Fałszywi Samarytanie wolnego handlu

Można powiedzieć, że „Źli Samarytanie” ukazują się w Polsce w idealnym momencie. Ta być może najcelniejsza kompleksowa analiza globalnej polityki wolnego rynku pojawia się nad Wisłą w czasie finalizowania dwóch wielkich umów handlowych: TTIP i CETA. „Źli Samarytanie” Ha-Joon Changa to przede wszystkim pełen polotu traktat krytykujący wolny handel i politykę pełnego otwarcia gospodarki, czyli dwie rzeczy żarliwie zalecane przez wszystkich tytułowych Samarytan z MFW, Banku Światowego oraz globalistycznych elit krajów rozwiniętych. A przy okazji są to dwa zalecenia, które Polska przyjęła niemal w pełni i od ręki po przełomie 1989 roku. Aby nie powtórzyć błędów sprzed 25 lat, dzieło Changa powinno stać się w tym ważnym momencie lekturą obowiązkową dla polskich decydentów. To kopalnia argumentów, faktów i twardych danych, które nawet najbardziej zatwardziały umysł muszą skłonić do zastanowienia się dwa razy, czy na pewno TTIP i CETA są tym, czego obecnie najbardziej potrzebują zarówno Polska, jak i cała Unia Europejska.

Wadliwa teoria

Teoretyczne podstawy otwarcia się na wolny handel zapewnia obecnie koncepcja Heckschera-Ohlina-Samuelsona, zwana w skrócie teorią HOS. Jest ona rozwinięciem tez Davida Ricardo, który w miejsce bezwzględnych przewag komparatywnych wprowadził przewagi względne. Inaczej mówiąc, nawet jeśli jeden z dwóch krajów ma przewagę w wydajności produkcji dwóch towarów, to integracja handlowa między nimi wciąż się opłaca, gdyż pierwszy powinien się skupić na produkcji tych towarów, które dają mu największą przewagę produktywności, a drugi na polu, na którym odnosi najmniejszą stratę. XX-wieczni twórcy teorii HOS zmodyfikowali tę koncepcję, wprowadzając do niej kluczowe dla produkcji składowe – kapitał i pracę, twierdząc, że kraje zasobne we względnie tani kapitał powinny się skoncentrować na produkcji kapitałochłonnej, państwa z dużą ilością taniej siły roboczej natomiast – na produkcji pracochłonnej. W ten sposób wszyscy pokażą swoje najmocniejsze strony, dzięki czemu w krótkim czasie nastąpi pełne wykorzystanie dostępnych mocy produkcyjnych, a uzyskane w ten sposób nadwyżki będzie można przeznaczyć na konsumpcję. Wydaje się to na pierwszy rzut oka logiczne – jak wszystkie „zdroworozsądkowe” teorie złych Samarytan. W końcu każdy powinien się skupić na rozwinięciu swoich mocnych stron, bo ma to potencjał przynoszenia największego zwrotu. W książce Changa co i rusz przekonujemy się jednak, że logiczne na pierwszy rzut oka teorie nie tylko okazują się wadliwe, lecz także są zwykłą pułapką zastawioną przez życzliwych możnych.

Zacznijmy od wad – teoria HOS zakłada doskonałą mobilność czynników produkcji. Inaczej mówiąc, po upadku huty piece hutnicze w magiczny sposób zamienią się w komputery i zaczną służyć do produkcji oprogramowania w firmie IT, a wyrzuceni z pracy górnicy błyskawicznie przekwalifikują się na wielojęzycznych prawników korporacji. Chyba każdy zdaje sobie sprawę, że to niemożliwe. Nie ma żadnych gwarancji, że po upadku zakładów danego sektora, w wyniku otwarcia się gospodarki i dostosowywania do „optymalnej” dla niej produkcji powstaną na ich miejsce nowe zakłady. Albo że istniejące rozbudują się do tego stopnia, iż wchłoną powstały wolny zasób danego czynnika produkcji. Najprawdopodobniej będzie tak, że w kraju rozwijającym się może i rzeczywiście obszary pracochłonne gospodarki się rozwiną, jednak obszary kapitałochłonne, w tych krajach siłą rzeczy zacofane, upadną pod ciężarem konkurencji i już się nie podniosą. Pracujący tam ludzie trafią na bruk, a kapitał na śmietnik. Nastąpią nie tylko straty materialne, ale i powiększą się rzesze przegranych takiej transformacji. Nawet jeśli uda się kiedyś wchłonąć powstałe wolne zasoby, a straty odrobić, nastąpi to po długim czasie. Całe grupy społeczne i pokolenia przegrają w takim procesie na zawsze. Żeby zminimalizować negatywne skutki, w kraju musiałyby istnieć mechanizmy kompensacji – redystrybucja, zabezpieczenie społeczne i sprawne usługi publiczne. Tymczasem w krajach rozwijających się niemal nigdy ich nie ma lub są w powijakach – i w obliczu wyzwania nie zadziałają na odpowiednią skalę. Zatem żaden lider polityczny, czujący odpowiedzialność za całą wspólnotę, nie powinien podjąć działań zalecanych przez teorię HOS.

Jednak te wady teoretyczne są niczym przy niebezpieczeństwach pułapki, jaką za pomocą teorii HOS szykują źli Samarytanie z krajów rozwiniętych. Nie trzeba być geniuszem, aby się zorientować, że rzetelne wdrożenie tej koncepcji będzie oznaczać dla kraju specjalizację w zacofanych dziedzinach, skaże zatem dane państwo na wieczny dystans wobec najlepiej rozwiniętych. Otwarcie gospodarki rzeczywiście jest najlepszym sposobem na wzrost wydajności w krótkim terminie – jednak w długim okaże się pułapką. Umożliwi bowiem rozwój zakładów w obszarach pracochłonnych, jednak branże kapitałochłonne pozostaną dla kraju zamknięte. Lokalni zacofani producenci tych branż błyskawicznie przegrają konkurencję z rozwiniętymi producentami z krajów zamożnych, bo będą pozbawieni ochrony, a nawet jeśli zdążą się przekwalifikować na produkcję pracochłonną, to gwarantująca największy zwrot i skok produktywności produkcja kapitałochłonna będzie dla nich niedostępna – tak, jak i dla społeczeństwa niedostępny stanie się standard życia społeczeństw rozwiniętych. Producenci z krajów bogatych już na starcie wyeliminują swoją raczkującą konkurencję. Nic więc dziwnego, że promują wolny handel, gdzie tylko mogą.

Protekcjonizm kluczem do sukcesu

Nie jest więc chyba już teraz niespodzianką, że kraje wysoko rozwinięte, gdy same były na niższym poziomie rozwoju, prowadziły politykę zupełnie różną od tej, którą teraz postulują. Pierwsza potęga gospodarcza Zachodu, Wielka Brytania, dziś uważana za ojczyznę wolnego handlu i gospodarczego liberalizmu, w istocie jest ojczyzną protekcjonizmu i regulowania gospodarki na niemal wszystkie możliwe sposoby. Pionierem tych rozwiązań był już Henryk VII, który głęboko ingerował w handel wełną i produktami wełnianymi – raz zwiększając, raz zmniejszając cła, to zabraniając zupełnie eksportu surowca, to lekko uchylając dla niego drzwi. Wszystko po to, by wesprzeć krajowych wytwórców i wykończyć zagraniczną konkurencję, głównie holenderską, która sytuowała się na wyższym poziomie technologicznym, ale w dużej mierze była uzależniona od taniej wełny z Wysp.

Protekcjonizm do rangi sztuki podniósł słynny brytyjski premier Robert Walpole. Przed nim brytyjska polityka oczywiście nie była wolnorynkowa – jednak skupiała się na dominacji w handlu, np. dzięki prawu o żegludze, które wymagało, by wszelki handel z Wielką Brytanią odbywał się za pośrednictwem brytyjskich okrętów. Po 1721 roku Walpole postawił na ochronę i wspieranie wytwórstwa. Jego ideą przewodnią był eksport produktów przetworzonych i import surowców. Zatem znacznie podniósł cła na import skończonych towarów, za to obniżył lub zniósł stawki importowe na materiały do produkcji. Zaczął stosować szereg zachęt dla eksporterów – od dopłat do produkcji na eksport, po zwroty ceł, które krajowi producenci musieli zapłacić w państwach, w których sprzedawali swoje towary. Ustanowił też regulacje jakości obligatoryjne dla wszystkich producentów z Wysp, by któryś z nich nie psuł reputacji produktom „made in UK”. Forsował również bezwzględne przepisy wobec brytyjskich kolonii, zabraniające im prowadzenia bardziej rozwiniętej produkcji, m.in. zakazał Amerykanom budowy nowych odlewni i walcowni, skazując ich na produkcję surówki niskiej jakości.

Wielka Brytania kontynuowała tę politykę aż do połowy XIX wieku, będąc najbardziej protekcjonistyczną gospodarką świata. Jej cła na towary przetworzone wynosiły w 1820 roku 45–55%, tymczasem w Niderlandach było to 6–8%, w Prusach 8–12%, a we Francji, postrzeganej dziś stereotypowo jako etatystyczna – 20%. Zjednoczone Królestwo zaczęło forsować i stosować wolny handel dopiero w drugiej połowie XIX wieku, gdy już tamtejsi wytwórcy mieli taką przewagę nad konkurencją ze świata, że na liberalizacji mogli tylko zyskać.

Protekcjonizm na szeroką skalę stosowało też kolejne mocarstwo tradycyjnie kojarzone z wolnym rynkiem. W USA ta polityka nosiła nazwę „ochrony przemysłów raczkujących”, a jej zręby stworzył pierwszy sekretarz skarbu Alexander Hamilton, do dziś uznawany za ojca założyciela amerykańskiego kapitalizmu. W 1791 roku opublikował „Raport o stanie manufaktur”, w którym wprost zalecał ochronę dopiero rozwijających się krajowych wytwórców przed konkurencją z zagranicy. Rekomendował więc wysokie cła na towary przetworzone, ale i liberalizację importu półproduktów potrzebnych krajowym wytwórcom. Postulował zakaz eksportu kluczowych surowców oraz ufundowanie nagród za przełomowe wynalazki i patenty. Forsował rozbudowę infrastruktury materialnej niezbędnej do rozwoju przemysłu, a także stworzenie regulacji jakości. Niestety nie doczekał wprowadzenia swoich pomysłów w życie. Za jego czasu Kongres, pod wpływem silnych plantatorów i właścicieli niewolników z Południa, wprowadzał rozwiązania różne od proponowanych przez Hamiltona. Plantatorzy eksportujący surowce lub nisko przetworzone produkty, wytwarzane dzięki de facto darmowej sile roboczej, chcieli mieć dostęp do tanich produktów przetworzonych lub ekskluzywnych z zagranicy. Nie po raz pierwszy okazało się, że wolny handel był na rękę głównie wyzyskiwaczom – w tym przypadku właścicielom niewolników. W wyniku ich lobbingu Kongres, jeśli podnosił cła, to tylko w tak nieznaczny sposób, że nie mogło to przynieść spodziewanych rezultatów w postaci wzrostu krajowej aktywności przemysłowej.

Cła znacząco podniesiono dopiero w wyniku wojny brytyjsko-amerykańskiej. Do 1820 roku zostały podniesione aż do poziomu 40% z 12,5% w 1812 roku. Pełne urzeczywistnienie koncepcji Hamiltona przyniosła dopiero prezydentura Abrahama Lincolna. Bazował on na opracowanej przez Henry’ego Claya koncepcji „Systemu amerykańskiego”, który łączył protekcjonizm z wielkimi inwestycjami publicznymi w infrastrukturę. Po wyborze Lincolna na prezydenta USA podniosły cła na import towarów przetworzonych do najwyższej na świecie wysokości 50% i utrzymały je aż do I wojny światowej. Po krótkotrwałej liberalizacji handlu ustawa Smoota–Hawleya w reakcji na Wielki Kryzys znów wywindowała cła na wysokie poziomy. Dopiero po II wojnie światowej, gdy USA były już potęgą gospodarczą, Amerykanie zaczęli forsować wolny handel. Jednak nawet wtedy wspierali swoich wytwórców i eksporterów, głównie finansując wydatki na badania i rozwój. W latach 1950–1995 udział publicznych środków w amerykańskich wydatkach B+R wynosił między 50 a 70%, tymczasem w tradycyjnie interwencjonistycznych Japonii i Korei Południowej – zaledwie 20%.

Przykładem klęski wolnego handlu jest natomiast Meksyk. Lata przed liberalizacją handlu stosował industrializację metodą substytucji importu, czyli zastępowania tradycyjnie importowanych produktów wyrobami lokalnych wytwórców, chronionych cłami i innymi barierami (np. kwoty importowe), nawet jeśli produkty te były gorszej jakości niż zagraniczne. W latach 1955–1982 dochód per capita rósł w tym kraju rocznie o 3,1%, co w tak długim okresie jest wynikiem znakomitym. Niestety po tym czasie Meksyk nawrócił się na ideologię wolnorynkową. Pierwszym etapem transformacji meksykańskiej polityki handlowej były lata 1985–1995, gdy znacznie zliberalizowano handel, znosząc wiele istniejących barier. W tym okresie wzrost spadł do raptem… 0,1% rocznie. Była to przymiarka do podpisania umowy NAFTA, która ustanowiła strefę wolnego handlu między USA, Kanadą i Meksykiem. NAFTA weszła w życie w 1995 roku i odcisnęła piętno na krajowym przemyśle wytwórczym, budowanym pieczołowicie w latach substytucji importu. Doprowadziła do załamania się całych sektorów gospodarki meksykańskiej, wzrostu bezrobocia i spadku płac. Meksyk stracił aż 1,6 mln miejsc pracy w rolnictwie i 600 tys. dobrze opłacanych w przemyśle. Drobni meksykańscy rolnicy nie wytrzymali konkurencji z wielkimi amerykańskimi farmami, które zalały tamtejszy rynek tanimi i mocno subsydiowanymi produktami rolnymi. Na subsydiowanie własnych na taką skalę oczywiście nie było stać znacznie biedniejszego Meksyku. Nawet niewielkie odbicie wzrostu, jakie przyniosło wejście w życie układu NAFTA, nie powetowało strat wynikających z liberalizacji handlu. Dochód per capita w latach 1995–2002 rósł w tempie 1,8%, a więc niemal dwukrotnie niższym niż w czasach protekcjonizmu. Dodatkowo odbywał się on dzięki inwestorom zagranicznym, a nie krajowym, oraz na fali powstawania gorzej płatnych miejsc pracy. To wszystko jest tym „dziwniejsze”, że według narracji Samarytan, Meksyk wydawał się wręcz idealnym kandydatem na prymusa wolnego handlu. Graniczył z największym rynkiem świata, a więc była to doskonała okazja, by jego wytwórcy skorzystali z efektu skali. Dodatkowo miał bardzo dużą diasporę w USA, co powinno zapewnić niezbędne w biznesie powiązania nieformalne. Oprócz tego dysponował fundamentem wzrostu, a według mainstreamowych ekonomistów – dobrze wykształconą i kompetentną siłą roboczą i kadrą menedżerów. Nic to jednak nie dało – krajowi wytwórcy zbyt szybko zostali zmuszeni do konkurencji z wysoko rozwiniętymi producentami z USA, co skończyło się zupełną klęską rodzimej, meksykańskiej gospodarki. Chang wymienia jeszcze kilka przykładów niepowodzeń otwarcia gospodarki. W Wybrzeżu Kości Słoniowej po obniżce ceł o 40% w 1986 roku załamały się całe sektory gospodarki – włókienniczy, obuwniczy, a także istniejący tam samochodowy. W Zimbabwe liberalizacja handlu w 1990 roku przyniosła błyskawiczny wzrost bezrobocia z 10 do 20%.

