Niełatwo być biednym

Niełatwo być biednym

Przyjęło się uważać, że osoby ubogie lub tylko niezamożne są niezaradne i mniej obrotne od bardziej majętnych. Rzekomo nie potrafią rozsądnie korzystać ze swoich zasobów, które przecież każdy ma ograniczone i kwestią roztropności jest takie rozdysponowanie środków i wykorzystywanie okazji, by tychże zasobów wystarczyło na spełnienie potrzeb. Jeśli ktoś sobie z powyższymi zadaniami nie radzi, to po prostu nie przyswoił pewnych umiejętności i musi nad nimi czym prędzej popracować. Trzeba zauważyć, że i tak już mamy postęp, bo osoby ubogie w oficjalnym dyskursie nie jawią się już jako leniwe nieroby, lecz jako nieuki, nad którymi należy od święta się pochylić, z troską i sympatią, ale też słabo ukrywanym lekceważeniem podać „pomocną” dłoń i oczekiwać, że dzięki temu nie pozostanie im już nic innego, jak wziąć sprawy w swoje ręce.

Bez wątpienia ten sposób myślenia, przyjęty przez większość społeczeństwa, jest wynikiem wytrwałej pracy grup homogenicznych nad lasowaniem mózgów. W ich interesie leży rozpropagowanie przeświadczenia, że to właśnie życiowa zaradność jest jedynym kluczem do sukcesu. Grupy te mają na podorędziu wielu pożytecznych idiotów w rodzaju Jurka Owsiaka czy „księdza” $tryczka, którzy z uśmiechem na ustach zawsze są gotowi do przeprowadzenia z rozmachem szeroko zakrojonej akcji koncesjonowanego miłosierdzia. Do dyspozycji mają też tabuny sportowców, aktorów i innych celebrytów, pierwszych do lansowania się w świetle kamer i masturbowania swojego ego cierpliwym wyciąganiem tych mniej umiejętnych Polaków z dołka, w jaki sami się przecież wpakowali swoim lekkomyślnym zachowaniem.

Jak to zawsze bywa, rzeczywistość jest zupełnie inna, niż chciałyby nam wmówić grupy dzierżące hegemonię. Gdyby prawda wyszła na jaw, poczułyby się one równie skonfundowane jak krezus, któremu dopiero co kupiony za ciężkie pieniądze śliczny puszysty kotek narobił po raz pierwszy na perski dywan. Biedni nie są tak niezaradni, jak chcieliby ci fałszywi samarytanie, którzy jedną ręką pomagają, a drugą bronią wizji świata uzasadniającej istnienie potrzebujących. Wręcz przeciwnie – gdyby wielu tych samarytan utknęło w podobnej sytuacji jak ci, nad którymi załamują ręce, byliby pewnie nieporadni jak dzieci. W gospodarce rynkowej biblijna zasada, według której dodane będzie tym, którzy już mają, a tym, którzy nie mają, odebrane będzie nawet to, co mają, wprowadzana jest dosłownie. Bogaci utrzymują swoją przewagę majątkową, gdyż w miarę bogacenia się otwierają się przed nimi nowe możliwości pomnażania majątku, zupełnie niedostępne dla osób na dole drabiny. Upośledzenie materialne rzuca ubogim kolejne kłody pod nogi – kłody, o istnieniu których zamożni nie mają nawet pojęcia. A wszystko to jest dodatkowo spięte klamrą mechanizmów wysysających środki z portfeli ubogich wprost do kieszeni zamożnych, w taki sposób, że ci drudzy nawet tego nie zauważają, dzięki czemu w najlepsze mogą sobie dalej mędrkować o nieporadności tych pierwszych.

Osoby dobrze zarabiające nie tylko mogą łatwiej otrzymać kredyt – przede wszystkim jest on dla nich dużo tańszy, ma niższe oprocentowanie i prowizję. Mają więc dostęp do dużo tańszego kapitału, choć byłyby w stanie zapłacić dużo więcej niż ubożsi. Dla osoby o niskich dochodach samo wzięcie kredytu jest dużo większym wysiłkiem, w dodatku musi zapłacić za niego więcej, nawet jeśli uda się uzyskać kredyt w normalnym banku, a nie w parabankowej instytucji kredytowej pobierającej lichwiarskie odsetki. Taka sytuacja byłaby jeszcze do zniesienia, gdybyśmy żyli w świecie, w którym nikt nikomu nie każe brać pożyczek. Jednak obecnie panująca wersja kapitalizmu oparta jest na kredycie, gdyż bez niego na wiele bardzo istotnych dóbr (mieszkanie, samochód) nie byłoby nas stać. Oparcie życia gospodarczego na pożyczce, w sytuacji, gdy ta jest bez porównania tańsza dla osób zamożnych, drastycznie zwiększa nierówności, i to w taki sposób, że nie jest to wykazywane w oficjalnych statystykach mierzących nierówności dochodowe.

Ale na tym nie koniec. Sektor finansowy nie tylko oferuje zamożnym tanie zadłużanie się, ale także szybkie i efektywne sposoby zarobku. Jednak te wysoko zyskowne instrumenty finansowe są zarezerwowane tylko dla górnej części hierarchii społecznej, bo minimalny wkład, jaki jest potrzebny, by się nimi posługiwać, jest poza zasięgiem niezamożnej części społeczeństwa. Ta ostatnia musi się zadowolić co najwyżej tradycyjnymi lokatami, często dającymi zysk zaledwie symboliczny. Co więcej, w obecnych czasach ograniczania publicznych systemów emerytalnych osoby bardziej majętne są wręcz zachęcane ulgami podatkowymi przez władze państwowe do inwestowania – ulgami, z których ubodzy nigdy nie skorzystają, ponieważ nie stać ich na akumulację środków na rynku finansowym. Zresztą zamożni ograniczają swe daniny publicznoprawne nie tylko wykorzystując ulgi: biura doradców podatkowych aż się palą, żeby zaoferować im usługi optymalizacyjne, dzięki czemu bogaci zyskują, lecz traci na tym budżet państwa. A w efekcie tracą warstwy ubogie, gdyż władze publiczne, szukając środków na załatanie deficytów wywołanych machinacjami możnych, przykręcają śrubę tym na dole drabiny społecznej, np. podwyższając podatki pośrednie, które uderzają w nich przede wszystkim.

Z drugiej strony, osobom niezamożnym gospodarka rynkowa permanentnie sypie piach w oczy. Jeżdżą starymi samochodami, więc płacą dużo wyższe obowiązkowe ubezpieczenie OC. Mieszkają w gorszych dzielnicach, więc jeśli chcieliby ubezpieczyć swoje mieszkanie także płaciliby wyższe stawki. Stać ich jedynie na lokum w gorszych miejscach, czasem wręcz poza miastem, w którym pracują, więc w podróży do pracy nie tylko tracą więcej paliwa, ale też czasu, który osoby zamożne mogą spożytkować np. na dodatkowy zarobek. Wykupują jedynie część leków, więc niezaleczone choroby wybuchają u nich w dwójnasób po jakimś czasie, co powoduje koszty jeszcze większe niż za pierwszym razem. Stać ich na żywność gorszej jakości, co jeszcze pogarsza ich stan zdrowia i generuje kolejne wydatki. Nie stać ich na wykupienie dodatkowych lekcji dla dzieci, więc te już na starcie mają pod górkę w rywalizacji z potomstwem ludzi zamożnych. Są wykluczeni z wielu obiegów informacji i kręgów towarzyskich, więc omija ich mnóstwo okazji do zarabiania, na które co i rusz natykają się osoby bywające w zamożnych środowiskach. Zabiegane i zajęte całymi dniami spinaniem końca z końcem nie mają czasu na budowanie sieci znajomości, które we współczesnej gospodarce rynkowej są niezbędne do osiągnięcia powodzenia materialnego.

Wisienką na tym niesprawiedliwym torcie są immanentne mechanizmy systemu, które wysysają środki z kieszeni mniej zamożnych wprost do kabz majętnych. Najlepszym przykładem jest rynek nieruchomości, które nie od dziś są traktowane jako znakomita lokata kapitału. Lokata jednak dostępna tylko dla tych, którzy mają wystarczającą (czyli dużą) ilość środków na ich zakup. Ten wygodny sposób zarabiania przez bogatych wiąże się ze wzrostem popytu na to dobro, a więc ze wzrostem ceny. Korzystają na tym ci, którzy w nieruchomości inwestują, za to tracą traktujący je nie jako lokatę, ale jako niezbędne miejsce do życia, czyli zazwyczaj ludzie młodzi, nieuprzywilejowani, dopiero wchodzący na rynek. Kupują drożejące mieszkania od bogatszych, dzięki czemu ci mogą zainwestować w kolejne, co jeszcze napędza ich cenę, więc dla kolejnych szukających dachu nad głową ludzi jego zakup staje się coraz większym wyrzeczeniem, za to zyski posiadaczy nieruchomości rosną. I oto mamy do czynienia w istocie z odwróconą redystrybucją – od biednych do bogatych.

Zresztą takich przykładów jest więcej. Innym jest opisany wyżej rynek kredytowy. Formalnie to bank udziela kredytu – jednak tak naprawdę jest on jedynie pośrednikiem. Pieniądze, które pożycza, z reguły nie należą do niego, lecz jego klienta innego rodzaju – depozytariusza. Ten dysponuje nadwyżką kapitału (czyli najczęściej jest człowiekiem majętnym) i decyduje o włożeniu pieniędzy na lokatę, by trochę na nich zarobić, dajmy na to 4%. Żeby ten zamożny mógł zarobić owe 4%, bank pożycza pieniądze człowiekowi w potrzebie na jeszcze większy procent, aby także zapewnić sobie zysk. W ten sposób relatywnie ubogi kredytobiorca spłacając z nadwyżką, dajmy na to, samochód niezbędny, by dojechać do pracy, daje zarobić bogatemu depozytariuszowi. Trzeba też pamiętać, że to właśnie ten mechanizm doprowadził do obecnego kryzysu – aby udobruchać amerykańskich pracowników, których realne pensje od lat stały w miejscu lub wręcz spadały, dano im możliwość wzięcia łatwego kredytu, dzięki czemu mogli jakoś zaspokoić niektóre z potrzeb. Niestety sytuacja wielu z nich była tak zła, że nie mogli ich spłacić, co doprowadziło do kryzysu na rynku kredytów hipotecznych, a ten rozlał się na całą gospodarkę.

Jak widać, osoby ubogie wcale nie muszą być niezaradne. Często aby się utrzymać na powierzchni w ich sytuacji ekonomicznej, trzeba się wykazać zaradnością, z której istnienia ci „troskliwi” zamożni nawet nie zdają sobie sprawy. Upośledzenie materialne nie jest wcale wynikiem specyficznych cech charakteru lub braku jakichś umiejętności, lecz przede wszystkim miejsca w strukturze ekonomicznej społeczeństwa, „zajmowanego” najczęściej nie z własnej winy. Oczywiście nie zostanie to nigdy oficjalnie przyznane, gdyż obecnie dominujący przekaz jest wygodny dla grup hegemonicznych. W innym wypadku należałoby uznać, że progresywne systemy redystrybucji to nie jest łaska, którą bogaci dają biednym, ale niezbędny bezpiecznik systemu, w dużej mierze opartego na niesprawiedliwych mechanizmach. A o ileż łatwiej jest, zamiast płacić wyższe podatki, od czasu do czasu zaangażować się w akcję pomocową, a na co dzień korzystać ochoczo z usług swego doradcy podatkowego i innych specjałów przygotowanych przez system dla jego beneficjentów.

Polska Rzeczpospolita Skolonizowana

Polska Rzeczpospolita Skolonizowana

Polacy mają skłonność do uważania własnych dziejów za zupełnie wyjątkowe. Właściwie nic dziwnego – każdy odbiera swoją historię jako coś szczególnego. W sytuacji przykrych doświadczeń sądzimy, że świat sprzysiągł się właśnie przeciw nam, a do naszych sukcesów przykładamy często zbyt dużą miarę. Jedną z metod poradzenia sobie z trudną przeszłością jest przyjrzenie się losom innych, którzy przeszli podobnie ciężką drogę. Ma to znaczenie terapeutyczne („jednak nie tylko ja dostaję po głowie”), ale także edukacyjne – pozwala wyciągnąć naukę na przyszłość. Wydaje się, że ostatnie 25 lat wymaga właśnie takiego przepracowania przez Polaków – był to okres reform bardzo dotkliwych społecznie i czas olbrzymiego napływu kapitału zagranicznego, który sprawił, że wielu z nas ma wątpliwości, czy mieszka jeszcze we własnym kraju.

Kupujemy w zagranicznych hipermarketach, trzymamy pieniądze w zagranicznych bankach, dzwonimy przez zagraniczną sieć komórkową. Nawet jeśli niektórzy powątpiewają, czy taki stan można nazwać neokolonializmem, to bez wątpienia jesteśmy w bardzo dużym stopniu zależni od kapitału zagranicznego. Jednak gdy spojrzymy na najnowszą historię gospodarczą, przekonamy się, że nasz los nie jest niczym wyjątkowym. Wręcz przeciwnie, polskie podporządkowanie globalnym podmiotom gospodarczym jest typowe dla państw, które transformowały gospodarki w latach 80. lub 90. Nie tylko my mieliśmy swoją terapię szokową, nie tylko u nas gościł Jeffrey Sachs i nie tylko w naszym kraju zagraniczne instytucje finansowe sprywatyzowały publiczne składki emerytalne. Wiele podobnych przykładów znajdziemy w Ameryce Południowej czy Afryce. I zamiast po raz kolejny dumać nad tym, kiedy w końcu dogonimy Niemców czy Francuzów, spróbujmy znaleźć w sobie poczucie wspólnoty losów z Boliwijczykami czy mieszkańcami Burundi. Taka terapia może wyjść nam na zdrowie bardziej niż kolejne zachwyty nad tym, jacy to już jesteśmy europejscy.

Zależność w teorii

Zgodnie z koncepcją Immanuela Wallersteina państwa będące uczestnikami międzynarodowej wymiany gospodarczej tworzą wspólnie jeden system-świat, w ramach którego zachodzą między nimi relacje gospodarcze, konkurencja oraz wzajemne wpływy przejawiające się na różne sposoby. Nie istnieją obecnie kraje, które zupełnie nie uczestniczyłyby w wymianie – nawet najbardziej zamknięta gospodarka Korei Północnej bierze udział, oczywiście w mocno ograniczony sposób, w handlu chociażby z Chinami, jest więc częścią systemu-świata, tak jak wszystkie współczesne państwa. Na każdego z uczestników wymiany wpływają działania innych – w mniejszym lub większym stopniu, pośrednio lub bezpośrednio, czasem nawet w sposób znikomy, prawie niedostrzegalny, ale jednak żaden kraj nie jest w stanie uodpornić się na wpływ gospodarczych zawirowań międzynarodowych. Nawet Korea Północna dostanie rykoszetem, jeśli np. światowe spowolnienie gospodarcze odbije się na jej relacjach handlowych z Chinami.

Siła państwa w ramach tak zintegrowanego systemu wynika więc nie tylko ze zdolności do kształtowania porządku wewnętrznego, ale także z umiejętności kreowania skutecznej strategii w relacjach zewnętrznych. Jasne jest, że państwa silniejsze gospodarczo mają przewagę, którą chcą wykorzystać. Nie oznacza to jednak, że narody słabsze ekonomicznie są skazane na porażkę – bardzo wiele zależy od skuteczności ich polityki, choć na starcie są na gorszej pozycji.

