przez Krzysztof Mroczkowski | poniedziałek 22 września 2014 | opinie
Wybór Donalda Tuska na Przewodniczącego Rady Europejskiej w naturalny sposób skłania do spojrzenia na sprawy polskie w szerszym kontekście. Nie tylko dlatego, iż pozycja Polski i polska „optyka” prawdopodobnie odgrywać będą w przyszłych europejskich decyzjach większą rolę niż dotychczas. Również z tego względu, że kierunek zmian nadawany na poziomie unijnym dociera do Polski, czego dowodem jest chociażby obecny spadek przeciętnych cen w naszym kraju.
Od początku kryzysu dyskusje polityczne państw unijnych ogniskowały się wokół kwestii gospodarczych. Nie były to jednak zwyczajowe seminaryjne pogadanki o „strategii lizbońskiej”, do których w przedkryzysowej rzeczywistości zdążyliśmy się przyzwyczaić. Od 2010 r. polityka gospodarcza Unii w coraz większym stopniu polegała na dyktacie wobec państw zmagających się z kryzysem finansów publicznych, przede wszystkim z problemami ze sfinansowaniem długu. Centrum decyzyjnym tej polityki, obok państw strukturalnie silniejszych, stał się natomiast Europejski Bank Centralny (EBC).
Jaka była to polityka? Trafnie skomentował ją noblista Peter Diamond: „Historycy wytarzają w smole i pierzu europejskich bankierów centralnych”. Poza zbawienną deklaracją z połowy 2012 r. o gotowości skupu obligacji państw peryferyjnych Unii, EBC nie wykorzystał swoich możliwości i nie stał się narzędziem stymulacji inwestycyjnych, lecz jedynie kołem ratunkowym banków. Na domiar złego, będąc pod presją Niemiec, zbyt zachowawczo podchodził do konieczności obniżenia stóp procentowych, mimo stagnacji wzrostu w Unii.
W rezultacie tej polityki, podczas gdy Stany Zjednoczone powoli wydobywają się z dołka, Unia Europejska porusza się w zwolnionym tempie, nie potrafiąc trwale zwiększyć tempa wzrostu, zmagając się z wysokim bezrobociem. Powrotu do dawnej „normalności” nie widać, nie ma też krytycznej refleksji i sprzeciwu wobec „nowej normy”. W rezultacie nadal dominuje konsensus elit dotyczący konieczności zaciskania pasa przez społeczeństwo, ze wszystkimi negatywnymi konsekwencjami. Brak stymulowanego impulsu inwestycyjnego powoduje, iż sektor prywatny obawia się o przyszłość koniunktury. Europejscy przedsiębiorcy nie podejmują inwestycji, które w czasach stabilnego wzrostu byłyby mniej ryzykowne, gdyż przy niepewnej koniunkturze apetyt na ryzyko maleje.
Naturalnym (akceptowanym również przez liberałów-monetarystów) remedium w tego typu sytuacjach jest znaczna obniżka stóp procentowych, podejmowana z intencją „wygonienia” przedsiębiorców z depozytów bankowych poprzez uczynienie ich nieopłacalnymi i tracącymi na wartości. W takiej sytuacji przedsiębiorca staje się bardziej skłonny podjąć ryzyko inwestycyjne, gdyż nic nie robiąc również traci. Mało tego: niskie stopy procentowe mogą go skłonić nie tylko do uruchomienia swoich rezerw, ale również do zaciągnięcia korzystnie oprocentowanego kredytu, dzięki czemu zwiększają się ilość pieniądza w obiegu i całkowita aktywność gospodarcza. To z kolei przekłada się na bardziej wypchane kieszenie zwykłych obywateli.
Swoim „jastrzębim” nastawieniem EBC zmarnował szansę rozgrzania silników europejskich gospodarek, co w połączeniu ze spadkiem cen ropy naftowej oraz uspokojeniem na rynkach żywności i towarów zaowocowało wpadnięciem wielu europejskich krajów w niewielką deflację. Podobnie konserwatywna polska Rada Polityki Pieniężnej, mimo spóźnionych cięć nadal utrzymywała stopę procentową dużo powyżej inflacji. I chociaż spadek cen w naszym kraju nie będzie długotrwały, to niskie poziomy ich przyrostów są jednym z symptomów powolnego zatrzymywania się dynamiki polskiego wzrostu PKB. Dlatego konieczne są w najbliższym czasie cięcia stóp procentowych o kolejne pół procenta. Co prawda stabilność oczekiwań co do kosztu pieniądza ma swoje zalety, ale jak uczy historia wpadek EBC, na sytuację gospodarczą trzeba reagować na bieżąco, nie czekając do „świętego nigdy” (obniżki stóp są już zresztą oczekiwane przez część rynku).
Zagrożenie dla dynamiki polskiego wzrostu płynie nie tylko ze wschodu, ale i z eurostrefy, której problemy pozostają nierozwiązane. Wciąż nie widać końca terapii odchudzającej aplikowanej krajom strukturalnie zapóźnionym. Jednocześnie, jak wskazuje powolny wzrost Niemiec, takie ustawienie reguł gry kończy się „wyścigiem w dół”, gdzie największy beneficjent przewag strukturalnych nie musi podejmować wysiłków na rzecz unowocześnienia gospodarki – wystarczy mu konserwowanie zastanych przewag.
Tego stanu rzeczy nie może zmienić sama polityka pieniężna. Musi iść z nią w parze celowa polityka zmian strukturalnych, których zaczątkiem może być choćby nieśmiała koncepcja euro-obligacji, wykorzystywanych jednak nie (tylko) w celu redukcji ryzyka ataków spekulacyjnych, lecz (przede wszystkim) do podniesienia poziomu zaawansowania krajów peryferyjnych UE. W dobie formowania się wielkich ekonomicznych bloków regionalnych utrzymywanie modelu Europy dwóch prędkości byłoby dla całej Unii bardzo kosztowne.
Dziś, w sytuacji, gdy Polska ma szansę na uzyskanie większego wpływu na politykę Unii Europejskiej, warto domagać się zmiany ekonomicznego eurokonsensusu – z polityki „równania w dół” na politykę „równania w górę”. Kraje bogatsze powinny zdać sobie sprawę jak wiele na niewykorzystywaniu potencjału drzemiącego w jej peryferyjnych częściach traci cała Europa.
Potrzebujemy Unii Europejskiej w nowym kształcie: nieeksperymentującej na żywych organizmach społeczeństw, niewzniecającej niepotrzebnych konfliktów światopoglądowych, zjednoczonej nie tylko strachem przed populizmem. Potrzebujemy Europy solidarnej z tymi, którzy tej solidarności oczekują, a zarazem pragmatycznej w osiąganiu długofalowych celów. Europy zjednoczonej wobec zagrożenia asymetrii sił różnych grup interesów, która podminowuje sens kapitalizmu jako efektywnego ustroju gospodarczego opartego na konkurencji.
