O lepszą Europę?

O lepszą Europę?

Wydana przez środowisko Zielonych książka „Gra o Europę” byłaby ważnym głosem w dyskusji o przyszłości Unii Europejskiej i naszego kraju. Byłaby, gdyby… taka dyskusja miała miejsce. Niestety krajowe debaty polityczne od dawna nie grzeszą merytoryką, również stanowiska w sprawach europejskich różnych partii ograniczają się do sloganów. Prosty podział na zwolenników dzisiejszego kształtu integracji oraz eurosceptyków nie jest wyłącznie polską specyfiką, lecz dotyka nawet Europarlament, dla którego potrzeba głębokiej refleksji nad ideą wspólnoty powinna być oczywista. Największy kryzys Starego Kontynentu od czasu wojny jedynie polaryzuje stanowiska, tworząc dwa coraz bardziej odległe bieguny opinii europejskiej.

„Gra o Europę”, będąca zbiorem tekstów i wywiadów różnych autorów o ekologicznych i prospołecznych poglądach, odbiega od tego schematu. Twórcy książki wskazują, że dotychczasowy model UE zawiera fatalne błędy systemowe, których podtrzymywanie zagrozi społeczeństwu nie tylko materialną degradacją, ale i niebezpiecznymi przemianami społeczno-politycznymi. Dlatego właśnie uważają, że Unia Europejska wymaga radykalnej naprawy. Już na wstępie przewodniczący „Zielonych” ukazują wielką skalę tego wyzwania, zapowiadając poważne zmierzenie się z krytyką pod adresem UE. Deficyt demokracji, bezrobocie, ksenofobia, niszczące działania finansjery – te wszystkie problemy zasługują na potraktowanie ich jako stanu wyjątkowego.

Odpowiedzią zielonych jest alterfederalizm, dążący do wzmocnienia więzi wspólnotowych, lecz – jak pisze Łukasz Moll – „na innych zasadach niż w ostatnich kilkunastu latach”. Aby uratować europejski projekt, Zieloni dokonują jego głębokiej krytyki, wskazując na kierunki koniecznych zmian.

W sferze politycznej Zieloni domagają się przewartościowania. Najwięcej na ten temat mówi ostatni tekst w książce, autorstwa Adama Ostolskiego. Jest tam wyrażone przekonanie o potrzebie nowego, oddolnie demokratycznego procesu politycznego. Inną ważną ideą autorów jest wskazanie na potrzebę solidarności, tak wewnątrzunijnej, jak też np. z imigrantami spoza UE. Byłaby to, jak symbolizuje okładka, „Europa mrówek” zamiast dzisiejszej „Europy mrówkojadów”, w której małe podmioty służą silniejszym. Oligarchiczne trendy federalizmu miałyby być zatrzymane poprzez takie działania jak regulacje rynków finansowych, większy budżet czy społeczna kontrola i odpowiedzialność Europejskiego Banku Centralnego za dobrobyt. Tu zresztą dochodzimy do kwestii ekonomii politycznej, która ma decydujące znaczenie dla przyszłości Europy.

Zieloni o gospodarce mówią dużo, często głosami dość uznanych ekonomistów, jak Dimitri Papadimitriou. To służy powadze książki i debacie, pozwalając czytelnikowi poznać różne (choć niekoniecznie bardzo się różniące) opinie komentatorów na temat kryzysu i sposobów jego przezwyciężania. Fakt koncentracji uwagi na kwestiach gospodarczych (zamiast np. mało płodnych programowo subkulturach protestu) mocno osadza marzenia Zielonych o lepszym jutrze w rzeczywistości, nadając im realniejszych kształtów. To zdecydowanie pożądane połączenie: sam optymistyczny idealizm z jednej strony, ani sam realistyczny pragmatyzm z drugiej nie są w stanie dokonać trwałych pozytywnych zmian – ten pierwszy zbyt szybko zatraca się, ten drugi zniechęca. Poza wszystkim, tak wyczerpujące potraktowanie tematu kryzysu jest po prostu potrzebne.

Gospodarka, bracie!

Mamy więc w „Grze…” dobrą, czasami bardzo dobrą analizę kryzysu, w jakim znajdują się gospodarki europejskie. Dla zrozumienia tego, co dzieje się w UE od ostatnich kilku lat, cofamy się o jeszcze dodatkowych kilkanaście – do traktatu z Maastricht. Ustalone w Maastricht kryteria konwergencyjne dla państw wchodzących w skład unii walutowej nie wzięły pod uwagę struktury (oraz kultury) gospodarczej różnych państw. Modelem były Niemcy, kraj historycznie paranoicznie podejrzliwy wobec perspektywy inflacji, o nowoczesnym przemyśle i tradycji porozumień pracowników i pracodawców w sprawie płac. Tymczasem inne kraje rozwijały się również nieźle, lecz w inny sposób, np. dewaluującym liry Włochom oprócz dobrobytu przybywało w szybkim tempie zer na banknotach. Początek lat 90. to jednak okres dominacji ideologii neoliberalnej, której jednym z filarów jest dogmat niezależnego banku centralnego, dbającego o stabilność cen. Próba koordynacji polityki pieniężnej dla różnych krajów okazała się być równie karkołomna, co powożenie zaprzęgiem z koniem, osłem i żyrafą.

Niektórzy autorzy sugerują – czasem nieśmiało, czasem dość otwarcie – potrzebę wyjścia niektórych państw ze strefy euro. Adam Ostolski przy tej okazji wysuwa postulat walut lokalnych, co przy komplementarności z walutą senioralną ma swoje zalety (i już się dzieje np. w Szwajcarii, w Bristolu itd.). Sporo miejsca poświęcono bankom i sektorowi finansowemu, słusznie upatrując w zmianie tej sfery jednego z kluczowych elementów programu odnowy. Postulowane jest m.in. wprowadzenie podatku od transakcji finansowych, ale też wiele innych, bardziej technicznych rozwiązań. Pascal Canfin sugeruje rozwiązania problemu zmniejszenia bazy aktywów (a zatem również aktywności kredytowej) banków prywatnych poprzez oszczędności na bankierach i akcjonariuszach banków, zaś Jean Lambert mówi o potrzebie dostosowania przemysłu do nowej ery. Brzmi obiecująco. Cała książka zaś warta jest przeczytania chociażby po to, aby dowiedzieć się jak powstała organizacja Finance Watch, której historia pokazuje pozytywny impuls klasy politycznej i przeczy defetyzmowi przeciwników próby zmiany rzeczywistości poprzez działania polityczne.

Krytyka neoliberalnego porządku jest w „Grze…” równoważona elementami programu pozytywnego. Zabójczej polityce „wyścigu na dno” poprzez zmniejszanie kosztów pracy Zieloni przeciwstawiają programy inwestycyjne, zmniejszanie nierówności i…ekologię.

Ekologicznie i ekonomicznie?

Koncepcji Zielonego Nowego Ładu, polegającej na inwestycjach wielkiej skali, m.in. w zielone technologie i źródła energii odnawialnej, poświęca się w USA i Europie coraz więcej uwagi. Ta idea pojawia się w kilku miejscach w książce, przedstawiana jako rozumny wyraz myślenia o przyszłości i wskazanie, że dobrobyt społeczny, w tym ten najbardziej podstawowy (materialny), nie stoi w sprzeczności z przejściem na „zieloną stronę mocy”, lecz jest z nią powiązany. Mam jednak wrażenie, iż ta kwestia nie została w książce jednoznacznie rozstrzygnięta.

Odważnemu stawianiu sprawy i mierzeniu się z przyczynami krytyki i niepokoju eurosceptyków powinno towarzyszyć podchodzenie z respektem do głosów zaniepokojonych o społeczno-gospodarczy wymiar wpływu przestawienia energetyki na zielone tory. Trzeba przyznać z uznaniem, iż Bartłomiej Kozek nie ignoruje tematu, mierząc się z argumentami zaniepokojonych. Jest zresztą charakterystyczne dla całej publikacji, że troska o wymiar społeczny nadchodzących wyzwań nie ustępuje tu aspektowi ekologicznemu. Bardzo znamienne, iż fragment: „odejście od filozofii wzrostu opartego na grabieżczej eksploatacji zasobów Ziemi na rzecz filozofii trwałego rozwoju” od razu nasuwa skojarzenia ze znakomitymi pracami Lesława Michnowskiego, prezesa Klubu Twórców Ekorozwoju, od lat nawołującego do ekospołecznej zmiany na rzecz trwałego rozwoju, sprzeciwiającego się polityce „zero wzrostu”. Filozofia ekomyślenia Kozka jest podobna, wskazuje on na potencjał kreacji nowoczesnego przemysłu w oparciu o nowe technologie.

Faktem jest, iż koszty uzyskania zielonej energii stale maleją i nie jest wykluczone, że za niedługi czas mogą stać się częścią nowego przełomu naukowo-technicznego. Jednak przekonanie, iż „transformacja ekologiczna daje szansę na spokojne, bezbolesne »wyciąganie górników na słońce« poprzez przekwalifikowanie ich do rozwijających się sektorów zielonej gospodarki” – wydaje się przesadnym optymizmem. Nawet jeżeli nowe zielone technologie rzeczywiście stają się coraz bardziej wydajne, nie oznacza to, że wszystkie działania spod znaku rozwoju tej dziedziny muszą być pozytywne dla Polski. Autorzy przyznali, iż dekadę temu dość naiwnie niektórzy z nas zawierzyli samoistnemu żywiołowi europejskiemu – Unia i wszystko z niej płynące zdawało się być koniecznością dziejową, postępem. Podobnie może być z naszym stosunkiem do „zielonej gospodarki”.

Niewątpliwie Polska jest daleko z tyłu, jeśli chodzi o przewagi konkurencyjne w zielonych technologiach. Niewątpliwie też dalsze ograniczanie pozwoleń emisyjnych (tzw. backloading) i wzrost ceny emisji umocniłoby gospodarki już dziś silniejsze od naszej. Jednocześnie polski stopień uzależnienia od technologii średnio-emisyjnych nie może być drastycznie zmniejszany bez pogorszenia konkurencyjności naszej gospodarki. Trudno jest więc nie zgodzić się z opinią ministra środowiska, iż dalsze drastyczne ograniczanie emisji jest po prostu dyskryminujące w stosunku do naszego kraju i jest rozwiązaniem, które polepsza gospodarczą pozycję państw bogatych.

Postulaty ekologiczne są z natury rzeczy postulatami troski zarówno o środowisko, jak i o człowieka – leżą w ich wspólnym interesie. Myślę, że byłoby wielką szkodą dla potrzebnego ruchu ekologicznego, gdyby skanalizował swe działania w hurraoptymistycznym lobbingu na rzecz zbyt szybkiego i niepoliczonego wdrożenia rozwiązań potencjalnie szkodzących dobrobytowi społecznemu. Tak jak z rozsądkiem powinniśmy umieć patrzeć na dobro, jakim jest (lub może być) Unia, tak też rozsądna polityka ekorozwoju powinna być umiejętnie wymierzona. W naszej historii zbyt długo liczyły się tylko „dobre intencje” – już czas mierzyć efekty.

