Ultrasi czterech kółek

Ultrasi czterech kółek

Zima to ta pora roku, która najdobitniej unaocznia, że ruch samochodowy jest realnym problemem obniżającym poziom życia w Polsce. Okres świąteczno-noworoczny zawsze przynosi śmiertelne żniwo wśród fanatyków szybkiej jazdy oraz amatorów prowadzenia auta po pijaku. Trudniejsze niż zwykle warunki drogowe jeszcze zwiększają poziom zakorkowania polskich miast, który już i tak jest ogromny nawet w piękne wiosenne dni. Natomiast sezon smogowy sprawia, że częściej niż zazwyczaj zwracamy uwagę na stan powietrza. Oczywiście smog jest przede wszystkim skutkiem ogrzewania domów, jednak w miastach ruch samochodowy odczuwalnie się dokłada do złego stanu powietrza. Zbyt duża w stosunku do polskich realiów skala ruchu samochodowego uderza w nasze najbardziej podstawowe potrzeby – bezpieczeństwo, zdrowie oraz ilość czasu do dyspozycji.

Autem za wszelką cenę

Ranną podróż autobusem do pracy zawsze umilałem sobie puszczaną w słuchawkach muzyką oraz obserwacją kierowców stojących w korkach. Mieszkam w jednej z południowych dzielnic Katowic, więc okazji miałem ku temu co niemiara. W drodze z południa do centrum mija się co najmniej kilka wąskich gardeł, z którymi od lat władze lokalne nie do końca wiedzą co zrobić. Zawsze zwracały moją uwagę dwa fakty. Po pierwsze niemal we wszystkich autach siedział tylko kierowca, a po drugie – zdecydowana większość stanowiły samochody na katowickich rejestracjach, chociaż połączenia autobusowe z południa są zupełnie przyzwoite, z mojego osiedla autobus odjeżdża regularnie co 10 minut. Infrastruktura dzielnic południowych jest zwykle położona blisko, więc najczęściej nie ma potrzeby dowożenia dziecka do przedszkola czy szkoły, można spokojnie je odprowadzić. Jeżdżę samochodem od kilkunastu lat, jednak nie wyobrażam sobie, jak można w zwykły dzień pracy jechać do centrum autem – męczyć się ze znalezieniem miejsca parkingowego, potem dreptać 15 minut do biura, w zimie jeszcze odśnieżać pojazd itd. I na dodatek płacić za całą tę „przyjemność” dużo więcej niż za dojazd komunikacją publiczną. Tymczasem w mojej pracy były osoby, którym cały dojazd autem z dojściem z parkingu włącznie zajmował więcej czasu niż dojście na piechotę lub podjechanie dosłownie kilku przystanków tramwajem.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wielu Polaków musi dojechać własnym autem z powodu braku połączeń z miejscem zamieszkania lub ze względu na konieczność załatwienia spraw –  odebrania dziecka z daleko położonej placówki lub zrobienia tygodniowych zakupów. Takie sytuacje są zupełnie zrozumiałe, jednak nawet pobieżna obserwacja codzienności dowodzi, że Polacy masowo korzystają z aut nie tylko wtedy, gdy nie jest to niezbędne, ale nawet wtedy, gdy jest to dużo mniej komfortowe i opłacalne.

Według związku ACEA, liczba zarejestrowanych w Polsce w 2015 roku wyniosła 628 na tysiąc mieszkańców, co było czwartym wynikiem w UE. Z większych krajów wyprzedzały nas jedynie Włochy (poza nimi przed Polską były Malta i Luksemburg) z 706 pojazdami na tysiąc osób. W Niemczech, w których przemysł samochodowy jest jednym z największych powodów do dumy, wskaźnik ten wynosi 593, w Wielkiej Brytanii 587, na Słowacji 438, a na Węgrzech zaledwie 372. Oczywiście wielu zauważa, że te dane są zawyżone, gdyż wiele samochodów w Polsce nie jest wyrejestrowywanych. Zapewne, tylko że tak jest we wszystkich krajach. Trudno dać wiarę, że wszystkie narody w Europie grzecznie biegną do wydziałów komunikacji zaraz po skasowaniu auta, a tylko Polacy masowo ignorują ten obowiązek. Dane ze wszystkich krajów są zawyżone, więc sama liczba 628 jest zapewne niedokładna, jednak bez wątpienia w stosunku do innych państw liczba samochodów w Polsce jest bardzo wysoka.

Nie ma więc co się dziwić, że nasze miasta należą do najbardziej zakorkowanych na kontynencie. Według Tomtom Traffic Index, Łódź jest najbardziej zakorkowanym miastem Europy, wyprzedzającym Bukareszt i Moskwę. Na 12. miejscu znajduje się Lublin, wyprzedzając między innymi czternasty Paryż. Siedemnasty Kraków wyprzedza osiemnaste Ateny, a znajdująca się na 19. miejscu Warszawa wyprzedza o jedno oczko Lizbonę. Wrocław (26. miejsce) jest zaraz nad Stuttgartem, a Poznań (29. miejsce) nad Kolonią.

Śmierć na czterech kołach

Zbyt duża liczba pojazdów to nie tylko korki, ale też gorszy stan powietrza. Polska rocznie emituje średnio 3,5 kg pyłów zawieszonych PM10 na osobę. To ósmy najwyższy wynik w UE – średnia unijna wynosi kilogram na osobę mniej. Podobnie jest z pyłami PM2.5 –  emitujemy ich rocznie 1,84 kg na osobę, co jest siódmym wynikiem w UE, przy średniej UE wynoszącej 1,38 kg. Oczywiście ruch samochodowy odpowiada za mniejszość tej emisji. Spaliny samochodowe odpowiadają za około 7 procent emisji pyłów zawieszonych, a kolejne kilka procent dokładają ścierane opony i klocki hamulcowe. Jednak w miastach, w których zanieczyszczenie powietrza jest szczególnie uciążliwe, udział ruchu samochodowego jest znacznie wyższy niż w skali kraju. Szacuje się, że w Warszawie ruch samochodowy odpowiada za ponad połowę zanieczyszczenia powietrza, a w Krakowie za jedną trzecią.

Fatalny stan powietrza w Polsce realnie odbija się na zdrowiu Polaków. Wskaźnik śmiertelności z powodu raka płuc wynosi nad Wisłą 69 przypadków na 100 tys. osób. Średnia unijna to tylko 54. W Niemczech śmiertelność z powodu raka płuc wynosi 51, na Słowacji równe 50, a w Szwecji zaledwie 39.

Ruch samochodowy zbiera śmiertelne żniwo także bezpośrednio – w wyniku wypadków. Bardzo duża liczba śmiertelnych ofiar w Polsce to oczywiście w dużej części efekt złego stanu infrastruktury. Choćby dziurawych dróg, na których łatwo stracić kontrolę nad pojazdem, braku oświetlenia czy chodnika wzdłuż pobocza dróg w gminach wiejskich, a także dużej liczby przejść dla pieszych pozbawionych sygnalizacji świetlnej. Jednak bez wątpienia olbrzymią rolę gra żałosna kultura jazdy nad Wisłą oraz dosyć niskie umiejętności polskich kierowców. Oczywiście sami wyobrażamy sobie, że jesteśmy narodem mistrzów kierownicy, jednak prawda jest zupełnie inna – większość z nas nie potrafi zachować się w sytuacji nagłego poślizgu czy niespodziewanego ruchu innego pojazdu. A połączenie ignorancji i przekonania o własnej genialności to najgorszy możliwy koktajl, w wyniku którego młodzi właściciele BMW rozjeżdżają rodaków na pasach lub zabijają własnych przyjaciół siedzących na fotelach pasażerów. Nie wspominając już o skończonych chamach prujących lewym pasem na łeb, na szyję i wymuszających zjechanie na pas prawy.

Wskaźnik śmiertelności w wyniku wypadków komunikacyjnych wynosi w Polsce 10,3 przypadków na 100 tys. mieszkańców i jest czwartym najwyższym w UE. Wyprzedzają nas jedynie dwa kraje bałtyckie (Litwa i Łotwa) oraz Rumunia. Średnia unijna wynosi 5,8, a więc jest niemal dwa razy niższa. Szwedzi giną na drogach trzy razy rzadziej, a Brytyjczycy niemal cztery razy rzadziej. Także śmiertelność pieszych jest dosyć wstrząsająca – wskaźnik śmiertelności wynosi 3,2, a więc jest… trzykrotnie wyższy od średniej unijnej. Przypadki zabitych pieszych wracających z pasterki czy sylwestra, których było ostatnio sporo w mediach, nie są więc czymś okazjonalnym, lecz tragiczną codziennością polskich dróg.

