przez Krzysztof Mroczkowski | poniedziałek 27 stycznia 2014 | Zima 2013
Kryzys finansowo-gospodarczy ostatniej dekady uwidocznił wiele społecznych, ekonomicznych i politycznych aspektów, które wskazują na niewydolność obecnego systemu. Zmniejszenie roli państw w obliczu doktryny liberalizacji i globalizacji, „zwijanie” przemysłu i pogłębiające się rozwarstwienie społeczne degenerują narodowe systemy polityczne, przesuwając wektor od demokracji w stronę plutokracji. Z nostalgią wspominana jest złota era powojennego kapitalizmu. W jej trakcie wypracowano efektywne, choć nieco różniące się modele rozwoju społecznego, które pod względem wskaźników wzrostu gospodarczego, poziomu bezrobocia czy nierówności społecznych wydają się dla nas niedoścignionym wzorem. W przeciwieństwie do arbitralnego neoliberalnego wzorca, zwanego konsensusem waszyngtońskim, ówczesne ścieżki rozwoju wielu państw były kulturowo i funkcjonalnie dopasowane do potrzeb poszczególnych społeczeństw. Jednym z ciekawych przykładów „narodowej drogi do dobrobytu” są Niemcy.
To właśnie z Niemiec pochodzi określenie „społeczna gospodarka rynkowa” (Soziale Marktwirtschaft), oznaczająca regulowany kapitalizm o dużym zakresie wolności gospodarczej, podporządkowany jednak prymatowi dobra wspólnego. Studiowanie przypadku właśnie niemieckiej złotej ery ma z naszej perspektywy szczególną wartość. Po pierwsze dlatego, że to właśnie na Niemcy i architekta tamtejszego sukcesu gospodarczego Ludwiga Erharda powoływano się w naszym kraju okresu transformacji jako na wzór dobrych przemian. Niestety za nominalnym pojęciem „społecznej gospodarki rynkowej”, użytym w Konstytucji RP z 1997 r. na oficjalne określenie ustroju gospodarczego Polski, nie szło zrozumienie tego terminu, poza domyślnym życzeniem „żeby było jak na Zachodzie”.
Drugi powód jest szczególnie doniosły. Model niemiecki ze wszystkich powojennych systemów społeczno-gospodarczych wydaje się najbardziej umiejętnie wykorzystywać dobrodziejstwa wolnej przedsiębiorczości. W dzisiejszej turbokapitalistycznej rzeczywistości jest więc najbliższy wyobrażeniom, jak mógłby wyglądać „kapitalizm po poprawkach”. Wreszcie po trzecie – studiowanie polityk Niemiec (i Francji) złotego wieku i ich neoliberalnej mutacji, która nadal zachowuje w swym genotypie dawne modele instytucjonalne i ideologiczne, pozwoli nam zrozumieć mechanizmy osiągania i utrzymywania przez te kraje wysokiej pozycji w relacjach międzynarodowych. Ich kształt i niemal instynktowne „dbanie o własne interesy”, w istocie będące efektem utrzymania kultury i metatradycji poprzednich modeli gospodarczych, mogą wiele nauczyć także Polskę.
Krajobraz społeczeństw i systemów gospodarczych w roku 2014 jest daleki od tego, który mieliśmy cztery dekady temu. Zatem analiza społecznej gospodarki rynkowej musi być krytycznie poddana testowi wydolności dzisiejszych warunków. Nie wszystkie wyzwania przyszłości można będzie rozwiązać poprzez bardziej prospołeczne regulacje, zmianę polityk fiskalnych czy poskromienie wpływów wielkich grup interesu. Niektóre procesy, np. globalizacja handlu, tak bardzo posunęły współzależności państw i podmiotów, że są w swej istocie nie do cofnięcia, jak wskazuje prof. Grzegorz W. Kołodko. Do tego dochodzą inne tak bardzo doniosłe procesy społeczne, m.in. w sferze demografii i ról społecznych, że badacze polityki społecznej, jak Gøsta Esping-Andersen, wyrażają wątpliwości co do możliwości utrzymania lub powrotu do maksimum zdobyczy społecznych z okresu zwycięskiego pochodu modelu państwa dobrobytu. Tym większym zadaniem wydaje się dziś wydobycie esencji społecznej gospodarki rynkowej i stworzenie teoretycznych podstaw pod budowę przyszłego prorozwojowego, zrównoważonego modelu społecznego i gospodarczego postępu. Punkt wyjścia dla rozważań powinna stanowić refleksja nad tym, czym była niemiecka społeczna gospodarka rynkowa (i jej bliskie odpowiedniki) oraz co stało u podstaw jej atrofii.
Społecznie i kapitalistycznie: niemiecka harmonia interesów
Ludwig Erhard, wieloletni minister gospodarki Republiki Federalnej Niemiec i przez krótki okres kanclerz tego kraju, jest postacią, którą trudno byłoby przypisać do któregokolwiek z obecnych nurtów ideowo-politycznych. Chadek, gorący przeciwnik gospodarki centralnie planowanej, był jednocześnie niezwykle daleki od dogmatycznego uwielbienia dla wolnego rynku. Jego wiara w dobroczynny potencjał modelu kapitalistycznego przysparza mu po dziś dzień wielu zwolenników po stronie radykalnego leseferyzmu, zaś jego pragmatyczna metoda rządzenia i osadzenie gospodarki w kontekście społecznym zdobywają mu uznanie krytyków neoliberalizmu.
Idea społecznej gospodarki rynkowej Ludwiga Erharda pod pewnymi względami przypomina dzisiejsze założenia konsensusu waszyngtońskiego. Inspirowany niemiecką szkołą ordoliberalizmu („uporządkowanego” liberalizmu) Erhard sporo miejsca poświęcił takim kwestiom jak stabilność cen, konieczność łagodnego reżimu fiskalnego czy wyższość wolnego wyboru nad przeregulowaną lub planową gospodarką. Oto co Erhard mówił na temat znaczenia stabilności pieniądza dla gospodarki oraz, co brzmi znajomo, zagranicy: Nie miałem wątpliwości, iż frywolna polityka ekspansji [pieniężnej – przyp. K.M.] nie tylko zagroziłaby stabilności waluty, ale także naszemu bilansowi płatniczemu na długi czas. Stalibyśmy się nieuczciwi na początku drogi, której celem było bycie uczciwym partnerem w globalnym handlu. Ale to tylko jedna strona medalu. Ordoliberalizm łączył bowiem wiarę w silne państwo z przekonaniem o kluczowej roli konkurencji. Jednak społeczna gospodarka rynkowa nie jest prostą aplikacją ordoliberalizmu – jej dodatkowy komponent stanowi bowiem odpowiedzialność społeczna, inspirowana katolicką nauką społeczną.
Początki idei społecznej gospodarki rynkowej są nieoczywiste, krystalizując się dopiero po drugiej wojnie światowej. Już w roku 1913 ekonomista Werner Sombart, przedstawiciel „szkoły historycznej”, używa pojęcia „społeczny kapitalizm”, mając na myśli regulowaną wersję kapitalizmu, z miejscem dla związków zawodowych, z godnymi zarobkami i standardami pracy. Ważną postacią dla Erharda był jego nauczyciel ekonomii, Franz Oppenheimer, autor pojęcia „liberalny socjalizm”, rozumianego jako socjalizm osiągany metodami liberalnymi (kapitalistycznymi). Wreszcie, chociaż nie tożsamy, wykształcony po wojnie nurt ordoliberalny ma wiele wspólnego ze społeczną gospodarką rynkową. Jako manifest idei ordoliberalizmu można traktować poniższy fragment z pierwszego numeru pisma „Ordo”: Wszystko, czego pragniemy, to stworzenie ekonomicznego i społecznego porządku, który w równym stopniu gwarantuje aktywność gospodarczą i godne warunki życia. Nawołujemy do konkurencji, ponieważ może być użyta do osiągnięcia tego celu – w istocie cel nie może być osiągnięty bez niej. Jest to środek, a nie cel sam w sobie.
Tworząca się niemiecka społeczna gospodarka rynkowa kładła jednak nieco większy nacisk na kwestie społeczne, niż wskazywałaby na to teoria „regulowanego” liberalizmu nurtu ordo. Niemiecki ekonomista Alfred Müller-Armack przedstawił bodaj najdokładniejszy opis społecznej gospodarki rynkowej. Wierzył, iż system oparty na konkurencji tworzy bogactwo znacznie lepiej niż systemy niekapitalistyczne. Inaczej wprawdzie rozkładał akcenty, będąc przekonanym, że rezultaty procesu gospodarowania wymagają co do zasady korekt czy też „kompensacji”. Erhard podkreślał: Polityki gospodarcze i społeczne łączą siły. W połowie XX wieku zamożność gospodarki jest ściśle związana z losami kraju, a odwrotnie, każdy kraj lub rząd natychmiast odczuwa brak polityki gospodarczej.
Ludwig Erhard rozpoczął swoje działania od uwolnienia cen w 1948 r. Jednocześnie, bojąc się inflacji, sprzeciwiał się nadmiernej akcji monetarnej. Represjonowany dotychczas popyt wkrótce, szczególnie od nadejścia koniunktury związanej z wojną koreańską, zaczął korzystać ze stabilnych ekonomicznych podstaw rozwoju. Nie były one jednak dogmatycznie wolnorynkowe. Wielka część tego sukcesu jest w istocie sukcesem instytucjonalnym, opartym na miękkim przywództwie. Regulacje i prawa zabraniające nagłych podwyżek cen są tego najlepszym przykładem. Jak podkreślał Erhard, niezwykle istotne było znalezienie społecznego kompromisu, gdzie dobro wspólne nie ustępowało egoistycznym przesłankom. Zgodnie z tym myśleniem nie tylko zachęcano związki zawodowe do umiaru w wysuwaniu żądań płacowych, lecz równie twardo wywierano presję na pracodawców, wskazując, że podwyżki cen w celu uzyskania nadzwyczajnych zysków przez przedsiębiorców, będą traktowane jako czyn aspołeczny. Prawo przeciwko zawyżaniu cen z 7 października 1948 r. było bezpośrednim aktem interwencji. Państwo musi chronić żywotny długofalowy interes obywateli przed sprzecznymi krótkowzrocznymi żądaniami indywidualnych grup interesu czy jednostek. Dlatego właśnie społeczna gospodarka rynkowa jest, jak podkreśla np. János Kornai, systemem kapitalistycznym, ale jednocześnie zawiera wiele elementów łagodzących. System układów zbiorowych i współodpowiedzialność przedstawicieli rad pracowniczych za zarządzanie niemieckimi przedsiębiorstwami są tego najlepszym przykładem. Tak zorganizowane stosunki przemysłowe pozwalały połączyć interes społeczny z koniecznością ekonomicznego rozwoju, walnie się do niego przyczyniając nie tylko dzięki koordynowanemu z potrzebami przedsiębiorstwa wzrostowi płac, lecz również za pomocą aktywnego wpływu pracowników na procesy racjonalizacji i wzrostu efektywności produkcji. To jeden z powodów, dla którego niemiecka gospodarka w swym złotym okresie była zdolna do szybkiego podnoszenia produktywności i skutecznego konkurowania na rynkach międzynarodowych.
Społeczny model interwencji gospodarczej
Erhard podkreślał, jak bardzo, szczególnie w pierwszych latach odbudowy, gospodarka potrzebowała opiekuńczej roli rządu: Oferowaliśmy stale nowe impulsy dla inwestycji, zaś dodatkowy wysiłek był nagrodzony, gdyż płatności za nadgodziny pozostały wolne od podatku. Radość ze swobodnej pracy, niedawno przywrócona, teraz dawała o wiele lepsze płace, które w końcu odzyskały siłę nabywczą, a człowiek był w stanie żyć godnie. Efekty tych zmian są wyraźnie widoczne w statystykach godzin przepracowanych w tygodniu przez robotników przemysłowych. Ponownie odkryta radość z pracy doprowadziła do dłuższego średniego czasu pracy, który to trend dopiero niedawno nieco zmalał. Wydajność przemysłowa, która wzrosła o ponad 60% od 1949 r., obecnie umożliwia skrócenie czasu pracy.
