Władza w ręce obywateli

Władza w ręce obywateli

O mechanizmach demokracji bezpośredniej, przygotowywanym projekcie ustawy o referendach i o skutkach nowelizacji kodeksu pracy rozmawiamy z dr. hab. Marcinem Zielenieckim, ekspertem NSZZ „Solidarność”.

***

Przygotowuje Pan obywatelski projekt ustawy o referendach. Jakie są jego założenia i w jaki sposób mógłby on wpłynąć na poprawę kondycji polskiej demokracji?

Prof. Marcin Zieleniecki: Uważamy, że obecne rozwiązania prawne, zawarte w ustawie z 2003 roku i w Konstytucji, są niewystarczające. Nie zachęcają one Polaków do korzystania z instrumentów demokracji bezpośredniej. Głównym założeniem projektu ustawy będzie więc wprowadzenie instytucji obligatoryjnego referendum w sprawach szczególnie ważnych dla funkcjonowania państwa. Obecnie w Polsce o tym, czy referendum dojdzie do skutku, decydują politycy, a konkretnie Sejm i Prezydent (po uzyskaniu zgody Senatu), czasami całkowicie nie zważając na stopień zaangażowania obywateli. Mieliśmy tego przykład, gdy „Solidarność” zebrała około dwóch milionów podpisów w sprawie referendum dotyczącego podwyższenia wieku emerytalnego. Wtedy władza całkowicie zignorowała ten głos obywateli i zrezygnowała z możliwości zapoznania się z ich opinią. Obywatelom nie dano szansy na wypowiedzenie się w kwestii, która ich bezpośrednio dotyczy. To zdarzenie zainspirowało nas do złożenia propozycji, aby po zebraniu miliona podpisów państwo było zobligowane do zorganizowania referendum. Żeby jednak nasza propozycja weszła w życie, potrzebna jest zmiana Konstytucji. Będziemy zwracać się do władz, a w szczególności do Prezydenta RP, żeby to rozwiązanie poparł.

W których krajach taki mechanizm już funkcjonuje i czy tam on się sprawdził?

M. Z.: Przygotowując ustawę, wzoruję się na rozwiązaniu węgierskim. To właśnie na Węgrzech została wprowadzona instytucja obligatoryjnego referendum, które może być zorganizowane po zebraniu 200 000 podpisów. My ten próg musielibyśmy podwyższyć, bo jesteśmy krajem o większej liczbie ludności. Oczywiście najlepszym wzorem jest Szwajcaria, gdzie referenda są stałym elementem życia politycznego i organizuje się je również w przypadku kwestii pracowniczych i gospodarczych. Nie chodzi jednak o to, żeby naśladować Szwajcarię, bo do tamtego modelu jeszcze wiele nam brakuje. Chciałbym również zwrócić uwagę na to, że w Słowenii odbyło się referendum, w którym obywatele opowiedzieli się przeciwko podwyższeniu wieku emerytalnego. Wicepremier Janusz Piechociński powiedział, że przyczyniło się to do osłabienia gospodarki. Trudno się z tym zgodzić. Węgrom korzystanie z instytucji obligatoryjnego referendum nie przeszkadza w reformowaniu gospodarki.

W związku ze zbliżającym się referendum, w którym mieszkańcy Warszawy zdecydują o losie prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz, mamy do czynienia z atakami partii rządzącej na instytucję referendum. Jak Pan odniesie się do słów przedstawicieli Platformy Obywatelskiej, którzy twierdzą, że referenda mogą sprzyjać wywoływaniu konfliktów ze strony opcji politycznych będących w opozycji?

M. Z.: Nie widzę nic złego w tym, żeby grupa społeczna lub polityczna, która ma społeczne poparcie, zachęcała obywateli do uczestnictwa w referendach. Jest to sygnał dla polityków, żeby wykazywać aktywność nie tylko w trakcie kampanii wyborczej, ale również podczas kadencji. Natomiast odpowiednio ustanowiony próg dotyczący liczby wymaganych podpisów wyklucza nadużycia.

Jakiś czas temu „Solidarność” wspierała również kontrowersyjną ideę wprowadzenia w Polsce jednomandatowych okręgów wyborczych. Skąd taki pomysł? Nie uważa Pan, że JOW-y przyczynią się do tego, iż na scenie politycznej zostaną tylko dwie partie, a polityka ulegnie oligarchizacji?

M. Z.: Ten pomysł w założeniu miałby przyczynić się do zwiększenia aktywności polityków w Polsce. Po wyborach dana wspólnota miałaby jednego przedstawiciela i on w takiej sytuacji byłby zmuszony do tego, żeby się wykazywać i pracować bardziej intensywnie na rzecz tej wspólnoty. Zdaję sobie jednak sprawę, że to rozwiązanie posiada też liczne wady. Idea ta budzi spore kontrowersje w środowisku konstytucjonalistów. Jest też wiele niebezpieczeństw, które wiążą się z JOW-ami, między innymi wspomniana oligarchizacja. Dlatego, według mnie, należy szukać rozwiązań pośrednich. Sama idea, aby swoich przedstawicieli wybierali obywatele, a nie politycy ustalając listy wyborcze, zasługuje mimo to na wsparcie. Pomysł ten nie jest jednak w tej chwili jakoś szczególnie forsowany przez „Solidarność”, ponieważ musimy skupić się na sprawach pracowniczych.

Właśnie weszła w życie nowelizacja kodeksu pracy, krytykowana przez związki zawodowe. Proszę powiedzieć, jakie konsekwencje tych zmian w prawie poniosą pracownicy w Polsce?

M.Z.: Ta nowelizacja może doprowadzić do tego, że w określonych przedziałach czasowych pracownicy będą bardziej niż dotychczas wykorzystywani przez pracodawców. Do tej pory ustawa nakładała na pracodawcę wymóg czteromiesięcznego okresu rozliczeniowego, a teraz w zakładach pracy może obowiązywać okres dwunastomiesięczny. Wcześniej więc pracodawca musiał umiejętnie zarządzać czasem pracy personelu, a teraz otworzono mu furtkę do zmuszania pracowników do dłuższej pracy przez większą część roku. Poza tym gdy mieliśmy czteromiesięczny okres rozliczeniowy, to problem przy godzinach nadliczbowych występował właśnie po czterech miesiącach. Obecnie pracodawca będzie mógł rozliczyć się z godzin nadliczbowych dopiero po roku. Sytuacja pracowników ulegnie więc znacznemu pogorszeniu. Nie zgadzamy się z argumentami rządu, że uelastycznienie czasu pracy przyczyni się do zmniejszenia bezrobocia w kryzysie. Badania prowadzone przez naukowców z Wielkiej Brytanii potwierdzają, że nie ma żadnego związku pomiędzy elastycznością czasu pracy a bezrobociem.

A jednak przedstawiciele rządu twierdzą, że w związku z kryzysem w całej Europie dokonuje się uelastycznienia kodeksów pracy i wydłuża okres rozliczeniowy.

M. Z.: Rząd powołuje się na dyrektywę unijną, która zakłada wydłużenie okresu rozliczeniowego do sześciu miesięcy. Chciałbym jednak zwrócić uwagę, że zmiana ta jest obwarowana szeregiem ograniczeń. Istnieje wiele grup pracowników, których ten zapis nie dotyczy. Dlatego aby okres rozliczeniowy obowiązujący obecnie w Polsce był zgodny z dyrektywą unijną, należałoby wprowadzić ograniczenia dla pewnych kategorii pracowników. Nasz ustawodawca poszedł jednak na łatwiznę i zawarł w prawie jedynie ogólnikowy zapis mówiący, że tego typu ograniczenia muszą być uzasadnione obiektywnymi powodami. Dyrektywa jednak wymaga sprecyzowania w przepisach prawa krajowego, jakie to mają być przesłanki. Można więc stwierdzić, że nowelizacja kodeksu pracy jest niezgodna z prawem unijnym. Dodatkowo nowelizacja jest niezgodna z ratyfikowaną przez Polskę konwencją Międzynarodowej Organizacji Pracy nr 135 o ochronie przedstawicieli pracowników i przyznaniu im ułatwień. Konwencja ta wymaga wprowadzenia w prawie krajowym instrumentów gwarantujących niezależność tzw. pozazwiązkowym reprezentantom pracowników, którzy mogą zawierać z pracodawcami porozumienie o przedłużeniu okresu rozliczeniowego czasu pracy w firmach, w których nie działają związki zawodowe. Ustawodawca jednak nie dostosował się do zapisów konwencji. Dlatego NSZZ „Solidarność” nosi się z zamiarem skierowania do Trybunału Konstytucyjnego wniosku o zbadanie zgodności ustawy wprowadzającej możliwość wydłużania okresów rozliczeniowych czasu pracy do 12 miesięcy z konwencją MOP nr 135. Niestety nie możemy zwrócić się do Trybunału o ocenę zgodności tej ustawy ze wspomnianą dyrektywą unijną, bo Trybunał Konstytucyjny nie ma kompetencji do orzekania w takich sprawach.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Bartosz Oszczepalski, 25 sierpnia 2013 r.

Samorząd pracy chronionej

Polski model kapitalizmu generuje coraz większe bezrobocie i brak dostatecznej liczby miejsc pracy. Niektóre samorządy, mając świadomość problemu, próbują wypełnić tę lukę i wesprzeć najsłabszych mieszkańców.

