Prężą muskuły słabi

Zawsze śmieszyło mnie sprowadzanie patriotyzmu do zbierania kup po swoim psie albo, w porywach, do rzetelnego płacenia podatków. Oczywiście bycie przyzwoitym człowiekiem ma wartość nie do przecenienia, ale to jeszcze nie to samo, co patriotyzm. Przyznaję także, iż lepiej być przyzwoitym, aczkolwiek niespecjalnie patriotycznym człowiekiem, niż nieprzyzwoitym patriotą. Jednak patriotyzm, poza wypełnianiem obowiązków obywatelskich, łączy się także chociażby z odczuwaniem empatycznej więzi ze swoją wspólnotą polityczną – z całością, jak i z poszczególnymi członkami z osobna. Wiąże się też również z gotowością do ewentualnego podjęcia działań może nie heroicznych (bo do tych zdolny jest mało kto), ale kosztujących wiele wyrzeczeń – dużo więcej niż płacenie podatków. To ostatnie zresztą wyrzeczeniem nie jest, raczej uiszczaniem opłaty za usługi i to we własnym interesie, jeśli te usługi mają być wysokiej jakości. Tak więc, o ile nie da się być patriotą nie płacąc podatków, to samo ich płacenie jeszcze z nikogo patrioty nie czyni.

Żeby autentycznie pokochać wspólnotę, poza treścią musi mieć ona formę. Nie da się pokochać czegoś, co nie ma formy. Dlatego patriotyzm zawsze i wszędzie wyraża się w pewnej symbolice – flagach, godłach, legendarnych miejscach i zdarzeniach. Wspólne symbole, kody kulturowe czy rytuały spajają wspólnotę i sprawiają, że jej członkowie czują z nią ponadczasową więź – ponadczasową, gdyż dotyczy ona także więzi z jej umarłymi członkami, z przeszłymi wydarzeniami. Dla wspólnoty nie do przecenienia są przeżywane razem mecze, koncerty, pogrzeby – wspólna radość daje ludziom pewność, że tworzą jeden podmiot. Wspólnie przeżywana rozpacz czy smutek daje tę pewność jeszcze mocniej. Nigdy nie rozumiałem teorii, że nie można budować wspólnoty na kulcie klęski, np. Powstania Warszawskiego. Niby dlaczego? „Łza ma korzenie zawsze głębsze niż uśmiech” – napisał Emil Cioran w „Na szczytach rozpaczy”. Łza więc wiąże głębiej i trwalej niż niezobowiązujące podśmiechujki. Bez wątpienia kolejna rocznica PW’44 czy nawet smoleńska miesięcznica mają większy potencjał wspólnototwórczy niż orzeł z czekolady czy wymachiwanie różowymi flagami, które nic konkretnego nie symbolizują. Podważanie sensowności prezentowania barw narodowych czy obchodzenia tragicznych rocznic jest więc niemądre, gdyż dla wspólnoty mają one niebagatelne znaczenie.

Niestety w ostatnim czasie mamy w Polsce do czynienia z ekspansją patriotyzmu innego typu. Czy też zjawiska innego typu, bo omawiana postawa, jak zaraz postaram się wskazać, patriotyzmem w gruncie rzeczy nie jest. Poza zwykłym epatowaniem symbolami narodowymi, mamy epatowanie poczuciem wyższości i siły (złudnej). Zamiast dumy z polskich osiągnięć, mamy raczej radość z momentów, w których rzekomo okazaliśmy się lepsi od kogoś innego. Zamiast patriotyzmu pełnego empatii i poczucia odpowiedzialności, coraz częściej możemy nad Wisłą podziwiać „patriotyzm” pełen szowinizmu i niechęci do innych. Momentem szczególnie czczonym przez ten rodzaj „patriotów” jest więc Bitwa pod Wiedniem, która nie dała nam zupełnie nic, ale dokopaliśmy w niej muzułmanom, których obecnie się w kraju nie lubi. Osiągnięciem polskiej polityki zagranicznej, które wywołało największą euforię, nie było załatwienie jakichś naszych interesów czy realne wzmocnienie pozycji w gremiach międzynarodowych – było nim wystąpienie premier Szydło w Parlamencie Europejskim, podczas którego klepał nas po plecach najbardziej zmarginalizowany plankton w PE, tylko dlatego, że przy okazji utarł nosa eurokratom. Przestaliśmy się już zastanawiać, jak ma wyglądać polska kultura we współczesnym świecie i czym ma przyciągać – zresztą nad czym tu się zastanawiać, ona od lat leży i kwiczy. Mamy za to dziwną pewność, że jest przynajmniej lepsza od przegniłej kultury lewacko-liberalnego Zachodu, który stracił swój kręgosłup i tożsamość. Czym jest nasz kręgosłup, mało kto ma pojęcie. W czym jest lepszy od tego zachodniego? Już dawno przestaliśmy odpowiadać na to pytanie. Wiemy za to, że będziemy go bronić maczetami i ubrani w kominiarki, jeśli tylko zaczną nam się tu pałętać jakieś muslimy – co obwieszczają setki memów udostępnianych nawet przez ludzi, których przez lata uważałem za całkiem rozsądnych.

Nie chcę tu dołączyć do szeregu poszukiwaczy odradzającego się w Polsce faszyzmu. Oczywiście ewidentnie nawiązujące do symboliki nazistowskiej parady ONR-u czy przypadki pobić obcokrajowców są godne największego potępienia, ale proste ekstrapolowanie ich na przyszłość i twierdzenie, że niechybnie za parę lat oba zjawiska będą proporcjonalnie większe, ma raczej słabe podstawy. Na tej samej zasadzie Jeremy Rifkin twierdzi, że już niedługo co drugi człowiek będzie prosumentem wytwarzającym zieloną energię, a każda lodówka będzie podłączona do internetu, bo tak mu wyszło z badania trendów. Trendy się zmieniają, są wyhamowywane, innym razem odradzają się te, które wydawały się zapomniane – tak właśnie jest z podnoszącym głowę szowinizmem, który po wojnie już głowę podnosił nieraz, także w krajach Europy Zachodniej. Wszczynanie antyfaszystowskiego alarmu we wciąż najbardziej euroentuzjastycznym społeczeństwie Unii wydaje się więc nieco przesadzone. Jednak coraz większej popularności prostackiego i opartego na poczuciu wyższości „patriotyzmu” nie warto bagatelizować. Głównie dlatego, że może nam to powiedzieć całkiem sporo o obecnym stanie naszej wspólnoty politycznej.

Z grubsza mówiąc, patriota powinien kierować się dobrem ojczyzny. W obecnych czasach o powodzeniu wspólnoty politycznej decydują sprawne instytucje, wysoko produktywne przedsiębiorstwa, rozbudowana infrastruktura oraz sprawne usługi publiczne. Razem składa się to nie tylko na dobrobyt poszczególnych obywateli, ale też na sukces kraju: jego wpływy, prestiż, zdolność do osiągania swoich celów. Jak widać, powyższe niespecjalnie wiąże się z barwami narodowymi czy godłem. Oczywiście symbolika spajająca wspólnotę może niebywale pomóc w wytworzeniu chociażby sprawnych instytucji, które same mogą potem stać się takim spoiwem. I tak się właśnie dzieje w krajach wysoko rozwiniętych – to właśnie gospodarka czy instytucje stają się czynnikiem, na którym opiera się etos patriotyzmu. Epatowanie barwami narodowymi czy wspominanie dawnych zwycięskich bitew oczywiście wciąż występuje, ale schodzi na drugi plan. Na pierwszy wysuwają się otoczone powszechnym szacunkiem marki niemieckich producentów czy instytucje francuskiego państwa. Obywatel w pierwszej kolejności czuje przywiązanie do nich, a nie do jakiejś XVII-wiecznej bitwy. Oczywiście w krajach słabiej rozwiniętych obywatele muszą szukać tożsamościowego zaczepienia właśnie w symbolice czy historii, bo z ich instytucji czy firm wielką dumę trudno odczuwać. Dlatego w krajach słabszych element symboliczno-historyczny zawsze jest bardziej istotny. Nic więc dziwnego, że w Polsce przywiązanie do symboliki ma większe znaczenie niż w Niemczech czy w Szwecji.