W praktyce oznaczać to musi odejście od modelu wykorzystującego nierównowagi strukturalne między państwami jako kapitał rozwojowy, na rzecz modelu konwergencji. Taka konwergencja winna być oparta na tanim kredycie oraz paneuropejskim programie inwestycji strukturalnych – chociażby takim, jaki zaproponował na początku miesiąca minister Szczurek. W takiej właśnie zmianie tkwi szansa na efekt pozytywnej synergii rosnących dochodów, akumulacji oszczędności, a w końcu wzrost nakładów na środki trwałe i większą wydajność przedsiębiorstw.
przez Krzysztof Mroczkowski | poniedziałek 28 lipca 2014 | opinie
Polityka wspólnotowa i dążenie do osiągnięcia długofalowych celów rozwojowych wiążą się z kosztami, nie zawsze ponoszonymi w równym stopniu przez wszystkich obywateli. Przykładowo, ceny usług państwowej poczty z indywidualnego punktu widzenia mogą się zdawać niezrozumiałe czy wręcz niesprawiedliwe. Mieszkańcy miast dopłacają bowiem w cenie znaczka do utrzymania sieci placówek pocztowych na prowincji. Dopłacają za docieranie przez listonoszy w miejsca mało dostępne, rzadko odwiedzane.Jednak alternatywne scenariusze też mają swoją cenę. Ograniczony zasięg poczty czy rzadziej kursujące pociągi na „nierentownych” liniach nie tylko osłabiają więzi społeczne, ale także podkopują długofalowe perspektywy rozwojowe naszego kraju.
Ile tracimy, gdy po likwidacji połączenia kolejowego studia w większym mieście stają się dla młodego talentu zbyt dużym kosztem? Ostatecznie chytry płaci dwa razy, a cenowy wyścig na dno kończy się odbieraniem pism sądowych przy stoisku z wędzoną rybą. Scenariusz ten ma oczywiście swoich wygranych, ale nie są oni na tyle liczni, aby bez mrugnięcia okiem lekceważyć jego koszty.
Tymczasem są one lekceważone. „Dlaczego mam za to płacić?” – rozumuje wielu, widząc niesłychaną opresję w utrzymywaniu instytucji służących wspólnym celom. Okres transformacji jest bowiem, poza sukcesami i porażkami, ćwierćwieczem „focha” na wszystko, co wspólne, społeczne, wykraczające poza interes indywidualny i środowiskowy. Kowalski niespecjalnie lubi swoje państwo, nie jest z niego dumny, nie czuje się jego częścią, nie wierzy w swój wpływ na otaczającą go rzeczywistość.
Bój się zmiany na lepsze?
Podobne postawy nie szokują w kraju z taką historią, gdzie dowartościowanie wysokiej jakości instytucji nie ma jeszcze dość mocnych korzeni. Patologie w wielu z nich nie są wymysłem mediów i jednostkowymi anegdotami, a bylejakość usług publicznych często jest faktem. W wielu miejscach obywatel wciąż czuje się jak intruz, ktoś niepotrzebny i nieznaczący. Tam, gdzie zaufania nie nadszarpują lokalne układziki, często robi to obojętność i niekompetencja. Szacunek dla wartości, jaką jest dobro wspólne, nie jest powszechny, gdyż nie promieniuje od elit. Taki stan rzeczy szkodziłby więziom społecznym nawet gdyby ostatnie ćwierćwiecze było powszechnie postrzegane jako sukces. Dlatego państwo wciąż jest słabe, a mandat rządzących – kontestowany. Konsekwencją powyższej sytuacji jest przypisywanie złych intencji autorom niemal każdej inicjatywy płynącej „z góry”. Oczywiście są i tacy, którzy aktywnie sprzeciwiają się podobnemu oglądowi i stanowi rzeczywistości. Problem w tym, że owym wyjątkiem są zazwyczaj ci, którzy w odpowiedzi na opozycyjne wobec rządu narracje katastroficzne roztaczają symetrycznie emocjonalną obronę status quo. Obrona ta nie dotyczy jednak państwa jako takiego, a tylko konkretnej formacji rządzącej. Po odmianie koniunktury politycznej i zmianie warty na szczytach władzy dzisiejsi zwolennicy rządu prawdopodobnie z równą chęcią wejdą w role kontestatorów i malkontentów, niedowierzających w możliwość pozytywnej zmiany. Brak obrońców państwa jako wartości, dominuje natomiast podejrzliwość i fatalizm, pozwalający uciekać przed wyzwaniami i znajdować ulgę w micie niemożności.
Zgodnie z antypaństwowym dogmatem, zmiany na lepsze nie są możliwe. Drogówka, tak jak dwie dekady temu, zawsze przywita nas ordynarną sugestią korupcyjną. W urzędzie pani z okienka, powoli mieszając kawę, niechybnie postara się zrujnować nam dzień. W polityce zaś panowie w garniturach będą wyłącznie spiskować, jak „nachapać się” kosztem zwykłego, biednego człowieka. Jak może być inaczej?
Tym samym rozmowy ujawnione w ramach „afery taśmowej” mogą być widziane tylko w jednym świetle, takim do jakiego przywykliśmy i na jakie przyzwalaliśmy, np. wysłuchując połajanek o „złodziejskim ZUS-ie”. Czego tymczasem dowiedzieliby się z nagrań ci, którzy z chęcią piszą rozprawki o „aferze” nie wysłuchując nawet całych dwóch godzin i jedenastu minut rozmowy Belka – Sienkiewicz?
Fakty i mity
Po pierwsze tego, co powinno być oczywiste przed „aferą”. Pozytywne zmiany, jakkolwiek powolne i trudne, przeprowadzane przez ludzi z tej lub innej bajki, są możliwe. „Państwo istnieje teoretycznie” tylko dopóki poszczególne jego części nie zrozumieją, jaką jest wartością i jak wielki potencjał do ulepszania świata w nim drzemie.
Na samym początku rozmowy słyszymy o konieczności poszerzenia kompetencji NBP, który to postulat nie jest obcy czytelnikom tej kolumny. Podczas kryzysu finansowego ujawniło się z całą siłą, iż brak możliwości awaryjnego skupu obligacji przez bank centralny może w pewnych przypadkach zaowocować ograniczeniem suwerenności. Kraj niemający instrumentów obrony swojego długu podczas ataku spekulacyjnego staje się łatwym łupem dla finansjery, zmuszanym do drastycznych cięć oszczędnościowych i wyprzedaży majątku. Efektem jest de facto przejście pod kuratelę instytucji finansowych, aplikujących dość specyficzną terapię, która zdaje się nie mieć końca i nie poprawia stanu „pacjenta”.
