przez Krzysztof Mroczkowski | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
Najlepszy przewodnik po tym, co stało się w Wielkiej Brytanii w zeszłym tygodniu, został wydany w 1944 r. Jego autorem był polski ekonomista – w taki sposób Aditya Chakrabortty, główne pióro ekonomiczne angielskiego dziennika „Guardian”, złożył w styczniu na łamach tej gazety hołd jednemu z najbardziej oryginalnych myślicieli ekonomicznych XX w., Michałowi Kaleckiemu. Chakrabortty pisał te słowa z myślą o ataku rządu torysów na osłony socjalne i prawa pracownicze, którego intencją jest obniżenie kosztów siły roboczej.
Myśli Kaleckiego oraz Johna Maynarda Keynesa wracają do świadomości ekspertów w obliczu kolejnej fali kryzysu. Wydane przez Polskie Towarzystwo Ekonomiczne dwie książki – „Rozwiązanie Keynesa” autorstwa Paula Davidsona oraz „Michał Kalecki” Julio G. Lópeza i Michaëla Assousa – dobitnie ilustrują przyczyny tej nowej fali. Kalecki i Keynes, pracując rozłącznie i w nieco inny sposób, sformułowali podobne teorie dotyczące wyjścia z kryzysu – a rzeczywistość zdawała się je potwierdzać. W niektórych aspektach ich spostrzeżenia pokrywały się całkowicie, choć byli ich niezależnym twórcami. Dla Kaleckiego lektura „Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza”, opublikowanej przez Keynesa w 1936 r., była początkowo szokiem – książka opisywała dokładnie jego własne przemyślenia.
Kalecki przyznał: [Po przeczytaniu „Ogólnej teorii…”] byłem chory. Przez trzy dni leżałem w łóżku. Potem pomyślałem sobie – Keynes jest bardziej znany ode mnie. Te idee rozejdą się o wiele szybciej, kiedy pochodzą od niego […]. To mnie podniosło na duchu.
O jakich ideach myślał Kalecki? W latach 30., podobnie jak dzisiaj, wielką przeszkodą w wyjściu z kryzysu była doktryna szkodliwości państwowej interwencji w procesy gospodarcze. Davidson oraz López i Assous wskazują, iż w czasie niepewnej koniunktury rośnie ryzyko, co przyczynia się do wstrzymania inwestycji przez przedsiębiorstwa. Kluczowym problemem jest wówczas niepewność, która nie pozwala rozwijać mocy produkcyjnych przy ryzyku niedostatecznej chęci i zdolności do zakupu nowych towarów przez konsumentów. Konwencjonalna liberalna teoria ekonomiczna nie chce tego przyjąć do wiadomości. Jak pisze Davidson: W typowym stylu obwiniania ofiar za problemy, teoria klasyczna zawsze sugerowała, że za trwałe bezrobocie odpowiada wojowniczość robotników odrzucających rynkową stawkę płacy, która pozwoliłaby na osiągnięcie pełnego zatrudnienia. Kalecki i Keynes wykazali, dlaczego w warunkach silnej dekoniunktury polityka braku interwencji państwa w gospodarkę jest strategią powolnego samobójstwa.
Droga ekonomisty
Obaj mieli ze sobą styczność przed i w trakcie wojny. To Keynesowi w głównej mierze zawdzięcza Kalecki zatrudnienie w Cambridge i Oxfordzie. Te dwie wielkie postaci wiele różniło. Kalecki był cudzoziemcem, ekonomistą-samoukiem, znacznie mniej znanym niż Keynes – szanowana postać angielskiej socjety i bohemy, członek artystyczno-towarzyskiej grupy Bloomsbury, do której należała m.in. Virginia Woolf.
Kalecki zmagał się z problemami materialnymi i nie mógł zdobyć formalnego wykształcenia. Początkowo chciał zostać inżynierem, jednak musiał przerwać studia i podjąć pracę. W 1929 r. został zatrudniony w Instytucie Badania Koniunktur i Cen w Warszawie i pracował tam przez większość lat 30. Miał więc wtedy – podobnie jak później, pracując w Oksfordzkim Instytucie Statystycznym – dostęp do twardych danych statystycznych, co z pewnością wpłynęło na rzetelność stawianych przez niego hipotez.
Do Anglii przybył w roku 1936, pozostając na wyspie również w czasie wojny. Był wtedy zaliczany do ekonomistów z grupy „rewolucji keynesowskiej”, intensywnie publikując prace związane z tym nurtem. Stosunek Keynesa do Kaleckiego był ambiwalentny. Z jednej strony doceniał wagę jego przemyśleń, pomógł mu również znaleźć zatrudnienie, z drugiej – miał jednak sporo zastrzeżeń do jego metody badawczej, która wydawała mu się niejasna. Gdy wybuchła wojna, to jednak koncepcja Kaleckiego dotycząca jej finansowania (zwiększenie deficytu budżetowego) przeważyła nad pomysłem, który starał się wprowadzić Keynes (przymusowe oszczędności obywateli).
Keynes zmarł krótko po II wojnie światowej, zaś Kalecki po dekadzie spędzonej za Atlantykiem w biurze Organizacji Narodów Zjednoczonych powrócił w połowie lat 50. do kraju. Początkowo pracował w PAN oraz przy planowaniu gospodarczym, jednak krytyka jego zaleceń przez komunistycznych ekonomistów spowodowała odsunięcie go od wpływu na kształtowanie polityki gospodarczej. Znalazł za to miejsce w Szkole Głównej Planowania i Statystyki, gdzie jego wykłady cieszyły się ogromną popularnością. Będący samoukiem Kalecki przedstawiał podczas nich niemal wyłącznie własne teorie i przemyślenia, nie czując potrzeby posiłkowania się wkładem innych ekonomistów. Cytowany przez Lópeza i Assousa noblista Robert Solow napisał: Wydaje się, jakby Michał Kalecki wyłonił się sam z siebie, w pełni rozwinięty, a jego ważne dzieło z dziedziny makroekonomii jest napisane nie w opozycji wobec ortodoksji owego czasu, lecz całkowicie niezależnie od niej.
Niestety niewielu ekonomistów wykształconych w erze dominacji neoliberalizmu miało okazję zaznajomić się z tymi dziełami. Sam Kalecki, nie wykładający na uczelni po marcu 1968, zmarł w roku 1970, zaś jego myśl praktycznie zniknęła ze światowego obiegu. Jak pokazuje cytat z dziennika „Guardian”, kryzys daje szansę na zmianę tego stanu rzeczy. W książce „End This Depression Now” noblista Paul Krugman obok Johna Maynarda Keynesa i Hymana Minsky’ego wymienia właśnie Polaka jako ekonomistę, który najlepiej opisał mechanizmy kryzysu i ożywienia gospodarczego. Oczywiście pierwsze miejsce wśród inspiracji dla przeciwników polityki cięć oszczędnościowych zajmuje słynny Anglik. Sława Keynesa, jego pozycja społeczna za życia, jak również miejsce pochodzenia z pewnością miały na to duży wpływ. Warto również dodać, iż prace Keynesa w swej wymowie mniej radykalnie odchodziły od ortodoksji wolnorynkowej. Różniły ich także nieobecna u Keynesa teoria podziału dochodu narodowego czy wyznaczanie przez Kaleckiego „stopnia monopolizacji”, powiązanego z płacami robotników.
Grosz wydany to grosz zarobiony
Łączyło ich jednak przekonanie, iż dla wyjścia z kryzysu potrzebne jest zwiększenie efektywnego popytu (tj. chęci zakupu popartej siłą nabywczą) dzięki wydatkom rządowym. Kalecki i Keynes wykazali fundamentalne znaczenie efektywnego popytu w fazie dekoniunktury gospodarczej w celu przezwyciężania jej i wyjścia z kryzysu. Efektywny popyt wyznacza wielkość zamówień w przemyśle i handlu, zatem im mniejsza chęć i zdolność wydawania pieniądza w procesie gospodarczym, tym mniej będzie produkowanych i dostarczanych nowych dóbr i usług. W czasie kryzysu popyt ten maleje: przedsiębiorstwa nie inwestują (nie składają zamówień u podwykonawców) w obawie przed zbyt niską siłą nabywczą konsumentów. A ta spada w okresie dekoniunktury, bo pracownicy otrzymują niższe płace lub są zwalniani. Nie są w stanie kupować większej ilości dóbr i usług, starając się oszczędzać. To jeszcze bardziej zwalnia proces obiegu pieniądza – koło recesji jest zamknięte. Z tego zaklętego kręgu można wyjść niemal wyłącznie dzięki państwowej interwencji: zwiększeniu wydatków rządowych.
W obecnej fali kryzysu, po roku 2008, podjęto nieśmiałe próby interwencji, jednak głównie w dziedzinie polityki pieniężnej. Jak przewidział Kalecki (różniąc się nieco od Keynesa), rozluźnienie polityki pieniężnej w okresie dekoniunktury może mieć tylko nikłe znaczenie. Zwiększenie bazy monetarnej i niższe stopy procentowe nie pomogły dźwignąć się transatlantyckim gospodarkom na przedkryzysowe poziomy wzrostów. Słaba akcja kredytowa, spowodowana niechęcią do ryzyka, spowodowała, iż pieniężny impuls nie był odczuwalny. Jedyną naprawdę pewną metodą zwiększenia popytu jest stymulacja fiskalna: państwowe wydatki (zamówienia) uruchamiające proces inwestycyjny w prywatnych przedsiębiorstwach, zwiększające zatrudnienie i produkcję. Wzrost wydatków państwa ma zatem w tych warunkach pozytywny wymiar gospodarczy i ogólnospołeczny. Jak to ujął Davidson: grosz wydany to grosz zarobiony. Emitując papiery dłużne, rząd ściąga zamrożony, nieskłonny do ryzyka kapitał i wpuszcza go do gospodarki, dając zarobić krajowym przedsiębiorstwom i pracownikom.
Kalecki miał jeszcze inne spostrzeżenie dotyczące popytu i podaży: pracownicy wydają tyle, ile zarabiają, kapitaliści zarabiają tyle, ile wydają. Tym samym wielkość popytu oraz wielkość produkcji i zatrudnienia są ze sobą w oczywisty sposób związane. Zmniejszenie produkcji w warunkach dekoniunktury wydaje się być naturalne i racjonalne dla przedsiębiorstw, jednak skutkiem takich działań jest pogłębienie recesji. López i Assous wyjaśniają, iż według Kaleckiego fluktuacje wynikają głównie z fal optymizmu i pesymizmu, co opisał w swej książce z 1943 r. („Studies in Economic Dynamics”), chociaż zarys teorii cyklu koniunkturalnego przedstawił już w 1933 r. Modele Kaleckiego opisywane (również wzorami) przez Lópeza i Assousa uwzględniały przesunięcia czasowe: […] decyzje inwestycyjne są przyczyną opóźnień relacji w dwóch kierunkach: jeżeli inwestycje rosną, to pociągają za sobą wzrost zarówno zysków, jak i kapitału; większe inwestycje zwiększają popyt i zyski oraz będą pobudzać do podejmowania dalszych decyzji inwestycyjnych, ale rosnący zasób kapitału wywoła tendencję do obniżki stopy zysku i będzie wywierał ujemny wpływ na decyzje inwestycyjne. To właśnie wzajemna zależność tych dwóch przeciwstawnych tendencji wywołuje ruch cykliczny. Wcześniej czy później stopa wzrostu jednej z nich weźmie górę nad drugą i zostanie osiągnięty punkt zwrotny. Innymi słowy coraz lepsza koniunktura pozwala na większe zyski, czym zachęcone przedsiębiorstwa przeinwestowują, gdyż z czasem dodatkowe zyski okazują się być mniejsze. Wtedy przedsiębiorstwa ograniczają inwestycje.
Takiego ujęcia problemu cykliczności nie znajdziemy u Keynesa, podobnie jak teorii podziału dochodu. Według niej udział płac w wartości tworzonej przez dany sektor jest wyznaczany przez „stopień monopolizacji” (będący relacją między cenami a kosztami) oraz relację między udziałem płac a kosztami zmiennymi materiałów. Dzięki tej teorii widoczna jest siła kapitalistów i robotników, co z kolei w czasie dekoniunktury ma swoje przełożenie na efektywny popyt, rozmiary produkcji i zatrudnienia.
Kalecki pokazuje znaczenie swej teorii, odnosząc się do hipotetycznej sytuacji, w której jakimś sposobem zadziałają rozwiązania postulowane przez zwolenników „cięć”. Twierdzą oni, że wskutek redukcji płac robotników i urzędników oraz obniżenia podatków produkcja rusza pełną parą, zwiększając maksymalnie zatrudnienie. Kalecki ripostuje: Czy kryzys został w ten sposób już przezwyciężony? Nie, gdyż wyprodukowane towary trzeba jeszcze sprzedać. Otóż ogólna produkcja znacznie wzrosła, a wskutek podniesienia się cen w stosunku do płac jeszcze silniej wzrosła część produkcji stanowiąca ekwiwalent zysków (wraz z amortyzacją) kapitalistów (przedsiębiorców i rentierów). Na tym nowym wyższym poziomie równowaga może być utrzymana tylko wtedy, gdy ta ostatnia część wyprodukowanych towarów, nie skonsumowana przez robotników i urzędników, zostanie w całości zakupiona przez kapitalistów za ich zwiększone zyski pieniężne, słowem – gdy kapitaliści wszystkie swe nowo osiągnięte zyski wydadzą niezwłocznie na konsumpcję albo na inwestycje. Tak się jednak nie dzieje.