Rozwiązanie: zakaz wjazdu

Konieczność ograniczenia ruchu samochodowego w Polsce wydaje się więc oczywista. Pojawiają się jednak pomysły zarówno dobre, jak i nietrafione. Zdecydowanie najbardziej przereklamowanym sposobem na ograniczanie ruchu samochodowego jest upowszechnianie transportu rowerowego. Przy polskim klimacie, w którym dosyć często pada, a temperatura spada poniżej 5 stopni, rower nigdy nie będzie masowym sposobem poruszania się. Jest on też środkiem transportu głównie dla osób młodych lub w średnim wieku, nie mających problemów z układem ruchu. Przede wszystkim jednak nieefektywnym środkiem transportu – w końcu to środek transportu indywidualnego. Zabiera niewiele mniej miejsca niż ruch samochodowy (oczywiście w hipotetycznej sytuacji przewożenia takiej samej liczby osób) i bardzo słabo komponuje się z ruchem pieszym, a to piesi powinni być grupą uprzywilejowaną w mieście. Efektywność ruchu rowerowego jest zupełnie nieporównywalna z transportem zbiorowym: tramwajami czy autobusami.

Bardzo złe są pomysły selektywnego wykluczania kierowców z ulic. Mowa np. o zakazie wjazdu do centrum starszych samochodów, emitujących więcej spalin, czy samochodów spoza danego miasta (takie pomysły pojawiają w Warszawie, co w przypadku stolicy jest szczególnie skandaliczne). De facto selektywne są także opłaty za wjazd do centrum, np. wysokości 30 zł, co poparła ostatnio nowa minister Jadwiga Emilewicz. Są one zwyczajnie niesprawiedliwe, gdyż uderzają w osoby mniej zamożne, których nie stać na opłatę lub zakup nowego samochodu. W ten sposób nie skłonimy do korzystania z komunikacji zbiorowej osób zamożnych, bo one tego nawet nie odczują, za to zrazimy do niej osoby mniej zamożne.

Dobra strategia ograniczania ruchu samochodowego jest więc dosyć prosta – to przede wszystkim wyłączanie z indywidualnego ruchu samochodowego coraz większych obszarów śródmiejskich, co będzie zmuszało do korzystania z transportu zbiorowego wszystkich, a nie tylko mniej zamożnych. Poza kijem należy oczywiście też stosować marchewkę, czyli zwiększać komfort i efektywność komunikacji publicznej. Zagęszczać siatkę połączeń, także w nocy i poza godzinami szczytu. Budować centra przesiadkowe, które pozwolą korzystać z komunikacji miejskiej również osobom spoza aglomeracji. Tworzyć buspasy, które pozwolą unikać korków autobusom, dzięki czemu będą one dowozić pasażerów szybciej niż prywatne auta. I budować nowe linie tramwajowe, gdyż to tramwaj jest najbardziej efektywnym środkiem transportu w mieście. Powyższe to żadne odkrycia, tylko „oczywiste oczywistości” znane od lat. Czas je wreszcie wprowadzić w życie, bo zbyt duży ruch samochodowy realnie wpływa na zmniejszenie standardu życia w Polsce. Ograniczenie ruchu samochodowego powinno być więc jednym z celów polityk publicznych w najbliższych latach – nawet za cenę jazgotu ultrasów motoryzacji.

  Piotr Wójcik

Kowboje znad Wisły

Są sprawy, z których w Polsce możemy być naprawdę dumni i które nam całkiem nieźle wyszły. Nie ma ich aż tak wiele, więc tym bardziej powinniśmy na nie chuchać i dmuchać, żeby tych nie tak bardzo licznych „przewag konkurencyjnych” przypadkiem nie stracić. Jedną z takich kwestii jest bez wątpienia bezpieczeństwo. W statystykach bezpieczeństwa bijemy na głowę większość krajów Europy. Liczba kradzieży na 100 tys. mieszkańców jest nad Wisłą trzecią najniższą w UE. Liczba gwałtów – ósmą najniższą. Trudno to przecenić – dzięki temu nie tylko podnosi się poziom życia obywateli, ale też Polska staje się bardziej atrakcyjnym celem wypadów turystycznych czy inwestycji. Nie mamy ciepłego i słonecznego klimatu, palm czy rajskich wysepek, turyści nie walą do nas drzwiami i oknami, jak do Grecji, więc bezpieczeństwo jest naszym ważnym walorem.

Również w najważniejszej statystyce przestępstw wypadamy doskonale. W Polsce notujemy 0,75 zabójstw na 100 tys. mieszkańców. To trzeci najniższy wynik w UE. We Francji morderstwa są notowane dwa razy częściej, a w Belgii ponad 2,5 razy częściej. Nie mówiąc już o USA, gdzie popełnianych jest 5,2 zabójstw na 100 tys. mieszkańców rocznie, a więc siedem razy więcej. Żeby zostać zamordowanym w Polsce, trzeba się naprawdę postarać albo mieć koszmarnego pecha. Co ważne, ten wysoki poziom bezpieczeństwa stworzyliśmy będąc krajem wciąż jeszcze niezamożnym, a więc też powodów do grzeszenia przeciw bliźniemu mamy proporcjonalnie znacznie więcej niż na Zachodzie. Co więcej, jesteśmy krajem postkomunistycznym, a w wielu takich krajach gwałtowne przemiany po upadku ZSRR sprzyjały uformowaniu się lokalnych mafii i gangów. W Polsce jednak po burzliwych latach 90. udało nam się zrobić z tym porządek. Dodatkowo graniczymy z Ukrainą i Rosją, których mafie próbują się panoszyć w krajach ościennych, a do krajów bałtyckich, które należą do najniebezpieczniejszych w UE, mamy rzut beretem. Mimo tych bardzo niesprzyjających warunków udało nam się stworzyć jedno z najbezpieczniejszych państw na świecie. To cholernie duży powód do dumy.

Poziom bezpieczeństwa jest zawsze wypadkową wielu czynników: sprawności służb i infrastruktury bezpieczeństwa, regulacji i kodeksów, efektywności wymiaru sprawiedliwości czy kwestii kulturowych. W każdym wypadku ciężko stwierdzić, co „zagrało” w przypadku danego kraju. Są przecież państwa z bardzo sprawnymi służbami, w których poziom bezpieczeństwa jest relatywnie niski. Są także kraje bardzo jednolite kulturowo, w których lepiej nie wychodzić po zmroku z domu. Bez krzty wątpliwości można powiedzieć jedno – architektura bezpieczeństwa to bardzo delikatna konstrukcja. Wyciągnięcie jednego elementu może zburzyć całą misterną układankę. Trzeba być skończonym idiotą, żeby zacząć grzebać przy podstawach bezpieczeństwa tak bezpiecznego kraju jak Polska.

A jednak znaleźli się tacy, którzy chcą przy nich grzebać – i to mocno. W Sejmie pojawił się projekt ustawy zmieniającej polskie przepisy dotyczące posiadania broni. Wnieśli go posłowie Kukiz’15, a partia rządząca zgodziła się na skierowanie go do prac w komisji. To rodzi realne niebezpieczeństwo, że jeden z elementów architektury polskiego bezpieczeństwa wewnętrznego, jakim jest bardzo trudny dostęp do broni, zostanie wyciągnięty. Oczywiście zwolennicy tego projektu próbują mydlić oczy, twierdząc, że projekt ten wcale nie zakłada ułatwienia w dostępie, a tylko go porządkuje, oskarżając przeciwników projektu, że go nie czytali itp. Łukasz Warzecha podczas wywiadu w Onet Rano przez cały czas powtarzał, że „to jest ustawa racjonalizująca dostęp do broni, a nie rozszerzająca”. Prowadzący Bartosz Węglarczyk zresztą bardzo ułatwił mu opowiadanie tych dyrdymałów, bo na samym początku rozmowy bez cienia żenady przyznał, że projektu nie czytał. Na szczęście projekt wpłynął do Sejmu i jest dostępny, warto więc na niego rzucić okiem, żeby nie dać sobie nawijać makaronu na uszy.