Niemcy również dopuszczały oraz z powodzeniem stosowały bardziej bezpośrednie formy interwencji. Rozpędzający się potencjał przemysłowy potrzebował w krótkim okresie wiele surowców potrzebnych do produkcji dóbr przetworzonych. To spowodowało, że pod koniec lat 40. Niemcy nabawiły się sporego deficytu handlowego. Erhard wiedział, że jest to sytuacja przejściowa i już wkrótce dobre niemieckie produkty będą zyskiwać pozycję w światowym handlu. Nie pozostawił jednak problemu niewidzialnej ręce rynku: W tej sytuacji Minister Gospodarki [pisał o sobie Erhard – przyp. K.M.] nie mógł po prostu stać bezczynnie. Jego diagnozą sytuacji było: wewnętrzna gospodarka jest hamowana, istniejące obiekty produkcyjne nie są w pełni wykorzystywane. Ale wskaźnik produkcji przemysłowej wzrósł z 75,2 w grudniu 1948 r. do 96,1 w grudniu 1949 (1936 = 100). W związku z bezrobociem wydawało się możliwe, że wewnętrzna sytuacja gospodarcza może korzystać z obfitej polityki kredytowej, wspomaganej przez inne środki ekspansji.
Oprócz pomocy kredytowej przedsiębiorstwom wytwórczym ważnym elementem, powiedzielibyśmy, „keynesowskiej” stymulacji w wykonaniu Erharda był program państwowych inwestycji. Tani kredyt i polityka państwa działały w tandemie: Presja masowego bezrobocia wymusiła dalsze wzmocnienie ekspansywnej polityki gospodarczej w okresie zimowym. Została udzielona pomoc finansowa dla stworzenia programów robót publicznych, a także dla robót budowlanych. W ramach tej specjalnej akcji udostępniono 3,4 mld marek. Kredyty krótkoterminowe, które na koniec 1948 r. wyniosły 4,7 mld, wzrosły w 1949 r. o dalsze 5,1 mld, w pierwszym półroczu 1950 ponownie wzrosły o 2,3 mld. Objętość średnio- i długoterminowych kredytów od banków, w tym Banku Odbudowy, osiągnęła sumę 2,6 mld, w pierwszym półroczu 1950 r. wzrosła o kolejne 2 mld.
Polityka kredytowa i inwestycyjna jest jednym z najważniejszych instrumentów polityki gospodarczej, jeżeli tylko państwo zdecyduje się na aktywne wsparcie gospodarki. Niemcy, poprzez swój bank Kreditanstaltfür Wiederaufbau, taką politykę prowadziły, ale jeszcze wyraźniej widać tę rolę w przypadku złotej ery Francji. Jak wskazuje Ben Clift, francuski model aktywnej polityki gospodarczej uznawał rolę państwa jako strażnika dostępu do strategicznego kapitału. Jak dalej wyjaśnia Clift: Klasyczny model francuski dirigiste zawierał w swej istocie instytucjonalny przydział kredytu państwa francuskiego i różnych parapublicznych instytucji finansowych. Pozwoliło to francuskim organom kierować procesem dostarczania strumieni kapitału i zasobów gospodarczych wzdłuż wybranej ścieżki rozwoju gospodarczego kraju.
W obu przypadkach, niemieckim i francuskim, państwo zachowywało wpływ na wynik procesów gospodarczych, wskazując, że zysk nie jest jedyną podstawą działalności przedsiębiorstw. Podczas gdy model niemiecki bazował na regułach konstytucyjnych, model francuski oparty był przede wszystkim na nieformalnym rozumieniu roli państwa, wykluczającym klasyczne liberalne postulaty całkowitej równości w gospodarce. Dlatego też nie przejmując się rynkowymi dogmatami, francuskie elity nawet dziś mają mniej skrupułów wobec podejmowania stronniczych decyzji wpływających na gospodarkę, struktury instytucji rynkowych i procesy na warunkach korzystnych dla francuskich graczy na rynkach międzynarodowych.
Efektem niemieckiej i francuskiej polityki gospodarczej był bezprecedensowy długotrwały wzrost gospodarczy tych państw oraz wciąż malejące nierówności społeczne. Ponad pięcioprocentowe tempo wzrostu przy stopie bezrobocia często mniejszej niż jeden procent! Gdy w październiku 1966 roku Ludwig Erhard zrezygnował z kierowania niemiecką nawą państwową, jednym z powodów jego decyzji było nadzwyczajnie wysokie bezrobocie, niespotykane w tamtej dekadzie. Sięgało ono niemal… trzech procent.
Zarówno we Francji, jak i w Niemczech osiągnięcia złotej ery są już w dużej mierze przeszłością, jednak pewne szczególne rysy kapitalizmu ze społeczną twarzą zostały zachowane.
W opałach
Trudno jednoznacznie wskazać początek odwrotu od społecznej gospodarki rynkowej. Warto jednak poruszyć kilka aspektów, które mogą być pożyteczne przy analizie warunków przyszłych prospołecznych przekształceń na świecie, w tym również w naszym kraju.
Po pierwsze – badając proces przekształceń państw o prospołecznych i zrównoważonych systemach gospodarczych, warto odróżnić okoliczności tych zmian. Z jednej strony są te endogeniczne, będące niemal nieuchronnym skutkiem określonego globalnego porządku gospodarczego, determinowanego przez stadium rozwoju światowych gospodarek i społeczeństw. Z drugiej z kolei mowa o czynnikach „nie-nieuchronnych”, będących wynikiem decyzji i świadomego wpływania przez różne podmioty na kształt instytucjonalny stosunków społecznych i międzynarodowych. Pytanie więc brzmi: co stać się musiało, a co natomiast było wynikiem presji zwolenników zmiany modelu państwa?
Po drugie – na bazie powyższych rozróżnień przydatne jest zadanie pytania o właściwe, użyteczne modele dostosowania państw do realiów globalnego porządku neoliberalnego, a zatem „dobrych praktyk” państw dbających w dzisiejszej dobie o interes społeczny. Te dwie perspektywy mogą przyczynić się do odpowiedniego ujęcia esencji „kapitalizmu przyjaznego społecznie”, w którym np. nie zawsze muszą się zawierać wszystkie postulaty państwa socjalnego. To zaś może dać pewne wskazówki co do pożądanego modelu społecznej gospodarki rynkowej w XXI wieku.
Postępujący zanik idei wspólnotowej w kształtowaniu polityk państw przypisywany jest wielu procesom. Najczęściej w roli winowajcy występuje tzw. konsensus waszyngtoński, idea będąca w dużej mierze spełnieniem postulatów wielkiego biznesu w zakresie polityki gospodarczej państw. Konsensus waszyngtoński skłania kraje do jak największej liberalizacji oraz deregulacji rynku i przepisów, a także do jak najmniejszego zakresu oddziaływania państwa i jak najdalej posuniętej globalizacji handlu. Ideologiczne podstawy tego neoliberalnego porządku uznawały za szkodliwą obecność państwa, poza jego rolą jako gwaranta umów (enforcing contracts). W praktyce nawet ta liberalna idea cierpi na nierespektowanie przez wielki biznes wobec coraz bardziej zaburzonej równowagi sił nacisku, gdzie zorientowane na zysk i dysponujące ogromnymi środkami megaprzedsiębiorstwa stają się hegemonem w relacjach nie tylko z pracownikami czy organizacjami konsumenckimi, lecz także z organami państwa. W tych warunkach nawet rola regulacyjna, w tym nakładanie kar za łamanie przepisów, może powoli obumierać.
Krytycy neoliberalizmu słusznie wskazują, że jedną z jego ofiar stał się przemysł, którego kosztem zaczął rosnąć rynek usług finansowych. Ten stan rzeczy z pewnością wpłynął na bardziej plutokratyczne, nierówne rozmieszczenie dochodów z pracy, jak też i na spowolnienie wzrostu dochodu globalnego. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na ten ostatni aspekt. Dość jednoznacznie sugeruje on, że system neoliberalny jest nieoptymalny z punktu widzenia długotrwałego rozwoju gospodarczego, maskując księgowymi operacjami zatrzymanie postępu cywilizacyjnego, którego jednym ze wskaźników jest poziom produkcji przemysłowej.
Czy neoliberalizm był nieuchronny? Z całą pewnością nie. Kolejne kamienie milowe na drodze do neoliberalnego porządku zazwyczaj nie były jednoznacznie zdeterminowane koniecznością historyczną, lecz stanowiły efekt decyzji określonych podmiotów. Tak właśnie stało się z liberalizacją rynku usług finansowych czy też ze zgodą państw podczas międzynarodowych rund rokowań GATT na stopniowe obniżanie taryf celnych, skutkujące coraz pełniejszą globalizacją.
Nawet powyższy przykład ma jednak także drugą stronę medalu. Mimo iż tak dalece posunięta globalizacja nie była historycznie zdeterminowana, to kierunek zmian był również katalizowany przez procesy wypływające z natury systemu. Chociaż tak rozwinięta globalizacja handlu – z prawie nieistotnymi barierami protekcyjnymi i hegemonią biznesu nad poszczególnymi państwami, zredukowanymi do roli kandydatów na miejsce robienia intratnych interesów przez wielki biznes – nie była konieczna, to część aspektów systemu jednoznacznie sugerowała coraz większą tendencję do globalizowania się gospodarek niezależnie od interwencji stronniczych aktorów przyspieszających lub spowalniających ten proces. Światowy poziom rozwoju od lat 60. ubiegłego wieku, a więc u progu kolejnych rund rokowań obniżających poziom ceł, wykazywał się tendencjami naturalnie globalizującymi. Rosnąca produktywność i efekty skali w połączeniu z coraz sprawniejszą logistyką i systemami transportu skutkowały organiczną skłonnością przedsiębiorstw do wzrostu i szukania zysków także poza granicami macierzystego kraju. Poprawa sprawności organizacji procesów sprawiała, że międzynarodowy handel, napędzany korzyściami z różnic w produktach i cenach, był naturalnie skłonny do wzrostu.
Doskonale widać te zmiany na przykładzie rewolucji teleinformatycznej, której efekt – znaczące obniżenie kosztów komunikacji – całkowicie odmienił podejście do prowadzenia biznesu, wprowadzając outsourcing usług do miejsc odległych o tysiące kilometrów czy też umożliwiając koordynowanie działalności na różnych kontynentach w czasie rzeczywistym. Na skutek rewolucji w komunikacji i technologii do pewnego stopnia musiały zmienić się krajowe struktury zatrudnienia, a z pewnością zmieniły się kalkulacje kosztowe rosnących w siłę i umiędzynarodawiających się korporacji. Temu wszystkiemu towarzyszyła oczywiście wielka liczba procesów dodatkowych. Przykładowo rewolucja w komunikacji i środkach masowego przekazu wpływała na rynek reklamy i PR, umiędzynaradawiając marki, pozwalając na kształtowanie nowych potrzeb konsumenckich i nowych rynków, zwiększając zyski i jeszcze bardziej pozwalając na rozrost biznesu.
Dlatego nie przyzwalając na absolutyzowanie globalizacji, nie sposób nie zgodzić się z dwoma spostrzeżeniami. Po pierwsze – procesy okołoglobalizacyjne oraz do pewnego stopnia sama globalizacja niosą ze sobą szanse na poprawę jakości życia ludzi. Jest to możliwe dzięki okazjom efektywnościowym tworzonym przez globalizację. Choć dzisiejszy podział korzyści z globalizacji premiuje korporacje, to niewykluczona jest możliwość podziału bardziej społecznie użytecznego, tak przez swą premię za wydajność i potencjał zwiększenia globalnego bogactwa, jak i miękkie zarządzanie państw, eliminujące co bardziej pasożytnicze wersje globalizacji. Po drugie wreszcie – niezależnie od naukowej oceny korzyści i strat oraz potencjału społecznego globalizacji jest ona w dużej mierze faktem dokonanym. Liczba globalnych powiązań i zależności jest tak wielka, iż powrót do modeli gospodarek stricte narodowych jest niemożliwy. Oczywiście tendencje protekcjonistyczne nadal będą występowały, a nawet mogą się nasilać, jednak ten protekcjonizm może się objawiać głównie poprzez „miękkie” rozwiązania (np. prawo własności intelektualnej) i nie zagrozi umiędzynarodowieniu gospodarek. Pozostaje pytanie o znaczenie i ewolucję instytucjonalną oraz oddziaływanie na ład międzynarodowy państw, które zachowały większy wpływ na sektor prywatny. Czy np. państwowo sterowane Chiny będą wymuszać ład mniej kontrolowany przez korporacje? Tego nie sposób przewidzieć, ale wiadomo, że globalizacja jest i z nami pozostanie.
