Pracują dużo, zarabiają mało

Pracują dużo, zarabiają mało

Z Zenonem Kopyścińskim, przewodniczącym Niezależnego Związku Zawodowego Kierowców, rozmawiamy o trudnej sytuacji polskich kierowców i kondycji transportu publicznego.

***

W ubiegłym roku złożyliście do sejmowej komisji ds. petycji wniosek o zmianę ustawy o czasie pracy kierowców, dotyczącej indywidualnego rozkładu ich czasu pracy. Czego dokładnie dotyczy petycja? Dlaczego ta zmiana jest niekorzystna dla pracowników? W jaki sposób wpływa na ich pracę?

Zenon Kopyściński: Zmiany wprowadzone w 2012 r. ustawą o czasie pracy kierowców, w art. 8 dyskryminują kierowców, powodując pogorszenie warunków pracy, wypoczynku. Wpłynęły one niekorzystnie na ich wynagradzanie. Indywidualny rozkład czasu pracy, wprowadzony w art. 8 ust. 2, 3 i 4 ustawy, doprowadził do sytuacji, w której pracodawcy mogą wdrażać różne godziny rozpoczęcia i kończenia pracy. Mogą także wezwać pracownika-kierowcę do wykonywania pracy ponownie w tej samej dobie pracowniczej i nie oznacza to pracy w godzinach nadliczbowych. To także powoduje, że pojęcie 24-godzinnej doby pracowniczej dla kierowców, o której jest mowa w art. 8 ust. 1 wspomnianej ustawy, straciło dotychczasowe znaczenie, ponieważ pracodawcy od czasu zmiany ustawy mogą skrócić dobę pracowniczą z 24 godzin do na przykład 21 godzin, a nawet do 19 godzin. To oznacza, że nie muszą płacić kierowcom za godziny nadliczbowe za wezwanie ich do pracy w tej samej dobie pracowniczej – inaczej niż to miało miejsce przed zmianą ustawy. Z tego tytułu kierowcy ponoszą straty finansowe. Indywidualny rozkład czasu pracy powoduje, że po skróceniu doby pracowniczej, w pięciodniowym tygodniu pracy pojawia się sześć cyklów pracy. Taki system stał się bardzo wyczerpujący dla kierowców. Ma on bardzo niekorzystny wpływ na ich zdrowie, życie rodzinne, a także na bezpieczeństwo w ruchu drogowym. Tak eksploatowani kierowcy są zagrożeniem w ruchu drogowym, a media w razie wypadku drogowego z udziałem kierowców zawodowych zazwyczaj informują, że zawinił czynnik ludzki, a nie stan techniczny pojazdu. Niestety nikt nie pyta, w jakich warunkach musi pracować ten „czynnik ludzki”. Indywidualny rozkład czasu pracy musi być usunięty z ustawy.

Poprzedni rząd tłumaczył potrzebę wprowadzenia tych zmian złą sytuacją ekonomiczną przewoźników i niestabilną sytuacją transportu drogowego. Jakich argumentów związek używał przeciwko tym tezom?

Z. K.: Była to tylko wygodna przykrywka dla tych zmian. Tak naprawdę zaowocowało to jeszcze większym pogorszeniem sytuacji w transporcie drogowym, ponieważ zmiany te zniechęciły dotychczasowych kierowców zawodowych do wykonywania zawodu i spowodowały falę odejść do innych miejsc zatrudnienia. Potencjalni kandydaci nie chcą pracować w tej branży ze względu na wyczerpujący system pracy. Kierowca w dyspozycji pracodawcy jest od 13 do 15 godzin na dobę, mając w zanadrzu jedynie krótki odpoczynek dobowy od 9 do 11 godzin, oraz tygodniowy odpoczynek od 24 do 45 godzin.

Niekorzystne zmiany w ustawie z 2011 r. zostały wprowadzone z inicjatywy grupy posłów, wobec tego nie było konsultacji społecznych i związki zawodowe nie mogły w ramach dialogu społecznego zająć stanowiska w tej sprawie. Dopiero po zmianie ustawy w 2012 r. rozpoczęliśmy odpowiednie działania przy współpracy z Forum Związków Zawodowych, do której to federacji należymy jako związek.

Czy ówczesny resort wsłuchiwał się w wasze argumenty?

Z. K.: Wystosowaliśmy w tej sprawie szereg pism, między innymi do Marii Wasiak, ówczesnej Minister Transportu i Rozwoju, oraz do sejmowej Komisji Infrastruktury, z propozycją wielu zmian w ustawie o czasie pracy kierowców. Po tych pismach początkowo wydawało się, że ówczesny resort skłonny jest pochylić się nad naszymi propozycjami, ale była to tylko złudna nadzieja. Pozytywną opinię na temat propozycji naszych zmian zawarł w piśmie Zbigniew Rynasiewicz, Sekretarz Stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju. Jednak skończyło się tylko na pozytywnej opinii. Mamy nadzieję, że obecny rząd i parlament zmienią to złe prawo.

Jak obecnie ocenia Pan szansę na powrót do poprzedniego stanu prawnego? Czy obecnie są prowadzone jakieś rozmowy w tej sprawie z przedstawicielami ministerstw?

Z. K.: Zobaczymy, co się stanie w przyszłości, ale mamy głęboką nadzieję, że w obecnej sytuacji politycznej istnieje szansa na powrót poprzedniego stanu prawnego, a nawet na poprawienie ustawy o czasie pracy kierowców oraz innych przepisów dotyczących ich pracy, tak, aby zatrzymać obecnych kierowców w tym zawodzie i zachęcić do pracy w naszej branży inne osoby. Uważamy, że takie zmiany są niezbędne, ponieważ oficjalnie mówi się o braku kierowców zawodowych idącym w dziesiątki tysięcy wakatów. W tym celu, na wniosek Rady Dialogu Społecznego w sprawie powołania zespołu dla prowadzenia branżowego dialogu społecznego ds. transportu drogowego, obecna Minister Rodziny Pracy i Polityki Społecznej powołała Trójstronny Zespół ds. Transportu Drogowego, działający przy Ministrze Infrastruktury i Budownictwa. Powołanie tego zespołu powinno przyczynić się do wypracowania nowych, lepszych przepisów prawa o transporcie drogowym, w których uwzględnione będą godziwe warunki pracy, płacy i odpoczynku kierowców. Jesteśmy wdzięczni za tę inicjatywę.

Z jakimi problemami borykają się obecnie kierowcy w Polsce? Co należałoby jeszcze zmienić?

Z. K.: Problemy te uzależnione są od rodzaju transportu. Inne kłopoty występują w przewozie towarów, w przewozach międzynarodowych i krajowych, a inne w przewozie osób, w tym w przewozie osób do 50 km.

W przewozie towarów czy surowców problemem jest zbyt długi czas pracy, krótkie odpoczynki dobowe i tygodniowe oraz ograniczony dostęp do infrastruktury socjalnej w miejscu odbywania odpoczynku dobowego i tygodniowego. Kierowcy są przymuszani do odbywania odpoczynku w kabinie kierowcy i nie mają możliwości odpowiednio wypocząć i zregenerować organizmu. Z biegiem czasu nawarstwia się przemęczenie fizyczne i psychiczne. Problemem są również źle zlokalizowane parkingi dla samochodów ciężarowych. Dobiegający hałas z dróg uniemożliwia kierowcom spokojny sen. Kierowcom doskwiera także długotrwała rozłąka z rodziną oraz fakt, że będąc w trasie siłą rzeczy trudno zadbać o odpowiednie odżywanie się, co potem wpływa negatywnie na zdrowie. Ponadto dochodzą kradzieże przewożonych ładunków i okradanie kierowców. Ogólnie praca ta stała się niebezpieczna. Pewną niedogodnością jest także długotrwałe oczekiwanie na terminalach odpraw granicznych na wschodniej granicy naszego kraju. Ograniczony jest dostęp do sanitariatów i pomieszczeń socjalnych, sfatygowana i przestarzała jest infrastruktura na terminalach. Niestety te przeszkody nie są rekompensowane adekwatnymi zarobkami. Wynagrodzenie określone w umowie o pracę w większości przypadków oscyluje wokół minimalnej krajowej.

Głównym problemem kierowców pracujących w komunikacji miejskiej jest z kolei właśnie wydłużony czas pracy, o którym wcześniej mówiłem (nawet do 12 godzin na dobę). Pracodawcy wprowadzają indywidualny rozkład czasu pracy, co przyczynia się do skracania odpoczynku dobowego tylko do minimalnej wartości, tzn. do 11 godzin na dobę. Nie stosuje się takiego indywidualnego rozkładu czasu pracy w żadnym innym zawodzie w naszym kraju, przez co kierowcy są wyjątkowo dyskryminowani. Wiąże się to z dużym obciążeniem psychicznym i fizycznym. Z tym obciążeniem nie radzą sobie i nie zgadzają się na nie w szczególności młodzi kierowcy, którzy mają możliwość podjęcia pracy w innych zawodach, mniej wyczerpujących i oferujących porównywalne lub wyższe zarobki, przy 8-godzinnym dniu pracy i znacznie dłuższym odpoczynku. Ponadto często zwracamy uwagę na nieuwzględnianie w wynagrodzeniu kierowców wydłużających się czynności związanych z obsługą codzienną pojazdu –przy wyjeździe z zajezdni autobusowej i po zjeździe po zakończonej pracy. Należałoby też zrobić coś z ograniczonym dostępem do infrastruktury socjalnej na pętlach autobusowych. Ponieważ coraz więcej kobiet pracuje w komunikacji miejskiej na stanowisku kierowcy, dostęp do sanitariatów jest kluczowym wyzwaniem dla organizatorów przewozów. Nawet władze Warszawy nie rozwiązały do tej pory tego ważnego problemu. Kolejna paląca kwestia, która wymaga zmiany, to źle zaplanowane rozkłady jazdy, nieuwzględniające korków ulicznych i przyczyniające się do tego, że kierowcy przyjeżdżają z dużym opóźnieniem, co ogranicza ich możliwość odpoczynku i generuje konflikty z pasażerami.

Transport publiczny w Polsce niedomaga. Polikwidowano PKS-y, do wielu miejscowości nie dojeżdża żaden bus lub autobus. Trwają prace nad nowelizacją ustawy o transporcie publicznym, która w założeniu ma wyjść naprzeciw oczekiwaniom wielu obywateli pozbawionych dostępu do transportu. Jak Pan ocenia ten projekt i co według Pana powinno się w nim jeszcze znaleźć, aby usprawnić transport w kraju?

Z. K.: Publiczny transport zbiorowy to poważne wyzwanie dla gmin, związków międzygminnych, miast na prawach powiatu, związku powiatów i województw. Obecnie ta forma transportu nie funkcjonuje dobrze, przez co niektóre rejony kraju pozbawione są dostępu do komunikacji publicznej.

Ustawa o Publicznym Transporcie Zbiorowym z 1 marca 2011 r. znacząco zmieniła zasady odpowiedzialności za funkcjonowanie komunikacji publicznej. Podstawową zmianą wprowadzoną w życie w ramach tej ustawy jest nałożenie na jednostki samorządu terytorialnego obowiązku organizacji publicznego transportu zbiorowego na swoim terenie. Takie rozwiązanie powoduje, że to organizator, a nie przedsiębiorca, będzie ponosił odpowiedzialność wobec społeczeństwa za funkcjonowanie publicznego transportu zbiorowego.

Tylko że obecnie to jest tylko teoria zapisana w ustawie, niewiele mająca wspólnego z praktyką. Można tutaj mnożyć przykłady i jednoznacznie stwierdzić, że większość jednostek samorządu terytorialnego nawet w najmniejszym stopniu nie wywiązuje się z obowiązków nałożonych na nie w ramach ustawy o PTZ. Otóż samorządy nie badają potrzeb przewozowych swoich mieszkańców dla obszaru właściwości organizatora, nie organizują komunikacji publicznej, a jeśli nawet, to nie interesują się, w jaki sposób ona funkcjonuje i czy zaspokaja potrzeby lokalnej społeczności. Samorządy nie dofinansowują komunikacji i nie wyrażają zainteresowania, aby współfinansować już istniejący transport, szczególnie na odcinkach nierentownych, ale istotnych z punktu widzenia dobra wspólnego i interesu społecznego.

Według mojej oceny, jako osoby, który od lat jest związana z transportem publicznym, te wszystkie elementy składają się na fakt, że kolejne miejscowości są odcinane od komunikacji. Bez udziału samorządów lokalnych w jej organizowaniu i finansowaniu żaden przewoźnik samodzielnie nie udźwignie ciężaru realizacji tych zadań tam, gdzie jest bardzo mały potok pasażerski i nie zapewnia on nikomu rentowności. Transport publiczny był od lat zaniedbywany, ciągle odkładano na później problem niewystarczającego dofinansowania. W biednych powiatach i gminach doprowadziło to do pozbawienia społeczności lokalnej dostępu do komunikacji zbiorowej. W niektórych regionach kraju funkcjonują mali przewoźnicy, tzw. busiarze, ale ta komunikacja nie ma nic wspólnego z transportem publicznym, to raczej działająca szara strefa czyszcząca lokalny rynek z pieniędzy poprzez omijanie rejestracji przejazdu na kasie fiskalnej lub używanie kasy fiskalnej niespełniającej kryteriów rozporządzenia o kasach rejestrujących przejazd. Przewoźnicy komercyjni są zainteresowani tylko liniami o wysokim potoku pasażerskim. Dlatego są potrzebne konkretne rozwiązania systemowe, które wyeliminują szarą strefę i uproszczą prowadzenie komunikacji przewoźnikom spełniających określone kryteria, np. zatrudnianie kierowców do wykonania zadania publicznego na umowę o pracę. Jednak do dobrego funkcjonowania komunikacji publicznej potrzebny jest jeden podstawowy element, jakim jest finansowanie przez polskie państwo zadań z tego zakresu, bo przekazywanie tych obciążeń samorządom lokalnym to tylko odsunięcie narastającego problemu. Problem pozostaje, bo większość samorządów niższego szczebla w naszym kraju nie jest obecnie w stanie sfinansować dodatkowych i kosztownych zadań z zakresu komunikacji publicznej. Dlatego właśnie niezbędna jest pomoc finansowa ze środków wojewódzkich lub z budżetu państwa.