W Polsce od wielu lat państwo wykazuje znikomą aktywność w zakresie tworzenia miejsc pracy lub pomocy osobom, które chcą wyjść z bezrobocia. Bardzo często wynika to z wyznawanej na szczeblach władzy ideologii neoliberalnej, głoszącej, że odpowiednią liczbę etatów może zagwarantować tylko rynek, a państwo i samorządy nie powinny w to ingerować. Kłam tym teoriom zadają realia. Istniejące od lat wysokie bezrobocie skutkuje tym, że coraz więcej ludzi wyjeżdża, by szukać zatrudnienia w innych krajach. Efekty już teraz są widoczne – malejąca liczba obywateli, a co za tym idzie, zmniejszające się wpływy z podatków.

Te problemy są szczególnie widoczne na tzw. peryferiach Polski, czyli w mniejszych miejscowościach, powiatach lub gminach, skąd mieszkańcy emigrują nie tylko za granicę, ale również do większych ośrodków w kraju. Dlatego przedstawiciele kilku samorządów, na przekór panującym tendencjom, zainicjowali działania mające na celu tworzenie miejsc pracy, aby przynajmniej częściowo ograniczyć migrację mieszkańców „za chlebem” oraz zmniejszyć skalę lokalnych problemów społecznych.

Spółdzielcza Łomża

Krzysztof Kozicki to człowiek, który posiada spory wkład w to, że powiat łomżyński może poszczycić się wyjątkowo dużą jak na polskie realia liczbą spółdzielni socjalnych. Pełniąc tam funkcje starosty i wicestarosty powiatowego, zdawał sobie sprawę z trudnej sytuacji pracowników. – Gwałtowne zmiany społeczno-gospodarcze, jakie miały miejsce w całej w Polsce w ciągu ostatnich 20 lat, sprawiły, że ogromna grupa osób znalazła się na marginesie. Powstało zjawisko wykluczenia społecznego dotychczas nieznane władzom samorządowym. Jednostki wykluczone nie były w stanie przystosować się do życia w gospodarce rynkowej – ocenia Kozicki.

Rozwiązania tych problemów w regionie łomżyńskim postanowił poszukać przy pomocy metod tzw. ekonomii społecznej. – Wcześniej pracowałem w Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie, co pozwoliło mi zrozumieć problemy osób wykluczonych i wykorzystać tę wiedzę, gdy zacząłem pełnić funkcję starosty łomżyńskiego. Widziałem, że tradycyjne formy pomocy społecznej nie przynoszą zamierzonych skutków i nie powodują jakościowych zmian. Oferowane przez urząd pracy zasiłki i zapomogi pomagają przeżyć osobom bezrobotnym, ale nie mają wpływu na zmianę ich sytuacji zawodowej i społecznej. Dostrzegłem w ekonomii społecznej szansę na faktyczne „przywrócenie” tych osób do życia w zbiorowości. Dlatego Starostwo Powiatowe w Łomży od kilku lat aktywnie poszukuje nowych rozwiązań, niekonwencjonalnych działań pomagających aktywizować osoby wykluczone społecznie i zawodowo – twierdzi Kozicki. W 2006 r. starostwo przystąpiło do budowania partnerstwa w zakresie ekonomii społecznej wśród instytucji, przedsiębiorców, ośrodków szkolenia oraz organizacji pozarządowych. Utworzone podmioty ekonomii społecznej w postaci spółdzielni socjalnych, Centrum Integracji Społecznej i prowadzone warsztaty terapii zajęciowej doprowadziły do powstania kilkuset miejsc pracy i w związku z tym powrotu na rynek osób dotychczas długotrwale bezrobotnych.

Początki nie były łatwe. Pierwsza spółdzielnia socjalna, która powstała w Łomży dla podopiecznych Centrum Integracji Społecznej, niestety nie przetrwała. Stało się tak pomimo wsparcia ze strony Kozickiego (wówczas starosty), który przyczynił się do tego, że placówce przyznano pieniądze z puli środków przeznaczonych na aktywną walkę z bezrobociem. Klęska placówki bynajmniej nie zniechęciła starosty do podejmowania kolejnych prób. W 2009 r. ze środków Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki zainicjowano projekt „Spółdzielnia socjalna moją szansą na pracę”, dzięki któremu powstały dwa podmioty – Awans i Info Card. Obie spółdzielnie prowadzą działalność typu call center. Awans obsługuje jedną ze znanych firm telekomunikacyjnych, natomiast Info Card zajmuje się telefoniczną obsługą klientów firm z terenu całego kraju. Projekt był skierowany do 15 osób. Uzyskały one dofinansowanie na założenie spółdzielni. Wcześniej przyszli spółdzielcy odbyli wielomiesięczne kursy przygotowujące ich do prowadzenia przedsiębiorstwa społecznego. Obie spółdzielnie prosperują dobrze po dzień dzisiejszy i zatrudniają w sumie około pięćdziesięciu pracowników.

W międzyczasie do Powiatowego Urzędu Pracy w Łomży zgłosiło się pięć kobiet, które zostały zwolnione z niewielkiej firmy szewsko-obuwniczej. Znalazły się w bardzo trudnej sytuacji, bo na lokalnym rynku pracy niewiele jest ofert w tej branży. Sposobem na „nowe życie” stało się dla nich założenie spółdzielni socjalnej „Alexis”, która świadczy usługi krawieckie. Pomogli im w tym pracownicy PUP. – Przede wszystkim każda z pań dostała dotację wynoszącą czterokrotność średniej pensji, która przysługuje każdej nowo zakładanej spółdzielni socjalnej. Zapewniliśmy im również refundację składek ZUS-owskich. Popieramy powstawanie podmiotów ekonomii społecznej, dlatego panie mogą liczyć na nasze stałe wsparcie. Gdy jakiś czas temu brały kredyt, wstawiłem się za nimi w banku. Ponadto gdy ostatnio wystosowały prośbę do władz miasta o przeniesienie spółdzielni w miejsce, które jest bardziej przestronne, a więc lepiej przystosowane do warunków produkcji, zwróciłem się do Prezydenta Łomży o życzliwe potraktowanie, szczególnie jeśli chodzi o ustalenie wysokości czynszu – mówi dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy, Mieczysław Bieniek. W tej sprawie za spółdzielcami wstawił się również wicestarosta, co w efekcie sprawiło, że spółdzielnia funkcjonuje obecnie już w innym, dogodniejszym miejscu.

Wsparcie władz i instytucji lokalnych było szczególnie istotne, gdyż pierwszy rok działania spółdzielni wiązał się ze znacznymi wydatkami oraz dużą niepewnością. – Jesteśmy otwarci na współpracę i pomoc osobom, które chcą zakładać spółdzielnie socjalne, bo wiemy, jak bardzo niekorzystna jest obecnie sytuacja na rynku pracy. Oprócz dotacji i refundacji składek ZUS-owskich wspomagamy spółdzielnie stażami i ofertami prac interwencyjnych – podkreśla dyrektor Bieniek.

Projekt „Spółdzielnia socjalna moją szansą na pracę” nie był jedyną inicjatywą zainicjowaną przez starostwo w celu tworzenia etatów w sektorze ekonomii społecznej. Obecnie trwa realizacja kolejnego projektu: „Spółdzielnia socjalna – szansą na lepsze jutro”. Dzięki środkom przeznaczonym na jego realizację w styczniu bieżącego roku w Łomży uruchomiono spółdzielnię socjalną „Netlajt”, w ramach której funkcjonują sklep komputerowy oraz serwis techniczny. W sumie dzięki projektom Starostwa Powiatowego oraz pomocy udzielanej przez inne instytucje w powiecie łomżyńskim powstało aż 9 spółdzielni socjalnych. – Spółdzielnie są u nas już trwałym elementem krajobrazu gospodarczego. Powstało kilka partnerstw na rzecz ekonomii społecznej, pracujemy także nad klastrem podmiotów tego sektora. Ekonomię społeczną w naszym powiecie tworzą ludzie, którzy angażują się w nietypowe przedsięwzięcia, przecierają nowe szlaki i wyszukują nisze dla swoich działań. To ciężka praca, pełna wzlotów i upadków, ale wysiłków zakończonych sukcesem jest całkiem sporo – podsumowuje Kozicki.

Starostwo przeznacza również duże środki finansowe z funduszy unijnych na inne działania w celu poprawy sytuacji bezrobotnych. Organizowane są dla nich m.in. szkolenia przygotowujące do zawodów, które akurat są pożądane przez lokalne firmy, np. księgowego, kierowcy kat. C, operatora koparko-ładowarki itp. I choć Krzysztof Kozicki nie jest już starostą, to bakcyl ekonomii społecznej został w Łomży zaszczepiony na stałe.

Ekonomia solidarna z Czarnkowa

Kolejnym przykładem prowadzenia aktywnej polityki walki z bezrobociem jest gmina Czarnków w woj. wielkopolskim. Duża w tym zasługa Bolesława Chwarścianka, który pełni funkcję wójta od 1999 r. – Funkcjonujemy bardzo dobrze w ramach szerokiego porozumienia, tzw. Partnerstwa Ekonomii Społecznej Ziemi Czarnkowskiej, które łączy działania wójta, starostwa powiatowego, Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej oraz wielu innych instytucji, stowarzyszeń i spółdzielni socjalnych zainteresowanych pomaganiem osobom bezrobotnym. Partnerstwo zostało założone w 2009 r. Choć użyłem sformułowania „ekonomia społeczna”, to my jednak wolimy określenie „ekonomia solidarna”, czyli taka, która jest solidarna z ludźmi, ze społeczeństwem – tłumaczy Chwarścianek.