Bogate gospodarki usiłują kształtować globalną wymianę w taki sposób, by otwierać handel na te obszary produkcji, w których są mocne, a zamykać na te, w których boją się konkurencji ze strony słabszych uczestników. Właśnie dlatego w bogatym świecie tak silnie chroniony jest sektor rolniczy. Silne ekonomicznie wspólnoty dążą również do liberalizacji rynków surowców zużywanych w dużej ilości oraz tych o niezbyt dużych zasobach, dzięki czemu mogą zapewnić sobie bardziej stabilne dostawy i niższe ceny. Natomiast rynki tych surowców, których mają sporo, wolą pozostawić uregulowane, by móc w większym stopniu kontrolować ceny oraz wykorzystywać przewagę negocjacyjną. Doskonałym tego przykładem są okresowe spory między UE a Rosją, dotyczące liberalizacji unijnego rynku gazu. Rosji są one nie w smak, gdyż pozycja Gazpromu siłą rzeczy wtedy osłabnie, za to UE właśnie do tego stanu dąży, ponieważ chce zyskać bardziej zróżnicowane, stabilne i tańsze dostawy. Państwa zamożne pragną również otwierania międzynarodowych granic na przepływy kapitałowe, wiedzą bowiem, że mają przewagę, a ich rodzime podmioty będą mogły swobodnie inwestować tam, gdzie można maksymalizować zyski. Słabszym gospodarkom uwalnianie przepływów kapitałowych może nie być na rękę – co prawda napływ zagranicznych zasobów finansowych w krótkim czasie na pewno spowoduje ich wzrost, jednak może także zdusić krajową konkurencję oraz zdestabilizować sytuację, gdyż kierunki ich obrotu odwracane są często i z różnych powodów. W interesie mniej rozwiniętych gospodarek jest więc wolniejsze i bardziej rozważne otwieranie się na przepływy kapitału.

Jak widać, interesy silnych i słabych gospodarek w ramach systemu-świata są często zupełnie różne, żeby nie powiedzieć przeciwstawne. Państwa mniej rozwinięte mogą się jednak tej liberalizacji rynków opierać. Właśnie dlatego tak ważnym narzędziem w rękach najbogatszej części świata jest uniwersalizm, czyli tworzenie zbioru zasad, które niby są dobre dla wszystkich i powinny obowiązywać na całym świecie. Do upowszechniania tych zasad i przekonywania słabszych, że są one również w ich interesie, państwa silne ekonomicznie wykorzystują wpływy i pozycję w organizacjach międzynarodowych, ośrodkach naukowych i intelektualnych oraz w mediach. Dzięki temu rzekomo uniwersalne zasady, wykreowane przez najbogatszą część świata, zostają powszechnie uznane za naukowo potwierdzone, a osoby, które się im sprzeciwiają, są nazywane ignorantami lub szaleńcami. Oczywiście zamożna część świata nie dąży do uniwersalizacji wszystkich obszarów życia – np. utworzenie jednej powszechnej religii do niczego nie jest jej potrzebne. Uniwersalne zasady, których powinno przestrzegać każde cywilizowane państwo i z którymi powinien się zgadzać każdy światły i wykształcony człowiek, dotyczą głównie tych zagadnień, na których najbardziej zależy krajom zamożnym – czyli gospodarki.

W celu ich ustalenia został stworzony tzw. Konsensus Waszyngtoński, mający być zbiorem reguł dobrego zarządzania gospodarką. Zdecydowana większość ekonomicznych ekspertów zgadza się z nim niemal całkowicie. Zasady te, dzięki wytrwałym staraniom lobbystów rozwiniętego świata, weszły do światowego dyskursu jako oczywiste i „mówią nimi” już nawet szeregowi pracownicy mediów czy początkujący pracownicy naukowi na uczelniach na całym świecie. Wśród najważniejszych z nich można wymienić liberalizację handlu, likwidację krajowych ograniczeń dla zagranicznych inwestycji bezpośrednich, liberalizację przepływów kapitałowych i rynków finansowych, prywatyzację przedsiębiorstw państwowych, gwarancję praw własności, wprowadzenie wymiennej waluty i utrzymania jej stabilnego kursu, prowadzenie zdyscyplinowanej polityki budżetowej, obniżenie podatków oraz wydatkowanie środków publicznych na dziedziny, które gwarantują wysoką efektywność i rentowność. Jak widać, niemal wszystkie postulaty są zgodne z interesami podmiotów wymiany międzynarodowej dysponujących przewagą kapitałową.

Oczywiście, niektóre z nich są pożyteczne same w sobie – np. nikt przy zdrowych zmysłach nie zakłada dziś, że da się zbudować sukces gospodarczy bez gwarancji praw własności. Dobrze też jest trzymać politykę budżetową w ryzach, choć oczywiście zdarzają się przypadki, gdy trzeba je poluzować. Jednak wprowadzanie takich zasad zawsze i wszędzie, w dodatku w pakiecie, przyniesie korzyść głównie podmiotom silnym gospodarczo. Dla nich liberalizacja rynku jest z reguły korzystna, bo otwiera nowe pola działalności, na których są w stanie uporać się z konkurencją za pomocą swoich licznych przewag.

Instytucjonalną formą opisanego modelu są organizacje, które owe zasady wdrażają. Najważniejszą z nich jest Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Uznał on Konsensus Waszyngtoński za zbiór własnych recept przepisywanych każdemu. Inne z tych organizacji to Bank Światowy oraz Światowa Organizacja Handlu. Zamożne kraje, wyposażone w silne podmioty gospodarcze zdolne konkurować na międzynarodowych rynkach, posiadające zbiór ogólnych zasad oraz instytucje dbające o to, by je wprowadzać, miały otwartą drogę do gospodarczej kontroli nad słabiej rozwiniętymi rejonami świata, dzięki czemu zapewniły sobie większe możliwości generowania zysków. Według Noama Chomsky’ego odbywa się to zazwyczaj w podobny sposób. Bazą dla tych działań jest elita kraju rozwijającego się. Jej wiedza ekonomiczna jest mierna, a przez to są oni podatni na przekaz podawany w formie naukowej oczywistości. Dodatkowym atutem jest w tej sytuacji chęć zdobywania osobistych korzyści. Następny krok to otwarcie rynku wewnętrznego dla importowanych produktów, które mają taką przewagę jakościową, że dość szybko go podbijają. Cierpią na tym lokalne przedsiębiorstwa, zarówno prywatne, jak i państwowe, więc albo bankrutują, albo zostają kupione po zaniżonej cenie jako aktywa rzekomo mało wartościowe i mało perspektywiczne. Następnym etapem jest budowanie zagranicznej struktury usługowej, handlowej i infrastrukturalnej poprzez dominację kapitału zagranicznego w najbardziej dochodowych branżach oraz naturalnych monopolach – telekomunikacji, handlu wielkopowierzchniowym czy energetyce. Ukoronowaniem procesu jest zdominowanie sektora bankowego, co pozwala na prowadzenie polityki kredytowej zgodnie z interesem centrali. W końcu kształtuje się gospodarka dualna, w której najbardziej dochodowe przedsiębiorstwa znajdują się w rękach zagranicznych, natomiast w krajowych pozostają głównie mały i średni biznes oraz produkcja rolna.

Zależność w praktyce

Tworzenie zależności gospodarczej dzięki umiejętnemu kształtowaniu wymiany sięga jeszcze czasów, gdy tradycyjna kolonizacja miała się znakomicie. Doskonałym przykładem są relacje pomiędzy Europą a zachodem Afryki od XVI do XIX wieku. W tym czasie rozwijała się regularna kolonizacja Ameryk, powstał więc ogromny popyt na niewolników, potrzebnych do pracy na plantacjach. Rezerwuarem siły roboczej stała się zachodnia Afryka, gdyż tamtejsze państwa wciąż wykorzystywały ich do różnych prac. Niewolników pozyskiwano głównie dzięki toczonym tam wojnom. Europejczycy zaczęli więc nie tylko ich kupować, lecz także masowo sprzedawać broń kontrahentom, by ci mogli skuteczniej toczyć wojny. Upiekli przy tym dwie pieczenie na jednym ogniu – zapewnili sobie popyt na produkowaną broń oraz podaż kupowanych niewolników. Takie ukształtowanie wymiany momentalnie wpłynęło na charakter polityki, społeczeństwa i kultury słabszej strony. W zachodniej Afryce powstały całe państwa wyspecjalizowane w handlu niewolnikami i na nim oparte. Najsłynniejszym z nich było Królestwo Kongo, a oprócz niego np. Oyo (dzisiejsza Nigeria) czy Asante (Ghana). Symbolem upadku kultury zachodnioafrykańskiej pod wpływem europejskich handlowców było przekształcenie się słynnej wyroczni Arochukwu w Nigerii w „pułapkę na wiernych”, którzy w dobrej wierze przybywali do niej po radę, a kończyli na statkach płynących do Ameryki.

Innym przykładem jest traktat handlowy podpisany w 1858 r. w Tiencinie, dzięki któremu mocarstwa europejskie podporządkowały sobie handlowo Chiny po wojnach opiumowych. Zobowiązały one Chiny do eksportu po niskich cenach dóbr kupowanych przez Europejczyków oraz do otwarcia swojego rynku na import opium. Nie tylko bardzo osłabiło to gospodarczo Państwo Środka, lecz także wpędziło miliony jego mieszkańców w uzależnienie od opiatów. Kolejny, nowszy przykład kształtowania relacji wymiany przez silnych pochodzi już z naszych czasów. Podczas negocjacji handlowych zwanych Rundą Urugwajską (lata 80. i 90. XX wieku) dyskutowano kwestię otwarcia rynków usług. W ich efekcie otwarto głównie rynki tych usług, które były eksportowane przez kraje wysoko rozwinięte (finanse, informatyka), a np. usługi żeglugowe czy budowlane, w których kraje biedniejsze mogłyby „powalczyć”, nie zostały objęte porozumieniem. Negocjatorzy z USA przechwalali się potem korzyściami, jakie zdobył ich kraj, ale Afryka Subsaharyjska, jak wyliczył Bank Światowy, straciła na tym porozumieniu 2 procent PKB.

Równie źle jak handlowanie z dużo bogatszymi od siebie kończy się dla krajów uboższych wdrażanie „uniwersalnych” zasad upowszechnianych przez państwa zamożne oraz ich lobbystów, takich jak MFW. I to nawet wtedy, gdy nie są one wdrażane stricte w interesie współczesnych kolonizatorów – po prostu rozwiązania kształtowane z myślą o interesie wysoko rozwiniętych państw z reguły nie sprawdzają się w ubogich i zapóźnionych. Oczywiście nie psuje to samopoczucia międzynarodowym ekspertom, którzy wciąż serwują standardową waszyngtońską recepturę. W Maroku nieźle zaczęła się rozwijać hodowla drobiu. Państwowa spółka dostarczała przedsiębiorcom 7-dniowe pisklęta, a więc brała na siebie ryzyko wysokiej śmiertelności kurczaków w pierwszych dniach życia. MFW stwierdziło kategorycznie, że państwo nie jest od hodowli drobiu, w związku z czym Maroko zaprzestało tej działalności. Na zwolnione miejsce weszła firma prywatna, jednak ryzyko śmiertelności kurcząt było dla niej zbyt wysokie i dość szybko wycofała się z biznesu. Kolejnych prywatnych chętnych hodowców już nie było, więc obiecująca gałąź gospodarki upadła. Kenia tymczasem, zgodnie z „sugestią” MFW, zliberalizowała raczkujący sektor bankowy, co miało doprowadzić do większej konkurencji. Stało się zupełnie inaczej – przez sektor pozbawiony nadzoru przetoczyła się fala bankructw (w latach 1993–1994 upadło aż 14 banków), co konkurencję jeszcze zdławiło. Niespecjalnie tym zrażeni eksperci MFW zaczęli forsować liberalizację sektora finansowego w Etiopii. Tamtejszy rząd na czele z Melesem Zenawim, znając efekty takiej liberalizacji w Kenii, nie zgodził się na podobny ruch. MFW, widząc, że Etiopczycy nie chcą grzecznie wprowadzać wszystkich jego pomysłów, odciął Etiopię od finansowania. Dopiero interwencja grupy zachodnich ekonomistów, którzy poparli w tym sporze Etiopię, spowodowała, że Fundusz zmienił zdanie.

Oczywiście, większość działań wprowadzających wolnorynkowy uniwersalizm w mniej rozwiniętych rejonach świata jest nakierowanych głównie na zdobywanie nad nimi kontroli gospodarczej, a następnie maksymalizowanie zysków. Argumenty za prywatyzacją, mówiące, że prywatne podmioty gospodarują lepiej niż państwowe, to często zwykła zasłona dymna mająca ukryć zakusy bogatych na lokalny rynek. Wybrzeże Kości Słoniowej zgodnie z podpowiedziami MFW sprywatyzowało państwowego operatora telekomunikacyjnego w taki sposób, że… sprzedało go France Telecom, państwowemu operatorowi z Francji. Ten na raczkującym rynku szybko zdobył pozycję monopolisty i znacznie podwyższył ceny, co skończyło się m.in. w taki sposób, że studenci na uniwersytetach przestali korzystać z Internetu. Notabene rząd francuski miał czynny udział w wykluczaniu amerykańskiej konkurencji z tamtego rynku – jak widać współczesna kolonizacja to nie tylko walka z krajowymi podmiotami, lecz także zacięta rywalizacja między kolonizatorami.

Prawdziwe eldorado zachodnie firmy miały po prywatyzacji systemu emerytalnego w Chile. W latach 1981–2008 AFP (tamtejsze OFE) pobrały w formie opłat, bagatela, 1/3 wszystkich składek, jakie do nich wpłynęły, co oznacza, że tylko na tym ruchu zarobiły 20 mld dolarów. Oprócz tego niemal połowa pozostałych składek była inwestowana w wielkie korporacje działające na terenie Chile, a kolejne kilkanaście procent – za granicą, w czołowe instytucje finansowe. Sami Chilijczycy mieli z tego niewiele – w 2010 r. aż 1/3 emerytów musiała pobierać dodatkowe świadczenia od państwa, gdyż AFP nie zdołały odłożyć im środków wystarczających przynajmniej na minimalną emeryturę. Doskonałym przykładem symbiozy między działającymi na danym rynku zachodnimi firmami była historia liberalizacji sektora bankowego w Argentynie. Został on przejęty przez zagraniczny kapitał, który następnie zupełnie nie miał ochoty pożyczać pieniędzy lokalnym firmom, kredytując głównie międzynarodowe korporacje działające na tamtejszym rynku. Sektor małych i średnich przedsiębiorstw został odcięty od kapitału i wpadł w tarapaty.