I polonezem przechodzi w Europę…

Ważkie i ciekawe rozmowy to jedno, solidna porcja wnikliwej analizy stanu chorego pacjenta „Europa” to drugie, ale najbardziej przekonujące w „Grze o Europę” jest poczucie autentycznej współodpowiedzialności, która pozwala snuć wizje lepszej zmiany. Wizje czasami nieco idealistyczne, ale pozytywnie różniące się od stanu europejskiej „debaty” na krajowym i zagranicznym podwórku, gdzie formułki i deklaracje zastępują zadumę nad przyszłością.

Dla wielu autorów, co przebija z kart „Gry…”, Europa jest rzeczywiście wspólnym domem, większą ojczyzną, przekraczającą bariery krótkowzrocznych partykularyzmów. Chociaż trudno zgodzić się z poglądem, iż państwa narodowe są anachronizmem, to globalizujący się świat o tak niewykorzystanym potencjale i tak wielu wyzwaniach absolutnie wymaga początków myślenia globalnego. Jeżeli Europa rzeczywiście będzie słabła, powodem tego będzie niezdolność do posiadania ambicji, zrozumienia własnej roli jako promotora rozwoju swojego i innych, biedniejszych części świata. Właśnie ambicji pozytywnej zmiany brakuje najbardziej – ale nie na kartach tej książki. Toczy się gra o nową, lepszą Europę – a zatem o naszą przyszłość. Przypomnienie o tym przez Zielonych zmusza do myślenia.

Zachęcam do lektury. Co ważne, książkę można pobrać w wersji elektronicznej całkiem za darmo tutaj.

O lepszą Europę?

Kto winien wczorajszych klęsk, kto budował lepsze jutro?

150 lat temu wybuchło Powstanie Styczniowe, kolejna nieudana polska próba obalenia rządów zaborcy i zbudowania swojego państwa na nowo. Walki trwały rok i już wkrótce potem ostatecznie zniesiono pańszczyznę. Cały świat patrzył w tamtym czasie na zupełnie inną walkę, której skutkiem było formalne uznanie podmiotowości ludzkiego istnienia. Była to walka Stanów Zjednoczonych o nowoczesny model gospodarczy, w tym o celną taryfę protekcyjną, pod której sztandarami prezydent Lincoln wygrał wyborczą konkurencję ze zbuntowanymi latyfundystami z południa. Ci ostatni nie chcieli zrozumieć istoty rozwoju społeczno-gospodarczego, kurczowo trzymając się metody nieludzkiego wyzysku, jako źródła swego bogactwa, i zbrojnie sprzeciwiając północnym koncepcjom.

Tymczasem polskie powstanie już po roku wygasało. Powstańcy, od początku będąc bez szans, nie zdołali opanować na dłużej żadnego ważniejszego miasta. Bilans militarny był jedynie zapowiedzią katastrofy politycznej. Reduty polskości w strukturze instytucjonalnej kraju zostały utracone, Polska została skazana na rusycyzację i niebyt. W roku 1864 kwestia istnienia polskiej organizacji państwowej, wyrażającej w zbiorowym wysiłku impuls rozwojowy narodu, leżała już ostatecznie poza naszą kontrolą. Wielki trend twórczy końca XIX wieku nie przesłoni faktu, iż także pod względem gospodarczym nawet dość szybko rozwijające się ziemie polskie były peryferiami, co widoczne jest chociażby przy badaniu wpływu zagranicznego kapitału (niemieckiego, belgijskiego, angielskiego) na rozwój przemysłu i handlu w tamtym okresie.

Odzyskanie niepodległości w roku 1918 było więc swego rodzaju „cudem”. Co prawda geopolityczne przesilenia, które stworzyły to wykorzystane przez naszych przodków „okienko możliwości”, nie były przypadkowe, jednak to nie my o nich współdecydowaliśmy i znajdowały się one poza naszą kontrolą.

Dzieje upadku

Rozważania na temat „kto winien” klęsk Powstania Styczniowego lub Powstania Warszawskiego są niestety rozważaniami o czasach wyjątkowo niekorzystnego klimatu geopolitycznego, gdy pole manewru politycznego było jednocześnie polem minowym. Warto jednak zadać to pytanie w odniesieniu do czasów I Rzeczypospolitej (1572-1795), której przywódcy mieli w ręku niepodległe i w miarę przyzwoicie prosperujące państwo, lecz je stracili. Ten straszny, wstydliwy fakt jest nieco łagodzony przez wspomnienia ostatniej części tego okresu, kiedy to za niedolę dzielonego kraju można było winić trzy państwa rozbiorowe: Rosję, Prusy i Austrię. Spojrzenie jednak na ostatnie dwa, trzy wieki przed ostatecznym rozbiorem prowadzi do znacznie smutniejszych konkluzji. Państwo polskie padło przede wszystkim ofiarą rażącej krótkowzroczności swojej elity. W czasie gdy wiele krajów tworzyło przemysł, modernizowało się, zarzucało nieetyczne i przestarzałe praktyki feudalizmu, czyniące gospodarkę nieefektywną, a większość ludzi ubogimi – w Polsce panowało późne średniowiecze. W swoich „Przestrogach dla Polski” Stanisław Staszic napisał: „Polska dopiero w wieku XV, cała Europa wiek XVIII kończy”.

Zacofana struktura gospodarcza wynikała, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, z oligarchicznej struktury społeczno-politycznej. Zgodnie z oligarchicznym impulsem (choć już niekoniecznie interesem) kraj powoli ogarniała stagnacja mobilności społecznej; coraz mniejsza liczba ludzi cieszyła się współwładztwem nad coraz nędzniej wyglądającym „postawem sukna”.

Te procesy trwały wieki przed ostateczną utratą niepodległości, a zaczęły się jeszcze przed tym, gdy powstanie na przełomie XVI i XVII wieku słabiutkiego państwa Brandenburgia-Prusy zasiało ziarno śmiertelnego konfliktu geopolitycznego. Nie da się ich wyjaśnić, stawiając na pierwszym planie kwestie narodowościowe, jak to jest czasami infantylnie czynione w celu tłumaczenia intencji niektórych krajowych postaci historii nowoczesnej i najnowszej. Mimo że intencje sąsiadów Polski, co oczywiste, nie zawsze nam sprzyjały, a korupcja i sabotaż również miały miejsce. Niestety, najkrócej rzecz ujmując, w ostatnich trzech wiekach istnienia państwa polskiego zawiodły setki osób odpowiadających za jego kształt.

Rzeczpospolita upadła ze względu na śmiertelny, degenerujący się układ stosunków społeczno-gospodarczych w kraju. Było oczywiście wielu ludzi o szerokich horyzontach, niektórzy (jak A. Frycz Modrzewski) uzyskiwali nawet niewielki wpływ na myślenie klasy politycznej, to wszystko jednak nie wystarczyło. Upadek kraju postępował nieuchronnie aż do czasu rozbiorów, zaś do odzyskania niepodległości potrzebny był (w pewnym sensie) „cud”.

Nauka na własnych błędach

Ten „cud” sprawił, że mimo fatalnych geostrategicznych pozycji Polski dwudziestego wieku od blisko stulecia nieprzerwanie istnieje idea własnego państwa, wyrażającego rozwojowe ambicje naszej kultury językowej. Lata zależności od ZSRR również nie przekreśliły tej naturalnej potrzeby doskonalenia spraw społecznych, nauki, kultury, sfery dóbr publicznych. Gdy w 1990 r. rozpoczęła się na dobre transformacja gospodarcza, była ona okazją do w miarę samodzielnego kształtowania nowego porządku w oparciu o sprawdzone wzorce, takie jak niemiecka społeczna gospodarka rynkowa.

Swoboda manewru nie była jednak aż tak duża, zważywszy na panujący neoliberalny Konsensus Waszyngtoński i zależność od kredytodawców z okresu PRL. Szybko dały się we znaki presja inflacyjna, niski poziom kapitału Polaków podczas prywatyzacji, patologie związane z „pierwotną akumulacją kapitału” („Pierwszy milion trzeba ukraść”) i mało konkurencyjną (w porównaniu do np. Czech) strukturą gospodarki, powodującą szybki wzrost bezrobocia. Wspomniane ograniczenia w połączeniu z doktrynerską wiarą w możliwość „szokowej” zmiany gospodarki i społeczeństwa pociągnęły za sobą niepożądane konsekwencje społeczne (bezrobocie, rozwarstwienie) i gospodarcze (utrata niektórych gałęzi przemysłu, np. elektroniki).

Czynnikiem najbardziej istotnym dla dobrobytu Polaków jest struktura gospodarcza kraju. Niestety wydatki „na gospodarkę” były znacznie niższe niż we wspomnianych Czechach. Szczególnie jednak dotkliwy jest rozziew, gdy chodzi o wydatki na naukę, badania i rozwój. Szokująco niski poziom tych wydatków jest główną blokadą w przezwyciężaniu strukturalnego zapóźnienia naszego kraju.

Warto także pamiętać o niezwykle ważnej roli polityki pieniężnej, a zatem wpływającej na cenę kredytowania gospodarki. Czas transmisji decyzji Rady Polityki Pieniężnej w sprawie stóp procentowych to ok. 4-6 kwartałów. Fatalne decyzje Rady w 2000 roku przerodziły się w latach 2001-2002 w stagnację gospodarczą.

Co zrobić?

Dziś, w obliczu ryzyka kolejnego zastoju w gospodarce, potrzebne są działania z zakresu polityki pieniężnej, fiskalnej i strukturalnej, skutkujące trwałą poprawą warunków rozwojowych.

Pierwszym elementem powinny być prowzrostowe działania w zakresie polityki pieniężnej. W obliczu niskiej inflacji i zaufania inwestorów (których nie trzeba kusić nadmiernie wysokim procentem) potrzebne są większe cięcia stóp procentowych. Powolna i zbyt ostrożna polityka Rady w zeszłym roku sprawiła, iż koszt pieniądza i kurs polskiej złotówki nie działają pobudzająco na gospodarkę. Stopniowe cięcia w kierunku stopy referencyjnej na poziomie 3% procent wysłałyby pozytywny sygnał do mających nagromadzone niemałe środki pieniężne polskich przedsiębiorców, iż nadchodzi czas na podejmowanie nowych inwestycji, oraz zapewniłoby wzrost w roku 2014. Jednocześnie lekkie poluzowanie rekomendacji Komisji Nadzoru Finansowego dla banków pozwoliłoby na śmielszą akcję kredytową po niższym koszcie pożyczania pieniądza.

Kolejnym filarem powinna być polityka wzrostu wydatków budżetowych, niezbędna przy gasnącym popycie krajowym. Deficyt państwa znacząco zmalał od roku 2009, zbliżając się do restrykcyjnych kryteriów z Maastricht (3%). Jednocześnie niestety narzucona sobie przez rząd reguła wydatkowa nie pozwala przekraczać poziomu 55% długu publicznego do PKB, co zmusza ministra finansów do księgowej ekwilibrystyki. Reguła wydatkowa powinna zostać zniesiona, szczególnie że w porównaniu z wieloma krajami Unii polski poziom jest co najwyżej średni, w żadnym razie nie zagrażający stabilności, czego dowodzi rosnące zaufanie inwestorów do polskich obligacji.

Klimat do odważnej akcji wydatkowej i akcentowania wagi wzrostu gospodarczego jest znacznie lepszy niż w 2011 roku. Dziś agencje ratingowe, budzące dawniej strach, nie są już traktowane poważnie, zaś polityka cięć budżetowych spotyka się z coraz śmielszą krytyką.

