Miasto jest nasze!

Miasto jest nasze!

O ożywieniu warszawskiego życia obywatelskiego, demoralizacji władzy, „koszmarze partycypacji” oraz o szansach i wyzwaniach stojących przed ruchami miejskimi rozmawiamy z Janem Śpiewakiem.

***

Jesteś jednym z liderów warszawskiej organizacji Miasto Jest Nasze. Skąd się wzięliście i dokąd zmierzacie?

Jan Śpiewak: Zaczęło się od warszawskiego referendum w sprawie odwołania prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz. Wystartowaliśmy jako inicjatywa obywatelska, która miała zachęcić ludzi do udziału w głosowaniu. Mieliśmy nadzieję, że referendum stanie się przyczynkiem do dyskusji na temat kondycji miasta i kierunków jego rozwoju. Niestety tak się nie stało – referendum zostało zawłaszczone przez partie polityczne. Pewnie nie mogło się skończyć inaczej, taka była logika wydarzeń. Efekt był niestety taki, że referendum w sprawie polityki HGW zostało wpisane w konflikt wygodny dla władz: za czy przeciw Kaczyńskiemu. Michał Kamiński, który szykował się wtedy do transferu do Platformy, pytał w telewizji, czy warszawiacy chcieliby, żeby Jarosław Kaczyński cieszył się z wyniku referendum. Ten zabieg okazał się niestety skuteczny i bardzo wydatnie przyłożył się do klęski referendum. Mimo wszystko ten nasz chrzest bojowy miał też jasne strony. Zmiana ostatecznego wyniku była ponad nasze siły, ale udało nam się zdobyć doświadczenie oraz spore zainteresowanie mediów. Zobaczyliśmy, jak łatwo w gruncie rzeczy przebić się do ludzi z ważnymi dla nas sprawami, jeśli ma się dobre pomysły i umie je dobrze i przystępnie „oprawić” – np. stosując formę happeningu, memu czy infografiki. Po referendum okazało się, że część z nas chce działać dalej. Powołaliśmy stowarzyszenie, w którym działa dziś ok. 40 osób.

Czym zajmujecie się na co dzień?

J. Ś.: Jesteśmy przede wszystkim organizacją interwencyjną, typu „watchdogowego”. Monitorujemy, co się dzieje w mieście i staramy się wychwytywać najistotniejsze wydarzenia i zagadnienia. Walczymy z korupcją, nepotyzmem, arogancją i niekompetencją urzędników. Jednym z pierwszych tematów, którym się zajęliśmy, była sprawa biurowca na Podwalu. Jakiś tydzień po referendum dowiedzieliśmy się od zaprzyjaźnionej organizacji „Ogród Warszawa” (stworzonej przez aktywistów broniących Ogrodu Krasińskich przed „rewitalizacją” polegającą m.in. na nielegalnej, jak stwierdził generalny konserwator zabytków, wycince kilkuset drzew), że w sąsiedztwie warszawskiej starówki planuje się wyburzenie części jednego z budynków i postawienie tam nowego biurowca, i że dzieje się to z naruszeniem wszelkich zasad konserwatorskich. Warto dodać, że Stare Miasto jest według UNESCO obiektem szczególnej wartości. Proponowany projekt – trzeciorzędna agresywna komercyjna architektura – był nie do przyjęcia w tym miejscu. Warszawa mogła zatem przypłacić ingerencję w chroniony krajobraz wykreśleniem Starego Miasta z listy światowego dziedzictwa UNESCO. Narobiliśmy trochę rabanu, zrobiliśmy happening – „pogrzeb” warszawskiej starówki na liście UNESCO. Potem media wykryły, że biurowiec projektował syn naczelniczki dzielnicowego Biura Architektury, które wydawało pozwolenie na budowę. Hanna Gronkiewicz-Waltz zdecydowała o wstrzymaniu budowy, ale wojewoda uchylił jej decyzję. Myślę, że porozumieli się wcześniej, żeby pani prezydent mogła zademonstrować opinii publicznej, iż „zrobiła co mogła, ale prawo wiąże jej ręce”. Ale to był dopiero początek dramatu…

Co stało się potem?

J. Ś.: Ratusz opowiadał, że sprawa była szeroko konsultowana. Zapewniała tak m.in. była wieloletnia stołeczna konserwator zabytków, Ewa Nekanda-Trepka, która jest bardzo bliską i zaufaną współpracowniczką Hanny Gronkiewicz-Waltz (pomagała jej choćby w delikatnym sporze z „obrońcami krzyża”, wydając opinię, która przesądziła o zablokowaniu inicjatywy wybudowania pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej pod Pałacem Prezydenckim). W sprawie biurowca rzeczywiście odbyły się konsultacje – z Ministerstwem Kultury i ze Społeczną Radą Kultury przy Prezydencie Warszawy – ale ich wyniki były negatywne! Okazało się ponadto, że stołeczny konserwator miał obowiązek skonsultować swoje plany z UNESCO. Nasze „jątrzenie” zmusiło UNESCO do wysłania specjalnej misji do Warszawy. Wydany później raport potwierdził, że ratusz miał obowiązek zapytać o zdanie organizacje. Również projekt budynku został skrytykowany. Zażądano nad nim dalszych prac. Cała ta sprawa jak w soczewce skupia patologie działania warszawskich władz i prowadzonych przez nie procesów inwestycyjnych. Miejsce symbolicznie bardzo ważne dla Warszawy i dla Polski, bo związane nie tylko z dawniejszą historią, ale i z tą zupełnie świeżą. I w tym miejscu nagle budowane jest coś, co nie tylko niszczy jego charakter estetyczny, ale też w jakimś sensie godzi w zbiorowy trud powojennej odbudowy Warszawy. W dodatku dzieje się to z ewidentnym naruszeniem prawa.

I tak, poprzez tę pierwszą próbę oddolnej kontroli działań władzy, doszliście do tematu reprywatyzacji.

J. Ś.: Zgadza się. Ważna była też sprawa osoby inwestora. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że ten sam człowiek stoi za szeregiem własnościowych „punktów zapalnych” na mapie Warszawy. Pan Maciej Marcinkowski jest jedną z kluczowych postaci warszawskiego biznesu reprywatyzacyjnego. Dorobił się wielkiego majątku na handlu roszczeniami i nieruchomościami. Jego rolę oraz powiązania ze stołecznymi urzędnikami pokazaliśmy poprzez popularną „warszawską mapę reprywatyzacji”. Początkowo zarówno ratusz jak i on grozili nam za to pozwem, ale jak do tej pory nikt nie przeszedł od słów do czynów.

Jest jeszcze sprawa własności tunelu trasy W-Z, który przebiega pod „odzyskaną” przez Marcinkowskiego działką na Podwalu…

J. Ś.: Okazało się, że przekazując nieruchomość w ręce posiadacza roszczeń, miasto przekazało też handlarzowi fragment ważnej arterii komunikacyjnej. Żeby było zabawniej, fragment oddalony zaledwie kilkaset metrów od Ratusza… Polskie prawo nie reguluje „warstwowej własności gruntu”, więc razem z działką Marcinkowski dostał w prezencie także to, co znajduje się pod nią, a w urzędzie nikt o tym w porę nie pomyślał. Do tej pory wydawało się, że przynajmniej drogi publiczne są zabezpieczone przed dziką prywatyzacją. Ratusz tłumaczy się, że Trasa W-Z to „samowola budowlana”. Drogi pod tunelem nie ma w żadnej ewidencji.

Mówi się, że to m.in. dzięki Waszym działaniom temat reprywatyzacji wrócił do mainstreamu jako problem nie tylko stygmatyzowanych często lokatorów mieszkań komunalnych, ale wszystkich warszawiaków, także tych z klasy średniej.

J. Ś.: Temat reprywatyzacji wciąż jest traktowany po macoszemu przez mainstream, ale na poziomie mediów lokalnych zrobiło się o nim dość głośno. Naszą mapę reprywatyzacji obejrzało ok. 40 tys. osób. Oczywiście wzrost zainteresowania tym tematem jest tylko częściowo naszą zasługą. Przede wszystkim wynika on z faktu, że dzika reprywatyzacja zaczyna zagrażać wspólnej przestrzeni – parkom, szkołom czy szpitalom – na niespotykaną dotąd skalę. Częściowo jest to też niestety kwestia wizerunku lokatorów – z jednej strony klasa średnia patrzy na nich trochę z góry, z drugiej, ludziom, którzy wynajmują mieszkania na rynku albo kupują ciasne mieszkanie na kredyt gdzieś na obrzeżach miasta, jawią się oni jako grupa uprzywilejowana. Ale to nie jest tylko kwestia uprzedzeń klasowych – po prostu sama logika konfliktów o mieszkania jest bardziej partykularna, bo odbywa się np. na skalę kamienicy. Ludzi łatwiej jest podzielić, pozbywać się ich stopniowo, a protest na większą skalę opiera się raczej na odruchach solidarności niż na poczuciu, że broni się wspólnej własności wszystkich mieszkańców. Tymczasem konflikt np. o szkołę czy skwer dotyka bezpośrednio całej społeczności.

Czy widzisz szansę na zbudowanie szerokiego sojuszu, który doprowadzi do uregulowania reprywatyzacji?

J. Ś.: Myślę, że tak. W Warszawie na pewno bardzo narasta świadomość, że to poważny problem i że znaczna część reprywatyzacji jest przeprowadzana niezgodnie z prawem. Brakującym elementem do rozwiązania systemowego jest jednak zmiana obecnego układu władzy.

Ostatnio zaangażowaliście się z kolei w działania związane z „aferą na Bemowie”.

J. Ś.: Opowiem parę słów o tej aferze, bo dobrze oddaje poziom demoralizacji elit naszego miasta. Były burmistrz Bemowa, a następnie wiceprezydent Warszawy, Jarosław Dąbrowski, był ważną postacią w warszawskim systemie władzy. Jako burmistrz był dość sprawny PR-owo, potrafił wykorzystywać media do budowania swojego wizerunku jako nowoczesnego polityka. Doprowadził poza tym do uruchomienia pierwszego w Warszawie systemu rowerów miejskich oraz bezpłatnego internetu w całej dzielnicy. Jest to w dodatku typ polityka, który stara się o dobre relacje ze wszystkimi: z Kościołem, z kombatantami, z organizacjami pozarządowymi, z hiphopowcami. Taki swojak. Wydawało się, że kariera polityczna stoi przed nim otworem. Jednocześnie był jednak człowiekiem pozbawionym skrupułów jeśli chodzi o wykorzystywanie swojej pozycji dla prywatnych celów. Załatwił swojej partnerce mieszkanie komunalne poza kolejnością, w budynku świeżo wyremontowanym za kilkadziesiąt tysięcy złotych, w najlepszej części dzielnicy, za co do dzisiaj nie spotkały go żadne konsekwencje. Środowisku aktywistów podpadł poza tym, gdy opowiedział się za postawieniem na Bemowie osiedla kontenerowego dla najuboższych. Wsławił się także tym, że sprowadził na zebranie rady dzielnicy klaunów, żeby ośmieszyć grupę rodziców, którzy przyszli zaprotestować na przeciwko prywatyzacji stołówek szkolnych. Tymczasem przychodzi okres przedreferendalny i jeden z wiceprezydentów miasta, Kochaniak, który odpowiadał za wdrożenie w Warszawie „ustawy śmieciowej”, zostaje posądzony o ustawienie przetargu. Gronkiewicz-Waltz odwołuje go (na pocieszenie dostaje różne stanowiska w radach nadzorczych, m.in. w Dalkii, czyli francuskiej spółce, która przejęła w ramach kontrowersyjnej prywatyzacji Stołeczne Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej), a Dąbrowski zajmuje jego miejsce. Mniej więcej w tym samym czasie odbywają się wybory do władz regionów w Platformie. Trzeba wiedzieć, że warszawska Platforma ma dwa oblicza: z jednej strony mamy struktury terenowe partii, kontrolowane przez ludzi Schetyny – Halickiego i Kierwińskiego, a z drugiej dwór Hanny Gronkiewicz-Waltz. Nominacja Dąbrowskiego, człowieka „schetynowców”, miała zapewnić pokój w obozie władzy w przededniu referendum. Po niecałym roku od jego awansu na Bemowie wybuchła afera. Zagrożony zwolnieniem wiceburmistrz Bujski, biznesmen, który zapisał się do Platformy w 2005 roku, na fali nastrojów anty-PiS-owskich, wydał oświadczenie mówiące o licznych nieprawidłowościach, od korupcji, po mobbing, oraz o nieformalnym układzie trzymającym władzę na Bemowie, w którym za sznurki pociąga z Ratusza Dąbrowski. Pomogliśmy nagłośnić jego zarzuty i żądaliśmy ich wyjaśnienia, nie pozwalając, żeby sprawa została zamieciona pod dywan. Jednocześnie podnosiliśmy kwestie konfliktu interesów, gdy Hanna Gronkiewicz-Waltz zapowiedziała kontrolę wewnętrzną, która miała się odbyć pod nadzorem ludzi powiązanych z „bemowskim układem”. Dąbrowski oczywiście wszystkiemu zaprzeczał, ale wymuszony na władzy miejski audyt potwierdził, że dochodziło tam do nieprawidłowości, a wiceprezydent został zmuszony do dymisji.

Chyba dość często – nawet w kręgach warszawskich ruchów miejskich – pojawia się przeciw Wam zarzut, że działacie w sposób tendencyjny czy też populistyczny, że tylko krytykujecie władzę, zamiast przedstawić szerszą, konstruktywną wizję.

J. Ś.: Nie jest to do końca prawda, ale też nie wiem, dlaczego to miałby być zarzut. Myślę, że na lokalnej scenie politycznej oraz wśród organizacji społecznych jest miejsce także dla inicjatyw, które patrzą władzy na ręce i poddają jej politykę zdecydowanej krytyce. Myślę wręcz, że tego rodzaju wyrazistego głosu w Warszawie trochę brakowało. Władza pozbawiona takiej opozycji szybko się degeneruje. Zupełnie mnie nie przekonuje podejście, wedle którego musisz złą władzę za coś pochwalić, aby zostać traktowanym poważnie. Występujemy jednak również z programem pozytywnym. Projekt Rotacyjny Dom Kultury na Jazdowie będzie brał udział w głosowaniu w ramach budżetu obywatelskiego. To również okazja do opowiedzenia o naszej wizji tego parku, skarpy wiślanej, zagospodarowania przestrzeni publicznych. Takich inicjatyw jest więcej.

Jakie są Wasze dalsze plany? Jak chcecie działać, w jakim kierunku się rozwijać?

J. Ś.: Chcemy stworzyć konkretny pozytywny program. Rozważamy start w tegorocznych wyborach samorządowych, na razie do rady dzielnicy Śródmieście. Jeszcze nie podjęliśmy w tej sprawie decyzji, ale jesteśmy przekonani, że docelowo konieczna jest budowa obywatelskiej opozycji dla obecnego układu, także w wymiarze alternatywy wyborczej.

Jakiego programu można się po Was spodziewać?

J. Ś.: Wpływ rad na rządzenie miastem jest niestety ograniczony – prezydent dysponuje olbrzymią władzą. Na pewne rzeczy można jednak wpływać już z poziomu rady dzielnicy. Przede wszystkim uważamy, że samorząd powinien być odpartyjniony. Lojalność partyjna powinna być zastąpiona lojalnością dzielnicową. Po drugie, stawiamy na zrównoważony rozwój. To bardzo pojemne pojęcie zawiera w sobie planowanie przestrzenne, rewitalizację, walkę z zanieczyszczeniem powietrza czy ochronę dziedzictwa kulturowego. Po trzecie, demokratyzacja procesów samorządowych. Więcej wiążących konsultacji i transparentności. Miasto powinno być dla ludzi. Stawiamy na transport publiczny, rozbudowę ścieżek rowerowych i zwiększenie liczby przejść dla pieszych, uspokajanie ruchu samochodowego tam, gdzie to możliwe. Chcemy ocalić osiedle „domków fińskich” na Jazdowie i stworzyć tam centrum kulturalne Warszawy. Zależy nam także na stworzeniu sieci osiedlowych dziennych domów opieki seniora. Dzielnica może ponadto być stroną w postępowaniach reprywatyzacyjnych, choć dziś najczęściej tego nie robi. Może także wspierać lokatorów zagrożonych utratą mieszkań. Wreszcie – chcemy wspierać procesy decentralizacji władzy w mieście, wzmacnianie kompetencji rad dzielnic i rad osiedli.

Na poziomie ogólnomiejskim chcemy pilnej i znaczącej rozbudowy komunalnego zasobu mieszkaniowego. Miasto dysponuje bardzo licznymi gruntami, które mogłyby zostać przeznaczone na ten cel. Warto dodać, że budowa mieszkań komunalnych (np. w partnerstwie publiczno-prywatnym) to nie tylko zmniejszenie deficytu mieszkaniowego, nie tylko wpływ na obniżenie cen na rynku mieszkaniowym, ale i inwestycja w lokalną gospodarkę. Jednocześnie naszym wyróżnikiem jest to, że nie jesteśmy nacechowani ideologicznie.

Co masz na myśli?

J. Ś.: Staramy się trzymać konkretów, unikać tematów obarczonych takiego rodzaju warstwą ideologiczną, która powoduje zakrzywienie perspektywy i uniemożliwia współdziałanie. Nasz program jest z jednej strony „postępowy”, ale w pewnym sensie także bardzo konserwatywny – opiera się na myśleniu o samorządzie jako o wspólnym dobru mieszkańców, wzmacnianiu więzi społecznych, na ograniczaniu siły deweloperów i wielkich korporacji. Jesteśmy przekonani, że działając w takim duchu możemy przekroczyć, choćby na lokalną skalę, podziały, które najsilniej polaryzują dziś polskie społeczeństwo.

Co, jako organizacja, zawdzięczacie ruchom miejskim? W jakiej mierze czujecie się częścią tego zjawiska, a w jakiej czymś odrębnym?

J. Ś.: Należałoby najpierw zdefiniować, czym są ruchy miejskie. Czy np. w Warszawie istniały ruchy miejskie przed referendum?

A istniały?

J. Ś.: W jakimś sensie istniały, ale raczej były to niszowe inicjatywy, niż jakaś szeroko zakrojona obywatelska alternatywa. Nie było niczego, co można by porównać z poznańskim stowarzyszeniem My Poznaniacy czy krakowską inicjatywą przeciw igrzyskom. Na pewno My Poznaniacy są dla nas pewnego rodzaju inspiracją, to jest już poważna i mądrze działająca siła, chociaż istniejąca ordynacja wyborcza nie pozwoliła im na zdobycie miejsc w radzie miasta.

Od czasu warszawskiego referendum sytuacja jest już dużo lepsza, na pewno można mówić o pewnego rodzaju twórczym fermencie na styku różnych środowisk, stowarzyszeń i inicjatyw obywatelskich. Można też mówić o postępującym upolitycznieniu – w dobrym sensie tego słowa – aktywistów, o tym, że są gotowi przyjąć odpowiedzialność za to, co się w mieście dzieje.

A czego – Tobie czy wam jako Miasto Jest Nasze – brakowało na warszawskiej scenie organizacji społecznych?

J. Ś.: Przede wszystkim – skuteczności i gotowości do wchodzenia w konflikt z establishmentem politycznym. Wydaje mi się, że to się do pewnego stopnia wiąże z poczuciem, że jesteśmy słabi i w związku z tym skazani na poszukiwanie kompromisu. Stąd nie (zawsze) możemy sobie pozwolić np. na wskazywanie konkretnych mechanizmów i konkretnych ludzi władzy odpowiedzialnych za złe decyzje. A czasem w działaniach potrzebna jest odrobina desperacji. Bardzo trudno było nam, jako ludziom działającym w świecie ruchów miejskich od niedawna, zrozumieć jak to się stało, że nie udało się np. zablokować prywatyzacji SPEC-u. Inną częścią odpowiedzi jest to, że warszawskie władze są dość sprawne w kooptacji ruchów miejskich, wiedzą, gdzie mogą sobie bez większej szkody politycznej pozwolić na przejęcie ich postulatów, wiedzą, że warto utrzymywać z aktywistami kontakty, że warto z nimi debatować i żyć w pewnego rodzaju symbiozie. A aktywiści starają się podejmować tę grę, myśląc że to dobry sposób na zwiększenie swojej siły oddziaływania.

Czy to jest tak, że problem polega na tym, że życie obywatelskie w Warszawie jest wciąż domeną raczej pewnego archipelagu środowisk na wpół towarzyskich, a nie szerszego, politycznego ruchu?

J. Ś.: Myślę, że nie da się już tak powiedzieć. W Warszawie dzieje się obecnie naprawdę dużo, cały czas powstaje mnóstwo świeżych inicjatyw, które są ruchami miejskimi w autentycznym sensie tego słowa, które są polityczne, bo chcą autentycznych zmian. Władza nie jest już w stanie opanować tych tendencji. Nadchodzi, mam nadzieję, krytyczny moment, kiedy znaczna część tych inicjatyw będzie w stanie się zjednoczyć i zaproponować autentyczną alternatywę.

Mamy w dużych miastach w Polsce do czynienia z pewną modą na miasto, która może być szansą na upolitycznienie spraw związanych z polityką lokalną i zainteresowanie szerokiej rzeszy mieszkańców sprawami publicznymi. Jakie widzisz w tak ujętym horyzoncie zagrożenia, na jakie „mielizny” powinny rodzące się ruchy miejskie uważać?

J. Ś.: Nie należy na pewno popadać w błogi optymizm. Mody mają to do siebie, że rządzą się swoimi prawami. Całe ożywienie miejskiego życia obywatelskiego może się nagle rozpłynąć. Jest też zagrożenie, że jednak damy się władzy w ten czy inny sposób spacyfikować. Pewnym wyzwaniem są roztaczane przez władze miraże konsultacji społecznych czy budżetów partycypacyjnych.

Ale przecież partycypacja to dość stary postulat szeroko pojętej „strony społecznej”: chcemy, żeby władza nas słuchała, żeby działała w sposób przejrzysty i przestrzegała procedur. Dlaczego mielibyśmy narzekać, kiedy wprowadza się to w życie?

J. Ś.: Nie należy mylić partycypacji realnej z pozorowaną. Istnieje zagrożenie, że sami nie zauważymy, gdy damy się wciągnąć w system, który można by określić jako „neoliberalizm z ludzką twarzą”. Oczywiście to prawda, że można coś sensownego ugrać wchodząc w te koncesjonowane przez władze przestrzenie debaty czy procesy decyzyjne, że są to narzędzia, z których mimo wszystko trzeba korzystać. Zauważmy zresztą, że to są o tyle realne osiągnięcia ruchów miejskich, iż władze wprowadzają je w życie najczęściej wtedy, kiedy czują się zagrożone (np. w Sopocie, przed referendum w sprawie odwołania prezydenta Karnowskiego). Miasta „uspołeczniają się”, ale dzieje się to na warunkach władzy.

Jako MJN bierzemy udział w różnych konsultacjach, złożyliśmy też szereg projektów do budżetu partycypacyjnego, starając się, by nie były one pozbawione pewnego ostrza politycznego. Udało nam się np. w ramach budżetu partycypacyjnego poddać pod głosowanie projekt zewnętrznego audytu dzielnicowych Zakładów Gospodarowania Nieruchomościami. Widzieliśmy później – i to jest świetne – że takich projektów, wykraczających poza przysłowiowe pomalowanie ławki w parku, pojawiło się więcej. Były np. projekty reorganizacji ruchu rowerowego w całych kwartałach. Jest bardzo ważne, żebyśmy uczestnicząc w tego rodzaju formułach nie tracili szerszego, krytycznego spojrzenia i nie zapominali, że są to mimo wszystko elementy systemu, żebyśmy nie dali się uwieść myśli, że ten sympatyczny kwiatek do kożucha to jest ta realna demokratyzacja, o którą walczymy.

A generalnie masz wrażenie, że środowiska zaangażowane w miejski aktywizm zdają sobie sprawę z tego zagrożenia?

J. Ś.: Do pewnego stopnia tak. Już w zeszłym roku ukazała się po polsku ważna książka pt. „Koszmar partycypacji”. Przedmowę do niej napisał zasłużony teoretyk i działacz ruchów miejskich, Kacper Pobłocki. Książka jest właśnie o tym, o czym tu mówimy: jak fasadowa partycypacja może służyć kanalizowaniu odruchów opozycyjnych i blokować realną zmianę. Ale ta świadomość niestety niekoniecznie przekłada się na praktykę. W wielu przypadkach pseudo-partycypacyjna polityka władz odnosi sukcesy i nawet doświadczeni działacze dają się wpleść w jej legitymizację.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Marceli Sommer. Warszawa, maj 2014 r.

Wszystkie ręce były na liberalnym pokładzie

– W ostatnich miesiącach byliśmy świadkami ostrej dyskusji na temat „resortowych dzieci” – nie tylko książki pod takim tytułem, ale i szerszego problemu znaczenia wzorców rodzinnych czy środowiskowych w polskiej historii najnowszej. Antycypując tę dyskusję, Jan Olszewski w ubiegłorocznym wywiadzie dla „Nowego Obywatela” stwierdził, że najbardziej zasadniczym podziałem w łonie PRL-owskiej opozycji był ten między opozycją niepodległościową a „wewnątrzsystemową”, czyli ludźmi wywodzącymi się ze środowisk komunistycznych. Czy taki obraz zgadza się z Pańską pamięcią tamtych lat? Czy odnajduje się Pan w takim schemacie, a jeśli tak, to po której stronie?

Ryszard Bugaj: Tak ostre postawienie sprawy mnie nie przekonuje, jednak w ostatnich latach trochę się zbliżyłem do tego stanowiska. W młodości, choć byłem spoza Warszawy, z małego miasteczka, mieszkając w domu bez książek, w ogóle tego podziału nie dostrzegałem. Swoje widzenie świata kształtowałem w zasadzie bez rodzinnych uwarunkowań. W sytuacji braku alternatywnych źródeł szczególną rolę odgrywały przekazy oficjalne: prasa i szkoła. Na początku moja wizja Polski była taka: socjalizm to jest dobry projekt, ale oni to źle robią. W Warszawie, do której przyjechałem uczyć się w szkole średniej, a potem studiować na uniwersytecie, wpadłem w środowisko zdominowane przez młodzież z domów komunistycznych. Byłem jednym z bardzo nielicznych ludzi „z zewnątrz”, którzy zaczęli funkcjonować w tym środowisku. Nie dlatego, że było ono zamknięte w sposób intencjonalny – wręcz przeciwnie, nierzadko miały miejsce inicjatywy włączenia np. studentów z akademika do wspólnych działań. Tego rodzaju próby okazywały się jednak w większości nieskuteczne. Górę brały bariery środowiskowe związane z kręgiem znajomych, stylem życia. To były bardzo silne uwarunkowania. W praktyce nasze środowisko było raczej zamknięte. Dopiero później, w latach 70., ten krąg poszerzył się choćby o Klub Inteligencji Katolickiej – był to efekt zbliżenia „postępowych katolików” do (post)rewizjonistów, którego symbolem był słynny esej Michnika „Kościół, lewica, dialog”.

– Olszewski określa to środowisko, odwołujące się jeszcze w latach 60. do literalnego rozumienia Polski Ludowej jako państwa robotniczego, jako wręcz „całkowicie wyalienowane ze społeczeństwa”.