W dalszej części taśmy słyszymy rozważania o tym, jak można spróbować zrepolonizować działający w Polsce bank, zarabiając na tym. Można pomyśleć, iż chodzi o wzbogacenie prywatnych kieszeni rozmówców, jednak na przekór fałszywym interpretacjom minister i prezes wyraźnie mówią, że chcą zarobić dla podatnika. Pomysły repolonizacji banków w czasach światowego kryzysu finansowego nie powinny budzić szczególnego zdziwienia czy kontrowersji. Gdyby nie wcześniejszy opór ideologiczny, do przejęcia WBK mogło zresztą dojść już kilka lat temu. Zupełnie niedawno zaś PKO BP przejął Nordeę.
W rozmowie słyszymy również kilka innych wątków, m.in. pochwałę brawurowej walki Viktora Orbána z instytucjami finansowymi (w tym OFE), uwagi o potrzebie wspólnych działań instytucji państwa przeciwko nadmiernym przywilejom wielkiego biznesu, propozycje skoordynowanych wysiłków przeciwko ksenofobii itp. Dla pełnego oglądu sytuacji każdy obywatel powinien przesłuchać całość podsłuchanej rozmowy. Moje osobiste zdanie o obu panach – pozytywne, choć nie entuzjastyczne – jest dokładnie takie samo jak przed „aferą”, lecz dla wielu zanurzonych w mitologicznych narracjach, przypisujących państwu i jego przedstawicielom wyłącznie złe intencje, zetknięcie się z tak autentyczną troską urzędników o interes publiczny może wywołać szok.
Cała ta sprawa przypomina również o wciąż toczącym się konflikcie mniejszych lub większych interesów z dobrem społecznym. Grupy oligarchiczne nie mogą znieść względnej samodzielności środowiska politycznego. Samosterowność i idący za nią potencjał do stanowienia o przyszłości państwa są uznawane za groźne same w sobie, nawet jeśli nie przekładają się na wielkie pozytywne zmiany. W interesie możnych jest więc państwo nie tyle liberalne czy nie-liberalne, przyjazne czy nieprzyjazne przedsiębiorczości, lecz po prostu słabe.
Budowa sprawnego państwa, służącego społecznym interesom, jest zadaniem trudnym, lecz nie niemożliwym. Wymaga walki z mitami i powolnego umacniania instytucji życia zbiorowego. Poddanie się mitologii niemocy jest skazywaniem się na porażkę bez podjęcia wyzwania. Nie tak wykuwały się cywilizacje.
przez Krzysztof Mroczkowski | środa 11 czerwca 2014 | opinie
Ćwierćwiecze polskiej transformacji, w przeciwieństwie do poprzednich rocznic, stało się przyczynkiem do krytycznej analizy polskiego status quo. Dziś, gdy „mleko się rozlało”, nie brakuje głosów rozważnej refleksji. Wszystkie te wspominkowo-krytyczne panele i dyskusje są jednak niewielką pociechą dla osób, które polska transformacja wyrzuciła za burtę. Nie wolno zapominać, że mieszkańcy obszarów chronicznie wysokiego bezrobocia i wykluczenia nie są jedynymi ofiarami przemian. Zaszczepiony dużej części społeczeństwa przerośnięty indywidualizm będzie przez długi czas obciążał zdolność do współpracy, tak ważną dla rozwoju szczęśliwego i zamożnego społeczeństwa.
Trudno o rzetelną gospodarczą ocenę ćwierćwiecza choćby dlatego, że temat dotyka sfery materialnych podstaw egzystencji wielkich rzesz ludzi. Apel o chłodną, nieemocjonalną analizę musi więc wywoływać reakcję sprzeciwu. Chłodna analiza jest bowiem przywilejem technokratów, rzadko dostępnym dla tych, których dotknęły wielkie osobiste nieszczęścia. A jednak na próbę takiej analizy warto się zdobyć. Nie, jak to dotychczas bywało, celem gloryfikacji „trudnych, ale koniecznych” przemian ani też sprowadzenia wszystkich niepowodzeń, przewin i patologii do kilku poręcznych nazwisk. Nasze rozczarowania i nasze osiągnięcia nabierają szerszego znaczenia dopiero po umieszczeniu ich w kontekście procesów, w których przyszło nam uczestniczyć.
Jak mierzyć transformację?
Sukces czy porażka? Najłatwiej byłoby powiedzieć: „Jak dla kogo”.
Bezrobocie, utrzymujące się na dwucyfrowym poziomie przez większość trwania III RP, wskazuje, że restrukturyzacja gospodarki wyznaczyła dużej części społeczeństwa miejsce poza rynkiem pracy. Wysokie bezrobocie powodowało w dodatku naturalną presję na hamowanie wzrostu płac. Kwestionowanie problemu bezrobocia, próba wyjaśniania go istnieniem szarej strefy i wyborami życiowymi („lenistwem”), oznacza zamykanie oczu na fakty. Dwa miliony Polaków żyją dziś w strefie ubóstwa i jest to wielki dramat zarówno osobisty, jak i całej wspólnoty.
Minione 25 lat to jednak także na pewno nie oszałamiający, ale jednak dość wysoki wzrost dochodu narodowego i poprawa poziomu życia wielu rodaków. Mimo to, powiedzieć, że „Polska w czasie transformacji wykonała pewien postęp, jednak nie wszyscy to odczuli” – to jak nic nie powiedzieć. Na dzisiejszy stan zamożności społeczeństwa warto popatrzeć z perspektywy historycznej. Wzrost gospodarczy ostatnich 25 lat pozwolił Polsce na relatywne „odrobienie strat” w stosunku do społeczeństw Europy Zachodniej. Nasze PKB w przeliczeniu na mieszkańca sięga dziś 60% zachodnioeuropejskiego, a więc jest na poziomie najwyższym od Złotego Wieku.

PKB na głowę Polski w relacji do Europy Zachodniej w latach 1500-1989. Poziom PKB na głowę Europy Zachodniej = 100. Źródło: M. Piątkowski, Poland’s New Golden Age: Shifting from Europe’s Periphery to Its Center.
Porównanie do Europy Zachodniej chyba najlepiej oddaje oczekiwania i ambicje Polaków wobec swego państwa. Bardzo często napotykamy na zestawienia polskiej służby zdrowia ze szwedzką, polskiego systemu podatkowego z irlandzkim czy polskiej polityki prorodzinnej z jej francuską odpowiedniczką. Takie podejście, w którym punktem odniesienia jest wysoka poprzeczka europejskich standardów socjalnych i prawnych, jest jak najbardziej właściwe. Nie będziemy w stanie stworzyć państwa choć trochę lepszego, jeżeli nie będziemy celować dużo, dużo wyżej. Jednocześnie jednak ani przez moment nie powinniśmy oszukiwać się, skąd przychodzimy i gdzie dziś jesteśmy.