Konsumpcja kapitalistów nie jest tak bardzo uzależniona od ich dochodu – w przeciwieństwie do konsumpcji robotników, którzy wydają tyle, ile zarabiają. Zatem popyt konsumpcyjny nie rośnie wystarczająco, aby zrównoważyć nowy poziom produkcji (podaży). Ewentualne decyzje inwestycyjne zaś są poddane przesunięciom czasowym (decyzja → zamówienie → produkcja → dostarczenie). Tym samym dodatkowe zyski kapitalistów zmieniają się w oszczędności – pieniądz nie pracuje. Dodatkowy produkt jest niesprzedany, a ceny spadają, przekreślając znaczenie zmniejszania kosztów pracowniczych. Powraca bezrobocie i spada produkcja. Raz jeszcze widzimy znaczenie efektywnego popytu, bez którego gospodarka popada w stagnację. Obniżanie płac robotników to pułapka, przestrzega Kalecki. Realny dochód kapitalistów nie wzrasta, ale realny dochód robotników spada – podsumowuje. W tym punkcie różnił się nieco od Keynesa.
Państwo i ład ekonomiczny
Skoro jednak w czasie kryzysu najważniejszy jest problem efektywnego popytu, a jego rozwiązaniem jest zwiększenie wydatków rządowych, to jak państwo i gospodarka mogą sobie poradzić z przyrostem długu?
Davidson przypomina, iż od powstania Stanów Zjednoczonych państwo to, poza krótkim okresem w latach 30. XIX w., było permanentnie zadłużone. Nie przeszkodziło to jednak obywatelom odczuwać z pokolenia na pokolenie coraz wyższego standardu życia. W roku 1929, gdy nastąpił krach finansowy na Wall Street, relacja długu do PKB wynosiła zaledwie 16%. To niewielkie zadłużenie państwa nie zatrzymało spirali dekoniunktury spowodowanej załamaniem zaufania, spadkiem produkcji i wzrostem bezrobocia. Polityka nieinterwencji spowodowała, iż przychody podatkowe spadły aż o połowę między rokiem 1930 a 1932. Kiedy w 1936 r., w czasie Nowego Ładu prezydenta Franklina D. Roosevelta, dług publiczny wynosił 40% PKB, podniósł się alarm ze strony środowisk wielkiego biznesu, w efekcie którego prezydent zmienił politykę na oszczędnościową. Rezultaty były fatalne: rok 1937 był rokiem potężnego nawrotu kryzysu. W jego wyniku Roosevelt powrócił do działań i wizji z pierwszej kadencji.
Po II wojnie światowej zadłużenie państwa dochodziło do niemal 120% PKB, jednak, pisze Davidson, zamiast doprowadzić naród do bankructwa, ten wysoki dług publiczny łączył się z rozkwitem gospodarki. Chociaż społeczeństwu żyło się znacznie lepiej, to iluzja długu pieniężnego jako czynnika jednoznacznie negatywnego oddziaływała na część opinii publicznej w zaskakująco znajomy dla nas sposób. Autor wspomina, iż w latach powojennych pomimo gospodarczego sukcesu USA zdarzało się nawet z ust jego własnego ojca słyszeć, iż on i przyszłe pokolenia będą musiały spłacać „długi Roosevelta”.
Davidson ukazuje, dlaczego grosz zaoszczędzony nie jest groszem zarobionym w przypadku gospodarki w skali makro. Warto jednak poczynić zastrzeżenie, iż Stany Zjednoczone są krajem szczególnym, w którym bank centralny w ostatnich latach nie boi się skupywać części obligacji państwowych, tym samym finansując dług państwa. Wbrew oczekiwaniom monetarystów („jastrzębi”), a zgodnie z prawami gospodarczymi, większy dodruk pieniądza wcale nie spowodował inflacji ani utraty zaufania do obligacji, które cieszą się popularnością wśród inwestorów. Również w Polsce widzimy, iż koszt obsługi zadłużenia jest wyjątkowo niski. Oba zjawiska wynikają z faktu, że w warunkach niepewności „dodruk pieniądza” nie musi wyradzać się w inflację pieniężną przy zastoju inwestycyjnym i kredytowym oraz niewykorzystanych zdolnościach wytwórczych. Obligacje, nawet dające niski procent, stają się bezpieczną przystanią na niepewne czasy.
López i Assous przypominają, że Kalecki przed Keynesem wskazywał, iż to właśnie z deficytu budżetowego powinien pochodzić impuls do zwiększenia popytu. W swej teorii natychmiast przyznał wydatkom państwa ważne miejsce jako dodatkowemu źródłu popytu, podkreślając dodatkową zaletę deficytu budżetowego w roli, jaką odgrywa w określaniu łącznych zysków. Co więcej, uważał on, że deficyty budżetowe mogą być niezbędne jako stała cecha kapitalizmu z pełnym zatrudnieniem, a nie tylko jako ostateczny środek stosowany jedynie w okolicznościach kryzysowych.
Kalecki, zgodnie ze swą manierą odpierania potencjalnych kontrargumentów przedstawionej tezy, udowodnił, iż wzrost deficytu nie musi przekładać się na wzrost stopy procentowej. Główna jednak wątpliwość wyrażana względem teorii Kaleckiego zawierała się w założeniu, iż rosnący dług spowoduje nadmierne obciążenia spowodowane koniecznością jego obsługi i w ten sposób ograniczy pole manewru polityki fiskalnej. Co na to Kalecki? Zauważył, że równocześnie ze wzrostem długu rośnie w wyniku postępu technicznego i wyższego zatrudnienia także dochód narodowy. To sprawia, iż finansowanie długu nie musi stać się powodem do wyrzeczeń. Kalecki proponował również bezbolesny dla gospodarki i nieuszczuplający dochodu mechanizm podatku majątkowego lub też formę modyfikacji podatku dochodowego, który to pomysł pochwalił w liście do niego Keynes.
López i Assous podsumowują argument Kaleckiego: […] kiedy istnieją niewykorzystane zdolności wytwórcze, a polityka pieniężna jest odpowiednia, wzrost deficytu budżetowego wywołuje wzrost zysków i poziomu aktywności gospodarczej w krótkim okresie, co pobudza również wzrost gospodarki w średnim i długim okresie. Po wojnie to rozumowanie zostało przyjęte przez sterników spraw gospodarczych USA i Europy. Dwadzieścia lat później gospodarki krajów rozwiniętych rozwijały się naprawdę szybko, unikając dramatycznych spowolnień. Działo się to pomimo niespełnienia warunków rzekomych antykryzysowych polityk postulowanych przez ekonomię klasyczną (czyli braku płacy minimalnej i związków, przy konkurencji doskonałej). Zatrudnienie w krajach Zachodu było w zasadzie pełne, zaś gazety drukowały wiele stron ogłoszeń z ofertami pracy. Państwa złotej ery powojennego obszaru transatlantyckiego uosabiały dążenie do ideału harmonii interesów społecznych, oddalając się mentalnie i materialnie od scenariusza „walki klas”. Davidson pokazuje przykład USA w latach 1961–1968, gdy społeczny konsensus pozwolił na de facto eliminację bezrobocia i podwyższający się standard życia, chociaż analogiczne procesy miały miejsce również w Europie Zachodniej: […] ceny były utrzymywane w ryzach za pomocą płacowo-cenowej polityki „wytycznych”, która wymagała, aby podwyżki płac były powiązane ze wzrostami produktywności. Wskazówki te były całkowicie dobrowolne. Nie istniały żadne pieniężne nagrody lub kary, aby wymusić odpowiednie zachowania robotników i kadry zarządzającej. […] Te dobrowolne wskazówki działały przez prawie 8 lat. Realny [po odliczeniu inflacji – przyp. K.M.] PKB wzrósł o 34%, a indeks cen towarów i usług konsumpcyjnych o niespełna 13%.
Polityka liberalizacji zaczęła niszczyć te trwałe fundamenty wzrostu. Dla nowej polityki gospodarczej potrzebna była nowa-stara myśl ekonomiczna, neutralizująca idee, które rządziły złotym ćwierćwieczem.
Zbękarcona spuścizna
Po II wojnie światowej wydawało się, że myśl ekonomiczna tych dwu osobowości (z naturalnym wskazaniem na Keynesa) będzie panowała jeszcze bardzo długo. Tak się jednak nie stało. W dość niezwykły sposób doszło do tego, co współpracowniczka Keynesa i Kaleckiego, prof. Joan Robinson, nazwała „zbękarceniem” myśli keynesowskiej. Na końcu tej długiej drogi doszliśmy do czasów obecnych, gdy tzw. neokeynesiści zgadzają się w większości ze swoimi liberalnymi kolegami-ekonomistami, wspólnie okupując stanowiska naukowo-dydaktyczne na uczelniach. Tymczasem wierni myśli Keynesa i Kaleckiego postkeynesiści wraz z ekonomistami ewolucyjnymi i innym „drobiazgiem” tworzą grupę ekonomistów heterodoksyjnych, nie licząc na granty, stanowiska i miejsca w „prestiżowych” publikacjach, trwając pokątnie na niewielkiej liczbie uczelni. Oczywiście „heterodoksi” mogą się pochwalić przewidzeniem kryzysu i jego sumienną interpretacją – to jednak w niewielkim stopniu przesuwa ich z marginesu, na jakim ustawił ich ekonomiczny establishment.
Historia myśli ekonomicznej po wojnie to historia unieszkodliwienia keynesowskich idei przez działania zarówno ich przeciwników, jak i „zwolenników”. Paul Davidson podaje za przykład tego proces metamorfozy doktryny keynesowskiej poddanej niezwykłym zabiegom przez pierwszych mainstreamowych zwolenników jego myśli. Usunęli oni założenia Keynesa z „Ogólnej teorii…”, w zamian przyjmując założenia klasyczne (np. sztywność cen i płac). Oczywiście model keynesowski po przeróbce liberalnej nie ma sensu i tym łatwiej padł ofiarą krytyki. Niezwykle wpływowy „keynesista” Paul Samuelson sam przyznał, iż analizy z „Ogólnej teorii…” były dla niego nie do przełknięcia, zaś z przyjęcia klasycznych założeń czynił wręcz powód do dumy. Co więcej, swą pierwszą wiedzę na temat keynesizmu czerpał od kanadyjskiego ekonomisty Roberta Bryce’a, który uczęszczał na wykłady Keynesa. Problem w tym, że gdy Bryce zaczął rozpowszechniać wśród amerykańskich ekonomistów myśl Keynesa, sam nie przeczytał „Ogólnej teorii…”. Ta praca, stwierdza Davidson, nigdy nie została przyswojona przez ekonomię głównego nurtu.
Wkrótce nadszedł upadek zbękarconego keynesizmu, gdy w latach 70. Milton Friedman i inni ekonomiści klasyczni pokonali go, słusznie wytykając logiczną niekonsekwencję między klasycznymi podstawami tego „keynesizmu” a receptami w zakresie polityki gospodarczej. Model klasyczny-liberalny można bowiem przyjąć tylko z całym dobrodziejstwem inwentarza: od nierealistycznych założeń po mylne i szkodliwe, lecz spójne z założeniami recepty. Od tego momentu rozpoczyna się nowe podejście w formułowaniu polityk gospodarczych przez państwa. W latach 80. kolejna gałąź „keynesizmu” – nowa teoria keynesowska – znowu przyjmowała założenia klasyczne, co poddało ją miażdżącej krytyce neoklasycznego ekonomisty noblisty Roberta Lucasa.
Zbękarcone wersje keynesizmu nie miały odpowiedzi na nowe zjawiska takie jak stagflacja lat 70. i powoli oddały pola staro-nowej ekonomii liberalnej, w której rynki są racjonalne i znajdują się w stanie równowagi, zaś jedyną receptą z zakresu polityki gospodarczej państwa jest: nie mieszać się do rynku. Brak wiary w jakąkolwiek możliwość trwałego efektu działań fiskalnych spowodowała, że nawet zwolennicy obniżenia podatków przez pewien czas byli traktowani w mainstreamie ekonomii z podejrzliwością. Dopiero kryzys w XXI w. i konieczność stymulacji fiskalnej m.in. w USA i Niemczech w 2009 r. sprowadziły w obliczu zagrażającej katastrofy politykę gospodarczą nieco bliżej ziemi. Był to jednak tylko moment: już wkrótce obszar transatlantycki opanowała psychoza strachu przed zadłużeniem i działaniami wciąż nieuregulowanego sektora finansowego. Kryzys wciąż ma się dobrze, a nauki Kaleckiego i Keynesa odeszły do lamusa. Nie wiadomo na jak długo.