– Ta alienacja była faktem, chociaż wtedy tego tak nie widziałem. Prawie wszystkich ludzi, z którymi łączyły mnie wówczas bliskie kontakty, z którymi „spiskowałem” – zarówno tych już opozycyjnie zaangażowanych, jak i „komunistów po przejściach” – łączyły pewne wyznaczniki statusu materialnego. Przede wszystkim świetnie wyposażone mieszkania, bardzo dobrze zlokalizowane. To w czasach PRL było bardzo znaczącym wyróżnikiem. Wszyscy byli z Warszawy, ustosunkowani, mieli w domu książki – nieraz także bezdebitowe. W domu mojej pierwszej żony miałem dostęp do „Biuletynu specjalnego” czy do „Białych kartek”. Jej matka była przedwojenną komunistką, a we „wczesnym” PRL wpływową dziennikarką, redaktorką naczelną największej gazety, jaka kiedykolwiek się w Polsce ukazywała. Myślę, że w większości tego typu domów było podobnie. Koledzy z akademika, jeśli chcieli dotrzeć do alternatywnych źródeł informacji, byli zdani na Wolną Europę – ze wszystkimi tego konsekwencjami, niższym i mniej zróżnicowanym poziomem przekazu. Dopiero po latach dostrzegłem te formacyjno-środowiskowe uwarunkowania. Dlaczego nie widziałem ich wcześniej? W dużej mierze chyba dlatego, że politykowanie było wówczas bardzo silnie uwikłane w życie towarzyskie i kulturalne. Przyjaźń zacierała różnice statusowe. Jednocześnie ten stop polityczno-towarzyski przesądzał o tym, że grupa najaktywniej zaangażowana była zarazem młodzieżową elitą w sensie kulturowym.

– Kiedy zaczął się Pan od tego środowiska dystansować?

– Późno i „selektywnie”. Zresztą uważam, że to środowisko ma duże zasługi. W okresie pierwszej „Solidarności” byłem blisko związany z tym „wewnątrzsystemowym” nurtem. Trzeba jednak pamiętać, że to środowisko było wtedy podzielone w sposób dość paradoksalny. Należałem wówczas do kręgu, któremu przewodzili Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek. Wtedy nie był to krąg bliski Michnikowi i Kuroniowi – radykałom, jak wówczas ich postrzegaliśmy. Tak czy inaczej jednak, do pewnego stopnia mój dostęp do wpływowych pozycji i gremiów decyzyjnych „Solidarności” zawdzięczałem bliskim relacjom z ludźmi „mojego kręgu”. Wątpliwości zacząłem mieć w 1989 r. Pierwszy wstrząs był natury estetycznej i wiązał się z moim jednorazowym udziałem w spotkaniu „grupy magdalenkowej”. Owszem, wcześniej były kontakty między elitą opozycji a elitą władzy, ale one – a przynajmniej te z nich, o których wiedziałem – miały zupełnie inny charakter: dyskusje toczyły się właściwie publicznie, np. na Uniwersytecie Warszawskim. Wtedy, w 1989 r., poczułem się trochę naiwnym człowieczkiem i po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że zawiązuje się coś na kształt porozumienia elit ponad głowami społeczeństwa. Kolejny szok nastąpił po wyborach czerwcowych, gdy klęskę poniosła komunistyczna „lista krajowa” i zobaczyłem, jak Bronisław Geremek z Januszem Onyszkiewiczem ogłaszają, że będzie druga tura wyborów, ponieważ „my zobowiązań dotrzymujemy”. Byłem dość blisko negocjacji okrągłostołowych i wedle mojej najlepszej wiedzy nigdy podobnych zobowiązań nie było. Zacząłem dostrzegać, że coraz więcej istotnych spraw rozstrzyganych jest w bardzo wąskich gronach. Po latach przeczytałem protokoły – wówczas tajne – z obrad sekretariatu KC PZPR i dowiedziałem się, że już drugiego dnia po wyborach Michnik zjawił się u Kiszczaka i złożył mu propozycję: „wasz prezydent, nasz premier”. Przy czym jest też jasne, kto miał być premierem. Został kto inny. To pokazuje, że zakulisowe politykowanie – na szczęście – nie musi być skuteczne.

– Później były wybory prezydenckie i „wojna na górze”.

– Na tyle, na ile mogłem, sprzeciwiałem się kandydaturze Lecha Wałęsy. Ale coraz mniej podobali mi się także moi „alianci”, którzy ewidentnie walczyli o „monopol na »Solidarność«” i – w konsekwencji – na władzę w państwie. Przy czym oni chcieli te cele zrealizować, kontrolując Komitet Obywatelski, wcale nie myśleli wtedy o partiach politycznych. Lech Wałęsa to zburzył – w najgorszym możliwym stylu, ale można zarazem powiedzieć, że otwierał drogę do pluralizmu, że działał w interesie aktorów społecznych i politycznych spoza elit.

Mimo tej przegranej środowisko – już zorganizowane w Unii Demokratycznej – pozostało silnym graczem w kształtującym się układzie władzy. Obserwowałem to z bliska, dzięki czemu widziałem też różne drobne ruchy, na ogół niewidoczne dla szerszej publiczności. Na przykład gdy ktoś dziś czyta „Gazetę Wyborczą” (która była z UD ściśle związana), to mógłby przypuszczać, że całe to środowisko było przeciwne konkordatowi. A tak naprawdę konkordat w Polsce zrobili Geremek z Kwaśniewskim, choć „na piśmie” nie ma na to żadnych dowodów [śmiech]. To był przejaw stopniowo kształtującego się aliansu części dawnej opozycji (która plasowała się na liberalnych pozycjach) ze środowiskiem postkomunistycznym. Potem, po porażce Unii Wolności, sojusz liberałów z postkomunistami nabrał jawnego charakteru, powstał LiD, ale ta operacja się już zupełnie nie powiodła.

W pewnym sensie kwestia politycznych rodowodów w ostatnich latach znowu nabrała znaczenia. Wśród moich znajomych – zwłaszcza tych bardziej oddalonych od polityki partyjnej, zewnętrznych obserwatorów, intelektualistów, którzy mieli w swoich biografiach komunistyczne epizody, ale później zaangażowali się w opozycję, obserwuję tendencję do „powrotów”. Powrotów nie do idei komunistycznych, ale do pewnego rodzaju wspólnoty życiorysów, pewnej empatii w stosunku do „tamtej strony”. Niedawno wyszła wspomnieniowa książka Karola Modzelewskiego. Karol jest człowiekiem nie tylko olbrzymich zasług, ale i niezmiennej rzetelności, człowiekiem, który nie chce być daltonistą w ocenie tego, co się dzieje w Polsce. Bardzo wyraźnie widać jednak, że inaczej traktuje, inne ma wymagania i etyczno-polityczne oczekiwania wobec Sojuszu Lewicy Demokratycznej czy do Kwaśniewskiego, a inne do „Kaczorów”.

– Skoro jednak w latach 80. spiskował Pan z Geremkiem i Mazowieckim przeciwko Kuroniowi, a w roku 1989 Michnik nie był zadowolony, że na premiera desygnowany został Mazowiecki, a nie Geremek, to wynikałoby z tego, że ta jedność środowisk opozycyjnych wywodzących się w ten czy inny sposób z PRL-owskiego establishmentu jest pozorna, mityczna.

– Z mojego punktu widzenia ta „jedność” pojawia się późno, ale to nie znaczy, że wcześniej różnice były fundamentalne. Dotyczyły one raczej spraw czysto taktycznych: przede wszystkim stopnia radykalizmu metod i „doraźnych” postulatów. W okresie pierwszej „Solidarności” grupa, do której należałem, skupiona wokół Geremka i Mazowieckiego, twierdziła, że Kuroń i kojarzeni z nim działacze związkowi dążą do nadmiernej radykalizacji, że prowadzą „Solidarność” do frontalnego zderzenia z władzą, która to konfrontacja nie może okazać się dla naszej strony zwycięska. Uważaliśmy – tak to rekonstruuję – że „Solidarność” nie ma z władzą szans, ale jednocześnie nie jest bez znaczenia, jak długo pozostajemy w grze. Nasze propozycje służyć miały przede wszystkim właśnie możliwie długiemu trwaniu.

– Frakcja pesymistów…

– Trudno z dzisiejszej perspektywy powiedzieć, czy mieliśmy rację, czy nie. Wydawało nam się, że proponując umiarkowane, koncyliacyjne wobec władzy kroki, wydłużamy byt „Solidarności”, nie płacąc przy tym zbyt wysokiej ceny, a Jacek ze swoimi radykalnymi pomysłami może przesądzić, iż zderzenie nastąpi szybciej. Niemniej ten spór nie miał charakteru pryncypialnego. Już pod koniec istnienia legalnej „Solidarności” doszło do zbliżenia stanowisk pomiędzy późniejszymi liderami Unii Demokratycznej, a różnice zatarły się niemal całkowicie w okresie, który nastąpił po stanie wojennym.

– Potęga tej formacji chyba należy już jednak do przeszłości. Po wyborach 2001 r. ostatecznie schodzi ze sceny Unia Wolności, a afera Rywina burzy autorytet „Gazety Wyborczej”, pojawiają się nowe partie i nowe gazety, które skutecznie konkurują z byłymi „mandarynami”.

– To prawda. Działa także upływ czasu – nie żyją Kuroń, Geremek i Mazowiecki. Mamy dziś do czynienia z bardziej wykrystalizowanym podziałem, w którym rola dawnych bohaterów opozycji w ogóle, a tych wywodzących się z rodzin i środowisk komunizujących w szczególności, nie jest już centralna. Jednak polityka, którą prowadzili w latach 90., wywarła istotny wpływ na logikę tych podziałów. Proszę spojrzeć: z jednej strony mamy obóz „ludowy” (identyfikowany jako „prawica”), z drugiej – obóz liberalny. W tym pierwszym wiodącą rolę odgrywa PiS – ze wszystkimi tego konsekwencjami, także słabością intelektualną, słabością elit, z emocjonalnością. Na obóz liberalny składają się spadkobiercy liberalnej opozycji demokratycznej wraz ze środowiskiem postkomunistycznym. Coraz częstsze są „transfery” personalne (Arłukowicz, Rosati, Hübner i inni). Tak więc ten strategiczny sojusz, zawarty po części z przyczyn biograficznych, pozostaje w mocy, choć utrzymują się podziały organizacyjne.

– Pytanie o „resortowe dzieci”, o znaczenie powiązań środowiskowych i rodzinnych z elitą PRL dla karier, dla wyborów politycznych czy ideowych, wiąże się z pytaniem o klasy społeczne. Często podnosi się temat, czy zasadne jest analizowanie społeczeństw komunistycznych przy pomocy tej kategorii. Na ile istotny jest fakt, że rodowody komunistyczne wiązały się z pewnymi przywilejami materialnymi i kulturowymi?

– Muszę wyraźnie stwierdzić, że – dywagując tu o genezie wpływowego środowiska opozycji – nie chciałbym w żadnej mierze wpisać się w narrację książki o „resortowych dzieciach”. Wracając do pytania: klasyczna perspektywa marksowska mi nie odpowiada. Miała pewne walory w odniesieniu do rzeczywistości dziewiętnastowiecznej, ale później dość szybko straciła na aktualności. Nie znaczy to jednak, że wszelkie analizy typu klasowego należałoby wyrzucić na śmietnik. Warto wrócić chociażby do kategorii „elity władzy”, wprowadzonej bodaj przez amerykańskiego socjologa Charlesa Wrighta Millsa. Akcentowała ona nie kryterium „stosunku do środków produkcji”, ale zdolność elit do wpływania na funkcjonowanie władzy politycznej, również na sferę gospodarczą czy medialną. Ta licząca sobie już ponad pół wieku koncepcja wciąż zachowuje swoją aktualność. Diagnozowane i opisywane przez Millsa procesy kooptacji, mechanizmy ograniczające dostęp do elit czy reguły wewnętrzne, którymi się rządzą, dotyczą w moim odczuciu także „trzymających władzę” w PRL i III Rzeczypospolitej.

– Trudno nie zastanawiać się, jak to elitarne usytuowanie części wpływowych, inteligenckich środowisk opozycji odcisnęło się na ich późniejszych stosunkach z robotnikami, do obrony czy wręcz reprezentacji których wszak aspirowały. W swojej książce wspomnieniowej „O sobie i innych” przywołuje Pan anegdotę, w której znany opozycyjny intelektualista określa protestujących na wybrzeżu w grudniu 1970 r. mianem motłochu. Konflikty, mające u swoich źródeł klasową dystynkcję i resentyment, odegrały chyba istotną rolę w późniejszej historii opozycji. Zwłaszcza w „Solidarności”.

– W „Solidarności” rzeczywiście tak, i dopiero wtedy. Przedtem po prostu nie było robotników w opozycji, choć miał miejsce ważny epizod pomocy dla represjonowanych robotników Radomia. Istotną i trochę pomijaną kwestią jest natomiast to, że opozycja dość wcześnie się uzawodowiła. Dzisiaj postrzegamy udział w opozycji niemal wyłącznie przez pryzmat martyrologiczny, ale bycie kimś ważnym w opozycji, oprócz ryzyka, dawało także spory prestiż, a bywało że również korzyści materialne. W „Solidarności” oczywiście robotnicy odgrywali istotną rolę, ale poza nielicznymi wyjątkami nie stali się liderami ani nawet stałymi uczestnikami działań politycznych.

– Może w tym kontekście warto poruszyć temat Marca ‘68. Czy to doświadczenie, formacyjne dla części tego pokolenia inteligencji, która odegrała później wiodącą rolę w opozycji, nie wiązało się z pewną nieufnością w stosunku do robotników? Ci sami, którzy wcześniej – w duchu marksistowskim – stawiali proletariat na piedestale, poczuli, że robotnicy mogą być też dla nich niebezpieczni, że mogą się stać „motłochem” zmanipulowanym przez władzę lub inne siły.

– Takie myślenie w jakiejś mierze było chyba obecne. Ale uznanie roku 1968 za jednoznacznie zwycięski dla władzy w środowiskach plebejskich czy robotniczych to błąd. Pamiętam moje wyjazdy do rodzinnego miasteczka w tamtym czasie. Nasze protesty były tam odbierane ze zrozumieniem. Nie można powiedzieć, żeby represje partii wobec polskich Żydów wzbudzały tam wielkie oburzenie, ale też zdecydowanie nie budziły radości ani satysfakcji. Co więcej, wielki paradoks 1968 roku, którego moje doświadczenie jest pewnym świadectwem, polega na tym, że edukacja komunistyczna, jaką odebrała ówczesna młodzież studencka, była edukacją, która emocje nacjonalistyczne skutecznie przezwyciężyła. Środowisko, z którego sam pochodziłem, było w pewnej mierze antysemickie. Ale to się na mnie nie odciskało. Odciskało się na mnie to, czego mnie uczono na lekcjach języka polskiego: Jankiel, wiersze Marii Konopnickiej… Były oczywiście stereotypy, na przykład dotyczące udziału Żydów w PRL-owskim aparacie władzy. Jednak te stereotypy trafiały przede wszystkim do moich krewniaków w małych miasteczkach – a do takich jak ja już nie. To, że wielu moich kolegów z tamtego czasu było Żydami w sensie etnicznym, stanowiło dla mnie tajemnicę. Nie wiedziałem o tym ani się tym nie interesowałem.

– Jeśli nie w Marcu ‘68, to gdzie szukałby Pan źródeł animozji pomiędzy inteligencką opozycją a buntującymi się robotnikami?

– Być może w 1968 r. też. Faktem jest, że wbrew różnym nadziejom środowiska robotnicze nie wykazały wtedy solidarności ze strajkującymi studentami. A nade wszystko rzeczywiście ukształtował się stereotyp, że kupiły antysemicką propagandę władzy. Sama wspomniana wypowiedź o „motłochu” – jak dobrze znam jej autora – mogła być zdeterminowana przez doświadczenie 1968 r. To pogardliwe czy podejrzliwe nastawienie części świata inteligenckiego do robotników było z czasem przezwyciężane, a po narodzinach „Solidarności” wydawało się już ostatecznie odrzucone. Można jednak odnieść wrażenie, że i ono się po 1989 r. odrodziło – chociażby w odniesieniu do tzw. moherów. W okresie opozycyjnym było inaczej i można się zastanawiać, na ile źródłem tego był świadomy wybór strategiczny, przeświadczenie, że bez poparcia robotników obalenie czy choćby znacząca reforma systemu były niemożliwe. Co nie znaczy, że niektórym nie doskwierała świadomość, iż mamy do czynienia z ludźmi, którzy nie czytają książek i nie chodzą do teatru. Wydaje mi się zresztą, że ten rodzaj emocji i proces ich przezwyciężania dotyczyły zarówno inteligencji wywodzącej się z domów komunistycznych, o lewicowych inspiracjach, jak i prawicy narodowej, która organizowała się wokół ROPCiO czy Ruchu Młodej Polski.

– Powiedzieć o zasługach KOR-u to właściwie banał. Jego powstanie było politycznym i etycznym przełomem na skalę całego bloku wschodniego. Czy i w jego konstrukcji nie było jednak „grzechów założycielskich”, które doprowadziły po latach do atrofii myśli i działania lewicowego w Polsce? Czymś takim mógł być na przykład pewien rodzaj inteligenckiego paternalizmu, raczej pochylania się nad robotnikiem-ofiarą niż współdziałania na równych prawach.

– Nie dam się naciągnąć na taką ocenę [śmiech]. Zapewne KOR był w jakimś sensie paternalistyczny. Pytanie, jaki byłby przełom 1976 r., gdyby KOR taki nie był. Moim zdaniem nie byłoby go wcale. Strajki robotnicze były oczywiście ważne, ale jak to strajki – wybuchały w sposób spontaniczny, trwały dzięki determinacji ludzi i wraz z nią się kończyły. Czasem kres determinacji łączy się z osiągniętym sukcesem i ustępstwami władzy, czasem z klęską lub „zmęczeniem materiału” – natomiast bardzo rzadko kończy się instytucjonalizacją i projektowaniem zorganizowanego, długotrwałego wysiłku. Dlatego KOR, jako impuls do organizacji politycznej, był tak ważny. KOR mógł być wielokrotnie większy niż był. Ja formalnie nie byłem członkiem KOR-u – nie dlatego, że nie chciałem, ale ponieważ nikt mi tego nie zaproponował. Bycie w KOR-ze czy blisko KOR-u to była nobilitacja – dlatego też później obrósł on archipelagiem pomniejszych inicjatyw. Za KOR-em stało założenie, że trzeba powołać grupę ludzi, która nie tylko jest sprawdzona i zdeterminowana, ale też rozpoznawalna. To byli trochę tacy opozycyjni celebryci. Chodziło o to, żeby – powiedzmy – w Paryżu co najmniej połowa nazwisk robiła wrażenie. Wynikało to ze względów taktycznych i okazało się chyba słuszne. Znalazły się w KOR-ze postacie niezwykle szacowne – np. ks. Zieja, który pewnie niełatwo odnalazłby się w innej formule działalności opozycyjnej. Można oczywiście zapytać o źródła fatalnej reakcji na KOR na zjeździe „Solidarności” w 1981 r.

– No właśnie. Jak Pan ją tłumaczy?

– Moim zdaniem to były dwie rzeczy. Po pierwsze: gra władzy. Chociaż trudno powiedzieć precyzyjnie, jaka była skala spenetrowania grupy tzw. prawdziwych Polaków przez tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa, na ile była to grupa kierowana gdzieś z Rakowieckiej, a na ile były to autentyczne emocje. Wśród wszystkich delegatów na zjazd tajnych współpracowników było aż 8%, czyli prawie co dziesiąty. Ale był tam jeszcze inny czynnik. KOR zapłacił za rolę, jaką wypełniali tzw. eksperci „Solidarności”. Byłem jednym z tych ekspertów, bodaj najmłodszym, co miało tę zaletę, że wszyscy eksperci z działaczami byli per pan, a ja byłem ze wszystkimi na „ty”. A eksperci, no mój Boże, przecież my naprawdę manipulowaliśmy! W najlepszej wierze oczywiście, ale niewątpliwie manipulowaliśmy.

– W swoim szkicu autobiograficznym napisał Pan: „rolą ekspertów było ograniczanie radykalizmu związków zawodowych”.

– I tę rolę rzeczywiście wypełnialiśmy. Działacze o tym wiedzieli. Czy była to dobra i potrzebna rola? Trudno powiedzieć. Dziś, po odtajnieniu rozmaitych dokumentów, wiemy znacznie więcej niż wtedy – na przykład o „kryzysie bydgoskim”. Rzeczywiście można mieć wrażenie, że był to ostatni moment, kiedy „Solidarność” mogła iść na konfrontację z władzą z pewną szansą na zwycięstwo. Ale wtedy tej wiedzy nie mieliśmy i mieć nie mogliśmy. Z kolei pamiętam, że od jesieni 1981 r., a już na pewno od zjazdu, nie miałem żadnego pomysłu. Byłem pewien, że musimy przegrać, widziałem, że ludzie nas opuszczają. I czas to potwierdził, rzeczywiście tak było. Wtedy pójście na konfrontację mogło się już wiązać z konsekwencjami gorszymi niż to, co nastąpiło w stanie wojennym.

– Określenie „radykałowie” bywało jednak w wewnętrznym konflikcie politycznym w „Solidarności” stosowane w sposób dość arbitralny i często niesprawiedliwy. A przecież radykalizm może być uzasadniony albo nie, może odnosić się do idei i celów, do postulatów albo do metod działania.

– Zdarzały się radykalne, niemądre idee – np. żeby zablokować eksport. Przede wszystkim jednak, z mojego punktu widzenia, groźny był radykalizm werbalny. Andrzej Rozpłochowski miał powiedzieć: Musimy tak przyp…ć, żeby kremlowskie kuranty zagrały Mazurka Dąbrowskiego. Przykładem radykalnej akcji może być zajęcie ronda w Warszawie. W końcu musieliśmy zjechać z tego ronda, bo ludziom było przez to cholernie niewygodnie. W ogromnej ilości tego rodzaju przypadków nasze działania jako ekspertów wydają mi się dość racjonalne, co nie znaczy – skuteczne. Natomiast ta grupa doradcza oczywiście bardzo się zużywała: ludzie nie widzieli pozytywnych konsekwencji wstrzymania się od radykalnych działań, bo faktycznie było coraz gorzej. Można było domniemywać, że gdybyśmy nie zjechali z ronda, to w końcu by nas przepuścili i przynajmniej symbolicznie byśmy wygrali. Jednak generalnie, moim zdaniem, tonowanie było rozsądne. To działanie miało natomiast jedną podstawową barierę, co dobrze oddaje słynna rozmówka Seweryna Jaworskiego z Tadeuszem Mazowieckim w trakcie internowania. „I co, panie Tadeuszu, nie trzeba było ostrzej?” – zapytał Jaworski. A Mazowiecki odpowiada: „Panie Sewerynie, a nie mówiłem? Nie trzeba było mądrzej?”. Otóż problem polega na tym – ja, jak wielu w „Solidarności”, pod sam koniec miałem jego świadomość, ale Tadeusz Mazowiecki chyba niekoniecznie – że ani ostrzej, ani mądrzej. Nic by nie pomogło. Chyba że Jaruzelski zachowałby się wtedy jak Imre Nagy podczas rewolucji węgierskiej 1956 r. i przeszedł na drugą stronę. To byłby krok wysoce ryzykowny, ale nie szalony. Ale z dzisiejszej perspektywy, przy dzisiejszej wiedzy o biografii generała, wydaje się, że to po prostu nie miało prawa się wydarzyć.

– Czy myśli Pan, że „tonująca” rola ekspertów mogła mieć także bardziej długofalowe konsekwencje? Na przykład przełożenie na kondycję ruchu związkowego po 1989 r. – jego słabość, brak gotowości do radykalizmu tak metod, jak i postulatów.

– Moim zdaniem eksperci w 1981 r. nie mieli żadnej wizji długiego okresu. Była tylko taktyczna „chytrość”. Na przykład chytrość Bronisława Geremka, który był człowiekiem bardzo inteligentnym, wykształconym i doskonale wiedział, że taki byt jak „Samorządna Rzeczpospolita” nie może istnieć. Problem polegał na tym, żeby z jednej strony powiedzieć zgromadzonym, że my tu robimy coś zupełnie nowego, a z drugiej strony nie nadepnąć władzy zbyt mocno na odcisk. Stąd, w moim przekonaniu, wziął się program „Samorządnej Rzeczpospolitej”.

– Nie był to, jak czasem się mówi, program wyrastający z ówczesnych aspiracji mas związkowych, tylko rzecz narzucona, wynikająca z doraźnej kalkulacji politycznej?

– Aktyw związkowy też nerwowo rozglądał się za pomysłami, które dawałyby szanse przebicia się z nimi do społeczeństwa. I w tym rozumieniu można powiedzieć, że istniała gotowość do przyjęcia tego programu. Ale w żadnym razie nie była to jakaś idea konstytutywna związku. Natomiast potem fakt, iż „Samorządna Rzeczpospolita” była ideą doraźną, przesądził o tym, że można ją było tak łatwo porzucić, a sam związek zawodowy zmarginalizować. Niedawno czytałem książkę Dariusza Gawina „Wielki zwrot”, której autor dokładnie pokazuje, jak środowisko określone przez niego jako lewicowe, wyrastające m.in. z utopijnej wizji Karola Modzelewskiego i Jacka Kuronia, całkowicie porzuca postulaty socjalne. Jak od pewnego momentu zaczynają je traktować wyłącznie jako narzędzia manipulacji. Pamiętam moje spory z redaktorami podziemnego „Robotnika”. Oni w pewnym momencie rzucili takie hasło: likwidacja godzin nadliczbowych przy pozostawieniu płac za godziny nadliczbowe. Mówiłem: panowie, nawet jakby przyjąć, że gospodarka jest „ich”, to przecież to jest niemożliwe! I było dla mnie jasne, że to hasło jest dla nich wyłącznie instrumentem walki politycznej. To się potwierdziło, gdy tylko doszli oni władzy. Ta ewolucja jest dla mnie trochę zagadką. Do pewnego stopnia istotne było wieloletnie uprawianie zawodowej opozycyjności i zaplątanie się we własnej grze politycznej, ale myślę, że „komunistyczne” rodowody też miały tu coś do rzeczy. W środowiskach aktywnych w dawnej demokratycznej opozycji tylko bardzo nieliczni mieli za sobą doświadczenie szeroko pojętego niedostatku – braku mieszkania, pieniędzy na wyjazd na wakacje itd. Owszem, były takie przypadki, ale ogólnie biorąc mamy tu do czynienia z perspektywą człowieka wolnego od materialnych trosk, dla którego ważne są przede wszystkim: publikowanie bez cenzury, paszport w szufladzie, wolne wybory. Mniej istotna jest natomiast perspektywa, czy mu starcza do pierwszego. W tym sensie biografie opozycjonistów są istotne.

– Skoro program „Samorządnej Rzeczpospolitej” był taktyczny, to czy był jakiś wspólny mianownik, uchwytny dla wszystkich etos, który dałoby się nazwać? A może cała „Solidarność” to była seria takich doraźnych, taktycznych gestów?