Zaproponowane zmiany w ustawie o publicznym transporcie zbiorowym (projekt z dnia 27.02.2017 r.) w pewnym stopniu mają szansę poprawić dostęp do komunikacji. Godna uznania jest zasada, według której dostęp do rynku przewozów drogowych będzie możliwy tylko w drodze umów pomiędzy operatorem a organizatorem w ramach zawartych przetargów, z wyjątkiem międzywojewódzkich przewozów pasażerskich. Operatorzy, którzy wygrali przetarg, będą mogli obsługiwać te odcinki, gdzie są duże potoki pasażerskie, co zapewni im rentowność, dzięki czemu obciążenie finansowe dla gmin i powiatów będzie mniejsze.

Dziękuję za rozmowę.

Pruszków, 10.03.2017 r., rozmawiał Bartosz Oszczepalski.

Przywróćmy godność ludziom pracy

Przywróćmy godność ludziom pracy

Z Ewą Miszczuk – socjolożką, jedną z inicjatorek pomysłu powołania instytucji Rzecznika Praw Pracowniczych, rozmawiamy o sytuacji pracowników na polskim rynku pracy i o pomyśle stworzenia rzecznika takich osób.

***

W jakich okolicznościach doszło do utworzenia Komitetu Społecznego ds. Powołania Rzecznika Praw Pracowniczych?

E. M.: Pomysł utworzenia instytucji Rzecznika Praw Pracowniczych ma oddolne korzenie – pojawił się w 2013 r. podczas przygotowania demonstracji 1 Maja we Wrocławiu, która odbyła się pod hasłem „Specjalna strefa wyzysku – Polska”. Przed demonstracją działaczki i działacze Koalicji 1 Maja we Wrocławiu spisali postulaty pracownicze, które zostały przekazane posłom PO. Wśród spisanych żądań znalazła się konieczność przeprowadzenia analizy korzyści i strat związanych z funkcjonowaniem Specjalnych Stref Ekonomicznych, propozycja zaostrzenia kar za łamanie praw pracowniczych, za utrudnianie działalności związkowej, za niewypłacanie wynagrodzeń, oraz właśnie postulat powołania Rzecznika Praw Pracownika. Sam pomysł RPP pojawił się nieco wcześniej – gdy poszukiwałam informacji o prawach pracowniczych w różnych krajach, dowiedziałam się, że taka instytucja istnieje w Australii i bardzo mnie to zainspirowało. Natomiast w obieg społeczny ten pomysł został wprowadzony podczas wspomnianej akcji Koalicji 1 Maja. Później coraz częściej pojawiały się głosy ze strony działaczy lewicy, że warto tę ideę kontynuować, ponieważ sytuacja ludzi pracy jest na tyle trudna (szczególnie tych, których nie obejmuje Kodeks pracy), że należy zacząć myśleć o rozwiązaniach na poziomie systemowym.

Po pewnym czasie z grupą osób z lewicy, działaczy związkowych, członków partii lewicowych i zaprzyjaźnionych ekspertów zaczęliśmy drążyć temat. Z racji mojego zawodu mogłam przeprowadzić coś na kształt badania socjologicznego, opartego na specjalnym kwestionariuszu wywiadu pogłębionego. Przez około rok trwały wywiady eksperckie na temat tego, jak RPP powinien działać, jakie cele realizować i jak mógłby najskuteczniej rozwiązywać problemy ludzi pracy. Pytaliśmy też o to, jak Rzecznik powinien być umocowany prawnie w odniesieniu do Kodeksu pracy, Państwowej Inspekcji Pracy czy też ustawy o związkach zawodowych. W 2015 r. wyniki tych analiz podsumowaliśmy na konferencji, która odbyła się w głównej siedzibie Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych.

Jaki jest cel tej inicjatywy? Czy tworzenie nowej instytucji jest niezbędne? Może wystarczyłoby wzmocnić PIP i sukcesywnie naprawiać kodeks pracy?

E. M.: W ostatnich dekadach zaszła bardzo niekorzystna zmiana na poziomie świadomości społecznej – zaczęliśmy wierzyć, że zysk wypracowywany przez podmioty gospodarcze jest niemal wyłącznie wynikiem sprytu i innych pozytywnych cech przedsiębiorców, pracownicy zaś są postrzegani jako koszt, nie inwestycja. A koszty należy ograniczać, ciąć, niwelować. Tymczasem w ogromnej mierze to od wykwalifikowanej, zaangażowanej kadry zależy sukces firmy. Bez pracowników mielibyśmy puste biura, hale produkcyjne, puste miejsca na kasach w marketach – i najbardziej kreatywny przedsiębiorca musiałby zwijać interes. Plaga umów śmieciowych na polskim rynku pracy jest wynikiem takiego postrzegania pracowników – nie są oni częścią firmy, są w pełni wymienialni i tylko „na jakiś czas”, więc nie ma sensu tworzyć dla nich etatów. Powstanie RPP byłoby jednoznacznym sygnałem ze strony państwa, że pracownicy (niezależnie od formy zatrudnienia) mają zagwarantowane prawa, wynikające z ich wkładu w gospodarkę.

W sytuacji pogarszających się warunków pracy nie powinniśmy się obawiać konkurencji pomiędzy podmiotami, które mają chronić pracowników. Przeciwnie, im więcej tych instytucji i organizacji, im są one silniejsze, tym pozycja pracowników będzie lepsza. A przecież o to nam chodzi – o poprawę bytu pracowników i ich rodzin oraz o przywrócenie godności ludzi pracy. Trudnych do rozwiązania problemów na rynku pracy jest tak wiele, że powinny cały czas powstawać różne organizacje, instytucje, powinny ich być dziesiątki. Niestety, z tym jest w Polsce ogromny problem. Różne badania prowadzone na przestrzeni wielu lat pokazują, że Polacy są w niechlubnej czołówce europejskiej − najrzadziej uczestniczą w organizacjach społecznych, niechętnie angażują się w różne aktywności społeczne i są też najsłabiej uzwiązkowieni. Według danych CBOS z 2012 roku, członkostwo w związkach zawodowych deklarowało zaledwie 6% dorosłych Polaków, czyli około 12% pracowników najemnych. Tymczasem według międzynarodowego badania przedsiębiorstw, ponad 60% europejskich pracowników należało do związków zawodowych lub rad pracowniczych. Naszym problemem jest nie nadmiar, ale wyraźny deficyt podmiotów pracowniczych.

Kodeks pracy oczywiście należy udoskonalać, tak aby był dostosowany do sytuacji na rynku pracy. Z naszych rozmów z ekspertami wynika, że samo prawo pracy mamy dość dobre, al. problem stanowi brak jego poszanowania przez nieuczciwych pracodawców – czyli na przykład zwlekanie z wypłatami czy zatrudnianie na część etatów pracowników, którzy de facto pracują dłużej. Istnieje jednak poważniejszy, moim zdaniem, kluczowy problem rynku pracy – coraz powszechniejsze stosowanie umów „śmieciowych”. Większość młodych ludzi nawet nie marzy już o etacie. Zatrudnieni na umowach cywilnoprawnych czy poprzez agencje zatrudnienia są praktycznie wyjęci spod zapisów Kodeksu pracy i pozbawieni wszelkich praw. Dopiero w 2015 roku nabyli prawa do zrzeszania się w związkach zawodowych, a stało się tak dzięki wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego po tym, jak o tę grupę pracowników upomniał się OPZZ. Nie mam żadnych danych na ten temat, ale przypuszczam, że ta grupa pracowników nie zaczęła masowo wstępować do związków zawodowych, przede wszystkim z obawy przed utratą źródła utrzymania. Zapewne też pracownicy zwyczajnie nie wiedzą o takiej możliwości. Tego typu sprawami miałby się zająć RPP – czyli kampaniami informacyjnymi i promowaniem zrzeszania się w związkach zawodowych.

Nasze działania jako Komitetu ds. Powołania RPP pokazują, że jesteśmy jak najbardziej zainteresowani wzmacnianiem związków zawodowych czy też PIP. Angażujemy się w poparcie protestów związkowych. Byliśmy jednym z nielicznych podmiotów pozarządowych, które zareagowały na zapis w ustawie w dniu 30 stycznia 2016 r. o obcięciu budżetu Państwowej Inspekcji Pracy o kwotę ośmiu milionów złotych. Problem polegał na tym, że PIP otrzymała szersze uprawnienia i zakres zadań, a jednocześnie obcięto jej budżet. Wystosowaliśmy w tej sprawie petycję do parlamentarzystów. Otrzymaliśmy podziękowanie od Głównego Inspektora Pracy za wsparcie „szerokiego frontu sojuszników”. Przywołany przykład pokazuje, jak może to działać – instytucje mające na celu ochronę praw pracowniczych powinny się wzajemnie wspierać, uzupełniać w realizacji różnorodnych zadań, a także mówić jednym głosem w przypadku problemów z realizacją przypisanych im zadań.

Czy są kraje, w których powołano już taką instytucję? W jaki sposób tam to działa?

E. M.: W Stanach Zjednoczonych w zakładach pracy, obok związkowców, działają rzecznicy praw pracowniczych, którzy są wybierani spośród załogi i reprezentują ją w rozmowach z pracodawcą. Jest to zatem funkcja w pełni społeczna i działająca na poziomie mikro. O takim rozwiązaniu można przeczytać chociażby w poradnikach dla polskich imigrantów zarobkowych w Chicago.

Jednak prototypem polskiego RPP jest wspomniany już rzecznik powołany w Australii. Rzecznik Praw Zatrudnionych (ang. Fair Work Ombudsman) jest umocowany w australijskim odpowiedniku Kodeksu pracy (Fair Work Act z 2009 r.). Jego zadaniem jest „promowanie i monitorowanie przestrzegania przepisów kodeksu pracy oraz edukowanie, wspieranie i doradzanie pracownikom, osobom bezrobotnym, pracodawcom i organizacjom ich zrzeszających w kwestiach związanych z kodeksem pracy”. Zadania ombudsmana były dla nas ważną inspiracją, ponieważ na przykładzie bardzo konkretnego rozwiązania pokazujemy, dlaczego RPP ma szerszy i inny zakres zadań niż PIP czy związki zawodowe i dlaczego nie wchodziłby z nimi w kolizję, a przeciwnie – byłby dodatkowym filarem, który wspierałby ludzi pracy. Na stronie internetowej można zobaczyć, jak aktywną i różnorodną działalność prowadzi australijska instytucja. Co istotne, Australijczycy podkreślają, że chodzi im o utrzymanie harmonijnych i produktywnych stosunków pracy, dlatego rzecznik swoje działania kieruje nie tylko do pracowników czy osób bezrobotnych, ale i do pracodawców. Na przykład rozmaite działania edukacyjne czy też związane z promocją zrównoważonych stosunków pracy są skierowane do tych trzech grup. Australijska instytucja monitoruje akty prawne, ale zajmuje się też sprawami bieżącymi – rzecznicy przekazują zgłoszone sprawy innym podmiotom (np. związkom zawodowym, tamtejszej inspekcji pracy), wnoszą sprawy do sądów, a także reprezentują pracowników i osoby bezrobotne przed sądem, jeśli chodzi o naruszenie szczególnie istotnych praw pracowniczych. Opierając się na tych doświadczeniach, chcielibyśmy, żeby polscy rzecznicy działający na poziomie lokalnym, samorządowym mogli reprezentować pracowników w sądzie. Byłaby to pomoc szczególnie przydatna osobom zatrudnionym na umowach cywilnoprawnych, które teraz mogą swoich praw dochodzić tylko w sądach cywilnych. Jest to i kosztowne, i ryzykowne, bo pracodawca ma zazwyczaj możliwość zaangażowania kancelarii prawnej, przez co pracownik jest na przegranej pozycji. Z takiego wsparcia mogłyby także korzystać związki zawodowe, zwłaszcza te mniejsze „zakładówki”, dla których pomoc prawna jest dużym obciążeniem finansowym.

Może to będzie zaskoczeniem, ale w naszym kraju również pojawiają się takie instytucje w zakładach pracy. Rzeczników (pracowników czy praw pracowniczych) mamy w Stowarzyszeniu Agencji Zatrudnienia, w firmie Volkswagen S.A., w Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych S.A. czy w Strabag Sp. z o.o. Co ciekawe, stanowisko rzecznika tworzą pracodawcy, którzy chcą na bieżąco rozwiązywać pojawiające się konflikty. „Firmowy” rzecznik jest mediatorem pomiędzy pracownikami a pracodawcą. Nie dziwi nas, że naszymi działaniami również interesują się przedsiębiorcy. Nie wszyscy pracodawcy przecież chcą stosować dumping pracowniczy i konkurować z innymi poprzez cięcia kosztów w rubryce „zatrudnienie”.

