Zapomniane marzenie Stefana Żeromskiego

Zapomniane marzenie Stefana Żeromskiego

U progu niepodległości

W lutym roku 1918 Stefan Żeromski napisał artykuł „Projekt Akademii Literatury Polskiej”. Tekst ukazał się wkrótce jako broszura, ale nie wzbudził, także w środowiskach literackich, ożywionych dyskusji, nie zainspirował na razie ani polemik, ani apologii. Wciąż jeszcze przecież trwała wojna, polscy żołnierze w mundurach armii państw zaborczych wciąż ginęli na wszystkich europejskich frontach. Rosja co prawda już zapadła się pod własnym ciężarem, już wiadomo było, że na ziemiach jej dawnego zaboru powstanie jakaś forma polskiej państwowości, jednak Niemcy trzymały się jeszcze mocno i wciąż istniała obawa, że Polacy będą zmuszeni, w mniejszym czy większym stopniu, uznać co najmniej protektorat zachodniego sąsiada. Mimo to, u progu niepodległości Rzeczypospolitej polskich inteligentów rozgrzewały dyskusje o tym, jak ma wyglądać odrodzona Polska, jaki ma być jej społeczny, gospodarczy i polityczny ustrój, jaką pracę należy wykonać, aby Polacy zdolni byli nie tylko do powołania własnego państwa, ale i by umieli nadać mu taki kształt, z którego sami będą zadowoleni, który będzie współgrał z narodowym charakterem i wartościami istotnymi dla Polaków. Tekst Żeromskiego, postulujący powołanie analogicznej do akademii naukowych instytucji literackiej, mógł być jednak odebrany jako zbyt utopijny, zbyt idealistyczny w sytuacji, kiedy nie wiadomo jeszcze było, jakie w ogóle będzie pole do działania dla naszych narodowych instytucji.

Jednak już wkrótce wydarzenia nabrały tempa, Polska odzyskała pełną niepodległość, a Stefan Żeromski stał się inicjatorem i wybrany został pierwszym prezesem Związku Zawodowego Literatów Polskich, pierwszej w naszych dziejach organizacji zrzeszającej ludzi pióra i chroniącej ich zawodowe interesy. Już po śmierci pisarza, w 1933 roku, powołana została przez Radę Ministrów RP Polska Akademia Literatury, instytucja w pewnym tylko stopniu nawiązująca do idei Żeromskiego, przede wszystkim przyznająca Wawrzyny Akademickie za wybitne osiągnięcia pisarskie i zasługi dla polskiej literatury i czytelnictwa (pozostawała autonomiczna, jednak pierwszych jej siedmiu członków powoływał Minister Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, a ci dopiero powoływali ośmiu kolejnych).

Dziś, przy okazji obchodzonej uroczyście 150. rocznicy urodzin Żeromskiego, warto chyba przypomnieć sobie „Projekt Akademii Literatury Polskiej”. Pomysł wizjonerski i poniekąd utopijny; pomysł, który wynika z bardzo głębokiego zrozumienia roli literatury w życiu narodu (czy nawet w tworzeniu narodu, którego geneza nie została, a być może nigdy nie zostanie zakończona) i z powinności tejże literatury wobec języka, który ją tworzy oraz wobec społeczności, która stworzyła ów język.