– Myślę, że „Solidarność” była ufundowana na czterech wielkich ideach, z których trzy były mi zawsze bliskie. Po pierwsze: na demokracji pojmowanej na sposób „ludowładczy”, która wyznaczała elitom skromną rolę – i ta ogromna zmiana, jaka zaszła w Polsce, od Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie poczynając, była odwróceniem tego projektu o 180 stopni. Po drugie: to był ruch niepodległościowy, u podstaw którego leżało założenie, że suwerenne państwo jest wartością, że może być użytecznym instrumentem, że tylko państwo suwerenne może być demokratyczne. Trzeci rys „Solidarności”, z którym się utożsamiałem, to był duch egalitaryzmu. I był jeszcze czwarty element, który nie był mi bliski – religia. Jestem człowiekiem niewierzącym i nigdy tego nie ukrywałem. Nie chodziłem na msze podczas zjazdów związkowych – chociaż wielu innych niewierzących chodziło. Ten element jest w „Solidarności” do dzisiaj. Gdy odbywa się posiedzenie Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, to natychmiast zauważa się portrety Matki Boskiej, papieża itd. Może jest nieco większy dystans do Kościoła niż wcześniej, ale nie ma takiego odważnego, który by te święte obrazy wyprowadził albo zrezygnował z modlitwy na początku. Jednocześnie panuje tam otwartość – nie wszyscy się modlą i nie ma z tym żadnego problemu.

– A jakie były Pana osobiste motywacje, „prywatny etos”?

– W okresie pierwszej „Solidarności” próbowałem po prostu przyczynić się do jej sprawnego i odpowiedzialnego działania, tak żeby mogła możliwie długo wytrwać. Pod koniec, ale także w stanie wojennym, nawet jeszcze na początku 1988 r., kiedy nadal byłem przekonany, że do końca życia zostanę dysydentem, zaangażowanie w „Solidarność” miało dla mnie charakter zobowiązania etycznego. Miałem oczywiście nadzieję, że opór prędzej czy później coś przyniesie – ale spodziewałem się, że raczej później [śmiech]. Co to było, na co miałem nadzieję? Oczywiście na kruszenie systemu autorytarnego. Nie wierzyłem w jego wieczność czy niezmienność. W owym czasie bardzo modne były różnego rodzaju teorie konwergencji. Obserwowałem to z bliska i miałem wrażenie, że ta konwergencja nie nastąpi, że jest niemożliwa. Czego się spodziewałem? Muszę odpowiedzieć, że nie wiem. Żadnego konkretnego scenariusza. Miałem jedynie przekonanie, że układ sił będzie się zmieniał.

– Czy stan wojenny był dla relacji między opozycją inteligencką a robotnikami momentem przełomowym?

– Wprowadzając stan wojenny, Jaruzelski w pewnym sensie oddał całej opozycji przysługę. Pod koniec 1981 r. byliśmy „na ostatnich nogach”, sporo ludzi nas opuszczało, a raczej traciło nadzieję, że te działania do czegokolwiek doprowadzą. Stan wojenny przywrócił nam legitymizację „słusznościową”. Oczywiście zaangażowanie nie było wtedy tak masowe jak w 1980 r., ale wykrystalizowała się grupa, powiedzmy, średniej wielkości, która na stan wojenny zareagowała etycznie i zdecydowanie. W związku z tym dawny spór z ekspertami raczej się załagodził. Powstała siłą rzeczy pewna wspólnota losu, bo bardzo wielu poszło siedzieć…

– …ale do różnych ośrodków internowania, o różnym rygorze, różnie byli traktowani…

– To oczywiście prawda. Ale proszę sobie wyobrazić taki obrazek: Białołęka, przeprowadzają nas z jednego pawilonu do drugiego. Przede mną idzie profesor Kunicki-Goldfinger, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, i niesie swoje więzienne oporządzenie, z manierką na wierzchu, w szpalerze dwumetrowych ZOMO-wców. Takie obrazki jak ten, w połączeniu z przekazem Kościoła, bardzo przytłumiły stare konflikty.

Natomiast „Solidarność” już nigdy nie odrodziła się w postaci ruchu tak masowego, jakim była pierwotnie. Pozostali ci, którzy byli zdeterminowani – nie tyle ze względu na swój status materialny, ile wskutek wyboru politycznego. Dopiero to, co się dzisiaj w „Solidarności” dzieje – mówię to także na podstawie swoich kontaktów z obecnymi związkowcami, z przewodniczącym Dudą – to odrodzenie konfliktu, ale o „klasowym” charakterze. Ten konflikt jest wciąż nieco przytłumiony przez to, że obecne elity „Solidarności” są elitami w pewnej mierze biurokratycznymi – dobrze uposażonymi, z wypasionymi gabinetami, przyzwoitymi samochodami służbowymi itd. Ale presja ze strony mas członkowskich rośnie. Na ostatnich wielkich manifestacjach związkowych w Warszawie zauważyłem, że tam się pojawili ludzie trochę podobni do tych, których pamiętam z lat 1980–81. „Solidarność” znów staje się związkiem pracowniczym – choć zarazem profesjonalnym – a jej działania w coraz większym stopniu wynikają ze statusu socjalnego szeregowych członków.

– Jeszcze przed Dniami Protestu z września 2013 r. odbyło się w „Solidarności” referendum w sprawie strajku generalnego i związkowcy opowiedzieli się za.

– Muszę przyznać, że ta decyzja nie bardzo mi się podobała. Wydaje mi się, że nie takimi instrumentami związek powinien się teraz posługiwać. Uważam, że priorytetem dla „Solidarności” powinno być odbudowanie swojej wiarygodności jako podmiotu życia publicznego. Nie takiego, który zrywa się raz do roku na jednej demonstracji. Zeszłoroczne manifestacje bardzo związkowcom pomogły, poprawiły ich postrzeganie przez opinię publiczną – to jest fakt bezsporny. Chodzi jednak o to, że nie poszli za ciosem. Nie udało się stworzyć stabilnej przeciwwagi dla racji „kapitału”, czego dobrym miernikiem jest to, że gdy w Polsce pojawia się jakiś problem gospodarczy, to dziennikarze dzwonią do ekonomistów bankowych czy do ekspertów Lewiatana. Nawet gdyby chcieli zadzwonić do związków zawodowych, to nie wiedzą, na jaki numer.

– Cofnijmy się jeszcze do 1989 r. Czy prowadząc negocjacje z władzą, reprezentanci Komitetów Obywatelskich kogoś jeszcze reprezentowali? Czy posiadali jakąkolwiek legitymizację? Czy posiadała ją zrekonstruowana po okrągłym stole „Solidarność”?

– Gremia odpowiedzialne za „reprezentowanie społeczeństwa” budowane były w 100% na zasadzie kooptacji. Selekcjonerem był Bronisław Geremek. Jego decyzje zatwierdzał Lech Wałęsa, ale Geremek świetnie wiedział, jak te decyzje kształtować, żeby Lech uznał je za swoje. Przy czym nie chcę tu powiedzieć, że Wałęsa był marionetką. Celem było stworzenie takiej drużyny, o której będzie można powiedzieć, że „reprezentuje opozycję”, ale trochę okroi się jej skrzydła. Pamiętam na przykład zabiegi wokół Moczulskiego – którego notabene szczerze nie lubię. Mówiło się mu na boku: „Wiesz, komuniści się nie zgodzą na twój udział, a musimy coś z nimi załatwić, więc zostaniesz za drzwiami”. On trochę się godził, trochę się nie godził, różnie bywało. Tak ta kooptacja wyglądała. Kilka osób się przeciwko temu zbuntowało: w czerwcowych wyborach nie uczestniczyli przecież ani Jan Olszewski, ani Tadeusz Mazowiecki, ani Wiesław Chrzanowski, wszyscy pod tym samym hasłem, że nie chcą być „mianowańcami”.

– Przychodzi mi do głowy być może naiwne pytanie: dlaczego nie zdecydowano się na nawiązanie dialogu ze społeczeństwem, na ustalenie, czego ludzie tak naprawdę chcą, na zbudowanie więzi prawdziwej reprezentacji, kiedy po latach otworzyła się taka możliwość? Przecież taka droga mogła się politycznie opłacić.

– To, co działo się przy okrągłym stole i w Magdalence, to było coś więcej niż nieestetyczny obrazek. To było rzeczywiście zacieśnianie związków między elitami ponad głowami ludzi. Była wśród tych elit – i utrzymuje się nadal – olbrzymia pycha: przekonanie, że „lud jest ciemny”, a my niesiemy kaganek oświaty, robimy to, co słuszne. To widać w różnych reakcjach na próby realizowania demokracji od dołu, ostatnio np. wobec inicjatywy referendum w sprawie podwyższenia wieku emerytalnego. Ten czynnik odgrywał już wtedy wielką rolę, a ci, którzy ten punkt widzenia wyznawali, stanowili ogromną większość we wszelkich gremiach decyzyjnych. Kontrolowali grę i kontrolowali zasady tej gry. Być może zresztą nie wykazałem w tamtym czasie wystarczającego charakteru. Ale gdybym wykazał, to bym po prostu wyleciał dużo wcześniej, i tyle.

– Taki tryb wyłaniania się nowej, legalnej opozycji wyjaśnia chyba w jakiejś mierze fakt, że z jej łona nie wyszła, u progu nowej Polski, niezależna formacja lewicowa. Opozycja demokratyczna, przez wiele lat oparta na ruchu robotniczym, wyzwoliła się z jakiejkolwiek zależności od niego.

– Przypominam to, o czym mówiliśmy wcześniej, że dawna elita opozycyjnej „lewicy” odrzuciła postulaty socjalne, bo tak naprawdę nigdy nie były one dla niej ważne. Do tego dołożył się klimat intelektualny, jaki panował wtedy w całej Europie. Ale mechanizmy tworzenia nowych sił politycznych, gry prowadzone przez byłych opozycjonistów, też na pewno miały w tym swój udział. Pamiętam moje rozmowy z Bronisławem Geremkiem, poprzedzające głosowania w sprawie planu Balcerowicza. Byłem wtedy przewodniczącym Komisji Budżetowej Sejmu, do której teoretycznie cały pakiet powinien trafić. Geremek mnie poprosił i powiedział: „Słuchaj, wiesz, to trzeba szybko przepchnąć dalej, ja wiem, tobie się to nie będzie podobać, ale ja mam pomysł. Powołamy komisję nadzwyczajną”. Ale też to, co było w tej rozmowie dla mnie ważne i otwierające oczy, to stopień jego „zaczadzenia” dominującą na zachodzie ideologią neoliberalną. Proszę pamiętać, że to był czas Thatcher, a potem Blaira i Schrödera, czas, kiedy socjaldemokracji w tradycyjnym sensie właściwie nie ma. A Bronisław Geremek, który miał mnóstwo kontaktów przede wszystkim w tamtym środowisku, odbierał jednoznaczne przesłanie: to i to jest rozsądne, poprawne. Do tego dochodzą oczywiście okoliczności związane z presją Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Przyjechał senator Dole, republikanin, późniejszy kandydat na prezydenta, i obiecał różne rzeczy. Soros z Geremkiem sprowadzili do Warszawy Sachsa. Był wreszcie Wałęsa, któremu też interesy robotnicze i socjalne nigdy nie leżały specjalnie na sercu, który grał zawsze o własną pozycję. Za zwycięstwem linii Balcerowicza stała zatem olbrzymia przewaga instytucjonalna, personalna i intelektualna.

– W swoich wspomnieniach odrzuca Pan tezę, że plan Balcerowicza został nam „wciśnięty” z zewnątrz.

– Proszę mnie źle nie zrozumieć: plan Balcerowicza był klasycznym „programem dostosowawczym”, zbliżonym do tego, co w wielu krajach – z różnym skutkiem – stosował Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Nacisk z tamtej strony oczywiście był. Rozwiązania nie zostały Balcerowiczowi narzucone w tym tylko sensie, że nacisk nie był potrzebny. On po prostu chciał tego samego, co środowiska neoliberalne. Karol Modzelewski przywołuje w swojej książce wspomnienia ówczesnego szefa Banku Światowego, Michaela Bruno, który dziwił się, że Balcerowicz wybrał najradykalniejszą wersję programu, jaką Bank Światowy mu zaproponował. Wybrał ją, bo po prostu był bardziej liberalny niż Bank Światowy (a wtedy jeszcze – potem się to zmieniło – BŚ miał bardzo liberalną linię).

– Jak Pan oceniał wówczas i jak ocenia dzisiaj tezy o bezalternatywności planu Balcerowicza?

– Alternatywa w rozumieniu intelektualnym z całą pewnością istniała. Nie było jednak łatwo z przełożeniem tej alternatywy na poziom polityczny, bo wszystkie ręce były na liberalnym pokładzie. Rok 1990 to apogeum potęgi ekonomii neoliberalnej. Mamy do czynienia z sytuacją, w której z każdego, kto nie jest zwolennikiem teorii Miltona Friedmana, robi się po prostu głupca, nie rozumiejącego, jak działa gospodarka. Ten mechanizm w Polsce był szczególnie silny. I na poziomie politycznym rzeczywiście nie było alternatywy. Okazało się, że w czasach rewolucji nie wybiera się drogi ewolucji. A byłem przekonany – i jestem nadal – że zarówno w sensie prakseologicznym, jak i ze względu na wierność solidarnościowym wartościom, ewolucja byłaby lepszym rozwiązaniem. Gdyby jednak jakimś cudem udało się zacząć od ewolucji – co przy innym splocie okoliczności mogło się wydarzyć, na przykład wydarzyło się na Węgrzech – drugi etap należałby do liberalnych radykałów. Uwarunkowania były bowiem takie, że nawet na drodze ewolucyjnej koszty byłyby wysokie – mniejsze niż te, które ponieśliśmy realnie, ale zawsze można było powiedzieć: „to dlatego, że nie idziecie ostro”. Był teoretycznie jeden czynnik, który miał szansę ten rozwój wydarzeń ukształtować nieco inaczej: gdyby strona komunistyczna rzeczywiście chciała innej polityki, nie tylko deklaratywnie. Niestety – oni mówili różne rzeczy z trybuny, ale kiedy przychodziło do kluczowych głosowań, to wszyscy karnie podnosili ręce „za”. Przecież oni mieli ⅔ w tym pierwszym Sejmie. Gdyby naprawdę chcieli bronić niektórych „osiągnięć” PRL-u albo przynajmniej szukać bardziej umiarkowanej drogi do kapitalizmu, wtedy być może i po naszej stronie pojawiliby się partnerzy i powstałby realny antagonizm. Bo trzeba pamiętać o tym, że gabinet Mazowieckiego nie miał w parlamencie opozycji. Wszystkie ówczesne kluby i koła miały reprezentację w rządzie.

– To na czym mogłaby polegać transformacja „ewolucyjna”, terapia bez szoku, „plan Bugaja”?

– Różnice między tym, co proponował wtedy Leszek Balcerowicz, a tym, co ja bym uznał za racjonalne, nie były dramatyczne. Przede wszystkim nie znosiłbym tak gwałtownie i szybko dotacji państwowych. Rozłożyłbym ten proces na dłuższy czas. Postawiłbym na proces naprawy przedsiębiorstw państwowych. Z tego niestety zrezygnowano, uznając w pewnym momencie, że „jedyne dobre przedsiębiorstwo państwowe to martwe przedsiębiorstwo państwowe”, że wszystko musi być prywatne, choć na początku Balcerowicz był ostrożny. Zakładał, że pierwsza fala prywatyzacji powinna zrealizować się wśród małych przedsiębiorstw, przede wszystkim w ramach tzw. prywatyzacji założycielskiej. Rozmawiałem o tym z Balcerowiczem, ale nadal nie wiem, co skłoniło go do zmiany strategii. Podejrzewam, że początkowo powodem powściągliwości mogły być obawy przed oporem politycznym i pracowniczym w dużych przedsiębiorstwach. Gdy okazało się, że potencjał buntu nie jest wysoki, poszedł na całość.

Wbrew temu, co wielu twierdzi, bilans transformacji nie jest najlepszy. Ogromny majątek, który był własnością publiczną, własnością społeczeństwa, rozpłynął się – został bardzo tanio sprzedany. Stopa wzrostu gospodarczego, na tle innych państw bloku, była niezła, ale już na tle tempa wzrostu, jakie osiągnęły gospodarki zachodnioeuropejskie w latach 60. – nie mówiąc o Dalekim Wschodzie – kiepska. Do tego ogromne strukturalne bezrobocie, drastyczny wzrost nierówności i, przede wszystkim, marne perspektywy na przyszłość w długim okresie. Dlatego warto było próbować inaczej.

– Mimo niesprzyjających okoliczności podjął Pan w 1991 r. próbę stworzenia „lewicy solidarnościowej”. Do wyborów stanęła Solidarność Pracy, Pana pierwsze ugrupowanie. Dlaczego nie było koalicji z innymi środowiskami niezależnej lewicy: PPS-em, Ruchem Demokratyczno-Społecznym?

– Nie było z kim robić takiej koalicji. RDS to było pięć osób na krzyż. Nie bez przyczyny to doświadczenie doprowadziło nas do przekonania, że jakaś forma współdziałania ze środowiskami postkomunistycznymi jest nieunikniona. PPS przeszedł zresztą pod tym względem podobną drogę co Unia Pracy, z tą różnicą, że dużo wcześniej i szybciej doszło do ich wasalizacji przez obóz postkomunistyczny. Największą barierą dla naszej współpracy z PPS-em było przekonanie – moje i moich kolegów z SP – że sięganie po sztandary, które spoczywają w muzeum od kilkudziesięciu lat, jest politycznym samobójstwem, że można się odwoływać do dziedzictwa i do ludzi, ale nie można przywrócić bytu instytucjom. Oni uważali, że na tym właśnie zbudują gmach. Nie zbudowali. To przywiązanie było silne i napędzane dodatkowo przez weteranów dawnej PPS, ludzi takich jak Lidia Ciołkoszowa, którzy w ten szyld wierzyli i którzy dawali poczucie ciągłości. Mnie się wydawało, że przede wszystkim trzeba wychodzić od realnie istniejących problemów i od realnej świadomości społecznej. Bardzo bliskie jest mi podejście, które reprezentuje np. Tony Judt: że z jednej strony idea socjaldemokratyczna jest nadal aktualna, lecz jednocześnie wymaga ona pewnych rewizji i zmian. Ale podstawowym problemem była niemal zupełna pustka personalna, jaka zapanowała na lewicy po tym, jak środowiska post-komandoskie odpłynęły do świata liberalnego. Pamiętam, jak zakładaliśmy wtedy Fundację Polska Praca. Zbierałem na nią pieniądze od pojedynczych ludzi. I była tylko jedna osoba, do której zwróciłem się o wsparcie, która mi odmówiła – był to Adam Michnik. „Gazeta Wyborcza” nas – Solidarność Pracy, potem Unię Pracy – bardzo mocno sekowała. Wszystkie siły zostały skoncentrowane na rzecz budowy aliansu liberalnego. I tak już zostało – aż do wybuchu kryzysu w 2007 r., kiedy liberałowie zaczęli trochę przewartościowywać swoje stanowisko.

– Słabość jakichkolwiek tendencji lewicowych w 1989, 1990 r. nie ulega wątpliwości. Ale jednak jacyś potencjalni sojusznicy byli – oprócz wymienionych wcześniej ugrupowań przede wszystkim związki zawodowe, a z drugiej strony np. kontrkulturowe środowiska młodzieżowe uformowane w ostatnich latach opozycji.

– Pytanie, czy ta ostatnia grupa była dla nas „do wzięcia”, jest ciekawe. Pomijając jednak wątpliwość, czy był tam jakikolwiek stopień wewnętrznej spójności ideowej, czy to nie były jedynie przypadkowe grupki, to słusznie Pan zauważył, że były one dość kontrkulturowe. Na przełomie lat 1992–1993, w początkach Unii Pracy, bardzo silnie akcentowaliśmy stanowisko antyklerykalne. Godziłem się na taką strategię, choć bez entuzjazmu – notabene strasznie nas za ten antyklerykalizm krytykowała wtedy „Gazeta Wyborcza”. Dla mnie podstawowym doświadczeniem formacyjnym i źródłem największych życiowych satysfakcji była jednak „Solidarność”, w której z pewnością nie było miejsca na ruchy kontrkulturowe, postrzegane jako lewackie. W związku z tym uważałem, że wcześniej czy później, jeżeli w Polsce ma coś iść w tym kierunku, w którym miałem nadzieję, że będzie szło, to nie można ze związkiem wejść w konflikt. My jako Unia Pracy nigdy z nim w konflikt nie weszliśmy, chociaż z drugiej strony niewiele było niestety elementów współpracy. Jednym z nielicznych wyjątków były prace nad konstytucją.

– Lata 90. to chyba jedyny moment w Pana życiorysie, kiedy wychodzi Pan z roli eksperta i próbuje swoich sił na arenie stricte politycznej. Wydaje się jednak, że pozostał Panu temperament eksperta, kogoś, kto waży racje. Czy szukanie równowagi powinno być zadaniem akurat dla polityka? Czy można zajmować się szukaniem równowagi i politykiem – a nie publicystą czy analitykiem – pozostać?

– Mówią, że jestem ekonomistą dwuręcznym. To taki, który mówi: z jednej strony, z drugiej strony [śmiech]. To podejście utrudnia działanie w polityce. Ogromna większość ludzi ma skłonność, żeby patrzeć na procesy społeczno-gospodarcze ze znaczną dozą emocji. A jeżeli się patrzy na problem emocjonalnie, to łatwiej ustawić się po jednej lub drugiej stronie konfliktu. To, co obserwujemy teraz, w związku ze sporem Platforma – PiS, to niesamowita redukcja sceny politycznej. O ile w sprawach społeczno-gospodarczych żadna z tych partii mnie w żadnym stopniu nie zadowala, o tyle w wymiarze politycznym ewidentnie w wielu sprawach rozsądne stanowiska leżą pośrodku. Weźmy pierwszy postulat z brzegu: czy można zmniejszyć liczbę miejsc w parlamencie? Można. Czy można zmniejszyć o stu posłów? Nie można. Ale o 40 można. Jesteśmy skazani na poszukiwanie równowagi – i to nie raz na zawsze, bo w zmieniającym się świecie ten punkt równowagi jest w wiecznym ruchu.

Proszę spojrzeć na powojenną Europę Zachodnią. Zbudowano tam model państwa opiekuńczego, które nie kłóciło się z bardzo wysokim wzrostem gospodarczym. Ono było ukształtowane przez kooperację i twórczy spór między socjaldemokratami, liberałami i chadekami. Nie bez błędów, ale szli mniej więcej, patrząc w historycznej perspektywie, ścieżką środka. Potem się to pogorszyło. Na początku w Anglii zbyt daleko poszli, moim zdaniem, laburzyści i związki zawodowe. Potem druga strona odreagowała to w odwrotnym kierunku. Był taki czas, kiedy progresja podatkowa sięgała tam 90%. Dzisiaj Hollande, który chciał wprowadzić 75%, wydaje się radykałem. Także w rewolucji neoliberalnej, zapoczątkowanej przez Ronalda Reagana i Margaret Thatcher, nie było miejsca na umiar. Nie było próby korekty państwa dobrobytu, tylko całkowite jego odrzucenie. Wieloletnia dominacja ideologii neoliberalnej pozostawiła za sobą spustoszenie intelektualne. Dlatego uważam, że w przyszłości nie powinniśmy rezygnować z bardziej kompromisowego stylu uprawiania polityki. Zawsze miałem świadomość, że w sprawach społecznych i gospodarczych ekspertyza w znacznej mierze wyrasta z aksjologii, opiera się o jakieś założenia, które nie podlegają weryfikacji intelektualnej. Ale to nie znaczy, że pomiędzy aksjologiami nie może być pola do dialogu.

Bardzo niepokoję się w tym kontekście o polską przyszłość. Martwi mnie, że obie dominujące partie przyznają absolutny priorytet posiadaniu władzy. Z tego wynika przymus dostosowywania się do bieżących, zmiennych nastrojów społecznych. Jednocześnie w tym systemie niesłychanie ostro grają lobbyści. Wystarczy spojrzeć np. na sprawę zakupu Pendolino. Koszt poniesiony do tej pory to prawie 3 miliardy zł. Żeby mogło jechać 250 km na godzinę, to na modernizację trzeba będzie pewnie dodać jeszcze z 10 mld zł. I co osiągniemy za te 12 czy 15 mld? Że kilkanaście tysięcy ludzi będzie jechać z Warszawy do Gdańska 20 minut krócej. Mówimy o kraju, w którym nie ma zarazem żadnego publicznego programu budownictwa mieszkaniowego. Bo tzw. mieszkania dla młodych to jest w istocie program dla deweloperów, a zainwestowane w niego pieniądze, w skali kraju, są marginalne.

– Taka sytuacja i taka filozofia władzy rodzą określone emocje w społeczeństwie. Czy można w demokratycznej polityce abstrahować od tych emocji?

– Można w tym sensie, że istnieje szansa perswazji. Zresztą wierzę, że podstawowe przyczyny mojej politycznej porażki leżą gdzie indziej. Przede wszystkim w zamknięciu sceny politycznej. Byłem przy tym, gdy ona się zamykała, za sprawą zabiegów Unii Wolności, SLD i KPN-u. Ta egzotyczna koalicja wprowadziła liczenie głosów metodą d’Hondta i pięcioprocentowe progi wyborcze. 5% w Polsce to dużo – półtora miliona wyborców. Potem wprowadzono jeszcze finansowanie partii z budżetu. Jestem gorącym zwolennikiem tego rozwiązania, ale nie w aż tak wysokich kwotach! Droga dla „nowych” została skutecznie zamknięta. Są oczywiście rozłamy, ale politycy rozłamowi są traktowani przez wyborców jako niewiarygodni – i słusznie. Dlaczego ktoś miałby głosować na Solidarną Polskę, a nie na PiS? Dlaczego ktoś miałby wybrać Gowina zamiast Tuska? Ja nie widzę dobrego powodu. W efekcie demokracja jest ograniczona – w koszyku mamy określonych ludzi i określone partie i tylko w ramach tego zestawu może dochodzić do przetasowań.

– W pierwszych kadencjach po przełomie istotne kryterium podziału sceny politycznej stanowił stosunek do rozliczeń z PRL-em. Erupcja tego konfliktu nastąpiła za rządu Olszewskiego. Jak wobec tego sporu odnajdywała się Pańska formacja polityczna i czy dzisiaj nadal odgrywa on istotną rolę?

– Zawsze wydawało mi się, że są racje moralne przemawiające za tym, aby przeszłość została odsłonięta, żeby zostały ujawnione także czyny niegodne, ale nie kryję, że długo wydawało mi się, iż nie jest to sprawa fundamentalna. Częściowo pogląd zmieniłem. Myślę, iż to, co pokazały różne publikacje, m.in. IPN-owskie, udowodniło, że lustracja była w Polsce bardzo potrzebna. Jeżeli na zjeździe „Solidarności” w 1981 r. było 8% tajnych współpracowników SB, to taka grupa, jeśli działa zgodnie, może być w wielu głosowaniach języczkiem u wagi. Nie mówiąc już o wpływie nieformalnym, o prowokacjach, dezintegrowaniu środowisk itp. Pytanie brzmi: czy dziś jeszcze można do lustracji wrócić w sposób sensowny? Chyba byłoby to coraz trudniejsze. Jestem zwolennikiem być może dość prymitywnego modelu lustracji, to znaczy po prostu otwarcia archiwów – może z zastrzeżeniem pewnych informacji wrażliwych, o charakterze osobistym. Przy czym przed właściwym ujawnieniem danej teczki byłaby ona ujawniana głównemu zainteresowanemu, który miałby prawo dołączyć do niej swoje wyjaśnienie. Teoretycznie byłoby to jeszcze do zrobienia, ale wydaje się, że prawdopodobieństwo zrealizowania tego scenariusza nie jest duże. Jeśli natomiast chodzi o postulat dekomunizacji i kwestię odpowiedzialności politycznej za okres PRL-u, to powiem tak: zwalczałem klasyczne ustawy dekomunizacyjne – te, które przewidywały, że od określonego szczebla w górę działaczom PZPR odbierałoby się prawo uczestnictwa w życiu publicznym. Kłóciły się one z moimi własnymi doświadczeniami z okresu PRL-u. Jesteśmy w tej chwili na terenie Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN, który zakładał w roku 1982 Józef Pajestka, członek Komitetu Centralnego PZPR, porządny człowiek, który mnie i innych ludzi związanych z opozycją tu przygarnął. On uważał, że trzeba prowadzić grę w tych realiach, z którymi ma się do czynienia. Miał sporo zasług. Nie widzę powodu, żeby tacy jak on mieli być z mocy prawa na politycznym aucie.

