyniosła dobrych rezultatów. Wynika to z faktu, że w państwach rozwijających się rynek wewnętrzny jest zawsze raczej ograniczony. W większości gałęzi gospodarki produkcja w takich warunkach nie może stać się opłacalna, ponieważ nie ma mowy o efekcie skali. Ponadto odcięcie od importu oznacza brak dostępu do zagranicznych osiągnięć technologicznych, co uniemożliwia z kolei wzrost produktywności.

W przeciwieństwie jednak do krajów Ameryki Łacińskiej, które na protekcjonistycznej strategii poległy, decydenci z Tajwanu szybko przeanalizowali sytuację i zmienili kierunek polityki gospodarczej na proeksportową (wprowadzając tzw. subsydiowanie eksportu). Wiązało się to przede wszystkim z wdrożeniem Programu Poprawy Kursu Waluty i Kontroli Handlu. Owa „poprawa kursu waluty” była po prostu ładnie nazwaną dewaluacją dolara tajwańskiego, czyli radykalnym obniżeniem jego zewnętrznej wartości, co błyskawicznie poprawiło warunki do eksportu, gdy rodzime produkty stały się dla zagranicznych kontrahentów dużo tańsze. To jednak nie wszystko. Potencjalnym eksporterom zaczęto aplikować bodźce podatkowe (ulgi), nie rezygnując jednocześnie z ochrony rynku wewnętrznego. Udało się dzięki temu utrzymać daleko idącą kontrolę importu: do 1972 r. aż 41 proc. importu podlegało kontroli państwowej, dzięki czemu sprowadzano towary pożądane z punktu widzenia rozwoju, a takich, które zagrażały rodzimej przedsiębiorczości – już nie. Państwo zajęło się też samym handlem. Przede wszystkim utworzono państwowe centrale handlowe, co umożliwiło eksport małym i średnim przedsiębiorcom, niezorientowanym w zasadach prowadzenia transakcji międzynarodowych i pozbawionym zagranicznych kontaktów.

Słynna tajwańska polityka przemysłowa to jednak nie tylko subsydiowanie eksportu. Co ciekawe, tworzyli ją inżynierowie i naukowcy, czyli osoby bez wykształcenia ekonomicznego. Przykład Tajwanu pokazuje, że nie jest ono potrzebne, aby osiągnąć sukces gospodarczy, a w dzisiejszych czasach, zdominowanych przez neoliberalizm, może nawet przeszkadzać. Specjalnością tajwańską stało się tzw. planowanie indykatywne. Różni się ono od centralnego planowania, ponieważ jest nie tyle sterowaniem gospodarką, ile wytyczaniem konkretnych celów makroekonomicznych (przykładowo osiągnięcia określonego poziomu eksportu, wzrostu PKB itd.) i dążeniem do nich za pomocą stosowania różnorakich bodźców politycznych. Spadkobiercy Kuomintangu szeroko stosowali przede wszystkim wspomniane zachęty podatkowe, ale nie tylko. Rozwijającym się firmom oferowano gwarancje kredytowe, dzięki czemu uspołeczniono ryzyko inwestycyjne. Stosowano, oględnie mówiąc, bardzo liberalne prawo patentowe, czyli wyjątkowo niewielką ochronę własności intelektualnej. Raczkującym gałęziom przemysłu zapewniano publiczne finansowanie działań badawczo-rozwojowych oraz inwestycje w niezbędną infrastrukturę (także ze środków publicznych).

Prywatyzowano powoli i rozważnie, długo utrzymując bardzo wyraźny udział sektora publicznego w gospodarce – w 1972 r. stanowił on 20 proc. Przed rozpoczęciem procesu prywatyzacji firmy przewidziane do przekształcenia (ok. 400) skonsolidowano w 22 dużych podmiotach, dzięki czemu uzyskano bardzo dobre warunki sprzedaży i uczyniono z nich w sposób naturalny motory sektora prywatnego. Zresztą rozległy sektor publiczny nie konkurował z sektorem prywatnym, wręcz przeciwnie, miał za zadanie tworzyć warunki dla jego ekspansji. Inną cechą charakterystyczną dla Tajwanu było oparcie rozwoju na sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, co jest raczej nietypowe wśród państw prowadzących aktywną politykę przemysłową. Jednak tamtejsze małe i średnie przedsiębiorstwa były bardzo wyraźnie wspierane przez państwo, głównie poprzez osłony kredytowe, publiczne finansowanie badań czy wspomniane już centrale handlowe. Długo również (aż do lat 80.) nie deregulowano na Tajwanie systemu finansowego i nie liberalizowano handlu, dzięki czemu kraj nie był podatny na wahania przepływu kapitału.

Powyższe działania przyniosły niespotykane rezultaty. Początkowo (od 1953 r.) tworzono 4-letnie plany. W 1965 r. zastąpiły je plany 10-letnie i roczne. Aż do lat 80. były one wykonywane z regularną nadwyżką. Osiągnięcia gospodarcze Tajwanu pozwalają określić jego rozwój jako najszybszy skok cywilizacyjny w historii. W zasadzie w 30 lat zamienił się on z biednego rolniczego kraju w uprzemysłowione i całkiem nowoczesne państwo. Co więcej, osiągnięto te cele nie przypłacając ich zbyt dużym rozwarstwieniem dochodowym obywateli. W latach 1950–1980 PKB na głowę mieszkańca średniorocznie rosło w błyskawicznym tempie 5,7 proc. W samych latach 80. średnioroczny wzrost gospodarczy wynosił 7,7% PKB. A trzeba pamiętać, że liczba mieszkańców Tajwanu wzrosła w tym okresie z 8 do 18 mln. Ten ponaddwukrotny przyrost ludności nie przeszkodził w… praktycznej likwidacji zjawiska bezrobocia. Dekadę lat 80. Tajwan zaczynał z bezrobociem na poziomie 1,2%, a kończył z 1,6%. Nawet w czasach kryzysu azjatyckiego czy podczas recesji roku 2001 nie osiągało ono nawet 6%. Ciekawie wypada również porównanie Tajwanu do sztandarowego państwa neoliberalnego, jakim jest Chile. O ile jeszcze w latach 60. południowoamerykański kraj miał PKB per capita dwukrotnie większy, o tyle już na przełomie XX XXI wieku relacja ta była odwrotna. Jak widać, szkoła chicagowska szkole tajwańskiej nie może nawet wiązać sznurówek.

Generał ośmiesza Bank Światowy

W latach 1950–1953 Półwysep Koreański stał się areną bratobójczej wojny, za pomocą której ówczesny światowy oligopol (ZSRR i USA) dokonywał podziału części wschodnioazjatyckich łupów. W wyniku tych burzliwych „negocjacji” nie udało się jednak ustalić, po której stronie powojennego konsensusu (zwanego dla zmyłki „zimną wojną”) powinna znaleźć się Korea. W związku z tym jej południe pozostało pod protektoratem amerykańskim. Niezwykłym uproszczeniem byłoby powiedzenie, że Korea była wówczas krajem biednym. Jej PKB na głowę mieszkańca było wtedy nawet parokrotnie niższe niż w wielu państwach afrykańskich. Lata 50. były okresem rządów przybyłego z emigracji w USA prezydenta Rhee. Jego głównym „osiągnięciem” było ujarzmienie lewicowej opozycji – z poprawianiem standardu życia obywateli szło mu jednak kiepsko. Przeprowadzono co prawda reformę rolną, bardzo podobną do tej z Tajwanu, jednak podobnie jak tam dawni feudałowie nie chcieli wykrzesać z siebie smykałki do interesów. Dokonano także szybkiej prywatyzacji i w 1960 r. pozostało już tylko 36 państwowych firm. Liberalna polityka rozwojowa nie przyniosła większych efektów i to pomimo wsparcia gospodarczego ze strony amerykańskich protektorów, które sięgało 15 proc. PKB. Zasadniczo sprawy w kraju szły w niedobrym kierunku i w 1961 r. generał Park Chung-hee wraz z grupą oficerów postanowili wziąć je w swoje ręce. I trzeba powiedzieć, że ta junta wojskowa spadła Koreańczykom z nieba.

