przez Bartosz Oszczepalski | poniedziałek 27 stycznia 2014 | Zima 2013
W Polsce mimo protestów społecznych władze samorządowe decydują się na oddawanie miejskich spółek komunalnych w ręce prywatnych firm. Wbrew temu, co mówią zwolennicy prywatyzacji, bywa ona niekorzystna zarówno dla pracowników, jak i dla samych odbiorców usług komunalnych. Przyjrzyjmy się kulisom prywatyzacji kilku miejskich przedsiębiorstw tego rodzaju.
Zaczęło się w Gdańsku
Temat prywatyzacji usług komunalnych nie jest w Polsce nowy. Pierwszy przypadek miał miejsce w 1992 r. Wtedy to francuska firma Saur International przejęła większość akcji w sprywatyzowanej spółce Okręgowe Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji w Gdańsku. Saur zawarł z miastem trzydziestoletni kontrakt na eksploatację wodociągów i tym samym na rynku pojawił się nowy podmiot – Saur Neptun Gdańsk. Był to pierwszy przykład partnerstwa publiczno-prywatnego w dziedzinie usług komunalnych w tej części Europy.
Sprzeciw wobec tej prywatyzacji połączył wiele środowisk politycznych. W komitecie protestacyjnym znaleźli się przedstawiciele związków zawodowych, Federacja Anarchistyczna – sekcja Trójmiasto, Wrzeszczański Komitet Obywatelski, Kupcy Dominikańscy, kupcy z Targu Siennego oraz wielu niezrzeszonych gdańszczan. W tych wydarzeniach uczestniczył aktywista i społecznik Janusz Waluszko, związany ze środowiskiem anarchistów. – Podjęliśmy szereg działań mających na celu zablokowanie prywatyzacji gdańskich wodociągów. Organizowaliśmy liczne demonstracje, wydawaliśmy również pismo „Ulica”, w którym nagłaśnialiśmy tę sprawę. Dzięki zaangażowaniu kupców nakład tej gazety liczył kilkanaście tysięcy egzemplarzy. Dodatkowo zbieraliśmy wśród mieszkańców Gdańska podpisy o zorganizowanie referendum w sprawie odwołania prezydenta. Wtedy udało nam się zebrać ponad 30 tys. podpisów, ale część unieważniono, bo „Solidarność” ze Stoczni Gdańskiej dostała podpisy od osób spoza Gdańska. Na demonstracjach pojawiały się radykalne hasła, takie jak „Uwolnić Polskę od Wałęsy, a Gdańsk od Jamroża” – opowiada Waluszko. Prezydent Gdańska Franciszek Jamroż w 2004 r. został skazany prawomocnym wyrokiem za przyjęcie łapówki. Na początku lat 90. to właśnie on dążył do sprywatyzowania gdańskich wodociągów. Wskutek wielu wydarzeń, m.in. protestów w sprawie prywatyzacji, w 1994 r. przegrał w wyborach z kretesem i musiał oddać władzę.
Jakie były zatem argumenty strony społecznej? – Uważaliśmy, że jeśli dojdzie do przejęcia spółki przez Saur, to prywatny zysk inwestora okaże się ważniejszy od dobra przedsiębiorstwa i odbiorców usług. Przewidywaliśmy podwyżki opłat, zwracaliśmy uwagę na brak konsultacji z mieszkańcami – wyjaśnia Waluszko. Prywatyzacja niestety doszła do skutku, a obawy protestujących w dużej mierze się sprawdziły. – Prywatny inwestor dokonał radykalnych podwyżek opłat za wodę. Z tego powodu wielu ludzi zamontowało liczniki na wodę, aby oszczędzać. Przyczyniło się to do spadku dochodów przedsiębiorstwa. To z kolei skłoniło Saur do kolejnej podwyżki opłat, która nastąpiła na skutek żądań inwestora skierowanych do miasta. Ponadto prywatny inwestor, nie bacząc na dobro mieszkańców, do wody dobrej, pochodzącej z ujęć podziemnych, dołączył gorszą – z ujęcia powierzchniowego w Straszynie. To znacznie pogorszyło jej jakość – dodaje.
Skutki tej prywatyzacji są odczuwalne do dzisiaj. W listopadzie 2013 r. lokalna prasa informowała o tym, że Saur Neptun Gdańsk wysłał do prezydenta Abramowicza propozycje nowych taryf opłat za wodę i odprowadzanie ścieków w 2014 r. Choć sprawa dotyczy wszystkich gdańszczan, nie będzie omawiana na sesji Rady Miasta. Wiceprezydent Gdańska Maciej Lisicki w wywiadzie dla „Panoramy” powiedział, że żaden mieszkaniec ani polityk nie ma prawa ingerować w taryfy opłat za wodę. Lisicki twierdził, że wniosek taryfowy jest dokumentem prywatnym. Saur Neptun Gdańsk przedstawił prezydentowi propozycję do negocjacji. Firma powołuje się na tajemnicę negocjacji, choć Saur jest monopolistą na rynku i przy braku konkurencji nie jest to konieczne. Sytuacji, w której tego typu rozmowy odbywają się w tajemnicy przed mieszkańcami, nie akceptuje gdańskie SLD i w związku z tym domaga się ujawnienia poufnych informacji. – Chcemy wiedzieć, czy podczas negocjacji cen wody weryfikowana jest zasadność nader wysokich wynagrodzeń członków zarządu SNG oraz Rady Nadzorczej i jakie przepływy finansowe są dokonywane pomiędzy SNG a Saur Polska i Saur International, byśmy byli pewni, że zarządowi miasta nie są obce zasady transparentności, otwartości i demokracji – uzasadniał swoje stanowisko na łamach „Gazety Gdańskiej” Marek Formela, przewodniczący gdańskiego SLD.
O udostępnienie informacji dotyczących propozycji cenowych wystąpiła również redakcja wspomnianego dziennika. Niestety miasto po raz kolejny odpowiedziało, że dokument jest prywatny i nie może zostać upubliczniony. Dziennikarzy zapewniono jedynie, że SNG do wniosku o zatwierdzenie taryf dołączyło szczegółową kalkulację cen i opłat oraz aktualny plan, które będą weryfikowane przez prezydenta pod kątem zgodności z prawem. Urząd Miasta poinformował, że taryfy staną się informacją publiczną dopiero w momencie przekazania przez prezydenta Gdańska Radzie Miasta uchwały w sprawie zatwierdzenia tejże taryfy. Jednym słowem – obywatele dowiedzą się o wszystkim po fakcie.
O tym, jaki stosunek mają władze Gdańska do obywateli, przekonał się jeden z gdańszczan, który na portalu społecznościowym wdał się w ostrą wymianę zdań z prezydentem Adamowiczem. Mieszkaniec wyraził zdziwienie, że Rada Miasta nie będzie brała udziału w negocjacjach dotyczących taryf i opłat za wodę. Prezydent stwierdził, że ceny muszą być konsultowane z radnymi, a jego adwersarz manipuluje opinią publiczną. Wtedy właśnie gdańszczanin przywołał słowa Macieja Krupy, szefa klubu radnych PO, który powiedział, że Rada Miasta nie ma wpływu na wysokość cen wody. Następnie mieszkaniec wprost zapytał prezydenta, jak wysokie będą opłaty, lecz otrzymał jedynie wymijającą i dość uszczypliwą odpowiedź, że zostanie to podane publicznie dopiero, gdy przyjdzie na to czas, a odpowiednia procedura zawarta jest w ustawie, z którą on powinien się zapoznać. Tymczasem Rada może odrzucić taryfy tylko wówczas, gdy są one niezgodne z przepisami, a nie gdy zachodzi podejrzenie, że są zbyt wysokie. Reguluje to ustawa o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i zbiorowym odprowadzaniu ścieków. Jej nowelizacja z 2010 r. de facto powoduje, że Rada nie ma wpływu na wysokość stawek.
Do opisanego zamieszania mogłoby nie dojść, gdyby gdańskie wodociągi pozostały spółką miejską. Wtedy ceny zależałyby wyłącznie od miasta, a nie od prywatnego inwestora, w którego interesie leży dyktowanie jak najwyższych opłat. Obecnie gdańszczanie nie wiedzą,na jakiej podstawie planuje się kolejne podwyżki. Wiadomo natomiast, że należąca do francuskiego inwestora Saur Neptun Gdańsk w 2012 r. wypracowała zysk w wysokości 25 mln zł. Ponad 9-milionowa dywidenda trafiła do francuskiej Saur International. Francuzi robią więc w Polsce dobry biznes, ale kosztem mieszkańców, którzy muszą za to płacić w cenie wody.
Prywatyzacja kontra rozsądek
W Polsce na szeroką skalę przeprowadza się prywatyzację miejskich spółek zajmujących się energetyką cieplną. Dotychczas w 39 największych miastach Polski sprywatyzowano aż 19 tego typu przedsiębiorstw. Jedna z najszerzej komentowanych i najbardziej nagłośnionych w mediach prywatyzacji odbyła się w Warszawie. W 2011 r. rządząca miastem Platforma Obywatelska zdecydowała się na sprzedaż Stołecznego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej w ręce prywatnej firmy Dalkia.
O tym, że zrobiono to wbrew woli społeczeństwa, odrzucając wszelkie racjonalne argumenty, przekonuje Piotr Ciompa, były radny Warszawy oraz członek Rady Honorowej „Nowego Obywatela”, który próbował zablokować prywatyzację SPEC-u. – Nie było żadnych argumentów za tą prywatyzacją, nawet z punktu widzenia neoliberałów. SPEC był w dobrej kondycji finansowej, więc nie było potrzeby ratowania go przed upadłością. W skali Unii Europejskiej była to jedna z najnowocześniejszych firm zajmujących się dostarczaniem energii cieplnej. Ponadto SPEC był jedyną spółką w Europie wdrażającą technologię inteligentnej sieci ciepłowniczej, więc odpadał argument o prywatyzacji podyktowanej chęcią modernizacji przedsiębiorstwa. Jeszcze przed prywatyzacją odnotowywano stabilny zysk i prowadzono inwestycje. Działo się tak pomimo pobierania najniższych ze wszystkich miast w Polsce opłat za ciepło. Dodatkowo wskaźnik awaryjności na jeden kilometr był bardzo niski, a zatrudnienie mieściło się w średniej dla branży, w której blisko połowa przedsiębiorstw tego typu w dużych miastach jest już prywatna. A przecież według liberałów podstawowym wskaźnikiem efektywności przedsiębiorstwa jest liczba zatrudnionych – argumentuje Ciompa. I dodaje: Uczciwi liberałowie powinni być przeciwko prywatyzacji SPEC-u, bo ten obecnie jest klasycznym monopolistą na rynku, a według doktryny liberalnej prywatna własność dobrze funkcjonuje tylko wtedy, gdy może konkurować z innymi podmiotami.
Mój rozmówca razem z warszawską strukturą PiS-u, związkami zawodowymi oraz lokalnymi stowarzyszeniami zbierał podpisy za przeprowadzeniem referendum w tej sprawie. Niestety Rada Miasta, kontrolowana przez Platformę Obywatelską, odrzuciła wniosek. – Rada odrzuciła 151 tys. podpisów pod wnioskiem o referendum, tłumacząc to tym, że liczba podpisów po odrzuceniu tych nieważnych spadła poniżej wymaganych 134 tys. Sąd Administracyjny przyznał rację Radzie Miasta, ale należy zauważyć, że narzucono dość wyśrubowane kryteria decydujące o tym, czy podpis jest ważny. Rada Miasta twierdziła na przykład, że podpis musi być czytelny, choć ustawa tego nie wymaga. PO użyło również innych sposobów, żeby nie dopuścić do referendum. Stwierdzono, że pytanie: „Czy jesteś za sprzedażą SPEC?” wprowadza mieszkańców w błąd, ponieważ zdaniem radnych to nie była sprzedaż SPEC, lecz sprzedaż… akcji SPEC – odsłania kulisy tamtych wydarzeń Piotr Ciompa.
Przed prywatyzacją jej przeciwnicy sugerowali, że po przejęciu SPEC-u opłaty za ciepło mogą się znacznie zwiększyć. Na nieszczęście dla mieszkańców stolicy okazało się, że mieli rację. Ciompa uważa, że podwyżka opłat jest bulwersująca właśnie ze względu na duże zyski firmy, które były wcześniej osiągane przez SPEC, przy jednoczesnych najniższych cenach za ciepło wśród większych miast w Polsce. Dalkia w pierwszym roku po prywatyzacji wystąpiła do Urzędu Regulacji Energetyki z wnioskiem o podwyżkę ciepła o 14 proc., ale dostała zgodę na 7 proc. – Stało się tak, choć Hanna Gronkiewicz-Waltz obiecywała, że podwyżek nie będzie, a jeśli już, to niewielkie – przypomina Ciompa. Prezydent stolicy na sesji Rady przedstawiała wyliczenia, z których wynikało, że w spółkach komunalnych ceny ciepła rosły szybciej niż w sprywatyzowanych. Jednak według Ciompy doszło tutaj do poważnej manipulacji. – W wyliczeniu nie uwzględniono przykładu Gdańska, gdzie prywatny dostawca dyktuje najwyższe ceny, a także Krakowa, w którym spółka komunalna dostarczała najtańsze obok warszawskiego SPEC-u ciepło w Polsce. Po uwzględnieniu cen z tych miast wynik byłby odwrotny. Dodatkowo prezydent chwaliła Dalkię (firmę, która przejęła warszawski SPEC) za umiarkowane podwyżki ciepła w Poznaniu. Nie powiedziała jednak, że Dalkia miała tam ok. 40% udziału w rynku, więc porównanie z warszawskim monopolistą jest manipulacją – mówi Ciompa.