Warto chyba przypomnieć „Projekt…” dziś, w czasie ogromnego kryzysu (może nawet zapaści) i czytelnictwa, i polskiej literatury, bo jego wizjonerstwo zdaje się być bardzo aktualne, skłaniać do refleksji także nad dzisiejszymi wzajemnymi powinnościami literatury i wspólnoty, twórczej wolności, wpływu interesu księgarzy i wydawców na poziom literatury oraz jej społeczne i artystyczne funkcje itp. Może i dzisiaj, nie dla uczczenia Żeromskiego, ale właśnie dla sprawy polskiej twórczości i kultury literackiej, polskiego czytelnictwa, duchowej kondycji Polaków, warto byłoby rozważyć jeśli nie powołanie postulowanej przez niego instytucji, to co najmniej jakieś działania zmierzające do uzdrowienia kultury literackiej Polaków, które brałyby pod uwagę funkcje twórczości literackiej w życiu naszej społeczności i w życiu duchowym każdego z nas? Niektóre postulowane przez Żeromskiego zadania Akademii (na przykład wyrażanie opinii środowiska pisarskiego w istotnych sprawach dotyczących kultury, polityki czy obyczaju) spełniają istniejące i dzisiaj organizacje pisarzy wywodzące swój rodowód z ZZLP. Ja chciałbym przypomnieć takie z tych zadań, które dziś, jak sądzę, są zapomniane i przez samych literatów, i przez czytelników.

Dość mgliste były pomysły Żeromskiego dotyczące struktury instytucji. Jej zarząd miałby się składać z najgodniejszych pisarzy i musiałby ulegać zmianie co rok, czy co dwa lata, dla uniknięcia majoryzacyi kierunków literackich jednych przez drugie, oraz z obawy przed wytworzeniem się wszelkiego rodzaju magnateryi, matadoryzmu klik i zespołów, które mocą posiadania przydługiej władzy mogłyby szkodliwie oddziaływać na swobodę ujawniania się kierunków i prądów nowych (s. 59) Równie niejasne są pomysły dotyczące środków materialnych, dzięki którym Akademia mogłaby udzielać postulowanych stypendiów dla pisarzy i wszelkiej innej pomocy materialnej dla przedsięwzięć literackich i społecznych. Wielokrotnie widoczna jest tu idealistyczna wiara Żeromskiego w triumf ducha nad materią i w to, że w obliczu powstania tak doniosłego przedsięwzięcia, pieniądze po prostu się znajdą – może z jakichś składek, może od donatorów, może od państwa. Ważny jest sam cel, a celem jest obrona polskiej literatury, a więc działanie dla duchowego i cywilizacyjnego wzrostu narodu. Literatura polska potrzebuje wsparcia instytucjonalnego.

W moim przekonaniu – pisał Żeromski – przemawiają za tą koniecznością [powołania Akademii] trzy względy:
1)
sprawa czystości i piękności języka;
2)
sprawa rozszerzenia kultury literackiej na warstwy szerokie inteligencji i ludu;
3) sprawa instancji i obrony twórczości wolnej. (s. 31)

Sprawa języka

Pierwszy spośród „względów” był dla Żeromskiego istotny przede wszystkim dlatego, że lata zaborów nie tylko zahamowały instytucjonalne starania o kulturę słowa i języka, ale także w sposób sztuczny podzieliły terytorium użytkowania polszczyzny na trzy niezwiązane w żaden sposób z tradycją i historią naszego kraju regiony podlegające silnym i toksycznym wpływom języków zaborców. Polszczyzna, mimo społecznego oporu wobec instytucjonalnej rusyfikacji i germanizacji, chłonęła z paskudnej – bo raczej biurokratycznej, policyjnej lub wojskowej niż literackiej – niemczyzny i ruszczyzny nie tylko słownictwo, ale także frazeologię, nawyki słowotwórcze i składniowe czy osobliwości stylu. Język polskiej literatury – co Żeromski niezwykle przenikliwie, ale i z dużą odwagą zauważał – nie był wcale wolny od tych toksycznych wpływów, często, wbrew patriotycznym intencjom samych autorów, stawał się dodatkowym ich utrwalaczem. Przykłady zgermanizowanej od słownictwa po składnię polszczyzny Przybyszewskiego czy podobnie zrusyfikowanej – Sieroszewskiego, odsłaniały tylko wierzchołek góry lodowej. Niestety, co także Żeromski trafnie zauważył, opór polskich pisarzy przeciwko zepsuciu polszczyzny skutkował często wytwarzaniem języka sztucznego, napuszonego, pozbawionego waloru wzorcotwórczego, bo nieprzydatnego do żadnych zastosowań poza czysto literackimi lub zbyt mocno odwołującego się do przebrzmiałej już i niemogącej sprostać wyzwaniom współczesności staro- czy średniopolszczyzny.