Jednak oczywiście zawsze z tyłu głowy patrioty powinna pozostawać świadomość, że to nie symbolika czy nawet zwycięskie mecze piłkarskie są celem. Celem powinno być osiągnięcie wreszcie tego, co naprawdę składa się na powodzenie wspólnoty. Tymczasem w coraz popularniejszym modelu nowego polskiego „patrioty” – prężącego muskuły i wywyższającego się ponad innych – trudno doszukać się chęci rozwoju naszej wspólnoty politycznej w jej realnym, a nie symbolicznym wymiarze. Wręcz przeciwnie, ci „patrioci” podważają wszystko to, na czym moglibyśmy dalej budować owocną przyszłość. Na przykład gremialnie nie znoszą policji i to nie tylko ci, którzy się z tą policją ochoczo biją. Jak jeden mąż uważają donos obywatelski za kapowanie i powód do wstydu. Urzędników mają za leniwych urzędasów. Jakąś połowę społeczeństwa, czyli ok. 50 proc. własnych rodaków, uważają za lemingów wartych jedynie drwiny i wyśmiania. Jak można nazwać patriotą kogoś, kto nie szanuje instytucji oraz wielkiej części członków własnej wspólnoty politycznej? Często się mówi, że podczas wojny Polski będą bronić przede wszystkim właśnie ci prężący muskuły „patrioci” – kibice, narodowcy itd. Mógłbym się zgodzić, z tym że raczej nie będą tego robić z jakiejś wielkiej miłości do naszej wspólnoty. Bardziej z powodu tego, że w końcu będzie okazja do naprawdę niezłej rozpierduchy.

Widać więc, że coraz głośniejszy szowinistyczny „patriotyzm” nie ma nic wspólnego z miłością do ojczyzny. Jest to jedynie sztafaż skierowany na osobiste cele. Motywowany jest chęcią podbudowania własnego ego i wyróżnienia się z tłumu. A kto potrzebuje udowadniać sobie, kim to on nie jest? Oczywiście ktoś, komu brak argumentów, planu działania i przekonania o własnej wartości, a krzykliwe prężenie muskułów może być dla niego jedynym sposobem zwrócenia na siebie uwagi. Chyba najlepszym dowodem na bezradność wobec rzeczywistości znacznej części „patriotów” była słynna sesja zdjęciowa kibiców Zawiszy Bydgoszcz w ich „środowisku domowym” – napakowani i ubrani w klubowe barwy, a często także w kominiarki, niemal wszyscy… okupowali swoje pokoiki dziecięce.

Te same uwagi dotyczą poziomu państw. Niestety krzykliwy „patriotyzm” coraz bardziej widoczny jest także w polityce naszego kraju – chociażby w buńczucznych i często niestety idiotycznych wypowiedziach naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Witolda Waszczykowskiego, w wyraźnym wzmocnieniu narracji symboliczno-historycznej przedstawicieli naszego państwa czy chociażby zupełnie absurdalnych planach MON, by podczas Światowych Dni Młodzieży przedstawić… inscenizację Bitwy pod Wiedniem. Wystarczy wspomnieć, o jakich państwach najczęściej mówi się w debacie publicznej, że prężą muskuły – to oczywiście Rosja i Korea Północna. Kraje słabe i zacofane, których jedyną kartą przetargową jest to, że mogą boleśnie kogoś uderzyć; ewentualnie ostatnio wpadająca w autorytaryzm Turcja, chcąca uchodzić za państwo wyjątkowo silne i sprawne, choć na jej terytorium mają miejsce zamach za zamachem. Kraje rzeczywiście silne wolą nie tracić energii na pokrzykiwania i skupić się na załatwianiu swoich interesów – zawieraniu kontraktów, wywieraniu wpływu za pomocą soft power. Czy widział ktoś kiedyś, żeby prężyły muskuły Kanada, Szwajcaria albo Niemcy? Chyba najlepszym przykładem takiej strategii są wiecznie uśmiechający się i przytakujący Chińczycy, którzy do zmiany globalnego układu sił zabierają się tak, że 99 proc. ludzi na świecie nie ma pojęcia, że cokolwiek się szykuje.

Nic zresztą dziwnego, prężenie muskułów to nie tylko tracenie czasu i energii – to przede wszystkim możliwość zrażenia do siebie potencjalnych partnerów. A po co kolekcjonować wrogów, skoro można sojuszników? Państwo pokrzykujące nie jest uważane za poważnego i przewidywalnego partnera, raczej za przykład autoparodii. Już nie mówiąc o tym, że w grze międzynarodowej niekoniecznie dobrym pomysłem jest odkrywanie wszystkich swoich argumentów. A jeśli ktoś te argumenty nie tyle pokazuje, co wręcz wykrzykuje, to najprawdopodobniej zostanie to uznane za blef, za którym nic się nie kryje. Strategia cichego załatwiania swoich interesów i zjednywania sojuszników dużo częściej przynosi oczekiwane efekty. Strategia napinania się dobra jest tylko dla tych, którym poza prężeniem się nic już nie pozostało.

Ekspansja krzykliwego szalikowo-wyklętego „patriotyzmu” w naszym kraju nie jest więc dowodem na to, że wstajemy z kolan. Wręcz przeciwnie, w ten sposób raczej przyznajemy się do naszej niemocy powstania z nich. Oczywiście nie chodzi o to, żeby przestać kultywować zapomnianych przez lata bohaterów. Jednak te działania, które powinny być jedynie formą naszej wspólnoty, coraz częściej stają się jej główną, jeśli nie jedyną treścią. Stają się więc dowodem na naszą bezradność w wypełnianiu jej realną treścią – czyli codzienną rzetelną pracą na rzecz osiągania wspólnych celów. A tego w pierwszej kolejności wymaga patriotyzm.

Liberalny inteligent patrzy na 500+

Szeroko rozumiane media liberalne zalała fala materiałów mających podważyć sensowność programu Rodzina 500+. Teksty te jednak zaskakująco niewiele mówią o samym programie, za to całkiem sporo o ich autorach i odbiorcach, do których były w zamierzeniu kierowane.

Gdy obserwujemy dyskusję o pierwszych efektach 500+, łatwo dostrzec ewidentne podwójne standardy reprezentowane przez intelektualistów z liberalnej strony polskiej debaty publicznej. Ludzie, którzy w stosunku do przybywającego z zewnątrz „innego” potrafią się zdobyć na bardzo daleko idącą wyrozumiałość, nawet jeśli ten „inny” jest wyraźnie tradycyjny, nie są już w stanie wykrzesać z siebie podobnej empatii w stosunku do „innego” z ich własnej wspólnoty. Zatem gdy mowa o uchodźcach z Syrii, wsparcie w postaci transferów pieniężnych, i to często większych niż „500+”, nie razi, ale jest oczywistym sposobem pomocy osobom w potrzebie. Przybywającym do Europy imigrantom z Afryki i Bliskiego Wschodu nie odmawia się pracowitości, a na argumenty, że na Zachodzie stanowią największe grupy pobierające zasiłki, zauważa się, zresztą całkowicie słusznie, że to nic dziwnego, gdyż siłą rzeczy imigranci, nie będąc u siebie, zasilają dolne warstwy społeczne. Bulwersujące przypadki zachowań części imigrantów kwituje się stwierdzeniem, że nie można wyciągać daleko idących wniosków z pojedynczych wydarzeń, co jest zupełnie zrozumiałe, bo trudno oceniać tak wielką masę osób przez pryzmat grupy najbardziej rzucającej się w oczy. Niestety to zdroworozsądkowe podejście zupełnie znika, gdy nasz rodzimy liberał patrzy na Polaka z dolnych warstw społecznych. Empatii tu już nie uświadczysz, zapomnieć też trzeba o tolerancji dla odmienności i odmiennego stylu życia. W stosunku do „innego” rodaka pozostaje już tylko słabo skrywana niechęć, żeby nie nazwać tego ostrzej.