Gdy tajwańscy decydenci kierowali się ideami Sun Jat-sena, świeżo upieczony prezydent Park za wzór obrał sobie japońskie reformy Meiji, oparte na mocno akcentowanym patriotyzmie oraz dążeniu do dobrobytu społecznego, budowie silnej armii i sprawnej biurokracji. Swoje rządy oprzeć chciał na współpracy patriotycznie nastawionej elity urzędniczo-biznesowej, co miało doprowadzić do szybkiego uprzemysłowienia kraju dotychczas rolniczego. Właśnie rozwój produkcji przemysłowej (szczególnie stalowej, a następnie chemicznej) był dla nowej koreańskiej władzy priorytetem, jawiąc się jako niezbędny warunek bezpieczeństwa i siły narodu. A skoro władzę przejęli czynni oficerowie, początek operacji cechował iście wojskowy dryl, pozbawiony formalności, analiz i rad ekonomicznych ekspertów.

Doktrynę ekonomiczną Parka można określić jako ultrainterwencjonizm. W głównych punktach strategia ekonomiczna Koreańczyków zbieżna była z tym, co rozpoczęli trochę wcześniej uchodźcy z Chin na Tajwanie. Podobnie jak rządy Kuomintangu, ekipa Parka zdecydowała się na odejście od substytucji importu na rzecz subsydiowania eksportu. Z tą różnicą, że zamiast ulg podatkowych oferowali oni swym przedsiębiorcom przede wszystkim bardzo opłacalne kredyty ze zdominowanego przez państwowe podmioty sektora bankowego (co nie znaczy, że z zachęt podatkowych zupełnie zrezygnowano). Wdrażano z sukcesami planowanie indykatywne, przy współpracy z samymi przedsiębiorcami, a także aktywnie pomagano krajowym przedsiębiorcom w eksporcie, np. utworzono Koreańską Korporację Promocji Handlu, a korpus dyplomatyczny zaangażowany był w poszukiwanie kontrahentów. Podobnie jak na Tajwanie, dogodne warunki dla eksportu uzyskano dzięki dewaluacji waluty. Prezydent Park organizował Miesięczne Spotkania Promocji Eksportu, a w 1964 r. ustanowiono coroczny Dzień Eksportu, podczas którego nagradzano medalami najlepszych eksporterów.

Odbudowano sektor publiczny, ograniczony po prywatyzacjach z czasów rządu Rhee – wyłączając rolnictwo, osiągnął on poziom 13 proc. PKB, a w sektorze finansowym stanowił aż 87 proc., dzięki czemu możliwa była bardzo aktywna polityka kredytowa. Władza utrzymywała bliskie relacje z przedsiębiorstwami. Dominowały wśród nich, inaczej niż na Tajwanie, wielkie, tzw. czebole. Były to ogromne podmioty, które pomimo prywatnego (a często w zasadzie rodzinnego) charakteru zaprzęgnięte były do realizacji politycznych i publicznych celów. Za ich realizowanie mogły się spodziewać odpowiednich profitów i wsparcia (w postaci chociażby udzielanych przez rząd gwarancji finansowych, za pomocą których uspołeczniono ryzyko inwestycyjne). Całą sferę ekonomiczną Korei Południowej podporządkowano celom politycznym, co przejawiało się w czasem wręcz brutalnej ingerencji państwa w gospodarkę.

Bardzo szybko stało się jasne, jak będzie wyglądać sposób zarządzania gospodarką przez nowe koreańskie władze. Już w 1961 r. (a więc zaraz po przewrocie) uchwalono prawo o nielegalnym gromadzeniu bogactwa, na mocy którego aresztowano część przedsiębiorców, a następnie wypuszczono ich pod warunkiem, że na wolności założą nowe firmy i oddadzą państwu udziały w nich. Następnie Park i spółka złagodzili nieco swoją politykę, stawiając raczej na kooperację i metodę marchewki, jednak kij wciąż czasem wchodził w grę – głównie pod postacią groźby utraty profitów lub, w ostateczności, zapraszania zbyt krnąbrnych przedsiębiorców na pogawędkę ze służbą bezpieczeństwa. Przede wszystkim jednak całe publiczne oraz prywatne zasoby mobilizowano do osiągania politycznie wyznaczonych celów (co czyniono wyjątkowo skutecznie), nawet jeśli mogły się one komuś wydawać zupełnie idiotyczne.

Sztandarowym przykładem był pomysł stworzenia krajowego przemysłu stalowego, na którym od samego początku Park chciał oprzeć gospodarkę. Wydawało się, że jest to projekt zupełnie nierealny. Po pierwsze, gospodarka koreańska była kompletnie nieprzygotowana na tak skomplikowaną produkcję (wcześniej eksportowała głównie ryby, surowce, odzież i… peruki). Po drugie, nie posiadała niezbędnych surowców, a ich najbliższe źródła znajdowały się w Australii i Kanadzie, czyli w odległości wielu tysięcy kilometrów. Wszyscy zagraniczni eksperci ekonomiczni pukali się w czoło, a Bank Światowy oficjalnie odradził potencjalnym inwestorom zaangażowanie się w projekt. Rząd Korei miał poważne problemy ze znalezieniem inwestora i nie pomagało w tym nawet oferowanie wszelkich możliwych subsydiów (rozbudowa infrastruktury, ulgi podatkowe, przyspieszona amortyzacja itd.). Koreańscy decydenci nawet nie brali pod uwagę rezygnacji z planu wyśmiewanego przez wszystkich. Wobec braku zewnętrznego finansowania wykorzystali środki pochodzące z reparacji japońskich za okres rządów kolonialnych i założyli państwowe przedsiębiorstwo POSCO, które miało zarządzać przyszłą hutą. Na dodatek na jego czele stanął niemający prawie żadnego doświadczenia biznesowego generał armii Park Tea-joon. Wszystko wskazywało na to, że projekt zakończy się wielką klapą. Jednak ku zdumieniu wszystkich (oprócz Koreańczyków, rzecz jasna) katastrofa wcale nie nadeszła. Produkcja ruszyła z kopyta w 1973 r., a już w latach 80. POSCO było uważane za jednego z najefektywniejszych producentów niskogatunkowej stali na świecie. Obecnie należy do grupy kilku największych światowych producentów tego surowca.