Jednym z zadań Akademii Literatury Polskiej miało więc być „udzielenie poparcia” tym pisarzom, których język i styl może stać się punktem odniesienia dla polszczyzny, nie tylko tej urzędowej czy oficjalnej, ale także tej, którą na co dzień posługują się jej zwyczajni użytkownicy. W wizji Żeromskiego, nota bene, oddziaływanie literackiej polszczyzny na język rodaków ma być właśnie bezpośrednie i proste: dobre praktyki językowe powinny się tworzyć w ten sposób, że czytelnicy obcujący na co dzień z literaturą przesiąkają jej językiem, a nie w taki sposób, że uczeni językoznawcy inspirują się polszczyzną uznanych przez siebie pisarzy, układając słowniki i kodyfikując normy. Dlatego właśnie Akademia miałaby wyróżniać i wspierać takich twórców, którzy wypracowali staranny, indywidualny choć przystępny styl. Musi być przecie – pisał Żeromski – wyróżniona własna, starannie opracowana proza Wacława Berenta od figlasów baroku, pełnego błędów stylu, popełnianych przez różne znakomitości literackie – oraz od wyślizganych naśladownictw, układanych w istocie nie po polsku, lecz w jednym okresie czasu po sienkiewiczowsku, w drugim po wyspiańsku (s. 38).

Jednak Akademia projektowana przez autora „Popiołów” nie byłaby wyłącznie instytucją wspierającą pisarzy w ich pracy nad językiem, ale także ich inspirującą. Żeromski doskonale rozumiał, że artyści nie są jedynymi twórcami słowa, ale że także, a może przede wszystkim, wykorzystują spontaniczną twórczość ludową na tym polu. Dlatego postulował w „Projekcie Akademii Literatury Polskiej” (a rozwinął to później w „Snobizmie i postępie”) zainicjowanie wielkiej akcji badania polskich gwar, z których należałoby wydobyć zapomniane czy lekceważone przez mowę klas wyższych (a więc także literatury) słowa czy metafory, którymi dałoby się wzbogacić – nie rugując, oczywista, mechanicznie ani jednego z wyrazów-przybłędów istniejących z dawna w języku (s. 40) – słownik naszej współczesnej literatury, a za jej pośrednictwem także mowę powszechną.

Daje się tu wyczytać dwie niezwykle ciekawe refleksje Żeromskiego, inspirowane filozofią pracy Stanisława Brzozowskiego, dotyczące ducha języka w ogóle, a polszczyzny w szczególności. Jest on otóż, po pierwsze, niezwykle silnie zakorzeniony w środowisku swoich narodzin, a więc w ludzie oraz w tym, co ów lud najdoskonalej określa, w najistotniejszej ludu twórczości i samoidentyfikacji, a więc w pracy. Słownictwo pracy charakteryzuje się wielką różnorodnością i subtelnością znaczeń, a także niezwykłą trafnością poszczególnych sformułowań. Można w nim dostrzec niesłychane bogactwo, wielki przepych metafory wyskakującej z samej roboty – przenośni odzwierciedlającej i streszczającej, jak gdyby w logarytmie genialnie powziętym, dzieło ciała – rodzącej się z nagła a wiecznie, trafnej jak samo nieomylne uderzenie ręki, tworzącej fizycznie (s. 40). Żeromski widzi więc słowo, język jako ducha, który tworzy się wraz z ciała i z ciałem jest bardzo silnie związany. Może się od ciała uwolnić, ale wtedy i on, i ciało będą okaleczone.

