przez Marceli Sommer | środa 10 czerwca 2015 | nasze rozmowy
O tym, czym jest dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze i jak je chronić, o Mazurach i o tym, jak w Polsce lekceważy się długofalowy rozwój, rozmawiamy z Krzysztofem Worobcem – liderem Stowarzyszenia na rzecz ochrony krajobrazu kulturowego Mazur „Sadyba”.
***
Jak trafiliście Państwo na Mazury? Czytałem, że zaczęło się od planów biznesowych: mieliście handlować porożami. A skończyliście jako „ekolodzy”…
Krzysztof Worobiec: To prawda. Był 1989 rok i zmiany ustrojowe złapały nas zagranicą, gdzie przebywałem od stanu wojennego. To nie była planowana emigracja, nigdy nie chciałem mieszkać poza Polską, po prostu byłem w 1981 r. na krótkim wyjeździe i gdy usłyszałem o wprowadzeniu stanu wojennego, postanowiłem nie wracać. Kilka lat później dołączyła do mnie Danusia, z którą wziąłem ślub. Od początku przemian szukaliśmy jednak okazji i sposobu, by się przeprowadzić z powrotem do kraju. Traf chciał, że spotkaliśmy w Berlinie grupę Koreańczyków, którzy zamierzali skupować rogi jelenie. My oczywiście ani o rogach, ani o jeleniach nie mieliśmy zielonego pojęcia, ale 3 czy 4 miesiące później przeczytałem w gazecie, że na Mazurach jest hodowla jeleni. Połączyliśmy fakty i postanowiliśmy pojechać, żeby wybadać sytuację. Mazury natychmiast bardzo nam się spodobały i postanowiliśmy skorzystać z okazji, która się nadarzyła, i założyć swoją fermę jeleni. Szybko okazało się jednak, że hodowla, a już zwłaszcza obcinanie zwierzętom rogów, to nie jest nasza bajka i z całego planu nic nie będzie. Ale mieliśmy już kupioną ziemię i stary, podupadający dom, więc trzeba było spróbować znaleźć tu jakieś inne źródło zarobku. Stwierdziliśmy, że spróbujemy utrzymać się z turystyki. Odremontowaliśmy nasz dom, a potem obok otworzyliśmy „Oberżę pod psem”.
Długo chodziło po prostu o sposób na utrzymanie. W którym momencie staliście się Państwo zagorzałymi obrońcami lokalnego krajobrazu i jak doszło do tej przemiany?
K.W.: To działo się stopniowo. Zaczęło się od tej starej chałupy i jeszcze bardziej rozpadającej się obórki, które kupiliśmy „w pakiecie” z ziemią na fermę. Potem, na początku lat 90., otworzyliśmy małą kawiarenkę czy raczej sklepik z napojami, kawą i herbatą, papierosami, filmami do aparatów itd. Szybko stwierdziliśmy jednak, że w ten sposób długo nie pociągniemy. Postanowiliśmy wyremontować obórkę. Wkrótce później, na trasie z Warszawy, między Mazurami a Kurpiami, zauważyłem starą drewnianą chałupę na sprzedaż. Najpierw chcieliśmy ją wykorzystać jako tanie źródło materiałów do remontu obórki, ale gdy już kupiliśmy zrobiło nam się jej żal, bo była duża i bardzo ładna, przedwojenna. Zdecydowaliśmy się ją przenieść i postawić u nas w Kadzidłowie. Równolegle rosło nasze zainteresowanie lokalną historią i kulturą materialną, zaczęliśmy sporo czytać na te tematy. Nieopodal naszego domu odkryliśmy stary cmentarz z prawosławnymi krzyżami i zaczęliśmy się zastanawiać, skąd się tu wzięli prawosławni. Kiedy zgłębiliśmy sprawę, okazało się, że to nie były krzyże prawosławne, lecz starowierskie, i że to właśnie staroobrzędowcy byli pierwszymi osadnikami-założycielami naszej i kilku innych okolicznych wsi w latach 30. XIX w., że w Puszczy Piskiej była taka rosyjska enklawa. Krok po kroku drążyliśmy kolejne wątki historyczne, a nasza świadomość rosła z każdą kolejną lekturą i każdym kolejnym odkryciem.
Po pierwszym przeniesionym budynku przyszły kolejne…
K.W.: Do tej chwili sprowadziliśmy już cztery duże i dwa mniejsze drewniane domy z różnych części południowych Mazur. Najstarszy ma 200 lat, pozostałe ok. 100. W każdym przypadku to była dla tych budynków kwestia przetrwania, bo wszystkie były już przeznaczone do rozbiórki – gdybyśmy ich nie przejęli, dzisiaj nie byłoby już po nich śladu.
A one nie powinny znajdować się pod opieką konserwatora?
K.W.: Oczywiście, że powinny. Najlepszy przykład to wspomniany już najstarszy dom, klasyczna chałupa podcieniowa, unikalny okaz drewnianej architektury mazurskiej z przełomu XVII i XIX w. Zwrócił na niego uwagę nasz przyjaciel, ale my nie byliśmy jakoś szczególnie zainteresowani, bo właśnie skończyliśmy remont pierwszego sprowadzonego budynku, otwieraliśmy oberżę i mieliśmy poczucie, że to nam wystarczy. Pojechaliśmy obejrzeć ten dom z czystej ciekawości i oceniliśmy, że jest to bardzo cenny zabytek, ale w fatalnym stanie – miał dziurę w dachu i zaczynał się już po prostu walić. Zwróciliśmy się więc do konserwatora z apelem o jego zabezpieczenie. Ten zwlekał jednak z podjęciem jakichkolwiek działań, my wysyłaliśmy kolejne pisma, aż w końcu dach zupełnie się zawalił. Pisaliśmy artykuły do opiniotwórczych gazet, napisaliśmy też skargę do ministerstwa kultury. Dopiero wtedy zaczęło się cokolwiek dziać. Okazało się, że budynek należy do Polskiej Akademii Nauk. Konserwator potwierdził, że jest to zabytek, ale orzekł, że jest już za późno i jego stan uniemożliwia wpisanie go do rejestru. Zalecił tylko zabezpieczenie kilku najcenniejszych, charakterystycznych elementów, bo żaden z okolicznych skansenów nie dał się namówić na przejęcie i odremontowanie budynku. Ze względu na jego stan nikt nie był już zainteresowany przenoszeniem, więc wydawało się, że pozostaje tylko rozbiórka, czyli zniszczenie budynku. My jednak, po doświadczeniach z poprzednimi remontami, byliśmy przekonani, że jest on nadal do uratowania. Na to usłyszeliśmy: jak wam tak zależy, to zróbcie sami. No to zrobiliśmy. W tej chwili jest to jeden z dwóch zachowanych budynków tego typu na całych Mazurach!
Czyli okazało się, że cały ten instytucjonalny system opieki nad zabytkami nie działa – przynajmniej w Waszym regionie?
K.W.: Może nie tyle nie działa, co zbyt często nie jest skuteczny. Potem w tej ocenie mieliśmy okazję jeszcze wielokrotnie się utwierdzić, bo podobnych doświadczeń mieliśmy więcej. Na miarę naszych możliwości wypełniliśmy tę lukę, choć nauczenie się zasad rekonstrukcji i renowacji zabytków wymagało od nas, laików, sporego wysiłku. Czytaliśmy fachową literaturę, jeździliśmy po muzeach i skansenach, oglądaliśmy, wypytywaliśmy specjalistów. W tym czasie nie było tylu publikacji fachowych i nie dało się jeszcze znaleźć w internecie informacji na każdy temat, więc musieliśmy szukać własnych źródeł i zdobywać wiedzę w sposób empiryczny. Wraz z naszą świadomością i kompetencjami rosło grono ludzi, którym podobało się to, co robimy. Gdy w 1999 r. otworzyliśmy oberżę, bardzo dużo ludzi przyjeżdżało, żeby pytać nas, w jaki sposób takie budynki się przenosi, bo chcieli pójść naszym śladem. W końcu, w 2004 r., założyliśmy wraz z grupą przyjaciół i zainteresowanych Stowarzyszenie na rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Mazur „Sadyba”.
Dlaczego się na to zdecydowaliście?
K.W.: W 2004 r., niedaleko naszego domu, właściwie po sąsiedzku, przeznaczono do rozbiórki ładny starowierski budynek – tak jak większość budownictwa staroobrzędowców drewniany, tyle że z wierzchu później otynkowany. Próbowaliśmy temu zapobiec, bo wiedzieliśmy, że to kawałek cennego i zanikającego dziedzictwa. Zwróciliśmy się znów do konserwatora, do lokalnych urzędów i usłyszeliśmy: „A co wam do tego? Nie wasz budynek, nie wasza sprawa!”. I wtedy pomyśleliśmy, że najwyższa pora zawiązać stowarzyszenie, bo jako osoby prywatne jesteśmy ignorowani, a stowarzyszeniu przysługiwać będą względem urzędników pewne uprawnienia: będziemy mogli zgłaszać swoje wnioski, domagać się spełnienia postulatów itd. Głównym celem stowarzyszenia miało być ratowanie lokalnego dziedzictwa materialnego, a w szczególności architektury drewnianej. Zaczęliśmy monitorować sytuację w sposób systematyczny: dokumentować i pisać wnioski do konserwatora, zabiegać o wpisywanie kolejnych budynków do rejestru zabytków itp. Pisaliśmy także artykuły do gazet, starając się upowszechnić świadomość wartości tkwiących w tych często niepozornych i niedocenianych zabytkach. Wiele osób uzna za zabytek zamek krzyżacki czy gotycki kościół, ale nie drewnianą chałupę.

Postanowiliśmy się upomnieć m.in. o mazurskie leśniczówki, spośród których bardzo wiele zostało już niestety zniszczonych. Kiedyś całe te tereny to była bezkresna puszcza – osadnictwo było tu bardzo rzadkie, a w związku z tym leśniczówki odgrywały rolę swoistych centrów cywilizacyjnych. W obecnych czasach okazuje się, że leśnicy wcale niekoniecznie chcą mieszkać w lesie. Leśniczówki nie są również doceniane jako zabytki czy część dziedzictwa kulturowego regionu i są traktowane przez właścicieli jako część „zbędnej infrastruktury”. O jedną taką „zbędną infrastrukturę” – najstarszą leśniczówkę Puszczy Piskiej – walczymy z nadleśnictwem już od 2004 r. Wymieniliśmy setki pism, wygraliśmy trzy sprawy w sądzie administracyjnym – m.in. dwukrotnie skutecznie zaskarżyliśmy decyzję ministra kultury i dziedzictwa narodowego zezwalającą na przeniesienie lub rozebranie tego budynku. W międzyczasie leśniczówka prawie się rozsypała, a oni wciąż nic z nią nie robią, mimo że znajduje się oficjalnie – dzięki złożonemu przez nas wnioskowi – w rejestrze zabytków. Wiele innych leśniczówek, o które walczyliśmy, zostało rozebranych, bezpowrotnie zniszczonych lub nieudolnie zmodernizowanych, ocieplonych styropianem itd. Udało nam się szczęśliwie uratować dwie najcenniejsze – Jeziorko oraz Duży Kamień – które stanowią wizytówkę swojego stylu architektonicznego. Ocaliliśmy również przed rozbiórką szereg innych cennych zabudowań, w tym poprzemysłowych, takich jak dwie wieże ciśnień w Piszu, drewniany dworzec w Budwitach, browar, tartak, willa leśna oraz dawne koszary w Olsztynie, a nawet zabudowę zespołu dworca towarowego w Białowieży – łącznie ok. 60 zabytków lub ich zespołów. Szczególnie zadowoleni jesteśmy z efektu naszych działań w kwestii olsztyńskiego tartaku, w którym dzięki naszej inspiracji powstało Muzeum Nowoczesności. Na początku władze miejskie nie chciały z nami w ogóle rozmawiać, dążyły do wykreślenia zabytku z rejestru, by móc rozebrać budynek. Dziś oczywiście szczycą się tą placówką. To dobry przykład na to, jak łatwo jedną pochopną decyzją zniszczyć wielki potencjał lub stworzyć atrakcyjne miejsce.

Jednym z obszarów Waszych działań stała się obrona przed wycinką przydrożnych drzew oraz cennych – zarówno ze względów krajobrazowych, jak i przyrodniczych – ich alej rosnących wzdłuż dróg. Z czego wynika, że w ogóle trzeba ich bronić? Przecież o ile da się jeszcze zrozumieć, dlaczego instytucje publiczne bronią się przed obowiązkami i kosztami związanymi z opieką nad zabytkami, o tyle trudno o to w przypadku alej, koszty opieki nad którymi nie przekraczają raczej możliwości lokalnych budżetów…
K.W.: Dla nas aleje przydrożne to cenny element krajobrazu kulturowego i naturalnego, wizytówka regionu, ale dla innych drewno z wyciętych drzew to jest potencjalnie olbrzymi majątek! Przy drogach rosną np. jesiony, które są poszukiwane przez producentów mebli, a nie mamy zbyt wielu jesionów w polskich lasach. Z drugiej strony wycinka przydrożnych alej ułatwia remonty i modernizację infrastruktury drogowej realizowaną ze środków unijnych. Działania te są uzasadniane populistycznie względami bezpieczeństwa – stosowane były trafiające do przekonania wielu kierowców manipulacje, przerzucające na drzewa odpowiedzialność za wypadki czy wręcz czyniące z nich „cichych zabójców”. Rozbite samochody miały być konsekwencją nie prędkości nadmiernej w stosunku do warunków drogowych, ale obwiniano o to właśnie drzewa. Obserwacje pokazują tymczasem, że jest dokładnie na odwrót i wraz z usunięciem drzew prędkości wzrastają, a wypadki stają się jeszcze bardziej śmiercionośne.

Z alejami jest bardzo podobnie jak z zabytkami – również w tym przypadku jedna decyzja może błyskawicznie zniszczyć dorobek wielu pokoleń, który stanowi o wyjątkowości lokalnego krajobrazu. Problemy zaczęły się wiosną 2004 r., gdy zmiany w ustawie o ochronie przyrody umożliwiły de facto wycinkę przydrożnych drzew bez konieczności ubiegania się o zezwolenie – wystarczyło uznać je arbitralnie za zagrożenie dla infrastruktury drogowej czy bezpieczeństwa na drodze. W odpowiedzi jesienią 2004 r. zainicjowaliśmy akcję „Ratujmy aleje”, która trwa do dzisiaj, a po drodze za jej sprawą odbyła się pierwsza w Polsce interdyscyplinarna konferencja i ukazała się książka na temat alei przydrożnych oraz znowelizowano w 2010 r. przepisy ustawy o ochronie przyrody. Udało się też wpłynąć na zmianę świadomości ludzi. Wielu drogowców nie mówi już: „Musimy wyciąć wszystkie drzewa z poboczy dróg!”, ale „Drzewa to ważny element krajobrazu” albo „Sposobem na ograniczenie liczby zabitych na drogach w regionie powinny być nie tylko wycinki drzew, ale edukacja kierowców, bowiem aleje wymagają innego sposobu jazdy”.
Przykład alej pokazuje też, jak trudno oddzielić ochronę krajobrazu kulturowego – którą przede wszystkim zajmuje się nasze stowarzyszenie – od ochrony przyrody czy krajobrazu naturalnego. Dziedzictwo kulturowe kształtuje się i funkcjonuje zawsze w określonym kontekście krajobrazowym i przyrodniczym. Teraz jest to prawda niemal powszechnie uznawana, ale gdy zaczynaliśmy działać, to istniały z jednej strony organizacje ekologiczne, a z drugiej towarzystwa miłośników zabytków – między tymi środowiskami właściwie nie było współdziałania. My staraliśmy się od początku działać na obu frontach – z jednej strony np. zabiegając o utworzenie na Mazurach parku narodowego, a z drugiej walcząc o znajdujące się na tym terenie zabytki. Aleje należą do obu tych światów – jako dzieło człowieka są ważnym elementem krajobrazu kulturowego, a zarazem są to obiekty przyrodnicze mające wkład w bioróżnorodność.
Jak zmieniły się Mazury od czasu Waszej przeprowadzki przed ponad 25 laty?
K.W.: Zmieniały się i zmieniają – niestety – w sposób niekontrolowany. Wynika to z braku planów zagospodarowania przestrzennego i z mentalności zarówno naszej klasy samorządowej i politycznej, jak i biznesowej, które nie cenią krajobrazu jako wartości samej w sobie. Liczy się tylko cena rynkowa ziemi lub tego, co na niej stoi. Dlatego też masowo sprzedaje się brzegi jezior, „zagospodarowuje” wyspy, a nawet grodzi całe jeziora. Pokolenie, które nadaje dziś ton życiu społecznemu, nie ceni ani dzikiej natury, ani harmonijnego krajobrazu kulturowego, nieprzekształcanego dla doraźnych celów. Jeśli miałbym określić podstawowe tendencje ostatnich dekad, to byłyby to przede wszystkim pogłębianie się chaosu przestrzennego i pozbawiona zahamowań komercjalizacja przestrzeni publicznej, a wręcz jej rabunkowa eksploatacja. Dla doraźnych zysków ekonomicznych czy politycznych można zniszczyć najcenniejsze kulturowo czy przyrodnicze miejsca, bo przecież krajobraz jest „niczyj”.
A jak zmieniły się Mazury pod względem społecznym? Czy dotyka ich wyludnienie, jak ma to miejsce choćby na ścianie wschodniej, czy wręcz przeciwnie, osadników przybywa?
K.W.: Mieszkam w centrum Mazur, między Mikołajkami a Rucianem Nidą, czyli w najbardziej turystycznej części regionu. W związku z tym tutaj nie odnotowujemy wyludniania. Zmienia się natomiast struktura społeczna. Coraz więcej działek wykupują zamożni ludzie spoza Mazur, którzy traktują je jako sezonową bazę wypadową. Są w naszej okolicy miejscowości, w których poza sezonem praktycznie nie ma żywego ducha – zostają dwie czy trzy rodziny, a cała reszta wyjeżdża, zostawiając za sobą krajobraz jak z filmów grozy.
Jak dogadywaliście się jako przyjezdni z lokalną społecznością? Jak, wraz z kolejnymi podejmowanymi przez Was działaniami, zmieniały się te relacje?
K.W.: To złożona kwestia. Wielu „tutejszych” niezbyt ceni to, co mają, tę kulturową specyfikę Mazur. Ale w przypadku Mazur, co wynika z ich historii, problematyczny jest sam podział na lokalną społeczność i ludność napływową. Po 1945 r. nastąpiła tu przecież niemal stuprocentowa wymiana ludności. Od tego czasu zdecydowaną większość stanowią ludzie wykorzenieni, przybysze z dawnych Kresów Wschodnich, Mazowsza, a zwłaszcza Kurpiowszczyzny, a także przesiedleńcy z Akcji Wisła. Oni nie identyfikowali się z tutejszym krajobrazem, nie traktowali go jako czegoś swojego. Jest to zresztą zupełnie zrozumiałe. Otoczenie, do jakiego byli przyzwyczajeni, mogło być bardziej płaskie, jak w okolicach Lwowa, albo górzyste, jak w Beskidach, ale nie jeziorne. Przeniesienie na Mazury oznaczało dla nich ponadto przeskok do infrastruktury z innego stadium rozwoju cywilizacyjnego niż to, które znali. Zdecydowana większość nowo przybyłych wychowała się w budownictwie drewnianym (takie przecież były wsie na Kresach, Kurpiach czy Beskidach), a na Mazurach dominowały już wówczas domy murowane. Na brak emocjonalnego związku z tym, co tu się zastało, nakładał się strach, że te nowe małe ojczyzny (i wszystko, co w nich zastali) jest tymczasowe, nie nasze, „poniemieckie” – to ostatnie określenie wciąż powszechnie się przecież stosuje. Krajobraz Mazur, tutejsza przyroda i kultura materialna, były dla osiedleńców – jak to się często określa – dziedzictwem niechcianym, obcym. Pokłosie tej historii zbieramy do dziś. Bodaj 2 lata temu ostatni raz słyszałem tego typu myśl wypowiedzianą wprost. To był leśniczy, który miał do mnie pretensje, że nie mógł swojego zabytkowego domu ocieplić styropianem – na remont nie zgodzili się konserwatorzy. „Bo to pan pisał artykuły do gazet, że nie wolno, bo to cenne, zabytkowe”. Ja na to: „No tak, to jest cenne, bo to jest nasze dziedzictwo”. A on: „Jakie tam dziedzictwo, jak to wszystko poniemieckie”. To samo, jakieś 5 lat temu, powiedział były burmistrz naszej gminy. Jak się ma tego typu podejście do swojego otoczenia, to trudno o nie dbać. M.in. dlatego nasze działania były długo postrzegane jako dziwactwo.

Oprócz tego czynnika, związanego ze specyfiką Mazur, trzeba dodać, że mamy do czynienia też z szerszym, dotykającym całej Polski (i nie tylko Polski) trendem ujednolicania wyglądu miasta i wsi: wszędzie kładzie się te same bruki, stawia te same ławki i latarnie, otwiera sklepy tych samych sieci, montuje identycznie wyglądające okna z PCV, ociepla się domy tym samym styropianem, wykańcza sidingiem itd. Znikają tradycyjne wioski, które zarówno z racji pełnionych funkcji, jak i wyglądu przypominają coraz bardziej miasteczka, natomiast miasteczka przypominają osiedla wielkich miast. Ludzie, którzy coraz mniej cenią sobie wszystko to, co kojarzy się z wiejskością, dziwią się, po co chcemy pielęgnować stare drewniane domy i inwestować w ich przetrwanie. Trochę oczywiście generalizuję, ale takie myślenie jest rozpowszechnione. Z drugiej strony mamy pośród miejscowych niemałą rzeszę zwolenników naszych działań, szczególnie w młodym pokoleniu, wśród ludzi, którzy się tu urodzili i wychowali, a jednocześnie widzieli, jak dba się o lokalne dziedzictwa na Zachodzie. Niestety tych pierwszych jest znacznie więcej niż tych drugich…
Czy często spotykacie się z zarzutem, że jesteście hamulcowymi rozwoju lokalnego?
K.W.: Ten zarzut pojawia się od samego początku.
Wbrew temu, co się o nas mówi, nie jestem jednak przeciwnikiem rozwoju, nie mam np. nic przeciwko powstawaniu współczesnej architektury. Chciałbym po prostu, żeby nie gryzła się ona z otoczeniem. Problemem jest natomiast zalew tandety i kiczu oraz chaos przestrzenny. Co drugi dom, który powstaje obecnie na Mazurach, projektuje się na wzór willi z amerykańskich seriali lub kolumnowych dworków mazowieckich, których w tym regionie nigdy oczywiście nie było. Wbrew temu, co słyszymy, nie jesteśmy też przeciwko modernizacji infrastruktury drogowej, wprost przeciwnie. Apelujemy tylko o to, by uczyć się na doświadczeniach zachodnich. Tam też swego czasu wycinano przydrożne drzewa na potęgę, a teraz z powrotem je nasadzają, bo doszli do wniosku, że sprzyjają one nie tylko estetyce krajobrazu, ale i bezpieczeństwu, osłaniając drogi od słońca i niwelując owo pozorne poczucie bezpieczeństwa, które – jak potwierdziły liczne badania – skłania kierowców do dociśnięcia pedału gazu i bardziej ryzykownej jazdy.
Działania w obronie lokalnego krajobrazu czy choćby na rzecz parku narodowego stawiają Was zapewne w opozycji nie tylko do kierowców, ale i lokalnych przedsiębiorstw, np. związanych z przemysłem drzewnym.