Przyznanie się przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy do błędu w sprawie greckich cięć budżetowych jest niezwykle ważne z dwóch powodów. Po pierwsze oznacza ono uznanie, że – szczególnie w czasach kryzysu – wydatki państwa przynoszą znacznie więcej pożytku niż szkody; tzw. mnożnik jest większy niż jeden, co oznacza, iż każda złotówka wydana z budżetu przydaje w PKB kraju więcej niż jeden złoty. Po drugie do błędu przyznaje się organizacja, której działania zostawiły po sobie łzy na wszystkich kontynentach, ostatnio także w Europie. MFW była wspornikiem neoliberalnego Konsensusu Waszyngtońskiego. Chociaż ostatnia publikacja może być częściowo tłumaczona jako chęć wstrząśnięcia opinią publiczną i decydentami przez głównego ekonomistę MFW Oliviera Blancharda, nie zaś jako zmiana kursu samego Funduszu, to i tak efekt jest dość poważny i jeszcze wzmacnia trend wyraźniejszego akcentowania wagi wzrostu gospodarczego.

Tym samym osłabienie pędu do cięcia wydatków jest mniej ryzykowne oraz bardziej potrzebne także w polskim przypadku. Nawet prezes NBP przyznał w tym temacie w grudniu: „Skoro nie musimy się ścigać [w cięciach], to się nie ścigajmy. A nie musimy”. Niezwykle istotne będzie w tym kontekście również zachowanie odpowiedniego poziomu wydatków samorządów.

Ostatnim elementem planu naprawy jest użycie inwestycyjnego defibrylatora nakierowanego na strukturalne zmiany gospodarki. Jeden z jego elementów stanowi spółka Polskie Inwestycje Rozwojowe, która pierwszych inwestycji zamierza dokonywać w drugiej połowie roku, co może znacząco pomóc koniunkturze. Konieczny jest sprawny wybór projektów inwestycyjnych, spełniających warunki pracochłonności podczas procesu inwestycyjnego (dla odciążenia wysokiego bezrobocia) oraz przede wszystkim dających wysokie stopy zwrotu, choćby pośrednio (np. inwestycje w sieci przesyłowe i bloki energetyczne). Ważne będzie również wsparcie przedsiębiorstw tanim kredytem wytwórczym przez BGK.

Poprawa innowacyjności polskiej gospodarki powinna się odbywać nie tylko przez planowany fundusz Innowacje Polskie, lecz również za pomocą wykorzystania szansy na wielomiliardowy „motor inwestycyjny” dzięki starannej pracy przy przetargach dotyczących budowy tzw. tarczy jagiellońskiej (obrona powietrzna przeciwlotnicza i przeciwrakietowa). Polska myśl techniczna jest w stanie podołać dużej części tego wyzwania, co oznaczałoby wielki wzrost wysoko zaawansowanego przemysłu technicznego i precyzyjnego, a także rozwój ośrodków naukowo-badawczych, również na rzecz produkcji cywilnej.

Jednocześnie konieczne jest planowanie strategiczne, na wzór dawnego Rządowego Centrum Studiów Strategicznych, zdolne przewidywać zagrożenia, szanse i uboczne konsekwencje podejmowania różnych działań. Takie programowanie wizyjne jest konieczne w coraz bardziej skomplikowanym świecie, szczególnie w dobie gospodarki opartej na wiedzy. Planowanie strategiczne pozwoliłoby na bardziej harmonijny i dalekosiężny proces inwestycyjny i premiowanie rozwiązań dających najlepsze efekty w długim okresie.

Spoglądajmy zatem po nauki w przeszłość, ale pamiętajmy o dziś i o jutrze, aby w przyszłości nikt nie myślał o nas tego, co my mamy prawo myśleć o elitach I Rzeczypospolitej.

Kiedy będzie „lepsze jutro”?

Kiedy będzie „lepsze jutro”?

Zapnijcie pasy i złapcie za czapki – mówią nam eksperci – do Polski nadchodzi szalejący europejski kryzys. Z tym należy się zgodzić: kolejne kwartały będą pokazywały coraz gorsze wskaźniki makroekonomiczne. Wkrótce i u nas aktualny stanie się bon mot, iż „lepsze jutro było wczoraj”. Ten ahistoryczny pogląd będzie trzeba wypalać żywym ogniem w roku 2013, kiedy to podstawowe usługi publiczne, szczególnie na prowincji, padną ofiarą zmasowanej presji narracji spod znaku „koniecznych wyrzeczeń”. Jeżeli jednak nie mamy przestać wierzyć w lepsze jutro, powinniśmy już dziś mieć w głowie jego wyobrażenie – postęp nie jest bowiem replikacją przeszłości.

Jak powinniśmy mierzyć rozwój? Czy bezduszny ekonomizm nie odbiera znaczenia takim dobrom jak czas wolny lub rozwój kulturalny jednostki? Kiedy możemy naprawdę powiedzieć, że podążamy drogą rozwoju?

Nie od dziś wiadomo, iż współczynnik PKB może być bardzo niedoskonałym wyznacznikiem rozwoju i jakości życia. Warto pamiętać, że podczas ostatniego „boomu” gospodarczego (ok. 2006–2007), przy bardzo wysokim wzroście gospodarczym, wyemigrowało z Polski około miliona osób. Papierowe Eldorado miało dla polskich emigrantów mniejszy urok niż niepewne perspektywy życia za granicą. Nic dziwnego, bowiem wiele z tej przyrosłej „wartości” nierzadko było wartością jedynie papierową, np. drożejących mieszkań. Poza światem instytucji finansowych i przywódców państw nie jest wielkim odkryciem stwierdzenie, że postęp, który dokonuje się w czasie (np. dekady albo tysiąclecia), nie powinien być mierzony monetarnie, lecz materialnie. To nie liczba złotówek czyni nasz kraj bogatszym w porównaniu do czasów Bolesława Chrobrego. Sprawia to ilość i jakość fizycznych dóbr, które potrafiliśmy stworzyć i obrócić na nasz użytek.

Skojarzenie rozwoju z poziomem produkcji jest więc już dobrym wstępem do dyskusji, choć niezupełnie wystarczającym. Całkowicie materialne ujęcie owego postępu nie czyni zadość niezwykle ważnej kategorii „opanowania ognia”, czyli powiększania dostępu oraz tworzenia nowych źródeł energii, kluczowych dla masowej produkcji dóbr fizycznych. Wskazanie na ten niematerialny postęp i jego źródła, leżące w innowacyjnej działalności człowieka, pozwala wyodrębnić to, co jeszcze bardziej niż wysokie wieżowce i odbiorniki telewizyjne tworzy przepaść między nami a naszymi praszczurami sprzed milenium. Tym czymś jest wiedza. Bez jej kreowania i kumulacji nie byłoby mowy o rozwoju, bowiem postęp cywilizacyjny, zarówno gospodarczy, jak i społeczny, jest funkcją umiejętności tworzenia i wykorzystania kapitału intelektualnego. W procesie kreowania bogactwa to właśnie zastosowanie nowych rozwiązań, wynalazków i usprawnień zwiększa ilościowo i jakościowo pole dostępnych dóbr i usług.

Antyrozwojowy model stosunków przemysłowych (kapitału i pracy), będący pokłosiem niezrozumienia źródeł postępu, prowadzi do wynaturzeń i wyzysku. To z kolei służy do pochopnego podważenia tezy, zgodnie z którą źródłem polepszenia jakości życia populacji jest poprawa produktywności pracy. Oczywiście, możliwe jest czasowe „rozjechanie się” poprawy produktywności pracy, osiąganej dzięki ludzkiej innowacyjności, z poprawą jakości życia. Możliwy jest również czasowy wzrost jakości życia większości populacji dzięki odebraniu i konsumowaniu „nadwyżki”, będącej wcześniej w posiadaniu niewielkiej warstwy superbogaczy. Niemniej w dłuższym okresie niemożliwy jest stały wzrost jakości życia w warunkach kurczącej się lub nierozwojowej gospodarki. Chodzi tu zarówno o szybszy przyrost fizycznych dóbr na głowę, jak i o towarzyszące temu przyrost i ujarzmianie energii.

W gruncie rzeczy jednak najważniejszy jest inny argument. Otóż jeżeli przyjmiemy, że źródłem postępu są twórcze zdolności człowieka, skutkujące rozwojem naukowo-technicznym, wówczas polepszanie warunków życia ludzi jest skutkiem oraz przyczyną tegoż postępu. W coraz to bardziej ludzkich, oderwanych od materialnych trosk warunkach życia powstaje miejsce dla kształtowania się twórczych możliwości człowieka. Zatem pytanie o sens wysokopłatnego parytetu płac, zmniejszania wymiaru czasu uciążliwej pracy czy dotowania działalności kulturalnej i oświatowej wydaje się być zbędne. Poprawa wydajności pracy i lepsze warunki życia idą w parze, powiązane w przyczynowo-skutkowym splocie z ludzkim impulsem twórczym.

Natrafiamy w tym miejscu na kolejne zagadnienie, którego nie można przemilczeć. Skoro ludzkość zdolna jest – dzięki rozwijaniu indywidualnych potencjałów i rozprzestrzenianiu wiedzy na coraz większą liczbę osób – do powiększania „systemu”, w którym żyje, logiczna wydaje się możliwość zużywania zasobów w zbyt szybkim tempie. Na problem ten zwrócili uwagę 40 lat temu D. i D. Meadowsowie w swoim raporcie dla Klubu Rzymskiego, zatytułowanym „Granice wzrostu”. Raport wywołał alarm swoimi przewidywaniami, że połączone trendy zużywania zasobów, wzrostu populacji i zanieczyszczeń doprowadzą do radykalnego pogorszenia warunków życia. Prognozy nie sprawdziły się jednak. Do roku 2012 świat miał wyczerpać 12 z 19 substancji, które badali Meadowsowie, w tym m.in. aluminium, ropę, gaz ziemny, srebro, cynk, molibden, miedź i ołów. Jak wskazał autor artykułu w magazynie „Foreign Affairs”, ilość zasobów, które będzie można wytworzyć dzięki ludzkiej pomysłowości [inegnuity], daleko przewyższa wymagania ludzkiej konsumpcji1.

Mimo iż powyższy przykład dowodzi, że czasowe granice wzrostu są przekraczalne, zignorowanie możliwości pojawienia się wielkich zagrożeń byłoby nierozsądne. Skala globalnej aktywności gospodarczej wymaga stałego monitoringu zachodzących procesów oraz ingerowania w nie. Rozwój bowiem, jeżeli daje się go jakkolwiek zdefiniować, powinien być mierzony jako zapewnienie długookresowej zdolności poprawy warunków życia, towarzyszącej zwiększaniu potencjału wiedzy i materialnych instrumentów potrzebnych do przeżycia. Pytanie więc brzmi: czy nauka jest dziś przygotowana do podołania wyzwaniom rysującym się na horyzoncie? Przy całym optymizmie należy przyznać, że jest wiele do zrobienia w tej kwestii.