Żeromski walczy więc z zapożyczeniami i obcymi wpływami językowymi nie z jakiegoś sentymentalnego czy nacjonalistycznego afektu do swojskości, ale dlatego, że dostrzega, iż znaczna ich część jest przeniesieniem z obcego gruntu samego słowa pozbawionego zakorzenienia w głębi i istocie swojego desygnatu. Zastąpienie słowa zakorzenionego, wytworzonego na potrzeby życia, pracy, uczuć, a potem przez stulecia czy tysiąclecia porastającego w znaczeniowe subtelności, niezliczone asocjacje i konotacje, takim, które przychodzi z zewnątrz, oderwane od imponderabiliów, powoduje nie tylko – jak by się niektórym zdawało – estetyczny zgrzyt, ale i duchową katastrofę. Powoduje oderwanie się użytkownika języka od głębi własnego świata, i pozwala mu na doświadczanie wyłącznie jego płycizny.

Duch artysty ożywia na powrót ducha-słowo. Dlatego nie wystarczy, żeby uczeni dialektolodzy i historycy języka odgrzebali spod kurzu dokumentów i spod obcych naleciałości dawno nieużywane polskie wyrazy. Potrzeba jeszcze pisarzy-artystów, którzy pojmą, jak bardzo wyrazy te zakorzenione były w życiu swoich dawnych twórców i użytkowników, a później będą umieli na powrót zakorzenić je w życiu użytkowników dzisiejszych. Artyści staną się więc tymi, którzy stworzą wyrazy i znaczenia na nowo. Dzięki temu będzie można pozbyć się obcych naleciałości, płytko tylko wetkniętych w społeczną glebę, oddających powierzchowne, a nie głębokie znaczenia i przez to spłycających w ogóle świat użytkowników (może pasowałoby tu dzisiejsze słowo: „konsumentów”) nie będących twórcami języka.

Bardzo istotnym zadaniem Akademii Literatury Polskiej byłoby więc wspieranie tych artystów słowa, dla których kwestią istotną byłaby świadoma swoich celów i zadań społecznych twórczość w zakresie języka. Akademia powinna, zdaniem Żeromskiego, czynnie zachęcać pisarzy do tego, aby polszczyznę traktowali nie tylko czy nie tyle jako gotowe i dane sobie tworzywo utworów, ale jako zadanie. Język – a więc i indywidualna oraz zbiorowa duchowość jego użytkowników – wymaga ciągłej troski i pielęgnacji, ciągłego tworzenia go na nowo, a nie tylko rejestracji. Akademickie „zrzeszenie twórców i badaczów” miałoby możliwość aktywnego kształtowania języka, a więc także aktywnego przyczyniania się do duchowego, cywilizacyjnego wzrostu rodaków, nie za pomocą dekretów czy normatywnego językoznawstwa, ale poprzez tworzenie językowej praktyki.

Sprawa kultury literackiej

Żeromski, przyglądając się praktyce publicznych bibliotek i towarzystw krzewienia czytelnictwa docierających do czytelników we wsiach Podhala czy Lubelszczyzny, doszedł do wniosku, że czytelnik „z ludu” nie miał jakoś zasadniczo gorszego gustu, niż ten inteligencki. Na wsiach chętnie czytane były powieści historyczne mistrzów polskiej prozy: Kraszewskiego, Sienkiewicza, Konopnickiej, Orzeszkowej, Orkana czy Gomulickiego, a więc tych samych pisarzy, którzy byli cenieni wśród miejskiej inteligencji. Ludność wiejska niechętnie czytała zaś powieści współczesne tych samych pisarzy, zapewne dlatego, że umiejscowione były one silnie w realiach społecznych jej obcych, ale niemających waloru czasowej czy terytorialnej egzotyczności. Jednak literacka szmira wszelkiego rodzaju miała większe wzięcie w odwiedzanej przez inteligentów z różnych stron Polski Bibliotece Publicznej w Zakopanem, niż w objazdowych księgozbiorach dla podhalańskich gospodarzy. Inteligenci znający języki mogli poszukiwać odpowiadających własnym potrzebom dzieł obcych, jednak możliwości tej pozbawieni byli ludzie nieposiadający wykształcenia.