Nieszczęściem dla post-autorytarnego państwa było natomiast narzucenie nam przez prawników zasady „prawo nie działa wstecz”. To ona prowadzi do tego, że sprawy przeciwko generałowi Jaruzelskiemu muszą opierać się o naruszenia prawa PRL-u. Czyli na przykład za złamanie konstytucyjnej zasady kierowniczej roli partii – poprzez przejęcie władzy przez WRON w stanie wojennym [śmiech]. Czyli sądy niepodległej Rzeczypospolitej zaświadczają w jakimś sensie, że dyktatura partii komunistycznej jest dobra, a WRON-a jest zła. Kompletny nonsens. Dlatego skłaniałbym się raczej do rozwiązania tego problemu w duchu Norymbergi – oczywiście bez szubienic, a nawet przeciwnie, z abolicją. Ale z abolicją po osądzeniu, a nie zamiast osądzenia. Osądzenia na podstawie czego? Na podstawie stworzonych post factum norm: że pewne działania, naruszające elementarne prawa człowieka, muszą się wiązać z odpowiedzialnością sądową. Być może skazanym za takie naruszenia powinno się też odbierać prawo do uczestnictwa w życiu publicznym. Niestety w Polsce nikogo spośród najwyższej rangi decydentów (także mających krew na rękach) nie skazano.

Jestem przekonany – inaczej niż chociażby Karol Modzelewski, który twierdzi, że na transformacji wiele zyskaliśmy, ale też wiele straciliśmy – że na obaleniu komunizmu nie można było stracić, natomiast nie powstało z całą pewnością Królestwo Boże. Wielu ludzi jest jednak przekonanych, że na transformacji zrobiliśmy zły interes per saldo. Jedną z przyczyn jest brak świadomości, że niezależnie od tego, co komunizm dawał, a czego nie – a dawał straszliwie mało w każdej niemal dziedzinie – przede wszystkim ten ustrój nie miał po prostu zdolności rozwojowej i w związku z tym nie gwarantował nawet utrzymania istniejącego standardu. Gdyby trwał, trzeba byłoby bardzo mocno obniżyć poprzeczkę. Z nieświadomości tego bierze się chociażby popularność Edwarda Gierka – ludziom wydaje się, że komunizm mógł pozostać taki jak za jego rządów: względnie łagodny, z tanimi wczasami, z liberalizacją reżimu paszportowego.

– Mimo opozycyjnej przeszłości i dystansu do ustroju PRL-u współzakładał Pan i został pierwszym przewodniczącym Unii Pracy, która wzięła kurs na przekroczenie historycznego podziału. Czy z perspektywy czasu uznaje Pan, że to był słuszny kurs?

– Dziś mam wątpliwości, czy był słuszny, ale niewiele to zmienia – w tamtym czasie, bez takiego otwarcia, stworzenie silnej lewicowej formacji nie było możliwe. Panowała atmosfera oczekiwania na tego rodzaju przełom. Zaczynaliśmy pod hasłem: „Niejedna droga wiodła do wolnej Polski”. Gdybyśmy startowali pod szyldem dawnej opozycji, to prawdopodobieństwo, że byłby to start skuteczny, byłoby niewielkie. Paradoks tkwi w tym, że to, co było niezbędne dla sukcesu Unii Pracy, stanowiło jednocześnie zalążek jej przyszłego upadku – choć wtedy tego nie dostrzegałem. Okazało się, że ludzie związani z tamtym systemem bardzo silnie zdominowali partię. Nie doceniłem siły ciążenia starych układów i starych lojalności. Nie przyszło mi do głowy, że dla zachowania równowagi w partii konieczna byłaby twarda polityczna gra, kontrolowanie składu gremiów kierowniczych itp.

Kilka razy stanąłem przed pytaniem, czy chcę to ciągnąć dalej. Namawiany przez znaczną część kolegów odpowiadałem sobie, że tak, licząc, że przyjdzie moment, kiedy te proporcje ulegną zmianie i ukształtuje się inny układ sił. To nie nastąpiło, przeciwnie – Tomasz Nałęcz i Marek Pol (obaj po aktywnych przejściach w PZPR) de facto podporządkowali Unię Pracy postkomunistom. Teraz partia praktycznie nie istnieje. Parę ważnych rzeczy udało się jednak wcześniej zrobić. Zapisy, które wprowadziliśmy do konstytucji – „społeczna gospodarka rynkowa”, rozbudowany rozdział o prawach socjalnych – są na razie „zamrożone”, ale jestem przekonany, że prędzej czy później okaże się, że są to realne aktywa. Współtworzyliśmy także pierwszą ustawę lustracyjną – daleką od ideału, ale przełamującą nieco opór przed „rozgrzebywaniem przeszłości”.

– Jakkolwiek postkomuniści lubili się publicznie kreować na kontestatorów transformacji, to chyba należy uznać ich przede wszystkim za wpływowy podmiot i siłę sprawczą w tym procesie.

– Schyłkowy okres PRL-u był czasem bez idei, układem opartym na władzy i korzyściach z władzy, niczym więcej. Dlatego też dawna nomenklatura z najwyższą łatwością przyjęła nowy kanon ideologii gospodarczej, nową ortodoksję. Modzelewski w swojej książce pisze, że to my – strona solidarnościowa – popchnęliśmy postkomunistów w tym kierunku. Tymczasem wszystko, co na ten temat wiem, wskazuje na to, że oni tam chcieli iść sami. Choć mieli jednocześnie świadomość, że w ich interesie jest publicznie ten program krytykować. Między wyborami 4 czerwca a powołaniem rządu Mazowieckiego opracowano w strukturach Ministerstwa Finansów program transformacji gospodarki, który był jeszcze bardziej liberalny, jeszcze bardziej radykalny niż projekt Balcerowicza – i stało się to bez udziału polityków postsolidarnościowych (doradzał im za to np. Stanisław Gomułka z Londynu). Jako jeden z niewielu jestem w posiadaniu tego dokumentu.

– Czy Pana zdaniem SLD jest już skazane na rolę alianta, a w najlepszym wypadku satelity obozu liberalnego?

– Myślę, że SLD jest po prostu integralną częścią obozu liberalnego. Oczywiście teraz są w opozycji, a ponadto po kryzysie zmienił się klimat, neoliberalna doktryna jest raczej w defensywie. Wszystko to przesądza, że partia postkomunistyczna może głosić socjalne hasła. Nie sądzę jednak, żeby to był poważny zwrot. Jest wysoce prawdopodobne, że po wyborach powstanie koalicja PO–SLD. Już dochodzi zresztą między nimi do integracji. Miller – jak sądzę – będzie wykorzystywał „lewicowe postulaty”, by od partnera wynegocjować możliwie dużo stanowisk dla SLD.

– Mówi się czasem, że w rezultacie niewykształcenia się w III RP lewicy społecznej z prawdziwego zdarzenia jedyni realnie zainteresowani problemami „przegranych polskiej transformacji” znaleźli się na prawicy. Po drugiej stronie medalu mamy jednak reformy Buzka czy dorobek Zyty Gilowskiej. Jak ocenia Pan wiarygodność socjalnej retoryki prawicy, biorąc pod uwagę własne doświadczenia współpracy z Lechem Kaczyńskim oraz Prawem i Sprawiedliwością?

– Nie ze wszystkim zgadzałem się ze śp. Prezydentem, ale był to bez wątpienia człowiek z rozwiniętą wrażliwością społeczną. Był moim zdaniem rzecznikiem interesów „zwykłych ludzi”. W większym stopniu niż wielu innych z dawnej opozycji pozostał wierny solidarnościowej tożsamości. PiS i Jarosław Kaczyński mieli chyba bardziej taktyczny stosunek do kwestii społecznych. Zapowiedzieli Polskę Solidarną, ale egzekutorką tego hasła była Zyta Gilowska, która była przecież postacią symboliczną dla Polski Liberalnej. W praktyce polityka rządu była podporządkowana zasadzie: Panu Bogu świeczkę (np. ulgi rodzinne) i liberalnemu diabłu ogarek (zmiany w podatku PIT). Jak będzie w przyszłości – nie wiem.

– Jakie widzi Pan w tym kontekście perspektywy dla rozwoju społeczno-gospodarczego Polski?

– To bardzo szerokie pytanie. Nie mogę tu na nie odpowiedzieć dostatecznie konkretnie. Powiem tylko tyle: korekta polityki społeczno-gospodarczej jest bezwzględnie potrzebna. Najważniejsze jest ograniczenie nierówności narosłych po 1989 r. Sprzyjałoby to zarówno pobudzeniu wzrostu w krótkim okresie, jak i rozwojowi w dłuższej perspektywie. Na przeszkodzie tej korekcie nadal stoją jednak polityczne bariery. Grupy, które uzyskały uprzywilejowane pozycje w toku dotychczasowej transformacji, są bardzo wpływowe i egoistyczne. Nie jestem optymistą. Obawiam się raczej daleko idącej destabilizacji społecznej.

–Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, styczeń 2014 r.

Na Ukrainie Putin gra o życie

Na Ukrainie Putin gra o życie

O sytuacji na Ukrainie oraz o możliwych dalszych scenariuszach wydarzeń i ich skutkach rozmawiamy z dr. Przemysławem Żurawskim vel Grajewskim.

***

W komentarzach dotyczących rosyjskiej interwencji na Krymie pojawiły się głosy kwestionujące racjonalność działań Kremla. Czy rzeczywiście były one z punktu widzenia mentalności i interesów rosyjskiej władzy niekorzystne, niezrozumiałe lub nad wyraz ryzykowne?

Przemysław Żurawski vel Grajewski: Myślę, że z punktu widzenia mentalności były zrozumiałe. Czy z punktu widzenia interesów także? Z punktu widzenia imperialnego interesu Rosji, tak jak jest on pojmowany na Kremlu, zapewne były racjonalne. Myślę, że głównym celem interwencji na Krymie było przeprowadzenie pewnego testu – gdyby skończył się on powodzeniem, przedsięwzięto by kolejne działania, być może doszłoby do realizacji „scenariusza gruzińskiego” i marszu na Kijów. Putin został jednak zaskoczony. Ukraińcy nie dali się sprowokować. Nie doszło do wymiany ognia, którą można byłoby przedstawić opinii publicznej jako „sprowokowaną” przez stronę ukraińską, mitycznych banderowców z zachodniej części kraju. Nie dało się obarczyć ukraińskich niepodległościowców żadnymi ofiarami pośród cywili lub rzekomych reprezentantów „krymskich sił samoobrony”. Konfrontacja z konsekwentną propagandą Kremla, mówiącą np. o pogromach na rosyjskich obywatelach, byłaby dla Ukrainy szalenie trudna w warunkach zamieszania rewolucyjnego i niespójności struktur państwowych. Natomiast przyjęcie strategii unikania starć, zamknięcie się przez ukraińskie oddziały na Krymie w swoich bazach, sprawiło, że Putin miał do wyboru albo zarządzić szturm na garnizony – który trudno byłoby przedstawić jako sprowokowany – albo „pełzającą okupację”. Nic dziwnego, że zdecydował się na ten drugi scenariusz. Jest on jednak w dalszym ciągu dość trudny do PR-owego wykorzystania na potrzeby rosyjskie.

Mam wrażenie, że cała interwencja była w dużej mierze – większej niż w przypadku gruzińskim – improwizowana. W Gruzji do sprowokowania starć szykowano się przez wiele miesięcy – budowano linie kolejowe na potrzeby obsługi frontu, pieczołowicie rozmieszczano jednostki wojsk, eskalowano napięcie poprzez ataki artyleryjskie ze strony Osetii Południowej czy naruszenia przestrzeni powietrznej przez drony, zestrzeliwano gruzińskie samoloty zwiadowcze. Od kwietnia 2008 roku wojna wisiała już w powietrzu. Na Ukrainie sytuacja rozwijała się poza kontrolą Kremla. Putin, jak sądzę, nie przewidział klęski Janukowycza i dopiero, gdy ona nastąpiła, został zmuszony do działania – bierność w sytuacji klęski Janukowycza oznaczałaby bowiem wielką porażkę imperialnej polityki rosyjskiej. Musiał więc improwizować, a skoro musiał improwizować, to nie miał czasu przygotować całej akcji od strony propagandowej. Wszystko opierało się na założeniu o siłowej reakcji sił ukraińskich. W efekcie propagandowo przegrał z kretesem. A wojskowo, politycznie – zobaczymy, jeszcze nie wiemy.

Ale gdyby miał Pan rację, gdyby plan Kremla wiązał się z wywołaniem konfliktu zbrojnego, to czy nie byłby on w stanie odpowiedniej prowokacji zaaranżować?

P. Ż. v G.: Byłby w stanie – pamiętamy przecież jak wybuchła druga wojna czeczeńska [chodzi o serię zamachów bombowych na bloki mieszkalne, których organizację przypisuje się rosyjskim służbom specjalnym – przyp. red.]. Ale musieliby wcześniej założyć, że samo pojawienie się zbrojnych grup przejmujących instalacje wojskowe nie wystarczy do wywołania wymiany ognia. Wydaje mi się, że po prostu nie wzięli takiej możliwości pod uwagę. Spodziewali się, że albo dojdzie do wybuchu, albo do poddania się oddziałów ukraińskich i w efekcie podupadnięcia morale armii. Tymczasem Rosjanie oczywiście dominują pod względem militarnym, ale Ukraińcy wciąż jeszcze mają nierozbrojone jednostki. Rozbrojenie ich będzie wymagało albo złamania psychologicznego, albo zastosowania przemocy. Przedłużając tę sytuację Rosjanie popełniają błąd, bo dają czas na wypracowanie reakcji rządowi w Kijowie i społeczności międzynarodowej. Element zaskoczenia, który początkowo grał na korzyść Moskwy, już minął, a sytuacja staje się dla Putina coraz bardziej skomplikowana. Bo siły militarne, jakimi w tej chwili dysponuje, umożliwiają szybkie uderzenie, pokiereszowanie armii ukraińskiej, destabilizację sytuacji na terenach pogranicznych, ale już nie długotrwały konflikt ze zmobilizowaną w międzyczasie armią ukraińską, opanowanie terenu całego państwa czy jego znaczącej części. To wymagałoby przeprowadzenia powszechnej mobilizacji wojskowej przynajmniej w kilku okręgach. Mobilizacja byłaby z kolei decyzją bardzo ryzykowną dla wewnętrznej stabilności politycznej Federacji Rosyjskiej.

Racjonalnym rozwiązaniem byłoby w tej sytuacji stopniowe wycofywanie się Rosjan z zajętych pozycji. Na razie jednak nic na to nie wskazuje. Trzeba bowiem wziąć pod uwagę pewien element irracjonalności, czy też przeszacowania sił i zmilitaryzowanej wizji świata, w której inne instrumenty polityczne są mało istotne. Jest to rys charakterystyczny dla elit postsowieckich, a rosyjskich, siłowikowych, w szczególności. Ta tendencja jest niestety wzmacniana z powodu słabej reakcji Unii Europejskiej, która de facto skłania Kreml do eskalacji agresji. Rosja Putina musiałaby doznać bolesnej porażki, żeby całkiem odrzucić tę optykę, a na razie jej jeszcze nie doznała.

Powiedział Pan, że czas działa w tej chwili na korzyść społeczności międzynarodowej, że może dzięki temu wypracować właściwszą reakcję na zaistniałą sytuację. Ale czy jest w ogóle taka wola po stronie zachodnich dyplomacji? Czy nie przeważy tendencja, aby „kupić” sobie – przynajmniej na jakiś czas – spokój na wschodzie, rezygnując z integralności terytorialnej Ukrainy?

P. Ż. v G.: Sytuacja jest złożona. Wydaje mi się, że jest szansa na przezwyciężenie tej tendencji w Stanach Zjednoczonych. Administracja Obamy znajduje się pod silną presją Republikanów, mając już na koncie sporą wizerunkową porażkę w kwestii syryjskiej. Gdyby Obama został w tym momencie – w odczuciu amerykańskiej opinii publicznej – ograny przez Putina, mógłby to być dla niego i Demokratów bardzo poważny cios polityczny. Ponadto, wprowadzając wojska na Krym, Rosja naruszyła zasady Deklaracji Budapesztańskiej z 1994 r., na mocy której Ukraina wyzbyła się broni jądrowej w zamian za gwarancje nienaruszalności granic ze strony Wielkiej Brytanii, USA i Rosji. Jest to cios w istotne interesy Amerykanów na newralgicznym dla nich „kierunku irańskim”, bowiem wpływa na ich wiarygodność w negocjacjach w sprawie wstrzymania irańskiego programu atomowego, na powodzeniu których bardzo im zależy. Żeby zapewnić sobie dobrą pozycję negocjacyjną, USA muszą dotrzymać gwarancji przyjętych wobec Ukrainy.

W Europie jest oczywiście różnie, jeśli chodzi o podobną gotowość do zdecydowanych działań. Nie jest to zresztą specjalnie zaskakujące, biorąc pod uwagę długą tradycję „miękkiej” polityki w stosunku do Rosji. Mamy doniesienia, że dwa tradycyjnie prorosyjskie europejskie mocarstwa, Francja i Niemcy, nie zamierzają zrywać współpracy wojskowej z Moskwą. Nic nie słychać na temat woli zerwania przez Niemcy kontraktu na budowę centrum szkolenia wojsk lądowych w Mulino pod Niżnym Nowogrodem, a Francja chce sfinalizować kontrakt na Mistrale, okręty desantowe. Na Kremlu będzie to z pewnością traktowane jako rzeczywista, a nie symboliczna wykładnia intencji Berlina i Paryża, a de facto akceptacji z ich strony dla dalszych działań na Ukrainie.

Pewne nadzieje można natomiast wiązać z Ankarą. Turcja jest regionalnym mocarstwem, jej flota jest silniejsza od rosyjskiej, a ponadto dysponuje stosunkowo prostym narzędziem wpływu na Moskwę w postaci zablokowania cieśnin czarnomorskich dla ruchu jednostek rosyjskich –wojskowych i cywilnych. Jeśli doszłoby na przykład do eskalacji napięć pomiędzy Rosjanami a Tatarami krymskimi, Ankara nie mogłaby pozostać obojętna. Tureckie społeczeństwo, które czuje się z Tatarami związane etnicznie i historycznie, nie zaakceptowałoby bierności swojego rządu. Żyjąca w Turcji około milionowa diaspora Tatarów krymskich jest społecznością dobrze zorganizowaną, a także dysponującą silną pozycją opiniotwórczą oraz istotnymi wpływami politycznymi.

Nie mamy niestety do czynienia z klimatem, który umożliwiłby na przykład usunięcie Rosji z gremiów międzynarodowych, takich jak G8, Rada Europy czy Światowa Organizacja Handlu. Uderzenie w interesy Moskwy nie będzie z pewnością tak surowe, jak moglibyśmy sobie w Polsce tego życzyć, ale nie będzie też bezbolesne.

Kryzys na Ukrainie spowodował, że pierwszy raz od wielu lat mamy poczucie, iż wszystkie znaczące siły w polskiej polityce mówią niemal jednym głosem. Czy spodziewa się Pan, że ten względny konsensus co do polityki wschodniej może utrzymać się dłużej?

P. Ż. v G.: Myślę, że dobiega końca to, co można by określić resetem w stosunkach polsko-rosyjskich. Z tą tendencją mamy do czynienia od czasu pamiętnej podróży premiera Tuska do Moskwy w styczniu 2008 r. w trakcie rosyjsko-ukraińskiego kryzysu gazowego. Potem rozwijana była m.in. przy okazji uroczystości obchodów 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte. Tuż przed tymi uroczystościami minister Sikorski opublikował artykuł pt. „1 września – lekcja historii”, w którym odcinał się od aktywnej, „jagiellońskiej” polityki wschodniej, przedstawiając aspiracje odgrywania istotnej roli na obszarze dawnej Rzeczypospolitej jako mrzonkę i zalecając w jej miejsce politykę „piastowską”, czyli koncentrację na integracji europejskiej. Wreszcie, mieliśmy do czynienia z budowaniem atmosfery zaufania wobec Rosji w związku ze śledztwem smoleńskim. Cała ta polityka została dziś skompromitowana. Spodziewam się, że twórcy i praktycy tych koncepcji będą udawali, że nigdy w życiu niczego podobnego nie uprawiali. Sądzę, że przynajmniej w najbliższym czasie niemożliwy będzie powrót do polityki lekceważenia sąsiadów położonych między Polską a Rosją, ośmieszanie działań prezydenta Kaczyńskiego na froncie gruzińskim albo zabiegów o dobre stosunki z Ukraińcami czy Litwinami. Dla polskiej opinii publicznej nie będzie już przekonująca narracja mówiąca o tym, że trzeba zająć się interesami gospodarczymi z Rosją – których potencjał był zresztą bardzo przeceniany, jeśli weźmiemy pod uwagę chłonność rynku rosyjskiego, niską siłę nabywczą, wszechobecną korupcję itd. – a nie zajmować się polityką sensu stricto, czy też, że polityka wschodnia winna być wyłącznie polityką kupiecką, że Polska nie ma innych interesów na wschodzie niż wzrost wymiany handlowej.

Myślę, że będziemy również mieli do czynienia z ożywioną dyskusją na temat obronności Polski. Siła lub słabość reakcji NATO i struktur europejskich na atak na Ukrainę z całą pewnością wpłynie na naszą ocenę wiarygodności gwarancji sojuszniczych wobec państw bałtyckich czy Polski. Nie będziemy już mieli natomiast wątpliwości co do tego, czy Rosja jest niebezpieczna. Ta dyskusja już się rozstrzygnęła i nikt nie może dziś twierdzić, że dwudziestokilkuprocentowa mniejszość rosyjska na Łotwie czy w Estonii nie jest żadnym zagrożeniem dla stabilności tych państw. Jeśli Kreml zadecyduje, że wykorzysta te mniejszości dla uzasadnienia swoich działań politycznych czy militarnych, to oczywiście takim zagrożeniem się stanie. W sytuacji potencjalnej interwencji w państwach bałtyckich mówilibyśmy już o konkretnych zobowiązaniach sojuszniczych Polski w ramach NATO.

Z tych względów stan obronności państwa, stan armii polskiej, która wskutek decyzji politycznych stała się strukturą czysto ekspedycyjną, tracąc w zasadzie zdolności obronne, znajdzie się w centrum zainteresowania opinii publicznej. Przyjrzymy się kondycji wojska polskiego chociażby na tle Finlandii, która przy ośmiokrotnie niższej populacji wypada od nas lepiej nawet w liczbach bezwzględnych, albo maleńkiej Estonii, która wyraźnie lepiej niż Polska radzi sobie w ujęciu procentowym zdolności mobilizacyjnych. Zwrócimy uwagę na wydatki na obronność, które w 2013 r. zostały obcięte o ponad 3 miliardy złotych. Powtarzane przy każdej okazji zaklęcie 1,95% PKB, które przeznaczamy jakoby na cele wojskowe, to tylko martwy zapis planu budżetowego, od 2008 roku ani razu nie wykonany. Polska od roku 2014 pozbawiona została ponadto tzw. rezerw I kategorii, czyli żołnierzy, którzy zostali przeszkoleni nie dawniej niż 5 lat temu. Mamy 97-98 tys. żołnierzy plus ok. 10 tys. rezerwy, co ustawia Polskę na bardzo niskim poziomie zdolności mobilizacyjnej – 0,26% populacji. Niższe mają tylko Luksemburg i Czechy, a średnia w Europie to 1,66.

Wróćmy do tematu Rosji. Czy mamy dziś do czynienia ze spójnym i konsekwentnie realizowanym rosyjskim projektem imperialnym? Jeśli tak, jaką rolę odgrywa w nim Ukraina i w ogóle nasza część Europy?

P. Ż. v G.: Jest to wizja, która, można powiedzieć, składa się z kilku warstw. Po pierwsze, jest „twardy rdzeń imperialny”, tzw. russkij mir, składający się z trzech państw wschodniosłowiańskich: Rosji, Białorusi i Ukrainy, do których Rosja chce dokooptować jeszcze Kazachstan, również w tym wypadku podpierając się argumentem dominacji demograficznej etnicznych Rosjan. Dzisiejszą realizacją russkogo mira ma być Unia Celna. Na pozostałym obszarze dawnego imperium sowieckiego Rosja rości sobie prawo do dominacji politycznej, do takiego stanu, w którym żadnych istotnych zmian nie będzie dało się dokonać bez jej zgody. Próby takich zmian będą się zaś wiązały z twardą reakcją Kremla. Ta reakcja może przybierać formę wzniecania separatyzmów i dokonywania regionalnych secesji, jak w przypadku Osetii Płd. i Abchazji czy Nadniestrza, albo zamieszek wewnętrznych, przewrotów, obalania rządów itp. Aby wymóc na „starym Zachodzie” uznanie, że obszar postsowiecki jest naturalną rosyjską strefą wpływu, potrzebna jest z kolei neutralizacja Polski i państw bałtyckich – krajów, które w ramach NATO i Unii Europejskiej sprzeciwiają się uznaniu tej wykładni. W związku z tym nasze państwa przedstawiane są w propagandzie Kremla, jako motywowane historycznie i rusofobiczne, których zdania nie należy słuchać. Nie zaszkodzi też wypomnieć i podkreślić np. istnienia estońskich czy łotewskich weteranów Waffen SS albo antysemickich wątków w historii Litwy czy Polski – w tym kontekście warto wspomnieć chociażby o współfinansowanym przez Rosjan filmie „Pokłosie”. Te same metody przyjęto w walce z ukraińskim Majdanem, twierdząc, że dominowały na nim grupy nazistowskie, antysemickie, banderowskie itd.

Dość zastanawiająca strategia w kontekście siły środowisk skrajnej prawicy w samej Rosji.

P. Ż. v G.: A także w kontekście modelowego wręcz powtarzania przez Kreml hitlerowskiej operacji destabilizacyjnej w Czechosłowacji. Krym odgrywa tu rolę Sudetenlandu, a rzekome „krymskie oddziały samoobrony” – rolę Freikorpsów Heinleina. Tymczasem Monachium jest na Zachodzie lepiej pamiętane niż polski wrzesień 1939, jest drażliwszym wyrzutem sumienia. Putin, zapewne nieintencjonalnie, robi wiele, żeby te skojarzenia wzmocnić. Rosja zaplątała się więc w sytuację dość groteskową i dlatego traci. Wizerunkowo spory cios stanowiła też wypowiedź kanclerz Merkel o „oderwaniu Putina od rzeczywistości”. Nie ma chyba gorszej rzeczy dla dyktatora, niż gdy zaczyna na arenie międzynarodowej funkcjonować nie jako człowiek groźny, bo rozumny, lecz jako ktoś niespełna rozumu. Trudno mu wtedy zachować wiarygodność, przestaje być kimś, z kim można w sposób sensowny negocjować, komu można np. proponować ustępstwa i liczyć na wzajemność. Z drugiej strony, obawiam się, że jeśli Putin zobaczy, iż przegrywa, jeśli poczuje się przyciśnięty do muru, to może zagrać va banque. Trzeba pamiętać, że on tak naprawdę gra o życie, a nie tylko o stanowisko czy pozycję majątkową. Mamy taką rosyjską tradycję cara Pawła, za wiedzą swego syna uduszonego szarfą przez własnych dworzan, kiedy okazało się, że nie sprawdza się jako przywódca imperialny. Wydaje się, że Putin ma świadomość, iż jeśli w sposób oczywisty przegra Ukrainę, przegra Krym, straci twarz i będzie się musiał wycofywać, jeśli doprowadzi do kolosalnych strat dla rosyjskiego budżetu – bo rosyjska gospodarka nie będzie przecież w stanie utrzymać się pod naporem daleko idących sankcji Zachodu – to wtedy system kagiebowsko-oligarchiczny może się go rzeczywiście pozbyć, i to przecież nie na drodze wyborczej, tylko w jakiejś katastrofie śmigłowca albo innym wydarzeniu tego rodzaju. Jeśli poczuje się zagrożony, może więc być zdolny do poświęcania życia ludzkiego bez mrugnięcia okiem. Dlatego na tym etapie każdy scenariusz jest jeszcze możliwy.