W nowej instytucji RPP staraliśmy się połączyć dobre praktyki, które można przełożyć na nasz grunt i które pomogą rozwiązać najbardziej palące bolączki rynku pracy. W największym skrócie: rzecznik miałby funkcjonować na poziomie centralnym, samorządowym i zakładowym. RPP „centralne” ma przede wszystkim pełnić zadania związane z promowaniem zrównoważonych stosunków pracy, edukacją (uczniów, pracowników, bezrobotnych, pracodawców) oraz z inicjatywą ustawodawczą. Rzecznicy pracujący w terenie w każdym regionie zajmowaliby się współpracą z lokalnymi związkami zawodowymi, monitorowaniem i walką z dyskryminacją na rynku pracy, reagowaniem na zgłoszenia dotyczące naruszeń prawa pracy, składaniem wniosków do sądów. Nie wykluczamy włączenia w całość tej instytucji „zakładowych” rzeczników, którzy byliby łącznikiem pomiędzy konkretnymi załogami pracowniczymi a rzecznikiem lokalnym. Rzecznik mógłby być wybrany przez załogę, w której działają już związki zawodowe i je wspierać, ale jest to rozwiązanie szczególnie korzystne dla tych załóg pracowniczych, które są nieliczne. Do założenia organizacji związkowej potrzeba przecież dziesięciu osób, tymczasem ogromną część polskich firm stanowią podmioty zatrudniające mniej osób. Jest to jeden z istotniejszych powodów niskiego poziomu uzwiązkowienia i braku możliwości obrony praw znacznej części pracowników.

Na jakim etapie pracy obecnie jesteście? Czy zbieracie już podpisy pod konkretną ustawą? Jakie macie plany na najbliższe miesiące?

E. M.: W grudniu 2015 roku powołaliśmy Komitet ds. Powołania Rzecznika Praw Pracowniczych, który zajmuje się po pierwsze promocją tej idei, a po drugie – pracą nad ustawą. Współpracy w tym drugim zakresie podjęła się kancelaria prawna z Łodzi, która dokonała wstępnej analizy pod względem prawnym. Od początku możemy liczyć na doradztwo ze strony zaprzyjaźnionych związkowców. Teraz poszukujemy aktywnie środków na sfinansowanie naszej działalności, na promocję, na zespół prawniczy i doradców. Znaczna część pracy jest wykonywana społecznie, ale pewne koszty są nieuniknione. Końcowym efektem działań będzie zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem ustawy. Plany są takie, że będzie to 2017 rok, wtedy też będziemy prowadzić wzmożoną kampanię informacyjną.

Okazało się, że ludzie oczekują od nas działalności, którą mają się zajmować „ustawowi” rzecznicy, czyli monitorowania, reagowania, wspierania związkowców i niezrzeszonych pracowników. Nie odmawiamy tego wsparcia i sami też wychodzimy z inicjatywą. Poparliśmy chociażby strajk związkowców Inicjatywy Pracowniczej w Polskim Busie. Poważnie rozważamy pójście za ciosem i sformalizowanie się jako organizacja pozarządowa, by prowadzić bardziej konkretną działalność rzeczniczą i mediacyjną. Oczywiście nie rezygnujemy z promocji i walki o „ustawowego” rzecznika.

Czy w tej sprawie zamierzacie jakoś lobbować, szukać poparcia wśród polityków opozycji lub partii rządzącej i działaczy największych central związkowych? W Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej pierwszy raz od wielu lat ważnymi postaciami są eksperci „Solidarności”. Może to jest okazja, żeby zainteresować ich sprawą, o którą walczycie?

E. M.: O wsparcie central związkowych zabiegamy od samego początku i nikogo nie wykluczamy. Rozmawialiśmy z OPZZ, mniej oficjalnie z działaczami z „Solidarności”, doradzali nam liderzy Konfederacji Pracy. Jesteśmy zdania, że idea powołania RPP może i powinna zjednoczyć podobnie myślących polityków, związkowców, ludzi pracy, działaczy społecznych z organizacji dla bezrobotnych, wykluczonych.

Czy powstał jakiś pomysł na to, jak zagwarantować odpowiednimi przepisami prawnymi apolityczność takiej instytucji?

E. M.: Dla mnie powołanie całkowicie nowej instytucji państwowej, która ma wpływać na świadomość społeczną i realnie zmieniać stosunki pracy, jest jak najbardziej polityczne i pewnie dlatego budzi spore, często skrajne emocje. Zależy nam natomiast na tym, żeby była to agenda niezależna od bieżących układów partyjnych i zawirowań politycznych. Nie przypadkiem upieramy się, że powinien to być Rzecznik, gdyż chcemy zapewnić odpowiedni prestiż i skuteczność działania tej instytucji. Naszym, podobno nierealnym, marzeniem jest wpisanie RPP do Konstytucji, na wzór Rzecznika Praw Obywatelskich. Zdania są podzielone, czy powinniśmy „iść na całość”, czy działać metodą drobnych kroków, ale zdecydowaliśmy, że na razie nie będziemy o to zabiegać.

Apartyjność i stabilność RPP chcielibyśmy zapewnić głównie poprzez ustawowe określenie gremium powołującego „centralnego” rzecznika. RPP byłby powoływany przez reprezentantów związków zawodowych i PIP, czyli podmioty, z którymi miałby ściśle współpracować. Pewnym sposobem jest też decentralizacja działania, rozdzielenie zadań na poszczególne szczeble, o których mówiłam – centralny, samorządowy i zakładowy.

Aktualnie jako członkowie Komitetu nie przynależmy do partii politycznych, bo uznaliśmy, że mogłoby to zaszkodzić sprawie. Nie jest jednak żadną tajemnicą, że gdy zaczęłam pracować nad RPP, byłam działaczką Polskiej Partii Socjalistycznej.

W jaki sposób osoby chcące uczestniczyć w tej inicjatywie mogą wam pomóc? Czy macie już koordynatorów regionalnych, z którymi w razie czego można się skontaktować?

E. M.: Obecnie można nam pomóc informując o różnych sprawach, inicjatywach pracowniczych, w które moglibyśmy się włączyć jako Komitet. Chcemy naszą strukturę oprzeć na konkretnych akcjach i sprawdzonych ludziach, dlatego działamy nieco inaczej – jeśli w danym regionie są osoby chętne do zajęcia się rzecznictwem, mediacją między pracownikami a pracodawcami oraz promocją idei powołania RPP, to zachęcamy do nawiązania kontaktu z nami. Cały czas potrzebne jest też nam wsparcie merytoryczne związkowców, prawników, mediatorów w zakresie prawa pracy. Namiary na członków Komitetu są podane na naszym blogu i na stronie na portalu Facebook.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Bartosz Oszczepalski

Pod/Poza lokalną kontrolą

Sytuacja niezależnych mediów lokalnych w Polsce nie należy do najłatwiejszych. Dysponując często mniejszymi środkami finansowymi niż ich korporacyjne i samorządowe odpowiedniki, muszą radzić sobie z naciskami polityków i lokalnego establishmentu.

Kontrola władzy w powiatach, gminach i małych miastach jest niezwykle ważna dla prawidłowego funkcjonowania demokracji. Dziennikarz Jerzy Jachowicz na portalu pogotowiedziennikarskie.pl zauważa, że media lokalne mają większe możliwości nacisku na władzę w regionie niż media ogólnopolskie i centralne na ministrów czy na to, co dzieje się w stolicy. Według niego, o ile głos mediów warszawskich ginie w ogólnym szumie informacyjnym, o tyle artykuł odnoszący się do działań władzy lokalnej jest bardziej słyszalny. Dlatego też media lokalne są szczególnie zagrożone działaniami polityków i notabli, którzy zdając sobie sprawę z siły ich oddziaływania, często próbują ograniczać niezależność i stosować cenzurę.

Ekstra gmina?

Zacznę od własnych doświadczeń. W marcu ubiegłego roku na terenie trzech gmin w powiecie kieleckim powstało pismo „Extra Gmina”, wydawane przez prywatnego przedsiębiorcę na zasadzie franczyzy od ogólnopolskiego koncernu Extra-Media. W styczniu 2014 r. weszliśmy również na rynek kielecki i zmieniliśmy nazwę na „Extra Gazeta”. Jednak wcześniej mieliśmy okazję przekonać się, jak władze lokalne mogą reagować na działania mediów od nich niezależnych.

Zanim „Extra Gmina” pojawiła się na rynku, w gminie Sitkówka-Nowiny, zarządzanej od wielu lat przez wójta Stanisława Baryckiego, lokalnym monopolistą prasowym był „Głos Nowin”, wydawany ze środków budżetowych gminy. Kiedy czyta się „Głos Nowin”, można odnieść wrażenie, że gmina to kraina płynąca mlekiem i miodem, mieszkańcy nie uskarżają się na żadne problemy, a opozycyjni radni nie mają wobec wójta zastrzeżeń. O czym w takim razie przeczytamy w tej gazecie? O imprezach gminnych, nowych inwestycjach, które w ostatnim czasie poczyniła lokalna władza, albo o spotkaniach Ochotniczej Straży Pożarnej, podczas których wójt bawił się wspólnie ze strażakami. Trudno było natomiast znaleźć w gazecie informacje np. o licznych sporach między wójtem a radnymi z opozycyjnego klubu Wspólne Dobro.

Pierwszy z brzegu przykład: rok temu radni głośno protestowali przeciwko planowanej przez wójta budowie centrum sportowo-rekreacyjnego. Sprzeciw uzasadniali tym, że przedsięwzięcie wiązałoby się ze zbyt dużymi kosztami. Opisaliśmy sprawę na łamach „Extra Gminy”, ale w „Głosie Nowin” nie znalazła się nawet wzmianka o całym wydarzeniu. Na stronie internetowej Urzędu Gminy Sitkówka-Nowiny ukazał się za to artykuł wójta, w którym skrytykował radnych. Zabrakło natomiast tekstu polemicznego przewodniczącego Rady Gminy Sebastiana Nowaczkiewicza. Według niego wójt po prostu odmówił publikacji artykułu. Kilka miesięcy wcześniej między wójtem a radnymi wywiązała się debata dotycząca ustalenia opłat za śmieci. Radni poprosili wójta o umieszczenie ich stanowiska w tej sprawie w „Głosie Nowin”, jednak i tym razem otrzymali odpowiedź odmowną.

Jeśli jakieś artykuły dotyczące konfliktów politycznych w gminie pojawiały się w „Głosie Nowin”, to miały one charakter rażąco stronniczy. Za przykład może posłużyć artykuł o planowanym połączeniu dwóch instytucji kulturalnych z numeru zeszłorocznego. Już sam tytuł „Czytelne korzyści po połączeniu biblioteki i GOK-u nieczytelne dla radnych” każe podejrzewać, że tekst jest pisany pod tezę, lektura całego artykułu również nie pozostawia wątpliwości. Takie przykłady można mnożyć.

Sytuacja ta stworzyła pole do popisu dla nas – osób tworzących pismo niezależne od władz. Staramy się przedstawiać czytelnikom racje zarówno opozycji, jak i wójta w toczących się sporach oraz opisywać problemy społeczne w gminie. Jeśli dzieje się coś dobrego, to o tym piszemy, ale nie udajemy, że gminy nie nękają żadne bolączki. Można podejrzewać, że taka postawa nie spodobała się wójtowi, bo pewnego razu wyrzucił do kosza egzemplarze, które znajdowały się w holu Urzędu Gminy. Gdy w marcu 2013 r. zwróciliśmy się do gminy z prośbą o kolportaż gazet na terenie urzędu, otrzymaliśmy od jednej z urzędniczek następującą odpowiedź: Gazetę można pozostawić na dole, przy głównym wejściu. Jednocześnie informuję, że w przypadku opublikowania treści, które uznamy za nieodpowiednie, gazeta zostanie usunięta. Już wtedy dano do zrozumienia, że postawa niezależna i krytyczna wobec władzy nie będzie mile widziana.

Po tym wydarzeniu w „Extra Gazecie” ukazał się mój artykuł pt. „Wójta władza absolutna”, w którym opisałem, jak władza w gminie odnosi się do niezależnych mediów i w jaki sposób wykorzystuje gazetę samorządową „Głos Nowin” do celów propagandowych. Czytelnicy dzwonili do nas i gratulowali, że ktoś w końcu odważył się opisać problem. Wielu zwracało uwagę, że fakty przywołane w tekście są jedynie wierzchołkiem góry lodowej, a lista grzechów władzy jest o wiele dłuższa. Bez istnienia mediów niezależnych od władzy w tej gminie – i w wielu innych – takie informacje i refleksje nie miałyby szans zaistnienia w obiegu publicznym.