Wstęp i kurs zaawansowany
Książki Davidsona oraz Lópeza i Assousa stawiają przed czytelnikiem dwa różne wyzwania. „Rozwiązanie Keynesa” jest, pomimo ekonomicznego żargonu, książką stosunkowo łatwą do zrozumienia bez głębszej znajomości ekonomii. Jest to z pewnością zasługa wieloletniej praktyki Davidsona w niesieniu kaganka keynesowskiej oświaty w niesprzyjających okolicznościach. Jego argumentacja jest logiczna, gęsto okraszona porównaniami i przykładami, co pozwala czytelnikom przyswoić naprawdę sporą dawkę ważnej wiedzy ekonomicznej bez odczucia bólu głowy. Na zaledwie 174 stronach Davidson zawarł wszystko to, co naprawdę warto wiedzieć o problemach gospodarki i sposobach wyjścia z kryzysu. Jednocześnie „Rozwiązanie…” jest bardzo aktualne, równie zanurzone w odniesieniach do przeszłości, jak i w konkretnych wydarzeniach i wyzwaniach naszych czasów. W tym sensie jest to ciekawy przewodnik po rzeczywiście keynesowskiej odpowiedzi na kryzys.
Jak zauważa uczeń Kaleckiego, prof. Jerzy Osiatyński, autor słów wstępnych do obu książek, autorzy „Michała Kaleckiego” dołożyli starań, aby nie zaprezentować polskiego uczonego wyłącznie jako wynalazcy keynesizmu przed Keynesem, jak jest on często przedstawiany. López i Assous prezentują większość głównych teorii Kaleckiego, m.in. teorię podziału dochodu narodowego i teorię efektywnego popytu. Są one omawiane nie bardzo rozlegle, lecz dość szczegółowo. Dla czytelnika nie-ekonomisty dość hermetyczny, pozbawiony (w przeciwieństwie do Davidsona) publicystycznego zacięcia język może okazać się zbyt skomplikowany. Z drugiej strony trudno byłoby autorom zawrzeć choć skrótowe ujęcie modeli Kaleckiego na mniejszej liczbie stron. W pracy Lópeza i Assousa pojawiają się matematyczne wzory i wykresy, co czyni pracę bardziej atrakcyjną dla ekonomistów, lecz nieco mniej przejrzystą w odbiorze niż „Rozwiązanie Keynesa”.
Obie książki są jednak godne polecenia, przy czym Paul Davidson jest dobrym i wystarczającym wstępem dla bardziej zaawansowanego kursu, jaki oferują nam autorzy „Michała Kaleckiego”. W obu pracach poruszanych jest o wiele więcej ważnych zagadnień poza wspomnianymi w niniejszym omówieniu. Chodzi m.in. o rynki finansowe, handel międzynarodowy czy też rozwój krajów ubogich. Są to zagadnienia niemal równie istotne dla globalnego dobrobytu co refleksje dotyczące zatrudnienia, płac i produkcji w trakcie recesji. W głównym nurcie ekonomii z pewnością powinno się znaleźć miejsce na przemyślenia Michała Kaleckiego i Johna M. Keynesa dotyczące kryzysu. Polskie Towarzystwo Ekonomiczne po raz kolejny wydaje pozycje niezwykle wartościowe i aktualne, choć niezgodne z głównym nurtem. Miejmy nadzieję, iż za kilka lat nie będzie już śladu po smutnym okresie zapaści myśli ekonomicznej i że rola efektywnego popytu będzie oczywista dla kierujących polityką gospodarczą.
Julio López G., Michaël Assous, Michał Kalecki, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, Warszawa 2012, przełożył Adam Szeworski.
Paul Davidson,Rozwiązanie Keynesa. Droga do globalnej koniunktury gospodarczej, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, Warszawa 2012, przełożyli Paweł Kliber i Agata Kliber.
Obie książki można nabyć w internetowej księgarni wydawcy: www.ksiazkiekonomiczne.pl
przez Krzysztof Mroczkowski | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
W 1997 r. profesorowie Myron S. Scholes i Robert C. Merton zostali uhonorowani nagrodą Nobla w dziedzinie ekonomii za opracowanie nowej metody wyznaczania wartości instrumentów pochodnych, którą Szwedzka Akademia Królewska uznała za jedno z największych osiągnięć nauk ekonomicznych ćwierćwiecza. Rok później współkierowany przez Mertona i Scholesa fundusz finansowy LTCM stracił 4,6 miliarda dolarów w ciągu czterech miesięcy i musiał zostać wsparty przez publiczny amerykański bank centralny. Instrumenty finansowe pozwoliły LTCM na użycie niebezpiecznej dźwigni finansowej i ryzykowanie stratami wielokrotnie większymi od posiadanych aktywów. Już wtedy ryzyko systemowe przerośniętego sektora finansowego zwiastowało przyszły kryzys.
Instrumenty pochodne (tzw. derywaty) są papierami wartościowymi wymienianymi na giełdach lub kontraktami między dwoma stronami, których wartość jest uzależniona od instrumentu bazowego (np. obligacji). Początkowo uzasadnieniem tworzenia tych instrumentów było zabezpieczanie przed ryzykiem. Przykładowo, proste instrumenty pochodne były nabywane za niewielką kwotę w zamian za gwarancję pokrycia strat przez sprzedającego, gdyby ceny określonych produktów drastycznie spadły. Niestety z czasem takie instrumenty zaczęły tworzyć instytucje finansowe niebędące ubezpieczalniami i niemające wystarczająco dużo kapitału na pokrycie tego typu umowy. Mimo to takie ryzykowne kontrakty były opłacalne – dawały spekulującym wysokie zyski, choć również narażały na wysokie straty. Z biegiem lat zaczęto tworzyć instrumenty pochodne od instrumentów pochodnych czy wręcz zupełnie hazardowe umowy, niemające nic wspólnego z teoretycznym ubezpieczeniem od ryzyka, które było przyczyną powstania derywatów. Przykładowe kontrakty ostatnich lat to te wypłacające pieniądze przy wyborze jednego z kandydatów na prezydenta USA, inne są powiązane z wynikiem finansowym filmu, jeszcze inne z prawami do przyszłych zysków z praw autorskich Boba Dylana i Davida Bowie. Tego rodzaju zakłady wydają się być ekscentryczne i niepasujące do poważnych decyzji gospodarczych, w rzeczywistości jednak doskonale obrazują rzeczywistość dzisiejszego świata finansów. W wielkiej mierze stał się on gigantycznym kasynem bez jakiejkolwiek wartości dla społeczeństwa. Co gorsza, globalne powiązania instytucji finansowych sprawiają, iż cały system wciąż grozi implozją.
Jest symptomatyczne, iż Merton i Scholes zostali uznani przez establishment za wielkich innowatorów, przyczyniających się do lepszego rozumienia rynku. Dziś, po wielu spektakularnych wpadkach potężnych instytucji finansowych i wywołanej przez nie recesji, znacznie większa jest już świadomość zagrożenia ze strony nieuregulowanej sfery finansów. Chociaż nikomu poważnemu nie przyszłoby do głowy fetować twórców i apologetów finansowych „innowacji”, to ich wątpliwe dzieła mają się dobrze jak nigdy wcześniej. Jest to efektem dominacji finansjery w historycznej perspektywie ekonomii politycznej.
Co takiego stało się, że odwrócony został korzystny trend wzrostu gospodarczego i cywilizacyjnego złotych dekad powojennego obszaru transatlantyckiego? Dlaczego tak bardzo osłabł prospołeczny nurt w decyzjach politycznych? Jak to się stało, iż tak dramatycznie rozwarstwiają się poziomy życia garstki najlepiej sytuowanych i całej reszty populacji?
Zwrot systemu społecznego w kierunku plutokracji nie jest czymś historycznie rzadkim – działo się to wielokrotnie już w cywilizacjach starożytnych, zazwyczaj kończąc się dewastacją infrastruktury (np. zrujnowanie systemu irygacyjnego Mezopotamii przez lichwę), regresem gospodarki i relegowaniem zdegenerowanej kultury do ligi państw podbitych. Jednak coraz powszechniejsze uprawianie nauki, rozwój wynalazczości oraz pozytywnie zainspirowane przywództwa polityczne doprowadziły do ukształtowania modelu nowoczesnego państwa narodowego, którego celem i środkiem było duchowe i materialne upodmiotowienie każdej jednostki ludzkiej. Pół wieku temu proces ten zdawał się być już niezwykle silny, a w dodatku w swej istocie nieodwracalny: coraz powszechniejsze stawały się edukacja i dostęp do informacji, prężny rozwój nauki zwiastował rosnący poziom życia, a najlepiej rozwinięte kraje porzucały kolonializm na rzecz pokojowej współpracy. Mając to na uwagę, nasze dzisiejsze położenie można uznać za nie lada „wyczyn”.
Fundamenty rozwoju
Krach piramidy finansowej na Wall Street w 1929 r. sprawił, że na kilka lat obszar euroatlantycki pogrążył się w bezprecedensowym kryzysie. Gra rezerwami złota doprowadziła do zniesienia w miarę stabilnego układu wymiany walut oraz do upadłościowej reakcji łańcuchowej, która uderzyła w banki austriackie i niemieckie. Na fali niezadowolenia z wielkiego bezrobocia wywołanego błędną polityką cięć oszczędnościowych w Niemczech do władzy doszedł Adolf Hitler, którego główny doradca ekonomiczny, Hjalmar Schacht, wprowadził zubożającą społeczeństwo politykę niskich płac. Tymczasem Amerykanie zdołali przezwyciężyć politykę cięć oszczędnościowych dzięki wyborowi opcji zarazem demokratycznej, jak i prospołecznej. W 1933 r. prezydentem został Franklin Delano Roosevelt, który praktycznie wyeliminował spekulacyjne kasyno. Uczynił to za pomocą ustaw Glass-Steagall Act, Commodity Exchange Act i Securities Exchange Act.
Ustawa Glass-Steagall z 1933 roku jednoznacznie separowała bankowość depozytowo-kredytową, potrzebną dla zdrowego funkcjonowania gospodarki, od bankowości inwestycyjnej, będącej w istocie spekulacją. Brak takiej separacji sprawiał, iż banki kupowały ryzykowne instrumenty finansowe w pogoni za zyskiem, ryzykując jednocześnie pieniędzmi depozytariuszy i własną upadłością, co zamrażało funkcje kredytowe gospodarki. Nieuregulowana bankowość była tym samym narażona na upadki piramid finansowych ryzykownych funduszy inwestycyjnych, co przy mocnych połączeniach między bankami (wzajemnie pożyczającymi sobie pieniądze) mogło skutkować niewpłynięciem na czas określonych zobowiązań, a zatem brakiem płynności, paniką depozytariuszy, niewypłacalnością i bankructwem. Ustawa Glass-Steagall jednoznacznie zabraniała takich praktyk: bank tradycyjny mógł zajmować się jedynie bankowością, która nie miała styczności z ryzykownymi grami spekulantów. Jednocześnie banki uzyskiwały rządowe gwarancje pomocy w razie kłopotów, co w poprzednim modelu było albo niemożliwe, albo bardzo kosztowne ze względu na potencjalnie astronomiczne straty (zobowiązania) na rynku papierów spekulacyjnych. Ustawa Glass-Steagall stała się jednym z fundamentów nowego światowego ładu ekonomicznego, w którym bankowość służyła potrzebom rozwoju społeczeństw.
Następnie, w roku 1934, Roosevelt przeprowadził przez Kongres ustawę Securities Exchange Act. Jednym z jej postanowień było ustanowienie Securities and Exchange Commission (komisji ds. papierów wartościowych i giełd), mającej sprawować kontrolę nad rynkiem papierów wartościowych. Była ona wyposażona w uprawnienia śledcze i instrument nakładania kar. Ponadto ustawa ściśle nakazywała rejestrowanie wszystkich kontraktów oraz zarządzała ich wymianę, nawet wtórną, wyłącznie na regulowanych giełdach. To uniemożliwiło zawieranie niebotycznych dwustronnych zakładów hazardowych (tzw. swapów), które po prostu stały się nielegalne. Język ustawy, pełen zakazów, nakazów i ostrzeżeń, nie pozostawiał złudzeń, iż jej celem nie jest spełnianie życzeń rynków finansowych. Instrumenty pochodne zostały wyeliminowane z gry.
Kolejnym ważnym krokiem była ustawa Commodity Exchange Act, która regulowała wymianę na rynku towarów. Ponieważ rynek towarów (w tym żywności i surowców) został uznany za newralgiczny, położono szczególny nacisk na wyeliminowanie z niego ryzyka spekulacji. Służyły temu m.in. ilościowe limity możliwości zakupu danego towaru przez jednego uczestnika. Instrumenty pochodne od towarów („opcje”) zostały uznane za bezprawne. Ustawa stanowczo przestrzegała przed próbą zmowy rynkowej, ściśle określając również system zachęt i ochrony dla informujących o nieprawidłowościach.
Również z tego okresu pochodzą takie zasady jak np. reguła „tyknięcia w górę”, niepozwalająca sprzedawać papierów wartościowych w momencie, gdy ich ostatnia transakcja była spadkowa (obniżała cenę). Tym samym wyeliminowano spekulacyjny efekt „spadającego noża”, który powodował, że inwestorzy pozbywali się spadających akcji, obawiając się ich zakupu aż do momentu, gdy były niemal bezwartościowe. W regule „tyknięcia w górę” transakcja spadkowa mogła być dokonana tylko po nawet najmniejszej transakcji wznoszącej kurs. Rozchwianie rynków finansowych, tak charakterystyczne w dzisiejszych czasach, gdy giełda kojarzy się z wykresami histerycznie chaotycznych wahań, zostało przez Roosevelta zahamowane. Giełda stała się po prostu dobrze nadzorowanym sklepem, równie mało ekscytującym jak wszystkie inne sklepy.