Wysokie opłaty za ciepło to nie jedyny problem, który pojawił się po zmianie właściciela warszawskiej spółki. Obecnie w SPEC-u trwają redukcje zatrudnienia w ramach programu dobrowolnych odejść. Pracownicy korzystają z niego, bo gwarantuje im odszkodowania w wysokości 114 tys. zł. Szacuje się, że w ramach tego programu z pracy odejdzie około 350 osób. Niestety do prywatyzacji spółki swoją „cegiełkę” dołożyły również związki zawodowe. Mój rozmówca negatywnie ocenia ich rolę: Korzystając z tego, że mieszkańcy Warszawy masowo podpisywali wniosek PiS-u o referendum ws. prywatyzacji, związki wynegocjowały pakiet socjalny i zostawiły mieszkańców samych sobie. Po prostu zachowały się jak typowa korporacja nastawiona na maksymalizację swojego zysku kosztem dobra wspólnego. Przedstawiciele związków nie poinformowali również innych podmiotów o tym, że wycofują się z kampanii. W trakcie sesji Rady Miasta Hanna Gronkiewicz-Waltz ku zaskoczeniu przeciwników prywatyzacji, którzy bronili pracowników, odczytała warunki zgody na prywatyzację – oburza się mój rozmówca.
Dalkia dominuje
Francuski prywatny koncern Dalkia przejął usługi związane z ciepłem nie tylko w stolicy. W 2004 r. Dalkia nabyła 85 proc. akcji Zespołu Elektrociepłowni Poznańskich. Rok później podpisała umowę prywatyzacyjną Zespołu Elektrociepłowni w Łodzi, stając się przy okazji monopolistą w mieście. Decyzji ministerstwa skarbu państwa nie chciały jednak zaakceptować władze miejskie na czele z ówczesnym prezydentem Łodzi Jerzym Kropiwnickim. Przedstawiciele władz miasta twierdzili, że sprzedanie spółki zagranicznemu inwestorowi doprowadzi do podwyżki cen i tym samym uderzy w mieszkańców. Urzędnicy powoływali się na profesjonalne analizy zlecone specjalistycznej firmie. – Prywatny inwestor nie ma szans na pozyskanie środków unijnych, na rozbudowę i modernizację sieci, a jednocześnie nie zrezygnuje z rozwoju przedsiębiorstwa. Dlatego właśnie będzie on angażować kapitał, który, co naturalne, zechce odzyskać. I sięgnie do portfeli łodzian, maksymalnie podwyższając opłaty. Firma nastawiona na zysk i mająca taki monopol nie zechce walczyć o odbiorcę ceną – mówił w 2005 r. na łamach „Dziennika Łódzkiego” wiceprezydent Łodzi Włodzimierz Tomaszewski.
Jeszcze przed prywatyzacją Jerzy Kropiwnicki przekonywał ówczesnego ministra skarbu Jacka Sochę, żeby ten nie sprzedawał łódzkiego przedsiębiorstwa w całości, lecz dokonał jego podziału na dwie spółki. Jedna z nich miałaby produkować ciepło, a druga zajmować się dystrybucją. Zdaniem Kropiwnickiego to właśnie akcje tej drugiej spółki ministerstwo powinno oddać nieodpłatnie gminie. W jego ocenie chroniłoby to mieszkańców przed nieuzasadnionymi podwyżkami cen. Niestety zarówno interwencje u ministra skarbu, jak i u premiera Marka Belki nie przyniosły skutku. Ten ostatni twierdził, że nie ma groźby wzrostu opłat za ciepło, bo zadba o to Urząd Regulacji Energetyki. Po nieudanych pertraktacjach z ministerstwem i premierem władze miasta wsparli łódzcy parlamentarzyści, którzy z pomocą profesora Michała Kuleszy złożyli poselski projekt ustawy dotyczący prywatyzacji przedsiębiorstw ciepłowniczych – jednoosobowych spółek skarbu państwa. Projekt zakładał wydzielanie przed sprzedażą przedsiębiorstw sieci cieplnej i przekazywanie ich pod opiekę samorządów.
Wiosną 2004 r. władze Łodzi zdecydowały się na powołanie Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej, którego celem było zebranie 100 tys. podpisów pod obywatelskim projektem ustawy. Projekt ten miał uchronić miasto przed umocnieniem się monopolu cieplnego po prywatyzacji elektrociepłowni. – Łódź jest jedynym dużym miastem w Polsce, w którym w rękach jednego podmiotu znajduje się zarówno produkcja, jak i dystrybucja ciepła. Efektem wejścia w życie ustawy będzie normalizacja sytuacji – mówił wówczas Kropiwnicki. W Komitecie Inicjatywy Ustawodawczej znaleźli się przedstawiciele pięciu spółdzielni mieszkaniowych, pięciu administracji gminnych i pięciu wspólnot mieszkaniowych oraz radni ze wszystkich opcji politycznych. Zabrakło jednak niewielkiej liczby podpisów i do pomysłu wrócono w listopadzie tego samego roku. Tym razem uzbierano wymaganą ilość podpisów i w lutym 2005 r. projekt trafił do marszałka sejmu. Niestety projekt utknął w podkomisji i tym samym starania miasta zostały zniweczone. W grudniu 2005 r. ministerstwo podpisało umowę prywatyzacyjną, na mocy której Dalkia otrzymała 85 proc. akcji ZEC.
Podobnie jak w przypadku prywatyzacji SPEC-u w Warszawie, różnie można oceniać rolę zakładowych związków zawodowych, które zgodziły się na prywatyzację w formie zaproponowanej przez ministerstwo – w zamian za 6- i 9-letnie gwarancje zatrudnienia, premie prywatyzacyjne oraz pakiety akcji. W rozmowie z dziennikarką „Dziennika Łódzkiego” przewodniczący komisji zakładowej Jan Pióro powiedział, że cieszy się z porozumienia zawartego z Dalkią i nie ma żadnych podstaw do obaw. Jednak teraz, z perspektywy czasu, Bogdan Osiński, wiceprzewodniczący „Solidarności” w regionie łódzkim, inaczej ocenia tamte wydarzenia. – Już wtedy ministerstwo starało się „kupować” pracowników, oferując niektórym z nich premie i wysokie odprawy w przypadku odejścia. Wielu się skusiło i tym samym pracowników udało się podzielić – mówi. Osiński przyznaje także, iż prywatyzacja miała wiele negatywnych następstw. – Na skutek całkowitej monopolizacji rynku doszło do dużych podwyżek cen ciepła i prądu. Miały miejsca również liczne zwolnienia pracowników. Wielu z tych, którzy pracują tam do tej pory, i tak będzie musiało odejść, bo w 2014 r. skończy im się zagwarantowany okres ochronny. Uważam, że pozbywanie się wpływu państwa i samorządu na ciepło i prąd jest niedopuszczalne z punktu widzenia interesów obywateli – wyjaśnia. Niewątpliwie podwyżki opłat od wielu lat są znaczące. Według danych podawanych przez „Express Ilustrowany” tylko w listopadzie 2011 r. ciepło zdrożało o 6,81 proc., a w listopadzie 2012 r. o kolejne 8,73 proc. Wielu mieszkańców Łodzi na forach internetowych wyraża niezadowolenie z tego powodu.
W Poznaniu w 2004 r. ministerstwo skarbu państwa sprzedało konsorcjum Dalkii i Poznańskiej Energetyki Cieplnej 85 proc. akcji Zespołu Elektrociepłowni Poznańskich. Warto nadmienić, że Dalkia już od 2002 r. była właścicielem Poznańskiej Energetyki Cieplnej, która zajmowała się dystrybucją i była w posiadaniu miejskiej sieci cieplnej w Poznaniu. W wyniku nabycia akcji Zespołu Elektrociepłowni Poznańskich grupa Dalkia, obecna w Poznaniu od 2002 r., będzie oferowała poznaniakom w pełni zespolony proces wytwarzania i dostaw ciepła – tak brzmiał komunikat Dalkii wystosowany do mieszkańców w 2004 r.
Umowa sprzedaży została podpisana rok wcześniej, ale kulisy tej prywatyzacji po dzień dzisiejszy wzbudzają spore kontrowersje. Powodem jest to, że inwestor nie porozumiał się wtedy ze związkami zawodowymi, które były sceptyczne wobec prywatyzacji. Związkowcy twierdzili, że inwestor jest niewiarygodny, a proponowany przez niego pakiet inwestycyjny jest niewystarczający i zahamuje rozwój przedsiębiorstwa. Nie doszło również do porozumienia w sprawie pakietu socjalnego. Wątpliwości w tej sprawie zgłosili do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Najwyższej Izby Kontroli. Choć Dalkia początkowo zapewniała o gotowości współpracy ze związkami, to ostatecznie umowa została zawarta bez konkretnych ustaleń ze stroną społeczną. – Pomimo wielkich chęci nie byliśmy w stanie nic więcej zrobić. Miasto oraz inwestor nie liczyli się z naszymi apelami – powiedział mi jeden ze związkowców, który pamięta tamte wydarzenia. Niestety związkowcy nie chcieli ze mną o tej sprawie rozmawiać, tłumacząc się rygorystycznymi wytycznymi ze strony firmy.
Oczywiście odnotowano również negatywne skutki dla załogi. Przed prywatyzacją w zakładzie pracowało 560 osób, obecnie zatrudnionych jest tylko 250. Na te dane powoływali się związkowcy, którzy sprzeciwiali się prywatyzacji SPEC-u w Warszawie. Chcieli w ten sposób zasugerować, że sytuacja z Poznania może się powtórzyć w stolicy. Co prawda ceny ciepła w Poznaniu nie wzrosły tak bardzo jak w innych miastach, w których nastąpiła prywatyzacja, ale jest to spowodowane tym, że udział Dalkii na poznańskim rynku wynosi jedynie 40 proc., a w Warszawie już około 80 proc.
Białystok się broni
W 2012 r. prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski ogłosił, że zamierza sprzedać udziały w Miejskim Przedsiębiorstwie Energetyki Cieplnej. Była to decyzja dość nagła i zaskakująca dla mieszkańców. Na początku listopada 2012 r. Rada Miasta, zdominowana przez Platformę Obywatelską, podjęła uchwałę o upoważnieniu prezydenta do zbycia udziałów w MPEC-u. Z tą decyzją nie zgadzała się opozycja. Przeciwko prywatyzacji protestowała również zakładowa „Solidarność”, radni Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Solidarnej Polski oraz przedstawiciele spółdzielni mieszkaniowych i lokalnych stowarzyszeń. Radni PiS-u, SLD i SP głosowali przeciwko uchwale o zbyciu udziałów.
Należy zwrócić uwagę na to, że zarówno radni opozycji, jak i związkowcy wzięli przykład z doświadczeń innych i przypominali, że w tych miastach, w których dokonano prywatyzacji miejskich spółek komunalnych, dochodziło do podwyżek cen. Pojawiały się też inne argumenty, bardzo podobne do tych, których używał Piotr Ciompa przy okazji prywatyzacji warszawskiej spółki. – Nie było żadnego racjonalnego uzasadnienia dla takiej decyzji władz. MPEC jeszcze w 2012 r. miał 17 mln zł zysku, a także mógł poszczycić się wielomilionowymi inwestycjami. Ponadto po prywatyzacji możemy się spodziewać redukcji zatrudnienia o połowę. Tymczasem prezydent wyrażał niezrozumiałe dla nas opinie. Twierdził na przykład, że pieniądze z prywatyzacji potrzebne są miastu jako wkład własny do inwestycji – mówi Rafał Rudnicki, radny Prawa i Sprawiedliwości. Ponadto PiS oskarżał Truskolaskiego o brak transparentności. – Prezydent w pierwszej połowie roku zlecił wycenę MPEC-u, ale została ona utajniona. Bezskutecznie domagaliśmy się odtajnienia dokumentu. Odwołaliśmy się do Samorządowego Kolegium Odwoławczego i czekamy na decyzję – wyjaśnia Rudnicki.
Po poparciu decyzji prezydenta przez Radę Miasta, PiS razem z sojusznikami przystąpił do kontrofensywy. – W styczniu 2013 r. rozpoczęliśmy akcję zbierania podpisów pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum w związku z planem sprzedaży MPEC-u. Jeszcze w 2012 r. organizowaliśmy spotkania z mieszkańcami w tej sprawie i powołaliśmy komitet obywatelski – mówi Rudnicki. 26 maja 2013 r. odbyło się referendum, w którym udział wzięło 26 proc. uprawnionych do głosowania. Aby referendum zostało uznane za ważne, konieczna była 30-procentowa frekwencja. Warto jednak nadmienić, że aż 96 proc. głosujących opowiedziało się przeciwko prywatyzacji. Ostatnią próbę zablokowania tej inicjatywy PiS podjął 26 października. – Przygotowaliśmy uchwałę, która cofała upoważnienie prezydenta do sprzedaży udziałów MPEC-u. Niestety uchwała nie została przyjęta – wyjaśnia Rudnicki. Mój rozmówca uważa, że obecnie są małe szanse na to, aby wygrać walkę z władzami miasta. – Aktualnie nie widzę dla nas pola manewru. Prezydent będzie chciał zbyć udziały dopiero po wyborach, aby nie drażnić mieszkańców – przewiduje. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że Białystok już niedługo będzie kolejnym miastem, które pozbędzie się wpływu na gospodarkę cieplną.