Wyrzucony za prawdę

O tym, jak trudno zachować niezależność, pracując w gazetach samorządowych, przekonał się jakiś czas temu Wiktor Jaworski, redaktor naczelny „Głosu Nidzickiego”. Jaworski funkcję naczelnego pełnił przez 5 i pół roku. Musiał opuścić stanowisko po tym, jak burmistrz Nidzicy Dariusz Szypulski zarzucił mu promowanie na łamach pisma „krwawych i sensacyjnych historii”. Nie jest pan dziennikarzem śledczym, tylko redaktorem naczelnym organu Rady Miejskiej, gazety służącej promocji i informacji – powiedział burmistrz Jaworskiemu podczas sesji rady gminy. Jednym z głównych powodów zwolnienia dziennikarza był napisany przez niego w listopadzie 2013 r. artykuł o 19-letnim Robercie, brutalnie pobitym przez policjantów w nidzickiej komendzie. Nastolatek złożył zeznania obciążające funkcjonariuszy, a ci próbowali go wrobić w kradzież samochodu. Obecnie sprawą zajmują się Komenda Wojewódzka Policji w Olsztynie i Prokuratura Rejonowa w Szczytnie. Szef prokuratury potwierdza, że zachodzi uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa przez funkcjonariuszy.

Na posiedzeniu Rady Miasta, na którym dojść miało do odwołania Jaworskiego z zajmowanego stanowiska, burmistrz twierdził, że tego typu artykuły powinny się ukazywać w gazetach komercyjnych, a nie w informacyjnych pismach samorządowych, mających na celu promocję gminy. Ponadto Szypulski wywodził, że tego rodzaju publikacje dezorganizują dochodzeniową pracę policji. Jego punkt widzenia podzielali radni, którzy głosowali za odwołaniem dotychczasowego naczelnego gazety. Jedynie dwóch radnych – Józef Kotwicki i Alfred Potapiuk – wyłamało się i zagłosowało przeciwko temu wnioskowi, a czterech wstrzymało się. Potapiuk przyznaje, że był zaskoczony decyzją swoich kolegów, a artykuł o policjantach uważa tylko za pretekst do zwolnienia. Kotwicki wprost mówi o zamykaniu ust dziennikarzom.

Jaworski w rozmowie ze mną nie kryje rozżalenia. – To była „ustawka” skierowana przeciwko mojej osobie. Używano absurdalnych argumentów, że okładki są za mało wesołe, a kryminalne teksty niepotrzebnie bulwersują obywateli. Tymczasem artykuły dotyczyły problemów zwykłych ludzi. Oprócz historii z policjantami pisałem również o lekarzu, który nie przyjął pacjenta do szpitala, a ten się wykrwawił. Przedstawiałem gminę w dobrym świetle, ale jednocześnie nie bałem się pisać o sprawach trudnych. Nie szukałem skandali na siłę, ale nie byłem też pupilkiem władzy. To się mogło nie spodobać włodarzom gminy – tłumaczy. Mój rozmówca zwraca uwagę na zmiany, jakie zaszły w „Głosie Nidzickim” po jego odejściu. – Teraz ta gazeta wygląda jak organ propagandowy władzy. Za moich czasów panowały pluralizm i wielogłos. Teraz możemy o tym zapomnieć.

Nierówna konkurencja

W gminie Łask w powiecie łódzkim wychodzą dwa pisma – miesięcznik „Panorama Łaska” oraz „Mój Łask”. Pierwsze jest wydawane za pieniądze samorządowe, drugie – przez prywatną spółkę. Jakiś czas temu Magdalena Hodak, naczelna „Mojego Łasku”, złożyła doniesienie na samorządową gazetę do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Hodak skarżyła się na ataki ze strony burmistrza Gabriela Szkudlarka, jakie ukazywały się na łamach „Panoramy…”. Opinia fundacji była jednoznaczna: W gminie Łask […] rozwój niezależnej prasy jest hamowany przez władze samorządowe.

Zaczęło się od tego, że w pierwszym numerze „Mojego Łasku” ukazał się artykuł krytyczny wobec urzędników, którzy w godzinach pracy korzystali z portali społecznościowych i udostępniali sprośne filmiki oraz zdjęcia. Tekst był okraszony prześmiewczą grafiką. Szkudlarek obraził się i złożył doniesienie do prokuratury, ale śledczy nie znaleźli podstaw do wszczęcia postępowania. Burmistrz bardzo często w specjalnej rubryce pozwala sobie na recenzowanie „Mojego Łasku”. – Chyba najbardziej bulwersująca jest wypowiedź burmistrza, gdy chwalił chamskie komentarze jednego z internetowych „hejterów”, który każe nam wynosić się z Łasku – mówi Magdalena Hodak. Zarówno redaktor naczelny Ryszard Poradowski, jak i burmistrz nie zgadzają się z zarzutami o wykorzystywanie przez władze „Panoramy Łaskiej” do politycznych rozgrywek. Tłumaczą, że „Panorama Łaska” nie jest gazetą, a jedynie biuletynem informacyjnym, a burmistrz nie ingeruje w to, w jaki sposób tworzone są artykuły. Stała obecność felietonów burmistrza w gazecie przeczy jednak tym ocenom.

Hodak zarzuca również „Panoramie Łaskiej” publikowanie ogłoszeń prywatnych firm, czego w świetle prawa nie powinny robić gazety wydawane ze środków samorządów. Samorządowe gazety często stosują ten proceder, który służy prowadzeniu nieuczciwej konkurencji z prywatnymi gazetami. Helsińska Fundacja Praw Człowieka również odniosła się do tych praktyk „Panoramy Łaskiej”: Działalność wydawnicza samorządów budzi wątpliwości nie tylko z powodu ograniczania wolności słowa, ale także właśnie z braku zgodności z zasadami uczciwej konkurencji. Jednostki samorządu terytorialnego prowadzące działalność wydawniczą stają się konkurencją dla niezależnych lokalnych tytułów.

Wydawca „Mojego Łasku” posiada jeszcze dwie gazety, które ukazują się w okolicach Łodzi – „Nowe Życie Pabianic” oraz „Rzgowska Prawda”. Pisma te również redaguje Magdalena Hodak, która przyznaje, że także w Pabianicach i Rzgowie spotykała się z problemami ze strony władz. – „Nowe Życie Pabianic” to nasza najstarsza gazeta. Ujawnialiśmy afery i musieliśmy się potem tłumaczyć w prokuraturze. Zdarzyło się również, że dyrektor ds. medycznych Pabianickiego Centrum Medycznego podała nas do sądu. Chodziło o to, że najpierw opublikowaliśmy wywiad z jej podwładnym, który oskarżał dyrektor o szukanie na niego haków, a później wyśmialiśmy jej postępowanie w rubryce satyrycznej. Ponadto za krytykę władz wyrzucono nas z zajmowanego lokalu – opisuje. Hodak przyznaje jednak, że w Pabianicach gazeta istnieje już długo i władze przyzwyczaiły się do krytyki. – Politycy zrozumieli w końcu, że atakujemy wszystkich, niezależnie od opcji politycznej. W Rzgowie i Łasku na razie jest pod tym względem gorzej – dodaje.

Regionalne antylokalne

Prasie lokalnej zagraża również rosnąca i coraz silniejsza konkurencja ze strony mediów regionalnych, coraz częściej tworzących lokalne dodatki, stałe rubryki itp. Tymczasem, jak wskazuje raport pt. „Kondycja prasy lokalnej”, autorstwa Lidii Pokrzyckiej a wydany przez Biuro Analiz Sejmowych, mamy do czynienia z procesem koncentracji własności oraz ekspansją wydawców prasy regionalnej. Autorka jako przykład tych zjawisk podaje praktyki znanego zagranicznego koncernu Verlagsgruppe Passau, którego częścią jest m.in. wydawnictwo Polskapresse. Spółka od lat przejmuje kolejne tytuły regionalne, a zdarza się też, że np. przyłącza tygodniki regionalne i lokalne do weekendowych wydań swoich dzienników. Pokrzycka twierdzi, że choć działania takie sprzyjają uniezależnieniu się lokalnych tytułów od władz samorządowych, to wiążą się one zarazem z zagrożeniem komercjalizacją i unifikacją licznych niedochodowych tytułów.

Żeby lepiej uzmysłowić sobie skalę problemu, warto przytoczyć informacje podane przez portal wpolityce.pl, według których już tylko pięć tytułów prasy regionalnej nie należy do Polskapresse. – To pełen kolonializm medialny nieznany nigdzie w Europie – piszą dziennikarze. Niemiecki koncern stał się właścicielem około 90 proc. gazet i portali regionalnych po tym, jak rok temu przejął kontrolę nad drugim co do wielkości wydawcą gazet lokalnych – spółką Media Regionalne (wcześniej należącą do brytyjskiego Mecomu). Już przed tą transakcją do Polskapresse należało 49,8 proc. mediów regionalnych. Przejmując głównego konkurenta, koncern do swojego „arsenału” regionalnych potentatów prasowych dołączył m.in. „Echo Dnia” (świętokrzyskie), „Gazetę Codzienną Nowiny” (podkarpackie), „Gazetę Lubuską”, „Gazetę Pomorską”, „Gazetę Współczesną” (warmińsko-mazurskie), „Głos – Dziennik Pomorza”, „Kuriera Porannego” (podlaskie) oraz „Nową Trybunę Opolską”. Niemiecki kapitał zdominował więc polski rynek medialny, a ponadto doszło do niespotykanego wręcz monopolu informacyjnego w regionach ze strony jednego koncernu.

Według posła Ryszarda Terleckiego, który złożył zapytanie w tej sprawie do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów i nie otrzymał konkretnej odpowiedzi, monopolizacja może doprowadzić do tego, że jeden koncern będzie przejmować większość zysków z reklam i to on będzie dyktował ceny. Ponadto zagraża ona pluralizmowi na rynku prasy. Badania przeprowadzone przez Lidię Pokrzycką wskazują, że liczne problemy związane z wykupywaniem mediów lokalnych przez zagraniczne koncerny dostrzegają także dziennikarze. W ich opinii kapitał zagraniczny może doprowadzić do zaniku lokalnego charakteru przejmowanych mediów – np. w sytuacji, gdy udziałowiec chce stworzyć kalkę produktu, który istnieje już na innych rynkach lokalnych. Niektórzy dziennikarze zwracają uwagę na to, że kapitał tego typu interesuje się mediami tylko dla zysku i nie dba o ich aspekt misyjny. Pojawiają się jednak również opinie, że kapitał zagraniczny w postaci zamożnego koncernu może zapewniać większą stabilność finansową i niezależność od władz lokalnych.

Biedni jak mysz redakcyjna

Wspomniany raport Lidii Pokrzyckiej dostarcza ciekawej wiedzy na temat głównych problemów dziennikarzy oraz niezależnych mediów lokalnych. Jednym z największych jest sytuacja finansowa gazet. Te niezależne wydawane są najczęściej przez prywatnych przedsiębiorców, więc mogą sobie pozwolić na bardziej otwartą krytykę władz niż gazety samorządowe, które są uzależnione od swoich pracodawców/sponsorów, i nie mogą ich krytykować. Gazety prywatne utrzymują się dzięki pozyskanym reklamom oraz pozaredakcyjnym środkom z działalności gospodarczej wydawców. Według szacunków medioznawców tylko 9,4 proc. pism lokalnych wypracowuje zysk.

Dodatkowo, jak zauważa autorka raportu, ich rywalizacja z tytułami prowadzonymi przez samorządy jest nierówna. Gminne media dzięki większej stabilności finansowej mogą wychodzić w formie bezpłatnej lub po niższej cenie niż pisma prywatne. To prowadzi natomiast do braku równowagi na rynku prasowym. Spore kontrowersje budzi też umieszczanie płatnych reklam w gazetach dotowanych przez samorządy. Ten proceder jest bardzo częsty, choć Regionalne Izby Obrachunkowe wielokrotnie wydawały orzeczenia mówiące, iż w gazetach samorządowych reklam być nie powinno. O możliwość zamieszczania reklam w gazecie gminnej zabiegał m.in. wspominany już burmistrz Łasku. Odpowiedź Ryszarda Krawczyka, prezesa Regionalnej Izby Obrachunkowej w Łodzi, była jednoznaczna: Zamieszczanie ogłoszeń i reklam od przedsiębiorców lokalnych oraz zewnętrznych nie prowadzi do zaspokojenia zbiorowych potrzeb wspólnoty lokalnej, a tym samym nie jest zadaniem użyteczności publicznej. W konsekwencji za niedopuszczalne należy uznać zamieszczanie ogłoszeń reklamowych w wydawnictwie gminy – napisał.

W raporcie Pokrzyckiej znajduje się również istotny fragment dotyczący standardów pracowniczych w mediach lokalnych. Ankietowani dziennikarze do swoich głównych problemów zawodowych zaliczali m.in. zbyt niskie płace w stosunku do stopnia ponoszonej odpowiedzialności. Autorzy raportu wskazują na to, że wielu dziennikarzy nie ma etatów i pracuje na umowach śmieciowych. W artykule „Szanse i zagrożenia dla dziennikarzy prasy lokalnej na przykładzie Lubelszczyzny” Pokrzycka podaje, że aż 30 proc. dziennikarzy utrzymuje się z wierszówki lub prowadzi działalność gospodarczą. Artykuł pochodzi z 2006 r., więc od tego czasu mogło się już sporo zmienić na niekorzyść. Potwierdzają to badania prof. Bogusławy Dobek-Ostrowskiej z 2012 r., według których jedynie 60 proc. dziennikarzy deklaruje posiadanie stałego zatrudnienia. Taka sytuacja nie sprzyja ich bezpieczeństwu w razie popadnięcia w konflikt z pracodawcą czy władzami lokalnymi.