Pułapka zagranicznych inwestycji

Nawet liberalni ekonomiści przyznają, że inwestycje zagraniczne nierówne inwestycjom zagranicznym. Inwestycje portfelowe, czyli inwestowanie na krajowym rynku akcji, nieruchomości lub innych aktywów, mogą przynieść więcej szkód niż pożytku. Często mają charakter stricte spekulacyjny, a więc są nastawione na dochód w krótkim terminie. Siłą rzeczy są więc bardzo niestabilne, a podczas realizacji zysków mogą spowodować znaczne perturbacje na rynku. Dodatkowo mają tendencje procykliczne, więc napływają wtedy, gdy w gospodarce panuje hossa, a odpływają w czasie recesji. Zatem w okresie ożywienia mogą spowodować przegrzanie gospodarki i pęcznienie baniek – czyli niekontrolowany i nieuzasadniony wzrost cen aktywów (mieszkań, udziałów, obligacji rządowych). Tymczasem w okresie załamania lub pęknięcia wytworzonych baniek, ich odpływ spowoduje pogłębienie recesji. Właśnie dlatego kraje rozwijające się doświadczyły ogromnego wzrostu kryzysów finansowych od momentu, gdy otworzyły swoje rynki kapitałowe. W latach 1945–1971, gdy światowe przepływy finansowe nie były jeszcze zliberalizowane, kraje te przeszły 16 kryzysów walutowych, jeden walutowo-bankowy i żadnego stricte bankowego. Tymczasem w latach 1973–1997, czyli w okresie znacznej liberalizacji przepływów, ucierpiały w wyniku 17 kryzysów bankowych, 57 kryzysów walutowych i 21 walutowo-bankowych.

Jednak nie tylko zagraniczne inwestycje portfelowe przynoszą szereg niebezpieczeństw. Także bezpośrednie inwestycje zagraniczne (BIZ – inwestowanie w realną gospodarkę) mogą się odbić czkawką państwu przyjmującemu. Oczywiście w powszechnej optyce są źródłem niemal samych korzyści – transfer technologii, nowe miejsca pracy, wzrost produktywności. Zagrożenia są dużo mniej oczywiste, ale jednak istnieją – i z reguły się ujawniają, choć nie są tak nagłaśniane, jak otwarcie nowego zakładu. Dają wchodzącemu koncernowi okazję do obniżania opodatkowania dzięki korzystaniu z cen transferowych. Pompując koszty w kraju, który przyjął inwestycję, przenosi się dochód do państw z niskimi stawkami podatku dochodowego, ze specjalnymi preferencjami dla poszczególnych rodzajów działalności (np. dochody z licencji) lub wręcz dla konkretnych firm (jak czynił to Luksemburg). Chang przytacza kilka przypadków absurdalnych transakcji między filiami różnych koncernów, które miały na celu machinacje podatkowe – eksport anten telewizyjnych z Chin po 40 centów za sztukę czy wyrzutni rakiet z Boliwii po 40 dolarów. Z drugiej strony, zagraniczne filie koncernów importowały niemieckie ostrza pił do metalu za 5,5 tys. dolarów za sztukę, japońskie pęsety za 5 tys. dolarów czy klucze francuskie za ponad tysiąc dolarów za sztukę. Trzeba pamiętać, że taka optymalizacja jest groźna nie tylko z powodu strat wpływów podatkowych. Jest też niekorzystna dla bilansu handlowego kraju, gdyż lokalne spółki-córki koncernów, by wykazać straty i nie płacić podatków, importują za wyższą kwotę, niż eksportują.

Co więcej, inwestycje bezpośrednie nie zawsze przybierają formę inwestycji typu greenfield, czyli budowy od podstaw nowego zakładu. Często to inwestycje typu brownfield – przejęcia całego istniejącego przedsiębiorstwa. Pół biedy, gdy jest ono przejmowane z myślą o rozwoju. Niestety bywa, że to wrogie przejęcia, mające na celu albo wyeliminowanie konkurencji, albo przejęcie majątku tańszym kosztem. Hiszpańskie linie lotnicze Iberia wykupiły kilka południowoamerykańskich kompanii z nowymi samolotami, następnie odświeżono nimi starą flotę nabywcy, a wykupione linie doprowadzono do bankructwa. BIZ niekoniecznie muszą się też wiązać z transferem technologii. Jeśli nie zadba się o odpowiednie przepisy dotyczące współpracy inwestora z lokalnymi dostawcami, firmy zagraniczne mogą tworzyć enklawy, działając tylko w obrębie własnych sieci korporacyjnych, a więc o jakimkolwiek upowszechnianiu modernizacji będzie można zapomnieć. Jednak według Changa najważniejszym zagrożeniem wiążącym się z BIZ jest konkurencja, jaką będą stanowić zagraniczni inwestorzy dla krajowych producentów. Koncerny z zagranicy z reguły są bardziej wydajne od krajowych wytwórców i prawdopodobnie wygryzą ich z rynków. Udostępnią często tańsze i lepsze jakościowo produkty, z którymi nie będą w stanie konkurować niedojrzali jeszcze do rywalizacji na takim poziomie rodzimi przedsiębiorcy. Zamiast więc dostać nieco czasu na dorośnięcie, po prostu upadną.

Oczywiście nie będzie niespodzianką, że w walce z kapitałem zagranicznym przodowali ci, którzy obecnie najsilniej postulują ułatwienia dla inwestycji zagranicznych i przepływów kapitałowych. W 1832 roku prezydent USA Andrew Jackson doprowadził do upadku Drugiego Banku USA, nie odnawiając mu licencji, gdyż udział kapitału zagranicznego był w nim zbyt wysoki – choć wynosił ledwie 30%. Ustawa z 1887 roku zabroniła posiadania ziemi w USA osobom z zagranicy, a także spółkom, których kapitał zagraniczny przekracza 20%. Także poszczególne stany nie próżnowały w tym zakresie – w tym samym roku Indiana wprowadziła prawo w zasadzie odbierające firmom zagranicznym ochronę prawną. Stan Nowy Jork natomiast po prostu zabronił otwierania na swoim terenie filii banków zagranicznych.

Bardzo obrazowy jest przykład Toyoty. Przerzuciła się na produkcję samochodów w 1933 roku, a sześć lat później rząd Japonii usunął z kraju zagranicznych producentów aut, z General Motors i Fordem na czele. Pomimo państwowej ochrony budowa nowoczesnych pojazdów szła Toyocie jak po grudzie. Gdy w 1958 roku firma postanowiła podbić amerykański rynek modelem Toyoped, próba skończyła się spektakularną klęską. Amerykanie za nic w świecie nie chcieli się przesiadać do zagranicznych pojazdów z kraju, który kojarzył im się z produkcją tandety. Sprawy nie ułatwiał sam pojazd, który – oględnie mówiąc – nie był specjalnie udany. Po tej kompromitacji w Japonii rozgorzała dyskusja – postulowano wpuszczenie do kraju zagranicznych producentów aut, by Japończycy też mogli korzystać z najlepszych rozwiązań w tym zakresie. Twierdzono, że skoro po tak długim okresie protekcji w Kraju Kwitnącej Wiśni wciąż nie doczekano się porządnych modeli samochodów, to Japonii nie jest dane produkować pojazdy. Ostatecznie jednak nie zdecydowano się na ten krok – postanowiono, że lepiej przez jakiś czas mordować się w zacofanych rodzimych pojazdach, by koncern miał jeszcze trochę czasu na dorośnięcie. Dziś japońskie samochody są równie oczywiste, co norweski łosoś albo szkocka whisky – kojarzą się z niezawodnością i nowoczesnością, a marka Lexus także z prestiżem. Gdyby w latach 60. wpuszczono do Japonii zagraniczne firmy motoryzacyjne, być może ani Lexusa, ani sukcesu Toyoty w ogóle by nie było.

Najnowszym przykładem skutecznej walki z zagranicznym kapitałem jest Finlandia. Od momentu uzyskania niepodległości w 1918 roku robiła wszystko, by zniechęcić zagranicznych inwestorów do aktywności na swoim terytorium. W latach 30. wprowadzono m.in. przepisy, które oficjalnie uznawały podmioty z ponad 20-procentowym udziałem kapitału zagranicznego za „niebezpieczne”. Oczywiście obudowano to szeregiem protekcjonistycznych ustaw. Prawo złagodzono dopiero w 1987 roku, gdy podniesiono dopuszczalny pułap udziału kapitału zagranicznego w firmach do 40%, jednak Ministerstwo Handlu i Przemysłu wciąż musiało wydawać zgodę na każdą inwestycję zagraniczną. Rzeczywista liberalizacja handlu i przepływu kapitału nastąpiła w tym kraju dopiero w 1993 roku z powodu planowanej za dwa lata akcesji do UE. W tych cieplarnianych warunkach spokojnie dojrzewały fińskie firmy, które ostatecznie wyrwały Finlandię z zacofania – gdy uzyskiwała niepodległość, była jednym z najbiedniejszych krajów Europy. Nokia musiała czekać na wypracowanie pierwszego zysku ze swego pionu elektronicznego aż 17 lat, a w pewnym momencie była przecież zupełnie bezkonkurencyjna w produkcji telefonów komórkowych. Tymczasem gdyby Finowie wpuścili do siebie kapitał zagraniczny, któryś z ówczesnych gigantów zapewne wykupiłby Nokię i zakończył działalność nierentownego pionu elektronicznego albo zlecił mu drugorzędną produkcję.

Złote czasy protekcjonizmu

Głównym argumentem złych Samarytan jest rzekomo dobroczynny wpływ wolnego handlu na wzrost gospodarczy. Nawet jeśli niesie on ze sobą szereg zagrożeń, które coraz częściej trudno jest ignorować, to społeczeństwo ostatecznie i tak odniesie korzyść z liberalizacji dzięki szybszemu rozwojowi gospodarczemu. Nawet ten argument jest jednak wyjątkowo wątpliwy.

Okazuje się, że kraje stosujące wolny handel, z własnej woli lub nie, często notują dużo gorsze wyniki wzrostu niż kraje protekcjonistyczne. Czasy powszechnych barier dla kapitału były też okresami większego boomu niż te wolnorynkowe. W XIX wieku zmuszone do otwarcia swoich gospodarek kraje kolonizowane notowały znacznie gorsze wyniki niż państwa chroniące swe rynki. W latach 1870–1913 kraje Azji (bez Japonii) rosły ledwie o 0,4% rocznie, a Afryki – o 0,6%. Tymczasem w Europie wzrost wynosił 1,3%, a w USA, które były w tym okresie najbardziej protekcjonistycznym krajem świata, nawet 1,8%. Podobnie sprawa wygląda w okresie powojennym. W latach 60. i 70., gdy panowały powszechne praktyki protekcjonistyczne, kraje Zachodu rozwijały się w tempie 3,2% rocznie, tymczasem w latach 80. i 90., gdy zaczęto wdrażać daleko posunięta liberalizację, tempo spadło do 2,1%. Jeszcze wyższy spadek odnotowały kraje rozwijające się. W latach 60. i 70. wzrastały średnio o 3% rocznie, tymczasem od lat 80. nastąpił spadek do 1,7%. A trzeba pamiętać, że za wzrost w ostatnich dekadach zaczęły odpowiadać przede wszystkim gigantyczne Chiny, a więc realny spadek wzrostu w większości krajów rozwijających się był w wyniku liberalizacji światowego handlu znacznie większy. Podobnie wygląda to w poszczególnych regionach. Ameryka Łacińska rosła w latach 60. i 70. w tempie ponad 3 proc. rocznie, a Brazylia wzrostem przypominała azjatyckie tygrysy. Tymczasem po ich nawróceniu się na wolnorynkowe zasady konsensusu waszyngtońskiego tempo spadło do jednej trzeciej wcześniejszych wyników, a w latach 2000–2005 spowolniło jeszcze bardziej, do ledwie 0,6% rocznie. W Afryce od lat 80. dochód per capita zaczął wręcz spadać, choć we wcześniejszych dwóch dekadach osiągał ok. 2% wzrostu.

Analogie do polskiej historii po 1989 roku, jakie można wysnuć ze „Złych Samarytan”, są aż nazbyt oczywiste. Także nad Wisłą nagłe otwarcie gospodarki doprowadziło do upadku wielu krajowych producentów, szczególnie z branż zaawansowanych technologicznie. Upadek Kasprzaka czy Unitry tłumaczono logiczną konsekwencją ich zacofania w stosunku do zachodnich konkurentów. Nie ulega wątpliwości, że polskie zakłady rzeczywiście były zacofane, jednak właśnie dlatego należało dać im czas na okrzepnięcie w warunkach gospodarki rynkowej. Także nad Wisłą dochodziło do wrogich przejęć, chociażby wrocławskiego Elwro, kupionego przez Siemensa, a następnie dosłownie zrównanego z ziemią. To właśnie w wyniku liberalnej polityki po 1989 roku wciąż nie doczekaliśmy się koncernów światowego formatu. Perła w koronie polskiego przemysłu, czyli Pesa, tak naprawdę stanowi dziesiątą część potencjału francuskiego Bombardiera. A wszelkie jej wpadki (np. z Dartami) są bezlitośnie wypominane i wykorzystywane jako uzasadnienie zakupu zagranicznych składów Pendolino. Nie zwraca się uwagi na fakt, że Pesa jest wciąż niedojrzałym młodzieńcem, który musi sobie radzić, rywalizując z okrzepłymi dorosłymi konkurentami. Niestety, gdy polski przemysł raczkował, nie był otoczony taką ochroną jak fiński czy japoński. I między innymi dlatego, pomimo 25 lat stabilnego wzrostu, zamożny Zachód wciąż nawet nie majaczy na horyzoncie. Szkoda, że „Źli Samarytanie” nie zostali napisani przed 1989 rokiem. Być może któryś z polskich decydentów po lekturze poszedłby po rozum do głowy. Niestety, obecnie ta bardzo ważna książka Changa jest dla Polaków trochę musztardą po obiedzie. Choć oczywiście na naukę nigdy nie jest za późno.

Piotr Wójcik

Ha Joon-Chang, Źli Samarytanie. Mit wolnego handlu i tajna historia kapitalizmu, tłum. B. Szelewa,
M. Sutowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016.

Polski „self-made man” zapomniał o rodzicach

Polski „self-made man” zapomniał o rodzicach

Jednym z większych przekleństw naszego kraju jest to, że zdecydowana większość tych, którym się udało coś osiągnąć (zarobić duże pieniądze, zdobyć rozpoznawalność albo zostać szanowanym autorytetem), jest święcie przekonanych, że wszystko to zawdzięczają głównie sobie. Gdyby dać wiarę tym przekonaniom, okazałoby się, że nasze szeroko rozumiane górne warstwy utkane są niemal z samych self-made manów, którzy do swoich sukcesów doszli wyłącznie własną ciężką pracą. A jeśli Polska lub inni Polacy mieli jakiś wpływ na ich drogę życiową, to głównie w postaci kłód niemiłosiernie rzucanych im pod nogi. Przedstawiciele naszych elit (artystycznych, sportowych, medialnych) są tak przekonani o własnej samowystarczalności, że gdyby mogli, to twierdziliby pewnie, że nawet przyszli na świat bez pomocy osób trzecich.

Taka postawa elit, które, jak wszędzie na świecie, nadają ton debacie publicznej, ma bardzo przykre konsekwencje dla naszej wspólnoty. Powoduje bowiem wykształcenie się u dużej części społeczeństwa awersji do osiągania wspólnotowych celów wspólnym wysiłkiem. Budowa silnej, dobrze dofinansowanej armii? Bez sensu, i tak się sami nie obronimy, w sytuacji zagrożenia każdy powinien sam zadbać o siebie i własnoręcznie brać nogi za pas. Redystrybucja? Hola hola, dlaczego część efektów mojej harówki ma iść na tych, którym się nie chciało? Uszczelnienie systemu podatkowego? No bez przesady, żeby jakiś urzędnik miał grzebać w moich dochodach!