Globalizacja to tylko jeden z endogenicznych czynników wpływających na żywy, społeczny proces gospodarczy i zmieniający postawy jego aktorów oraz jego kontekst. Wielu badaczy twierdzi, że wielki wpływ na zwijanie społecznych funkcji państwa mają kwestie np. zmian postaw życiowych. Stephan Leibfried i Herbert Obinger wskazują, że od lat 70. wielkich obciążeń dla Niemiec było więcej niż tylko globalizacja. Procesy demograficzne, wyróżniając szczególnie postępujące starzenie się społeczeństwa, a także zmiany w strukturze zatrudnienia, spowodowały wiele napięć w niemieckim systemie świadczeń społecznych, który od lat 80. zaczął być powoli ograniczany. Czy to oznaczało koniec społecznej gospodarki rynkowej? Liebfried i Obinger twierdzą, że niemiecki cud gospodarczy dał podstawy do ciągłego wzrostu państwa dobrobytu. Do początku lat 70. Niemcy przeznaczały na wydatki społeczne najwięcej spośród ogółu krajów Zachodu. Jak podkreślają, państwo dobrobytu było postrzegane jako integralna część społecznej gospodarki rynkowej.
Pojawiają się również głosy, jakoby „czysta” społeczna gospodarka rynkowa skończyła się wraz ze wzmocnieniem państwa socjalnego i keynesizmu przez koalicję socjal-liberalną w drugiej połowie lat 60. Starzejące się społeczeństwo, jak wskazują Liebfried i Obinger, jako elektorat w swoim interesie oddziałuje na przesunięcia budżetu federalnego na pozycje bardziej wpływające na przyszłe pokolenia, takie jak edukacja czy badania i rozwój. Ta ostatnia pozycja zresztą i tak poddana była presji neoliberalizmu, wymuszającego wycofanie aktywności państwa. Napór żądań społecznych dodatkowo zaważył na podcięciu tych fundamentów produktywności. Ten proces w różnym natężeniu jest obserwowany w wielu państwach transatlantyckich, począwszy od spadku wydatków badawczo-rozwojowych pod koniec lat 60., przez presję kryzysu naftowego, po niepokoje związane z mniej stabilnym zatrudnieniem czy dość fałszywy miks rozwiązań (lata 80.) większej liberalizacji i zarazem osładzania zmiany systemu hojnymi wydatkami socjalnymi. Symptomatyczne jest, że decyzje prywatyzacyjne we Francji w połowie lat 80. wśród głównych celów miały finansowanie wydatków socjalnych z tych przychodów.
W samych Niemczech dodatkowym obciążeniem były wydatki związane ze zjednoczeniem RFN i NRD. Ponadto struktury siatki bezpieczeństwa socjalnego, będące połączone z tradycyjnymi formami zatrudnienia oraz promujące rodziny, stały się słabo przystosowane do nowej rzeczywistości, m.in. wzrostu liczby rozwodów, rosnącej imigracji i nowych form zatrudnienia. Wydatki państwa dobrobytu zostały nieco przesunięte z edukacji i służb rodzinnych w stronę konsumpcji. W połączeniu z neoliberalnymi kleszczami wolniejszego wzrostu i ideologii dyscypliny budżetowej Niemcy pod rządami Schrödera ograniczyły hojność systemu, jednocześnie starając się zyskać konkurencyjność płacową. Neoliberalne reformy systemu zasiłków dla bezrobotnych i „uelastycznienie” warunków zatrudnienia są oznaką odwrotu od społecznej gospodarki rynkowej. Jaki jest ich efekt? Niemcy jako kraj korzystają ze strukturalnego uprzywilejowania, osiągając duże nadwyżki w eksporcie. Jednocześnie jednak, chociaż mówi się, że w Europie „wygrane” są Niemcy, to od 20 lat poziom życia przeciętnego Niemca pozostaje w stagnacji.
Jakie są w takim razie dobre wzory postępowania w obliczu neoliberalnej transformacji? To, co jest widoczne zarówno w przypadku francuskim, jak i niemieckim, to olbrzymie znaczenie dobrze zorganizowanej elity przemysłowej i państwowych tradycji aparatu administracyjnego. Już w XXI wieku państwa niemieckie i francuskie nie wahały się użyć instrumentów pomocy dla ratowania swojego przemysłu, także w tak bezpośredni sposób jak poprzez skup samochodów używanych i dopłaty do zakupu nowych. Do legendy przejdzie również telefon Angeli Merkel do prezesa Deutsche Banku, nakazujący prywatnemu bankowi ratowanie prywatnego producenta aut – firmy Porsche. Porządek neoliberalny nie zerwał bowiem całkowicie ciągłości tradycji zarządzania państwem. Co więcej, już na starcie neoliberalnej gry dobrze kierowane instytucjonalnie państwa miały wielką przewagę nad krajami doktrynalnie trzymającymi się neoliberalnych zasad, takimi jak Polska. Jak wskazuje Ben Clift, we Francji era post-dirigisme uwidacznia potężne historyczne i ideowe dziedzictwo dirigisme (epoki kierowania) oraz trwały ciężar oczekiwań – ze strony francuskiego społeczeństwa oraz elit – wobec wyrazistego francuskiego interwencjonizmu państwowego. Francuskie zdolności państwa są nieco zmniejszone w jego nowej sytuacji i nie cieszy się ono już dawnym wpływem. Oznacza to, że jego chęć oddziaływania przekracza zasięg jego wpływu, ale mimo tego państwo utrzymuje ambicję ciągłego kształtowania francuskiego kapitalizmu.
Dziedzictwo dirigisme ukształtowało strukturę odporną na zagrożenia zewnętrzne. Na przykład w ramach francuskiego sektora bankowego historyczne ulgi podatkowe (wolne od podatku rachunki oszczędnościowe, które tylko wybrane instytucje mogą zaoferować) sprzyjały towarzystwom ubezpieczeń wzajemnych, oferując znaczną krajową „ochronę” francuskiego sektora bankowego. Gdy wielkie banki i towarzystwa ubezpieczeniowe kupiły mniejszych graczy, odniosły wówczas korzyści z tych chronionych rynków. To pomaga wyjaśnić bardzo wysoki stopień koncentracji kapitału, który utrudnia wykupienie bankowości francuskiej przez obcych. Dlatego właśnie kilka głównych banków francuskich kontroluje aż 90 procent tamtejszej bankowości.
Społeczna gospodarka rynkowa dziś?
Społeczna gospodarka rynkowa jeżeli będzie w przyszłości możliwa, musi być wymyślona na nowo. Michael Jacobs zwraca uwagę, że jej racja bytu i uzasadnienie muszą zostać w dzisiejszych czasach sformowane od nowa, gdyż w XXI wieku to nie socjalizm, a nieograniczony leseferyzm powinien się tłumaczyć ze swoich błędów. Zamiast więc wychodzić od kluczowej roli kapitalistycznej przedsiębiorczości i nakładać kilka poprawek co do roli dóbr publicznych (jak to było w dawnej społecznej gospodarce rynkowej) – proponuje on nową aksjologię, z równorzędnymi podsystemami, gdyż rozmaite instytucje działają w różnych strukturach wartości i motywacji, a w konsekwencji alokują zasoby w szczególne sposoby i generują różnego rodzaju efekty. Motyw zysku zawarty w prywatnych przedsiębiorstwach jest siłą napędową w gospodarce rynkowej: rodzi w ogóle konkurencję, efektywność i innowacyjność. Ale nie kieruje żadnym z pozostałych czterech systemów produkcji. Jacobs przywołuje jako jeden z nich środowisko naturalne, poddane prawom termodynamiki. Dalej zauważa: Gospodarka rodziny działa na podstawie motywacji miłości i obowiązku, które tworzą silne motywacje opieki i wzajemności. Gospodarki wspólnotowe działają w motywacjach przynależności, altruizmu, wzajemności i często statusu, opartych na idei wspólnego dobrobytu oraz lokalnych lub innych form zbiorowej tożsamości. Publiczna gospodarka ma jeszcze inne systemy motywacji i produkcji: pojęcie interesu publicznego, który chce wzbogacić zbiorowość i pogodzić interesy prywatne ze spełnieniem zbiorowych potrzeb i aspiracji społeczeństwa jako całości; etyki sprawiedliwości społecznej, która ma na celu sprawiedliwą dystrybucję towarów między równymi obywatelami; ideał profesjonalizmu, w którym osoby zaangażowane w służbie publicznej różnego rodzaju starają się przestrzegać norm instytucjonalnych, uosabiających umiejętności, bezstronność i mądry osąd. Takie podejście Jacobs uważa za kluczowe, ponieważ wartość jest generowana nie tylko w gospodarce rynkowej, ale także w czterech innych systemach produkcji.
Nowy system nie może zatem za cenę jednego tylko wyznacznika – efektywności prywatnych przedsiębiorstw w wypracowywaniu zysku – zaniedbywać wszystkich innych aspektów. Ostatnie dekady pochodu neoliberalizmu zaowocowały dalszą degradacją środowiska, atomizacją społeczeństwa, atrofią poczucia sprawiedliwości i wiary w państwo. Na końcu pasożytniczy podsystem wpadł w kłopoty poprzez globalny kryzys finansowy, podcinając społeczne fundamenty potrzebne do wyjścia z kryzysu, jak chociażby siłę nabywczą (coraz słabsza w zubożałych społeczeństwach).
Z neoliberalizmem nie trzeba się układać, ale nie wolno ignorować już zaistniałych procesów, np. globalizacji. To zaś wymagać będzie od państw pragmatycznej współpracy w ustalaniu nowych, bardziej prospołecznych zasad i standardów wymiany handlowej, ochrony środowiska, bezpieczeństwa i higieny pracy oraz innych. Kraje lepiej zarządzane niż Polska zawdzięczają swoją pozycję nie posłuszeństwu jednej czy drugiej ideologii, lecz pozostałościom państwowej etyki dbania o wspólne sprawy. Wyzwania przyszłości wydają się być ogromne, lecz w porównaniu ze zrujnowanym krajobrazem 1945 r. mamy naprawdę duże szanse, aby przeskoczyć sukces budowniczych złotej ery kapitalizmu.
przez Krzysztof Mroczkowski | poniedziałek 6 stycznia 2014 | opinie
Za dziesięć lat o tej porze: Polska jest nudnym i bogatym krajem europejskim. Strumień zdobytych po europrośbie funduszy strukturalnych nieodwracalnie odnowił oblicze tej ziemi. Polacy cieszą się z wysokich zarobków, ze śmiechem wspominając czasy, kiedy potoczne pojęcie „Zachodu” nie obejmowało kraju między Bugiem a Odrą. Nie patrzą w przeszłość, ciesząc się z sukcesu naszej wspólnej, europejskiej ojczyzny, która dzięki coraz ściślejszej integracji rozwiązała wszystkie swoje problemy. Są młodzi (przynajmniej duchem), pozbawieni kompleksów i pełnymi garściami czerpią z normalności, nienormalnej przecież w naszej części kontynentu. Nieroszczeniowi, dynamiczni, szczęśliwi, z torbami wypchanymi zakupami pełnymi delikatesów. I luźnym zdążają tramwajem, wytworną konfekcją okryci…
Zarysowana wizja jest oczywiście mrzonką. Chociaż ogólny efekt zastrzyku funduszy unijnych jest pozytywny, to naiwne jest liczenie, że zapewnią nam one skok cywilizacyjny. Spore ilości już wchłoniętych przez Polskę euro nie spowodowały trwałego spadku poziomu bezrobocia czy jakościowych zmian na rynkach produkcji bądź usług. Nadal jesteśmy w dużej mierze tanimi podwykonawcami dla zachodnich koncernów, a rodzima myśl naukowa i zdecydowany wzrost kwalifikacji obywateli to nasiona, które padają na wyjątkowo nieurodzajny grunt zapóźnionej polskiej gospodarki.
Dobroczynny wpływ Brukseli i żółwio powolne nadganianie przez Polskę szybko obniżających się zachodnich standardów życia nie powinny nas uśpić. Rozwiejmy wątpliwości: fundusze europejskie nie są wystarczającą dźwignią do trwałych, strukturalnych zmian w tym kraju. Może się okazać, że za dziesięć lat o tej porze – gdy ostatnie firmy będą zamykały swoje niegdyś intratne fabryki w specjalnych strefach ekonomicznych, uszczęśliwiając równie wysoko wykwalifikowanych, lecz wiele tańszych Ukraińców – Polska wcale nie będzie bogata. Co więcej, wcale nie musi też być krajem nudnym. Spiętrzenie problemów pokolenia czterdziestolatków z wyżu demograficznego oraz frustracja wywołana utrwaleniem przez system edukacji antymerytokratycznych, klasowych reguł dziedziczenia statusu społecznego mogą zaowocować kryzysem, którym nie będą potrafiły zarządzić nawet najtęższe głowy.