Okazuje się zatem, że transfery pieniężne akurat na ubogich Polaków działają wyjątkowo destrukcyjnie. „Obywatele 500+” przestają chcieć pracować przy zbiorach truskawek za 1,50 zł od koszyka („Wyborcza”), a plantatorzy borówek nie mogą znaleźć rąk do pracy („Polityka”). Okazuje się, że polski „inny”, mając zapewnione stałe wpływy w postaci zasiłku, woli zostać w domu z trójką dzieci i leżeć na kanapie („Wyborcza”). I to najpewniej dokumentnie zalany, gdyż, jak pokazują 3 (słownie: trzy) przypadki ze 115-tysięcznego Włocławka, w całym kraju rodzice ze społecznych dołów przepijają zasiłki na dziecko („Na Temat”). A na tej całej degrengoladzie cierpi rynek pracy oraz prężni rodzimi plantatorzy owoców, którzy nie mogą znaleźć rąk do pracy i najpewniej będą musieli zwinąć interes.

Bardzo znamienne jest, że w tym lamencie nad rodzimymi plantatorami, który przetoczył się przez niektóre czołowe media, nikt jakoś specjalnie nie zwrócił uwagi na najprostsze rozwiązanie: podwyżkę pensji zbierających owoce. W końcu beneficjenci 500+, którzy nie palą się już specjalnie do katowania swoich kręgosłupów przy zbieraniu truskawek czy borówek, nie stali się nagle wyjątkowo leniwi, tylko po prostu taka harówka przestała im się ekonomicznie opłacać. Każdy człowiek ma w genach dążenie do poprawy swojego bytu i nieważne, czy jest mieszkańcem Wałbrzycha, czy Aleppo (chociaż nasze liberalne elity potrafią to dostrzec tylko w tym drugim), jednak gdy dostępne opcje zupełnie nie są warte zachodu, to racjonalnie jest te starania na jakiś czas zarzucić. Niestety plantatorzy sprzedają swoje produkty tak tanio, że nie mają już wolnych środków, które mogliby przeznaczyć na podwyżki i jednocześnie wyjść przy tym na swoje. Gdy podczas dyskusji na twitterze zwróciłem uwagę, że przecież mogliby podnieść ceny, otrzymałem informację zwrotną w postaci komentarzy w stylu „kto by je wtedy kupił”, „i tak już są po 5 zł za kilo” itd.

I z tak ze sprawy, wydawałoby się, trywialnej, jak kłopoty polskich sadowników ze znalezieniem rąk do pracy, wyłania się prawdziwy obraz porządku społecznego, który stworzyliśmy. Okazuje się, że możemy sobie pozwolić na truskawki tylko dlatego, że część naszych rodaków pracuje za półdarmo. Oczywiście truskawki to tylko symbol – to samo można powiedzieć o tanich produktach z hipermarketów kasowanych przez bardzo źle wynagradzane kasjerki, dzięki czemu mamy np. tańszą musztardę. Możliwość konsumpcji na jako takim poziomie została przez nasze społeczeństwo okupiona tym, że część z nas została pozbawiona godności, ciężko pracując za tak niskie pieniądze, iż nawet 500-złotowy zasiłek na dziecko jest dla ich pracy konkurencyjny. Widać też, jak trywialne są prawdziwe motywacje dla oburzenia naszych intelektualistów, rzekomo walczących o wartości i imponderabilia, a tak naprawdę kierujących się maksymą: „tak, macie pracować za marne pieniądze, bo my chcemy mieć tanie truskawki”.

A przecież wcale nie musi tak nadal być. Wzrost pensji tych zbierających borówki czy innych najgorzej wynagradzanych pracowników nie spowoduje żadnego dramatu gospodarczego. Wręcz przeciwnie, jest bardzo pożądany. Weźmy za przykład owe truskawki, o które było tyle lamentu. Po pierwsze, koszty pracy to tylko część całkowitych kosztów produkcji, więc nawet gdyby plantatorzy musieli podnieść zarobki dwukrotnie, to ich produkt zdrożałby co najwyżej o 1/3. Trudno podejrzewać, że wzrost ceny truskawek o 1,5-2 zł na kilogramie nagle spowoduje, że Polacy masowo przestaną kupować owoce, które wyjątkowo lubią. Nie przerzucą się też chociażby na sprowadzane mrożonki, gdyż te są zwyczajnie gorszej jakości, a w przypadku owoców świeżość ma ogromne znaczenie. Również wśród odbiorców korporacyjnych (masowi detaliści, producenci przetworów) zmiana dostawcy na zagranicznego nie musi nastąpić – w końcu import zawsze wiąże się z kosztami transakcyjnymi, które „zjadają” korzyści z niższej ceny. Tym bardziej w przypadku owoców, które łatwo się psują. Gdyby import tańszych odpowiedników był taki oczywisty, to nikt by nie sadził truskawek np. w Holandii czy w Niemczech, gdzie koszty pracy są dużo wyższe niż w Polsce. Powyższy wywód dotyczy truskawek, ale można go odnieść do prawie każdego obszaru działalności. Rzekoma konieczność utrzymania niskiej ceny stanowi jedynie alibi dla producentów wolących wymuszać niskie płace na pracownikach, niż twardo negocjować wyższą cenę z odbiorcami, których pozycja negocjacyjna jest dużo wyższa.

Tymczasem wzrost płac najniżej wynagradzanych Polaków opłaci się także tym, którzy przed podniesieniem ich pensji bronią się obecnie rękami i nogami. W końcu będzie to oznaczało, że włączymy w wymianę rynkową tych, którzy obecnie są z niej wykluczeni. A to oznacza poszerzenie bazy popytowej i to na jej dole, czyli w sposób najbardziej opłacalny z punktu widzenia rodzimych producentów. To właśnie klienci z dołów społecznych wydają całe swoje dochody (nie starcza im na odkładanie), robią to w kraju (nie stać ich na zagraniczne zakupy), i to na najczęściej na wyroby krajowe, gdyż te są z reguły tańsze, a wśród zakupów najuboższych dominują produkty podstawowe, które zwykle dostarczane są przez producentów krajowych. Inaczej mówiąc, być może truskawki nieco zdrożeją, ale okaże się, że po raz pierwszy w życiu będą je mogli w końcu kupić ci, którzy je zbierają. Tak więc sadownicy odbiją sobie wzrost płac wzrostem popytu.

Trudno też na poważnie brać doniesienia o przepijaniu 500+. Informacja o trzech przypadkach libacji za 500+ w 115-tysięcznym Włocławku, która miała być dowodem na degenerujący wpływ zasiłku na Polaków, tak naprawdę pokazuje tylko, że jest to zjawisko marginalne. Oczywiście media nie pokażą tych tysięcy rodzin, którym wsparcie na dzieci pomogło autentycznie podnieść poziom życia, lecz skupią się na kilku bulwersujących przypadkach marnotrawstwa. Jednak nie zmienia to faktu, że bez wątpienia tych pierwszych jest nieporównywalnie więcej. Czy mamy rezygnować z pomocy tysiącom potrzebującym tylko dlatego, że załapie się na nią przy okazji również paru pijaczków? Czy zamiast kreować politykę społeczną z myślą o zdecydowanej większości ciężko pracujących Polaków, mamy ją dostosowywać do wąskiego marginesu?

Sens idei wsparcia socjalnego często tłumaczy się metaforą. Wyobraźmy sobie, że jest pożar, a my mamy do dyspozycji tylko ograniczone źródło wody i przeciekające wiadro. Czy w takim przypadku zrezygnujemy z próby ugaszenia ognia tylko dlatego, że część wody wycieknie i się zmarnuje?