Na tle krajów Europy Zachodniej Polska była przez większość swojej historii krajem zacofanym. Mimo niepozbawionych znaczenia osiągnięć w sferach kultury i nauki, sztuka dobrego rządzenia i odpowiedzialności za państwo nie przyjęła się wśród rodzimych elit. Przyjęty model społeczny był antyhumanistyczny, co powodowało, że nasz kraj był opóźniony w czerpaniu ze źródeł twórczej pracy upodmiotowionych obywateli. Dochód narodowy, czyli wszystkie dobra wytwarzane w kraju, w większym stopniu niż na Zachodzie składał się u nas ze zwykłego, fizycznego wyzysku siły roboczej i sprzedaży prostych zasobów ziemi. Nasze „nadganianie” nawet w najlepszych okresach – pod koniec XIX wieku oraz w II RP – przybliżało nas jedynie do kształtu społeczno-gospodarczego znanego z przeszłych dokonań krajów zachodnich. Zbyt rzadko byliśmy w awangardzie rozwoju nauk, zbyt rzadko po ciemku sami odkrywaliśmy przyszłość i zbyt często stąpaliśmy po cudzych śladach. Używając metafory hokejowej: mądre kraje nie podążają tam, gdzie krążek jest, lecz tam, gdzie będzie.
Nie znaczy to, że wysiłek – podjęty chociażby w trakcie międzywojennego interludium – był mały czy pozbawiony znaczenia. Nie był jednak wystarczający, aby osiągnąć poziom rozwoju społecznego i gospodarczego zbliżony do bogatego Zachodu. Okres PRL, mimo podjęcia pewnych wysiłków modernizacyjnych, takich jak walka z analfabetyzmem, promowanie urbanizacji i rozwój przemysłu, również nie zmniejszył dystansu w stosunku do krajów najbardziej rozwiniętych. Całkiem mocna polska myśl naukowa nie mogła stać się motorem rozwoju przy niewydolnym systemie gospodarczym i instytucjach promujących nie postawy obywatelskie, lecz lojalność wobec nomenklatury. Nie ulega wątpliwości, że w 1989 roku nie mieliśmy instytucji silnych i świadomych swej społecznej roli – ani nawet zakorzenionej pamięci takich instytucji, do której można by się odwołać.
Czy w kraju o tak słabej tradycji instytucjonalnej transformacja mogła się obyć bez patologii i nadużyć? Bartłomiej Radziejewski zauważył, jak wspólnym wysiłkiem wielu kolejnych rządów udało się (z wielką trudnością) oddalić próbę przejęcia PZU przez międzynarodowy koncern. To, że tego typu zdarzenia wciąż jeszcze są powodem do świętowania, a nie normą, pokazuje, jak wielki dystans dzieli nas od upragnionej zachodniej Europy. Mimo pewnej poprawy mechanizmy obrony społecznego interesu wciąż jeszcze przywodzą na myśl tradycję pospolitego ruszenia. W krajach, które z oligarchicznymi zakusami radziły sobie historycznie lepiej, upowszechnienie etosu państwowego spowolniło inwazję neoliberalizmu.
Ta sama wymarzona Europa Zachodnia, co warto zauważyć, również pod wieloma względami „nie dorasta” do własnych obietnic. Uprzywilejowanie niektórych podmiotów w grze rynkowej na niekorzyść konsumenta doprowadziło do finansjeryzacji gospodarki i wzrostu nierówności. „Zachód”, nawet w oczach emigrujących z Polski, stopniowo traci swoje atuty. W warunkach hegemonii konsensusu waszyngtońskiego nawet kraje kojarzone z powszechnym dobrobytem straciły wiele ze swojego społecznego charakteru – stąd np. polski współczynnik Giniego niewiele się różni od unijnej średniej. W porównaniu do tak społecznie kosztownych transformacji jak rosyjska i ukraińska, wynik nasz jest wręcz więcej niż zadowalający. To, że naszych osiągnięć nie porównujemy z krajami postsowieckimi, świadczy o naszych wyobrażeniach o przynależności i wzmacnia wolę pozytywnych zmian. Tracimy przy tym jednak szerszą perspektywę: „Skąd przychodzimy” i „Dokąd zmierzamy”.
Można tę refleksję nazwać pesymistyczną, zadowalającą się małymi sukcesami i defetystycznie godzącą się na wielkie społeczne koszty – lecz nie takie jest jej założenie. Z celu, jakim jest zrównoważony rozwój społeczno-gospodarczy, nie można – i ze względów praktycznych nie warto – rezygnować. Na tle części otoczenia naszej historycznej wędrówki ostatnie 25 lat było sukcesem, ale to nie unieważnia wielkiej przepaści między słusznymi aspiracjami polskiego społeczeństwa a stanem rzeczywistym. Przepaść tę może zasypać jedynie żmudna obywatelska praca: nad stworzeniem sprawniejszych urzędów, mądrzejszych mediów, lepszych polityk lokalnych. A przede wszystkim praca nad zmianą systemu gospodarczego na promujący dobrobyt jak najszerszych rzesz obywateli.
Droga stąd do Europy
Jaki więc jest ten nasz system gospodarczy, w ramach którego możemy cieszyć się sukcesem, ale jednak ograniczonym? To system, w którym wzrost gospodarczy jest w znacznej mierze konsumowany przez właścicieli kapitału (często zagranicznego), przy ograniczonym wzroście płac (a zatem i poziomu życia) pracowników. Część komentatorów argumentuje, że taki system był w okresie naszej 25-latki mimo wszystko nie do uniknięcia. Jeżeli tak jest, a Polska w konsekwencji znalazła się w pułapce średniego dochodu (zbyt biedni, by konkurować produktami i zbyt bogaci, by konkurować siłą roboczą), odpowiedzią na przełamanie tego zastojowego trendu musi być wzmacnianie rodzimej siły kapitałowej, czyli wzrost oszczędności prywatnych, mądrzejsze zarządzanie i wzrost konkurencyjności przedsiębiorstw. To pozwoliłoby wyrównać niekorzystny bilans, spowodowany wypływaniem zysków z kapitału za granicę. Zwiększenie poziomu oszczędności Polaków (dzięki wyższym płacom) mogłoby być produktywnie wykorzystywane przez rodzimych przedsiębiorców. Fundusze odkładających na przyszłość Polaków poprzez system bankowy i rynek kapitałowy zasiliłyby polską gospodarkę, a stopy zwrotu z inwestycji zasilałyby z kolei oszczędzających pracowników.