Żeromski postulował więc, aby projektowana Akademia zajmowała się nie tylko wskazywaniem wśród gotowej twórczości dzieł wartościowych, których lekturę warto byłoby polecić i ułatwiać (choćby przy pomocy sieci bibliotecznych) pochodzącym z różnych klas społecznych czytelnikom, ale także inicjowała powstawanie znakomitych pod względem artystycznym dzieł mogących znaleźć oddanych czytelników ze wszystkich klas. W projekcie autora „Ludzi bezdomnych” odnajdujemy pionierską jak na tamte czasy (a i do dziś niezrealizowaną) wizję badań czytelnictwa, które służyłyby nie tylko rynkowym statystykom, ale przede wszystkim aktywnemu kształtowaniu literackiej oferty najwyższej jakości dla czytelników o różnym poziomie wykształcenia i o różnym społecznym statusie. Akademia, wykorzystując zdobytą w takich badaniach wiedzę o upodobaniach, potrzebach czytelniczych, mogłaby inicjować powstawanie dzieł, zachęcać artystów do poszukiwań i wysiłków zgodnych ze społeczną potrzebą.

Oczywiście – warto chyba to podkreślić – nie chodziło Żeromskiemu o badania rynkowe pozwalające zaspokoić pospolite gusta, ale raczej o to, by pisarze mieli rozpoznanie kompetencji czytelniczych oraz duchowych potrzeb swoich odbiorców. Właśnie dlatego postulował on, by takie rozpoznanie prowadziła Akademia (a nie na przykład wydawcy), bo ma ono służyć nie po prostu zwiększaniu czytelnictwa i sprzedaży książek, ale kulturze literackiej narodu. Żeromski był przekonany, że możliwe jest połączenie znakomitego literackiego warsztatu i artystycznej swobody literackiej produkcji z jej szacunkiem wobec czytelnika i zrozumieniem jego głębokich potrzeb. Nadpodaży literackiej szmiry schlebiającej najniższym gustom, Akademia przeciwstawiałaby moralne i materialne wspieranie twórczości zarówno artystycznie znakomitej, jak i przystępnej dla czytelników z różnych społecznych warstw.

Akademia powinna także zainicjować wielkie przedsięwzięcie przyswajania polskiej publiczności dorobku piśmiennictwa światowego. Żeromski dostrzegał pilną potrzebę tłumaczenia na polszczyznę arcydzieł, które już gdzie indziej proste umysły ogniem zachwytu objęły i biedne serca przyciągnęły ku sobie (s. 42). W roku 1918 luki w przyswajaniu przez polską publiczność literacką światowej klasyki (od starożytnych Greków i Rzymian począwszy!) były gigantyczne. Boy dopiero zaczynał swoje dzieło systematycznego krzewienia literatury francuskiej, na jego naśladowców przekładających z innych języków trzeba było jeszcze czekać. Żeromski marzył o wielkim przedsięwzięciu odkrywania i upowszechniania wśród polskiej publiczności literackiej już istniejących, a niemających odpowiedniego nagłośnienia przekładów, ale także inicjowania twórczości translatorskiej.