Zaczęło się od tego, że kilka lat temu władze gminy zdecydowały się na stworzenie Centrum Integracji Społecznej i Praktyk Kulturalnych. – W założeniu jest to projekt skierowany do osób długotrwale bezrobotnych. Praca z takimi osobami to spore wyzwanie, bo trudno jest przywrócić je na rynek pracy – przedsiębiorcy niechętnie je zatrudniają. W ramach CIS-u bezrobotni mogą bezpłatnie uczyć się zawodu poprzez korzystanie z warsztatów i kursów specjalistycznych (np. gastronomicznych lub zieleniarskich). Istnieje również możliwość zasięgnięcia porady profesjonalnego doradcy zawodowego. Ważną funkcją tej instytucji jest to, że ludzie bez pracy mogą się integrować, przebywać ze sobą, rozmawiać i nie zostają ze swoimi problemami sami. Do CIS-u można należeć przez rok – przez ten czas jego uczestnikom przysługują świadczenia integracyjne – mówi Chwarścianek. Centrum pomogło już wielu bezrobotnym, którzy dzięki wsparciu po jakimś czasie znaleźli zatrudnienie.

To jednak nie jedyne pomysły wójta na zmniejszenie bezrobocia. Gmina zasłynęła z wykorzystania klauzuli społecznych w przetargach. Choć zapis o klauzulach społecznych w prawie zamówień publicznych, który preferuje przedsiębiorstwa społeczne zatrudniające osoby wykluczone oraz niepełnosprawne, istnieje już od 2009 r., to nie jest on zbyt często wykorzystywany przez samorządy. Gmina Czarnków może natomiast w tym zakresie stanowić wzór do naśladowania. – Klauzule są świetnym sposobem na ograniczenie bezrobocia w regionach szczególnie nim zagrożonych. Stosujemy je w przypadku zamówień na drobne usługi. Z klauzul korzystają spółdzielnie socjalne z naszej gminy. Przykładem jest tutaj spółdzielnia „Słoneczko”, zajmująca się sprzątaniem mieszkań oraz świadczeniem usług opiekuńczych. Wygrała ona jeden z przetargów, który ogłosiła gmina. Bez klauzul społecznych nie byłoby to możliwe. W przetargach bardzo często zwycięża również Centrum Integracji Społecznej, które później zleca prace swoim podopiecznym – opowiada wójt.

Wspieranie spółdzielczości jest kolejną inicjatywą, której podejmują się władze Czarnkowa. Na terenie gminy od dwóch lat dobrze prosperuje wspomniana spółdzielnia socjalna „Słoneczko”. Ponad rok temu powstała też spółdzielnia socjalna „Jodełka” w Paliszewie, której członkowie zajmują się pracami leśnymi, pielęgnacją zieleni oraz usługami porządkowymi. – Osoby, które zdecydowały się na założenie spółdzielni, mogły liczyć na naszą pomoc i nie ograniczała się ona tylko do przyznawania dotacji przez Powiatowy Urząd Pracy. Organizowaliśmy m.in. warsztaty, podczas których świeżo upieczeni spółdzielcy uczyli się, jak sprawnie zarządzać przedsiębiorstwami społecznymi. Poza tym doszliśmy do porozumienia z Nadleśnictwem Sarbia, które gwarantuje spółdzielni „Jodełka” stałe zlecenia, co niewątpliwie wpływa bardzo pozytywnie na funkcjonowanie tego przedsiębiorstwa. Przekonanie nadleśniczego nie było łatwe, ale na szczęście rozmowy przyniosły oczekiwany efekt. Wiedzieliśmy, że musimy pomóc tym ludziom, bo sami mogą sobie nie poradzić w pierwszym, trudnym okresie działalności – opowiada Chwarścianek. Wsparcie ze strony władz dotyczy nie tylko kwestii finansowych czy szkoleniowych. – W ramach Partnerstwa Ekonomii Społecznej wciąż opiekujemy się tymi spółdzielniami. Na przykład staramy się łagodzić konflikty, które niekiedy narastają ze względu na różne temperamenty pracowników – wyjaśnia wójt Czarnkowa.

Pilzno i Wodzisław walczą z bezrobociem

Na pomysł stworzenia Centrum Integracji Społecznej wpadły również władze Pilzna. Gmina znajduje się w woj. podkarpackim, które zajmuje wysokie miejsca w statystykach bezrobocia, a jednocześnie plasuje się na ostatnich pozycjach rankingów dotyczących wysokości zarobków. Ta sytuacja zmusza powiatowe i gminne samorządy do sporej kreatywności w zakresie troski o osoby wykluczone. W Pilźnie idea powołania CIS zrodziła się przy okazji spotkania z przedstawicielami Fundacji Pomocy Wzajemnej „Barka”, w którym uczestniczyli reprezentanci gminy. – Tam właśnie dowiedzieliśmy się o możliwości powstania w Pilźnie Centrum Integracji Społecznej. W spotkaniach uczestniczyli kierownicy działających już CIS-ów z wielu województw. „Zarażeni” pomysłem, zostaliśmy zaproszeni do udziału w wizycie studyjnej w Byczynie i Strzelcach Opolskich, gdzie istnieją zarówno Centra, jak i spółdzielnie socjalne. Właśnie po tych wizytach uznaliśmy, że tę ideę warto zaszczepić na naszym gruncie – opowiada Justyna Dziedzic z referatu administracyjno-organizacyjnego w Urzędzie Miejskim w Pilźnie. Pomysł wspierała burmistrz miasta, Ewa Gołębiowska.

Choć na wniosek gminy wojewoda przyznała Centrum Integracji Społecznej odpowiedni status, na uroczyste otwarcie trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. – Planowaliśmy inaugurację na 1 lutego 2013 r., ale na początek potrzebujemy znacznej dotacji finansowej, którą może nam przyznać tylko Urząd Marszałkowski Województwa Podkarpackiego. Środki te planujemy wydać na remont budynku przeznaczonego na działalność Centrum oraz zakup odpowiedniego wyposażenia. Już niedługo Urząd Marszałkowski będzie organizował konkurs dla gmin, które mają utworzyć Centra na swoim terenie. Oczywiście mamy zamiar w nim wystartować i te środki zdobyć. Gdyby jednak teraz się nie udało, będziemy próbować do skutku, bo jesteśmy bardzo zdeterminowani w dążeniu do naszego celu – przekonuje pani Dziedzic.

Jak zakładają władze gminy, w pilźnieńskiej instytucji zatrudnienie mogłoby znaleźć ok. 20 osób, które teraz korzystają ze wsparcia Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej. W CIS osoby te pod okiem instruktora uczestniczyłyby w warsztatach podnoszących ich kwalifikacje. Jednocześnie wykonywałyby prace zlecone przez gminę lub inne instytucje czy firmy. – W naszym centrum planujemy trzy warsztaty. Zajmowałyby się one utrzymaniem zieleni, sprzątaniem stadionu, prowadzeniem szaletów miejskich. CIS świadczyłby też w pewnym zakresie usługi opiekuńcze, tzn. osobom wymagającym opieki sprzątałby mieszkanie czy robił zakupy – wyjaśnia Gołębiowska.

Na stworzenie instytucji, w której pracują osoby wykluczone z rynku pracy zdecydowano się także w powiecie wodzisławskim w woj. śląskim. Od 2008 r. funkcjonuje tam Zakład Aktywności Zawodowej. – Zgodnie z przepisami w Zakładzie zatrudnienie mogą znaleźć osoby ze znacznym lub umiarkowanym stopniem niepełnosprawności, u których stwierdzono autyzm, upośledzenie umysłowe lub chorobę psychiczną (dotyczy osób z umiarkowanym stopniem). Obecnie pracuje tam 20 osób niepełnosprawnych oraz 7 osób pełnosprawnych. Zakład świadczy usługi pralnicze i pokrewne, np. magiel – opisuje Wojciech Raczkowski, rzecznik prasowy Starostwa Powiatowego w Wodzisławiu Śląskim. Warte podkreślenia jest to, że klienci są bardzo zadowoleni z jakości usług świadczonych przez Zakład. Dzięki temu liczba zleceń stale wzrasta.

Zainspirowało to władze Wodzisławia do poszerzenia oferty tej jednostki i tym samym zwiększenia liczby miejsc pracy. – Pod koniec 2012 r. władze powiatu wodzisławskiego opracowały i skierowały do Zarządu Województwa Śląskiego wniosek o rozbudowę Zakładu poprzez adaptację istniejącego w sąsiedztwie jego siedziby budynku na potrzeby pralni chemicznej. Koszt tej inwestycji oszacowano wstępnie na ok. 740 tys. zł. Dzięki niej szansę na zatrudnienie może mieć kolejne 10 osób niepełnosprawnych oraz 3 pełnosprawne. Pod koniec kwietnia Zarząd Województwa Śląskiego podjął pozytywną decyzję w sprawie dofinansowania Zakładu. Właśnie bierzemy się do dzieła, podpisujemy umowy z nowymi pracownikami – mówi Raczkowski.

Nysa wzorem dla innych

O innowacyjnych projektach władz Nysy dla bezrobotnych już od kilku lat rozpisują się zarówno lokalne, jak i ogólnopolskie media. Pracownicy Powiatowego Urzędu Pracy wpadli na pomysł pozwalający zmniejszyć bezrobocie, a jednocześnie rozwiązać problem deficytu mieszkań, na których budowę wciąż brakowało środków finansowych. Bezrobotni mieli wybudować blok mieszkalny. – Projekt „Budowa domów poprzez system szkoleń osób bezrobotnych” został zainicjowany w okresie, w którym rynek pracy w powiecie nyskim cierpiał na niską liczbę wykwalifikowanych pracowników budowlanych. Pomysł zrodził się z analizy systemu szkoleń realizowanych przez Powiatowy Urząd Pracy. Pomimo przeprowadzania wielu rodzajów kursów budowlanych trudno było dostrzec ich konkretny efekt. Podjęcie inicjatywy budowy prawdziwego domu, poprzedzonej szkoleniami, wydawało się optymalnym pomysłem na stworzenie efektywnych i odpowiedzialnych społecznie programów szkoleniowych. Ponadto przeprowadzone rozpoznanie wśród pracodawców z branży budowlanej wskazywało, iż będą oni zainteresowani zatrudnieniem absolwentów takich kursów w swoich firmach – opowiada Kordian Kolbiarz, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Nysie i jeden z pomysłodawców projektu.