Taki scenariusz wymaga jednak od państwa prowadzenia mądrej polityki gospodarczej. Od polskich przedsiębiorców – mądrego zarządzania, podejmowania kalkulowanego ryzyka oraz prowadzenia bardziej inkluzyjnej polityki opartej na kapitale ludzkim, czyli wykorzystującej najcenniejsze zasoby każdego kraju – ludzkie umysły. Czy możemy liczyć na taki postęp?
Polska jest państwem, które bardzo powoli, ale jednak dochodzi do pewnej instytucjonalnej dojrzałości, dzięki czemu zasady gry coraz rzadziej dopuszczają np. otwartą korupcję. Jako obywatele domagamy się wyższych standardów i – na przekór wyrokom naszej historii – wierzymy, że naszym przeznaczeniem jest miejsce w gronie najbardziej cywilizacyjnie rozwiniętych krajów świata. Mamy rację, ale czeka nas jeszcze wiele pracy.
przez Krzysztof Mroczkowski | piątek 11 kwietnia 2014 | opinie
Z analitycznego punktu widzenia kilkanaście ostatnich tygodni było okresem wysypu wielkiej liczby danych na temat międzynarodowych powiązań gospodarczych i politycznych. Byłoby wielką stratą nie skorzystać z chwilowego dostępu do „kuchni” globalnych interesów i zależności, jaki otworzył się przed nami przy okazji niepokojów za naszą wschodnią granicą.
W przed-przedpokoju
Okazuje się, że dzięki szczęśliwemu splotowi uwarunkowań, a w pewnym zakresie również dzięki własnej pracy, Polska jest mniej niż jeszcze niedawno podatna na ciężkie szoki zewnętrzne. Aby uświadomić sobie w pełni wagę tej zmiany, należy przywołać sytuację sprzed roku. Amerykański bank centralny zaczął wówczas bardzo stopniowe ograniczanie skali skupu papierów wartościowych obciążonych istotnym ryzykiem. To, co potem nastąpiło, na swojej skórze już wcześniej poznali m.in. Polacy posiadający zobowiązania w szwajcarskiej walucie.
Przed kryzysem zadłużenie się we frankach wydawało się naturalnym rozwiązaniem. Charakterystyczne dla wysoko rozwiniętego kraju niskie stopy procentowe, a więc wolny przyrost odsetek, przy umacniającym się złotym miały sprawiać, że – w przeliczeniu na polską walutę – kwota do spłaty z czasem będzie automatycznie maleć. Co jednak było wiadome (?) analitykom, wyższe stopy procentowe w kraju „doganiającym” nie wynikają tylko z obyczaju czy gry o „premię za ryzyko”, lecz są podyktowane twardymi realiami ekonomicznymi, które prędzej czy później dadzą o sobie znać.
Inwestorzy mogą wymienić swoje pieniądze na złotówki i chętnie to zrobią, inwestując w polską gospodarkę lub zakładając lokaty w polskich bankach. Możliwość zarobienia na różnicy w wysokości stóp procentowych (tzw. carry trade) przyciąga kapitał finansowy, jednak owa różnica nie może być wzięta z sufitu. W przeciwnym wypadku do danego kraju napłynie przede wszystkim kapitał typowo spekulacyjny, co spowoduje ryzyko wystąpienia bańki kredytowej (np. na rynku nieruchomości) i gwałtownej recesji w razie nagłego odpływu środków. Stopy procentowe są więc nie tylko wyznacznikiem potencjału wzrostu kraju, ale i przesłanką do prognoz w zakresie przyszłej wartości danej waluty. Innymi słowy, szwajcarski milioner trzyma pieniądze na niżej oprocentowanym koncie w banku szwajcarskim zamiast na zapewniającym wyższe odsetki rachunku w Polsce nie tylko ze względu na zaufanie, ale także dlatego, że wyższa stopa procentowa wiąże się z prawdopodobieństwem słabnięcia polskiej waluty. Dlatego może zdecydować się trzymać tracące na wartości złotówki tylko wtedy, gdy będzie ich przybywało w odpowiednio szybkim tempie.
Właśnie ten mechanizm zadziałał po zeszłorocznych sygnałach zmian w polityce Fed. Chociaż w sferze faktów polityka amerykańskiego banku centralnego nie zmieniła się znacząco, spodziewane posunięcia odczytywano jako wstęp do wieloletniego okresu umacniania się tamtejszej gospodarki, wyższych stóp procentowych i niesłabnącego dolara. To spowodowało, iż magia przyciągania nowych potęg gospodarczych (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, RPA) oraz tzw. rynków wschodzących, do których zaliczana jest także Polska – nagle znacząco zblakła. Jeszcze kilka lat temu szybki wzrost gospodarczy w tych krajach, przy osłabieniu ekonomicznym i bezprecedensowo niskich stopach procentowych w USA, spowodował wielki przepływ kapitału w ich kierunku. Teraz, po oznakach odwrócenia wektorów, słabsze wzrosty i powstawanie „baniek” powoduje poważne turbulencje na rynkach wschodzących. Niedawnym prymusom światowej gospodarki zaczęto wieszczyć kłopoty. Nerwowo było zwłaszcza na początku roku, kiedy panika w Turcji (notabene skazanej na sukces w tym stuleciu) spowodowała rozchwianie m.in. polskiego rynku, zaś samą Ankarę zmusiła do podwyższenia stóp procentowych w celu powstrzymania dalszej ucieczki kapitału.
Jakkolwiek wcześniejsze wstrząsy Polska przeszła relatywnie bezboleśnie, to po przyłączeniu Krymu do Rosji zaczęto kreślić czarne scenariusze. Ochłodzenie stosunków między Wschodem a Zachodem, z naszym krajem tuż przy linii frontu, mogło spowodować osłabienie gospodarcze podobne do tego z końca lat 90. Jednak wbrew czarnowidztwu konflikt w sąsiednim kraju i kłopoty z drożnością ważnego, wschodniego kanału eksportowego nie spowodowały znaczącego pogorszenia prognoz polskiego wzrostu ani odwrotu inwestorów, co najlepiej widać po stabilności parametrów naszego długu zagranicznego. Co to wszystko oznacza? Zaszła epokowa zmiana. Polska nie jest co prawda nawet w przedpokoju cywilizacyjnej elity narodów, jednak kalkulacje globalnych graczy ewidentnie nie przewidują scenariusza, w którym podlegamy daleko idącej materialnej degradacji. Oczywiście należy czujnie śledzić instytucjonalizację stosunków Ukraina-UE oraz skutki wprowadzenia bezcłowego handlu, aby ich efektem nie był kolejny etap „wyścigu na dno”, z cięciami płac, pączkującymi specjalnymi strefami ekonomicznymi oraz walką o niemieckie montownie. Jednak stan na dziś to pewne miejsce w przed-przedpokoju rozwiniętego świata, z nadziejami na polepszenie pozycji dzięki mądrej pracy i splotowi korzystnych okoliczności.