Doskonałym przykładem gospodarczej kolonizacji, skupiającym w sobie niemal wszystkie omawiane zjawiska, jest Boliwia. Ten niewielki kraj Ameryki Południowej zmuszony był pod koniec lat 80. starać się o restrukturyzację długu w Klubie Paryskim, w zamian za co MFW zaserwował mu „terapię szokową” (co brzmi znajomo). Jednym z architektów tego planu był… dobrze znany w Polsce Jeffrey Sachs. Plan zakładał standardowy zestaw „uniwersalnych” postulatów: pełne otwarcie granic na import i wolny handel, nagłe zniesienie kontroli cen, zamrożenie płac oraz restrukturyzację państwowych firm z myślą o ich prywatyzacji. Według planów otwarcie na wolny handel miało stworzyć wiele nowych miejsc pracy dla bezrobotnych po restrukturyzacjach krajowych firm – a skończyło się 30-procentowym bezrobociem. Zamrożenie płac przy jednoczesnym uwolnieniu cen skutkowało drastycznym spadkiem siły nabywczej, która w pewnym momencie obniżyła się aż o 70 proc., po dwóch latach wciąż była niższa o 40 proc., a w XXI wieku wciąż nie odzyskała dawnego poziomu. Inflacja, która miała zostać błyskawicznie zlikwidowana, spadła poniżej 10 procent dopiero pod dwóch latach. Te wszystkie zjawiska doprowadziły do ogromnych niepokojów społecznych oraz demonstracji tłumionych za pomocą gazu łzawiącego i strzelania do protestujących. Zgodnie z planem przystąpiono także do prywatyzacji – po sprzedaży sieci wodociągów amerykańskiej spółce Bechtel ceny skoczyły trzykrotnie, co skończyło się kolejnymi rozruchami i renacjonalizacją. Do zmonopolizowania wydobycia gazu przez amerykańskie korporacje już nie doszło, ale tylko dlatego, że wcześniej wybuchły protesty. Zgodnie z radami Banku Światowego sprywatyzowano także system emerytalny, co w efekcie generowało co roku ogromny dług publiczny – 90 proc. corocznego deficytu budżetowego było spowodowane ubytkiem składek, przy ciągłej konieczności wypłacania emerytur według starego systemu. Głównymi beneficjentami „nowego systemu” były dwa zagraniczne banki, które nim zarządzały – hiszpański BBVA oraz szwajcarski Zurich Financial Services AG. Drastycznie negatywny wpływ prywatyzacji emerytur na państwowy budżet spowodował, że także ten pomysł został zarzucony i w 2010 r. lewicowy rząd Evo Moralesa doprowadził do renacjonalizacji emerytur. Jakby tego wszystkiego było mało, Boliwia zobaczyła również, co znaczy kształtowanie warunków wymiany zgodnie z interesem silniejszego. Kraj otworzył się na wolny handel, zmniejszając stawki importowe poniżej poziomu USA i dodatkowo współpracując ze Stanami Zjednoczonymi w likwidacji upraw koki. W odpowiedzi USA zamknęły rynek na niektóre produkty rolne, które Boliwijczycy zamierzali tam eksportować, np. cukier.

Podobnie sprawy miały się w Burundi, które również w latach 80. przeszło „restrukturyzację” pod dyktando wolnorynkowego uniwersalizmu. Krajobraz po tej reformie wyglądał niezwykle znajomo. W krajowych rękach zostały przede wszystkim niewielkie zakłady rzemieślnicze, natomiast większe (a wbrew pozorom były takie) trafiły w ręce zagraniczne. Identycznie wyglądał podział podmiotów handlowych – wszystkie większe sklepy czy supermarkety były własnością kapitału zagranicznego, natomiast rodzimi przedsiębiorcy dysponowali jedynie małymi sklepikami lub handlem bazarowym. W ręce zagraniczne trafiły najbardziej dochodowe i strategiczne branże – telekomunikację oraz dostawy internetu przejął, a jakże, France Telecom z cenami wyższymi nawet od tych we Francji. Również we francuskie ręce trafiła sieć elektryczna. Poza bankiem centralnym nie istniały rodzime banki – funkcjonowały za to filie zagranicznych, które nie tylko niechętnie kredytowały lokalnych przedsiębiorców, lecz także dyktowały mało korzystne warunki (uzyskanie kredytu bardzo ułatwiało np. posiadanie białego wspólnika). Utrwaliła się również niekorzystna struktura handlu zagranicznego – importowano gotowe wyroby, natomiast eksportowano produkty rolne, spożywcze i bawełnę. Nastąpiło także rozwieranie się nożyc między cenami produktów eksportowanych a importowanych – na niekorzyść tych pierwszych. Te niekorzystne warunki wymiany spowodowały oczywiście bardzo duży jak na możliwości Burundi deficyt na rachunku bieżącym (w 2004 r. było to 100 mln dolarów). Co więcej, importowane produkty przemysłowe były droższe niż w Europie, choć lokalna siła nabywcza była bez porównania niższa. Afrykanie byli także mocno poszkodowani w kwestiach płac – zatrudnieni w zagranicznych przedsiębiorstwach wysoko wykwalifikowani obywatele Burundi zarabiali nawet 30–40 razy mniej niż ich zagraniczni koledzy z pracy.

Skolonizowana Rzeczpospolita

Nasza transformacja przypadła na nieszczęśliwy okres reaganizmu-thatcheryzmu, który notabene trwa do dziś, jednak właśnie w latach 80. i 90. (wtedy już raczej w postaci clintonizmu-blairyzmu) miał swoje apogeum. Wolnorynkowa rewolucja znacznie ułatwiła silnym kapitałowo krajom zdobywanie kontroli nad państwami słabiej rozwiniętymi, tym bardziej jeśli przechodziły akurat spore kłopoty. Podobnie jak Boliwia musieliśmy negocjować spłatę kredytów z Klubem Paryskim (a także Londyńskim) i także do nas przyjechał Jeffrey Sachs, by stworzyć zręby planu, który miał być warunkiem otrzymania redukcji zadłużenia. Przy wdrażaniu planu nas również pilnował (oficjalnie: doradzał) Bank Światowy, który suflował wiele gotowych rozwiązań. Co więcej, przechodziliśmy problemy podobne do boliwijskich (wysoka inflacja) i w Polsce także miały one zostać rozwiązane bardzo szybko dzięki terapii szokowej, oczywiście w dużej mierze zgodnej z Konsensusem Waszyngtońskim. Trzeba też przyznać, że pierwszy warunek neokolonizacji według Chomsky’ego (istnienie w kolonizowanym kraju ignoranckich i niekompetentnych elit) został doskonale spełniony – mało kto z naszych decydentów rozumiał to, co proponował im Sachs.

Przygotowano Polsce dosyć typowy zestaw zaleceń, bez przejmowania się, czy jest on dostosowany do krajowych realiów i potrzeb. Program zawierał: otwarcie na wolny handel poprzez likwidację wszelkich pozwoleń na eksport i import oraz wprowadzenie dość niskiego podatku importowego (20 proc. wartości), zniesienie wszelkich dopłat dla przedsiębiorstw z budżetu państwa, likwidację preferencyjnych kredytów z banku centralnego, znaczne podniesienie oprocentowania kredytów (także tych już zaciągniętych) powyżej inflacji, likwidację kontroli cen przy jednoczesnym ograniczeniu wzrostu płac przez specjalny podatek od zbyt wysokich wynagrodzeń (tzw. popiwek), wprowadzenie wymienialności złotego przy jego silnej dewaluacji, a także – możliwie szybką prywatyzację. Była to więc polityka zupełnie oderwana od struktury polskiej gospodarki. Skoro wiedziano, że polskie przedsiębiorstwa nie są przystosowane do konkurencji rynkowej, gdyż przez lata funkcjonowały w zupełnie innym modelu gospodarczym, należało wprowadzić elementy protekcjonizmu w postaci substytucji importu, by dać im czas na dostosowanie. Tymczasem polską gospodarkę otwarto tak szeroko, że Polska zaczęła być nazywana „Hongkongiem Europy”. W obliczu słabości kapitałowej polskich firm należało uruchomić państwowy program nisko oprocentowanych kredytów, dzięki którym przedsiębiorstwa te mogłyby pozyskiwać fundusze na działalność. Drastycznie ograniczono jednak możliwości czerpania kapitału z tego źródła, zwiększając ponadto oprocentowanie pożyczek już zaciągniętych, a w efekcie przez nasz odcięty od finansowania sektor przedsiębiorstw przeszła fala bankructw. Dodatkowo, wiedząc o tym, że wartość większości polskich zakładów jest mocno niedoszacowana z powodu dewaluacji złotówki, należało odłożyć w czasie plany prywatyzacyjne i poczekać, aż sytuacja się unormuje. Tymczasem szybkie rozpoczęcie prywatyzacji było integralną częścią planu, w związku z czym wiele przedsiębiorstw sprzedano niemal za bezcen.

Efekty gospodarczo-społeczne polskiej terapii szokowej były zatrważające. PKB Polski w latach 1991–1992 spadł o ok. 25%, a realny spadek płac do roku 1993 wyniósł ok. 30%. O ile w roku 1989 poniżej minimum egzystencji żyło ok. 16% naszych rodaków, o tyle już w 1993 było ich ok. 40%. Roczna inflacja w roku 1990 wyniosła 600%, choć miała wynosić kilka, a wskaźnik jednocyfrowy udało się osiągnąć dopiero w 1999 r.

Jeśli polska transformacja była przeprowadzana w czyimś interesie, to na pewno nie był to interes polskiej gospodarki. Dowodzi tego długa lista firm, które upadły, choć wcale nie musiały. Warszawski zakład CEMI, produkujący układy scalone, diody i tranzystory, zatrudniał ok. 8 tysięcy pracowników i był największym tego typu przedsiębiorstwem w naszym rejonie Europy. Zbankrutował m.in. w wyniku nagłego zwiększenia wartości marży kredytu i dumpingowej konkurencji. Słynne Zakłady Radiowe im. Kasprzaka, produkujące wysokiej klasy magnetofony i zatrudniające 6 tysięcy pracowników, zbankrutowały z podobnych powodów, czym pociągnęły ze sobą na dno dwie współpracujące z nimi firmy, Muflex i Cemat. Upadła także kolejna fabryka magnetofonów, tym razem z Lubartowa – produkowała sprzęt odporny na wstrząsy, wykorzystywany m.in. przez wojsko. Kolejna słynna firma, czyli Zakłady Telewizyjne Elemis, również ucierpiała w wyniku wzrostu wartości kredytu, a także odcięcia od finansowania, pomimo perspektywy wielkiego kontraktu na 100 tysięcy odbiorników. Dobiła ją zagraniczna konkurencja ze strony Philipsa i Thompsona, którym… udzielono ulg podatkowych. Terapii szokowej nie wytrzymał również ZOPAN, produkujący aparaturę pomiarową, a także wiele innych firm, takich jak Telpod czy Fonica.

Wspomniane wyżej bankructwa były w interesie napływającego z zagranicy kapitału, któremu znikała konkurencja. Można ją było jeszcze ewentualnie rozbroić za pomocą „wrogiego przejęcia”. Sztandarowe przykłady takiego działania to poczynania Siemensa. Kupił on zakłady telefoniczne ZWUT, które wcześniej praktycznie zmonopolizowały produkcję i konserwację telefonów w Polsce i ZSRR i zatrudniały ok. 4000 pracowników. Niemcy wręczyli wypowiedzenia pracownikom, a następnie… zburzyli wszystkie budynki. Dokładnie taką samą strategię Siemens obrał w przypadku Zakładu Komputerowego Elwro z Wrocławia, tym razem jednak ocalał jeden budynek, w którym pozostawiono marginalną produkcję przewodów. Nie ostały się również Dzierżoniowskie Zakłady Radiowe pomimo wcześniejszych sporych inwestycji w linie produkcyjne. Po prywatyzacji zakłady te „odchudzono” o… 90%. Inną strategię przyjął szwedzko-szwajcarski koncern Asea Brown Boveri Ltd. W kolejnych kupowanych przez siebie firmach elektronicznych zamieniał produkcję gotowych wyrobów na wytwarzanie elementów do nich. Tak postąpił w przypadku warszawskiego Megatexu, wrocławskiego Dolmetu oraz łódzkiej Elty.

Te działania spowodowały, że w zaledwie 5 lat zupełnie rozbrojono polski przemysł. Zatrudnienie w zakładach wysokiej techniki spadło o 50%, czyli o ok. 200 tysięcy pracowników. Produkcja aparatury informatycznej zmalała o 26%, optycznej o 36,5%, maszyn i urządzeń energetycznych o 45%, a urządzeń elektronicznych aż o 66,5%. W porównaniu z 1989 rokiem w 1994 produkowaliśmy już tylko niecałe 7% tranzystorów, 0,6% (!) układów scalonych, 12% silników przemysłowych, 5% kombajnów zbożowych, 20% aparatury rozdzielczej i zabezpieczeniowej wysokiego i niskiego napięcia, 12% odbiorników radiowych oraz 6% żurawi i 25% suwnic. Drastycznie za to wzrósł import towarów z zagranicy. Jego udział w krajowej podaży sprzętu automatyki przemysłowej skoczył z 28,4% w 1991 r. do 74,1% w roku 1993. Ten sam wskaźnik dla maszyn przemysłu spożywczego wzrósł z 24,5 do 87,6%, dla narzędzi z 29,6 do 57,8%, dla obrabiarek z 40,3 do 71,4%, a dla maszyn i urządzeń elektroenergetycznych z zaledwie 9,3 do 41%.

Kolejnym polem, na którym podmioty zagraniczne podporządkowały sobie nadwiślańską gospodarkę, była tradycyjna prywatyzacja. Również ona została przeprowadzona zgodnie ze schematem opisanym przez Chomsky’ego, czyli po zdecydowanie niedoszacowanych cenach. Zakłady Papierowe w Kwidzynie były przedsiębiorstwem wyjątkowo nowoczesnym. Jeszcze pod koniec lat 70. za ok. 400 mln dolarów zakupiono sprzęt z Kanady, a drugie tyle warte było uzbrojenie ziemi i rozbudowanie infrastruktury. Tymczasem Amerykanie z International Paper Group w roku 1990 kupili 80% akcji za zaledwie 120 milionów dolarów. Co gorsza, suma zwolnień podatkowych, które w zamian za to uzyskali, wyniosła w sumie… 142 miliony dolarów. Inaczej mówiąc, dopłaciliśmy Amerykanom za to, że wzięli od nas całkiem nowoczesną fabrykę. Dwa lata później prezes International Paper chwalił się w amerykańskiej prasie, że takiej transakcji nie dałby rady zawrzeć pod żadną inną szerokością geograficzną na świecie. Największym skandalem prywatyzacyjnym była jednak prawdopodobnie sprzedaż Huty Warszawa. Choć wyceniano ją nawet na 3 miliardy dolarów, 51% jej akcji zostało sprzedanych włoskiemu Lucchini za… niecałe 34 miliony. Sam grunt do tej transakcji został wyceniony po cenie 38,5 tysiąca złotych za metr kwadratowy, choć ceny rynkowe ziemi w Warszawie wahały się w tamtym okresie między 320 a 900 tysięcy zł. Również inne polskie huty sprzedano za bardzo niskie kwoty. W 2003 roku 62% akcji Polskich Hut Stali, obejmujących 4 wielkie huty, zostało zakupionych przez Mittal Steel Company za 1,43 miliarda złotych, co stanowiło ledwie 48% zysku wypracowanego przez sprywatyzowaną grupę już w pierwszym roku po jej sprzedaży. Na tej transakcji raport NIK nie zostawił suchej nitki, stwierdzając w protokole pokontrolnym, że jej wartość została zaniżona o 2 miliardy złotych.