Sposób przejścia przez trudną cezurę roku 2020 może mieć trwały wpływ na pomyślność naszego kraju. Przy radykalnie zmniejszonym strumieniu środków europejskich oraz nieuchronnym porzucaniu Polski przez kapitał zagraniczny na rzecz państw o tańszej sile roboczej, znajdziemy się w strefie zagrożenia dryfem cywilizacyjnym. Czy tego chcemy czy nie, nasze państwo musi znaleźć na siebie pomysł, gdyż dotychczasowemu zbliża się termin ważności. U tego progu zmierzymy się z nowymi zagrożeniami i będziemy mieli okazję wykorzystać nasze szanse.
***
Nie jesteśmy pozbawieni atutów. Mamy coraz lepiej wykwalifikowanych pracowników, co jest w dużej mierze sukcesem polskich nauczycieli. Ten potencjał, choć nierównomiernie rozłożony, jest obecny w wielu regionach kraju, czekając na bardziej sprzyjające otoczenie rynkowe. W kolejnych latach będziemy notować wzrost gospodarczy – nie bardzo wysoki, lecz wyższy od przewidywań analityków, co będzie efektem lepszego wykorzystywania potencjału produkcji w okresie koniunktury oraz chęci do pracy i aspiracji popytowych. Luka popytowa, której istnienie bezsprzecznie udowodnił ostatnio w swoim raporcie NBP, będzie nieco maleć.
To wszystko, jak również dopływ środków z Brukseli i nieco bardziej zdroworozsądkowe podejście do kwestii deficytu i jego źródeł, sprawi, że będziemy mieli do czynienia z pewną gospodarczą konwergencją (zbliżaniem się) do poziomu „starej Unii”. Nie bez znaczenia będzie specyficzna pozycja naszego „starszego brata” – Niemiec, wykorzystujących na swoją korzyść pokryzysowy model zarządzania gospodarczego Wspólnotą, w którym przypadnie nam rola pomocnego kooperanta. Bez względu na przyczyny tego stanu rzeczy i jego szersze konsekwencje, jest to okoliczność sprzyjająca. Procentować będzie także, nieco dziwaczny z perspektywy ulicy, wizerunek Polski jako kraju coraz bardziej zachodniego, liberalnego, nie sprawiającego większych kłopotów.
Wymienione atuty będą niestety równoważone przez coraz większy cień problemu demograficznego. Ten zaś wyrasta w wielkiej mierze z pogłębiających się różnic w szansach życiowych w ramach jednego społeczeństwa. Ekonomiczny aspekt zapomnienia o wielkiej części kraju jest oczywisty – niewykorzystanie potencjałów ludzkich odbywa się kosztem obecnych i przyszłych pokoleń. Dla wielu wyjazd na Wyspy był nie tyle życiową okazją, co wręcz koniecznością. Przy chronicznie wysokim bezrobociu trudno namawiać te półtora miliona rodaków do powrotu. Ale nie jest też tak, że jedynym powodem wyjazdów na Zachód jest nadzieja na wyższe zarobki. Od wieków tam żyło się lepiej niż tu.
Słabość więzi wspólnotowych powoduje, że pomimo nawyków i przywiązania do ojczystej kultury, wielu Polaków z miejscem urodzenia nie łączy zbyt wiele – a przynajmniej zbyt mało, aby myśleli o powrocie. Trudno o wspólnotę w kraju, w którym hasło „Powinniśmy sobie pomagać” kojarzone jest z totalitaryzmem. Niełatwo uwierzyć, że zapomniane miejscowości i całe regiony doczekają lepszego jutra, skoro nikt nawet nie sili się na takie obietnice. W obliczu rosnącego indywidualizmu brak społecznego spoiwa jest coraz bardziej dotkliwy – nawet emocje przeżywane medialnie stają się wspólnymi doświadczeniami coraz mniejszych grup. To puste miejsce coraz śmielej zajmuje frustracja i narzekanie na państwo i rodaków.
Powyższe obserwacje, nawet tak powierzchowne, mogą stać się wskazówką przy rozważaniu wyzwania roku 2020. Wymaga ono aktywności wielu stron: rządzących, przedsiębiorców i zwykłych Polaków. Jest ono jednocześnie doniosłe, jak i w zasięgu naszych możliwości. Wystarczy złagodzenie gwałtowności procesów demograficznych, a spadek liczby rąk do pracy nie stanie się narodową katastrofą dzięki wzrostowi gospodarczemu.
Zawarta w pierwszym akapicie tego tekstu obietnica lepszej przyszłości, choć naiwna i przesadzona, nie jest pozbawiona elementów racjonalności. Niedopowiedzianym warunkiem jej spełnienia jest niezakłócanie status quo, prezentowanego jako rządy „spokoju” czy też „technokratyczne”, oferujące krzepiącą wizję Polski w budowie. Sen o wykuwanym pracą organiczną sukcesie może się ziścić, jeżeli tylko zwykli ludzie będą robić to, co dotychczas – wstawać wcześnie rano i harować.
Jest to wizja podejrzanie wygodna z punktu widzenia obecnego rządu oraz środowisk biznesowych, ale, powtórzmy, niepozbawiona racjonalnych podstaw. Niestety, w zderzeniu z rzeczywistością przyszłej dekady niechybnie się rozsypie, ponieważ w trójkącie rządzący-biznes-Polacy ci ostatni co najwyżej milcząco akceptują układ sił. Tymczasem progu roku 2020 nie da się z sukcesem pokonać bez prawdziwej umowy społecznej, żywo popieranej przez wszystkie strony. Same nawoływania nie przekonają rodaków do wytężonego wysiłku demograficznego w tak niekorzystnych dla większości z nich warunkach i bez wiarygodnej obietnicy lepszego, bardziej sprawiedliwego jutra. A bez owego wysiłku już wkrótce jako wspólnota będziemy biec dwa razy większym wysiłkiem – i dwa razy wolniej.
przez Krzysztof Mroczkowski | niedziela 3 listopada 2013 | opinie
Zaogniająca się walka plemienna różnych środowisk tożsamościowych spotyka się z coraz wyraźniejszym rozczarowaniem komentatorów kibicujących prospołecznej zmianie politycznej. Krzysztof Posłajko i Marceli Sommer wypunktowali ten niepokojący trend, którego objawem jest pożegnanie się z rozumem wielu uprzednio pożytecznych środowisk krytycznych wobec panującego porządku politycznego, społecznego i gospodarczego. Nasilenie się zjawiska tożsamościowego sekciarstwa jest zwiastunem spełniania się najgorszych obaw: porzucenia wcześniej deklarowanej przez główną partię opozycyjną misji podjęcia trudnych, systemowych zmian, mających na celu ustanowienie porządku instytucjonalnego bardziej przejrzystego i przychylnego większości społeczeństwa.
Dlatego kolejna zmiana u szczytów władzy może się zakończyć kolejną przegraną szansą. Warto powtórzyć:
Obudzona nadzieja na zmiany i mesjanistyczny image największej partii opozycyjnej oznaczać mogą, w przypadku braku zmiany paradygmatów gospodarczych, zaaplikowanie krajowi niepotrzebnej dozy niestabilności. Brak poprawy warunków życia pauperyzowanego społeczeństwa może zmusić rzeczone środowisko do działań nieracjonalnych. Jedynym możliwym sposobem utrzymania mobilizacji politycznej swoich zwolenników, którym nie przybędzie „masła na chlebie” ani „kartofli na talerzu”, będzie zastąpienie populizmu ekonomicznego – kulturowym. Ten zaś jest niezwykle destabilizujący, utrwala irracjonalne podziały i oddala szanse na prowzrostową i prospołeczną zmianę paradygmatu gospodarczego.
Coraz ostrzejsza, nieledwie rewolucyjna retoryka towarzyszy coraz mniejszemu zapałowi do pracy programowej, do poszukiwania odpowiedzi na najważniejsze pytania. A może inaczej: te pytania padają, lecz udzielane odpowiedzi pozostawiają wiele do życzenia.
Jaka jest najlepsza dla Polski ścieżka rozwoju? Jakimi narzędziami dokonywać potrzebnych zmian strukturalnych? Co zrobić, aby większa część dochodu narodowego służyła poprawie życia szerokich warstw społecznych? Jaka, w kontekście zmian demograficznych i problemu emigracji, powinna być optymalna polityka płacowa, chociażby w sferze budżetowej (np. wobec pracowników oświaty i nauki)? Kiedy opłaca się państwu wspierać rozwój imitacyjny, a kiedy innowacyjny? Jak powinna wyglądać polityka wobec zagranicznych podmiotów gospodarczych? Jakie powinny być reguły dyplomacji gospodarczej (czyli: jakim przedsiębiorstwom powinniśmy pomagać) i technologicznej?
Udzielane odpowiedzi z reguły zawierają mniej konkretów niż krótki artykuł w „Sprawach Nauki”. Środowiska prawicy z reguły uznają, iż kwestie te ulegną pozytywnemu rozwiązaniu poprzez zmianę „złego” rządu na rząd „dobry”. Szczególnie rozczarowująca jest postawa głównej partii opozycyjnej, dysponującej wielkimi środkami budżetowymi na działalność ekspercką oraz dużą i stabilną bazą społecznego poparcia, która nie wymaga podtrzymywania w zapale poprzez festiwal nieskoordynowanych obietnic, a z pewnością nie wycofałaby swojego poparcia z powodu przedstawienia realistycznego i odważnego programu zmian systemowych.
Oczywiście taka systemowa inercja nie jest niczym zaskakującym. „Jak wiele musi się zmienić, żeby wszystko zostało po staremu” – mówi mądre przysłowie. I faktycznie nietrudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym za kilka lat nikt poza bezproduktywnie rozbieganym warszawskim światkiem polityczno-medialnym nie zauważy jakiejkolwiek zmiany.
Wobec tej perspektywy środowiska obywatelskie nie są całkowicie bezbronne. Wrześniowe protesty związkowe pokazały bezpartyjną, masowo popieraną siłę społeczną, coraz śmielej wychodzącą od postulatów funkcjonalnych w stronę rozwiązań systemowych. Jest to kierunek jak najbardziej słuszny i powinien być kontynuowany. Stworzenie społecznie popieranego pozapartyjnego programu zmusiłoby środowiska polityczne do wytężonego wysiłku, pod groźbą utraty poparcia związków zawodowych oraz niewypowiedzianej sugestii bardziej bezpośredniego wejścia związkowców w życie polityczne.
Jeszcze inną strategię podsuwa lektura „Nowej Konfederacji”, niedawno powstałego internetowego pisma idei, którego autorzy (m.in. Rafał Matyja) odchodzą od prawicowej sztampy na rzecz opartego na szczerej diagnozie poszukiwania skutecznych dróg przełamania polskiego szklanego sufitu rozwoju. Bartłomiej Radziejewski sugeruje organiczną mobilizację sił gospodarczych, cytując Andrzeja Maśnicę:
Możliwe są dwie strategie odparcia, a co najmniej osłabienia presji wywieranych przez zewnętrzne światowe środowisko gospodarcze. Każda z nich dotyczy zbudowania i umocnienia, a ściślej konsolidacji zasobów, siły i władzy. Bądź to na zasadzie międzypaństwowych, najczęściej regionalnych, koalicji, bądź poprzez budowanie strategicznego aliansu pomiędzy państwem a biznesem na rynku krajowym.
Czy polski biznes byłby gotowy na podjęcie tego wyzwania? Środowiska przedsiębiorców w czasie transformacji często koncentrowały swoje działania na zwalczaniu wpływu państwa na gospodarkę, zupełnie nie rozumiejąc takich narzędzi poprawiania sprawności systemu gospodarczego jak chociażby układy zbiorowe. Problem niskiego popytu wewnętrznego dobitnie ukazał pułapkę takiego myślenia. Ale to tylko jedna strona medalu.