Warto zauważyć, że Żeromski postrzegał konieczność przełożenia na polszczyznę światowych arcydzieł (i to z całego świata, także z jego peryferiów – w tym szczególnie z pokrewnych naszej literatur słowiańskich – a nie wyłącznie z kulturowych centrów; znaczną część „Projektu Akademii Literatury Polskiej” stanowi autorski katalog arcydzieł światowego piśmiennictwa już przełożonych na polski i takich, których przełożenie jest sprawą szczególnej wagi) w kontekście potrzeby działania dla duchowego wzrostu czytelników. Fakt, że biblioteki pełne były literackiej szmiry, postrzegał jako konsekwencję słabej podaży literatury najwyższej jakości, która – przypomnijmy – wcale nie była według niego hermetyczna czy nieciekawa dla prostego czytelnika. Żeromski był pełen wiary w ludzkiego ducha, wolny był też od klasowych uprzedzeń, wedle których ludzie spoza inteligenckich czy jakkolwiek rozumianych elit nie potrzebują duchowej strawy wysokiej jakości – a tylko czczej rozrywki. Z całej jego twórczości przebija przekonanie, że świat ludzkich uczuć i tęsknot jest wspólny dla wszystkich, a literatura będąca językiem wyrazu tych uczuć i tęsknot, dla wszystkich powinna być jednakowo przystępna.

Przekłady z literatur obcych pozwoliłyby polskim czytelnikom z wszystkich społecznych klas obcować z takimi przejawami ludzkiej duchowości, jakich nasze własne piśmiennictwo, ze względu na jego obiektywne ograniczenia, nie było w stanie wytworzyć. Żeromski podaje przykład powieści Josepha Conrada (wtedy jeszcze w dużej części nieprzyswojonych polszczyźnie), które przybliżają wyobraźni czytelnika cały zespół doświadczeń i przeżyć wynikających z obcowania z żywiołem oceanu, z żeglugą. Polacy przez stulecia byli narodem lądowym, odwróconym od morza, jednak wcale nie muszą być pozbawieni tego doświadczenia, mogą obcować z nim właśnie dzięki literaturze. Polacy winni także na bieżąco otrzymywać przekłady z najwybitniejszych osiągnięć światowego pisarstwa współczesnego, co jest nie bez znaczenia także z tego powodu, że dzięki literaturze publiczność może poznać głębię przemian obyczajowych, społecznych, technologicznych i wszelkich innych, które dokonują się gdzieś daleko stąd i z daleka do nas przychodzą.

Do najistotniejszych zadań Akademii Literatury Polskiej należałoby dbanie o jakość literackich przekładów. Polscy tłumacze produkowali przekłady często bardzo marnej jakości, co odstręczało czytelników, wypaczało ich gusty, zniechęcało do literatury w ogóle. Żeromski przytaczał przykłady koszmarnej polszczyzny słabych tłumaczy, postulując, aby powołana w przyszłości Akademia zwróciła także uwagę na potrzebę kształcenia i ciągłego doświadczenia artystów przekładu.

Sprawa wolnej twórczości

Żeromski w swoim projekcie dostrzegał potrzebę działań obliczonych na wytworzenie się w Polsce profesjonalnej klasy artystów pióra, mających warunki do systematycznego i wolnego od zewnętrznych ograniczeń i nacisków doskonalenia kunsztu. Pisarze, jeśli mają spełniać swoją funkcję społeczną, winni być wolni zarówno od tych najoczywistszych nacisków ze strony władzy politycznej czy cenzury, jak i od konieczności poszukiwania wsparcia czy promocji u politycznych czy towarzyskich, a także literackich i prasowych koterii. Pisał Żeromski: trzeba choć w ogólnych zarysach wskazać na konieczność uniezależnienia literatury, jako sztuki wolnej, od wpływu i przemocy partyj politycznych, klik władających dziennikami, ugrupowań społecznie skrajnych w jednym lub drugim kierunku, reakcyjnych, postępowych, czy bezbarwnych (s. 62).