Tak chroniona przed finansowymi niebezpieczeństwami Ameryka w szybkim tempie przezwyciężała ekonomiczną depresję. Ta największa gospodarka świata, wsparta antykryzysowymi projektami inwestycyjnymi, była gotowa do olbrzymiego wysiłku wojennego i odbudowy powojennej Europy dzięki Planowi Marshalla. Nowy ład ekonomiczny na świecie nie przewidywał powrotu do czasów hegemonii finansjery. Ustalenia z konferencji w Bretton Woods, podczas której powstał Międzynarodowy Fundusz Walutowy, stworzyły nowy system monetarny, oparty o stałe kursy wymiany głównych walut świata, co wyeliminowało ryzyko kursowe i pokusę spekulacji. Siła finansjery została złamana, a ona sama przestała się liczyć jako zjawisko mające decydujący wpływ na politykę. Jej miejsce zajęły wielkie przedsiębiorstwa, związki zawodowe i partie polityczne.
Doświadczenia kolejnego globalnego konfliktu wykazały bezsensowność rewanżyzmu stosowanego wobec Niemiec po I wojnie światowej, dlatego zwycięskie państwa Zachodu – USA, Wielka Brytania i Francja – zdołały uniknąć powtórzenia tego błędu. Kierowane przez wizjonerów najważniejsze państwa Europy powoli zaczęły tworzyć wspólnotę interesów gospodarczych i politycznych, definiującą cele na kolejne dekady. Rola politycznego przywództwa zdaje się być w tym niezwykłym okresie kluczowa. Attlee i Macmillan w Wielkiej Brytanii, Kennedy i Johnson w USA, Charles de Gaulle we Francji, Adenauer i Ludwig Erhard w Niemczech – wszyscy oni wyrażali, pomimo bardzo świeżych doświadczeń wojennych, pozbawioną uprzedzeń dumę i wiarę w lepsze jutro swoich narodów. Państwa wspierały ważne projekty naukowe: szybkie koleje, nowoczesne elektrownie, przełomowe technologie kosmiczne. Jak wskazuje ekonomista prof. Robert Skidelsky, średni roczny wzrost PKB świata w „złotej erze” to niemal 5%, podczas gdy w erze neoliberalnej (nie wliczając ostatniego kryzysu) ledwo ponad 3%. To porównanie nie oddaje jednak skali powiększających się nierówności społecznych.
Przyczyny końca złotej ery
Czas dominacji zdolnych liderów politycznych kończy się w latach 60. Ameryka w tym okresie staje się coraz słabsza: jej wojsko grzęźnie w Wietnamie, zaś prezydent Nixon drastycznie ogranicza państwowe wydatki naukowo-badawcze. Pesymistyczni naukowcy przewidują w raporcie „Granice wzrostu” szybkie wyczerpywanie się światowych złóż kluczowych surowców. Pod naciskiem Brytyjczyków żądających natychmiastowego przekazania swojej rezerwy złota o wartości 3 miliardów dolarów (30% całych rezerw USA) Nixon decyduje się latem 1971 r., początkowo tylko częściowo, zerwać stabilizujący światowy handel system stałych kursów wymiany walut z Bretton Woods. Pojawia się ryzyko kursowe, co tworzy potencjał spekulacyjny. Tylnymi drzwiami wraca do gry finansowa oligarchia.
Proces finansjalizacji gospodarki z początku jest bardzo powolny, lecz z czasem nabiera tempa. Już w latach 60. zniesiony zostaje stamp tax – pierwowzór podatku od transakcji finansowych, zaś pod koniec lat 70. nieśmiało pojawiają się pierwsze instrumenty pochodne. Jest to związane z niezwykle wysokimi stopami procentowymi, które powodują szybkie przepływy kapitału do rajów podatkowych i z powrotem. Stopa procentowa 22 procent nazywana jest najwyższą od czasów przed Chrystusem i powoduje zniszczenie dużej części potencjału przemysłowego USA. W 1982 r. ustawa Futures Trading Act zezwala, po kilkudziesięciu latach przerwy, na funkcjonowanie instrumentów pochodnych, chociaż przez pierwsze lata ich status jest wciąż nie do końca jasny, zaś instytucje finansowe niechętnie chcą brać na siebie ryzyko wielkich kar od regulatora finansowego. Gdy w 1987 r. dochodzi do krachu na Wall Street, derywaty są już dość rozpowszechnione, ograniczają się jednak głównie do derywatów walutowych, zaś ich skala nie przekracza globalnego PKB. W 1992 r. przegłosowana zostaje ustawa Futures Trading Practices Act, zaś szefowa nadzoru finansowego Commodity Futures Trading Commission (CFTC), Wendy Gramm, wydaje opinię, według której ustawa rozstrzyga o legalności derywatów. Od tego momentu ich rozrost przestaje być kontrolowany, w tym derywatów napływających z zagranicy oraz tych będących dwustronnymi kontraktami (tzw. OTC), nierejestrowanymi i niewymienianymi na giełdach. Rozmiary transakcji każdego dnia przekraczają setki miliardów dolarów.
Stany Zjednoczone, jako największa gospodarka świata, nadają ton globalnym przemianom. Wtedy właśnie, a szczególnie po upadku żelaznej kurtyny, następuje dominacja tzw. Konsensusu Waszyngtońskiego: ideologii deregulacji, prywatyzacji, wolnego handlu i liberalizacji. Konsensus Waszyngtoński to nazwa nadana w 1989 r. przez ekonomistę Johna Williamsona systemowi globalnego leseferyzmu. Wielki kapitał przepływa w nim z miejsca na miejsce i pozostaje poza regulacją państw, których zadaniem jest dostosowanie się do założeń państwa minimum. W tym konsensusie za prymusów uznawane są te kraje, które stwarzają kapitałowi jak najdogodniejsze warunki działania, niekrępowane np. ochroną pracowników najemnych czy regulacjami ekologicznymi.
Dawne instytucje Bretton Woods (Bank Światowy i MFW) zamiast wspierać rozwój państw mniej rozwiniętych, narzucają im w latach 80. ciężkie warunki „pomocowe”, które prowadzą te kraje do stagnacji i niepokojów społecznych. W wyniku nowych rund rokowań (tokijskiej, urugwajskiej) Światowej Organizacji Handlu poziom taryf celnych drastycznie się obniża i następuje era globalizacji handlu, a więc de facto także przemysłu. W wolnorynkowej teorii (koncepcja przewag komparatywnych autorstwa D. Ricardo) taka sytuacja powinna doprowadzić do efektywniejszego lokowania produkcji dzięki specjalizacji, skutkiem czego wszyscy powinni zyskiwać. W praktyce to powojenna etatystyczna transatlantycka złota era była najlepszym przykładem doganiania (USA przez Europę) przy obopólnych korzyściach. Również polityka protekcyjna („substytucji importu”) praktykowana w latach 60. i 70. przez blok krajów niezaangażowanych dawała dobre podstawy rozwoju siły produkcyjnej i nabywczej. Wolny handel w ramach Konsensusu Waszyngtońskiego oznacza natomiast coś zupełnie innego. Jest to dyktat wielkiego biznesu: to on decyduje, gdzie (najlepiej do kraju podporządkowanego MFW) przenieść fabrykę, i to on zgarnia prawie całość zysku. Skala tworzenia siły nabywczej obywateli, tak w krajach rozwiniętych, jak i rozwijających się, jest w tym modelu znacznie ograniczona.
Dodatkowo kraje słabo rozwinięte są pogrążone w neoliberalizmie, a zatem przy braku kontroli przepływu kapitału (bądź kursu waluty) narażone na dramatyczną spekulację walutą, która w kilka tygodni może zepchnąć kraj w recesję. To właśnie przydarzyło się w trakcie kryzysu azjatyckiego w 1997 r. Malezji, której premier Mahathir Mohamad tak opisał wtedy sytuację: […] zmanipulowany został krach gospodarczy Meksyku, tak samo gospodarki innych rozwijających się krajów mogą zostać zmanipulowane i nagięte do pokłonu wielkim zarządzającym funduszy finansowych, którzy stali się decydentami tego, kto może się rozwijać, a kto nie. […] Z tego, co wiemy, handel walutą jest w rzeczywistości 20 razy większy niż handel rzeczywistymi towarami i usługami. Poza zyskami i stratami dla handlujących [walutą] nie ma z tego olbrzymiego handlu żadnych namacalnych korzyści dla świata. Nie tworzy się znaczących miejsc pracy, żadne produkty czy usługi nie trafiają do zwykłych ludzi […] zyski pochodzą z pauperyzacji innych, w tym bardzo biednych krajów i ludzi. […] Przestrzega się nas też, że to są potężni ludzie. Jeśli zrobimy hałas lub w jakikolwiek sposób ich zirytujemy, będą zdenerwowani. A kiedy są zdenerwowani, mogą nas zniszczyć do szczętu, mogą z nas zrobić wraki.
Upadek systemu Bretton Woods stworzył system spekulacji walutą, który wyrodził się wkrótce w system spekulacji „wszystkim”. Instytucjom finansowym zaczynają puszczać hamulce: w 1998 r. potężny bank Citicorp (Citibank) łączy się z grupą inwestycyjną Travellers, co jest nielegalne w świetle ustawy Glass-Steagall. Bank nie zostaje jednak ukarany, zaś rok później Kongres pomaga Citi w zalegalizowaniu swoich działań, znosząc ustawę Glass-Steagall. Główny promotor tej operacji, senator Phil Gramm (mąż wspomnianej Wendy Gramm), pomógł rok później ostatecznie zatwierdzić formalną legalność najbardziej podejrzanych derywatów (OTC). Gramm jest dzisiaj wiceszefem działu inwestycyjnego megabanku UBS…
Ideologia w służbie plutokracji
Wszystkie kluczowe trendy ostatnich trzech dekad nie mogą być wytłumaczone bez istnienia ideologicznej podbudowy dla regresywnej polityki społeczno-gospodarczej. Coraz częstsze postawy radykalnie indywidualistyczne i zanikanie optymizmu wspólnotowego widoczne były również wśród ekonomistów. W centrum tej dyscypliny umościło się przekonanie, iż rynki są zawsze efektywnym i samoregulującym mechanizmem, gdyż w grze rynkowej uczestniczą racjonalne, dążące do zysku podmioty. Tym samym uzasadniono istnienie instrumentów pochodnych. Twierdzono, że z pewnością czynią rynek bardziej efektywnym, gdyż w przeciwnym wypadku racjonalny rynek nie stworzyłby ich i nimi nie handlował. Powstało przekonanie o szkodliwości rządowych regulacji. Lekcje Wielkiego Kryzysu, wskazujące na zagrożenia bańką finansową i ułomnością rynku, zostały zapomniane.
Co bardziej liberalni ekonomiści, jak Friedrich von Hayek i Milton Friedman, głoszący potrzebę mniejszej aktywności państwa, mogli z zadowoleniem obserwować dekadę rządów Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii i Ronalda Reagana w USA, obojga przekonanych o szkodliwości wysokich progresywnych podatków dochodowych. Karierę zrobiła tzw. krzywa Laffera – koncepcja, według której niższy poziom podatków gwarantuje wyższy poziom wpływów podatkowych. Warto przypomnieć, iż nawet Marek Belka nazwał ją kuriozalnym epizodem z pogranicza myśli ekonomicznej i polityki. Z początku nawet przyszły prezydent USA, George Bush senior, krytykował tego typu myślenie jako voodoo-ekonomię. Z czasem jednak atrakcyjna, choć rzadko prawdziwa koncepcja stała się jedynym pomysłem na politykę gospodarczą państw objętych Konsensusem Waszyngtońskim. Poza tego typu „reformami” rządom pozostawało liczyć na szczęście, dobry humor „niewidzialnej ręki” i ewentualnie mniej restrykcyjną politykę niezależnych banków centralnych.
Nawet te ostatnie, tak hołubione przez szkołę monetarystyczną ekonomii, miały niewystarczająco wiele instrumentów wpływu. Jak pokazują ostatnie lata, nawet bardzo luźna polityka pieniężna nie przyspieszy rozwoju gospodarczego, gdyż ta jest zależna od polityki banków prywatnych i wielkiego biznesu. Wielkość aktywności gospodarczej tylko częściowo może być ustalana przez bazę monetarną banku centralnego. Reszta, w sytuacji wycofania państwa z aktywnej polityki wydatkowej i przy niedostatecznym popycie, zależy od chęci banków komercyjnych do oferowania atrakcyjnych kredytów i chęci biznesu do brania kredytów i podejmowania ryzyka inwestycyjnego. W sytuacji, gdy wielki biznes zamraża swój kapitał, banki decydują się na pożyczanie pieniędzy innym instytucjom finansowym.