Sprzeciw ma sens
Historie protestów przeciwko sprzedaży komunalnych spółek miejskich w Polsce pokazują, że niełatwo zablokować prywatyzację wobec dużej determinacji władz. Nie oznacza to jednak, że tego typu działania są skazane na porażkę. Doskonałym tego przykładem jest Łódź, gdzie co prawda sprywatyzowano ciepło, ale udało się obronić miejskie wodociągi. W 2011 r. ich przejęciem zainteresowany był francuski koncern Saur, któremu udało się to zrobić wcześniej w Gdańsku. Wtedy właśnie cena za metr sześcienny wody i ścieków w Gdańsku była o ponad 3 zł wyższa niż w Łodzi. Zakupem Zakładu Wodociągów i Kanalizacji w Łodzi zainteresowana była również zagraniczna spółka Veolia.
Pogłoski o prywatyzacji uaktywniły działające w Łodzi związki zawodowe, które nie zamierzały czekać i zdecydowały się na zorganizowanie protestu. Związkowcy zebrali prawie 47 tys. podpisów pod obywatelskim projektem uchwały przeciwko prywatyzacji miejskiej spółki. Zostały one złożone do Rady Miasta. W oficjalnym oświadczeniu wyjaśniającym powody protestu związkowcy napisali, że obecnie ZWiK jest bardzo nowoczesnym przedsiębiorstwem, które dostarcza mieszkańcom wodę dobrej jakości i to w cenie jednej z najniższych kraju. Zwrócili również uwagę, że spółka znajduje się w bardzo dobrej kondycji finansowej, a w 2010 r. wypracowała 5 mln zł zysku. Według nich w tej sytuacji prywatyzacja mija się z celem, gdyż pogorszyłaby sytuację odbiorców, bo prywatny inwestor mógłby dążyć jedynie do maksymalizacji zysku, co odbiłoby się zarówno na jakości wody, jak i na jej cenach. – Prywatyzacja ZWiK to tylko jednorazowy zastrzyk gotówki dla budżetu miasta mający na celu rozwiązanie bieżących problemów finansowych; prywatyzacja to spore koszty transakcyjne – wydatki przedprywatyzacyjne oraz przede wszystkim koszty pakietu socjalnego; prywatyzacja ZWiK to ograniczenie wpływu Miasta na koszty usług komunalnych; prywatyzacja ZWiK to bierna polityka taryfowa – przy przedsiębiorstwie publicznym polityka taryfowa samorządu jest bardziej elastyczna i prospołeczna; prywatyzacja ZWiK to ograniczenie wpływu na jakość usług oraz bezpieczeństwo dostaw wody i odprowadzania ścieków komunalnych – czytamy w oświadczeniu.
Po tym jak związki zawodowe nagłośniły sprawę, na sesjach Rady Miasta wielokrotnie poruszano temat prywatyzacji wodociągów. Poza tym między innymi plany prywatyzacji ZWiK były powodem rozpoczęcia zbiórki podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania prezydent miasta Hanny Zdanowskiej. Pani prezydent w marcu 2012 r. wycofała się z planów prywatyzacji miejskiej spółki.
Wszystko na sprzedaż?
Można inaczej. W 2013 r. Berlin odkupił od firmy Veolia, za 590 mln euro wcześniej sprzedane udziały w spółce wodociągowej. Za powrotem wodociągów w ręce publiczne opowiedziało się w referendum ponad 600 tys. mieszkańców Berlina. Niemieccy działacze społeczni twierdzą, że jest to pierwszy krok ku lepszemu zarządzaniu usługami komunalnymi, nastawionymi nie tylko na zysk, ale również na dobro publiczne.
Również w Polsce mamy inicjatywy godne naśladowania. W gminie Czerwonak w województwie wielkopolskim wójt Mariusz Poznański postanowił utworzyć gminną spółkę wodociągową. – Gminne Przedsiębiorstwo Wodociągowe powstaje po to, aby stanowić konkurencję i przeciwwagę dla dyktatu spółki Aquanet obsługującej miasto Poznań i częściowo gminy ościenne – twierdzi wójt. Aquanet do tej pory zapewniał wodę w Koziegłowach i części miejscowości Czerwonak. Z kolei prywatna firma Meliopoz świadczy usługi w pozostałej części gminy Czerwonak. Zamysłem władz Czerwonaka jest w pierwszej kolejności utworzenie spółki wodociągowej, która będzie dostarczać wodę i przeprowadzać inwestycje na terenach obecnie będących w gestii Meliopozu. W tym celu niezbędny będzie wykup oraz dzierżawa części sieci należącej do prywatnej firmy. Trwają w tej sprawie negocjacje pomiędzy gminą a Meliopozem. Jednocześnie pięć gmin (w tym Czerwonak) współtworzy Związek Międzygminny „Puszcza Zielonka”, który obecnie buduje kanalizację o wartości ponad 300 mln zł. Ma być ona obsługiwana przez Aquanet, ale w przyszłości związek chce przejąć od nich kanalizację poprzez zakładanie swoich spółek.
Wójt tłumaczy, dlaczego gminie tak bardzo zależy na przejęciu obsługi kanalizacji i wodociągów. – Chcemy mieć większy niż dotychczas wpływ na taryfę cen dyktowaną przez Aquanet i miasto Poznań. Poza tym nowa spółka środki z odpisów amortyzacyjnych będzie mogła przeznaczać na liczne inwestycje, a to jest szczególnie istotne z punktu widzenia rozwoju obszarów wiejskich. Warto pamiętać, że prywatna firma nie ma prawa do odpisów z amortyzacji od majątku dzierżawionego od gminy. Obecnie Gminne Przedsiębiorstwo Wodociągowe jest na etapie rejestracji i ma ruszyć od 1 stycznia 2014 r. Jeśli ten eksperyment zda egzamin, być może inne gminy wezmą przykład z Czerwonaka.
Od dwudziestu lat państwo i samorządy konsekwentnie pozbywają się odpowiedzialności za podstawowe usługi komunalne, oddając je w ręce prywatnych koncernów, głównie zagranicznych. Ma to konkretne następstwa w postaci wzrostu – zwykle znacznego – opłat za ogrzewanie czy wodę, likwidacji miejsc pracy czy nieracjonalnej polityki usługowej inwestorów, których koszty muszą ponieść zwykli obywatele. Co więcej, prywatyzacja komunalnych spółek miejskich bardzo często nie ma uzasadnienia nawet z punktu widzenia argumentacji liberałów, gdyż te przedsiębiorstwa są przeważnie w dobrej kondycji finansowej i niejednokrotnie nie wykazują się przerostem zatrudnienia. Niestety gdy w grę wchodzi interes wielkich graczy, dobrze uzasadnione racje i argumenty przestają mieć jakiekolwiek znaczenie, a manipulacje faktami i danymi są na porządku dziennym. Najwyższy czas przerwać to błędne koło.
przez Bartosz Oszczepalski | poniedziałek 27 stycznia 2014 | Zima 2013
Historia Kieleckich Kopalni Surowców Mineralnych przeczy liberalnym mitom o optymalnej strukturze własnościowej. Jeszcze kilka lat temu wielkie, państwowe przedsiębiorstwo przynosiło duże zyski. Dzisiaj, po prywatyzacji, walczy o przetrwanie. Niestety za błędy urzędników Ministerstwa Skarbu Państwa do tej pory płacić muszą pracownicy, którzy od początku byli przeciwni sprzedaży zakładu.
Kieleckie Kopalnie Surowców Mineralnych to firma produkująca i wydobywająca kruszywa. Ma bardzo długą i zacną tradycję – aż od 1874 r. daje pracę kolejnym pokoleniom. Jest też niekwestionowanym liderem przemysłu wydobywczo-górniczego w woj. świętokrzyskim i jedną z wiodących firm w tej branży w Polsce. Związkowcy twierdzą, że w latach 2008–2009 mieliśmy do czynienia ze złotym okresem dla KKSM, które wtedy przynosiły spore zyski. Ministerstwo Skarbu Państwa zdecydowało się jednak na prywatyzację spółki. Przedstawiciele zakładowych związków zawodowych zwracają uwagę, że jeszcze w 2010 r., gdy w KKSM rozpoczynała się procedura prywatyzacyjna, sytuacja finansowa spółki była bardzo dobra. – W 2010 r. firma przy przychodach 84,1 mln zł zarobiła na czysto 7,3 mln. Poza tym spółka miała duży kapitał własny (32,5 mln zł), sporo gotówki (6,4 mln zł) i zaledwie ponad 0,5 mln zł kredytów i pożyczek – informuje Jacek Michalski, przewodniczący komisji zakładowej NSZZ „Solidarność” w KKSM.
Po wykupieniu przez spółkę Dolnośląskie Surowce Skalne (DSS) kieleckie przedsiębiorstwo zaczęło jednak popadać w coraz większe długi. Do marca 2012 r. liczba niezapłaconych faktur przekroczyła siedemset, a dług z tego tytułu osiągnął kwotę 78,8 mln zł. Obecnie dług wynosi 153 mln 515 tys. zł. – Była to jedna z najgorzej przeprowadzonych prywatyzacji w woj. świętokrzyskim. Firma istniała 139 lat, nie zniszczyły jej zabory, wojny, PRL, a jakoś nie może przetrwać w polskim kapitalizmie – komentuje Stanisław Puchała z zakładowej „Solidarności”.
To nie mogło się udać
Dlaczego doszło do zadłużenia tak świetnie prosperującej firmy? W 2010 r. działacze związkowi z „Solidarności” i Związku Zawodowego „Budowlani” w trakcie spotkania z przedstawicielami Ministerstwa Skarbu Państwa ostrzegali, że przejęcie zakładu przez DSS może zakończyć się katastrofą. – Proces prywatyzacyjny KKSM rozpoczął się w 2010 r. Inwestorzy zgłaszali się na przełomie 2009 i 2010 r. W 2010 r. w ministerstwie poinformowano nas, że został wybrany inwestor – Dolnośląskie Surowce Skalne, który ma przejąć 85% akcji. Jak się później okazało, nie były to DSS, lecz spółka-córka DSS, zarejestrowana na potrzeby prywatyzacji KKSM, z kapitałem o wysokości zaledwie 5 tys. zł. Wielokrotnie podnosiliśmy argumenty, że jest to niewiarygodna firma i że istnieje ryzyko wrogiego przejęcia, które może doprowadzić do likwidacji KKSM. Zwracaliśmy również uwagę, że spółka przynosi wymierne zyski dla skarbu państwa i jest przysłowiową kurą znoszącą złote jajka. Ponadto jest doskonale wyposażona pod względem technicznym i ma rozwiniętą sieć zbytu. Staliśmy na stanowisku, że rząd polski powinien zostawić w spokoju spółkę dostarczającą duże kruszywa, która daje zatrudnienie wielu pracownikom i kontrahentom. Nikt nas jednak nie słuchał – opowiada Jacek Michalski.
Związkowcy mieli twarde argumenty na obronę swoich tez. 30 lipca 2010 r. Jacek Michalski otrzymał pismo z kancelarii prawnej „Izabella Żyglicka i Wspólnicy” z Katowic. Prawnicy działając z upoważnienia spółki Sandvik Mining and Construction, poinformowali Michalskiego o tym, że domniemany nabywca akcji kopalni – Dolnośląskie Surowce Skalne – ma zobowiązania finansowe wobec firmy, opiewające na kwotę prawie 4 mln zł. W piśmie została również zawarta informacja o wszczęciu postępowania windykacyjnego i sądowego z tytułu zadłużenia oraz o wpisie DSS do Krajowego Rejestru Długów. To wszystko nie robiło jednak wrażenia na urzędnikach Ministerstwa Skarbu Państwa.
Związkowcy nie dość że nie mogli liczyć na zrozumienie ze strony pracowników ministerstwa, to jeszcze spotkali się z aktami arogancji z ich strony. – Urzędnicy biura projektów prywatyzacyjnych Ministerstwa Skarbu odpowiedzieli nam, że tak się dzieje wszędzie i że na potrzeby prywatyzacji w całej Polsce powołuje się tego typu spółki. Dodali także, iż „gdyby wszyscy postępowali tak jak my, to nie byłoby żadnej prywatyzacji w Polsce i panowie Kulczyk oraz Sołowow nigdy by nic nie kupili”. Dyrektor w biurze przekształceń własnościowych powiedział, że nikt nie kupuje teraz zakładów za własne pieniądze, lecz wszyscy robią to za kredyty – mówi z żalem mój rozmówca.
Również niektórzy przedstawiciele prasy lokalnej zignorowali niepokojące sygnały i stanęli po stronie urzędników ministerstwa oraz Dolnośląskich Surowców Skalnych. W jednym z artykułów z września 2010 r. w dużym regionalnym dzienniku „Echo Dnia” dziennikarz alarmował, że „Solidarność” nie chce nowego inwestora. Podważał też argumenty związkowców o tym, że firma DSS, startująca do przetargu z kapitałem 5 tys. zł, jest niewiarygodna. Stwierdził on, że banki, które przyznały kredyt DSS, tym samym potwierdziły wiarygodność spółki.
Stracili pracownicy
Mity o związkach zawodowych hamujących rozwój prywatyzowanego przedsiębiorstwa zostały boleśnie zweryfikowane przez rzeczywistość. Bardzo szybko okazało się, że to związkowcy i pracownicy mieli rację. Jednak to właśnie pracownicy, a nie urzędnicy Ministerstwa Skarbu Państwa czy dziennikarze odczuli na własnej skórze skutki sprzedaży przedsiębiorstwa.