Na pytanie o status zawodowy 90 proc. ankietowanych dziennikarzy odpowiedziało, że jest on średni lub stale maleje. Dziennikarze narzekają również na status materialny, wynikający m.in. ze słabej kondycji finansowej wielu małych lokalnych tytułów. Problemem jest również to, że bardzo często pracownicy mediów zmuszani są do pracy w zakresie o wiele szerszym niż wynika to z umowy podpisanej z pracodawcą. Niejednokrotnie zdarza się więc, że redaktor zatrudniony na ¼ etatu naprawdę pracuje w pełnym zakresie godzin. Jak mówi Tomasz Nieśpiał, lubelski dziennikarz i redaktor naczelny portalu pogotowiedziennikarskie.pl, na Lubelszczyźnie, która jest mi najbliższa, współpracownik lokalnego tygodnika zarabia średnio 1,5 tys. zł. Oczywiście doświadczony reporter jest w stanie wypisać nawet dwukrotnie większą wierszówkę, jednak aktywnych zawodowo dziennikarzy ze stażem pracy większym niż np. 15–20 lat trudno przekonać do pracy na umowę o dzieło czy zlecenie za pensję ledwo dobijającą do średniej krajowej. Jak więc w tej sytuacji dbać o poziom merytoryczny mediów lokalnych? – pyta. Zwraca również uwagę, że przy niełatwych warunkach pracy ten poziom bywa niekiedy zbyt niski. – Powierzchowność, brak dociekliwości czy opieranie znacznej części gazety na „gotowcach” wysłanych przez organizatorów różnorakich imprez – takie zarzuty można postawić wielu lokalnym gazetom. Jednak media lokalne to również fantastyczne źródło informacji i znam wiele przykładów (zarówno konkretnych tekstów, jak i całych tytułów), które stanowią wyjątki od opisanego stanu rzeczy – stwierdza.

Kto nas (nie) kupi?

Choć niezależne gazety prywatne częściej mogą sobie pozwolić na krytykę władzy, to i one czasem ulegają naciskom różnych grup interesu. Potwierdzają to odpowiedzi, jakich udzielali dziennikarze w ankiecie będącej podstawą wspomnianego raportu. Przedstawiciele mediów skarżą się, że zakusy lokalnych biznesmenów i polityków na wolność wypowiedzi są ich chlebem powszednim. Według nich daje się zauważyć postępujący proces uzależniania dziennikarzy od pracodawców i lokalnych układów. Odpowiadając na ankietę Pokrzyckiej, zauważają oni, że media niepotrzebnie „dają się manipulować siłom z zewnątrz”, kierując się chęcią zdobycia pieniędzy z reklam za wszelką cenę. Przyczynia się to do obniżenia statusu zawodowego i prestiżu pracy dziennikarskiej.

Zdarza się, że lokalne małe tytuły dla własnych korzyści i wygód dają się „kupować” politykom. Według Tomasza Nieśpiała na Lubelszczyźnie, […] problem upolitycznienia tytułów lokalnych widać aż za dobrze. Właściwie każdy liczący się lokalny wydawca jest lub był związany z polityką. Jeden z wydawców, z którym współpracuję, nie odżegnuje się od swojej krótkiej przygody z polityką, której ostatecznie nie dało się pogodzić z prowadzeniem wydawnictwa. Ale zawsze powtarza wszystkim swoim dziennikarzom: „jeśli zrobię coś niezgodnego z prawem – macie o tym napisać”. Znam też przykłady świetnie redagowanych lokalnych tytułów, które wprost promują konkretnych polityków – opisuje.

Niestety bardzo często małym prywatnym mediom po prostu nie opłaca się być krytycznym wobec władzy oraz lokalnych „układów”, ponieważ wiąże się to z utratą reklamodawców. Jedną z takich sytuacji opisuje Nieśpiał na portalu pogotowiedziennikarskie.pl. Przedstawia przypadek Mirosława Sznajdera, przedsiębiorcy, który w latach 90. założył „Nowiny Kraśnickie”. Była to pierwsza samofinansująca się prywatna gazeta w regionie. Sznajder był jednocześnie jej wydawcą i redaktorem naczelnym. Sam pisał artykuły, które pozwoliły wydobyć na światło dzienne wiele afer z udziałem urzędników, sędziów i burmistrza. Jednak coraz silniejsza krytyka lokalnego układu skutkowała stopniową utratą reklamodawców i gazeta po pewnym czasie zmuszona była zakończyć działalność. Sznajder do dziś nie może znaleźć w Kraśniku etatowej pracy, a jego żonie, zatrudnionej w urzędzie, grożono zwolnieniem. Obecnie Sznajder prowadzi już tylko bloga, a z obawy przed konsekwencjami nie porusza na nim tematów politycznych…

Bez prawa

Spory wpływ na ograniczanie wolności słowa ma archaiczny przepis prawny pochodzący jeszcze z okresu PRL – art. 212 Kodeksu Karnego, mówiący o zniesławieniu. Zdaniem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich coraz częściej zdarza się, że dziennikarze, którzy informują opinię publiczną o aferach i kontrowersyjnych sprawach, dochowując wszelkich dziennikarskich standardów, są straszeni pozwami, karami finansowymi i prywatnymi aktami oskarżenia na podstawie właśnie tego przepisu. Centrum Monitoringu Wolności Prasy alarmuje, że liczba procesów cywilnych i karnych wytaczanych dziennikarzom rośnie z roku na rok.

W ankiecie przeprowadzonej na potrzeby raportu Lidii Pokrzyckiej dziennikarze mówią również o problemach z komunikacją na linii prasa – urzędnicy i przedstawiciele samorządów. Występują kłopoty z uzyskaniem rzetelnych informacji od lokalnych urzędników, a także z dostępem do dokumentów. Nie zawsze przestrzegane są przepisy o dostępie do informacji publicznej – bywa, że urzędnicy celowo je zatajają. Ponadto bardzo często samorządowcy domagają się możliwości „autoryzowania” całych tekstów, nawet jeśli udzielają tylko krótkiej, jednozdaniowej wypowiedzi – a gdy dziennikarz odmawia, to grożą, że już nigdy więcej nie udzielą mu informacji.

W grupie siła

W obliczu tych problemów część środowiska dziennikarskiego tworzy inicjatywy mające na celu pomoc niezależnym mediom lokalnym. Jednym z przykładów takich przedsięwzięć jest Stowarzyszenie Gazet Lokalnych – organizacja powołana w 1999 r. przez wydawców i redaktorów naczelnych ponad 20 największych w Polsce prywatnych gazet lokalnych. Celem SGL jest propagowanie, wspieranie i obrona niezależnej prasy lokalnej, integrowanie środowisk jej wydawców oraz stymulowanie kooperacji między nimi. O tym, jak ta pomoc może wyglądać w praktyce, mówi Alicja Molenda, prezes stowarzyszenia: Prowadzimy projekt pod nazwą Porozumienie Reklamowe Tygodnik Lokalny. To sieć pozyskująca ogłoszenia dla wydawców lokalnych gazet z całej Polski. Nie tylko stowarzyszonych. Dużej grupie łatwiej niż pojedynczym tytułom starać się o zlecenia reklamowe – mówi.

Moja rozmówczyni dodaje, że stowarzyszenie kładzie nacisk na wymianę doświadczeń i dostarczanie wiedzy przydatnej na trudnym rynku medialnym. – Przykładem może być zjazd wydawców zrzeszonych w naszym stowarzyszeniu, który odbył się w maju 2014 r. Ważnymi punktami programu były warsztat wymiany pomysłów marketingowych oraz szkolenie z zakresu prawa w Internecie w kontekście nadchodzących wyborów samorządowych. Ponadto wkrótce chcemy uruchomić cykl szkoleń dotyczących prowadzenia lokalnych portali internetowych – wymienia. Stowarzyszenie ma również inne plany. – Przygotowujemy wspólne przedsięwzięcia wydawnicze. Pracujemy nad zagadnieniem systemowej pomocy prawnej dla naszych wydawców, celując w pozyskanie silnego partnera dla tego projektu – dodaje pani prezes.

Kolejnym ciekawym projektem tego typu jest „Pogotowie Dziennikarskie”, w ramach którego powstał wspominany portal pogotowiedziennikarskie.pl. To inicjatywa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, finansowana z grantu z funduszy szwajcarskich. Na portalu zamieszczane są teksty, które nie mogły ukazać się w lokalnych mediach ze względu na naciski ze strony władz lub inne okoliczności. Dzięki działalności Pogotowia światło dzienne ujrzały dziesiątki artykułów dotyczących spraw istotnych dla lokalnych społeczności, przygotowanych przez doświadczonych dziennikarzy z różnych regionów. Czytelnicy mieli okazję przeczytać m.in. artykuł Błażeja Torańskiego o trudnych relacjach dziennikarzy „Mojego Łasku” z burmistrzem, tekst Łukasza Zalesińskiego o gminie Prażnów, która wprowadziła opłaty za dostęp do informacji publicznej, czy materiał przygotowany przez Tomasza Nieśpiała o wójcie gminy Sosnowica, który postanowił walczyć z radnymi za pośrednictwem samorządowego biuletynu. Pogotowie Dziennikarskie to jednak nie tylko artykuły. – Każdego dnia zgłaszają się do nas mali wydawcy, pasjonaci dziennikarstwa, ale i doświadczeni redaktorzy – z prośbą o pomoc w sprawach prawnych i stricte dziennikarskich. Dzięki gronu prawników oraz zespołowi dziennikarzy z wieloletnią praktyką możemy kompleksowo wspierać dziennikarzy w całej Polsce. Dzieląc się wiedzą i doświadczeniem pomagamy też tworzyć nowe, niezależne media, które dzięki Pogotowiu Dziennikarskiemu podnoszą świadomość Polaków o przysługujących im prawach i mechanizmach, jakie towarzyszą sprawowaniu władzy lokalnej – mówi o portalu jego redaktor naczelny Tomasz Nieśpiał.

Pisząc przyszłość

Obecne czasy nie są dla dziennikarstwa łatwe, co odbija się także na sytuacji mediów lokalnych. Nastąpił spadek statusu zawodu dziennikarza. Choć profesja cieszy się nadal poważaniem, to sytuacja materialna i zawodowa osób trudniących się dziennikarstwem znacznie się pogorszyła. Nie najlepiej wygląda również kondycja finansowa wielu małych czasopism lokalnych, które w przeciwieństwie do gazet samorządowych nie mają budżetowych dotacji i muszą walczyć o reklamy. Ze względu na powiązania lokalnych firm z politycznymi i urzędniczymi sitwami niełatwo dorobić się stałej grupy reklamodawców i zachować przy tym niezależność, nie stając się tylko słupem reklamowym albo gazetą piszącą jedynie o lokalnych festynach. Z tego powodu wiele mediów zatraca misję publiczną, a te, które decydują się na pójście swoją drogą i otwartą konfrontację z władzami, bardzo często po pewnym czasie upadają.

Oczywiście nie wszystko wygląda tak tragicznie. Istnieje mnóstwo lokalnych gazet i portali, które w sposób rzetelny i wolny od nacisków, a przynajmniej mówiąc innym głosem niż władze, informują czytelników o tym, co dzieje się w gminach, powiatach i województwach. To one właśnie pozwalają mimo wszystko patrzeć optymistycznie w przyszłość. Cieszy również to, że – jak pokazują badania – środowisko dziennikarskie ma świadomość problemów z jakimi boryka się prasa lokalna, i próbuje je rozwiązywać.

Nieobojętni

Choć ryzykują zwolnieniem z pracy i narażają się na szykany, to polskie prawo w niewystarczający sposób chroni takie osoby. Mowa o tzw. sygnalistach – osobach, które decydują się na nagłaśnianie nieprawidłowości w miejscach swego zatrudnienia.

Sygnalista, czyli po angielsku whistleblower, to według definicji pracownik, były pracownik lub członek organizacji, w szczególności przedsiębiorstwa lub jednostki administracji publicznej, który zgłasza nieprawidłowości osobom lub podmiotom władnym podejmować działania naprawcze. Takimi nieprawidłowościami mogą być łamanie lub nieprzestrzeganie prawa, zagrażanie interesowi publicznemu, oszustwa, łamanie praw dotyczących bezpieczeństwa i zdrowia oraz korupcja. Robert Patterson tak zdefiniował whistleblowerów: Są to ludzie, którzy zwracają uwagę na wykroczenia popełniane w przedsiębiorstwie, informując o nich swoich przełożonych lub nawet wychodząc poza firmę.

Jednym z najbardziej znanych na świecie sygnalistów był Jeffrey Wigand. Ogłosił on publicznie, że szefowie amerykańskich koncernów tytoniowych zgodzili się, żeby do papierosów dodawano szczególnie groźne i uzależniające składniki rakotwórcze („Big Tobacco Scandal”). W Europie Paul Van Buitenen nagłaśniał nieprawidłowości finansowe w Komisji Europejskiej, przyczyniając się tym samym do upadku ówczesnej administracji i założenia Europejskiego Urzędu ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych. Tego typu spraw jest na całym świecie dużo. Również Polska ma swoich sygnalistów. Oto losy trzech osób, które postanowiły głośno powiedzieć „nie” patologiom występującym w ich miejscach pracy.