Szybko rozwijający się sektor finansowy dzięki nowym instrumentom oferował wyższe stopy zwrotu niż w realnej gospodarce. Tym samym rosło znaczenie tego sektora oraz dochód, jaki uzyskiwała z niego klasa finansistów, pozwalając jej coraz bardziej dominować nad resztą gospodarki, przeżywającej deindustrializację i stagnację płac. Dzięki wliczaniu usług finansowych i innowacjom informatycznym, będącym spuścizną dawnych rządowych programów, poziomy globalnego produktu na głowę nie odzwierciedlają dokładnie skali problemu. Jest on jednak widoczny w coraz wyższym zadłużeniu gospodarstw domowych i ich coraz mniej stabilnej, a często dłuższej godzinowo pracy. Rozwarstwienie społeczne i deindustrializacja pogłębiają jeszcze problem: gorzej płatne miejsca pracy dają mniejsze możliwości konsumpcji, a zatem osłabiają koniunkturę.
Pogorszenie rynku pracy doskonale obrazuje systemową różnicę w porównaniu ze złotą erą:
Tabela: Porównanie poziomów bezrobocia
| Bezrobocie |
Złota Era |
Konsensus Waszyngtoński |
| USA |
4,8% |
6,1% |
| Francja |
1,2% |
9,5% |
| Niemcy |
3,1% |
7,5% |
| Wielka Brytania |
1,6% |
7,4% |
Źródło: Robert Skidelsky, Keynes. Powrót mistrza.
Utratę pewności zatrudnienia osładzać miał ludności dość hojny system socjalny, powodujący, iż likwidacja niektórych miejsc pracy nie była traktowana w kategoriach wielkiego problemu społecznego. W połączeniu ze spadkiem tempa wzrostu produktu globalnego przyczyniało się to jednak do wzrostu wydatków państwa, co nie byłoby wielkim problemem, gdyby nie ogłoszenie przez rynkowych radykałów w latach 90. krucjaty przeciwko niezrównoważonemu budżetowi. Kryteria Maastricht w Unii Europejskiej i ofensywa budżetowych jastrzębi w USA pod wodzą Newta Gingricha zostały opakowane jako wyraz troski o dobro gospodarcze kraju. W istocie argument jastrzębi to pomyłka, gdyż wbrew ich twierdzeniom to nie wysoki dług jest przyczyną niskiego wzrostu, lecz niski wzrost jest przyczyną wysokiego długu. Doktryna konieczności cięcia deficytu metodą zmniejszania wydatków rządowych jeszcze bardziej osłabiła system społeczno-gospodarczy w momencie, gdy spekulacyjna narośl już przestała być kontrolowalna.
Rosyjska ruletka finansjery
W listopadzie 1993 r. noblista Maurice Allais napisał w „Le Figaro”, iż gigantyczna akumulacja długu pożera światową gospodarkę. Latem 1997 r. wolumen dziennych transakcji przekroczył już 5 bilionów (5 000 000 000 000) dolarów. Przy tej wysokości transakcji największe banki inwestycyjne każdego dnia ryzykowały niewypłacalność, instalując w swoich centralach specjalne biura kryzysowe z setkami telefonów, aby w razie wypadku przekonywać spanikowanych inwestorów do niewycofywania pieniędzy. George Soros stwierdził w tym samym roku: nie widzę możliwości, aby ten globalny system przetrwał […] wchodzimy w czas globalnej dezintegracji.
System ten przetrwał jednak kolejną dekadę, w międzyczasie globalna bańka instrumentów pochodnych osiągnęła teoretyczną „wartość” dwudziestokrotności światowego produktu brutto. Niestety ta gra przynosi jeszcze inne negatywne konsekwencje dla dobrobytu społecznego. Instrumenty pochodne mają olbrzymi wpływ na gwałtowne ruchy cen żywności i surowców, gdyż w przytłaczającej większości handel nimi (odbywający się na giełdach towarowych, takich jak Comex, ICE i CME) jest wirtualny – w przypadku gry na zwyżkę cen żywność, towary i surowce nie są dostarczane do fizycznej sprzedaży, lecz przetrzymywane w portach i magazynach w nadziei na zwyżkę cen. To ma olbrzymie konsekwencje dla społeczeństw, kładąc ich przyszłość w ręku, jak to określił Alain Parguez, międzynarodowej gospodarki rentierów.
Europejskie banki pod naciskiem społecznym wycofują się z niemoralnej spekulacji żywnością, jednak takich sentymentów nie mają mniejsi, nieuregulowani gracze – hedge fundy, czyli drapieżne fundusze inwestycyjne trzymające pieniądze maksymalnie stu osób (multimilionerów i miliarderów). Przykładowo hedge fund Armajaro wykupił w 2010 roku 7 procent światowej podaży kakao, zatrzymując je w magazynie i czekając na wzrost wartości. Właśnie spekulacja była przyczyną olbrzymich wahań cen ropy naftowej w latach 2007–2011. Jest tajemnicą poliszynela, iż ten dział londyńskiej giełdy towarowej jest całkowicie zdominowany przez koncern naftowy British Petroleum (BP) oraz bank inwestycyjny Morgan Stanley.
Oblicza się, iż około 80–90% handlu na giełdzie ICE ma charakter czysto spekulacyjny. Dla zwykłych obywateli gry wielkich finansistów obliczone na wzrost lub spadek towarowych instrumentów pochodnych mogą się przerodzić w wyższe lub niższe ceny energii i surowców oraz żywności, dotykając całych gospodarek i społeczeństw, czego przykładem były protesty przeciw cenom żywności i oleju opałowego w świecie arabskim w 2011 roku.
Kryzys i co dalej?
Światowy kryzys gospodarczo-finansowy spowodowany wypadkami na rynku derywatów w 2008 r. spotęgował niebezpieczne trendy ostatnich dekad. Spore części złego długu instytucji finansowych zostały uspołecznione przez rządy i banki centralne. Jednak wielkie kasyno nie zatrzymało się. Nieustająca potrzeba gonienia za zyskiem i redukowania ryzyka własnej implozji skłaniają spekulantów do ataków na instrumenty dłużne takich krajów jak Grecja czy Hiszpania. Do ataku użyte zostały swapy ryzyka kredytowego (CDS), które sam George Soros nazwał polisą na czyjeś życie połączoną z licencją na zabijanie. W interesie niektórych banków było podniesienie ceny długu państw i sprowadzenie ich na kolana. Po raz pierwszy obywatele starej Europy mieli okazję obserwować w całej okazałości metody Międzynarodowego Funduszu Walutowego, wypróbowane dotychczas w innych, odległych częściach świata. Przecenienie roli długu państwa przerodziło się w obsesję cięć budżetowych, prowadzącą do recesji.
Przełamanie silnie zakorzenionych podstaw neoliberalizmu wymagać będzie wiele wysiłku, ale nie jest niemożliwe. Neoliberalizm oparty jest bowiem na fałszywym postrzeganiu państwa i społeczeństwa oraz błędnej doktrynie ekonomicznej. Lata 2008–2013 stały się okresem niezwykłego eksperymentu, któremu poddano całe narody – niektóre w większym wymiarze niż inne. Chociaż teoria głoszona przez neoliberalnych ekonomistów jest sama w sobie słaba, a doświadczenia Wielkiego Kryzysu stoją z nią w sprzeczności, to dla laika niezorientowanego w historii gospodarczej mitologia wolnorynkowców może brzmieć przekonywająco. Dopiero empiryczne doświadczenie przeprowadzone na żywym organizmie narodów pokazuje wyrwanym ze snu społeczeństwom, jak wielkim kłamstwem i apologią plutokracji podszyta jest współczesna myśl neoliberalna: polityka cięć oszczędnościowych zubaża społeczeństwo, a służy elicie finansjery. Straszący przed wielkim długiem i zalecający zaciskanie pasa ekonomiści są niewiarygodni. Była to bolesna lekcja do odrobienia – ważne, żeby nie poszła na marne.
Absolutnym priorytetem przy wychodzeniu z kryzysu powinien być powrót do regulacji z okresu Nowego Ładu i złotej ery powojennej Europy. Przywrócenie Rooseveltowskich ustaw odcięłoby wielką bańkę wirtualnych zobowiązań od realnej gospodarki, czyniąc je niebyłymi ze względu na brak możliwości otrzymania wsparcia państwa przez finansjerę spekulacyjną. Odrzucone muszą być również aksjomaty szkodliwości jakiegokolwiek długu państwa i nieinterwencji w kursy walutowe czy strukturę gospodarki (poprzez np. subwencje). Należy przywrócić właściwy, prorozwojowy model systemu kredytowego. Kraje znacząco powyżej poziomu bezrobocia z okresu Złotej Ery powinny prowadzić politykę fiskalną stymulującą popyt, opartą na tradycyjnych cywilizacyjnych funkcjach państwa, oraz politykę innowacyjną/strukturalną – zarówno dzięki inwestycjom w naukę, jak też systemom zachęt dla przedsiębiorców. W obszarach uznanych za ważne i uzasadnione z punktu widzenia długotrwałego interesu państw ważne jest również podejmowanie wieloletnich projektów rozwojowych – infrastrukturalnych, opartych na rodzimym przemyśle.
przez Krzysztof Mroczkowski | piątek 5 lipca 2013 | opinie
Czas kryzysu gospodarczego jest zawsze wielkim empirycznym testem hipotez o skuteczności rozmaitych doktryn gospodarczych. Dla badaczy dane ilościowe gromadzone podczas takich „eksperymentów” są bezcenne – pozwalają naświetlić wiele zależności i procesów. A jednak poleganie wyłącznie na empirii w świecie, który zawsze będzie pełen coraz to nowych znaków zapytania, wydaje się mieć coś z kalectwa. Oto właśnie polscy niewierni Tomasze, radykalni empiryści, postanowili sprawdzić na społeczeństwie swoją hipotezę roboczą. Brzmi ona tak: „Kraj staje się bogaty dzięki niskim kosztom pracy”.
Skąd wziął się taki pogląd, trudno dociec. Setki lat historii gospodarczej wielu państw, w tym rozwiniętych, wskazują, że o bogactwie krajów i społeczeństw decyduje w pierwszym rzędzie rodzaj wykonywanej pracy. Innymi słowy: polepszająca się struktura gospodarcza i wartość wytwórcza roboczogodziny. Posiadanie zaawansowanych gałęzi produkcyjnych wpływa pozytywnie na całą gospodarkę, nawet jeśli zatrudniona jest w nich niewielka część obywateli. Te wysokopłatne miejsca pracy ustalają poziom standardu życia i konsumpcji również poza wysokowydajnym sektorem. Przykładowo świadczenie podobnych usług fryzjerskich w Berlinie i Kijowie pozwala na zasadniczo odmienny poziom życia osób zatrudnionych w tej branży. Dlaczego tak się dzieje? Dzięki posiadaniu przez Niemcy zaawansowanej struktury gospodarczej i pozytywnym efektom wysokiego parytetu płac i konsumpcji. To ważna lekcja dla drobnego biznesu – także polskiego.
Polskie organizacje przedsiębiorców skutecznie lobbowały za zmianami w prawie pracy pozwalającymi na elastyczne komenderowanie „zasobami ludzkimi”. Zderzając się z kłopotami koniunkturalnymi, wielu pracodawców winą za słabe wyniki postanowiło obarczyć rzekomo zbyt uprzywilejowaną pozycję pracowników. Warto to podkreślić: te poczynania nie są podyktowane wyłącznie chęcią ustalenia hegemonii zatrudniających nad zatrudnianymi. Wielu przedsiębiorców szczerze wierzy, że takie zmiany pomogą koniunkturze gospodarczej. Są w wielkim błędzie. Udział płac polskich pracowników w wartości dodanej w porównaniu do krajów o podobnej strukturze i poziomie rozwoju jest po prostu niski.
Dalsze obniżenie płac, które będzie niechybnym skutkiem ostatnich zmian w regulacjach czasu pracy, nie pomoże koniunkturze. Przeciwnie – zaszkodzi jej, doprowadzając do utrwalenia i pogłębienia trapiącej nas luki popytowej. Wtedy właśnie w całej ostrości ukaże się wskazany przez Charlesa Kindlebergera błąd kompozycji: dla pojedynczego przedsiębiorcy niższe płace pracowników to niższe koszty, ale w makroskali oznaczają one niższe wydatki konsumpcyjne zatrudnionych. A to szkodzi ogółowi prywatnych firm i nakręca spiralę recesji.
O tym, że recepta na polepszenie bytu rodaków nie leży w antagonizmie pracodawcy – pracownicy, już przekonywałem czytelników. Od niedawna być może wie to również Prezydent RP, który zaprosił prof. Jerzego Hausnera, aby ten publicznie omówił raport na temat konkurencyjności polskiej gospodarki. Kompetentni ekonomiści w jego zespole sprawili, że obok tradycyjnych narzekań na dolę polskich przedsiębiorców bardzo dobrze zdiagnozowana została istota problemu. Jest nią niska wartość dodana polskiej wytwórczości oraz konieczność celowej polityki sektorowej.