Faktem jest, iż od niedawna polskie środowiska biznesowe przechodzą przemianę, która przekształca ich postrzeganie funkcji państwa w gospodarce. Częściowo jest to wywołane faktem dużej skali działania niektórych polskich przedsiębiorstw (m.in. Fakro, KGHM, Asseco), dla których nasz rynek jest już zbyt mały, a których pozycja konkurencyjna za granicą zależy, jak się przekonują, od pomocy państwa. Nie chodzi tu tylko o konkretne instrumenty wsparcia, lecz także o wstawiennictwo polityczne, niezwykle istotne w odmiennych warunkach kulturowych wielu rynków wschodzących.
Innym istotnym czynnikiem są doświadczenia wielu polskich menedżerów i przedsiębiorców związane z obserwacjami praktyki działania zachodnich odpowiedników na styku państwo-biznes, gdzie zachodnie rządy odgrywają ważną, choć często nieformalną rolę we wspieraniu rodzimej gospodarki. Do legendy przeszedł telefon Angeli Merkel do szefa niemieckiego prywatnego banku, którego rezultatem było udzielenie przez ten bank kredytu zagrożonej (oczywiście prywatnej) niemieckiej firmie motoryzacyjnej. Wiele do myślenia dała polskiemu biznesowi postawa banków z kapitałem zagranicznym, których awersja do ryzyka wpędziła w czasie pierwszej fali kryzysu znaczną grupę polskich firm w kłopoty, podczas gdy polski bank elastycznie zmieniał warunki, wspierając zagrożone firmy, i znacząco zwiększył akcję kredytową, ratując „zieloną wyspę”.
Gdzie widać te zmiany? Na razie nie są zbyt widoczne – to początek procesu, którego ciąg dalszy jest niepewny, jednak jest faktem. Cykl ważnych dyskusji „Pulsu Biznesu” o patriotyzmie gospodarczym, zapoczątkowana tekstem Eryka Stankunowicza debata „Forbesa” o godnej płacy czy teksty w „Dzienniku Gazecie Prawnej” autorstwa Rafała Wosia, ubolewającego nad tym, że „Polak Polakowi liberałem”, są symptomem nieobecnej do tej pory coraz wyraźniejszej refleksji środowisk biznesowych nad stanem ładu społeczno-gospodarczego w naszym państwie.
W zglobalizowanej gospodarce polskie firmy mierzą się z silnymi podmiotami, także na rodzimym podwórku. Jeżeli w dzisiejszych warunkach ktokolwiek jest w stanie skutecznie wymuszać zmiany instytucjonalne zmieniające strukturę gospodarczą kraju z – umownie rzecz ujmując – podwykonawczej na nowoczesną, to jest to właśnie polski biznes. Potrzebuje on zmian i lepszej organizacji (np. izb przemysłowo-handlowych), ale ma spory potencjał, a jego interesy są zbieżne w większości z interesem przeważającej części społeczeństwa. Wielu, wskazując na praktykę transformacji, może wyrażać wątpliwości wobec tego poglądu, ale ostatnie lata, w tym pułapka niskiego popytu, niekoniecznie świadczą o konflikcie interesów, lecz często o niezrozumieniu własnych interesów przez biznes. Jedna rzecz powinna być poza sporem: lata korzystania z taniej siły roboczej jako przewagi konkurencyjnej na globalnym rynku mają się ku końcowi. Konieczne są zmiany.
A zatem: „z polskim biznesem polski lud!”? Takie podejście niestety byłoby patrzeniem przez różowe okulary. Interes ogólnospołeczny ma wiele aspektów, o których zapomina biznes dążący zawsze do zysku. Nie obędzie się bez mobilizacji środowisk obywatelskich, w tym związkowych i eksperckich, w wymuszaniu zmian, jakie są konieczne w obliczu postawionych wyżej pytań systemowych. Ale jak wiedzą już pracownicy kilku polskich dużych konkurencyjnych firm przemysłowych, droga do sukcesu wiedzie przez pełną szacunku współpracę i wypracowanie harmonii interesów: wydajnych i konkurencyjnych polskich firm zapewniających dobrze płatne, godne miejsca pracy.
przez Krzysztof Mroczkowski | czwartek 31 października 2013 | Jesień 2013
Niedawna śmierć Margaret Thatcher wywołała lawinę laurek wystawianych jej polityce gospodarczej przez komentatorów na całym świecie. Również w Polsce „Żelazna Dama” była obdarzana olbrzymim szacunkiem przez niemal wszystkie siły polityczne. „Reformy Thatcher” symbolizowały dla nich antypopulistyczną politykę, prowadzoną może nieco wbrew społeczeństwu, ale ponoć dla jego dobra. Szczególnie w USA i Wielkiej Brytanii jej dziedzictwo wyniesiono na piedestał, z rozrzewnieniem wspominając zmarłą jako wzór do naśladowania – osobę, która podźwignęła swój kraj z ekonomicznej ruiny.
Nastrój wspomnieniowych elegii w wykonaniu elit szybko zderzył się ze spontaniczną reakcją brytyjskiej „ulicy”. Już kilka kwadransów po ogłoszeniu śmierci byłej premier ludzie pojawili się na ulicach wielu brytyjskich miast, świętując przy rytmach muzyki. W gęstniejących z godziny na godzinę tłumach pojawiały się szampany… kartony mleka, nawiązujące do decyzji Margaret Thatcher z 1972 r., gdy jako minister edukacji zniosła państwowe dopłaty do szklanki mleka podawanej dzieciom w szkołach. W kolejnych dniach na czoło listy przebojów w Wielkiej Brytanii wysunął się utwór opiewający „śmierć czarownicy”.
Fenomen ulicznej fiesty po śmierci Thatcher został odebrany przez komentatorów w mediach jako despekt dla państwa. Bardziej jednak niż przejawem nietaktu, zgromadzenia te były aktem wściekłości wielu Brytyjczyków na społeczne koszty rządów byłej premier oraz ich trwające skutki, z którymi brytyjskie elity nigdy nie chciały się zmierzyć na serio. Tak jak przez poprzednie dwie dekady, tak i teraz nie istniała rzetelna debata nad tym, jakie faktycznie są następstwa rządów Thatcher, jak bardzo zmieniły one państwo, społeczeństwo i lokalne wspólnoty. Wina za ten stan rzeczy leży w głównej mierze po stronie medialnego, finansowego i politycznego establishmentu. Nie bez znaczenia jednak był również fakt, iż duża część społeczeństwa szczerze znienawidziła thatcheryzm za straty, jakich dokonał w ich życiu i w ich lokalnych społecznościach. Polaryzacja opinii publicznej, podział na apologetów i pokrzywdzonych nie sprzyjały podejmowaniu prób dokonania pełnego bilansu jej rządów.
Skutki ideologii neoliberalnej, której jedną z głównych fundatorów była Thatcher, przekraczają granice Wielkiej Brytanii, wykraczają również daleko poza czas jej rządów, aż do obecnego kryzysu finansowo-gospodarczego. Skutki te są wielopłaszczyznowe i sięgają poza gospodarkę, w sfery kultury i wartości, zmieniając w znaczący sposób pogląd na rolę jednostki we wspólnocie, jej prawa i źródła przypisywania jej wartości. Wszystkie te aspekty odegrały ważną rolę w doprowadzeniu do światowej recesji, której skutki chcemy przezwyciężyć.
***
Do powstania neoliberalizmu, którego jedną z akuszerek była Thatcher, przyczyniły się różne zjawiska. Pierwsze można nazwać klasyczną walką w ramach ekonomii politycznej, w której interesy szerokich rzesz społeczeństwa napotykają na opór politycznej organizacji klas uprzywilejowanych. W tej narracji rywalizacja polityczna jest jawną rozgrywką utajonego konfliktu sił między niechętnym zmianom establishmentem a ruchem emancypacji i upodmiotowienia społecznego. Neoliberalizm jest w tej optyce politycznym zwycięstwem tendencji zachowawczych nad siłami prospołecznymi. Jest w tej diagnozie dużo racji. Rzeczywiście powojenna Partia Konserwatywna była wciąż w znacznej mierze klubem arystokratów, ostrożnie podchodzących do postępowych zmian.
Jednak rywalizacja polityczna nie daje wystarczającej odpowiedzi na pytanie o przyczyny powstania tak znaczących zmian, jakie przyniósł ze sobą neoliberalizm. Rządy Partii Pracy w latach 1945–1951 dokonały wielu słusznych i popularnych reform, wprowadzając m.in. powszechny system opieki zdrowotnej, szeroko zakrojony program budownictwa mieszkaniowego, nacjonalizację sektorów strategicznych i naturalnych monopolów czy zwiększając nakłady na edukację. W tej sytuacji Partia Konserwatywna zaadoptowała wiele postulatów laburzystów jako własne, wygrywając wybory w 1951 r. m.in. dzięki obietnicom rozszerzenia programu budownictwa mieszkaniowego. W przedwyborczym manifeście lider tej partii, Winston Churchill, przyznawał rację postulatom lewicy, wskazując jedynie retorycznie, iż słuszny postulat niepozostawiania samym sobie tych, którzy potrzebują pomocy, nie może się wyrodzić w politykę wyrównywania „na siłę”. Tym samym narodził się powojenny ponadpartyjny konsensus w polityce społeczno-gospodarczej, nazywany od nazwisk kanclerzy skarbu (prawicowego Raba Butlera i lewicowego Hugh Gaitskella) „butskellizmem”. Butskellizm dopuszczał mieszane formy własności, z dużym udziałem sektora publicznego (dziedzictwa powojennych nacjonalizacji przez rząd laburzystów). Podobnie jak w wielu innych krajach Europy Zachodniej, Wielka Brytania prowadziła w latach 50. i 60. raczej keynesowską politykę gospodarczą.
Na przełomie lat 60. i 70. dały jednak znać o sobie nowe niepokojące tendencje, takie jak coraz częstsze wezwania do zmniejszania budżetu oraz globalna dekoniunktura, pogarszająca relacje między pracującymi a zatrudniającymi. W 1969 r. związki odrzuciły propozycje przygotowanego przez laburzystowską minister Barbarę Castle dokumentu regulującego działania związków zawodowych, takie jak negocjacje z pracodawcą czy obowiązek tajnego głosowania członków związku przed decyzją o strajku. Nieprzyjęcie tego dokumentu było jedną z przyczyn wielkiego nagromadzenia strajków w czasie „Zimy niezadowolenia” lat 1978/1979, co bezpośrednio pomogło Margaret Thatcher zdobyć władzę. Związki miały jednak powody do niezadowolenia. W kwietniu 1976 r. niespodziewanie zrezygnował ze stanowiska popularny laburzystowski premier Harold Wilson, będący obiektem intryg oraz groźby wojskowego zamachu stanu. Jego następca, laburzysta Jim Callaghan, zgodził się w listopadzie 1976 r. na dyktat Międzynarodowego Funduszu Walutowego, odchodząc od zamiaru pełnego zatrudnienia oraz ograniczając wydatki publiczne o 8% w roku 1977. Wielu krytyków thatcheryzmu (m.in. Ann Pettifor, Douglas Coe, Jane Hardy) wskazuje, iż to rok 1976, jako preludium do rządów Thatcher, oddziela koniec polityki keynesowskiej od neoliberalnego przedwiośnia. Polityka „reform” MFW w połączeniu ze światową dekoniunkturą stworzyła warunki gospodarczej niepewności i społecznego niepokoju, doprowadzając do wygranej konserwatystów w maju 1979 r.
Nie była to już jednak ta sama Partia Konserwatywna co w latach 60., gdy radykalny odwrót od butskellizmu był postulowany tylko przez niewielu radykalnych posłów prawicy. Po przegranych w 1974 r. przez konserwatywnego premiera Edwarda Heatha wyborach parlamentarnych grupa posłów prawicy zmusiła go do udzielenia zgody na założenie radykalnie leseferystycznego think tanku Centre for Policy Studies. Głównym ideologiem tej grupy był poseł Keith Joseph. Joseph, wraz z Miltonem Friedmanem i Friedrichem von Hayekiem, staną się głównymi inspiracjami ekonomicznego myślenia Margaret Thatcher, która została szefową konserwatystów w 1975 r. Joseph znał Friedmana i Hayeka z ekonomicznego towarzystwa Mont Pelerin, promującego model wolnorynkowy. Nieoczekiwanie partia dostała się pod wpływ ideologii nieobecnej w debacie publicznej od 30 lat. Sam Edward Heath powiedział o Josephie: Dobry człowiek dostał się w ręce monetarystów. Okradli go ze zdrowego rozsądku, którego i przedtem nie miał zbyt wiele; jednak nie był w stanie zapobiec przejęciu partii.