Takie przekonanie o własnej genialności mogłoby może i być uzasadnione, ale tylko w kraju, w którym panowałaby idealna równość szans, czyli wszyscy obywatele startowaliby z identycznego poziomu. A takie kraje nie istnieją. Polska, co gorsza, jest od tego ideału mocno oddalona. Na równość szans składa się wiele czynników. Najbardziej oczywistym z nich jest zamożność rodziny. Dziecko z rodziny bogatej ma od początku dużo łatwiej niż potomek ubogich Polaków, który od urodzenia ma pod górkę. Na studiach nie może się skupić na nauce, ale musi dorabiać w fast foodach, żeby stać go było na bilet autobusowy albo książki. Nie wyjedzie też na zagraniczny kurs językowy, a angielskiego poduczy się co najwyżej dzięki amerykańskim płytom hiphopowym. Innym czynnikiem, istotnym szczególnie w Polsce, gdzie prowincja jest wyraźnie poszkodowana pod względem infrastruktury czy dostępu do usług publicznych, jest miejsce zamieszkania. Chłopak z dużego miasta ma zdecydowanie bardziej komfortowe warunki do nauki, niż dziewczyna z niedużej gminy, wstająca codziennie o piątej, żeby 45 minut spędzić w busie do szkoły, który dowozi ją na miejsce godzinę za wcześnie – a innego nie ma.

Jednak najważniejszym i najbardziej niedocenianym czynnikiem jest kapitał kulturowy, jaki otrzymujemy od rodziców – który jest wyjątkowo nierówny i który nie jest naszą zasługą. Oczywiście wszyscy rodzice są wspaniali, bo dali nam życie i za sam ten fakt powinni mieć nasz dozgonny szacunek, nawet jeśli niektórzy potem nazbierali sobie sporo za uszami. Jednak ich możliwości wychowawcze są już bardzo różne – co często nie jest ich winą. Rodzice mający spore zdolności przekazywania wiedzy mogą już w domu nauczyć swoje pociechy wielu umiejętności, które reszta rówieśników posiądzie dopiero w pierwszych klasach podstawówki. Ich dzieci będą więc już na starcie kilka długości przed koleżankami i kolegami, którzy takiego szczęścia nie mieli. Przedsiębiorczy rodzice już od małego będą kształtować w swych potomkach smykałkę do biznesu i życiową zaradność. Dzieci osób działających w strukturach lub blisko struktur władzy dużo zręczniej będą się poruszać w kontaktach z instytucjami publicznymi. W przyszłości nie tylko nie dadzą im się stłamsić, ale też sprawniej wykorzystają je do swoich celów – na przykład starając się o grant dla swojej fundacji będą wiedzieć, jak napisać wniosek i gdzie się z nim najlepiej udać.

Przede wszystkim jednak dzieci z rodzin o wysokim kapitale kulturowym na co dzień chłoną ogromną dawkę wiedzy i umiejętności społecznych. Przypatrują się zachowaniom swoich rodziców w nietypowych sytuacjach, przed którymi stają osoby robiące karierę. Podczas spotkań rodzinnych czy towarzyskich słuchają barwnych opisów świata albo ważnych opowieści dot. historii naszego kraju. Żeby je poznać, nie będą musiały więc ślęczeć godzinami z nudną książką, lecz dowiedzą się o nich z pierwszej ręki. Przede wszystkim jednak od najmłodszych lat będą mimowolnie budować swoje sieci kontaktów. Osoby o wysokim kapitale kulturowym najczęściej mają w gronie towarzyskim podobnych sobie. A znajomość z nimi dla ich dzieci będzie miała znaczenie niebagatelne – pozwoli zdobyć staż w Brukseli, uzyskać inwestora dla swojej raczkującej firmy albo po prostu dostać dobrą pracę.

Kraje wysoko rozwinięte niwelują różnice w kapitale kulturowym i inne czynniki wpływające na nierówność szans za pomocą szerokiego dostępu do usług publicznych. Tworzą więc sieć placówek szkolnych w taki sposób, by każde dziecko miało pod nosem dobrą szkołę. Organizują darmowe zajęcia wyrównawcze, by dzieci z mniej wykształconych rodzin mogły bezpłatnie nadrobić swoje zapóźnienia. Zapewniają sieć transportu publicznego, by mieszkańcy prowincji nie musieli się godzinami telepać do celu. Umożliwiają w każdej gminie dostęp do placówek instytucji publicznych, żeby osoby z peryferii nie traciły czasu na załatwienie każdej sprawy. I, przede wszystkim, tworzą obiektywne i transparentne mechanizmy zatrudniania i awansów, by zdolni obywatele bez nieformalnych sieci kontaktów nie byli poszkodowani. Niestety w Polsce ten proces idzie jak po grudzie, czego dowodzi najnowszy „Transition Report 2016” Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, który analizował, jak wygląda nierówność szans w krajach postkomunistycznych.

EBOiR badał, w jaki sposób czynniki składające się na nierówność szans (wykształcenie rodziców, miejsce zamieszkania, płeć i członkostwo rodziców w partii komunistycznej) wpływają na wysokość dochodów i możliwości znalezienia pracy. Niestety nie wypadliśmy dobrze. Nierówność szans wpływa w Polsce ogółem na 38 proc. różnic w dochodach. Inaczej mówiąc, w momencie naszego przyjścia na świat nasze przyszłe zarobki w porównaniu do reszty rodaków są już wiadome w dobrze ponad jednej trzeciej. Na tle innych państw postkomunistycznych wypadamy przeciętnie – jednak na to tło składają się wszystkie kraje postkomunistyczne właśnie, czyli m.in. Kazachstan (42 proc.) czy Mołdawia (40 proc.). Trudno więc uznać ten przeciętny wynik za uspokajający. W Niemczech (które dodano do analizy niejako porównawczo) nierówność szans wpływa tylko na 25 proc. nierówności dochodowych, a wskaźnik w okolicach 20 proc. ma m.in. Serbia.

Najciekawsze jednak, jak poszczególne czynniki wpływają na nierówność szans. Polska odrobiła zadanie domowe z niwelowania nierówności z powodu płci: jej wpływ na nierówność szans jest w Polsce jednym z najniższych wśród wszystkich badanych krajów i, co ciekawe, jest dużo niższy niż w Niemczech. Niestety, pod względem dwóch innych czynników jesteśmy w czołówce – i oba są związane z kapitałem kulturowym właśnie. To przede wszystkim wykształcenie rodziców (co się przekłada na ich zdolność do przekazywania wiedzy), które odpowiada za prawie 60 proc. nierówności szans w Polsce. Jest to najwyższy wynik wśród badanych krajów. Drugi czynnik to członkostwo rodziców w byłej partii komunistycznej, które w Polsce i Estonii ma najbardziej istotne znaczenie wśród krajów naszego regionu (do których EBOiR zalicza kraje bałtyckie i Grupy Wyszehradzkiej) – zwiększa ono nadwiślańskie nierówności szans o kolejne 10 proc. Ten czynnik oczywiście wiąże się z jednym z elementów kapitału kulturowego, jaki opisałem wyżej – z budowaniem sieci kontaktów. Kapitał kulturowy rodziców, na który według raportu EBOiR składają się właśnie ich wykształcenie i ewentualne członkostwo w byłej partii komunistycznej (czyli sieci kontaktów), odpowiada w Polsce w sumie za 68 proc. nierówności szans. To wynik tak wysoki, że aż trafił na okładkę omawianego raportu.

O tym, jak wielkie znaczenie ma w Polsce kapitał kulturowy rodziców, przekonują także dane Eurostatu. Zaledwie ok. 8 proc. Polaków, których rodzice mają wykształcenie zawodowe lub podstawowe, zdobywa wyższe wykształcenie. To najgorszy wynik w UE – a osiągnęliśmy go wspólnie z Bułgarią, Chorwacją, Słowacją i Czechami. Odsetek absolwentów uczelni pochodzących z rodzin o niskim wykształceniu w Estonii i Szwecji jest trzy razy wyższy, a w Wielkiej Brytanii i Finlandii nawet cztery razy. Ktoś mógłby machnąć ręką i stwierdzić, że wykształcenie zdobyte na polskich uczelniach i tak jest niewiele warte – tylko że niewiele warte byłoby takie tłumaczenie. Według analizy opublikowanej przez „The Economist”, wśród krajów OECD tylko w USA i Irlandii wyższe wykształcenie przekłada się na zwiększenie zarobków bardziej niż w Polsce. Wśród krajów wysokiej równości szans (Skandynawia, Beneluks) ma ono nawet 2-3 razy mniejsze znaczenie dla osiąganych dochodów niż nad Wisłą.

Niestety polskie instytucje państwa „dobrobytu” (jakkolwiek w naszych warunkach komicznie to brzmi) zupełnie nie radzą sobie z zacieraniem różnic w kapitale kulturowym między obywatelami. To powoduje, że kapitał kulturowy rodziców jest jednym z najistotniejszych czynników powodzenia zawodowego nad Wisłą. Wielu z nas o równym starcie może więc zapomnieć. Szkoda, że nasi rodzimi „self-made mani” przemilczają, ile dostali od swych rodziców. I to, że wielu rodaków takich atutów nie miało.

Za mało, za ciasno, za drogo – mieszkalnictwo w Polsce

Za mało, za ciasno, za drogo – mieszkalnictwo w Polsce

Prowadzenie sprawnej polityki mieszkaniowej, skutecznie odpowiadającej na potrzeby obywateli, to jedno z ważniejszych zadań każdej szanującej się wspólnoty politycznej. Nawet jeśli przyjmiemy i tak już ograniczoną koncepcję państwa, zgodnie z którą w sferze gospodarczej powinno się ono skupić jedynie na zapewnieniu odpowiedniej infrastruktury do wzrostu i swobodnej gry rynkowej, polityka mieszkaniowa wciąż pozostaje jedną z jego głównych kompetencji. Posiadanie dachu nad głową to sprawa zupełnie podstawowa.

Gdy brakuje wolnych i łatwo dostępnych mieszkań, zablokowana jest mobilność wewnętrzna, bo nawet gdy znajdzie się pracę w bogatym mieście, spać w nim już trzeba będzie na dworcu. Inaczej mówiąc – i przyjmując prostacką optykę stricte ekonomiczną – zła sytuacja mieszkaniowa utrudnia efektywną alokację siły roboczej. Coś jest z pewnością nie tak, gdy mieszkańcowi Raciborza łatwiej wyemigrować do Dublina niż do Katowic. Polityka mieszkaniowa jest więc newralgiczna także z punktu widzenia wzrostu gospodarczego, co powinno przekonać do niej również tych, dla których wszelkie argumenty socjalne czy prospołeczne są z gruntu podejrzane.

Jeśli prowadzenie sprawnej polityki mieszkaniowej to atrybut każdej szanującej się wspólnoty, to o naszej nie można tego niestety powiedzieć. Trudno uznać za poważny kraj, w którym obywatele są poupychani w klitkach tak ciasnych, że często nie mogą już na siebie nawzajem patrzeć. Trudno uznać za szanujące się społeczeństwo, w którym wielu trzydziestoletnich ludzi mieszka kątem u rodziców, okupując pokoiki dziecięce. Trudno uznać za sprawne państwo, które uporczywie udaje, że tej sytuacji nie widzi, a podjęte w tym obszarze działania przypominają raczej zorganizowane na szybko ersatze, nie zaś dobrze przygotowane i szeroko zakrojone projekty.

Rzeczpospolita mieszkaniami nie stoi

W ostatnim 25-leciu nastąpiła abdykacja państwa ze sfery mieszkaniowej. Pozostawienie procesom rynkowym tego newralgicznego obszaru spowodowało, że tkanka mieszkaniowa nad Wisłą przypomina raczej tkankę ciężko chorego organizmu niż „tygrysa Europy” i „prymusa przemian”. Zasób mieszkaniowy jest w Polsce bardzo zły zarówno pod względem ilościowym, jak i jakościowym.

Liczba mieszkań na tysiąc mieszkańców wynosi w naszym kraju ok. 360, tymczasem średnia europejska jest o prawie 100 lokali wyższa. Oczywiście prowadzi to w prostej linii do przeludnienia polskiej substancji mieszkaniowej. W Czechach na tysiąc obywateli przypada 458 mieszkań, na Węgrzech – 446, a w Rosji – 441. Według badań Eurostatu wskaźnik przeludnienia mieszkań w Polsce wynosi 44 proc., co oznacza z grubsza, że niemal co drugi obywatel dysponuje zbyt małym lokalem. Pod tym względem gorzej jest tylko w Rumunii. W Czechach i Estonii ten wskaźnik to zaledwie 21 proc., na Litwie – 28 proc., a na Łotwie – 31 proc., w wielu krajach zachodniej Europy zaś jest on jednocyfrowy. Niestety, stan ten niespecjalnie się zmienił w ciągu ostatnich lat. W 2012 r. ww. wskaźnik w naszym kraju wynosił 46 proc., co również było drugim wynikiem w UE – w tak złej sytuacji spadek o 2 punkty procentowe jest dalece niewystarczający.

Przeludnienie mieszkań nad Wisłą widać też, gdy obliczymy przestrzeń, którą ma do dyspozycji przeciętny obywatel naszego kraju. Na statystycznego Polaka przypada jej 26 m. kw., tymczasem na Austriaka czy Duńczyka po 50 m. kw., czyli niemal dwa razy więcej. W Polsce mamy zaledwie 1,1 izby mieszkalnej na osobę, chociaż średnia unijna to 1,6. Pod tym względem gorsza od nas w UE również jest Rumunia (1,0), a o wiele lepsze są m.in. Czechy (1,4) czy Estonia (1,6).

Nasze mieszkania są przepełnione do granic wytrzymałości, ale również ich stan, oględnie mówiąc, pozostawia wiele do życzenia. Wskaźnik deprywacji mieszkaniowej, który pokazuje odsetek lokali obciążonych co najmniej jedną de facto dyskwalifikującą je wadą (np. brak toalety, nieszczelny dach itd.) wynosi w Polsce 9,1 proc., co jest siódmym najwyższym wynikiem w UE. Średnia unijna jest niemal dwa razy niższa, w Czechach ten wskaźnik wynosi już tylko 3,5 proc., na Słowacji – 4,3 proc., w Estonii – 5,8 proc., a w wielu krajach zachodniej Europy oscyluje wokół 1–2 proc., co oznacza, że problem niemal tam nie występuje.

Poza fatalnym zasobem mamy również bardzo słabo rozwinięty rynek, co jest zresztą dość typowym paradoksem w sytuacji, gdy procesy rynkowe puści się samopas. Swoją drogą, doskonale obala to popularne teorie, według których rynki kształtują się samoczynnie, a gospodarka rynkowa to stan naturalny dla społeczeństw. Otóż zawsze i wszędzie rozwinięte rynki były kształtowane świadomą polityką państwa, która zaopatrywała je co najmniej w niezbędną infrastrukturę instytucjonalną, motywującą podmioty komercyjne do działania w danym obszarze. Doskonałym tego antyprzykładem jest polski nierozwinięty rynek mieszkaniowy. W zasadzie jedynym w miarę racjonalnym sposobem zapewnienia sobie dachu nad głową jest w Polsce zakup nieruchomości. Wynajem jest zupełnie nieopłacalny. Za równowartość ceny mieszkania w Warszawie można je wynajmować przez ok. 15 lat, tymczasem przeciętna dla europejskich stolic to 26 lat, a w Berlinie nawet 30 lat. W 2014 r. na 143 tys. zbudowanych lokali zaledwie 8 tysięcy było mieszkaniami komunalnymi, spółdzielczymi lub społecznymi – czyli jedynie 5,6 proc. mieszkań jest w Polsce budowanych na zasadach innych niż czysto komercyjne.