Raport wskazuje również, nie do końca słusznie, na niewielki poziom oszczędności jako przyczynę niskich inwestycji. Ten problem, podyktowany nieprawdziwym ekonomicznym równaniem S = I (oszczędności = inwestycje), jest mocno przesadzony. Nawet siedzący obok Hausnera profesor Jerzy Osiatyński zwykł mawiać (cytuję z pamięci): Jak większe oszczędności mogą oznaczać większe inwestycje? Jeżeli ludzie nie konsumują, nie wydają, lecz oszczędzają, to który przedsiębiorca będzie inwestował i rozwijał skalę działalności? To oczywiście uproszczenie, ale naprowadza nas ono na istotny wątek w dyskusjach o przyszłym kształcie ładu bankowego i finansowego.
Wbrew potocznemu mniemaniu pieniądze na kredyty dla kredytobiorców nie pochodzą z depozytów uprzednio złożonych w banku przez oszczędzających. Proces udzielania kredytu związany jest z emisją pieniądza. Pieniądz sam w sobie nie jest zasobem skończonym. Dlatego fiksacja na punkcie oszczędności oraz „skąpego” budżetu jest mocno przesadzona. Mówi się mniej więcej tak: „Jest deficyt, to znaczy nie ma pieniędzy. Gdybyśmy oszczędzali pieniądze [co oznacza zwykle: zabrali je szkołom czy szpitalom], to wtedy moglibyśmy je mieć! Bylibyśmy bogaci”. Tego typu myślenie niestety wciąż podświadomie występuje w potocznym rozumieniu procesów gospodarczych. Ale baza monetarna tworzona jest przez bank centralny na podstawie danych o wzroście PKB, inflacji itd. Do gospodarki pieniądz trafia jednak dopiero za pośrednictwem banków komercyjnych. To banki komercyjne mają największy wpływ na ilość środków w obiegu. Nawet polityka bardzo taniego pieniądza, stosowana przez światowe banki centralne, nie wywołała w czasie kryzysu większej inflacji, gdyż prawdziwym miejscem wpuszczania pieniądza do gospodarki są właśnie prywatne banki depozytowo-kredytowe.
Banki komercyjne nie tworzą jednak pieniądza na zawołanie, jak twierdzą niektórzy radykalni przeciwnicy prywatnej bankowości. W świecie banków depozytowo-kredytowych nie dochodzi do dowolnej kreacji pieniądza w wysokości wielokrotności depozytów – w takim przypadku banki rosłyby wykładniczo. Problem ze wzrostem aktywów (szczególnie derywatów) istnieje, ale jest to problem instytucji typu shadow banking („banków” inwestycyjnych, handlujących i tworzących instrumenty pochodne, hedge fundów itp.). Zdrowy system depozytowo-kredytowy, znany np. z powojennej Europy Zachodniej, nie generuje takich nierównowag. A zatem jak kreowany jest pieniądz? Pieniądz kreowany jest „z powietrza” w momencie zaciągania kredytu. Przywilej banków prywatnych jest znaczący, lecz nie tak nieograniczony, jak się to wydaje. Wielkość emisji kredytu jest bowiem wyznaczana realnymi zdolnościami kredytobiorcy do spłaty.
Oczywiście powyższy opis jest uproszczony, ale oddaje istotę rzeczy – przynajmniej na razie. Coraz częściej ze strony ekonomistów finansowych pojawiają się bowiem odważne propozycje zmiany systemu. Michael Kumhof z Międzynarodowego Funduszu Walutowego sugeruje odchodzenie od kreacji pieniądza przez banki prywatne, co jednak w dzisiejszych warunkach skutkowałoby potencjalnie mniejszą bazą akcji kredytowej. Lord Adair Turner, były brytyjski regulator finansowy, poważnie rozważa możliwość finansowania deficytu budżetowego „darmową” emisją pierwotną z banku centralnego, wskazując, iż w pewnym momencie nawet Milton Friedman postulował takie rozwiązanie. Ponawiane są również postulaty podatku od transakcji finansowych oraz rygorystycznej separacji banków depozytowo-kredytowych od inwestycyjnych. Niektóre propozycje mają więcej, inne mniej uzasadnienia, jednak debata na te tematy jest zaskakująco żywa pomimo torpedowania tematu reform przez wpływowe instytucje finansowe. Przypomina ona, że często istnieje więcej niż jedno dobre rozwiązanie, jeżeli tylko służą one nadrzędnemu celowi długotrwałego rozwoju.
Warto mieć to spostrzeżenie w pamięci, gdy z wyzwaniami kryzysu gospodarczego musi się zmierzyć polska polityka gospodarcza. W krótkim okresie krajowa gospodarka nie jest w stanie samodzielnie przyspieszyć przy obecnej polityce, bazującej na błędnym kole niskiego efektywnego popytu. To przyspieszenie może się dokonać w warunkach dekoniunktury wyłącznie dzięki państwowemu impulsowi wydatkowemu, który jednak staje się trudny z uwagi na presję zadłużenia. Poradzić sobie z tym problemem można na wiele sposobów.
Warto wymienić kilka z nich, które pozwoliłyby zmniejszyć presję na budżet (oferując większe pole manewru dla wydatków) lub dać impuls inwestycyjny bez użytkowania budżetu. Rząd może dokonać zmiany w systemie emerytalnym, przenosząc część pieniędzy z OFE do ZUS, tym samym obniżając księgowy poziom długu. Innym rozwiązaniem jest skup przez NBP na rynku wtórnym obligacji denominowanych w walutach obcych z rezerwy walutowej (w konstytucji zabronione jest bezpośrednie finansowanie budżetu przez bank centralny). Kolejnym rozwiązaniem pozwalającym na pozabudżetowy impuls inwestycyjny mogłoby być powołanie konsorcjów projektowych przez spółki państwowe, samorządy i inne, celem dokonywania wieloletnich projektów rozwojowych. Emisja przez konsorcja wieloletnich niskooprocentowanych obligacji oraz skup obligacji przez NBP lub BGK pozwoliłyby uzyskać pozabudżetowe źródło finansowania. Możliwe są również zmiana ustawy o finansach publicznych z 2009 roku, zniesienie restrykcji nakładanych na wydatki po przekroczeniu progu 55% relacji długu do PKB oraz likwidacja „reguły wydatkowej”. Kolejną opcją jest zwiększenie skali Programu Inwestycje Polskie. Wreszcie – pożądane byłoby także wprowadzenie trzeciej stawki podatkowej (przynajmniej na czas kryzysu).
Powyższe propozycje mają zalety, choć także różne słabości. Należy jednak pamiętać, że daleko ważniejsze od skonstruowania systemu idealnego jest zaradzenie nagłej potrzebie przeciwdziałania wysokiemu bezrobociu. Bez impulsu inwestycyjnego będzie się ono utrzymywać na obecnym poziomie przez długi czas. Warto już dziś rozważać dostępne możliwości, naciskając jednocześnie na zniesienie niepotrzebnych i szkodliwych zmian w prawie pracy. Sytuacja nie jest bez wyjścia, chociaż czas goni. Pora na impuls inwestycyjny.
przez Krzysztof Mroczkowski | poniedziałek 20 maja 2013 | opinie
„Emigruję z Polski do Anglii. Od 12 maja będę zmywała gary i podłogi w Londynie. Opuszczam nasz kraj z poczuciem częściowej klęski i wszystkomijedności” – napisała w przetaczającym się w mediach liście Sandra, choć podobne uczucia ma wielu młodych „niskozatrudnionych”. Niewiele jest rzeczy tak osłabiających ducha jak poczucie bezsilności. Nie jest to wyłącznie polski fenomen. Wiele krajów zmaga się z niszczącymi efektami polityki cięć oszczędnościowych. Polityki, która właśnie została ostatecznie ośmieszona.
Przez ostatnie kilka lat politycy i liderzy opinii w Europie i USA powoływali się na pracę „Growth in a Time of Debt”, opublikowaną przez dwójkę profesorów Harvardu: Kennetha Rogoffa i Carmen Reinhart. Nie sposób wymienić wszystkich oficjeli, od brytyjskiego kanclerza skarbu George’a Osborne’a po kandydata na wiceprezydenta USA Paula Ryana, dla których „Growth in a Time of Debt” stanowiło uzasadnienie dla drakońskich cięć oszczędnościowych, zabijających wzrost i zatrudnienie. Praca Reinhart i Rogoffa miała pokazywać korelację między poziomem długu publicznego a tempem wzrostu gospodarczego. Pomijając dość oczywiste spostrzeżenie, iż to nie wysoki dług powodował niski wzrost, lecz niskie tempo wzrostu powodowało narastanie długu, korelacja ta (wykres poniżej) stała się argumentem mającym poprzez autorytet naukowy znanych profesorów Harvardu wspierać dotkliwe cięcia.
Tempo wzrostu w różnych przedziałach długu do PKB. (za: Reinhart, Rogoff, 2009)

Thomas Herndon, student ekonomii na Uniwersytecie Massachusetts w Amherst, postanowił wziąć to studium na tapetę w ramach przedmiotu, który nakazywał przetworzenie i replikację wyników już dostępnych dowolnych badań. Początkowo profesorowie nie chcieli pozwolić Herndonowi na wybranie tego badania. Nie z powodów politycznych – UMass Amherst to tradycyjnie niepoprawna politycznie („heterodoksyjna”) uczelnia – lecz dlatego, iż praca duetu Reinhart & Rogoff uznana została za banalnie prostą, nie używającą żadnych skomplikowanych metod obliczeniowych. W końcu jednak Herndonowi pozwolono na łatwe zaliczenie, polegające głównie na dodawaniu i dzieleniu sum z arkusza kalkulacyjnego Reinhart i Rogoffa. Gdyby nie odporność liberalnej ekonomii na rzeczywistość, można by wręcz stwierdzić, iż lenistwo studenta na zawsze zmieniło oblicze ekonomii. Bez wątpienia to, co zobaczył Herndon, było przełomem.
Po przeliczaniu danych Reinhart i Rogoffa wyniki otrzymywane przez Herndona, szczególnie dla przedziału powyżej 90 procent długu do PKB, znacząco się różniły. Po jakimś czasie okazało się, iż obliczenia „gwiazd” ekonomii są pełne pomyłek. Pomijając nawet wpisywanie przez nich błędnej formuły w Excelu, okazało się, że dla grupy powyżej 90% profesorski duet pominął 1/4 badanych w innych przedziałach krajów. Również przypisywane im „wagi” były zadziwiające. Jeden rok bardzo wysokiego długu i spadku PKB Nowej Zelandii wpływał na rezultaty tak samo mocno jak kilkanaście lat bardzo wysokiego długu i dobrego wzrostu Wielkiej Brytanii. Po skorygowaniu „pomyłek” Reinhart i Rogoffa wyniki okazały się następujące:
Tempo wzrostu w różnych przedziałach długu do PKB. (za: Herndon na podstawie Reinhart, Rogoff, 2009)

Te szokujące dane pokazują, jak fałszywa była narracja wzywająca do zaciśnięcia zębów społeczeństwa Europy, połączona z ksenofobiczną narracją o „leniach” żyjących na kredyt, dzielącą nie tylko kontynent, ale również poszczególne narody. Dziś już nikt nie pamięta, że zarówno południe Włoch, jak i południe Belgii były znacznie bogatszymi i wydajniejszymi regionami od swych północnych odpowiedników do czasu utraty przemysłu, odpowiednio 120 i 40 lat temu. Byłoby piękną ironią, gdyby gwoździem do trumny tej narracji stał się leniwy Herndon!
Póki co jednak nabierający siły społeczny sprzeciw wobec ekonomicznych eksperymentów na ludziach nie potrafi złamać mocy potężnych rentierów finansowych. Nawet bez ideologicznej podpory ich wpływ na procesy polityczne, choć wyraźnie słabnący w ostatnich miesiącach, wciąż decyduje o kierunkach działań gospodarczych państw. Tradycyjne procesy polityczne nie przynoszą zmian oczekiwanych przez społeczeństwa. Obywatele Europy od lat protestują, lecz często z poczuciem bezsilności popadają w rezygnację. Wyznaczana przez oczekiwania rynków finansowych polityka rządów oraz brak wiary w ugrupowania opozycyjne powodują „wewnętrzną” lub zewnętrzną emigrację niezadowolonych.
Nie wolno jednak zapominać, że istnieje narzędzie nacisku społecznego, które jest w stanie istotnie wpłynąć na rzeczywistość. Jest to oczywiście strajk generalny. Ma on wiele potencjalnych zalet: decyzja jednej tylko „Solidarności” o nieograniczonym czasowo ogólnopolskim strajku może sprawić, iż cały kraj zauważy liczącą się siłę społeczną, reprezentującą niezgodę na stagnację, a wyrażającą opinie nie tylko związkowców, lecz także zatrudnionych na umowach śmieciowych, bezrobotnych i dużej części młodego pokolenia.
Taki ruch ze strony „Solidarności” wiąże się jednak również z negatywnymi konsekwencjami. W obliczu kłopotów Unii Europejskiej duża część społeczeństwa (szczególnie elektoratu partii rządzącej, a jest to kilkadziesiąt procent wyborców) ceni tę względną stabilność, którą cieszy się nasz kraj. Strajk generalny spowodowałby dla wielu obywateli olbrzymie utrudnienia, co w połączeniu z odpowiednim przekazem medialnym spowodowałoby alienację znacznej części społeczeństwa.