No cóż, osobiście wolę, żeby drobna część naszych podatków sfinansowała wódkę dla kilku pijaczyn, jeśli dzięki temu tysiące polskich rodzin podniesie swój standard życia. Wolę też zapłacić trochę więcej za truskawki, jeśli dzięki temu część moich rodaków będzie miała nieco bardziej godne pensje. Oczywiście polscy wykorzenieni intelektualiści nie zdzierżą tej świadomości, ale kto by się tym przejmował. Święte oburzenie liberalnego inteligenta jest równie interesujące, co libacja we Włocławku.

O uchodźcach bez napinki

Kategoryczni przeciwnicy przyjmowania jakiejkolwiek liczby uchodźców dobijających do bram Europy starają się uchodzić za racjonalnych obrońców polskiego interesu, kierujących się chłodną polityczną kalkulacją. Jeśli ich argumenty czasem przyjmują formę rozemocjonowanego jazgotu, to oczywiście tylko po to, by ich tezy lepiej wybrzmiały i przekonały szersze grono odbiorców. Hasła o islamskim najeździe czy odcinanych przez islamistów głowach – to tylko licentia poetica. Wypowiadają je przecież w istocie twardo stąpający po ziemi komentatorzy, którzy nie chcą dopuścić, by w naszym kraju również zakwitły szariackie „no go zones” i miały miejsce zamachy takie, jak niedawny w Brukseli. W tej optyce, z drugiej strony, każdy, kto dopuszcza w ogóle możliwość ugoszczenia w naszych progach uciekinierów z Syrii czy Iraku, jest w najlepszym razie idealistą, który stracił kontakt z brutalną rzeczywistością, a w najgorszym – perfidnym szpionem, chcącym kuchennymi drzwiami doprowadzić do dechrystianizacji Polski przy pomocy hord Maurów.

Nie po raz pierwszy okazuje się, że głośne wykrzykiwanie polskich interesów rzadko idzie w parze z realnym ich wspieraniem. Nie przypadkiem mistrzami pragmatycznej polityki są wiecznie uśmiechnięci i przytakujący Chińczycy, którzy, zamiast wyznaczać sztywne granice, od których „dalej nawet o krok”, spokojnie próbują ugrać na wielu frontach pulę większą, niż byłaby do zgarnięcia na jednym. Napinanie się nigdy nie było dobrą strategią dla tych, którzy znają swoją wartość – a od zawsze stanowiło raczej domenę tych, którym nic poza prężeniem wątpliwych muskułów już nie zostało.

W wyniku wrześniowych negocjacji przypadło nam w udziale przyjęcie 7 tysięcy uchodźców. Jednak po zamachach w Belgii premier Szydło zapowiedziała, że w tej sytuacji Polska nie przyjmie deklarowanej wcześniej liczby. Abstrahując na razie od rozstrzygania, czy 7 tysięcy dla Polski to dużo czy mało, pytanie brzmi, po co w ogóle obecnie zabierać głos na ten temat, skoro kwestia ich rozlokowywania jak na razie de facto stoi w miejscu. Z grupy 106 tysięcy, która została, brzydko mówiąc, podzielona między kraje członkowskie, jak na razie rozmieszczono około 1000 osób. Sama Polska na początku roku ogłosiła, że ma już gotowych… 100 miejsc na przyjęcie gości z Bliskiego Wschodu. W sytuacji, gdy proces rozmieszczania uchodźców jeszcze na dobrą sprawę nawet nie ruszył z miejsca, choć minęło już pół roku od uzgodnień, kolejne podgrzewanie i tak już gorącej atmosfery wokół Polski w UE jest ostatnim, co powinniśmy robić.

Zasady przyjęcia uchodźców przez Polskę są tak wyśrubowane, że zebranie grupy tych 7 tysięcy osób, które zadeklarowaliśmy przyjąć, zająć nam może kilka lat. Już pierwszy z warunków będzie trudny do spełnienia – jasno wyrażona chęć, by zostać azylantem w naszym kraju. Konia z rzędem temu, kto znajdzie 10 imigrantów z Bliskiego Wschodu, których celem jest na stałe zamieszkać nad Wisłą. Od lat 90. przewinęło się przez nasz kraj ok. 90 tys. uchodźców z Czeczenii, a ostało się ich mniej niż 10 tysięcy. Nawet jeśli w końcu uda się zebrać odpowiednią grupę, to będzie trzeba jeszcze ją zweryfikować – sprawdzić, czy to na pewno uchodźcy z terenów ogarniętych wojną, a nie imigranci zarobkowi, a także czy nie mają powiązań z terrorystami. A to niełatwe, trzeba to przeprowadzić dokładnie, więc siłą rzeczy zajmie wiele czasu.

Rozsądna polityka Polski wobec problemu, przed którym stanęła Europa, powinna jednak wyglądać dużo bardziej aktywnie. Przyjęcie 7 tysięcy muzułmanów nie powinno stanowić dla Polski ani większego problemu, ani zagrożenia. Od lat 90. przyjęliśmy w sumie około 90 tys. Czeczenów, którzy w dużej części są salafitami, a więc reprezentują najbardziej radykalny odłam islamu. Prześwietlenie 7 tysięcy przybyszów nie powinno być dla naszych organów żadnym kłopotem. Podczas najbliższych wakacji przyjedzie do Polski na Światowe Dni Młodzieży prawie 2 mln ludzi i nikt jakoś nie krzyczy, że będzie to dla naszych służb zadanie nie do wykonania.

Trudno też brać na poważnie ostrzeżenia przed islamizacją – w Polsce jest obecnie ok. 25 tys. muzułmanów, więc nawet gdyby przyjechało ich kilkanaście tysięcy, to i tak stanowiliby promil społeczeństwa. We Francji, przed którą tak przestrzegają wieszczący islamizację, muzułmanów jest 7,5%, a w Szwecji 4,5%. Nie mówiąc już o Bułgarii (14%) oraz Cyprze (25%), choć jakoś nie słyszy się, by w tych dwóch krajach wyznawcy islamu zaczęli wprowadzać terror kulturowy. Nie ma również powodów przypuszczać, że uchodźcy przybywają tu „ciągnąć socjal”. Trudno uznać, że główne marzenie ludzi decydujących się na przepłynięcie tratwą przez morze albo przejechanie chłodnią przez Europę, to wygrzewanie się na zasiłku. Absurdem jest twierdzenie, że ktoś, kto decyduje się na tak niebezpieczną podróż, musi być szczególnie leniwy – akurat energii witalnej trudno tym osobom odmówić.

Owszem, muzułmańscy imigranci są w czołówce pobierających zasiłki na zachodzie UE, ale nie dlatego, że są generalnie leniwi, a dlatego, że są imigrantami właśnie, a ci najczęściej zasilają dolne warstwy społeczne. Powinni być na to wyczuleni szczególnie Polacy, na których temat przecież też często bywa upowszechniany krzywdzący stereotyp „przejadaczy socjalu”.

A więc zamiast zapierać się rękami i nogami przed przyjęciem tej w istocie garstki ludzi, dużo bardziej produktywnie byłoby skupić się na innych ważnych dla Polski kwestiach związanych z tym tematem. Chociażby na zwiększeniu ochrony zewnętrznych granic UE, co dla Polski, posiadającej takie granice i leżącej w dosyć niepewnym regionie, jest sprawą niezwykle istotną. Tym bardziej, że jedyną unijną agencją mającą siedzibę w Polsce jest Frontex, który odpowiada właśnie za tę sferę. Za ochronę granic zewnętrznych odpowiedzialne jest z osobna każde państwo, na którego terenie one leżą, co w obecnym kryzysie zupełnie się nie sprawdza, gdyż granice niektórych krajów (np. Grecji) są dziurawe jak sito. Sam Frontex jest obecnie jedynie kadłubkiem – zatrudnia zaledwie ok. 350 osób, które i tak pracują w jego administracji, a przy każdej akcji musi prosić państwa członkowskie o strażników granicznych oraz o pozwolenie na działanie na danym terytorium. Nawet po niedawnych podwyżkach jego budżet roczny wynosi ok. 140 mln euro, a budżet operacji morskich i lądowych to tylko 73 mln euro. Przeniesienie większej odpowiedzialności za granice zewnętrzne na Unię jako całość i zapewnienie Frontexowi stałej załogi strażników granicznych byłoby nie tylko pożądane w obliczu obecnego kryzysu migracyjnego, ale też zwiększyłoby bezpieczeństwo Polski w perspektywie ewentualnych napięć na wschodnich granicach. Szczególnie w sytuacji, gdy konflikty przygraniczne przyjmują obecnie formę toczonych cichaczem wojen hybrydowych.