Niektóre pożądane kierunki zmian są oczywiste i nie wymagają wielkiego podniesienia poziomu obecnej wiedzy. U progu XXI wieku przychodzi nam się zmagać z kryzysem dezindustrializacji i rosnącego rozwarstwienia społecznego. Inteligentne zarządzanie może poradzić sobie ze skutkami tego stanu rzeczy poprzez regulację systemu finansowego i politykę gospodarczą zainteresowaną gospodarką sfery realnej. Jednak realizacja ambitniejszych, moralnie i ekonomicznie koniecznych, globalnych wyzwań, takich jak dynamiczny rozwój krajów zapóźnionych, jest niezwykle odległa. Podjęcie takich projektów, służących całej światowej społeczności, opartych na rozpowszechnieniu wiedzy i techniki w krajach o niskim poziomie rozwoju oraz rozbudowie globalnego potencjału twórczego, wymaga wizji, instrumentów i narzędzi, których współczesnej nauce brakuje.

Współczesna ekonomia znalazła się w ślepej uliczce, ograniczona narzuconymi sobie dogmatami. Brak w niej interdyscyplinarności i odwołań do rzeczywistego świata, z jego uwarunkowaniami społecznymi i politycznymi. Oparta jest na sztucznych matematycznych modelach, do których na siłę dopasowywane są realia empiryczne, zaś jej celem jest nie rozwojowa zmiana, lecz znalezienie się w upragnionym statycznym punkcie optimum.

Bez uporania się z przyczynami błędnego myślenia ekonomicznego, skuteczna walka z efektami kryzysu nie może mieć miejsca. Twórczy aspekt rozwoju został w dzisiejszych czasach całkowicie utracony w nierozumnym formalizmie modeli. Jest to efekt politycznego triumfu neoliberalizmu. Pod maską nauki społecznej narzuca on swój regresywny ogląd świata, w którego centrum jest egoistyczna jednostka. Wytyczone ściśle i sztucznie ramy działania ekonomistów nie zostawiają miejsca na rozwój. Jak stwierdziła grupa krytycznych ekonomistów, przyczynę ostatniej katastrofy tej dyscypliny, którą było nieprzewidzenie kryzysu, stanowiło skupienie się na modelach zaprojektowanych tak, aby ignorować kluczowe elementy wpływające na rzeczywisty rynek2.

Dzisiejsze nauki ekonomiczne zmniejszają liczbę palących problemów, „rozwiązując” je poprzez nieuznanie ich istnienia. Według ortodoksyjnej teorii bank centralny powinien być w pełni niezależny (od społeczeństwa), aby nie być użytym do pobudzania wzrostu, lecz jedynie zajmować się obroną świętej stabilności cen, co faworyzuje rentierów i kredytodawców.

Dla bezrobotnych zaś wielkim pokrzepieniem musi być fakt, iż w dominującym obecnie w pracach ekonomistów (i uznanym za wielkie osiągnięcie) modelu DSGE bezrobocie jest zawsze dobrowolnym wyborem bezrobotnego. Ten sam model w swojej standardowej wersji nie zakłada w ogóle istnienia sektora finansowego i banków. Krytykujący dominujące „mądrości” ekonomista Philip Arestis zwraca uwagę: musimy uwzględniać banki, musimy uwzględniać fakt istnienia pieniądza3.Dlaczego?

Dobitnie pokazuje to głośna dysputa Paula Krugmana z kwestionującym obecny paradygmat Stevem Keenem. Krugman, mimo swej krytyki polityki cięć oszczędnościowych, bronił standardowego modelu neoklasycznego, w ostateczności posuwając się do kompromitującego stwierdzenia, iż brak uwzględnienia przez modele faktu istnienia banków i sektora finansowego nie ma żadnego znaczenia. Otóż ma ogromne znaczenie i pozwala wyjaśnić rzekome „paradoksy”, z którymi nie potrafi sobie poradzić neoklasyczna ekonomia, tłumacząc niedociągnięcia „szokami zewnętrznymi”, czynnikami behawioralnymi, brakiem zaufania rynków itd. Według owej neoklasycznej, mainstreamowej teorii ekonomicznej, obniżka stóp procentowych i luzowanie ilościowe (QE), czyli zwiększenie tworzenia pieniądza przez bank centralny, powinny skutkować ożywieniem gospodarczym i inflacją. Tymczasem mamy do czynienia z gospodarczą stagnacją i co najwyżej inflacją na spekulacyjnych rynkach giełd towarowych. Wyjaśnienie jest proste: to rezultat polityki banków komercyjnych, pośredniczących i – mówiąc w wielkim uproszczeniu – współemitujących pieniądz, a także instytucji finansowych, posiadających wielkie ilości prywatnych zobowiązań (długu, derywat).

Dopiero takie postawienie sprawy pozwala pójść krok dalej w analizie ekonomicznej i prześledzić przepływy nowo powstającego pieniądza, kredytu i długu. Wtedy zrozumiałe stanie się, dlaczego usilnie promowana jest fałszywa narracja zbyt wielkiego długu publicznego. Okaże się, iż tak naprawdę to długi prywatne, spekulacyjne piramidy finansowe poza wszelką kontrolą państwa, wysysają kreację pieniądza na potrzeby finansowania obsługi tego gigantycznego, wirtualnego kasyna.

Ten obraz jest jednak starannie ukryty i niewidoczny w mainstreamowej ekonomii. Dzieje się tak, ponieważ konstruowane modele są w istocie ekstrapolacją zachowań gospodarczych w mikroskali na skalę makro. Bazą do rozważań o gospodarce jest wobec tego jeden wymyślony neoklasyczny homo economicus i jego zachowania. Do jak wielkich pomyłek prowadzi to założenie, pokazały nam ostatnie lata eksperymentów z cięciami budżetowymi.

Niczym innym niż fatalnym błędem jest porównanie budżetu gospodarstwa domowego i państwa. Całość (państwo) nie ma tych samych właściwości co jego części, jest też czymś innym niż ich sumą (gdyż suma racjonalnych decyzji jednostek niekoniecznie przekłada się na optymalny stan gospodarki4). Dlatego gdy dla gospodarstwa domowego oszczędzanie jest często dobrą strategią, państwo może wydawać więcej, dla maksymalizacji potencjału rozwojowego, stymulacji gospodarki i utrzymania zatrudnienia.

Niestety neoliberalne recepty cięć budżetowych znalazły wygodną „podkładkę”, jaką były przeczące wielu innym badania pary Alesina & Ardagna z 2009 roku, sugerujące dobroczynne skutki cięć oszczędnościowych. Po pewnym czasie tendencyjny dobór danych stał się oczywisty5, nawet dla narzucającego pakiety „reform” Międzynarodowego Funduszu Walutowego, jednak przysłowiowe mleko już się rozlało, zaś pseudonaukowy mit, mimo swej niewiarygodności, został wykorzystany ku większej chwale spekulantów, przejmujących za bezcen wyprzedawany grecki majątek.

Dobór danych pod tezę jest, według zajmującego się szczegółową analizą badań prof. Toma D. Stanleya, plagą aż 70% publikacji. Co smutne, acz mało zaskakujące, to fakt, iż bardziej prestiżowe czasopisma są jednocześnie bardziej tendencyjne. Konsensus, jak zauważył zespół Stanleya, znacząco zmniejsza wartość merytoryczną i dokładność badań. Poddał on analizie m.in. dostępne badania na temat wpływu płacy minimalnej na liczbę zatrudnionych. Po ponownym ich przetworzeniu okazało się, iż wzrost płacy minimalnej ma zerowy lub statystycznie nieistotny wpływ na liczbę zatrudnionych.

Istnienia modeli ekonomicznych w takiej formie jak dzisiaj nie da się wytłumaczyć pozytywnymi rekomendacjami dla praktyków polityki gospodarczej, gdyż ich użyteczność jest po prostu niska. Tym trudniej bronić pozytywnego dydaktycznego wpływu modelowania na myślenie młodych ekonomistów. Jak zauważył prof. Jan Toporowski, na pytanie o trudności, jakie ma dziś przed sobą ekonomia, studenci pierwszego roku opowiadają o walce z biedą, kwestii wzrostu, czasami wymieniają deficyt. Studenci trzeciego roku wcale nie wspominają o tych kwestiach. Nauczanie i rozumienie ekonomii kuleje, w czego następstwie gospodarka zmierza ku recesji.

Jak wskazują krytycy, stary model, powielany m.in. w uznanych przez młodych ekonomistów za święte podręcznikach Paula Samuelsona6, zakłada, iż wartość sumy czynników włożonych w produkcję jest tożsama z wartością gotowego produktu. Tym samym w procesie gospodarczym wartość nie jest tworzona (co najwyżej odkrywana), gdyż to, co powstanie, równe jest temu, co już jest. Ten pozornie logiczny nonsens pozwala lansować niemające wiele wspólnego z rzeczywistością ricardiańskie założenie, iż wyższe płace robotnika muszą oznaczać niższy zysk. Ekonomia w tym modelu jest statyczna, nic więc dziwnego, że oparta na niej polityka gospodarcza przynosi stagnację. Jak stwierdził ekonomista Frank Hahn, Często zastanawiam się, czy inne dyscypliny też tak mocno cierpią przez autorów podręczników7. Konieczna jest alternatywa wobec neoliberalnej ortodoksji, szkodzącej nie tylko swej dyscyplinie, ale i całemu społeczeństwu.

Tak jak odpowiedzią na wywody Samuelsona jest znacznie lepszy podręcznik Davida Colandera8, tak też odpowiedzią na fakt, iż ani klasycy, ani neoklasycy, ani keynesiści nie poradzili sobie z dochodem i zyskiem9, jest zintegrowane podejście do kredytu, pieniądza, dochodu, produkcji i bogactwa z prac Godleya i Lavoie’a10. Skonstruowany przez nich i ich naśladowców model typu stock-flow znacznie lepiej odzwierciadla rzeczywistość i wskazuje m.in., że w przeciwieństwie do każdego modelu klasycznego zyski nie zawsze wracają do gospodarstw domowych, zaś oszczędności nie są równe inwestycjom. Wprowadzenie tych urealniających zmian całkowicie zmienia obraz sytuacji. Jak wskazuje w swej książce „Nikt tego nie przewidział?”11 jeden z czołowych ekonomistów nowego nurtu, Dirk Bezemer, przed kryzysem ostrzegała grupa ekonomistów pokazujących rzeczywiste przepływy (flow of funds) w gospodarce i finansach. Jednym z nich był Michael Hudson, który jeszcze przed kryzysemwskazywał, że pomimo pęczniejących bilansów „realna gospodarka” ugnie się pod ciężarem bańki prywatnych długów, odciągającej kredyt od inwestycji w kapitał wytwórczy. Mimo to zamykający oczy i zatykający uszy wpływowi ekonomiści głównego nurtu i finansiści twierdzą, iż „nikt tego nie przewidział”.

Jednocześnie mamy do czynienia z reinterpretacją kryzysu na neoliberalną modłę i brak jakiejkolwiek refleksji nad przyczynami porażki ekonomii głównego nurtu, gdzie wciąż w modzie jest zamaskowane skomplikowaną matematyką wyszukiwanie korelacji w ramach nierealistycznych modeli. Narzędzia pracy ekonomisty zamiast ułatwiać, uniemożliwiają mu jej wykonywanie. Warto zauważyć, że podobnie nierealistyczne, statyczne podejście byłoby nie do przyjęcia w łatwiej namacalnych co do swych efektów naukach o zarządzaniu. Trudno wyobrazić sobie firmę, która przez kolejne dekady byłaby zarządzana przy założeniach rynku jako „gry o sumie zerowej”, bez możliwości wzrostu, zmiany, innowacji. Nieprzypadkowo uważana za wzór dobrej szkoły menedżerów Harvard Business School została założona przez protegowanego Gustava Schmollera, ekonomisty z niemieckiego nurtu szkoły historycznej. Do dziś działa ona w oparciu o koncepcje tej szkoły, znacznie lepiej rozumiejącej gospodarczą rzeczywistość i procesy wzrostu. Inna prestiżowa szkoła biznesu – Wharton Business School – została założona przez Josepha Whartona, ucznia Henry’ego Careya, wybitnego ekonomisty promującego interwencjonizm państwowy12.