Strajk generalny, przynajmniej w takiej formule, jakiej można się spodziewać w obecnych realiach, byłby co najwyżej doświadczeniem tożsamościowym, pozwalającym na „policzenie się” stron, ale jednocześnie wytworzyłby podziały niekoniecznie wedle kryteriów interesów ekonomicznych. Istnieje możliwość zachowująca cień szansy na jakikolwiek trwalszy pozytywny wpływ niż tylko osłabienie rządu, co nie przełożyłoby się na żadną zmianę do października 2015 (jeżeli w ogóle). Jest nim propozycja pragmatycznego paktu społecznego, której wystosowanie, nawet przy odrzuceniu przez rząd, zachowałoby swoje skutki wykraczające poza jesień tego roku.
Jakie powinny być założenia paktu społecznego? Po pierwsze powolny odwrót od polityki cięć. Rządowe cięcia zdołały obniżyć poziomy deficytu do 3,9% oraz długu do ok. 52% PKB w zeszłym roku. Wszystko to oczywiście kosztem potrzebnego popytu, przy nieustających pohukiwaniach ekspertów i – o zgrozo! – aspirującej do władzy partii opozycyjnej o „zadłużaniu Polski”. Wykres Herndona daje pojęcie o potencjalnych „strasznych” skutkach wzrostu długu publicznego o kilka procent, a więc – żarty na bok.
Ograniczanie wydatków jest jedną z przyczyn zgaszonego zapłonu polskiej gospodarki po piłkarskich mistrzostwach Euro 2012. Cięcia deficytu w zeszłym roku oznaczają konieczność zwiększenia deficytu w roku bieżącym, przy niesprzyjającej koniunkturze światowej. Warto przypomnieć, że większe pole manewru w stymulowaniu gospodarki dałyby ministrowi finansów zmiany w restrykcyjnej ustawie o finansach publicznych, narzucające gorset „reguły wydatkowej” oraz ostrożnościowy próg zadłużenia w wysokości 55 procent.
Przy prawdopodobnym braku chęci rządu do bardziej znaczącego zwiększenia zadłużenia jedną z możliwości staje się wprowadzenie trzeciego progu podatkowego, opodatkowującego o pięć procent wyżej każdą kolejną złotówkę z rocznego dochodu osobistego powyżej 300 000 złotych. Warto zaznaczyć oczywiście, że przekonanie o dobroczynnym wpływie wysokich podatków jest równie błędne co ahistoryczne przekonanie, iż wysokie podatki oznaczają niski wzrost i standard życia. Jedynym ważnym wskaźnikiem jest siła nabywcza obywatela po opodatkowaniu, a ta może się zwiększyć przy wprowadzeniu powyższego rozwiązania pod bezwzględnym warunkiem, że każdy dodatkowy miliard będzie przeznaczony nie na zmniejszenie deficytu, lecz na krajowe inwestycje mnożnikowe, pobudzające efektywny popyt i żywotność gospodarki.
Te działania powinny być jedynie wstępem do „mapy drogowej” paktu społecznego, wyznaczającego daty korzystnych rozwiązań kwestii umów śmieciowych na korzyść pracownika – przesuniętych o np. dwa lata, lecz wdrażanych już w nieco innej rzeczywistości ekonomicznej. W zamian za czasowe odroczenie słusznych postulatów rząd zobowiązywałby się do sprawnego przeprowadzenia kilku koniecznych działań, m.in. Programu Rozwoju Przedsiębiorstw Ministerstwa Gospodarki (z którym implicite zgadzał się w swoim expose prof. Gliński) oraz zmian w rozdzielaniu funduszy, np. programu operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, co wsparłoby i przyspieszyło pozytywne zmiany strukturalne polskiej gospodarki. Powinno być to skorelowane z intensywnym rozwojem programu „Inwestycje Polskie” w synergii z nowymi środkami europejskimi od stycznia 2014, a także z niezwykle obiecującym programem modernizacji polskiej armii, będącym szansą dla polskiego przemysłu. Jednocześnie absolutnie kluczowe dla dobrobytu w długim okresie będzie przystosowanie strategiczne, postulowane w ostatnim raporcie Polskiego Lobby Przemysłowego, z takimi narzędziami jak centrum studiów strategicznych, mapa zasobów, wiedzy i technologii oraz długoletnie obligacje inwestycyjne.
Czy jest to propozycja do odrzucenia? Być może, lecz na pewno warto ją wysunąć w postaci konkretnego programu, zamiast liczyć na narastające oburzenie społeczne i niepewną zmianę polityki gospodarczej za 3 lata. Strajk generalny przeprowadzony pod ogólnikowymi postulatami mógłby zostać wykorzystany przez liberałów szermujących hasłami przeciwko rządowi „zadłużającemu Polaków”, skąd już tylko krok do żądania „koniecznych reform”. Przed takim przewrotnym wykorzystaniem frustracji obywateli nie zabezpieczą dobre chęci, tak jak potrzeba zmian nie zawsze idzie w parze z kompetencją programową opozycji. Byłoby wielką szkodą, gdyby „Solidarność”, świadoma swej siły, nie wykorzystała jej na rzecz realistycznej zmiany społecznej, rozmywając się w projektach tożsamościowych. Spokój za zobowiązanie do przyszłych prospołecznych zmian w prawie pracy i odważne wspieranie gospodarki przez państwo – czy można osiągnąć więcej?
przez Krzysztof Mroczkowski | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Niewielu dwudziestowiecznych ekonomistów krytycznych wobec wolnorynkowej ortodoksji cieszyło się tak wielkim poważaniem jak John Kenneth Galbraith (1908–2006). Ten ekonomiczny obrazoburca, jak nazwał go „New York Times” w pożegnaniu, był postacią niezwykłą. Ekonomista, dyplomata, aktywista, społecznik, nowelista, myśliciel – to tylko wybrane jego role, przy czym wszystkie pozostawały ze sobą w harmonii. Galbraith całym życiem pracował na rzecz lepszej przyszłości, której wizję nakreślił we właśnie wznowionej rozprawie „Godne społeczeństwo. Program troski o ludzkość” (książkę wydano pierwotnie w roku 1996, a pierwszy raz polski przekład opublikowano w 1999 r.). Ta wizja, jednocześnie wzniosła i twardo osadzona w realiach, jest warta uważnej analizy.
Urodził się w Kanadzie, lecz dorosłe życie związał ze Stanami Zjednoczonymi – tam studiował, a od roku 1934 nauczał na uniwersytecie Harvarda, z którą to uczelnią związany był do śmierci. Podczas II wojny światowej pracował w administracji Franklina Delano Roosevelta, gdzie był odpowiedzialny za wyznaczanie poziomów cen. Wymiernym wskaźnikiem sukcesu jego pracy był fakt, że już po uwolnieniu cen wzrost inflacji okazał się niewielki. Po wojnie wraz z prezydentową Eleanor Roosevelt zaangażował się w prace stowarzyszenia Americans for Democratic Action, działającego na rzecz sprawiedliwości społeczno-ekonomicznej. W 1961 r. prezydent USA John F. Kennedy mianował go ambasadorem w Indiach, co odzwierciedliło się w obecnej w pracach ekonomicznych Galbraitha krytyce polityki kolonialnej i nawoływaniu do pomocy krajom rozwijającym się.
Był także zdolnym nowelistą, potrafiącym w okraszonych humorem historiach dokonywać celnych spostrzeżeń społeczno-politycznych. W jednym z jego opowiadań Stany Zjednoczone obalają lewicujący południowoamerykański rząd i osadzają na stanowisku prezydenta mieszkańca tego kraju, studiującego w USA. Ku ich zdumieniu okazuje się, iż w trakcie pobytu na amerykańskim kampusie student ów stał się… komunistą. W innym tekście kreśli historię uniwersyteckiego profesora, który po godzinach stara się zdobyć na giełdzie fortunę, aby przeznaczyć ją na kampanię na rzecz sprawiedliwości społecznej. Dochodzi do krachu, który pociąga za sobą wiele ofiar, lecz profesor się na tym bogaci i ku zdumieniu wszystkich zaczyna realizować swój plan.
Był wreszcie Galbraith popularnym myślicielem i edukatorem, łączącym w swych przemyśleniach wiedzę z zakresu historii, ekonomii, stosunków międzynarodowych, filozofii i psychologii. Swój talent wykorzystał m.in. realizując w 1977 r. dla brytyjskiej telewizji BBC wielki serial popularnonaukowy „Czas Niepewności” („Age of Uncertainty”) i odpowiadając w nim na kluczowe pytania o historię i przyszłość.
Białe plamy teorii
Profesor Galbraith był jednak przede wszystkim ekonomistą jednej z najbardziej prestiżowych uczelni świata, a jego przemyślenia do dziś zajmują ważne miejsce w historii tej dyscypliny. W sprawach nauki nie kierował się doktrynerstwem, aczkolwiek najczęściej jest przypisywany do dwóch szkół: instytucjonalnej ekonomii oraz keynesowskiej (tę tradycję kontynuuje równie niepokorny ekonomista – jego syn James K. Galbraith). W latach 30. poznał na uniwersytecie w Cambridge samego Keynesa, którego spostrzeżenia co do wagi wydatków państwa w przypadku słabego popytu zostawiły trwały ślad w myśleniu Galbraitha. Kolejną ważną inspiracją był Thorstein Veblen z jego teorią „klasy próżniaczej” i ostentacyjnej konsumpcji dóbr luksusowych.
W swoich pracach rozprawia się z różnymi dominującymi w opinii publicznej pozornymi mądrościami. Do opisania tego zjawiska użył terminu conventional wisdom, który w mowie potocznej funkcjonuje do dziś. Jednym z mitów, który poddaje krytyce, jest rzekome istnienie klasycznej wolnej konkurencji na rynku. Jak wyjaśnia, w istocie taka modelowa konkurencja istnieje tylko między małymi przedsiębiorstwami. Sposób funkcjonowania wielkich korporacji jest zgoła inny. Po pierwsze wielkość przedsiębiorstw przekłada się na akumulowanie coraz bardziej im sprzyjającej siły politycznej. Po drugie świat potężnych molochów znacznie mniej przypomina reakcję modelowej firmy na zmianę preferencji konsumenta, a bardziej system centralnego planowania, gdzie strategia opracowywana jest na lata naprzód. W przypadku wielkich korporacji to nie maksymalizacja zysków jest celem numer jeden (jak to się dzieje w ramach działalności małych firm walczących o klienta), lecz powiększanie siły politycznej i zwiększanie udziału w rynku. Tego podręcznikowa ekonomia nie przewiduje.
Galbraith był jednym z nielicznych ekonomistów swego czasu, którzy odważyli się poruszać właśnie kwestie siły politycznej wielkich korporacji. Poszedł on jednak dalej: nie tylko wskazał na istniejący w rzeczywistości problem, ale i zaoferował jego rozwiązanie, częściowo bazując na obserwacji naturalnie zachodzących procesów. Według jego koncepcji wpływ wielkiego biznesu musi być równoważony przez uważną politykę regulacyjną państwa, silniejsze związki zawodowe oraz organizacje konsumenckie.
Wizja
„Godne społeczeństwo” (tytuł oryginału należałoby przełożyć na polski raczej jako „Dobre społeczeństwo”) jest pracą, którą niezwykle trudno zaklasyfikować. To esej, który spełnia wymogi pracy naukowej z dziedziny ekonomii, a jednocześnie jest łatwo zrozumiały dla osób bez wiedzy fachowej z tego zakresu. To również praca o ludziach, ich zachowaniach, wartościach i powinnościach. Całość stanowi próbę skonstruowania recepty na godne społeczeństwo. Po przeczytaniu książki, gdzie na zaledwie stu stronach, w jednocześnie lekkim i poważnym stylu, Galbraith porusza wiele tematów: od edukacji, przez nierówności, po wojskowość i pomoc międzynarodową, ze zdumieniem należy stwierdzić, iż jest to próba niezwykle udana.
Autor rozpoczyna rozważania od postawienia pytania: Jakie właściwie powinno być godne społeczeństwo? Odpowiedź na pytanie o słuszne i sprawiedliwe urządzenie spraw społecznych będzie celem tej koncepcyjnej podróży, jednak w pogoni za nim autor nie zatraci się w odrealnionym idealizmie. Dlatego wskazane i opisane zostanie to, co słuszne, a nie to, co doskonałe. Jako weteran życia publicznego i uczestnik procesów politycznych jest on świadom ograniczeń stawianych przez zastane urządzenie świata. Wie, że dążenie do celu stworzenia godnego społeczeństwa musi uwzględniać strukturę instytucjonalną oraz naturę ludzką. Przy zmierzaniu do zrealizowania wielkiego celu, wyznaczanego przez nasz system wartości, nie możemy zapominać o tak przyziemnych faktach jak istnienie silnej motywacji pieniężnej. Istnienie rozbieżnych grup interesów i ich nie zawsze wzniosłe intencje przeszkadzają w realizacji społecznie użytecznego kształtu stosunków ekonomicznych. Oligarchia wpływa na bieg wydarzeń i kierunki myślenia społeczeństwa tak, aby ten kształt był jak najbardziej po jej myśli: W samej naturze uprzywilejowanej grupy leży to, że tworzy ona polityczne uzasadnienie swojego istnienia, a często też doktrynę społeczno-ekonomiczną, która tej grupie najlepiej służy.