Między ideą a konkretem
Niezależnie od naszej oceny postawy Zachodu wobec Rosji, nie sposób nie uznać, że w większym stopniu jest ona dyktowana lepiej lub gorzej pojętym interesem gospodarczym najsilniejszych państw, aniżeli deklarowanymi pryncypiami. Czy zatem rację mają apologeci wizji świata jako areny brutalnej rywalizacji, przejmujący ze Spencerowskiego postrzegania ewolucji nie tylko wartość pracy organicznej, ale i prymat walki o byt jako siły organizującej stosunki społeczne, wręcz tworzywa cywilizacji? Czy odpowiedzią na nieprzestrzeganie oficjalnie deklarowanych zasad solidarności ma być ucieczka w zbudowany na rozczarowaniu szowinizm? Przyjęcie takiej optyki byłoby poważnym błędem.
Historia dobitnie pokazała, iż prawa postępu gospodarczego i społecznego mają się nijak do koncepcji świata jako gry o sumie zerowej – świata wygranych i przegranych. Pozytywne trendy cywilizacyjne są wynikiem wielusetletniej pokojowej kampanii dobrej woli, rozpowszechniającej zdobycze ludzkiego umysłu w poprzek wąskich interesów – indywidualnych, grupowych czy klasowych. Ten inspirujący marsz był wspierany przez tworzenie się i rozwój państw narodowych. Na gruncie właściwych sobie kultur wytworzyły one instytucje będące podstawą rozwoju, którego pozytywne skutki swobodnie przekraczały już granice.
Czasami może się wydawać, że wskazywanie przez ekonomistów na kluczowe znaczenie instytucji w tworzeniu dobrobytu stanowi rodzaj wymówki przed zmierzeniem się z palącymi problemami gospodarki sensu stricto. Jednakże badanie po badaniu, często sięgające kilka wieków wstecz, potwierdza to spostrzeżenie z całą doniosłością, wskazując, iż tylko narody, które były w stanie wykształcić wysokiej jakości instytucje, mogły dokonywać korzystnych dla siebie przeobrażeń, wnosząc zarazem unikalny wkład w ogólny rozwój cywilizacyjny.
Silne instytucje oznaczają silne państwo, zdolne łagodzić skutki wypadków losowych i ograniczać zasięg problemów społecznych. Dogmatycy zrównoważonego budżetu lubią argumentować, że wspieranie grup, którym powiodło się gorzej, to „stawianie konia przed wozem”, bo „żeby wydawać, należy najpierw zarobić”. I chociaż w kwestii polityki społecznej wojowniczy dogmatyzm budżetowy jest chybiony, to w jego przesłankach jest zawarte słuszne spostrzeżenie. Nie można posiąść i utrzymać zdobyczy cywilizacji samym tylko żądaniem godnego życia i solidarności. Nawet doniosłe osiągnięcia mogą szybko zniknąć, rozmyte przez politykę równania do najtańszej specjalnej strefy ekonomicznej na świecie.
Wszystkie najcenniejsze zdobycze rozwiniętego społeczeństwa muszą być oparte na mocnych filarach, których dziś nam brakuje, a mianowicie na możliwości samostanowienia o własnej przyszłości. Jest ona pochodną siły gospodarczej, ta zaś oparta jest nie na szowinizmie, jak chcieliby niektórzy, ale na mozolnej pracy nad instytucjami. W tym – nad wzorcami społecznymi współpracy, ułatwiającymi budowanie pozycji ekonomicznej kraju. Niektórzy za pierwotną wadę nadwiślańskiej wspólnoty uznają przedkładanie symbolu nad konkret, pryncypiów nad pragmatyzm i emocji nad interesy. W najkorzystniejszym od stuleci klimacie międzynarodowym Polska ma szansę – i musi! – stworzyć rozumną syntezę tych pozornych dychotomii.
przez Krzysztof Mroczkowski | niedziela 2 marca 2014 | opinie
Nieoczekiwane spełnienie się życzeń sprawia, że z dnia na dzień musimy budować w naszych głowach nowy świat przedstawiony. Runięcie żelaznej kurtyny wraz ze złowrogim systemem sowieckim wydawało się wielu osobom punktem granicznym, po którym już nigdy ludzkości nie zagrozi fizyczna ani mentalna opresja. Wektory zdawały się być nakierowane na wzrost zamożności i zakresu wolności coraz szerszych populacji. Dokumentowała te nadzieje popularność twierdzenia Francisa Fukuyamy o „końcu historii”, końcu ery wielkich trudności do pokonania.
Z perspektywy czasu, szczególnie po ostatnim światowym kryzysie gospodarczym, widać wyraźniej, że ta wizja była mrzonką. A kolejne wielkie wyzwanie ludzkości spiętrzało się i rosło już dwie dekady przed upadkiem ZSRR. Jesteśmy w stanie mniej lub bardziej dokładnie określić początki i przyczyny tego procesu, zaś jego efekty są bezdyskusyjnie olbrzymie.
85 najbogatszych ludzi świata jest posiadaczami majątków o łącznej wartości równej temu, czym dysponuje 3,5 miliarda mieszkańców Ziemi – połowa wszystkich żyjących ludzi. Praktyka ustrojów społeczno-gospodarczych odeszła od celu istnienia państw, jakim jest oderwanie jednostki od materialnych trosk oraz umożliwienie jej wykorzystania swojego potencjału dla tworzenia lepszego jutra. Ćwierć wieku temu takie konstatacje nie były jednak oczywiste – wiele lat musiało upłynąć, aby zaczęło się formować przekonanie o niewydolności tego stanu rzeczy. Nie jest więc nierealne założenie, że ostatnie kilkanaście lat doświadczeń nieco zawęża perspektywę widzenia także naszych polskich problemów. Wielkie kwestie dnia dzisiejszego niekoniecznie będą takimi za dekadę.
Jaki problem najdobitniej uzmysławia nam, że polskie ambicje nieodstawania od krajów i narodów zamożniejszych są wciąż bardzo dalekie od zaspokojenia? Ten: 45 proc. obecnie pracujących Polaków doświadczyło w swoim życiu bezrobocia.
Na przedwiośniu 2014 r. rejestrowane bezrobocie jest szacowane przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej na poziomie 14 proc. Umiarkowanie ambitnym celem premiera Tuska jest zmniejszenie tej liczby na koniec roku poniżej 13 proc. Przez ostatnie ćwierć wieku bezrobocie było jedną z największych plag nękających polskie rodziny i w niektórych regionach stało się wręcz doświadczeniem pokoleniowym. Nie sposób dokonywać krytycznej analizy 25 lat transformacji, pomijając ten aspekt. Jest on tym boleśniejszy, że zmniejszenie rozmiaru problemu wydawało się być w zasięgu ręki. Nasi południowi sąsiedzi Czesi, dzięki tylko nieco wydajniejszej strukturze przemysłu i bardziej elastycznemu modelowi transformacji, notowali w najtrudniejszych latach transformacji ledwie kilkuprocentowe bezrobocie.