K.W.: Ale powiedzmy sobie jasno, że przemysł drzewny też nie ma zbyt wiele wspólnego z nowoczesnością i rozwojem, które jakoby hamujemy. To nie jest przecież przemysł innowacyjny, ale oparty na eksploatacji surowców naturalnych, czyli lasów. Jeśli wizja rozwoju proponowana przez lokalne władze ma się sprowadzać do tego, żeby kolejne pokolenia mieszkańców żyły tu tylko z wycinania lasów czy zbierania chrustu, jagód i grzybów, to jak najgorzej świadczy to o kondycji tutejszych samorządów. Uważamy, że nowoczesność i rozwój na Mazurach mogą się wiązać choćby z wysokiej jakości zrównoważoną turystyką i jej łagodnymi formami (turystyka studyjna, kulturowa, kulinarna, ekologiczna, muzealna, rowerowa, industrialna etc.). Z tego żyją całe regiony i państwa – przeciętnie w Unii Europejskiej turystyka generuje 11 proc. PKB i aż 12 proc. wszystkich miejsc pracy. Dobrym przykładem tego modelu rozwoju jest chociażby włoska Toskania, o której nie sposób powiedzieć, że jest zacofana i nie rozwija się, robi to jednak w stylu „slow”, szanując krajobraz i dziedzictwo kulturowe, i czerpiąc z tego faktu ogromne korzyści. Właśnie w tego typu wizji rozwoju widzimy szansę na liczne i stabilne miejsca pracy w regionie – np. samo utworzenie parku narodowego oznaczać będzie utworzenie 100-150 stanowisk. Jak ogromny potencjał tkwi w turystyce przyrodniczej okazuje też przykład małej wsi na rubieżach Polski – Białowieży, gdzie powstał ostatnio czterogwiazdkowy hotel „Żubrówka”. Tylko on jeden daje zatrudnienie ponad 100 osobom. Żaden okoliczny tartak tyle nie zatrudnia. A to już jest czwarty czy piąty hotel w tamtej okolicy, nie mówiąc o tym, że w co drugim gospodarstwie są pokoje do wynajęcia, że przez cały rok funkcjonują restauracje itd. Uważam, że turystyka oznacza – także pod względem ekonomicznym – ogromną szansę dla cennych przyrodniczo i unikalnych krajobrazowo regionów, nieporównywalną z tym, co zapewnia im przemysł drzewny. Oczywiście trzeba dodać, że nasza wizja nie oznacza zamknięcia wszystkich tartaków czy likwidacji branży drzewnej. Park narodowy na Mazurach, o którego utworzenie od lat zabiegamy, nie byłby nawet większy niż obecny park krajobrazowy, w którym już i tak istnieją pewne obostrzenia i zakazy. Nie negujemy też konieczności przeprowadzenia rzetelnego rachunku ekonomicznego. Jeżeli okazać by się miało, że tutejsze gminy stracą na utworzeniu parku narodowego, zgodnie z nazwą służącego całemu narodowi, to straty te powinny zostać zrekompensowane przez cały naród, a więc pokryte z budżetu państwa, a nie ponoszone tylko przez społeczności lokalne.
Niezbyt pochlebnie odnosił się Pan do lokalnego samorządu. Czy mógłby Pan powiedzieć więcej o tym, jak wyglądają Wasze z nim relacje?
K.W.: Dotyczy to tylko ochrony dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Faktycznie władze lokalne nie słuchają naszych (tj. licznych organizacji pozarządowych skupiających pasjonatów, ale też fachowców) argumentów. Od lat tkwią w przekonaniu, że ochrona przyrody i lokalnego krajobrazu to są nikomu niepotrzebne fanaberie ekologów. Sami nie mają jednak dla tych „fanaberii” żadnej alternatywy oprócz wspomnianej już wizji rozwoju gospodarczego opartego na zbieractwie. Mało tego: zapominają, że są one ustawowymi organami ochrony przyrody! Tymczasem od momentu przekazania samorządom lokalnym stosownych kompetencji ochrona ta staje się coraz słabsza: do kilkunastu lat nie powstają postulowane parki narodowe czy krajobrazowe, nie zwiększa się powierzchni już istniejących, obszary chronionego krajobrazu to fikcja, liczba pomników przyrody maleje etc. Podobnie jest też z zabytkami – z własnego doświadczenia wiemy, że samorządy lokalne oraz administratorzy dobra wspólnego (zarządcy dróg czy lasów) często odwołują się od wpisywania cennych obiektów i budowli do rejestrów zabytków, a nawet je likwidują.
Można odnieść wrażenie, że podstawowym polem konfliktu jest to, co w naszej rzeczywistości jest nowoczesnością, a co zacofaniem. Dla jednych anachronizmem będzie ochrona, dajmy na to, zabytkowych kuźni, a dla innych kostka Bauma. Jedni szansę na postęp dostrzegają w wiatrakach energetycznych stawianych bez umiaru i bez względu na krajobraz, a drudzy w zrównoważonej turystyce.
K.W.: Czy odwrót od tradycji i tożsamości regionalnej jest rozwojem? A może wręcz na odwrót? Czy postępem jest niszczenie dla doraźnych korzyści miejsc najcenniejszych przyrodniczo? Czy powielając błędy popełnione wiele lat temu w innych państwach europejskich – zamiast korzystać z ich doświadczeń – nie tworzymy właśnie „skansenu mentalnego”? Gdy uczymy się na błędach innych, obserwując, ile czasu i wydatków potrzebowali oni na ich usunięcie, możemy przecież rozwijać się bez podejmowania działań szkodliwych dla krajobrazu. Nie musimy sami sprawdzać ich skutków. Dobrze, że wspomniał Pan o wiatrakach. Od lat współtworzymy koalicję „Bezpieczna Energia”, w ramach której walczymy z chaotycznym ich stawianiem, zabiegając o ustalenie zasad ich lokalizacji i ustanowienie stref ochronnych wokół siedzib ludzkich i miejsc cennych krajobrazowo, w których nie mogłyby być stawiane. Zarzuca się nam w związku z tym – dla odmiany – że jesteśmy nieekologiczni, bo przecież wiatraki to odnawialne źródła energii. Rzeczywiście do tak rozumianej ekologii byłoby nam daleko. Podkreślamy, że koszty, w tym ekologiczne, wybudowania i eksploatacji wiatraków są znaczne, nie mówiąc już o względach estetycznych, niszczeniu krajobrazu itp. Nie sprzeciwiamy się wiatrakom jako takim, ale żądamy racjonalnej polityki ich lokalizowania. Bo przecież Unia Europejska narzuca nam politykę energetyczną, ale robi to w trosce o środowisko naturalne i krajobraz, o którym w Europejskiej Konwencji Krajobrazowej zapisano, że „jest kluczowym elementem dobrobytu całości społeczeństwa i jednostek”. U podstaw promocji unijnego programu rozwoju energetyki odnawialnej leżą poprawa stanu środowiska i ochrona krajobrazu, a więc stawianie wiatraków nie może prowadzić do niszczenia środowiska i trwałej degradacji krajobrazów, lecz powinno być narzędziem do osiągnięcia tych celów, m.in. poprzez ograniczenie emisji CO2.
Czy dostrzega Pan jakąkolwiek szansę na porozumienie między tymi przeciwstawnymi sposobami myślenia – z jednej strony rzeczników rozwoju zrównoważonego, a z drugiej zwolenników i beneficjentów aktualnej struktury społeczno-gospodarczej regionu?
K.W.: Trudno o pogodzenie rozwoju zrównoważonego z chaotycznym. Tak samo jak nie do pomyślenia wydaje się kompromis między ochroną krajobrazu a masowymi wycinkami drzew z poboczy dróg i ulic, betonowaniem brzegów jezior czy rozbieraniem zabytkowych budynków przez deweloperów. Jeśli natomiast chodzi o dojście do porozumienia z konkretnymi ludźmi, którzy tu mieszkają i w ten sposób myślą, to jestem przekonany, że jest ono możliwe. Dlatego nie ustajemy w działaniach i próbach przekonywania lokalnych społeczności do naszych pomysłów. Obawiam się jednak, że do prawdziwego przełomu potrzebujemy dużo czasu i wymiany pokoleniowej, bo – jak wspominałem – z młodszymi generacjami jest nam o wspólny język dużo łatwiej. Zdecydowanie najtrudniej jest nam się dogadać z lokalnym establishmentem politycznym. Na przykład w sprawie parków narodowych nie pamiętam nawet jednego przypadku, żeby udało nam się choćby wejść na poziom merytorycznej dyskusji – praktycznie zawsze kończy się ona na jałowych przepychankach. Brakuje po tej stronie dobrej woli, żeby usiąść wspólnie i porozmawiać, choćby tylko na gruncie solidnie przeprowadzonego rachunku ekonomicznego. Rachunek ten powinien jednak uwzględniać nie tylko nasze doraźne korzyści, ale też interes przyszłych pokoleń! Nie możemy przecież przejeść i przehulać całego dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego, które nam przypadło w udziale – musimy myśleć o tym, co będzie za 50 czy nawet za 100 lat. Czy nasze wnuki i prawnuki zobaczą jeszcze na Mazurach las, czy będą mogły kąpać się w jeziorach i czy zabytki będą mogły zobaczyć już tylko na zdjęciach archiwalnych?
Dziękuję za rozmowę.
27 maja 2015 r. Rozmawiał Marceli Sommer.
przez Marceli Sommer | środa 6 maja 2015 | Wiosna 2015, Wywiad - kwartalnik
– Od kiedy tak naprawdę jesteśmy peryferiami, czyimi i jakie to ma znaczenie dla dzisiejszej rzeczywistości Polski i naszego regionu?
– Dr Anna Sosnowska: Polska historiografia i socjologia historyczna, którą analizowałam w swojej książce „Zrozumieć zacofanie. Spory historyków o Europę Wschodnią (1947–1994)”, a w ślad za nią lub równolegle naukowcy z innych krajów, odpowiadają dwojako na pytanie o początek naszej peryferyjności. Marian Małowist i jego uczniowie, do których należy np. znany amerykański myśliciel Immanuel Wallerstein, dopatrują się źródeł gospodarczej zależności Europy Wschodniej w XVI w. i początkach nowożytności. Według autorów tej koncepcji był to bowiem okres ekspansji terytorialnej Zachodu i zarazem czas narodzin kapitalizmu. Twierdzili oni, że kształtująca się wtedy struktura handlu europejskiego zdecydowała o tym, że Europa Wschodnia stała się dostawcą surowców i peryferiami, a północny zachód Europy – wytwórcą dóbr przetworzonych i centrum nowego systemu światowego. Europę Wschodnią rozumiał zaś Małowist szeroko – od Europy Bałtyckiej (w tym ziem polskich), przez Karpacką, aż po Bałkany, choć typ gospodarki w każdej z tych stref był inny: my handlowaliśmy zbożem, Europa Środkowa bydłem i innymi zwierzętami, a Bałkany kruszcami. Małowist stawiał jednak tezę, że pod względem strukturalnym mechanizm był we wszystkich trzech przypadkach podobny: lokalne elity arystokratyczne weszły w relacje handlowe z dynamicznymi kupcami z Zachodu, którzy organizowali handel między wschodem a zachodem Europy. Europa Wschodnia stała się w rezultacie źródłem tanich surowców: zboża, zwierząt, metali. W tym samym czasie, gdy rodzące się gospodarki kapitalistyczne rozwijały się, gospodarki wschodnioeuropejskie popadały w stagnację i uzależnienie od eksportu surowcowego, utrwalając feudalne status quo u siebie. Wedle tej wizji Europa Wschodnia byłaby więc pierwszą kolonią gospodarczą i peryferiami świata zachodniego. Warto tu dodać, że Małowist, o ile mi wiadomo, nie znał teorii zależności, choć jej zręby istniały już w czasie, gdy formułował swoje hipotezy, wyrażone np. w tezach argentyńskiego ekonomisty Raula Prebischa. Podobne próby wyjaśnienia zacofania powstały więc niezależnie od siebie w dwudziestowiecznej Europie Wschodniej i Ameryce Łacińskiej.
– A druga odpowiedź na pytanie o źródła zależności naszego regionu?
– Koncepcje Małowista miały w polskiej historiografii bardzo poważnych krytyków. Argumentowali oni, że jego tezy stanowią projekcje realiów nowoczesnego globalnego kapitalizmu w przeszłość. Najważniejsi polemiści Małowista – Jerzy Topolski i Andrzej Wyczański – twierdzili, że dopiero od XIX w. można zacząć mówić o kapitalistycznym systemie światowym i o kolonialnych zależnościach między Zachodem a innymi regionami. To prawda – powiadają – że rozwój społeczno-gospodarczy Europy Wschodniej między XVI a XVIII w. przebiegał inaczej niż na Zachodzie, ale nie wynikało to z zależności międzynarodowych. Przeprowadzone przez nich szczegółowe badania wskazywały, że bilans w handlu międzynarodowym był dla XVI-wiecznej Rzeczpospolitej dodatni. Ilość zboża eksportowanego z polskich folwarków na Zachód była przy tym na tyle mała w stosunku do ogółu produkcji, a liczba folwarków nastawionych na produkcję towarową i eksport tak niewielka, że to nie eksport zbożowy decydował o charakterze krajowej gospodarki.
Jednak, inaczej niż Małowist, jego polemiści nie stworzyli „eleganckiego” kontr-modelu rozwoju Europy Wschodniej, nie podali atrakcyjnej i wpływającej na zbiorową wyobraźnię odpowiedzi na pytanie o przyczyny upadku Rzeczypospolitej czy regionalnego zacofania. Andrzej Wyczański argumentował, że Rzeczpospolita XVI w. była średnim, nieco opóźnionym w stosunku do północnych Włoch, Francji, a także Niemiec, krajem europejskim. Była słabiej zaludniona, z mniej rozwiniętą – zwłaszcza w litewskiej części kraju – siecią instytucji tworzących ówczesną cywilizację: kościołów, miast, uniwersytetów, szkół. Według niego XVI w. był jednak naprawdę Złotym Wiekiem historii Polski, w którym z powodzeniem imitowała i doganiała ona europejską awangardę cywilizacyjną. Dopiero wiek XVII i XVIII przyniósł osłabienie pozycji kraju. Rzeczpospolita ze swoją demokracją szlachecką i dominacją szlachty nad chłopem pozostała wyjątkiem w Europie. Jerzy Topolski kojarzył natomiast ukształtowanie się osobnych dróg wschodu i zachodu Europy z XV–XVI w., ale kryzys tutejszego modelu lokował dopiero w XVII i XVIII w. Na poziomie wyliczeń i argumentów faktograficznych Topolski i Wyczański byli w stanie przekonująco wykazać, że uzależnienie od międzynarodowego handlu zbożowego w przedrozbiorowej Polsce po prostu nie miało miejsca, a źródła wtórnej pańszczyzny okresu nowożytnego tkwiły przede wszystkim w niższej gęstości zaludnienia.
– Czyli ten spór został rozstrzygnięty, a teza Małowista została w sposób ostateczny obalona?
– Nie, nie można tak powiedzieć. W debatach dotyczących odległej historii weryfikacja tez przebiega inaczej niż w fizyce. Interpretacja, a nie teoria, jest formą wyjaśnienia w historiografii. Do wielu danych nie mamy już dostępu i w tym sensie trudno o jednoznaczny wyrok. Możliwe są tylko interpretacje ograniczonego materiału badawczego, żadnej teorii nie jesteśmy w stanie zweryfikować empirycznie, np. przez przeprowadzenie eksperymentu.
Z historycznego punktu widzenia wyliczenia Topolskiego i Wyczańskiego dotyczące handlu zbożowego wydają się jednak przekonujące. Z drugiej strony warto dodać, że w modelu Małowista – inaczej niż choćby u inspirującego się jego myślą Wallersteina – ważne są nie tylko czynniki ekonomiczne, związane z wyzyskiem czy strukturą handlu, ale także kwestie społeczno-kulturowe. O tym mianowicie, czy jakiś kraj popadł w zależność od eksportu surowcowego, decydować miały według niego do pewnego stopnia lokalne elity. Małowist zwraca uwagę chociażby na przypadek XIX-wiecznej Japonii, która miała przed sobą podobne dylematy i zagrożenia, a jednak nie weszła na ścieżkę rozwoju zależnego. Miało to w jego ocenie związek ze stosunkiem lokalnych elit do Zachodu. Dla magnatów wschodnioeuropejskich Zachód i styl życia jego elit stanowiły obiekty fascynacji i aspiracji. W tym kontekście można byłoby brać pod uwagę hipotezę, że grupa posiadaczy ziemskich, która eksportowała swoje towary na Zachód, mogła być stosunkowo niewielka, ale mieć szczególne wpływy, szczególnie w sensie kulturowym. Wydaje się, że quasi-kolonialnego modelu Małowista można bronić jako interpretacji, która wykracza poza potwierdzone fakty historyczne.
– Czy powinniśmy zatem odrzucić jako naukowo nieudowodnioną tezę o peryferyjności Europy Wschodniej czy o jej kolonialnej zależności wobec Zachodu?
– Nie do utrzymania jest ten z wariantów wspomnianej interpretacji, który ostatecznie lokuje źródła zależności już w XVI w. To wciąż kwestia sporna. Koncepcja zacofania czy peryferyjności, przyjmowana przez Małowista, Witolda Kulę czy wspomnianego już Wallersteina, kojarzy je z wejściem w orbitę kontaktów politycznych i gospodarczych, a przede wszystkim handlowych, z silniejszym partnerem na zachodzie Europy. Natomiast nie do zbicia jest teza, że Europa Wschodnia jeśli nie w XVI, to w kolejnych wiekach, znalazła się w tej orbicie.
Dość powszechnie przyjęta jest w naukach społecznych – od historii po ekonomię – ocena, że od XIX w. możemy już z całą pewnością mówić o świecie w pełni zglobalizowanym, silnie współzależnym, w którym istnieją centra rozwoju oraz regiony i państwa peryferyjne. Od tego momentu nie możemy już mówić w Europie Wschodniej o rozwoju autonomicznym i nie da się badać jej gospodarki w oderwaniu od tego, co dzieje się na świecie, a szczególnie na Zachodzie.
– Wróćmy jeszcze do XVI-wiecznej refeudalizacji Rzeczpospolitej, która – można argumentować – przyczyniła się do wejścia na tory rozwoju zależnego w późniejszym okresie. Jak ją wytłumaczyć bez odwołania się do wymiaru struktur międzynarodowego handlu?
– Utrzymanie pańszczyzny w XVI w. można tłumaczyć, za Wyczańskim, niską gęstością zaludnienia. W warunkach niskiego zaludnienia prawo ekonomii klasycznej nie działa – niska podaż siły roboczej nie skutkuje jej wysoką ceną, lecz zniewoleniem. Tak stało się w Europie Wschodniej i w skolonizowanych Amerykach. Mnie przekonuje jednak wyjaśnienie Jerzego Topolskiego. Według niego zawinił dość złożony, nieszczęśliwy dla naszego regionu splot okoliczności, którego negatywne skutki były widoczne dopiero w XVII w. Dopiero wtedy pańszczyźniana praca okazała się niewydajna, a oparta na niej gospodarka – niezdolna do konkurencji z gospodarką Zachodu, bazującą na wolnej sile roboczej i dążącym do pomnażania zysków mieszczaństwie. Do tego doszły wojny i polityczna słabość Rzeczypospolitej wobec absolutystycznych, ekspansywnych krajów europejskich. Trzeba tu zwrócić uwagę na fakt, że np. na Bałkanach nie było pańszczyzny, a mimo to podążyły one drogą podobną do Rzeczpospolitej i znalazły się pod wpływem zachodnich mocarstw, zanim zostały włączone do Imperium Osmańskiego. W Rosji z kolei istniała pańszczyzna, a jej sytuacja gospodarcza była podobna do naszej, lecz kraj ten wyrósł w kluczowym momencie na potęgę polityczną i militarną. Hiszpania, która była mocarstwem kolonialnym i nie miała pańszczyzny, popadła w XVII w. w ogromne tarapaty gospodarcze.
– A jakie konsekwencje miał peryferyjny status dla dalszej historii Polski i regionu? Jak wpłynął on np. na rozwój i strukturę jej społeczeństw?
– W moim najgłębszym przekonaniu, co najmniej od XIX w. podział klasowy zarysowuje się nie tylko w ramach konkretnego społeczeństwa, ale również na poziomie systemu globalnego. Globalna elita jest usytuowana w centrum systemu, peryferie zamieszkiwane są zaś przez elity niższych rzędów oraz przez – mocno nadreprezentowane – klasy niższe. Cechą charakterystyczną społeczeństw peryferyjnych był np. stosunkowo duży udział ludności rolniczej, chłopskiej, często pracującej (do XIX w.) w warunkach niewolniczych lub półniewolniczych.
– Te różnice wynikają z faktu, że nowe globalne zależności nałożyły się na wcześniejsze odmienności (o mniej lub bardziej przypadkowych przyczynach) i je zakonserwowały? Czy może wejście w obieg handlu międzynarodowego spowodowało jakiegoś rodzaju regres społeczny?
– Różnice między wschodem a zachodem Europy czy między Ameryką Łacińską a Zachodem są oczywiście głębsze i mają przyczyny w przeszłości odleglejszej niż powstanie kapitalizmu. W przypadku zachodu i wschodu Europy, oprócz wspomnianej już niższej gęstości zaludnienia na tym drugim obszarze, wymienia się m.in. fakt, że Europa Wschodnia nie znalazła się pod bezpośrednim wpływem Cesarstwa Rzymskiego lub stosunkowo późniejsze pojawienie się w niej chrześcijaństwa. Szczególnie podkreślałabym wagę tego pierwszego czynnika. Historycy gospodarki są zgodni, że duża gęstość zaludnienia sprzyja rozwojowi, handlowi, pojawieniu się miast, innowacjom, podziałowi pracy, a więc procesom cywilizacjotwórczym. Ale wypada docenić także znaczenie dziedzictwa greko-rzymskiego, bo to z niego wypływają takie elementy cywilizacyjnego dorobku Zachodu, jak koncepcja autonomii jednostki oraz jej praw i wolności, a także szczególna rola polityki. W Europie Wschodniej te idee weszły do obiegu później i miały słabszą siłę oddziaływania niż w Europie Zachodniej. Innym ważnym czynnikiem rozwojowym na Zachodzie był specyficzny rozkład sił między ważnymi grupami społecznymi, między panem, chłopem i mieszczaninem, i przebieg gry między nimi. W konsekwencji zbiegnięcia się tych wszystkich czynników na peryferiach później pojawiają się mieszczaństwo i koncepcja praw politycznych, których źródłem nie jest urodzenie, lecz zamożność, później powstaje przemysł i wreszcie później tworzą się nowe klasy, które – szukając zysku – jeszcze bardziej napędzają rozwój ekonomiczny.