Aby ekonomia głównego nurtu również zdawała test nauki o skutecznym działaniu, musi, po ucieczce z ciasnego więzienia swych założeń, zacząć mierzyć się z realnymi problemami. To oznacza wymyślanie na nowo rozwoju, podobnie jak robili to myśliciele w poprzednich epokach, umiejętnie korzystając z nowo dostępnych narzędzi (matematycznych, cybernetycznych) podporządkowanych osiągnięciu wytyczonej przez myśl ścieżki rozwoju.

Po pierwsze globalizacja procesów gospodarczych, społecznych, światowy wymiar regionalnych zmian demograficznych, klimatycznych, kulturowych etc. wskazują na potrzebę zdecydowanie bardziej interdyscyplinarnego podejścia naukowego. Tym samym ekonomista nie może ignorować tych aspektów kultury, nauk społecznych i przyrodniczych, które wpływają nawet bardzo pośrednio na jakość życia społeczeństwa. Nie może abstrahować od kwestii struktury społecznej i z niej wypływającej siły politycznej i ekonomicznej. Musi również umieć używać narzędzi programowania wizyjnego, pozwalającego przewidywać możliwość wystąpienia w dalekiej przyszłości „ubocznych” i nieoczywistych efektów i sprzężeń zwrotnych procesów dziejących się dziś i w przeszłości. Przykładowo musi umieć ocenić efekty (pozytywne, negatywne, neutralne) wprowadzenia danej technologii na np. zdrowie. Rodząca się obecnie complexity economics jest zalążkiem takiej koniecznej naukowej „infrastruktury” planowania strategicznego.

Po drugie niezwykle ważny jest powrót do ekonomii metafor biologicznych, podkreślających zmienność, ewolucyjność i złożoność procesów gospodarczych. Aby uczynić zadość chęci wymyślania nowej drogi rozwoju, przedmiotem rozważań w miejscu myślenia statycznego musi być zatem dynamika. W klasycznej teorii ekonomii wartość powstaje dzięki akumulacji kapitału. Jak zauważył w latach 50. profesor Uniwersytetu Stanforda, Moses Abramowitz, czynnik ten można w wyliczeniach określić na jedynie ok. 10–15% wpływu na powstanie nowej wartości, zaś resztę (85–90%) jako miarę niewiedzy ekonomistów13. Istnieje jednak grupa ekonomistów (m.in. Carlota Perez, W. Drechsler, R. Nelson i wielu innych), którzy znacząco zmniejszają tę miarę, studiując ewolucję gospodarki i jej wchodzenie w nowe fazy rozwoju. Dzięki ich pracy nasze pojęcie o tym „nieznanym” czynniku, czyli ludzkiej kreatywności, nie jest zlepkiem ogólnie słusznych stwierdzeń, lecz rygorystyczną, naukową podstawą do świadomego wchodzenia na nowy poziom rozwoju, swoistym przewodnikiem po naturze zmian paradygmatów technologiczno-gospodarczych.

Studia te rozwijają się w nowy kierunek14, zwany technology governance, świadomie integrujący historię myśli ekonomicznej, makroekonomię, zarządzanie na poziomie wdrożeń innowacji do biznesu, ekonomię ewolucyjną i narodowe systemy innowacji. Właśnie ten aspekt, czyli zarządzanie wiedzą i techniką, aby dokonać jakościowych, systemowych przeobrażeń gospodarki jako całości, wydaje się być, oprócz kompleksowego gospodarczego programowania wizyjnego, przyszłością nauki o rozwoju, a zatem (z jego natury) o wymyślaniu rozwoju na nowo.

Oczywiście dziś, gdy wciąż dyskutowana jest kwestia wdrożenia lub wycofania polityki rażąco głupich cięć oszczędnościowych, kurczących gospodarkę, wspomniane wyżej kierunki zdają się być pieśnią odległej przyszłości. Mimo wszystko są powody do umiarkowanego optymizmu. W ostatnich latach internet zaczął obfitować w strony i blogi poświęcone alternatywom dla dzisiejszej ekonomii. Są niejednokrotnie prowadzone przez ekonomistów (często uznanych), których niezwykła aktywność i rozpierająca energia nie mogą być wytłumaczone tylko ambicjami środowiskowymi i chęcią udowodnienia swojej racji. Można je wytłumaczyć jedynie głębokim, mającym mocne naukowe podstawy, przekonaniem o możliwości zmiany ekonomii, a za jej pomocą świata i warunków życia oraz przyszłości miliardów ludzi. Choć stara ekonomia jeszcze się trzyma, to nowa już bardzo mocno napiera wzbierającym entuzjazmem jej zwolenników. Zupełnie świadoma, z jak słabym i fałszywym przeciwnikiem ma do czynienia – nie odpuści.

Krzysztof Mroczkowski

Przypisy:

  1. Bjorn Lomborg, Environmental Alarmism, Then And Now. The Club of Rome’s Problem – and Ours, „Foreign Affairs” July-August 2012, ss. 24–40.
  2. David Colander et al. The Financial Crisis and the Systemic Failure of Academic Economics, „Kiel Working Paper” 1489, February 2009, s. 1.
  3. Interventions. 17 Interviews with Unconventional Economists (2004–2012), Metropolis Verlag 2012, s. 16.
  4. Jest to tzw. błąd kompozycji (fallacy of composition): Charles P. Kindleberger, Manias, Panics, and Crashes: A History of Financial Crises (2nd Ed.), London 1989, s. 243.
  5. Sebastian Dullien, Is new always better than old? On the treatment of fiscal policy in Keynesian models, „Review of Keynesian Economics”, Autumn 2012, London s. 16.
  6. „PKB może być mierzone w dwojaki sposób: (1) jako produkty końcowe albo (2) jako suma kosztów ich produkcji. Obie metody wyniosą dokładnie ten sam łączny PKB” (Samuelson and Nordhaus 1998, p. 392) cytowany w: Egmont Kakarot-Handtke, The Common Error of Common Sense: An Essential Rectification of the Accounting Approach, „Levy Economics Institute Working Paper” No. 731, 2012, s. 11.
  7. E. Kakarot-Handtke, op. cit.
  8. Podręczniki Davida Colandera:Economics, a także Microeconomics oraz Macroeconomics, wydawane przez dom wydawniczy McGraw-Hill, tworzą przeciwwagę dla trwającej dziesiątki lat dominacji podręczników Samuelsona. Ich autor w 2010 r. stanął przed Kongresem i w szeroko komentowanym wystąpieniu wypunktował błędy ekonomii głównego nurtu i ich wpływ na kryzys.
  9. E. Kakarot-Handtke, op. cit.
  10. Wynne Godley and Marc Lavoie, Fiscal Policy in a Stock-Flow Consistent (SFC) Model, 2007.
  11. Dirk J. Bezemer, „No One Saw This Coming”: Understanding Financial Crisis Through Accounting Models, 2009.
  12. Daniel A. Wren and David D. Van Fleet, History in Schools of Business [w:] Jeremy Attack (ed.) Business and Economic History, Second Series, Volume Twelve, 1983, ss. 29–36.
  13. Moses Abramovitz, Resource and Output Trends in the United States Since 1870, „The American Economic Review” Vol. 46, No. 2, Papers and Proceedings of the Sixty-eighth Annual Meeting of the American Economic Association (May, 1956), ss. 5–23.
  14. Zarówno jako nurt poszukiwań naukowych, jak i program nauczania, czego przykładem są nowoczesne studia magisterskie Technology Governance na Tallińskim Uniwersytecie Technicznym, prowadzone przez wielu naukowców czołowych w swych dziedzinach.
O lepszą Europę?

Wiatr zmian

Wszystkie znaki na polskim i europejskim niebie wskazują, iż początek przyszłego roku będzie niestety okresem dalszego spowolnienia gospodarczego. Ze wszystkimi tego konsekwencjami społecznymi w postaci wzrostu bezrobocia i spadku siły nabywczej przeciętnego portfela. Rząd roztacza przed nami obraz nadchodzącej tuż-tuż wichury, przy sile której moc sprawcza naszych wysiłków jest niewielka. Mimo to, niczym kolarz czujący za plecami groźne podmuchy trąby powietrznej, decydenci obiecują wytężyć wszystkie siły, aby polska gospodarka uniknęła wpadnięcia w ciemny wir.

Zacznijmy od dobrych wieści: w miejsce kończących się środków z europejskiej perspektywy finansowej uruchomione zostaną nowe mechanizmy stymulacji inwestycyjnej. Ich głównym elementem ma być spółka „Inwestycje Polskie”. Podczas prezentacji tego pomysłu minister Budzanowski stwierdził, iż „jedna złotówka będzie mieć siłę kilku złotych”, zaś wydatki państwa nie zwiększą się.Z grzeszną przyjemnością obserwowałem zdumienie komentatorów – przyzwyczajonych do dogmatu wyrzeczeń budżetowych i „braku pieniędzy” – na wieść o możliwości dokonania wielkich wydatków inwestycyjnych bez konieczności powiększania deficytu, dzięki magii dźwigni finansowej z użyciem państwowego Banku Gospodarstwa Krajowego.

Konfuzja komentatorów wynika najpewniej stąd, iż pieniądz jest mylnie rozumiany jako swego rodzaju „dobro”, ograniczony towar, co przyczynia się do (nie tylko polskiej) hiperwrażliwości na poziom długu publicznego. W istocie pieniądz i inne środki płatnicze, takie jak obligacje, są tylko instrumentem i jako instrument mogą być wykorzystywane do celów uznanych za ważne. Paradoksem jest, że ta sama zadłużeniowa psychoza zmusza rządy państw do wykorzystywania ich jako narzędzia do osiągania dość mylnie zdefiniowanych celów – czyli zmniejszenia zadłużenia. Przykładem może być niedawne przekazanie przez Bank Anglii 35 mld funtów do Skarbu Wielkiej Brytanii na rzecz zmniejszenia deficytu. Podobny celmiał w tym roku transfer 8 mld zł zysku NBP do polskiego budżetu.

Sama propozycja rządu nie jest idealna, zaś dokonanie początkowego wkładu na „rozmnożenie” poprzez prywatyzację, mimo zapewnień o sprzedaży tylko niewielkich pakietów akcji w spółkach niestrategicznych, budzi zastrzeżenia. Takie rozwiązanie zapewnia co prawda neutralny stosunek do pomysłu ze strony apostołów wycofywania państwa z gospodarki, technicznie jednak byłoby do uniknięcia. Nie tylko poprzez niesprzedawanie akcji, lecz użycie ich pod zastaw dźwigni finansowej, ale także poprzez wykup emisji papierów inwestycyjnych przez bank centralny, co do niedawna było uważane przez kapłanów ekonomicznej ortodoksji za herezję. Mimo tych niedoskonałości użycie BGK i spółki celowej zmniejszy zależność finansowania rozwoju od prywatnych instytucji finansowych i odciąży budżet.