Jak oceniłby Pan z dzisiejszej perspektywy rolę Majdanu w wydarzeniach na Ukrainie? Jaką rolę mogą w przyszłości odegrać oddolne ruchy protestu na Ukrainie, na Białorusi, a może także w Rosji?

P. Ż. v G.: Rolę Majdanu oceniam oczywiście pozytywnie. Było to wielkie przebudzenie obywatelskie Ukrainy. Dało ono szansę zmiany panującego tam systemu: z republiki oligarchów na republikę obywateli. Jeśli można ten ruch porównać (co nie znaczy utożsamiać) z jakimkolwiek w najnowszej historii Polski, to tylko z „Solidarnością” w 1980 roku. A skoro tak, to zostanie po nim też pewien ślad instytucjonalny i przez najbliższe lata będzie najprawdopodobniej oddziaływał na sytuację na Ukrainie. To nie będzie „wojna błyskawiczna”, nie będzie tak, że z dnia na dzień oligarchowie przestaną odgrywać jakąkolwiek rolę w polityce i z „królewiąt kresowych” staną się zwykłymi biznesmenami. Ale ta rola, także pod wpływem norm i regulacji napływających z Europy, będzie stopniowo minimalizowana i tym samym państwo będzie normalniało. Myślę, że pewien czynnik moralny, czynnik patriotycznego uniesienia związanego z przeżyciami, które były udziałem Ukraińców w ostatnich trzech miesiącach, będzie miał tu swoje znaczenie.

Czy będzie to w jakiś sposób oddziaływało na kraje ościenne? W sensie mentalnym sądzę, że tak, że już oddziałuje. Nowa Ukraina, a szczególnie jej media, które są przecież odbierane na południu Białorusi i na pograniczu z Rosją, na pewno działać będą na wyobraźnię i świadomość tych społeczeństw, szczególnie Białorusi, do której przekazy na temat Ukrainy sączą się już z niemal wszystkich stron: przez granice z Polską, Litwą, Łotwą i Ukrainą. Szczególną rolę mogą pod tym względem odegrać obrazy z rezydencji Janukowycza i innych oficjeli, one szczególnie silnie uderzają w egalitarystyczne wartości i sentymenty tych społeczeństw. Delegitymizują dyktatorów i prowokują do stawiania pytań: w jakich warunkach mieszka Łukaszenko czy Putin, ile mają pałaców itd.

Nie liczyłbym jednak na to, że coś na kształt Majdanu powstanie w Moskwie czy w Mińsku, a raczej: może powstanie, ale ani Putin, ani Łukaszenko nie zawahają się rozjechać go czołgami – choćby ze strachu przed scenariuszem, jaki dopiero zobaczyli w Kijowie. W obu tych przypadkach ewentualna zmiana władzy będzie się raczej wiązała z przetasowaniami w łonie elit, czymś w rodzaju „buntu nomenklatury” albo zwyczajną walką frakcyjną.

Mówi się, że sposobem na zabezpieczenie się przed wzmagającym się imperializmem na wschodzie jest zacieśnienie współpracy i sojuszy w Europie środkowo-wschodniej. Wiemy jednak, że w przeszłości tego typu strategia okazywała się szalenie trudna. Czy dziś widzi Pan potencjał na skuteczne prowadzenie polityki w duchu koncepcji „Międzymorza”? A z drugiej strony czy dla prowadzenia takiej polityki, jak trudna by nie była, są jakieś rozumne alternatywy?

P. Ż. v G.: Najłatwiej mi odpowiedzieć na ostatnie pytanie: moim zdaniem takiej alternatywy nie ma. Wszystkie inne strategie mogą być uzupełnieniem – często istotnym, jak np. współpraca ze Stanami Zjednoczonymi – ale tylko uzupełnieniem tej zasadniczej koncepcji. Bo kto nam zagwarantuje, że nie pojawi się jakiś kolejny Obama, który ogłosi kolejny reset, żeby grać o interesy amerykańskie w jakimś innym regionie?

Gwarancje i sojusze obronne, poza funkcjonowaniem na papierze, wchodzą w życie, gdy leży to w żywotnym interesie umawiających się stron, a ten żywotny interes łączy nas tylko z państwami naszego regionu. Myślę, że nikt nie ma wątpliwości co do tego, że decyzja o przystąpieniu do wojny w obronie sojusznika z powodu podpisu złożonego na traktacie, jest decyzją politycznie niezwykle trudną. Stąd też konieczne jest tworzenie struktur obronnych i sojuszy politycznych w gronie państw, które są realnie i odczuwalnie – także dla ich opinii publicznej – zagrożone. Chodzi tu przede wszystkim o kraje bałtyckie, do pewnego stopnia Rumunię, Mołdawię, Gruzję czy Turcję. Nie wiązałbym niestety zbyt dużych nadziei z państwami Grupy Wyszehradzkiej – ze względu na wzajemne antagonizmy między Węgrami a Słowacją, ale także ze względu na funkcję naturalnej izolacji, jaką spełniają Karpaty i większą gotowość do prowadzenia polityki „otwartej na Rosję”. Ukraina została właśnie wepchnięta do tej grupy państw, która uważa zagrożenie rosyjskie za poważne. Ta konstrukcja, wsparta – raz mocniej, raz słabiej – o Stany Zjednoczone, ma szanse rosnąć do momentu, kiedy stanie na własnych nogach.

Jest to oczywiście cel wykraczający poza perspektywę najbliższych kilku lat, ale sądzę, że w ciągu półtora, dwóch dekad jego realizacja byłaby już do pomyślenia. Współpraca polsko-ukraińska stanowi tu jedno z kluczowych ogniw. Oczywiście nie twierdzę, że wszystko potoczy się w sposób łatwy i bezproblemowy – mamy wiadome polsko-ukraińskie zaszłości historyczne, mamy złe stosunki ukraińsko-rumuńskie, ale, jak mawiał jeden z moich nauczycieli, nic nie jednoczy dwóch mniejszych narodów tak mocno, jak jeden duży. Więc bądźmy dobrej myśli. Tym bardziej, że – jak wspominałem – nie ma sensownej alternatywy dla tego programu. Wszystkie inne doktryny opierają się na chciejstwie, łudzeniu się, że ktoś inny weźmie nas w obronę i poniesie ciężar z tym związany, a my będziemy występowali w owym sojuszu ozdobnie albo na doczepkę, jako „siły pomocnicze”. Tak z całą pewnością nie będzie.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Marceli Sommer, 7 marca 2014 r.

Biało-czerwony sztandar – rozmowa z Janem Olszewskim

Wielu analityków, także tych kojarzonych z krytyką przebiegu transformacji i obecnego układu politycznego, uznało, że zmiany polityczne i instytucjonalne zaszły w ostatniej dekadzie tak daleko, że genealogia III Rzeczypospolitej, patologie związane z jej ustanawianiem, umowy Okrągłego Stołu, uwłaszczenie nomenklatury, lustracja i tym podobne problemy straciły na znaczeniu. Czy rzeczywiście kwestie te należy dziś zostawić historykom? Czy może jednak, aby zrozumieć współczesną Polskę, musimy wciąż wracać do przełomu lat 80. i 90.?

Jan Olszewski: Perspektywa teoretyków polityki czy historyków może być tu inna niż moja – człowieka mniej lub bardziej bezpośrednio zaangażowanego w wydarzenia ostatnich dziesięcioleci. Myślę jednak, że analitycy, o których pan wspomniał, nie mają racji. Postkomunistyczna geneza obecnego systemu jest wciąż niezmiernie istotna dla zrozumienia współczesnych mechanizmów życia społecznego. Być może, w pewnym sensie, w ostatnim okresie liczy się ona nawet bardziej niż w pierwszej dekadzie transformacji. Osiągnęliśmy bowiem etap skostnienia i instytucjonalizacji nowej struktury społecznej z określonymi grupami uprzywilejowanymi i bierną, dyskryminowaną kulturowo i materialnie większością. W pierwszej dekadzie przemian można było jeszcze mieć wrażenie większej płynności kształtującego się systemu, większych możliwości zmian…

Przy Okrągłym Stole przedstawiciele opozycji zawarli ze stroną rządową kompromis w dwóch podstawowych sprawach. Po pierwsze ustalili, aby budowę nowego ustroju politycznego prowadzić metodą małych kroczków, drobnych zmian w systemie peerelowskim. Po drugie zgodzili się na przeprowadzenie i osłonę radykalnej reformy ustroju gospodarczego, przygotowanej przez liberalnych ekonomistów z obozu PZPR. Warto w tym kontekście wspomnieć, że podstawy tego, co nazwano później planem Balcerowicza, zostały wypracowane przed 1989 rokiem; pierwsze koncepcje „skokowego” wprowadzenia wolnego rynku powstały w liberalnych kręgach związanych z władzą − z Balcerowiczem na czele − już na początku lat 80. Realizację reform w jeszcze bardziej radykalnej wersji planował rząd Mieczysława Rakowskiego, który musiał jednak wycofać się z nich w obliczu silnego oporu społecznego. Te dwie kwestie – to była realna treść tych porozumień. Nie należy jej mylić ani z – drugorzędnym – procentowym podziałem miejsc w Sejmie kontraktowym, ani tym bardziej z całokształtem formalnego zapisu umów, który w ogromnej większości, czytany dzisiaj, przypomina dzieło bajkopisarza, co do którego można mieć wątpliwości, czy ktokolwiek kiedykolwiek traktował go poważnie.

Mimo działań podejmowanych na rzecz zmiany okrągłostołowych zasad gry te dwa kluczowe punkty, określające metody działania i założenia budowy nowego ustroju, nigdy nie zostały skutecznie podważone.

To one, obok nowego układu geopolitycznego oraz rodzących się nowych sił i stosunków społecznych, nadały ostateczny kształt przeobrażeniom, które nastąpiły po 1989 roku.

W kontekście tak zarysowanej historii najnowszej Polski mam problem z określeniami „III RP” czy „IV RP”, które w obiegu medialnym używane są tak, jak gdybyśmy w którymkolwiek przypadku mieli do czynienia z nowym etapem w dziejach polskiej państwowości, skończonym i wyraźnie odrębnym od poprzedniego. Tymczasem w takim znaczeniu żaden z projektów polskiej państwowości nie został zrealizowany, a proces tworzenia nowego państwa nie został zakończony do dzisiaj. Pojęcia III i IV RP pozostały pewnymi symbolami, które nie odnoszą się do realności polskiego państwa, tkwiącego w pół drogi między PRL-em a niepodległą Polską.

W jakim realnym sensie istotne są dziś problemy „genealogiczne“, które Pański obóz brał na sztandary w pierwszym 15-leciu przemian? PRL-owska nomenklatura odchodzi wraz z wymianą pokoleniową, większość własności przejętej w pierwszych latach transformacji trafiła w ręce międzynarodowych koncernów. Dawne sieci powiązań i zależności tracą na znaczeniu wskutek wzmacniania się więzi z Zachodem i wejścia do Polski nowych aktorów, związanych ze światem finansów, wielkich korporacji, organizacji międzynarodowych…

Warto podkreślić, że nomenklatura nie była po tamtej stronie istotnym podmiotem procesu transformacji! Nomenklatura była wręcz – w perspektywie planu przygotowanego przez kierownictwo partyjne – przeszkodą. Reformy mogły być przeprowadzone tylko wbrew partyjnym masom. Szanse otworzyły się tylko dla tej części ludzi systemu, która miała uzyskać udziały w przemianach własnościowych. Tę najbardziej uprzywilejowaną kastę stanowili zaś w dominującej mierze ludzie służb specjalnych oraz działacze gospodarczy o odpowiednich stanowiskach i powiązaniach. To ten właśnie projekt został zrealizowany, i to w sposób nieomal perfekcyjny. Terapia szokowa, radykalna reforma wolnorynkowa – i tu tkwi paradoks – była jednak niemożliwa do wdrożenia w ramach systemu PRL-owskiego ze względu na opór społeczeństwa, ale i partyjnej nomenklatury właśnie. Dlatego niezbędna była legitymizacja ze strony „Solidarności”, którą niestety plan Balcerowicza otrzymał.

System gospodarczy zaprojektowany przez władców późnego PRL-u trwa do dzisiaj. Rola podstawowego zaplecza i głównych beneficjentów ówczesnych zmian jest być może mniejsza wobec postępującego otwarcia krajowej gospodarki i wejścia na nasz rynek podmiotów zagranicznych. Jeśli jednak chodzi o to, kto rozdaje karty po naszej stronie, nie dostrzegam większych zmian. Proszę spojrzeć na listę najbogatszych ludzi w Polsce. Przecież nie są to nazwiska, które pojawiły się w obiegu po 1989 roku. Kariery zdecydowanej większości rozpoczynały się w latach 80., w okresie pierwszych częściowych otwarć, koncesji dla firm polonijnych, spółek z kapitałem zagranicznym… Dziś wiemy przecież doskonale, że nie był to proces spontaniczny, ale kierowany. Ranking najbogatszych nie jest może najlepszym miernikiem, bo tytuły własności mogą być do pewnego stopnia fasadowe, ale pewne świadectwo daje.

Powiem więcej, w polityce koncepcje o korzeniach z końca lat 80. w ciągu ostatnich pięciu-sześciu lat, a szczególnie od roku 2010, zostały podjęte na nowo ze wzmożoną siłą. Doszło do swoistego domknięcia systemu nakreślonego przy Okrągłym Stole, zarówno w polityce, jak i w gospodarce. Przyjęte ponad dwie dekady temu zasady ustrojowe doprowadzono do ostateczności i wydaje się, że dopiero dziś osiągamy granicę, za którą dalszy rozwój w ramach starego paradygmatu będzie niemożliwy. Wskazują na to zarówno doraźne wahania nastrojów społecznych, jak i głębsze przemiany polityczne i gospodarcze. Zamknięcie tego etapu będzie jednak dopiero początkiem, a głębokie zmiany systemowe są jeszcze przed nami.

Poza tym postPRL-owskim „jądrem ciemności” przyzna Pan chyba, że mieliśmy jednak w ostatnich latach także zjawiska nowe: w sferze politycznej, jak i gospodarczej, a także w obszarze debaty publicznej. Czy widzi Pan tutaj wątki, które domagają się szczególnie poważnego potraktowania, które nie dotyczą tylko powierzchni naszego systemu? Jakieś nowe wnioski dla opozycji wobec tego systemu?

Zasadnicza zmiana wiąże się z finansami państwa. Podstawą kryzysu w roku 1989 było zadłużenie i niemożność jego spłaty. Jeśli spojrzymy na sytuację w kraju i na kwoty, które wówczas wchodziły w grę, to w stosunku do wyzwań, przed którymi stoimy dzisiaj, wydadzą się one śmieszne. Na te wyzwania nie mam odpowiedzi – ze względu na stan zdrowia moje uczestnictwo w życiu publicznym, także możliwości zapoznawania się z bieżącymi analizami, są ograniczone. Mogę powiedzieć tylko jedno: bardzo współczuję tym, na których głowy spadnie ciężar zmiany tego systemu. To nie będzie łatwy proces.

Jak w tym kontekście ocenia Pan rolę międzynarodowych instytucji finansowych i wielkiego kapitału – zarówno we wcześniejszych fazach polskiej transformacji, jak i dzisiaj?

Niewątpliwie była i jest to rola istotna. W ostatnich dekadach nastąpiła jednak wyraźna zmiana w strukturze i roli tego, co nazywamy rynkami finansowymi. Wydaje mi się, że jeszcze w latach 90. poziom zależności świata polityki od świata finansów nie był tak duży – choć trzeba przyznać, że u progu przemian wiedza o tych kwestiach po naszej stronie była niestety bardzo ograniczona. Możliwe były jednak pertraktacje z rządami krajów zachodnich, negocjowanie upustów czy pomocy finansowej – formalnie przyznawanych przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy. Praktycznie były to organy kontrolowane, a przynajmniej podlegające wpływom państw i organizacji międzynarodowych. Dziś tymczasem wydaje się, że są to organy kontrolowane nie tyle przez rządy, co właśnie przez ten cokolwiek enigmatyczny twór, który określamy rynkami finansowymi. Obserwujemy wręcz pewną bezradność państw, które jeszcze do niedawna miały kluczową pozycję w porządku światowym i w globalnej gospodarce. Zwróćmy uwagę na taki przykład: przecież wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że od lat narastającym problemem dla finansów państw, szczególnie w obliczu ostatniego kryzysu, są tak zwane raje podatkowe. Tymczasem wszelkie próby szerzej zakrojonej, systemowej rozprawy z nimi kończą się fiaskiem. Można było mieć nadzieję, że sprawa Cypru stanie się początkiem działań na rzecz uregulowania tej kwestii na skalę europejską. A jednak i ta, w gruncie rzeczy skromna, inicjatywa na rzecz opodatkowania cypryjskich kont bankowych wywołała ogromną awanturę i, ostatecznie rzecz biorąc, nie przyniosła efektów.

Warto zauważyć, że jeśli chodzi o ogólny kierunek przemian w naszym kraju, dążenia globalnej finansjery, lokalnej oligarchii o postkomunistycznych korzeniach i „odnowionej” „Solidarności” szły ręka w rękę. Symbolem tej zbieżności jest sam Balcerowicz, który był zarazem liberalnym ekspertem, człowiekiem aparatu gospodarczego PRL, absolwentem nowojorskiej uczelni, stypendystą Fulbrighta, człowiekiem dobrze umocowanym w kręgach związanych z zachodnimi instytucjami finansowymi, przenoszącym na teren polski oficjalne doktryny tychże instytucji, wreszcie – ekspertem ekonomicznym „Solidarności” i ministrem w rządach ekip wywodzących się ze związku.

Balcerowicz uzyskał ze strony PRL-owskiego establishmentu pewnego rodzaju wsparcie i pełnomocnictwo do przeprowadzenia reformy rynkowej. W trakcie wdrażania w życie planu jego stosunki z Międzynarodowym Funduszem Walutowym nie obyły się jednak bez napięć i zakłóceń, a Balcerowicz nie zdołał dopełnić przyjętych wobec niego zobowiązań. W drugiej połowie 1991 roku okazało się, że sytuacja budżetu państwa jest tak dramatyczna, iż trzeba było wstrzymać reformy i odwołać się do drukowania pieniędzy. Środki te zastosowano bez zgody Funduszu, a ten, w odpowiedzi, zawiesił stosunki z Polską. W rezultacie to na mój rząd spadło zadanie ich odnowienia. Pamiętam rozmowę, którą przeprowadziłem wówczas z prezesem Funduszu, w której ten żalił się, że Balcerowicz nie zrealizował zawartych wcześniej ustaleń. Wtedy ja mu na to odpowiedziałem: „Ale panie prezesie, przecież od początku było oczywiste, że te zobowiązania są niewykonalne! Dlaczego je przyjęliście?”. Na co on odparł mi z uśmieszkiem: „No tak, wie pan, ulegliśmy tym polskim romantykom, którzy uważali, że to się uda”. To było oczywiście z ich strony całkowicie cyniczne, próbowali wymusić więcej, niż nawet Balcerowicz, ze swoją bezwzględną postawą, mógł im dać.

A jakie środki wpływu i dyscypliny były stosowane względem Pańskiego rządu? Jak istotna była pod tym względem kwestia polskiego zadłużenia?

Długi Polski w swojej najbardziej dolegliwej części były w tym czasie już uregulowane. Zostało zawarte porozumienie odraczające spłatę i redukujące tę ich część, którą zaciągnął rząd PRL. Z drugiej strony instytucje finansowe i rządy zachodnie zobowiązały się do gwarantowania poprzez fundusz rezerwowy stabilności złotówki. To wszystko stanęło oczywiście pod znakiem zapytania w momencie wspomnianego załamania się finansów publicznych. Jako premier miałem jednak w owym czasie wolną rękę w kwestiach gospodarczych, nie odczuwałem bieżącego nacisku. Częściowo wynikało to z przyjęcia przez MFW postawy: skoro nie realizujecie wytycznych, to radźcie sobie sami. Z dramatyczną sytuacją budżetową musieliśmy uporać się wyłącznie w oparciu o własne środki, co nie było łatwe, ale na szczęście się udało.

W ciągu pół roku moich rządów udało się osiągnąć sukces, o którym dzisiaj często się zapomina – stworzyć projekt zrównoważonego budżetu. Uzyskaliśmy deficyt na poziomie ok. 5% PKB, mimo że nikt nie wierzył, iż nam się to uda. Rząd powstał w ostatnich dniach grudnia 1991 roku i odziedziczył prowizorium budżetowe przygotowane jeszcze przez rząd Bieleckiego i przez Balcerowicza jako ministra finansów. W chwili gdy uzyskałem upoważnienie Sejmu do utworzenia rządu, szóstego grudnia, praktyka konstytucyjna była taka, że premier przejmował kierownictwo i odpowiedzialność natychmiast, ale rząd musiał dopiero powstać i uzyskać wotum zaufania Sejmu. Do tego momentu poprzedni rząd w dalszym ciągu działał, a moje możliwości nadzoru nad jego pracami były czysto hipotetyczne. O podpisaniu umowy z Europejską Wspólnotą Gospodarczą, które nastąpiło w tym czasie, dowiedziałem się z mediów – minister Balcerowicz, który prowadził pertraktacje, nie uznał za stosowne poinformować mnie o tym wcześniej.

Prowizorium rządu Bieleckiego zapewniać miało, że od pierwszego stycznia finansowane będą koszty stałe funkcjonowania państwa. W praktyce jednak oznaczało to, że na przykład pieniądze przewidziane dla wymiaru sprawiedliwości wystarczały ministrowi na pensje urzędników, sędziów i prokuratorów, ewentualnie opłacenie zajmowanej siedziby. Na pokrycie bieżących kosztów funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości – należności biegłych, wydatków na korespondencję, wzywanie świadków sądowych i tym podobne – nie było przewidzianych żadnych środków, żadnej rezerwy. Aby nie doszło do zapaści, musiałem przekazywać na potrzeby ministra środki ze szczupłych rezerw i funduszy będących w dyspozycji premiera. Podobna sytuacja panowała w innych resortach. Tymczasem udało nam się nie tylko przetrwać sześć miesięcy, ale i opracować budżet, który bez zmiany nawet przecinka przyjęty został niemal jednomyślnie przez Sejm nazajutrz po odwołaniu mojego rządu. A następnie wykonany zgodnie z naszymi ustaleniami.

Czy sądzi Pan, że wraz z narastaniem długu publicznego wzmagają się dziś wpływy instytucji finansowych na polski rząd, a maleje podmiotowość państwa?

W jakiejś mierze tak, chociaż przypadek węgierski pokazuje, że nawet w niezwykle trudnej sytuacji finansów państwa wola polityczna rządu może być decydująca dla możliwości prowadzenia niezależnej polityki. Z drugiej strony jednak wydaje mi się, że polska pozycja względem rynków finansowych może okazać się nawet trudniejsza niż węgierska.

Jak postrzega Pan zmiany w logice konfliktu ideowo-politycznego, w głównych osiach tego konfliktu, jakie zaszły od czasu wczesnej transformacji? Czy to są zmiany na lepsze czy na gorsze?

Dochodzi, siłą rzeczy, do wymiany pokoleniowej w polskiej polityce, a ponadto zmieniły się praktyki i techniki stosowane w walce politycznej. Zasadnicza i konstytutywna oś konfliktu politycznego pozostała jednak ta sama od przeszło 40 lat. Pierwsze znamiona tego konfliktu pojawiły się już w roku 1956, ale rangę sporu centralnego wewnątrz opozycji uzyskał on około połowy lat 60. Po jednej stronie barykady stanęła opozycja niepodległościowa, która nawiązywała do różnych tradycji rozbitego po 1945 roku Państwa Podziemnego i II Rzeczypospolitej – środowiska PPS-owskie, chadeckie… Najsłabszy wyszedł z okresu stalinowskiego ruch narodowy, ale on też usiłował, pod osłoną Kościoła, odtwarzać się na fali politycznej odwilży. Wszystkie te środowiska stanowiły kontynuację różnych odłamów niepodległościowej myśli i praktyki politycznej. W początkach lat 60. krystalizuje się tymczasem drugi odłam opozycji, który wychodzi z wewnątrz systemu komunistycznego. Ważnym momentem dla tego nurtu jest rok 1964, gdy ukazuje się list otwarty Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego do partii. Te dwa odłamy opozycji współpracują ze sobą w różnych momentach, ale jednocześnie przepaść między nimi pozostaje szalenie istotna.

A jednak te dwa odłamy nie tylko współpracowały ze sobą, ale i zdarzało im się przenikać. Weźmy na przykład związanego z tradycją niepodległościowego PPS-u Jana Józefa Lipskiego, który chyba czuł się blisko związany z byłymi rewizjonistami w ramach KOR-u, a później „Solidarności”, albo Andrzeja Celińskiego, którego droga polityczna zaczęła się w „Czarnej Jedynce” i grupie Antoniego Macierewicza, a zakończyła w postkomunistycznym SLD, wspomnijmy też narastającą bliskość pomiędzy środowiskami progresywno-katolickimi a „lewicą laicką”…

W mojej ocenie to przenikanie nie było jednak głębokie ani nie miało dużej skali. Jako adwokat w procesach politycznych broniłem oczywiście jednych i drugich, z jednymi i drugimi miałem kontakty jeszcze wcześniejsze. Dzięki temu miałem od samego początku dobry wgląd w sytuację i w tworzące się podziały. I twierdzę, że konflikt, który wykrystalizował się właśnie w okolicach połowy lat 60. roku, był nie tylko zasadniczy, ale i czytelny dla wszystkich zaangażowanych. Pojawiały się oczywiście – szczególnie w rezultacie wzmożonej współpracy, konsolidacji i umasowienia opozycji, które następuje w drugiej połowie lat 70. – więzy sympatii pomiędzy konkretnymi osobami, które czasem przeradzały się w relacje środowiskowe. Te więzi z lat 70. mogą z dzisiejszej perspektywy wpływać na pewne rozmycie klarowności obrazu, ale w istocie możemy tu mówić tylko o wyjątkach potwierdzających regułę.