Projekt ten wprowadza „obywatelską kartę broni”. Do posiadania takiej karty będzie miał prawo w zasadzie każdy obywatel, który skończył 21 lat, nie był skazany i nie jest chory psychicznie. Za to może już być spokojnie uzależniony od alkoholu albo narkotyków, co obecne przepisy uniemożliwiają. Obywatel będzie musiał wskazać uzasadniony powód, ale to tylko formalność, bo wystarczy, że wskaże jeden z wymienionych w ustawie (np. zamiar posiadania broni do celów samoobrony) – i nie będzie mógł spotkać się z odmową. Zdrowie psychiczne chętnego do posiadania broni poświadczyć musi… lekarz pierwszego kontaktu. Tak, dokładnie ten sam, który stwierdza, że mamy anginę. Posiadacz obywatelskiej karty broni będzie uprawniony do posiadania broni kategorii C, czyli np. broni krótkiej bocznego zapłonu jednostrzałowej i powtarzalnej, której długość nie przekracza 280 mm. Czyli de facto każdy po krótkiej wizycie u lekarza i w urzędzie miasta (bo pozwolenie będzie wydawał prezydent miasta lub starosta powiatu, a nie policja, jak obecnie) będzie mógł sobie kupić rewolwer. To jeszcze nie będzie rewolucja, bo tak na dobrą sprawę, jeśli ktoś koniecznie chce mieć rewolwer, to już teraz może legalnie kupić czarnoprochową replikę konstrukcji sprzed 1885 r.

Obywatelska karta broni to jednak nie jest jeszcze właściwe pozwolenie. To nazywałoby się „pozwoleniem podstawowym” i byłoby wydawane analogicznie jak karta, ale wymagałoby dodatkowo zdania egzaminu. Jednak osoby posiadające obywatelską kartę broni od co najmniej trzech lat – byłyby z tego egzaminu zwolnione. Pozwolenie podstawowe byłoby wydawane na czas nieokreślony i uprawniałoby m.in. do zakupu broni centralnego zapłonu i krótkiej bocznego zapłonu samopowtarzalnej. Inaczej mówiąc, każdy Polak, po odczekaniu trzech lat od wyrobienia karty, będzie mógł kupić sobie Walthera P99 kaliber 9 mm. A jeśli będzie mu się bardzo spieszyło, to po prostu pójdzie zdać egzamin. Gdy go zda, nie możliwości, by mu odmówiono prawa do niej.

Jak jest obecnie? Pozwolenie na posiadanie broni wydaje policja. Może wydać je w celu ochrony osobistej, jednak otrzymać je jest niezwykle trudno. Trzeba udowodnić, że jest się w niebezpieczeństwie. Zwykły obywatel, nie pełniący funkcji publicznej, który nie był wcześniej ofiarą udokumentowanego przestępstwa, może raczej zapomnieć o takim pozwoleniu. Mówi się, że restrykcje można przecież obejść, zdobywając pozwolenie na broń do celów sportowych. Przyjrzyjmy się, jak to wygląda. Najpierw trzeba przejść trzymiesięczny staż w klubie strzeleckim z określoną liczbą treningów. Następnie zdać egzamin na patent strzelecki. Następnie trzeba wystąpić o licencję sportową i zaświadczenie o członkostwie w klubie strzeleckim. Licencja jest wydawana tylko na rok, a do jej przedłużenia potrzebna jest odpowiednia liczba startów w zawodach. Wymagane są również zaświadczenia od odpowiednich lekarzy, m.in. psychologa i okulisty. Dopiero mając to wszystko, można złożyć na policji wniosek o pozwolenie na broń do celów sportowych. Jak widać, jest to zupełnie nieporównywalne – wymaga sporo zachodu, egzaminów, zaświadczeń od lekarzy i przedłużania licencji co roku, co wiąże się ze startami w zawodach. Ustawa klubu Kukiz’15 dawałaby niemal każdemu prawo do posiadania broni na czas nieokreślony, a nawet bez egzaminu, jeśli tylko ktoś wykaże się cierpliwością.

Zresztą nie trzeba analizować zapisów ustawy, żeby się przekonać, iż autorom projektu nie chodzi o uporządkowanie posiadania broni, ale o jej rozpowszechnienie. Wystarczy zerknąć do uzasadnienia, w którym czytamy takie oto absurdalne słowa: „Historyczne uwarunkowania pozwalają na odpowiedzialne i kategoryczne twierdzenie, że dostęp Polaków do broni jest wprost wpisany w pojęcie polskiego patriotyzmu. Zawsze gdy w Polsce odradzał się patriotyzm, powodowało to wzrost zainteresowania bronią – sytuację taką obserwujemy także obecnie”.

Nasuwa się więc pytanie, po co w ogóle ruszać te przepisy? Zwolennicy ustawy biją na alarm, że Polska jest „najbardziej rozbrojonym społeczeństwem w Europie”. Rzeczywiście, w Polsce na 100 obywateli przypada zaledwie 1,3 sztuki broni. W Niemczech, Francji i Skandynawii to ponad 30, a w Finlandii nawet 45. Ale w gruncie rzeczy, czy to coś złego, że wśród polskich obywateli jest mało broni? Przecież broń to nic dobrego – z definicji służy do zabijania i ranienia. Dlaczego więc mielibyśmy się martwić bardzo małą liczbą sztuk broni wśród Polaków? Przecież to raczej powód do zadowolenia. I nie ogranicza to zdolności obronnych naszego kraju. Współczesna wojna nie polega na tym, że obywatele strzelają się na pistolety. Jeśli ktoś będzie chciał nas zaatakować, to zrobi to przy pomocy rakiet i samolotów, ewentualnie jednostek specjalnych. Zwiększenie liczby sztuk broni w społeczeństwie nie zwiększy naszych zdolności obronnych – w tym celu należy modernizować armię zawodową.

Kolejny argument jest taki, że broń potrzebna jest do obrony własnej i ochrony miru domowego. Ale po co w jednym z najbezpieczniejszych krajów świata broń do ochrony miru domowego? Przecież w Polsce niemal nikt nie napada na domy czy mieszkania z pistoletem w ręku. W Polsce nawet zawodowi przestępcy w zdecydowanej większości nie mają broni, poza nielicznymi gangsterami, którym służy ona głównie do porachunków między sobą. Można oczywiście stwierdzić, że pistoletem łatwiej jest obronić się przed zwykłym bandziorem z nożem. Ale jeśli upowszechnimy dostęp do broni, to ten bandzior też zapewne będzie miał pistolet. Upowszechnienie broni w Polsce zmniejszy bezpieczeństwo Polaków, a nie zwiększy. To bezpieczeństwo, które takim wysiłkiem udało nam się przez ostatnie lata zapewnić. Jego poziom będzie bardzo trudno jeszcze podnieść, za to bardzo łatwo można go obniżyć właśnie takim nieodpowiedzialnym grzebaniem w fundamentach naszego bezpieczeństwa.

Zwolennicy rozszerzenia dostępu do broni mydlą nam oczy, podają drugorzędne argumenty, np. że w Szwajcarii jest mnóstwo broni, a jest bezpiecznie, a w Hondurasie broni jest bardzo mało, zabójstw za to zatrzęsienie. Po kolejnych masakrach zwracają uwagę na wszelkie niuanse, byle tylko udowodnić, że łatwy dostęp do broni wcale nie był przyczyną. Wciąż jednak nie potrafią odpowiedzieć na kluczowe pytanie – po co w tak bezpiecznym kraju jak Polska upowszechniać broń palną. Ale odpowiedź możemy znaleźć sami. Otóż za projektem ustawy nie stoją specjaliści od bezpieczeństwa wewnętrznego. Nie, za nią stoją różne środowiska amatorów strzelania. Wąska grupa hobbystów broni zamierza spełnić swoje wydumane zachcianki, obniżając przy tym bezpieczeństwo nas wszystkich. Opowiadanie o bezpieczeństwie to puste dyrdymały mające ukryć fakt, że grupka chłopców lubi sobie postrzelać i polansować się z bronią. A teraz muszą przy tym spełniać jakieś formalności, startować w zawodach itd. Mentalnym kowbojom do podreperowania swojego ego potrzebny jest pistolet w ręce. Wtedy czują, że są silni i ważni – nawet jeśli ten pistolet we współczesnym społeczeństwie wśród cywili nie ma żadnego uzasadnienia. Skoro tak bardzo brakuje im poczucia własnej męskiej wartości, to niech się zapiszą na boks – to też jest męska rywalizacja.