Charakterystycznym zjawiskiem związanym z peryferyjnością jest też wspomniane zakonserwowanie cech anachronicznych, związanych z minionymi już epokami w życiu społeczno-gospodarczym. Do tej kategorii zaliczyłabym długie trwanie pańszczyzny (np. w Polsce) czy niewolnictwa (np. w Brazylii), a później – różnego rodzaju ich relikty w relacjach społecznych, takie jak silna pozycja ziemiaństwa w II Rzeczpospolitej. Paradoksalnie, tego typu syndromy zacofania są często związane nie, jak się potocznie uważa, z izolacją prowincji od nowoczesnego świata, lecz właśnie z wejściem w relacje i zależności z nim. Nieprzypadkowo najlepiej radziły sobie z wyzwaniami rozwojowymi te kraje, które mogły odpowiadać na nie w sposób samodzielny i autonomiczny. Spotkanie społeczeństw feudalnych czy półfeudalnych z silniejszymi partnerami zakłóca rozwój tych pierwszych, wymuszając np. wchodzenie przez kraje peryferyjne w role optymalnych rynków zbytu dla produktów z centrum oraz źródeł taniej pracy i surowców, potrzebnych konsumentom społeczeństw rozwiniętych. Te nowe funkcje są często wypełniane przez regiony nowo włączone do systemu przy użyciu starych instytucji społecznych: niewolnictwa czy pańszczyzny. Pod wpływem spotkania z wyższą – tak, nie bójmy się tego określenia – cywilizacją zmieniają się również style życia, poziom konsumpcji i aspiracje lokalnych klas wyższych, które tym chętniej maksymalizują poziom wyzysku klas niższych. Jeden z najlepszych przykładów tego typu mechanizmów pochodzi z badań Witolda Kuli nad XVIII-wiecznymi manufakturami magnackimi. Magnaci do wytwarzania tkanin używali importowanych z Anglii i Francji maszyn tekstylnych. Używali jednak nie – jak działo się to na Zachodzie – nisko opłacanego robotnika, który pracował pod ekonomicznym przymusem, ale był przy tym wolnym człowiekiem, lecz eksploatowali przywiązanych do ziemi (i do pana feudalnego) chłopów pańszczyźnianych, których praca była darmowa. Rozwój oznacza tu więc zmianę w wybranych sferach, która odbywa się kosztem utrwalenia status quo w innych sferach. Podział ten ma istotny wymiar klasowy. Elity mogą podróżować, podwyższać swój standard materialny, edukować się, żyć jak na Zachodzie, ale właśnie dlatego i dzięki temu, że klasy niższe żyją inaczej niż ich odpowiednicy na Zachodzie. Taka zmiana oznacza więc wzrost nierówności i społecznej polaryzacji względem wcześniejszych epok.
– Czy pojawienie się w naszej części Europy kapitalizmu i związanych z nim relacji podległości z Zachodem miało, oprócz konserwowania stanu zastanego, jakieś pozytywne efekty? Czy wykształciły się nowe, swoiste dla tej sytuacji społeczno-ekonomicznej klasy lub strategie rozwojowe?
– Sądzę, że miało. Jestem zwolenniczką modelu hybrydalnego, autorstwa Witolda Kuli. Podkreśla on, że rozwój kapitalizmu na peryferiach ma trzy „warstwy”. Po pierwsze: elementy uniwersalne, takie jak uprzemysłowienie i migracje ze wsi do miast. Są one uniwersalne w tym sensie, że pojawiały się w każdym kraju, który wchodził na drogę intensywnego, nowoczesnego rozwoju. Najwcześniej wystąpiły w krajach centrum i jako takie zostały opisane przez klasyczne teorie socjologiczne. Druga warstwa to cechy wspólne dla wszelkich regionów zacofanych. Są to międzynarodowe migracje zarobkowe z regionów mniej rozwiniętych do bardziej rozwiniętych, które na peryferiach stały się w epoce nowoczesnej typową strategią radzenia sobie z zacofaniem. Typowe dla wszystkich peryferii jest również to, że jedną z głównych linii podziałów ideologicznych jest spór o kulturowy, gospodarczy i polityczny stosunek do centrum; o to, czy imitować, zabiegać i się jednoczyć, czy też szukać osobnych dróg rozwoju, buntować się i oddzielać. Żadne z tych zjawisk nie występowało w najstarszych krajach dzisiejszego centrum, ale w Japonii, pierwszym niezachodnim kraju, który zanim dołączył do centrum przeszedł przez fazę półperyferyjną – tak. Po trzecie wreszcie, o ścieżce rozwoju peryferii decyduje to, co specyficzne dla konkretnej zbiorowości – tu mieszczą się wszystkie kulturowe odrębności, także te związane z położeniem geograficznym. Jedno z tych zjawisk lokalno-kulturowych, szczególnych dla Europy Wschodniej, jest starsze niż kapitalizm, ale zostało wzmocnione przez nowoczesny kapitalizm. Chodzi o rodzaj podległości kulturowej, o fascynację i aspirowanie do Zachodu, które to tendencje mają swoje początki w epoce Renesansu. Inaczej niż na innych peryferiach, ze względu na wspólnotę religii, tradycji instytucjonalnych i bliskości geograficznej, w Europie Środkowo-Wschodniej częściej niż w innych peryferiach mamy przekonanie, że jesteśmy częścią Zachodu. Dylematy charakterystyczne dla krajów postkolonialnych rozgrywane są w związku z tym jako czysto kulturowe, często bez świadomości ich zakorzenienia w strukturach gospodarczych. A w kapitalizmie XIX–XX-wiecznym tendencje te jeszcze się zaostrzyły. Należało żyć tak, jak żyły klasy wyższe na Zachodzie. Wypadało tak samo się ubierać, tak samo mieszkać, to samo czytać – nawet jeśli po poobiedniej lekturze wymierzało się baty swojemu chłopu pańszczyźnianemu, co w bardziej rozwiniętej części Europy było już nie do pomyślenia.
– W polskiej narodowej historiografii często ścierają się ze sobą dwie wizje. Z jednej strony narracja martyrologiczno-niepodległościowa, która gloryfikuje utraconą Rzeczpospolitą przedrozbiorową. Niewiele uwagi poświęca się w niej pańszczyźnie czy polskiej kolonizacji tzw. Kresów Wschodnich, a dużo więcej – „złotej wolności szlacheckiej”, parlamentaryzmowi, społeczno-kulturowej różnorodności, domniemanej tolerancji itd. Większość historycznych problemów i nieszczęść, jakie spotkały nasz kraj, sprowadza się wedle niej do czynników zewnętrznych, przede wszystkim imperialnej polityki sąsiadujących mocarstw. Z drugiej strony mamy do czynienia z wizją liberalno-demaskatorską (do tego nurtu zaliczałaby się też, paradoksalnie, część tradycji endeckiej), która – wręcz przeciwnie – źródła naszych perturbacji dopatruje się w czynnikach wewnętrznych: polskim charakterze narodowym, niezdolności do zbudowania państwa silnego i zaspokajającego potrzeby swoich mieszkańców. Co bardziej radykalni zwolennicy tej narracji bywają wręcz skłonni twierdzić, że to zawsze siły zewnętrzne były w Polsce nośnikami postępu, modernizacji, a wewnętrzne – kołtuństwa i reakcji. Ostatnio ważne, szeroko dyskutowane książki mieszczące się w tym nurcie myślenia o polskiej historii opublikowali Jan Sowa i Andrzej Leder. Jak widzi Pani w tym kontekście znaczenie wpływów wewnętrznych i zewnętrznych na naszą peryferyjność?
– Oba wymienione podejścia są mi raczej obce. Prawicowi gloryfikatorzy szlacheckiego republikanizmu pomijają zwykle fakt, że był on ufundowany na wyzysku i zniewoleniu chłopów, czyli grupy ogromnej, stanowiącej większość społeczeństwa – zniewoleniu, które trwało aż do drugiej połowy XIX w., a także na nędzy małomiasteczkowych Żydów, żyjących z drobnego handlu i usług (wbrew mitowi o Polsce jako „żydowskim raju”, tylko garstka z nich stała się pod koniec XIX i w ciągu XX w. częścią lokalnej burżuazji i inteligencji) etc. Można oczywiście zrozumieć, z czego wynika ta idealizacja Rzeczpospolitej szlacheckiej. W dużej mierze jest to owoc tego, że – obarczone oczywiście wielkimi kosztami społecznymi – procesy modernizacyjne, związane z uprzemysłowieniem i wielkimi migracjami ludności do miast, odbywały się w Polsce pod zaborami, a więc i poza odpowiedzialnością lokalnych elit państwowych. Wolność kraju skojarzona została w tym dyskursie z obrazem przednowoczesnej, przedprzemysłowej, wiejskiej idylli. Tomasz Zarycki, mój kolega z zespołu badań nad peryferyjnością, szczegółowo zbadał przetrwanie i zachowanie kulturotwórczej roli polskiej arystokracji w PRL-u. Mimo utraty majątku, prześladowań, utrudnionego dostępu do edukacji i zatrudnienia przez dwa pokolenia, arystokracja zachowała silną pozycję w kulturze, tak, że ciągle wydaje się wzorotwórcza, jest cool. Ja tego osobiście, jako osoba o konkretnej biografii, wnuczka małorolnych chłopów z Mazowsza, zupełnie nie rozumiem. Jako socjolog przyjmuję wyjaśnienie Zaryckiego – w peryferiach słabych politycznie, rola kapitału kulturowego jest większa niż w centrum – przynosi on większe zyski, łatwiej się go reprodukuje, jest być może najpewniejszym rodzajem kapitału na szarpanych zmianami peryferiach. W Polsce szlachecki i magnacki styl życia stał się w XVI w. hegemoniczny. Jak mówił Małowist, kult spokojnej gospodarskiej satysfakcji pod lipą Jana Kochanowskiego rozwijał się w tym samym czasie, gdy nowymi bohaterami społeczeństw północno-zachodniej Europy stawali się odważni żeglarze, zamorscy kupcy i podróżnicy. Badania niedawno zmarłego Jacka Kochanowicza nad kulturą gospodarczą naszego peryferyjnego kapitalizmu (opisane w artykule pt. „Duch kapitalizmu na peryferiach”) wskazują, że ten wzór dobrego szlacheckiego życia okazał się bezkonkurencyjny przez następnych parę wieków, był atrakcyjny dla awansujących Żydów i chłopów, a nawet dla osiadłych tu Niemców-przemysłowców. Nie ma tak silnego i atrakcyjnego wzorca bycia Polakiem-przedsiębiorcą, fabrykantem, urzędnikiem czy robotnikiem.
To, że tak się nie musiało stać, pokazuje przypadek Rosji, kraju słabego gospodarczo, ale potężnego politycznie, gdzie szlachta utraciła znaczenie.
Zupełnie obce jest mi jednak również podejście, które kwestionuje sens istnienia suwerennej polskiej państwowości, a ociepla za to wizerunek obcych imperializmów. Wydaje mi się ono w gruncie rzeczy naiwne politycznie i szkodliwe. Z badań historyków, politologów i socjologów wynika, że struktury państwowe odegrały ogromną rolę w XIX-wiecznych przemianach modernizacyjnych i tworzeniu podstaw rozwoju gospodarczego na całym Zachodzie. W dotychczasowej historii nie można wskazać żadnego społeczeństwa, które z sukcesem przeszłoby modernizację poza strukturami własnego państwa narodowego. Przywoływany czasem w tym kontekście przykład Czech, najbardziej uprzemysłowionego regionu Imperium Habsburskiego w XIX w., jest o tyle niefortunny, że lokalna ludność czeska odgrywała tam rolę ludu skolonizowanego. To jest wielka debata także o roli kolonializmu dla rozwoju gospodarczego Ameryk, Azji, Afryki. Rozstrzygnięcia są tu polityczne, a nie czysto naukowe. Jestem przekonana, że kolonializm jest zły dla całościowo rozumianego zrównoważonego rozwoju, a państwo narodowe – dobre (jeśli nie wywołuje wojen).
– Leder i Sowa mogliby odpowiedzieć, że nie negują postępowej roli struktur państwa ani na Zachodzie, ani w Polsce. Zauważają jedynie, że w polskim przypadku były to przede wszystkim struktury obcych państw, kolonizatorów. W domyśle: nieprzypadkowo, bo Polacy są niezdolni do samodzielnej modernizacji.
– Przesłanie tych prac nie jest chyba aż tak esencjalizujące, przesądzające o naturze Polaków. To byłoby krzywdzące wobec Sowy i Ledera. Jednak w przesłaniu obu książek jest ta, zupełnie mi obca, niechęć do polskich tradycji politycznych. Państwo jest narzędziem obosiecznym – można wykorzystywać jego struktury na rzecz modernizacji, ale można też blokować przy jego pomocy różne potrzebne zmiany. Warto wziąć jednak pod uwagę to, jaka była polityka europejskich państw narodowych ukształtowanych w epoce nowożytnej, równolegle do przemysłowego kapitalizmu. Wiek XIX to okres kulminacji nacjonalizmu, tj. umacniania państw narodowych. Nacjonalizm rozumiem tu – za Ernestem Gellnerem – jako ideał polityczny, zgodnie z którym granice państwowe pokrywają się z granicami etnicznymi. Jak pokazują badania jego czy Michaela Manna, ukształtowanie się państw narodowych związane było z demokratyzacją: upowszechnieniem praw i wolności obywatelskich, parlamentaryzmu. W dziedzinie gospodarki wiązało się natomiast z protekcjonizmem, patriotyzmem konsumenckim i polityką nastawioną na wspieranie rozwoju rodzimego przemysłu i lokalnej burżuazji. Hasła tak rozumianego nacjonalizmu oraz m.in. postulaty reformy rolnej podnosiły również polskie stronnictwa niepodległościowe.
Widzę, jak nośne i atrakcyjne okazały się tezy Sowy i Ledera, gdy obserwuję moich kolegów humanistów – literaturoznawców i kulturoznawców. Jednak problem z interpretacjami w stylu Sowy i Ledera jest taki, że są kompletnie niefalsyfikowalne, tzn. nie da się ich poprzeć twardymi dowodami ani zweryfikować eksperymentalnie. Są one nie do przyjęcia z perspektywy nauk społecznych i historycznych skoncentrowanych na procesach gospodarczych. Nie można wskazać żadnego kraju na świecie, który rozkwitłby gospodarczo na przestrzeni ostatnich dwóch stuleci w warunkach innych niż państwo narodowe. Ich wywody historyczne dobrze się czyta, ale mają one cechy samopotwierdzających się interpretacji – trochę jak w psychoanalizie, do której obaj się odwołują. Nawet podważające ich tezy zjawiska i fakty historyczne stają się dla nich ostatecznie potwierdzeniami problematyczności polskiej kultury i państwowości.
– Według narracji popularnych w debacie publicznej ostatnich 25 lat źródeł naszego zapóźnienia należy doszukiwać się przede wszystkim w okresie PRL i w narzuconym Polsce, niewydolnym ekonomicznie ustroju, jakim był realny socjalizm. W swoich pracach przypomina Pani, że strukturalne przyczyny zacofania polskiej gospodarki leżą głębiej. Jak zdefiniowałaby Pani w tym kontekście rzeczywistą rolę PRL-u? Czy był on po prostu – jak dowodzi w innej szeroko dyskutowanej książce ostatnich lat Adam Leszczyński – kolejną, dostosowaną po prostu do określonych realiów geopolitycznych próbą dokonania w naszym kraju modernizacji i przezwyciężenia peryferyjności? Jak widzi Pani bilans tego projektu? Czy przez 45 lat jego trwania zapóźnienie Polski względem centrów systemu światowego pogłębiło się czy zredukowało?
– Stan i poziom debaty nad tą częścią historii, zarówno w publicystyce, jak i w naukach społecznych, od lat 90., kiedy rzeczywiście prymitywne i ahistoryczne ujęcia problematyki zacofania były na porządku dziennym, bardzo się poprawiły. Dziś chyba już nikogo nie trzeba przekonywać o tym, że PRL-u nie można ocenić jako okresu społeczno-gospodarczego upadku. Oprócz wspomnianej monografii Adama Leszczyńskiego „Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943–1980” do grona prac, które przyczyniły się do tej zmiany można zaliczyć choćby „Odwieczny naród” Michała Łuczewskiego czy publikacje Tomasza Zaryckiego.
Z mojego punktu widzenia PRL była kolejną, nie pierwszą i nie ostatnią w polskiej historii, próbą przezwyciężenia zacofania. Podobnie jak poprzednie okazał się próbą niezbyt udaną. Wydaje mi się, że niespecjalnie owocne jest dziś zastanawianie się, czy PRL była radziecką kolonią, czy też nie. Badania historyczne okresu powojennego – o ile można zaufać ich konkluzjom, mimo że nie są poparte żadnymi sondażami – wskazują, że wprowadzenie zmian kojarzonych z realsocjalizmem miało poparcie większości obywateli. Mam na myśli takie podstawowe rozstrzygnięcia ustrojowe jak reforma rolna (jedna z najważniejszych niezałatwionych spraw II Rzeczpospolitej), upowszechnienie dostępu do edukacji czy zniesienie tytułów i konfiskata majątków arystokratycznych. Były one zarówno wyczekiwane, jak i potrzebnych z punktu widzenia rozwoju kraju.
– Z drugiej strony mówi się o rysach wspólnych reform powojennych po obu stronach żelaznej kurtyny. Zarówno kapitalistyczny Zachód, jak i komunistyczny Wschód wprowadzały w tamtym okresie powszechne usługi publiczne i nie bały się interwencjonizmu państwowego – zarówno tego prorozwojowego, np. w postaci inwestycji w nowoczesny przemysł, jak i prospołecznego, związanego z ograniczaniem nierówności. Zgodnie z tym „ponadblokowym” podejściem należałoby stwierdzić, że z dwóch modeli opartych na istotnej roli państwa, to ten zachodni okazał się skuteczniejszy i bardziej rozwojowy.
– Intuicja historyczno-socjologiczna podpowiada mi, że europejskie welfare state najprawdopodobniej nie rozwinęłoby się w takim stopniu, gdyby nie istniał konkurencyjny model ustrojowy wspierany przez potężny po wojnie ZSRR. Bez tej presji ideologiczno-propagandowej ze strony bloku wschodniego przesunięcie konsensusu politycznego na lewo i wzmocnienie strony pracowniczej w stosunkach pracy na Zachodzie wydaje mi się mało prawdopodobne. Trzeba pamiętać, że model radziecki jawił się w pierwszych powojennych dekadach jako atrakcyjny, a kompromitacje na tle gospodarczym i politycznym były dopiero przed nim. Ale to oczywiście są tylko spekulacje.
– Równie nieumotywowany i ahistoryczny charakter mają jednak sugestie „polonosceptyków”, zwolenników przeprowadzenia ogólnonarodowej psychoanalizy itd., że bez radzieckiej „czapy” nie przeprowadzilibyśmy w Polsce żadnej modernizacji ani prospołecznych reform. Twierdzą tak, mimo że wszystkie ugrupowania Państwa Podziemnego przesunęły się w okresie wojny i okupacji na lewo pod względem programowym, co odzwierciedlają oficjalne dokumenty wydawane przez Radę Jedności Narodowej i poszczególne stronnictwa.
– To prawda, to także są tylko spekulacje. Świadczy to o fakcie, że stosunek do tej kwestii determinują przede wszystkim tożsamości i światopoglądy polityczno-ideowe. To, co jest jasne, to tyle, że PRL miał swoje ciemne strony zarówno na poziomie politycznym (represje, brak podstawowych wolności obywatelskich), jak i społeczno-gospodarczym. Przemiany w ideologii, propagandzie i praktyce politycznej ówczesnych władz, ich stopniowe odchodzenie od marksizmu w stronę różnie pojmowanego pragmatyzmu, stanowią zresztą świadectwo, że same zdawały sobie do pewnego stopnia sprawę z bankructwa pierwotnych założeń.
– A czy wydaje się Pani, że dla sytuacji rozwojowej regionu istotne znaczenie miała geopolityka, tzn. to, w czyjej strefie wpływów poszczególne kraje lądowały lub na jakie ośrodki się orientowały? W polskim przypadku kwestia wydaje się szczególnie istotna w związku z okresem zaborów.
– Pozycja biednego regionu w ramach bardziej rozwiniętego organizmu politycznego niekoniecznie musi być lepsza niż pozycja silnego gospodarczo regionu w ramach mniej rozwiniętego mocarstwa. Na przykład Wielkopolska miała zdecydowanie bardziej rolniczy charakter niż Kongresówka. Chociaż jednocześnie było to rolnictwo nowocześniejsze, bardziej wydajne, chłopi pracowali w lepszych warunkach i obowiązkowo uczęszczali do niemieckich szkół. Znaczna część najważniejszych zakładów przemysłowych, które powstały na ziemiach polskich w drugiej połowie XIX w., znajdowała się na terenach zaboru rosyjskiego. Gęstość sieci kolejowej była największa w zaborze pruskim, ale już ich wykorzystanie przez przemysł było większe w rosyjskim.
– Jakie znaczenie w tym kontekście może mieć w przyszłości fakt, że część naszego regionu przyłączyła się w ostatnim 25-leciu do Unii Europejskiej? Czy integracja ze strukturami europejskimi trwale podzieli region pod względem rozwojowym na „Europę Wschodnią dwóch prędkości”?
– Na wejście krajów regionu do Unii Europejskiej trzeba patrzeć jak na kolejną strategię przezwyciężenia zacofania. Jest to oczywiście projekt zupełnie inny niż realny socjalizm. Upodabnia je do siebie jedynie fakt, że oba są oparte na imitacji pewnego gotowego modelu, a nie wytworzone lokalnie w sposób autonomiczny. Tyle że tym razem przywieziono nam rozwiązania w teczkach bez wsparcia bagnetów i policji politycznej. Oczywiście jest to różnica zasadnicza, ale problem z modelami z importu polega na tym, że niekoniecznie zakorzenione są one w realnych potrzebach tutejszych społeczeństw. Jest za wcześnie, żeby orzec, na ile projekt unijny jest udany z perspektywy jego wschodnioeuropejskich uczestników. Jeśli jednak porównamy dzisiejszą sytuację członków Unii w naszym regionie z krajami, które do Unii nie weszły, to odnosi się wrażenie, że akcesja w każdym niemal przypadku była korzystna.
– A czy dostrzega Pani jakieś negatywne dla krajów naszego regionu skutki uboczne wejścia do Unii lub spodziewa się, że z czasem mogą się one ujawnić?
– Przez ostatnią dekadę zajmowałam się przede wszystkim problematyką międzynarodowych migracji, bo wydaje mi się, że ogniskuje ona w sobie wiele problemów i wiele aspektów globalnych zależności. Od 200 lat migracje stanowią jeden z najbardziej podstawowych i zarazem najpewniejszych wskaźników peryferyjności w ramach świata kapitalistycznego. Ludzie migrują w poszukiwaniu pracy i zarobku z krajów biedniejszych do bogatszych, z peryferyjnych do centralnych. Zdarzają się przypadki odmienne, jak migrujący pracownicy korporacji, którzy są delegowani z centrum do obejmowania stanowisk w krajach peryferyjnych, ale główny strumień migracji to migracje zarobkowe.
Myślę, że migracje są też jedną ze sfer, z którymi wiązać się może sporo napięć i niebezpieczeństwo pojawienia się skutków ubocznych. Migracje, które miały spełniać w europejskim systemie funkcję swego rodzaju wentylu bezpieczeństwa, w praktyce okazują się dla obywateli najmłodszych i zarazem najbiedniejszych państw członkowskich osobną strategią radzenia sobie z peryferyjnością w ramach elitarnego klubu Unii Europejskiej. I jako strategia łatwo okazać się mogą półśrodkiem – swego rodzaju „zapchajdziurą” budżetów domowych i krajowych, prowadzącą jednocześnie do rozpowszechnienia zjawiska pracy poniżej kwalifikacji, problemów demograficznych czy choćby do załamania się systemów emerytalnych, nie przyczyniając się przy tym do długotrwałego rozwoju.
– Jak i na ile Pani zdaniem zmieniła się sytuacja, jeśli chodzi o uznanie i rozpoznanie w głównym nurcie debaty publicznej i naukowej problematyki globalnych zależności czy też podziałów centroperyferyjnych? Wspominała Pani, że monografia „Zrozumieć zacofanie” powstała do pewnego stopnia w kontrze do ducha czasów i atmosfery, jaka panowała wówczas w polskich naukach społecznych.