Przełamanie tabu jest niezwykle ważne, gdyż to właśnie od zastosowania takich mechanizmów będzie zależało wyjście z ogólnoeuropejskiego kryzysu. Potrzebny jest mechanizm kredytowy, pozwalający zmienić – strukturalnie i jakościowo – zacofane gospodarki o złym bilansie handlowym. Jak to zrobić?

Zdrowy, prorozwojowy system kredytowy powinien zależeć nie od np. poziomu oszczędności, lecz od potrzeb pożyczkowych, określanych przez przewidywany długookresowy, dynamiczny potencjał rozwojowy kraju. Priorytetem jest zatem zapewnienie właśnie takiego finansowania. Oznacza to skupowanie przez odpowiednie organy – np. Europejski Bank Inwestycyjny, zasilony arbitralną emisją pieniądza przez Europejski Bank Centralny – za najniższy możliwy procent kilkudziesięcioletnich obligacji emitowanych przez przedsiębiorstwa państwowe i samorządowe, dedykowanych wykonaniu projektów transformujących gospodarkę (pisałem o tym więcej w „Nowym Obywatelu).

Powołanie państwowej spółki wspierającej inwestycje przy wykorzystaniu Banku Gospodarstwa Krajowego i udzielanie kredytów „bez zysku”, co zapowiadają ministrowie, było rekomendacją marcowego raportu Polskiego Lobby Przemysłowego (można go pobrać tutaj), podobnie jak odpisy inwestycyjne i kredyty obrotowe. Dobrze się stało, że coraz mniej zostaje z dogmatu nieingerencji w procesy gospodarcze przez państwo. Stymulacja inwestycyjna powinna już w połowie roku spowodować ożywienie gospodarcze.

Niestety, póki co szansa może zostać wykorzystana tylko w małej części. Uciekając przed wichurą, rząd jedzie na monocyklu, zapominając o drugim kole, w średniej i długiej perspektywie równie ważnym jak impuls inwestycyjny. Konsolidacja fiskalna i „zwijanie państwa” na prowincji będą skutkowały wzmacnianiem tendencji kryzysowych. W krótkim okresie mniejsze wydatki z budżetu zmniejszą popyt krajowy. Przede wszystkim jednak cięcia są wyrazem niedocenienia fundamentu dobrobytu gospodarczego, jakim jest kondycja ogólnospołeczna.

Przykładem pierwszym z brzegu są zagrożenia demograficzne. Brak perspektyw rozwoju młodego pokolenia, szczególnie dotkliwy w mniejszych miejscowościach, oznacza odkładanie decyzji o założeniu rodziny, co jeszcze wzmacnia tendencję spadku liczby ludności. Nie jest to jednak, wbrew częstym sposobom prezentacji tematu, wyłącznie matematyczny problem spod znaku obaw „kto będzie pracował na nasze emerytury?”.

Kluczowa rola ludzkiej kreatywności w procesie rozwoju gospodarczego sprawia, że spadek ludności oznacza nieproporcjonalnie większy spadek bogactwa i potencjału twórczego. Jak wykazał harwardzki ekonomista prof. Michael Kremer na podstawie badań relacji wzrostu populacji i zmian technologicznych w okresie od 1 miliona lat p.n.e. do roku 1990, duża liczba ludności wzmaga proces rozwoju. Co więcej, zauważa Kremer, „badania empiryczne wskazują, iż historycznie między społecznościami bez żadnej możliwości technologicznego kontaktu te o większej początkowej liczbie ludności mają szybszą zmianę technologiczną i wzrost populacji”. Innymi słowy to człowiek jest prawdziwym gospodarczym bogactwem – tym większym, im większej społeczności stanowi część. Dlatego też wydatki na człowieka powinny być priorytetem nie tylko społecznym, ale i ekonomicznym.

Niezwykle ważne w tym kontekście są wydatki na oświatę i kulturę, wciąż mylnie uważane za niezyskowne. Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz stwierdził w ostatnim czasie, iż „nie jest tajemnicą silna korelacja między kulturą a innowacyjnością”. Wydaje się jednak, że do niedawna było wprost przeciwnie – włodarze państwa i wielu miast nie rozumieli tej zależności. Chyba możemy zatem mówić o procesie dorastania polskich elit.

Środowisko dawnych „gdańskich liberałów” zaczyna rozumieć potrzebę – przynajmniej szczątkowej – aktywnej polityki państwa, zaś jeden z nich, szef wolnorynkowego think-tanku, w zdumiewająco trafny sposób pisze o społecznych zagrożeniach wynikających z kultury egoizmu, o potrzebie gospodarczej podmiotowości i nawołuje do „wielkiego przewartościowania” w oparciu o kulturę. Nie mamy już w tej perspektywie apologii dzikiej, zielonej wyspy, na której zaradni Robinsonowie podporządkowują się siłom natury. Rynek i konkurencyjność nie są już doktryną, lecz lekko zarysowanym jednym z instrumentów społeczeństwa.

A zatem coś się powoli kończy. Jeżeli nie prymat oligarchicznego, antycywilizacyjnego prądu zmian społeczno-gospodarczych, to na pewno dominacja ideologicznego fundamentu, na którym tenże prymat rozkwitnął. Chociaż wytarte slogany leseferyzmu tracą swój urok, to wciąż siłą inercji i egoizmu mają wielki wpływ na wektor zmian w naszym kraju. Nie wolno tego dłużej akceptować. Skoro diagnoza była błędna, pora odstawić leki.

Ekonomia optymizmu

Polityki gospodarcze wielu państw europejskich ukazują w czasie kryzysu (a często także i przed nim) swoje ideologiczne oblicze, napędzane irracjonalnymi doktrynami ekonomicznymi. Coraz bardziej widoczna nieskuteczność strategii „zaciskania pasa” przyczynia się do narastającej krytyki dominującej ideologii neoliberalnej i jej praktycznych zastosowań. Nie bez słuszności pojawia się w tym kontekście zarzut „zapominania o człowieku”, o bezdusznej, technokratycznej realizacji cięć oszczędnościowych, bez zważania na społeczne efekty tych działań.

Dehumanizacja ekonomii jest rzeczywiście największą bolączką i głównym wyzwaniem dla teoretyków i praktyków polityki gospodarczej. Dzieje się tak nie tylko – i nie przede wszystkim – z powodu braku wrażliwości na realne ludzkie problemy, której często brakuje przy spisywaniu na papierze „odważnych” tzw. reform budżetowych, drastycznie ograniczających usługi publiczne i skutkujących materialną degradacją szerokich rzesz. Dzisiejsza ekonomia jest martwa i niekompetentna przede wszystkim ze względu na niezrozumienie roli kluczowego czynnika tworzącego bogactwo: człowieka. Właśnie na zrozumieniu ducha Postępu, rozwojowej misji ludzkości opiera się – bardziej niż na jednostkowych doświadczeniach sukcesów poszczególnych państw – sedno bogacenia się społeczeństw i poprawy ich warunków życia.

Doświadczenia historyczne dość jednoznacznie wskazują na absurdalność leseferystycznej, antypaństwowej teorii tworzenia bogactwa narodów. Kraj po kraju, państwo po państwie, od USA, przez Niemcy, po Koreę Południową i Japonię, historie gospodarczego sukcesu nieodzownie związane były z rozumną, intencjonalną polityką państwową1. Jednak poleganie na doświadczeniach historycznych nie do końca spełnia rolę przekonującego dowodu na słuszność tego prądu myśli ekonomicznej, który zostanie opisany. Po pierwsze, dlatego, że zastępy fanatycznych zwolenników zwodniczych ideologii przeciwstawiają twardym faktom historycznym „eksperymenty myślowe”, udowadniające rzekomo nadrzędną wartość wolnego rynku, bądź też zapewniają o nieuchronności znacznie szybszego rozwoju, jeśli historia potoczyłaby się inaczej, „gdyby państwo nie przeszkadzało”. Brak jakiejkolwiek możliwości empirycznej weryfikacji radykalnego liberalizmu został zresztą wprost przyznany przez Ludwiga von Misesa, „papieża” libertarianizmu2.

Bardziej istotny jednak niż przekonanie naiwnych pomocników oligarchii jest drugi powód. Otóż pozytywne doświadczenia ludzkości, choć są niezwykle cenne jako poszerzające wiedzę i rozumienie świata, nie mogą być imitowane. Potrzebne jest zrozumienie intencji, ducha kierującego tymi procesami. Jak zauważymy, studiując historię postępu, proces ten charakteryzuje zmiana, często rewolucyjna, transformująca ludzkość i jej otoczenie. Właśnie ta obserwacja powinna być punktem wyjścia dla generalnej teorii rozwoju oraz kompetentnej krytyki teorii aspirujących do prymatu w polityce gospodarczej, tak leseferystycznych, jak i np. marksizmu i keynesizmu.

Ekonomia, czyli rozwój

Podkreślenie niestatyczności procesów gospodarczych, jako dążących w kierunku wzrostu, powinno nastąpić już przy definiowaniu ekonomii kategoriach nauki o poprawianiu warunków życia ludzi, alternatywnej wobec często proponowanej „nauki o gospodarowaniu ograniczonymi zasobami”. Chociaż ta druga definicja jest dosłownie prawdziwa, a ludzkość natrafia na problemy różnego rodzaju deficytów, to jednak proces rozwojowy charakteryzuje się pokonywaniem owych trudności, wbrew pesymistycznym zapowiedziom teoretyków pokroju Thomasa Malthusa. Jasno zdefiniowany humanistyczny cel nauki ekonomii wyklucza to, co obserwujemy np. w Grecji, gdzie realny dobrobyt ludzi poświęcany jest w imię wirtualnych zobowiązań finansowych. Rok po roku realna grecka gospodarka kurczy się, zabijana przez „odczłowieczenie” mające wszystkie znamiona szaleństwa. Spadające aktywność gospodarcza, produkcja, płace i poziom życia, co stanowi rezultat „reform” w postaci brutalnych deflacyjnych cięć oszczędnościowych, odzwierciedlają nie tylko wielkie wpływy instytucji finansowych, uspołeczniających straty i prywatyzujących zyski, ale przede wszystkim kryzys wynikający z braku humanistycznego myślenia o świadomym, wspartym nauką kształtowaniu lepszego przyszłego losu zbiorowości.

W istocie, człowiek jest motorem i celem procesu rozwojowego. Poprawa warunków życia historycznie przejawia się w możliwości prowadzenia bardziej bezpiecznej, zdrowszej, mniej uciążliwej egzystencji, dzięki zwiększeniu ilości i poprawie jakości dóbr wytworzonych wskutek ludzkiej pracy. Wytwórczość dóbr na głowę zwiększa się w efekcie przełomu naukowo-technicznego lub ulepszeń i ich zastosowania w procesie produkcji, dzięki czemu jest ona wydajniejsza. Tym samym źródło bogactwa narodów może zostać zlokalizowane w postępie naukowo-technicznym, skutkującym poprawą produktywności pracy. Jedynym zaś źródłem przełomów naukowo-technicznych, wynalazków i ulepszeń jest świadome, intencjonalne użycie unikalnych, tylko człowiekowi dostępnych, świadomie twórczych możliwości umysłu. Te pozornie niepowiązane ze sobą wydarzenia „przełomów” tworzą historyczny proces, który – mimo regresywnych etapów, powodowanych oligarchicznym wirusem pesymizmu – charakteryzuje się jednoznacznym wektorem w stronę materialnie i społecznie bardziej „ludzkich” form życia. Postęp w osiąganiu coraz lepszych warunków bytowania, odrywający jednostki od materialnych zmartwień, pozwala uwolnić na rzecz humanistycznych procesów rozwojowych coraz większą część potencjału człowieka.