W 2011 r. już prywatne KKSM przestały wywiązywać się z obowiązków płacowych wobec personelu. Jeszcze w 2010 r. związki zawodowe wynegocjowały pakiet prywatyzacyjny, którego część założeń pozostała jedynie na papierze. Tak w październiku 2011 r. na łamach „Echa Dnia” o sytuacji w firmie wypowiadał się Stanisław Puchała, przewodniczący komisji zakładowej Związku Zawodowego „Budowlani”: Odkąd inwestor przejął KKSM, firma jest niewypłacalna. Według założeń tego pakietu każdy pracownik miał dostać 8 tys. zł jednorazowej premii prywatyzacyjnej. Tak się jednak nie stało. Jako związek zawodowy próbowaliśmy rozmawiać w tej sprawie z Janem Łuczakiem, prezesem DSS. Chcieliśmy dojść do jakiegoś kompromisu. Skończyło się na tym, że obiecano nam do 12 września 2011 r. wypłacenie 30% premii prywatyzacyjnej, a do końca miesiąca 70% całej kwoty. Obietnic niestety nie dotrzymano.
To jednak nie wszystkie problemy pracowników w tym okresie. – Pakiet prywatyzacyjny zakładał również, że nasze średnie zarobki w ciągu pięciu lat będą rosnąć stopniowo o 30%. Początkowo wzrost miał wynosić 7%. Te ustalenia również nie zostały zrealizowane. Firma ma także zaległości w wypłacaniu pensji w tym miesiącu. Do końca maja pracownikom miały być też wypłacone środki z funduszu świadczeń socjalnych, jednak do tej pory pieniędzy nie ma. Dodatkowo firma jest teraz w takiej zapaści, że nowy właściciel nie odprowadza składek do ZUS, chociaż pobiera je z naszej pensji. To już jest niedopuszczalne. Jesteśmy bardzo zaniepokojeni sytuacją finansową firmy – dodawał wtedy Puchała. Ówczesny prezes Dolnośląskich Surowców Skalnych, Jan Łuczak, napisał wówczas w oświadczeniu do mediów, że nie rozumie zamieszania wokół tej sprawy, a wszystkie zaległości zostaną stopniowo uregulowane.
Napiętą sytuację pomiędzy zarządem a związkami zawodowymi dodatkowo skomplikowała niespodziewana śmierć prezesa Łuczaka. W końcu związki zdecydowały się wejść w spór zbiorowy z pracodawcą. Związki rozważały również wejście na drogę sądową. Jednak w listopadzie 2011 r. wydawało się, że doszło do przełomu. Związkowcy porozumieli się z zarządem KKSM. Podpisano nawet protokół z rokowań, w którym zanotowano, że wszystkie zaległości będą uregulowane w najbliższym czasie, a premię prywatyzacyjną pracownicy dostaną jeszcze w 2011 r. Ponadto pracodawca wreszcie opłacił zaległe składki ZUS-owskie. Przedstawiciele związków zawodowych mieli nadzieję, że do końca 2011 r. sytuacja się unormuje.
Tak się jednak nie stało. Choć związki godziły się na przesuwanie terminów zapłaty, to pracownicy dostali tylko część zaległych pieniędzy. Przy okazji narastała frustracja zatrudnionych, którym nie podobało się ciągłe odwlekanie terminów oraz to, że pertraktacje prowadzone przez związki nie przynosiły efektów. – Niestety sytuacja nie została do końca rozwiązana. Pracownicy do tej pory nie otrzymali obiecanej premii prywatyzacyjnej i są zbywani kolejnymi terminami. Chodzą słuchy, że dopiero od przyszłego roku wspomniana premia ma być wypłacana w ratach i doliczana do wynagrodzeń. Nie powinno tak być. To są pieniądze pracowników, które wypracowywali latami – mówił w grudniu 2011 r. z wyraźną irytacją jeden z zatrudnionych. W rozmowie ze mną wyrażał on również niepokój z powodu opóźnień w budowie jednego z odcinków autostrady A2. Według niego opóźnione pensje były efektem tego, że DSS nie płacił podwykonawcom, co w przyszłości może przyczynić się do pogorszenia sytuacji załogi w zakładzie.
Obawy te podzielali również inni pracownicy. Coraz częściej pojawiały się opinie, że problemy są spowodowane prywatyzacją. – Przez wszystkie lata działalności KKSM przechodziły przez różne okresy, ale problemy finansowe nigdy nie odbijały się na pracownikach i nie musieli się oni martwić o przyszłość. To żenujące, że tak dobrze prosperujące przedsiębiorstwo jak KKSM zostało sprzedane pierwszej lepszej firmie – przekonywał mój rozmówca. Atmosfera w zakładzie stawała się coraz bardziej napięta. Stanisław Puchała z „Budowlanych” próbował wtedy uspokajać nastroje i zwracał uwagę, że oprócz podwyżek pracownicy dostali środki z funduszu świadczeń socjalnych i pracowniczego programu emerytalnego. Z kolei biuro prasowe Dolnośląskich Surowców Skalnych zapewniało, że dotrzymany zostanie termin (maj 2012) ukończenia prac na odcinku autostrady, a tym samym nie będzie z tego tytułu żadnych kar. Jednocześnie sprawa była coraz częściej nagłaśniana przez lokalne media, a pracownicy z innych zakładów w woj. świętokrzyskim deklarowali wsparcie dla załogi KKSM.
Niestety rok 2012 nie przyniósł żadnej poprawy. Podobnie jak w 2011 roku, przez kilka miesięcy nie wypłacano pieniędzy z pracowniczego programu emerytalnego. Ponownie pojawiły się problemy z otrzymaniem ekwiwalentu z funduszu świadczeń socjalnych. Również w 2013 roku sytuacja pracowników daleka jest od ideału. Obiecanej premii prywatyzacyjnej pracownicy nie dostali do tej pory. Czekają na nią już od dwóch lat, choć zarząd DSS wielokrotnie obiecywał, że wypłacenie jest tylko kwestią czasu. Dodatkowo zarząd próbował wymusić na związkach zawodowych zrzeczenie się premii, ale te nie zgodziły się. – Zobowiązania wynikające z pakietu socjalnego w dalszym ciągu nie zostały zrealizowane. Nie mamy również zapewnianych rzeczy związanych z bezpieczeństwem i higieną pracy – odzieży ochronnej, środków czystości itp. Co prawda od czerwca firma stara się nadrabiać zaległości w tym zakresie, ale pozostawia to wiele do życzenia. Tylko niektóre świadczenia zostały uregulowane – premia barbórkowa za 2012 r. została teraz wypłacona. Z drugiej strony nadal nie otrzymaliśmy „barbórki” za bieżący rok, choć powinniśmy ją mieć już w lipcu. Na szczęście możemy chociaż liczyć na regularne i terminowe wypłacanie pensji, z czym wcześniej był problem – informuje Jacek Michalski.
Sprywatyzowali i zadłużyli
O to, co działo się z finansami spółki, że w tak krótkim czasie pogorszyła się jej sytuacja, zapytałem Jacka Michalskiego z zakładowej „Solidarności”, który od kilku lat skrupulatnie zbiera i upublicznia informacje dotyczące kondycji przedsiębiorstwa. – Inwestor po prywatyzacji przejął zyski KKSM w wysokości 9 mln zł, ale od samego początku spółka była zadłużana. W dniu 27 czerwca 2011 r., czyli niespełna dwa miesiące po prywatyzacji, Dolnośląskie Surowce Skalne dokonały zastawu na akcjach KKSM na rzecz obligatariuszy obligacji serii F – tłumaczy pan Jacek. Na skutek tej oraz późniejszych operacji doszło do zastawu akcji na kwotę 208 mln zł. Ponadto od 29 czerwca 2011 r. aż do stycznia 2012 r. Kieleckie Kopalnie Surowców Mineralnych były systematycznie zadłużane na wiele milionów złotych poprzez zaciąganie kolejnych kredytów, a także ich poręczanie.
To jednak nie wszystko. Lista przewinień, które doprowadziły do problemów finansowych kopalni, jest bardzo długa. – W 2011 r. zadłużenie zwiększało się także z powodu nieuzasadnionych zakupów węzłów betoniarskich, nieprzydatnych do wydobyć i przerobów kamienia. Poza tym leasingowano samochody technologiczne marki Volvo, które, co ciekawe, od chwili zakupu do dnia dzisiejszego pracują nie w okolicach Kielc, a w kopalni w Piławie, należącej do DSS. Również w Piławie do tej pory pracują mobilne zakłady do kruszenia kamienia nabyte na KKSM w 2011 r., i to bez zawartych umów o ich wynajmie. Kupiono również 37 samochodów osobowych wartych od 50 do 350 tys. zł. Były one użytkowane przez pracowników Dolnośląskich Surowców Skalnych. Ich zakup nie był więc przydatny dla KKSM. Ponadto KKSM dzierżawił 50 samochodów ciężarowych marki MAN, co zmusiło firmę do zatrudnienia dodatkowych pracowników, wygenerowało duże koszty eksploatacji i w konsekwencji spowodowało powstanie licznych wierzytelności, liczonych obecnie w setkach tysięcy złotych. Oczywiście znaczna część leasingowego sprzętu została przejęta przez komorników – wymienia Jacek Michalski.
Dług KKSM powstał również na skutek realizacji – w roli podwykonawcy – kontraktu na dostarczanie kruszyw potrzebnych do budowy autostrady A2 przed EURO 2012. – W latach 2011–2012 odbywała się wręcz rabunkowa eksploatacja i przeróbka kamienia po to, aby wywieźć jak największą ilość towaru na budowaną A2. Niestety kopalnie nie otrzymały zapłaty za dostarczone materiały i usługi od wykonawcy, czyli Dolnośląskich Surowców Skalnych. W związku z tym KKSM zaczęły znajdować się w coraz trudniejszej kondycji finansowej, choć premier Donald Tusk oraz minister infrastruktury Sławomir Nowak zapewniali, że DSS nie upadnie, a autostrada zostanie ukończona. Kopalnie zwróciły się do Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad w Warszawie z prośbą o wypłatę należności w kwocie ok. 62 mln zł, przysługującą od DSS, na podstawie umowy na dostawę kruszywa. Tych pieniędzy jednak do tej pory spółce nie zwrócono – twierdzi Michalski. – Naszym zdaniem w latach 2011–2012 zaczęto w ekspresowym tempie budować wyrób „autostradopodobny”, aby zdążyć przed EURO 2012. W ten sposób doprowadzono do zadłużenia i upadłości wielu firm, w tym również KKSM – kwitują związkowcy.
W kwietniu 2012 r. Sąd Gospodarczy w Warszawie zadecydował o likwidacji spółki Dolnośląskie Surowce Skalne. Wniosek został złożony przez zarząd, który decyzję tłumaczył właśnie zaangażowaniem się w budowę A2. W dniu 29 czerwca 2012 r. sąd zmienił opcję prowadzenia postępowania upadłościowego na obejmujące możliwość zawarcia układu. – Sąd upadłościowy przychylił się do stanowiska Spółki, że w drodze układu wierzyciele zostaną zaspokojeni w wyższym stopniu niż po przeprowadzeniu postępowania upadłościowego obejmującego likwidację majątku Spółki – czytamy w oświadczeniu zarządu.
Kłopoty DSS musiały rzutować na sytuację KKSM. W 2012 r. sąd rejonowy rozpatrywał wniosek o ogłoszenie upadłości kieleckich kopalni. Podobnie jak w przypadku DSS, w grę wchodziły dwa rozwiązania – likwidacja spółki lub postępowanie układowe. Pomimo zastrzeżeń nadzorcy sądowego, w maju 2012 r. zdecydowano się na wariant korzystniejszy zarówno dla firmy, jak i pracowników – czyli postępowanie układowe. W 2013 r. sąd rejonowy rozpatrywał zmianę trybu upadłościowego z układowego na likwidacyjny, ale podtrzymano wcześniejszy werdykt.
Dzięki temu firma została uratowana. Ogłoszenie upadłości poprzez likwidację doprowadziłoby do zaprzestania produkcji oraz sprzedaży całego majątku, a także – co oczywiste – zwolnienia pracowników. Trudno się więc dziwić, że ci przyjęli decyzję sądu z entuzjazmem. Również prezes KKSM, Maksymilian Kostrzewa, pełniący tę funkcję od marca 2013 r., nie krył zadowolenia. Pomimo uratowania przed likwidacją sytuacja nadal jest bardzo trudna i wciąż trwa walka o kontrahentów oraz o stały napływ gotówki, aby na bieżąco spłacać długi i utrzymywać względną stabilność finansową kieleckich kopalni.
Obecnie zaległe zobowiązania Dolnośląskich Surowców Skalnych wobec KKSM wynoszą ponad 230 mln zł, z czego zarząd DSS uznaje tylko 140 mln. Po ogłoszeniu upadłości do sądu zgłosiły się 282 podmioty twierdzące, że są wierzycielami spółki. Ostatecznie sąd ustalił, iż lista wierzycieli składa się z 220 podmiotów. Związkowcy biją na alarm i uważają, że jeśli Ministerstwo Skarbu Państwa nie udzieli pomocy finansowej spółce lub nie unieważni prywatyzacji, to może dojść do całkowitego upadku KKSM, a wielu pracowników straci źródło utrzymania. W lutym 2013 r. wystosowali w tej sprawie pismo do Ministerstwa Skarbu Państwa. Większym optymizmem wykazuje się prezes Kostrzewa, który w wypowiedziach dla lokalnej prasy po korzystnej decyzji sądu podkreślał, że firma wychodzi z dołka finansowego i powoli zaczyna gromadzić pieniądze na spłatę długów. Czas pokaże, czy uda się sprostać temu wyzwaniu.