– Gdy pisałam pierwszy artykuł dotyczący kwestii pozycji Europy Wschodniej wobec Zachodu w połowie lat 90. („Tu, Tam – pomieszanie”; ukazał się w „Studiach Socjologicznych” w 1997 r.), miałam wrażenie, że poruszam się po terenach nierozpoznanych, niemal pustych. W tym czasie ukazały się prace o zbliżonej tematyce, w tym autorstwa wybitnych i znanych socjologów – Jacka Kochanowicza, Jadwigi Staniszkis czy Witolda Morawskiego. Moja koleżanka z tej samej grupy badaczy peryferyjności, Agnieszka Kolasa-Nowak, która bada dyskurs transformacyjny, twierdzi, że autentyczny przełom nastąpił w okolicach połowy pierwszej dekady XXI w. Być może wynikało to z zachodzącej stopniowo zmiany pokoleniowej. Inne wyjaśnienie Kolasy to zmiany świadomości po wejściu do Unii Europejskiej, co oznaczało – także dla socjologów – konfrontację z jej realnością. Europa przestała być wtedy mitycznym tworem i odległym celem. Moja książka wyszła akurat w momencie wejścia do Unii Europejskiej, wiosną 2004 r. Jednak poza środowiskiem naukowym wzbudziła zainteresowanie bodaj wyłącznie w środowiskach radykalnej lewicy, które doceniły poważne (nawet jeśli krytyczne) potraktowanie tezy kolonialnej przez kogoś spoza własnego grona. Wydaje mi się, że prawdziwy przełom w dyskursie publicznym następuje dopiero teraz, w drugiej dekadzie XXI w., wraz z ukazywaniem się wspomnianych książek Sowy, Ledera, Leszczyńskiego czy Łuczewskiego. Cieszy przy tym fakt, że debata o peryferyjności Polski i jej regionu oraz o strategiach jej przezwyciężania wyszła poza nisze tego czy innego obozu politycznego.
– A jak jest z wychodzeniem tej tematyki z niszy akademickiej i przebijaniem się do szerszej publiczności?
– Mam wrażenie, że ten proces również ma miejsce. Patrząc na to odrobinę cynicznie, można by podejrzewać, że ma on związek z faktem, iż problemy społeczne związane z aktualnym etapem rozwoju globalnego kapitalizmu oraz naszej pozycji w tym systemie zaczęły dotykać także wpływowych, opiniotwórczych grup pochodzących z klasy średniej – włącznie z pracownikami mediów, naukowcami, publicystami. Mam tu na myśli zjawiska takie, jak bezrobocie wśród osób z wyższym wykształceniem, problem umów śmieciowych, a ostatnio problemy kredytobiorców. Gdy pisałam „Zrozumieć zacofanie”, te zjawiska były niemal nieobecne. Klasa średnia w powszechnym – a także własnym – mniemaniu była wielką beneficjentką reform rynkowych i czuła, że duch historii jest po jej stronie. A problemy społeczne, określane wdzięcznie mianem „patologii”, miały być niemal wyłączną domeną środowisk robotniczych, chłopskich, PGR-ów i małych miasteczek. Bardzo dobrze pamiętam – i z goryczą wspominam w kontekście obecnej debaty nad pomocą państwa dla zadłużonych we frankach – protesty zadłużonych rolników zorganizowanych przez Leppera. Media im wtedy nie współczuły, mimo że ich sytuacja była bezpośrednią konsekwencją polityki pieniężnej prowadzonej przez państwo. Zgodnie z liberalnymi dogmatami twierdzono, że setki obywateli same są sobie winne, bo gdy się bierze kredyt, to trzeba się liczyć z ryzykiem. Oczywiście ten nieproporcjonalny wpływ klasy średniej na debatę publiczną i politykę to nie jest tylko polska przypadłość. Od kilku lat zajmuję się badaniami nad społeczeństwem amerykańskim i mogę powiedzieć, że tego typu mechanizmy funkcjonują również tam. Jeśli jakiś problem dotyka klasy średniej, wykształconej, mającej dostęp do mediów, będącej w stanie sformułować i wyartykułować w atrakcyjny sposób swoje postulaty, nagłośnić je i wzbudzić współczucie opinii publicznej, wtedy wchodzi on do mainstreamu.
– Krytykuje Pani podejście, które definiuje polskie wyzwania modernizacyjne w kategoriach „doganiania Zachodu”, ale sama używa Pani w swoich pracach pojęcia „zacofanie”, które wydaje się pochodzić z tego samego rejestru, stosowanego niejednokrotnie do uzasadniania z jednej strony imitacji, a z drugiej quasi-kolonialnej interwencji. Dlaczego?
– Rozumiem, że chodzi o to, iż termin „zacofanie” czy „zapóźnienie” kojarzy się z ewolucjonistycznym, liniowym sposobem myślenia o rozwoju: że są jakieś etapy wspólne dla wszystkich społeczeństw, jest przód i tył. Tak rzeczywiście jest, ma prawo tak się ewolucjonistycznie kojarzyć, ale nie mamy lepszego słownika. Wybrałam słowo „zacofanie” na oznaczenie słabości gospodarczej kraju lub regionu i używam go opisowo, bez tej ewolucjonistycznej interpretacji. Zależność, peryferyjność, opóźnienie – to już konkretne interpretacje przyczyn zacofania. Słabość gospodarcza to z kolei pojęcie zbyt szerokie, nie skłaniające do pytań o kontekst systemowy. Choć z grubsza o to po prostu chodzi: zacofanie to względna – wobec centrum – słabość. Pamiętam, że gdy przedstawiałam swoją książkę kolegom z New York University – to byli w większości socjologowie kultury i socjologowie edukacji – w dyskusji pojawiło się skojarzenie, które mnie dotknęło: Aha, zacofanie, rozumiemy, to coś jak „kultura biedy”. „Kultura biedy” jest zaś określeniem, którego używa się w amerykańskim dyskursie publicznym do wyjaśniania nędzy Portorykańczyków czy Afro-Amerykanów w sposób, który zakłada winę, a przynajmniej pewną wrodzoną niezdolność tych nędzarzy do bycia kimś innym. Uświadomiłam sobie wtedy, że mówienie na Zachodzie o wschodnioeuropejskim zacofaniu może mieć inne implikacje niż u nas.
Co możemy powiedzieć, nie brnąc w żargon, jakich słów użyć, żeby diagnoza sytuacji była dla nas jednocześnie mobilizująca do rozwoju, żeby nie wpędzała nas w kompleksy, a Zachodu nie utwierdzała w jego stereotypach na nasz temat? Możemy z tych dylematów wybrnąć tylko nazywając rzecz po imieniu. Lubię używać w tym kontekście anegdoty ze świata sztuki: polski reżyser teatralny, Cezary Tomaszewski, wystawił w 2009 r. w Wiedniu sztukę opartą na operetce „Wesoła wdówka” Franza Lehara. W rolach głównych obsadził cztery polskie sprzątaczki, naturszczyczki, choć niektóre miały za sobą studia wyższe. W finale sztuki ubrał je w futra z norek – wbrew rekomendacji ambasady RP, sponsorującej przedstawienie. W Wiedniu panował bowiem stereotyp na temat polskich sprzątaczek, jakoby przeznaczały swoje pierwsze zaoszczędzone pieniądze na futra. Wydaje mi się, że jako socjologowie z kraju peryferyjnego też musimy te metaforyczne norki założyć, mówić o naszych krajach poprzez doświadczenia sprzątaczek, a nie ukrywać się za poezją Miłosza i muzyką Pendereckiego. To muszą robić politycy i dyplomaci.
– A jak zmieniał się w ostatnich dekadach obraz Europy Wschodniej na Zachodzie? Na ile kwestia jej peryferyjności była tam zauważana?
– W światowych naukach społecznych teza o kolonialnym charakterze relacji naszego regionu z Zachodem ma się bardzo dobrze, jeśli nie jest wręcz dominująca. Podejście kolonialne było tam poważnie traktowane nawet w latach 90., gdy tak trudno było przekonać do niego polskich kolegów i koleżanki, przebić się z nim na uczelniach i w mediach. Pamiętam, jakie wrażenie robiły na mnie reakcje zachodnich odbiorców na moje referaty, gdy okazywało się, że rzeczy niezwykle kontrowersyjne w polskim kontekście, są np. w USA trochę wyważaniem otwartych drzwi. Dla tamtejszych nauk historycznych jednym z podstawowych punktów odniesienia w myśleniu o naszym regionie był i pozostaje do dziś Witold Kula. Na konferencjach i stypendiach na Zachodzie zorientowałam się, że to, co dla europejskich badaczy jest w Europie Wschodniej najbardziej interesujące, to skutki liberalnych reform dla struktury tutejszych społeczeństw – powstanie miejskiej podklasy, problem strukturalnego bezrobocia czy sytuacja w byłych PGR-ach. Czyli dokładnie te sprawy, od których polska socjologia uciekała.
– Dziękuję za rozmowę.
przez Marceli Sommer | środa 6 maja 2015 | Wiosna 2015, Wywiad - kwartalnik
– Ma Pan dość niezwykły życiorys: syn uciekinierów z Polski czasów wojennych i ważna postać brazylijskiego życia publicznego, znawca myśli Oskara Langego i Michała Kaleckiego i lewicowy partyzant o pseudonimie Jamil, dowódca i główny ideolog Ludowej Awangardy Rewolucyjnej w czasach rządów wojskowej junty, powszechnie szanowany profesor ekonomii, jeden z doradców prezydenta Luli da Silvy… Jak stał się Pan rewolucjonistą? Czy to była kwestia idei czy charakteru i usposobienia? I dlaczego z czasem przestał Pan nim być, przesuwając się na pozycje reformistyczne?
– Prof. Ladislau Dowbor: Działalność wywrotowa, rewolucyjna, to nie był wybór podyktowany ideologią. Zadecydowało połączenie wielu czynników: wartości przekazywanych mi przez rodzinę, wstrząsającej biedy i nierówności, z jakimi zetknąłem się w Recife, gdzie zamieszkałem po przybyciu do Brazylii… Przystąpienie do partyzantki było w tamtym czasie w Brazylii jedynym sposobem wyrażenia sprzeciwu wobec władzy junty, jako że wszelka pokojowa działalność opozycyjna – czy to polityczna, czy związkowa – była brutalnie tępiona, a morderstwa działaczy i tortury były na porządku dziennym. Jako że charakter naszej dyktatury był charakterystyczny dla Ameryki Łacińskiej i par excellence prawicowy – generałów wspierali bowiem lokalni oligarchowie, wielki międzynarodowy kapitał i Stany Zjednoczone – to odruch opozycyjny w naturalny sposób przybierał raczej lewicową formę. Podjęliśmy więc walkę zbrojną, która poniosła miażdżącą klęskę w obliczu przeważających sił wojska i policji politycznej. Sam byłem dwukrotnie więziony i torturowany, za drugim razem wyszedłem z trudem, wymieniony na porwanego przez współtowarzyszy ambasadora Niemiec. Wtedy czułem już, że nasza walka nie ma perspektyw, a jej koszty są zbyt duże. Z więzienia przewieziono mnie do samolotu i wysłano do Algierii. Jakiś czas zabiegałem o kontakt z organizacją, czułem jednak, że sprawa jest coraz bardziej beznadziejna. W końcu zdecydowałem się na wyjazd do Europy na studia. Byłem w Szwajcarii na studiach dla bankierów, później na warszawskim SGPiS-ie, zrobiłem doktorat. Kiedy trafiłem do kraju w połowie lat 80., po tym jak junta oddała władzę, w naturalny sposób wróciłem do pracy na uniwersytecie.
– Czyli w momencie, gdy dyktatura przestała istnieć, rewolucyjne metody przestały mieć dla Pana rację bytu?
– Zgadza się. Byłem rewolucjonistą w czasach dyktatury, ale nie widziałem powodów, żeby nim pozostawać w systemie demokratycznym. Pojawiło się bowiem bardzo wiele innych możliwości działania politycznego. Można było zakładać partie polityczne, związki zawodowe, uprawiać pracę organiczną, uczyć na uniwersytecie w sposób nieskrępowany. Jacyś rewolucjoniści jeszcze się w Brazylii ostali, ale zdecydowana większość dawnych partyzantów wolała w nowych warunkach działać metodami pokojowymi. Oprócz czynnika, jakim była dyktatura, trzeba pamiętać też o tym, że nasza walka przypadła na szczególny okres, lata 60. i 70. – czas wojny w Wietnamie, maja ’68 i rozkwitu rewolucyjnych ruchów narodowowyzwoleńczych i lewicowych na całym świecie, zwłaszcza w Ameryce Południowej i Afryce. To był taki czas. Ludzie, którzy nie chcieli albo nie potrafili podporządkować się uciskowi i represjom, którzy próbowali coś we własnych krajach, na miarę swoich możliwości, zmienić, w naturalny sposób odwoływali się do symboliki i metod rewolucyjnych. Jeśli przyjrzymy się obecnej scenie politycznej czy organizacjom pozarządowym, to zobaczymy, że niemało aktywnych dziś ludzi i środowisk zaczynało działalność w strukturach opozycyjnych czasów dyktatury. Dotyczy to także samego Luli, który działał w ruchu związkowym, oraz jego następczyni, Dilmy Rousseff, która podobnie jak ja walczyła w partyzantce. A cele pozostają wciąż te same: demokratyzacja rządów i gospodarki, zmniejszenie nierówności społecznych oraz ochrona środowiska naturalnego.
– Czy wierzy Pan w demokratyczny socjalizm? A może uznaje się Pan dziś za pragmatyka niezwiązanego z żadną ideologią?
– Na pewno czuję się związany z demokratycznym socjalizmem, uważam, że to zasadniczo jest dobre podejście. Chociaż wolę dziś używać nieco konkretniejszego pojęcia demokracji ekonomicznej. Wiąże się to z przekonaniem, że w dzisiejszych realiach do osiągnięcia pełnej demokracji nie wystarczy głosowanie raz na cztery lata. Cały system międzynarodowy, który ma gigantyczny wpływ na nasze życie, pozostaje wówczas nieuregulowany. Wielkie koncerny czy banki dysponują środkami, dzięki którym mogą wpływać na przebieg i wyniki wyborów, zniekształcając wolę narodów. Mamy więc przed sobą wielkie wyzwania. Potrzebujemy nowego ładu i nowych instytucji, które będą chronić i poszerzać sferę demokracji. Potrzebujemy mediów, które będą rzetelnie informować, oraz nowych form podejmowania i konsultowania decyzji dotyczących wspólnie wypracowywanych zasobów, które będą gwarantować zaspokajanie najbardziej palących potrzeb społecznych.
– Jest Pan najbardziej znany z doradzania Luli, prezydentowi, który w ogromnej mierze przesądził o kształcie współczesnej Brazylii, ale doradzał Pan wielu rządom państw rozwijających się, politykom europejskim, był Pan ekspertem przy ONZ. Jak to się stało, że w latach 80. i 90., a więc czasie największych triumfów ideologii rynku, udało się Panu przebić do mainstreamu z ideami tak „heretyckimi” jak np. regulacje działań międzynarodowego kapitału?
– Pracowałem w tym czasie przede wszystkim w krajach afrykańskich, jak Angola, Gwinea-Bissau, Republika Zielonego Przylądka czy RPA po przejęciu władzy przez Mandelę. Były to kraje specyficzne, o nieortodoksyjnym i postępowym spojrzeniu na różne kwestie. Zaprosili mnie do siebie, za pośrednictwem ONZ-u, także np. sandiniści z Nikaragui. Moimi atutami była znajomość języków, zainteresowania związane z ekonomią rozwoju, ale także pragmatyzm – przekonanie, że to lokalne uwarunkowania i potrzeby, a nie przyjęty z góry abstrakcyjny model, muszą mieć decydujący wpływ na wybór rozwiązań. Podobne otwarte podejście przyjąłem już w Brazylii.
– A czy interesował się Pan w tym okresie przemianami, do jakich dochodziło w Europie Wschodniej? A jeśli tak, to czy myśli Pan, że była tu możliwa inna droga, inny model transformacji?
– Na początku lat 70. wyszedłem z więzienia i wkrótce potem przyjechałem do Polski studiować. Razem ze mną przyjechała moja żona, Fatima. W Warszawie, w szpitalu przy ul. Madalińskiego, urodził się mój pierwszy syn. Obserwowaliśmy, jak bardzo Polacy są niechętni systemowi, jak bardzo narzekają, ale przyznam, że nie bardzo wtedy rozumieliśmy dlaczego. Nie rozumieliśmy gloryfikowania Zachodu, wyobrażenia, że po tamtej stronie żelaznej kurtyny jest jakiś raj na ziemi. Z kolei Polacy często nie rozumieli nas i doświadczeń ludzi, którzy zaznali życia w biedniejszej, mniej demokratycznej części tego „raju”. Dla nas kapitalizm to był system, który ojca Fatimy skazał na więzienie za to, że uczył biednych czytać i pisać, a socjalizm to było to, o co walczyliśmy. Ale Polakom socjalizm kojarzył się z niesprawiedliwością i opresją. Spędziliśmy w Polsce trzy lata, podczas których bardzo uważnie śledziłem tutejszą politykę i rozmaite rozwiązania systemowe. I np. do dziś uważam, że opieka zdrowotna była w PRL-u naprawdę przyzwoicie zorganizowana, że był niemal powszechny dostęp do kultury (w tym kultury wysokiej), że szkolnictwo wyższe i nauka były na bardzo dobrym poziomie. O wielu rozwiązaniach z tych obszarów dyskutowaliśmy potem w Brazylii, a nierzadko się nimi inspirowaliśmy – choćby programami profilaktyki medycznej.
– Czy po wyjeździe z Polski obserwował Pan jeszcze Europę Wschodnią? Jak reagował Pan na rozwój wypadków: powstanie opozycji demokratycznej, a potem „Solidarności”, wprowadzenie stanu wojennego i wreszcie, na przełomie lat 80. i 90. neoliberalną terapię szokową?
– Uważałem, że Polska potrzebuje z całą pewnością reform, zarówno gospodarczych, jak i politycznych: uwolnienia przedsiębiorczości, ograniczenia biurokracji, poszerzenia praw obywatelskich. Ale nie sądziłem, że cały system, cały dorobek PRL nadaje się tylko do wyrzucenia na śmietnik. I chyba dalszy rozwój wydarzeń przyznał mi rację. Przed kilkoma dniami ukazał się świetny artykuł Amartyi Sena, w którym pokazuje on, jak zbawienne skutki społeczne i ekonomiczne ma powszechny i bezpłatny dostęp do służby zdrowia. Istnieją oczywiście sfery, którym służy konkurencja rynkowa. W zdrowej gospodarce jest miejsce zarówno dla sektora publicznego czy spółdzielczego, jak i prywatnego. Rzecz w tym, żeby nie traktować wszystkich obszarów życia społecznego i gospodarczego jedną ideologiczną sztancą, do czego tendencję miał zarówno fundamentalizm typu sowieckiego, jak i „eksperci” rodem ze szkoły chicagowskiej. Istnieją sfery, takie jak edukacja, zdrowie, bezpieczeństwo czy komunikacja, które powinny pozostać pod kontrolą publiczną. Nie ma natomiast najmniejszej potrzeby, żeby to samo dotyczyło produkcji ubrań, otwarcia baru, piekarni czy zakładu fryzjerskiego.
– Pytanie jednak, czy w tamtym konkretnym momencie historycznym w reformującej się Europie Wschodniej możliwe było do przyjęcia takie zdroworozsądkowe podejście. W polskiej debacie na ten temat, także wśród części komentatorów o lewicujących poglądach, powszechne jest przekonanie, że slogan Margaret Thatcher „There is no alternative”, nawet jeśli niesłuszny, był prawdziwy w odniesieniu do warunków, w jakich znalazł się nasz region, że presja lobby konsensusu waszyngtońskiego była zbyt silna, by się jej przeciwstawić, a nastroje społeczne sprzyjały terapii szokowej.
– Jestem przekonany, że alternatywa istniała i istnieje niezależnie od tych okoliczności. Uczyłem się ekonomii w Polsce i w Szwajcarii, a potem projektowałem i obserwowałem z bliska realizację różnego typu reform – w krajach socjalistycznych i kapitalistycznych, bogatszych i biedniejszych. Dzięki temu zrozumiałem, że można przeprowadzać mądre zmiany niezależnie od okoliczności. Jeśli oparcie się wyjątkowo silnej presji międzynarodowego kapitału i instytucji finansowych było możliwe w wielu krajach Afryki czy Ameryki Łacińskiej, to nie widzę powodu, żeby nie dało się pomyśleć w Europie Wschodniej.
– Czy zgadza się Pan z poglądem, że konsensus międzynarodowy przesuwa się obecnie na lewo? Czy o czymś świadczy np. fakt, że tacy ludzie, jak Jeffrey Sachs czy George Soros, którzy eksportowali neoliberalne rozwiązania do świata postkomunistycznego, albo instytucje takie jak Bank Światowy deklarują dziś zaniepokojenie problemem światowych nierówności i rewidują część dawniejszych dogmatów? Czy też mamy do czynienia jedynie z pewną zmianą retoryki, która w praktyce łączyć się będzie z zabiegami, by zmieniło się jak najmniej?
– Jako uczestnik różnego rodzaju międzynarodowych debat i konferencji ostatnich dekad, poczynając od Szczytu Ziemi, który odbył się w 1992 r. w Rio de Janeiro, mam wrażenie, że rzeczywiście tworzy się nowy konsensus. Mamy do czynienia z dwoma ogromnymi problemami o globalnym charakterze, których nie sposób ignorować. Po pierwsze: nierówności społeczne. Niedawno ukazał się raport Oxfamu na ten temat, który w sposób wiarygodny wykazuje, że 80 najbogatszych dysponuje dziś większym majątkiem niż cała biedniejsza połowa świata, 3,5 mld ludzi. A trend jest wciąż negatywny. I wszyscy, niezależnie od ideologii, zdają sobie sprawę, że system, który prowadzi do tak głębokich nierówności, jest nie do utrzymania, że on zmierza do samozagłady. 800 mln ludzi głoduje, z czego 200 mln to dzieci. 1,3 mld ludzi nie ma dostępu do elektryczności. Potrzebujemy odwołać się do doświadczenia 30-lecia powojennego, kiedy szybki rozwój łączył się z niwelowaniem nierówności i włączaniem mas ludzi do systemu. Dziś konieczne jest zrealizowanie tego typu przedsięwzięcia w skali globalnej.
– A drugi problem?
– Degradacja środowiska. Wymierają kolejne gatunki, szczególnie dramatyczna jest sytuacja oceanów. Warto zwrócić uwagę na wstrząsające dane zgromadzone w ostatnim raporcie WWF: od roku 1970 do 2010 poziom bioróżnorodności na naszej planecie spadł o ponad 50 proc.! Co roku tracimy ponadto ok. 70 tys. kilometrów kwadratowych żyznej ziemi. Wycinamy lasy równikowe w Indonezji, w Afryce, u nas w Brazylii. Problemy społeczne i ekologiczne nakładają się na siebie. Nie możemy zapewnić trwałego i zrównoważonego rozwoju, jeśli połowa ludzkości nie będzie miała zasobów umożliwiających dostęp do podstawowych dóbr i usług. Nie mamy jeszcze na te zjawiska łatwych odpowiedzi, ale wiemy, że nie możemy się im dłużej przyglądać bezczynnie.
Niedawno ukazał się raport UNEP-u (Program Środowiskowy ONZ), według którego łączna wartość światowych rynków finansowych wynosi ponad 300 bln dolarów, podczas gdy wartość wypracowywana przez całą ludzkość w ciągu roku to nieco ponad 70 bln. Takiej skali sumami obraca to globalne kasyno w czasie, w którym potrzebujemy tych zasobów – bardziej niż kiedykolwiek – żeby zasypać gigantyczne dysproporcje w rozwoju i stanie posiadania między ludźmi i narodami oraz inwestować w nowe technologie, które pozwolą powstrzymać degradację środowiska. Jednocześnie, za sprawą rozwoju mediów, coraz większa jest świadomość nierówności w tej biedniejszej części świata. Ludzie żyjący w nędzy odczuwają swoje położenie bardziej dotkliwie niż kiedykolwiek oraz czują, że mają prawo żądać zmian, walczyć o lepszą jakość życia, której im się odmawia. Z drugiej strony świadomość rośnie także po stronie beneficjentów obecnego ładu. Świadectwem może być tu fakt, że wspomniany już raport Oxfamu o nierównościach ma zostać oficjalnie zaprezentowany na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos. Jeszcze kilka lat temu podobne diagnozy można było usłyszeć co najwyżej w Porto Alegre… System pęka na całym świecie – tzw. arabska wiosna i inne masowe wystąpienia ostatnich lat, a z drugiej strony np. światowy terroryzm, to tylko jedne z bardzo wielu symptomów tego procesu. Amerykanie określają go mianem slow-motion catastrophe, katastrofą w zwolnionym tempie. Jasne jest, że próby izolowania świata zachodniego od tej katastrofy, symbolizowane przez mury graniczne między USA a Meksykiem czy Izraelem a Palestyną albo przez działania europejskiego Fronteksu w basenie Morza Śródziemnego, na dłuższą metę nie stanowią żadnej odpowiedzi i skazane są na porażkę. Musimy podjąć wspólny wysiłek na rzecz zmiany dotychczasowego modelu rozwoju.