Być może do współdziałania w ogóle by nie doszło, gdyby nie wydarzenia roku 1976. To był w najnowszej historii moment wyjątkowy, moment prawdziwie spontanicznego wybuchu nastrojów opozycyjnych, na bezprecedensową skalę. O ile można snuć różne przypuszczenia co do roli prowokacji, sterowania i gry politycznej w wydarzeniach roku 1968, 1970 czy nawet 1980, o tyle w odniesieniu do 1976 o niczym podobnym nie może być mowy. Ówczesne protesty robotnicze, ich skala, były zaskoczeniem dla wszystkich. Przecież to nie był tylko Radom i Ursus – sprzeciw wyraziła cała Polska! Jako adwokat trafiłem w tamtym okresie na niezwykły dokument. Był to komunikat wydawany trzy czy cztery razy dziennie przez instytucję, która nosiła miano Krajowej Dyspozycji Mocy i stanowiła organ zarządzający i kontrolujący zaspokajanie potrzeb energetycznych kraju. W komunikatach raportował on o stanie zapotrzebowania na energię i poziomie jego pokrycia. Dokument, na który trafiłem, odnotowuje, że 24 czerwca 1976 roku miał miejsce spadek poboru mocy w przemyśle o ponad 80%! Praktycznie rzecz biorąc, oznaczało to, że przemysł stanął – można by 24 czerwca określić mianem pierwszego w historii PRL ogólnokrajowego strajku generalnego, tyle że to były całkowicie spontaniczne „przerwy w pracy”, jak to się wówczas mówiło, przez nikogo niekoordynowane. Oba nurty opozycji związały się z tym oddolnym ruchem protestu, powstał KOR i stąd w dużej mierze wynikło ich zbliżenie. O sile konfliktu między nimi świadczy jednak to, jak szybko i jak łatwo odżył on w latach 80. i na początku 90.

Na czym według Pana polega ciągłość tego konfliktu pomiędzy rokiem 1964 a dniem dzisiejszym? Przecież kontekst bardzo wyraźnie wpływał na tematy dyskusji i na postulaty, jakie były formułowane przez różne środowiska…

Zasadniczy podział – co najmniej od lat 60. do roku 1989 – był jeden: pierwszy nurt mówił wprost o tym, że jego celem jest budowa niepodległego, demokratycznego państwa polskiego oraz wyjście z sowieckiej strefy wpływu (dopuszczając różne metody osiągnięcia tego celu). Drugi zaś popierał „realistyczne” reformy istniejącego systemu, ale bez określenia jasnego punktu docelowego, a jako maksymalny horyzont możliwości w zakresie geopolityki podnosił hasło „finlandyzacji”. Różnica jest o tyle trudno uchwytna z zewnątrz, że obie strony konfliktu przyjmowały strategię gradualistyczną, ostrożną. Z tym wiązała się na przykład akceptacja, do pewnego momentu także po stronie nurtu niepodległościowego, gomułkowskiego hasła „polskiej drogi do socjalizmu”, odmiennej od drogi sowieckiej. W roku 1956 wydawało się, że to jest jedyna możliwość uzyskania pewnej liberalizacji systemu, a w dłuższej perspektywie rozluźniania stosunków z „wielkim bratem”. Jednocześnie opozycja niepodległościowa zakładała, że dopóki pułap realnej suwerenności względem Związku Sowieckiego nie zostanie osiągnięty, to nie będzie to „ich” państwo. Tymczasem opozycja „wewnątrzsystemowa”, którą reprezentowali Kuroń czy Michnik, mówiła zawsze tylko o odrzuceniu konkretnej ekipy trzymającej władzę w partii, o odebraniu władzy aparatowi i przywróceniu jej „klasie robotniczej” (siebie prezentując w tym kontekście jako tejże klasy robotniczej autentycznych reprezentantów), nie zaś o budowaniu Polski demokratycznej i niepodległej.

Wiele interesujących wniosków można wysnuć, przyglądając się dokładnie ich pierwszemu ideowemu manifestowi, jaki stanowi „List otwarty do Partii”. Jego autorami byli młodzi ludzie, oczywiście niezwykle zapaleni i ideowi, ale jednocześnie wywodzący się ze środowisk dość oderwanych od rzeczywistości, bo z samej elity władzy PRL-owskiej. Do 1956 roku grupy te były całkiem odizolowane od środowisk pozapartyjnych, po 1956 ta izolacja nieco się rozluźniła, ale oni wciąż jeszcze nie mieli zielonego pojęcia, co tak naprawdę w kraju się dzieje i co myśli o nich klasa robotnicza. Wyobrażali sobie, że zrobią w Polsce prawdziwą rewolucję, a proletariat przyjmie ich koncepcje polityczne z otwartymi ramionami. Wszystko to było troszeczkę dziecinne, ale oni w to rzeczywiście wierzyli – do tego stopnia, że postanowili swoje stanowisko publicznie ogłosić, rzucić wyzwanie władzy. Wydaje mi się, że gdyby po drugiej stronie mieli wówczas kogoś innego niż Gomułka, to mogło się to skończyć wchłonięciem ich na powrót do elity, kooptacją i wyhamowaniem ich antysystemowej ewolucji. Stało się jednak inaczej i ten konflikt z ekipą Gomułki doprowadził do ich utwierdzenia się w roli nowego nurtu opozycji.

W jaki sposób te konflikty rodem z lat 60. stały się znaczące w nowych realiach, po 1989 roku?

Początkowo sytuacja się skomplikowała – przy Okrągłym Stole byli początkowo ludzie obu orientacji. Sam otrzymałem wówczas propozycję od Geremka, aby zasiadać w zespole „Solidarności”. Było jednak dla mnie jasne, że nie przyszedł jeszcze dobry moment na negocjacje, że chociaż postępuje degeneracja ustrojowa PRL-u, to system jest zbyt silny, a to skazuje nas na zawarcie kompromisu niekorzystnego dla społeczeństwa. W związku z tym propozycji nie przyjąłem. Z drugiej strony jednak uważałem, że całkowite odtrącenie przez opozycję okazji do przyjęcia współodpowiedzialności za przemiany w ówczesnej sytuacji gospodarczej mogłoby być dla społeczeństwa niezrozumiałe i źle odbić się na naszej pozycji politycznej. Sytuacja była więc trudna i niejednoznaczna. Zaoferowałem, że o ile nie wezmę udziału w rozmowach jako polityk, to mogę przyjąć pozycję eksperta do spraw wymiaru sprawiedliwości. Przyjąłem założenie, że chociaż politycznie Okrągły Stół nie może odegrać roli przełomu, na jaki czekamy, to o ile można zmienić coś na lepsze w ramach istniejącego systemu, jestem gotów w tym pomóc. Ostatecznie namówiłem także ówczesnego przewodniczącego „Solidarności” w sądownictwie, Adama Strzembosza, aby wziął na siebie odrzuconą przeze mnie pozycję w podzespole ds. prawa i sądów. Już po drugim dniu rozmów podzespołu doszedłem do wniosku, że nie mogę w tym, co się odbywa, uczestniczyć ze znaczkiem „Solidarności” w klapie. Nie mieliśmy przecież formalnego upoważnienia od „Solidarności”, a sprawy zaczynały iść w bardzo ryzykownym kierunku – stopień fraternizacji, powstawanie atmosfery sielankowej współpracy pomiędzy przedstawicielami strony rządowej i opozycyjnej… Krótko mówiąc, doszedłem do wniosku, że nie powinienem nawet stwarzać pozorów, że jestem tutaj z ramienia „Solidarności”. Ponieważ wszystko to było filmowane, można łatwo sprawdzić, że byłem jedynym członkiem delegacji, który owego znaczka nie nosił.

Okazało się, że przyjęte w latach 60. pozycje w dalszym ciągu funkcjonują. Nurt dawnego rewizjonizmu, ludzie, którzy przyjmowali, że wybicie się Polski na niepodległość to mrzonki i że dla wszelkich zmian konieczne jest uzyskanie akceptacji Związku Sowieckiego, przyjęli do pewnego stopnia podobne stanowisko wobec Unii Europejskiej, Zachodu, organizacji międzynarodowych, a w istotnym stopniu także Niemiec, które odgrywają w Europie szczególną rolę polityczną i wobec których ustawiamy się dziś – poprzez politykę zagraniczną, ale również gospodarczą – na pozycji quasi-satelickiej.

Czy czuje się Pan w jakiś sposób związany z programem pierwszej „Solidarności”, Samorządną Rzeczpospolitą? Czy wydaje się on Panu w jakiś sposób aktualny?

Byłem przeciwnikiem tego programu już w 1980 roku. Wydawało mi się bowiem, że choć jako model teoretyczny może być atrakcyjny, to praktycznie jest on niemożliwy do zrealizowania – szczególnie w swoim aspekcie gospodarczym.

Zjazd odbywał się w takich warunkach politycznych, że niezbędne było znalezienie nośnego hasła. Hasło Samorządnej Rzeczypospolitej spełniało ten warunek i tym samym szybko zyskało aprobatę Geremka i innych postaci ze związkowej wierchuszki. W swoich obiekcjach byłem osamotniony. Być może, z dzisiejszej perspektywy patrząc, mój sprzeciw nie miał zbyt wielkiego sensu, bo zasadniczą wtedy stawką nie było to, czy zrealizujemy jakikolwiek wymyślony model ustroju, lecz zapewnienie jakichkolwiek możliwości przetrwania w ramach ustroju istniejącego, dopóki nie dojrzeje on do upadku.

W tamtej sytuacji dało się już odczuć, że zmierzamy jako związek w stronę nieuchronnej katastrofy. A niestety ówcześni przywódcy związku oraz większość ich doradców tego nie dostrzegali. „Solidarność” powstała na fali ogólnego entuzjazmu – dziesięć milionów ludzi to nieomal całe społeczeństwo, cały naród. Ale tak naprawdę jej siła była oparta na 300–400 wielkich zakładach, gdzie właściwie całe załogi robotnicze były w „Solidarności” i za „Solidarnością”. Już z wydarzeń 1970 i 1976 roku można było wysnuć wniosek, że to właśnie ta wielkoprzemysłowa klasa robotnicza zadecyduje o losach systemu. Jej wsparcie, które „Solidarność” uzyskała w 1980 roku, było podstawą naszej siły, to ono umożliwiało działanie. Środowisko robotnicze tymczasem z jednej strony ma to do siebie, że jak już się zaangażuje, to angażuje się na serio i pokonanie go staje się wyzwaniem dla każdego przeciwnika. Ale z drugiej strony są to ludzie o nastawieniu realistycznym, pragmatycznym, mają – można by powiedzieć – szacunek dla rzeczywistości, która ich otacza. I dało się zaobserwować już od późnego lata 1981 r., a jasne stało się na jesieni, że ludzie tracą zapał i zaczynają się niepokoić, że zbliża się zima, a warunki są tak dramatyczne, iż fabryki najprawdopodobniej staną. W związku z tym tendencja do wspierania daleko idących propozycji, jak na przykład zaplanowane na grudzień marsze „Solidarności”, będzie bardzo, bardzo słaba. Władza znakomicie tę dynamikę wyczuwała i dlatego czekała z wprowadzeniem stanu wojennego do grudnia.

Jasne było dla mnie, że na czynne poparcie, na jakie mogliśmy liczyć jeszcze w niedoszłym strajku generalnym w marcu 1981 roku (po kryzysie bydgoskim), teraz liczyć już nie możemy. O tym, jak dalece część przywódców „Solidarności” oderwała się od rzeczywistości, świadczyć może kompromitujący list, który nadał Kuroń wkrótce po internowaniu. Wzywał w nim robotników, żeby atakowali komitety PZPR. To były postulaty tak nierealne, że mam podejrzenie, iż służby chętnie pozwoliły, aby ten gryps ujrzał światło dzienne. Ale takie były nastroje przywódców. Pamiętam posiedzenie Komisji Krajowej w Stoczni Gdańskiej w nocy z 12 na 13 grudnia. Skończyło się chwilkę po północy i było wiadomo, że coś się dzieje, bo straciliśmy łączność telefoniczną, a równocześnie zorganizowane przez nas w Gdańsku pogotowie, z którym mieliśmy łączność radiową, zasygnalizowało, że telefony padły, a przez miasto przemieszczają się kolumny milicyjne, za chwilę stocznia może zostać otoczona. Po otrzymaniu tego sygnału, a obrady były już zakończone, namówiłem wszystkich na jak najszybsze opuszczenie terenu stoczni. Ale pamiętam jeszcze, że gdy się żegnaliśmy, wychodząc, bo w różnych hotelach byliśmy rozmieszczeni, Kuroń powiedział: „Posłuchaj, źle by to wyszło, jakby nam się to nie udało”. Było już przecież wiadomo, że tu, w tej chwili wszystko się wali, a on dopiero miał pierwsze wątpliwości, czy nam się uda…

Program Samorządnej Rzeczypospolitej mógł nie być możliwy do wprowadzania w życie w realiach roku 1981, wydaje się, że jest jednak niezłym świadectwem aspiracji ruchu solidarnościowego. A jeśli tak było, to dlaczego ten program nie został na nowo podjęty po 1989 roku, gdy Solidarność „zwyciężyła” i mieliśmy demokratycznie budować nowy ustrój? Wydawałoby się – nic prostszego, niż wrócić w roku 1989 do programu, który wiąże liderów opozycji z uśpionym, wielomilionowym ruchem.

Moim zdaniem w 1989 roku była tylko jedna rzecz, która zyskała jasne i wyraziste poparcie społeczne: zdecydowane postawienie sprawy powtórzenia wyborów. Należało jasno powiedzieć, że nie godzimy się na zmianę ordynacji w czasie trwania aktu wyborczego, na wprowadzenie „listy krajowej”. Przedstawiciele strony solidarnościowo-opozycyjnej zakładali przecież, że w zakresie wyborów mamy szerokie poparcie społeczne, co zostało potwierdzone wynikiem głosowania z 4 czerwca. Społeczeństwo pokazało wtedy w moim odczuciu, że nie godzi się na przyjęty kompromis, z listą krajową i ⅓ miejsc w sejmie. Należało z tego wyciągnąć konsekwencje. Mazowiecki zawsze na to powtarzał: No tak, ale wtedy byłaby wojna domowa, oni mieli wojsko… Proszę mi wierzyć: wojsko mieli, ale nie mieli takich żołnierzy, którzy chętni byliby wyjść i strzelać w ich obronie. Nie wiem, czy uzbieraliby nawet jedną kompanię takich ludzi (śmiech).

Społeczeństwo dało 4 czerwca jeden jasny komunikat: że oni już się na „naprawianie PRL-u” nie godzą. Ludzi z „listy krajowej” odesłano na polityczną emeryturę. Oczywistą reakcją na to winno być przeprowadzenie w pełni demokratycznych wyborów parlamentarnych. I nie mieliśmy prawa od tej woli społeczeństwa odstąpić, jeżeli zależało nam na systemie opartym na reprezentacji.

Historia rządów „solidarnościowych” w latach 90. pokazała jednak, że dawni działacze i doradcy związku byli często gotowi realizować koncepcje całkowicie sprzeczne z historycznymi celami ruchu. W tym kontekście można się zastanawiać, czy – przy ograniczonej wiedzy na temat poszczególnych polityków czy formacji – wolne wybory w 1989 roku zmieniłyby losy kraju.

Być może część problemów wynikła rzeczywiście stąd, że nowa „Solidarność” z 1989 roku nie przejęła dawnego programu związku. Odrzuciła też zresztą znaczną część dawnych działaczy, w tym demokratycznie wybrane władze z 1981 roku. Zalegalizowano nowe struktury i budowano związek na nowo. Efektem był rozłam i odwrócenie się od niego części osób, które dawniej nadawały ton pod względem programowym. Równocześnie zmiana koniunktury przyciągnęła rzesze konformistów i ludzi bezideowych.

Mimo to istniała wówczas szansa na wyłonienie autentycznej reprezentacji społeczeństwa. Spójrzmy na sytuację po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. W trzy miesiące później, w styczniu 1919, odbyły się wybory, dzięki którym powstało przedstawicielstwo narodowe – rozbite i podzielone, ale mające za sobą moralne prawo i poparcie społeczeństwa. Tak samo wyobrażam sobie sytuację po powtórzonych wyborach w roku 1989. Po jednej i drugiej stronie zapewne pojawiłaby się więcej niż jedna lista, ale nie bałbym się ujawnienia tych realnych przecież podziałów. Przedstawicielstwo narodowe autentycznie odzwierciedlające stan ówczesnych nastrojów dawałoby nam do ręki ogromne możliwości.

Wspomniał Pan o wielkoprzemysłowych robotnikach jako o podstawowej sile i podstawowej bazie dla masowego ruchu, jakim była „Solidarność” w 1980 i 1981 roku. Na ile likwidacji wielkich zakładów w ramach planu Balcerowicza towarzyszyła w Pańskim odczuciu intencja rozbrojenia społecznego oporu wobec przyjętych reform?

Z dzisiejszego punktu widzenia mogę powiedzieć bez ryzyka popełnienia błędu, że była to zupełnie świadoma, przemyślana próba realizacji tego, co nie udało się władzy w warunkach stanu wojennego, a później rządowi Rakowskiego. Nie było to zresztą proste – likwidacja zakładów nie odbyła się za jednym zamachem. Balcerowicz stworzył jedynie warunki dla ich upadku. Jeśli czegoś żałuję z czasów, kiedy mój rząd był u władzy, to tego, że nie zlikwidowałem od razu tak zwanego popiwku. Nie byłem ekonomistą i nie miałem świadomości wagi tego rozwiązania, jego niszczącej siły wobec polskiego przemysłu. Działania Balcerowicza z jednej strony wymierzone były w robotników, miały na celu likwidację głównego potencjalnego ogniska oporu, ale zarazem uderzały po prostu w interesy państwa polskiego. Bo to przecież nie było tak, że komuniści stworzyli przemysł w sposób całkowicie nieudolny i był on w całości skazany na zagładę. Oczywiście, były zakłady, których nie dałoby się uratować, ale większość reprezentowała autentyczną wartość, a niektóre sektory, takie jak przemysł okrętowy, mogły stać się siłą ciągnącą całą polską gospodarkę.

Czy ugrupowania, jak Pan je określa, niepodległościowe, nie wpadły jednak po 1989 roku w te same pułapki co liberałowie? Przyjęły przecież do pewnego stopnia zasady i logikę systemu okrągłostołowego, nie nawiązały bezpośredniej komunikacji ze społeczeństwem, nie animowały ruchów społecznych… Zabrały się po prostu za budowanie – mniej skuteczne niż w przypadku liberałów – siły politycznej wokół własnych programów, ale sprawdzenie stosunku tych programów do aspiracji społeczeństwa nikogo nie interesowało.

Aspiracje społeczeństwa na najogólniejszym poziomie były powszechnie znane: możliwie mało ograniczeń, możliwie dużo wolności i autentyczne, demokratyczne przedstawicielstwo. Te dezyderaty były najzupełniej oczywiste. To, co pan określił jako program oderwany od aspiracji społecznych, było tymczasem w dużej mierze spontaniczną reakcją na zabiegi drugiej strony, aby przekazać władzę ekonomiczną w kraju w ręce establishmentu późnego PRL-u – kasty, która jako jedna z nielicznych posiadała już zdefiniowane interesy, agendę i środki, by tę agendę forsować. Chodziło o to, by tych ludzi powstrzymać.

Często jako jedno z podstawowych dążeń swojego rządu przytacza Pan reprywatyzację. Dlaczego akurat koncepcja przywrócenia przedkomunistycznych stosunków własnościowych? Przecież nawet w ramach Polski Podziemnej panował konsensus co do konieczności zmiany tych stosunków. I jeśli można mówić o źródłach legitymizacji PRL-u innych niż siłowe, to z pewnością należały do nich dokonania w tym zakresie.

Trudno uznać je za jakąkolwiek legitymizację w sytuacji, w której wiadomo było, że każdy polski rząd powojenny tego rodzaju reformy – parcelację wielkich majątków ziemskich oraz nacjonalizację wielkiego przemysłu – podejmie. Taka zresztą była tendencja ogólnoeuropejska. Oczywiście byłyby one zapewne przeprowadzone w sposób bardziej cywilizowany – nie wyobrażam sobie, żeby można było z dnia na dzień wyrzucać kogoś z majątku. Reprywatyzacja po roku 1989 jest jednak zupełnie osobnym tematem. Mieliśmy wówczas do czynienia z sytuacją, w której z własności wydziedziczono praktycznie całe społeczeństwo. Wszystko jest nasze, bo jest społeczne, ale nic nie jest nasze tak naprawdę. Własności pozbawieni zostali nie tylko dawni właściciele ziemscy i fabrykanci – nasz projekt nie dotyczył zresztą tego typu majątków. Reprywatyzacja miała natomiast objąć domy czy małe zakłady. I nie miała mieć „dzikiego” charakteru, lecz być uzupełniona np. prawem ochrony lokatorów. Tak rozumiana reprywatyzacja była absolutnie konieczna – powinna była zostać zrealizowana szybko i dość radykalnie po to, żeby majątek, który odziedziczyliśmy po PRL-u, zyskał status majątku narodowego, żeby za jego pomocą można było przeprowadzić możliwie szerokie uwłaszczenie społeczeństwa.

Nasz projekt brał pod uwagę błędy i niepowodzenia przy próbach prywatyzacji w innych państwach postkomunistycznych. I jedno jest pewne – ta formuła, którą zafundował nam później rząd Suchockiej, czyli Narodowe Fundusze Inwestycyjne, była jedną wielką lipą, ludzi nabito w butelkę. W moim przekonaniu był to pierwszy z serii aktów, który spowodował drastyczny spadek zaufania do państwa. Trudno oczekiwać po społeczeństwie poczucia obowiązku obywatelskiego po tak jawnym i bezczelnym oszustwie. W wielu domach do dziś znajdą się nabyte po 20 złotych kupony, które przypominają o tej wielkiej aferze, jaką była wyprzedaż najcenniejszych kąsków z majątku narodowego.

Pański rząd i historia jego obalenia stały się elementem mitu założycielskiego polskiej (centro)prawicy. W wywiadzie dla „Obywatela” w roku 2005, odnosząc się do historii swojego rządu, powiedział Pan: „Istotą ówczesnego sporu były sprawy materialne, a zwłaszcza kwestia, w jakie ręce ma trafić majątek pozostały po PRL-u”. Jak Pan rozumie fakt, że w dzisiejszych odniesieniach do czerwca 1992 tak dominującą rolę odgrywa „noc teczek”, a sprawy własnościowe traktuje się co najwyżej drugoplanowo?

Nie odczuwam, żeby historia mojego rządu stała się dla kogokolwiek mitem założycielskim. Wiadomo, że była to pierwsza próba zmiany liberalnej linii transformacji, ale jednocześnie wiadomo, że była to próba nieudana – transformacja w swojej liberalnej wersji została przeprowadzona, czego skutki widzimy do dzisiaj.

Sześć miesięcy działania mojego rządu to przede wszystkim walka o trzy sprawy. Po pierwsze o wyprowadzenie Polski z geopolitycznej „szarej strefy”, wciąż jeszcze zdominowanej przez Rosjan, o bezpowrotne usunięcie z Polski rosyjskich garnizonów wojskowych. W tej sprawie udało się zrobić krok decydujący – zablokować rosyjskie plany utworzenia na terenach dawnych baz wojskowych polsko-rosyjskich spółek, które mogły stać się kluczowym elementem rosyjskiej infrastruktury wpływu w naszym kraju i całym regionie. Przykładem tego, jak te niedoszłe spółki mogły wyglądać, jest dzisiejszy EuroPolGaz: przez Polskę przechodzi znaczna część eksportu gazu na zachód, a dochody, które uzyskujemy z tego tytułu, nie do końca pokrywają nawet koszty naszej administracji.

Druga sprawa, którą się zajęliśmy, to majątek narodowy i sposób dysponowania nim. Tu niestety nie odnieśliśmy sukcesu – zabrakło czasu, a siła układu, w którego interesy chcieliśmy uderzyć, była zbyt wielka. Jednocześnie nasi przeciwnicy w parlamencie podnosili ten temat niechętnie – i tak pozostało do dziś – bo zwalczanie naszej koncepcji powszechnego uwłaszczenia mogłoby się dla nich okazać politycznie zabójcze.

Trzecia kwestia, którą planowaliśmy, to rozliczenie i rozprawa z pozostałościami PRL-owskiego aparatu. Tego nie można było zrobić z dnia na dzień, zwłaszcza w dramatycznej sytuacji ekonomicznej. Podjęliśmy prace nad projektem utworzenia korpusu służby cywilnej, który w nieco dłuższym terminie doprowadzić miał do generalnej zmiany całej struktury państwowej administracji. Kolejne rządy deklarowały, że zajmą się tą sprawą, i robiły wokół niej zamieszanie, ale jakie są dziś ślady po korpusie, jakie on ma znaczenie? A teoretycznie przecież ciągle istnieje. Gdybyśmy mieli szansę doprowadzić tę reformę do końca, to dziś żylibyśmy w zupełnie innym państwie.

„Noc teczek” to natomiast moment wybrany przez drugą stronę na konfrontację i ostateczną rozprawę z moim rządem. Źródła inspiracji dla projektu uchwały zgłoszonego przez posła Korwin-Mikkego oraz to, w jaki sposób zyskał on większość w sejmie, pozostają dla mnie do dzisiaj zagadką. Był to projekt fatalny, ale w momencie, w którym został już przegłosowany, nie mieliśmy innego wyjścia, niż go opracować, a w praktyce napisać na nowo (bo w tej formie był niewykonalny) i wprowadzić w życie. Gdybyśmy wtedy powiedzieli, że odcinamy się od uchwały lustracyjnej przyjętej przez Sejm, byłoby to zaprzeczeniem podstawowych zasad i racji istnienia naszego rządu. W efekcie stworzyliśmy coś na kształt kontrprojektu uchwały: z jednej strony ujawniliśmy dane, które mówiły o tym, kto przez aparat bezpieczeństwa PRL był traktowany jako tajny współpracownik (co niekoniecznie znaczyć musiało, że nim był, czego pełna i ostateczna weryfikacja była poza granicami naszych możliwości). Do dokumentu przekazanego Sejmowi, zawierającego odpowiednie listy, dołączyliśmy propozycję utworzenia specjalnego organu sądowego, powoływanego przez I prezesa Sądu Najwyższego, którego zadaniem byłoby sprawdzenie prawdziwości dokumentacji SB. Niestety realizacja tego kontrprojektu została nam uniemożliwiona. Prawda historyczna kiedyś zostanie ustalona, w dużej mierze zresztą już została. Na przygotowanych przez nas listach znaleźli się ludzie, co do których nie da się wykluczyć, że nie spełniali w praktyce agenturalnych funkcji albo starali się od nich uchylać. Uważam, że dla tych ludzi – także dla Lecha Wałęsy – 4 czerwca był pewną szansą. Gdyby Wałęsa wtedy powiedział, że podpisał i w jakich okolicznościach podpisał… Chociaż z dzisiejszej perspektywy i tak powątpiewam, czy powiedziałby wszystko. Nie jest też dla mnie jasne, czy znamy już całość tej historii.

Czy, z dzisiejszej perspektywy patrząc, plany sprawiedliwego podziału majątku narodowego lub zmiany liberalnego kursu transformacji mogły się udać wobec silnej pozycji liberałów i ludzi dawnego aparatu w łonie samego rządu, a nie tylko w parlamencie, nie tylko zresztą na eksponowanych pozycjach? Chociaż najbardziej spektakularną ilustracją jest oczywiście objęcie funkcji ministra finansów przez Andrzeja Olechowskiego…

Nie chodziło może o sprawiedliwy podział, bo w sytuacji, w jakiej znaleźliśmy się po PRL-u, w pewnym sensie nie ma sprawiedliwych rozwiązań. Chodziło o to, żeby stworzyć wolną Rzeczpospolitą i żeby ludzie czuli, że ona coś im zapewnia, że są jej częściowymi gospodarzami czy udziałowcami, żeby czuli, że ich losy związane są z tym nowym państwem. I żeby dotyczyło to możliwie najszerszej grupy obywateli.