Mają wsparcie
Warto podkreślić, że związki zawodowe w zakładzie nie są osamotnione i mogą liczyć na pomoc zarówno kolegów ze świętokrzyskiej „Solidarności” i Związku Zawodowego „Budowlani”, jak i krajowych central tych organizacji. W kwietniu 2012 r. pod siedzibą Kieleckich Kopalni Surowców Mineralnych w Kielcach odbył się protest związkowców, którzy głośno wyrazili swój sprzeciw wobec doprowadzenia zakładu do upadłości. Pracownicy, którzy w tym czasie nie dostawali terminowo wynagrodzeń, żalili się, że nie mają co włożyć do garnka i za co utrzymywać swoich rodzin. Na pikiecie widoczne były transparenty z takimi hasłami jak Chcemy pracować, nie głodować. Wspólnie z pracownikami KKSM demonstrowali związkowcy z całego województwa. Na pikiecie obecni byli przewodniczący świętokrzyskiej „Solidarności” Waldemar Bartosz, przewodnicząca Związku Zawodowego „Budowlani” Anna Bujnowska oraz szef „Solidarności” Piotr Duda. Przywódca związku obiecał pracownikom, że „Solidarność” zrobi wszystko, żeby ta patologiczna sytuacja się skończyła.
Na konkretne działania nie trzeba było długo czekać. Tuż po proteście zarząd „Solidarności” w woj. świętokrzyskim upoważnił przewodniczącego Waldemara Bartosza do złożenia zawiadomienia do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa związanego z ewentualnymi nieprawidłowościami przy prywatyzacji firmy oraz z niewłaściwymi decyzjami inwestycyjnymi podejmowanymi przez zarząd spółki, które mogły doprowadzić do złej kondycji finansowej kieleckich kopalni. Sprawę wszczęła Prokuratura Kielce-Wschód. Obecnie toczy się ona w Prokuraturze Okręgowej w Kielcach. – Nie zostały naruszone procedury przy samym przetargu, albowiem wybrano firmę, która zaproponowała najwyższą cenę. Badamy jednak, czy sytuacja ekonomiczna Dolnośląskich Surowców Skalnych pozwalała im na przejęcie firmy. W tym celu planujemy powołać biegłych ekspertów – ekonomistów. Sprawa jest naprawdę dużego kalibru, bo dotyczy m.in. urzędników Ministerstwa Skarbu Państwa – powiedział w sierpniu w rozmowie ze mną prokurator Leszek Garbacz. W tej sprawie z kielecką prokuraturą współpracuje również Centralne Biuro Śledcze. W związku z prowadzonym postępowaniem w lipcu 2012 r. funkcjonariusze CBŚ zjawili się w siedzibie KKSM i zabezpieczyli dowody istotne dla merytorycznego rozstrzygnięcia sprawy. CBŚ przesłuchało już kilku pracowników kopalni.
Do pracowników i związkowców rękę wyciągnęli również politycy z woj. świętokrzyskiego. Ponieważ ratunkiem dla KKSM może okazać się odzyskanie pieniędzy z Generalnej Dyrekcji Dróg i Autostrad za produkcję kruszywa potrzebnego do budowy autostrady A2, 20 marca 2013 r. na zaproszenie posłów Prawa i Sprawiedliwości związkowcy pojechali na posiedzenie Sejmowej Komisji Skarbu, gdzie mieli okazję zwrócić się o pomoc dla spółki. Posłowie PiS wnieśli również pod obrady Sejmu projekt ustawy o bezpośrednich dopłatach dla podwykonawców A2. Debata nad projektem odbyła się 18 i 19 kwietnia, ale niestety głosami posłów Platformy Obywatelskiej i PSL-u został on odrzucony. Obecnie obowiązująca tzw. specustawa drogowa zakłada pomoc tylko dla małych i średnich firm (zatrudniających do 250 osób) biorących udział w budowie autostrady. Projekt miał to zmienić. – Bulwersuje nas to, że posłowie z tych partii, którzy również reprezentują region świętokrzyski, głosowali za odrzuceniem projektu ustawy – ocenia Jacek Michalski. Jednak nie tylko posłowie PiS-u walczą w Sejmie o KKSM. – Od początku bardzo pomagał nam poseł Jan Cedzyński z Ruchu Palikota. Włożył on sporo serca w naszą sprawę. Cedzyński pisał trzy razy petycję do Ministerstwa Skarbu. Później interweniował nawet u premiera. Ponadto zarówno Cedzyński, jak i przedstawiciele PiS-u uczestniczą w spotkaniach z nami. Ostatnie odbyło się w czerwcu 2013 r. Natomiast konsekwentnie ignorują nas politycy dwóch partii rządzących – mówi Stanisław Puchała. Przedsiębiorstwu starają się pomóc również politycy Solidarnej Polski. Jeszcze przed wakacjami eurodeputowani Zbigniew Ziobro, Tadeusz Cymański i Jacek Włosowicz wystąpili do Komisji Europejskiej z wnioskiem o finansowe wsparcie dla KKSM i zwalnianych pracowników. Europosłowie jako jedno z możliwych źródeł wsparcia wskazali m.in. Europejski Fundusz Dostosowania do Globalizacji. Swoją decyzję Komisja ogłosi niebawem.
Demagodzy nie odpuszczają
Choć sytuacja Kieleckich Kopalni Surowców Mineralnych nieco się ustabilizowała, to przez najbliższe miesiące i lata firma będzie musiała walczyć o przetrwanie. Jeśli nawet spółka nie upadnie, to już teraz wiadomo, że trudno jej będzie wyjść z dołka finansowego na tyle, żeby powrócić do tak dobrej sytuacji finansowej, w jakiej znajdowała się przed prywatyzacją. Być może niektórzy pracownicy stracą pracę, a ci, którzy zostaną, będą musieli się ponownie borykać z zaległościami finansowymi. Jeszcze kilka lat temu mało kto spodziewał się, że dojdzie do takiej sytuacji.
Jednak to nie pracownicy i związkowcy napisali ten czarny scenariusz. Pomimo istniejącej w środowiskach liberalnych opinii o związkach zawodowych działających na szkodę przedsiębiorstw i niemających wiedzy o podstawach ekonomii to właśnie przedstawiciele zakładowej „Solidarności” i „Budowlanych” oraz pracownicy zachowali rozsądek, przestrzegając przed szkodliwą prywatyzacją spółki. Ich racjonalne podejście nie miało jednak znaczenia, gdyż znów zwyciężyć musiała neoliberalna demagogia propagowana przez rząd i ponoć niezależnych ekspertów. Wedle niej każda państwowa firma musi zostać oddana w prywatne ręce, nawet jeśli świetnie prosperuje, a intencje i kondycja finansowa potencjalnego inwestora budzą wiele zastrzeżeń.
W ten sposób zniszczono w Polsce mnóstwo zakładów i pozbawiono pracy wiele osób. Kieleckie przedsiębiorstwo uniknęło całkowitej likwidacji, ale walka, którą toczą związki zawodowe, personel oraz wszyscy mniej lub bardziej wpływowi przyjaciele KKSM, jest ciężka i nierówna. Przecież przeciwnik od samego początku stosował ciosy poniżej pasa.
przez Bartosz Oszczepalski | środa 22 stycznia 2014 | nasze rozmowy
Wielkie media są pełne sloganów o wszechmocnych związkach zawodowych, które terroryzują pracodawców, a ich liderzy to bezkarni i wszechpotężni watażkowie. Rzeczywistość jest całkowicie inna. Rozmawiamy o tym z Justyną Chrapowicz, przewodniczącą organizacji zakładowej NSZZ „Solidarność” w Lidlu, niedawno zwolnioną z pracy za działalność związkową i dążenia do poprawy ciężkiej doli pracowników tej firmy.
***
Jaki był powód zwolnienia Pani z pracy?
Justyna Chrapowicz: Wypowiedzenie otrzymałam przed świętami. To taki „prezent” od pracodawcy. Użyto absurdalnych argumentów. Zarzucono mi między innymi to, że posługiwałam się dokumentami i pismami, pod którymi znajdowały się rzekomo podrobione podpisy członków „Solidarności”. Chodziło o korespondencję pomiędzy związkiem a pracodawcą. Pojawił się także zarzut organizowania bezprawnych demonstracji. Zwolniony z pracy został też mój zastępca, ale tylko ja byłam na etacie związkowym. Przy okazji podważano również to, że ten etat powinien istnieć. Do jego utworzenia wymagana jest liczba 150 pracowników zrzeszonych w związku. Pracodawca twierdził, że nie mamy tylu członków. Wszystkie te zarzuty są oczywiście nieprawdziwe.
Moim zdaniem bezpośrednim powodem zwolnienia nas było wszczęcie sporu zbiorowego i domaganie się utworzenia Funduszu Socjalnego. Firma zatrudniająca 12 tys. pracowników nie odprowadza składek na Zakładowy Fundusz Świadczeń Socjalnych. Nie jesteśmy „roszczeniowcami”, wbrew temu, co się o nas często mówi. Fundusz socjalny w takiej firmie powinien być normą. Zamiast jednak zgodnie z prawem rozpocząć niezwłoczne negocjacje prowadzące do porozumienia, pracodawca wręczył nam zwolnienia dyscyplinarne.
O które „bezprawne” demonstracje dokładnie chodzi?
J. Ch.: W moim miejscu pracy w Łodzi kilka tygodni temu organizowaliśmy akcję płacenia jednogroszówkami przy kasach, aby zablokować ruch i zwrócić uwagę na złe warunki pracy w Lidlu. W sklepach rosną obroty, ale liczba pracowników zmniejszyła się w porównaniu z sytuacją sprzed kilku lat. W efekcie musimy pracować dłużej, dostajemy często nadgodziny. Ponadto chociaż pracujemy ciężko i długo, to wielu pracowników jest zatrudnionych na niepełny etat. Zbyt mała liczba zatrudnionych jest największym naszym problemem, bo z tym wiążą się inne kwestie. Choćby niemożność wzięcia urlopu w odpowiednim czasie właśnie dlatego, że pracowników jest za mało i każdy jest potrzebny.
Dlatego domagaliśmy się zatrudnienia większej ilości pracowników i zapewnienia całych etatów. Zarzucono nam, że ten oraz inne protesty były bezprawne, bo nie wyczerpaliśmy procedur przy rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Stwierdzono również, że przeszkadzaliśmy kasjerom w pracy. Tymczasem to nie my (organizacja zakładowa w Lidlu) byliśmy organizatorami tej akcji, lecz regiony „Solidarności”, a sporu zbiorowego jeszcze wtedy nie było, więc nie może być mowy o nieprzestrzeganiu ustawy o sporach zbiorowych. Tego typu akcje odbyły się również w wielu innych miastach Polski, m.in. w Białymstoku, Poznaniu, Katowicach, Warszawie, Jeleniej Górze i Zielonej Górze.
Jakie były reakcje klientów sklepu na waszą akcję?
J. Ch.: Bardzo różne. Zdarzały się oczywiście chamskie odzywki i wyzwiska, ale większość reakcji była pozytywna. Gdy klienci dowiadywali się, dlaczego protestujemy, to mówili, że w takiej sytuacji powinniśmy robić to codziennie.
Wspominała Pani, że od dłuższego czasu współpraca z pracodawcą nie układała się dobrze. Czy szefostwo już wcześniej wysyłało sygnały, że wasza działalność nie jest dobrze postrzegana przez nich?
J. Ch.: Konflikt na linii związek-pracodawca narastał od dłuższego czasu. Firma utrudniała działalność związku zawodowego. Mieliśmy problemy z biurem, nie dostarczano nam stosownych dokumentów, nie było żadnego dialogu. Gdy pojawiały się jakieś problemy, a my je zgłaszaliśmy, to spotykało się to z brakiem zrozumienia. Pracodawca powoływał się na skomplikowane procedury. Co ciekawe, w Kauflandzie, który należy do tej samej grupy kapitałowej co Lidl, prowadzi się normalny dialog ze związkami zawodowymi, a nas się jawnie dyskryminuje.
Co zamierzacie zrobić teraz?
J. Ch.: Nie zostawimy tak tej sprawy. Czujemy się pokrzywdzeni i będziemy odwoływać się do sądu. Nawet Państwowa Inspekcja Pracy zgłaszała nam problemy ze współpracą z Lidlem. Firma nie chce wydać kontrolerom PIP odpowiednich dokumentów w terminie, grają na czas. Ostatnio otrzymaliśmy informację od PIP, że pracownicy nie mają zagwarantowanego należytego odpoczynku dobowego i tygodniowego, pracodawca nie zapewnia jednej niedzieli wolnej w miesiącu, stwierdzono nieprawidłowości w udzielaniu przerw pracowniczych, wstępnych szkoleń BHP i wiele innych. To się naprawdę w głowie nie mieści, że tak duża i znana firma pozwala sobie na takie rzeczy.
Czy według Pani można powiedzieć, że związkowcy są w Polsce prześladowani za swoją działalność?