Piotr Wójcik

Belgijka, Francuz, Niemiec i Szwedka uchodzą do Polski

Teorie spiskowe i inne tego rodzaju niestworzone historie to zjawisko funkcjonujące od lat. Tkwiły one sobie spokojnie na marginesie debaty publicznej, zainteresowani je zgłębiali, poszukujący śmiechu czytali je „dla beki”, a reszta społeczeństwa miała o nich mgliste pojęcie. Jednak w ostatnim czasie, w ramach modnej walki z poprawnością polityczną, wpuszczono te opowieści z krypty wprost do głównego nurtu debaty. Ludzie mają prawo wiedzieć, mówili. Chyba nie chcecie wprowadzać cenzury, pytali retorycznie. Efektem zgody na to, że można mówić wszystko, jest zupełny bajzel w informacyjnej przestrzeni publicznej. Teorie wyssane z palca funkcjonują w najlepsze w dyskursie, roszcząc sobie prawo do bycia równorzędnym partnerem z teoriami przemyślanymi i podpartymi danymi. Narobiły bałaganu i teraz człowiek musimy ich wysłuchiwać, przedzierać się przez ich treści i wykonywać czasochłonne czynności w celu odcedzenia tez i poglądów pełnowartościowych, tj. mających przynajmniej jakiekolwiek uzasadnienie. A ich autorzy najczęściej są w doskonałych humorach, uważając się za dyspozytorów wiedzy, która do tej pory była tajemna, lecz dzięki ich staraniom ma do niej dostęp „zwykły obywatel”, bo to w jego interesie jest ona ujawniana. No przecież.

Belgijka, Francuz, Niemiec i Szwedka myślą nad wyjazdem do Polski

Jedną z takich teorii jest zbliżająca się rzekomo do Polski wielkimi krokami fala uchodźców z… zachodniej Europy. Mowa głównie o „rodowitych” Francuzach, Skandynawach czy Niemcach, którzy mają mieć już serdecznie dosyć obaw o swoje bezpieczeństwo i podobno to właśnie Polska jawi im się jako wymarzony raj wolny od islamskiego terroryzmu. Nieoceniony Stanisław Janecki w niedawnym numerze „wSieci” opublikował tekst „Azyl Polska”, w którym możemy przeczytać, że „wkrótce Polska może mieć problem nie z imigracją z Ukrainy, lecz z napływem dobrze wykształconych i sytuowanych mieszkańców Zachodu”. Zamożni zachodni Europejczycy, bojąc się o swoje bezpieczeństwo, tysiącami zjawią się nad Wisłą, dzięki czemu unikną niechybnej śmierci z rąk islamskiego zamachowca.

Żeby w ogóle brać pod uwagę tak absurdalną hipotezę, do dużych zamachów musiałoby na zachodzie UE dochodzić chyba co tydzień. W 2016 r. w zamachach w UE (a dokładnie w Belgii, Francji i Niemczech) zginęło w sumie 141 osób. To oczywiście o 141 za dużo, ale prawda jest taka, że ten akurat rodzaj śmierci to zupełna nisza. Dla trzech wymienionych krajów wskaźnik śmiertelności z powodu ataku terrorystycznego wynosi niecały 0,1 przypadków na 100 tys. mieszkańców. Dużo bardziej prawdopodobne jest to, że ktoś wpadnie po pijanemu do jeziora i utonie.

Potraktujmy jednak teorie publicysty „wSieci” poważnie. Być może rzeczywiście wskaźnik śmiertelności dla innych rodzajów przedwczesnej śmierci jest na tyle podobny, że drastycznie wyższa, choć wciąż mikroskopijna, możliwość śmierci w zamachu robi różnicę. Być może rzeczywiście nasz kraj może być bezpieczną przystanią dla Szwedów uchodzących z ich kraju „trawionego przez wojnę domową”. Czyżby Polska miała potencjał, by stać się schronieniem dla udręczonych i uciekających przed śmiercią przedstawicieli starej Unii?

Belgijka, Francuz, Niemiec i Szwedka uciekają przed śmiercią do Polski

Generalnie najpowszechniejszymi przyczynami przedwczesnej śmierci są rak, choroby serca, śmierć w wypadku samochodowym oraz samobójstwo. Zamach terrorystyczny nie doczekał się jeszcze osobnej kategorii, bo jak zostało wyżej powiedziane, są dziesiątki bardziej prawdopodobnych rodzajów przedwczesnego zgonu. Aby nie dłubać w liczbach o wartościach kilku setnych, posłużymy się większą kategorią, czyli śmiercią z powodu morderstwa – w której oczywiście zawierają się osoby zabite w zamachach. I rzeczywiście, oglądając statystyki morderstw można dojść do wniosku, że Polska to dosyć bezpieczny azyl w Europie. Wskaźnik śmiertelności w tym przypadku wynosi w Polsce 0,75 ofiary na 100 tys. osób. W Niemczech trochę więcej – 0,81, a w Szwecji rocznie zabijana jest nieco ponad jedna osoba na 100 tys. mieszkańców. Najgorzej jest we Francji i Belgii – we Francji prawdopodobieństwo śmierci z powodu zabójstwa jest dwa razy wyższe niż w Polsce (1,53/100 tys. os.), a w Belgii rocznie giną niemal 2 osoby na 100 tys. obywateli. Nieźle, chyba Stanisław Janecki ma rację – szczególnie z perspektywy Belgii i Francji ucieczka do Polski jawi się jako atrakcyjna propozycja. W końcu kto by nie chciał dwukrotnie zmniejszyć prawdopodobieństwa swojego zgonu z powodu morderstwa? Belgijka, Francuz, Niemiec i Szwedka pakują więc manatki i zabierają się do Polski. Już niedługo przekroczą granicę.

Szwedka ginie w wypadku samochodowym

Niestety nasza kochana czwórka naczytała się bzdur autorstwa polskich publicystów i nawet nie zdaje sobie sprawy, że z perspektywy jej bogatych krajów trafiła do prawdziwego piekła. Nasi goście jeszcze nawet nie wysiądą z samochodu, a już prawdopodobieństwo ich śmierci drastycznie rośnie. W Polsce w wypadkach samochodowych rocznie ginie 7,7 osoby na 100 tys. mieszkańców. To szósty najwyższy wynik w UE. Dla Szwedki to kosmos – dla niej ryzyko rośnie niemal trzykrotnie (2,7 ofiary/100 tys. os.). Dla Niemca „tylko” prawie dwukrotnie (4,3), dla Francuza (5,2) i Belgijki (6,5) już nie aż tak bardzo, ale wciąż wyraźnie. I trzeba zauważyć, że mówimy tutaj już o poziomach wyraźnie wyższych niż w przypadku morderstwa, które nawet w Belgii jest 3 razy mniej prawdopodobne niż śmierć w wypadku. Zatem tu dwukrotnie większe ryzyko realnie robi znacznie większą różnicę. A naprawdę wysokie wskaźniki dopiero przed nami.

Oczywiście zawsze można powiedzieć, żeby nasi goście nie jechali samochodem – niech przylecą i na miejscu niech trzymają się z dala od środków transportu samochodowego. Niestety ich sytuacja niewiele się poprawi. Jak wyliczyła Politechnika Warszawska, w latach 2009-2013 w Polsce w wypadkach samochodowych zginęło 3,4 pieszych na 100 tys. mieszkańców. Biedna Szwedka (0,47), nawet nie zdaje sobie sprawy, że w Polsce 7 razy bardziej ryzykuje śmierć pod kołami rozpędzonego auta, niż w bezpiecznym kraju ojczystym. Niemiec ryzykuje 5 razy bardziej, a Belgijka ponad 4 razy. No i niestety, podczas uroczej wizyty w Sandomierzu Szwedkę potrącił 17-letni Volkswagen Golf, jeżdżący po drodze tylko dlatego, że szwagier kierowcy podpisał mu lewy przegląd. Poniosła śmierć na miejscu.

Francuz umiera na raka płuc

Śmierć w Polsce czai się nie tylko na drodze, ale też w powietrzu. Zanieczyszczenie powietrza w naszym kraju zupełnie nie przystaje do standardów „upadających” krajów zachodniej UE. Co trzeci mieszkaniec polskich miast jest narażonych na zbyt wysokie stężenie pyłów PM10. W Szwecji i Francji jest ich proporcjonalnie dwa razy mniej. W Niemczech i Belgii jedynie co piąty mieszczanin ma podobny problem.

Smogowy koszmar, z którym mamy do czynienia każdej zimy, odbija się na zdrowiu Polaków. I wszystkich innych, którzy tutaj żyją. Widać to chociażby po statystykach zgonów na raka płuc. W Polsce wskaźnik śmiertelności z powodu tego rodzaju raka wynosi 68,4 przypadki na 100 tys. osób. W Niemczech i Francji wskaźnik umieralności na raka płuc jest o 25% niższy niż w Polsce, a w Belgii „jedynie” o 10%. W Szwecji wskaźnik śmiertelności na raka płuc jest nawet prawie dwa razy niższy. A trzeba pamiętać, że teraz już rozmawiamy o naprawdę wysokich prawdopodobieństwach, w przeciwieństwie do tych mikroskopijnych wskaźników dotyczących morderstw i zamachów. W przypadku raka płuc dwukrotnie wyższy wskaźnik, jak między Polską i Szwecją, czyni już gigantyczną różnicę – to wręcz przepaść.