Wzmocnienie mającej siedzibę w Polsce agencji wzmocniłoby pozycję Polski na arenie unijnej. Przedstawienie pomysłu na reformę ochrony unijnych granic wraz z koncepcją rozbudowy struktury i kompetencji Frontexu byłoby w oczach innych unijnych graczy dużo bardziej poważną postawą, na której moglibyśmy zyskać znacznie bardziej niż na ugraniu tysiąca czy dwóch tysięcy azylantów mniej. Wzmocniony i sprawny Frontex mógłby być niezłym substytutem stałych baz NATO, o które tak bardzo zabiegamy. Aby jednak przekonać resztę UE do naszej wizji wspólnej ochrony granic, najpierw dobrze byłoby poważnie podejść do wcześniejszych uzgodnień dotyczących rozładowania tego kryzysu migracyjnego, który już mamy.

Kolejną korzyścią z rzetelnego przestrzegania uzgodnień dotyczących relokacji byłoby czerpanie instytucjonalnego know-how. Nasze służby nie są obecnie doświadczone w inwigilacji środowisk islamskich, a ekspansja islamistycznego terroryzmu powoduje, że muszą te kompetencje posiąść jak najszybciej. Również nasze instytucje opieki nie mają pojęcia o integracji i pomocy imigrantom – nie tylko muzułmańskim, ale jakimkolwiek. A w sytuacji problemów demograficznych oraz postępującej globalizacji połączonej ze stopniowym bogaceniem się naszego kraju, takie umiejętności w niedługim czasie będą im niezbędne. Nawet gdyby założyć, że udałoby nam się „wywinąć” od obecnego kryzysu migracyjnego, to bez wątpienia podobne wyzwania dopadną nas w nadchodzącym czasie. Tymczasem teraz rysuje się znakomita szansa, by domagać się wsparcia polskich instytucji w radzeniu sobie z problemem od służb naszych sojuszników z UE. Dzięki bliskiej współpracy na tym polu moglibyśmy np. od służb francuskich czerpać wiedzę o rozpoznaniu radykalnych środowisk islamskich, a od instytucji szwedzkich przejmować know-how w zakresie asymilacji przybyszów z zagranicy. A wszystko odbywałoby się we względnym spokoju, gdyż obecnie to nie bezpośrednio na nasze granice napierają imigranci, a prześwietlenie i integracja 7 tysięcy osób nie stanowi wielkiego wyzwania. Gdy w przyszłości historia postawi nas pod ścianą z problemami o dużo większej skali, na naukę może być już za późno.

Zamiast wykłócać się o to, czy przyjmiemy 6, czy 8 tysięcy osób, lepiej przenieść dyskusję na tematy dużo bardziej kontrowersyjne z naszego punktu widzenia. Chociażby na kwestię poziomu pomocy, jaką uzyskają tu uchodźcy. Nie do pomyślenia jest, by po pierwszym okresie asymilacji otrzymywali oni wyższe wsparcie niż nasi potrzebujący rodacy, których na tle innych państw UE jest w naszym kraju mnóstwo. Sytuacja, gdy status uchodźcy jest lepszy niż status potrzebującego Polaka, byłaby absolutnie nieakceptowalna, a do tego mógłby prowadzić pomysł ujednolicenia poziomu wsparcia dla imigrantów w całej UE. Skala pomocy musi być też dostosowana do możliwości poszczególnych państw – wydatki na przybyszów nie mogą odbijać się na krajowych programach społecznych, skierowanych do własnych obywateli. Kolejną kwestią wartą nieustannego podnoszenia jest rzetelna weryfikacja – nie możemy godzić się na przyjmowanie osób, co do których nie będziemy mieli pewności, że pochodzą z terenów ogarniętych wojną i nie podejmowali współpracy z radykalnymi islamistami. Nawet jeśli oznaczałoby to, że w efekcie przyjmiemy mniejszą liczbę, niż zakładano.

Po co kreować się na czołowy antyislamski kraj w Europie? A taki obraz Polski wyłania się nie tylko z działań i wypowiedzi polityków, ale przede wszystkim z atmosfery wytworzonej przez część mediów i liderów opinii publicznej w naszym kraju. Bliska współpraca Polski z kilkoma dużymi krajami muzułmańskimi przyniosłaby nam wiele korzyści, jednak antyislamskie nastroje mogą w tym przeszkodzić. Aspirująca do UE Turcja to nie tylko niemal 80-milionowy dynamiczny rynek zbytu, do tego umiarkowanie zamożny, a więc doskonały dla naszych firm produkujących co najwyżej średniej jakości produkty. To także bardzo silna armia, należąca do pierwszej dziesiątki na świecie i kraj, który ma na pieńku z Rosją, a więc doskonały potencjalny sojusznik naszego państwa w obliczu indolencji militarnej większości krajów UE i niepewnej przyszłości wschodniej flanki NATO. Wspieranie Turcji w jej dążeniach do członkostwa w UE, co na szczęście ostatnio ma miejsce (vide spotkanie naszego MSZ z tureckim odpowiednikiem) zbliżyłoby oba kraje i mogłoby nam zapewnić bardzo silnego sojusznika w Unii. Z drugiej strony, danie Turcji realnej perspektywy członkostwa musiałoby uruchomić w tym kraju stopniową liberalizację systemu politycznego, by negocjacje akcesyjne mogły iść naprzód. A to byłoby już w interesie obywateli Turcji oraz Kurdów, z którymi obecny rząd turecki prowadzi cichaczem wojnę.

Kolejny z potencjalnych partnerów Polski to Iran, który właśnie odmraża kontakty z Zachodem. Czołowe kraje Zachodu już zacierają ręce na myśl o wejściu na irański rynek, jednak Polacy jak zawsze są dwa kroki z tyłu. Tymczasem na poziomie społecznym nasze kraje cieszą się dobrymi relacjami, mającymi początek jeszcze w czasach II wojny światowej, gdy polscy uchodźcy zostali dobrze przyjęci na irańskich ziemiach. Iran to gigant surowcowy: ma największe na świecie zasoby gazu i czwarte na świecie zasoby ropy. Dla importera surowców, jakim jest Polska, taki sojusznik to skarb, jednak bliska współpraca z Iranem wymagałaby aktywnej polityki Polski na tamtym odcinku, tymczasem jak na razie panuje w tej kwestii cisza. Bez wątpienia bardzo pomocny w tworzeniu relacji z Turcją i Iranem byłby korzystny klimat wokół Polski jako kraju przyjaznego islamowi. Obecnie uchodzimy za jeden z bardziej niechętnych islamowi krajów Europy. Z taką łatką możemy raczej zapomnieć o statusie ważnego partnera Turcji i Iranu.