J. Ch.: Niestety tak i nie tylko nasza sprawa jest tego dowodem. Ostatnio zwolniono również związkowców z Dino Polska. Takie sytuacje w naszym kraju zdarzają się nagminnie, a pracodawcy bardzo często są bezkarni i nie nakłada się na nich odpowiednich sankcji. Prawo w Polsce sprzyja bardziej im niż pracownikom. A my przecież nie domagamy się od pracodawców żadnych przywilejów, tylko zwykłego szacunku. Dodatkowo cały czas pojawiają się szkodliwe pomysły niektórych polityków i środowiska biznesowego, takie jak likwidacje etatów związkowych. Gdyby nie te etaty, to związkowcy nie byliby w stanie prowadzić normalnej działalności. No bo niby jak? Pracować w zakładzie i jeszcze po godzinach zajmować się sprawami pracowników? Proszę sobie wyobrazić, że musiałabym teraz objechać 500 sklepów Lidl w całym kraju, nie mając etatu związkowego. Jest to po prostu niemożliwe.
Czy ta nieprzyjemna sytuacja nie zdławi Pani oporu? Będzie Pani nadal udzielać się społecznie w związku?
J. Ch.: Oczywiście nadal będę działać. Dołożę wszelkich starań, żeby móc nadal pomagać ludziom. Chcę to robić, dopóki będę mieć taką możliwość.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Bartosz Oszczepalski, 15 stycznia 2014 r.
przez Bartosz Oszczepalski | czwartek 28 listopada 2013 | nasze rozmowy
Zainicjowana przez Fundację „Wspieramy Wielkich Jutra” kampania społeczna „Nie robię tego za darmo” jest pierwszą w Polsce akcją, która opisuje i piętnuje jedną z największych patologii na rynku pracy, czyli zatrudnianie młodych ludzi na bezpłatne praktyki i staże. Jak przyznają jej twórcy, jest ona manifestem krytycznym wobec „niewolnictwa XXI wieku”. O kampanii rozmawiamy z jedną z jej realizatorek, Michaliną Czerwińską.
***
Skąd wziął się pomysł na zorganizowanie kampanii dotyczącej problemu bezpłatnych praktyk i staży?
Michalina Czerwińska: Przesłanką do zorganizowania kampanii były głosy samych studentów i absolwentów, którzy zwrócili nam uwagę na skalę i ważność problemu.
Dyskusję zainicjował serwis pracy zdalnej inCLICK.pl, który przygotował serię spotów reklamowych dotyczących wynagrodzenia za pracę. Chciał on uświadomić młodym osobom, że nawet takie czynności jak opiniowanie produktów czy pisanie na forach internetowych mogą stać się dla nich źródłem zarobku, które oferuje serwis. Co więcej, powinni oni tego zarobku żądać, podejmowana przez nich praca wymaga bowiem godziwej zapłaty.
Pomysłodawcy nie spodziewali się, że poruszony przez nich problem wywoła tak żywiołową reakcję młodych ludzi – otrzymali dziesiątki wiadomości z głosami poparcia. W dyskusjach pojawiał się szczególnie jeden temat – nagminnie praktykowany zwyczaj przyjmowania na ciągnące się w nieskończoność bezpłatne praktyki i staże, które w pewnych branżach są jedyną szansą na zdobycie doświadczenia. Młodzi ludzie uważają – słusznie zresztą – takie praktyki za wyzysk. To ich wypowiedzi stały się impulsem do stworzenia kampanii, której celem jest rozpoczęcie debaty wokół tego zjawiska poprzez zaproszenie do niej różnych grup społecznych i zawodowych, a także wspólne poszukiwanie rozwiązań i alternatyw. To pierwsza kampania w Polsce z zakresu etyki biznesu skierowana do osób młodych. Za organizację odpowiada Fundacja „Wspieramy Wielkich Jutra”, której celem jest m.in. wspieranie przedsiębiorczości i rozwoju młodych osób, wchodzących na rynek pracy.
Kampania rozpoczęła się 20 września i potrwa rok.
Jakie są jej główne założenia? Co chcecie osiągnąć?
M. Cz.: Celem kampanii jest zwrócenie uwagi na powszechność bezpłatnych staży i praktyk, oferowanych przez pracodawców, razem z ich negatywnymi systemowymi konsekwencjami i szkodliwym wpływem dla obu stron – pracodawców i pracobiorców.
Autorzy kampanii skupiają się nie tylko na skali problemu, ale również chcą go rozwiązywać, wskazując alternatywy i propagując dobre praktyki – w tym promując firmy etyczne biznesowo, popierające ideę płatnych, wartościowych praktyk i staży, dbające o rozwój zawodowy swoich pracowników, mogące stanowić przykład dla innych przedsiębiorstw w zakresie realizacji polityki kadrowej i społecznej odpowiedzialności biznesu.
Popieramy i promujemy aktywność zawodową ludzi młodych, ale podejmowaną w warunkach godnych i satysfakcjonujących dla studentów czy absolwentów.
Jakie działania zostaną podjęte w ramach kampanii?
M. Cz.: Planujemy wiele przedsięwzięć. W tym kwartale koncentrujemy się na budowaniu koalicji – firm, organizacji, ekspertów, które przyłączą się do naszej inicjatywy. Cały czas działa serwis www.nierobietegozadarmo.pl, na którym staramy się przedstawić problem wieloaspektowo. Oprócz nadsyłanych nam historii studentów opisujących swoje doświadczenia z bezpłatnych praktyk i staży, przedstawiamy również stanowiska pracodawców i opinie ekspertów. W ramach kampanii organizowane będą także panele dyskusyjne oraz konferencje.
Na początku przyszłego roku planujemy więcej inicjatyw stricte reklamowych, w tym działania outdoorowe w największych miastach Polski, produkcję spotu, zaangażowanie do kampanii znanych osób itp.
Czy zgłaszają się już do was pracodawcy, którzy popierają akcję i sami nie zatrudniają młodych ludzi za darmo?
M. Cz.:Na stronie, o której wspomniałam, regularnie zamieszczamy informacje o pracodawcach, którzy popierają naszą inicjatywę i nie tylko płacą studentom za pracę, ale również dbają o rozwój zawodowy młodych pracowników. Dzięki temu mogą stanowić przykład dla innych firm. Docelowo na portalu powstanie baza płatnych staży i praktyk razem z wyszukiwarką. Wszystkie podmioty, które popierają ideę naszej inicjatywy, zachęcamy do dołączenia do kampanii.
Czy opieraliście się na statystykach lub badaniach, które ukazują skalę tego problemu w Polsce? Jeśli tak, to co one mówią? Czy są branże, w których zjawisko bezpłatnych staży i praktyk występuje częściej?
M. Cz.: Wspomniany inCLICK.pl przeprowadził badanie, z którego wynika, że w Polsce w bezpłatnych stażach i praktykach uczestniczyło 52 proc. osób w wieku 16-25 lat, w tym duża liczba więcej niż raz. 84 proc. respondentów uważa, że jest to zjawisko powszechne. Jako branże, w których jest najwięcej ofert bezpłatnych staży i praktyk, badani wskazywali najczęściej administrację, media oraz reklamę, PR i marketing.
Z kolei według Raportu Kofeina, przygotowanego przez jednego z naszych patronów medialnych – serwis NieParzeKawy.pl, bezpłatne praktyki i staże dotyczą około 65 proc. ofert pracy. Oznacza to, że tylko co trzeci pracodawca chcący przyjąć do pracy studentów oferuje im wynagrodzenie!
Mogą się do was zgłaszać osoby, które uczestniczyły w bezpłatnych praktykach i stażach. Czy dużo już takich zgłoszeń wpłynęło i na co najczęściej młodzi ludzie zwracają w nich uwagę?
M. Cz.: Według moich obserwacji najczęściej mamy do czynienia z dwoma patologicznymi sytuacjami. W pierwszej z nich stażyści traktowani są jako darmowa siła robocza, służąca do kserowania i parzenia kawy. Słowem, do wykonywania zadań, których nikt inny nie chce robić. Ich obecność jest w firmie niepotrzebna, a oni sami niczego się nie uczą. Z drugą sytuacją mamy do czynienia, gdy stażysta ma takie same obowiązki jak regularni pracownicy i równie dużą odpowiedzialność. A wtedy brak wynagrodzenia boli jeszcze bardziej. Znam firmy, których funkcjonowanie opiera się głównie na pracy bezpłatnych stażystów. Kiedy tylko wspomną o możliwości innych warunków zatrudnienia, są zastępowani kimś innym.
Czy macie informacje o podobnych kampaniach, które odbywały się w innych krajach?
M. Cz.: Bezpłatne praktyki i staże to problem nie tylko w Polsce. W innych krajach protest przeciwko temu zjawisku przybiera formę nie tyle kampanii społecznej, co ruchu społecznego. Najsłynniejsze działają w Wielkiej Brytanii i USA. Przykładem są inicjatywy Intern Aware i Intern Labor Rights. Mają za sobą wiele udanych akcji, a ich protesty skłoniły niektórych pracodawców do zmiany swojej polityki.
Z mojego punktu widzenia najpoważniejszym problemem związanym z bezpłatnymi stażami i praktykami jest to, że utrwalają one nierówności społeczne. Jest grono młodych osób, które z powodów ekonomicznych nie mogą sobie pozwolić na pracę za darmo. Choćby dlatego, że nie mogą liczyć na wsparcie finansowe ze strony rodziców ani na dochody z innego źródła. W ten sposób w branżach, w których bezpłatne praktyki i staże są jedyną szansą na zdobycie doświadczenia, odbiera się młodym osobom możliwość wykonywania upragnionego zawodu.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Bartosz Oszczepalski, 20 listopada 2013 r.
przez Bartosz Oszczepalski | czwartek 31 października 2013 | Jesień 2013
W dobrze funkcjonującym państwie pracownik, którego prawa są łamane przez pracodawcę, powinien otrzymać stosowną pomoc od instytucji publicznych. Jak to wygląda w Polsce, w której wedle liberalnych mediów, polityków i liderów biznesu związki zawodowe są wszechmocne, a pracownicy nietykalni?
Liczby nie kłamią
Podstawową instytucją mającą za zadanie obronę pracownika, którego prawa są łamane, jest Państwowa Inspekcja Pracy. To organ powołany do sprawowania nadzoru i kontroli przestrzegania prawa pracy, w szczególności przepisów i zasad bezpieczeństwa i higieny pracy, a także przepisów dotyczących legalności zatrudnienia i innej pracy zarobkowej. Jeśli pracodawca np. nie wypłaca pensji czy nie przestrzega przepisów o czasie pracy, pracownik (także były pracownik) może złożyć skargę, osobiście lub za pośrednictwem poczty czy e-maila, w okręgowym inspektoracie pracy lub w jednym z jego oddziałów terenowych.
Inspektorzy pracy prowadzą co roku ok. 90 tys. kontroli w całym kraju. W 2012 r. wpłynęło do PIP niemal 44,3 tys. skarg, w których zgłaszający wskazali łącznie 95,4 tys. problemów wymagających interwencji inspekcji. Ponad połowę z nich stanowiły kwestie związane z nawiązywaniem i rozwiązywaniem stosunku pracy oraz z wynagrodzeniem za pracę i innymi świadczeniami (niewypłacanie lub nieprawidłowe i nieterminowe wypłacanie wynagrodzenia, w tym za pracę w godzinach nadliczbowych). Do głównych grzechów polskich pracodawców należy również zatrudnianie na umowy o dzieło i zlecenie zamiast na umowy o pracę oraz nieprzestrzeganie czasu pracy.
Niestety z roku na rok jest coraz gorzej. W 2010 r. nieprawidłowości stwierdzono u 47% skontrolowanych pracodawców, w 2011 r. u 50%, a rok później było to już 52%. W 2012 r. inspektorzy pracy ujawnili łącznie 86,6 tys. wykroczeń przeciwko prawom pracownika. Na sprawców wykroczeń nałożyli 18,9 tys. mandatów karnych na kwotę 22,5 mln zł oraz skierowali 3800 wniosków do sądu o ukaranie. W ponad 15 tys. przypadków za wystarczające uznali zastosowanie środków oddziaływania wychowawczego. Wydali ponad 10,1 tys. decyzji nakazujących natychmiastową wypłatę zaległych należności na łączną kwotę aż ponad 230 mln zł. Ponadto skierowali w wystąpieniach 33,8 tys. wniosków w sprawach płacowych. Rozpatrując wnioski inspektorów pracy, sądy orzekły grzywny w łącznej wysokości 7,2 mln zł wobec ponad 3,3 tys. sprawców wykroczeń. Do prokuratury skierowanych zostało 987 zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. W większości dotyczyły one udaremniania lub utrudniania inspektorom wykonywania czynności służbowych oraz złośliwego lub uporczywego naruszania praw pracowniczych.