Przykład POSCO wcale nie był wyjątkiem. Lata 60. to m.in. początki rodzinnego czebola Lucky-Goldstar, który zamierzał wejść w przemysł tekstylny, ale… dostał od rządu polecenie rozpoczęcia produkcji przewodów. Jak miało okazać się później, ruch ten stał się podstawą powstania wielkiego elektronicznego koncernu, jakim jest dziś LG. Dekadę później założyciel Hyundaia Chung Ju-yung kręcił nosem na „propozycję” od rządu, aby otworzył stocznię. Widząc niewystarczający entuzjazm ze strony przedsiębiorcy, prezydent Park osobiście zagroził Chungowi bankructwem. Chcąc nie chcąc Hyundai wszedł w branżę stoczniową. Obecnie jest jednym z największych producentów statków na świecie.

W latach 1961–1979 koreańscy generałowie pod wodzą Parka Chung-hee zadziwili świat. I gdyby nie zabójstwo Parka w 1979 r., i idąca za nim wyraźna korekta jego polityki, pewnie zadziwialiby nadal. Idąc pod prąd wszelkim „niepodważalnym prawom” ekonomii, wojskowi z Korei udowodnili, że w rozwoju gospodarczym liczą się przede wszystkim pomysłowość, odwaga eksperymentowania (nie wszystkie decyzje junty były celne, choć ich bilans był zdecydowanie dodatni) oraz konsekwencja. Wyniki ekonomiczne z tego okresu Korea notowała rewelacyjne. Trzy pięcioletnie plany z lat 1962–1976 wykonano z ogromną nadwyżką. Średnioroczny wzrost PKB z lat 1967–1979 wynosił – bagatela – ponad 11 proc. (w latach 1962–1966 było to 8,2 proc.), a wzrost produkcji przemysłowej ponad 20 proc. Korea Południowa w niezwykle krótkim czasie stała się państwem uprzemysłowionym – w roku 1976 udział przemysłu w PKB wynosił 36 proc., choć jeszcze w latach 50. była ona jednym z najbiedniejszych państw świata, jeśli nie najbiedniejszym. Epoka prezydenta Parka stworzyła w Korei podwaliny pod trwały wzrost, który utrzymał się także w dekadach następujących po jego rządach – przykładowo w latach 80. rozwijała się ona przeciętnie w godnym pozazdroszczenia tempie 8,6% PKB. Dziś Korea Południowa to państwo wysoko rozwinięte i dysponujące niezwykle innowacyjną gospodarką – okres rządów generała Parka walnie się do tego przyczynił.

Konieczność własnej drogi

Z dziejów gospodarczych opisanych państw można wyciągnąć wiele wniosków. Szwedzi udowodnili, że państwo opiekuńcze może być fundamentem trwałego rozwoju społecznego, a nie społecznej apatii. Przypadek koreański z kolei obnaża nieprawdziwość słów byłego polskiego ministra Tadeusza Syryjczyka, według którego najlepsza polityka przemysłowa to brak polityki przemysłowej. Śledząc historię Koreańczyków, którzy podejmowali decyzje, wydawałoby się, najgłupsze z możliwych, dochodzimy do wniosku wręcz odwrotnego – każda polityka przemysłowa jest lepsza niż jej brak. Tajwańczycy i Koreańczycy udowodnili też, że sukces gospodarczy nie jest zarezerwowany tylko dla pewnych kręgów kulturowych czy cywilizacyjnych – jeszcze na początku XX wieku znawcy Dalekiego Wschodu uznawali koreański lud za jeden z najbardziej leniwych i zepsutych na świecie, a konfucjanizm wydawał się zupełnie nie do pogodzenia z kapitalizmem. Przede wszystkim jednak powyższe przykłady różnych dróg rozwojowych pokazują jedno: nie warto zostawiać kwestii rozwoju ekonomicznego tajemniczej „logice rynkowej”, gdyż dużo lepsze i szybsze efekty można uzyskać, świadomie zaprzęgając procesy gospodarcze do służby dobru wspólnemu.

Prawdziwy sukces ekonomiczny osiągają te wspólnoty, które zamiast dostosować się do otaczającej rzeczywistości, postanowiły tę rzeczywistość kształtować. Sukces czeka na te społeczności, które nie bacząc na uniwersalne rady ekspertów, wypracowały własne unikatowe mechanizmy rozwoju. Szwedzi, Finowie, Tajwańczycy oraz Koreańczycy odważyli się samodzielnie myśleć i wyszli na tym znakomicie. Teraz czas na Polaków.

Sektor biedy publicznej

Nie musieliśmy zaczynać od zera

Misterna konstrukcja propagandowa, przedstawiająca III RP jako niebywały sukces, chwieje się w posadach wraz z kolejnymi danymi napływającymi z przeróżnych stron, pokazującymi jak „sukces” ten wygląda naprawdę. Środowiska broniące kształtu przemian dzielnie znoszą wszystkie te ciosy, stosując różne rodzaje gard i uników, a czasem, gdy nadarza się okazja, same wyprowadzając uderzenie – oczywiście zawsze poniżej pasa. „Po stylu walki ich poznacie” wypadałoby powiedzieć. Nie inaczej było z raportem o stanie majątku obywateli różnych państw, zaserwowanym nam przez bank Credit Suisse. Upokarzające dla III RP dane, mówiące, że Polacy są wielokrotnie biedniejsi od obywateli wszystkich bez mała krajów zachodniej Europy (np. od wcale nie najbogatszych Włochów, bagatela, 10-krotnie), obrońcy transformacji sygnowanej podpisami Sachsa i Sorosa z właściwą sobie swadą zbyli argumentami mówiącymi, że my bogacimy się dopiero od 25 lat, a narody z Zachodu już od dawien dawna (oczywiście o mających podobną historię i niemal dwukrotnie bogatszych od nas Czechach się nie zająknęli). Nie należy przecież zapominać, że w czasach całkiem niedawno upadłego peerelowskiego ancien régime Polacy mieli zablokowaną drogę bogacenia się i ekonomicznego rozwoju. Inaczej mówiąc, wśród zwolenników leczenia gospodarki szokiem istnieje szeroki konsens, dający się sprowadzić do tezy, według której w czasach PRL w miejscu, w którym obecnie znajduje się Polska, zionęła czarna dziura lub co najwyżej leżało odłogiem ubite klepisko, na którym tylko cudem jakimś egzystowały miliony ludzi. Dopiero po 1989 r. ruszyła tu w miarę normalna działalność gospodarcza, więc nie ma co się dziwić, że statystyczny Polak jest biedny jak mysz kościelna. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak tylko wciąż zaciskając zęby i pas harować w pocie i znoju, gonić niezmordowanie narody Zachodu w wolnorynkowym wyścigu i mieszkając w wysłużonych kawalerkach cieszyć się z comiesięcznego wpływu „tysiąca pińcet”, z którego musi nam jeszcze wystarczyć na zakup najnowszego poradnika pt. „Trzeba się bić”, w którym szaman przemian Leszek B. powie nam, jak żyć.

Teza mówiąca, że w 1989 r. Polacy musieli de facto zaczynać od zera, nie tylko łatwo wpada w ucho – jest też szalenie wygodna, gdyż w polskich warunkach w zasadzie zabezpiecza przed jakąkolwiek krytyką przemian. Każdy, kto chciałby z tak postawioną tezą polemizować, musi przecież zacząć w pewien sposób bronić dorobku PRL, a na to raczej nikt nie ma specjalnej ochoty. Raz, że był to reżim delikatnie mówiąc mało przyjemny, a dwa, że łatwo wtedy narazić się na łatkę ignoranta wzdychającego z sentymentem za mitologizowanymi w niektórych wąskich kręgach czasami Gierka. Jako że mnie akurat przydzielane mi łatki średnio obchodzą (zależnie od środowiska, jestem określany faszystą i katolem lub socjalistą i lewakiem), a w zasadzie to nawet powoli zaczynają cieszyć (stając się hobby na kształt zbierania znaczków), ochoczo wejdę w buty adwokata diabła, by obejrzeć z bliska to wielkie zero, z którym rzekomo musieliśmy się zmierzyć przed 25 laty.