Zainteresowanie udziałem w przedsięwzięciu wyraził wójt gminy Paczków. Dokonano ścisłego podziału obowiązków. – Gmina Paczków przygotowała nieruchomość pod względem formalno-prawnym, dokumentację techniczną oraz pozwolenia budowlane. Zabezpieczyła też część materiałów budowlanych. Zapewnienie maszyn, urządzeń, kadry nadzorującej budowę, w tym kierownika budowy, wykładowców i instruktorów, należało do Powiatowego Urzędu Pracy. W tym celu zorganizowaliśmy szereg szkoleń obejmujących 176 osób, które były przyuczane m.in. do zawodu tynkarza, murarza, betoniarza, elektryka czy specjalisty od wykończenia wnętrz. Szkoleniami zajmowało się Centrum Kształcenia Praktycznego w Nysie – wspomina Kolbiarz. W listopadzie 2008 r. oddano do użytku dwupiętrowy blok z 12 mieszkaniami, który obecnie służy za lokum dla kilkunastu rodzin oczekujących na przyznanie mieszkania socjalnego. Są to głównie samotne matki. Część budowlańców, którzy pracowali przy budowie bloku, znalazła zatrudnienie w firmach, jeszcze inni zdecydowali się na założenie działalności gospodarczej. W 2009 r. projekt zdobył „Europejską Nagrodę Przedsiębiorczości”.

Instytucje odpowiedzialne za zmniejszanie bezrobocia w Nysie i władze miasta nie osiadły na laurach. „Praca za naukę” – tak nazywa się najnowsza inicjatywa, współtworzona przez Powiatowy Urząd Pracy, Starostwo Powiatowe oraz Państwową Wyższą Szkołę Zawodową w Nysie. Celem projektu jest nabycie przez osoby bezrobotne kwalifikacji zawodowych w ramach studiów zaocznych na nyskiej uczelni. W pierwszej kolejności program obejmie 50 osób bezrobotnych mających wykształcenie średnie. Naukę rozpoczną w nowym roku akademickim na kierunku zdrowie publiczne ze specjalnością aktywizacja osób starszych. To nie jedyna korzyść wynikająca z uczestnictwa w programie. Studenci otrzymają bowiem na samym początku… pracę. – W trakcie każdego z trzech lat studiów każdej osobie będzie przysługiwało prawo do 6-miesięcznej pracy w jednostkach sektora pomocy i opieki społecznej. Zatrudnienie będzie finansowane w ramach robót publicznych. Podczas całego okresu nauki osoba bezrobotna przepracuje zatem co najmniej 18 miesięcy. Warunkiem skierowania do pracy będzie wywiązywanie się z obowiązków studenta (zaliczone egzaminy itp.). Przez całe studia osoba bezrobotna zarobi około 25000 zł, co z pewnością umożliwi opłacenie czesnego, które w sumie wyniesie 10000 zł. Resztę pieniędzy będzie mogła wydać wedle własnego uznania – wyjaśnia Kordian Kolbiarz. Po skończeniu studiów otrzymają oni tytuł licencjata, nauczą się jednego z trzech języków: angielskiego, czeskiego lub niemieckiego, a przede wszystkim – zawodu, który da im szansę na znalezienie pracy, ponieważ tego rodzaju specjaliści są i będą poszukiwani ze względu na proces starzenia się społeczeństwa. W przyszłości uczelnia planuje uruchomić również inne specjalności, a środki na to przedsięwzięcie będą pozyskiwane z programów unijnych.

Dzięki takim inicjatywom Nysa zdecydowanie wyróżnia się na tle innych samorządów. Od kilku lat miasto jawi się jako wyjątkowo przyjazne dla bezrobotnych. Warto czerpać z niego wzorce, a także inspirować się pomysłami innych gmin, które również realizują politykę zgodną z potrzebami społeczności lokalnych.

Wyrzucony za uczciwość

Wyrzucony za uczciwość

Ta sprawa pokazała, na kolejnym przykładzie, jak brutalnie łamane są prawa pracownicze w Polsce. Unaoczniła, ile w praktyce są warte „przywileje” związków zawodowych, o których wciąż „informują” liberalne media. To historia Jarosława Przęczka, wiceprzewodniczącego Międzyzakładowego Związku Zawodowego Meblarzy RP oraz sekretarza organizacji zakładowej Meblarzy RP w zakładzie meblarskiej firmy BRW Sofa znajdującym się w Nidzicy na Mazurach. Związkowiec został zwolniony dyscyplinarnie z pracy, ponieważ odważył się sprzeciwić niezgodnym z kodeksem pracy działaniom pracodawcy wobec załogi, a później opisał je na łamach prasy. Z Jarosławem Przęczkiem rozmawiamy o ciężkich bojach z pracodawcą, trudnej sytuacji życiowej i gestach solidarności.

***

Z jakiego powodu, a może raczej pod jakim pretekstem zostałeś zwolniony z pracy?

Jarosław Przęczek: Bezpośrednim pretekstem był napisany przeze mnie artykuł do „Dziennika Trybuna”. Jednak początek sprawy miał miejsce wcześniej. Jakiś czas temu mieliśmy w zakładzie przerwę w dostawie prądu, oczywiście nie z winy pracowników. Byliśmy jednak gotowi do pracy. Z racji tego, że do końca zmiany było jeszcze niemal pięć godzin, chcieliśmy zostać i zająć się sprzątaniem. Zastępca dyrektora, poprzez naszych bezpośrednich przełożonych, kazał nam jednak wrócić do domów i zapowiedział, że będziemy musieli odrobić te zaległe godziny. Znając przepisy w tym zakresie, wywiesiłem na tablicy ogłoszeń informację, że czas przestoju musi być zapłacony w naszym przypadku w wysokości 100% stawki zaszeregowania. Próbowaliśmy też rozmawiać z dyrekcją, wszystko na próżno. Kazano nam podpisać zobowiązania w formie prośby o odpracowanie przestoju. Wraz z kilkoma innymi osobami odmówiłem. Nie przestraszyliśmy się gróźb dyrekcji. Napisałem też w tej sprawie e-mail do Państwowej Inspekcji Pracy, ale nie dostałem odpowiedzi. Zdecydowałem się więc na napisanie artykułu do „Dziennika Trybuna”, w którym opisałem nielegalne praktyki stosowane przez mojego pracodawcę – firmę BRW Sofa w Nidzicy. Za to zwolniono mnie dyscyplinarnie pod zarzutem naruszenia dóbr osobistych dyrekcji zakładu oraz ujawnienia tajemnicy służbowej – pomimo tego, że w tekście zawarłem prawdziwe informacje i że nigdy żaden pracownik nie musiał zobowiązywać się do dochowywania tajemnicy, zwłaszcza gdy nie chodziło o produkcję. Dodatkowo obarczono mnie winą za wygrany przez firmę konkurs na najgorszego pracodawcę roku, choć zorganizowali go anarchiści, a ja nie miałem z nim nic wspólnego.

Zamierzasz w tej sprawie odwołać się do sądu?

J. P.: Tak, w zasadzie już to zrobiłem. Wierzę, że wygram, chociażby z tego powodu, że pracodawca nie dopełnił wielu formalności. Przede wszystkim, jako związkowiec funkcyjny, jestem pod szczególną ochroną prawną i w tej sytuacji firma powinna decyzję o wypowiedzeniu mojej umowy skonsultować z Międzyzakładowym Związkiem Zawodowym Meblarzy RP lub chociaż z organizacją zakładową. Wezwani zostali tylko przewodniczący i wiceprzewodniczący, jednak nie wyrazili zgody na zwolnienie. Poza tym, jak wspominałem – w artykule napisałem prawdę, a w razie gdybym kłamał, firma mogła napisać sprostowanie do gazety i wytoczyć mi sprawę w sądzie cywilnym.

Czy w związku z tym uważasz, że było to działanie mające na celu pozbycie się osoby „niewygodnej” z zakładu?

J. P.: Zdecydowanie tak. Od zawsze starałem się przede wszystkim bronić swoich kolegów w pracy i gdy była taka potrzeba, nie bałem się krytykować pracodawcy. To zapewne spowodowało, że pracodawca traktował mnie jako zagrożenie i od pewnego czasu szukał na mnie „haków”. Jakiś czas temu urwał się wąż doprowadzający wodę i choć mechanik ustalił, że sam pękł, to właśnie mnie obwiniono za tę usterkę. Innym razem otrzymałem karę upomnienia za niestawienie się na stanowisku pracy, choć nie było mnie tylko przez chwilę, a poszedłem po elementy potrzebne do produkcji.

Jak na twoje zwolnienie zareagowali koledzy i koleżanki z pracy?

J. P.: Rozmawiałem z nimi i wiem, że są w szoku. Mówią, że boją się teraz chodzić do pracy. Pewnie obawiają się, że kiedyś podzielą mój los. I może właśnie o to chodziło – żeby ich zastraszyć. Pracownik zastraszony jest w mniejszym stopniu skory do ewentualnych protestów.

Jaka jest obecnie twoja sytuacja życiowa?