Jeśli chodzi o Olechowskiego, to nie jest do końca dobry przykład… Prawda jest taka, że potrzebowaliśmy ministra finansów i był z tym kłopot – w momencie formowania rządu sytuacja finansów państwa była tak dramatyczna, że ludzie bali się obejmować to stanowisko. Do tego dochodził cichy bojkot mojego rządu przez wpływowe środowisko ekonomistów skupionych wokół Balcerowicza. W związku z tym wiele ludzi z pewną pozycją, nawet niezależnych od tego środowiska, odmawiało, bali się po prostu. Byłem wdzięczny poprzednikowi Olechowskiego, który podjął się tego zadania, choć była to jednocześnie kandydatura, wobec której byłem niezwykle krytyczny. Zresztą wytrzymał na stanowisku zaledwie około miesiąca. Wtedy powstał problem ze znalezieniem kogoś na jego miejsce. Gdyby nie kwestia z zupełnie innej płaszczyzny, o której za chwilę powiem, to bym tę sprawę rozwiązał w taki sposób, że nominowałbym na szefa resortu pana Zdrzałkę, wtedy dosyć sprawnego urzędnika, z doświadczeniem głównie administracyjnym, działacza „Solidarności”, a później Porozumienia Centrum. To był mój mąż zaufania w tym resorcie, który był niewiarygodnie zaśmiecony. Pojawiał się tylko jeden problem: Międzynarodowy Fundusz Walutowy – konieczność odbudowania z nim stosunków, przywrócenia gospodarczego uznania państwa. Kiedy zastanawiałem się, kogo mógłbym do tego celu wykorzystać, Olechowski był dość narzucającym się kandydatem. Odbył on praktykę w Banku Światowym, a później pracował w Funduszu. Znał tam bardzo dobrze stosunki. Nikogo innego o podobnych walorach czy kwalifikacjach wówczas nie miałem. Zdawałem sobie oczywiście sprawę, że nie jest to postać z mojej bajki.

Zanim wysunąłem jego nominację, poprosiłem o sprawdzenie jego akt w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i uzyskałem odpowiedź, że jego teczki nie ma. Wydawało się to mało prawdopodobne, tym bardziej że początki jego zaangażowania w politykę były dość przyzwoite – jako student, w 1968 roku, został aresztowany i nawet przesiedział ze trzy miesiące. A jednak w archiwach po zainteresowaniu bezpieki Olechowskim nie znaleziono ani śladu. Poprosiłem go wtedy do siebie i powiedziałem mu wprost o moich wątpliwościach. On przyznał, że miała miejsce następująca historia: w czasie jego pracy za granicą – już nie pamiętam, czy było to w Banku Światowym czy w Międzynarodowym Funduszu – zgłosił się do niego wywiad amerykański z propozycją współpracy. Propozycji nie przyjął i miał prawny obowiązek zameldować o niej polskim władzom bezpieczeństwa. Na wypełnieniu tej formalności miały się skończyć jego kontakty ze służbami PRL. A dlaczego nie ma teczki – nie wiadomo. Niecałe trzy miesiące później teczka się jednak odnalazła. Olechowski podał się zresztą do dymisji jeszcze przed „nocną zmianą”. Niewątpliwie historia Olechowskiego może stanowić pewną ilustrację wewnętrznych problemów mojej ówczesnej ekipy, choć niekoniecznie akurat siły aparatu.

Nasze działania pozostają jednak pierwszą zasadniczą próbą zmiany obowiązującego w Polsce paradygmatu transformacji. Drugim takim momentem były lata 2005–2007. W obu przypadkach siły opozycyjne poniosły porażkę. Ani za pierwszym, ani za drugim podejściem nie mieliśmy po swojej stronie wystarczających sił i zmuszeni byliśmy do polegania na niewygodnych koalicjach. Mam nadzieję, że następnym razem będzie inaczej.

PRL i związane z nim skojarzenia ideowo-polityczne zagmatwały wiele spraw i pojęć. Pan jest traktowany jako „twarda” prawica, natomiast niejednokrotnie wspominał Pan, że wyrasta raczej z nurtu lewicy niepodległościowej. Czy czuje się Pan nadal spadkobiercą polskiej tradycji socjalistycznej, tej PPS-owskiej sprzed września 1939 r.?

Mam niestety poczucie, że z tej tradycji bardzo niewiele dzisiaj zostało. To jest problem, bo polska scena polityczna, żeby rzeczywiście uzyskać pełną autentyczność, potrzebuje prawdziwej lewicy – polskiej, niepodległościowej, a przede wszystkim propracowniczej. Takiej formacji w dzisiejszej Polsce nie mamy – Palikot to melina, SLD czy Kwaśniewski – pogrobowcy aparatu PRL-owskiego. Sam wychowałem się w środowisku bliskim ideałom przedwojennego demokratycznego socjalizmu. System stalinowski i późniejsze rządy PZPR – unikam określenia „komunistyczne”, bo trudno władzę po 1956 roku tak nazwać – przeprowadziły w sposób niezwykle skuteczny likwidację tej tradycji i tego ruchu. Moje poszukiwania ideowe i polityczne poszły w związku z tym w innych kierunkach. Z perspektywy pokolenia wychowanego w PRL-u słowo „socjalizm” zostało raz na zawsze zawłaszczone i naznaczone skojarzeniem z panującym systemem. Ja jestem jednak człowiekiem z innego pokolenia i we mnie słowo „socjalizm”, mimo całej propagandy, nie budzi obrzydzenia, przywodzi na myśl także pozytywne skojarzenia. Odróżniam ruch socjalistyczny od komunistycznego. Niestety wydaje się jednak, że skojarzenie z PRL jest niezwykle silnie i powszechnie zakorzenione, także u młodego pokolenia. Niewykluczone oczywiście, że powstanie nowy ruch polityczny, który przywróci socjalistyczne postulaty w nowej formie i języku, ale na odrodzenie tradycyjnej lewicy nie widzę perspektyw.

Dlaczego wielu ludzi takich jak Pan, pod względem korzeni ideowych i rodzinnych bliskich tradycji PPS-owskiej, skończyło w III Rzeczypospolitej po prawej stronie sceny politycznej?

Trudno skończyć na lewicy, której praktycznie rzecz biorąc, nie ma… Być może także dlatego, że w tej chwili to nurty tak zwanej prawicy – choć używam tego określenia w cudzysłowie, bo uważam, że mamy pod tym względem do czynienia z daleko posuniętym pomieszaniem pojęć, i momentami mam wrażenie, że nikt do końca nie wie, co jest „lewicą”, a co „prawicą” – podejmują kwestie rewindykacyjne i społeczne, które stanowią istotę tradycji PPS-u. Ludzie autentycznej lewicy społecznej zawsze stawiali je ponad postulatami obyczajowymi – choć pozostawali zwolennikami nieco większych swobód w tym zakresie, niż to wynikało z tradycji narodowo-katolickiej.

Historia okupacji i PRL-u zasypała w dużej mierze podziały pomiędzy stronnictwami Polski niepodległej, a przynajmniej ułatwiła ich przekraczanie, mimo że były one w przeszłości bardzo głębokie. Trudno to zjawisko wytłumaczyć, bo wiąże się bardzo ściśle z pewnym doświadczeniem pokoleniowym. Pamiętam z czasów dzieciństwa, jak ojciec zabierał mnie na manifestacje pierwszomajowe, między innymi na tę w maju 1939 roku. Pochód PPS-owski, w którym uczestniczyliśmy, szedł pod hasłami obrony niepodległości i odrzucenia żądań Hitlera wobec Polski. Na Krakowskim Przedmieściu, w okolicach uniwersytetu, wybiega bojówka, zapewne ONR-owska, i rzuca w stronę pochodu świecę dymną. Natychmiast pojawia się straż, policja nas odgradza. Dwa dni później, 3 maja, studenckie środowisko narodowe urządza ogromną manifestację pod grobem nieznanego żołnierza, pod dokładnie takimi samymi hasłami, pod jakimi szedł pochód PPS-u. Różnice, mimo że czas w tak, wydawałoby się, oczywisty sposób wymagał współdziałania, były tak zasadnicze, że nadal dochodziło do fizycznych starć.

Niecałe pół roku później przychodzi jednak wrzesień i to wszystko się kończy, różnice polityczne przestają się liczyć. Najistotniejszym ogniwem tego procesu jest powstanie wielonurtowego Polskiego Państwa Podziemnego, którego zarówno PPS, jak i ruch narodowy stają się podstawowymi składowymi.

Powiedział Pan, że dla lewicy społecznej najistotniejsze są kwestie rewindykacyjne. Dlaczego zatem, gdy bezpośrednie zagrożenie dla niepodległości mija, część jej ideowych spadkobierców godzi się na akces do obozu w sprawach społeczno-gospodarczych amorficznego, w którym solidaryści zasiadają obok skrajnych liberałów?

Uważam liberałów w Polsce, niezależnie od ich przynależności partyjnej, za pewnego rodzaju nieporozumienie. Ich diagnoza sytuacji i polityczne postulaty są w moim mniemaniu całkowicie oderwane od rzeczywistości i potrzeb społecznych. Przeżyliśmy upadek komunizmu, mieliśmy okazję oglądać rzeczy i zjawiska fascynujące, a czasem tragiczne. Przez ponad 40 lat PRL-u nasz odbiór tego, co działo się w świecie zachodnim, był w znacznej mierze zniekształcony. Świadomość przemian, jakie tam zachodzą, również była więc ograniczona. Europa z 1945 roku była czymś zupełnie innym niż Europa, z którą zetknęliśmy się po 1989 roku. Co innego znaczyło już pojęcie chrześcijańskiego demokraty, co innego socjalisty… Liberalizm polski, w swojej radykalnej formie, był po części owocem tego niezrozumienia najnowszej historii zachodniej Europy. Dzisiaj, po kolejnych dwudziestu paru latach, powinniśmy jednak mieć dużo lepszy ogląd – zarówno tego, co na Zachodzie, jak i skutków, jakie liberalne recepty przyniosły na naszym gruncie. Otrząśnięcie się z liberalnych ideologii utrudnia jednak kondycja nauk ekonomicznych w Polsce. Pokutuje wieloletnia ideologizacja tej dziedziny w okresie PRL-u – niezależne poglądy można było wówczas wypracować i kultywować wykładając na uniwersytecie fizykę, matematykę, może literaturę obcą, ale na pewno nie na wydziałach ekonomicznych czy politologicznych. W ekonomii do dziś ton nadają ludzie, którzy, jak Balcerowicz, przeszli przez tego typu selekcję, robili karierę w aparacie PRL na głoszeniu marksistowskiej ideologii gospodarczej, a następnie przechodzili, często w ciągu jednego dnia, nawrócenie na nową ideologię. Obserwowanie tych nawróceń było nawet z psychologicznego punktu widzenia ciekawe. Ale trudno oczekiwać, żeby tego typu kadra naukowo-dydaktyczna, premiowana dodatkowo występami w massmediach, gwarantowała wysoki poziom refleksji nad ekonomią u kolejnych pokoleń.

Czy nie obawia się Pan, wobec, mówiąc eufemistycznie, daleko posuniętego pluralizmu w sprawach gospodarczych w ugrupowaniach wywodzących się z opozycji niepodległościowej, że po hipotetycznym zwycięstwie wyborczym okaże się, iż władzę nad gospodarką znów zgarną liberałowie?

Polityka społeczna i gospodarcza najbliższych lat do pewnego stopnia będzie wymuszana koniecznościami, by tak rzec, życiowymi. Każdy, niezależnie od wyznawanej ideologii, będzie musiał stawić czoła problemowi demograficznemu. Jeżeli nie nastąpią zasadnicze zmiany w polityce społeczno-gospodarczej, staniemy się wymierającym społeczeństwem. Jeszcze 15 lat temu byliśmy jednym z najzdrowszych pod względem demograficznym społeczeństw w Europie, a dziś lądujemy w rankingach ONZ-u na szóstym-siódmym miejscu od końca. Jeśli ten trend się utrzyma, to będziemy mogli sobie wprowadzać dowolne modele i głosić rozmaite ideologie, socjalizm, komunizm albo liberalizm, ale efekt będzie zawsze ten sam: nędza – nędza ludzi starych, pozbawionych szans na godne życie. Jesteśmy dziś bliscy wejścia na tę drogę.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, lato 2013 r.

Niepodległość kontra neokolonializm

Mija właśnie dekada od wydania Pańskiej „Demokracji peryferii” – rozrachunku z projektem III RP. Wtedy, po aferze Rywina, po – jak określała ową przemianę Jadwiga Staniszkis – „rewolucji semantycznej”, kiedy karierę robiła idea odnowy państwa, idea IV RP, wydawało się, że będzie to bilans zamkniętego już okresu. Tymczasem z dzisiejszej perspektywy może się wydawać, że opisana w Pana książce filozofia władzy – polski liberalizm – i patologie państwa, jakie za sobą niesie, mają się jak najlepiej.

Zdzisław Krasnodębski: Niestety. Z całą pewnością Polska A.D. 2013 jest w daleko większym stopniu kontynuacją tej z roku 2003, aniżeli wówczas się spodziewaliśmy. W czasie gdy „Demokracja peryferii” była wydawana, mój ówczesny bliski kolega, Jarosław Gowin, który wcześniej usilnie namawiał mnie do jej napisania, sugerował, że jest spóźniona – takie były wtedy nastroje. Dzisiaj, o ironio, ten sam Gowin zmaga się z wieloma opisanymi w niej problemami jako minister.

Diagnoza z mojej książki okazuje się w znacznej mierze aktualna, aczkolwiek warto podkreślić też istotne zmiany: pojawienie się względnie silnej, cieszącej się stabilnym poparciem opozycji w stosunku do establishmentu III RP czy zmianę pokoleniową, która osłabia znaczenie grup interesów wywodzących się z PRL-u. Jeśli jednak chodzi o założenia ustrojowe i funkcjonowanie państwa polskiego w praktyce, zmiany te mają znaczenie drugorzędne. W „Demokracji peryferii” zwracałem na przykład uwagę, że w filozofii polskiego liberalizmu kwestia reguł prawa i ich przestrzegania była kompletnie zaniedbana, co doprowadziło w pewnej mierze do „oddania” tej przestrzeni rozmaitym układom. Kolejne afery Polski Tuska tylko tę diagnozę potwierdzają.

Ale jest jeszcze jeden wymiar, w którym opis zaproponowany w „Demokracji peryferii” pozostaje aktualny. Pod koniec książki sformułowałem hipotezę, iż model III RP skazuje nas na status europejskich peryferii. Zasadniczy cel krytyki tego modelu i główna motywacja do poszukiwania alternatywy były takie, żeby umożliwić autentyczny rozwój Polski, który prowadziłby do przesunięcia nas trochę bliżej centrum. I to się niestety nie udało. Można wręcz powiedzieć, że peryferyjność Polski została usankcjonowana i utrwalona, a perspektywy zmiany tego statusu rysują się bardziej pesymistycznie niż przed dziesięcioma laty.

Co przez te 10 lat zmieniło się w Pańskim sposobie postrzegania polskich spraw?

Przede wszystkim wyzbyłem się złudzeń. Mam dziś poczucie, że idealizowałem w „Demokracji peryferii” kondycję moralną polskiego społeczeństwa i przeceniałem transformującą siłę polityczną tradycji solidarnościowej i republikańskiej. Przez te 10 lat mieliśmy do czynienia z dwoma fazami: najpierw było upolitycznienie Polaków i próba sanacji państwa, która jednak, niezależnie od oceny metod, okazała się nieskuteczna. Efektem tej porażki była rezygnacja polskich obywateli z podmiotowości, z bycia społeczeństwem politycznym, a także zwycięstwo postpolityki. Ten mechanizm „wycofania się” Polaków z polityki jest być może zrozumiały, ale trudno – wobec trwania tych postaw, które sprzyjają ugruntowywaniu się systemu Tuska i którymi ten system się żywi – o optymizm.

Polskę Tuska da się, Pana zdaniem, opisać wyłącznie w kategoriach „powrotu III RP”? Czy jest to jednak system w jakiejś mierze nowy?

Niewątpliwie mamy do czynienia z nowymi zjawiskami. Zmieniły się chociażby środki sprawowania władzy: wzrosła rola mediów elektronicznych, PR-u czy technik marketingowych. W tym sensie Polska Tuska jest nowocześniejsza, bardziej sprawna w obezwładnianiu tego, co polityczne, aniżeli Polska Millera czy Buzka. Dzisiejsza Polska, można powiedzieć, jest realizacją projektu postdemokratycznego. III RP lat 90. była demokracją pełną defektów, ale nie sposób zaprzeczyć, że istniały w niej realne napięcia społeczne, toczyły się fundamentalne spory polityczne i ideowe, z których niewiele dziś zostało. Weźmy chociażby publicystykę „Gazety Wyborczej”, która stanowiła dla mnie przecież jeden z podstawowych punktów odniesienia i polemiki, gdy pisałem „Demokrację peryferii”. Dziś nie pojawiają się już na tych łamach argumenty i koncepcje warte jakiejkolwiek dyskusji. Powątpiewam nawet, czy sama „Wyborcza” traktuje promowane przez siebie idee poważnie – wydaje się raczej, że podchodzi do nich dość instrumentalnie. W tym sensie obecny system jest nawet gorszy niż dawna III RP. Atrofia krytycznej debaty powoduje, że polityka bezrefleksyjnej modernizacji, rozumianej wyłącznie jako wzrost gospodarczy (finansowany z zewnątrz), postępuje jeszcze szybciej.

Skupmy się przez chwilę na różnicach ideowych między dzisiejszą władzą a obozem „Gazety Wyborczej”. Może główna różnica polega na tym, że Tuskowi udało się w jakimś sensie to, o czym Michnik dopiero marzył – dogonił Europę? Tyle że jest to trochę inna Europa niż ta z fantazji polskich liberałów lat 80. i 90., Europa postdemokratyczna właśnie.

Rzeczywiście, choroba demokracji w ciągu ostatnich dwudziestu kilku lat postępowała nie tylko w Polsce. Wydaje się jednak, że ma tu zastosowanie diagnoza, którą postawiłem w „Demokracji peryferii”, mówiąca o tym, że realne patologie systemu europejskiego przyjmują na peryferiach bardziej skrajne formy. Weźmy choćby zjawisko przekształcania się życia politycznego w jedną z gałęzi show-biznesu – we Włoszech czy w Polsce jest ono wyraźnie silniejsze niż w Niemczech. Zanik kontrolnej funkcji mediów, rezygnacja z rozliczania władzy – które w tak drastyczny sposób dają o sobie znać w Polsce, np. w związku z katastrofą smoleńską – są to wszakże procesy, które dotyczą również, a być może nawet mają źródła w europejskim centrum.

Wspomniał Pan o nieskuteczności prób reformatorskich z lat 2005–2007. Z drugiej strony o ekipie Tuska można chyba powiedzieć, że jest wręcz zabójczo skuteczna, jeśli chodzi o demobilizację polityczną społeczeństwa…

To prawda. Zastosowano w Polsce, z sukcesem, strategię polegającą na tym, że nie rozmawia się, nie broni swoich poglądów czy działań, tylko dezawuuje się i wyszydza przeciwnika politycznego. Rolę narzędzia w tym scenariuszu przyjmują media – przykładem może być „Szkło kontaktowe”. Kolejnym elementem układanki jest związek Tuska z wyborcami, który ma charakter silnie emocjonalny. Polacy zainwestowali w Tuska uczuciowo. Dopełnieniem tej „libidalnej” relacji z Tuskiem są bohaterowie negatywni: opozycja. Ten model uprawiania polityki okazał się, rzeczywiście, niezwykle efektywny.

Czy sama opozycja, w tym opozycyjni intelektualiści – niezależnie od nierównowagi, jaka tkwi w polskim ładzie medialno-instytucjonalnym – nie przyczynili się jednak do tego sukcesu?

Oczywiście można stwierdzić, że osoby odpowiedzialne za polityczne działania opozycji okazały się w jakimś sensie nieskuteczne. Próba zmiany sytuacji w Polsce, którą podjęli, próba zmiany peryferyjnego statusu naszego państwa, nie powiodła się. Część z polityków kojarzonych z tym nieudanym projektem znajduje się dziś na marginesie, jak Jan Rokita. Z drugiej strony mamy intelektualistów, którzy zaangażowali się w politykę, w rodzaju Pawła Śpiewaka, Jarosława Gowina czy Ryszarda Legutki. Można się zastanawiać: czy udało im się coś zmienić w polityce, czy to polityka ich odmieniła? I znowu w pewnym zakresie będziemy zmuszeni przyznać, że podjęte przez nich działania naprawcze były nieskuteczne, nie przetrwały próby czasu.

Czy jakąś rolę w tej porażce odegrały także idee związane z projektem IV RP?

Nie widzę zasadnicznych błędów w diagnozie, jaka była podstawą tego projektu. Mogę natomiast mówić o częściowo negatywnej weryfikacji pewnych moich założeń. Perspektywa, z której pisałem „Demokrację peryferii”, była taka, że idee mają wpływ na rzeczywistość. Nie doceniałem natomiast, jak mi się dzisiaj wydaje, znaczenia społecznej i instytucjonalnej „materii”. Niewątpliwie takiemu spojrzeniu sprzyjał mój ówczesny punkt widzenia – teoretyka, spoglądającego na życie publiczne z akademickiego dystansu. Dopiero po tym, jak miałem okazję przyjrzeć się praktycznemu wymiarowi polskiej polityki, zrozumiałem, jak trudne zadanie stoi przed reformatorami. Pojąłem, że działalność na tym polu to tkanie z takich ludzi, jakich się ma, w tych uwarunkowaniach, z jakimi ma się do czynienia. A jakie są te uwarunkowania, łatwo zobaczyć, choćby jeżdżąc po Polsce – z jednej strony mamy zjawiska pozytywne, gotowość wielu obywateli do zaangażowania na rzecz wspólnoty, z drugiej niezwykle silne lokalne układy o charakterze klientelistycznym. Ogrom wyzwania, jakim jest zmierzenie się z dzisiejszym stanem państwa, jest elementem niedocenionym zarówno w mojej książce, jak i w większości innych publikacji tamtego czasu.

Rola i odpowiedzialność intelektualistów jest oczywiście inna niż polityków. To nie znaczy jednak, że nie odczuwam pewnego zawodu. O ile przed dziesięcioma laty miałem wrażenie, że „Demokracja peryferii” stanowić może przyczynek do artykulacji społecznego sprzeciwu wobec ideologii i praktyki polskiego liberalizmu, że może wskazać możliwe alternatywy, przyczynić się do ustanowienia jakiegoś nowego politycznego języka, o tyle dzisiaj zastanawiam się: a może to Donald Tusk lepiej artykułuje dążenia i aspiracje polskiego społeczeństwa? Trudno przecież polemizować z faktami, a rząd Tuska posiada demokratyczną legitymizację, został wybrany na drugą kadencję. Tymczasem celem ostatnich 10 lat mojej działalności było, nie ukrywam, przekonanie Polaków, żeby chcieli czegoś innego niż polski liberalizm.

W „Demokracji peryferii” pokazywał Pan, że wybór filozofii władzy oraz modelu rozwojowego, jakiego dokonały polskie elity po 1989 r., wcale nie był jedynym możliwym. Co więcej, idee stanowiące fundamenty nowej, III RP pod wieloma względami stanowiły zaprzeczenie dorobku opozycji demokratycznej czasów PRL-u. Zdawał się Pan wierzyć, że droga powrotu do koncepcji solidarnościowych jest wciąż otwarta. Jak jest dzisiaj?

Nadal sądzę, że to możliwe. Trzeba tylko chcieć wrócić. Specyfika ostatnich lat jest taka, że Polakom, w sensie materialnym, powodziło się w miarę dobrze – przynajmniej na tle wcześniejszych, transformacyjnych doświadczeń, choć pozostali jednym z najuboższych społeczeństw Unii. Wynikało to częściowo z takich czynników jak zaciąganie kolejnych długów czy napływ funduszy europejskich. Miało to zasadniczy wpływ na społeczne nastroje i wolę zmiany. Nie przypadkiem Donald Tusk powiedział po dojściu do władzy w 2007 r.: czas wielkich reform się skończył, a kto chce odczuwać ból, niech idzie do dentysty. Większości obywateli taka wizja zdaje się wciąż odpowiadać: część ją aktywnie popiera, część pasywnie akceptuje.

Z drugiej strony mamy do czynienia z pewną mobilizacją środowisk opozycyjnych, z pojawieniem się zalążków ruchu społecznego, który nazywany jest konfederacją wolnych Polaków. Wciąż jednak jest to twór mniejszościowy. Kluczowe pytanie brzmi, jak długo ta mobilizacja potrwa i jaka będzie jej dynamika. Może czas pokaże, że to system Tuska i odpolitycznienie społeczeństwa jest pewną fazą, epizodem związanym z porażką projektu IV RP w latach 2005–2007 i poczuciem niestabilności towarzyszącym tamtemu okresowi, intensywności konfliktu… Tak czy inaczej dziś mamy do czynienia z triumfem postawy postkolonialnej, z perspektywy której liczy się „postęp”, to, że się buduje (wszystko jedno co i za co), doganianie Zachodu, to, że chwalą nasz rząd za granicą (bo rzeczywiście chwalą). Kolejnym źródłem porażki idei IV RP jest fakt, że jest to idea wymagająca, oparta na krytycznym spojrzeniu na społeczne status quo, a więc także na przyjmowane powszechnie postawy. Donald Tusk mówi tymczasem Polakom: o to właśnie chodzi, jesteście fajni tacy, jacy jesteście. Trudno wygrać z takim, niezwykle w gruncie rzeczy populistycznym, przekazem.

Sam Pan jednak wspomniał, że przed dekadą czuł się Pan w jakiejś mierze wyrazicielem nastrojów i aspiracji większości społeczeństwa. Opisane przez Pana rozczarowanie, które, można domniemywać, stało się udziałem także innych ojców projektu IV RP, dałoby się odczytać w ten sposób: z populistów w najlepszym znaczeniu tego słowa, z siły autentycznie demokratyzującej skostniałe i zoligarchizowane życie publiczne – staliście się elitarystami. Wizję solidarnościowo-republikańską zastąpiła „konfederacja wolnych Polaków”, która nie jest już tylko ideą polityczną, ale też pewnym mniejszościowym wyborem tożsamościowym. Czy obranie tak zdefiniowanej strategii nie jest przypadkiem samospełniającą się przepowiednią? Czy tożsamościowa „baza” przyjęta przez obóz IV RP nie okazała się za wąska?

Ekskluzywność czy elitaryzm na pewno nie są pożądanymi cechami politycznej alternatywy dla Polski Tuska. Nie jestem jednak pewien, na czym polegać miałby elitaryzm „wolnych Polaków”. Nie kwestionuję, że mamy dziś w naszym kraju do czynienia z ostrym konfliktem, który ma także swój wymiar tożsamościowy. Nie wydaje mi się jednak, żeby został on wygenerowany przez stronę opozycyjną. Jednym z głównych czynników polaryzacji życia społecznego jest oczywiście katastrofa smoleńska. Można powiedzieć, że jedną z konsekwencji tej tragedii jest uniemożliwienie realnego dialogu w Polsce. Oprócz powierzchownego stwierdzenia, że wyraża się bądź nie wyraża aspiracje większości Polaków, trzeba przede wszystkim rozróżnić dwa modele budowania zaplecza społecznego: jeden, dużo łatwiejszy, polegający na afirmacji status quo oraz drugi, którego podstawą jest alternatywny projekt polityczny. Oczywiście nie jest tak, że w myśl tego drugiego modelu podważa się, że poprawa sytuacji materialnej społeczeństwa albo fakt, że mówią o nas dobrze za granicą, jest czymś, co należy oceniać pozytywnie. Chodzi natomiast o obudzenie obywateli ze śpiączki, żeby dostrzegli też coś więcej: w jakim kierunku się rozwijamy, jakimi metodami, jakie są skutki uboczne panującego systemu.