W sukurs przyjdą mi dane Angusa Maddisona, brytyjskiego eksperta od liczenia ujednoliconego PKB dla różnych krajów świata na przestrzeni wieków, w drobnym stopniu dopełnione szacunkami Aleksandra Pińskiego, przedstawionymi przez niego na Obserwatorze Finansowym. Obraz, który się z nich wyłania, dla niektórych może być dosyć zaskakujący. Okazuje się, że, patrząc z perspektywy PKB, PRL nie był wcale pasmem gospodarczych katastrof. Wręcz przeciwnie – na tle III RP wypada nie najgorzej. W 1947 r., a więc w momencie rozpoczęcia wdrażania pierwszego planu odbudowy kraju po wojnie (tzw. Plan Trzyletni), PKB na głowę mieszkańca wynosiło 1390 dolarów międzynarodowych (jednostka służąca do porównywania PKB w różnych krajach). 25 lat później PKB per capita wynosiło już 5010 dolarów. A więc wzrósł on ponad 3,5-krotnie. W 1989 r. wynosił on 5684 dolarów na głowę, a w 2014 roku 12062. Czyli przez 25 lat III RP także wyraźnie wzrósł, ale już jedynie ponad dwukrotnie. A więc produkt krajowy brutto w pierwszym ćwierćwieczu wspaniale transformowanej III RP rósł dużo wolniej niż w pierwszym ćwierćwieczu istnienia nad Wisłą czarnej dziury, z której tak bohatersko wyciągali nas Balcerowicz i spółka. Oczywiście rycerze transformacji zawsze mogą stwierdzić, że odbudowa ze zgliszcz wojennych musi przynieść na papierze spektakularne wyniki, więc nic dziwnego, że PRL notował lepszy wzrost. Ale na to można odpowiedzieć co najmniej dwoma argumentami. Po pierwsze, przecież według oficjalnej wykładni również po 1989 r. odbudowywaliśmy kraj ze zgliszcz (które definitywnie wymagały błyskawicznej terapii szokowej). A skoro tak, wyniki III RP powinny być równie znakomite. Po drugie, przytoczone dane pokazują PKB na głowę mieszkańca. A w okresie powojennym liczba mieszkańców Polski błyskawicznie rosła – w 1947 było ich około 24 mln, a w 1972 już ponad 33 – co spowodowało, że osiągnięcie wzrostu PKB per capita było tym trudniejsze. Tymczasem według GUS w okresie 1989-2013 liczba ludności nad Wisłą utrzymuje się na poziomie około 38 mln. A więc PKB dla całego kraju rósł w latach 1947-1972 nieporównywalnie szybciej niż w okresie 1989-2014. Słowem, z przytoczonych tu danych wynika, że w powojennym ćwierćwieczu musiał być wytwarzany całkiem znaczący majątek. Nawet jeśli nie miał on charakteru takiego jak dziś (czyli głównie konsumpcyjnego) i należał formalnie do wszystkich, a nie do poszczególnych właścicieli, to z zerem nie miał nic wspólnego.

Wielbiciele obecnego kształtu III RP zachwycają się faktem, że PKB per capita wynosi w Polsce obecnie już 68 proc. średniej UE. Z danych Maddisona wynika, że w czasach szczytu rozwoju PRL (1978 r.) PKB na głowę Polaka wynosiło prawie 50 proc. średniej dla zachodniej Europy. Jak widać wynik ten nie był znowu tak wiele gorszy niż teraz. A trzeba pamiętać, że obecna średnia UE nie jest tym samym, co średnia zachodniej Europy z lat 70., gdyż współczesną unijną przeciętną znacznie zaniża wiele krajów biedniejszych nawet od Polski, takich jak Bułgaria czy Rumunia. Bardziej porównywalne byłoby odniesienie do średniej dla strefy euro – wtedy polskie PKB per capita wynosi już tylko 63 proc., choć przecież do eurozony należą też kraje niespecjalnie zamożne, takie jak Łotwa czy Słowacja. W roku 1989 polskie PKB na głowę wynosiło 36 proc. średniej zachodniej Europy. To dużo mniej niż obecne 63 proc., ale od zera jest równie dalekie. A trzeba pamiętać, że ówczesne PKB stanowiło produkt rzeczywiście krajowy, gdyż środki produkcji były w zasadzie w całości w polskich rękach. Dawało to więc realne podstawy, by po rozsądnej restrukturyzacji gospodarki w duchu cywilizowanego kapitalizmu środki te stały się fundamentem, na którym można było zbudować majątek statystycznego Polaka, który mógłby sięgnąć nawet tej 1/3 przeciętnego majątku mieszkańca zachodniej Europy. Obecna struktura polskiego PKB, wytwarzanego w dużej mierze przez kapitał zagraniczny oraz charakteryzującego się jednym z najniższych w Europie udziałem płac, kończy się tym, że sięgnięcie naszego produktu krajowego brutto poziomu 68 proc. średniej UE pozwoliło przeciętnemu polskiemu gospodarstwu domowemu na nabycie majątku wartego zaledwie 10 proc. tego, co posiada statystyczne gospodarstwo domowe we Włoszech, a więc w kraju, który znajduje się prawie dokładnie na omawianej średniej (włoskie PKB to 98 proc. przeciętnej UE). Z tej perspektywy, sytuacja w 1989 r. wcale nie wygląda już tak dramatycznie źle, jak się nam mówi. Oczywiście PKB nie można odnosić w prostej linii do majątku, lecz do wytworzenia PKB bez wątpienia potrzebny jest majątek w postaci środków produkcji. A jego mieliśmy na tyle, by osiągnąć wartość ponad 1/3 średniej produkcji zachodniej Europy. Majątek ten mógł być podstawą do sprawiedliwego uwłaszczenia Polaków, bo przecież formalnie rzecz biorąc należał on w równej mierze do wszystkich. I gdyby tak się stało, wcale nie musielibyśmy zaczynać od zera. Mielibyśmy przyzwoitą wyprawkę – skromną bo skromną, ale zawsze.