J. P.: Mieszkam w małej miejscowości na Mazurach, która liczy około 10 tysięcy mieszkańców. W takim miejscu bardzo ciężko znaleźć pracę. Prawdopodobnie będę więc zmuszony do szukania zatrudnienia poza miejscem zamieszkania, ale gdzieś względnie niedaleko od Nidzicy. Mam nadzieję, że stanie się to dość szybko, ponieważ mam na utrzymaniu 4-letnie dziecko, żona nie pracuje, a z niewielkiej pensji w BRW Sofa nie byłem w stanie odłożyć pieniędzy na „czarną godzinę”.

Czy otrzymałeś już jakieś wsparcie?

J. P.: Spotkałem się z przewodniczącym OPZZ, Janem Guzem, który powiedział, że jest gotowy do współpracy. Związek zawodowy już załatwił adwokata, który będzie prowadził moją sprawę w sądzie. OPZZ zadeklarował zapewnienie mi odpowiedniej pomocy prawnej. Dostałem również wsparcie od Polskiej Partii Socjalistycznej. Przewodniczący Prezydium Rady Naczelnej PPS oraz wiceprzewodnicząca Rady Naczelnej wystosowali list otwarty w mojej sprawie do pani prezes BRW Sofa – Jolanty Zalewskiej. Podobny list został wysłany przez Wolny Związek Zawodowy „Sierpień 80”. Swoje oświadczenie przygotowała również centrala OPZZ. Gesty wsparcia otrzymałem również od „Solidarności”, Forum Związków Zawodowych, anarchistów oraz od członków SLD z tzw. lokalnych dołów partyjnych. Ponadto dostałem wiele wyrazów solidarności i poparcia od ludzi, którzy nie są związani ze związkami czy środowiskami politycznymi, lecz byli oburzeni tym, co mnie spotkało.

Czy żałujesz decyzji o publicznym skrytykowaniu pracodawcy i podjęciu aktywnej działalności w związku zawodowym?

J. P.: Absolutnie nie. Ludzie muszą się zrzeszać w związki zawodowe i walczyć wspólnie o swoje prawa. Nie możemy się dać wykorzystywać i udawać, że problem wyzysku w miejscach pracy nas nie dotyczy. Każdy nasz ruch, każde nasze działanie jest wbrew pozorom zauważalne i ma wpływ na innych. Trzeba pamiętać, że w Polsce jest dużo do zrobienia w kwestii stosunku pracodawców do pracowników. Poza tym osobiście wiele się nauczyłem, działając w związku zawodowym. Zdobyłem bardzo cenną wiedzę dotyczącą prawa pracy, którą niejednokrotnie miałem okazję wykorzystać. Uczestniczyłem też w wielu ciekawych szkoleniach. To na pewno zaprocentuje w przyszłości.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Bartosz Oszczepalski.

Jarosław Przęczek był jednym z bohaterów tekstu o młodych związkowcach, który opublikowaliśmy w bieżącym numerze „Nowego Obywatela”. Cały ten tekst można przeczytać tutaj.

Do nich należy przyszłość?

Cechują ich młody wiek, energia i zdeterminowanie w walce o prawa pracownicze. Młode osoby przełamują stereotypy dotyczące związków zawodowych.

Ponad dwadzieścia lat po transformacji ustrojowej uzwiązkowienie w Polsce jest wyjątkowo niskie w porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej. Ta niekorzystna tendencja jest szczególnie widoczna wśród pokolenia, które dopiero od niedawna pracuje zarobkowo. Jednak również w naszym kraju pojawiają się młode osoby, które nie dość, że zapisują się do związków, to jeszcze dzięki zaangażowaniu i energii odgrywają w swoich regionach i przedsiębiorstwach znaczącą rolę.

Reprezentują rozmaite branże, pochodzą z różnych regionów kraju, jedni określają siebie prawicowcami, inni socjalistami. Łączą ich jednak – oprócz młodego wieku – sprzeciw wobec niesprawiedliwości i patologii, które generuje wolnorynkowy system gospodarczy, przekonanie, że nie należy być biernym i warto walczyć o swoje prawa, a także świadomość tego, że nieprawdziwa jest propaganda mediów mówiąca o związkach zawodowych jako „anachronicznym przeżytku”.

Młodość dodaje im skrzydeł

NSZZ „Solidarność” to obecnie najliczniejsze i najbardziej rozpoznawalne zrzeszenie pracowników w Polsce. Nic więc dziwnego, że część młodych osób, które decydują się na przystąpienie do związku, wybiera właśnie tę centralę. Tak zrobili m.in. 29-letni Michał Kukuła oraz 28-letni Damian Krakowski, którzy zakładali organizację związkową w firmie meblarskiej Swedwood West w Chlastawie w woj. lubuskim. Pierwszy z nich został nawet przewodniczącym związku w zakładzie. Jego działalność, podobnie jak innych moich rozmówców, ma charakter społeczny – nie pobierają za nią wynagrodzenia.

Wszystko zaczęło się, kiedy pod naszą firmą dział rozwoju NSZZ „Solidarność” prowadził kampanię ulotkową. Założyliśmy związek z kolegami pod koniec lipca 2012 r. Działamy więc dopiero od kilku miesięcy, ale pozyskaliśmy już ponad 70 członków, a z każdym miesiącem jest ich coraz więcej. W Swedwood West pracuje 3 tysiące ludzi. Trudno dotrzeć do tak dużej grupy. Zauważyliśmy, że tylko indywidualne spotkania poza pracą są skuteczne. Wiele osób, z którymi rozmawiamy, jest zainteresowanych przynależnością do związku, ale sami się nie zgłaszają i dlatego właśnie my staramy się do nich docierać. Jeśli chodzi o młodych, to wielu z nich już się zapisało i stanowią oni sporą część naszej grupy. Są jednak tacy, którzy nie mają umów na stałe i boją się, że zostaną zwolnieni. Aby umożliwić im przynależność do związku, w porozumieniu z zarządem regionu zdecydowaliśmy, że takie osoby mogą wpłacać składkę bezpośrednio na konto, a nie przez kadry firmy, dzięki czemu pozostają anonimowe – tłumaczy Michał Kukuła.

Mój rozmówca wyjaśnia, że rozpoczęcie przez niego przygody z działalnością związkową nie było przypadkowe. – Od zawsze lubiłem działać społecznie. Zanim zaangażowaliśmy się w „Solidarność”, brałem udział np. w manifestacji pod stadionem Lecha Poznań przeciwko decyzji o zamknięciu stadionów dla kibiców po „prowokacji bydgoskiej”. Rozdawałem tam ulotki portalu Niezależna.pl. Aktywna działalność w związku jest konsekwencją moich przekonań. Lubię to robić i daje mi to ogromną satysfakcję. Kiedy pięć lat temu założyłem rodzinę i wszedłem w dorosłe oraz odpowiedzialne życie, zobaczyłem, jak ciężko w Polsce utrzymać siebie i swoich bliskich, nawet gdy się ciężko pracuje. Mam nadzieję, że to, co robię dziś, wpłynie na poprawę sytuacji młodych ludzi, a moje dzieci w przyszłości, gdy dorosną, będą mieć lepiej niż ja – mówi Kukuła.Zła sytuacja pracowników była również powodem zaangażowania się w działalność związkową w przypadku Damiana Krakowskiego. – Niestety w firmach prywatnych bardzo często nie przestrzega się praw pracowniczych. Spotkałem się z wieloma takimi przypadkami w miejscach, gdzie pracowałem. Trzeba z tym walczyć. Uważam, że lepiej działać w ramach jakiejś zbiorowości, a nie indywidualnie, bo wtedy ma się większe szanse na sukces w sytuacji konfliktu z pracodawcą – twierdzi.

Młodzi związkowcy podejmują liczne działania zarówno w zakładzie pracy, jak i poza nim. – Bierzemy aktywny udział w negocjacjach układu zbiorowego z zarządem spółki Swedwood Poland, nawiązujemy kontakty ze związkami zawodowymi z całej Europy, mamy już na koncie kilka udanych interwencji w sprawach pracowniczych, m.in. wynegocjowaliśmy podwyżki dla pracowników w 2013 roku – wymienia Michał Kukuła. – Ponadto staramy się uczestniczyć w ogólnopolskich demonstracjach „Solidarności” oraz angażujemy się w akcje w innych zakładach pracy – obecnie przygotowujemy się do strajku przeciwko masowym zwolnieniom w szpitalu w Świebodzinie [rozmawialiśmy w grudniu – przyp. B.O.] – dodaje Damian Krakowski.

Związkowcy z Chlastawy dostrzegają, że w Polsce ich rówieśnicy wciąż w niewielkim stopniu angażują się w działalność związkową. – Problemem jest bardzo mała świadomość młodych ludzi. Aby coś się zmieniło w tej kwestii, potrzebna jest zmiana prawa, wzmacniająca rolę związków zawodowych. Niezwykle istotna jest również edukacja – w szkołach powinno się mówić o znaczeniu takich organizacji. Od kilku miesięcy zastanawiam się, jak dotrzeć do młodych ludzi. Wydaje mi się, że moglibyśmy organizować pokazy filmów o tematyce patriotycznej, historycznej i związkowej. Planuję zorganizowanie pokazu kilku takich filmów połączonego z wykładem. Młodzi powinni działać w związkach, bo tylko w ten sposób możemy poprawić sytuację w kraju. Zmiana władzy nie gwarantuje nam poprawy standardów życia – to związki muszą na rządzie wymuszać polepszenie sytuacji materialnej zwykłych ludzi – twierdzi Michał Kukuła.