Eksperci na całym świecie są zgodni, że światowa ekonomia drży w posadach, lada moment podstawy naszego dobrobytu mogą się posypać, a tymczasem Tusk hipnotyzuje społeczeństwo mantrą o „zielonej wyspie”. I Polacy chcą mu wierzyć! Podobne są źródła sukcesu tej władzy na innych polach – np. w kwestii „układu”. Uznać, że układ został wymyślony, jest nieporównanie łatwiej niż przyjąć jego istnienie do wiadomości i się z nim zmierzyć. Tego typu polityczna inkluzyjność, oparta na schlebianiu ludziom czy też mówieniu im tego, co chcą usłyszeć, nie wydaje się interesująca.

Obozowi IV RP wydaje się jednak brakować pomysłu na stworzenie sojuszu na rzecz zmian. Konfederacja implikuje istnienie więcej niż jednego podmiotu politycznego. Tymczasem „wolni Polacy” to wciąż, mimo wszystko, zmobilizowany elektorat jednej z partii. Może przeciwnicy III RP potrzebują wspólnego programu minimum?

Przygotowując ostatnio wykład o postdemokracji i polityczności, czytałem tzw. nowych komunistów. Niezależnie od wszelkich różnic ich opis mentalności liberalnej, paradoksów liberalnej tolerancji wydał mi się niezwykle trafny, w podobny sposób postrzegamy kwestię deficytu demokracji we współczesnej Europie. Mówią oni o postdemokracji jako o ustroju, w którym demos został zastąpiony przez grupy nacisku, o ekonomizacji myślenia politycznego… Inna ciekawa kwestia: w Niemczech wokół spraw suwerenności państwa i prerogatyw UE wyłoniła się nietypowa koalicja CSU (zwłaszcza prawego jej skrzydła) z Die Linke, czyli partią na lewo od socjaldemokratów, która uważa, że na gruncie prawa zasadniczego Republiki Federalnej daleko idąca integracja z Unią nie jest możliwa. Lewica i prawica mają więc dziś, przynajmniej na poziomie teoretycznym, wspólne diagnozy, wspólne pola do dyskusji. Obecny kryzys przyczynia się do kolejnych zmian na mapie politycznej.

Nie mogę się jednak zgodzić z diagnozą dotyczącą zamkniętego czy też elitarnego charakteru opozycji patriotycznej. Środowiska, z którymi mam kontakt, wydają mi się zróżnicowane i otwarte na rozmaite nurty polityczne. Widzę tam też ciągły ruch – przez ostatnie dziesięć lat ludziom zmieniały się poglądy, pojawiali się nowi, niektórzy odchodzili… Nie mam też wrażenia, żeby „dostęp” do tych środowisk był jakoś szczególnie ograniczony czynnikami tożsamościowymi. Owszem, mówi się tu o Polakach, ale przecież nie w rozumieniu etnicznym – polskość definiuje się przede wszystkim przez przynależność do wspólnej tradycji. Taki też charakter mają obecne w naszym obozie odwołania do religii. Na ostatnim wysłuchaniu w Parlamencie Europejskim dotyczącym sprawy Telewizji Trwam – która, można powiedzieć, reprezentuje bardzo konkretny, czasem wykluczający model tożsamościowy – wypowiadali się Ziemkiewicz, Zybertowicz i Wildstein. Trudno uznać ich za rzeczników jakiejś integralnej wizji polskości. Andrzej Zybertowicz, który często występuje w mediach ojca Rydzyka i który jednocześnie podkreśla zawsze, że jest agnostykiem, mówi na przykład tyle, że w ramach pewnego minimum patriotycznego mieści się uznanie historii, w tym roli historycznej Kościoła. Nie wydaje mi się to kryterium tożsamościowym w polskich realiach wąskim czy wykluczającym.

Z drugiej strony mamy oczywiście pola, w których trudno o kompromis. Przenoszenie do Polski pewnych skrajnych kulturowych tendencji, np. przez Ruch Palikota, wydaje mi się działaniem w większym stopniu wykluczającym, elitarnym i uniemożliwiającym dyskusję niż odwołania do tradycji. Teoretycznie można sobie wyobrazić oddzielenie kwestii kulturowych czy tożsamościowych od projektów czysto politycznych, związanych z naprawą państwa. Takie rozwiązanie mogłoby się jednak w jakimś sensie skończyć realizacją liberalnego postulatu neutralizacji sporów tożsamościowych. Taka neutralizacja, o czym pisałem także w „Demokracji peryferii”, jest tymczasem zabiegiem tylko pozornie skutecznym. Według liberalnej koncepcji mielibyśmy po prostu nie zajmować się wartościami, co odbierałoby tym kwestiom znaczenie polityczne. Polityka miałaby się zajmować wyłącznie technokratycznym administrowaniem. To bardzo złudne – po pierwsze spory o państwo, spory ideowe, w istotnej mierze mają źródło w realnych konfliktach wartości. Po drugie zaś konflikty te w modelu liberalnym nie przestają istnieć, z czasem okazuje się, że wyrażają się po prostu w innych, niepolitycznych sferach, już niekoniecznie w sposób cywilizowany.

„Demokracja peryferii” jako jedna z pierwszych książek wydanych w Polsce po 1989 r. tak wyraźnie postawiła problem peryferyjnego statusu Polski, rozwoju imitacyjnego. Czy Pana zdaniem jednym z istotnych źródeł tych zjawisk jest, jak twierdzą niektórzy badacze, fakt, że Polska była w przeszłości obiektem praktyk kolonialnych? Jak istotna dla sytuacji Polski jest tzw. mentalność postkolonialna?

To jest oczywiście niezwykle ważne. Byłem ostatnio na konferencji filozoficznej poświęconej myśli niemieckiego socjologa i filozofa Helmutha Plessnera. Uderzające jest to, że w jego książce o niemieckiej tożsamości, zatytułowanej „Spóźniony naród”, tzw. wschód Europy w ogóle nie istnieje. Pada tam w zasadzie tylko jedno zdanie, które określa ziemie na wschód od Niemiec jako naturalny obszar ekspansji, obszar kolonizacyjny, kulturowa próżnia. I to pisze człowiek, którego ojciec był Żydem ze Śląska. Plessner to pochodzenie kompletnie wyparł, już jego ojciec przeszedł na protestantyzm, on sam z kolei utożsamił się całkowicie z kulturą i „ideą” niemiecką oraz „zachodnią” perspektywą. Myślenie w tych kategoriach, postrzeganie Zachodu jako jedynego źródła i rozsadnika cywilizacji, na który trzeba się otworzyć, by on tę naszą wschodnioeuropejską próżnię wypełnił, dążenie do podporządkowania, by zyskać szansę materialnego rozwoju, są postawami bardzo u nas powszechnymi. Gorliwe przyjęcie przez Polaków systemu postdemokratycznego i postpolityki jako metody sprawowania władzy ma swoje źródła w pewnego rodzaju przyzwyczajeniu Polaków do życia przez pokolenia w sytuacji „pół-wolności” – Galicja, Królestwo Kongresowe, PRL… W tym przyzwyczajeniu tkwi właśnie sedno polskiej postawy postkolonialnej.

Istotne są też polskie kompleksy wobec Niemiec. Wydaje mi się nieprzypadkowe, że większość liderów rządzącej partii wywodzi się z ziem dawnego zaboru pruskiego. O Platformie mówi się nawet czasem: partia pruska. Wyraźnie widać u tych ludzi autentyczny, głęboki respekt – niestety paraliżujący – wobec sąsiada zachodniego, który wyraża się chociażby w stosunku Tuska do kanclerz Merkel.

Trzecim wymiarem mentalności postkolonialnej jest obawa przed polityczną samodzielnością, przekonanie, że lepiej być po stronie silniejszych, nawet za cenę przyjęcia postawy klienta czy wręcz poddania się obcej dominacji.

Trzeba jednak pamiętać, że w przeciwieństwie do wielu innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej w Polsce posiadamy i kultywujemy przedkolonialną historię i tożsamość. W przypadku I Rzeczypospolitej nie można oczywiście mówić już o tożsamości narodowej w nowoczesnym sensie, jednak z mojego punktu widzenia republikanizm I RP i pamięć dawnej wielkości pozostają dla polskości bardzo ważnym, żywym punktem odniesienia. Efektem tego są postawy niezależne, świadomość, że jesteśmy największym krajem regionu, aspiracje do odgrywania w nim roli lidera, przekonanie, że mamy bardzo ciekawe tradycje ideowe i znakomity dorobek kulturowy. Polska tożsamość republikańska nie ma ponadto charakteru prawicowego czy lewicowego. Opiera się ona na pewnej idei wolnościowej, na sprzeciwie wobec tyranii. Jak ambiwalentny nie byłby mój stosunek do współczesnego polskiego społeczeństwa, to nie ulega mojej wątpliwości, że jesteśmy niezwykle inteligentnym narodem, trudnym do okiełznania i podporządkowania, że mamy niezwykły potencjał.

Na polskiej prawicy coraz częściej mówi się w ostatnich latach o postkolonializmie, co mnie naturalnie bardzo cieszy, również dlatego, że teoria postkolonialna jest w pewnej mierze częścią lewicowej tradycji intelektualnej. Trochę rzadziej mówi się o zjawisku, jakim jest neokolonializm, a więc nie tyle o kolonialnej przeszłości czy o zabiegach kulturowych mających na celu ustanowienie czy utrwalenie dominacji, co o nowych mechanizmach, które przyczyniają się do politycznej podległości i społeczno-gospodarczego zacofania pewnych regionów – w tym naszego.

Środowiska, które przyjęło się w Polsce określać jako prawicowe, bardzo często odwołują się do koncepcji z arsenału lewicy, w tym do teorii zależności – i bardzo dobrze, że tak czynią. Mam raczej wrażenie, że to lewica europejska porzuciła, a przynajmniej zaniedbała tę perspektywę, czego efektem jest niedostrzeganie na Zachodzie pewnych negatywnych zjawisk w najnowszej historii Europy Środkowo-Wschodniej. Ludzie, którzy jeszcze w latach 70. pisali o neokolonializmie czy uzależnieniu w odniesieniu choćby do Ameryki Łacińskiej, w znakomitej większości milczeli, gdy podobne działania podejmowano wobec naszego regionu. Peryferyjności Polski nie da się zrozumieć bez uwzględnienia tego neokolonialnego wymiaru. Sam na ubiegłorocznej konferencji w Krakowie prowadziłem seminarium na temat nowych form dominacji politycznej w Europie, a moja współpracowniczka z Bremy, dr Justyna Schulz – o zależności gospodarczej. Bardzo ciekawa była tam reakcja młodych ludzi, którzy idee suwerenności czy to w polityce, czy w gospodarce, odrzucali. Nie rozumieli na przykład, po co Polsce własny przemysł. Peryferyzacja Polski nie wydawała im się zjawiskiem negatywnym, a w każdym razie nie widzieli dla niej alternatywy. To zastanawiające, że z moich doświadczeń wynika, iż moje pokolenie jest zwykle w tych kwestiach odważniejsze. Jest to chyba rezultat częściowo pamięci buntu solidarnościowego i tamtego, porzuconego sposobu myślenia, a po drugie tradycji niepodległościowej.

Czy jest dziś jednak w ramach tej tradycji miejsce dla idei krytycznego patriotyzmu? Albo dla traktowanej po macoszemu historii zrywów robotniczych, rewolucji 1905 roku, Polskiej Partii Socjalistycznej itp. elementów etosu, owszem, niepodległościowej, ale jednak lewicy?

Ależ oczywiście. Zwróćmy uwagę, że Brzozowski czy Gombrowicz są bardzo uważnie czytani na prawicy. To jest, by tak rzec, krytyka „wewnętrzna”, odbywająca się w ramach sporu Polaków o to, czym jest czy też czym powinna być polskość. Ponadto to prawica przejawia dziś skłonności rewolucyjne i przemawia w imieniu „wykluczonych”, a część „lewicy” należy do establishmentu i jest suto dotowana przez „kapitał”, który rzekomo zwalcza. Wróćmy jednak do pytania o program minimum dla przeciwników polskiego liberalizmu. Jeśli w gremiach kierowniczych Prawa i Sprawiedliwości dyskutuje się o nacjonalizacji banków, to czy jest to idea prawicowa, czy lewicowa? Czy koncepcja narodowej suwerenności jest koncepcją prawicową? A podmiotowość obywatela wobec państwa i podmiotowość państwa na arenie międzynarodowej? A spółdzielczość bankowa? Myślenie w kategoriach zbiorowości? Wydaje się, że są to wątki, które mogą nas połączyć.

Gdzie widzi Pan podstawowe ogniska peryferyzacji Polski? Działania polityczne w jakich obszarach wydają się dziś najistotniejsze i najpilniejsze, aby zmienić peryferyjny status Polski?

Bardzo istotnym obszarem wydaje mi się rola i zasady, na jakich funkcjonuje w Polsce kapitał zagraniczny. Przykładem może być system bankowy. Za sprawą śp. Prezydenta Kaczyńskiego miałem zaszczyt być członkiem utworzonej przez niego Narodowej Rady Rozwoju. Wśród uczestników byli samorządowcy, politycy, naukowcy oraz ludzie biznesu i sektora finansowego. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, także w sensie socjologicznym. Wcześniej miałem bowiem okazję obserwować kilkakrotnie podobne gremia w Niemczech na konferencjach organizowanych przez Związek Banków Niemieckich. Siłą rzeczy zastanawiałem się więc, na czym polega różnica. I najbardziej uderzające było dla mnie to, że elita niemiecka składała się niemal wyłącznie z pracowników niemieckich instytucji, w sensie własnościowym. W Polsce tymczasem normalna jest sytuacja, w której znakomita większość byłych premierów, ministrów finansów czy autorów reform ustrojowych pracuje dla międzynarodowych korporacji i instytucji finansowych, firm przejętych przez kapitał zagraniczny itp. Nie ma żadnego znaczenia rodowód polityczny, bo prawidłowość ta dotyczy w takim samym stopniu polityków lewicy, jak i prawicy. W Polsce nikogo nie dziwi, że lewicowy poseł jeździ jaguarem, a inny, prawicowy, doradza za pieniądze zagranicznemu inwestorowi w kwestiach prawnych. Mamy generalnie problem z pojęciem interesu narodowego. Bardzo wyraźnie widać to w myśleniu ekonomicznym. W głównym nurcie polskiej ekonomii zupełnie nie poddaje się refleksji kryzysu, nie wyciąga żadnych krytycznych wniosków na temat neoliberalizmu. Wciąż powtarza się te same komunały, wykluczające jakąkolwiek rolę czy przestrzeń dla interwencji państwa w gospodarkę. Tego samego rodzaju zjawiska widać w działaniach politycznych.

Pewnego rodzaju zależnością a rebours jest też niestety postawa spotykana wśród intelektualistów związanych z obozem opozycyjnym, którzy twierdzą na przykład, że współczesnej filozofii nie ma sensu czytać, bo to wszystko są bzdury. Tymczasem to nie tylko nie są bzdury, ale też mogą stanowić świetne narzędzia od analizy świata współczesnego i budowania własnej niezależności. Natomiast to wymaga po prostu pewnej gotowości i chęci zrozumienia drugiej strony medalu.

Obok koncepcji IV RP kluczową ideą obozu politycznego braci Kaczyńskich w 2005 r. – mającą odróżnić go od Platformy Obywatelskiej – była Polska Solidarna. To również był projekt, który dotykał pewnych fundamentalnych dla Polski pytań – przede wszystkim o model rozwojowy – bez budowania konfliktu tożsamości. Niestety można odnieść wrażenie, że nie miał on po 2005 realnej kontynuacji, a różnice między PO a PiS-em, jeśli chodzi o paradygmat społeczno-ekonomiczny, zbladły, czego symbolem są podatkowe reformy Gilowskiej. Czy dziś hasło Polski Solidarnej wydaje się Panu aktualne? Czy to polityczny epizod, do którego nie ma już powrotu?

Przede wszystkim trzeba zauważyć, że pod wpływem konfrontacji z realnym kapitalizmem i globalnymi procesami ekonomicznymi zmieniły się w Polsce dawne linie podziałów społeczno-ekonomicznych. Był taki czas, że na prawicy dominowała ideologia naiwnie wolnorynkowa. Kapitalizm jawił się w tej wizji jako idylliczny świat rodem z wczesnych pism Maxa Webera: indywidualni drobni przedsiębiorcy kierujący się rygorystycznymi wartościami etycznymi itd. Dziś jest już nieco inaczej. Niewątpliwie mamy jednak w dalszym ciągu napięcie między dawną ideą wolnorynkową i krytycznymi wobec niej alternatywami. Na przykład w Prawie i Sprawiedliwości mamy bardzo wyraźny podział między gospodarczymi liberałami a zwolennikami etatystyczno-solidarystycznej korekty kapitalizmu. Mam wrażenie, że zmiana zaszła też po stronie opinii publicznej: Polacy przekonali się, m.in. wyjeżdżając za granicę w celach zarobkowych, że współczesny kapitalizm jest systemem w wysokim stopniu uregulowanym, że bez tych regulacji on żyć nie może, a wizje mówiące o rynku uwolnionym od nich są czysto utopijne. Do przyjętych w cywilizowanych krajach regulacji należą te, których celem jest redystrybucja bogactwa. Nawiasem mówiąc, będąc krytykiem Niemiec, nie ukrywałem nigdy, że stanowią one dla mnie pewnego rodzaju wzór, również w tej dziedzinie. W Niemczech toczy się wprawdzie dyskusja wokół polityki realizowanej przez ostatnie rządy federalne i jej wpływu na gospodarkę – wiele osób zauważa, że polityczna pozycja Niemiec nie przekłada się na dobrobyt obywateli, a wręcz przeciwnie, budowaniu politycznej hegemonii w Europie towarzyszy (oczywiście relatywny) wzrost nierówności społecznych, pogłębiająca się bieda emerytów itp. Zasadniczo jednak model niemiecki jest przykładem ustroju, w którym większy solidaryzm idzie w parze z siłą polityczną i gospodarczą. W Polsce tymczasem mamy do czynienia z odchodzeniem od takiej wizji rozwoju – przykładem jest reforma emerytalna, oddalająca nas od idei solidarności społecznej i międzypokoleniowej. Nie chciałbym żyć w Polsce, w której znaczna część społeczeństwa wegetuje w biedzie. Nie można też mówić, że kontynuuje się tradycję solidarnościową, jeśli odrzuca się solidaryzm. Aktywna, prospołeczna polityka państwa jest czymś oczywistym w ramach myśli republikańskiej – nie można być wolnym obywatelem, przymierając głodem. „Uobywatelnienie” Polaków, którego jestem rzecznikiem, polega m.in. na redystrybucji dóbr i na upowszechnianiu własności. Zawsze byłem też zwolennikiem zwiększenia udziału państwa w gospodarce, realizowania przezeń projektów modernizacyjnych.

Przypomnijmy jednak, że w etyce „Solidarności” istotnym elementem była idea gospodarska czy wręcz idea społeczeństwa gospodarzy. Promowanie polskiej drobnej i średniej przedsiębiorczości czy bankowości za pomocą odpowiedniej polityki podatkowej i rozwojowej wydaje się zadaniem ważnym i wcale nie sprzecznym z ideą solidarystyczną. Mam wrażenie, że przede wszystkim o tak właśnie rozumianym liberalizmie można mówić w odniesieniu do wolnorynkowego skrzydła PiS.

Wspomniał Pan na początku, że struktury i środowiska ściśle związane z PRL-em i przebiegiem transformacji ustrojowej straciły na znaczeniu w związku z wymianą pokoleniową. Jaka jest dzisiaj ich rola? Czy ludzie młodego pokolenia wchodzą Pana zdaniem w stare struktury, czy może już zanika ta szara strefa, w ramach której funkcjonowały układy postkomunistyczne?

Z jednej strony wspomniany przeze mnie minister Gowin stwierdził niedawno, że za aferą Amber Gold mogą stać postkomunistyczne służby czy układy, które sprzymierzyły się przeciw premierowi Tuskowi, przyznając tym samym nieopatrznie, że tego typu układy istnieją. Stare sieci nie tyle zanikły wraz ze zmianą pokoleniową, co przekształciły się. To wyraźnie widać na przykładzie swoistego rezerwatu mentalności związanej z minionym ustrojem, jakim jest z mojego punktu widzenia polski świat akademicki. Zmieniły się poglądy, pojawiły się nowe dogmaty, ale postawy i mechanizmy pozostały nienaruszone. Dotychczasowe reformy nauki i szkolnictwa wyższego nie dotknęły tych podskórnych reguł świata nauki. Nowe pokolenia przejmują stare nawyki i modernizują je, zmienia się ich kontekst, zmieniają się technikalia funkcjonowania instytucji, ale z całą pewnością nie mamy tu do czynienia z jakimś naturalnym postępem. Pod wieloma względami jest wręcz gorzej. Wolność akademicka czy równość szans między naukowcami nawet w latach 90. nie były w tak kiepskiej kondycji.

Jaką rolę w przemijaniu układów postpeerelowskich odgrywają procesy związane z globalizacją, napływ zagranicznego kapitału czy ekspansja międzynarodowych korporacji? Czy międzynarodowy kapitał wprowadza w Polsce własne reguły, odmienne od postkomunistycznych?

W Polsce Tuska można mówić o równoległym współistnieniu różnych systemów. Dla zrozumienia sytuacji w instytucjach państwowych i publicznych przedsiębiorstwach wciąż istotna jest wiedza o mechanizmach postkomunistycznych. W sektorze państwowym mamy wręcz do czynienia ze swoistym renesansem pewnych postaw, który ma związek z największą w historii III RP koncentracją władzy w rękach jednego stronnictwa politycznego. Świetny przykład stanowi słynna rozmowa sędziego Milewskiego z dziennikarzem przedstawiającym się jako asystent ministra Arabskiego, którą pamiętamy z afery Amber Gold.

Równolegle do tych reguł i zwyczajów funkcjonują jednak inne, przyniesione z zewnątrz, wymuszane przez korporacje czy organizacje międzynarodowe. Przy czym trzeba pamiętać, że zasady wdrażane np. przez międzynarodowy kapitał w Polsce nie są tymi samymi zasadami, jakie panują w krajach centrum. Ostatnio miałem okazję rozmawiać z dawnym znajomym, który pracuje w branży hotelowej, i elementy zależności są tam, gdy się przyjrzeć z bliska, bardzo charakterystyczne. Całe zarządzanie odbywa się za granicą, zaś jeśli chodzi o stanowiska, mamy do czynienia ze szklanym sufitem: najwyższe zajmują obcokrajowcy, a Polacy pełnią funkcję asystentów lub są zastępcami do spraw lokalnych. Częstym zjawiskiem jest też pośredniczenie przez byłych polityków wysokiego szczebla w lukratywnych transakcjach, z których zyski lądują następnie na kontach szwajcarskich…

W tym też kontekście warto wspomnieć o tzw. lemingach, które zastąpiły dawnych „japiszonów” – jest to bowiem grupa ściśle związana z korporacyjnym stylem życia. Ich opowiedzenie się za PO ma w pewnym sensie charakter zupełnie apolityczny, uwarunkowany stylem życia i tym, co napiszą w kolorowych czasopismach albo powiedzą w TVN24, a nie konkretnym interesem politycznym lub ekonomicznym. Sojusz tak zdefiniowanej nowej polskiej klasy średniej z układami i układzikami sektora państwowego, symbolizowanymi przez „taśmy Serafina” czy aferę Amber Gold, określa kształt życia publicznego w Polsce Tuska. Podstawowym zadaniem politycznym dla opozycji jest stworzenie alternatywnego sojuszu i alternatywnego projektu – stąd na przykład w ramach współtworzonej przeze mnie inicjatywy Polska Wielki Projekt staraliśmy się przyciągnąć inne grupy społeczne: wolne zawody czy przedsiębiorców, i wypracować swego rodzaju kontrprogram.

Jak Pan myśli, jaki będzie kolejny, po demokracji peryferii, etap naszego rozwoju?

Scenariusz negatywny jest taki, że ten system się po prostu utrzyma. Wówczas nasza peryferyjność będzie się pogłębiała – możliwe, że dojdzie do rzeczywistego przeniesienia ośrodków władzy politycznej, ekonomicznej i ideologicznej poza granice Polski. Przyczynić się do tego mogą centralizujące tendencje w Unii, nadzór bankowy… Polacy będą w związku z tym orientowali się w coraz większym stopniu na zagraniczne metropolie. Już dzisiaj ze Szczecina czy Wrocławia łatwiej i szybciej przejechać do Berlina niż do Warszawy. W sferze ideowej też można się spodziewać nasilenia negatywnych zjawisk występujących już obecnie. Przykładem może być specyficzny „realizm polityczny” propagowany przez wielu polskich publicystów (różnych orientacji), polegający na przeświadczeniu, że Polska powinna powściągnąć ambicje poważniejsze niż „doganianie Zachodu”. Jeśli ta koncepcja będzie realizowana, Polska stanie się czymś w rodzaju Saksonii w ramach „Kaiserreich”, a w najlepszym wypadku obecnej Bawarii, która zachowuje w ramach Republiki Federalnej pewną dozę autonomii. Z drugiej strony grozić nam może, wraz ze wzmaganiem się aktywności rosyjskiej w regionie, znalezienie się w krzyżowym uzależnieniu pomiędzy Wschodem a Zachodem.

Druga możliwość, jaką widzę, jest taka, że projekt republikański, który opisałem w „Demokracji peryferii”, okaże się w jakimś stopniu aktualny, że uda się zastąpić elitę obecną przez elitę bardziej świadomą i bardziej ambitną zarazem. Wydaje mi się bowiem, że to przede wszystkim właśnie z elitą – mimo krytycznych słów wobec Polaków jako zbiorowości, które wypowiedziałem wcześniej – mamy największy problem.

Pytanie o kierunek jest wciąż jeszcze w dużej mierze otwarte. Dlatego też najważniejsza jest dziś praca nad świadomością młodego pokolenia, próba wpływu na opis świata, jaki przyjmie. Tym bardziej, że jednym ze zjawisk związanych z naszą peryferyjnością jest to, że media głównego nurtu, z których większość Polaków czerpie informacje, niewiele mówią już o świecie realnym, zająwszy się przede wszystkim zarządzaniem negatywnymi emocjami. Wielka odpowiedzialność spoczywa więc na tych – coraz liczniejszych – którzy mają dostęp do niezapośredniczonych informacji.

Podstawowy konflikt o dalsze losy Polski rozgrywa się i będzie rozgrywał pomiędzy zwolennikami imitacji, podporządkowania się globalizacji i włączania naszego kraju w szersze, ponadnarodowe struktury, a obozem niepodległościowym. Nie między lewicą a prawicą. Niepodległość należy tu rozumieć w znaczeniu nowoczesnym: nie tylko w sensie politycznym, lecz także ekonomicznym oraz ideowym. Wariant, w którym szczytem naszych ambicji jest status zasobnych peryferii, oznacza rezygnację z wolności zbiorowej i zubożenie wolności indywidualnej.

Dziękuję za rozmowę.