No i niestety, przekonał się o tym Francuz. Po 15 latach wdychania krakowskiego powietrza zachorował na raka płuc i umarł. Jego nieprzystosowane do wdychania smoły płuca szybko poddały się intruzowi. Biedak, nie doczekał się nawet emerytury. Choć może to i dobrze, w końcu byłaby to polska emerytura.

Belgijka schodzi na zawał

Stanu polskiej służby zdrowia nikomu opisywać nie trzeba. Pracownicy opieki medycznej robią, co mogą, a często nawet więcej, jednak za takie pieniądze po prostu lepiej się nie da. A te pieniądze w proporcji do PKB są jednymi z najniższych na świecie. Nic więc dziwnego, że nasza opieka medyczna jest klasyfikowana na poziomie Bałkanów. Według indeksu EHCI Polska służba zdrowia jest na 31. miejscu w Europie – czyli piątym od końca. Udało nam się wyprzedzić Czarnogórę, Albanię, Rumunię i Bułgarię. Nie trzeba chyba dodawać, że służby zdrowia w krajach świeżo upieczonych zachodnioeuropejskich uchodźców są na drugim końcu skali – najwyżej jest belgijska (5. miejsce).

Oczywiście nieciekawy stan naszej służby zdrowia odbija się na śmiertelności. Widać to szczególnie w chorobach kobiecych – nad Wisłą prawdopodobieństwo śmierci na raka szyjki macicy jest czterokrotnie wyższe niż we Francji oraz 2,5-krotnie wyższe niż w Szwecji, Belgii i Niemczech. Rak szyjki macicy to jednak dość rzadki powód przedwczesnego zgonu. Problem w tym, że różnicę w opiece medycznej widać przy dużo bardziej „popularnych” chorobach – np. chorobach serca, które są jedną z najpowszechniejszych przyczyn śmierci. W Polsce wskaźnik śmiertelności z przyczyny choroby serca wynosi 140 zgonów na 100 tys. mieszkańców. We Francji jest on prawie trzykrotnie niższy, a w Belgii dwukrotnie.

No i niestety przekonała się o tym nasza Belgijka. Od pewnego czasu zaczęło ją pobolewać w klatce piersiowej. Zamierzała pójść do lekarza, jednak podczas rejestracji okazało się, że najbliższy wolny termin do kardiologa jest za trzy miesiące. Machnęła więc na to ręką i „olała” temat. Niestety podczas kolejnej kłótni ze swoim przełożonym-tyranem miała zawał – nie udało się jej uratować.

Niemiec popełnia samobójstwo

Polska rzeczywistość ekonomiczno-społeczna jest wyjątkowo nieprzyjazna. Co ciekawe, pomimo że nie ma u nas islamistów, a ta garstka muzułmanów, która nam się jakimś przypadkiem trafiła, jest zupełnie umiarkowana i dobrze się zintegrowała. A mimo to nadwiślańska rzeczywistość nie uśmiecha się jakoś bardzo miło, raczej szczerzy kły. Niskie płace, niska stabilność zatrudnienia, niewydolne instytucje niechroniące obywateli – nic dziwnego, że pod względem wskaźnika samobójstw bijemy inne kraje na głowę. Szczególnie wśród mężczyzn – samobójstwa odpowiadają za 33 zgony na każde 100 tys. Polaków. Mężczyźni w Niemczech zabijają się 2,5 razy rzadziej, a w Szwecji i Francji prawie dwa razy rzadziej. W Belgii wskaźnik samobójstw wynosi 23 zgony na 100 tys. mieszkańców, jest więc niemal o jedną trzecią niższy.

My się już zdążyliśmy przyzwyczaić i nawet nauczyć przybierać dobrą minę do tej fatalnej gry. Jednak dla uchodźcy z zachodniej Europy polska rzeczywistość ekonomiczno-społeczna musiałaby być niemałym szokiem. Niestety nasz Niemiec dał się naciągnąć na zainwestowanie pieniędzy w lipny instrument finansowy, na którym stracił oszczędności życia. Aby wyjść z kłopotów finansowych, wziął kilka krótkoterminowych pożyczek, w efekcie czego wpadł w spiralę długów. A gdy jego szef po raz piąty w krótkim czasie wywindował „targety” do wyrobienia, uchodźca znad Renu załamał się – pewnego dnia po prostu się powiesił.

Tak, w Polsce prawdopodobieństwo śmierci w zamachu jest de facto zerowe. Jeśli nie jesteśmy gangsterami, nie musimy komuś oddać sporek kwoty za narkotyki, albo nie zajmujemy się stręczycielstwem, na 99,99% nikt nas nie zamorduje. Wskaźnik śmiertelności w przypadku morderstwa jest w naszym kraju nawet 2-3 razy niższy niż w niektórych krajach zachodniej Europy. Problem w tym, że nawet w tych krajach ten wskaźnik jest mikroskopijny, więc nawet i trzykrotna różnica jest zupełnie niezauważalna. Tymczasem w przypadku najpowszechniejszych przyczyn przedwczesnej śmierci prawdopodobieństwo zgonu jest w naszym kraju nawet kilka razy wyższe niż w zamożnych krajach UE.

Żeby w takiej sytuacji twierdzić, iż Polska mogłaby być bezpieczną przystanią dla mieszkańców „starej UE”, trzeba być albo matematycznym analfabetą, albo wyimaginowanym husarzem, albo publicystą automatycznie klepiącym wierszówki. Owszem, Francuza nad Wisłą nie dopadnie żaden islamista – za to jest dużo bardziej prawdopodobne, że wpadnie pod ciężarówkę. Zresztą nawet jeśli uda mu się uniknąć wypadku, zawału albo raka płuc, to zawsze jeszcze może umrzeć ze śmiechu – oglądając TVP Info.

Piotr Wójcik

Mit pracowitości

Pracowitość to słowo-wytrych, idealne do tresury każdego, kto ośmiela się podważać istniejący porządek społeczny. Ma uzasadniać istnienie hierarchii społecznej, różnic w posiadaniu czy nierównych wpływów politycznych. Ma wytrącać argumenty z rąk tym będącym na dole, którzy odważyli się powiedzieć tym na górze, że to niesprawiedliwe. Otóż ci na górze najpierw na to zapracowali, czyli wykazali się odpowiednią dozą pracowitości. Ci na dole albo mają to dopiero przed sobą – czyli muszą zakasać rękawy i wziąć się do roboty – albo nie wykazali się należytym samozaparciem i niestety nie będzie im dane wdrapać się na szczyt. Są po prostu zbyt mało pracowici. Pracowitość ma uzasadniać, dlaczego ktoś absurdalnie dużo zarabia, a brak pracowitości uzasadnia, dlaczego ktoś zarabia koszmarnie mało. Jest też słowem-kluczem, które tłumaczy, dlaczego ktoś nie ma „pleców” w społeczeństwie (nie „wychodził” sobie) albo odpowiedniego wykształcenia (nie chciało mu się uczyć). Niewiele zarabiasz, zatem widocznie za mało pracujesz, ewentualnie nieodpowiednio się starasz w pracy i za mało z siebie dajesz.

Absolutyzm rynkowy

W czasach urynkowienia niemal wszystkiego, jesteś tym, ile zarabiasz, choć różne Mateusze Grzesiaki próbują nam wmówić, że jesteś tym, co robisz, albo tym, jakie są twoje myśli. Robisz to, na co cię stać, a myślisz bardzo często o potrzebach, które są niezaspokojone. Czyli finalnie i tak jesteś taki, na bycie jakim pozwala twoja pensja. To od niej zależy, czy będziesz dyskutował w towarzystwie o najnowszym serialu z płatnej platformy streamingowej, czy będziesz miał do powiedzenia co najwyżej, co się działo w ostatnim odcinku badziewiastego tasiemca puszczanego łaskawie w otwartym paśmie. Czy będziesz jechał na kilkudniowy modny festiwal muzyczny, czy zadowolisz się festynem z okazji 150-lecia nadania praw miejskich twojej mieścinie. Czy będziesz się odżywiał zgodnie z twoją filozofią życiową, opartą na harmonii z przyrodą, czy zgodnie ze stanem twojego portfela, próbując żyć w harmonii z tymi groszami, które co miesiąc przelewają ci na konto. Twoje zarobki określają, w jakim towarzystwie się obracasz, w jaki sposób spędzasz czas oraz czy żyjesz zgodnie z przekonaniami. Że niby te kwestie nie przesądzają o twojej osobowości? A co niby ją określa, jeśli nie sposoby spędzania czasu, praktykowana filozofia życiowa, przyjaciele czy gust? Jakieś trzymane w głowie metafizyczne koncepcje? Wolne żarty.