Sprawia to, że możliwości pozyskania dachu nad głową są nad Wisłą bardzo mało zdywersyfikowane. Według Eurostatu zaledwie 16,6 proc. Polaków wynajmuje mieszkanie (4,3 proc. po cenach rynkowych, a 12,3 proc. po cenach niższych niż rynkowe, co de facto oznacza, że są to lokale socjalne), tymczasem średnia unijna sięga 30 proc., a więc jest prawie dwa razy wyższa, w tym aż 19,1 proc. najmu dokonuje się tam po cenach rynkowych. W Niemczech aż 39,6 proc. obywateli mieszka w lokalach wynajmowanych na zasadach rynkowych, a łącznie z lokalami dotowanymi niemal połowa Niemców najmuje swoje miejsce zamieszkania. Odsetek Czechów wynajmujących lokale w cenach rynkowych jest cztery razy wyższy niż Polaków (ogółem najmuje mieszkanie co piąty Czech), a Słowaków niemal dwa razy wyższy.

Na słabo rozwiniętym rynku wynajmu cierpi mobilność wewnętrzna. Według OECD tylko 10 proc. Polaków zmieniło miejsce zamieszkania w obrębie kraju w ostatnich pięciu latach. Tymczasem w przypadku Niemców było to 22 proc., Francuzów – 27 proc., Duńczyków – 34 proc., a Szwedów – nawet 40 proc. A to z kolei nie pozostaje bez wpływu na gospodarkę – niska mobilność wewnętrzna źle oddziałuje na krajowy rynek pracy, w szczególności w kraju doganiającym, takim jak Polska, w którym między regionami występują znaczne różnice w płacach oraz w produktywności.

Z drugiej strony, zakup mieszkania jest w naszym kraju wyjątkowo trudny z powodu daleko posuniętego uśmieciowienia pracy oraz niskich płac. Możliwości pozyskania kredytu pozbawionych jest wiele osób pracujących na umowach celnie zwanych śmieciowymi, które OECD dla zmyłki nazywa terminowymi (umowy cywilnoprawne oraz umowy o pracę na czas określony) – a tych jest nad Wisłą niemal najwięcej na świecie (28,4 proc.; minimalnie wyprzedza nas jedynie Chile). Za przeciętne wynagrodzenie Polak nie kupi nawet metra kwadratowego mieszkania – według NBP wystarczy ono na zaledwie 0,84 m. kw. Według raportu Deloitte na zakup 70-metrowego mieszkania Polak musi wydać 7,2 średnich rocznych pensji, tymczasem Niemiec – tylko 3,3, a Hiszpan – 4,4.

To wszystko oczywiście sprawia, że z jednej strony Polacy często kupują zbyt małe mieszkania, a z drugiej – bardzo długo mieszkają w domu rodzinnym. Aż 44 proc. mieszkańców Polski w wieku od 25 do 34 lat zamieszkuje z rodzicami, tymczasem w Czechach to już tylko 33 proc., na Litwie 31 proc., w Estonii 20 proc., w Niemczech 17 proc., w Wielkiej Brytanii 14 proc., we Francji 11,5 proc., w Szwecji i Finlandii jedynie 4 proc., w Danii zaś – zaledwie 1,5 proc. Mieszkanie u rodziców do późnych lat ma negatywne konsekwencje społeczne (niska samodzielność młodych), a w szczególności demograficzne. Odkładanie na później założenia rodziny oraz kupowanie zbyt małych lokali odbija się na dzietności mieszkańców naszego kraju, która jest wyjątkowo niska. Wskaźnik dzietności w 2014 r. wyniósł w Polsce 1,32 i był niski nawet na tle Europy starzejącej się w szybkim tempie (średnia unijna to 1,58). Tymczasem dzietność jest najwyższa właśnie tam, gdzie młodzi obywatele szybko wyprowadzają się z domu – we Francji to 2,01, w Wielkiej Brytanii – 1,81, a w Szwecji – 1,88. Mała liczba rodzących się dzieci jest oczywiście groźna dla krajowych systemów zabezpieczenia społecznego, zmniejsza się bowiem grupa płacących składki, oraz dla rozwoju gospodarczego, ponieważ kurczy się grupa osób aktywnych zawodowo.

Państwo nie zdało egzaminu

Mamy więc do czynienia z charakterystyczną sytuacją, która powstaje, gdy państwo prowadzi bardzo ograniczoną politykę społeczną, skierowaną tylko do najuboższych warstw. Kształtuje się wtedy nowa klasa wykluczonych – zbyt bogatych, aby korzystać ze wsparcia państwa, i zbyt biednych, by kupować niezbędne usługi na rynku. Według danych przytoczonych przez rząd podczas prezentacji programu „Mieszkanie+”, 40 proc. Polaków nie ma zdolności kredytowej, a najem mieszkania jest poza ich możliwościami finansowymi. Traktowanie mieszkania komunalnego jako synonimu lokalu socjalnego sprawiło, że potrzeb mieszkaniowych nie ma jak zaspokoić wiele osób niebędących wcale na dnie, lecz z różnych powodów (zawodowych, rodzinnych) niemogących nabyć mieszkania na własność. To osoby, dla których wynajem na polskich zasadach rynkowych jest nie do przyjęcia lub leży poza zasięgiem możliwości finansowych. To jest też w istocie najbardziej zapomniana grupa polskich wykluczonych – nie ci najubożsi, ale pracujący i zarabiający umiarkowanie niewiele, będący już poza orbitą pomocy społecznej, którym państwo nie ma nic do zaoferowania, a rynek pozwala zaspokoić zaledwie część potrzeb.

Ewidentnie widać, że sektor prywatny nie poradził sobie z zapewnieniem Polakom odpowiedniej liczby łatwo dostępnych mieszkań o dobrej jakości. W takiej sytuacji rysuje się bezwzględna potrzeba interwencji instytucji publicznych – zarówno państwa, jak i samorządu. Państwo podejmowało tego rodzaju próby, jednak były one ograniczone i ułomne. Sztandarowym przykładem jest obfitujący w wady program Mieszkanie dla Młodych. Po pierwsze, jego źle dopasowane widełki cenowe powodowały, że wiele w miarę atrakcyjnych lokali było w jego ramach niedostępnych. Był to jeden z powodów, dla których aż 65 proc. środków przygotowanych na 2014 r. pozostało niewykorzystanych. Po drugie, przez większość czasu był on nakierowany tylko na rynek pierwotny, co bez wątpienia cieszyło deweloperów (2015 r. okazał się dla nich najlepszy w historii), ale niekoniecznie Polaków, którym znów zmniejszono wybór mieszkań. Po trzecie, ograniczenie dotacji tylko do pierwszych 50 m. kw. (a dla rodzin z trójką dzieci do 65 m. kw.) spowodowało, że rodziny z dziećmi szukające większych lokali niechętnie brały kredyt z MdM – stanowiły one zaledwie 27 proc. wszystkich beneficjentów. Tak więc MdM zamiast wspierać w pierwszej kolejności rodziny z dziećmi, szczególnie potrzebujące porządnego dachu nad głową, stał się programem wsparcia dla singli. Po czwarte wreszcie, jest to program ułatwiający jedynie zakup, a to przecież z najmem mamy największy problem. Tymczasem jedyny państwowy program, który obejmował także rynek najmu, jest zupełnie niepoważny. Fundusz Mieszkań na Wynajem miał za zadanie do 2018 r. udostępnić… 5,5 tysiąca mieszkań, a do końca 2015 r. oddał zaledwie 380 lokali. Przy luce mieszkaniowej, która wynosi według różnych szacunków między 1 a 3 miliony lokali, docelowa liczba mieszkań objętych FMnW jest wręcz śmieszna. W dodatku program ma działać przy stopie zwrotu 4 proc. Inaczej mówiąc, publiczny program polityki mieszkaniowej, kierujący się osiąganiem celów społecznych, powinien według zamierzeń inicjatorów przynosić zwrot jakieś 2–4 razy wyższy niż marża hipermarketów, kierujących się maksymalizacją zysku. Prowadzi to do takich absurdów jak w Poznaniu, gdzie ceny najmu niektórych z oddanych mieszkań były wyższe niż stawki rynkowe.

Mistrzowie dekomunalizacji

O ile jeszcze o państwie możemy, przy bardzo dużej dawce dobrej woli, powiedzieć, że chociaż próbowało coś zrobić, o tyle samorządy zawiodły na całej linii. A przecież w debacie publicznej powtarza się niemal do znudzenia, że co jak co, ale samorządy to nam się udały.

Gmina jest zobowiązana do zaspokajania potrzeb swojej wspólnoty lokalnej, a jedną z podstawowych potrzeb człowieka jest posiadanie mieszkania. Dlatego też gminne budownictwo mieszkaniowe został wymienione w ustawie o samorządzie gminnym jako jedno z zadań własnych gminy. Ustawa o ochronie praw lokatorów wprost nakłada na nie obowiązek zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych gospodarstw domowych o niskich dochodach oraz zapewniania lokali socjalnych. Do rzetelnego wypełniania tych obowiązków niezbędne jest posiadanie dobrze rozbudowanego komunalnego zasobu mieszkaniowego, jednak zasoby mieszkaniowe polskich gmin nie tylko są wyjątkowo ubogie, ale dodatkowo z roku na rok stają się coraz bardziej ograniczone. Możemy wręcz powiedzieć, że w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z daleko posuniętą dekomunalizacją tkanki mieszkaniowej.

Według GUS w latach 2002–2013 liczba mieszkań w Polsce wzrosła o 18 proc. W tym samym czasie nastąpił bardzo wyraźny spadek liczby mieszkań w zasobie gmin – wyniósł on aż 31 proc. W 2002 r. gminy były właścicielami 11,6 proc. ogólnej liczby mieszkań, tymczasem w 2013 r. posiadały już tylko 6,75 proc. lokali. Ten sam trend wykazała NIK, według której tylko w latach 2009–2011 komunalny zasób mieszkaniowy 34 kontrolowanych gmin skurczył się o 5,4 proc. Na przykład w Zielonej Górze spadek ten wyniósł aż 12,7 proc., w Opolu – 8,3 proc., a w Kielcach – 8,6 proc.

Ograniczanie gminnych zasobów powoduje, że lokale komunalne mają na rynku mieszkaniowym niewielkie znaczenie. Jak już wspomniałem, lokale komunalne stanowiły w 2013 r. tylko 6,75 proc. ogółu mieszkań w Polsce. Dodatkowo wskaźnik ten różni się znacznie zależnie od regionu kraju. O ile, według GUS, w województwie śląskim kształtuje się on na poziomie 10,5 proc., o tyle np. w województwie podkarpackim na poziomie 2,7 proc., a więc niemal cztery razy niższym. Zastanawiające jest, że odsetek mieszkań komunalnych w ogólnej liczbie mieszkań jest najniższy w niezamożnych województwach Polski wschodniej – w lubelskim wynosi 2,9 proc., w podlaskim – 3,8 proc., a w świętokrzyskim – 3 proc. W tych regionach kraju mieszka stosunkowo najwięcej osób o niskich dochodach, którym to właśnie gminy zgodnie z ustawą powinny zapewniać mieszkania, tymczasem komunalne zasoby są tam najuboższe. Dużo lepiej sytuacja prezentuje się w zachodnich regionach kraju – najwyższy wskaźnik mamy w dolnośląskim (11,6 proc.), ale niewiele gorzej jest we wspomnianym śląskim, a więc na terenach bardziej zamożnych, w których potrzeba utrzymywania większych zasobów wydawałaby się mniejsza.

Równolegle do liczby mieszkań komunalnych spada też liczba gminnych pustostanów, czyli lokali niezamieszkanych. Według GUS w 2002 roku wynosiła ona 49 149, czyli 3,6 proc. wszystkich lokali mieszkalnych w zasobie gminy. W 2013 r. ich liczba spadła do 39 845, co stanowiło już większą część wszystkich mieszkań komunalnych, a mianowicie 4,3 proc. Oznacza to, że nie tylko zmniejsza się zasób mieszkaniowy gmin, lecz także spada efektywność jego wykorzystywania. Z drugiej strony, trzeba zauważyć, że jednak pustostany stanowią marginalną część tych zasobów i, jakkolwiek ich zagospodarowywanie jest potrzebne i może być pożyteczne z perspektywy mikro, to w żaden sposób nie rozwiąże ono problemów mieszkaniowych w makroskali. W żadnym z województw odsetek mieszkań niezamieszkanych nawet nie zbliża się do 10 proc. zasobu komunalnego – najwyższy jest w mazowieckim (7,6 proc.), a względnie wysoki również w łódzkim (6,8 proc.). W pozostałych województwach jest on znacznie niższy, a w lubuskim wynosi jedynie 1,8 proc. Również w liczbach bezwzględnych zasób mieszkalnych pustostanów jest wyjątkowo ubogi. Najwięcej niezamieszkanych lokali mieszkalnych znajduje się w województwach mazowieckim (9746), śląskim (6675) i łódzkim (6317). Trzeba pamiętać, że nawet te liczby mogą być zawyżone, ponieważ – jak wykazała kontrola NIK – aż 22,7 proc. pustostanów znajduje się w budynkach przeznaczonych do rozbiórki, a kolejne 26 proc. wymaga gruntownego remontu.

Liczba niezamieszkanych mieszkań komunalnych w województwie

Bardzo ubogi zasób mieszkaniowy gmin uniemożliwia im zaspokajanie potrzeb mieszkaniowych wspólnot lokalnych. W 34 gminach skontrolowanych przez NIK na koniec 2011 r. na mieszkanie komunalne oczekiwało 48,4 tysiąca gospodarstw domowych. W tym okresie liczba komunalnych lokali niezamieszkanych wynosiła w tych gminach 14 378, a po odjęciu mieszkań do wyburzenia już tylko 11 111 mieszkań, co oznacza liczbę czterokrotnie mniejszą niż liczba zgłoszeń. W latach 2009–2011 skontrolowane gminy przydzielały rocznie po 7,3 tysiąca lokali, co sprawiało, że co roku mieszkanie komunalne otrzymywało zaledwie 15 proc. oczekujących. Wydłużało to do absurdalnych rozmiarów okres oczekiwania na lokal – według NIK w skontrolowanych 34 gminach wynosił on od co najmniej kilku do niemal 26 lat. Najdłużej na mieszkanie komunalne trzeba było czekać w Kielcach – na 10 wniosków skontrolowanych przez NIK najkrócej czekano na lokal 19 lat, a najdłużej – 25 lat i 11 miesięcy.

Jeśli gminy wypełniają zapotrzebowanie wspólnot na lokale mieszkaniowe w zaledwie 15 proc., a czas oczekiwania rozrósł się do nawet kilkudziesięciu lat, to ktoś tu sobie kpi w żywe oczy z ustawowych zadań, które na nim spoczywają. Czas odrzeć samorządy z nimbu sukcesu 25-lecia i powiedzieć głośno, że zarządzanie wspólnotą lokalną nie polega na remontowaniu parków, lecz na dostarczaniu usług publicznych wysokiej jakości, takich jak mieszkania komunalne czy opieka przedszkolna.

Nie tylko dla najbiedniejszych

W 2013 r. zamieszkanych było 895 018 mieszkań komunalnych. Średnio w Polsce na jedno mieszkanie przypada 2,78 osoby, oznaczałoby to zatem, że w lokalach komunalnych mieszkało niecałe 2,5 miliona osób. Tymczasem, według danych GUS, w 2014 r. w skrajnym ubóstwie żyło ich 2,8 miliona, a przecież gminy powinny zaspokajać także potrzeby mieszkaniowe osób żyjących poniżej granicy ubóstwa ustawowego (granica interwencji socjalnej – 4,6 miliona osób) oraz poniżej granicy ubóstwa relatywnego (co daje w sumie grupę 6,2 miliona osób). Przytoczone dane pokazują, że gminy do wypełnienia tego zadania nawet się nie zbliżają. Tymczasem wspólnoty lokalne mogłyby stać się znaczącym podmiotem na rynku mieszkaniowym nie tylko z perspektywy osób ubogich, lecz także wszystkich pozostałych obywateli. Byłoby znakomicie, gdyby udało się zerwać ze stereotypem, zgodnie z którym mieszkanie komunalne to produkt przeznaczony tylko dla osób o najniższych dochodach.