Stało się jednak inaczej. Polskie środki produkcji zostały wyprzedane (nierzadko za bezcen) lub pozbyliśmy się ich w inny sposób (np. poprzez doprowadzanie do upadłości przedsiębiorstw – co zresztą też kończyło się zwykle wyprzedażą za bezcen). Zawsze można postawić wytartą już tezę, że widocznie były one zacofane i nawet jeśli w 1989 r. produkowały tyle, ile produkowały, to nie dawały żadnych szans na rozwój. Ale to jest nieprawda. Upadek przedsiębiorstw był spowodowany idiotyczną polityką ekonomiczną, która wystawiła przedsiębiorstwa przyzwyczajone do działania w zupełnie innym systemie na nagłą konkurencję w warunkach gospodarki rynkowej, czego nie mogły przetrwać, gdyż ich struktura (organizacja zatrudnienia, zasady pracy itd.) była dopasowana do reguł gospodarki socjalistycznej, w której de facto nie było konkurencji. Jednak niedopasowanie strukturalne nie oznacza od razu zacofania technologicznego. Wymaga jednak czasu na dostosowanie, którego polskim przedsiębiorstwom nie dano ani trochę, wprowadzając ruchy, które przypominały wystawienie niemowląt lwom na pożarcie i następnie dziwienie się, że nie podjęły one walki. A przecież gdy niemowlę po jakimś czasie dorasta, to przestaje być bezbronne. Niestety ojcom polskiego kapitalizmu doktryna „przemysłów raczkujących”, która stała się przed wiekami podstawą rozwoju kapitalizmu brytyjskiego i amerykańskiego, była zupełnie obca. Zamiast więc dbać troskliwie o swe raczkujące pociechy, Polacy postąpili jak wyrodni rodzice i otworzyli gospodarkę na zagraniczny kapitał w taki sposób, że niektórzy eksperci zaczęli nazywać Polskę „Hongkongiem Europy” (Hongkong jest jednym z najbardziej otwartych na wolny handel krajów na świecie). Zlikwidowano wszelkie pozwolenia na import oraz wprowadzono niski podatek importowy, co w połączeniu z nagłym odcięciem polskich firm od kapitału (zniesienie wszelkich dopłat z budżetu oraz preferencyjnych kredytów banku centralnego, znaczny wzrost oprocentowania kredytów, nawet tych wcześniej zaciągniętych) wystawiło je na rzeź. Zamiast przemyślanej transformacji mieliśmy więc skok na główkę do basenu, z którego wcześniej sami spuściliśmy wodę. A autorzy tej „strategii” uważani są dziś za ekspertów. Wołać o pomstę do nieba to mało.

Przez Polskę przetoczyła się więc fala upadku przedsiębiorstw. I to w niektórych przypadkach bardzo nowoczesnych. Warszawski zakład CEMI produkujący układy scalone, diody i tranzystory zatrudniał ok. 8 tys. pracowników i był największym tego typu zakładem w naszym rejonie Europy. Zbankrutował w wyniku nagłego zwiększenia wartości marży kredytu i dumpingowej konkurencji. Słynne Zakłady Radiowe im. Kasprzaka, produkujące wysokiej klasy magnetofony i zatrudniające 6 tys. pracowników, zbankrutowały z podobnych powodów, czym pociągnęły ze sobą na dno dwie współpracujące z nimi firmy: Muflex i Cemat. Upadła także kolejna fabryka magnetofonów, tym razem z Lubartowa – produkowała nowoczesne magnetofony odporne na wstrząsy, wykorzystywane np. przez wojsko. Kolejna słynna firma, czyli Zakłady Telewizyjne Elemis, również ucierpiała w wyniku wzrostu wartości kredytu, a także odcięcia od finansowania, pomimo perspektywy wielkiego kontraktu na 100 tys. odbiorników. Dobiła ją zagraniczna konkurencja ze strony Philipsa i Thompsona, którym… udzielono ulg podatkowych. Chyba właśnie po to, żeby dobić Elemis. Terapii szokowej nie wytrzymał także ZOPAN, produkujący unikalną aparaturę pomiarową. A także wiele innych firm, takich jak Telpod czy Fonica.

Kolejnym gwoździem do trumny polskiej przedsiębiorczości była szeroka prywatyzacja, oparta na dwóch błędnych założeniach. Pierwsze było takie, że przedsiębiorstwa prywatne zawsze działają bardziej efektywnie niż publiczne. Drugie było oparte na przeświadczeniu, że cały postpeerelowski majątek to, cytując klasyka, co najwyżej „kamieni kupa”. Z obu założeń zagraniczni inwestorzy korzystali ochoczo i z uśmiechem na ustach. Często nie robili tego nawet z myślą o dalszych inwestycjach, a raczej w celu likwidacji niepotrzebnej konkurencji. Sztandarowe przykłady takiego działania to poczynania Siemensa. Kupił on wielkie zakłady telefoniczne ZWUT, które wcześniej praktycznie zmonopolizowały produkcję i konserwację telefonów w Polsce i ZSRR, i zatrudniały ok. 4 tys. pracowników. Niemcy błyskawicznie wręczyli wszystkim wypowiedzenia, a następnie… zburzyli budynki zakładowe. Zapewne dla pewności, że już nic się w tym miejscu nie urodzi. Dokładnie tę samą strategię Siemens obrał w przypadku Zakładu Komputerowego Elwro z Wrocławia – tym razem łaskawie zostawiając jeden budynek, w którym pozostawił marginalną produkcję przewodów. Ciekawy jest również przypadek firmy Polam, produkującej lampy i inne urządzenia świetlne. Inwestor, który ją zakupił także uznał, że spora część budynków jest mu niepotrzebna, a na zgliszczach Polamu produkuje… kartony. Nie ostały się również Dzierżoniowskie Zakłady Radiowe, pomimo wcześniejszych sporych inwestycji w linie produkcyjne. Po prywatyzacji zakłady te odchudzono o… 90 proc. Własną strategię wybijania zębów polskiemu przemysłowi przyjął szwedzko-szwajcarski koncern Asea Brown Boveri Ltd. W kolejnych kupowanych przez siebie firmach elektronicznych zamieniał produkcję gotowych wyrobów na wytwarzanie elementów do nich. Tak postąpił w przypadku warszawskiego Megatexu, wrocławskiego Dolmetu oraz łódzkiej Elty.

Prawdziwe Eldorado zagraniczni inwestorzy mieli jednak dopiero wtedy, gdy za grosze nabywali nad Wisłą największe perły peerelowskiego przemysłu. Zakłady Papierowe w Kwidzynie były przedsiębiorstwem wyjątkowo nowoczesnym. Jeszcze pod koniec lat 70. za ok. 400 mln dolarów zakupiono sprzęt z Kanady, a za drugie tyle dozbrojono ziemię i rozbudowano infrastrukturę. Tymczasem Amerykanie z International Paper Group w roku 1990 kupili 80 proc. akcji za zaledwie 120 mln dolarów. Ale to jeszcze i tak nic, gdyż suma zwolnień podatkowych, jakie uzyskali w zamian za to, wyniosła w sumie… 142 mln dolarów. Inaczej mówiąc, dopłaciliśmy Amerykanom za to, że łaskawie wzięli od nas bardzo nowoczesną fabrykę. Dwa lata później prezes International Paper przechwalał się w amerykańskiej prasie, że takiej transakcji nie dałby rady zawrzeć pod żadną inną szerokością geograficzną na świecie. Największym skandalem prywatyzacyjnym była chyba sprzedaż Huty Warszawa. Choć była wyceniana nawet na 3 mld dolarów, 51 proc. jej akcji zostało sprzedanych za… niecałe 34 mln. Sam grunt do tej transakcji został wyceniony po cenie 38,5 tys. zł za metr kwadratowy, choć ceny rynkowe ziemi w Warszawie wahały się w tamtym okresie między 320 a 900 tys. zł za metr. Także inne polskie huty sprzedano za śmiesznie niskie kwoty. Spółka Polskie Huty Stali, skupiająca 4 wielkie huty, została zakupiona przez Mittal Steel Company za 1,43 mld zł, co stanowiło zaledwie 48 proc. zysku wypracowanego przez sprywatyzowaną grupę już w pierwszym roku po prywatyzacji. Na sprzedaży tej NIK nie zostawił suchej nitki, stwierdzając w protokole pokontrolnym, że jej wartość została zaniżona o 2 mld zł. Przybysze zza granicy robili także swe interesy życia w polskim sektorze finansowym. Wielkopolski Bank Kredytowy, obecny BZ WBK, został w dużej części sprzedany Europejskiemu Bankowi Odbudowy i Rozwoju, który po niedługim czasie sprzedał wszystkie swoje akcje irlandzkiemu AIB z… sześciokrotnym przebiciem. To i tak nic w porównaniu z losem Banku Śląskiego. Dużą jego część sprzedano holenderskiemu ING, wyceniając jedną akcję na 500 tys. zł, tymczasem już po pierwszym notowaniu giełdowym cena ta wzrosła… 13,5-krotnie. Po tym skandalu do dymisji podał się minister finansów Marek Borowski, a NIK przeprowadziła kontrolę, w wyniku której dopatrzyła się w transakcji znamion przestępstwa oraz wykazała zaniżenie kapitału banku przed prywatyzacją o ponad bilion starych złotych. Nie przeszkodziło to jednak Holendrom w zakupie kolejnych akcji, w związku z czym w 1996 r. bezboleśnie stali się większościowym udziałowcem jednej z najzdrowszych instytucji finansowych III RP.