– A czy ten nowy model przyjdzie według Pana właśnie od góry – ze strony organizacji międzynarodowych, w wyniku zmiany konsensusu w świecie naukowym i politycznym – czy może od dołu, od nowych ruchów społecznych?
– W jednym z artykułów, który napisałem wspólnie z francuskim ekonomistą polskiego pochodzenia Ignacym Sachsem i Carlosem Lopesem, dyrektorem Instytutu ONZ ds. Badań i Szkoleń, zwracamy uwagę na fakt, że dalsze pogłębianie się kryzysu jest dziś niebezpieczne dla wszystkich, od świata finansów poczynając, na obywatelach krajów Globalnego Południa kończąc. Świat międzynarodowej polityki jest podzielony i chaotyczny, brakuje mu narzędzi do rozwiązywania problemów o charakterze globalnym. Jak mówią politolodzy, mamy tu do czynienia z luką w systemie zarządzania (governance gap). Za rozwiązywanie problemów globalnych próbują się brać różnorakie gremia reprezentujące najbogatszych i najbardziej wpływowych, w rodzaju G8 czy G20. Ale z problemami naprawdę globalnymi, o których tu mówię, nie uporamy się, dopóki nie dojdzie do ustaleń w gronie G193 i dopóki nie stworzymy narzędzi do skutecznego wdrażania tych ustaleń. Jednocześnie ludzie, których dotykają te problemy albo ich konsekwencje, coraz silniej reagują na nie oddolnie, ponieważ widzą, że nie mają wpływu ani na swoją własną sytuację, ani na podejmowane „na górze” ustalenia dotyczące przyszłości świata. „Na górze” pojawiają się jednak nowe tendencje, które wychodzą naprzeciw oczekiwaniom wyrażanym przez nowe ruchy społeczne. Bardzo wyraźne jest to chociażby w świecie nauk ekonomicznych – zaczęło się od jednostek, takich jak Joseph Stiglitz, Paul Krugman czy Thomas Piketty. Dziś na całym świecie mnożą się wpływowe środowiska i instytucje: we Francji Alternatives Économiques, w Wielkiej Brytanii New Economics Foundation, w Stanach Real World Economics, w Indiach prężne środowisko tworzy wokół siebie Deepak Nayyar. I między tymi przemianami świadomości „na górze” i „na dole” wytwarza się z czasem synergia.
– Wielu przeciwników nieskrępowanego kapitalizmu wypatrujących „innej polityki”, która mogłaby zainspirować zmiany na całym świecie, z nadzieją spogląda na Brazylię. Ten największy kraj Ameryki Łacińskiej za pomocą mądrze zaprojektowanych programów społecznych w ostatniej dekadzie włączył do życia gospodarczego i politycznego miliony wykluczonych obywateli, pokazując, że zrównoważony rozwój nie jest tylko sloganem. Czym tłumaczy Pan wyjątkowy na tle wielu innych prób prowadzenia alternatywnej polityki gospodarczej sukces Brazylii pod rządami Luli?
– Źródłem skuteczności Luli była jego ostrożność. Od początku wiedział, że jeśli chce dokonać prawdziwej zmiany, a nie tylko zostać kolejną kultową figurą romantycznego rewolucjonisty, nie może rzucać się do realizacji wszystkich swoich celów na raz. Prawica i stojące za nią grupy interesu były i pozostają bowiem silne – mają znaczące wpływy w parlamencie, decydujące w regionach i w sądownictwie. Pod kontrolą oligarchii pozostają najważniejsze media. Brazylijska lewica pamięta też o doświadczeniach 1964 r., kiedy to prezydent João Goulart usiłował przeprowadzić reformę rolną oraz podwyższenie płacy minimalnej – i przypłacił to wojskowym zamachem stanu. Dlatego zarówno Lula, jak i jego następczyni Dilma, przyjęli strategię „pozycyjną”. Utrzymują tyle przywilejów brazylijskiej elity finansowej, ile muszą, aby przeprowadzać najgłębsze zmiany, na jakie w danym momencie mogą sobie pozwolić. Dobrą ilustracją tego sposobu działania jest brazylijskie powiedzenie: żeby przeprowadzić bydło przez rzekę, trzeba zabić kilka krów i dać piraniom na pożarcie. Wtedy wszystkie piranie rzucają się na zabite krowy i reszta stada może bezpiecznie przejść na drugą stronę. Naszej oligarchii trzeba było dać dość dużo, żeby pozwoliła na reformy. Bilans pierwszej kadencji rządów Luli to było 5 proc. wzrostu dochodów najbogatszych i 10 proc. – najbiedniejszych. Gdy wziąć pod uwagę wyjściową stopę życiową tych ostatnich, nie był to może jeszcze do końca ten zrównoważony rozwój, o jakim Lula marzył, ale najważniejsze, że dysproporcja malała, postęp był rzeczywisty, a jednocześnie oligarchia wciąż zarabiała, więc nie mogła zanadto narzekać.
Drugą rzeczą, która pomogła nam w osiągnięciu sukcesu, było uświadomienie sobie prostego faktu, że zmiana sytuacji najbiedniejszych to nie jest wcale kwestia niebotycznych pieniędzy. Bo o ile komuś, kto zarabia 20 tys. dolarów, dodatkowe 3 tys. nie zrobią wielkiej różnicy, o tyle dla kogoś, kto miesięcznie ma 200 dolarów, kolejne 200 oznacza ogromną poprawę jakości życia. Dzieci w tej rodzinie będą się lepiej odżywiać i lepiej uczyć, a w odleglejszej przyszłości ta biedniejsza część nowej generacji będzie bardziej produktywna. Nie mówimy tu o jakichś szaleństwach ideologicznych – to są naprawdę kwestie elementarnego rozsądku.
– W związku z tym, co powiedział Pan o chwiejnej w gruncie rzeczy pozycji lewicowej władzy w systemie, rodzi się pytanie: na ile trwałe są zdobycze rządów Luli i Dilmy, a na ile mogą być w kolejnych kadencjach łatwo cofnięte?
– Sytuację polityczną w Brazylii należałoby określić mianem chwiejnej równowagi między prawicą a lewicą. To, co dla nas szczególnie niepokojące, to coraz bliższe kontakty prawicowej inteligencji młodego pokolenia z czterema oligarchicznymi „familiami”, które kontrolują w Brazylii najważniejsze kanały telewizyjne (organizacyjną bazą ich zbliżenia jest m.in. potężny think tank Instituto Millenium). Stąpamy po cienkim lodzie. Do tej pory koncentrowaliśmy się na reformach, które dla prawicy i wielkiego biznesu były neutralne albo wręcz pozytywne, a to oznacza, że największe wyzwania są jeszcze przed nami. Na przykład doprowadzenie elektryczności do 2 mln gospodarstw domowych, które były od niej odcięte, to wielki sukces z perspektywy równościowej, ale jednocześnie dla wielkiego biznesu oznacza to zysk, bo na rynku pojawiają się nowi konsumenci, którzy kupują różnego rodzaju sprzęt. W tym samym czasie niezmieniony pozostaje np. de facto degresywny system podatkowy. Pilnej racjonalizacji wymaga też skartelizowany system finansowy. Zaciągnięcie debetu wiąże się dziś np. z odsetkami wysokości 180 proc. Jeśli nawet minimalnie przekroczę swój limit kupując coś przy pomocy karty kredytowej, bank może nałożyć na mój dług oprocentowanie na poziomie kilkuset proc. Trzecią reformą, którą trzeba przeprowadzić, a wobec której prawica stawiać będzie gigantyczny opór, jest reforma prawa wyborczego. W roku 1997 poprzednik Luli, prezydent Cardoso, wprowadził zapisy umożliwiające bezpośrednie finansowanie kampanii wyborczych przez prywatne przedsiębiorstwa. I w efekcie nasz parlamentaryzm jest doszczętnie skorumpowany – nie ma dziś w zasadzie deputowanego, który nie byłby wynajęty przez którąś z wielkich grup finansowych, koncernów rolnych lub firm deweloperskich. Nie ma autentycznej reprezentacji obywateli, a bez tego nie może się utrzymać żaden system demokratyczny. Tego samego doświadczają Amerykanie, u których kilka lat temu wprowadzono podobne prawo. Moi amerykańscy przyjaciele śmieją się, że ten system daje nam the best government money can buy, najlepszy rząd, jaki można kupić. Napięcie polityczne w Brazylii będzie w najbliższym czasie rosło, bo po stronie lewicy rośnie determinacja, żeby przejść do etapu przeprowadzania zmian strukturalnych. A reakcja prawicy na próby naruszenia któregoś z elementów status quo będzie z całą pewnością bardzo stanowcza. Myślę, że dojdzie do próby impeachmentu Dilmy.
– Sądzi Pan, że obóz prezydencki jest wciąż za słaby, by dokonać trwałych, strukturalnych zmian?
– Siły są skromne. Ale mam nadzieję, że się uda. Jednym z kluczy do sukcesu byłyby demokratyzacja i decentralizacja systemu komunikacji i mediów. Obecny układ, w którym kluczowe media są pod kontrolą czterech rodzin, jest według mnie nie do utrzymania na dłuższą metę. Każdy stan Brazylii powinien dysponować własnymi mediami regionalnymi, co jest wskazane nie tylko ze względu na pragmatykę polityczną, ale też na fakt, że Brazylia jest krajem nie tylko bardzo dużym, ale także znacznie zróżnicowanym społecznie i kulturowo. Ale są też pozytywne czynniki, przede wszystkim poczucie, że nie jesteśmy sami, bo do zmian dochodzi w całym regionie – od Wenezueli, przez Boliwię, po Chile, Argentynę i Urugwaj – w każdym kraju na miarę jego możliwości i potrzeb. Odczuwamy, że w jakimś sensie historia jest po naszej stronie – bo jak inaczej wytłumaczyć drugą wygraną Dilmy pomimo negatywnej kampanii, rozpętanej w mediach na naprawdę ogromną skalę? Myślę, że prawica, pozwalając nam na wprowadzenie wielkich programów walki z biedą, takich jak Fome Zero (Zero głodu), nie wzięła pod uwagę ich konsekwencji politycznych. Ludzie dzięki nim wrócili do normalnego życia społecznego i gospodarczego, stali się również aktywnymi obywatelami i wyborcami, którzy są odporni na propagandę, bo po prostu czują, że dzięki nam żyje im się lepiej. Ci ludzie okazali się poważną siłą polityczną i razem z ruchem związkowym (przede wszystkim największą centralą Central Única dos Trabalhadores, reprezentującą 7,5 mln pracowników), pozostają wierni Partii Pracujących, mimo że nie są z nią dobrze skomunikowani ani w żaden sposób zorganizowani. Niektóre zmiany są więc trwałe. Od roku 1991 do 2010 średnia długość życia Brazylijczyków wzrosła o 10 lat, a pod względem wskaźnika rozwoju społecznego (HDI) wyciągnęliśmy przeszło 80 proc. naszych gmin z głębokiej biedy.
– Brazylia w odpowiednim momencie udowodniła światu, że rządy społecznej lewicy i niwelowanie nierówności mogą iść w parze z szybkim rozwojem gospodarczym, poprawą w dziedzinie finansów państwa (za rządów Luli Brazylia z dłużnika stała się pożyczkodawcą) oraz wzrostem pozycji międzynarodowej.
– Najważniejsze zasady, na jakich się oparliśmy, zawarto później w rekomendacjach CEPAL – Komisji Gospodarczej ONZ ds. Ameryki Łacińskiej i Karaibów – w dokumencie zatytułowanym „Czas równości”. Ten 200-stronicowy dokument zawiera kilka prostych, acz istotnych konstatacji, takich jak ta, że wydatki na ochronę zdrowia są wydatkami inwestycyjnymi. Podobnie jest z wydatkami socjalnymi, które wyprowadzają ludzi z nędzy. Szczególnie kiedy mamy do czynienia ze światowym kryzysem, który uderza w zyski z produkcji na eksport, wzmocnienie popytu wewnętrznego stanowi jeden z ważnych sposobów na ustabilizowanie gospodarki. Z drugiej strony państwo, dzięki silnemu systemowi bankowemu, zagwarantowało eksporterom kredyty w rodzimej walucie, dzięki czemu mogli oni utrzymać działalność. Przyjęliśmy pragmatyczną zasadę, że pomagamy tym, którzy naprawdę na kryzysie cierpią.
– Rządy Partii Pracujących bywają jednak w ostatnich latach coraz częściej krytykowane także z lewej strony. W 2013 r. odbyły się w brazylijskich miastach wielkie protesty, podczas których domagano się powstrzymania podwyżek biletów komunikacji i szeroko pojętej komercjalizacji przestrzeni publicznej, sprzeciwiano się korupcji władzy i brutalności policji. Niektórzy określali je mianem „brazylijskiej wiosny”. Konflikty wybuchały także na linii rząd – ruch ekologiczny, m.in. w związku z budową wielkiej tamy na Amazonce. Czy coraz bardziej napięte stosunki partii władzy z jej naturalnym zapleczem nie świadczą o jej wypaleniu?
– To za czasów Luli minister środowiska zyskał w rządzie silną pozycję i nie był postacią przypadkową ani reprezentantem lobby rolniczego, jak to bywało wcześniej. Jako rząd podeszliśmy do tych problemów bardzo poważnie. Przez negocjacje i nacisk na największych nabywców drewna z Brazylii, takich jak Ikea, udało się doprowadzić do radykalnego ograniczenia wyrębu puszczy – z 28 tys. kilometrów kwadratowych wycinanych w 2002 r. do ok. 4 tys. w roku minionym. Na JDF, jednym z największych koncernów mięsnych na świecie, udało się wymóc politykę niekupowania mięsa pozyskiwanego od bydła hodowanego na pastwiskach powstałych wskutek wyrębu. Jeśli chodzi o konflikt dotyczący zapory na Amazonce, należy wyjaśnić, że mówimy tu o zatopieniu 450 kilometrów kwadratowych puszczy. Na tym terenie mieszkają Indianie, którzy będą zmuszeni do przenosin i to będzie dla nich wielka tragedia. Ale kiedy ekolodzy twierdzą, że „tama zniszczy bezpowrotnie bagniska Amazonki”, to jest to absurdalne, bo mówimy o zalaniu przestrzeni 20 na 20 kilometrów nad rzeką, która liczy sobie tysiące kilometrów długości. O wiele większym problemem są te 4 tys. kilometrów kwadratowych puszczy, które są wciąż wyrąbywane każdego roku, na których to terytoriach też mieszkają zresztą Indianie. Ponieważ jednak są to grunty prywatne, to się o tym nie mówi. Co innego marginalne zniszczenia, które są wynikiem inicjatywy rządowej, mającej na celu pozyskanie czystej, odnawialnej energii elektrycznej.
Przyznam jednak, że problem „zużycia się władzy” istnieje. Partie polityczne w ogóle przestały nadążać za dynamiką głębokich zmian społecznych, jakie się obecnie dokonują. Dlatego zaskakują je ich symptomy, takie jak wspomniane protesty roku 2013, kiedy na ulice brazylijskich miast wyszły miliony ludzi, za którymi nie stała żadna wielka organizacja. Dynamikę naszej sytuacji dobrze podsumowują następujące słowa hiszpańskiego filozofa José Ortegi y Gasseta: Nie wiemy, co się dzieje. I właśnie to się dzieje. Musimy z pokorą podchodzić do tych nowych zjawisk społecznych i spontanicznych przemian.
– Jaką rolę w projekcie polityczno-rozwojowym, który stworzyli Lula i Dilma, odgrywa dyplomacja? Trudno chyba nie zauważyć, że dla wzrostu znaczenia Brazylii w światowej polityce istotne było pojawienie się nieformalnego porozumienia „mocarstw wschodzących” BRICS, działających na rzecz „ładu wielobiegunowego”.
– Gdy Partia Pracujących dochodziła do władzy, handel z USA stanowił ok. 50 proc. naszej wymiany zagranicznej. Dziś to już tylko 25 proc. Kolejne 25 proc. to handel z Europą, a reszta jest rozproszona między Chiny, Indie, kraje afrykańskie i – w rosnącej mierze – partnerów z Ameryki Łacińskiej. Słowem, doszło do daleko idącej dywersyfikacji. Ponadto relacje z państwami BRICS pozwoliły na znaczne wzmocnienie pozycji Brazylii jako eksportera, dzięki czemu pozbyliśmy się deficytu handlowego. Jesteśmy dziś pożyczkodawcą Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a nie na odwrót – i jest to chyba najbliższa niezależności sytuacja, jaką można sobie wyobrazić w zglobalizowanym, współzależnym świecie. Ważnym projektem BRICS, który pokaże, czy grupa ta może stanowić coś więcej niż forum współpracy, będzie powstający właśnie Nowy Bank Rozwoju, pomyślany jako alternatywa dla zdominowanych przez USA Banku Światowego i MFW. Ale podkreślam, że jest jeszcze drugi ważny wymiar naszej dyplomacji – integracja i współpraca państw Ameryki Południowej. Potrzebujemy wspólnego silnego głosu na arenie międzynarodowej. W kręgach brazylijskiej elity finansowej wciąż pokutuje przekonanie, że powinniśmy się jednoczyć tylko z USA, bo USA to raj. My tymczasem uważamy, że naszym celem jest suwerenność, a bronią solidarność – południowoamerykańska i transkontynentalna.
– Czy wobec tego za polityką międzynarodową Brazylii stoi jakiś pozytywny projekt przyszłego porządku światowego?
– Brazylia bardzo się wzmocniła w ostatnich latach, ale mam wrażenie, że pozycja USA jest wciąż nie do ruszenia. A czy zmieni się to w dłuższej perspektywie? Myślę, że tak. Coraz bardziej widać, że Amerykanie przechodzą do defensywy. Miałem na ten temat dość ciekawą rozmowę z amerykańskim teoretykiem zarządzania Peterem Senge, który mówił mi, że w Stanach panuje dziś coraz głębsze poczucie niepewności – widać bowiem, że dzisiejsze dzieci nie doświadczą materialnego awansu w stosunku do rodziców, tak jak działo się to od pokoleń, a być może wręcz nie osiągną ich standardu. Takie poczucie niepewności w kraju, którego scena polityczna jest zabetonowana, a który posiada potężne wojsko i specsłużby, jest rzeczą bardzo niebezpieczną. Rozstrzygnięciem ważnym dla przyszłości USA będzie kwestia tzw. Transatlantyckiego Partnerstwa (TTIP) z Europą, które jeśli zostanie zawarte, może przedłużyć życie USA jako globalnego supermocarstwa. Wydaje mi się, że BRICS i tworzone przez nie nowe instytucje finansowe czy informacyjne rzeczywiście mogą się stać zalążkami jakiegoś nowego, wielobiegunowego ładu. Z drugiej strony uważam, że jest i będzie dla świata bardzo ważne, żeby USA były demokratyczne.
– Wspominał Pan o tym, że porównuje się czasem wolnościowe ruchy związkowe czasów dyktatury w Polsce i Brazylii, Lulę z Wałęsą itd. Biorąc pod uwagę mniej i bardziej uzasadnione analogie między naszymi krajami, jakie wnioski i inspiracje z doświadczeń brazylijskich ostatnich dekad Polska powinna Pana zdaniem wysnuć?
– Kiedyś przygotowałem taką analizę na prośbę polskich polityków. Podstawową sprawą, jaką akcentowałem, było ograniczenie nierówności. Z jednej bowiem strony wyższe dochody najuboższych łączą się nie tylko z poprawą sytuacji społecznej, ale także z rosnącym popytem oraz zaktywizowaniem obywatelskim całej rzeszy ludzi. Z drugiej strony akumulacja bogactwa przez niewielką, elitarną grupę także ma negatywne konsekwencje – tworzy się bowiem wyjątkowo silna grupa wpływu, która zakłóca właściwe działanie mechanizmów demokratycznych. Druga moja uwaga była taka: najważniejszym sektorem gospodarczym nie jest już tradycyjny przemysł, lecz usługi publiczne, takie jak ochrona zdrowia, edukacja czy komunikacja zbiorowa, oraz kultura. Spójrzmy chociażby na USA – jaki sektor jest dziś najważniejszy dla tamtejszej gospodarki? Sektor medyczny. Dlatego kluczową sprawą dla rozwoju w kolejnych dekadach będą jakość i powszechny dostęp do szeroko pojętej infrastruktury społecznej.
– Dziękuję za rozmowę.
przez Marceli Sommer | poniedziałek 2 lutego 2015 | Wywiad - kwartalnik, Zima 2014
– W polskiej debacie publicznej teza, której poświęcił Pan książkę, a dotycząca słabości polskiego państwa, pojawia się nagminnie od co najmniej dekady. Czy myśli pan, że eks-minister Sienkiewicz, autor słynnych już słów o „państwie istniejącym tylko teoretycznie” czytał tę książkę? A mówiąc bardziej serio, czy wydaje się Panu, że ten problem spędza sen z powiek polskim politykom?
– Dr hab. Artur Wołek: Nie wydaje mi się. Ale jednocześnie teza, którą wyraził minister Sienkiewicz, jest raczej rozpowszechniona wśród osób mających na co dzień do czynienia z naszym państwem, w tym wśród polityków. Mało kto chce o tym mówić publicznie, co jest zresztą zrozumiałe, bo oczekujemy przecież od urzędników stania na straży godności Rzeczypospolitej. Trudno byłoby jednocześnie tej godności bronić i wykazywać, że kategoria ta ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Niektórzy próbują – zrobił to np. Janusz Palikot w swojej pierwszej książce, ciekawej, bo pokazującej stan ducha elit Platformy Obywatelskiej w przededniu dojścia do władzy, elit uznających w zasadzie, że państwo jest w stanie tak złym, że nienadającym się już do reformy. Jedynym „lekarstwem”, jakie w związku z tym dostrzegali, był outsourcing tego państwa.
– W jakim sensie polskie państwo jest słabe? Gdzie lokalizuje Pan główne źródła tej słabości?