Są przykłady państw, w których zdecydowana większość społeczeństwa mieszka w lokalach zapewnianych przez sektor publiczny. Na przykład w Singapurze aż 82 proc. obywateli zamieszkuje w lokalach wybudowanych przez państwo. Ich zapewnieniem zajmuje się tamtejsza Rada Rozwoju Mieszkalnictwa (HDB). Dzięki wykorzystaniu efektu skali oraz przemyślanym regulacjom, np. ułatwiającym wykup ziemi na cele publiczne, HDB zapewnia lokale tańsze nawet o kilkadziesiąt procent od kupowanych za ceny rynkowe. Dzierżawi je mieszkańcom na 99 lat. Wszyscy obywatele, którzy z jakichś względów nie mogą zaspokoić swych potrzeb mieszkaniowych za pomocą transakcji rynkowych, także w Polsce powinni mieć faktyczne prawo korzystania z publicznych usług mieszkaniowych. Tych względów może być mnóstwo – niepewna sytuacja zawodowa, nieoczekiwana zmiana sytuacji rodzinnej, niskie zarobki. Trudno mówić o podejmowaniu suwerennych decyzji ekonomicznych, gdy człowiekowi wisi nad karkiem bicz w postaci lęku o przyzwoity dach nad głową. Aby to zmienić, niezbędne jest znaczne zwiększenie gminnych zasobów mieszkaniowych.

Bez wątpienia polityka mieszkaniowa to podstawowe wyzwanie dla polskich instytucji publicznych. Z powodu ograniczonych zasobów powinniśmy porzucić projekty wspierające zakup mieszkań. Nacisk należy położyć na rozbudowę programów mieszkań na wynajem, gdyż to właśnie z rynkiem najmu, który jest newralgiczny z punktu widzenia mobilności wewnętrznej, mamy nad Wisłą największy kłopot. Wolne środki, zgromadzone w wyniku chociażby zakończenia wątpliwego programu MdM, powinny zostać skierowane np. na państwowy program mieszkań na wynajem na wzór choćby tego z Singapuru. Bezwzględnie trzeba też zrezygnować z absurdalnego pomysłu, by taki program przynosił czteroprocentową stopę zwrotu – jego budżet powinien się co najwyżej bilansować. Należy też zadbać o ustawowe instrumenty kontroli gmin w zakresie zaspokajania potrzeb mieszkaniowych ich mieszkańców. Skoro można w ustawie o finansach publicznych wpisać odpowiednie poziomy zadłużenia, kontrolowane następnie przez RIO, to nie widzę problemu, żeby w odpowiednich przepisach umieścić np. maksymalny czas oczekiwania na lokal komunalny oraz wskazać konkretne sankcje za jego nieprzestrzeganie.

Być może niezłym pomysłem byłyby kasy oszczędnościowo-budowlane, pozwalające obywatelom odkładać środki na mieszkanie na preferencyjnych warunkach, dzięki czemu nie musieliby być skazani na wieloletni kredyt. Takie kasy nieźle sprawdzają się w Austrii i Niemczech. W miejscach, w których trudno zmobilizować dostateczny zasób publicznych środków, należałoby rozważyć partnerstwo publiczno-prywatne, w którym podmiot prywatny przy pomocy środków publicznych oraz własnych wykonywałby inwestycję publiczną, a w zamian za zainwestowane zasoby stawałby się na jakiś czas operatorem obiektu, pobierając z tego tytułu regulowane opłaty w czynszu.

Wiele z powyższych rozwiązań zawiera program „Mieszkanie+” ogłoszony niedawno przez obecną ekipą rządową. „M+” zakłada budowę tanich mieszkań na wynajem, w których czynsz wynosiłby, zależnie od lokalizacji, od 10 do 20 zł za m. kw. Do tych kwot najemca musiałby jeszcze doliczyć opłaty za media oraz ewentualnie ok. 20 proc. dodatkowej składki, jeśli chciałby za 30 lat opłacania tego podwyższonego czynszu wejść w posiadanie mieszkania na własność. Atrakcyjne warunki cenowe rząd zamierza zaoferować dzięki wykorzystaniu gruntów należących do Skarbu Państwa, co pozwoli uzyskać średni koszt budowy metra kwadratowego na poziomie 2,5 tys. zł. Inwestycje będą realizować podmioty prywatne, które następnie przekażą gotowe mieszkania publicznemu zarządcy. Program w dłuższej perspektywie ma sie samofinansować z czynszów, jednak początkowe etapy zostaną opłacone z kredytów zaciągniętych pod zastaw gruntów, na których powstaną planowane inwestycje. O mieszkania będą mogli starać się wszyscy, jednak preferencyjnie będą traktowane osoby o niższych zarobkach oraz rodziny z dziećmi. Oprócz tego „M+” zakłada także zwiększenie dopłat budżetowych do mieszkań komunalnych do 55 proc. wartości inwestycji, a także stworzenie Indywidualnych Kont Mieszkaniowych w bankach komercyjnych, do których obywatele po co najmniej 5 latach oszczędzania będą mogli dostać dopłatę ze środków publicznych do wykorzystania na szeroki wachlarz celów mieszkaniowych.

Jeśli spełnią się początkowe założenia, to „M+” zaoferuje mieszkania w bardzo konkurencyjnych cenach zarówno na wynajem, jak i na kredyt. Problemem może być uzyskanie średniego kosztu budowy metra kwadratowego na poziomie 2,5 tys. zł, ponieważ w dużych miastach trudno będzie zejść już poniżej 3 tys. Mimo tego zastrzeżenia jest szansa, że w końcu doczekamy się kompleksowego programu mieszkaniowego, który z jednej strony nie będzie rodzić podejrzeń, że leży w interesie kogoś innego niż obywatele, a z drugiej strony jego skala sprawi, że Polacy autentycznie odczują poprawę w tej sferze życia. Cieszy też, że po latach zachłystywania się ideą własności prywatnej powstaje program, który umożliwi atrakcyjny wynajem od publicznego dostawcy. Dzięki temu, że opcja najmu będzie nieco tańsza, a stawki w jej przypadku wyjątkowo atrakcyjne wobec cen rynkowych, możemy zakładać, że znacząca część osób zdecyduje się na korzystanie z „M+” bez dążenia do własności, co sprawi, że nasz rynek mieszkaniowy stanie się bardziej zrównoważony, a mobilność wewnętrzna wzrośnie. Mocną stroną „M+” jest także elastyczność oraz wielowymiarowość, co pokazuje, że jego twórcy próbowali spojrzeć na problem z szerszej perspektywy, uwzględniając różne potrzeby i scenariusze, zawierając je w jednym dużym programie, a nie rozmywając w kilku.

W kreowaniu skutecznej polityki mieszkaniowej oczywiście nie chodzi o to, żeby instytucje publiczne udostępniały większość lokali. Niemal we wszystkich gospodarkach rynkowych to podmioty prywatne zapewniają dominującą część substancji mieszkaniowej. Ważne jednak, aby państwo oraz samorządy stały się poważnymi graczami na rynku mieszkaniowym, których świadome działania pozwolą im na kształtowanie rzeczywistości w kierunku odpowiednim dla naszej wspólnoty politycznej. Jak dotąd było z tym niestety bardzo źle. Miejmy nadzieję, że „M+” stanie się impulsem do zmian na lepsze.

Trump a sprawa polska

Nie od dziś wiadomo, że polski dyskurs publiczny jest wyjątkowo zideologizowany i/lub upartyjniony. Jeśli ktoś jest prawicowcem, najczęściej przyjmuje prawicowość z całym dobrodziejstwem inwentarza, z urzędu broniąc wszystkich, nawet najgłupszych, prawicowych pomysłów. Gdy ktoś jest lewicowcem, zwykle nie zastanawia się, czy na pewno wszystkie postępowe postulaty są uzasadnione i odpowiadają polskim warunkom – są według niego uzasadnione, bo tak już ustalono gdzieś na Zachodzie, a jeśli polskie społeczeństwo krzywo na nie patrzy, to tym gorzej dla społeczeństwa. Nieszablonowe koncepcje są z gruntu uznawane za podejrzane, a komentatorzy i myśliciele wymykający się tradycyjnym podziałom –  uważani za odszczepieńców i outsiderów. Jeśli nie jest się hard pisowcem lub bezkrytycznym platformersem, można zapomnieć o błyskotliwej karierze w jednej z tych partii – i mieć co najwyżej nadzieję na zostanie szeregowym posłem z szóstego miejsca na liście.

Przez długi czas podziały te nie przenosiły się bezpośrednio na debatę na temat stosunków międzynarodowych. Istniał nad Wisłą konsensus co do ogólnych kierunków polityki zagranicznej, takich jak integracja ze strukturami UE i NATO, a przy poszukiwaniu potencjalnych sojuszników za granicą mało komu przychodziło do głowy, żeby szczegółowo analizować ich poglądy na aborcję. Niestety, druga dekada XXI wieku przyniosła w tej materii wyraźną zmianę na gorsze. Ideologiczne podziały zaczęły być wprost przenoszone na dyskusje o polityce zagranicznej Polski, a ideologiczne argumenty – odgrywać w tej debacie pierwszorzędną rolę. Prym pod tym względem wiedzie prawa strona, która przez lata chciała uchodzić za pragmatyczną zwolenniczkę realpolitik, w odróżnieniu od lewicowych idealistów. Tymczasem od pewnego momentu zaczęła gremialnie kibicować niebezpiecznym dla polskiego interesu prorosyjskim politykom z zagranicy, takim jak Le Pen we Francji, Hofer w Austrii czy ugrupowanie Alternatywa dla Niemiec, tylko dlatego, że przyjmują bliską jej konserwatywną optykę. Zaczęła też fetować zdarzenia i procesy groźne dla Polski, takie jak Brexit czy dezintegracja UE, tylko dlatego, że przy okazji utarto nosa nielubianemu przez nią europejskiemu i krajowemu establishmentowi. Kulminację tego absurdalnego procesu przyniosło zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA.

Chłodna analiza postulatów, z którymi Trump szedł do władzy, odeszła w cień – ważniejsze, że przegrała kandydatka, która popiera aborcję do 9. miesiąca ciąży. Fakt, że nowym POTUS (President Of The United States) został kandydat jawnie prorosyjski oraz podważający bezwarunkowość Paktu Północnoatlantyckiego, będącego fundamentem polskiej architektury bezpieczeństwa, przestał mieć większe znaczenie – istotniejsze, że „liberalne elity” dostały po głowie. Tak, jakby szczęście lub nieszczęście CNN albo „New York Timesa” miało dla Polski większą wagę niż zgodnie działające NATO.

Tymczasem z punktu widzenia interesu naszej wspólnoty politycznej Donald Trump był najgorszym z kandydatów na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Największym obecnym zagrożeniem polskiego bezpieczeństwa jest agresywna polityka Moskwy. Do czego zdolna jest Rosja Putina, mogliśmy się przekonać po aneksji Krymu, zupełnej destabilizacji jednego z bardziej rozwiniętych terytoriów Ukrainy, jakim był Donbas, a przede wszystkim po rzezi ludności cywilnej w syryjskim Aleppo, przeprowadzonej byle tylko utrzymać przy władzy wygodnego Baszara al-Asada.

Najważniejszym strategicznym celem Polski jest obecnie dokończenie włączania terytorium naszego kraju w infrastrukturę zachodniej sieci bezpieczeństwa. Czyli skończenie z sytuacją, gdy nasz kraj jest w NATO członkiem drugiej kategorii. To oczywiście zupełnie nie na rękę Rosji. Podejmowanie działań w tym kierunku spowoduje bez wątpienia napięcia na linii NATO-Rosja. Trudno oczekiwać, że taką linię przyjmie POTUS, który nie tylko wypowiada się o Putinie ciepło, ale nawet wykorzystał rosyjskie ataki hakerów w kampanii wyborczej w USA –  zdarzenie zupełnie bez precedensu. Trudno oczekiwać, że wbrew interesom Putina zacznie działać polityk, który co rusz zapewnia, że się z nim „dogada”, chwali się otrzymanym od niego „pięknym listem” oraz zdradza niezdrową fascynację rosyjskim przywódcą i powtarza, że tamten jest „prawdziwym, silnym liderem”. Który w pierwszych etapach kampanii otoczył się takimi ludźmi, jak związany z Gazpromem Carter Page oraz były doradca Janukowycza Paul Manafort.

Oczywiście możemy być pewni, że Trump potrafiłby się rzeczywiście dogadać z Putinem. Jednak będzie to czysto biznesowa transakcja – „coś za coś”. Trump nie jest szalony, jak twierdzą niektórzy komentatorzy. To cyniczny biznesmen, który może bez mrugnięcia okiem przehandlować marzenia Europy Środkowo-Wschodniej o większej obecności NATO na wschodniej flance, za ustępstwa Rosji w regionach bardziej interesujących USA – np. na Bliskim albo Dalekim Wschodzie.

Polscy zwolennicy Trumpa podkreślają, że administracja Demokratów, której Clinton byłaby kontynuatorką, jest winna „resetu z Rosją” oraz anulowania planów zainstalowania tarczy antyrakietowej m.in. w Polsce. Zapominają jednak, że „reset z Rosją” miał miejsce jeszcze przed inwazją na Ukrainę. Od tamtej pory kurs USA wobec Rosji wyraźnie się zaostrzył, czego przykładem jest chociażby ostatni szczyt NATO i decyzja o rozmieszczeniu w naszym regionie 4 rotacyjnych brygad. Oraz amerykańskie sankcje na Rosję, które Moskwie bardziej odbijają się bokiem, niż sankcje UE. Oczywiście chcielibyśmy zapewne nieco więcej niż rotacyjne brygady, ale możemy być raczej pewni, że od Trumpa nie uzyskalibyśmy nawet tego.

Kolejnym niebezpiecznym wątkiem w narracji Trumpa jest podważanie bezwarunkowej solidarności w ramach NATO. Mowa była nie tylko o możliwym braku pomocy dla sojuszników, którzy nie wypełniają swoich zobowiązań (chodzi głównie o wydatki na armię na poziomie 2 proc. PKB), ale nawet o konieczności „płacenia więcej” za amerykańskie zaangażowanie. Takie biznesowe podejście to zabójstwo każdego sojuszu. Możemy sobie wyobrazić sytuację, w której zaatakowany członek NATO najpierw musi wynegocjować odpowiednią cenę za pomoc USA, zanim otrzyma wsparcie z tej strony. Bezwarunkowość zaangażowania całego sojuszu w konflikt z jednym z członków jest najważniejszym argumentem przeciw inwazji na najsłabszych uczestników. W sytuacji, gdy ta bezwarunkowość jest podważana przez najsilniejszego z sojuszników, straszak przestaje działać.

Oczywiście można bagatelizować powyższe uwagi, twierdząc, że to tylko słowa wypowiadane w kampanii, by zdobyć głosy wyborców. Tyle że pierwsze doniesienia pokazują, iż prorosyjskość Trumpa nie jest wydumana, a jego tezy dotyczące NATO znajdują zrozumienie w najbliższym otoczeniu, które będzie tworzyć jego gabinet. Prawdopodobnym Sekretarzem Obrony lub Doradcą ds. Bezpieczeństwa Narodowego (istotna funkcja, którą w gabinecie Cartera pełnił Brzeziński) jest emerytowany generał Michael Flynn. Jego związki z Rosją są więcej niż dwuznaczne. Jest regularnym analitykiem… stacji telewizyjnej Russia Today, czyli anglojęzycznej tuby propagandowej Kremla. Już po inwazji na Ukrainę pojawił się m.in. na uroczystym obiedzie z okazji 10-lecia RT, gdzie siedział przy jednym stole z samym Putinem. Michael Crowley z „Politico” stwierdził wręcz, że Flynn „darzy Rosję uczuciem”. Sekretarzem Stanu będzie prawdopodobnie Newt Gingrich, który w jednym z wywiadów powtórzył tezy Trumpa podważające bezwarunkową solidarność w ramach NATO, a Estonię nazwał… przedmieściami Petersburga, o które Rosja nie zaryzykuje wojny nuklearnej. Sprowadzanie suwerennego państwa do przedmieść byłej rosyjskiej stolicy, która leży 160 km od granic Estonii, doskonale obrazuje sposób myślenia otoczenia Trumpa o wschodniej flance NATO.