Zresztą również fundamentalne sprawy zależą od twoich zarobków. To, czy będziesz mógł spędzać czas z dziećmi, zależy od tego, w jakiej lokalizacji kupiłeś mieszkanie i ile czasu poświęcasz na dojazdy do pracy. Zaangażowanie we wspólnotę religijną/lokalną zależy od tego, czy w 8 godzin zarobisz na utrzymanie, czy raczej będziesz na nie tyrał 12 godzin dziennie. Zdrowy tryb życia jest uzależniony od tego, czy stać cię na żywność wysokiej jakości i sprzęt do uprawiania sportu. Od twojej pensji zależy nawet twoja moralność – w końcu bardzo łatwo można być prawdomównym i brzydzącym się kradzieżą dobrym obywatelem, który nie szczędzi środków na pomoc bliźniemu, gdy nie ma się na głowie większych ograniczeń ekonomicznych. Dużo zarabiasz, więc nie musisz się zastanawiać nad tym, czy ściąganie pirackich płyt z torrentów jest moralne czy nie, po prostu kupujesz oryginał w sklepie. Podsumowując cytatem z Hanny Baker z serialu „Trzynaście powodów”: Gdy nie masz dużo pieniędzy, większość decyzji podejmowanych jest za ciebie.

Biedny, więc pracowity

Inaczej mówiąc, zdecydowana większość różnic między ludźmi wynika z zaledwie jednego czynnika – różnic w dochodzie. Tymczasem są one ogromne – w Polsce i tak nie tak wielkie, jak w USA czy Ameryce Łacińskiej. Żeby uzasadnić tak ogromne różnice między ludźmi, trzeba było wymyślić naprawdę dobry argument. Stała się nim pracowitość. Rzekomo te wszystkie odmienności wynikają z różnego stopnia zaangażowania, które każdy z nas wkłada w codzienną aktywność, szczególnie zawodową. Jesteśmy wynagradzani zgodnie z tym wkładem Jeśli dostajemy dziesiątego każdego miesiąca niewiele, widocznie staramy się zbyt mało. Tymczasem ten argument jest od początku do końca wyssany z palca. To konstrukcja stworzona na użytek tych, którzy akurat pracowitością specjalnie się wykazywać nie musieli, bo albo po prostu wszystko dostali w spadku, albo doszli do tego siłą rozpędu, dzięki rodzinnym zasobom kapitałowym, kulturowym i społecznym. Inaczej mówiąc, tego dętego argumentu używają najczęściej ci, którzy z pracowitością nie mają wspólnego nic lub bardzo niewiele.

Gdyby rzeczywiście to pracowitość była główną przyczyną osiągania wysokich zarobków, wtedy ci, którzy więcej pracują, więcej by zarabiali. Wystarczy jednak rzut oka na statystyki dotyczące liczby godzin pracy, by się przekonać, że jest… odwrotnie. Polacy pracują przeciętnie ponad 1963 godziny rocznie, zatem są w czołówce nie tylko Europy, ale i świata. Wśród europejskich członków OECD niewiele ustępują nam Łotysze, Litwini i Estończycy (1852 godziny). Na drugim biegunie są Niemcy, którzy pracują 1371 godzin rocznie, czyli niemal 600 godzin rocznie mniej niż Polacy. Nieco tylko więcej niż Niemcy pracują Holendrzy, Duńczycy i Belgowie (1541 godzin). No cóż, według popularnej wykładni pracowitości, powinniśmy być wspólnie z Bałtami w unijnej czołówce płac – w końcu pracujemy długo jak mało kto. A niewiele pracujący północni Europejczycy powinni być na dole. Jest jednak inaczej – według parytetu siły nabywczej na czele są Niemcy ze średnimi rocznymi zarobkami rzędu ok. 47 tys. euro, a za nimi… Holendrzy, Belgowie i Duńczycy (40 tys. euro). Kto znajduje się na drugim końcu skali? Oczywiście Litwini, Łotysze i Estończycy (17 tys. euro). A zaraz nad nimi Polacy, z średnimi zarobkami rzędu niecałych 20 tys. euro.

Prawda jest więc zupełnie inna. Nie jest tak, że kto więcej pracuje, więcej zarabia, lecz odwrotnie: kto więcej zarabia, ten… mniej pracuje. Ogromnymi pokładami pracowitości wykazują się ci mniej zarabiający. I nic dziwnego. W końcu, zarabiając odpowiednio dużo, można sobie spokojnie pozwolić na ograniczenie czasu pracy czy rezygnację z kilku zleceń. Zarobionych środków i tak wystarczy na życie w dobrobycie. Za to osiągając niskie wynagrodzenie, trzeba tyrać nawet i kilkanaście godzin dziennie, brać wszystko, co wpadnie w ręce, łącznie z dwoma etatami, byle tylko starczyło na wszystkie potrzeby, a i jeszcze nieco zostało na czarną godzinę. Tych będących na dole drabiny dochodowej, czy to w skali Europy, czy kraju, nie trzeba uczyć pracowitości, bo akurat tej mają oni pod dostatkiem.

Reżim produktywności

Oczywiście ktoś może zauważyć, że nie jest istotne, ile godzin kwitniemy w pracy, bo można w niej siedzieć i 14 godzin dziennie i nic w tym czasie nie robić. Ważniejsze są efekty naszej pracy – czyli pracowitość to produktywność. Skoro nie wypracowujemy podczas naszej pracy odpowiedniego zwrotu, to trudno, żebyśmy dużo zarabiali. Bez żartów: utożsamianie produktywności z pracowitością jest równie nieuzasadnione. Produktywność to wartość wypracowywana w godzinę pracy. Norweg wypracowuje 79 dolarów na godzinę, a Francuz 61. Tymczasem Polak w tym czasie około 29 euro, a Łotysz 26. Nikt mi nie wmówi, że Norweg jest 3 razy bardziej pracowity od Łotysza, a Francuz dwa razy bardziej od Polaka. Na Zachodzie pracują miliony Polaków oraz obywateli krajów Europy Środkowo-Wschodniej i jakoś produktywnością nie odstają od reszty. Wręcz przeciwnie, niejednokrotnie są chwaleni za jakość swojej pracy. W jaki sposób trzy razy mniej pracowici ludzie mogliby bez większych problemów rywalizować z miejscowymi? Znajomy elektryk wyjechał do pracy do Francji i gdy pierwszy raz dotarł na miejsce pracy, to owszem, przeżył szok, ale odwrotny. Poczuł się, jakby czas wokół zwolnił, nikt się nigdzie nie spieszył, w przerwie obiadowej pito wino, a w piątki wychodzono o 12. Jeszcze inny znajomy wyjechał na wakacje do Norwegii malować płoty. Po pierwszej skończonej robocie zleceniodawca aż złapał się za głowę – nie przypuszczał, że taki płot można pomalować w 4 godziny. Miejscowym zajęłoby to co najmniej dwa dni. A przecież podobno to Francuzi i Norwegowie powinni dawać z siebie w miejscu pracy 2-3 razy więcej niż Polacy.

Z czego to wynika? Ano z tego, że produktywność ma bardzo mało związku z pracowitością. Wręcz przeciwnie – gdy produktywność jest wysoka, można sobie pozwolić na pracę na niższych obrotach. Produktywność wynika przede wszystkim z zaawansowania technologicznego oraz organizacji pracy w firmie, a także z rynkowej wyceny dóbr produkowanych w twojej firmie. I wreszcie – z ogólnej rynkowej wyceny dóbr wytwarzanych w gospodarce w kraju, w którym pracujemy. Jeśli jest wysoka (bo ciągnie ją na przykład kilka bardzo rozwiniętych branż), to wtedy nawet płaca sprzątaczki może zawstydzić płacę profesora uniwersytetu z kraju, którego gospodarka wyceniana jest nisko. I właśnie dlatego taksówkarz w Kairze, nawet jeśli byłby mistrzem kierownicy i wyczyniał za kółkiem cuda, nigdy nie osiągnie takich zarobków, jak jego odpowiednik w Paryżu – choć przecież jazda po drogach północnoafrykańskich miast wymaga więcej umiejętności, niż wożenie klientów w zachodniej Europie. I właśnie dlatego elektryk pracujący w zacofanej firmie, nawet gdyby zakładał 100 puszek w godzinę, nigdy nie osiągnie takiej produktywności, jak jego wcale nie lepszy kolega pracujący w utrzymaniu ruchu polskiej filii motoryzacyjnego giganta, od czasu do czasu naprawiający maszynę.