Rozpalanie nastrojów antyislamskich będzie też bez wątpienia przeszkodą w zwalczeniu jednej z przyczyn masowej imigracji, czyli terroryzmu islamistycznego. Wygrać z nim można tylko przy współudziale wspólnoty muzułmańskiej oraz umiarkowanych krajów islamskich. Umiarkowani muzułmanie stanowią zdecydowaną większość wspólnoty islamskiej i to nawet w macierzystych krajach organizacji islamistycznych. Przykładowo zaledwie 8% Pakistańczyków stoi po stronie talibów, a 10% Nigeryjczyków popiera Boko Haram. W Jordanii deklaratywnych zwolenników Al Kaidy jest ok. 11%. Co więcej, te odsetki regularnie spadają. W krajach europejskich radykalnych muzułmanów jest o wiele mniej. We Francji zwolennicy salafizmu są szacowani na zaledwie 2 promile wszystkich tamtejszych muzułmanów. Oczywiście nawet tak wąska grupa islamistów może urządzić krwawą łaźnię, jednak sprowadzanie walki z islamizmem do walki z islamem jest nieporozumieniem. Wręcz przeciwnie, z islamizmem będzie można wygrać tylko przy udziale umiarkowanej większości muzułmanów, która musi podjąć walkę z islamistami nawet nie tyle fizyczną, co teologiczno-polityczną, dzięki której zdelegitymizuje terrorystów w oczach całej swojej wspólnoty religijnej. Póki umiarkowane kraje muzułmańskie (Algieria, Indonezja, Malezja itp.) nie dołączą do koalicji antyislamistycznej, umiarkowani imamowie nie wystąpią przeciw islamistom w meczetach, a zwykli muzułmanie nie zaczną wprost piętnować fundamentalizmu, ekstremiści nie zostaną zmarginalizowani i wciąż będą mogli swobodnie funkcjonować w przestrzeni religii muzułmańskiej. Jednak gdy będziemy utożsamiać islamistów z wszystkimi muzułmanami, to na zasadzie samospełniającej się przepowiedni niechybnie w końcu stanie się to prawdą i zamiast walki z islamizmem w sojuszu z islamem, zostanie nam walka z całym islamem. A wygrać ją będzie bez porównania trudniej. Tak więc rozbudzanie nastrojów antyislamskich, nie tylko w Polsce, ale też wszędzie indziej, jest szkodliwe z punktu widzenia walki z terroryzmem.

Przy „okazji” każdego dramatycznego wydarzenia związanego z islamizmem szeroko pojęci polscy przeciwnicy islamu przypominają jako przykład polskiej wiktorii „odsiecz wiedeńską”, podczas której Jan III Sobieski ruszył na pomoc Austriakom w wojnie z Turcją. Trudno o większy idiotyzm – uczestnictwo w Bitwie pod Wiedniem był jednym z największym błędów strategicznych w historii. Po pierwsze, uratowaliśmy Austriaków, którzy niewiele później uczestniczyli w naszych rozbiorach. Po drugie, osłabiliśmy Turcję, dzięki czemu umożliwiliśmy Rosji ekspansję na zachód. Po trzecie wreszcie, daliśmy się wpuścić w potyczkę z Turcją, czyli krajem, który był naszym naturalnym kandydatem na sojusznika i nigdy nie uznał naszych rozbiorów. Niestety oparta na uproszczonych schematach myślowych polityka doprowadziła do tego brzemiennego w skutki błędu. A obecnie podobne schematy każą młodym Polakom epatować wizerunkami husarii i brać na sztandary to pyrrusowe zwycięstwo, które zaszkodziło nam bardzo. Oby od podobnych schematów uwolniła się polityka współczesnej Polski, bo poza zagrożeniami związanymi z kryzysem imigranckim widać tez ewidentne szanse. Zrzucenie klapek z oczu pomogłoby je wykorzystać.

Polak-katolik a powszechne przeznaczenie dóbr

Polska to w wielu obszarach kraj paradoksów. Jednym z nich jest deklaratywne przywiązanie dużej części Polaków do katolickich wartości, połączone z życiem zupełnie oderwanym od tychże wartości – i w większości przypadków chodzi o tę samą grupę Polaków. Polacy-katolicy na przykład notorycznie stosują bluźniercze sformułowanie „święte prawo własności” oraz fetyszyzują własność prywatną, choć Kościół katolicki stworzył unikalną i bez mała rewolucyjną zasadę powszechnego przeznaczenia dóbr, która podporządkowuje własność użytkowaniu, a pretensje do niej może rościć sobie każdy, choć oczywiście w określonych przypadkach i z zachowaniem pierwszeństwa właściciela. Polacy-katolicy z ogromnym lekceważeniem podchodzą także do przyrody, choć to właśnie ją stworzył Bóg, natomiast nierzadko wręcz wielbią stworzone przez człowieka wytwory materialne. Ogrzewają więc swoje wypasione chałupy paląc najpewniej oponami (bo chyba tylko one mogą dać taki czarny dym), trując swoje siostry i braci. A na drugi dzień idą grzecznie na Mszę i stoją w ładnym rządku do Komunii, nie zwracając uwagi na fakt, że dzień wcześniej tak nagrzeszyli, że dla pokuty przez trzy miesiące powinni codziennie klepać różańce. Ewidentnie prawdziwą „dobrą zmianą” w Polsce byłoby odkurzenie stworzonej przez jednego z największych mózgów w historii Kościoła zasady powszechnego przeznaczenia dóbr. Pytanie tylko, czy św. Tomasz z Akwinu jest jeszcze dla współczesnego Polaka-katolika jakimkolwiek autorytetem.

To właściwie nic dziwnego, że w czasach wszechobecnego kultu własności środowisko naturalne traktowane jest w najlepszym wypadku podejrzliwie i z dystansem. W końcu nie da się go całego ogrodzić, postawić tabliczki „moje” i wpuszczać łaskawie tylko znajomych, i to też tylko wtedy, gdy najdzie nas na to ochota. Nie da się go całego zakupić, otoczyć płotem i postraszyć intruzów złym psem. Można tak najwyżej postąpić z drobnym i najbardziej dostępnym kawałeczkiem, ale przyroda i tak ma te wszystkie zabiegi za nic i przy najbliższej okazji spuści na teren delikwenta hektolitry wody z przemykającej obok chmury, zupełnie o to rzekomego właściciela nie pytając. Wiatr hula po naszych włościach nawet wtedy, gdy sobie tego nie życzymy, ptaki bezczelnie wlatują, siadają na ławkach i zostawiają na nich jakieś białe placki, a gdy przychodzi grudzień nawet stojący w garażu nowiutki SUV miewa problem z wyjazdem na naszą własną, starannie wcześniej utwardzoną drogę. W normalnych sytuacjach, gdy ktoś kpi sobie z mojego „świętego prawa własności”, mogę zawsze na niego nakrzyczeć, dać w twarz, ewentualnie zadzwonić po odpowiednie służby. Na przyrodę tymczasem mogę się wydzierać ile wlezie, a ona i tak nic sobie z tego nie robi.

Gdy kupię 10-calowy tablet z modemem 4G, to wiem, że jest mój, mam paragon, mogę się nim pochwalić przed znajomym, a nawet przed nieznajomym siedzącym na fotelu obok w niepolskim busie. Tymczasem gdy kąpię się w rzece, to nie do końca wiem, czyja ona jest. Niby z niej korzystam do woli, przyjemnie mnie schładza, ale obok kąpią się dziesiątki innych, jakieś rozwydrzone bachory drą się wniebogłosy i nie dają spokojnie człowiekowi poczytać książki na materacu, a jakby tego było mało, właśnie nadepnął mnie jakiś grubas i ledwo burknął „sorry”. To jak to jest w końcu z tą rzeką? Jest moja czy ich? A jeśli jest nas wszystkich, to która konkretnie część jest moja? Proszę mi sprawiedliwie wydzielić mój kawałeczek, może być nawet maluteńki, tylko żeby mi nikt na niego nie właził, a grubas niech sobie depcze innych na swojej części.