Niektórzy amerykaniści zwracają uwagę, że w polityce zagranicznej Trump zainspirowany jest Richardem Nixonem. Dla państw naszego regionu musi to być dzwonek alarmowy. Nixon stawiał na powrót do koncepcji „koncertu mocarstw”, w której na temat porządku światowego ponad głowami maluczkich będzie negocjować pięć głównych sił globalnych – USA, ZSRR, Chiny, Europa i Japonia. W ramach tej polityki Nixon doprowadził zarówno do odwilży z Chinami, jak i z ZSRR. Oczywiście jesteśmy członkiem UE, a więc jednego z tych mocarstw w koncepcji Nixona, jednak w sytuacji postępującej dezintegracji Unii, której zresztą ochoczo przyklaskują polscy zwolennicy Trumpa, łatwo sobie można wyobrazić, że Europę w tym zestawieniu zastąpi najbliższy europejski sojusznik USA i najsilniejszy gracz na kontynencie, czyli Niemcy. Perspektywa ustalania swoich interesów przez USA, Niemcy i Rosję ponad głowami mniejszych państw naszego regionu musi jeżyć włos na głowie, nie zaś być powodem do fety.

Polscy zwolennicy Trumpa robią sobie nadzieje, że nowy POTUS, zgodnie ze obietnicą, doprowadzi do zniesienia wiz dla Polaków. Wydają się one jednak płonne. Zdecydowanie najważniejszym argumentem dla wyborców Trumpa za tym, by udać się do urn, był sprzeciw wobec imigracji (było to ważne aż dla 64 proc. jego zwolenników). Trudno przypuszczać, że Trump podejmie działania, które będą nie do przyjęcia dla 2/3 głosujących.

Niepoważne wydają się także nadzieje na zmianę gospodarczego paradygmatu rządzącego światem oraz poskromienie globalnych elit biznesowych. Twierdzenie, że Trump był kandydatem antyestablishmentowym, jest zupełnie niepoważne. To właśnie on wygrał w czterech najwyższych grupach dochodowych, nawet wśród osób zarabiających ćwierć miliona dolarów rocznie lub więcej. Tymczasem w najniższych grupach dochodowych dostał od Clinton lanie. Najlepszym dowodem na to, że elity biznesowe nie muszą się Trumpa obawiać, była reakcja giełdy nowojorskiej po wyborach, której indeksy zanotowały grubo ponad jednoprocentowe wzrosty – Dow Jones wzrósł nawet o 1,5 proc. Inaczej mówiąc, po wyborze Trumpa na Wall Street zapanował entuzjazm. Nic dziwnego, skoro zapowiedział on m.in. obniżkę podatku korporacyjnego z 35 proc. na 15 proc., co ma według niego skłonić firmy w USA do zatrudniania ludzi, choć firmy te już teraz mają zakumulowane rekordowe ilości kapitału, a więc nic nie stoi na przeszkodzie, by zwiększały zatrudnienie. Nie robią tego chociażby dlatego, że łatwiejszy zarobek mogą uzyskiwać dzięki inwestycjom na zderegulowanych rynkach finansowych w USA. Tymczasem trudno mieć nadzieję, że były spekulant na rynku nieruchomości zamachnie się akurat na tę świętość.

Jedyne czego możemy oczekiwać, to zwiększenia barier handlowych, czego efektem może być np. odejście od koncepcji TTIP. Jednak umowy handlowe to nie całość otoczenia gospodarczego. Jeśli USA rzeczywiście znacznie obniżą podatki korporacyjne, to tylko przyspieszą „wyścig do dna” państw na całym świecie, które już teraz ścigają się w przyciąganiu kapitału preferencyjnymi stawkami podatkowymi. Pogłębi to tylko negatywne tendencje w globalnej gospodarce. Gdyby USA stały się czymś na kształt gigantycznego raju podatkowego, co w czasach rządów Trumpa jest całkiem możliwe, to o skutecznej walce z optymalizacją podatkową moglibyśmy zapomnieć na lata.

Bez wątpienia niektóre diagnozy Trumpa były celne. Globalny zliberalizowany handel oraz przepływ kapitału doprowadziły do stagnacji płac i pogorszenia się sytuacji mas pracujących Amerykanów. Jednak recepty, które stawia Trump, są najgorszymi z możliwych. Rozwiązaniem problemów zliberalizowanej światowej gospodarki nie jest zahamowanie integracji politycznej krajów Zachodu w połączeniu z jeszcze większymi preferencjami podatkowymi dla amerykańskich korporacji. A wprowadzanie antyimigranckich rozwiązań tylko jeszcze zwiększy napięcia wewnątrz społeczeństw.

W zwycięstwie Trumpa najgorsza jest jednak feta, jaka ma miejsce w Polsce. Tania satysfakcja z rzekomego „dokopania establishmentowi” (a w rzeczywistości tylko części liberalnego establishmentu polityczno-medialnego) przesłania interesy naszego kraju, które w wyniku wyboru Trumpa mogą ucierpieć. Silna wspólnota bez wątpienia przetrwałaby Trumpa, Brexit, Le Pen, Hofera i Alternatywę dla Niemiec razem wzięte. Jednak wspólnota, w której debata o polityce zagranicznej jest zdominowana nie przez argumenty dotyczące dobra państwa, lecz przez ideologiczne spory, bez wątpienia poniesie porażkę. I to nie w efekcie takiego a nie innego wyniku wyborów w USA, lecz z powodu samej siebie.

Antykruche państwo dobrobytu

XXI wiek także doczekał się swojego Schumpetera. Teorię antykruchości autorstwa Nassima Taleba wiele łączy z teorią twórczej destrukcji, której zwolennikiem był austriacki ekonomista. Ma ona jednak także zaskakująco wiele wspólnego z filozofią, na której oparto ideę państwa dobrobytu, szczególnie w jego skandynawskiej wersji. Ta zaś godzi bardzo wysoki poziom zabezpieczenia społecznego z wyjątkową elastycznością oraz otwartością na ryzyko, dzięki czemu doskonale wpisuje się w ramy antykruchości zarysowane przez amerykańskiego myśliciela pochodzącego z Libanu.

Pochwała zmienności

Koncepcja antykruchości jest oparta na niezbyt odkrywczej tezie, że przeciwności losu mogą wzmacniać i rozwijać człowieka. Oryginalność Taleba polega na tym, że choć swoją koncepcję, budzącą intuicyjne zaufanie większości ludzi, wywodzi ze zjawisk biologicznych, to stara się przenieść ją na poziom społeczny, by na tej podstawie budować zręby zdrowego porządku.

Powiedzenie „co mnie nie zabije, to mnie wzmocni” można zastosować nie tylko do prozaicznych sytuacji życiowych. Pasuje ono także do ludzkiego ciała i zjawiska hormezy. Polega ona na tym, że niewielka, kontrolowana dawka trującej substancji może spowodować nadmierną reakcję obronną organizmu, który po starciu z wrogiem staje się bardziej odporny także na zagrożenia innego rodzaju. Powstaje zatem pewna nadwyżka, którą można wykorzystać do rozwoju. Dotyczy to ciała i duszy, ale i różnych obszarów życia społecznego: Właśnie ów nadmiar energii uwolniony dzięki przesadnej reakcji na przeszkody odpowiada za innowacje1. Inaczej mówiąc, człowiek wystawiony na pewne trudności, które dzięki wysiłkowi jest jednak w stanie przezwyciężyć, może dokonać wartościowych społecznie czynów, jakich nie dokonałby, gdyby jego droga była usłana różami.

Społeczeństwo poddawane przeciwnościom losu, które nie są w stanie go unicestwić, może być wspólnotą ukształtowaną znacznie lepiej niż inne, żyjące np. w komfortowym otoczeniu geopolitycznym czy dysponujące bogatymi zasobami surowców. Łatwo wymienić przynajmniej kilka państw, które pasują do tej teorii jak ulał – chociażby małą, ubogą w surowce i zagrożoną bliskością Rosji, ale zamożną Finlandię. Dla organizmów żywych istnienie przeszkód, nazywanych przez Taleba stresorami, może być zbawienne, ich brak zaś – degenerujący. Można sprowadzić to do kolejnego popularnego powiedzenia, według którego ktoś spoczywa na laurach po osiągnięciu pewnego poziomu rozwoju. Przypadków sportowców przegrywających łatwe z pozoru potyczki mamy w historii sportu całkiem sporo i właśnie brak stresorów najczęściej odpowiadał za takie sytuacje. Pewny siebie, lecz zbyt „wyluzowany” mistrz świata w boksie przyjmuje nokautujący cios od zawodnika, który mógłby być co najwyżej jego sparingpartnerem. Słynna, pełna gwiazd drużyna piłkarska lekceważy mecz – i odpada z krajowego pucharu, przegrywając z trzecioligowcem. A potomek słynnej rodziny bankierów, który może mieć wszystko na zawołanie, przepuszcza życie przez palce, urządzając hulanki, wydając pieniądze na lewo i prawo, zmieniając partnerki jak rękawiczki, aż pewnego ranka budzi się sam jak palec, goły i (nie)wesoły. Zupełny brak stresorów nikomu nie wychodzi na zdrowie.

Istnienie stresorów łączy się zarówno z powstawaniem pożytecznej nadwyżki w wyniku nadmiernej reakcji, jak i ze zmiennością. Komfortowa egzystencja pozbawiona większych niepokojów jest niewątpliwie stabilna, ale nierzadko– nadto stabilna. Brak przeszkód nie tylko nie pozwala wspiąć się na palce, by poszerzyć horyzont naszej obserwacji, ale też pozbawia nas zmienności, czyli naturalnego filtru, który co jakiś czas oczyszcza otoczenie lub nas samych z zaległych spraw do rozwiązania. Stresory są po prostu informacją, która wskazuje, co w naszym życiu nie gra, a następujące co jakiś czas huśtawki wydarzeń niejako wymuszają podjęcie działań naprawczych w tych podatnych na awarię obszarach, tak by nawarstwione przez lata problemy nie zwaliły się nam kiedyś na głowę jednocześnie. Taleb daje przykład pożarów wybuchających co jakiś czas w lasach:Wahania mogą również pełnić funkcję swego rodzaju czynników oczyszczających. Niewielkie pożary lasów okresowo oczyszczają system z najbardziej łatwopalnych materiałów, nie dając im się nagromadzić2. Gdyby nie te okresowe pożary w końcu wybuchłaby jedna wielka pożoga, która objęłaby cały las i zapewne pobliskie domostwa.

Zmienność jest więc wentylem bezpieczeństwa, który spuszcza powietrze z nabrzmiałego balona. Gdy w związku nie dochodzi co jakiś czas do karczemnych awantur, kończy się to z reguły czymś dużo gorszym, czyli „cichymi dniami”, które są zwykle pierwszym krokiem do rozstania. Spadek sprzedaży może być dla przedsiębiorstwa i przejściowym kryzysem, i znakomitym sygnałem, że należy szukać nowych obszarów działalności, bo obecne już się wyczerpują, a to pozwala w porę można zareagować na zmianę trendów. Wystarczy przypomnieć historie takich firm, jak Kodak czy Nokia, które przez lata miały komfortową i stabilną sytuację podmiotu dominującego na rynku, przez co przespały rynkowe przesilenie i obecnie słaniają się na nogach.

Zasada potrzeby zmienności dotyczy też poziomu społecznego. Bardzo stabilne na pierwszy rzut oka porządki społeczne mogą wybuchnąć i zamienić się w ekstremistan, gdy długi okres niezwykłego spokoju prowadzi do nagłego załamania, a patologie zamiatane pod dywan ujawniają się nagle z jakiejś przyczyny. Na pewno wszyscy pamiętają, jak wielkim zaskoczeniem dla świata była Arabska Wiosna, czyli seria buntów społecznych, które znienacka rozlały się na Egipt i niemal cały Maghreb, choć wydawało się, że sytuacja jest tam zakonserwowana na lata. Tymczasem w przeciętnostaniezmienność jest immanentną cechą porządku społecznego i choć wahania są częste, to – umiarkowane. Doprowadzają do naprawy systemu, a nie do jego załamania. Za przykład mogą posłużyć kraje zachodniej Europy, gdzie od lat bardzo często wybuchają strajki, mają miejsce liczne demonstracje czy niepokoje społeczne, a jednak są one jednymi z najbardziej bezpiecznych miejsc na świecie, nawet gdy uwzględnimy niedawne zamachy w Paryżu i Brukseli.

Jak widać, odpowiednia dawka stresorów to nie jedyny czynnik ważny dla odpowiedniego funkcjonowania człowieka czy społeczeństwa – równie ważna jest towarzysząca im zmienność. Antykruchy jest więc człowiek, którego życiu towarzyszy odpowiednia dawka stresorów oraz zmienności. Stresory są mu potrzebne, żeby się rozwijał, a zmienność – aby utrzymywał czujność, dzięki której w porę będzie mógł reagować na rozwój wydarzeń. Antykruchy porządek społeczny powinien więc stworzyć obywatelom warunki zapewniające odpowiednią dawkę obu czynników.

Nieodzowność zabezpieczenia

W jaki sposób powyższe tezy mogłyby się przełożyć na zręby porządku społecznego? Jak na razie czytelnik może odnosić wrażenie, że koncepcji Taleba najbliżej jest do modelu anglosaskiego, mocno elastycznego, ze stosunkowo niewielką liczbą sztucznie stworzonych stabilizatorów, w którym system sam co jakiś czas wraca do stanu równowagi. Tymczasem porządek skandynawski, pełen różnego rodzaju zabezpieczeń społecznych, wydaje się bardzo daleki od pomysłu libańskiego filozofa. Nic bardziej mylnego.

Oczywiście, skoro stresory wpływają zbawiennie na człowieka, to trzymanie obywateli pod kloszem jest najlepszą drogą do wytworzenia społecznej apatii. Jednak stresory mogą wpływać korzystnie na ludzkie ciało (wzmacniając je), ale tylko do określonej granicy3. Hormeza przecież nie polega na tym, że im większa dawka trucizny, tym szybszy postęp. Wręcz przeciwnie – jeśli przesadzimy z ilością, to organizm, zamiast wzmocnić się, umrze. Gdy przed człowiekiem stanie przeszkoda zupełnie nie do pokonania, zamiast podjąć walkę i wygrać ze swoimi ograniczeniami może on raczej się załamać i już do końca życia wystrzegać się ryzyka. Gdy pracownik traci pracę w mało stabilnej, ale rokującej branży i musi obniżyć standard życia, lecz nie grozi mu utrata środków na utrzymanie, możemy raczej założyć, że zmobilizuje się i jeszcze nieraz zaryzykuje pracę w tak niepewnym, ale rozwojowym otoczeniu. Porażka go zaboli, ale nie wbije w ziemię. Da impuls do nadmiernej reakcji, dzięki której być może zajdzie dalej niż w sytuacji, gdyby wszystko szło mu jak z płatka. Tymczasem gdy człowiek tracący pracę orientuje się, że w zasadzie nie ma niczego, na czym mógłby się oprzeć, jest prawie pewne, że sytuacja raczej go stłamsi, niż rozwinie, a o jego odważnych krokach w przyszłości możemy zapomnieć. Podobnie jest ze zmiennością – nie chodzi o to, żeby życie ludzkie przypominało jazdę na rollercoasterze. Zmienności muszą towarzyszyć okresy, gdy czujemy, że odzyskaliśmy kontrolę nad swoim życiem, a sprawy znów idą w dobrym kierunku: Ważna jest częstotliwość stresorów. Ludzie zwykle lepiej sobie radzą ze stresorami ostrymi niż z chronicznymi, szczególnie gdy po tych pierwszych następuje odpowiednio długi czas na regenerację, dzięki czemu stresory mogą wykonać swoje zadanie jako nośniki informacji4. I właśnie dlatego istnieje system zabezpieczenia społecznego – ma być tamą dla stresorów niebezpiecznych.