Państwowa Inspekcja Pracy przekonuje, że kontrole przynoszą co roku wymierne efekty i na potwierdzenie podaje konkretne liczby. Działania kontrolno-nadzorcze Państwowej Inspekcji Pracy w roku sprawozdawczym doprowadziły do likwidacji bezpośrednich zagrożeń dla życia i zdrowia ponad 66 tys. pracowników. Pracodawcy wyeliminowali różnego rodzaju nieprawidłowości z zakresu legalności zatrudnienia w odniesieniu do 107 tys. pracujących. 5400 osób będących stronami umów cywilno-prawnych oraz 3,7 tys. osób pracujących bez żadnej umowy uzyskało potwierdzenie na piśmie istnienia stosunku pracy. Ponad 7 tys. pracowników różnych branż wykorzystało zaległe urlopy wypoczynkowe. Inspektorzy pracy wyegzekwowali dla ok. 119 tysięcy pracowników przysługujące im wynagrodzenia i inne świadczenia ze stosunku pracy na łączną kwotę 102 mln zł. Wyeliminowano liczne nieprawidłowości związane z zatrudnianiem w godzinach nadliczbowych – w odniesieniu do 6,6 tys. pracowników. Dla 22,6 tys. zatrudnionych została założona ewidencja czasu pracy, a w odniesieniu do 67 tys. pracowników – skorygowano jej zapisy, co przyczyniło się do wypłaty należności, których pracownicy zostali bezpodstawnie pozbawieni – czytamy w komunikacie PIP. Instytucja stwierdza również, że co roku zwiększa się liczba pracodawców przyłapanych na zatrudnianiu na tzw. umowy śmieciowe pomimo spełnienia warunków powstania stosunku pracy. W 2010 r. zakwestionowano 10% tego typu umów, w 2011 r. 13%, a rok później już 16%.
W 2012 r. skarg, które wpłynęły do Państwowej Inspekcji Pracy, było o 6% więcej niż w roku ubiegłym. Pokazuje to, że problem nieprzestrzegania przepisów kodeksu pracy przez pracodawców narasta. Większa liczba skarg skutkuje również wzrostem ilości spraw prowadzonych w sądach. Ile z nich jest pozytywnie rozpatrywanych przez sąd, a ile umarzanych? Według danych Ministerstwa Sprawiedliwości zgromadzonych na podstawie ewidencji z zakresu prawa pracy w pierwszej instancji w Sądach Rejonowych w 2012 r. ze wszystkich spraw, które zgłoszono, 20 138 uwzględniono w całości lub w części, a 9192 oddalono. Aż 20 788 umorzono, a 67185 odroczono. To może niepokoić, szczególnie że większość z tych spraw kierowana jest do sądu przez pracowników, a nie pracodawców.
Jeszcze bardziej wnikliwa w tej materii jest publikacja Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego pod redakcją Moniki Wieczorek i Katarzyny Bogatko – „Prawo antydyskryminacyjne w praktyce sądowej – raport z monitoringu”. Autorki zbadały akta sądowe w 22 sądach rejonowych, 17 sądach okręgowych oraz 3 sądach apelacyjnych. Wśród orzeczeń z lat 2004–2011, które zostały poddane monitoringowi i dotyczą spraw z zakresu prawa pracy, 38,89% zakończyło się w pierwszej instancji, a 59,26% w drugiej. Większość wyroków, które zapadły w I instancji (64,82%), to wyroki oddalające powództwa z tytułu naruszenia zasady równego traktowania. Jedynie 28,70% stanowiły wyroki zasądzające, a 6,48% wyroki częściowo zasądzające roszczenie. Tylko trochę lepiej wygląda to w przypadku wyroków II instancji: gdy pozwany pracodawca zaskarżył wyrok, 47,61% tego typu apelacji było oddalanych w całości, 33,33% zostało uwzględnionych, a 19,06% kierowanych do ponownego rozpatrzenia. Sytuacja pracownika, który chce walczyć o swoje prawa w polskim sądzie, jest więc naprawdę bardzo trudna.
Potwierdzają to również statystyki Ministerstwa Sprawiedliwości dotyczące czasu trwania postępowania spraw z zakresu prawa pracy w polskich sądach w 2012 r. Sprawy w sądach apelacyjnych trwały średnio 4,27 miesiąca. Dla porównania: rok wcześniej wskaźnik ten był niższy i wynosił 3,53 miesiąca. W sądach okręgowych sprawy apelacyjne z zakresu prawa pracy w 2012 r. trwały średnio 2,38 miesiąca, a w 2011 r. 1,85 miesiąca. Dłużej trzeba czekać na zakończenie postępowania we wszystkich sprawach z zakresu prawa pracy w sądach okręgowych. W 2012 r. wskaźnik wynosił aż 7,74 miesiąca, a w 2011 r. 7,23 miesiąca. Najdłużej, bo średnio 9,91 miesiąca, rozpatrywane były w 2012 r. sprawy z zakresu prawa pracy w sądach okręgowych od dnia pierwszej rejestracji w sądzie I instancji do dnia wydania orzeczenia II instancji. Sytuacja osób, które decydują się na pozwy, jest zróżnicowana w zależności od miejsca zamieszkania. Na czele niechlubnej listy znajdują się Łódź (18,10 miesiąca w 2012 r.) oraz Warszawa (17,88 miesiąca w 2012 r.). Statystyki potwierdzają, że to właśnie pracownicy ze stolicy muszą czekać najdłużej na zakończenie spraw z zakresu prawa pracy. W 2012 r. było to 7,23 miesiąca w przypadku spraw apelacyjnych w sądach apelacyjnych, 4,55 w przypadku spraw apelacyjnych w sądach okręgowych i 12,62 miesiąca w przypadku wszystkich spraw z zakresu prawa pracy w sądach okręgowych. Ogólnie rzecz biorąc, czas trwania postępowań dotyczących spraw z zakresu prawa pracy zwiększa się w skali całego kraju. Ponadto wciąż istnieje liczna grupa osób pokrzywdzonych, które muszą czekać na wyroki sądów nie kilka, a kilkanaście miesięcy lub nawet lata. Statystyki Ministerstwa Sprawiedliwości jasno wskazują, że dotyczy to coraz większej liczby obywateli.
Podsumowując zebrane dane – pracodawcy dopuszczają się wielu nadużyć w stosunku do pracowników. Nieprzestrzeganie przepisów kodeksu pracy jest zjawiskiem coraz częstszym w polskich firmach. Osoby, które kierują sprawy do sądów, są w ciężkiej sytuacji, ponieważ duża część postępowań jest umarzana, a do tego trwają one z roku na rok coraz dłużej.
Prawo a bolesna rzeczywistość
O wiele bardziej niepokojące i wymowne od samych liczb są relacje osób, które na własnej skórze doświadczyły złego traktowania ze strony pracodawców, a pomimo to nie mogły liczyć na pomoc ze strony aparatu państwa. W Polsce często prawo pisane jest fikcją.
Boleśnie przekonał się o tym Zbigniew Bąkowski. Mój rozmówca obecnie jest dyrektorem Biura Interwencji Obywatelskiej w Gdańsku, ale jeszcze w 2011 r. pracował w prywatnej firmie jako dyrektor ds. logistyki. – Byłem zszokowany tym, co mnie spotkało. Zostałem wyrzucony z pracy w momencie, gdy brakowało mi tylko dwóch miesięcy do tzw. okresu ochronnego, który według przepisów kodeksu pracy nie pozwala zwolnić pracownika przed emeryturą. Zwolniono mnie dyscyplinarnie z kompletnie błahych i naciąganych powodów. Dodam, że tak naprawdę pozbawiono mnie pracy nielegalnie, gdyż trzymiesięczny okres wypowiedzenia pokrył się częściowo z okresem ochronnym – opowiada. Odwołał się do sądu pracy, licząc, że sprawa bardzo szybko zostanie rozstrzygnięta na jego korzyść. Czekała go jednak bardzo niemiła niespodzianka. – Już na samym początku, podczas pierwszej rozprawy, sędzia na mnie nakrzyczała. Może się to wydawać nieprawdopodobne, ale tak właśnie się stało. Miała chyba do mnie pretensje, że w ogóle zdecydowałem się na skierowanie sprawy do sądu i używała sformułowań typu „co ja sobie wyobrażam?” i „czy naprawdę myślę, że mogę wygrać?”. Ponadto obrońca firmy złożył takie wyjaśnienia, które absolutnie nie powinny zostać przyjęte. Po jakimś czasie sędzia bez ogródek przyznała, że dla mnie jedynym wyjściem jest pójście na ugodę, ponieważ sprawa może toczyć się przez 2–3 lata, a i tak jest mała szansa na wygraną, bo „po tylu latach nie ma co liczyć na przywrócenie do pracy”. Nie chciałem umrzeć z głodu, więc musiałem zgodzić się na ten zgniły kompromis. Zamienili mi zwykłe zwolnienie na zwolnienie z winy zakładu i przyznali trzymiesięczne odszkodowanie. A ja stałem się osobą bezrobotną. Z tego co mi wiadomo, mój przypadek nie jest odosobniony. Firmy bardzo często liczą na to, że pracownik zmuszony ciężką sytuacją ekonomiczną podda się i pójdzie na ugodę. Dodatkowo firmy współpracują z kancelariami prawnymi, które specjalizują się w doradzaniu im, jak pozbywać się pracowników. Do tego dochodzi jeszcze niekompetencja sędziów. W mojej opinii ze swoich obowiązków bardzo często nie wywiązują się też Okręgowe Inspektoraty Pracy. Gdy zgłosiłem swoją sprawę do Państwowej Inspekcji Pracy, usłyszałem, że ich jako instytucję nie obchodzi tryb zwolnienia pracownika, a jedynie przestrzeganie regulaminu i przepisów z zakresu bezpieczeństwa i higieny pracy. To chyba nie wymaga komentarza. Można więc powiedzieć, że przepisy prawa pracy w zderzeniu z rzeczywistością są martwe – podsumowuje Zbigniew Bąkowski.
Innym wymownym przykładem jest historia dwóch pracowników firmy ochroniarskiej Dozorbud. Grzegorz Ilnicki, prawnik ze związku zawodowego Konfederacja Pracy, który bronił pracowników przed sądem pracy, opowiada: W kwietniu zakończył się proces, w którym domagaliśmy się od sądu ustalenia istnienia stosunku pracy dla pana Czesława, byłego pracownika Dozorbudu, który był zatrudniony przez trzy lata na umowie śmieciowej, bo jako osobie pełnosprawnej firma odmówiła podpisania umowy o pracę. Ponadto żeby zarobić 1500 zł brutto, musiał pracować ok. 240 godzin miesięcznie. Gdański sąd rejonowy przyznał mu ponad 40 tys. zł zaległego wynagrodzenia wraz z nadgodzinami oraz ekwiwalent za urlop, na którym nigdy nie był. Sędzia uznała, że w takiej sytuacji powinny być stosowane przepisy prawa pracy, a nie kodeksu cywilnego – tłumaczy Ilnicki. Byłaby to świetna wiadomość, gdyby nie to, że… Jarosław Wawro, inny pracownik firmy Dozorbud, który również walczył o ustalenie stosunku pracy, w tym samym sądzie usłyszał całkowicie odmienny wyrok. Prowadząca sprawę sędzia nie uznała naszych racji, składanych dowodów i argumentów, że pan Jarek nie był zleceniobiorcą, tylko w świetle prawa pracownikiem, któremu przysługuje umowa o pracę. Sędzia powiedziała, że pracownik podpisał umowę cywilnoprawną świadomie, a „w gospodarce rynkowej każdy powinien brać odpowiedzialność za siebie”. Dodała również, że umowa-zlecenie była korzystna zarówno dla pracodawcy, jak i pracownika, który miał źródło dochodu i nie musiał być bezrobotnym. To kuriozalne uzasadnienie i dlatego postanowiliśmy złożyć skargę kasacyjną – dodaje mój rozmówca.
Ilnicki uważa, że pracownicy w sądach często spotykają się z brakiem zrozumienia. – Sądy coraz częściej przyznają rację pracodawcom, a nie pracownikom, nawet w sytuacji, gdy wina leży ewidentnie po stronie tych, którzy zatrudniają. Jest to zarówno skutek postępującej liberalizacji prawa pracy, jak i specyficznego sposobu myślenia wielu polskich sędziów. Ponadto bardzo często bywa tak, że sprawy w sądach pracy ciągną się latami. Procesy pana Czesława i pana Jarka zakończyły się po dwóch latach. To zdecydowanie za długo. Sprawy związane z kodeksem pracy nie mogą być traktowane jak te dotyczące prawa karnego i nie powinny nie powinny toczyć się tak długo. Negatywny wpływ na długość postępowań miała decyzja Krzysztofa Kwiatkowskiego, byłego ministra sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska, który zlikwidował ponad 70 sądów pracy. To właśnie z tego powodu sprawy toczą się latami, a osoby, które się sądzą, muszą pokonywać sporą trasę, żeby dotrzeć na rozprawę, bo sądy rejonowe znajdujące się w pobliżu ich miejscowości już nie istnieją – twierdzi Ilnicki. Podobnie jak mój poprzedni rozmówca, również on ma wiele zastrzeżeń do Państwowej Inspekcji Pracy. – Okręgowe inspektoraty bardzo rzadko zajmują się sprawami dotyczącymi ustalenia stosunku pracy. A tu przecież chodzi o ludzkie zdrowie, a nawet życie. Mężczyzna, który w Gdańsku był zatrudniony jako sprzątacz, zmarł w trakcie wykonywania swojej pracy. Pracował na „śmieciówce” i nie miał stosownych badań lekarskich, które są wymagane w przypadku podpisania umowy o pracę. Gdyby wcześniej przeszedł badania, byłaby szansa, że lekarz nie dopuści go do wyczerpującej pracy fizycznej. Może nie doszłoby do tej tragedii – wyjaśnia.