Ukarany za uczciwość

Tadeusz Pasierbiński, lekarz pracujący na oddziale ginekologiczno-położniczym w szpitalu w Mikołowie, przez wiele lat walczył z „ustawianiem” konkursów ordynatorskich na Śląsku. Wszystko zaczęło się jesienią 2000 r. Wtedy to w trakcie zjazdu ginekologów w Szczecinie doktor Jacek Janik pochwalił się, że zostanie ordynatorem oddziału ginekologiczno-położniczego w Mikołowie. – Byłem zdumiony, ponieważ ten konkurs miał się odbyć dopiero pół roku później. Można powiedzieć, że doktor bezceremonialne przyznał, iż dojdzie do korupcji – wspomina Tadeusz Pasierbiński. Jacek Janik podał nawet, jaką kwotę będzie musiał przekazać konsultantowi wojewódzkiemu, aby wygrać. Miało to być 100 tys. złotych. – Pamiętam, jak wtedy lekarze, członkowie Prezydium Śląskiej Okręgowej Izby Lekarskiej, przekomarzali się, w jakim czasie zwróci się ta „inwestycja”. Stanęło na tym, że jak się ordynator spręży, to odbije sobie po półtora roku.

Doktor Janik prowadził już oddział w Wadowicach, gdzie jego kadencja miała trwać do 2004 r. Podczas niej pozbawiono pracy w szpitalu sześciu wyspecjalizowanych lekarzy, łamiąc im przy okazji kariery zawodowe. Wszystko więc wskazywało, że Janik nie radził sobie w Wadowicach i planował znaleźć bezpieczną przystań w Mikołowie. Dlatego właśnie Pasierbiński zdecydował się zareagować. – Wtedy ustawianie konkursów ordynatorskich na Śląsku było na porządku dziennym. Ja się nigdy nie ubiegałem o żadne stanowisko, na wszystko patrzyłem z boku, ale gdy sytuacja miała się powtórzyć również w moim szpitalu w Mikołowie, postanowiłem dopilnować, aby konkurs odbył się uczciwie, a zwycięzcą został najlepszy kandydat – mówi.

Pasierbiński, który był wtedy radnym powiatu i szefem delegatury Izby Lekarskiej w Mikołowie, wyraził swoje wątpliwości podczas sesji Rady Powiatu i na Okręgowym Zjeździe Izby Lekarskiej. Mimo to Jacek Janik wygrał konkurs. Wskutek oporu Rady Powiatu przez rok nie był zatrudniony na stanowisku. Trwały w tym czasie zakulisowe działania konsultanta oraz Izby Lekarskiej, wywierające presję na Radę Powiatu, aby ta zmieniła stanowisko. Ponieważ nie uzyskano oczekiwanego efektu, po ok. roku konsultant przyjechał na kontrolę oddziału, aby wykazać, że jednostka źle funkcjonuje i konieczne jest zatrudnienie nowego ordynatora. – Mnie wskazano jako głównego winowajcę złej oceny pracy oddziału i dlatego zostałem arbitralnie odsunięty od dyżurów. Nie muszę dodawać, że stawiane mi zarzuty były nieprawdziwe i nie potwierdziły się w toku dociekliwych badań nadzoru. Wnioski pokontrolne były podstawą do zaszantażowania lokalnych władz. Sugerowano, że jeśli nie zostanie zatrudniony dr Jacek Janik, to konsultant zamknie oddział. W związku z tym pracę dostał, a moja sytuacja na oddziale stała się nie do pozazdroszczenia – od tego czasu ograniczała się do robienia wypisów. Byłem w patowej sytuacji, albowiem nie miałem możliwości odejścia ze szpitala, gdyż trwały wtedy procesy w Sądzie Lekarskim i nie mogłem liczyć na zatrudnienie w innym miejscu – mówi.

Swoimi działaniami Pasierbiński naraził się na liczne szykany ze strony działaczy izb. Izba Lekarska próbowała go ukarać w ramach Komisji Etyki. W sprawę zaangażował się również Sąd Lekarski. Ostatecznie dostał tylko upomnienie. Natomiast proces karny o pomówienie wytoczyli mu ordynator wspólnie z konsultantem. W sumie odbyło się aż 19 procesów w sądach karnych, cywilnych, pracy i lekarskim. Pasierbiński ostatecznie wszystkie sprawy wygrał, choć niektóre dopiero w drugiej instancji. – Sprawę o pomówienie wygrałem za trzecim razem w Katowicach, po przegranych wcześniej dwukrotnie procesach w Mikołowie. Duża w tym wszystkim zasługa Ministerstwa Sprawiedliwości, kierowanego wówczas przez Zbigniewa Ziobrę, które zdecydowało się na objęcie procesu nadzorem ministerialnym i dzięki temu sprawa była rozpatrywana zgodnie z literą prawa – opowiada mój rozmówca. Nie obyło się niestety bez skandalicznych incydentów, takich jak przekupienie adwokata z wyboru, który działał przeciwko lekarzowi. Cała batalia w sądzie karnym zajęła 5 lat. Znacznie dłużej – bo od 2001 r. – trwały pozostałe sprawy, zakończone dopiero przed rokiem.

Po wygranej w sądzie karnym rozpoczęły się jego problemy… w szpitalu.Dyrektor placówki odsunęła go od pracy na oddziale i przeniosła do peryferyjnej poradni po tym, jak poskarżył się jej, że został poturbowany przez rozwścieczonego ordynatora. Po kilku miesiącach został ostatecznie zwolniony. Dom, w którym od 36 lat mieszkała rodzina Pasierbińskich, znajduje się na działce należącej do szpitala. Dyrektor Krystyna Smoczyńska wykorzystała ten fakt i próbowała wyrzucić rodzinę z lokum. – Miałem trzy sprawy eksmisyjne – dwie wygrałem, a w trzeciej doszliśmy do ugody, gdyż dojrzałem do zmiany miejsca zamieszkania – mówi Pasierbiński. – Wyprowadziliśmy się z mieszkania przyszpitalnego dwa miesiące temu. Zrobilibyśmy to już o wiele wcześniej, ale niestety nie miałem pieniędzy, bo przez kilka lat byłem pozbawiony możliwości normalnego zarobkowania. Na szczęście całe to zamieszanie dobiegło końca i obecnie mieszkamy już w innym miejscu – dodaje.

Warto również wspomnieć, że w tym czasie doktor Jacek Janik został po półtora roku zwolniony z funkcji ordynatora. Zarzuty, które stawiał mu Pasierbiński, okazały się zasadne. – Zatrudnienie ordynatora spowodowało zadłużanie oddziału w wysokości 50 tys. zł miesięcznie. Był skonfliktowany z całym personelem, zarówno lekarskim, jak i średnim. Oddział funkcjonował po prostu fatalnie, ale to można było łatwo przewidzieć. Udowodniłem także negatywną rolę konsultanta, który podobnie jak ordynator musiał pożegnać się ze stanowiskiem – relacjonuje mój rozmówca. Niestety pomimo że sąd przyznał rację lekarzowi, to Śląska Izba Lekarska nie wyciągnęła konsekwencji wobec osób, które wybrały nowego ordynatora. Również organy ścigania nie zajęły się osobami, wobec których istniało podejrzenie, że dopuściły się czynów korupcyjnych.

Pasierbiński twierdzi, że podobne historie zdarzały się wówczas w wielu szpitalach w regionie. – W tym czasie podobne konkursy odbywały się w Bielsku oraz Częstochowie i również tamtejsi nowi ordynatorzy w dramatycznych okolicznościach tracili swoje stanowiska. Muszę jednak przyznać, że te patologie były o wiele bardziej powszechne niż teraz. Od czasu kiedy nagłośniłem te nadużycia i media zaczęły o nich mówić, zmieniły się zasady wyboru ordynatorów i zaczęto częściej zwracać uwagę na to, co dzieje się podczas konkursów – mówi. Zapytany o to, czy miał poparcie środowiska, odpowiada przecząco. – Nikt nie miał na tyle odwagi. Po prostu lekarze bali się, że gdy staną w mojej obronie, ich kariery zostaną złamane. Jedynie po cichu i nieoficjalnie mnie popierali.

Ginekolog z Mikołowa nie ma wątpliwości, że postąpił dobrze, decydując się na walkę z nieprawidłowościami w swoim środowisku. – Uważam, że nie ma nic gorszego niż inteligencja nie mówiąca prawdy. Grozi to zapaścią społeczną. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że wiele osób poległoby na moim miejscu. Mam dość silną osobowość i nie miałem obaw przed otwartą konfrontacją. Mogłem sobie też na to pozwolić, bo jako specjalista znałem swoją wartość i nie bałem się o przyszłość w zawodzie – podsumowuje.

Przerwać zmowę milczenia

Doktor Tadeusz Pasierbiński nie jest jedynym sygnalistą w środowisku lekarskim. Rok temu media informowały o nierównej walce lekarki Małgorzaty Marczewskiej z absurdami w gorzowskim szpitalu. Marczewska twierdzi, że pracowała w wielu różnych miejscach, również poza granicami Polski, ale nigdzie nie spotkała się z takimi nieprawidłowościami jak właśnie w Gorzowie Wielkopolskim.

W 2012 r., jako lekarka po stażu podyplomowym, chciała uzyskać specjalizację. Ponieważ starania o rezydenturę w województwie mazowieckim nie przyniosły skutku, zdecydowała się spróbować w woj. lubuskim, wybierając Oddział Chorób Wewnętrznych w Gorzowie. Pracę tam rozpoczęła 1 lipca 2012 r. Dzięki rezydenturze po pięciu latach miała uzyskać tytuł specjalisty chorób wewnętrznych. Niestety została zwolniona w trybie natychmiastowym, bo nie bała się piętnować absurdów panujących w placówce. – Na początku lekarze, z którymi pracowałam, pomagali mi i byli wobec mnie dobrze nastawieni. Jedynie kierownik specjalizacji nie przepadał za mną. Nie lepiej było w przypadku pani ordynator, która chwilami miała bardzo pogardliwy stosunek do lekarzy – i to nie tylko młodych. Wielokrotnie byłam świadkiem sytuacji, kiedy podważała ich wiedzę oraz decyzje i diagnozy, mimo że nie były one błędne. Sama też byłam tak traktowana. Starsi lekarze nigdy jednak nie reagowali, zapewne bojąc się konsekwencji – opowiada młoda lekarka.

Sytuacja skomplikowała się, gdy dyrektor placówki i jednocześnie były wiceminister zdrowia w rządzie PO Marek Twardowski postanowił zwolnić większość personelu pracującego w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, w tym lekarzy z wieloletnim doświadczeniem. Personel SOR-u zmniejszył się o ok. 40 proc. – Zrobiono to w ramach oszczędności. Taka sytuacja zagrażała jednak zdrowiu i życiu pacjentów, więc ówczesny kierownik SOR-u złożył rezygnację. Wtedy właśnie dyrektor szpitala zdecydował, że mam pełnić samodzielny dyżur w SOR-ze – tłumaczy. Marczewska podejrzewa, że oszczędności mogły wynikać z trwających przygotowań do przekształcenia szpitala w spółkę prawa handlowego, co miało poparcie władz politycznych.

Awans Marczewskiej nie był jednak dla niej szczęśliwy. Lekarka nie ukrywa tego, że nie powinna otrzymać polecenia przejęcia SOR-u. – Gdy pracowałam w SOR-ze, formalnie pełniłam funkcję głównej lekarki szpitala i miałam prawo do wydawania decyzji administracyjnych. Brałam pełną odpowiedzialność za swoje decyzje i za życie pacjentów, a nie powinnam tego robić bez nadzoru lekarza specjalisty. Byłam przecież rezydentką z chorób wewnętrznych, natomiast na dyżurze na SOR-ze mogą pracować samodzielnie tylko lekarze posiadający specjalizację medycyny ratunkowej albo „lekarze systemu”, czyli m.in. anestezjolog, internista, chirurg ogólny, pediatra. Oczywiste więc było to, że nie spełniałam tych wymagań. Doszło zatem do złamania procedur, a powodem tego były wspomniane oszczędności. Jako rezydentce płacono mi mniej niż bardziej doświadczonemu lekarzowi – tłumaczy.

Marczewska chciała zachować się uczciwie i przy pierwszym oddelegowaniu do SOR-u złożyła u dyrektora pismo wyjaśniające, że nie powinna pełnić tej funkcji. Ku jej zaskoczeniu nie dostała jednak pochwały za dbałość o przestrzeganie procedur. Otrzymała natomiast od ordynatorki… reprymendę. – Pani ordynator wezwała mnie do siebie i powiedziała, że „ją zdradziłam i zrobiłam świństwo”. Pouczyła mnie, mówiąc, że jestem młoda i pewnie dlatego nie wiem, że takich spraw nie załatwia się poprzez pisma, tylko rozmowę. Byłam w szoku, bo gdy pracowałam za granicą, uczono mnie, że wszelkie nieprawidłowości trzeba zgłaszać oficjalnie. Zasugerowała, że powinnam wycofać pismo. Zapewniła mnie, iż wszystko będzie dobrze i doświadczeni lekarze ze specjalizacją mi pomogą – relacjonuje tamte wydarzenia.