– W potocznym języku do worka z napisem „słabe państwo” wrzuca się bardzo wiele różnych mechanizmów i zjawisk. Od problemów ze sprowadzeniem wraku tupolewa ze Smoleńska po to, że nikt nie jest w stanie „ukrócić” o. Rydzyka. Jeżeli chcemy jednak mówić o tym problemie w sposób sensowny, jeżeli mamy np. rozpoznać, czy państwo się wzmacnia czy słabnie coraz bardziej, to trzeba tę intuicyjnie przez Polaków przyjmowaną tezę lepiej zdefiniować, ustalić, jakie są mechanizmy, z której owa słabość wynika. Postanowiłem w związku z tym, że spróbuję zidentyfikować główne czynniki słabości naszego państwa i główne obszary, gdzie ona się objawia. Zadałem przede wszystkim pytanie o działanie instytucji: czy są w stanie realizować zadania, które sobie stawiają? Żeby państwo w ogóle mogło istnieć, musi spełniać pewne warunki: skutecznie pobierać podatki, przynajmniej na elementarnym poziomie egzekwować przepisy prawa, zapewniać bezpieczeństwo i zapobiegać kryzysom (np. epidemiologicznym) itd., itp. Tu pojawia się oczywiście pytanie o hierarchię tych zadań. Starałem się to wszystko pogrupować i usystematyzować. Za najbardziej podstawowy wyznacznik tego, czy „państwo działa”, uznałem zdolność (capacity) do formułowania jakichkowiek celów, bez względu na to, jaka jest ich treść, i czy obierany kierunek rozwoju jest owocem świadomych decyzji. Innymi słowy, czy polityka stanowi wypadkową mnóstwa działań mniej lub bardziej przypadkowych, czy jednak istnieją procesy i procedury, które pozwalają na rekonstrukcję kolejnych etapów jej tworzenia. Do pewnego stopnia odpowiedź na to pytanie w odniesieniu do Polski może się wydawać banalna i oczywista – np. chcieliśmy przystąpić do Unii Europejskiej i ten cel osiągnęliśmy. Wiemy więc, że w pewnych przypadkach istnieje ta świadoma refleksja i jej przełożenie na poziom operacyjny. Ale czy poza celami geostrategicznymi da się analogiczne procesy odnaleźć i prześledzić? Tu rzecz robi się bardziej skomplikowana.
– A może państwo polskie, odkąd ma swoją konstytucję i mniej więcej kompletny system prawny, osiągnęło pewnego rodzaju „koniec historii”, może musi już tylko prowadzić geopolitykę, a wewnętrznie reguluje się samo poprzez procedury i nadzór administracyjny, i nie potrzebuje już żadnych wielkich celów? Może polityka w sensie wytyczania i realizowania celów strategicznych to anachronizm, jak przekonują zwolennicy idei państwa ograniczającego swoją rolę do administrowania i dbania o „ciepłą wodę w kranie”?
– Mogę się nawet zgodzić, że nie potrzebujemy „wielkich celów”. Ale nawet administrowanie państwem musi opierać się na wyznaczaniu zadań – choćby nawet raczej taktycznych, niż strategicznych – i ich realizacji. Weźmy np. podatki. Dobrze byłoby, gdyby decyzja o tym, kto ma przede wszystkim płacić podatki – biedniejsi, bogatsi czy klasa średnia – została w ogóle podjęta w sposób świadomy. W Polsce to się po dziś dzień nie stało. Zasadniczo wychodzi na to, że najwięcej płacą średniacy, ale bogaci w liczbach bezwzględnych też sporo. Najbiedniejsi z kolei płacą najwięcej relatywnie do swoich możliwości materialnych i wydatków konsumpcyjnych, co odbiera im szanse na oszczędzanie. Nie mamy w polskim systemie podatkowym jasnej sytuacji, jak np. w Skandynawii, gdzie w oczywisty sposób najwięcej płacą najzamożniejsi i średniacy, a biedni nie płacą prawie wcale, albo jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie raczej płacą biedni i bogaci, a najlepszą sytuacją, dzięki różnego rodzaju ulgom, cieszy się klasa średnia. Nigdy nie było u nas na ten temat nawet otwartej, uczciwej debaty. Nie da się powiedzieć, że została podjęta świadoma, zbiorowa decyzja. Podobnie jest np. z podziałem administracyjnym. Czy Polska jest państwem zdecentralizowanym? Trochę tak – mamy oddolnie tworzony samorząd, który posiada swoje kompetencje. Ale są to kompetencje bardzo ograniczone, bo polityka regionalna w ścisłym sensie tego słowa, związana z zarządzaniem rozwojem gospodarczym, polityką fiskalną itp., zarezerwowana jest dla rządu centralnego. Samorząd może ściągać inwestycje, ale gdy już się dokonają, to nie jest w stanie zrobić nic, żeby przedsiębiorcy było lepiej lub gorzej.
– Ktoś może powiedzieć, że to wszystko, o czym Pan mówi, to po prostu „droga środka”… Polityka wody letniej, zamiast zimnej albo gorącej.
– Nie jest to z mojej strony wyraz intelektualnego zamiłowania do jasnych sytuacji typu „tak – tak, nie – nie”. Tu nie chodzi o to, że przyjęte w Polsce rozwiązania są dla mnie zbyt umiarkowane. Chodzi o to, że nie wiadomo, jakie są. A nawet jeśli w jakiejś sferze mamy politykę pozornie „letnią”, to nie wynika to ze świadomie podjętej decyzji, lecz z dryfu, z siły bezwładu. Zasadniczy problem polega na tym, że gdy nie dokonujemy tych wyborów jako państwo, to wchodzą do gry silne grupy interesów, które wpływają na różne decyzje cząstkowe i powstaje chaos, mętna woda, na której korzystają najgrubsze ryby. Siła państwa, jak ją definiuję, to zatem zdolność wytyczania celów oraz realizowania ich – tak na poziomie głównych ośrodków władzy wykonawczej, jak i biurokracji niższych szczebli. Jest jeszcze trzeci element: mobilizowanie poparcia obywateli dla podejmowanych decyzji. W demokratycznym państwie polityka nie może funkcjonować bez czynnego zaangażowania obywateli. W Polsce nie mamy żadnych mechanizmów włączania obywateli w przygotowywanie i realizację decyzji publicznych.
Jeszcze na przełomie poprzedniego i obecnego wieku powszechne było przekonanie, że owszem, mamy problemy ze słabością państwa, z korupcją czy nadmiernym wpływem niektórych grup interesów, ale że te problemy nie dotyczą istoty mechanizmów demokratycznych, które działają jak należy. Ustrój mamy dobry, tylko „czynnik ludzki” zawodzi: klasa polityczna i urzędnicza. Na tej diagnozie oparli się choćby bracia Kaczyńscy, tworząc Porozumienie Centrum, a potem PiS – to była idea, że przede wszystkim trzeba mieć po swojej stronie np. 200 sprawiedliwych, którzy wejdą do istniejących instytucji i w dwa lata zrobią IV Rzeczpospolitą. W praktyce rządów lat 2005–2007 okazało się to bardziej skomplikowane, mówiąc oględnie.
To podejście ma w sobie oczywiście ziarno prawdy. Podstawowy kościec demokratycznych instytucji działa w miarę przyzwoicie. W Polsce, moim zdaniem, nie fałszuje się na przykład wyborów na dużą skalę. Przez ćwierć wieku procedury przekładania woli wyborców na skład Sejmu działały przyzwoicie. Ostatni skandal z PKW nie polegał przecież na tym, że ktoś nie mógł głosować lub zawieruszyły się oddane głosy. Bezpośrednio po wyborach PKW nie potrafiła wziąć odpowiedzialności za liczenie głosów w sytuacji kryzysowej, do której sama doprowadziła, ale nikt nie pokazał dowodów, że ten bałagan został wykorzystany do fałszowania wyników. W swoich badaniach staram się zwrócić uwagę na to, że słabość państwa tkwi w działaniu instytucji „na dole”, pod powierzchnią zasad konstytucyjnych, w codziennym funkcjonowaniu państwa, operacyjnych regułach działania administracji i tworzenia prawa. To na poziomie tych reguł następuje korozja instytucji, wypaczenie sensu ich istnienia.
– Na przykład?
– Weźmy chociażby jakość stanowionego prawa – ulubiony obiekt narzekań wszelkiego rodzaju komentatorów, ekspertów i zwyczajnych jego użytkowników. Skąd bierze się złe prawo? Proces legislacyjny w Sejmie jest w miarę przejrzysty. Można oczywiście stawiać postulaty jeszcze większej jawności czy udoskonalenia procedur, ale zasadniczo w tym wymiarze dużo lepiej nie będzie. Na papierze proces legislacyjny po stronie egzekutywy też nie jest najgorszy – wprowadzono w miarę sensowne standardy przejrzystości, dostępu do informacji publicznej, obowiązkowe konsultacje etc. Rzecz jednak w tym, że absolutną władzę nad każdym projektem ustawy dzierży minister, który go składa. I właściwie w momencie, w którym ustawa jest już w procesie uzgodnień, nikt nie jest w stanie jej zatrzymać. Można powiedzieć, że nic dziwnego, bo taka jest istota rządu, ciała opartego na wzajemnym zaufaniu i współpracy, a skoro już minister został zaprzysiężony, to trudno, żeby nie mógł realizować swoich projektów. Jest to jednak ogromny problem. Nie ma ośrodka, który przyjrzawszy się ustawie, mógłby powiedzieć np., że ta ustawa jest sprzeczna z dziesięcioma celami strategicznymi naszego gabinetu. Inna sprawa, że nikt nie wie, jakie są te cele, być może w ogóle ich nie ma. Nie wykonuje tej funkcji premier, który teoretycznie powinien być takim centrum rządu, ani jego urzędnicy. Ustrój nie przewiduje takiego miejsca, z którego można byłoby przyjrzeć się pracy ministerstw, skontrolować je i ewentualnie zatrzymać ich pracę. Jeżeli coś pojawi się już w systemie tworzenia prawa, to prędzej czy później wyjdzie z tego ustawa. Ta wiedza istnieje już od czasów rządu Suchockiej (pierwszy zauważył ten problem Jan Rokita) i wiele mądrych głów pochylało się nad tym ustrojowym defektem, a jednak nie udało się go wyeliminować. Premier Tusk wprowadził zasadę, że pracuje się z początku nie nad projektem ustawy, lecz nad założeniami do ustawy, a dopiero później samą ustawę stworzą fachowcy-prawnicy. W praktyce jednak wobec wielu ustaw czynione są wyjątki od tego nowego modelu procedowania – właściwie dlaczego nie, chłopaki przygotowali projekt, to co będziemy gadać nad założeniami. I dotyczy to także naprawdę ważnych ustaw.
Problem tkwi również w założeniu, że funkcję centralną, taką pseudo-integracyjną, będą pełnić prawnicy. Zakłada się, że będą oni w stanie – przynajmniej na poziomie technicznym – wyłapać projekty ustaw, które są sprzeczne albo z obowiązującym prawem, albo z ogólną polityką rządu. Ale to jest utopia, prawnicy nie są od tego. Prawnicy są gwinciarzami, którzy potrafią zrobić, żeby śruba kręciła się w lewo albo w prawo, ale nie wiedzą, co to jest śruba. Ostatni skandal wokół Rządowego Centrum Legislacji i późnego ogłoszenia ustawy o rajach podatkowych bardzo dobrze pokazuje, że to jest super-techniczne biuro, które zostało powołane do produkowania tekstu prawa, a nie do ogarniania umysłem całego złożonego kontekstu. Prawo psuje się właśnie za sprawą mechanizmu, który powoduje, że nie ma w całym systemie administracji miejsca, z którego „widać”, co się dzieje. Jest to, nawiasem mówiąc, dziedzictwo PRL-u, w którym rząd nie miał tego rodzaju strategicznych kompetencji, był po prostu organem administracyjno-wykonawczym, służebnym wobec politbiura KC PZPR. I to na poziomie politbiura zapadały decyzje o ogólnym kierunku i integracji poszczególnych polityk resortowych. Teraz nie mamy politbiura – pozostała tylko ta przystawka, przystosowana do przerabiania decyzji politycznych na akty prawne. W normalnym kraju funkcję politbiura pełni rada ministrów, to ona nadaje kierunek i nadzoruje „techników”, pilnując, by nie wypaczyli jej intencji. W polskim systemie politycznym ministrowie przekształcają się tymczasem w przedstawicieli swoich urzędników.
– A może to jednak jest do pewnego stopnia problem personalny? Może brakuje nam ludzi, którzy byliby w stanie te problemy systemowe, o których Pan mówi, rozpoznać, myśleć w kategoriach procedur?
– W ostateczności wszystko jest problemem personalnym, oczywiście kadry decydują o wszystkim! [śmiech] Ale bardzo wielu polityków różnych opcji, o różnych kulturach organizacyjnych i różnym przygotowaniu – biznesowym, prawniczym, intelektualnym, biurokratycznym itd. – próbowało i żaden sobie nie poradził. To wskazywałoby jednak, że instytucjonaliści mają rację: formalne i nieformalne reguły są silniejsze od najlepszych nawet kadr.
– Diagnozy o słabości polskiego państwa były już wielokrotnie formułowane przez różnych intelektualistów, polityków i publicystów. Pojawiały się rozmaite jej ujęcia i interpretacje, tak naukowe, jak i publicystyczne, od hipotezy „układu”, przez tezę o „imposybilizmie prawnym”, po formułowane ostatnio diagnozy o post/neokolonialnym charakterze polskiego państwa. Co Pan sądzi o tych koncepcjach?
– Przytoczone przykłady odnoszą się raczej do mechanizmów społecznych, które stoją za słabością państwa, niż do mechanizmów instytucjonalnych, na które ja zwracam uwagę. Zajmuję się regułami, w ramach których działają mechanizmy społeczne i ich wpływem na te mechanizmy. Wydaje mi się, że jest to o tyle ważne, że wyjaśnia, dlaczego kolejne ekipy, w tym rząd Prawa i Sprawiedliwości, który w szczególnie wyrazisty sposób podnosił wymienione diagnozy, nie zdołały przeprowadzić obiecywanych zmian, nie wprowadziły nas do IV RP. Nie był do tego potrzebny żaden układ. Nie wykluczam, że układ istnieje, ale proponuję inne spojrzenie. Moja opinia jest taka, że nie ma po prostu narzędzi, dzięki którym można byłoby zbudować IV Rzeczpospolitą. Jedną z motywacji, która skłoniła mnie do napisania książki, było sprawdzenie, czy tezy stawiane na dość wysokim poziomie abstrakcji, choćby przez Jadwigę Staniszkis, odpowiadają rzeczywistości – i czy w ogóle da się to empirycznie sprawdzić. Na przykład teza, że nasza kompatybilność ze strukturami Zachodu ma charakter powierzchowny i „pastiszowy”, a rzeczywiste reguły walki o władzę są ustanawiane poza instytucjami demokratycznego państwa, właśnie ze względu na ich słabość. W efekcie wylądowałem dość daleko od tez prof. Staniszkis. Uważam, że jedną z głównych bolączek polskiej politologii i polskiego życia intelektualnego w ogóle stanowi to, iż większość autorów zatrzymuje się na etapie chwytliwej tezy, a mało komu chce się sprawdzać, czy istnieją realne zjawiska i fakty mogące to potwierdzić. Ciekawy wyjątek od tej praktyki stanowi zespół prof. Andrzeja Zybertowicza. Stawiana przez niego teza o „antyrozwojowych grupach interesu” funkcjonowała przez długi czas właśnie jako jeden z takich medialnych sloganów, ale w pewnym momencie udało mu się zebrać wokół siebie grupę naukowców i zainicjować proces rzetelnej weryfikacji. Efekty tej pracy – niezmiernie zresztą ciekawe – jak dotąd nie dały jednak jednoznacznego rozstrzygnięcia.
– Czy to wszystko oznacza, że działania na rzecz „wymiany elit” są pozbawione sensu?
– Przemiana instytucjonalno-prawna i personalno-środowiskowa nie wykluczają się. Z całą pewnością wymiana elit nie jest działaniem wystarczającym. A poza tym nikt jeszcze nie pokazał tych nowych, lepszych elit… Powtarzam: miewaliśmy już bardzo łebskich ludzi na najwyższych szczeblach politycznej drabiny – i nie pomogło.
– A jak słabość polskiego państwa wygląda na tle reszty naszego regionu?
– Ludwik Dorn wygrzebał w „Bolesławie Chrobrym” Antoniego Gołubiewa wypowiedź jednego z bohaterów – margrabi brandenburskiego czy kogoś podobnego – że na wschód od Odry są tylko „państwa na [drewnianym] koniku”. Królowie bawią się tu w królów, rycerze w rycerzy itd. Tylko na zachód od Odry państwa są naprawdę, a u nas wszystko jest udawane. Rzeczywiście większość państw Europy Środkowo-Wschodniej ma problemy z realizowaniem podstawowych funkcji – mniej więcej z tych samych przyczyn. Najświeższa z nich to logika transformacji schyłkowego komunizmu – która w swojej istocie była antypaństwowa, bo polegała na demontowaniu stworzonych wcześniej instytucji w celu ocalenia wpływów ludzi władzy. Wydaje mi się, że jest jeden pozytywny wyjątek od tej reguły środkowo-wschodnioeuropejskiej – Węgry. Co najmniej od czasu pierwszego rządu demokratycznego – a właściwie jeszcze od ostatniego rządu komunistycznego Miklósa Németha, który wystąpił z partii i stał się premierem autentycznie podmiotowym, dzięki czemu rozdział rady ministrów od partii dokonał się jeszcze przed demokratyzacją – bardzo świadomie budowano tam nowe instytucje. Oczywiście Węgrzy dysponowali też kulturą administracyjną o jeszcze XIX-wiecznych źródłach, którą udało się jakoś ochronić przez cały okres komunizmu. W czasie przełomu na Węgrzech postawiono jednoznacznie na wzmocnienie rządu jako głównego ośrodka podejmowania decyzji politycznych, w porę zmarginalizowano prezydenta, zbudowano silne partie… W 1998 r., kiedy Orbán po raz pierwszy przejął władzę, miał już w szufladzie niemal gotowy projekt ostatecznego „ukanclerzowienia” systemu politycznego. Dalej w tym samym kierunku szły działania postkomunistów podczas dwóch kadencji ich rządów. To dzięki całemu temu procesowi świadomego wzmacniania państwa Orbán może dziś zachowywać się tak, jak się zachowuje, wprowadzać swoje reformy i prowadzić Węgry w wymyślonym przez siebie kierunku. Ma on bowiem w swoim ręku narzędzia kontroli całej sfery publicznej: jest szefem partii, która ma konstytucyjną większość w parlamencie, jednoznacznie kontroluje całą administrację, w tym formalnie dość niezależne agencje regulujące różne sfery gospodarki, a także media, dość łatwo może wpływać na działania władz lokalnych. W Polsce premier, nawet o najbardziej etatystycznych poglądach, nie mógłby bez rewolucji np. wymienić prawie połowy urzędników w MSZ-cie…
– Dlatego też wielu komentatorów o bardziej liberalnym nastawieniu – np. prof. Wojciech Sadurski – obawia się takiego sprawnego państwa. Być może jeśli nie ufa się rodzimej tradycji politycznej i temu, co może ona wyprodukować w przyszłości, jest to w pewien sposób zrozumiałe?
– Rzeczywiście jest tak, że u fundamentów III RP leży niepisane porozumienie o „obniżaniu stawki w grze”. Mam tu na myśli pewną zgodę elit politycznych na sytuację, w której nikt nie będzie miał pełni władzy – nie w sensie podziału na władze ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą, lecz w takim, że system niejako uniemożliwia przyjmowanie wyrazistych rozwiązań i manewrowanie państwem jako całością. Węgrzy kluczowe rozwiązania instytucjonalne przyjęli jeszcze przed demokratycznymi wyborami. One w tak wielkim stopniu były oparte na braku zaufania do silnej władzy, że dla wszystkich polityków węgierskich stało się jasne, iż w ramach takich instytucji nie da się rządzić. Stąd dążenie najpierw do maksymalnego umocnienia premiera jeszcze w ramach systemu okrągłostołowego, a potem rozsadzenie tych ram przez Orbána. Żeby była jasność – nie jestem wielkim miłośnikiem Orbána. Treść jego polityki w istotnej części wydaje mi się bardzo ryzykowna. Nie zmienia to jednak faktu, że jest on obecnie w regionie jedynym politykiem, który może realizować długofalowe strategie polityczne.
– Ale jednocześnie ten przykład z pewnego punktu widzenia może stanowić argument na rzecz „liberalizmu strachu”, potwierdzenie, że sprawne państwo jest potencjalnie czymś niebezpiecznym.
– Zdecydowanie tak. Co więcej, nie można tych obaw jednoznacznie odrzucić. Konieczna jest świadomość kulturowego kontekstu: silne państwa zachodnioeuropejskie zbudowane są na fundamencie wspólnej kultury politycznej, opartej na wartościach takich jak porozumienie, kompromis, samoograniczenie. Ich nowoczesne instytucje pojawiły się w momencie, kiedy ten grunt był już dojrzały. Węgry są tymczasem bardzo mocno podzielone kulturowo, niektórzy mówią, że trwa tam prawdziwy Kulturkampf, walka nie tyle polityczna, co odnosząca się do podstawowych wartości. Gdybym był tamtejszym lewicowym liberałem, pewnie obawiałbym się, że Orbán zrobi coś, co np. zmusi mnie do emigracji. Nikt nie ma tymczasem wątpliwości, że Cameron nie zrobi nic, co mogłoby zmusić do emigracji labourzystów, mimo że realizuje politykę, która jest dla nich nie do przyjęcia i na swój sposób radykalna, np. wobec Unii Europejskiej czy imigrantów. Ten lęk, o którym mowa, ma więc swoją racjonalność, czy może znamy korzenie jego irracjonalności. Pytanie, gdzie w tym układzie jest Polska. Wydaje mi się, że poziom napięcia i zróżnicowania kulturowego jest na Węgrzech zdecydowanie wyższy niż w Polsce, że spór między Platformą a PiS-em nie jest, jak obie strony próbują nam często wmówić, odzwierciedleniem jakiegoś fundamentalnego konfliktu kulturowego. Jest to natomiast spór, który w oczywisty sposób potęguje słabość państwa, bo w tym systemie oznacza on, że albo ma się za sobą ⅔ parlamentu, albo nie da się nic zrobić.
– Z drugiej strony pytanie o zasadność strachu przed sprawnym państwem wykracza trochę poza kwestię PO vs. PiS. Przyjmując liberalną optykę, można by powiedzieć, że sam Orbán jeszcze kilka–kilkanaście lat temu był zupełnie innym politykiem niż dzisiaj. Czy eskalacja konfliktu nie może i w Polsce doprowadzić do radykalizacji głównych sił politycznych?
– Nie jest to wykluczone, ale w dzisiejszej sytuacji Polski wydaje mi się to perspektywą na tyle odległą, że nawet nie ma co się nad nią zastanawiać. Wydaje mi się, że Tusk pokazał, ile da się wycisnąć z obecnego systemu. Był niezwykle sprawnym politykiem, który potrafił się poruszać po meandrach III RP, ale jego historia pokazuje też wyraźne ograniczenia władzy w tym systemie. Na przykład niemal wszystkie sukcesy jego rządu były owocem zastosowania ręcznej, politycznej koordynacji. W momencie, kiedy coś jest realnym priorytetem rządu i premier przez swoich ludzi trzyma rękę na pulsie, wówczas „państwo działa”. Ale natychmiast, kiedy zwraca swoją uwagę w inną stronę, ono działać przestaje. Nie działają więc instytucje i standardowe reguły, a tylko okazyjne wzmożenie woli politycznej. Z tego doświadczenia wzięła się odpowiedź, jaką proponuje Platforma, czyli koncepcja „outsourcingu państwa”. Polega ona na tym, żeby możliwie dużą część spraw publicznych przekazać w prywatne ręce, które będą miały swój prywatny interes w tym, żeby dane przedsięwzięcie się udało. Można powiedzieć, że przykładem sukcesu tej filozofii jest Euro 2012, realizowane przez spółkę prawa handlowego, której państwo przekazało wiele kompetencji władzy publicznej, a która nie była ograniczona więzami charakterystycznymi dla administracji.
– Outsourcing staje się więc, paradoksalnie, jak w dawnej wizji Janusza Palikota, sposobem na wzmocnienie państwa?
– Nic podobnego! Outsourcing może pomagać w realizacji konkretnych projektów, ale ostatecznie efekty są takie, jak zwykle w pracy metodą projektową – projekt się kończy i wszyscy o nim zapominają, równie dobrze mogłoby go nigdy nie być. No, po Euro zostaną stadiony, które zbudowaliśmy w dużej mierze niepotrzebnie, a utrzymanie ich kosztuje krocie.