Solidarni w walce

Pracownicy z młodego pokolenia działają w strukturach „Solidarności” również w innych zakładach. Jedną z takich firm jest duński koncern Jysk, który posiada w naszym kraju sieć sklepów z wyposażeniem wnętrz. W centrum dystrybucji w Radomsku przewodniczącym zakładowej „Solidarności” jest 34-letni Tomasz Jamrozik, natomiast w lubelskim sklepie pracuje i pełni obowiązki związkowca Michał Dobrzański, który ma 32 lata. – Mój akces do związku był związany z przystąpieniem do niego kilku znajomych z pracy, którzy są w podobnym wieku. Doszło do tego wskutek niekorzystnej sytuacji w firmie. Wielu osobom z całej Polski zredukowano cały etat do 1/2 lub 3/4 etatu bez podania jakiejkolwiek przyczyny. Oficjalnym powodem był szalejący kryzys. Jak się okazało później, decyzja ta była spowodowana tym, że pracownik niepełnoetatowy jest oszczędnością dla firmy – nie trzeba mu wypłacać wyższych stawek za nadgodziny. Uważam, że moją firmę stać na utrzymywanie pełnoetatowych pracowników, a nawet na wypłatę za nadgodziny, jeśli zachodzi taka konieczność. W moim odczuciu była to maksymalizacja zysku firmy kosztem pracowników najniższego szczebla, a moje zapisanie się do „Solidarności” było wyrazem sprzeciwu wobec takiego działania– opowiada Michał Dobrzański.

Jak przekonuje Tomasz Jamrozik, istnieje duży rozdźwięk pomiędzy tym, jak traktowani są pracownicy w zakładach Jysk w Danii a ich sytuacją w Polsce – centrala firmy w Danii wręcz narzuca zasady koleżeństwa i współpracy. – U nas niestety od początku wyglądało to zdecydowanie gorzej. W Radomsku do „Solidarności” zapisało się około 120–130 osób, a głównym powodem było wprowadzenie przez pracodawcę równoważnego systemu czasu pracy, niekorzystnego dla załogi. Po tych zmianach możliwa była praca nawet po 12 godzin dziennie. To spowodowało, że również i ja w 2011 roku zdecydowałem się wstąpić do związku. Natomiast „Solidarność” istnieje u nas od 2009 roku. Średnia wieku związkowców w moim zakładzie wynosi poniżej 30 lat – wyjaśnia.

Pomimo dość częstych w Polsce niezbyt dobrych obiegowych opinii na temat związków, moi rozmówcy widzą sporo korzyści związane z działalnością tego typu. – Przynależność i aktywność w takiej formie dają mi pewnego rodzaju wsparcie. Mam świadomość, że mogę zwrócić się do kogoś z problemem związanym z pracą. Według mnie tylko zrzeszanie się pracowników w związki zawodowe może zmienić coś na lepsze w zakresie warunków zatrudnienia, przestrzegania prawa pracy i przepisów BHP. Dzięki temu nasz wysiłek może stać się nie tylko bezpieczny, ale też bardziej efektywny. Pojedyncza osoba jest na straconej pozycji w rozmowach z dużą firmą, natomiast zrzeszenie pracowników może wypracować kompromis z pracodawcą. Trzeba tylko chcieć coś zmienić – mówi Michał Dobrzański.

Opinię tę podziela Tomasz Jamrozik. – Aktywność związkowa absorbuje dużo mojego czasu, a przecież muszę jeszcze pracować w zakładzie jako starszy magazynier. Ale mimo to chcę działać i walczyć o swoje prawa, zamiast wyjeżdżać za granicę i zostawiać rodzinę. Ta walka niekiedy nie jest łatwa, bo pracodawcy w Polsce niszczą związki zawodowe i, korzystając z tego, że jest spore bezrobocie, zastraszają pracowników. Efektem jest niskie uzwiązkowienie, szczególnie wśród młodych. Mimo to warto podjąć tę walkę, bo zauważyliśmy, że jeśli opór związku ma charakter trwały, to po pewnym czasie pracodawca ustępuje, a z tego wynikają realne korzyści dla każdej ze stron – wymienia Tomasz Jamrozik.

Młodzi związkowcy z firmy Jysk wykazują się sporą aktywnością nie tylko w miejscu pracy. – Oprócz typowych zajęć, takich jak np. prowadzenie cyklicznych spotkań komisji oddziałowej, wyjaśnianie spraw bieżących – odwołanie od kar nakładanych przez pracodawcę na pracownika czy opiniowanie wewnątrzzakładowego regulaminu pracy – uczestniczę w organizacji wyjazdów na ogólnopolskie protesty „Solidarności”: ostatnio marsz „Obudź się Polsko!” czy demonstracje przeciwko reformie emerytalnej. Ponadto mam świadomość tego, że związek musi się rozwijać i dlatego istnieje potrzeba tworzenia nowych sposobów działania. Poza pełnieniem funkcji przewodniczącego w Centrum Dystrybucji jestem też członkiem Rady Podregionu Radomsko NSZZ „Solidarność” i rozważam zorganizowanie w moim mieście otwartego dnia „Solidarności”, podczas którego mieszkańcy mogliby się spotkać zarówno z szeregowymi związkowcami, jak i z bardziej znanymi postaciami – opowiada Tomasz Jamrozik.

Zgodnie z przekonaniami

Drugą pod względem wielkości centralą pracowniczą jest Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, w którego skład wchodzą mniejsze podmioty branżowe. Również ten związek może pochwalić się grupą młodych osób walczących o poprawę warunków pracy w swoich zakładach. Na ich potrzeby utworzono specjalną komórkę związkową – Komisję Młodych OPZZ.

Jedną z takich osób jest 34-letni Jarosław Przęczek, członek Związku Zawodowego Meblarze RP, zrzeszonego w OPZZ. Pracuje on jako tapicer w firmie BRW Sofa w Nidzicy w woj. warmińsko-mazurskim. Obecnie pełni również funkcję sekretarza związku w nidzickim przedsiębiorstwie oraz przewodniczącego Rady Powiatu OPZZ. Swoją przygodę ze związkiem rozpoczął w 2009 r. po namowie kolegi. – Mój znajomy jest przewodniczącym organizacji związkowej w zakładzie i namówił mnie, żebym się zapisał. Wiedziałem, że mogę pomóc, bo skończyłem studia o kierunku administracja i umiem interpretować przepisy prawne i dokumenty. Jeszcze przed przystąpieniem interesowałem się prawami pracowniczymi – mówi.

Mój rozmówca bardzo poważnie podchodzi do obowiązków wynikających z funkcji związkowych i stara się uświadamiać kolegów i koleżanki w kwestii ich praw pracowniczych. – Nie ukrywam, że jestem socjalistą z przekonania i dlatego staram się w zakładzie zwracać przede wszystkim uwagę na interesy pracowników. Wychodzę z założenia, że człowieka nie da się określić matematycznie, poprzez rachunek zysków i strat, więc trzeba zwracać uwagę w pierwszej kolejności na jego potrzeby. Nie godzę się z tym, że w naszym kraju pracownik jest wyzyskiwany do cna, a potem zwalniany. Dlatego staram się uświadamiać ludziom, że organizacje pracownicze są potrzebne, bo gdyby nie one, to nie istniałyby świadczenia socjalne gwarantowane pracownikom. Poza tym tłumaczę, że jako związek posiadamy możliwości i środki prawne, żeby np. wymóc podwyżki. Młodzi ludzie właśnie dlatego powinni się zrzeszać, ponieważ jest to najlepszy sposób komunikacji pomiędzy załogą a pracodawcą. Dodam, że mimo moich jasno sprecyzowanych poglądów zauważyłem, że w samych związkach nie ma podziału na lewicę i prawicę, niewierzących i religijnych itp. Wszyscy reprezentujemy tych wyzyskiwanych i występujemy przeciwko wyzyskującym.

Jak zapewnia mój rozmówca, w działalności konieczna jest bezkompromisowa postawa. – Często bywam szykanowany przez pracodawcę właśnie dlatego, że upominam się o interesy pracowników w zakładzie. Zarówno ja, jak i wielu moich kolegów – związkowców z OPZZ i ZZ Meblarzy RP z Nidzicy – nie boimy się otwarcie krytykować pracodawcy za jego poczynania, jeśli według nas stoją one w sprzeczności z dobrem załogi. Działalność w związku zabiera mi sporo czasu, ale nie żałuję tego, bo pomagam ludziom, którzy później również pomagają innym. Myślę, że nasza waleczna postawa ma wpływ na to, iż coraz więcej młodych zapisuje się do OPZZ w moim zakładzie pracy oraz w całym regionie, gdzie uzwiązkowienie jest całkiem spore w porównaniu do tego, co dzieje się w kraju. Młodzi wyraźnie poszukują alternatywy. Nasi rówieśnicy, znajomi z regionu, coraz lepiej postrzegają związki i popierają nasze działania. Jesteśmy dla nich wiarygodni i to jest właśnie klucz do sukcesu. Bardzo istotne jest to, żeby w każdym regionie działało kilka osób na tyle charyzmatycznych i przekonujących w kontaktach z pracodawcami, że inni zdecydują się pójść za nimi – przekonuje.