Akademia, dzięki systemowi stypendiów analogicznych do stypendiów akademickich przyznawanych badaczom, finansowałaby podobne do badawczych prace, takie jak kwerendy, podróże, zwiedzanie i poznawanie świata, jego tradycji, kultury. Pisarz przecież, podobnie jak uczony, jest w stanie pracować wyłącznie dzięki uzyskanemu, często wysokim materialnym kosztem, doświadczeniu, dzięki wiedzy i obyciu, za które wciąż ktoś żąda od niego pieniędzy. Bieda ogranicza horyzonty pisarza, tak jak ogranicza horyzonty każdego człowieka. Ogranicza też bogactwo i rozmach dzieła, które ów pisarz tworzy, czego często nie chcą przyjąć do wiadomości czytelnicy pielęgnujący mit romantycznego poety-nędzarza. Norwid stworzył wspaniałą poezję nie dlatego, że był biedny, ale mimo tego, a kto wie, co stworzyłby jeszcze, gdyby miał do tego odpowiednie warunki finansowe.

Akademia winna wspierać wolność twórcy od konieczności zmagań z wrogim i nieczułym światem, które i odrywają go od jego zasadniczego powołania, i zmuszają do dokonywania poniżających wyborów między nędzą a korupcją. Szczególnie drugi z tych wyborów jest dla kultury narodowej i dla każdego z jej uczestników niebezpieczny, bo pisarz w jakikolwiek sposób skorumpowany, przez swoją twórczość zatruwa ducha swoich odbiorców. Jako poniżającą (choć zrozumiałą wobec konieczności przeżycia i w żaden sposób nie ujmującą pisarzowi czci – ale wysysającą bezcenne siły twórcze, a więc potwornie szkodliwą wobec literatury) postrzega Żeromski konieczność zarobkowania przez wybitnych pisarzy w inny sposób niż związany z zasadniczym powołaniem. Czynne wyszukiwanie przez członków Akademii wybitnych talentów, także debiutantów, jest konieczne, bo przez wyróżnienie zdoła niejednego ocalić od zguby, od ciężkich robót w dziennikarstwie albo zmajoryzowania przez lichotę (s. 67).

Bardzo ważną i wielokrotnie podkreślaną przez Żeromskiego kwestią jest dążenie do wyemancypowania twórczości literackiej spod władzy i dyktatury księgarzy, nakładców, spółek wydawniczych i przygodnych mecenasów (s. 63). Władza rynku nad pisarzem zawsze jest straszliwie destrukcyjna i dla literatury, i dla czytelnika, bo tę pierwszą korumpuje, a temu drugiemu dostarcza zepsutego, trującego dla ducha produktu. Akademia winna także czynić starania, aby w miarę możliwości uwolnić pisarzy od konieczności wchodzenia w nieswoje role przedsiębiorców i prawników, zabiegania o przyzwoite i nieoszukańcze kontrakty, wyszukiwania w umowach kruczków i ciągłego patrzenia na ręce wydawcom i księgarzom, a także gorączkowych działań dla promocji i reklamy własnej twórczości. Zaletą pisarza jest talent i wola twórcza, a nie smykałka do interesów. Większa społeczna korzyść z pisarza źle poruszającego się w często oszukańczym świecie przedsiębiorców, niż takiego, który umie wyrobić sobie pozycję geszefciarskim sprytem i przebiegłością. Żeromski proponował więc między innymi unormowanie przez Akademię honorariów autorskich (minimalne honoraria miały wynosić 1/4 lub 1/3 ceny księgarskiej tomu – no cóż, inne były to czasy…) oraz kontrolowanie nakładów wydawanych książek.

Podkreślmy raz jeszcze na koniec: dla Żeromskiego kwestie branżowe i życiowe pisarzy były istotne nie tylko z powodów zawodowej solidarności z kolegami po piórze, ale także, może nawet przede wszystkim, dlatego, że mają one bezpośredni wpływ na samą literaturę, a więc za jej pośrednictwem także na czytelników w ich najgłębszym duchowym aspekcie. Ponieważ literatura kształtuje język, bez którego ludzie nie mogą się obejść, wpływa także bardzo silnie na życie społeczne i relacje międzyludzkie. Wspólnota winna dbać o to, aby pisarze mogli tworzyć w sposób prawdziwie wolny, ponieważ każda ich korupcja odbije się na wspólnocie. Przede wszystkim jednak powinni dbać o to sami pisarze.