Następne etapy modelu opisanego przez Noama Chomsky’ego, czyli zdobycie kontroli nad najbardziej zyskownymi obszarami gospodarki oraz sektorem bankowym, zostały zrealizowane z podobną gorliwością. Jeszcze na początku 1993 r. tylko 10 banków należało do podmiotów zagranicznych, jednak dość szybko zmieniło się to przy czynnym współudziale polskich elit, które zupełnie nie doceniły wagi i wartości polskiego sektora bankowego. Wielkopolski Bank Kredytowy, obecnie BZ WBK, został sprzedany Europejskiemu Bankowi Odbudowy i Rozwoju, który miał zostać inwestorem strategicznym, jednak po niedługim czasie sprzedał wszystkie swoje akcje irlandzkiemu AIB z… sześciokrotnym przebiciem. To i tak lepiej niż Bank Śląski, którego dużą część sprzedano holenderskiemu ING, wyceniając jedną akcję na 500 tysięcy złotych. Tymczasem już po pierwszym notowaniu giełdowym cena ta wzrosła… 13,5-krotnie. Po tym skandalu do dymisji podał się minister finansów Marek Borowski, a NIK przeprowadziła kontrolę, w wyniku której dopatrzyła się znamion przestępstwa oraz wykazała zaniżenie kapitału banku przed prywatyzacją o ponad bilion starych złotych. Nie przeszkodziło to jednak Holendrom w zakupie kolejnych akcji, w związku z czym w 1996 r. w niezwykle oszczędny sposób stali się większościowym udziałowcem jednej z najzdrowszych i najbardziej nowoczesnych instytucji finansowych III RP. Zgodna polityka polskich decydentów i dysponentów zagranicznego kapitału skończyła się tak, że w 2011 r. zagranicznych banków już było ok. 60, a polskich zaledwie kilka.

W ręce zagraniczne oddano również polski sektor telekomunikacyjny, który prywatyzowano na takich zasadach, że nasi państwowi operatorzy trafiali w ręce… państwowych operatorów z innych krajów. Tak się stało zarówno z Telekomunikacją Polską, którą kupił, wspominany już przy okazji opisywania neokolonizacji Afryki, France Telecom, jak i z Polską Telefonią Cyfrową, która trafiła do niemieckiego T-Mobile. Natomiast w sektorze handlu wielkopowierzchniowego zagraniczny kapitał nie musiał nawet nic przejmować – wystarczyło, że wszedł na dziewiczy rynek i błyskawicznie zdobył pozycję dominującą. W 2011 r. istniały w Polsce 732 hipermarkety i dyskonty zagraniczne (a ich liczba od tamtego czasu znacznie wzrosła), z czego samo Tesco miało 370 sklepów.

Wisienką na torcie kolonizacji polskiej gospodarki była prywatyzacja systemu emerytalnego. Jednym z głównych warunków redukcji zadłużenia Polski w pierwszych latach transformacji było właśnie przeprowadzenie tej operacji, czego dopilnować miał Bank Światowy, wspierający proces oddłużenia. System OFE został więc de facto wprost polecony nam przez zagranicznych wierzycieli, którzy wcześniej kredytowali działalność władzy PRL. W pewnym momencie doszło nawet do tego, że gdy odpowiedzialny za reformę emerytalną minister pracy Leszek Miller nie wykazywał wystarczającego entuzjazmu wobec proponowanych zmian, został zastąpiony w wykonywaniu tego zadania przez ministra finansów Grzegorza Kołodkę, który do prywatyzacji emerytur aż się palił. Inaczej mówiąc, niechętny propozycjom Banku Światowego minister został zastąpiony innym, dużo bardziej przychylnym. Dodatkowo rozpętano wielką medialną akcję propagandową, która miała nie tylko skłonić Polaków do korzystania z usług OFE, lecz także zniechęcić ich do publicznego systemu. Do teraz przynosi to negatywny skutek w postaci nagminnego omijania płacenia składek przez naszych rodaków. Akcja ta była modelowym przykładem przedmiotowego potraktowania zarówno instytucji suwerennego państwa, jak i całego społeczeństwa. Zgodnie z planem w 1999 r. dokonano w naszym kraju częściowej prywatyzacji systemu emerytalnego poprzez oddanie części składki otwartym funduszom emerytalnym. Inaczej mówiąc, przekazaliśmy część publicznych pieniędzy prywatnym funduszom inwestycyjnym, by mogły nimi obracać na rynkach kapitałowych. Były to w zdecydowanej większości podmioty o kapitale zagranicznym – w 2013 r. wszystkie zagraniczne OFE miały w rękach niemal 80% rynku. Zarządzanie składkami emerytalnymi to wyjątkowo lukratywny biznes – w latach 1999–2013 z tytułu należnych im opłat OFE pobrały dla siebie 19 mld zł. Niestety, dla budżetu państwa i systemu ubezpieczeń społecznych był to silny cios – ilość środków w systemie emerytalnym wyraźnie spadła, a emerytury na starych zasadach wciąż należy wypłacać. W związku z tym w okresie 1999–2012 tylko z powodu wprowadzenia OFE dług publiczny wzrósł o 280 mld zł. Oznacza to, że połowa przyrostu długu publicznego w tym okresie była spowodowana wprowadzeniem tego systemu. Ogromny wyciek publicznych środków z systemu ubezpieczeń społecznych, który zaistniał w związku z wprowadzeniem OFE, oraz wcześniejsza akcja obrzydzania obywatelom ZUS spowodowały powstanie wielkiej dziury w systemie. Rządzący postanowili ją załatać, podnosząc wiek emerytalny. Rozwiązanie to wzbudziło wielki opór społeczny i ponad 2 mln obywateli podpisały się pod wnioskiem o referendum w tej sprawie, został on jednak odrzucony. Inaczej mówiąc, rząd wolał wyrzucić do kosza opinię 2 milionów Polaków, niż złamać słowo dane zagranicznym instytucjom finansowym i zlikwidować system OFE.

Z perspektywy czasu możemy już powiedzieć, że operacja neokolonizacji Polski się udała. Wśród 100 największych przedsiębiorstw działających w naszym kraju w 2011 r. zaledwie 17 było polskich. Udział polskiego kapitału w sektorze bankowym dopiero po zakupie Nordei przez PKO BP w drugiej połowie 2014 r. sięgnął około 40%, a więc kapitał zagraniczny posiada aż ok. 60% tego sektora – w krajach Zachodu nawet odwrotna relacja byłaby wystarczającym argumentem, żeby bić na alarm. Ta sytuacja na szczęście może się trochę zmienić na lepsze w obliczu planowanego kupna Alior Banku przez PZU. Przez podmioty zagraniczne zdominowane zostały także pozostałe najbardziej zyskowne branże, czyli telekomunikacja oraz masowy handel detaliczny. W sektorze telekomunikacyjnym kapitał zagraniczny ma ok. 70% udziałów w rynku. Jeśli chodzi o handel, to podmioty zagraniczne posiadają zaledwie 4% wszystkich sklepów, ale przy tym aż 28% całej powierzchni handlowej – różnica ta wynika z faktu, że zdominowały one sektor sklepów wielkopowierzchniowych, a ten odpowiada już w Polsce za ponad 50% całego handlu detalicznego. Dodatkowo po rozbrojeniu naszego rodzimego przemysłu staliśmy się nisko kosztową montownią dla zagranicznych przedsiębiorstw, co odbija się na płacach. Odsetek płac w PKB Polski wynosi ledwie 46%, przy średniej UE 56%. Oznacza to, że przewaga dochodów z kapitału nad dochodami z pracy jest w naszym kraju niemal najwyższa w UE.

Jak widać, czasy kolonialne nie odeszły wcale do lamusa i mają się znakomicie. Różnica jest taka, że obecnie kolonializm nie polega już na podboju militarnym, lecz na podporządkowaniu gospodarczym. Widać też wyraźnie, że zostaliśmy mu poddani w sposób dość typowy. Ktoś może powiedzieć, że przecież przez ostatnie 25 lat niemal nieustannie się rozwijaliśmy. I tu nie ma sprzeczności – współcześni kolonizatorzy nie niszczą kontrolowanych krajów, lecz je wyzyskują. Stabilny wyzysk musi iść w parze z jakimś rozwojem – w końcu zarobić można przede wszystkim na wartości dodanej, a tej służy osiąganie pewnego wzrostu. Jest to jednak wzrost mocno ograniczony rentą kolonialną oraz interesem światowych hegemonów dzierżących przewagę kapitałową, dla których niewygodny byłby zbyt wielki sukces gospodarczy kontrolowanych terytoriów, gdyż mogłyby wtedy wybić się na niezależność. Jeśli chcemy się w końcu naprawdę rozwijać na miarę naszych możliwości, musimy zrzucić z siebie ciężar gospodarczej zależności.

Niełatwo być biednym

Finansjeryzacja peryferii

Co łączy wprowadzenie systemu OFE oraz kupno PKP Energetyka przez fundusz CVC? Oba wydarzenia to najbardziej symboliczne operacje wejścia na nasz rynek międzynarodowych podmiotów finansowych. Z tego punktu widzenia sprzedaż tej energetycznej spółki jest wydarzeniem przełomowym – dokładnie tak samo jak prywatyzacja naszych emerytur pod koniec XX wieku. I równie niebezpiecznym.

Peryferyjność gospodarek naszego regionu ma jedną niezaprzeczalną zaletę – ominęła nas głęboka finansjeryzacja, która rozpoczęła się w gospodarkach Zachodu już w drugiej połowie lat 70., a w latach 80. nabrała znacznego przyspieszenia. Finansjeryzacja z grubsza oznacza postępujące „puchnięcie” sektora finansowego zarówno w stosunku do całej gospodarki, jak i w liczbach bezwzględnych. Sektor finansowy odrywa się wtedy od realnego życia gospodarczego, czyli wyceny aktywów finansowych nie odzwierciedlają wartości, którą rzekomo aktywa te reprezentują w świecie rzeczywistym. Przestaje on wtedy pełnić swą funkcję platformy dostarczającej kapitału podmiotom gospodarczym, a zaczyna być wehikułem, za pomocą którego dysponujące wystarczającą ilością środków i informacji elity finansowe osiągają niebotyczne zyski. W latach 80. udział usług finansowych w PKB USA wynosił ok. 5%, a 20 lat później już ok. 8,5%. Jednak udział zysków instytucji finansowych notowanych w USA w I dekadzie XXI wieku wzrósł od lat 80. dużo bardziej (ponad trzykrotnie) i wynosił ok. 35% wszystkich zysków generowanych przez podmioty gospodarcze. Jak widać, zyski te były zupełnie nieproporcjonalne do wartości dodanej, którą te instytucje dawały gospodarce (35% udziału we wszystkich zyskach przy 8,5% udziału w PKB).

Postępująca od lat 80. liberalizacja sektora finansowego oraz większe otwarcie na przepływy kapitałowe granic większości państw świata spowodowały inflację aktywów finansowych, czyli gwałtowny wzrost ich wartości. Ma to dwie bardzo negatywne konsekwencje – i nie mówię o tym, że umożliwiło absurdalne wręcz bogacenie się dosyć wąskiej grupie osób, które czynią to de facto nie kalając się pracą i nie przynosząc żadnej korzyści społeczeństwu. Można by to jeszcze jakoś przeboleć, chociaż niewątpliwie to bardzo demoralizujące. Przede wszystkim przynosi to jednak negatywne skutki wszystkim pozostałym, którzy chcą się bogacić normalnym wysiłkiem, a nie spekulacją.

Po pierwsze fakt, że sektor finansowy tak wiele „waży” w stosunku do całej gospodarki, znacznie ją destabilizuje. Kapitał pozbawiony barier oraz regulacji jest niezwykle labilny i chimeryczny, a następujące często zmiany kierunku jego strumienia co rusz powodują załamania koniunktury w różnych częściach globu. Cierpią na nich wcale nie ci zarabiający krocie, lecz ta reszta, która wciąż woli parać się konkretnym fachem. Nic więc dziwnego, że od początku lat 80. przez świat przetoczyła się fala kryzysów: od Ameryki Łacińskiej aż po Azję, a zwieńczeniem tej serii jest jak na razie kryzys, który rozpoczął się w USA w 2007 roku.

Po drugie, firmy wykupywane przez sektor finansowy, a działające w jak najbardziej realnej gospodarce, stają się zakładnikami nowych udziałowców. Niespecjalnie interesuje ich działalność w długim terminie, za to oczekują jak największych zysków w jak najkrótszym czasie. Postawione przed takim dictum zarządy, dodatkowo zmotywowane perspektywą udziału w tych zyskach, zaczynają prowadzić politykę ich maksymalizacji w krótkim terminie. Bez oglądania się na to, że cierpi dobro interesariuszy firmy, czyli np. pracowników (cięcia płac, zwolnienia), lokalnych dostawców (dyktowanie niskich cen) czy klientów (zamykanie mniej rentownych gałęzi działalności).

Peryferyjne kraje naszego regionu ominęła inflacja aktywów finansowych, gdyż w czasach epicentrum liberalizacji sektora finansowego (lata 80. i 90.) najpierw były one poza systemem gospodarek rynkowych, a później ich gospodarki rynkowe dopiero raczkowały. Poza tym niewątpliwie dużą zasługę odegrały tutaj wprowadzone w naszym kraju rozsądne regulacje oraz działalność Komisji Nadzoru Finansowego, która poza pewnymi wpadkami (np. Amber Gold) wykonuje swą pracę całkiem nieźle. Dzięki temu mamy jeden z najzdrowszych systemów bankowych w Europie (chociaż w zbyt dużym stopniu zależny od kapitału zagranicznego), a naszą gospodarkę jak na razie ominęła finansjeryzacja. W 2013 roku suma aktywów krajowego sektora finansowego wyniosła 126% PKB i była na poziomie niższym nawet niż w krajach naszego regionu (Czechy 167%, Węgry 136%). W tym samym roku wskaźnik ten w strefie euro wyniósł, bagatela, 481%. Myli się jednak ten, kto by uznał, że międzynarodowe instytucje finansowe odpuściłyby tak łakomy kąsek, jak mające duży potencjał rynki naszego regionu. Metod wejścia na peryferyjne rynki mają one sporo, a jednym z najbardziej popularnych jest prywatyzacja systemów emerytalnych, która miała miejsce głównie na peryferiach gospodarczego centrum, takich jak Boliwia, Argentyna, Chile, Węgry, Czechy czy wreszcie Polska.

Jednym z głównych warunków redukcji zadłużenia Polski w pierwszych latach transformacji była prywatyzacja systemu emerytalnego, czego dopilnować miał wspierający proces oddłużenia Bank Światowy. Tak więc system OFE de facto został wprost polecony nam przez zagranicznych wierzycieli, którzy wcześniej kredytowali działalność władz PRL. W pewnym momencie doszło nawet do tego, że gdy odpowiedzialny za reformę emerytalną minister pracy Leszek Miller nie wykazywał wystarczającego entuzjazmu dla proponowanych zmian, został zastąpiony w wykonywaniu tego zadania przez ministra finansów Grzegorza Kołodkę, który do prywatyzacji emerytur aż się palił. Inaczej mówiąc, niechętny propozycjom Banku Światowego minister został zastąpiony innym, dużo bardziej przychylnym. Dodatkowo rozpętano wielką akcję medialną, która miała nie tylko skłonić Polaków do korzystania z usług OFE, lecz także zniechęcić ich do publicznego systemu, co do teraz przynosi negatywny skutek w postaci nagminnego omijania płacenia składek przez naszych rodaków. Akcja ta była modelowym przykładem przedmiotowego potraktowania nie tylko instytucji suwerennego państwa, ale też całego społeczeństwa.