Friedman i Hayek proponowali radykalną alternatywę: zmniejszenie roli państwa w gospodarce do minimum, prywatyzację, liberalizację i deregulację gospodarki. W leseferystycznej ideologii państwo jest niepotrzebnym obciążeniem dla obywateli, zniewalającym ich aktywność poprzez podatki i interwencję. Friedman od siebie dodawał wiarę w kluczową rolę kontroli nad podażą pieniądza. Wielka Brytania była pierwszym krajem, który przetestował na sobie neoliberalne rozwiązania. Po upływie dekady stały się one światowym modelem prowadzenia polityki gospodarczej.
***
Po wygranych wyborach Margaret Thatcher ograniczyła wzrost podaży pieniądza. Nie przyniosło to jednak oczekiwanych rezultatów i, jak zauważył ekonomista C. F. Pratten, tylko sztuczki księgowe – takie jak odejmowanie od wysokości wydatków wielkości równej przychodom prywatyzacyjnym i podatkowym – pozwalały na utrzymanie względnie bezpiecznego, choć wysokiego deficytu. Liberalny ekstremizm Thatcher nie polegał więc, jak to się zwykło uważać, na zmniejszeniu wydatków, lecz na zmianie ich struktury. W połączeniu z regresywnymi zmianami podatkowymi (podwojenie wysokości podatku VAT, czyli wzrost opodatkowania konsumentów, szczególnie tych mniej zamożnych, przy jednoczesnej obniżce stopy podatku dochodowego dla najbogatszych z 83 procent do 60, następnie do 46, a od 1988 r. do 40 procent) zapoczątkowało to przepływ siły nabywczej od szerokich rzesz obywateli, zatrudnionych w sektorach przeznaczonych na zniszczenie, w stronę ludzi zamożnych oraz rynku kapitałowego.
Najbardziej odczuwalna była zmiana polityki wobec przemysłu, która przyspieszyła ten proces. Nigel Lawson, kanclerz skarbu Margaret Thatcher, tak wyjaśniał w 1983 r. politykę rządu: Nie ma jakiegoś żelaznego prawa, które mówi, iż musimy produkować tyle samo, co konsumujemy. Jeśli się okazuje, że jesteśmy bardziej efektywni w świadczeniu usług niż w wytwarzaniu, to w naszym narodowym interesie leży to, by mieć nadwyżkę w sektorze usług i deficyt w przemyśle. Doktrynerskie wycofanie subsydiów dla znacjonalizowanych sektorów gospodarki, takich jak górnictwo, hutnictwo, lotnictwo, kolejnictwo i telekomunikacja, spowodowało w ciągu dwóch lat gwałtowny wzrost bezrobocia – z 5 do 12 procent. Thatcher, idąca po władzę pod hasłem przywrócenia miejsc pracy i podkreślająca etos polegania na własnych siłach, w krótkim czasie spowodowała, iż wielu Brytyjczyków znalazło się na zasiłku. Częściowo tłumaczy to, dlaczego wbrew intencjom konserwatystów zmniejszenie subsydiów nie spowodowało zmniejszenia wydatków państwa, które przez pierwszych siedem lat były wyższe, niż gdy obejmowała urząd. Podczas jedenastu lat Thatcher wydatki na mieszkalnictwo spadły o 67 procent, zaś wydatki na policję wzrosły o 53 procent.
Spowodowało to natomiast utratę ważnych sektorów gospodarki. W czasie recesji lat 1979–1981 Wielka Brytania straciła dwa miliony miejsc pracy w przemyśle. Dopiero hossa na rynku ropy dzięki eksploatacji państwowych złóż na Morzu Północnym pozwoliła konserwatystom podreperować budżet i zmniejszyć wydatki. Państwowe dochody z tytułu złóż północnych dochodziły do 16% całego krajowego PKB. Jak zauważył Anthony Barnett: Gdy zaczął wpływać strumień dochodów z ropy Morza Północnego o wartości ok. 70 miliardów funtów, zmienił on Wielką Brytanię w kraj OPEC, eksportera ropy, odwracając niekorzystny chroniczny deficyt płatniczy. Te korzystne okoliczności, podobnie jak wojna o Falklandy oraz podział Partii Pracy, pozwoliły Thatcher utrzymać się przy władzy.
Wstrzymanie subsydiów było wielkim, ale nie jedynym ciosem dla gospodarki w latach 1980–1981. W celu ograniczenia podaży pieniądza drastycznie podniesiono stopy procentowe, dodatkowo spowalniając wzrost. Ponadto rosnące ceny ropy naftowej spowodowały, iż koszty produkcji i transportu wzrosły, zaś funt szterling, będący walutą rozliczeniową potężnej części światowych transakcji tym surowcem, stawał się coraz droższy w stosunku do walut zagranicznych, czyniąc krajowy przemysł mniej konkurencyjnym za granicą. Do tego rosnąca inflacja wymuszała presję płacową ze strony pracowników, chcących uchronić dotychczasowy poziom życia. Dlatego już wkrótce miało okazać się, iż państwowe gałęzie przemysłu stają się nierentowne, dając rządom torysów pretekst do rozprawienia się ze związkami zawodowymi oraz wyprzedaży lub likwidacji dużej części sektora wytwórczego. Stało to w kontraście do zapowiedzi konserwatystów z lat 70., gdy nieefektywnemu sektorowi usług państwowych przeciwstawiali właśnie przemysł. Były prawicowy premier Harold Macmillan krytykował prywatyzację przemysłu i usług publicznych przez Thatcher, nazywając to wyprzedażą rodowych sreber.
Prywatyzacja, dokonywana pod auspicjami neoliberalnej ekonomii „szkoły podaży”, była niezwykłym przykładem doktrynerstwa. Jej łupem padły nawet naturalne monopole, takie jak wodociągi czy dystrybucja gazu i elektryczności, w których to sferach nie istnieje wolny rynek, lecz konieczność korzystania przez konsumentów z jedynego dostawcy i zaakceptowania jego cen. Oficjalnie rząd tłumaczył te posunięcia chęcią stworzenia społeczeństwa właścicieli, w którym każdy obywatel mógł, kupując akcje, stać się współwłaścicielem byłych państwowych firm. Jednak w praktyce działo się coś odwrotnego. Dokonało się przesunięcie własności wielu gałęzi gospodarki z rąk społeczeństwa w ręce tworzącego się rynku kapitałowego, premiującego nieliczną klasę finansistów. Owe prywatyzacje niezwykle łatwo wzbogaciły graczy z londyńskiego centrum finansowego City – kosztem obywateli oraz państwa. Wpływy z prywatyzacji pokrywały na bieżąco budżetowe wydatki, rekompensując znaczące ubytki z mocno obniżonego podatku dochodowego. Ta polityka niskich podatków oraz de facto subsydiów dla bogatych (przy wysokich podatkach pośrednich) musiała skutkować przejadaniem wpływów do budżetu bez refleksji nad przyszłymi potrzebami. Poziom inwestycji publicznych spadł poniżej poziomu zwykłych wydatków wojskowych, które również nieznacznie zmalały. Podczas dekady premierostwa Thatcher spadły o jedną trzecią wydatki na przemysł i handel, a także na infrastrukturę, pogarszając warunki rozwoju kraju w długim okresie. Wzrost bezrobocia doprowadził za to do zwiększenia wydatków socjalnych. Nawet po pewnym zmniejszeniu się armii bezrobotnych w drugiej połowie rządów konserwatystów zsumowane świadczenia te były o jedną trzecią wyższe niż wcześniej. Rządy torysów w dużej mierze odpowiadają więc za wykreowanie – poprzez swą politykę likwidacji miejsc pracy – kultury zależności od państwa i „socjalu”, który stał się ulubionym tematem ataku prawicowych mediów aż po dzień dzisiejszy.
Nawet jedyny częściowo prospołeczny ruch rządu Thatcher – program taniego wykupu mieszkań komunalnych na własność przez lokatorów – miał w założeniu pozbycie się całkowitej odpowiedzialności za kolejny sektor życia społecznego. W miejsce sprzedanych mieszkań nie budowano nowych. W ciągu dekady wydatki na mieszkalnictwo spadły realnie o dwie trzecie. Jak napisała we wstępniaku po śmierci Thatcher redakcja „The Independent”: Ponad 1,25 miliona lokatorów skorzystało z programu „Prawo do zakupu” [„Right to Buy”], co dało budżetowi 18 miliardów funtów, skłaniając wielu wyborców laburzystów ku torysom – jednak gdy liczba mieszkań komunalnych spadała, bezdomni żebracy pojawili się na ulicach po raz pierwszy od 30 lat.
Ten dickensowski obraz pasuje do stwierdzenia Miltona Friedmana, iż Thatcher jest w przekonaniach XIX-wieczną liberałką. Warto przypomnieć, iż większość XIX-wiecznych liberałów całkowicie sprzeciwiała się jakiejkolwiek pomocy społecznej przez państwo, uważając, iż rynek sam zajmie się problemem nędzarzy i chorych w ten lub inny sposób. Poza kosztami społecznymi miało to potężne znaczenie dla sposobu kształtowania się produktu narodowego. Wysokie bezrobocie i złamanie siły związków zawodowych przechyliło szalę na rzecz pracodawców, którzy zaczęli dyktować warunki w miejscach pracy. Umiarkowany, dość niski wzrost gospodarczy za czasów Thatcher nie mógł być podtrzymywany przez przemysł, którego jedna trzecia została zniszczona. Nie odbywało się to również poprzez inwestycje kapitałowe, które podnosiłyby poziom zaawansowania gospodarki: te spadły z poziomu średnio 4,6% przed reformami Thatcher do średnio 2,6% po ich dokonaniu. „Dojutrkowość” polityki gospodarczej (powstrzymanie inwestycji prorozwojowych) i wspieranie londyńskich rentierów finansowych z City również nie mogły być wsparciem dla wzrostu gospodarczego. Dlaczego zatem system gospodarczy Wielkiej Brytanii nie zbankrutował? Niewielkie pozytywne efekty wydajności, które pozwoliły na skromny wzrost w dekadzie Thatcher, nie były rezultatem inwestycji i innowacji, lecz bardziej intensywnego wykorzystania dostępnych zasobów siły roboczej. Przekonanie o „modernizacji” gospodarki Wielkiej Brytanii ery Thatcher pozostaje nieuzasadnionym mitem. W porządku neoliberalnym w latach 1980–2008 wzrost wydajności wynosił 1,9% rocznie, podczas gdy w latach 1961–1973 było to 3% rocznie. Podobny trend jest widoczny w poziomie wydatków na badania i rozwój. W istocie model rozwoju gospodarczego Wysp Brytyjskich stawał się coraz bardziej zaściankowy i zacofany, opierając się na przyspieszonej eksploatacji „zasobów” ludzkich. Pracownicy, przestraszeni sytuacją na rynku pracy oraz pozbawieni ochrony, którą dawniej dawało uzwiązkowienie, godzili się na nowe porządki.
Wydatki na policję wzrosły w czasie rządów Thatcher, jak wspomniałem, o ponad połowę, co można wyjaśnić intensywnością, z jaką rządy torysów używały metod przymusu bezpośredniego wobec strajkujących w wielu likwidowanych sektorach, od hut po porty przeładunkowe. Do najsłynniejszych starć z policją, pomijając ogólnokrajowe protesty z 1990 r., z pewnością należały starcia policji ze strajkującymi górnikami w latach 1984–1985, jednak konflikty ze zorganizowanym ruchem pracowniczym były na porządku dziennym przez całe pierwsze pół dekady rządów pani premier. W walce z potężnym ruchem związkowym konserwatyści używali „taktyki salami”, starając się uporać ze sprzeciwem społecznym pojedynczo, branża po branży. Jednym z pierwszych poważniejszych konfliktów była pacyfikacja przemysłu stalowego, po której w niektórych miejscowościach bezrobocie wzrosło do ponad 50%, co w erze powojennego konsensusu polityczno-gospodarczego i polityki pełnego zatrudnienia byłoby nie do pomyślenia.
Człowiekiem od „czarnej roboty” przy reorganizacji przemysłu stali został Ian MacGregor, wynajęty za półtora miliona funtów od spekulacyjnego banku inwestycyjnego Lazard Freres. Ta dziwaczna transakcja stała się znakiem nadchodzących czasów, gdy sektor finansowy dość otwarcie za przyzwoleniem rządu zaczął dokonywać brutalnej likwidacji i wyprzedaży aktywów, połączonej z bezduszną „restrukturyzacją” zatrudnienia.