– W swoich tekstach podkreśla Pan często, że rozmiar państwa i jego siła czy sprawność to dwie osobne sprawy, że państwo-moloch może być słabe. Czy to oznacza, że jest Pan zwolennikiem tezy odwrotnej: zwijanie czy redukcja państwa do liberalnego minimum jest receptą na uporanie się z problemami ze sprawnością i sterownością?
– Wydaje mi się, że Polacy jako obywatele radzą sobie z większością rzeczy lepiej niż ich państwo – i nie jest to tylko liberalny populizm. 25 lat przemian pokazało, że wiele jest sektorów, gdzie dopiero próby wprowadzania państwowych regulacji powodują problemy. Intuicyjnie pomysł zmniejszania państwa jest mi bliski. Ale faktem jest również, że bardzo często deregulacja oznacza wystawienie interesu publicznego na niebezpieczeństwo. Rewersem sensownej deregulacji zawsze musi być regulacja. Nawet najbardziej brawurowi thatcheryści wprowadzali mnóstwo nowych przepisów i instytucji w celu zabezpieczania interesu publicznego; inna sprawa, że efekty ich działania były niezbyt udane. Zwijanie państwa „w realu” nigdy nie wygląda tak, że państwo po prostu się wycofuje.
– To są fakty niepasujące do ideologii. Nie chce się o nich pamiętać, tak jak i o tym, że najbardziej radykalnym reformom rynkowym ostatnich dekad, np. tym realizowanym przez Ronalda Reagana, towarzyszył wzrost wydatków publicznych i wysokie deficyty budżetowe… Czy tzw. neoliberalizm, czyli ideologia, w duchu której projektowano polską transformację, odegrał istotną rolę w osłabianiu transformujących się państw Europy Środkowo-Wschodniej i czy istotne wydaje się Panu pytanie, czy i komu słabość państw w tej części świata służy?
– Jeśli namawia mnie pan na krytykę konsensusu waszyngtońskiego, to oczywiście bym się przyłączył… Nie widzę natomiast bezpośredniego przełożenia na to, jak urządziliśmy sobie państwo. Na potrzeby swojej książki przeprowadziłem studium przypadku Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, które, wydaje mi się, dobrze pokazuje, na czym polega problem. Instytucje, które były w okresie transformacji przeszczepiane – albo, jak twierdzą inni, narzucane – ze świata zachodniego, musiały funkcjonować w zupełnie innym kontekście kulturowym i instytucjonalnym niż ten, w którym zostały wytworzone. W efekcie działały też zupełnie inaczej. Zresztą trudno się dziwić: jeśli ktoś liczy na to, że instytucja regulująca media oddana w ręce polityków, będzie „niezależna”, to jest po prostu niesamowicie naiwny. Istnieje oczywiście znacznie więcej przykładów dysfunkcjonalnie działających instytucji „skopiowanych” z Zachodu. Zanim Urząd Komunikacji Elektronicznej „zatrybił” pod rządami Anny Streżyńskiej, przez 7 czy 8 lat (w swoich poprzednich wcieleniach) był całkowicie nieefektywny i biernie przyglądał się choćby działaniom Telekomunikacji Polskiej, niewątpliwie szkodliwym dla polskiego rynku.
– Pytanie tylko, czy ta imitacja, której efekty okazują się dysfunkcjonalne z perspektywy polskiego interesu publicznego, rozpatrywana w szerszym kontekście nie okazuje się funkcjonalna dla poszczególnych koncernów czy grup wpływu?
– Wydaje mi się, że w diagnozie neokolonialnej jest sporo przesady. Jasne, że z perspektywy silnych graczy międzynarodowych i lokalnych lepiej mieć słabych partnerów tam, gdzie chcą robić interesy. Ale z drugiej strony pewna stabilność reguł i porządek instytucjonalny są często kluczowe dla tych samych podmiotów czy grup interesu. Z różnych badań wynika, że najwięcej inwestycji dokonuje się w krajach, gdzie są wysokie podatki i silne związki zawodowe. Dla biznesu są to obciążenia, ale stanowią one jednocześnie ubezpieczenie przed niepewnością. Z drugiej strony jest oczywiście taki rodzaj biznesu, który woli mieć urzędnika w kieszeni i minimalizować inne koszty. Ale sprawa jest złożona. To nie jest tak, że jeśli jesteśmy słabym państwem peryferyjnym, to stanowi to prosty efekt zmasowanych działań międzynarodowych koncernów. To bardziej złożona interakcja: w niektórych sektorach rzeczywiście tak jest, ale w innych, np. w sektorze bankowym, międzynarodowi gracze uzyskali swoje cele pomimo faktu, że polskie instytucje nie były bezwolnymi pacynkami i nierzadko stawiały twarde warunki. Pamiętamy choćby słynny konflikt wokół fuzji BPH i Pekao SA, kiedy to administracja prezydenta Kwaśniewskiego dogadała się z włoskim UniCredit, a prawicowy rząd wyrzucił te ustalenia później do kosza. To nie jest tak, że każdy inwestor dostawał to, czego sobie zażyczył. Z drugiej strony polityka polskich władz polegała też np. na przekazywaniu w obce ręce banków słabych, czego efektem jest fakt, że Polski nie dotknęła plaga bankructw instytucji finansowych po 2008 r., wraz z jej konsekwencjami w postaci np. dwóch lat recesji, która spotkała Czechy czy kraje bałtyckie. Ten przykład pokazuje, że nie można generalizować – ocena musi być zależna od sektora i okresu, o jakim mówimy.
– Jakie widzi Pan perspektywy wyjścia z kondycji słabego państwa? Od czego trzeba byłoby zacząć?
– Na seminariach, które prowadziłem w czasie pisania mojej książki też zawsze padało to pytanie i studenci byli bardzo nieusatysfakcjonowani moją odpowiedzią, że jedyną odpowiedzią są małe kroki. Do przeprowadzania wielkich projektów i budowania długofalowych strategii politycznych brakuje nam narzędzi. Musimy pracować na poziomie najprostszych procedur. To, że pracuje się już nie nad projektami ustaw, lecz nad założeniami, albo że wprowadzono oceny skutków regulacji jako obowiązkowy element procesu tworzenia prawa, to jedne z takich zmian na lepsze, na które nas stać. Teraz trzeba zrobić następny ruch: wyprowadzić zespoły, które dokonują oceny skutków regulacji, z departamentów prawnych i stworzyć jednostki podlegające bezpośrednio ministrom. Tego typu zmiany są może mało sexy, ale też dzięki temu są poniżej radaru wielu grup interesów i mają szanse się udać.
To nie znaczy, że powinniśmy zarzucić myślenie w długiej perspektywie – wprost przeciwnie. Potrzebujemy dyskutować o naszych celach, o tym, jak powinna wyglądać lepsza Polska. W chaosie bitewnym polskiej polityki rozważania nad strategiami dla kraju zeszły niestety na odległy plan. O „Polsce 2030” Michała Boniego, która została przyjęta jako obowiązujący program rządowy i nigdy jej oficjalnie nie odwołano – nie pamięta dziś pies z kulawą nogą ani w rządzie, ani w opozycji. Tymczasem trzeba takie rozważania prowadzić, bo nigdy nie wiadomo, kiedy otworzy się okno możliwości dla zmian.
– Dziękuję za rozmowę.
przez Marceli Sommer | poniedziałek 2 lutego 2015 | Zima 2014
z prof. Ewą Thompson rozmawia Marceli Sommer
– Jako jedna z pierwszych stawiała Pani tezę, że teoria postkolonialna, czyli dziedzina humanistyki poświęcona spuściznom i konsekwencjom kolonializmu, może być użytecznym narzędziem do badania społeczeństw i kultur Europy Środkowej i Wschodniej czy Rosji. Z początku zajmowała się Pani przede wszystkim praktykami kolonialnymi i postkolonialnymi w języku literatury. W 2000 r. ukazał się po polsku zbiór Pani esejów pt. „Trubadurzy imperium. Literatura rosyjska i kolonializm”. Opisywała w niej Pani, jak autorzy dzieł zaliczanych do kanonu kultury rosyjskiej przedstawiali kwestie związane z ekspansją terytorialną swojego kraju, w jaki sposób legitymizowali i utrwalali dominację nad podbitymi ludami, jak „wymazywali” tożsamości całych regionów i społeczności ze świadomości zbiorowej. Słowem, ukazywała Pani, w jaki sposób literatura rosyjska stawała się jednym z narzędzi imperializmu. Jak dochodziła Pani do nieoczywistego pomysłu, że pojęcia kolonializmu i postkolonializmu, kojarzone zwykle z praktykami mocarstw zachodnioeuropejskich w kontrolowanych przez siebie zamorskich dominiach, mają zastosowanie także wobec naszego regionu?
– Prof. Ewa Thompson: Z zawodu jestem literaturoznawczynią, a literaturoznawstwo często wymaga „wychyleń” w stronę historii, nauk politycznych i łączenia dyscyplin. W naturalny sposób to właśnie z badaniem literatury związane były początki moich dociekań. Do dziś mam też wrażenie, że to właśnie w literaturze praktyki imperialne zostały odzwierciedlone w sposób szczególnie czytelny – o wiele bardziej niż w jakichkolwiek traktatach politologicznych czy historycznych. O ile bowiem wszystkie teksty pisane są zawsze z określonego punktu widzenia – nie łudźmy się, że Oświecenie coś pod tym względem zmieniło, przesłanki epistemologiczne nadal pozostają kluczem do interpretacji – o tyle pisarze trzymają się swojej partykularnej perspektywy o wiele luźniej. Dotyczy to zresztą zarówno literatury państw imperialnych, jak i kolonizowanych. Dlatego jednym z lepszych sposobów na zrozumienie tożsamości rosyjskiej czy złożonych relacji w regionie pozostaje analizowanie np. jednej z najwybitniejszych powieści w historii, „Wojny i pokoju”, która pozostaje oczywiście wielka niezależnie od tego, że stanowi wyraz imperializmu rosyjskiego.
– Prowadzenie badań postkolonialnych nad klasykami literatury rosyjskiej, takimi jak Tołstoj, było pomysłem tym bardziej nowatorskim, że wedle popularnego stereotypu dorobek inteligencji rosyjskiej (zwłaszcza jej postępowych czy liberalnych segmentów), w tym literatura, miał stanowić domenę wolności duchowej oraz jedną z nielicznych w imperium sfer autonomicznych wobec polityki Kremla.
– Nie wiem, kto wprowadził to sentymentalne fałszerstwo do myślenia Europejczyków, ale ono rzeczywiście istnieje i wciąż ma się dobrze. Jest to rodzaj iluzji, która wynika z tego, że ludzie czytają teksty kultury rosyjskiej w sposób naiwny. Tymczasem żeby dostrzec sensy, o których tu mówimy, potrzebna jest „lektura podejrzliwa”. Brakującym elementem równania jest perspektywa, którą zachodni czytelnik stosuje – wybiórczo zresztą – do dzieł z własnego kręgu kulturowego, ale już nie do literatury kulturowo czy wręcz cywilizacyjnie obcej. Tymczasem narzędzia krytyczne postkolonializmu świetnie nadają się do analizy literatury rosyjskiej. Wystarczy je „przyłożyć” choćby do owych dzieł Tołstoja, by odkryć całe pokłady świadomie i nieświadomie propagowanego tam imperializmu i szowinizmu kulturowego, legitymizowania i umacniania kolonialnej władzy nad podbitymi ludami.
– W jaki sposób się to objawia?
– Przykład pierwszy z brzegu: w jednym z moich ostatnich artykułów zestawiam „Popioły” Żeromskiego i wspomnianą „Wojnę i pokój”. Oprócz talentu autora jednym z ważnych czynników, który sprawia, że „Wojna i pokój” jest tak atrakcyjna i wciągająca dla czytelnika, jest fabuła, którą charakteryzuje zarazem ciągłość i ogromne możliwości rozwoju, jakie są udziałem bohaterów. Dobrym przykładem jest postać Piotra Bezuchowa, który zaczyna właściwie od zera – jest bękartem, nie ma żadnego majątku – a kończy jako człowiek utytułowany, fantastycznie bogaty, ze wspaniałą żoną, dziećmi itd. Jego ojciec na łożu śmierci decyduje się go usynowić i Bezuchow dziedziczy po nim wielkie dobra. A z czego składały się owe dobra? Przede wszystkim z ziemi, którą Katarzyna Wielka odebrała polskim i rusińskim magnatom i przekazała magnatom rosyjskim. Krótko mówiąc, ojciec Bezuchowa wzbogacił się na rozbiorach Polski. Ten aspekt powieści umknął jednak zarówno czytelnikom rosyjskim, jak i polskim. Kwestie związane z podbojami i rosyjskim imperializmem nie są w rosyjskiej literaturze na pierwszym planie, ale choć przezroczyste dla niewprawnego oka, stanowią dla wielu opisywanych zdarzeń warunek zaistnienia. Mają też kolosalny wpływ na całokształt literackiego dorobku Polski i Rosji. Przebieg wydarzeń, w którym bohater szybko się bogaci, ponieważ jego kraj dokonuje znaczącej ekspansji terytorialnej, był nie do pomyślenia w realiach powieści Żeromskiego. Jeżeli bowiem przyjrzymy się „Popiołom”, których akcja toczy się mniej więcej w tym samym czasie, zobaczymy, że u Żeromskiego wszyscy bohaterowie – niezależnie od stanowego czy klasowego punktu wyjścia – stają się coraz biedniejsi. Droga do bogacenia się i rozwoju była na poziomie polskiej zbiorowości zamknięta, a na poziomie jednostek co najmniej mocno ograniczona. W tym drugim przypadku warunkiem powodzenia była zmiana narodowości, ewentualnie wysługiwanie się zaborcy. A jako że trudno zdobyć czy zachwycić czytelnika fabułą, w której wszyscy bohaterowie przegrywają, rozbiory były czynnikiem, który ograniczał rozwój nie tylko nowoczesnej polskiej gospodarki, instytucji politycznych czy powszechnej tożsamości narodowej, ale i literatury.
– Istotnym składnikiem literatury rosyjskiej czytanej przez pryzmat postkolonialny jest też, jeśli dobrze rozumiem, pewien obraz ludów i terytoriów podbitych, jaki ona utrwala.
– Cechą charakterystyczną kolonializmu rosyjskiego był fakt, że wprowadzał on na podbijanych ziemiach nowe nazewnictwo miast, regionów czy krain geograficznych. Zdobyte terytoria miały dzięki temu stać się rosyjskie w sposób dla nikogo niepodważalny, a ich pierwotna tożsamość – zatarta i zapomniana. Tak też się działo – i to już na bardzo wczesnych etapach rozwoju państwa moskiewskiego. Podbijano ziemie, które nie były rdzennie rosyjskie ani nawet słowiańskie, np. dolinę Wołgi. Kwestionowanie jej rosyjskości nikomu nie przyjdzie dziś do głowy, choć wbrew słowom znanej piosenki (Wołga, russkaja reka) była ona – i w dużym stopniu wciąż jest – zaludniona przez ludy tureckie. Olbrzymi Tatarstan, który był pierwszą terytorialną zdobyczą Moskwy w XVI w., miasta, takie jak Kazań czy Astrachań – kto dziś w Europie czy Ameryce pamięta, że kiedykolwiek znajdowały się poza rosyjskim imperium, kto pamięta o ich rdzennych mieszkańcach? Podobne zabiegi rusyfikacyjne stosuje się do dziś wobec Syberii czy wschodniej Ukrainy. Widać tu ogromną różnicę choćby z kolonializmem brytyjskim, który, nawiasem mówiąc, bywał równie okrutny. Brytyjczycy pozostawiali dawne nazwy niezmienione i nie targali się na historyczną czy tożsamościową odrębność podporządkowanych ludów. Istniała za to i utrzymywana była głęboka przepaść pomiędzy kolonizatorami a ludnością miejscową – niemal niespotykane były np. przypadki mieszanych małżeństw. Zaborczości Rosjan towarzyszyła zaś względna otwartość na cudzoziemców – ich kolonializm nie był nigdy rasistowski, nie uznawał podporządkowanych ludów za nieusuwalnie gorsze. Każdy, kto chciał, mógł zostać Rosjaninem i był przyjmowany jak Rosjanin – gorzej było, jeśli nie chciał. Wtedy zaczynała się systemowa dyskryminacja, blokowanie skolonizowanym ludom możliwości rozwoju. Rasizm w Rosji jest jednak zjawiskiem dość nowym. Proces kolonizacji opierał się tam zawsze na pacyfikacji separatyzmów i wchłanianiu kolejnych jednostek i społeczności.
– W „Trubadurach imperium” przypomina Pani także o tych niewidzialnych dla Zachodu, skutecznie wchłoniętych koloniach i o podbitych ludach, które zamieszkiwały ziemie obecnej Rosji. Nawet w Polsce mówi się o rosyjskim imperializmie niemal wyłącznie w kontekście historycznych i dzisiejszych działań i zakusów Kremla w stosunku do Europy Środkowo-Wschodniej, traktowanej jako „naturalna strefa wpływu”. Natomiast pomijane są kwestie związane z historycznymi źródłami i legitymizacją panowania Rosji nad jej usankcjonowanym międzynarodowo terytorium, z nielicznymi wyjątkami, takimi jak Czeczenia/Iczkeria.
– Zachodowi wygodniej jest uznać, że to wewnętrzne sprawy Rosji i nie kwestionować oficjalnej wersji historii. Tego wymaga przecież globalna realpolitik. Zbyt głębokie wnikanie w to, jak było naprawdę czy zbyt częste przypominanie Rosji, że nie rozliczyła się ze swojej kolonialnej przeszłości, mogłoby pobudzić separatyzmy, zaszkodzić relacjom między mocarstwami i zaburzyć międzynarodowy ład. A państwa zachodniej Europy są w większości przyzwyczajone do wizji świata związanej z tradycją Kongresu Wiedeńskiego.
Ale jest to także świadectwo niebywałej skuteczności rosyjskiej polityki asymilacji i zacierania granic między terenami podbitymi i kolonizowanymi a rdzennie rosyjskimi. Trzeba przyznać, że ta polityka przyniosła skutki nie tylko propagandowe – po pewnym czasie jej stosowania te dawne granice rozmywały się rzeczywiście. Od czasu do czasu pojawia się jednak jakieś ognisko oporu przeciwko władzy moskiewskiej, tak jak w przypadku Syberii na przełomie XIX i XX w. i w czasach rewolucji październikowej, a ostatnio na Kaukazie i w Tatarstanie.
– Jak ten tradycyjny rosyjski imperializm przejawiał się w historii najnowszej? Szczególnie interesujące pod tym względem wydają się dwa okresy: radziecki, kiedy władcy Rosji mieli na ustach retorykę antyimperialną, ale jednocześnie prowadzili – i to nie bez sukcesów – klasyczną politykę kolonialną, oraz ten po 1991 r. i to, jak Rosja radzi sobie z rozpadem swojego imperium i sfery wpływów.
– W okresie sowieckim zaobserwować można było ciekawe połączenie względnego liberalizmu wobec narodowości zniewolonych przez imperium z tłamszeniem jakiejkolwiek narodowej tożsamości, z wyjątkiem rosyjskiej. Wyrazem liberalizmu narodowościowego był choćby podział na republiki związkowe i autonomiczne. Z drugiej jednak strony wszystkie objawy autentycznej tożsamości – zawsze związanej z duchowym wymiarem egzystencji – były bezwzględnie tłumione. W rezultacie redukowano wszystkie nierosyjskie tożsamości narodowe do folkloru, zespołów pieśni i tańca, strojów ludowych, potraw regionalnych i tym podobnych powierzchownych oznak wspólnotowości. W chwili obecnej Rosja używa starych i wypróbowanych strategii rusyfikowania narodów, które znalazły się w jej granicach, takich jak ograniczanie nauczania narodowych języków w szkołach, likwidowanie wyższych uczelni, na których te języki są językami wykładowymi, duże nakłady książek rosyjskojęzycznych przy jednoczesnym ograniczaniu nakładów książek w językach narodowych, obfitość rosyjskojęzycznych programów telewizyjnych i możliwości promocji zawodowej dla tych, którzy rusyfikacji się poddają. Czas pokaże, czy metody te są skuteczne w epoce internetu.
– Na tle terytoriów, które na trwałe stały się częścią imperium rosyjskiego, Europa Środkowo-Wschodnia może się wydawać przykładem wielkiego historycznego sukcesu. W jakim sensie można jednak mówić w jej przypadku o kolonialnych relacjach z Rosją i o postkolonialnym dziedzictwie?
– Polityka osłabiania nierosyjskich tożsamości w tym regionie prowadzona była przez Rosję od czasów rozbiorów Polski. Ogólnie mówiąc, chodziło o przekształcenie „kraju prywislanskiego” w permanentne peryferie ekonomiczne i kulturowe. Jeszcze na początku XIX wieku Uniwersytet Wileński był największym i najlepszym uniwersytetem w Imperium Rosyjskim – w momencie jego likwidacji przez Mikołaja I po powstaniu listopadowym liczył 1322 studentów. Po likwidacji, księgozbiór uniwersytetu wysłano do Kijowa, gdzie Mikołaj zainaugurował nowy rosyjski uniwersytet, liczący 62 studentów. Jeżeli już jesteśmy przy księgozbiorach i uniwersytetach, pamiętajmy, że jeden z największych księgozbiorów świata w wieku XVIII, Biblioteka Załuskich w Warszawie, został wywieziony do Petersburga po powstaniu kościuszkowskim i przemianowany na Rosyjską Bibliotekę Narodową. Zaś ukradziona biblioteka Liceum Krzemienieckiego została przewieziona do Kijowa. W swojej monumentalnej książce „Dzieje handlu żydowskiego na ziemiach polskich” Ignacy Schiper podaje, że w latach 1831–1850 cło na tkaniny produkowane w Królestwie Kongresowym i wywożone do Rosji wynosiło 15 procent; inne kraje i terytoria płaciły mniejsze cło. To są przykłady dławienia polskiego rozwoju i polskiej tożsamości.
Kolonialne i postkolonialne praktyki wobec państw tego regionu ze strony Rosji trwają do dzisiaj – weźmy pod uwagę choćby kwestię manipulacji cenami i dostawami gazu i ropy naftowej czy próby ingerencji w prowadzoną przez poszczególne kraje regionu politykę pamięci czy postępowanie wobec pomników z czasów sowieckich. Europa Środkowo-Wschodnia pozostaje kartą przetargową w grze między wielkimi tego świata, a jej względna podmiotowość i przynależność do „bloku zachodniego” pozostają chwiejne, zależne od zmiennego układu interesów. Ze względu na stopień rozwoju tożsamości narodowych w regionie Kreml – i każdy inny imperialista – ma tu jednak i mieć będzie twardy orzech do zgryzienia.
Zgodziłabym się jednak, że możemy mówić do pewnego stopnia o sukcesie tożsamościowym państw tego regionu, który umożliwił zachowanie odrębności. W przypadku Polski, ale i innych terytoriów szczególnie długo zniewolonych przez Rosję – pewnych części Ukrainy czy państw bałtyckich – czynnikiem szczególnej wagi, swoistą szczepionką na rosyjski imperializm wydaje mi się (znienawidzony zresztą w Moskwie) katolicyzm. Był i jest on ważny m.in. dlatego, że w czasach moskiewskiej okupacji przypomina o historycznych i cywilizacyjnych związkach z Zachodem.