Zgodnie z planem, w 1999 roku dokonano w naszym kraju częściowej prywatyzacji systemu emerytalnego przez oddanie części składki otwartym funduszom emerytalnym. Inaczej mówiąc, przekazaliśmy część publicznych pieniędzy prywatnym funduszom inwestycyjnym, by mogły nimi obracać na rynkach kapitałowych. Były to w zdecydowanej większości podmioty o kapitale zagranicznym – w 2013 r. zagraniczne OFE miały w rękach niemal 80% rynku. Zarządzanie składkami emerytalnymi to wyjątkowo lukratywny biznes – w latach 1999-2013 z tytułu należnych im opłat OFE pobrały sobie 19 mld zł. Niestety dla budżetu państwa i systemu ubezpieczeń społecznych był to silny cios – ilość środków w systemie emerytalnym wyraźnie spadła, a emerytury na starych zasadach wciąż należało wypłacać. W związku z tym w okresie 1999-2012 tylko z powodu wprowadzenia OFE dług publiczny wzrósł o 280 mld zł. Oznacza to, że połowa przyrostu długu publicznego w tym okresie była spowodowana wprowadzeniem nowego systemu. Ogromny wyciek publicznych środków z systemu ubezpieczeń społecznych, jaki zaistniał w związku z wprowadzeniem OFE oraz wcześniejsza akcja obrzydzania ZUS, spowodowały, że powstała wielka dziura w systemie, którą rządzący postanowili załatać podnosząc wiek emerytalny. Rozwiązanie to napotkało wielki opór społeczny i ponad 2 mln obywateli podpisało się pod wnioskiem o referendum w tej sprawie, został on jednak odrzucony. Inaczej mówiąc, polska władza wolała wyrzucić do kosza podpisy 2 milionów obywateli, niż złamać słowo dane zagranicznym instytucjom finansowym i zlikwidować system OFE, zamiast podnoszenia wieku emerytalnego. Ostatecznie przygnieciony ciężarem długu polski rząd zdecydował się na częściowy demontaż systemu, jednak wciąż pozostawiał do dyspozycji instytucji finansowych 150 mld zł, które powinny być częścią polskich ubezpieczeń społecznych. A 2,5 miliona Polaków nadal przekazuje im część swojej składki.

Pomimo częściowego odwrócenia skutków reformy, „operacja OFE” niewątpliwie okazała się dla międzynarodowych instytucji finansowych udana. Korzyści z niej już teraz można liczyć w dziesiątkach miliardów złotych, tymczasem dla polskich emerytów mogą one okazać się zupełnie iluzoryczne, gdyż wysokość ich emerytury będzie zależna od koniunktury na rynkach kapitałowych w momencie przechodzenia na nią, a ta bywa zupełnie nieprzewidywalna, szczególnie w czasach globalnej finansjeryzacji. Jeśli przez giełdę przetoczy się akurat krach, to feralni emeryci zostaną z niczym. Doskonale obrazuje to przypadek Chile. W ciągu zaledwie jednego kryzysowego roku 2008 ze sprywatyzowanego chilijskiego systemu emerytalnego wyparowało 60% zysków zakumulowanych przez… 26 lat. Perturbacje na rynkach finansowych doprowadziły do tego, że aż 2/3 chilijskich emerytów musiały pobierać świadczenia od państwa, gdyż AFP (tamtejsze OFE) nie zgromadziły dla nich kapitału wystarczającego nawet na emeryturę minimalną. Jak widać, „oszczędności” zgromadzone w OFE, ulokowane w płynnych papierach czasem wartościowych, są dużo bardziej wirtualne niż zapisy księgowe na subkontach w ZUS.

Kolejną udaną próbą posunięcia polskiej finansjeryzacji do przodu jest kupno PKP Energetyki przez fundusz private equity (inwestujący na niepublicznym rynku kapitałowym) CVC. Kontrowersji związanych z prywatyzacją tej spółki jest mnóstwo (sprzedaż naturalnego monopolu podmiotowi z zagranicy, pozbywanie się spółek związanych z koleją w sytuacji wizji pojawienia się dużych funduszy unijnych w tym obszarze), jednak najbardziej interesujące jest co innego. Sprzedaż ważnej spółki Skarbu Państwa nie inwestorowi strategicznemu, który, chcąc zarabiać na jej działalności, dbałby o jej długoterminowy potencjał, lecz instytucji finansowej, która będzie chciała sprzedać ją z zyskiem, oznacza otwarcie naszych strategicznych obszarów gospodarki na spekulację finansową. Sprzedaż spółki dostarczającej energię funduszowi inwestycyjnemu, który nie kupuje jej, by rozwijać jej funkcjonowanie, lecz aby jak najszybciej zarobić na wzroście jej rynkowej wartości, oznacza, że newralgiczne obszary życia naszego społeczeństwa (komunikacja publiczna i energetyka) przestają być zarezerwowane dla realnych działań, które mają na celu polepszenie ich standardu w długim terminie. Od tego momentu stają się również polem generowania zysków nawet za cenę obniżenia potencjału i jakości, gdyż krótkoterminowym udziałowcom zupełnie nie będzie to przeszkadzać. Niewątpliwie bardzo poszerza to pole działania sektora finansowego, który będzie mógł w Polsce być aktywny zarówno w obszarze ubezpieczeń społecznych, jak i usług publicznych. A to wystawia je na te same zagrożenia, co poddany finansjeryzacji sektor wytwórczy na całym świecie – niezważające na konsekwencje (społeczne i gospodarcze) cięcia kosztów, obniżanie potencjału produkcyjno-usługowego poprzez wyprzedaż majątku czy zamykanie mniej rentownych gałęzi działalności. Mówiąc w skrócie, wpuszczenie sektora finansowego do obszaru usług publicznych oznacza, że standard i powszechność tych usług oraz osiąganie celów społecznych złożymy na ołtarzu krótkoterminowych zysków finansjery. Dla niej polska kolej jest czymś zupełnie abstrakcyjnym i mało interesującym, liczą się za to przede wszystkim salda w księgach, bieżący wynik finansowy oraz kursy akcji.

W interesie światowego sektora finansowego oczywiście leży poszerzanie swego pola działania. Dzięki temu znajduje on nowe możliwości generowania zysków, które zbyt często oderwane są od realnej wartości dodanej. Nasz kraj, którego sektor finansowy wciąż jest stosunkowo niedużych rozmiarów, posiada z tej perspektywy ogromny potencjał rozwojowy. Musimy więc być przygotowani na to, że kolejne obszary naszego życia gospodarczego będą poddawane finansjeryzacji. Niewątpliwie energetyka jest takim obszarem. Oprócz sprzedaży PKP Energetyka bardzo istotnym wydarzeniem na tym polu jest stworzenie przez Towarową Giełdę Energii (należącą do GPW) rynku instrumentów finansowych, mającego ruszyć lada moment. Umożliwi on kupowanie energii na rynku spot, czyli bez jej realnej dostawy. Do tej pory TGE umożliwiało spekulację na energii poprzez „transakcje forward”, czyli zaklepanie sobie danego wolumenu energii po konkretnej cenie i w określonym terminie. Zabezpieczało to kupującego energię przed zbyt dużym wzrostem jej wartości, lecz gdy jej wartość w tym czasie spadła, tracił on, gdyż zgodnie z umową musiał ją kupić po ustalonej cenie. Wszystko kończyło się jednak dostawą zamówionego wolumenu energii, a więc ten swoisty zakład był oparty na jakiejś realnej działalności. Jesienią będzie można zakupić prawa do energii bez jej realnej dostawy. Będzie je można sprzedać lub kupić w najbardziej dogodnym momencie i handlować nimi przez lata, nie odbierając nawet jednej kilowatogodziny. To oczywiście umożliwi podmiotom finansowym zarabianie ogromnych kwot na wahaniach cen na rynku energii, a także spekulacyjne działania, takie jak granie na podwyżki cen poprzez ściąganie z rynku dużych wolumenów, a następnie sprzedaż ich z zyskiem.

Nie ma co się oszukiwać – nasza podpięta pod globalną wymianę gospodarka skazana jest na postępująca finansjeryzację. Jednak wiedząc o tym oraz znając jej zagrożenia, możemy się na to przygotować, chroniąc przed jej wpływem najbardziej newralgiczne obszary życia gospodarczego, takie jak chociażby usługi publiczne. Z tego punktu widzenia decyzję o sprzedaży PKP Energetyka funduszowi spekulacyjnemu należy oceniać jak najgorzej. Jednak ochrony przed finansjeryzacją potrzebują także najważniejsze gałęzie produkcji i nasi narodowi czempioni. Warto pamiętać, że strumienie kapitału przychodzą i odchodzą, a prawdziwe bogactwo i powodzenie może przynieść społeczeństwu jedynie realne wytwórstwo.

Niech jedzą kredyt! Geneza kryzysu finansowego w USA

Szukanie źródeł obecnego kryzysu to nie tylko zabawa intelektualna, dzięki której można zrobić z siebie mędrca post factum. Zrozumienie przyczyn krachu, który bardzo szybko zamienił się w światowe załamanie gospodarcze, jest niezbędne, aby móc trafnie określić recepty na wyjście z ekonomicznego impasu. Impasu, w którym świat znajduje się na dobrą sprawę wcale nie od roku 2008, lecz od lat 70., kiedy zaczął upadać powojenny ład, zapewniający gospodarce stabilny wzrost, a ludziom upowszechnienie dobrobytu. To właśnie odejście od egalitaryzmu pierwszych trzydziestu lat powojennych było krokiem, który następnie w zaskakująco prostej linii doprowadził do obecnych problemów.

Oczywiście, należy z nieufnością podchodzić do zbyt prostych wyjaśnień skomplikowanych zagadnień ekonomicznych, ale trudno lekceważyć bieg wydarzeń, który ewidentnie składa się w kompletną całość. Nawet jeśli poszczególne elementy rekonstrukcji wymagają dostrzeżenia niuansów oraz dodania pewnych szczegółów, to motyw przewodni tej historii wydaje się jednoznaczny. Popuszczenie cugli gospodarce rynkowej w USA doprowadziło szybko do wyjątkowo dotkliwego rozwarstwienia oraz zablokowania możliwości awansu społecznego rzeszom Amerykanów, co zmusiło polityków do znalezienia rozwiązania, które udobruchałoby miliony nowych wykluczonych, patrzących na bogacące się elity. Rozwiązanie to było zgodne z dominującą doktryną reaganizmu-thatcheryzmu, efektem jego wdrożenia stała się zaś kredytowa bańka na rynku nieruchomości oraz jej spektakularne pęknięcie.

Stany zjednoczonych nierówności

USA w powszechnym odczuciu kojarzą się w Polsce, zresztą słusznie, z dobrobytem i wysokim standardem życia. To jednak nie cała prawda o tym kraju, gdzie od lat, oprócz rozwoju gospodarczego, obserwujemy również sporo patologii społecznych, takich chociażby, jak wysoki poziom przestępczości czy nienajlepszy stan zdrowia obywateli. Nic dziwnego – te patologie występują z reguły w krajach mocno rozwarstwionych ekonomicznie, do których USA bez wątpienia należą. Według OECD Factbook 2014, wskaźnik Giniego wynosi tam 0,38 (czyli tyle, ile np. w Indiach) i jest jednym z najwyższych wśród krajów członkowskich tej organizacji (im wyższy wskaźnik, tym większe rozwarstwienie). Wyższy jest on jedynie w Chile i Meksyku, w większości krajów Unii Europejskiej wynosi zaś sporo poniżej 0,3 – np. w Czechach 0,26, a w Danii 0,251. O ile nierówności dochodowe w zasadzie zawsze były tam wyższe niż w Europie Zachodniej, to nie zawsze były aż tak wysokie – ich szybki wzrost nastąpił w połowie lat 70. W latach 1975–2005 płace osób z 90. percentyla (czyli zarabiających więcej niż 90 proc. pozostałej populacji) rosły o 65 proc. szybciej niż płace osób z 10. percentyla. W związku z tym, o ile w 1975 roku 90. percentyl zarabiał przeciętnie 3 razy więcej niż 10., to już w roku 2005 było to aż 5 razy więcej2. Najmniej zarabiające grupy w tym czasie traciły nie tylko w stosunku do najlepiej zarabiających, ale także w stosunku do mediany wynagrodzeń (granica między 50 a 60 percentylem) – w latach 70. straciły one ok. 9 proc., a w latach 70. i 80. po kolejne 10 proc. W rezultacie zarobki względne najniżej zarabiających Amerykanów w połowie lat 90. były o 20 proc. niższe niż w latach 40.

Spadki wynagrodzeń najuboższych grup, następujące od lat 70., miały nie tylko charakter względny (w stosunku do innych płac), ale też bezwzględny, czyli spadały ich wartości wyrażone w walucie. W latach 70. mediana wzrosła o 7 proc., a więc najniższe płace realnie spadły o 2 proc. Jeszcze gorzej było w latach 80. – mediana wynagrodzeń spadła w tamtym czasie o 7 proc., co oznaczało spadek najniższych wynagrodzeń aż o 17 proc. Dla najuboższych Amerykanów trudna była przede wszystkim pierwsza połowa lat 80. czyli czasy reaganomiki – 10. percentyl w 1986 r. zarabiał zaledwie 35 proc. mediany, choć jeszcze 6 lat wcześniej było to 41 proc.3

XXI wiek przyniósł utrzymanie tego trendu – w latach 2000–2010 rozwarstwienie weszło na rekordowy poziom z lat 1910–19204. Kryzys ekonomiczny spowodował jeszcze większe przyspieszenie tego procesu – może się to wydać niewiarygodne, ale w latach 2009–2013 aż 93 proc. przyrostu dochodu narodowego w USA trafiło do najwyższego, setnego percentyla (czyli do najbogatszego 1 proc. Amerykanów). Cała ta sytuacja powoduje oczywiście także ogromne nierówności majątkowe – obecnie 90. percentyl posiada aż 70 proc. całego majątku w USA, czyli prawie trzy razy więcej niż cała tamtejsza klasa średnia, która posiada tegoż majątku około 25 proc.

Powodów tego stanu rzeczy jest wiele. Na pewno na ogromny wzrost nierówności wpływ miała zmiana polityki podatkowej w Ameryce – od lat 70. najwyższa stopa opodatkowania zaczęła stopniowo spadać (oczywiście przyspieszenie nastąpiło w latach 80.) i obecnie wynosi ona 35 proc., choć w latach powojennych było to nawet 91 proc. Zupełna stagnacja dotknęła również płacy minimalnej, co uderzyło w płace realne grup najuboższych. Tradycyjnie słabo rozwinięte są w Stanach Zjednoczonych związki zawodowe, w związku z czym mało kto sprzeciwiał się innemu zjawisku, jakim jest spadek udziału kosztów pracy w wartości produkcji. W ciągu zaledwie 15 lat spadł on o 7 punktów procentowych – z 60 proc. w roku 1970 do 53 proc. w roku 1995. Niewątpliwie duże znaczenie ma tu też tak zwana „premia za college”.