Dane statystyczne, pokazujące skalę destrukcji polskiego przemysłu w wyniku zdziczałej transformacji, jeżą włos na głowie. Zatrudnienie w zakładach wysokiej techniki spadło o 50 proc., co objęło ok. 200 tys. pracowników. Produkcja aparatury informatycznej spadła o 26 proc., optycznej o 36,5 proc., maszyn i urządzeń energetycznych o 45 proc., a urządzeń elektronicznych aż o 66,5 proc. W porównaniu do 1989 r., w roku 1994 produkowaliśmy już tylko niecałe 7 proc. tranzystorów, 0,6 proc. układów scalonych, 12 proc. silników przemysłowych, 5 proc. kombajnów zbożowych, 20 proc. aparatury rozdzielczej i zabezpieczeniowej wysokiego i niskiego napięcia, 12 proc. odbiorników radiowych oraz 6 proc. żurawi i 25 proc. suwnic. Jak widać zaledwie 5 lat wystarczyło, żeby zupełnie znokautować polski przemysł.

Nie chciałbym być źle zrozumiany – nie zamierzam bronić PRL-u jako systemu polityczno-ekonomicznego. Uważam, iż bardzo dobrze się stało, że upadł. Jednak dyskredytowanie dokładnie wszystkiego, co z nim związane, jest na rękę głównie tym, którzy odpowiadają za kształt coraz bardziej skompromitowanej III RP, zapewniając im wygodne alibi, dzięki któremu mogą swobodnie opowiadać, że obecna bieda naszego społeczeństwa jest spowodowana przede wszystkim tym, że lata 1945-1989 zostały wyrwane z naszej gospodarczej historii. A tymczasem wcale nie zostały wyrwane. Prawdziwą wyrwę uczyniła dopiero zdziczała transformacja, w wyniku której cały ekonomiczny dorobek PRL (który, owszem, nie był zbyt duży, ale jednak jakiś był) rozszedł się nawet nie wiadomo do końca gdzie. Paradoksem jest, że antykomunizm prezentowany przez wiele środowisk wielce krytycznie nastawionych do III RP jest na rękę głównie… elitom III RP. Zastępy średnio rozgarniętych „prawaczków” licytują się na antykomunizm, nie zdając sobie sprawy, że leją miód na serca tych, którzy najpierw przepuścili nasz majątek, a teraz rżną głupa, że przecież żadnego majątku nie było, bo w 1989 r. zaczynaliśmy od zera, a PRL to była jedynie nic niewarta sterta ruin. Otóż nie była.

Wysokie podatki nie spowalniają wzrostu

Wysokie podatki nie spowalniają wzrostu

W debacie ekonomicznej często pojawiają się dwie tezy dotyczące opodatkowania. Według pierwszej z nich, wysokie podatki spowalniają wzrost gospodarczy. Natomiast według drugiej, kraje UE mające dużo wyższe podatki niż Polska, miały je niższe niż my obecnie, gdy były na dzisiejszym poziomie rozwoju naszego kraju. Obie tezy są co najmniej wątpliwe.

Do zmierzenia się z pierwszą z przytoczonych tez posłużyłem się zestawieniami dwóch wskaźników – procentowym rocznym przyrostem PKB oraz procentowym udziałem dochodów całości sektora finansów publicznych w PKB danego kraju. To właśnie ten wskaźnik w moim odczuciu pozwala najskuteczniej zweryfikować poziom fiskalizmu danego kraju, gdyż bierze pod uwagę wszystkie dochody publiczne, również lokalne, a także te, które oficjalnie podatkiem nie są nazwane, choć de facto powinny (czyli np. składki). W charakterze źródła posłużyłem się raportem OECD Factbook 2010, ponieważ pozwala on prześledzić kształtowanie się powyższych wskaźników w długim okresie czasu – od roku 1971 aż do 2008, czyli pierwszego roku obecnego kryzysu. W dwóch przypadkach brakujące dane uzupełniłem w oparciu o inne źródła – dane o wzroście PKB Wielkiej Brytanii z lat 1971-1980 zaczerpnąłem z zasobów Banku Anglii, natomiast poziom fiskalizmu Szwajcarii z lat 80. ze statystyk Międzynarodowego Funduszu Walutowego (Word Economic Outlook Database, April 2014). W obu przypadkach dane z kolejnych lat były ze sobą zbieżne, więc nie ma obaw, by manewr ten wpłynął na wynik obserwacji.

Na potrzeby porównania wybrałem kraje z „rdzenia” OECD (państwa-założyciele oraz te, które szybko dołączyły do organizacji), znajdujące się w roku 1970 na podobnym poziomie rozwoju (przynajmniej 3000 dolarów PKB per capita – przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej oraz cen bieżących), nie licząc „liliputów” (Luksemburg, Islandia). Następnie ustaliłem po 5 krajów, w których poziom dochodów publicznych w stosunku do PKB w latach 1971-2008 był najwyższy i najniższy. Powstały dwie grupy krajów dość typowych dla omawianego zjawiska – z jednej strony państwa skandynawskie i jeden reprezentant Beneluksu (Dania 52,78% PKB, Finlandia 49,69% PKB, Holandia 48,76% PKB, Norwegia 52,71% PKB i Szwecja 57,69% PKB), z drugiej państwa anglosaskie, jeden reprezentant Dalekiego Wschodu oraz zagłębie europejskiej bankowości (Australia 33,12% PKB, Japonia 30,24%, Szwajcaria 32,86%, USA 32,44% i Wielka Brytania 40,97%). Tu muszę wyjaśnić, że gdybym miał w pełni literalnie podejść do przedstawionych powyżej zasad, zamiast Wielkiej Brytanii musiałbym wziąć pod uwagę Włochy (39,54%), jednak byłoby to trochę niesprawiedliwe w stosunku do państw z niskimi podatkami. Włochy mają niższy wzrost w omawianym okresie niż UK, a ponadto trudno uznać Włochy za kraj niskich podatków, skoro od lat 90. poziom dochodów publicznych w tym kraju sięga czasem ponad 45% PKB, a na dosyć niskim poziomie fiskalizmu w całym obserwowanym okresie zaważyły lata 70. i 80.