Potrzebę istnienia zabezpieczeń widać już we fragmentach, które opisują wyżej nakreśloną nadmierną kompensację. Zjawisko redundancji (czyli nadmiarowości w stosunku do tego, co wystarczające) w naturze pojawia się nie tylko pod postacią nadmiernej reakcji żywych organizmów. Innym jej przykładem jest to, że natura ubezpiecza się na różny sposób, np. obdarzając organizmy większą liczba organów, niż jest to potrzebne. Dlatego człowiek ma np. dwie nerki, a jego płuca mają większą wydolność niż niezbędna do przeżycia. Dzięki temu natura jest gotowa na sytuacje ekstremalne, w których np. konieczne jest wycięcie organu. Człowiek powinien brać z tego przykład. Nie chodzi o to, żeby za wszelką cenę chronić każdego przed upadkiem, lecz o to, by stworzyć takie otoczenie, w którym z upadku można się podnieść. Należy pozwolić ludziom popełniać błędy, gdyż tylko w taki sposób możliwy jest rozwój, trzeba jednak stworzyć mechanizmy pozwalające im odpowiednio szybko stanąć na nogi, gdyby upadli. Co więcej, wypracowanie takich zabezpieczeń jest priorytetem także według Taleba. To ubezpieczenie ma pierwszeństwo przed ryzykiem, nie odwrotnie: Pierwszym krokiem w kierunku antykruchości jest ograniczenie potencjału spadku, a nie zwiększenie potencjału wzrostu. […]. (N)asze zadanie polega na wyjaśnieniu co robić, żeby zminimalizować szkody powstałe wskutek błędów prognozowania, czyli co robić, żeby nasz świat nie rozpadł się na kawałki, kiedy popełnimy błąd, a wręcz zyskał na tym doświadczeniu. Na razie nie chcemy zmieniać świata […], najpierw powinniśmy zwiększyć wytrzymałość różnych rzeczy na usterki i błędne prognozy albo nauczyć się wykorzystywać te pomyłki5.

Na nieodzowność zabezpieczenia społecznego wskazuje również strategia sztangi Seneki, którą według Taleba należy kierować się w życiu. Polega ona na połączeniu maksymalnego zabezpieczenia przed niebezpieczeństwem oraz wystawienia pozostałych wolnych zasobów (energii, środków pieniężnych) na maksymalne ryzyko. Inaczej mówiąc, jest to strategia łącząca mocno rozwiniętą elastyczność z daleko posuniętym zabezpieczeniem. Najpierw zadbajmy o asekurację, a tym, co nam zostanie, grajmy z pełnym ryzykiem. W ten sposób zabezpieczamy tyły (minimalizujemy potencjał straty), a jednocześnie zachowujemy szansę wykorzystania potencjału wzrostu. Nawet jeśli z tej ryzykownej gry wyjdą nici, de facto nic nie stracimy, gdyż o własne bezpieczeństwo zatroszczyliśmy się wcześniej. Za to gdy jedna z naszych ryzykownych kart weźmie, zyski mogą być wręcz nieograniczone. Strategia pozbawiona zabezpieczenia byłaby sztangą bez obciążenia z jednej stronie, zbyt podatną na ryzyko, a więc kruchą. Zrezygnowanie z niezbędnej asekuracji to odwrotność koncepcji antykruchości i jako takie jest zupełnie niezgodne z myślą Taleba.

I tu dochodzimy do systemu skandynawskiego, będącego w istocie dokładnym odwzorowaniem strategii sztangi, gdyż łączy on szerokie zabezpieczenie społeczne ze znaczną elastycznością. O tej cesze modelu „Norden” mówi się rzadko, tymczasem charakteryzuje się on ogromną otwartością na zmiany i ryzyko. Ryzyko to jest jednak przeniesione na poziom społeczeństwa, dzięki czemu negatywne efekty błędów czy spadków rozchodzą się po całej wspólnocie. Ta zaś amortyzuje je, nie są więc tak bolesne, jak w systemie pozbawionym zabezpieczenia społecznego. Doskonałym przykładem mógłby być duński model rynku pracy, zwany flexicurity, czylielaspieczeństwo. Sama jego nazwa musi przywoływać na myśl sztangę Seneki. Wystarczy tylko pobieżnie się mu przyjrzeć, żeby przekonać się, że jest to system antykruchy. Łączy bardzo wysokie zasiłki (otrzymuje je aż 80 proc. bezrobotnych – w Polsce kilkanaście procent), dochodzące w niektórych przypadkach nawet do 90 proc. ostatniego wynagrodzenia (przeciętnie jest to ok. 50 proc.) i wypłacane przez dwa lata (w Polsce 6 miesięcy) z bardzo dużą elastycznością zatrudnienia (krótkie okresy wypowiedzenia, łatwość rozwiązania umowy, niskie odprawy itd.)6. Całość spina aktywna polityka rynku pracy, dzięki której publiczne instytucje pośrednictwa pracy potrafią błyskawicznie pomóc w znalezieniu nowego zatrudnienia. Utrata pracy nie jest więc dla pracownika wielkim problemem, gdyż wie on, że będzie w stanie szybko odbić się od dna. Zapewniana przez ten system zmienność jest ogromna – aż 30 proc. zatrudnionych zmienia pracę co roku. Średni okres zatrudnienia w jednym miejscu wynosi zaledwie niecałe 8 lat, co jest drugim po Islandii7 najniższym wynikiem w Europie. Wszystko to dzieje się przy jednocyfrowym bezrobociu, bo pracodawcy nie mają większych oporów przed zatrudnianiem, wiedząc, że w razie potrzeby nie będą mieli problemu z rozwiązaniem umowy. System ten bardzo dobrze wpasowuje się w ramy, które nakreśliłem powyżej – nie skupia się na likwidowaniu sytuacji, w których ktoś upada, lecz na minimalizowaniu szkód, żeby upadający mógł szybko stanąć na nogi: Flexicurity osiąga swoje podstawowe cele. Jednym z nich nie jest bowiem, przypomnijmy, unikanie bezrobocia w ogóle, lecz raczej bezrobocia długoterminowego, czyli maksymalnie szybki powrót bezrobotnych do pracy8.

Na podobnych zasadach oparty jest w zasadzie cały model skandynawski, co oczywiście nie oznacza, że w każdym kraju wygląda on dokładnie tak samo. Skandynawowie słusznie wyszli z założenia, że prawdziwej elastyczności nie można zapewnić bez odpowiedniego zabezpieczenia społecznego, tak jak i sztanga Seneki potrzebuje obu końców, aby działać. Publiczna opieka medyczna, zasiłki mieszkaniowe, polityka prorodzinna – wszystko to ma za zadanie tworzyć minimalizującą straty poduszkę, na którą zawsze mogą opaść obywatele w razie niekorzystnego biegu wydarzeń. Nie zdejmuje to z nich odpowiedzialności, daje im jedynie pewność, że w razie katastrofy nie stracą wszystkiego i nie zostaną na lodzie. Dzięki temu mogą odważnie i sprawnie poruszać się w zmiennym otoczeniu. Zwolennicy wolnego rynku i państwa minimum, podważający konieczność istnienia systemu zabezpieczenia społecznego, chcą więc stworzyć ułomną wersję sztangi Seneki, wyposażoną tylko w jeden koniec, czyli w ekspozycję na ryzyko. Model wolnorynkowy jest zatem wyjątkowo kruchy, a model antykruchy musi się składać zarówno z zabezpieczenia (i to w pierwszej kolejności), jak i ze zmienności oraz ryzyka. Tak jak model „Norden”.

Nie przegapić żadnej możliwości

Spoiwem zabezpieczenia oraz zmienności są opcje, czyli okazje, jakie przynosi nam życie i spośród których musimy rozsądnie wybierać. Są gryfem sztangi, łączą oba jej obciążenia. Żeby w pełni efektywnie z nich korzystać, człowiek musi się na nie otworzyć i pogodzić ze zmiennością życia. W końcu nigdy nie wiadomo, co nam przyniesie historia, a zakładanie z góry, że nie chcemy już nic w naszym życiu zmieniać, siłą rzeczy będzie oznaczać przegapienie mnóstwa okazji do rozwoju. Jednak z drugiej strony, żeby swobodnie korzystać z pełnego wachlarza opcji, musimy być odpowiednio zabezpieczeni. Trudno racjonalnie planować, gdy ma się uzasadnione wątpliwości, czy uda się wyżywić rodzinę. Młody publicysta może poświęcać wolny czas na pisanie w kilku miejscach, stawiając na przyszłe powodzenie na tej drodze życiowej, ponieważ ma w miarę stabilny etat w urzędzie – gdyby nie to, raczej nie miałby głowy do pisania. Natomiast dobrze zapowiadający się gitarzysta basowy punkowej kapeli musi zrezygnować z grania nieprzynoszącego mu jak na razie dochodu, gdyż jego żałośnie niska pensja wymaga brania nadgodzin, po których zwyczajnie nie ma sił na koncerty i próby.

Bezpieczeństwo socjalne jest więc niezbędną podstawą pełnego korzystania z dostępnych opcji i wolności w ogóle: Inteligentnie wykorzystana niezależność finansowa może uczynić was wytrzymałymi; otwiera przed wami różne możliwości i pozwala podjąć dobrą decyzję. Ostateczną opcją jest wolność9. W bardzo podobnym duchu pisze Guy Standing, autor „Prekariatu”. Argumentuje on za koncepcją gwarantowanego dochodu podstawowego, ale jego tezy możemy traktować jako argumenty na rzecz samego zabezpieczenia społecznego – mniej istotne, w jakiej dokładnie formie: Co do zasady, transfery pieniężne mają charakter emancypujący: zapewniają bezpieczeństwo ekonomiczne, które pozwala podejmować życiowe decyzje i rozwijać własne zdolności. Ubóstwo wiąże się z brakiem wolności tak samo jak z brakiem pożywienia, odzienia i odpowiedniego schronienia10. Solidne zabezpieczenie społeczne nie tylko poszerzy zakres wolności osobistej, lecz także pozytywnie wpłynie na wolność gospodarczą, gdyż zrówna pozycje przetargowe wszystkich graczy rynkowych, a nie jedynie dysponentów kapitału. Pozwoli, by cena pracy bardziej odpowiadała jej realnej wartości, gdyż zwykle jest ona zaniżona – negatywnie wpływa na nią przymus ekonomiczny, jakiemu poddani są bezrobotni, którym kończą się środki do życia. Bezrobotny, któremu w oczy zajrzy głód, podejmie zatrudnienie, nawet jeśli proponowana stawka to potwarz, a nie wynagrodzenie, gdyż kierować się będzie pustym żołądkiem, a nie zdroworozsądkową oceną oferty.

Z tej perspektywy nie powinno już nikogo dziwić, że państwa skandynawskie regularnie zajmują czołowe miejsca w rankingach wolności gospodarczej. Rozwinięta sieć zabezpieczeń społecznych nie jest sprzeczna z wolnością gospodarczą, wręcz przeciwnie – jest jej niezbędna: Bezpieczeństwa można mieć za dużo lub za mało. Jeśli jest go za mało, zapanuje irracjonalność. Gdy za dużo – niedbałość i brak odpowiedzialności. […]. Zapewnienie bezpieczeństwa ekonomicznego nie zlikwiduje oczywiście niepewności egzystencjalnej oraz związanej z rozwojem osobistym (chcemy rozwijać nasze zdolności i żyć wygodniej, a to wymaga podjęcia ryzyka). Poczucie stabilności pozwala jednak myśleć racjonalnie11.

Z perspektywy całego społeczeństwa sieć zabezpieczeń ma również niebagatelne znaczenie dla opcjonalności. Według Taleba podczas inwestowania należy, po pierwsze, zawsze stawiać na człowieka, a nie na projekt, a po drugie – lepiej obstawić mniejszymi kwotami więcej prób niż tylko kilka dużymi: Zatem właściwą strategią byłaby strategia jeden dzielone przez n albo 1/N, która dzieli próby na jak największa liczbę podejść; jeśli masz n opcji, zainwestuj w nie wszystkie taką samą kwotę12. Dla społeczeństwa jako całości takimi opcjami są poszczególni członkowie wspólnoty. Najlepiej więc będzie, jeśli obstawi ono każdego, zapewniając mu podstawowe bezpieczeństwo socjalne, licząc, że jak największa liczba obywateli (czyli obstawionych podejść) swoimi sukcesami zwróci mu wysiłek z nawiązką. Wydatki na instytucje państwa socjalnego można więc traktować jak zwykłą inwestycję, pragmatyczne lokowanie środków w możliwie najliczniejsze aktywa, z których zwrot przyniesie tylko część, ale będzie on na tyle duży, że ze sporą nawiązką pokryje wydatki. Państwo dobrobytu to nie wyrzucanie pieniędzy w błoto, jak twierdzą niektórzy – ono po prostu się opłaca. Społeczeństwa nie stać na to, by tracić opcje tylko dlatego, że ktoś, dzięki komu może ona zostać zrealizowana, urodził się w patologicznej rodzinie, a jeszcze innej osobie powinęła się noga. Tym bardziej nie stać na to społeczeństwa takiego jak polskie, któremu grozi kryzys demograficzny, a z nim będzie się przecież wiązać drastyczny spadek liczby dostępnych opcji: Jak powiedział mi jeden z menedżerów funduszy, „zysk może być tak ogromny, że nie możesz sobie pozwolić na to, żeby nie obstawiać wszystkiego”13.

Antykruche państwo wynalazców

Kraje skandynawskie od lat znajdują się w czołówce najbardziej innowacyjnych gospodarek świata. Eksport produktów high-tech w Finlandii wynosi obecnie ok. 30 proc. całego kontyngentu sprzedaży zagranicznej, choć jeszcze w 1990 roku było to zaledwie 8 proc. W 1960 roku 75 proc. eksportu fińskiego stanowiły produkty drzewne, a elektroniczne – jedynie 15 proc. Już w 2000 roku proporcje te uległy odwróceniu, by wynieść odpowiednio 30 proc. i 55 proc.14 Podobnie rzecz ma się ze Szwecją – w rankingu konkurencyjności gospodarek World Economic Forum za lata 2012–2013 zajęła czwarte miejsce na świecie (Finlandia trzecie), a w rankingu innowacyjności Global Innovation Index znalazła się na drugim miejscu. Nie ma w tym nic dziwnego: innowacyjność wymaga ryzyka, a na nie najchętniej decydują się obywatele państw dysponujących dobrze rozwiniętą siecią zabezpieczeń. Ludzie, którzy nie są pewni, czy będą w stanie podnieść się z upadku wywołanego błędnymi decyzjami, skłonni są raczej postępować dużo bardziej zachowawczo. Młody inżynier w kraju pozbawionym zabezpieczeń wybierze raczej pewną pracę w publicznej spółce wydobywczej, która nie przyniesie mu wielkiej chwały ani specjalnie dużych pieniędzy, zamiast zatrudnić się w przedsiębiorstwie działającym w raczkującej, ale bardzo rozwojowej branży o niepewnej przyszłości. W krajach skandynawskich ludzie stojący przed takim dylematem dużo częściej wybiorą bardziej ryzykowną opcję, która im oraz społeczeństwu może (choć nie musi) przynieść niewiarygodny zysk.