Zarobki w USA są bowiem niezwykle mocno skorelowane z poziomem wykształcenia. Co ważniejsze, zarobki osób bez wyższego wykształcenia od lat spadają. Między połową lat 60. a połową 80. przeciętne płace absolwentów szkół średnich spadły o 3,3 proc., a osób bez średniego wykształcenia aż o 17,1 proc. W 2008 r. mediana wynagrodzeń pracowników ze średnim wykształceniem wynosiła 28 tysięcy dolarów, a tymczasem pracowników z dyplomem licencjata 48 tys. Osoby ze stopniem zawodowym MD lub MBA zarabiały zdecydowanie więcej nawet od pracowników z licencjatem. Z biegiem lat wzrastał także poziom bezrobocia wśród osób bez dyplomu szkoły wyższej, zaś bezrobocie wśród pracowników bez średniego wykształcenia skoczyło z zaledwie 4,5 proc. w roku 1970 do 12,5 proc. w roku 1994. W tym czasie wzrosło ono także wśród absolwentów szkół średnich, choć w tym przypadku już niewiele – z 2 do 3 proc.5

Wydawałoby się, że to coś zupełnie niewinnego – w końcu wystarczy tylko skończyć szkołę wyższą, by zapewnić sobie wysokie zarobki. Problem w tym, że wraz ze wzrastającą w ostatnich latach „premią za college” wzrosły też koszty uzyskania wyższego wykształcenia. Uczelnie wyższe są w USA płatne, więc dobrej jakości edukacja bywa poza zasięgiem nawet dla rodzin z klasy średniej – i to po zwiększeniu pomocy finansowej dla mniej zamożnych studentów. To widać w statystykach – choć „premia za wykształcenie” wzrosła wyraźnie, to nie przybyło osób legitymujących się nim. Stało się tak chociaż liczba tych, którzy próbują je zdobyć, mocno skoczyła do góry – z 44 proc. w 1980 do 61 proc. w 2003 r. – co jest dowodem, że fakt coraz silniejszej korelacji między wykształceniem a zarobkami jest Amerykanom doskonale znany. Ta świadomość nie przekłada się jednak na upowszechnienie wykształcenia, bowiem wielu studentów nie zdobywa dyplomu, bardzo często z przyczyn materialnych. Wśród mężczyzn urodzonych w latach 70. odsetek licencjatów nie wzrósł w porównaniu do mężczyzn urodzonych w latach 40. Od lat 70. podobnej stagnacji ulega upowszechnianie się wykształcenia średniego. Obecnie wśród krajów wysoko rozwiniętych USA są na szarym końcu pod względem odsetka absolwentów szkół średnich i dopiero na 12. miejscu pod względem odsetka absolwentów szkół wyższych, choć kilkadziesiąt lat temu były pod tym względem w ścisłej czołówce. Oczywiście nie zmienia to faktu, że wciąż poziom kształcenia w Stanach Zjednoczonych jest jednym z najwyższych na świecie. Jednak w sytuacji, gdy wysokie zarobki są w zasadzie zarezerwowane głównie dla absolwentów szkół wyższych, znaczne ograniczenie dostępu do nich młodym z mniej zamożnych rodzin musi prowadzić do niezdrowej sytuacji na rynku pracy oraz do zablokowania możliwości awansu społecznego wielu zdolnym i pracowitym osobom, które pokutują za to, że nie miały szczęścia urodzić się w dobrze sytuowanym środowisku.

Kolejną cechą amerykańskiego modelu gospodarczego, która miała niebagatelny wpływ na to, co się stało za oceanem pod koniec pierwszej dekady XXI wieku, jest wyjątkowo słabo rozwinięta sieć zabezpieczeń społecznych, szczególnie w porównaniu z krajami zachodu Europy. Zasiłki dla bezrobotnych nie tylko są niższe niż w krajach „starej” UE, ale też wypłacane są przez dużo krótszy czas – w USA przez pół roku (jak w Polsce), a na zachodzie Europy z reguły przez kilka lat (np. we Francji do trzech lat, w Danii przez dwa). Jedynie 40 proc. bezrobotnych ma prawo do świadczeń, co przy Polsce (15 proc.) wygląda może i hojnie, ale na tle państw Europy Zachodniej wypada raczej ubogo. Olbrzymim problemem jest brak powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, co według europejskich standardów jest nie do pomyślenia. Tracącemu pracę zagląda więc w oczy nie tylko widmo braku środków do życia, ale także konieczności poniesienia wysokich kosztów leczenia, gdyby nie stać go było na opłacenie ubezpieczenia; tym bardziej, że prywatny ubezpieczyciel ma prawo odmówić bezrobotnemu ubezpieczenia w razie nawet niegroźnego schorzenia. Różnicę w wydatkach widać też w przypadku świadczeń emerytalno-rentowych – w 1998 r. USA wydały na ten cel 7 proc. PKB, tymczasem Francja i Niemcy ok. 13 proc., czyli prawie dwa razy więcej. Emerytura w USA wynosiła przeciętnie ledwie 19,3 proc. średniego wynagrodzenia – tymczasem we Francji 58,6, a w Niemczech 37,2 proc. Ogromne różnice w tych kwestiach między UE a USA to nie tylko efekt wydarzeń ostatnich lat. Miały one miejsce w całych powojennych czasach – w latach 1950–1987 wydatki socjalne w USA wyniosły 13,3 proc. PKB, natomiast przeciętnie w UE 20 proc., nie mówiąc o takich krajach jak Szwecja (28,6 proc.) czy Holandia (24 proc.)6.

Wszystko to wpływa na fakt, że bezrobocie, nawet jeśli jest w USA nieco mniejsze niż w krajach zachodu UE (i to też nie we wszystkich), to i tak stanowi dużo większy problem społeczny. Tracący pracę Europejczyk zachowuje prawo do opieki zdrowotnej, często także do mieszkania komunalnego, otrzymuje wysoki zasiłek i wsparcie w znalezieniu pracy. Tymczasem gdy Amerykanin traci pracę, bardzo często traci w zasadzie wszystko, jeśli nie był w stanie wcześniej czegoś odłożyć – a w grupach o niższych dochodach jest to trudne. Sprawia to, że załamania na rynku pracy powodują w USA dużo większe napięcie polityczno-społeczne niż w UE, gdzie decydenci oraz przedsiębiorstwa mają więcej czasu na przemyślaną i spokojną reakcję.

„Socjalizm” kredytowo-bankowy

Taka sytuacja nie mogła trwać w nieskończoność nawet w kraju tak wolnorynkowym jak USA. Ludzie pod każdą szerokością geograficzną potrzebują w pierwszym rzędzie zaspokojenia podstawowych potrzeb: posiadania dachu nad głową, poczucia elementarnej stabilności czy też społecznego uznania – tym bardziej w takim kraju jak USA, gdzie szacunek zdobywa się przede wszystkim przez status ekonomiczny, a brak życiowego sukcesu uznawany jest za osobistą winę przegranego. Można spędzić lata na snuciu opowieści o swobodzie gospodarczej i wolnym rynku, ale gdy przychodzi co do czego, okazuje się, że tej wolności nie da się zjeść, zbudować z niej domu, ani zapewnić z jej pomocą wykształcenia dziecku. Przed takim wyzwaniem stanęli decydenci w USA – okazało się, że całe masy Amerykanów nie tylko, zamiast się bogacić, realnie biednieją, ale również nie mogą zaspokoić podstawowych potrzeb takich jak posiadanie domu, choć są ze wszystkich stron bombardowani obrazami szaleńczej konsumpcji klas wyższych, których bogactwo widać w USA aż za dobrze. Takie poczucie dysonansu wśród rzesz obywateli jest niezwykle sprawnym zapalnikiem bomby społecznej. Tę bombę rozbroić musieli politycy, bo nawet tam, gdzie wpływy rynku wydają się nieograniczone, a państwo ma zasięg tak mały, jak to tylko możliwe – gdy nadchodzą problemy, obywatele (zupełnie słusznie!) domagają się działań od władzy.

Sytuacja stała się jeszcze bardziej napięta, gdy na początku lat 90. nadeszła pierwsza po wojnie recesja, odbicie po której nie przyniosło z powrotem utraconych miejsc pracy – na nie trzeba było czekać aż 23 miesiące, choć zwykle zajmowało to maksymalnie dwa kwartały. W sytuacji, gdy strach przed bezrobociem ma dla jednostek tak kluczowe znaczenie jak w USA, nacisk na polityków stawał się coraz większy. Niestety nie wyszli oni poza schematy typowe dla tego kraju. Poszukali rozwiązania, które w minimalnym stopniu ingeruje w grę rynkową i w żaden sposób nie będzie przypominać formalnej redystrybucji, jaka politycznie w warunkach amerykańskich po prostu by nie przeszła. Jednak rozwiązanie, które znaleźli, nie przypominało Świętego Graala, a wpływ na gospodarkę miało większy niż największy nawet program redystrybucyjno-socjalny, jaki można by wymyślić – i to nie tylko gospodarkę USA, ale także reszty świata.

W sytuacji potrzeby uruchomienia szerokiego programu transferów pieniężnych do potrzebujących grup społecznych, ale w taki sposób, by nie przypominało to ani trochę takiego programu, banki wydają się idealnym pośrednikiem, a kredyt idealnym rozwiązaniem. W końcu ludzie, korzystając z wolności i na własną odpowiedzialność, zaciągają pożyczki, by spełnić swoje potrzeby – któż może im tego zabronić, to zwykła gra rynkowa. Z państwem opiekuńczym nie ma to nic wspólnego. Znaleziono więc sposób, który mógł udobruchać rzesze niezadowolonych obywateli wykluczonych z konsumpcyjnego wyścigu, a przy tym nie narażał na oskarżenia o socjalizm. Teraz tylko należało skłonić instytucje finansowe, by zaczęły udzielać jak najtańszych kredytów ludziom, których nie stać było na zaspokojenie swych potrzeb (głównie mieszkaniowych) w inny sposób. W tym celu trzeba było stworzyć kolejne pozory.

Były nimi formalnie prywatne podmioty, a naprawdę agencje rządowe, Freddie Mac i Fannie Mae. Zwolnione z podatków i szczodrze dotowane przez państwo, instytucje te wykonywały zadania zlecone przez administrację publiczną na rynku kredytów hipotecznych, należały jednak do sektora prywatnego (tam też płynęły ich zyski). Ich zadaniem była interwencja na rynku kredytów hipotecznych poprzez ich skup z banków, dzięki czemu te zdobywały kapitał na kolejne kredyty. W ten sposób rząd, dosypując pieniędzy dwóm agencjom i wydając im odpowiednie dyspozycje, mógł pompować rynek kredytów oraz kreować go, jak i gdzie chciał. Agencje, „podgrzane” naciskami rządowymi, ochoczo zresztą nauczyły się zdobywać kapitał samodzielnie – zakupione kredyty łączyły w pakiety i wypuszczały dłużne papiery wartościowe zabezpieczone właśnie pakietami kredytów, a więc de facto hipotekami na nowych mieszkaniach i domach Amerykanów. Dzięki temu same ściągały pieniądze z rynku i inwestowały je w zakup następnych kredytów.

Kolejne administracje za pomocą instrumentów (także werbalnych) naciskały na banki, by te udzielały więcej kredytów osobom najmniej zarabiającym, a na agencje – by więcej takich kredytów skupowały. Zaczęto podnosić limit aktywów, który agencje musiały przeznaczyć na skup kredytów osób ubogich – w roku 1995 było to 42 proc., w 2000 roku 50 proc., a w 2004 roku już 56 proc. Hojnie dosypywano również pieniędzy, które miały być przeznaczane właśnie na ten cel. W 2000 r. administracja Clintona, która ma zdecydowanie największe zasługi w przeprowadzaniu całej operacji, zmniejszyła do ledwie 3 proc. wysokość zaliczki, która kwalifikowała do udzielenia gwarancji kredytowej przez kolejną rządową agencję FHA. Zaczęto też bardzo restrykcyjnie (pod groźbą kar) egzekwować od banków ustawę CRA z 1977 r., która nakładała na nie obowiązek aktywności kredytowej na terenach zamieszkanych przez ubogich7. W ten sposób napompowano do niewyobrażalnych rozmiarów rynek kredytów subprime, czyli udzielanych osobom o najmniejszej zdolności kredytowej, które tej zdolności w normalnych warunkach wcale by nie miały, a także kredytów Alt-A, czyli podwyższonego ryzyka. Instytucje kredytowe, widząc, że pewne podmioty wykupują masowo kredyty typu subprime i Alt-A, zaczęły ich równie masowo udzielać, gdyż były one dla nich łatwym zarobkiem – widniały w księgach bardzo krótko, w zasadzie niemal natychmiast były sprzedawane Fannie Mae lub Freddie Mac. Nikt się przy tym specjalnie nie przejmował sprawdzaniem klientów – w końcu byli oni tymi klientami tylko przez chwilę. Zaraz potem trafiali do rządowych agencji, a następnie stawali się już zupełnie anonimowi, będąc jedynie częścią pakietu wielu kredytów hipotecznych. Kto by się w takiej sytuacji przejmował życiorysem czy historią kredytową kredytobiorcy?

Efekty tej skoordynowanej akcji były piorunujące. Wartość kredytów subprime kupionych przez rządowe agencje wzrosła z 85 mld dolarów w 1997 r. do 446 mld dolarów w roku 2003. W 2007 r. podmioty te posiadały aż 70 proc. ryzykownych kredytów. W 2008 r. ogólna wartość zarówno kredytów „subprime”, jak i Alt-A, w których skup w jakimś stopniu były zaangażowane Freddie Mac, Fannie Mae oraz FHA, wynosiła… 2,7 bln dolarów. Już w 2003 r. w zasadzie nie było komu pożyczać, więc powstał nowy rodzaj kredytów, NINJA (no income, no job, no assets), czyli kredytów dla osób… bez pracy i dochodu. Jedna trzecia kredytów subprime została udzielona na 100 proc. lub więcej wartości mieszkania i stanowiła 6-krotność rocznego dochodu kredytobiorcy. W 2006 r. jedna piąta wszystkich nowo udzielonych kredytów należała do tej kategorii8. W latach 2002–2005 wzrost liczby kredytów udzielonych na terenach zamieszkanych przez osoby o najniższych dochodach był dwa razy wyższy niż w pozostałych rejonach kraju9. Co jeszcze bardziej zdumiewające, liczba kredytów hipotecznych z tamtego okresu koreluje ze spadkiem dochodów gospodarstw domowych na danym terenie. Rozpętana akcja pożyczkowa, niczym rasowy program socjalny, docierała więc w pierwszym rzędzie do najbardziej potrzebujących. Problem w tym, że nie był to typowy program socjalny, gdyż w przeciwieństwie do tradycyjnego zasiłku, pieniądze te trzeba było oddać. Póki jednak płynęły one strumieniami, nikt się tym nie przejmował.

Tani pieniądz i fajerwerki aktywów

Żeby plan „wypalił” potrzeba było jeszcze jednego elementu – odpowiedniej polityki monetarnej. Rezerwa Federalna, która ją w USA tworzy, ochoczo weszła do gry. W 1996 r. szef Fed, Alan Greenspan, oficjalnie zapowiedział, że nie będzie reagował nawet na widoczne bańki spekulacyjne i utrzyma przez długi czas niskie stopy procentowe, czyli, mówiąc w dużym skrócie, cenę pieniądza, po jakiej zdobywają go banki, by prowadzić akcję kredytową. A tani pieniądz dla banków oczywiście oznacza również relatywnie tańszy kredyt dla konsumentów i firm. Niskie stopy procentowe to po prostu niskie oprocentowanie kredytów, co oczywiście zwiększa na nie popyt, gdyż stają się bardziej atrakcyjne. Niskie stopy procentowe były natomiast niezbędne dla planu kredytowego uwłaszczenia ubogich mas.