Każda jednostka zdolna jest do uczestnictwa w tym procesie nie tylko przez wyjątkowe odkrycia, ale również poprzez przyswajanie już odkrytej wiedzy oraz uczenie jej innych, powiększając twórczy i wytwórczy potencjał ludzkości. Tym samym każda jednostka niesie w sobie twórczą iskrę, która może przyczyniać się do społecznego rozwoju, choćby poprzez inspirowanie pozytywnych zachowań. Ogólniejszą konkluzją jest stwierdzenie pozytywnego wpływu wzrostu liczebności populacji na procesy rozwojowe i zdolność pokonywania zagrożeń dla ekosystemu, w tym ludzkości. To stwierdzenie zdaje się potwierdzać zarówno historia, w której zwiększeniu liczby ziemskiej populacji towarzyszył wzrost procesów rozwojowych, jak i intuicja, wskazująca, że rozpowszechnienie potencjału wiedzy dostępnej w danym okresie wśród jak największej liczby ludności zwiększa szanse na dokonanie przełomów naukowych czy zbiorowego wysiłku rozwojowego, przezwyciężającego wyzwania danej epoki3.

Bezdroża pseudoekonomii

Fałszywe teorie ekonomiczne z zaskakującym uporem omijają te spostrzeżenia, nie wiążąc poprawy warunków życia ludzi z postępem naukowo-technicznym. Leseferyzm, oparty na opiniach rzekomego „ojca ekonomii” Adama Smitha, stworzył wypaczoną interpretację procesów gospodarczych. Wyklucza ona pozytywne intencjonalne działanie na rzecz dobra wspólnego.

Leseferyzm był od samego początku oparty na pesymistycznej interpretacji ludzkiej natury, mającej uzasadnić hegemonię egoizmu w stosunkach gospodarczych. Historycy myśli ekonomicznej wiedzą, że prace Adama Smitha bazowały na miernej wartości publikacji Bernarda Mandeville’a pt. „Bajka o Pszczołach, czyli prywatne wady jako publiczne zyski”. W pracy tej Mandeville stwierdza, iż każde działanie podejmowane z intencją zwiększenia publicznego dobra w rezultacie temu dobru szkodzi. Tylko całkowicie egoistyczne działania, podejmowane przez jednostki we własnym interesie, przyczyniają się do powiększania całkowitego dobrobytu. Tym samym powstała teoria „sumy egoizmów” jako źródła społecznego dobrobytu, wykluczająca możliwość intencjonalnego wpływu ludzkości na procesy, które jej dotyczą. Według tej teorii ludzkość – tak w swej masie, jak i indywidualnie – kieruje się wyłącznie zwierzęcymi instynktami strachu i pożądania, co akcentował Smith.

Jak wskazuje badacz historii gospodarczej i krytyk gospodarczego liberalizmu, Jan Koziar, tego typu myślenie zostało zakwestionowane przez polskiego myśliciela, Stanisława Szczepanowskiego. Ten ostatni zauważył: Nie ma pospolitszej i grubszej myłki jak ta, która przypuszcza, że rozwój sił ekonomicznych jest wyłącznie wpływem egoizmu, łakomstwa i chciwości. […] Chciwość i łakomstwo mogą prowadzić do lichwy, do gry giełdowej, do stolika z kartami, do polowania za posagami, za synekurami, do sprzedawania nazwiska na parawan brudnych interesów, ale przenigdy do rozwoju ekonomicznego […]. Rozwój ekonomiczny nigdzie na świecie jeszcze się nie pojawił bez współudziału przynajmniej rzetelności, uczciwości, pracowitości i umiejętności4.

To stwierdzenie jest niemal dosłownym zaprzeczeniem wywodów Mandeville’a, oznajmiającego, że matactwo, luksus i pycha bowiem darzą nas czymś, co jest jak zdrowie [dla gospodarki – przyp. K.M.] i z grzechu korzyść też wyniknie, zaś splendorem nie jest cnota goła5.

Również marksowskie rozumienie procesów gospodarczych, utożsamiające źródła bogactwa (surplus value) niemal z samą pracą robotnika, pozostawia wiele do życzenia. Materialistyczne rozumienie procesów gospodarczych czyni u marksistów kluczową kwestię z „zagarnięcia” przez kapitalistów nadwyżki wypracowanej przez robotników. Tym samym naczelną staje się kwestia podziału już istniejących zasobów i potencjałów produkcyjnych, bez stosownego nacisku na tworzenie nowych. Tymczasem procesy rozwojowe, chociaż objawiają się w fizycznej postaci nowych dóbr, mają źródła niematerialne – postęp najpierw tworzy się w umyśle człowieka, jego twórczy akt nie daje się uchwycić, w przeciwieństwie do materialnych rezultatów tego aktu. Postęp w marksistowskiej tradycji po prostu „jest”, gdyż przemysł „staje się” coraz bardziej zmechanizowany. Udział człowieka w tym procesie ogranicza się do zajęcia w stosunkach przemysłowych pozycji wyzyskiwacza lub wyzyskiwanego.

Dzisiejsza degeneracja ekonomii, na czele z absurdalnym traktowaniem papierów wartościowych jako „wartości”, skłania wielu do spojrzenia przyjaznym okiem na keynesowską tradycję ekonomiczną. Rzeczywiście, fiskalna stymulacja gospodarki, nawet bez kompetentnego poszukiwania synergii wydatków infrastrukturalnych, naukowo-badawczych i przemysłowych (jako najefektywniej stymulującej wzrost wartości dodanej), może, szczególnie w warunkach kryzysu, pomóc gospodarce, a z pewnością jakościowo przewyższa destrukcyjną logikę cięć oszczędnościowych.

Jednak również keynesizm popełnia błąd, przyjmując implicite statyczne rozumienie procesów gospodarczych. Rozumowanie w kategoriach popytu/podaży nie tylko prowadzi do akceptacji absurdalnych interpretacji, takich jak „kryzysy nadprodukcji”, ale również zawęża rozumienie rozwoju gospodarczego jako takiego. W tej logice nie mieściłyby się takie przełomowe, postępowe projekty jak np. amerykański program kosmiczny NASA, na który, co oczywiste, nie było popytu. Nie stymulacja popytu stanowiła cel amerykańskich wizjonerów inicjujących program NASA – były nim zmiana rzeczywistości i wyniesienie ludzkości na kolejny, wyższy poziom rozwoju poprzez powiększenie zasobu ludzkiej wiedzy i wypracowanie nowych rozwiązań naukowo-technicznych, czyniących ludzkie życie łatwiejszym. Ten państwowy program, według wyliczeń magazynu „Chase Econometrics”, zwrócił społeczeństwu w ciągu niecałych dwóch dekad aż czternastokrotność każdego dolara wydanego na jego realizację. Humanistycznego efektu tego programu nie da się jednak policzyć monetarnie, zmieniona została bowiem nie tylko ilość bogactwa, ale także jego jakość. Do dziś korzyści uboczne z programu kosmicznego, które bez jego podjęcia nigdy by nie powstały, oferują ludzkości wiele praktycznych ułatwień (oraz ciekawych gadżetów) zwiększających komfort życia.

Tym samym keynesowska metoda ożywienia gospodarczego (stymulacja fiskalna), nie dostrzegając kluczowej cechy procesów rozwojowych, jaką jest zmiana zastanych warunków, nieuchronnie wpada w pułapkę niedocenienia zasadniczej roli postępu naukowo-technicznego: szukania sposobów wzrostu wartości dodanej. Nie kładąc wystarczającego nacisku na produktywne wykorzystanie wzrostu ilości pieniądza w obiegu, gospodarka może wpaść w inflacyjną pułapkę, którą wrogowie aktywności gospodarczej państwa przedstawiają jako dowód na bezużyteczność jakiejkolwiek interwencji w procesy gospodarcze. Alternatywnym rozwiązaniem, przedstawianym przez wielu kompetentnych ekonomistów, jest stymulacja kredytowa, dokonywana za pomocą banku państwowego. Taka celowa stymulacja, ukierunkowana na przedsięwzięcia wytwórcze, powodowałaby sytuację, w której dość duży wzrost ilości środków płatniczych w obiegu nie groziłby skokiem inflacji dzięki szybkiemu przyrostowi dóbr i mocy energetycznych6.

Nietajna misja ludzkości: Postęp

Poprawne rozumienie ekonomii, także w kontekście adaptacji odpowiednich metod, by podołać nadchodzącym wyzwaniom gospodarczym i ekologicznym, winno być osadzone w humanistycznej tradycji epistemologicznej.

Olbrzymi wkład w rozwój tej tradycji miał niemiecki filozof i naukowiec, Gottfried Wilhelm Leibniz (1646–1716). Swoim rozumieniem procesów ekonomicznych wyrastał on z pnia niemieckiej nauki o nazwie kameralizm, będącej lokalną wersją merkantylizmu i traktującą z wielką emfazą rolę państwa w stymulowaniu procesów gospodarczych. Jeden z czołowych kameralistów, Philipp von Hörnigk, wskazywał na kluczową rolę tego, co dziś nazwalibyśmy produkcją wysokiej wartości dodanej, czyli wdrażania wysoko zaawansowanych metod wytwarzania oraz promowania nowoczesnych gałęzi produkcyjnych, przynoszących najwyższy zwrot kapitału na jednostkę pracy. Leibniz podzielał ten pogląd, a jego koncepcję „taniego ognia” zastosował pierwszy Sekretarz Skarbu Stanów Zjednoczonych, promując poprawę za pomocą metod ochrzczonych później mianem „systemu amerykańskiego”, a polegającymi, mówiąc skrótowo, na wspieraniu infrastruktury i przemysłu.

Leibniz wskazywał na kluczową rolę przemysłu, zauważając, że handel jest jedynie pochodną potencjału wytwórczego, gdyż bazuje na sprzedaży produktów wytworzonych w manufakturach7. Wpływ Leibniza, zarówno jako naukowca-matematyka, jak i filozofa, na rozumienie kwestii rozwoju ludzkości przekracza jakiekolwiek osiągnięcia merkantylistów. Filozof ten był pionierem myślenia o wzroście potencjału energetycznego jako kluczowego dla rozbudowy potencjałów produkcyjnych, tym samym przewidując zarówno postępy w coraz efektywniejszym „tworzeniu” energii z zasobów do tej pory nie wykorzystywanych lub wykorzystywanych nieefektywnie, jak i rolę zwiększania tego potencjału w opanowywaniu i upowszechnianiu energochłonnych metod wytwórczych o znacznie wyższej efektywności produkcyjnej. Cel prac Leibniza nad ekonomią wyjaśnia najlepiej on sam: Dlaczego tak wielu ludzi ma być biednymi i nieszczęśliwymi dla korzyści takiej małej garstki ludzi? Czyż nie jest całym celem Społeczeństwa uwolnić robotnika z jego nędzy? […] Każdy kraj powinien móc samodzielnie wytwarzać niezbędne surowce i towary przemysłowe, które wcześniej sprowadzał z zagranicy, tak że nie będzie musiał pozyskiwać od innych tego, co może mieć sam dla siebie; każdemu krajowi należy wskazać, jak prawidłowo używać własnych zasobów krajowych […]. Produkcja dlatego powinna zawsze odbywać się w punkcie pochodzenia surowców8.