Na tym właśnie polega w naszym kraju główny problem nie tylko z naturą, ale i z całą własnością wspólną. Nie da się precyzyjnie ustalić, do kogo ona należy, a w czasach kultu własności prywatnej i jej fetyszyzacji jest to ogromna wada. Po zgrzebnych latach PRL rzuciliśmy się budować naszą prywatną własność, podobno zawsze dużo lepszą i bardziej efektywną od własności wspólnej, której przecież sama nazwa wskazuje, że jest niczyja. Odwróciliśmy się więc plecami od naszych klatek schodowych, parków czy podwórek, na rzecz nieustannego upiększania własnego mieszkania czy domu. Nieistotne stało się, że do pracy jedziemy drogą wyboistą niczym powierzchnia księżyca – ważne, że w domu mamy telewizor wielki jak pół Orlika. Ten sam los spotkał naturę – nie moja, a więc niczyja, a skoro niczyja, to nic nie szkodzi wyrzucić niedogaszonego papierosa do lasu, okazjonalnie wysikać się do jeziora czy zostawić butelki po piwie na łące, na której przed chwilą się imprezowało. Najpierw nachapać się do syta, a dopiero potem oddać następnemu w kolejce, gdy sami już i tak nie możemy – to nasza standardowa strategia korzystania z każdej formy własności. I nieważne, czy chodzi o mienie komunalne, czy o zasoby naturalne – byłem pierwszy, jestem panem. Gdzie mi się tu wpychasz, babo – zapłaciłem za bilet, to siedzę. Trzeba było wejść dwa przystanki wcześniej, to ty byś siedziała.

Katolicka zasada powszechnego przeznaczenia dóbr jest traktowana przez przeciętnego Polaka-katolika co najwyżej pobłażliwie, jako jeden z tych licznych nieszkodliwych kościelnych przeżytków, których i tak już nikt nie przestrzega i nikt nie zwraca na nie uwagi. W czasach absolutyzacji własności, wręcz jej sakralizacji („święte prawo własności”), twierdzenie, że własność obciążona jest hipoteką społeczną, aby dobra mogły służyć ogólnemu przeznaczeniu, musi się jawić jako bajanie jakiegoś niepoprawnego idealisty, w gruncie rzeczy niebezpiecznego, bo jeszcze zechce dokwaterować uchodźcę z Syrii do mojego M-3. Współczesny porządek ekonomiczny jest oparty na podziale na to, co moje i co nie moje, a poszczególne dobra może i były kiedyś powszechnie przeznaczone, ale tylko do momentu, gdy je nabyłem. To znaczy, de facto każdy mógł wejść w ich posiadanie, ale po transakcji to już jest inna historia. We współczesnej logice zasada powszechnego przeznaczenia dóbr jest więc podporządkowana własności prywatnej – obowiązuje, dopóki czegoś nie posiądzie konkretna osoba. Gdy ten kawałek pola jest już Marka czy Ilony, wtedy pieczę nad nim sprawują zasady prawa cywilnego, a nie boskiego. Tymczasem doktryna katolicka odwraca tę logikę: to własność prywatna podporządkowana jest powszechnemu przeznaczeniu dóbr, które powinno być uniwersalnym prawem ich użytkowania, a także pierwszą zasadą całego porządku społecznego.

Fetyszyzacja własności prywatnej powoduje, że z zupełnym lekceważeniem odnosimy się do własności wspólnej. To właśnie z tego powodu obojętnie patrzymy, jak niszczeje nasza własność publiczna oraz jak natura bywa przez nas bezlitośnie wykorzystywana. Za obie nie czujemy odpowiedzialności, ponieważ nie stoją u nas na biurku i nie zapłaciliśmy za nie naszą kartą bankową. Tymczasem własność prywatna powinna być tylko instrumentem ułatwiającym korzystanie z dóbr. Instrumentem, który da pewność, że gdy rano będę chciał jechać do pracy, to mój samochód będzie stał na parkingu i grzecznie czekał – nie oznacza to jednak wcale, że mogę z nim robić, co mi się żywnie podoba.

Przypomnienie sobie, że wszelkie dobra w boskim zamierzeniu mają co do zasady służyć wszystkim, może zmienić nasz stosunek do świata – zarówno do tego, co mam w torbie podróżnej, jak i tego, co mijam jadąc pociągiem. Postawienie zasady powszechnego przeznaczenia dóbr nad własnością prywatną wszystkim nam wyjdzie na zdrowie. Zaczniemy korzystać bardziej odpowiedzialnie z mienia własnego oraz publicznego, a także dostrzeżemy, że środowisko naturalne to dobro nie tylko moje, nawet nie tylko moich żyjących współcześnie sióstr i braci, ale wszystkich przeszłych i przyszłych pokoleń. Nasze place wypięknieją, a parki będą czystsze. Nasze usługi publiczne zaczną lepiej działać, a podatnicy będą bardziej sumiennie płacić na ich utrzymanie, zdając sobie sprawę, że czynią to we wspólnym interesie. No i przede wszystkim Polak-katolik będzie lepszym wiernym. Pytanie tylko, czy bycie lepszym wiernym jest jeszcze dla współczesnego Polaka-katolika jakąkolwiek wartością.

Minimalna granica przyzwoitości

Minimalna granica przyzwoitości

Uchwalenie godzinowej stawki minimalnej dla umów zleceń zbliża się coraz większymi krokami i wiele wskazuje na to, że jeszcze w drugiej połowie bieżącego roku to rozwiązanie, które w polskich warunkach powinno być po prostu oczywistą koniecznością, w końcu się urzeczywistni. Wiele mówi o prawdziwym stanie polskiego rynku pracy fakt, że przepis, który ma jedynie zapewnić przestrzeganie prawa w zakresie minimalnego wynagrodzenia, może rzekomo doprowadzić do likwidacji miejsc pracy na wielką skalę. We wszystkich innych dziedzinach życia kogoś, kto użala się nad faktem, że nie będzie mógł już swobodnie łamać prawa, nazwalibyśmy co najmniej hipokrytą, jednak zasada ta dziwnym trafem nie obejmuje ekonomii. W debacie o gospodarce argumenty wysuwane przez podmioty regularnie łamiące przepisy zawsze były traktowane jako warte rozważenia, nawet jeśli w innych okolicznościach podobne tezy uznalibyśmy za ordynarny szantaż. Jako że kijem biegu Wisły nie odwrócę, zagram przez moment na tych wątpliwych warunkach.

Trzeba na początek ustalić jedno – wprowadzenie godzinowej płacy minimalnej dla umów cywilnoprawnych nie jest jakąś łaską dla pracowników, lecz rozwiązaniem, które ma umożliwić realne funkcjonowanie przepisów od dawna już formalnie istniejących. Płaca minimalna w Polsce oficjalnie jest w miarę przyzwoita (jak na polskie bieda-warunki oczywiście). W roku 2015 wynosiła 1750 zł brutto, a przeciętne wynagrodzenie według GUS wyniosło 4121 zł, tak więc stanowiła ona ok. 42 procent średniej krajowej. W większości krajów europejskich, które wprowadziły ogólnokrajową płace minimalną (a tych jest 22), wskaźnik ten mieści się w przedziale 40-45 proc., więc nie odbiegamy tu od normy. Problem w tym, że w Polsce takie rozwiązanie to w dużej mierze fikcja. Pracodawcy, dzięki szerokim możliwościom nadużywania umów cywilnoprawnych, bez zażenowania oferują umowy zlecenie z taką godzinową stawką za pracę, która w żaden sposób nie koresponduje z oficjalną płacą minimalną. Godzinowa stawka minimalna wynikająca z przepisów o minimalnym wynagrodzeniu, która obowiązuje umowy kodeksowe, w przeliczeniu w 2015 r. wynosiła ok. 10 zł brutto, tymczasem w niektórych branżach (ochroniarstwo, firmy sprzątające) takie wynagrodzenie jawi się niczym niedościgłe marzenie – królują tam stawki kilkuzłotowe.

I właśnie m.in. dlatego jesteśmy w ścisłej unijnej czołówce, jeśli chodzi o odsetek pracowników zarabiających nie więcej niż wynosi pensja minimalna. Stanowią oni w Polsce aż około 10 proc. zatrudnionych, co jest piątym wynikiem w UE. Bez porównania mniej jest ich chociażby na Słowacji czy Węgrzech (po 4 proc.) czy nawet w Bułgarii (3 proc.). W Polsce ten wskaźnik jest tak „napompowany”, ponieważ poza osobami zarabiającymi pensję minimalną istnieje jeszcze spory segment rynku pracy wynagradzany poniżej jej poziomu.