Greenspan zupełnie nie przejmował się pęcznieniem bańki spółek internetowych, wstrzymując się od zaostrzenia polityki monetarnej i nie chcąc zatrzymać wzrostu opartego na kredycie. Nie przegapił za to żadnej okazji do obniżenia stóp – tak zrobił chociażby w 1998 r. po ogłoszeniu niewypłacalności przez Rosję, a także w 1999 r. po upadku funduszu hedgingowego Long-Term. Po pęknięciu bańki internetowej w latach 2000–2001, na co spokojnie czekał, na chwilę podniósł stopy do 6,5 proc., jednak do czerwca 2003 r. stopniowo znów je obniżał, aż do historycznie niskiego poziomu 1 proc. Od czerwca 2003 r. polityka Fed minimalnie się zmieniła – rozpoczęto powolne podnoszenie stóp o 25 punktów bazowych (0,25 proc.), jednak skala tych podwyżek była tak nieśmiała, że tylko utwierdziła graczy rynkowych w przekonaniu, że stopy na dłuższą metę wciąż będą niskie. Boom na rynku kredytów wciąż się utrzymywał10.

Niskie stopy przyniosły wiadome rezultaty. Zwiększył się popyt na mieszkania i domy, gdyż dzięki niskim ratom zaczęły one być w zasięgu wielu niezamożnych osób. Pobudziły też podaż – w końcu kredyt był tańszy także dla deweloperów, którzy z większą ochotą zaczęli budować nowe domy. Własność stopniowo się upowszechniała – w 1994 r. 64 proc. gospodarstw domowych miało mieszkanie na własność, a w roku 2004 już niemal 70 proc. Wszystko to oczywiście powodowało znaczny wzrost cen domów, dzięki czemu rzesze Amerykanów wirtualnie się bogaciły, gdyż wartość ich majątków rosła. Co prawda wzrost cen domów oznaczał, że dla kolejnych grup zakup może być coraz bardziej powyżej dochodów, ale w epoce taniego pieniądza i łatwego kredytu nikt nie zaprzątał sobie głowy takimi drobnostkami. Nikogo też nie dziwiło, że wzrost cen domów był wyższy w tych rejonach, w których… niższy był wzrost dochodów. W końcu to najlepszy dowód na to, że plan działa i że upowszechnianie własności wśród niezamożnych grup ruszyło z kopyta.

Boom na rynku nieruchomości, spowodowany, delikatnie mówiąc, łagodną polityką monetarną i dostępnym kredytem, doprowadził do wręcz niewyobrażalnego wzrostu cen nieruchomości. W ciągu zaledwie 10 lat (1997–2006) wzrosły one o 124 proc., choć w tym samym czasie główny indeks giełdowy w USA S&P 500… spadł o 8 proc. W 2005 r. aż połowa amerykańskiego wzrostu gospodarczego została wytworzona na rynku nieruchomości11. Pomimo wystrzelenia w górę cen domów, Fed wciąż nie zamierzał zaostrzać polityki pieniężnej, gdyż inflacja jako taka nie była w tym czasie problemem – ceny towarów i usług kształtowały się na umiarkowanym poziomie, co dodatkowo uśpiło czujność Greenspana i Rezerwy Federalnej.

Opisana sytuacja spowodowała nie tylko wzrost cen domów, ale także niebywały wzrost wartości innych aktywów. Boom na rynku nieruchomości szybko dotarł też do rynku finansowego – oba są zresztą mocno powiązane. Trwała hossa kredytowa związana z rosnącą wartością nieruchomości, dzięki której wartość zabezpieczenia hipoteką rosła – właściciele domów mogli więc otrzymywać refinansowanie swoich wcześniejszych kredytów nowym kredytem na lepszych warunkach. Można było w ten sposób uzyskać nie tylko niższą ratę, ale także dodatkowe pieniądze na konsumpcję. Tak więc, póki ceny nieruchomości rosły, wzrastała również relatywna zamożność ich właścicieli – i uzyskiwano ten stan bez wzrostu dochodów, dzięki czemu uniknięto niewygodnej dla przedsiębiorców presji na wzrost płac.

Popularność refinansowania potrzeb konsumpcyjnych kolejnym kredytem spowodowała też wielki rozwój instrumentów pochodnych, inaczej zwanych derywatami, jak określa się instrumenty finansowe, których wartość oparta jest na innych aktywach. Banki szukały kapitału na dalszą akcję kredytową, chcąc odpowiedzieć na zapotrzebowanie na rynku. Pakowały więc swoje kredyty w pakiety i sprzedawały je np. funduszom inwestycyjnym, dla których przy niskich stopach procentowych były one atrakcyjnym sposobem inwestowania. W ten sposób powstały instrumenty CDO, czyli „skolateralizowane obligacje dłużne” – papiery dłużne zabezpieczone udzielonymi kredytami hipotecznymi.

Wzrost cen domów napędzał, oprócz konsumpcji, także… dalszy wzrost cen domów. Właściciele drożejących nieruchomości mogli je sprzedać i zdobyć kapitał na większe mieszkania, co bardzo wielu czyniło, wzmacniając jeszcze popyt i wzrost cen. Wzrostowi cen nieruchomości sprzyjało również bardzo duże rozwarstwienie, które zawsze pojawia się przy „inflacji aktywów”, czyli przy szybkim wzroście wartości aktywów finansowych i nieruchomości. Wynika to z faktu, że w rozwarstwionych społeczeństwach sporo jest kapitału spekulacyjnego, który inwestuje w droższe dobra nie dlatego, by zaspokoić swe potrzeby, lecz aby powiększyć nadwyżkę finansową, która zalega mu na kontach. W egalitarnym społeczeństwie wzrost cen domów musi powodować stopniowe zmniejszanie się popytu, gdyż stają się one po prostu poza zasięgiem kolejnych grup społecznych, wciąż czekających na zakup swego pierwszego lokum – a to musi ograniczać wzrost cen. W społeczeństwie rozwarstwionym nie funkcjonuje taki mechanizm blokujący powstawanie bańki – zawsze znajdzie się chętny do ulokowania nadwyżki kapitału w nieruchomościach po to, żeby na nich zarobić w sytuacji ich ciągłego drożenia12.

Ważnym wydarzeniem było zniesienie w 1999 r. ustawy Glassa-Steagalla, co pozwoliło bankom na łączenie działalności kredytowo-depozytowej z inwestycyjną. Wciąż rozwijał się rynek obecnych od lat 80. CDO, dla którego lata 90. oznaczały wielki skok, gdyż stopniowa deregulacja sektora finansowego, która w tych latach szybko postępowała, umożliwiła bankom inwestowanie w niedostępne dla nich wcześniej aktywa. Banki coraz chętniej korzystały z tych instrumentów, gdyż zdawały sobie sprawę, że mają sporo kredytów podwyższonego ryzyka. Rozwadniały więc ryzyko, grupując kredyty subprime, NINJA czy Alt-A w taki sposób, żeby były one rozproszone. Dzięki temu bankructwo pojedynczego kredytobiorcy nie uderzyłoby w inwestora, gdyż obligacje wciąż byłby zabezpieczone jeszcze przez inne kredyty, także te wyższej klasy. Kupujący je inwestorzy czasem byli zupełnie nieświadomi ryzyka – w pewnym momencie już nawet sprzedający nie wiedzieli, co dokładnie czai się w sprzedawanych pakietach. Korzystając z nowych możliwości, takich jak podejmowanie działalności ubezpieczeniowej, banki zaczęły też tworzyć nowe instrumenty CDS (Credit Default Swap), które były polisami ubezpieczeniowymi na wypadek, gdyby jednak kredyty zabezpieczające CDO nie były spłacane. A więc CDS-y były instrumentami pochodnymi zabezpieczającymi inne instrumenty pochodne.

Wystarczy tylko zerknąć na te konstrukcje, żeby stwierdzić, że sektor finansowy ogarnęło szaleństwo. O ile jeszcze zasady działania CDS-ów i CDO można dość łatwo zrozumieć, to kolejne wyszukane instrumenty czasem były już nie do końca zrozumiałe nawet dla ich twórców. Skala rozwoju instrumentów pochodnych była niewyobrażalna. O ile w roku 2000 wartość rynku derywatów wynosił, bagatela, ok. 100 bilionów dolarów, to w 2011 r. było to już siedem razy więcej. Obecnie wartość światowego rynku instrumentów pochodnych dziesięciokrotnie przekracza… światowe PKB13.

Ostateczny krach systemu korporacji

W latach 2004–2006 Fed, by zdławić rosnącą inflację, stopniowo podnosił stopy procentowe, które wzrosły aż do 5,25 proc., co utrzymano do lata 2007 r. W związku z tym wzrosła rata kredytów ze zmiennym oprocentowaniem, które stawały się coraz większym ciężarem dla niektórych kredytobiorców. Powoli rosła pula niespłacanych kredytów, a do banków zaczęło docierać, że wiele pożyczek jest nie do odzyskania. Wzrost stóp zmniejszył atrakcyjność kredytów hipotecznych, więc popyt na mieszkania spadł, co wyhamowało wzrost ich cen i stopniowo zaczęło prowadzić do ich spadku. Banki, coraz bardziej świadome prawdziwego stanu swych aktywów, widząc, że zabezpieczenia udzielonych kredytów powoli zmniejszają wartość, ograniczyły akcję kredytową. Spadek dostępności kredytu jeszcze bardziej zmniejszył popyt na nieruchomości, których ceny zaczęły spadać lawinowo. W krótkim czasie spadły one o 33 proc. Osoby, których zdolność kredytowa była uzależniona od wzrostu wartości zabezpieczenia i możliwości refinansowania, przestały spłacać zobowiązania. W lecie 2007 r. niespłacanych było już 16 proc. kredytów „subprime”14.

Głównym problemem banków było to, że znaczną część udzielanych kredytów długoterminowych finansowały one z… zaciąganych kredytów krótkoterminowych. Kredyty krótkoterminowe są bardziej opłacalne, gdyż mają niższe oprocentowanie, wymagają jednak niezakłóconej płynności. W sytuacji gdy tak wielu klientów nie spłaca zobowiązań, regularna spłata kredytów krótkoterminowych musi stać się wyjątkowo trudna. Tak też się stało latem 2007 roku, co widząc, banki dodatkowo przestały udzielać pożyczek sobie nawzajem. Te, które miały szczególnie dużo toksycznych aktywów, typu kredyty „subprime” czy CDO z dużą liczba niespłacanych hipotek, momentalnie wpadły w tarapaty. A że rynki międzybankowe na całym świecie są mocno powiązane, to załamanie odbiło się na instytucjach także spoza USA. W sierpniu 2007 r. francuski BNP Paribas zawiesił wypłaty ze swoich funduszy inwestycyjnych, argumentując to załamaniem na rynku amerykańskich derywatów. We wrześniu brytyjski Northern Rock poprosił o wsparcie Bank Anglii. Ostatecznie został on znacjonalizowany kosztem aż 100 miliardów funtów.

Jednak najbardziej spektakularne rzeczy w początkowym okresie kryzysu działy się oczywiście w USA. W olbrzymie kłopoty popadł słynny Bear Stearns – jeden z największych banków inwestycyjnych w USA. W marcu 2008 r. został on przejęty przez JP Morgan Chase za zaledwie 1,2 mld dolarów, która to suma w przypadku tak wielkiego banku jeszcze rok wcześniej wydawałaby się niepoważna. We wrześniu rząd USA musiał dać gwarancje warte 12 mld dolarów, by uratować agencje Freddie Mac i Fannie Mae, ale z perspektywy przyszłych wydatków na opanowanie kryzysu ta kwota wygląda niczym drobne. Ostatni kwartał 2008 r. to już istna katastrofa dla amerykańskich banków inwestycyjnych, z których większość stanęła na krawędzi upadłości. Upadł Washington Mutual, wielki Merril Lynch został sprzedany Bank of America, a jeden z największych ubezpieczycieli świata, AIG, przetrwał tylko dzięki ogromnemu, wartemu 85 mld dolarów wsparciu ze strony rządu. We wrześniu 2008 r. powstał pierwszy plan ratunkowy – tzw. Plan Paulsona, od nazwiska sekretarza skarbu USA Henry’ego Paulsona – warty gigantyczną kwotę 700 mld dolarów, które zostały przeznaczone na wykup toksycznych aktywów z zagrożonych instytucji finansowych. Niemal drugie tyle (600 mld) obiecał Fed.

W tym czasie krach finansowy zaczął się już przeobrażać w kryzys gospodarczy, gdyż przygniecione coraz trudniej spłacalnymi kredytami osoby fizyczne i spółki zaczęły drastycznie ograniczać wydatki konsumpcyjne i inwestycyjne, co zmniejszyło popyt na rynkach i stłamsiło wzrost gospodarczy15. Kryzys zaczął powoli rozlewać się na cały świat. W październiku stała się rzecz dla wielu niewyobrażalna, do tej pory uznawana za symboliczny początek światowego kryzysu – upadłość ogłosił Lehman Brothers, bank powszechnie uznawany za „zbyt wielki, by upaść”. Parafrazując słowa Joanny Szczepkowskiej, można by rzec: „Panie i Panowie, 15 października 2008 roku skończył się neoliberalizm”.

Tak się robi kryzys

Postępujące rozwarstwienie, wpędzenie w relatywną biedę rzesz obywateli oraz załamanie się mitu American Dream spowodowało nacisk polityczny na władzę, jaki w sytuacji problemów społecznych pojawia się w każdej demokracji, nawet w jej wolnorynkowej odmianie, która pozbyła się większości kompetencji dotyczących polityki społecznej. Kurczowe trzymanie się przekonania, że wszelkie problemy ekonomiczne należy zostawić mechanizmom rynkowym doprowadziło do stworzenia absurdalnej koncepcji programu socjalnego opartego na kredytach udzielanych przez prywatne podmioty. A te, puszczone na żywioł i podgrzane zachętami ze strony administracji, błyskawicznie doprowadziły do stworzenia bańki, która prędzej czy później pęka. Tymczasem można było zrobić to inaczej – zbudować zręby państwowej redystrybucji, stworzyć mechanizmy zmniejszania nierówności oraz zwiększania płac. Byłoby to jednak niezgodne z interesem najbardziej wpływowych grup nacisku oraz z dominującym w USA poglądem na porządek społeczny. Te klapki na oczach amerykańskich elit władzy, nałożone przez doktrynerstwo oraz niezwykłe uzależnienie od elit finansowych, doprowadziły do niezwykle lekkomyślnej polityki fiskalno-walutowej, czego efektem jest kryzys, z którym większość świata zmaga się do dziś.

Z omówionych wyżej wydarzeń możemy jednak wynieść sporo nauk na przyszłość. Po pierwsze, demokratyczne społeczeństwo w trudnych czasach zawsze będzie się domagać od władzy podjęcia realnych kroków, więc lepiej, żeby nie oddawała ona lekkomyślnie swych kompetencji sektorowi prywatnemu, gdyż w momentach przełomowych może ich jej zabraknąć, a w zanadrzu pozostaną tylko działania pozorowane. Po drugie, stabilny rozwój gospodarczy najłatwiej zapewnić możliwie egalitarnym porządkiem społecznym, dzięki któremu potencjalne załamania systemu są dużo mniej prawdopodobne, a ich negatywne efekty mniejsze. Nie jest przypadkiem, że obecny kryzys rozpoczął się w najmniej egalitarnym kraju wysoko rozwiniętym, a państwa najbardziej egalitarne (czyli północna Europa) przechodzą go stosunkowo najlepiej. Szkoda by było, gdybyśmy zmarnowali kolejną okazję do nauki.