Galbraith jest bardzo krytyczny wobec tych uprzywilejowanych, którzy nie czują potrzeby lepszego zorganizowania spraw publicznych. Nie kryje swojej niechęci wobec nich, pozwalając sobie na lekki przytyk: Grupa powiązana z wielkimi pulami pieniędzy jest uważana za wyjątkowo inteligentną, jak żadna inna. Dopiero bezpośrednie doświadczenie kontaktu z ludźmi tak sytuowanymi rozwiewa ten mit.
Mimo to myliłby się ten, kto uważałby autora „Godnego społeczeństwa” za zwolennika radykalnych doktryn. Wręcz przeciwnie – wedle niego upolitycznienie i zideologizowanie spraw społecznych to groźna pomyłka. Uważa, iż powinna nastać era praktycznego osądu, gdyż decyzje należy podejmować na podstawie zalet społecznych i gospodarczych danego rozwiązania. Tak jak błędna była sowiecka koncepcja dostarczania dóbr konsumpcyjnych przez państwo, podobnie błędna jest doktryna maksymalnej prywatyzacji wszystkiego. Państwowa interwencja może być korzystna w niektórych dziedzinach, np. państwowe szkolnictwo rolnicze przyniosło wydatny wzrost produktywności farmerskiej w USA, a japońskie doświadczenia przy wspieraniu badań i innowacji przez państwo pokazują, iż miarą trafności rozwiązania jest jego skuteczność, nie zaś dopasowanie do doktryny. Profesor bardzo mocno akcentuje tę myśl: Nie ma w dzisiejszych czasach błędu większego ani gorliwiej uzasadnianego. We współczesnym systemie gospodarczym i politycznym identyfikacja ideologiczna oznacza ucieczkę od niepożądanej myśli – zastąpienie konkretnej decyzji podejmowanej w określonym przypadku ogólną i banalną formułą.
W dobie gorliwie praktykowanego ideologicznego sekciarstwa Galbraith opowiada się po stronie zdrowego rozsądku. Duszy społecznika i naukowca nie cieszy zaślepienie i „kibolstwo” w sprawach publicznych – jego obowiązkiem jest iść pod prąd i dawać świadectwo praktycznego osądu. W negacji doktrynerstwa Galbraith posuwa się bardzo (zbyt?) daleko, krytykując ideologizację ex post procesów historycznych. Jego zdaniem to nie polityczna wola i przesunięcie politycznego wahadła spowodowały większą rolę państwa, lecz procesy takie jak wydłużenie czasu życia, migracje do miast, globalizacja polityki międzynarodowej itd. Państwo musiało się poszerzać i zapewniać coraz więcej dóbr publicznych ze względu na rozwój interakcji gospodarczych. Nowe role przypadły państwu dopiero jako konsekwencja tego rozwoju. Tym samym doktrynerzy przypisujący zwiększenie roli państwa politycznemu wpływowi jednej ze stron ideologicznego sporu – nie mają racji. Co więcej, jedna ze stron, ta będąca zwolennikiem ograniczania funkcji państwa, zajmuje pozycje nie tyle polityczne, co ahistoryczne – nawet o tym nie wiedząc.
Czy jednak idąc tak daleko, Galbraith nie neguje roli wartości i idei w ludzkim działaniu na rzecz pozytywnej zmiany? W świetle szczytnej intencji, która przebija przez karty „Godnego społeczeństwa”, wydaje się, że bardziej prawidłowe byłoby inne wyjaśnienie. Otóż początkowy cel dobra wspólnego zachwyca ludzi o różnych poglądach. Z biegiem czasu jednak święte przekonanie co do słuszności określonej drogi realizacji tego celu staje się coraz bardziej istotne dla zideologizowanych. W pewnym momencie doktrynerom pozostaje już tylko fetyszyzacja wybranej drogi – czy to mniejszej ingerencji państwa, osobistej odpowiedzialności i niższych podatków, czy też redystrybucji i zwiększenia roli instytucji publicznych. W skrajnym przypadku początkowy cel całkowicie zanika, zaś droga staje się celem.
Dobrobyt fundamentem społeczeństwa
Rola ekonomii w godnym społeczeństwie ma podstawowe znaczenie – twierdzi Galbraith, wykazując, iż koniecznością w takim społeczeństwie jest szybki i trwały rozwój gospodarczy, wzrost produkcji i zatrudnienia. Stagnacja jest wrogiem rozwoju społecznego, zaś ci, którzy za nią optują, podzielają w istocie skrywane preferencje lepiej sytuowanych obywateli. Niedostatek powoduje wzrost patologii i frustracji. Dlatego autor wskazuje, iż najlepszą metodą walki m.in. z narkotykami i przestępczością byłaby walka z główną przyczyną tych zjawisk – ubóstwem.
Autor „Godnego społeczeństwa” nie jest przeciwnikiem materialnych motywacji i zysków, zaznacza jednak, iż wzbogacanie się jednych nie może odbywać się kosztem społeczeństwa, przywołując za przykład oszustów finansowych i skrajnie wysoko zarabiających menedżerów. Bogactwo powinno być, jego zdaniem, stosownie opodatkowane. Ponieważ ubodzy wydają to, co zarobią, napędzając gospodarkę, zaś utrata krańcowych dochodów bogatych przywraca pieniądze gospodarce, Galbraith jest zwolennikiem opodatkowania mocno progresywnego. Takie opodatkowanie nie szkodziłoby, wbrew obawom niektórych, wzrostowi gospodarczemu, czego przykładem były lata szybkiego wzrostu gospodarczego USA po drugiej wojnie światowej, gdy opodatkowanie najlepiej zarabiających było niezwykle wysokie jak na dzisiejsze standardy.
Jak przekonuje autor w rozdziale „Gospodarka godnego społeczeństwa”, ustrój dobrobytu wymaga stałej ekspansji gospodarczej. Tej jednak zagrażają naturalne tendencje cykliczne, powodujące polepszanie i pogarszanie koniunktury. Recepty Galbraitha zasługują na szczególną uwagę w okresach takich jak obecny, gdy gospodarka odnotowuje niski poziom dynamiki wzrostowej. Gospodarka nie może zbliżać się do pełnego wykorzystania mocy produkcyjnych i pełnego zatrudnienia w sytuacji słabnącego popytu. Ten zaś składa się z konsumpcji, inwestycji i wydatków rządowych. Przy słabnięciu popytu mamy do wyboru trzy środki zaradcze.
Pierwszym jest obniżka podatków, która teoretycznie może spowodować wzrost konsumpcji. Autor zauważa jednak, iż w warunkach dekoniunktury i niepewności to rozwiązanie może nie być wystarczającą zachętą do inwestycji i konsumpcji. Obniżka podatków może się przerodzić w zwiększenie poziomu oszczędności bez zwiększenia akcji kredytowej i aktywności gospodarczej. Szczególnie osoby o wysokim poziomie dochodów nie wydają zazwyczaj całości dochodu po odjęciu podatku. Drugie rozwiązanie to cięcie stóp procentowych, preferowane przez ekonomiczny mainstream. Galbraith wspiera to rozwiązanie, jednak wskazuje, że w warunkach dekoniunktury wzrost inwestycji i konsumpcji nie jest pewny. Dopiero trzecie rozwiązanie – wzrost wydatków rządowych – zapewnia, jego zdaniem, zwiększenie popytu. Wiąże się to oczywiście z większym deficytem budżetowym, ten jest jednak konieczny przy działaniach antycyklicznych (prowzrostowych).
Kolejnym spostrzeżeniem Galbraitha, będącym niezwykle „na czasie” także w Polsce roku 2013, jest tendencja do zrzucania winy za pogorszenie sytuacji pracowników na nich samych. Gdy dziś słyszymy o oczekiwaniach względem mobilności i elastyczności pracowników, słowa Galbraitha brzmią szczególnie donośnie: Wołanie o lepsze przygotowanie pracowników jako lekarstwo na spowodowane przez recesję bezrobocie jest ostatnią deską ratunku dla pustej liberalnej głowy.
Równe społeczeństwo, sprawne państwo
Wiele miejsca poświęca autor problemom nierówności i struktury klasowej, a także edukacji, której rolę uważa za kluczową. Oświata jest w godnym społeczeństwie narzędziem, dzięki któremu można osiągnąć wiele celów. Jest niezwykle ważna dla gospodarki, wyposażając absolwentów w kapitał intelektualny potrzebny dla rozwoju w tej dziedzinie. Jednak jej rola na tym się nie kończy. Edukacja wzbudza w ludności, szczególnie tej uboższej, nadzieje i szanse na lepsze życie w przyszłości, rozładowuje frustracje związane z hierarchią społeczną i niskim statusem. Jest szansą dla każdego, lecz szczególnie ważną dla grup upośledzonych. Przeciwdziałanie dyskryminacji społecznej, jaką jest w istocie edukacja gorszej jakości, to jedno z głównych zadań godnego społeczeństwa.
System oświaty pełni także ważną rolę dla funkcjonowania demokracji. Wykształcona ludność to po prostu bardziej kompetentny elektorat, zdolny do rozumnego współkształtowania spraw publicznych. W istocie, konkluduje Galbraith, demokracja to rezultat edukacji i rozwoju gospodarczego – nie mogłaby owocnie istnieć bez któregoś z tych czynników.
Motyw wyrównywania szans jest niezwykle ważny, jednak Galbraith podkreśla, że uważa istnienie materialnych nierówności za nieuchronne i do pewnego stopnia pożyteczne. Ale wielki rozziew między bogatymi a biednymi jest szkodliwy, dlatego państwo powinno interweniować, tworząc „siatkę bezpieczeństwa” dla ubogich – chroniąc ich przed skrajną nędzą, wspierając wyrównywanie szans, dbając o dobra publiczne i angażując się w działania łagodzące żywioł wolnego rynku: Kapitalizm w swej pierwotnej, XVIII- i XIX-wiecznej formie był systemem okrutnym, który nie przetrwałby wywoływanych przez siebie społecznych napięć i rewolucyjnych postaw, gdyby nie tonująca, łagodząca reakcja państwa.
Poza tym państwo w ocenie Galbraitha powinno, zgodnie z historycznym procesem rozwoju i występowaniem nowych zjawisk, regulować gospodarkę i przestrzeń publiczną. Chodzi tu nie tylko o środowisko naturalne, któremu autor poświęca osobny rozdział, ale także o ubezpieczenia zdrowotne, standardy ochrony zdrowia, bezpieczeństwa i higieny pracy czy choćby działalności monopolistycznej prywatnych przedsiębiorstw.
Godne społeczeństwo powinno dbać o przestrzeń publiczną, ale także kierować się imperatywem moralnym w stosunku do krajów słabo rozwiniętych. Bieda jest dla godnego społeczeństwa wyzwaniem moralnym, nawet jeżeli występuje poza granicami kraju.
W swoim zaledwie stustronicowym eseju Galbraith podnosi tak wiele istotnych aspektów życia społeczno-gospodarczego, iż nie sposób ich wszystkich omówić. Książka podzielona jest na osiemnaście kilkustronicowych rozdziałów, z których każdy jest błyskotliwym omówieniem wybranego zagadnienia, nawiązującym jednocześnie do innych. Galbraith w swoim pisaniu łączy wiele cech, które zazwyczaj są niemal nie do pogodzenia, szczególnie dla zawodowego naukowca. Książka jest lekka, niepozbawiona ironii i humoru, a jednocześnie dotyka spraw najważniejszych. Jest „kompaktowa”, a równocześnie omawia projekt budowy godnego społeczeństwa dość szczegółowo i nie pomijając chyba niczego ważnego. Stanowi publikację „stuprocentowo” ekonomiczną, będąc zarazem książką o społeczeństwie. Jest to w końcu tekst głęboki, wymagający zadumy, lecz łatwy w odbiorze. Jak na „Program troski o ludzkość” przystało, autor włożył wiele wysiłku w jasne wyłożenie swojej wizji. Galbraith-dydaktyk był wydatnym wsparciem dla Galbraitha-naukowca.
Nieprzypadkowo ostatni rozdział zatytułowany jest „Kontekst polityczny”. Zmiana w kierunku godnego społeczeństwa nie jest prosta, zaś procesy polityczne nie ułatwiają wyrażenia interesów wszystkich obywateli. Galbraith jednak wierzy w to, co jest słuszne, i apeluje: Niech powstanie koalicja zatroskanych i współczujących oraz tych, którzy obecnie znajdują się poza systemem politycznym, a przed godnym społeczeństwem otworzą się jasne i całkiem realne widoki. Zamożni nadal będą zamożni, dobrze sytuowani – nadal dobrze sytuowani, lecz ubodzy staną się częścią systemu politycznego. Ich potrzeby będą słyszane – podobnie jak inne cele godnego społeczeństwa. Nietuzinkowy myśliciel rzuca więc nam wszystkim wyzwanie wejścia na drogę walki o godne społeczeństwo. Droga ta nie jest usłana różami – tego Galbraith nie obiecuje, jednak swym „praktycznym osądem” kreśli tak plastyczną, niemal dotykalną wizję lepszego świata, iż trudno jej się oprzeć.
John Kenneth Galbraith, Godne społeczeństwo: Program troski o ludzkość, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, Warszawa 2012, przełożył Adam Szeworski.