Konflikt między rządem a górnikami stał się nieunikniony po tym, jak wynikająca w dużej mierze z wycofania się państwa z innych sektorów gospodarki przedłużająca się dekoniunktura sprowadziła część kopalń poniżej progu rentowności. Jak zauważa wielu ekonomistów, dekoniunktura ta była przejściowa i podobnie jak w przypadku hutnictwa stali czasowa pomoc państwa pozwoliłaby tym sektorom dotrwać w dobrym stanie po dziś. W czasie obecnego kryzysu ceny węgla i rudy żelaza są realnie około dwukrotnie, a nawet trzykrotnie wyższe niż w latach 80., co dla dobrze zachowanego sektora wydobywczego i przetwórczego oznaczałoby hossę. Konserwatyści byli jednak zdeterminowani do poświęcenia setek tysięcy miejsc pracy i ważnych gałęzi przemysłu na ołtarzu ideologii wolnego rynku. Przewodniczącym rady ds. górnictwa uczyniono wspomnianego MacGregora – zasłynął on jako szef państwowego holdingu hutnictwa stali British Steel, który zwolnił połowę pracowników w ciągu dwóch lat.
W marcu 1984 r. rząd ogłosił zamknięcie 20 kopalni węgla oraz zwolnienie 20 tys. pracowników. Związek zawodowy National Union of Mineworkers rozpoczął strajk przeciwko tym zamiarom. Trwał on 12 miesięcy. W jego trakcie aresztowano kilkanaście tysięcy górników, niemal sześć tysięcy postawiono przed sądem, tysiąc zwolniono z pracy, a dwustu uwięziono. Górnicy skapitulowali w 1985 r. Już wkrótce okazało się, iż zamiast deklarowanych 20 tys. podczas rządów Thatcher zostało zlikwidowanych 200 tys. górniczych miejsc pracy – 80% wszystkich. Rezultatem dla społeczności górniczych był zasiłek zamiast zatrudnienia w kopalniach (dole not coal). Koszty społeczne będące rezultatem antyprzemysłowej polityki Thatcher są odczuwalne po dziś dzień.
W ciągu kilku lat wytwórczość przemysłu spadła o jedną trzecią, tracąc ponad dwa miliony miejsc pracy w przemyśle, a trend rozpoczęty przez Thatcher nie został odwrócony po zakończeniu jej rządów. W czasie obecnego kryzysu potencjał przemysłowy Wielkiej Brytanii wynosi mniej niż 10% PKB – trzykrotnie mniej niż w okresie powojennego konsensusu. To oczywiście ma skutki dla potencjału rozwojowego oraz spójności społecznej. Wielka Brytania przestała być krajem dążącym do równych szans i coraz powszechniejszego dobrobytu. Nawet dość znaczące korekty w zakresie polityki społecznej, poczynione przez laburzystowski rząd Tony’ego Blaira, nie zmieniły tych trendów w istotny sposób. Przeniesienie źródła wydajności gospodarki w sferę usług oznaczało proszenie się o bańkę spekulacyjną (np. nieruchomości), rozrost sektora finansowego oraz uwiąd ruchu pracowniczego. Margaret Thatcher nie rozumiała znaczenia państwa i jego roli w dokonywaniu wieloletnich inwestycji w człowieka, znaczenia edukacji i państwowych wydatków na przysposobienie do pracy. W zamian za to powtarzała mantrę o dobrej prywatnej własności i złej interwencji państwa. Zmiany gospodarcze dokonane przez neoliberałów, czyli niższe podatki dla bogatych, rachityczny wzrost PKB oraz spadek liczby miejsc pracy, wyglądają mizernie same w sobie, jednak co gorsza na wiele dekad zmieniły społeczeństwo oraz zasiały ziarno pod przyszły wielki kryzys finansowo-gospodarczy.
***
Największym przegranym ery thatcheryzmu było społeczeństwo. Okresy spadku standardu życia zdarzają się historycznie w wielu krajach, jednak brytyjski neoliberalizm zakwestionował same podstawy wspólnotowości. Ideologia egoistycznego indywidualizmu była propagowana przez samą premier. To przekonanie radykalnie zrywało z dotychczasową wizją, promowaną również przez torysów. W powojennej Anglii wymiar wspólnotowy – od rodzin po naród – był mocno akcentowany, spajany wspólnym, ponadklasowym doświadczeniem dwóch wojen światowych i zwycięstwem nad faszyzmem. Instytucje takie jak narodowa służba zdrowia (NHS), ruch spółdzielczy czy towarzystwa budowlane spajały społeczeństwo Wielkiej Brytanii na każdym poziomie. Również silny i liczny ruch laburzystowski oraz związki zawodowe stanowiły miejsce, gdzie pojęcie interesu osobistego było umieszczone w kontekście dobra wspólnego i rozwoju całego kraju. „Reguły gry” butskellowskiej Wielkiej Brytanii, z wysokim progresywnym podatkiem dochodowym, powszechnymi usługami publicznymi, mieszanym państwowo-prywatno-spółdzielczym charakterem własności w gospodarce, tworzyły kształt instytucjonalny państwa, w którym dobrobyt zbiorowości, a nie wolność (silniejszej) jednostki, znajdował się w centrum debaty publicznej.
Rządy Thatcher to zmieniły, tworząc olbrzymie nierówności w kwestii szans rozwoju pomiędzy jednostkami oraz regionami. Wysokie bezrobocie poskutkowało trwałym upośledzeniem wszystkich regionów poza południową Anglią, korzystającą z powstawania bańki wzrostu cen nieruchomości. Do dzisiaj tylko jeden na dwadzieścia regionów dotkniętych najwyższym bezrobociem nie znajduje się na północy. Wiele miast i miasteczek, w których upadł przemysł wydobywczy, pogrążyło się w kilkudziesięcioprocentowym bezrobociu. Jedynym wsparciem ze strony rządów torysów dla tych społeczności była rada, aby przenieśli się na południe… Podział Północ – Południe jest dziś w Wielkiej Brytanii podziałem trwałym, mimo że przez większość okresu przemysłowego takie miasta jak Manchester i Liverpool były chlubą całego kraju.
Jeszcze bardziej niż nierówności regionalne widoczny był dramatyczny wzrost nierówności dochodowych. Współczynnik Giniego w ciągu zaledwie dekady rządów Thatcher wzrósł z 0,25 do 0,34. Dziś Wielka Brytania jest często uznawana za najbardziej naznaczoną nierównościami pośród wszystkich wysoko rozwiniętych krajów świata. Między 1980 a 1989 rokiem najlepiej zarabiający kwantyl (20%) populacji zwiększył swój roczny dochód po opodatkowaniu z 37 do 43% dochodów całej ludności. Jednocześnie dochody po opodatkowaniu najsłabiej zarabiających 20% spadły z 10 do zaledwie 7%, zmniejszając się o blisko jedną trzecią. Co prawda najbardziej reakcyjny podatek wprowadzony przez Thatcher – pogłówne (każda osoba, niezależnie od dochodu, płaciła taki sam), znane ze średniowiecza, upadł w ciągu roku, jednak zasada regresywnych zmian podatkowych zakorzeniła się na stałe w świecie. Jak wskazuje znany badacz nierówności Richard Wilkinson: Reputacja Thatcher jest niemal całkowicie bez pokrycia. Ona wzbogaciła superbogatych, ale trudno przypomnieć sobie jakiekolwiek osiągnięcie w ubogaceniu całego społeczeństwa. Zwiększyła nierówności ze wszystkimi kosztami, jakie to ze sobą niesie, nie zwiększając wzrostu gospodarczego, który czasem jest usprawiedliwieniem dla nierówności.
Wizja powszechnego dobrobytu jednostek w nieograniczonym, wolnorynkowym kapitalizmie okazała się ułudą. Pomimo iż Wielka Brytania pozostała krajem zamożnym, o wielkich możliwościach w porównaniu do krajów rozwijających się, to materialna degradacja mocno dotknęła najsłabsze grupy społeczne. Margaret Thatcher przyczyniła się do brutalizacji stosunków społecznych nie tylko przez swoją politykę, ale również poprzez publiczne głoszenie pochwały samolubstwa. Sama premier wspominała w swoim pamiętniku „The Downing Street Years”, iż zawsze miałam wielkie poważanie dla wiktorian. Podczas gdy dla większości ludzi „wiktoriańskie zasady” były obskuranckim darwinizmem społecznym, Lady Thatcher była odmiennej opinii: Wiktorianie posiadali język, sposób mówienia, który my zaczynamy odnajdywać dopiero teraz – rozróżniając między zasługującymi [na pomoc] a niezasługującymi biednymi. Pobierający zasiłki – tracący pracę często wskutek niszczycielskiej polityki rządu – zostali ustawieni w pozycji „winnych”. Konserwatyści powielali argumenty Charlesa Murraya z Manhattan Institute for Policy Research, twierdzącego, iż „siatka bezpieczeństwa” socjalnego jest rzekomo kontrproduktywna, tworząc w efekcie wielką „podklasę”. Wśród zmian, które pod wpływem Murraya wprowadzili torysi, były przymusowe programy typu „workfare”, w ramach których samotne matki były obligowane do pracy w państwowych programach, aby móc dostać pomoc. Ogólne wydatki na rozmaite uposażenia (benefits) były co prawda w sumie dość wysokie, jednak w dużej mierze ze względu na szybkie powiększanie się sfery potrzebujących pomocy społecznej. Instytut Studiów Fiskalnych (Institute for Fiscal Studies) dowiódł, iż pomiędzy rokiem 1979 a 1989 dola bezrobotnego pogorszyła się. Zamrożono również wysokość zasiłków na dziecko oraz obniżono dodatki mieszkaniowe. Ogromnym problemem stawało się ubóstwo. Liczba ludzi we względnym ubóstwie w latach 1979–1991 zwiększyła się z 7,3 miliona do 14 milionów (13% do 24% ogółu społeczeństwa); wśród dzieci odnotowano wzrost z 2 do 3,9 miliona, a wśród emerytów z 2,6 do 3,7 miliona.
Thatcheryści dokonali również wolnorynkowych zmian w służbie zdrowia. Co prawda NHS (Narodowa Służba Zdrowia) była chlubą Brytyjczyków i jej jawna prywatyzacja nie wchodziła w grę, jednak nawet pod tym względem udało się neoliberałom uczynić kolejny wyłom w praktyce rozwoju cywilizacji zachodniej. Pod hasłem „wewnętrznej konkurencji” wprowadzono w NHS elementy, które krok po kroku przybliżały działanie tego podmiotu do realiów prywatnego przedsiębiorstwa. Sama próba porównania działalności służby zdrowia do maksymalizującej za wszelką cenę zysk kapitalistycznej firmy było działaniem przeciwnym interesowi społecznemu, który zawsze powinien być w centrum oceniania i naprawy jednostek użyteczności społecznej. Drobnych zmian w NHS było wiele: w 1980 r. pozwolono na łączenie publicznej pracy z prywatną praktyką lekarską i konsultacjami; następnie wprowadzono ulgi podatkowe dla prywatnych składek ubezpieczeniowych, co wzbogaciło sektor prywatnych ubezpieczeń i usług medycznych. W końcu, w trakcie trzeciej kadencji, utworzono „rynek wewnętrzny”, na którym w ramach tej samej publicznej służby zdrowia wprowadzono rozdział „zakupobiorców” (Purchaser) od „usługodawców” (Provider). W wyniku tej zmiany lekarze ogólni (General Practitioners) stali się kontraktorami, zaś szpitale usługodawcami. System opieki zdrowotnej różnych szczebli uległ fragmentaryzacji i antagonizacji.
Przy reformach służby zdrowia używano tej samej antypaństwowej retoryki co w innych wypadkach. Krytykowano więc „leniwą”, „skostniałą” biurokrację i brak wpływu obywatela na nierynkowe struktury. W istocie urynkowione usługi zdrowotne (jak pokazuje dobitnie przykład USA) są niezwykle drogie: prywatny motyw maksymalizacji zysku znacząco podnosi koszty takich usług. Również w Wielkiej Brytanii urynkowienie nie było tożsame z oszczędnościami. Wręcz przeciwnie: koszty administracyjne w służbie zdrowia podwoiły się z 6 procent do 12 procent.