– Ale Zachód sam przecież bywał w naszym regionie kolonizatorem…
– Dotyczy to przede wszystkim państwa niemieckiego i jego historycznych poprzedników. Politykę Niemiec wobec Polski w ostatnich 25 latach można zapewne określić mianem neokolonialnej – polegającej na zdobywaniu i utrwalaniu dominacji gospodarczej. Fundamentalna różnica tkwi jednak w tym, że w dzisiejszych Niemczech panują rządy prawa, które stanowią czynnik ograniczający i dyscyplinujący zapędy imperialne. Rosja zna w polityce międzynarodowej tylko jedno prawo – prawo siły. Prawo stanowione jest zaś jedynie instrumentem w rękach moskiewskiej władzy i dlatego to ona stanowi dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej poważniejsze zagrożenie. Same mechanizmy kolonizacji pozostają jednak w przypadku obu mocarstw podobne. Polegają przede wszystkim na budowaniu zależności, przejmowaniu najcenniejszych zasobów oraz blokowaniu możliwości rozwoju – szczególnie w tych dziedzinach, w których kraj kolonizowany mógłby stanowić konkurencję dla kolonizatora. Dotyczyło i dotyczy to tak Rosji, jak i Niemiec.
– W przypadku Polski sytuację komplikuje fakt, że w swojej historii bywaliśmy zarówno kolonizującym, jak i kolonizowanym. Jak to wpływa na naszą tożsamość i na relacje z innymi państwami regionu?
– Mówimy tu przede wszystkim o historii relacji Polski z obecną Ukrainą, Białorusią oraz Litwą. Sprawa jest najbardziej zagmatwana w tym pierwszym przypadku, bowiem Ukraińcy są najliczniejsi i zarazem znajdują się w ważnym momencie kształtowania swojej tożsamości, który może zadecydować o jej charakterze na długie lata. Trzeba też pamiętać, że pomiędzy Polakami a Ukraińcami byli jeszcze Żydzi, którzy zbierali znienawidzone podatki i posiadali niemal pełny monopol w handlu detalicznym i hurtowym oraz w bankowości. Do nich lud ukraiński odnosił się z taką samą niechęcią, jak do Polaków. Te trzy społeczności – polskie, ukraińskie i żydowskie – zupełnie się nawzajem nie rozumiały. Tak, z punktu widzenia Ukraińców, Litwinów i Białorusinów Polska była kolonizatorem, który narzucił im jarzmo ekonomiczne, polityczne i niekiedy językowe. To, że Pierwsza Rzeczpospolita zyskała zdecydowaną większość terytoriów, o których tu mowa, na mocy unii dynastycznych i politycznych, a nie podboju, nie zmienia faktu, że była ona państwem polskim w sensie kulturowym. Na obszarze dzisiejszej Białorusi dyskryminacja na tle etniczno-kulturowym i konflikty z tym związane były mniej widoczne, bo tożsamość zbiorowa tamtejszej ludności zaczęła się rozwijać względnie późno. Jeśli chodzi o Litwinów, to tamtejsza warstwa szlachecka była oczywiście dopuszczona do wszystkich tytułów i miała pełne prawa obywatelskie…
– …ale za cenę polonizacji kulturowej, czy jak kto woli kulturowego „wchłonięcia” przez większego sąsiada. We wszystkich przypadkach – ukraińskim, białoruskim i litewskim – różnice narodowościowe i kulturowe nałożyły się na podziały stanowe. Dla chłopa rusińskiego czy litewskiego polskość kojarzyła się z pańskością – niezależnie od tego, czy jego pan był Polakiem w sensie etnicznym.
– Rzeczywiście na dłuższą metę do takiej polonizacji kulturowej doszło – czego sama, jako spolonizowana Litwinka, owoc polskiej kolonizacji, jestem najlepszym świadectwem [śmiech]. Ale jednocześnie trudno powiedzieć, żeby w okresie przedrozbiorowym kwestia języka była polem jakiegoś głębokiego konfliktu – język litewski był wtedy jeszcze w bardzo wczesnym stadium rozwoju i Litwini nie czuli się w związku z tym pokrzywdzeni faktem, że do pewnych celów potrzebna im była znajomość polskiego czy łaciny (używanej wciąż jeszcze na szeroką skalę). Nowoczesna tożsamość litewska, odrębna czy wręcz budowana w opozycji do polskiego języka i kultury, powstawała dopiero w okresie rozbiorów.
– Tożsamości wszystkich trzech narodów kształtowały się jednak w większym lub mniejszym stopniu w kontrze do polskości – czemu chyba trudno się dziwić.
– Tak jest. Ale ta kwestia ma jeszcze jeden ważny aspekt. Po rozbiorach np. Austriacy robili wszystko, żeby skłócić Ukraińców i Polaków. Część takich antagonizmów wynika zatem z polskiej polityki kolonialnej czy quasi-kolonialnej w stosunku do tych narodów. Inna część z mniej lub bardziej spontanicznej polonizacji kulturowej elit litewskich czy rusińskich. Jeszcze inna część z tego, że ani polski „pan”, ani rusiński wieśniak nie zajmowali się handlem i sprawami finansowymi, co wpychało obie strony w zależność od kupców żydowskich, a to z kolei generowało najrozmaitsze konflikty między tymi nacjami. I wreszcie: część z polityki divide et impera po stronie zaborców.
Dużo bardziej bolesny z perspektywy „polskiej winy” – w uproszczeniu rzecz tak nazywając – wydaje mi się natomiast okres międzywojenny, kiedy władze niepodległej Rzeczpospolitej popełniały w stosunku do mniejszości narodowych fatalne błędy. Odgórna próba polonizacji Ukrainy, osadnictwo – to były pomysły, delikatnie mówiąc, niezbyt udane, a przy okazji kompletnie chybione politycznie. Na skuteczną polonizację było wtedy już dwa stulecia za późno, a młody nacjonalizm ukraiński przeżywał rozkwit. Politykę kolonialną tamtych czasów Ukraińcy bardzo dobrze pamiętają i to ona stanowi z ich perspektywy największą zadrę w stosunkach z Polakami. Po stronie polskiej brakuje zaś niestety świadomości tej części historii, a często również gotowości do uderzenia się w piersi. Polacy pamiętają o niebywale wprost okrutnych mordach na Wołyniu, o których z kolei słuchać nie chcą Ukraińcy i które historycy ukraińscy wciąż starają się zbagatelizować. Słowem, polsko-ukraiński rachunek historyczny nie jest czysty – po obu stronach są uzasadnione pretensje, wyrzuty i resentyment, z których należałoby się rozliczyć.
Uważam, że polscy patrioci powinni postarać się zrozumieć perspektywę ukraińską. Wyobrazić sobie sytuacje, w których np. do ukraińskich wiosek wkraczała polska policja i zwalczała organizacje polityczne i kulturalne krzewiące tożsamość ukraińską. Warto wejść w buty strony słabszej pod względem tożsamościowym, młodego narodu, któremu blokowane są podstawowe aspiracje i możliwości rozwoju.
– Czy oprócz częstego braku świadomości Polaków na temat kolonialnego wymiaru relacji ich kraju z tzw. Kresami i nieporozumień z sąsiadami dotyczących postrzegania historii, dostrzega Pani jakieś długofalowe konsekwencje imperialistycznych aspektów polskiej historii dla aktualnej polityki RP bądź dla kształtu naszej świadomości narodowej?
– W „Trubadurach imperium” stawiam tezę, że o kolonializmie można mówić dopiero wtedy, gdy mamy do czynienia z rozwiniętą świadomością narodowej odrębności, a więc w wypadku I Rzeczpospolitej na krótko przed rozbiorami, a potem krótko w II Rzeczpospolitej. Sytuacja dzisiejsza jest na tyle różna od tej z przeszłości, że poza stwierdzeniem „mea culpa” Polacy niewiele mogą czy powinni zrobić w tej sprawie. Zwłaszcza że nałożyły się na nią wydarzenia niewspółmierne z policyjnymi prześladowaniami, takie jak genocyd wołyński czy mordowanie żołnierzy AK przez Litwinów. Polski kolonializm to sprawa przeszłości i tak powinien być traktowany. Cieszą mnie obecne przyjazne stosunki między Polską a Ukrainą. Cieszy mnie to, że Białorusini na ogół odnoszą się do Polski przyjaźnie i znajdują podobnie przyjazny odzew w Polsce. Mam nadzieję, że stosunki polsko-litewskie też się poprawią – ale nawet jeżeli tak się nie stanie, wszystkie obecne zgrzyty polsko-litewskie to jednak drobiazgi w porównaniu z prawdziwymi problemami i Polski, i Litwy. Nie widzę żadnych zagrożeń neoimperialnych w stosunku do trzech wymienionych krajów, denerwuje mnie jednak sentymentalizm, z którym niektórzy „kresowiacy” piszą np. o Wilnie – bodaj tylko po to, aby się dobrze poczuć i użalić nad samymi sobą. To samo dotyczy wszelkich zabytków architektury – niegdyś polskich – na terytoriach Ukrainy, Białorusi i Litwy. To samo zdenerwowanie odczuwam, gdy Niemcy mówią o „ich” Wrocławiu. Z drugiej strony, równie denerwujące jest całkowite przemilczanie – zwłaszcza po stronie litewskiej – tego, że historie Litwy, Białorusi i Ukrainy są nierozłącznie związane z historią Polski od czasów jagiellońskich do II wojny światowej. Litwini posuwają się czasem do fałszowania historii, np. sprawa chrztu Litwy i dołączenie Litwy do społeczeństw europejskich to niewątpliwie dzieło Polaków, a nie – jak twierdzą rewizjonistyczni litewscy historycy – wcześniejszych władców Litwy.
Co do kolonializmu Niemiec, Anglii, Francji czy Rosji – niestety rezultaty ich wielowiekowej przeszłości kolonialnej są o wiele głębsze i bardziej destruktywne niż rezultaty kolonializmu polskiego. Często są niemożliwe do naprawienia: absurdalne granice państw afrykańskich, siłowe wtłaczanie afrykańskich społeczeństw w ramy europejskich struktur, długofalowe rezultaty wojen opiumowych w Chinach, zaś w przypadkach niemieckim i rosyjskim – niesłychane straty demograficzne i materialne Polski.
– Teorie postkolonialne oprócz tego, że stanowią pewną perspektywę i zbiór narzędzi o charakterze badawczym, miały i mają również swoje bardziej praktyczne próby zastosowania w świecie polityki i idei. Łączą się one często z marzeniem o solidarności, współdziałaniu i emancypacji narodów uciskanych. Czy ten pozytywny aspekt teorii postkolonialnych ma według Pani jakąkolwiek wartość i czy mógłby mieć jakiegoś rodzaju zastosowanie do rozważań o naszym regionie? Czy wspólne dziedzictwo postkolonialne może być czynnikiem sprzyjającym solidarności między narodami?
– Myślę, że poza bardzo szczególnymi wyjątkami, „solidarność postkolonialna” jest utopią. Najlepiej pokazują to realne stosunki między narodami Europy Środkowo-Wschodniej. W pewnym sensie koncepcja ta jest także reliktem minionej, zimnowojennej epoki, bo – nie ma się co oszukiwać – postkolonializm jako teoria był w tamtym okresie uwikłany w globalny konflikt. Zachodni badacze i teoretycy nie bez powodu nie odnosili teorii postkolonialnej do Europy Wschodniej ani do sowieckiej Azji. ZSRR w ramach globalnej rozgrywki z Zachodem wspierał dekolonizację wielu krajów azjatyckich czy afrykańskich i wspomagał tzw. ruchy narodowowyzwoleńcze. W związku z tym badacze postkolonialni czuli wobec sowieckiej Rosji silną lojalność.
Solidarność kolonizowanych jest utopią również dlatego, że tylko w teoriach marksistowskich możliwa jest wspólnota oparta wyłącznie na doświadczeniu ucisku. Kraje wschodnioeuropejskie – i dotyczy to także innych regionów postkolonialnych – są po prostu za biedne, żeby „iść razem”. Aby współpracować, konieczne jest pewne minimum bezpieczeństwa egzystencjalnego. Tymczasem narody postkolonialne są w znakomitej większości „na dorobku” i żyją w poczuciu, że podstawy ich bytu są niepewne, że może je podmyć pierwszy lepszy kryzys. Do autentycznej solidarności niezbędna jest gotowość do ponoszenia ofiar, a one nie mają czego ofiarować, bo wszystkie zasoby idą na zaspokajanie bieżących potrzeb.
– Są zbyt biedne, żeby współpracować, ale jeśli nie będą współpracować, to czy nie zmniejsza to ich szans na wydobycie się z tej biedy?
– Niekoniecznie – mamy przecież liczne przykłady skutecznych strategii rozwojowych na poziomie jednego państwa czy narodu. Oczywiście w idealnym świecie każdy – ja też – chciałby, żeby uciskane narody współpracowały. Byłam kiedyś na wykładzie Václava Klausa, na którym ktoś zapytał go o Trójkąt Wyszehradzki. A on się roześmiał i powiedział, że to jest byt czysto fasadowy, za którym w rzeczywistości nic nie stoi. Ponieważ działo się to w Stanach Zjednoczonych, to nie przyszło mu do głowy, że na sali mogą być jacyś Wschodnioeuropejczycy, i powiedział prawdę prosto z mostu. Bo ile ten Trójkąt ma dywizji, jaki ma budżet? Czy cały ten projekt nie polega wyłącznie na tym, że polscy, czescy, słowaccy i węgierscy podatnicy płacą dziesiątki tysięcy euro po to, żeby politycy spotkali się ze sobą kilka razy do roku, zjedli kolację, pogadali i wrócili do domu? Dopóki nie będzie gospodarczego i finansowego zaplecza, dopóty rzeczywiście będziemy mieli do czynienia z bytem czysto wirtualnym.
– Fakt, że tego zaplecza nie ma, wynika też jednak w niemałym stopniu z decyzji politycznych i ze strategicznych priorytetów przyjmowanych przez poszczególne państwa… Te priorytety zaś z faktu, że rozwój zależny i kooperacja z silniejszym partnerem ekonomicznym – w przypadku Grupy Wyszehradzkiej z Niemcami – przynoszą doraźnie łatwiejsze i większe korzyści elitom. Efektem jest jednak pułapka rozwojowa w dłuższym terminie.
– Być może to prawda. Na dziś nie widzę jednak dobrego rozwiązania tej sytuacji. Chciałabym, żeby dało się uruchomić sieci sojuszów pomiędzy państwami Europy Środkowo-Wschodniej. Ale próbowano to robić wiele razy, polscy romantycy polityczni wciąż piszą o Międzymorzu, lecz nie udaje się to nie bez przyczyny. Obecnie kraje tego regionu są zbyt ubogie, zbyt niesamodzielne i zbyt nastawione na konkurencję między sobą. Nie mówiąc już o tym, że często są wobec siebie nawzajem nastawione nieufnie. Jeśli ktoś mi pokaże strategię, która tę sytuację zmieni, to zwrócę honor i sama pierwsza poprę taki projekt.
– Jak jawi się polski „syndrom postkolonialny” na tle bliższych i dalszych regionalnych sąsiadów? Czy dostrzega Pani u nich podobne problemy? Czy radzą sobie z dziedzictwem kolonializmu jakoś wyraźnie lepiej lub gorzej?
– Jeśli chodzi o Węgry i Czechy, to sytuacja jest odmienna, bo nie są one zagrożone przez Rosję – a przynajmniej zagrożone się nie czują. Gdyby ziściło się marzenie Rosji o rewizji ładu w tej części Europy, to sądzę, że te kraje pozostawiono by w strefie wpływów Zachodu. Polska nie miałaby raczej tego luksusu. Istnieje więc zasadnicza różnica wyzwań i przekłada się ona na politykę prowadzoną przez te państwa. Problem biedy i gospodarczej słabości związanej z brakiem kapitału dotyczy natomiast większości państw postkomunistycznych w podobnym stopniu i wynika z polityki sowieckiej i przebiegu transformacji.
– A co z tym elementem postkolonialnego dziedzictwa, określanego czasem mianem kompleksu, który wiąże się z ograniczoną samodzielnością i podmiotowością, tendencją do szukania kolejnych „patronów”? Czy dostrzega Pani w naszym regionie taki problem, a jeśli tak, to czy poszczególne państwa radzą sobie z nim lepiej lub gorzej?
– W swoich tekstach naukowych posługuję się terminem „hegemona zastępczego”. Po paru stuleciach kolonializmu Polacy przyzwyczaili się do istnienia zewnętrznego patrona. To jest właśnie jedna z największych tragedii kolonializmu, że wspaniałe narody – i nie mówię tu tylko o Polakach – przyprawia o kompleks niższości. Ponieważ hegemon sowiecki uważany jest za coś cywilizacyjnie „niższego”, duża część Polaków znalazła sobie hegemona zastępczego – Zachód. Ten mechanizm wpłynął chociażby na przebieg transformacji, na fakt, że Polacy przyjęli w sposób całkowicie bezkrytyczny rady udzielane im przez świat euroatlantycki i przeprowadzili pospieszną prywatyzację, akceptując jednocześnie destruktywne trendy intelektualne i śmieciową popkulturę.
– W odniesieniu do naszego regionu można mówić o postkolonialnym dziedzictwie w kilku wymiarach życia zbiorowego. Z jednej strony można schematy z badań postkolonialnych odnosić choćby do historii tworzenia się i ewolucji tożsamości narodowych, a z drugiej można terminologie i instrumentarium teorii postkolonialnej stosować do analizy wewnętrznej struktury społeczeństw. Mówi się np. o reprodukowanych w krajach postkolonialnych modelach podziału i liniach konfliktu społecznego, między tzw. elitami kompradorskimi – czyli uwikłanymi w zależności z byłymi czy aktualnymi patronami – a klasami ludowymi i ich politycznymi reprezentantami.
– Mam wrażenie, że patrzenie na Polskę czy Europę Wschodnią przez pryzmat klas społecznych czy podziału elity-lud nie jest już do końca adekwatne. Jednym z podstawowych źródeł tak poczucia wspólnoty, jak i różnego rodzaju konfliktów społecznych, wydaje mi się powszechny brak poczucia bezpieczeństwa bytowego, w zasadzie niezależny od sytuacji osobistej czy położenia klasowego. W pewnym sensie wszyscy Polacy są „proletariuszami”, bo wszyscy są zależni – od patronów zewnętrznych albo zagranicznych firm, od państwa, od kredytu w banku albo po prostu od zachowania miejsca pracy. Wiąże się to ze wspomnianymi już ograniczonymi zasobami kapitału narodowego. Przy polskim potencjale ludnościowym i gospodarczym dałoby się tę sytuację stopniowo zmieniać, nawet bez solidarności z sąsiadami, ale do tego potrzebny byłby mądry rząd, którego brakuje.
– Teza o elitach kompradorskich, formułowana na różne sposoby, jest jedną z podstaw diagnozy stawianej przez prawicową opozycję wobec rządów Platformy Obywatelskiej.
– Rządzącym w Polsce brakuje wizji rozwoju, ponadto są skorumpowani, a afery, które wychodzą na jaw, takie jak Amber Gold, zamiatają pod dywan zamiast rozliczyć. Dlatego gdybym głosowała w Polsce, głosowałabym na opozycję. Mówiąc o postkolonializmie, wolę jednak wskazywać na mechanizmy i czynniki systemowe niż na osobiste winy Iksa czy Igreka, co nie znaczy, że nie powinni być z tych win sądownie rozliczeni. A najważniejszym takim czynnikiem systemowym jest, według mnie, zubożenie ogółu społeczeństwa, za co winiłabym wciąż raczej mocarstwa kolonialne niż tego bądź innego polityka czy nawet nomenklaturowego oligarchę.
– Czy oprócz zjawiska kompleksu postkolonialnego można mówić o czymś takim, jak kompleks post-imperialny, a jeśli tak, na ile skutecznie radzą sobie z nim dwa państwa regionu, które zmagają się z tego typu dziedzictwami: Rosja i Niemcy?
– Imperializm niemiecki pod względem militarnym jest na dzień dzisiejszy rozdziałem zamkniętym. Nadal mamy jednak do czynienia z imperializmem gospodarczym. Jeśli chodzi natomiast o przepracowywanie historii, Niemcy po okresie rozliczeń weszły niestety w okres, w którym starają się pewne aspekty przeszłości opowiedzieć na nowo. Mam tu na myśli manewry, które mają na celu rozmycie odpowiedzialności za zbrodnie nazistowskie czy sztuczne rozdymanie skali i znaczenia wewnątrzniemieckiej opozycji wobec Hitlera. Oglądałam ostatnio telewizyjny serial brytyjski oparty na opowiadaniach G.K. Chestertona o Ojcu Brownie. Akcja toczy się w powojennej Anglii. W pewnym momencie w serialu pojawia się postać katolickiego księdza z Niemiec. Po długich perypetiach okazuje się, że jest on Niemcem, który był więziony za antynazistowską działalność. Mowa jest także o cierpieniach poniesionych przez jego rodzinę. Ów Niemiec staje się jedną z głównych pozytywnych postaci serialu. Oczywiście tego wątku nie ma w oryginale u Chestertona. To znakomity przykład licznych działań z dziedziny niemieckiej polityki historycznej, aktywnej również poza granicami Niemiec, tworzącej w podświadomości widza nową sieć skojarzeń, w której Niemcy stają się przede wszystkim ofiarami Hitlera. Wydaje się, że gra toczy się o ocalenie niemieckiej tożsamości i dumy narodowej, o którą trudno przy zachowaniu jednoznacznej oceny okresu nazistowskiego.
– O ile w Niemczech, niezależnie od trendów rewizjonistycznych, mieliśmy jednak do czynienia z różnymi formami przepracowywania i rozliczania się z historii tego okresu, o tyle dużo mniej mówi się o imperialnej historii Niemiec sprzed Hitlera.
– Rzeczywiście, istnieje też u Niemców tendencja, żeby ograniczać rozliczenia z historią do okresu III Rzeszy. Reszta zostaje mniej lub bardziej zaaprobowana albo zapomniana. W redagowanym przeze mnie czasopiśmie „Sarmatian Review” ukazała się niedawno recenzja książki Kristin Kopp pt. „Germany’s Wild East”. Tytułowy „Dziki Wschód” Niemiec to oczywiście Polska. Ta znakomita książka pokazuje, w jaki sposób od stuleci narody zamieszkujące ziemie na wschód od Niemiec przedstawiane były w tamtejszej propagandzie jako „podludzkie”.
– Można odnieść wrażenie, że w popularnej historiografii europejskiej Hitler bierze się trochę znikąd. Jest takim na poły metafizycznym potworem, powstałym z pomieszania ogólnej atmosfery panującej w międzywojniu, kryzysu i „upokarzającego” Traktatu Wersalskiego. Ale nie ma raczej mowy o wcześniejszej historii imperialnej Niemiec.
– To prawda. Niemcy nie cierpią, delikatnie mówiąc, na nadmiar historyków czy intelektualistów, którzy chcieliby zająć się tym wątkiem sprawy, a z pewnością jest ich zbyt mało, żeby wprowadzić tę tematykę na stałe do szerszego obiegu. Z punktu widzenia dzisiejszych wyzwań Polski i Europy Środkowo-Wschodniej jest to jednak kwestia drugorzędna w porównaniu ze wspominanymi już tendencjami rewizjonistycznymi odnoszącymi się do II wojny światowej.
– Wszystko to razem wzięte może się zaś wydawać drugorzędne na tle skali problemów z imperialnym dziedzictwem w Rosji, która wyrasta w ostatnich latach na rewizjonistyczne mocarstwo sensu stricto… Czy na tym pesymistycznym tle są chociaż jakieś pojedyncze pozytywne przykłady zmagań z imperialnymi dziedzictwami, o których można by tu wspomnieć?
– Pojedyncze przypadki oczywiście się znajdą. Zawsze byli w Rosji ludzie starający się przekierować państwo na inne tory: normalnego kraju europejskiego, szanującego rządy prawa i istniejący ład międzynarodowy, akceptującego kształt własnych granic i koncentrującego się na zapewnieniu dobrobytu swoim mieszkańcom. Prawdą pozostaje jednak to, co napisałam w „Trubadurach imperium”: polityka Rosji od wieków się nie zmieniła. Co nie znaczy, że nie zmieni się w przyszłości. Czego sobie i Państwu życzę.
– Dziękuję za rozmowę.
Październik 2014 r.