Z kolei 25-letni Michał Stopaj z miejscowości Winna w woj. świętokrzyskim jest związany z branżą górniczą. Pracuje w Kopalni Winna, należącej do Kieleckich Kopalni Surowców Mineralnych. Początkowo należał do „Solidarności”, ale po pewnym czasie wstąpił do Związku Zawodowego Budowlani, należącego do OPZZ. – Zdecydowałem się na przynależność związkową, żeby nieść pomoc ekonomiczną i socjalną pracownikom w moim zakładzie. Jako związkowiec staram się przede wszystkim przekazywać przewodniczącemu informacje dotyczące tego, co dzieje się w moim zakładzie, czego ludziom brakuje i czego się domagają. Dotyczy to głównie świadczeń socjalnych, które niekiedy nie są w pełni realizowane przez pracodawcę pod pretekstem kryzysu gospodarczego. Myślę też, że bardzo istotne jest to, iż dzięki działalności w związku miałem okazję pogłębić swoją, zdobytą wcześniej w szkole, wiedzę na temat BHP (z zawodu jestem behapowcem), m.in. poprzez uzyskanie uprawnień Społecznego Inspektora Pracy w zakładzie. To wszystko pomaga mi w odpowiednim określeniu warunków bezpieczeństwa pracy – tłumaczy.

Pełnienie funkcji związkowca w przypadku Michała nie należy do łatwych zadań. Oprócz kryzysu, który obecnie dotyka większość przedsiębiorstw, Kieleckie Kopalnie Surowców Mineralnych borykają się z problemami finansowymi po prywatyzacji i przejęciu ich kilka lat temu przez Dolnośląskie Surowce Skalne. Obecnie spółka jest w stanie upadłości. – Właśnie ze względu na trudną sytuację w naszej firmie pracownicy, również ci młodzi, nie chcą należeć do związku, bo uważają, że i tak z ich głosem nikt się nie będzie liczył. Ja natomiast myślę, że to wielki błąd z ich strony. Uważam, że ludzie z młodego pokolenia, zarówno z zakładu, jak i całego kraju, powinni decydować się na przynależność związkową, bo gospodarka rynkowa z zasady stawia pracodawcę w uprzywilejowanej pozycji. Im będzie nas więcej, tym bardziej możliwy będzie sukces w rozwiązywaniu problemów pracowniczych i załatwianiu naszych interesów podczas negocjacji z pracodawcą. Jeżeli w firmach członkowie związków będą stanowić większość załogi, to pracodawcy nie będą w stanie lekceważyć takiej siły – przekonuje.

Bariery

W Polsce istnieje sporo czynników utrudniających angażowanie się młodych ludzi w działalność związkową. Ten temat pojawiał się często w moich rozmowach. Jarosław Przęczek, Tomasz Jamrozik i Łukasz Stopaj zgodnie twierdzą, że mainstreamowe media przedstawiają zrzeszenia pracownicze w niekorzystnym świetle.

Media uważają, że my – związkowcy – robimy zbyt wiele szumu, a pracodawcy są nastawieni altruistycznie i chcą zatrudnionym pomagać. To oczywista nieprawda, ale należy pamiętać, że media należą do dużych koncernów i dziennikarze muszą pisać to, co im narzuci szefostwo, które z wiadomych przyczyn nie jest zainteresowane promowaniem związków zawodowych. Taki kłamliwy, neoliberalny przekaz może mieć wpływ na poglądy wielu młodych ludzi, choć oczywiście to nie jest tak, że większość jest na nią podatna – komentuje Jarosław Przęczek.

Na pewno w dzisiejszych czasach związki nie mają dobrej opinii wśród części młodych ludzi, a jest to spowodowane niekorzystną propagandą w mediach. W efekcie czasem można u nich zaobserwować niesprawiedliwą opinię, jakoby organizacje pracownicze były kółkami wzajemnej adoracji, imprez integracyjnych i trwonienia pieniędzy – dodaje Łukasz Stopaj.

Niestety głównonurtowe media nie tylko krytykują, ale i obrażają związkowców. To jest szerszy problem, bo atakom są poddawane również środowiska patriotyczne oraz wszyscy ci, którzy chcą, żeby w naszym kraju było lepiej. Młodzieży serwowana jest ogłupiająca papka, dlatego ważne jest to, żeby czerpać informacje o życiu społecznym i politycznym z niezależnych mediów – wtóruje im Tomasz Jamrozik.

To jednak nie wszystko. Grzegorz Ilka, sekretarz prasowy OPZZ, w rozmowie ze mną zwraca uwagę na bariery prawne, które uniemożliwiają młodym Polakom zapisywanie się do związków. – Niestety obecnie większość młodych osób pracuje na umowach śmieciowych i tym samym nie mają oni możliwości uzyskania legitymacji związkowej. Wielu z nich nawet przychodzi do nas i chce się zapisać, ale my nie możemy nic dla nich zrobić. Taka sytuacja ma miejsce głównie w sektorze prywatnym. Tym samym polskie ustawodawstwo blokuje nam możliwość dotarcia do wielu dwudziesto- i trzydziestolatków i zrzeszenia ich – kwituje Ilka.

Z kolei Marek Lewandowski, rzecznik prasowy NSZZ „Solidarność”, uważa, że sytuacja nie jest tragiczna. – Około 20 tysięcy ludzi zapisuje się rocznie do „Solidarności” i w większości przypadków są to osoby w młodszym wieku, pracujące w przedsiębiorstwach prywatnych. Przyczyn problemu aktywności związkowej młodych upatruje gdzie indziej: Za główną barierę rozwoju uważam niską świadomość polityczną i społeczną młodego pokolenia w Polsce. Badania wskazują, że tylko 14 procent z nich ma jakiekolwiek poglądy polityczne. To się odbija niekorzystnie na różnych sferach życia społecznego-politycznego, zarówno w partiach politycznych, jak i związkach – opisuje. Mój rozmówca przekonuje, że „Solidarność” robi wszystko, żeby trafić do jak najliczniejszej grupy młodych Polaków. – Próbujemy przełamywać impas związany z postrzeganiem związków przez młodych i zmieniamy wizerunek „Solidarności”. Nie chcemy, żeby nasz związek był kojarzony tylko z „pokoleniem styropianowców”. Myślę, że nasza ostatnia kampania społeczna, „Syzyf”, skierowana przeciwko umowom śmieciowym, poprawiła nasz wizerunek wśród młodych, bo to właśnie ich najczęściej dotyczą tego typu formy zatrudnienia. Ponadto podejmujemy współpracę z różnymi środowiskami, które są tworzone przez młodsze pokolenie – m.in. z „Nowym Obywatelem”, a także z Demokratycznym Zrzeszeniem Studenckim – organizacją, która walczy o prawa młodych w zakresie edukacji i kwestii pracowniczych. W styczniu na krakowskich uczelniach odbyły się szkolenia organizowane właśnie przez „Solidarność” i DZS, podczas których studenci mieli okazję zaczerpnąć wiedzy na temat praw pracowniczych, tego, po co są związki zawodowe oraz czym się różni umowa śmieciowa od umowy o pracę – wymienia.

Będzie dobrze?

Pomimo pewnych przeszkód prawnych istnieją w Polsce warunki, żeby młodzi działali w związkach zawodowych i walczyli o swoje prawa w miejscu pracy. Aby tak się stało, powinny zostać spełnione pewne wymogi. Młode pokolenie musi zrozumieć, że w tej walce związki odgrywają ważną rolę, a tezy liberałów, mówiące, że w gospodarce wolnorynkowej los każdego leży wyłącznie w jego rękach, są nieprawdziwe i szkodliwe. Wzorem dla młodych Polaków-pracowników powinni być rówieśnicy aktywni w związkach. Ich postawa pokazuje, że działalność pracownicza, choć nie zawsze usłana różami, jest korzystna zarówno dla jednostek, jak i całego społeczeństwa. Również same związki powinny zintensyfikować aktywność pozwalającą docierać do młodych. Działania te nie mogą zakończyć się na jednej czy dwóch kampaniach, lecz muszą mieć charakter stały, konsekwentny i o jasno wytyczonym celu. Wszystko po to, żeby za kilka lat nastąpiła w związkach wymiana pokoleniowa, a ci, którzy przejmą schedę po dzisiejszych liderach, byli obywatelami i pracownikami świadomymi swoich praw. I potrafiącymi skutecznie walczyć w ich obronie.


Związek poza miastem

Młodych, pełnych zapału do działania możemy spotkać nie tylko w związkach „typowych”. Błażej Rusoń ma 28 lat, jest rolnikiem z powiatu grudziądzkiego w woj. kujawsko-pomorskim. Od 2007 r. działa w Związku Zawodowym Rolnictwa „Samoobrona”, od kilku lat jest związany również z partią Samoobrona. – Do decyzji związanej z przynależnością związkową skłoniła mnie przede wszystkim zła sytuacja w rolnictwie i chęć poprawy tego stanu rzeczy. Zauważyłem, że poprzez związek rolnicy mogą oddziaływać na politykę rolną w regionie i w całym kraju – powiedział.

Mój rozmówca często korzysta z możliwości, jakie daje przynależność do rolniczej centrali. – Jako związkowiec, korzystam z dostępu do dokumentów administracyjnych. Razem z kolegami ze związku składaliśmy też wnioski do wojewody kujawsko-pomorskiego i premiera w sprawach dotyczących rolników – np. o odszkodowania za wymarznięcie zbóż. W tej sprawie organizowaliśmy również protest w Urzędzie Miasta w Bydgoszczy. Nocowaliśmy tam aż trzy dni, żeby wywrzeć nacisk na wojewodę. Protest zakończył się częściowym sukcesem, bo udało nam się wywalczyć dopłaty w wysokości 100 zł do hektara. Tego typu protestów, w których brałem udział, było o wiele więcej. Kiedyś prowadziliśmy akcję polegającą na przejechaniu ciągnikami przez Grudziądz. Domagaliśmy się większych dopłat do paliwa, a także sprzeciwialiśmy się zbyt dużym skokom cenowym trzody chlewnej oraz sprzedaży ziemi w naszym regionie korporacjom, a nie rolnikom. Moje zaangażowanie nie ogranicza się tylko do protestów i pisania wniosków. Zajmuję się również pozyskiwaniem środków unijnych dla związku, odbywaniem szkoleń w kraju i za granicą, gdzie mogę wymienić się doświadczeniami z młodzieżą związkową spoza Polski – wymienia.