Mit o cudownej dobroczynności niskich podatków nie jest jednak najważniejszym śladem, jaki zostawiła po sobie Margaret Thatcher. Gdy obejmowała ona rządy, sektor finansowy wynosił zaledwie 4% PKB. Jej dziedzictwem jest zwiększenie tego udziału do 30%. Dzisiejszy kryzys finansowo-gospodarczy nie wybuchłby, gdyby nie neoliberalne zmiany. Zarówno pośrednie, jak i bezpośrednie przyczyny kryzysu swoje istnienie zawdzięczają polityce deindustrializacji, prywatyzacji i, przede wszystkim, deregulacji. Od początku swych rządów torysi stawiali na ułatwienia dla wielkiego kapitału jako metodę ożywienia przedsiębiorczości. Jednak dopiero w roku 1986 wielka deregulacja sektora finansowego, znana jako Big Bang (wielki wybuch), dała początek całkowitej dominacji świata finansów, pozwalając na olbrzymi rozwój spekulacji, w tym tworzenie instrumentów pochodnych, które przyczyniły się walnie do obecnego kryzysu.
Osłabione więzi społeczne, kult pieniądza, słabość państwa i siła świata finansów – oto dziedzictwo Thatcher i jej epoki. Podział na tych, co mają bardzo wiele, oraz tych, którzy mają zaciskać zęby i nie narzekać, obowiązuje nie tylko w Wielkiej Brytanii, zaś w wirze neoliberalnej rewolucji coraz słabiej radzi sobie wyalienowana i wystraszona klasa średnia.
przez Krzysztof Mroczkowski | piątek 6 września 2013 | opinie
Ulice Warszawy wkrótce zapełnią się protestującymi związkowcami, wyrażającymi oburzenie wobec najnowszych zmian w prawie pracy. Oczywiście są to zmiany pogarszające pozycję zatrudnionych. Stanowisko związków jest zrozumiałe: mimo czarnej propagandy, przedstawiającej je jako szkodliwe, takie organizacje na całym świecie mają obowiązek bronić interesów pracowników najemnych. Warto się jednak przyjrzeć także argumentom oponentów (głównie pracodawców), twierdzących, że to sztywny czas pracy i przywileje związkowe stworzyły dużą część problemów z konkurencyjnością niektórych państw „starej” Europy. Jak jest naprawdę?
W niektórych krajach (np. Hiszpanii) prawne uregulowania zatrudnienia rzeczywiście były dość restrykcyjne, mocno chroniąc już zatrudnionych, przy równoczesnym przyzwoleniu na narastanie problemu bezrobocia. Jednak bliższe przyjrzenie się sprawie wskazuje, że myli się symptom ze źródłem problemu, bezrefleksyjnie promując uelastycznienie prawa pracy jako remedium. W istocie problem bezrobocia, praktycznie nie występujący w powojennym złotym ćwierćwieczu Europy, był efektem zadyszki konkurencyjnej, w którą zaczęły wpadać niektóre kraje w ostatnich dekadach ubiegłego wieku. Owa zadyszka z kolei jest w dużej mierze efektem wycofania się tych państw z dokonywania przemian strukturalnych, choćby w tak pośredni sposób jak poprzez wydatki badawczo-rozwojowe. Do tego dołączyło zjawisko globalizacji i wolnego handlu, wprowadzającego element presji „równania w dół” w kwestii kosztów pracy, często dokonując dużych strat w ważnych, lecz nie wytrzymujących światowej konkurencji sektorach gospodarek. To osuwanie się pozycji konkurencyjnej było (jak w Hiszpanii) często osładzane stabilnymi warunkami zatrudnienia.
Wielu zwolenników dalszej liberalizacji prawa pracy stwierdziłoby, że niezależnie od tego, co jest przyczyną, a co symptomem, w dzisiejszych warunkach uelastycznienie wpłynęłoby korzystnie na gospodarkę. Jednym z argumentów na poparcie tej tezy ma być rzekomo pozytywny wpływ deregulacji na zatrudnienie. Poparty jest on mocą wykresu popytu, podaży i płacy minimalnej, gdzie płaca minimalna (lub inne regulacje) niepotrzebnie skazuje część chcących pracować na gorszych warunkach na brak zatrudnienia. Ten prosty argument nie ma jednak oparcia w faktach, co zostało wykazane na ogromnej liczbie analiz (jeden z przykładów tutaj). Okazuje się, iż podwyżka płac nie ma statystycznie istotnego wpływu na poziom zatrudnienia.
Skoro jednak podwyżki płac nie mają wpływu na zatrudnienie, to czy nie jest tak, że ich efektem jest wyłącznie wyższa inflacja? A może faktycznie presja na obniżenie kosztów płacowych jest w dłuższej perspektywie finansowo korzystna? Nasze krajowe warunki dają pewne wskazówki co do odpowiedzi.
W Polsce zmagamy się z problemem bardzo dużej luki popytowej. To oznacza, że spora część różnicy między potencjalnym a rzeczywistym PKB wynika z braku efektywnego popytu. Upraszczając: dobra wiadomość jest taka, iż wzrost gospodarczy i poziom zatrudnienia w naszym kraju mogłyby się bardzo odczuwalnie polepszyć nawet bez czasochłonnych strukturalnych inwestycji technologicznych (chociaż to one w długim okresie są głównym motorem rozwoju). Niewykorzystanie dostępnego potencjału wytwórczego jest wynikiem słabej siły nabywczej, której znaczącą częścią składową jest kulejąca konsumpcja prywatna. Płytkie kieszenie Polaków oznaczają niską aktywność gospodarczą. Obniżanie kosztów płacowych w skali makro będzie więc wpływać niekorzystnie w mikroskali warzywniaka, punktu kserograficznego czy zakładu fryzjerskiego. Jak to ujął szef „Solidarności”: „Kto będzie kupował te wasze towary?”.
Tu dochodzimy do sedna sprawy, czyli źródła rozumowania i oczekiwań niektórych organizacji przedsiębiorców. Dla większości przedsiębiorców jakiekolwiek pozytywne efekty elastyczności zatrudnienia oraz obniżki płac będą przeciwważone utratą siły nabywczej w gospodarce. Jednak część ekspertów liczy mimo to na sukces. Czyj sukces? Przede wszystkim eksporterów i spółek o dużych powiązaniach transgranicznych. Warto pamiętać, że eksport jest rzeczywiście bardzo istotny. Na pierwszy rzut oka wydaje się, iż firmy eksportujące to maleńki ułamek wszystkich polskich przedsiębiorstw. Jednak ich udział w krajowej gospodarce jest dość duży i ważny, są to bowiem często najbardziej konkurencyjne, najwydajniejsze jej części. Czy można zatem wzbogacić kraj w długim okresie czasu kosztem wyrzeczeń w standardzie życia? Ci, którzy są do tego przekonani, często powołują się na przykład Niemiec.
Choć w niemieckim przypadku zachwala się pozytywny wpływ zmniejszenia kosztów płacowych (będących spuścizną rządów G. Schrödera), to warto wyciągnąć z tego przykładu kilka nauk. Po pierwsze niemiecka gospodarka należy do, powiedzielibyśmy, innej kategorii wagowej. Jej siła nie opiera się na niskich kosztach pracy (Polska ma je niższe), ale na wciąż silnej przedneoliberalnej tradycji bazowania na nowoczesnej wytwórczości przemysłowej. Po drugie Niemcy korzystają na gigantycznych nierównościach płatniczych w strefie euro, gdzie wspólna waluta bardzo utrudniła odzyskanie konkurencyjności krajom Południa.
Zyski niemieckich gigantów przekładają się na olbrzymie rezerwy, które nie są (poprzez płace) wykorzystywane do wzmocnienia konsumpcji wewnętrznej. Siłą rzeczy te rezerwy znajdują ujście w niemieckich papierach dłużnych (tzw. bundach). Niektóre aukcje bundów kończyły się ich sprzedażą po ujemnej stopie procentowej: kupujący obligacje życzą sobie oddania im po kilku latach mniejszej sumy niż ta, którą wydali na posiadanie bezpiecznych papierów dłużnych. To pokazuje, iż powinny istnieć pewne granice antyzadłużeniowej histerii, której niestety poddają się również Niemcy. Po ewentualnym wygraniu wyborów w tym miesiącu kanclerz Merkel zapowiada starania o ograniczenie deficytu do zera przy podtrzymaniu polityki depresji płac. To może zwiastować kłopoty nie tylko dla Niemiec, ale także dla Polski, wciąż bardzo zależnej od zachodniego partnera.
Jakkolwiek wspieranie eksportu jest potrzebne, to powinno się ono odbywać przy użyciu nieistniejącego w naszym kraju, a bardzo potrzebnego banku eksportowego, nie zaś poprzez redukcję kosztów płac. W tym momencie z dużym prawdopodobieństwem można przewidzieć, iż skutki decyzji antypracowniczych będą gospodarczo negatywne. Jakiekolwiek ewentualne zdobycze konkurencyjne będą odbywały się kosztem nie tylko popytu wewnętrznego, lecz także długoterminowego pogorszenia potencjału ludzkiego w kraju (emigracja). Historyczna zmiana stosunków społecznych, na czele ze zniesieniem 8-godzinnego dnia pracy, odbywa się zatem nawet bez dobrej wymówki.
Zniesienie praw przysługujących pracownikom od stulecia może przyprawić o ból głowy i atak pesymizmu. Pamiętajmy jednak, że żyjemy w czasach wielkiego kryzysowego przyspieszenia, gdy zmiany, które normalnie potrzebują dekady lub więcej, dokonują się w ciągu kilku lat. To samo najprawdopodobniej będzie czekać dogmat obniżania płacowych kosztów pracy. Po kilku dekadach leseferystycznego naporu ten – i wiele innych – neoliberalny pogląd sforsował bramy i zatyka flagi na kolejnych elementach ładu instytucjonalnego w Europie. Możliwe stały się dickensowska dyscyplina finansowa oraz prywatyzacja wielu usług publicznych, tak samo jak możliwe stały się antypracownicze przepisy w kwestii zatrudnienia.
Jednocześnie jednak napiera wraz z kryzysem kolejna fala, znosząca jedno po drugim dopiero co okrzepłe neoliberalne tabu. Dzieje się tak również w naszym kraju, gdzie jeszcze niedawno wołanie o zmianę nierozsądnej ustawy o finansach publicznych było głosem na pustyni, podobnie jak apele o powołanie państwowej korporacji inwestycyjnej. Kilka tygodni temu pierwsze szczeliny pojawiły się w kolejnym fundamencie ortodoksji, gdy prezes NBP zapowiedział możliwość ewentualnego skupu państwowych obligacji. Teoretycznie zabronione jest finansowanie deficytu przez bank centralny, lecz zakup obligacji pod oficjalnym pretekstem stabilizacji rynku mógłby „przejść”. Chyba największą zdobyczą kryzysu może stać się przekonanie o tym, że państwo nie musi być ani minimalne, ani omnipotentne, lecz może być bardzo użyteczne we wspieraniu rozwoju.
W szeroko komentowanej ostatnio książce „The Entrepreneurial State” Mariana Mazzucato podaje wiele przykładów obrazujących, jak dużo zawdzięczamy inteligentnemu, nieinwazyjnemu wsparciu państwa dla procesów gospodarczych w sektorze prywatnym. Przykładem uzyskiwania korzyści z tej pomocy jest firma Apple. Internet i GPS stały się możliwe dzięki programom obronnym w USA, podobnie jak komendy głosowe, podczas gdy wspierane przez państwo instytucje naukowe stworzyły język HTML i ekrany dotykowe. I chociaż smartfony i komputery nie mają na sobie państwowego godła, a zarabiają na nich prywatni przedsiębiorcy, to korzyści odnosi całe społeczeństwo – co jest wystarczającym powodem dla państwowej aktywności. Wydaje się, iż czas, kiedy zostanie to zrozumiane, jest bliski – tak jak koniec neoliberalizmu.
A zatem jest szansa, aby wyjść z doświadczenia kryzysowego w lepszym stanie. Antypracownicze zmiany mogą być odwrócone, gdyż presja na rządy będzie rosła w miarę, jak nieudana polityka „zwijania państw” będzie zbierała w Europie zasłużone cięgi. Niezgoda społeczeństw na smutny „koniec historii” i szkody wyrządzone przez kryzys musi się w końcu przełożyć na polityczną i gospodarczą zmianę.