Co zrozumiałe, krytyczna refleksja na temat społeczno-gospodarczego modelu rozwoju Polski i jej mieszkańców (znacznie dziś częstsza niż jeszcze kilka lat temu) nierzadko skupia się właśnie na tym temacie. Piętno odciśnięte przez świeże doświadczenia każe kierować uwagę na problem wielkiej liczby niezatrudnionych. Prognozy krótkookresowe, w tym najbardziej metodologicznie kompetentne analizy NBP, wskazują, że jakiekolwiek spadki bezrobocia w najbliższych latach będą następowały we względnie małej skali. Tym samym zdają się one potwierdzać umowne założenie, że bezrobocie w Polsce odczuwalnie obniża się dopiero wówczas, gdy tempo wzrostu PKB wyraźnie przekracza 4 (a najlepiej 5) procent.
Świeże doświadczenia kryzysu jeszcze wzmacniają to przekonanie. Po wyraźnym spowolnieniu w roku 2009, wzrost PKB w latach 2010 i 2011 przekraczał 4 punkty proc., a mimo to szeregi bezrobotnych systematycznie się zwiększały. Jeżeli prognozy się sprawdzą, wysoki poziom bezrobocia będzie nękać nie tylko niezatrudnionych, lecz także tych pracowników, których pozycja jest mocno osłabiona przez istnienie „rezerwowej armii pracy”.
Nie należy jednak wykluczyć niespodziewanego: być może bezrobocie już nigdy nie będzie tak wysokie jak teraz. Jeżeli tylko nie dojdzie do zbytniego rozchwiania sytuacji międzynarodowej, Polska ma szansę na powolne przełamanie impasu. Na tle innych „rynków wschodzących” jest krajem daleko stabilniejszym. W połączeniu z rozsądną polityką monitorowania kursu złotego sprawia to, że Polska może uniknąć dużych wahań będących przekleństwem dla rozwijającej się gospodarki.
Wiadomo jednak, że światowa koniunktura na pstrym koniu jeździ, czynienie więc jakichkolwiek założeń o stabilności na okres dłuższy niż rok czy półtora wydaje się karkołomnym zadaniem. Jest jednak jeszcze jeden czynnik, który powoduje, że gospodarka może zachowywać się inaczej niż w latach 2010-2012, kiedy nagle zgasł jej zapłon. Otoczenie zewnętrzne tylko dokłada się do efektu, jaki ma początek nowej perspektywy finansowej UE. Jej realny start to wiosna 2015 r., zaś kolejne trzy lata to stały dopływ pieniędzy na inwestycje. Pieniędzy, których, dodajmy, „nie można zmarnować” chociażby ze względu na gigantyczny koszt polityczny, jaki ponieśliby ci lub inni rządzący.
Sceptyk zauważy, że pozyskiwanie funduszy będzie w tej perspektywie znacznie trudniejsze niż w poprzedniej. Co więcej, budżet unijny został zaprojektowany tak, iż fundusze na innowacyjność będą teoretycznie mniejsze. Poza tym, chociaż przez najbliższe miesiące konkurencyjność polskiego eksportu będzie wysoka, to w nieco dłuższej perspektywie w wymianie handlowej będziemy zapewne dużo bardziej na minusie. A procedura nadmiernego deficytu, którą jest objęta Polska, sprawi, że skala publicznych inwestycji będzie umiarkowana.
To wszystko prawda, jednak sprawne zaprojektowanie systemu funduszy unijnych na poziomie krajowym może pozwolić na podniesienie innowacyjności „kuchennymi drzwiami”, kierując na przedsięwzięcia innowacyjne zwiększone środki unijne na rozwój regionalny. Jeżeli polskie przedsiębiorstwa, co jest mimo wszystko prawdopodobne, uznają, że nadchodzi cykl inwestycyjny lat 2015-2018, wtedy trwały wzrost PKB na poziomie 4 proc., w przeciwieństwie do lat 2010-2011, przyniesie nie wzrost, lecz stabilny spadek bezrobocia.
Pod koniec dekady zaś pokolenia przechodzące na emeryturę (mówiąc brzydko za demografami: kohorty) będą znacznie liczniejsze od tych wchodzących na rynek pracy. Ten proces powinien być szczególnie odczuwalny po roku 2020.
Cóż to wszystko oznacza? Tu i teraz efekty będą raczej niewielkie, chociaż jeżeli hipoteza o niższym bezrobociu jest prawdziwa, to (również ze względu na efekty sezonowe) jesienią przyszłego roku bezrobocie rejestrowane będzie znacznie bliżej poziomu 10 proc., niż nam się teraz wydaje. To oczywiście może wymusić zacieklejszą polityczną rywalizację przed wyborami parlamentarnymi. Czasy liberalnego populizmu (który usiłuje wskrzesić PO-Frakcja Rewolucyjna Jarosława Gowina) powoli odchodzą do lamusa i zwiększa się szansa na pozytywną licytację programową między partiami.
W dłuższym okresie jednak taki trwały spadek bezrobocia będzie oznaczać konieczność zmierzenia się z innymi aspektami naszego modelu społeczno-gospodarczego. Możliwe są dwa scenariusze. Pierwszy to bierność. Nietrudno sobie wyobrazić najbliższą dekadę podobną do ostatniej. Pełną zaciekłych sporów o wszystko oprócz prawdziwego polepszenia materialnych podstaw życiowych obywateli, jałową jeśli chodzi o wykorzystanie potencjału samosterowności państwa. Dekadę, pod koniec której kolejne spory będą toczyły się wokół konieczności umożliwienia znaczącego napływu imigracji celem zasilenia gospodarki.
Drugi scenariusz to ten, który próbuję szkicować na tych łamach od pewnego czasu. Chociaż głoszenie tezy, że obecny system – oparty na liberalnym populizmie w debacie publicznej i neoliberalnej praktyce rządzenia – kończy swój żywot, jest zbytnim wyprzedzaniem faktów, to nie da się zaprzeczyć, że coś się zmienia. Czy to oznacza, iż teraz sprawy będą szły innym torem, czy zmieniają się jedynie kostiumy? Żaden rozwój wypadków nie jest zdeterminowany, zaś trwała prospołeczna i prorozwojowa zmiana modelu funkcjonowania naszego kraju jest nie tylko niewykluczona, ale być może nawet prawdopodobna przy odpowiedniej, mądrej mobilizacji na rzecz pożądanych decyzji. Jej wynikiem winno być doprowadzenie do pozytywnej aukcji programowej środowisk politycznych. Wbrew bowiem protekcjonalnemu założeniu niektórych środowisk przekonanie Polaków o względnej kompetencji ugrupowań w sprawach gospodarczych odegra dużą rolę przy wrzucaniu kartki wyborczej.