Analiza myśli Leibniza pokazuje, że dążenie do osiągnięcia jak najwyższej stopy zwrotu nie oznacza prymitywnego ekonomizmu i nie kłóci się z tym, co neoliberałowie traktują jako zbędne, „nierentowne” zajęcia, czyli z promocją edukacji, kultury i sztuki. Wręcz przeciwnie: jak wykazują Leibniz i inni humaniści, promowanie tych dziedzin jest absolutną koniecznością dla stymulowania tego, co stanowi prawdziwe źródło postępu: kreatywnych, twórczych zdolności człowieka. Tak samo jak konieczne są nieprzynoszące natychmiastowego zysku wydatki na prace badawczo-rozwojowe, tak samo ważna, a nawet ważniejsza, jest inwestycja w człowieka, rozwijająca jego potencjał. Rozwój sztuki czy, ogólniej, kształtowanie człowieka ma wręcz kluczowe znaczenie dla rozwoju tych zdolności. Jak zauważa jeden z najwybitniejszych ekonomistów naszych czasów, prof. Erik S. Reinert, wzrost gospodarczy był efektem nie czego innego, lecz właśnie zmiany paradygmatów myślowych, wypływających z neoplatońskiej tradycji humanistycznej Renesansu, rozwijanej m.in. przez Leibniza9.

Reinert przekonująco ukazuje, że źródłem postępu naukowo-technicznego i poprawy warunków życia ludzi były takie procesy jak uprzemysłowienie oraz upowszechnienie nowego podejścia do uczenia się i twórczości, propagowanego przez kręgi neoplatońskie10. W takim ujęciu to idee mają prymat nad materią i to idee, jako ostateczna siła organizująca, są zdolne do transformacji świata. W tej tradycji postęp staje się misją ludzkości, jako obdarzonej wyjątkowymi twórczymi możliwościami, różniącej się, wbrew opiniom Mandeville’a i Smitha, od świata zwierząt. Podczas gdy tradycja leseferyzmu wywodzi od pesymistycznego opisu człowieka niewiarę w jego zdolności kolektywnego działania na rzecz dobra wspólnego, tak tradycja humanistyczna wskazuje na odwrotny związek.

Państwo narodowe jest tą formą organizującą impuls rozwojowy społeczeństw, która w ramach danych kultur językowych ukształtowała stymulujące postęp instytucje i wartości, sprzeciwiając się oligarchicznemu naciskowi partykularnych interesów. Myśliciele nurtu neoplatońskiego aktywnie zachęcali kierujących państwem do intencjonalnej zmiany warunków życia mas społecznych. Pozytywne czyny o szerszym zakresie przynoszą bowiem większą chwałę ich sprawcy. Podczas gdy dla pojedynczej osoby chwalebne jest za pomocą aktu woli skierować swe myśli i czyny ku realizacji szczytnych idei, uczynienie tego na wielką skalę, za pomocą aparatu państwa, jest jeszcze szczytniejsze: efekt czynienia dobra jest większy. Państwo nie jest zatem ze swej natury tworem nieprzyjaznym, przeszkadzającym pożytecznej aktywności jednostek, lecz wyrazem woli czynienia dobra przez te jednostki. Właśnie działalność państwa, poprzez kreowanie instytucji, stymulowanie wzrostu i upowszechnianie dobrobytu, jest koniecznym elementem procesów rozwojowych, dla których rola kapitału i mechanizmy rynkowe nie są wystarczające11.

Z tej właśnie tradycji, przede wszystkim Leibniza, ale również Condorceta, Vattela i innych, wyrosła amerykańska szkoła polityki gospodarczej, praktykowana przez takich mężów stanu jak Alexander Hamilton, John Quincy Adams czy Abraham Lincoln. Z ich prac i czynów przebija optymistyczny duch zmiany, Postępu, o którym pisał Condorcet. Humanistyczna ekonomia święciła wiele triumfów, często jednak napotykając na opór ideologii oligarchicznych. Właśnie dziś ludzkość znajduje się na takim etapie.

Humanistyczna ekonomia stosowana

Postępowa ekonomia przechodzi jednak ostatnimi czasy do ofensywy. Widoczne jest to m.in. w tym, że pomimo medialnej dezinformacji i słabości prospołecznych środowisk akademickich, dobre rozwiązania, np. w sprawie regulacji rynków finansowych, coraz mocniej przebijają się do debaty publicznej. W krótkiej perspektywie państwa narodowe powinny bronić się przed narzucanym globalnym dyktatem neoliberalnej ideologii. Niektóre kraje, jak np. Argentyna, z powodzeniem to robią, używając, ku przerażeniu międzynarodowych instytucji finansowych, narzędzi protekcjonizmu gospodarczego.

W dłuższej perspektywie odrzucenie oligarchizmu i globalna współpraca na rzecz dobra wspólnego są absolutnie niezbędne. Jak wskazuje polski cybernetyk rozwoju, Lesław Michnowski, niedostateczne tempo postępu może doprowadzić do katastrofy społeczno-gospodarczej lub ekologicznej. Ten pesymistyczny scenariusz może zostać odwrócony tylko przez dramatyczny zwrot w polityce światowej, powodujący rozprzestrzenienie potencjału intelektualnego na szersze masy ludzkości, w znacznej mierze niewyedukowane lub wyedukowane na niedostatecznym poziomie. To właśnie człowiek, zauważa Michnowski, jest odpowiedzią na zagrożenia związane z relatywnymi czasowymi niedoborami zasobów12.

Warto zauważyć, iż polityka proponowana przez oligarchię, czyli cięcia wydatków i usług publicznych, jest w dłuższej perspektywie samobójcza, bezbronna wobec nowych zagrożeń geofizycznych czy nadchodzących z kosmosu; zagrożeń, które postęp naukowo-techniczny, kierowany rozumem człowieka, mógłby oddalić. Tym samym konieczne jest upowszechnianie wiedzy. Jednym z pomysłów, propagowanych tak przez Michnowskiego, jak i np. prof. Włodzimierza Bojarskiego, jest zmiana systemu patentowego. Jak zauważa ten ostatni, wiedza jest dobrem wspólnym, wszyscy korzystamy z udogodnień wypracowanych przez poprzednie pokolenia w ciągłym dziele Postępu: Sumaryczny koszt osiągniętego sukcesu jest jednak zawsze znikomy w porównaniu do kosztu poniesionego wcześniej, niekiedy w ciągu wieków, dla zdobycia wiedzy i doświadczeń, dostępnych dziś za darmo, a niezbędnych i wykorzystanych do konkretnego, nowego sukcesu […]. Humanistyczna i cywilizacyjna misja rozwoju nauki i pomnażania wiedzy od stuleci łączy się z jej upowszechnianiem dla rozwoju i postępu ludzkości, bez żadnych ograniczeń i dyskryminacji13.

Przed ludzkością stoi zatem wielkie wyzwanie zmiany złego porządku na przyjaźniejszy, lepiej wpisujący się w naturalną misję dziejową, jaką od wieków spełnia ludzkość, tworząc świat i na niego oddziałując, wciąż przesuwając granice wiedzy. Nie uda się jednak sprostać temu wyzwaniu bez „uczłowieczenia” na nowo nauki ekonomii, przywrócenia godności i poczucia wartości każdemu ludzkiemu życiu. Nie jest to kwestia wyłącznie poczucia społecznej sprawiedliwości i empatii, tak tępionej przez egoistyczny neoliberalizm, ale także chłodnego rozumu, dostrzegającego narastające zagrożenie dla ludzkości.

Krzysztof Mroczkowski

Przypisy:

  1. Zob.: Jan Koziar, Nie ma gospodarki bez polityki gospodarczej państwa. Na marginesie sztafety Melchiora Wańkowicza, Wydanie cyfrowe, Wrocław, 2009.
  2. Mises w ten sposób chroni swą błędną prakseologię ludzkiego działania przed zderzeniem ze światem rzeczywistym: Historia nie może ani udowodnić, ani podważyć żadnego ogólnego stwierdzenia w taki sposób, w jaki nauki przyrodnicze przyjmują lub odrzucają hipotezę na podstawie eksperymentów laboratoryjnych. Nie jest możliwa ani eksperymentalna weryfikacja, ani eksperymentalna falsyfikacja ogólnego twierdzenia z dziedziny historii. […] Poznanie prakseologiczne ma charakter czysto formalny i ogólny, nie dotyczy treści ani specyficznych cech określonego przypadku. Prakseologia dąży do poznania ważnego we wszystkich tych przypadkach, w których warunki odpowiadają dokładnie warunkom podanym w jej założeniach i wnioskowaniach. Jej twierdzenia i ustalenia nie wynikają z doświadczenia. Podobnie jak twierdzenia logiczne i matematyczne, są one zdaniami apriorycznymi. Nie podlegają weryfikacji ani falsyfikacji na gruncie doświadczenia i faktów. Ludwig von Mises, Ludzkie działanie, Warszawa 2007, ss. 33–34.
  3. Zob. prace Lesława Michnowskiego, dostępne na www.kte.psl.pl
  4. Jan Koziar, op. cit.
  5. Bernard Mandeville, Bajka o Pszczołach, czyli Prywatne Wady jako Publiczne Zyski, http://coin.wne.uw.edu.pl/lhardt/MandevilleUl.pdf
  6. Zob. Krzysztof Mroczkowski, Kredyty dla rozwoju – nie dla zysku, „Nowy Obywatel” nr 4/2011.
  7. Zob. Gottfried Wilhelm Leibniz, Society and Economy, Fidelio, vol. 1, no. 3, Fall 1992, p. 54.
  8. Ibidem.
  9. Ówczesne prace wskazujące na konieczność podejmowania przez państwo działań edukacji kulturowej i wspierania sztuki jako kluczowych dla rozwoju społecznego to, oprócz Leibniza, m.in. Emerich de Vattel, Droit des gens (Prawo Narodów, wyd. 1759, http://www.constitution.org/vattel/vattel.htm), Nicolas de Condorcet, Esquisse d’un tableau historique des progres de l’esprit humain (Szkic obrazu postępu ducha ludzkiego, wyd. 1795, http://oll.libertyfund.org/index.php?option=com_staticxt&staticfile=show.php%3Ftitle=1669&Itemid=27)
  10. Erik S. Reinert, Arno Mong Daastol, Exploring the Genesis of Economic Innovations: The religious gestalt-switch and the „duty to invent” as preconditions for economic growth, European Journal of Law and Economics, 1997/4, pp. 233–283. Dostępne na: http://www.arno.daastol.com/artprof/96wolff.html
  11. Erik S. Reinert, The Role of the State in Economic Growth, „Journal of Economic Studies”, Vol. 26, No. 4/5, 1999, pp. 268–326. Dostępne na: http://www.othercanon.org/papers/
  12. Zob. Lesław Michnowski, Społeczeństwo przyszłości a trwały rozwój, Komitet Prognoz PAN „Polska 2000 Plus”,Warszawa 2006, ss. 54–55.
  13. Włodzimierz Bojarski, Wiedza – dobro wspólne czy monopol komercyjny?, EkonomiaPolityczna.pl