Przypisy:

  1. OECD Factbook 2014, http://www.keepeek.com/Digital-Asset-Management/oecd/economics/oecd-factbook-2014/income-inequality-different-summary-inequality-measures-around-2010s_factbook-2014-table55-en#page1
  2. R. Rajan, Linie uskoku, Warszawa 2012, s. 52.
  3. E. Phelps, Płaca za pracę, Warszawa 2013, s. 46–47.
  4. T. Piketty, Krótka historia nierówności, [w:] „Krytyka Polityczna” 39/2015, s. 46.
  5. E. Phelps, Płaca…, s. 48.
  6. H. J. Chang, 23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie, Warszawa 2013, 295–296.
  7. R. Rajan, Linie…, s. 71–74.
  8. R. Skidelsky, Keynes. Powrót mistrza, Warszawa 2012, s. 23.
  9. R. Rajan, Linie…, s. 77.
  10. Tamże, s. 182–192.
  11. R. Skidelsky, Keynes…, s. 23.
  12. J. Toporowski, Dlaczego gospodarka światowa potrzebuje krachu finansowego, Warszawa 2012, s. 149–152.
  13. M. Guzek, Kapitalizm na krawędzi, Warszawa 2014, s. 60.
  14. R. Skidelsky, Keynes…, s. 24.
  15. J. Toporowski, Dlaczego…, s. 177–178.

Zabójcze oszczędności

Sporą naiwnością byłoby widzieć Greków wyłącznie w roli ofiary dramatu. Dlatego, obserwując jednostronne przedstawianie kryzysu greckiego w polskich mediach, dobrze byłoby nie popadać w drugą skrajność i nie tworzyć teorii, według których Bogu ducha winni Grecy zostali znienacka zaatakowani przez bezwzględną Trojkę. Nie ulega wątpliwości, że swoim beztroskim postępowaniem wyraźnie przyczynili się do załamania gospodarki, choć oczywiście nie był to jedyny powód kryzysu. Obecnie głównym problemem jest jednak to, że lekarstwo serwowane przez Komisję Europejską, Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy okazało się gorsze od samej choroby.

Co ciekawe i co wiele mówi o poziomie polskiej debaty publicznej, najczęściej przywoływane przez naszych komentatorów przewinienia Greków są, delikatnie mówiąc, dość wątpliwe. Słynna grecka rozrzutność i wydatki na „rozbuchany socjal” na tle danych makroekonomicznych nie wyglądają już tak jednoznacznie. W 2007 roku (czyli ostatnim przed tamtejszą recesją) ogólne wydatki sektora finansów publicznych wyniosły tam 46,9 proc. PKB, więc nie odstawały wcale od reszty strefy euro, w której wskaźnik ten przeciętnie oscylował na poziomie 45,2 proc. Szczodrość sektora publicznego była w tym okresie dużo większa chociażby we Francji (52,2 proc. PKB) czy Austrii (49,1 proc.), nie mówiąc już o Szwecji czy Danii, które do strefy euro nie należą. Jak widać, nawet wyższy od greckiego poziom wydatków publicznych nie musi prowadzić do katastrofy, a w niektórych krajach północnej Europy jest wręcz fundamentem trwałego rozwoju. Oczywiście te same pieniądze można wydawać rozsądnie lub bezmyślnie – i zapewne na miejscu byłby postulat bardziej skutecznego pożytkowania środków publicznych przez Greków. Jednak polityka oparta na takim postulacie miałaby zupełnie inny charakter niż strategia, którą podpowiadają Grekom zachodnie instytucje, czyli „zaciskanie pasa”.

Kolejnym często przywoływanym zarzutem wobec Greków jest ich rzekome lenistwo. To zarzut bez mała zdumiewający z uwagi na fakt, że Grecy są narodem pracującym niemal najwięcej na świecie. Przeciętny Grek przepracowuje aż 2042 godziny w roku, co daje drugie miejsce wśród krajów OECD. Przy tym wyniku praca statystycznego Niemca wygląda wręcz mizernie (1371 godzin). Oczywiście ktoś mógłby stwierdzić, całkiem słusznie zresztą, że sama liczba godzin pracy niewiele mówi o jej efektach. Jest w tym sporo prawdy – można przecież przesiedzieć w pracy cały dzień i nic w tym czasie nie zrobić. Jednak uznanie za szczególnie leniwego takiego narodu, który pracuje prawie najdłużej spośród państw rozwiniętych, po prostu nie ma sensu. Żeby zupełnie zaprzepaścić taką liczbę godzin pracy, całe społeczeństwo musiałoby permanentnie bimbać, a chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna, że w gospodarce rynkowej, opierającej się w przeważającej mierze na nastawionych na zysk prywatnych firmach, mogłoby uchować się społeczeństwo złożone prawie w całości z nałogowych bumelantów. Grecy nie są rzecz jasna herosami pracy, jednak nazywanie ich leniwymi jest absurdalne.

Słaba efektywność pracy jest bez wątpienia jednym z dwóch głównych zarzutów, które można postawić Grekom. W 2008 r. produktywność grecka wynosiła 22,2 euro na godzinę, czym zdecydowanie odstawała od przeciętnej wartości dla strefy euro (35,9). Wchodzenie do jednego obszaru walutowego przy tak ogromnych różnicach w produktywności jest bardzo niebezpieczne, szczególnie dla kraju, który nie zamierza konkurować niskimi kosztami. Niska efektywność pracy niewątpliwie jest jednym z tych czynników, z powodu których Grecy cierpią najbardziej. Jednak teorie mówiące, że niska wydajność jest wynikiem małego przykładania się do pracy, są zupełnie oderwane od rzeczywistości. We współczesnym świecie za wydajność odpowiada przede wszystkim poziom technologiczny przedsiębiorstw, a nie podejście do pracy. Doskonale powinni wiedzieć o tym Polacy, którzy doświadczają tego podczas wyjazdów do pracy za granicę. Wystarczy posłuchać opowieści naszych emigrantów o Norwegach potrafiących pół dnia malować jedną ścianę, którą Polak ku zdumieniu miejscowych pomaluje lepiej w godzinę, albo o Francuzach, pracujących niczym w zwolnionym tempie, w piątki wychodzących o 12, a do obiadu w pracy pijących wino. A mimo to zarówno Norwedzy jak i Francuzi produktywnością biją nas na głowę – po prostu dzięki wysoko rozwiniętym przedsiębiorstwom i zaawansowanej organizacji pracy nie muszą wypruwać sobie żył. Za niską efektywność odpowiada więc zacofanie technologiczne firm, a nie lenistwo. A wyjściem z takiej sytuacji jest skok technologiczny i wzrost innowacyjności, a nie dokręcanie ludziom śruby.

Drugim zarzutem, który należy postawić Grecji, jest niska dyscyplina podatkowa. Unikanie podatków stało się tam wręcz sportem narodowym, na co jednym z dowodów jest tamtejsza eksplozja samozatrudnienia. Grecja stała się wręcz europejskim zagłębiem osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą. W UE pod tym względem jest zupełnie bezkonkurencyjna – według OECD aż 37 proc. tamtejszej siły roboczej to samozatrudnieni. Drugie w kolejności Włochy mają ten wskaźnik na poziomie aż 12 pkt. proc. mniejszym. Nawiasem mówiąc, w czołówce są głównie kryzysowe kraje grupy PIGS oraz… Polska. Oczywiście taka forma działalności zarobkowej jest w tym kraju – tak jak i nad Wisłą – po prostu sposobem na płacenie niższych podatków, co w komplecie z innymi „pomysłowymi” rozwiązaniami optymalizacyjnymi doprowadziło do bardzo dużej dziury w finansach publicznych. O ile w wydatkach tego sektora Grecja trochę przewyższała średnią strefy euro, to w jego dochodach jest wyraźnie poniżej. Ogólne dochody sektora finansów publicznych w ostatnim, przedkryzysowym roku (2007) wyniosły tylko 40,2 proc. PKB przy średniej dla eurozony wynoszącej 44,7 proc. Jeśli ktoś chce mieć rozbudowany system świadczeń socjalnych oraz zabezpieczenia społecznego taki jak na zachodzie UE, to nie może mieć dochodów publicznych na poziomie krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Porządne państwo dobrobytu wymaga dyscypliny podatkowej, której na Peloponezie nie było. Musiało się to skończyć wysokim długiem publicznym, który przed rozpoczęciem akcji „ratunkowej” wynosił, bagatela, ok. 120 proc. PKB. Jest to zresztą zjawisko idące pod prąd dominującej wykładni wolnorynkowej, która wiedzie prym w krytyce Grecji. Widać przecież, że Grecy cierpią nie z powodu lenistwa, lecz z powodu swojej… przedsiębiorczości (masowe zakładanie firm) oraz dzięki wychwalanej w Polsce „zaradności” (optymalizacja podatkowa). Jeszcze bardziej zdumiewa, że ta krytyka Greków tak dobrze przyjęła się w Polsce, chociaż pod względem obu cech bardzo Greków przypominamy.

Problemy były więc głównie dwa – niska produktywność oraz wysoki dług publiczny w stosunku do PKB. Relację zadłużenia do PKB najprościej można zmniejszyć poprzez zwiększenie produktu krajowego. Natomiast zwiększenia wydajności można dokonać głównie dzięki skokowi technologicznemu. Spełnienie obu celów wymaga sporych wydatków – wzrost PKB wymaga zarówno inwestycji, jak i konsumpcji, natomiast rozwój technologiczny głównie nakładów na inwestycje (ale za to ogromnych). Nie da się zwiększyć PKB dławiąc popyt wewnętrzny. Nie da się dokonać skoku technologicznego drastycznie obcinając wydatki. To po prostu niemożliwe. Tymczasem dokładnie taką strategię Trojka narzuciła Grecji. Wyjściem Grecji z opisanego dołka miało być „zaciskanie pasa” na wszelkich możliwych polach – od popytu prywatnego (zmniejszanie płacy minimalnej, zwolnienia i obniżki płac w jednostkach publicznych, cięcia emerytur) do sektora publicznego (cięcia jego wydatków). Siłą rzeczy musiało to doprowadzić do pogłębienia lub przynajmniej utrwalenia jej problemów. PKB nie ma prawa rosnąć, gdy konsumpcja wewnętrzna drastycznie spada. Żaden przedsiębiorca nie zaryzykuje nakładów na inwestycje w lepszy i bardziej wydajny sprzęt, gdy nie ma najmniejszej nawet pewności, czy sprzeda swoje towary lub usługi, a nawet ma pewność, że ich nie sprzeda. To wydaje się oczywiste, jednak biurokraci z UE i MFW z jakiegoś tajemniczego powodu twierdzili inaczej. Konsekwencje tego były, jak przystało na Grecję, iście dramatyczne.

Polityka „austerity” narzucona Grecji przez Trojkę, która miała przykładnie zacisnąć pas na jej cherlawym ciele, doprowadziła przede wszystkim do załamania PKB. W latach poprzedzających „pomoc” Trojki dla Grecji recesja była jeszcze umiarkowana – w roku 2008 wyniosła -0,8 proc. PKB, a w 2009 -4,4 proc. (w tym roku recesja np. w Estonii wyniosła -14,7 proc.). Od czasu, gdy Trojka zaczęła wdrażać „pakiety pomocowe”, recesja skoczyła dwukrotnie – w 2011 wyniosła -8,9 proc., a w 2012 r. -6,6. „Odchudzanie” sektora publicznego sprowadzało się do fali zwolnień, przez co bezrobocie skoczyło do ponad 25 proc., a odzyskiwanie konkurencyjności oparło się głównie na cięciach wynagrodzeń (np. obniżka płacy minimalnej), co skończyło się tym, ze w ostatnich latach płace realne w Grecji spadały o 5 proc. rocznie. Jak w takich warunkach budować prawdziwą  konkurencyjność (technologiczną), nie do końca wiadomo. Nic więc dziwnego, że główny problem Grecji, czyli niska wydajność, jeszcze się pogłębił – produktywność spadła z 22,2 euro na godzinę w 2008 r. do 20,2 euro w roku 2013. Inaczej mówiąc, strategia Trojki, która powinna w pierwszej kolejności zadbać o wzrost greckiej produktywności, doprowadziła do jej spadku. Rzekomi Samarytanie z KE, EBC i MFW, zamiast wyciągnąć Grecję za uszy z jej kłopotów, jeszcze ją dobili. Co najlepsze, zrobili to przeznaczając na ten cel setki miliardów euro.

Od 2010 r. PKB Grecji spadł o 25 proc. W takiej sytuacji nie da się zmniejszać problemu długu publicznego. Nawet gdy wartość długu się zmniejsza, to szybko spadający produkt krajowy powoduje, że relacja zadłużenia do PKB rośnie, a więc staje się on coraz trudniejszy do obsługi. Nic więc dziwnego, że wszystkie pakiety pomocowe skończyły się tym, że dług publiczny Grecji z ok. 120 proc. PKB wywindowano w błyskawicznym tempie do poziomu niemal 180 proc. PKB. Spadek produktu krajowego drastycznie wpłynął także na pozostałe wskaźniki. Pomimo poczynienia wielkich oszczędności, wydatki sektora finansów publicznych w stosunku do produktu krajowego wzrosły aż do 60 proc. PKB w 2013 r., a więc skoczyły aż o kilkanaście punktów procentowych. Co najgorsze, terapia wstrząsowa zafundowana Grekom nie przyniosła nawet specjalnych widoków na poprawę. W 2014 r. „wzrost” PKB wyniósł marne 0,8 proc., chociaż po tak wielkich spadkach baza początkowa była na bardzo niskim poziomie – z reguły po bardzo głębokiej recesji odbicie wynosi czasem nawet kilkanaście procent, więc ten niecały jeden trudno nawet nazwać wzrostem.

Setki miliardów euro publicznych środków z tytułu „pakietów pomocowych” trafiły w przeważającej części do prywatnych wierzycieli Grecji, czyli głównie do banków zachodniej Europy. Ogromna publiczna pomoc przyniosła więc uspokojenie sektorowi finansowemu, jednak problem Grecji nie tylko pozostał, ale jeszcze się pogłębił. Tymczasem można było to przeprowadzić inaczej – długów wcale nie trzeba było umarzać, ale jedynie prolongować ich spłatę na dostatecznie długi okres. A pomoc dla Grecji, i to nawet mniejszej wysokości, skierować do realnej gospodarki (np. w postaci specjalnego funduszu unijnego), przeznaczając ją na nakłady inwestycyjne, by wzrosła wydajność greckich przedsiębiorstw. Uzyskana dzięki temu wartość dodana mogłaby zostać przeznaczona na spłatę zadłużenia, a nabyte bardziej efektywne środki produkcji zostałyby Grekom na lata. Oczywiście nie byłoby pewności, że to zadziała. Ale po pierwsze byłoby taniej, a po drugie UE mogłaby powiedzieć, że cokolwiek dla Grecji zrobiła. Bo na chwilę obecną tak naprawdę nie pomogła jej w żaden sposób. Tymczasem solidarność, na której podobno oparta jest Zjednoczona Europa, wymaga pomagania także tym, którzy wpadli w kłopoty w wyniku własnych błędów.

Piotr Wójcik