Obie grupy krajów tworzą w zasadzie dwa zupełnie różne światy filozofii fiskalnej. W pierwszej grupie przeciętne roczne dochody sektora finansów publicznych w latach 1971-2008 wynosiły 52,33% PKB, natomiast wśród państw niskich podatków wynosiły one 33,93% PKB, czyli prawie 20 punktów procentowych mniej. Różnica jest ogromna, a więc wydawałoby się, że skoro wysokie podatki negatywnie wpływają na wzrost, to różnica w PKB także będzie znacząca. Tym bardziej, że mówimy o krajach na w miarę zbliżonym poziomie rozwoju (wiadomo, że na niskim poziomie dynamika wzrostu jest wysoka, a im bardziej kraj jest rozwinięty, tym osiąganie wysokiego wzrostu staje się trudniejsze). Tymczasem okazało się, że przeciętny roczny wzrost PKB w omawianym okresie w obu grupach państw był… identyczny. Wynosił on 2,64% PKB. Co ciekawe, najszybciej rozwijającym się krajem z tych 10 państw była Norwegia (3,37%), czyli kraj z grupy wysokich podatków, a najsłabiej Szwajcaria (1,62%), państwo niskich podatków. Oczywiście można dokonać pewnych zastrzeżeń i stwierdzić np., że Norwegii było łatwiej, gdyż jest zasobna w surowce energetyczne. Jest to prawda, ale przykładów państw, które takiej zasobności nie wykorzystały, jest mnóstwo (o zjawisku „przekleństwa zasobów naturalnych” pisał chociażby Marek Garbicz w znakomitym opracowaniu pt. „Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego”), a więc Norwegia, kraj wyjątkowo wysokich podatków, powinna niechybnie do takich państw dołączyć. A jednak wysokie podatki nie przeszkodziły Norwegii w efektywnym wykorzystaniu zasobów i osiąganiu na przestrzeni tak wielu lat poziomu wzrostu jak na kraj rozwinięty znakomitego. Zresztą w grupie państw niskich podatków także mamy kraje bardzo zasobne w surowce naturalne, które zresztą też osiągały w tym okresie bardzo dobry wzrost (druga Australia 3,28%, trzecie USA 3,07%), ale jednak od Norwegii niższy. Poza tym tuż za nimi, na 4. miejscu, plasuje się Finlandia (przeciętny roczny wzrost 2,92%) – kraj z wysokimi podatkami, bardzo ubogi w surowce energetyczne, a dodatkowo charakteryzujący się niekorzystnymi warunkami klimatycznymi i geograficznymi. Odnośnie do Szwajcarii można poczynić spostrzeżenie, że w pierwszym roku omawianego okresu była na najwyższym poziomie rozwoju, a więc osiągać wysoki wzrost miała najtrudniej. Ale Norwegia z końcem XXI wieku zrównała się ze Szwajcarią pod względem PKB per capita, w następnych latach wyraźnie ją prześcignęła, a jednak utrzymała wyższy wzrost (w latach 2000-2008 Norwegia przeciętnie osiągała roczny wzrost na poziomie 2,43%, a Szwajcaria 2,12%). Zresztą, co ciekawe, w latach 2000-2008 na czoło klasyfikacji wzrostu obok Australii (3,11% przeciętnego rocznego wzrostu) wysunęła się Finlandia (3,09%). A co jeszcze ciekawsze, na progu XXI wieku na ostatnie miejsce pod względem wzrostu w omawianych państwach znów trafił kraj z grupy państw o niskim poziomie fiskalizmu – tym razem była to Japonia (1,46% przeciętnego rocznego wzrostu PKB oraz dochody sektora finansów publicznych na poziomie 32,21% PKB), która, pomimo relatywnie niewielkich obciążeń, od lat 90. zmaga się z problemem rachitycznego wzrostu (w latach 90. 1,51%).

Przeciętny roczny wzrost PKB w latach 1971-2008 Przeciętny roczny poziom dochodów sektora finansów publicznych w latach 1971-2008
Norwegia 3,37% 52,71%
Australia 3,28% 33,12%
USA 3,07% 32,44%
Finlandia 2,92% 49,69%
Japonia 2,83% 30,24%
Holandia 2,66% 48,76%
Wielka Byrytania 2,40% 40,97%
Szwecja 2,15% 57,69%
Dania 2,12% 52,78%
Szwajcaria 1,62% 32,86%
5 krajów „niskich podatków” 2,64% 33,93%
5 krajów „wysokich podatków” 2,64% 52,33%

Równie ciekawe spostrzeżenia można wyciągnąć na podstawie obserwacji poszczególnych krajów. Szwajcaria w latach 90. zmagała się z niewysokim wzrostem PKB – przeciętnie 1,1%. Jakby tego było mało, w XXI wieku wyraźnie wzrósł tam poziom fiskalizmu (z 32,24% PKB do 34,46%). Jednak mimo podniesienia obciążeń, tempo wzrostu PKB zwiększyło się prawie dwukrotnie – w latach 2000-2008 do 2,12% średniego rocznego wzrostu. Podobne zjawisko, choć na mniejszą skalę (wzrost obciążeń skorelowany z przyspieszeniem tempa wzrostu PKB), wystąpiło w latach 90. w Australii i Danii. Zresztą dla całej grupy „krajów niskich podatków” najlepszy był okres lat 80. (notowały one przeciętny roczny wzrost 2,98%), w którym wyraźnie rosły również obciążenia (z 31,62% PKB w latach 70. do 34,18%). Odwrotne zjawisko zauważyłem w USA – w XXI wieku dochody sektora finansów publicznych spadły z 33,75% PKB do 33,08%, a wraz z nimi spadł przeciętny roczny wzrost gospodarczy (z 3,21% do 2,39%). Jeszcze inne prawidłowości wykazuje Wielka Brytania – najgorsze tempo wzrostu osiągała ona wtedy, gdy fiskalizm był najniższy, czyli w latach 90. Warto też zauważyć, że najwyższy poziom dochodów publicznych Wielka Brytania notowała w latach 80. a więc w okresie rządów… Margaret Thatcher. Ta kojarzona z liberalizacją i obniżkami podatków polityk w istocie jednak wcale nie ograniczyła fiskalizmu, a w pierwszym okresie rządów wręcz wyraźnie go zwiększyła i w roku 1982 dochody publiczne w UK wynosiły już ponad 45% PKB. W drugim okresie spadły, ale w ostatnim roku rządów były one na tym samym poziomie, co w pierwszym. Za „thatcheryzmu” podatki obniżono głównie najbogatszym, a środki z obciętych wydatków socjalnych nie zostały zaoszczędzone, lecz użyto ich na zwiększone środki bezpieczeństwa, niezbędne w związku z wybuchami społecznymi, spowodowanymi… obcięciem wydatków socjalnych. Trzeba przy tym zaznaczyć, że w tym okresie wzmożonego fiskalizmu Wielka Brytania notowała całkiem niezłe tempo wzrostu (przeciętnie 2,46%), czyli wyższe niż w okresie wcześniejszym, w którym fiskalizm był mniejszy.