Oczywiście istnienie takiego „triku” umożliwiającego swobodne płacenie głodowych stawek na umowach zlecenie, bez oglądania się na jakieś fanaberie w rodzaju przepisów o wynagrodzeniu minimalnym, musiało skończyć się eksplozją uśmieciowionego zatrudnienia. I właśnie dlatego jesteśmy już niemal światowym hegemonem w kategorii umów czasowych, na których, według najnowszego raportu OECD „Employment Outlook 2015”, pracuje 28,4 proc. polskich zatrudnionych. Co więcej, szybko gonimy Chile, które co prawda wciąż jest pierwsze (29,2 proc.), ale w kraju, gdzie reżimu elastyczności uczył sam generał Pinochet, ten wskaźnik regularnie co rok spada, natomiast nad Wisłą rośnie. O ile te akurat dane są dość dobrze znane i często w Polsce omawiane, to z niezrozumiałych powodów rzadko się u nas mówi o danych dotyczących pracujących zagrożonych ubóstwem, których jest tu zdecydowanie najwięcej w regionie. Jest to oczywiście bezpośrednim wynikiem umożliwienia płacenia im głodowych stawek. Pracownicy, którzy są zagrożeni ubóstwem, stanowią w Polsce aż 10,6 proc. ogółu zatrudnionych, tymczasem w Czechach jest ich zaledwie 3,6 proc., na Słowacji 5,7 proc., na Węgrzech 6,4 proc., a w Bułgarii 9,2 proc. W Europie wyprzedzają nas pod tym względem w zasadzie jedynie ciężko przechodzące kryzys kraje południa Europy (Portugalia 10,7 proc., Hiszpania 12,5, Grecja 13,4, ale już nie Chorwacja – 5,7 proc.) oraz Rumunia (19,6 proc.). W zdecydowanej większości krajów UE ten wskaźnik jest jednocyfrowy, jednak my do tej większości nie należymy. Niestety w wyniku masowego omijania przepisów o płacy minimalnej Polska stała się krajem, w którym praca nie chroni przed ubóstwem.

Ile mają wspólnego z prawdą ostrzeżenia, że wprowadzenie godzinowej płacy minimalnej spowoduje eksplozję bezrobocia dobrze pokazuje przykład Niemiec, które w 2015 r. wprowadziły ją w całej federacji w kwocie 8,5 euro za godzinę. Była to nad Renem bez mała rewolucja, gdyż do tej pory nie funkcjonowała tam ogólnokrajowa płaca minimalna, tymczasem wprowadzono ją od razu na wysokim poziomie. W przeliczeniu na miesięczne zarobki płaca ta wynosiła w Niemczech 1473 euro, co przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej oznaczało, że jest ona w Niemczech drugą najwyższą w UE, po Luksemburgu (bez uwzględnienia siły nabywczej piątą najwyższą). Mimo to nie nastąpił wróżony przez ekspertów wzrost bezrobocia – wręcz przeciwnie, spadło ono o pół punktu procentowego. Pod koniec 2014 r. wynosiło 5 proc., a pod koniec 2015 r., czyli po roku obowiązywania nowych przepisów, wyniosło 4,5 proc., co oznacza, że obecnie niemieckie bezrobocie jest… najniższe w UE.

Oczywiście trzeba zdawać sobie sprawę, że jakaś część najniżej wynagradzanych miejsc pracy może zniknąć w wyniku wprowadzenia godzinowej płacy minimalnej dla umów zleceń. Jednak te „bieda-prace” i tak są w istocie jedynie formą ukrytego bezrobocia, gdyż ubodzy pracujący, których jak widać jest w Polsce zdecydowanie najwięcej w regionie, muszą dodatkowo korzystać ze wsparcia chociażby pomocy społecznej. Zatem do tych najniżej wynagradzanych miejsc pracy, z których korzyści czerpią niektórzy pracodawcy, musimy dopłacać my wszyscy. Wszyscy zrzucamy się na pomoc socjalną dla ubogich pracujących, zapewniamy im opiekę zdrowotną, na którą sami nie mogą się składać lub składają się na nią jedynie w minimalnym wymiarze, a gdy przejdą na emeryturę znów będziemy ich wspierać transferami, gdyż pracując za głodowe stawki nie będą w stanie odłożyć składek wystarczających na godziwą emeryturę. Tymczasem zyski z tego, że można w Polsce całkowicie legalnie zatrudniać ludzi za kilka złotych na godzinę, powędrują do kieszeni poszczególnych cwaniaczków, którzy jeszcze w towarzystwie czy debacie publicznej uchodzić będą za wielkich przedsiębiorców, niemal w pojedynkę tworzących nasz mityczny PKB.

Trzeba w końcu jasno i wyraźnie powiedzieć, że „biznesmeni” oferujący „miejsca pracy” za 6 zł na godzinę bezczelnie żerują na całym społeczeństwie, a więc nie są żadnymi bohaterami kapitalizmu. Firmy, które mogłaby zarżnąć godzinowa stawka minimalna wysokości proponowanych przez rząd 12 złotych, nigdy nie powinny powstać, gdyż nie stanowią żadnej wartości dodanej dla polskiej gospodarki. Miejsca pracy, które oferują, to żadne miejsca pracy, bo wszyscy do nich dopłacamy. Zdrowszą już sytuacją będzie, gdy ci „przedsiębiorcy” przestaną udawać, że zatrudniają i płacą, państwo przestanie udawać, że bezrobocie jest niskie, a ci wszyscy biedni ludzie, którzy tracą nawet i po kilkanaście godzin dziennie ofiarowując swoją energię za bezcen, oficjalnie przejdą na jakiś czas na garnuszek państwa i skupią się na podwyższaniu swoich kwalifikacji oraz szukaniu lepszej pracy. Bo po 12 godzinach pracy w ochronie człowiek raczej nie ma już sił próbować popchnąć swoją karierę zawodową do przodu i może z tego powodu utknąć w takiej „bieda-pracy” na lata.

Dobrze o tym wiedzą ci, którzy korzystają z tej niemal darmowej pracy. Wartość dodaną dla Polski stanowią bez wątpienia firmy, które potrafią uzyskiwać niezłą rentowność dzięki oferowaniu unikalnych produktów, posiadaniu dobrego pomysłu na biznes czy konkurowaniu efektywną organizacją pracy. Firmy, które rentowność uzyskują dzięki temu, że mają do dyspozycji prawie darmową siłę roboczą, nie stanowią żadnej wartości i powinny upaść jak najszybciej, gdyż jedynie zaśmiecają rynek – stanowią nieuczciwą konkurencję wobec tych, którzy niekoniecznie chcą robić biznes na wyzysku, a także powodują obniżenie rynkowych stawek oraz zniekształcanie oficjalnych statystyk rynku pracy.

Jednak oczywiste jest, że zdecydowana większość miejsc pracy wycenianych poniżej pensji minimalnej przetrwa. Przecież niemożliwe jest, by różne podmioty nagle zrezygnowały z usług firm ochroniarskich czy sprzątających, a niektóre hipermarkety z kasjerek. Po prostu nie będą miały innego wyjścia, niż w końcu zapłacić swoim ludziom przyzwoicie. Trzeba będzie się pogodzić z faktem, że za niektóre produkty i usługi będziemy musieli zapłacić więcej, ale zrekompensuje nam to fakt, że zwiększymy dynamikę gospodarczą dzięki włączeniu w życie gospodarcze wielu osób, do tej pory z niego wykluczonych. Część ludzi na pewien czas straci pracę, która i tak nie była specjalnie wartościowa, za to dużo więcej osób dostanie wyższe pensje, dzięki czemu sytuacja na rynku pracy się polepszy, na czym ostatecznie skorzystają także ci pierwsi. No bo chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie wyobraża sobie, że ci wątpliwej jakości pracodawcy pozwalniają wszystkie sprzątaczki i wszystkich ochroniarzy i sami chwycą za mopy albo staną w stróżówkach.