W rzeczywistości wyglądało to jednak zupełnie inaczej. Młoda lekarka odbywała do ośmiu dyżurów miesięcznie, choć przepisy wskazują, że powinno ich być średnio cztery. W praktyce była jedynym w SOR-ze lekarzem nieinterwencyjnym. Nie mogła opuścić dyżuru, a wbrew zapewnieniom przełożonej nie zawsze mogła liczyć na wsparcie specjalistów z innych oddziałów. Gdy prosiła ich o radę, była ignorowana i spotykała się z brakiem zrozumienia. – Opiekowałam się pacjentami w stanach ciężkich, a kolejne karetki podjeżdżały co chwilę. Wiedziałam, że ewentualne opuszczenie stanowiska może wiązać się z niebezpieczeństwem. Lekarze konsultujący z oddziałów szpitalnych mieli pretensje, że o cokolwiek proszę. Rzadko kiedy dochodziło do współpracy między nami – żali się.

Lekarka mówi, że w szpitalu dochodziło do wielu innych nieprawidłowości, które miewały dramatyczny skutek. – Kiedyś do SOR-u trafiła nieprzytomna kobieta, która prawdopodobnie została zgwałcona. Ustalić to powinni ginekolodzy, ale gdy skontaktowałam się z nimi, nie chcieli mi udzielić żadnych informacji o procedurze, jaka obowiązuje w takich przypadkach. Nie raczyli nawet ze mną porozmawiać bezpośrednio. Postanowiłam zgłosić ten przypadek do prokuratury – opisuje. – Słyszałam również o sytuacji, gdy w SOR-ze pojawiła się kobieta w zaawansowanej ciąży po wypadku samochodowym. Zamiast od razu skierować ją na oddział ginekologii, gdzie zarówno ona, jak i jej nienarodzone dziecko byliby monitorowani, trzymano ją na SOR-ze i wykonywano RTG kolan. Gdy zdecydowano się na cesarskie cięcie, dziecko było już martwe. Nie było mnie przy tym przypadku, ale sama również doświadczyłam tragicznego zdarzenia, które mną wstrząsnęło. Miałam kiedyś pacjentkę, której stan zdrowia się pogarszał. Chciałam zlecić jej dodatkowe badania, lecz nie dostałam zgody od przełożonych, bo wiązałoby się to ze zbyt dużymi kosztami. Po pewnym czasie ta kobieta zmarła. I do tego właśnie prowadzi polityka oszczędności…– dodaje.

Marczewska nie chciała być odpowiedzialna za chaos panujący w SOR-ze i warunki niesprzyjające sprawnemu leczeniu. Dlatego poruszyła problematykę funkcjonowania tego oddziału na spotkaniu dyrektora z ordynatorami szpitala. Nie przyniosło to jednak żadnego skutku. Lekarka wysyłała pisma również do Ministerstwa Zdrowia, ale i tam nie udzielono jej żadnej pomocy. Dodatkowo cały czas spotykała się z szykanami ze strony przełożonych. – Gdy nagłaśniałam nieprawidłowości, pani ordynator oraz część lekarzy nazywali mnie psychicznie chorą i sugerowali, że jestem pod wpływem substancji psychoaktywnych. Plotkowano o mnie i mojej rodzinie. Z drugiej strony otrzymywałam ciche poparcie od niektórych lekarzy, pielęgniarek, salowych i ratowników medycznych. Nigdy jednak nie miało ono charakteru oficjalnego, bo po prostu osoby te bały się utraty pracy – twierdzi.

W końcu dyrektor szpitala zwolnił Marczewską. Rezydentkę można zwolnić tylko dyscyplinarnie, dlatego Marek Twardowski w uzasadnieniu napisał, że zwalnia ją, ponieważ nie posiada ona już kierownika specjalizacji. Okazało się, iż kierownik sam się zwolnił miesiąc wcześniej, nie informując o tym młodej lekarki. Marczewska odwołała się od tej decyzji do Sądu Pracy i w ramach rekompensaty otrzymała niewielkie odszkodowanie. Gdy jeszcze była pracownicą gorzowskiego szpitala, zdecydowała się zorganizować konferencję prasową, na której opowiedziała dziennikarzom o wszystkich nadużyciach. W międzyczasie, po wielu trudnościach, przeniosła się do kliniki w Warszawie i obecnie tam kontynuuje rezydenturę. Pomimo nieprzyjemności, jakie ją spotkały, uważa, że postąpiła słusznie, decydując się na przerwanie zmowy milczenia oraz działając zgodnie z własnym sumieniem i złożoną przysięgą lekarską.

Związkowiec walczy

Równie ciekawa i jednocześnie bardzo dramatyczna jest historia Piotra Kreta, przewodniczącego komisji zakładowej związku zawodowego OPZZ „Konfederacja Pracy” w katowickiej straży miejskiej. Kret rozpoczął pracę w straży miejskiej w 2008 r. Zatrudniał się wtedy razem z człowiekiem, który później został komendantem. To właśnie komendant był sprawcą całego zamieszania. Według mojego rozmówcy lista jego przewinień jest bardzo długa. – Zaczął stawiać się ponad obywatelami. Przykładem jest rozporządzenie o mandatach zaocznych. Nakazywało ono wypisywanie mandatów na numer rejestracyjny auta, a nie na dane osobowe kierowcy. A przecież powinno się karać obywatela, a nie pojazd – tłumaczy Piotr Kret. Prawdziwe problemy zaczęły się, gdy w 2010 r. mój rozmówca razem z innymi mundurowymi założył związek zawodowy. – Osoby zapisane do związku były gorzej traktowane. Mnie wysyłano na jednoosobowe patrole w bardzo niebezpieczne rejony Katowic. Zwykle na patrolach jest co najmniej dwóch strażników. Ta sprawa została zgłoszona do Sądu Pracy, który orzekł winę pracodawcy i uznał jego działanie za dyskryminację ze względu na przynależność związkową. Przyznano mi również odszkodowanie – wspomina.

Uchybień było znacznie więcej i można do nich zaliczyć m.in. niezapewnianie strażnikom odpowiedniego umundurowania oraz nagminne niepłacenie za godziny nadliczbowe, których zbierało się sporo. Choć na prośbę związków w katowickiej straży miejskiej odbywały się kontrole Państwowej Inspekcji Pracy, a te wykazywały liczne nieprawidłowości, to zdaniem Kreta komendant nie starał się ich wyeliminować. Czarę goryczy przelało zdarzenie z 2011 r. – Zaczęło się od tego, że zwróciłem się do komendanta o udostępnienie informacji o premiach i nagrodach dla pracowników. Podliczyliśmy i wyszło nam, że brakuje 200 000 zł. Komendant stwierdził, że nie dodał kwot, które straż otrzymała od prezydenta Katowic Piotra Uszoka. Co ciekawe, prezydent wysłał nam tabelkę z taką samą kwotą. Gdy dowiedział się o tym przewodniczący Rady Miasta, członek Platformy Obywatelskiej, nasłał kontrolę. Wkrótce ze stanowisk zostali odwołani on i przewodniczący komisji, która była odpowiedzialna za kontrolę. Sprawę więc utrącono, a wyniki są do tej pory nieznane – opowiada Kret.

To właśnie wtedy zaczęły się największe problemy katowickiego strażnika miejskiego. W grudniu 2012 r. w bardzo dziwnych okolicznościach, za rzekomy rozbój z rabunkiem, trafił do aresztu. – 15 listopada zawieźliśmy na izbę wytrzeźwień pijaka, który leżał na ziemi. Było wtedy bardzo zimno, więc można powiedzieć, że jego życiu i zdrowiu zagrażało niebezpieczeństwo – mówi. Trzy dni później człowiek ten zgłosił policji, że został przez strażników pobity i okradziony. W sądzie wszyscy świadkowie (pracownicy izby wytrzeźwień) zaprzeczyli temu i powiedzieli, że nie mogliby przyjąć od strażników pobitego człowieka. Nie wzięto tego jednak pod uwagę i strażnik miejski… spędził trzy miesiące w areszcie. Po tym okresie wypuszczono go z powodu braku podstaw do dalszego ograniczania wolności.

Mój rozmówca nadal jest pracownikiem straży miejskiej, ale w związku z powyższą sprawą był już trzykrotnie zawieszany. – Próbowałem się odwoływać do Sądu Pracy, ale odmówiono mi zajęcia się sprawą, bo ponoć moje zwolnienie związane jest z ustawą, a nie z kodeksem pracy. Skierowałem się do Sądu Okręgowego, ale zapewne minie kilka lat, zanim zapadnie wyrok. Sprawa o rzekome pobicie nadal jest w toku. Wokół niej dzieją się jednak dziwne rzeczy. Plik z nagraniem interwencji, który mógłby być dowodem, nagle zniknął i prokurator nie mógł go dołączyć do akt. Nie wyjaśniono też, kto usunął go z komputera– relacjonuje.

Piotr Kret otrzymał wsparcie od wielu osób. Gdy siedział w areszcie, wpłynęły aż 24 poręczenia w jego sprawie od działaczy związkowych, członków organizacji pozarządowych oraz strażaków z Ochotniczej Straży Pożarnej. – Media zainteresowały się tematem tylko na chwilę, gdy zostałem osadzony, ale kiedy po wyjściu z aresztu chciałem przedstawić swój pogląd na sprawę i wysłałem notatkę do dziennikarzy, nikt się nie odezwał – wspomina związkowiec.

Potrzebna ustawa

Czy prawo w Polsce dostatecznie chroni sygnalistów? A jeśli nie, to co trzeba w tej kwestii zmienić? Tymi zagadnieniami zajmują się m.in. Instytut Spraw Publicznych i Fundacja Batorego, które wydały kilka ważnych publikacji dotyczących ochrony sygnalistów. Warto przyjrzeć się szczególnie dwóm pozycjom autorstwa prawniczki Anny Wojciechowskiej-Nowak: „Założenia do ustawy o ochronie osób sygnalizujących nieprawidłowości w środowisku zawodowym. Jak polski ustawodawca może czerpać z doświadczeń obcych?” oraz „Ochrona sygnalistów w Polsce. Stan obecny i rekomendacje zmian”.

W pierwszej, w dziale dotyczącym aktualnego stanu prawnego, autorka stwierdza: W obecnym stanie prawnym zagadnienia związane z sygnalizowaniem nieprawidłowości rozsiane są w różnych aktach prawnych. Poszczególne przepisy powstawały nie tyle jako realizacja zamysłu stworzenia spójnych ram prawnych dla różnych aspektów sygnalizowania (nie tylko ochrony osób sygnalizujących), co raczej przy okazji regulowania określonych dziedzin, np. działalności Państwowej Inspekcji Pracy, ochrony danych osobowych, procedury karnej, umów cywilnoprawnych, prawa pracy etc. Przepisy te tworzą więc raczej patchwork przypadkowych i oderwanych od siebie przepisów. Patchwork, który nie zawsze jest wewnętrznie spójny i kompletny, a czasem może nawet stwarzać bariery dla sygnalizowania. Obowiązek sygnalizowania jest zawarty m.in. w kodeksie postępowania karnego. Anna Wojciechowska-Nowak twierdzi, że trudno w polskim prawie znaleźć instytucje prawne, które nie tyle chroniłyby osobę sygnalizującą przed działaniami odwetowymi, ile zapobiegały takiemu ryzyku. Ochrona tożsamości zgłaszającego ma niestety jedynie fragmentaryczny charakter. Istnieje co prawda instytucja świadka anonimowego, ale dotyczy ona tylko wyjątkowych przypadków, gdy zagrożone jest życie lub zdrowie.

Według autorki niezadowalające są również przepisy dotyczące Państwowej Inspekcji Pracy: Z jednej strony zobowiązują pracowników PIP do nieujawniania informacji, że kontrola przeprowadzana jest w następstwie skargi, o ile zgłaszający skargę nie wyraził na to pisemnej zgody (art. 44 ust. 3). Z drugiej jednak decyzję o zachowaniu w tajemnicy okoliczności umożliwiających ujawnienie tożsamości pracownika, w tym danych osobowych, pozostawia decyzji inspektora pracy (art. 23 ust. 2). Przepisy prawa natomiast nie umożliwiają pracownikowi zgłaszającemu nieprawidłowości pracodawcy dokonania zastrzeżenia danych osobowych do wyłącznej wiedzy osoby, która w imieniu pracodawcy zgłoszenie przyjmuje.

Problematyczna pozostaje także kwestia ochrony danych osobowych sygnalisty. Może się bowiem okazać, że pracodawca będzie miał obowiązek ujawnić osobie, której nieprawidłowości dotyczą, dane osobowe sygnalizującego. Zgodnie bowiem z art. 25 ustawy, w przypadku zbierania danych nie od osoby, której one dotyczą, pracodawca jest zobowiązany poinformować tę osobę między innymi o źródle danych, celu i zakresie gromadzenia danych, odbiorcach lub ich kategoriach. Tymczasem zachowanie poufności jest niezbędne dla efektywności wewnętrznych procedur sygnalizowania – zwraca uwagę autorka publikacji.

Jej zdaniem niewystarczająca jest też ochrona sygnalistów przed działaniami odwetowymi w kodeksie pracy. Przepisy nie zawierają bowiem dyrektyw adresowanych do pracowników, które wyjaśniałyby, jak sygnalizować, aby nie narazić się na zarzuty przekroczenia granic konstruktywnej krytyki i naruszenia dobra pracodawcy. Wojciechowska-Nowak twierdzi, że barierą w aktywności sygnalisty jest także zatrudnianie pracowników na umowy „śmieciowe”, nie podlegające przepisom kodeksu pracy.