W latach 90. w Korei Południowej, w której tradycyjne wydatki na instytucje państwa dobrobytu w zasadzie nie istnieją, bardzo uelastyczniono dotychczas wyjątkowo sztywny kodeks pracy. Takie jednostronne działanie (uelastycznianie bez zabezpieczania) skończyło się tym, że na początku XXI wieku aż 80 proc. najlepszych młodych „umysłów ścisłych” wybierało studia medyczne. Chcieli zostać lekarzami, choć zawód ten ani nie cieszył się tam specjalną renomą, ani nie dawał wielkich pieniędzy. Wystarczyło jednak, że zapewniał pewną pracę15. Można jednak wątpić, czy 80 proc. największych talentów wybierających fach lekarza, dobrze wpływa na gospodarkę.

Trzeba też zauważyć, że nie tylko gotowość do podjęcia ryzyka jest niezbędna do powstania innowacyjnego społeczeństwa. Nieodzowne są także wolne zasoby energii, którymi dysponować muszą jednostki, by zająć się innowacyjną działalnością. Zabiegany człowiek, który musi zajmować się dokładnie każdą dziedziną życia, od zapewnienia prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego rodzinie po opłacenie uczelni wyższej syna czy córki, prawdopodobnie nie będzie miał już sił, chęci i – przede wszystkim – czasu, by szukać nowoczesnych rozwiązań w różnych obszarach. Na to wszystko zwraca uwagę Taleb: Tworzenie wiedzy, nawet teoretycznej, wymaga czasu, odrobiny nudy oraz swobody, jaką zapewnia inny zawód, pozwalający uniknąć presji […]16. W podobnym duchu pisze Standing: Co więcej, odrobina bezczynności nie musi być wcale zła. Skąd wiemy, że pozorna bezczynność nie jest chwilą odpoczynku lub kontemplacji?17.

Tę niezbędną swobodę, którą można wykorzystać do tworzenia innowacji, dają właśnie instytucje państwa dobrobytu, a jednym z ich zadań jest „zdjęcie z głowy” obywatela wszystkiego, co może zrobić za niego efektywniej państwo, oczywiście jeśli jest sprawne (Polakowi może wydać się to nieco szokujące, ale takie też istnieją). Dzięki temu, zamiast grzebać w papierkach i tracić czas na roztrząsanie najdrobniejszych codziennych spraw, może spokojnie zająć się tym, do czego jest najbardziej predestynowany – działalnością obywatelską czy odkrywaniem nowych sposobów ujarzmiania rzeczywistości:Zaskakująco wielu odkryć dokonali angielscy proboszczowie, ludzie pozbawieni większych zmartwień, erudyci z dużym albo przynajmniej wygodnym domem z gosposią, dysponujący stałym dostępem do herbaty i nadmiarem wolnego czasu. Oraz opcjonalnością18. Trudno więc dziwić się, że wydatki na państwo dobrobytu mogą być znakomitym kołem zamachowym rozwoju gospodarczego: Na przykład w 1980 roku udział wydatków socjalnych w PKB wynosił w USA tylko 13,3 procent […]. Wskaźnik ten sięgał aż 28,6 procent w Szwecji, 24,1 procent w Holandii i 23 procent w Niemczech (zachodnich). […]. W tym okresie dochód per capita w Niemczech rósł rocznie w tempie 3,8 procent, w Szwecji – 2,7 procent, w Holandii – 2,5 procent, a w USA – 1,9 procent19.

Brak zabezpieczeń prowadzi do jatrogenii

Taleb, przestrzegając przed nadmierną interwencją państwa, która może bardziej zaszkodzić niż pomóc, wprowadza do wywodu pojęcie jatrogenii: Taka strata netto, przewaga szkód nad korzyściami z terapii, nosi nazwę jatrogenii20. Jatrogenia jest wynikiem naiwnego interwencjonizmu, który rządy podejmują często w dobrej wierze, a który kończy się na przekór zamierzeniom. Jaka sytuacja może sprzyjać takiej naiwnej jatrogenicznej interwencji, tłumaczył już Raghuram Rajan w swej książce „Linie uskoku”, wydanej w tej samej serii co „Antykruchość” Taleba, ale rok wcześniej. Rajan, opisując przyczyny kryzysu, który wybuchł w 2008 roku w USA, bierze pod lupę również nieodpowiedzialną politykę monetarną i kredytową rządu Stanów Zjednoczonych. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że obecny kryzys należy rozpatrywać jako element szerszej sekwencji zdarzeń, rozpoczynających się od kryzys na początku lat 90., gdy USA nawiedziła pierwsza od dziesiątek lat recesja specyficznej odmiany. Wyjście z tej sytuacji nie wiązało się z odzyskaniem przez gospodarkę utraconych miejsc pracy. Kolejne załamanie, tym razem skorelowane z pęknięciem bańki spółek internetowych (początek XXI wieku), znów miało ten sam charakter – recesja doprowadziła do spadku liczby miejsc pracy, a odbicie, pomimo niezłego wzrostu PKB, nie przyczyniło się do zwiększenia zatrudnienia.

W kraju, w którym funkcjonuje rozwinięta sieć zabezpieczeń społecznych, politycy mogą się na nią zdać, ewentualnie wprowadzając pewne kryzysowe korekty systemu. Tymczasem w państwie pozbawionym takich rozwiązań, czyli m.in. w USA, muszą prowadzić politykę dyskrecjonalną, złożoną z doraźnych działań, które nie tworzą przemyślanego systemu i nie rozwiązują problemów u źródła. Skupiają się raczej na gaszeniu pożarów, co często – zamiast pomóc – jeszcze podsyca ogień. Według Rajana właśnie z tym mieliśmy do czynienia w USA po dwóch wspomnianych kryzysach. Naiwny amerykański interwencjonizm polegał na prowadzeniu polityki bardzo taniego pieniądza (za pomocą niskich stóp procentowych) i łatwego kredytu, co miało udobruchać rzesze obywateli. Dzięki tym posunięciom nawet najbiedniejszych stać było na mieszkanie czy na inne potrzeby zaspokajane pożyczką. Do czasu – ekspansja kredytów typu NINJA (dla osób bez pracy i dochodu) czy subprime (bardzo ryzykowne pożyczki o wysokiej stopie oprocentowania), które coraz częściej nie były spłacane, doprowadziła w końcu do potężnego krachu na rynku hipotek: Słaba sieć bezpieczeństwa oraz ożywienie gospodarcze w warunkach bezrobocia oznaczają, że amerykański elektorat jest znacznie mniej odporny na załamania gospodarki niż wyborcy w innych krajach uprzemysłowionych. […] Rząd i Rezerwa Federalna, a zwłaszcza bank centralny, usiłowały nakłonić niechętne firmy do tworzenia miejsc pracy. W efekcie stały się współodpowiedzialne za bańkę cenową na rynku nieruchomości i kryzys finansowy21. Modelowy wręcz przykład kruchości i jatrogenii.

Tego krachu można było uniknąć, prowadząc odpowiedzialną politykę monetarno-kredytową, która jest jednak dostępna tylko wtedy, gdy społeczeństwem nie wstrząsają gwałtowne niepokoje. Właśnie dlatego obecny kryzys najlepiej w UE przechodzą państwa skandynawskie, które uodporniły się na takie załamania, tworząc antykruchy system zabezpieczeń. Niestety, zabrakło go w USA, co skończyło się czystej wody jatrogenią, wynikającą z kruchości systemu: Niepokój tracących pracę Amerykanów pogłębia brak powszechnej opieki zdrowotnej albo przystępnego prywatnego ubezpieczenia od kosztów leczenia. […]. Ponadto prywatny ubezpieczyciel może odmówić objęcia ubezpieczeniem osoby bezrobotnej, jeśli ta cierpi na jakieś schorzenie. […]. (N)ietrudno zrozumieć, że większość Amerykanów obawia się potencjalnego bezrobocia. […]. (W)raz z rosnącym bezrobociem zwiększają się naciski na polityków, by coś z tym zrobili22. Na ogół trudno tworzyć efektywną politykę z politycznym pistoletem przystawionym do głowy23. Brak silnej sieci bezpieczeństwa w połączeniu z powolnym przyrostem miejsc pracy w okresie ożywienia sprawił, że z perspektywy politycznej każda z ostatnich recesji w USA była naprawdę dotkliwa. Stworzyło to olbrzymią presję na rząd, od którego oczekiwano, by wprowadził program stymulacyjny za pomocą zarówno środków fiskalnych, jak i polityki łatwego pieniądza24.

Ha-Joon Chang zwraca tymczasem uwagę, że brak rozbudowanej sieci zabezpieczeń prowadzi nie tylko do lekkomyślnej polityki fiskalno-monetarnej, lecz także znacznie utrudnia realizowanie rozsądnej polityki gospodarczej – zarówno przez państwo, jak i poszczególne przedsiębiorstwa. Pracownicy pozbawieni sieci zabezpieczeń będą reagować alergicznie na każdą pogłoskę o ograniczaniu zatrudnienia lub o zmianach jego zasad w związku z wyzwaniami, jakie stają przed branżą lub firmą. Może to prowadzić do sytuacji, w której będzie się podejmować pozorowane kroki lub wręcz odkładać na święty nigdy zmiany niezbędne w całych branżach czy choćby pojedynczych spółkach, bo ich przeprowadzenie będzie niemożliwe w związku z – całkowicie zresztą zrozumiałym – oporem załogi. W konsekwencji doprowadzi to do nawarstwienia się nierozwiązanych problemów i jeszcze większych kłopotów: W Europie jeśli twoja gałąź przemysłu chyli się ku upadkowi i tracisz pracę, to jest to cios, ale nie koniec świata. Zachowasz ubezpieczenie zdrowotne i prawo do mieszkania komunalnego, skorzystasz z zasiłku dla bezrobotnych i dotowanych przez państwo szkoleń oraz pomocy w szukaniu pracy. Jeśli pracujesz w USA, to przeciwnie – lepiej zapewnij sobie możliwość utrzymania się na aktualnym stanowisku, jeśli trzeba to dzięki protekcjonizmowi, bo razem z pracą tracisz prawie wszystko. […] W konsekwencji w USA pracownicy znacznie bardziej opierają się wszelkim restrukturyzacjom, które obejmują zwolnienia niż Europejczycy25. Ta zależność jest szczególnie warta uwagi w Polsce, gdzie wiele branż wymaga niecierpiących zwłoki rozsądnych reform – nic dziwnego, że restrukturyzacja niektórych obszarów gospodarki idzie tak opornie, skoro sieć zabezpieczeń jest w naszym kraju żałośnie słaba. Jej rozbudowa jest więc niezbędna, by móc kontynuować modernizację gospodarczą naszego kraju.

Na koniec tych rozważań jeszcze jeden cytat z Rajana, który znakomicie tłumaczy naturę jatrogenii i kruchości. Nieznającym tego naukowca wyjaśniam, że to ekonomista z Chicago, a więc z mekki gospodarczego liberalizmu, jednoznaczny zwolennik kapitalizmu i rynku. Tym bardziej jego słowa powinny skłonić do myślenia wielu nazbyt zapatrzonych w wolnorynkowe schematy: Żadna nowoczesna gospodarka nie powinna zmuszać zwolnionych pracowników do podejmowania tak bolesnych decyzji, jak na przykład: które dzieci objąć ubezpieczeniem zdrowotnym. Jest to sytuacja nie tylko barbarzyńska, lecz także niemożliwa do utrzymania przez dłuższy czas, ponieważ ci, którzy znaleźli się na straconej pozycji ekonomicznej, będą mieli wszelką motywację do zastosowania środków politycznych w celu odzyskania tego, co stracili. I chociaż w końcu system demokratyczny zareaguje, to reakcja może być nieprzewidywalna, co jeszcze bardziej wzmocni niepewność pracowników. Wiele przemawia za wzmocnieniem sieci bezpieczeństwa w USA w taki sposób, by zbytnio nie hamowała elastyczności gospodarki26.

Państwo dobrobytu się opłaca

Społeczeństwa Europy Środkowo-Wschodniej muszą w końcu uświadomić sobie fakt, że utrzymywanie rozwiniętych instytucji państwa dobrobytu to nie żadna fanaberia, troskliwe opiekowanie się nieporadnymi życiowo obywatelami czy projekt czysto ideologiczny. To zwykłe pragmatyczne działanie, które można porównać po prostu z inwestycją. Długoterminowe inwestycje nie zwracają się od razu (co innego spekulacje) i wymagają solidnych nakładów w dłuższym czasie, jednak ich efekty mogą przerosnąć najśmielsze oczekiwania.

Nieprawdą są także tezy, według których Polski na obecnym etapie rozwoju nie stać na tak rozwinięte zabezpieczenie społeczne. Gdy państwa skandynawskie zaczęły tworzyć zręby swoich struktur, były na dużo niższym poziomie rozwoju niż obecna Polska. Gdy szwedzki premier Alvin Hansson w latach 30. ogłaszał słynną koncepcję folkhemmet(dom ludu), która dała początek „modelowi Norden”, jego krajem wstrząsały protesty wywołane złą sytuacją robotników. Gdy Finowie w latach 60. zabierali się za gruntowną reformę edukacji, która położyła podwaliny pod ich błyskawiczny rozwój, byli raczej zacofanym „społeczeństwem drwali” (aż 70 proc. obywateli kończyło naukę na 6-letniej podstawówce), eksportującym głównie drewno.

Sposobów finansowania sprawnych instytucji państwa dobrobytu jest wiele. To temat wart osobnego tekstu. Tutaj wskażę chociażby konieczność lepszej ściągalności danin od przedsiębiorstw zagranicznych, z których ledwie połowa płaci w naszym kraju podatek dochodowy. Do odrobienia jest również lekcja „uszczelnienia” podatku VAT, który obecnie stał się popularną platformą do robienia przekrętów. Nie obędzie się również bez gruntownej zmiany całego systemu podatkowego, mającego skrajnie niesprawiedliwy, regresywny charakter, co oznacza, że bogatsi de facto płacą proporcjonalnie mniejsze podatki. Na początek najważniejsze jest jednak, abyśmy zrozumieli, że dobrze rozwinięte zabezpieczenie społeczne to nie żadne utrzymywanie „darmozjadów”, lecz wspólny projekt inwestycyjny. Nawet jeśli niewielka część obywateli będzie się chciała zabrać z nami „na gapę”, nie warto z ich powodu zarzucać projektu tak obiecującego dla całej wspólnoty.

Przypisy:

  1. N. Taleb, Antykruchość, Warszawa 2013, s. 68.
  2. Ibidem, s. 144.
  3. Ibidem, s. 85.
  4. Ibidem, s. 91.
  5. Ibidem, s. 189–190.
  6. W. Anioł, Szlak Norden, Warszawa 2013, ss. 98–100.
  7. Ibidem, s 102.
  8. Ibidem, s. 103.
  9. N. Taleb, op. cit., s. 238.
  10. G. Standing, Prekariat, Warszawa 2014, s. 335.
  11. Ibidem, s. 338.
  12. N. Taleb, op. cit., s. 308.
  13. Ibidem, s. 308.
  14. W. Anioł, op. cit., s. 124.
  15. H.J. Chang, 23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie, Warszawa 2013, ss. 287–289.
  16. N. Taleb, op cit., s. 303.
  17. G. Standing, op. cit., s. 315.
  18. N. Taleb, op. cit., s. 303.
  19. H.J. Chang, op. cit., s. 294.
  20. N. Taleb, op. cit., s. 158.
  21. R. Rajan, Linie uskoku, Warszawa 2012, s.149.
  22. Ibidem, s. 151.
  23. Ibidem, s. 149.
  24. Ibidem, s. 168.
  25. H.J. Chang, op. cit., ss. 291–292.
  26. R. Rajan, op. cit., s. 200.