Bardzo ułomny arbiter

Produktywność nie zależy więc od pracowitości. Zależy za to w ogromnej mierze od tego, jak rynek wycenia owoc twojej pracy. Pytanie, czy ta wycena jest uzasadniona. Czy sprawiedliwie oddaje twój wkład pracy? Wartość owoców twojej harówki? Szczerze mówiąc, jest to wątpliwe. Więcej, rynek jest bardzo wadliwym mechanizmem wyceniania owoców pracy. Swego czasu Partia Razem zwróciła uwagę w jednej z grafik, że Mateusz Morawiecki, gdy był prezesem BZ WBK, zarabiał tyle, co 60 pielęgniarek. Czy jest możliwe, że użyteczność pracy prezesa banku była 60 razy większa niż praca pielęgniarki? Skoro rynek jest efektywnym mechanizmem wyceny, to dlaczego dopuścił do tak absurdalnej sytuacji? I jeszcze inaczej: w latach 1978-2000 pensje prezesów w USA wzrosły o… 1279%. Niesamowici z nich herosi, skoro w dwie dekady poprawili swoją produktywność 13 razy. W latach 1965-1978 pensje prezesów spółek giełdowych w USA wzrosły co prawda „tylko” o 80%, ale w tym czasie indeksy giełdowe amerykańskich firm… spadły o połowę. Jak to możliwe, żeby sprawiedliwy rynek dokonał tak absurdalnie błędnej oceny ich pracy?

Otóż rynek wcale nie jest udanym mechanizmem wyceny pracy, a już na pewno nie jest sprawiedliwym. Na przykład zupełnie nie dostrzega społecznej użyteczności takich zawodów, jak pielęgniarka, strażak czy nauczyciel. W mało którym kraju należą oni do górnych grup dochodowych, choć społeczeństwo korzysta na ich pracy w ogromnym stopniu. Na pewno w większym niż na pracy giełdowego maklera, który niemal w każdym kraju zarabia krocie. Poza tym twierdzenie, że „rynek o czymś zdecydował” jest umowne i zwodnicze. Rynek nie jest bytem, a o jego „wyrokach” decydują ludzie, szczególnie ci dysponujący największymi wpływami i kontrolujący najważniejsze zasoby. Dlatego też wycena pracy osób umocowanych na strategicznych rynkowych pozycjach jest tak absurdalnie zdeformowana. Na przykład sektor finansowy kontroluje ogromne przepływy pieniądza w gospodarce, dzięki czemu zarobki są tak nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do innych grup zawodowych, a klasa menedżerów ma spore możliwości kształtowania własnych płac, z czego również ochoczo korzysta. I właśnie dlatego znakomity nauczyciel z powołania, zostający po godzinach i organizujący uczniom i wspólnocie lokalnej wiele pozalekcyjnych zajęć, nigdy nawet nie zbliży się w zarobkach do miernego dyrektora  banku. W sytuacji, gdy wyroki rynku są tak arbitralne, niesprawiedliwe, nielogiczne i niemające nic wspólnego z pracowitością, twierdzenie, że to „rynek zdecydował” o różnicach w zarobkach, nie jest żadnym argumentem. Jest tylko mydleniem oczu serwowanym przez grupy hegemoniczne tym, którzy są na dole, żeby po pierwsze uzasadnić swoją dominację, a po drugie, żeby złagodzić ich gniew, dając im fałszywą nadzieję, że wystarczy tylko zakasać rękawy do roboty, aby samemu dołączyć do tych na górze.

Jak widać, pracowitość ma niewielki związek z różnicami w zarobkach. A skoro osobisty wkład to tylko jeden z wielu czynników wpływających na dochody i to jeszcze drugorzędny, niedopuszczalne jest, by wysokość zarobków w aż tak ogromnym stopniu determinowała życie ludzi i prowadziła do tak ogromnych różnic. Jaka jest na to recepta? Odrynkowienie i demonetyzacja. Wyłączenie z logiki rynkowej najważniejszych obszarów życia oraz wprowadzanie bezpłatności w dostępie do podstawowych dóbr i usług. Rozszerzenie usług publicznych nie tylko na tak oczywiste (choć nie w Polsce) obszary jak mieszkalnictwo, ale też kultura popularna, sport i wypoczynek. Wszystko to zmniejszy znaczenie kwoty, która widnieje na naszym pasku wypłaty. Tylko wtedy każdy z nas będzie mógł powiedzieć, że jestem taki, jaki chcę, a nie taki, jaka jest moja pensja.

Piotr Wójcik

Jak nie odbudowywać państwa

Jestem niemal nieustannie skonfundowany, gdy obserwuję życie polityczne w ostatnim czasie. Z jednej strony doszła do władzy partia, której etatystyczno-socjalne idee są mi bardzo bliskie. Co więcej, ekipa ta rzeczywiście próbuje wdrażać je w życie. I powoli przynosi to efekty, które widać w ostatnich bez mała rewelacyjnych danych z gospodarki – duży wzrost płac w 2016 r., pierwszy od 2008 r. wyraźny wzrost udziału płac w PKB, najwyższy w UE wzrost PKB w IV kwartale 2016 r., najlepsza sytuacja finansowa gospodarstw domowych od 2007 r., czteroprocentowy wzrost liczby urodzeń, a nawet hossa na giełdzie. Z drugiej jednak strony, co rusz mam wrażenie, że wiele z tych zmian należałoby przeprowadzić nieco inaczej. A często wręcz zupełnie inaczej. Wciąż mam wrażenie, że gdyby reaktywację państwa przeprowadzić bardziej z głową i według zdrowych standardów, efekty byłyby lepsze. W zasadzie z błędów obecnej ekipy rządzącej można by stworzyć krótki poradnik „jak nie budować instytucji publicznych”.

Nie walczyć na dziesięciu frontach na raz

Lepiej nie otwierać zbyt wielu frontów jednocześnie, gdy przystępuje się do zmiany paradygmatu, na którym zasadza się od ćwierćwiecza państwo, na inny, a w zasadzie zupełnie odmienny. Najlepiej otworzyć tylko te najbardziej potrzebne. Skoro doszło się do władzy dzięki postulatom ekonomicznym, warto dobrze się zastanowić, czy spór z sądem konstytucyjnym jest rzeczywiście konieczny. W końcu raczej nie zakwestionuje on sztandarowych projektów: wsparcia rodzin zasiłkiem na dzieci, publicznego programu mieszkaniowego czy godzinowej stawki minimalnej. Wątpliwe też, by mógł się przyczepić do ustaw podatkowych, jeśli byłyby dobrze napisane. Gdy jednak uznamy, że z jakichś względów akurat spór z sądem konstytucyjnym jest konieczny, to nie należy skłócać się ze wszystkimi pozostałymi silnymi grupami interesu. Jeśli chcemy dążyć do spięcia z sędziami, dobrze byłoby nie zrażać do siebie mediów, bezsensownie postulując ograniczenia dotyczące ich pracy w Sejmie. Jeśli gotujemy się na konflikt z rynkami finansowymi, np. obciążając banki podatkiem, nie należy prowadzić awanturniczej polityki w UE, obwieszczając na przykład, że się nie przyjmie żadnego uchodźcy, choć widać gołym okiem, że procedura ich rozdzielania i tak utknęła w martwym punkcie.

Nie trzeba też wrzucać wszystkich przeciwnych grup do jednego worka z napisem „liberalno-lewicowe elity biznesowo-polityczne”, bo nie stanowią one jednolitej grupy i nie mają takich samych interesów. I nie zapominać, że w tym worze można znaleźć też i sojuszników, jeśli się dobrze poszuka. A bez jakichkolwiek sojuszników wśród głównych grup interesu nie da się przeprowadzić głębokiej i przede wszystkim trwałej zmiany społeczno-ekonomicznej. Za nic w świecie nie otwierać wszystkich planowanych frontów na raz, a już na pewno o tym nie krzyczeć. Nie sprawiać wrażenia, jakby chciało się dokonać jakiejś wielkiej rewolucyjnej zmiany, bo to działa jak płachta na byka na tych, którzy korzystają ze status quo. Nie zapominać, że z silnymi grupami interesów najłatwiej jest walczyć po cichu, krok po kroku, uprzejmie się uśmiechając i przytakując, gdy to nic nie kosztuje i nie wiąże się z żadnymi realnymi ustępstwami.