Sygnały dostarczane przez rzeczywistość mogą się wydawać sprzeczne. Z jednej strony mamy do czynienia z praktycznie nieistniejącym dialogiem społecznym i coraz większą prywatyzacją usług publicznych w miejsce zwijającego się państwa i samorządu. Z drugiej posłuchanie związkowców (i własnej panapremierowej rozterki z przemówienia w Krynicy) w kwestii umów śmieciowych oraz rynkowo nieortodoksyjne podejście w sprawie podjęcia inwestycji np. w energetyce. Poza tym coraz wyraźniejsze akcentowanie roli przemysłu i stawianie sobie celów, których logicznym wypełnieniem musi być prędzej czy później polityka przemysłowa z prawdziwego zdarzenia.
Konkurencja między partiami, jak też i debata publiczna, powoli, lecz zdaje się nieodwracalnie odchodzi od liberalnego populizmu, czego przykładem jest ostatni program Prawa i Sprawiedliwości. W części gospodarczej niewiele jest naiwnych, sztampowych formułek o cudzie gospodarczym dzięki uwolnieniu energii Polaków, o konieczności odchudzenia biurokracji czy o ukróceniu wszechobecnego marnotrawstwa i lepszym zarządzaniu. Wyrażenie-klucz „reforma finansów publicznych” nie pojawia się na każdej stronie. Jest za to wiele realistycznego podejścia do zmian gospodarczych jako wyzwania strukturalnego. Zarówno diagnoza, jak i proponowane rozwiązania są co prawda na poziomie dość ogólnikowego eseju, jednak w porównaniu z wieloma tego typu partyjnymi dokumentami ukazującymi się w ciągu ostatniego ćwierćwiecza jest to wyraźny skok jakościowy. Oczywiście, jest to nadal o znacznie za mało, uwzględniając wielkie środki, które duża partia mogłaby przeznaczyć na niezależnych ekspertów, ale warto z nadzieją potraktować ten dokument, jako początek zmiany sposobu myślenia o gospodarce.
Warto zwrócić uwagę, że strukturalnych przemian gospodarki nie załatwi „business as usual” ubiegłego ćwierćwiecza z usuwaniem barier dla wolnego rynku, osładzanym pewną dozą polityki społecznej. Dlatego mimo iż poprzednie wypowiedzi posłów opozycji o „większym Amber Gold” napawały najgorszymi obawami, PiS zdecydował się utrzymać program Inwestycje Polskie, dostrzegając w nim potencjalnie główny motor zmian strukturalnych oraz polityki wzmacniania i zarządzania strumieniami inwestycji publiczno-prywatnych. Mechanizm wehikułu inwestycyjnego, wspieranego lewarowaniem finansowym z Banku Gospodarstwa Krajowego, co od wielu lat postulowało Polskie Lobby Przemysłowe, daje szanse na przerwanie rozwojowego impasu, nękającego kraj będący w pułapce średniego wzrostu.
W ramach międzynarodowego porządku gospodarczego, w którym funkcjonuje Polska („konsensusu OECD”), dostępnych jest jeszcze kilka innych możliwości polepszenia pozycji konkurencyjnej kraju, chociaż bez wątpienia jest to trudniejsze niż kilka dekad temu, gdy niezależna i samosterowna polityka gospodarcza potrafiła zbudować potęgę gospodarczą z małej wioski rybackiej. W sumie jednak mechanizmy i narzędzia są pochodną intencji rozwojowej państw i wyznaczonych celów. Jakie wnioski winna wyciągnąć Polska, jeżeli przyjmiemy, że w najbliższej dekadzie możliwe jest odkochanie się „czynników decyzyjnych” w realnym liberalizmie, że towarzyszyć temu będzie spadek bezrobocia, lecz zarazem demografia może przekreśli te pozytywy? Konieczne jest dostosowanie do polskich warunków sprawdzonych pronatalistycznych rozwiązań z innych krajów, ale nie to zdaje się być kluczowe w tej kwestii – nie chodzi o same liczby spodziewanych urodzeń, lecz o to, co one mówią o Polakach, ich oczekiwaniach względem życia swojego i ewentualnych potomków. To prawda, że demograficzne załamanie dla bogatszej, rozwijającej się Polski nie musi skończyć się katastrofą. Ale nawet jeśli uznamy, iż spora część problemu demograficznego nie leży w gestii czynników gospodarczych, lecz kulturowych, to powinno to być tym bardziej wskazaniem do działania.
Nić połączenia między sferą prywatnego życia jednostki i rodzin a społecznym projektem zwanym państwem polskim, jest zbyt cienka. Indywidualistyczny eskapizm jest często nie tyle wynikiem wolnego wyboru, lecz braku jakiegokolwiek poczucia współstanowienia o większej całości. Rachunek ekonomiczny jest nieubłagany: przy otwartych granicach indywidualny egoizm powinien doprowadzić do zmniejszenia polskiej populacji do zera, gdyż większość pracujących Polaków jest w stanie żyć na wyższym poziomie w krajach rozwiniętych. Brak decyzji o zakładaniu rodziny również może mieć coś wspólnego z tym, że status społeczny coraz częściej przekazywany jest z pokolenia na pokolenie. Jak żyć?
Szczery i szeroko akceptowany kontrakt społeczny, obiecujący poprawę warunków życia Polaków i zatrzymanie wzrostu nierówności rozbijających spójność społeczną, nie jest zadaniem łatwym. Od zatomizowanego społeczeństwa domagałby się rezygnacji z dzisiejszej radykalnie indywidualistycznej optyki, w której usługi publiczne są postrzegane niemal jako totalitaryzm. Wymagałby zastąpienia łatwego cynizmu odpowiedzialną refleksją w duchu troski o dobro wspólne i optymizmem co do możliwości zmian na lepsze, który jest warunkiem koniecznym takich zmian. Ale jeszcze większe zobowiązania kładłby na głównych wykonawcach tego kontraktu, gdyż droga do rozwoju każdego kraju musi być unikalna. W tym przyspieszającym, połączonym na wiele sposobów świecie będzie to nie lada wyzwanie. Poza politycznym slalomem, uwarunkowania wielu aspektów (od praw własności intelektualnej po skalę postępu naukowego i zawsze zaskakującą transformację podziału pracy na różnych kontynentach) będą wciąż zmieniać nasze założenia. Może to być czas fascynująco twórczy, nie wolny od pomyłek, lecz cieszący efektami nie tylko „tu i teraz”. To dlatego, że odpowiedź na pytanie, czy ekonomia jest nauką, brzmi: polityka gospodarcza jest sztuką.