Ilnicki reprezentował w sądzie również kobiety, które spotkały represje za przynależność związkową w gdyńskiej firmie odzieżowej Bell. Jedną z nich była Izabella Klimkiewicz. – Pracowałam w sklepie należącym do firmy Bell jako sprzedawca. Zaczęło się od tego, że pracodawca nie przestrzegał regulaminowego czasu pracy. Pracowaliśmy ponad siły, po kilkanaście godzin dziennie – również w soboty i niedziele. Mieliśmy tylko dwa dni wolnego w miesiącu. W październiku 2010 r. koleżanki zdecydowały się na założenie związku zawodowego. W grudniu 2010 r. postanowiłam przystąpić do niego. Domagałyśmy się zaległych pieniędzy za nadgodziny, ale dostałyśmy tylko jakieś „ochłapy”. Z biegiem czasu sytuacja pogarszała się. Ponieważ w sklepie była duża rotacja personelu, zatrudniono nową kierownik, która nie miała doświadczenia w pracy na takim stanowisku. Wpisywała nam do grafiku bardzo dużą liczbę godzin. W zasadzie mieliśmy dwa grafiki: ten oficjalny dla Państwowej Inspekcji Pracy oraz nieoficjalny, niekorzystny dla nas. Gdy poprosiłyśmy prezes zarządu Teresę Zalewską o godne traktowanie, w odpowiedzi ona obrzuciła nas wyzwiskami – relacjonuje pani Izabella.
Kobiety były zmuszone do wysłuchiwania obelg również z powodu swojej przynależności związkowej. Padły takie sformułowania jak Nogi z d… powyrywam tym, które wstąpiły albo Kręcicie na siebie bat. Po pewnym czasie pracownice – Izabella Klimkiewicz i pani Danuta – dostały wypowiedzenie. Ich pełnomocnik Grzegorz Ilnicki skierował sprawę do sądu pracy, który przyznał Izabelli Klimkiewicz 4800 zł odszkodowania za nieuzasadnione zwolnienie. Odszkodowanie za dyskryminację w miejscu pracy zostało zasądzone także dla pani Danuty, ale po odliczeniu kosztów procesu, który trwał dwa lata, wyniosło ono zaledwie nieco ponad 1000 zł. Sędzia uznała, że pani Danuta była dyskryminowana przez pracodawcę, ale niestety oddaliła powództwo w tej części, w której dotyczyło ono odszkodowania za nieuzasadnione zwolnienie kobiety, tłumacząc, że jej miejsce pracy zostało zlikwidowane wraz ze sklepem, w którym była zatrudniona. Z tym orzeczeniem nie zgadza się Ilnicki, który wyjaśnia, że sklep został jedynie przeniesiony na inne piętro w galerii handlowej, a propozycję pracy tam dostały jedynie te pracownice, które nie należały do związku zawodowego.
Izabella Klimkiewicz dodaje, że szukając pracy w wielu sieciach handlowych, spotykała się z przypadkami nieprzestrzegania czasu pracy. – Kiedyś znalazłam ofertę, w której było napisane, że jeden z supermarketów szuka kasjerów i praca ma być wykonywana od poniedziałku do piątku w wymiarze 8 godzin. Po przyjściu na rozmowę kwalifikacyjną okazało się jednak, że trzeba pracować po 11–12 godzin dziennie, również w soboty i niedziele, a jeden dzień wolny przysługuje tylko co dwa tygodnie. Sieci handlowe nagminnie omijają prawo, fałszując ewidencję czasu pracy. Tylko że ktoś na to pozwala. Państwowa Inspekcja Pracy częściej powinna przeprowadzać kontrole, żeby wyeliminować patologie – argumentuje. Wśród moich rozmówców przewija się opinia, że przepisy, nawet jeśli dobre, nie są przestrzegane, a instytucje państwowe nie zawsze stoją na wysokości zadania w kwestii egzekwowania tych praw.
O tym, że praca w sieciach handlowych nie wychodzi pracownikom na zdrowie, przekonała się boleśnie Ilona Szymanek, która była zatrudniona w „Biedronce” we Wrocławiu. – W 2006 roku miałam wypadek w pracy. Na skutek dźwigania przeze mnie ciężarów nastąpiło przeciążenie i uszkodzenie kręgosłupa. Ze sklepu zabrało mnie do szpitala pogotowie, a tam przeprowadzono natychmiastową operację. W zakładzie miało miejsce nagminne łamanie praw pracowniczych – bardzo duża liczba nadgodzin, fałszowanie ewidencji pracy i nieprzestrzeganie przepisów BHP. Zdecydowałam się wytoczyć proces firmie Jeronimo Martins. Wyrok w pierwszej instancji był dla mnie korzystny. Dostałam odszkodowanie oraz rentę wyrównawczą. Niestety firma zaczęła się odwoływać od tego wyroku. Powoływani są ciągle nowi świadkowie, proces trwa już od siedmiu lat i myślę, że to celowy zabieg mojego byłego pracodawcy. Chcą przedłużać postępowanie w nieskończoność, a ja, jako osoba niepełnosprawna, nie mogę teraz znaleźć pracy – powiedziała.
Pani Ilona otrzymała pomoc prawną od Stowarzyszenia Poszkodowanych Przez Sieci Handlowe „Biedronka”. Organizacja ta zrzesza obywateli, który czują się skrzywdzeni przez portugalską „sieciówkę”. – Stowarzyszenie założyło kilku właścicieli małych firm, które zostały oszukane przez Jeronimo Martins. Moja firma zbankrutowała na skutek działań „Biedronki”. Po jakimś czasie zaczęli się jednak do nas zgłaszać pracownicy najemni, którzy czuli się pokrzywdzeni przez „Biedronkę”. To nas zainspirowało do utworzenia sekcji pracowniczej w stowarzyszeniu – opowiada Edward Gollent ze Stowarzyszenia Poszkodowanych Przez Sieci Handlowe „Biedronka”. Lista przewinień tej firmy jest bardzo długa – od mobbingu czy zatrudniania pracowników bez badań lekarskich do zmuszania do pracy w nadgodzinach bez umieszczania ich w ewidencji czasu pracy. Dzięki takim praktykom „Biedronka” ma zaległości finansowe wobec pracowników sięgające kwoty 125 mln zł. My oczywiście pomagamy tym ludziom, zapewniamy wsparcie prawne. Obecnie przygotowujemy proces zbiorowy, w którym będziemy się starać o zadośćuczynienie dla ok. 40 pracowników. Wiele razy mówiłem o tych nadużyciach w mediach, za co Jeronimo Martins podało mnie do sądu. Przegrali jednak proces. Na potrzeby tej rozprawy sąd przesłuchał ok. 100 pracowników i jednoznacznie potwierdził, że wyzysk stosowany przez „Biedronkę” był planowy – dodaje pan Edward.
Niech prawo działa
Co należałoby zrobić, żeby usprawnić funkcjonowanie instytucji państwowych, tak aby mogły one w sposób bardziej efektywny i skuteczny egzekwować przepisy prawa pracy? W piśmie wystosowanym w czerwcu bieżącego roku przez Główną Inspektor Pracy Iwonę Hickiewicz do Ministra Pracy i Polityki Społecznej Władysława Kosiniaka-Kamysza zaproponowano kilka rozwiązań legislacyjnych, które mogłyby ukrócić nieprawidłowości na rynku pracy i pozwoliły inspektorom pracy skuteczniej interweniować. Hickiewicz przyznaje, że niewielka wysokość kar nakładanych przez Państwową Inspekcję Pracy na podmioty powierzające innym osobom pracę w sposób nielegalny nie stanowi dostatecznego hamulca naruszania przepisów w tym zakresie. PIP proponuje nowelizację kodeksu pracy, która ma polegać na wprowadzeniu wymogu zawarcia umowy o pracę na piśmie przed dopuszczeniem do pracy oraz nowelizację ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych, wprowadzającą obowiązek zgłoszenia osób zatrudnionych lub wykonujących inną pracę zarobkową do ubezpieczeń społecznych przed rozpoczęciem pracy.
W opinii Hickiewicz brak tych rozwiązań sprzyja patologiom na rynku pracy, a ich przeforsowanie ograniczy proceder zatrudniania „na czarno”, gdyż obecnie inspektorzy, którzy zwracają uwagę pracodawcom na brak podpisanej umowy z pracownikiem, bardzo często uzyskują odpowiedź, że pracownik pracuje od dzisiaj, choć w rzeczywistości jest zatrudniony od dłuższego czasu. Pracodawca może się tak tłumaczyć, gdyż prawo obecnie nakłada na niego obowiązek podpisania umowy w dniu rozpoczęcia pracy, a nie przed zatrudnieniem. Ponadto podmiot zatrudniający jest obecnie zobowiązany do zgłoszenia ZUS-owi osoby podlegającej temu obowiązkowi w terminie do 7 dni od daty powstania obowiązku ubezpieczenia. Państwowa Inspekcja Pracy chce to zmienić, ale póki co pismo nie spotkało się z żadną odpowiedzią ministra.
O rozwiązaniach, które mogłyby polepszyć sytuację pracowników, rozmawiałem również z Waldemarem Bartoszem, przewodniczącym NSZZ „Solidarność” w woj. świętokrzyskim. – Najpierw muszę wskazać główne bariery. Niestety przeciętny pracownik, jeśli nie korzysta z pomocy organizacji lub związków zawodowych, praktycznie nie ma możliwości dochodzenia swoich praw. Prawo bywa bardzo skomplikowane i czasem nawet nasi związkowi prawnicy zastanawiają się, czy dana sprawa podlega pod prawo pracy, czy pod ustawę o ubezpieczeniach społecznych, a może pod prawo cywilne lub kodeks karny… Zwykły obywatel nie ma szans połapania się w tych zawiłościach. Ponadto do niedawna większość spraw pracowniczych nie była obarczona kosztami sądowymi, lecz niestety już tak nie jest. Wiadomo przecież, że pracownik, któremu pracodawca od dłuższego czasu nie płaci, nie będzie miał pieniędzy na pokrycie kosztów procesu. Nawet te 200–300 zł dla kogoś, kto jest bezrobotny, będzie dużą sumą. Jednym z postulatów „Solidarności”, składanych do Sejmu, jest zwolnienie spraw pracowniczych z jakichkolwiek opłat sądowych. Tak było jeszcze w latach 90. i do tego trzeba powrócić. Poza tym domagamy się, żeby sprawy pracownicze były rozstrzygane tylko w sądzie pracy, a nie – jak to się dzieje obecnie – w wielu sądach, co skutkuje dezorientacją obywateli. Takie rozwiązanie zastosowano w innych krajach europejskich i świetnie się tam sprawdza. Dodatkowo obecnie w sytuacji, gdy pracodawca został przyłapany przez inspektorów na zatrudnianiu pracownika na umowę-zlecenie, a jego charakter pracy wskazuje, że należy mu się umowa o pracę, ewentualny nakaz inspektora w sprawie zamiany stosunku pracy spotyka się niejednokrotnie z brakiem jakichkolwiek czynności ze strony kontrolowanego podmiotu. Uważamy, że decyzje inspektorów powinny mieć charakter wiążący, tak jak decyzje sądu, a pracodawca mógłby się od nich odwoływać. Sam mandat dla firm jest zwykle karą mało dotkliwą. Chcemy również, żeby w procesach to nie pracownik, a Państwowa Inspekcja Pracy była stroną, gdyż osoby zatrudnione często są pod presją pracodawców i boją się, iż dochodzenie spraw w sądzie skończy się zwolnieniem – mówi Waldemar Bartosz.
Mój rozmówca zwraca również uwagę, że obecnie związki zawodowe nie mogą chronić niektórych pracowników. – Osoba zatrudniona na umowie cywilnoprawnej nie podlega ochronie związków zawodowych i nie ma możliwości zapisywania się do nich. Zaskarżyliśmy ten przepis do Międzynarodowej Organizacji Pracy, która zaleciła polskiemu rządowi zmianę prawa w tym zakresie. MOP stwierdził słusznie, że pracownicy, którzy nie mają umów o pracę, są w Polsce dyskryminowani. I chociaż zalecenie miało miejsce, to rząd w żaden sposób nie zareagował. W naszym przekonaniu należy zastanowić się nad wzmocnieniem zaleceń MOP-u, aby obligowały one rządy do konkretnych działań w zakresie zmiany prawa. Zdajemy sobie również sprawę z tego, że w związku z mentalnością sędziów większość wyroków w sądach zapada na niekorzyść pracowników. Tego już jednak żadne prawo nie zmieni. Musimy walczyć o to, żeby w Polsce zmienić sposób postrzegania spraw pracowniczych. Są one przecież elementem praw człowieka. Tymczasem wielu Polaków traktuje prawa pracownicze jako przywileje. To należy zmienić i to jest chyba największe wyzwanie dla wszystkich osób, którym na sercu leży dobro polskich pracowników – mówi szef świętokrzyskiej „Solidarności”.
Wbrew przekazowi głównych mediów sytuacja pracowników najemnych jest w Polsce trudna. Choć łamanie ich praw stało się zjawiskiem powszechnym, to poszkodowani nie zawsze mogą liczyć na odpowiednią pomoc państwa. Bywa, że pracownik jest w gorszym położeniu od pracodawcy nie tylko na rynku, ale również w sądzie. Państwowa Inspekcja Pracy co roku w wielu przypadkach egzekwuje przestrzeganie praw pracowniczych od pracodawców, ale jednocześnie bardzo często wykazuje bierność lub jest bezradna z powodu istniejącego prawa czy rozwiązań instytucjonalnych. Oczywiście potrzebna jest wzmożona aktywność związków zawodowych oraz nagłaśnianie tych problemów przez ekspertów i dziennikarzy. Żeby jednak coś się zmieniło na lepsze, to my, obywatele, musimy mieć świadomość swojego położenia. Ponadto musimy również nauczyć się wspólnie walczyć o własne prawa i interesy.