W związku z wieloma niedostatkami polskiego prawa oraz dowolnością jego interpretacji Anna Wojciechowska-Nowak twierdzi, że Polsce są potrzebne jasne i klarowne przepisy chroniące sygnalistów. W publikacji „Ochrona sygnalistów w Polsce. Stan obecny i rekomendacje zmian” sugeruje, żeby polski ustawodawca wzorował się na krajach, które wprowadziły efektywne prawo dotyczące sygnalistów. Wśród tych państw można wyróżnić dwa podejścia: tzw. ochronę sektorową oraz ochronę przez uniwersalną regulację. W pierwszym przypadku zapisy związane z ochroną prawną znajdują się w różnych aktach prawnych regulujących poszczególne dziedziny i sektory gospodarki. Do krajów reprezentujących takie podejście należą m.in. Stany Zjednoczone i Irlandia. Państwa, które wprowadziły całościowe, uniwersalne regulacje, to m.in. Wielka Brytania, Australia, Korea Południowa, Japonia, Indie, Rumunia, Węgry i Słowenia.

Anna Wojciechowska-Nowak przyznaje, że wzorem dla nas powinny być w pierwszej kolejności kraje z uniwersalnymi przepisami, bowiem mankamentem rozwiązań sektorowych jest brak jednolitych i przejrzystych zasad ochrony prawnej, w konsekwencji zaś – ich niższa skuteczność. – W Europie uważa się, że przykładem wzorcowej regulacji jest brytyjska ustawa o ujawnianiu informacji w interesie publicznym (Public Interest Disclosure Act) – mówi moja rozmówczyni.

Jakie w takim razie powinny być konkretne rekomendacje dla polskiego ustawodawcy? Anna Wojciechowska-Nowak podsuwa politykom pięć pomysłów. Pierwszym jest właśnie budowanie całościowej ochrony poprzez stworzenie jednego aktu prawnego. Ustawa taka może uwzględniać odmienności wynikające z różnorodności i specyfiki aktów prawnych, jednak powinna opierać się na wspólnych założeniach. Po drugie – ustawa powinna obejmować możliwie jak najszersze grupy zatrudnionych. Chodzi nie tylko o osoby zatrudnione na umowę o pracę, ale również o pracowników z umowami cywilnoprawnymi. Po trzecie – przepisy muszą być tak skonstruowane, aby ewentualne postępowanie sądowe mogło zweryfikować nie tylko prawdziwość przyczyny rozwiązania stosunku pracy lub innego stosunku prawnego, na podstawie którego świadczona jest praca, ale także to, czy pracodawca nie zastosował działań odwetowych. Po czwarte – ustawodawca powinien zwrócić uwagę na zagadnienia związane z rozkładem ciężaru dowodu i jego treścią. Autorka sugeruje, że odpowiednim rozwiązaniem byłoby obciążenie pracodawcy dowodem, że podjęte wobec pracownika decyzje personalne, takie jak wypowiedzenie czy pominięcie w przyznaniu premii, nie pozostawały w związku z okolicznością sygnalizowania przez pracownika nieprawidłowości. Ostatnią kwestią, którą według prawniczki ustawodawca powinien rozpatrzyć, jest kwestia ochrony tożsamości osoby sygnalizującej. W jej opinii konieczne jest zawarcie zapisu mówiącego, że dane osobowe zgłaszającego objęte są poufnością, a ujawnienie ich osobom trzecim lub pracodawcy może odbyć się tylko za zgodą samego sygnalisty. Jak twierdzi autorka, powyższe rekomendacje to standard minimum, który należy wprowadzić w interesie publicznym.

Niestety jak dotąd polscy politycy nie zajęli się tym problemem. Chęć stworzenie projektu ustawy o whistleblowerach zadeklarowało w 2011 r. Prawo i Sprawiedliwość, ale mimo poparcia innych klubów parlamentarnych nic z tego nie wyszło. Wydawało się, że przełom nastąpił, gdy w 2013 r. rząd umieścił prawa dla sygnalistów w projekcie Rządowego Programu Przeciwdziałania Korupcji w latach 2014–2019. Nadzieje okazały się płonne. Fragment o sygnalistach został z projektu usunięty w ostatniej chwili na wniosek Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Do tej pory nasz kraj nie doczekał się sensownych rozwiązań prawnych dotyczących sygnalistów.

Przeciw globalnemu wyzyskowi

Przeciw globalnemu wyzyskowi

Do opinii publicznej coraz częściej docierają informacje o nadużyciach w wykonaniu znanych firm odzieżowych, które m.in. w krajach trzeciego świata korzystają z bezpardonowego wyzysku pracowników. O tych problemach rozmawiamy z Marią Humą, prezeską Fundacji Kupuj Odpowiedzialnie oraz koordynatorką Kampanii Clean Clothes Polska.

***

Czym jest Kampania Clean Clothes Polska i w jakim celu została powołana?

Maria Huma: Clean Clothes Polska jest krajową platformą międzynarodowej sieci Clean Clothes Campaign. Łączy ona wysiłki związków zawodowych, organizacji pozarządowych i wszystkich, którzy działają na rzecz poprawy warunków pracy w przemyśle odzieżowym w Europie i krajach producenckich, do których zaliczane są głównie państwa azjatyckie. Domagamy się od firm odzieżowych, aby wzięły odpowiedzialność za warunki pracy w ich „łańcuchach produkcji”, a więc także u swych podwykonawców. Z kolei konsumentów zachęcamy do wspierania tych postulatów odpowiedzialnymi zakupami oraz udziałem w kampaniach.

Kampania Clean Clothes jest na terenie naszego kraju prowadzona od 2009 roku. Stoi za nią nieformalna koalicja organizacji, takich jak Fundacja Kupuj Odpowiedzialnie, Koalicja KARAT, Polska Akcja Humanitarna czy Ośrodek Działań Ekologicznych „Źródła”.

Jakie działania przeprowadziliście do tej pory w przestrzeni międzynarodowej?

M. H.: Jedną z naszych najważniejszych kampanii jest „Godna płaca dla wszystkich”. Wierzymy, że pracownicy przemysłu odzieżowego powinni otrzymywać wynagrodzenie, które pozwoli im na utrzymanie siebie i swoich rodzin. Tymczasem w wielu krajach, gdzie produkuje się odzież, pracownicy fabryk nie otrzymują godnej płacy. Dzieje się to mimo rosnących zysków branży odzieżowej. Z ceny, którą konsumenci płacą za sztukę odzieży, zaledwie 1-2% trafia do pracowników, a około 50% do właścicieli marek odzieżowych. Korporacje odzieżowe, kierując się maksymalizacją zysków, przenoszą się do krajów słabo rozwiniętych, gdzie istnieje słaby system prawa pracy, a siła robocza jest tania. Robotnicy czasami protestują przeciwko głodowym płacom – ostatnio wyszli na ulice  w Kambodży, napotykając na brutalną reakcję władz. Tam i w wielu innych krajach Azji wschodniej przemysł i eksport opierają się głównie na branży odzieżowej. Celem naszej kampanii jest obywatelski nacisk na rządy w sprawie utrzymania płac minimalnych na odpowiednim poziomie.

Kolejną akcją, którą organizujemy, jest „Bezpieczeństwo w Bangladeszu”. Bangladesz to drugi co do wielkości producent odzieży (po Chinach). Niestety warunki pracy są tam bardzo złe. W fabrykach dochodzi bardzo często do śmiertelnych wypadków i katastrof. Tylko w ciągu ostatniej dekady w tragicznej serii katastrof budowlanych i pożarów fabryk odzieżowych zginęło ponad 1500 pracowników, a setki zostały ranne. Wśród przyczyn tragedii podaje się wady konstrukcyjne budynków, brak odpowiednich zabezpieczeń przeciwpożarowych, brak szkoleń dla pracowników i prześladowania związkowców, które uniemożliwiają skuteczną ochronę bezpieczeństwa pracowników. Problem ten został nagłośniony po katastrofie w szwalni Rana Plaza, gdzie w 2013 roku wskutek zawalenia się budynku zginęło ponad tysiąc osób. Wtedy to, po apelach konsumentów, doszło do podpisania porozumienia pomiędzy firmami a związkami zawodowymi oraz organizacjami pozarządowymi, które dotyczyło bezpieczeństwa budynków i ochrony przeciwpożarowej w fabrykach w Bangladeszu.

Walczymy również o obowiązkowy globalny zakaz piaskowania (tzw. sandblasting) jeansów w przemyśle odzieżowym. Jest to proceder bardzo niekorzystny dla zdrowia pracowników fabryk, którzy z tego powodu często zapadają na krzemicę. Pomimo tego, że oficjalnie wiele firm odzieżowych wycofało się ze stosowania tej metody, to raporty Clean Clothes dowodzą, że piaskowanie wciąż jest praktykowane w Bangladeszu i Chinach.

Powiedz teraz kilka słów o tym, co udało wam się zrobić w Polsce.

M. H.: Przeprowadziliśmy szkolenia dla nauczycieli i uczniów w polskich szkołach odzieżowych, podczas których opowiadaliśmy im o warunkach pracy w fabrykach odzieżowych w krajach producenckich. Ponadto zwróciliśmy się do polskich firm odzieżowych (m.in. do firmy LPP odpowiedzialnej za produkcję ubrań marki Reserved) z propozycją dialogu. Poprosiliśmy LPP o wyjawienie, gdzie dokładnie szyte są ich ubrania i w jakich warunkach odbywa się ta produkcja. LPP zobowiązało się do opracowania całościowej strategii społecznej odpowiedzialności biznesu, opartej na monitoringu łańcucha dostaw, ale niestety z  tych obietnic póki co się nie wywiązali. Później metki LPP zostały odnalezione w ruinach budynku szwalni Rana Plaza. Firma jednak nie chciała nam wyjaśnić, czy ich ubrania były produkowane w fabryce, w której doszło do tak wielkiej tragedii. Po tym, jak media zainteresowały się tematem, LPP wydało komunikat, w którym napisali, że nie wiedzieli, gdzie dokładnie odbywała się produkcja. Odnieśliśmy wrażenie, że całkowicie zlekceważyli tę sprawę. Planowaliśmy wtedy zorganizowanie demonstracji w Warszawie i Łodzi, ale ostatecznie wycofaliśmy się z tego pomysłu, bo LPP przystąpiło do międzynarodowego porozumienia dotyczącego bezpieczeństwa fabryk w Bangladeszu. Niestety po tym, jak próbowaliśmy wyciągnąć od LPP informacje, firma zaprzestała jakichkolwiek kontaktów z nami.

Skoro już rozmawiamy o LPP, to powiedz, jak odnosicie się jako organizacja do tego, że ta firma zdecydowała się płacić podatki poza Polską?

M. H.: Uważamy, że jest to działanie niekorzystne dla gospodarki naszego kraju. Mogę się zgodzić z tym, że biurokracja czy niespójność przepisów są w Polsce problemem dla przedsiębiorców, ale przecież statystyki jasno mówią, że akurat koszty pracy w Polsce są niskie, jak na standardy europejskie. Absurdalny jest więc argument o wysokich podatkach, które miałyby rzekomo usprawiedliwiać działania korporacji uciekających do rajów podatkowych. Jako platforma organizacji pozarządowych działających na rzecz odpowiedzialnego biznesu nie zgadzamy się z takim postępowaniem firm, bo nie ograniczamy się tylko do spraw pracowniczych i pewne procesy gospodarcze staramy się rozpatrywać w szerszej perspektywie.

Czy na podstawie obserwacji prowadzonych przez waszą organizację możesz stwierdzić, że sytuacja pracowników w azjatyckich fabrykach odzieżowych w ciągu ostatnich dekad uległa poprawie? Jak to wygląda w porównaniu do krajów Europy Wschodniej?

M. H.: Zdecydowanie tak. Sytuacja uległa poprawie w porównaniu do tego, co działo się np. dwadzieścia lat temu. Wtedy w fabrykach pracowały także osoby niepełnoletnie, teraz raczej się tego unika. Coraz szerzej stosuje się płacę minimalną. Pewne standardy zaczęły być tam przestrzegane. To m.in. zasługa takich organizacji jak nasza, które od wielu lat przypominają o tym, że prawa pracownicze nie mogą być łamane. Oczywiście problemów nadal jest sporo, wciąż jest o co walczyć. W Europie jest dużo lepiej pod względem bezpieczeństwa pracy, ale z kolei w takich krajach jak Polska, Bułgaria, Rumunia, Turcja czy Ukraina głodowe pensje pozostają problemem wielu pracowników.

W jaki sposób Polacy reagują na wasze działania i postulaty?

M. H.: Muszę powiedzieć, że jest coraz lepiej. Jeszcze kilka lat temu trudniej było dotrzeć z takim przekazem, ale od jakiegoś czasu chyba następuje wzrost świadomości Polaków. Badania opinii publicznej jednoznacznie wskazują, że Polacy chcą, aby państwo chroniło ich przed wyzyskiem, a kapitalizm w naszym kraju przybrał w końcu ludzką twarz. Myślę, że takie nastroje to skutek szalejącego światowego kryzysu gospodarczego, który coraz bardziej daje się we znaki również naszym rodakom.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Bartosz Oszczepalski, 27 marca, 2014 r.