Nie wylewać dziecka z kąpielą

Reformując instytucje, nie równać ich z ziemią. Naprawianie polega na tym, że przywraca się czemuś jego funkcjonalność, a nie niszczy. Gdy chcemy zreformować sąd konstytucyjny, należy go naprawić, nie obezwładnić. W sytuacji serii wypadków oficjeli, nie opowiadać, że trzeba rozwiązać cały BOR, tylko zidentyfikować obszary, które nie działają i zająć się nimi. „Opcja zerowa” niemal nigdy się nie sprawdza – nie sprawdziła się, gdy 25 lat temu zaczęliśmy reformować gospodarkę, nie sprawdzi się i teraz, gdy reformujemy instytucje. Nawet niewydolna instytucja posiada bagaż doświadczeń i umiejętności, które można wykorzystać i które szkoda tracić. Nie uznawać wszystkich zastanych pracowników służby cywilnej za sługusów wcześniejszego „reżimu”. Wielu z nich to profesjonaliści, którzy zdecydowali się służyć wspólnocie za marne grosze. Odsuwanie ich to nie tylko niesprawiedliwość wobec nich samych, ale przede wszystkim ogromna strata kompetencji.

Pod żadnym pozorem nie należy upolityczniać, czy też w polskich warunkach: upartyjniać, instytucji publicznych. Nawet jeśli do tej pory były przejęte przez przeciwny obóz polityczny, rozwiązaniem jest ich profesjonalizacja, a nie robienie tego samego à rebours. Warunkiem dobrego funkcjonowania instytucji jest zaufanie jak największej części obywateli – jeśli spora ich grupa uważa je za partyjne (vide powiedzenie „państwo PiS”), to utrudnia się tym organom osiąganie założonych celów. Nie należy oddawać z założenia niezależnych instytucji pod kontrolę polityków – jeśli sądy źle działają, trzeba stworzyć mechanizmy kontroli bezpośrednio przez obywateli, a nie przez akurat sprawującą władzę większość sejmową. Nie rezygnować z konkursów na wysokie stanowiska w korpusie cywilnym tylko dlatego, że wiele z nich było ustawionych. Po pierwsze nie wszystkie, a po drugie samo ich istnienie utrudniało umieszczanie swoich na stanowiskach. Sam znam co najmniej kilka historii z niższego szczebla, w których wybrany wcześniej kandydat nie wygrywał konkursu – po prostu nie było możliwości nie wybrać lepszego. Raczej zatem należy dopracować ten mechanizm, a nie wrzucać go do kosza.

Nie przeprowadzać zmian „na szybko”, bez przygotowania i debaty. Lepiej ich w ogóle nie przeprowadzić albo chociaż opóźnić, niż zrobić to źle. Działając w ramach złych instytucji ludzie tworzą mechanizmy dostosowawcze, dzięki czemu nawet w ramach złych przepisów i podmiotów tworzą się dobre praktyki. Gdy chce się zdemolować zastany ład, bez konsultacji społecznych, instynktownie obudzi się wobec tego sprzeciw. Bo lepsze oswojone złe instytucje niż totalny chaos. Nawet jeśli gimnazja mają swoje grzechy na sumieniu, to nie ma potrzeby ich likwidować przepisami pisanymi na kolanie – można to zrobić rzetelniej rok później. Polska edukacja ma już dosyć rewolucyjnych przemian.

I przede wszystkim, nie zapominać, że kiedyś przestanie się rządzić. Reformując instytucje polityczne, robić to w taki sposób, żeby nie utrudniały życia, gdy będziemy w opozycji. Bo dziś może ułatwi to zadanie, ale za kilka lat, gdy role się odwrócą, przeciwnicy polityczni wykorzystają je do własnych celów.

Nie stawiać ideologii ponad interesem kraju

Nie ideologizować przesadnie instytucji. Oczywiście polityka każdej partii jest odzwierciedleniem idei, które za nią stoją, jednak same instytucje powinny pozostać możliwie bezstronne. Idee są różne i się zmieniają, a Polska jest jedna i chcielibyśmy, żeby trwała jeszcze lata i wieki. Jej instytucje mają służyć prawicowcom i lewicowcom, katolikom i wojującym ateistom, prawdziwym macho i homoseksualistom. Wszyscy oni są obywatelami Polski i nie znikną, nawet jeśli zamknie się na nich oczy. Nie tworzyć z mediów publicznych prawicowej tuby, bo nie będą mogły na nią patrzeć osoby o innych poglądach. A chyba warto dotrzeć z misją do wszystkich, a nie do wiernych i już przekonanych. Nie rozdawać dotacji pismom idei z ideologicznego klucza – monodebata publiczna to najkrótsza droga do upośledzenia intelektualnego społeczeństwa. A upośledzone społeczeństwo to upośledzone państwo.

Nie wynosić na zewnątrz sporu politycznego i nie nakładać na politykę zagraniczną własnych ideologicznych przekonań. Szukanie sojuszników na podstawie własnego światopoglądu to najgłupsza strategia geopolityczna, jaką można sobie wyobrazić. Nie dążyć do zbliżenia z krajami o zupełnie odmiennych interesach tylko dlatego, że nie lubią tych samych polityków, co my. Jak przyjdzie co do czego, to i tak pójdą własną drogą, a na nas się nawet nie obejrzą (ewentualnie wykorzystają nas we własnej wewnętrznej grze politycznej, jak Brytyjczycy). Nie szukać sojuszników wśród krajów, które bratają się z naszymi największymi wrogami, bo widać na oko, że żadnej realnej wspólnoty interesów na dłuższą metę się z nimi nie zbuduje. Skoro zwalczamy Nord Stream II, to nie ma większego sensu zbliżać się do Węgrów, którzy dążą do stworzenia analogicznego South Stream. Raczej należy przeorientować się na tych, którzy podzielają z nami obawy geopolityczne – nawet jeśli czuje się do nich niechęć z powodów światopoglądowych. Geopolityka to gra o krajowe interesy, a nie przepychanka konfesyjno-ewangelizacyjna.

Nie rezygnować z kandydatur popierania Polaków na najwyższe urzędy międzynarodowe tylko dlatego, że było się z nimi w ostrym sporze politycznym w kraju. Już sam fakt zasiadania przez Polaków na wysokich  międzynarodowych stołkach podnosi prestiż Polski. Zachodnim elitom trudniej będzie przehandlować nasz kraj, gdy pochodzą z niego ci, z którymi jeszcze niedawno poklepywały się po plecach. Poza tym nawet największy kosmopolita w głębi duszy nigdy nie zapomni, skąd pochodzi. Przecież tu ma rodzinę (bliższą lub przynajmniej dalszą), wspomnienia, sieci społeczne, często majątek. Właśnie dlatego słusznie mówi się, że „kapitał ma narodowość”.

Nie stawiać na wiernych amatorów

I wreszcie, pod żadnym pozorem nie robić totalnej amatorki. Skoro już media publiczne muszą być tubą propagandową, to niech to będzie chociaż propaganda subtelna i inteligentna. Bo inaczej, zamiast przekonywać do swoich racji, wystawi się na pośmiewisko. Nie wstawiać antypatycznej Beaty Mazurek na rzecznika, bo przecież wiadomo, że zostanie najgorszym rzecznikiem czegokolwiek ever. Nie otaczać się miernotami tylko dlatego, że są wierne i nie rugować wyróżniających się jednostek, bo to wcale nie ułatwi zadania. Prędzej czy później (raczej prędzej) ich miernota się ujawni i obróci przeciw. Na przykład dadzą się ponieść emocjom i wykluczą inną miernotę z obrad Sejmu, czym dadzą asumpt do miesięcznego paraliżu parlamentu. Lepiej trochę się pomordować z ludźmi, którzy coś sobą prezentują – nawet jeśli czasem to nieprzyjemne, to na dłuższą metę przyniesie zdecydowanie lepsze rezultaty.

Jak widać, w zdroworozsądkowej strategii budowania dobrego państwa nie ma większej filozofii. Wcale nie trzeba rezygnować przy tym z własnych ideałów i przekonań. Nie trzeba też rezygnować z własnych celów i chodzić na zgniłe kompromisy z tymi, których uważa się za główne zawalidrogi w dziele sanacji państwa. Wystarczy nieco uzbroić się w cierpliwość i nie chodzić na łatwiznę. I nie dawać się ponosić własnemu przekonaniu o nieomylności. Polska potrzebuje reaktywacji państwa i silnych instytucji, ale warto zrobić to z głową. Pozytywnie odbije się to zarówno na Polakach, jak i na tych, którzy to przeprowadzą.

Piotr Wójcik