Jak twierdzi Rusoń, młodzi rolnicy w powiecie grudziądzkim są bardzo zaangażowani obywatelsko. – Odnotowujemy naprawdę spore zainteresowanie wśród młodych – i to zarówno tych, którzy w związku działają, jak i tych, którzy do żadnej organizacji pracowniczej nie należą. Nasze protesty spotykają się ze sporym odzewem i poparciem tych osób. Nie chcą, żeby zmiany w polskim rolnictwie zachodziły bez ich udziału. Staram się z nimi spotykać i informować o tym, co się dzieje w polityce regionalnej i krajowej, oraz namawiać ich do walki o swoje prawa i interesy – podsumowuje.

Patriotyzm potrzebny od zaraz

Dużo się w polskich mediach mówi o uproszczonej wizji patriotyzmu w wydaniu prawicy. Warto jednak spojrzeć na lewą stronę sceny politycznej. Tamtejszy stosunek do relacji obywatel – ojczyzna wcale nie wydaje się bardziej rozsądny i przemyślany. Nie jest on także atrakcyjny dla osób, które nie akceptują zarówno postaw nacjonalistycznych, jak i kosmopolitycznych.

Analizując ostatnie wypowiedzi Romana Kurkiewicza można stwierdzić, że lewica z patriotyzmem ma spory problem.Przypomnijmy, że redaktor naczelny „Przekroju” w wywiadzie dla portalu na temat.pl stwierdził, że „dla mnie patriotyzm to pojęcie opresyjne, budujące fałszywe poczucie wspólnoty, grupujące ludzi według niejasnych kryteriów”. Kurkiewicz dodał, że pojęcie patriotyzmu jest zawężające i wykluczające, a flagi i czapki na „Euro” nazywa przemysłem patriotycznym i plemienną identyfikacją.

Można pomyśleć, że był to jedynie incydent, ale słowa Janusza Palikota, kreowanego na nowego guru lewicy, o „potrzebie wyrzekania się polskości” – każą już poważnie się zaniepokoić. Jak słusznie zauważył Marcin Meller w swoim felietonie „Bagnet wyprowadzić”, słowa te nie spotkały się z żadną reakcją po lewej stronie. Tak samo zresztą jak w przypadku wypowiedzi redaktora naczelnego „Przekroju”. A powinna ona głośno krzyczeć i tupać. Wystarczyłoby znać tradycje największej w historii Polski partii lewicowej – PPS, zarówno socjalistycznej, jak i patriotycznej.

Dziś na lewicy przeważa postawa kosmopolityczna. Lewicy nie można zarzucić tego, że nie wie, jakiego rodzaju miłości do ojczyzny nie akceptuje. Wiadomo – odrzuca nacjonalistyczny pogląd o wyższości jednych narodów nad innymi, martyrologiczne ciągoty prawicy oraz tzw. patriotyzm romantyczny, emocjonalny, unikający wstydliwych aspektów naszej historii. Na ten temat powstało już wiele artykułów, a nawet książek. Problem pojawia się, gdy trzeba określić, jaki ten lewicowy patriotyzm ma być, to znaczy jaka jest alternatywa wobec przesłania prawicy. Okazuje się, że najczęściej nie chodzi wcale o to, żeby patriotyzm był „nie taki jak prawicowy” – ma go nie być wcale. Takie stwierdzenia można coraz częściej usłyszeć nie tylko od Palikota czy Kurkiewicza, ale także od młodych lewicowców z niewielkich organizacji. Ci ostatni twierdzą, że podziały narodowe są sztuczne i należy je zastąpić akcentowaniem różnic klasowych. Ale czy jedno wyklucza drugie?

Polska Partia Socjalistyczna odcisnęła pozytywne piętno na historii naszego kraju. Strajki robotnicze, udział w prospołecznych gabinetach rządowych, walki przeciwko nazistom o niepodległą Polskę. Jeden z bardziej znanych ideologów PPS, Mieczysław Niedziałkowski, przekonywał, że „idea socjalistyczna łączy się ściśle z patriotyzmem, ukochaniem ojczyzny”. Niedziałkowski nie zgadzał się z poglądem, który wyznaje dziś spora część lewicy, że narody to twory sztuczne. Z tezą, że „proletariat nie ma ojczyzny”, nie zgodziłoby się wielu innych polityków PPS, jak chociażby legendarny Bolesław Limanowski. Można oczywiście stwierdzić, że żyli i działali oni w innych czasach, gdy o niepodległość naszego kraju trzeba było walczyć za pomocą pistoletu. Ale równie dobrze można stwierdzić, że akcentowanie tematyki narodowej i patriotycznej powinno dla lewicy być istotne również w dobie coraz większego nacisku na państwa narodowe ze strony międzynarodowego kapitału, światowych instytucji finansowych i agencji ratingowych, które wymuszają na rządach poszczególnych krajów cięcia socjalne i liberalne reformy. Patriotyzm, podobnie jak doktryny lewicowe, cechuje troska o wspólnoty i solidarność między członkami tychże wspólnot. Rozsądnie pojmowany patriotyzm mógłby posłużyć lewicy jako oręż przeciwko ideologiom liberalnym, nastawionym jedynie na dobro wybranych jednostek.

Abstrahując od kwestii społeczno-gospodarczych, patriotyzm polegający na przywiązaniu do ojczyzny, kultywowaniu poczucia tożsamości poprzez uczestnictwo w obchodach świąt narodowych, promowaniu barw narodowych podczas imprez sportowych, nie jest przecież niczym złym, nie musi też koniecznie posiadać konotacji prawicowych, szowinistycznych i nacjonalistycznych – choć próbują to sugerować niektóre środowiska lewicowe. Przeciwnie, świadomy obywatel powinien znać historię swego kraju, zdawać sobie sprawę, czego może wymagać od państwa, w którym żyje i jakie ma obowiązki wobec tego państwa i społeczeństwa. Jest to tym bardziej istotne w świecie konsumpcjonizmu, gdzie ludzie często są nastawieni jedynie na zysk, ich bożkiem jest skrajny indywidualizm, natomiast zapominają o takich wartościach, jak sprawiedliwość społeczna, solidarność międzyludzka czy troska o losy kraju.

Moje wywody nie są specjalnie odkrywcze i oryginalne. Nie napisałem niczego, co mogłoby zszokować kogoś, kto choć pobieżnie orientuje się w historii i tradycji polskiej lewicy. Dlaczego redaktor podobno największej lewicowej gazety w Polsce ma tak mało wyobraźni, że w kwestii patriotyzmu akceptuje dychotomię, w której znajdują się tylko hasła „Prawdziwy rewolucjonista nie ma ojczyzny” oraz „Polska dla Polaków”? Czy nie stać nas na nic lepszego? Czy słowa Kurkiewicza są wynikiem ignorancji, czy salonowej mody na bycie „obywatelem świata”? Jedno jest pewne: nie ma to nic wspólnego z najlepszymi polskimi tradycjami lewicowymi, a wręcz jest ich zaprzeczeniem.

Ale tradycje to jedno. Ważniejsze jest coś innego. Środowiska lewicowe nie zareagowały ani na wypowiedź Palikota (co byłoby jeszcze zrozumiałe, bo lewicowość Palikota jest często kwestionowana), ani na opinie Kurkiewicza, który szefuje pismu wpływowemu po lewej stronie. Do czytelników wywodzących się z tego środowiska mam zatem propozycję: zastanówcie się, jak wywody o „opresyjnym patriotyzmie” mogą zostać odebrane przez społeczeństwo. Żyjemy w kraju, w którym ze względu na położenie geograficzne i wydarzenia z przeszłości obywatele są dość mocno przywiązani do postaw patriotycznych. Szczególnie widoczne jest to wśród grup ekonomicznie gorzej sytuowanych oraz zamieszkujących uboższe regiony, czyli typowego potencjalnego elektoratu lewicy społecznej. Nietrudno się domyślić, jaki stosunek wobec „salonowego antypatriotyzmu” mają tacy ludzie. Zwłaszcza że ich opinie i emocje są dodatkowe „podkręcane” przez prawicę, która zręcznie wykorzystuje potknięcia środowisk lewicowych w tej materii.

Jeśli miałbym wymienić kilka przyczyn słabości lewej strony, na pewno jedną z głównych byłoby porzucenie tematyki patriotycznej i całkowite oddanie jej w ręce prawicy. Świetnie widać to na przykładzie zeszłorocznych obchodów Święta Niepodległości. Nie dość, że demonstrantów po stronie Marszu Niepodległości było znacznie więcej niż na Kolorowej Niepodległej, to w ten dzień lewica popełniła jedną z największych gaf politycznych w swojej historii. Zamiast zorganizować alternatywne obchody i przypomnieć dorobek polskiej lewicy patriotycznej, zdecydowano się pod wodzą liderów „Krytyki Politycznej”, wspomnianego Kurkiewicza oraz dziennikarzy „Gazety Wyborczej” na przepychanki z narodowcami. Do społeczeństwa poszła wiadomość: Lewica jest przeciwko patriotyzmowi – blokuje legalny marsz z okazji ważnego narodowego święta. W ten sposób lewica na własne życzenie przegrała kolejną batalię z prawicą. Parafrazując słowa Mellera ze wspomnianego felietonu, nad nieodpowiedzialnymi politykami i publicystami nie ma co płakać, ale lewicy autentycznie szkoda.