Przeciętny roczny wzrost PKB w latach 2000-2008 Przeciętny roczny poziom dochodów sektora finansów publicznych w latach 2000-2008
Australia 3,11% 36,17%
Finlandia 3,09% 53,07%
Szwecja 2,63% 56,49%
Norwegia 2,43% 57,51%
Wielka Byrytania 2,51% 40,44%
USA 2,39% 33,08%
Holandia 2,16% 45,16%
Szwajcaria 2,12% 34,46%
Dania 1,56% 55,51%
Japonia 1,46% 32,21%
5 krajów „niskich podatków” 2,32% 35,27%
5 krajów „wysokich podatków” 2,37% 53,55%

Do podobnych wniosków można dojść obserwując statystyki także innych gospodarek oraz innych okresów historycznych. Dani Rodrik w książce „Jedna ekonomia, wiele recept” wielokrotnie przytacza przykład krajów Ameryki Łacińskiej, którym polityka niskich podatków i liberalizacji gospodarki nie przyniosła spodziewanych efektów. Ha Joon Chang w „23 rzeczach, których nie mówią ci o kapitalizmie” zwraca uwagę na to, że w okresie powojennym wyżej opodatkowana zachodnia Europa rozwijała się szybciej niż USA. Oczywiście nie chciałbym być źle zrozumiany – daleki jestem od tezy, że wysokie podatki przyspieszają wzrost. Twierdzenie takie byłoby tak samo nieuprawnione jak teza, iż wysokie podatki wzrost wyhamowują. Wynika to z tej prostej przyczyny, że decydujący wpływ na rozwój ma nie wysokość podatków, lecz prorozwojowy porządek ekonomiczny, w którym funkcjonują skuteczne instytucje, sektor prywatny współpracuje z sektorem publicznym, system oświaty nie jest oderwany od realiów gospodarczych, a krajem nie wstrząsają niepokoje i patologie społeczne. Wysokie podatki mogą pomóc w osiągnięciu takiego stanu, ale nie muszą. Dobrze funkcjonujący porządek można zbudować także przy niewielkich obciążeniach fiskalnych – tak jak zrobiły to „azjatyckie tygrysy”, Korea Południowa czy Tajwan, w których wydatki socjalne prawie nie istnieją, a niewielkie rozwarstwienie (niezbędne dla harmonijnego wzrostu) zostało osiągnięte za pomocą innych środków.

Przeciętny roczny wzrost PKB w latach 1991-1999 Przeciętny roczny poziom dochodów sektora finansów publicznych w latach 1991-1999
Australia 3,69% 34,55%
Norwegia 3,58% 54,09%
USA 3,21% 33,75%
Holandia 3,20% 48,95%
Dania 2,41% 55,70%
Wielka Brytania 2,24% 38,68%
Szwecja 1,69% 60,25%
Finlandia 1,58% 55,26%
Japonia 1,51% 32,04%
Szwajcaria 1,10% 32,24%
5 krajów „niskich podatków” 2,35% 34,25%
5 krajów „wysokich podatków” 2,49% 54,85%

Faktem jest jednak, że duża część krajów z naszego kręgu cywilizacyjnego, czyli z Europy, sukces gospodarczy osiągnęła stosując wysokie obciążenia podatkowe. W moim odczuciu taka droga powinna być poważnie rozpatrywana w naszym kraju. Natomiast tezy, jakoby wysokie podatki same w sobie negatywnie wpływały na rozwój gospodarczy (jak stwierdził np. Paweł Dobrowolski w niedawnym filmie „Lewiatan” Fundacji Republikańskiej), wydają mi się jedynie ideologiczną próbą koloryzowania rzeczywistości i naginania jej do swoich przekonań.

Przejdźmy teraz do drugiej z tez, które przywołałem na początku tekstu. Zwolennicy socjaldemokratycznego modelu społeczno-gospodarczego twierdzą często, że w Polsce są niskie podatki. Powołują się przy tym na dane Eurostatu, wedle których dochody polskiego sektora finansów publicznych są wyraźnie niższe niż średnia UE. I rzeczywiście, wg Eurostatu w 2013 roku wynosiły one 37,5% PKB – przy średniej unijnej 45,7%. W 2012 roku wynosiły one 38,3% PKB (identyczną wielkość wskazuje OECD) – przy średniej UE 45,4%. Widać zatem, że dystans do europejskiej średniej jeszcze wzrósł. Zwolennicy liberalnego modelu odpowiadają na to, że te państwa z Europy, które obecnie mają dużo wyższe podatki niż Polska, miały dużo niższy fiskalizm, gdy były na obecnym poziomie rozwoju naszego kraju. Znów mógłbym przytoczyć słowa Pawła Dobrowolskiego z tego samego filmu. Teza ta nie ma jednak nic wspólnego z rzeczywistością.

Według OECD w 2012 roku PKB per capita Polski liczony na podstawie parytetu siły nabywczej osiągnął 22783 dolarów. Poziom dochodów sektora finansów publicznych osiągnął w tym czasie poziom 38,3% PKB. Niemcy podobny poziom PKB per capita (22 483 dol.) osiągnęły w roku 1995. Ich dochody publiczne sięgały wtedy 45,1% PKB. Holandii w roku 1996 (22 641 dol.) 47,5% PKB. Szwecji w roku 1996 aż 59,6% PKB. Finlandii w roku 1998 54,2% PKB. Francji w roku 1998 50,1% PKB. W zasadzie wszystkie kraje unijne, które obecnie mają dużo wyższe podatki niż Polska, miały je również w momencie, gdy ich poziom PKB per capita był na obecnym poziomie Polski.

Rok PKB per capita, wg parytetu siły nabywczej, dolary Poziom dochodów sektora finansów publicznych
Polska 2012 22 783 38,30%
Niemcy 1995 22 493 45,10%
Holandia 1996 22 641 47,50%
Szwecja 1996 22 632 59,60%
Finlandia 1998 22 650 54,20%
Dania 1995 22 993 56,20%
Francja 1998 22 794 50,10%
Wielka Brytania 1997 22 422 38,40%
Norwegia 1994 22 296 54,00%
Austria 1994 22 489 51,20%
Belgia 1996 22 797 48,50%

Ktoś mógłby zauważyć, że PKB per capita nie jest najlepszym wskaźnikiem do porównywania poziomu rozwoju gospodarczego państw, a zachodnia Europa w połowie lat 90. była na dużo wyższym poziomie rozwoju, niż obecnie Polska. Nawet jeśli zgodzilibyśmy się z tym twierdzeniem, to wciąż niewiele to zmienia – wymienione kraje podobny poziom fiskalizmu osiągały już w latach 70., czyli w pierwszej dekadzie, którą podaje OECD Factbook. Przykładowo Szwecja w latach 70. notowała przeciętny poziom dochodów sektora finansów publicznych na poziomie ok. 53 proc. PKB, Holandia 48 proc., Dania 46 proc. I tak dalej.

Jak widać, w ekonomicznej debacie publicznej w najlepsze funkcjonują tezy, których prawdziwość jest wątpliwa i zarazem stosunkowo łatwo weryfikowalna. Są one jednak powtarzane na tyle często i z tak dużym przekonaniem, że wydają się oczywiste i nikt nie zamierza ich falsyfikować. Oczywiście podatki nie są remedium na wszystko, lecz ich demonizowanie ani nas nie przybliża do stworzenia efektywnego porządku gospodarczego, ani nie podnosi poziomu debaty.