Jarosław Górski

Wszystkie cytaty za: Stefan Żeromski, „Pisma literackie i krytyczne”, Warszawa 1963. Artykuł ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Magazyn Literacki Książki” nr 211, 4/2014.

Zapomniane marzenie Stefana Żeromskiego

Z amatorskich badań nad naturą i przyczynami bogactwa narodów

Czy pamiętają państwo Feliksa Siemienasa? Był to jeden z bohaterów polskiej transformacji początków lat 90. Dorobił się ogromnej fortuny, nosił garnitury od najlepszych krawców i jeździł limuzyną marki Rolls-Royce. Barwna postać, gawędziarz, dowcipniś – dziennikarze bardzo chętnie przeprowadzali z nim wywiady, w gazetach ukazywały się kolorowe zdjęcia i jego samego, i dowodów jego zamożności, takich jak limuzyna czy willa w rozmiarze średniej wielkości pałacu, a najcelniejsze sentencje biznesmena wytłuszczano i wrzucano na pierwsze strony. Spośród złotych myśli biznesmena zapadła mi w pamięć (na długo, jak widać!) jedna. Kiedy pytano Siemienasa, jak dorobił się wielkiego majątku, odpowiadał: „W Polsce jest tylko jeden niezawodny sposób na zarobienie grubej gotówki: kupić działkę jako rolną, a sprzedać jako budowlaną”.

Medialna kariera pana Feliksa zbiegła się akurat w czasie z prorynkową kampanią medialną mającą na celu przekucie postkomunistycznego roszczeniowego społeczeństwa w zbiór nowoczesnych prorynkowych jednostek. Przekonywano więc publiczność, że bogactwo narodów bierze się z zaradności i przedsiębiorczości jednostek, które motywowane żądzą zysku i bogactwa porywają się na twórcze przedsięwzięcia i społecznie pożyteczną działalność, organizują świat na nowo, wymyślają usprawnienia, dzięki którym potrzeby bliźnich są zaspokajane, a świat staje się coraz zasobniejszy i żyje się na nim lepiej. Czytałem więc pochwały przedsiębiorczości i zdrowej chciwości oraz wynurzenia człowieka obdarzonego tymi cechami i nic nie rozumiałem. W jaki sposób spekulacje ziemią (czy w ogóle jakiekolwiek spekulacje) mogą przyczynić się do postępu lub zaspokojenia ludzkich potrzeb?

Oczywiście rozumiałem (i rozumiem), że są ludzie, którzy potrzebują działek budowlanych tam, gdzie do dyspozycji są tylko działki rolne. Rozumiałem, że powinno się im umożliwić negocjacje z odpowiednimi urzędami decydującymi o przeznaczeniu i klasyfikacji ziemi. Czy jednak wprowadzenie między potrzebujących a urząd takiego Feliksa Siemienasa (i jemu podobnych przedsiębiorczych jednostek) nie jest marnotrawstwem, czy nie powoduje zupełnie niepotrzebnego zubożenia i interesantów, i instytucji dobra wspólnego? Jakie dzięki takiej działalności powstają wartości, jakie wynalazki czy idee? Czy świat może stać się choćby odrobinę lepszy, bardziej przyjazny, piękniejszy, a jakakolwiek zbiorowość (naród chociażby) bogatsza dzięki temu, że Feliks Siemienas kupi działki rolne, a sprzeda budowlane?

Przez jakiś czas śledziłem uważnie popularne w tamtych latach rankingi i zestawienia najzamożniejszych Polaków. Interesowało mnie, jak w praktyce działa ta zasada, o której tyle mówili publicyści, uczeni i ekonomiści, a która – jeśli jej nie przeszkadzać – przynieść miała naszej umęczonej ojczyźnie bogactwo i szczęście. W jaki sposób chciwość (lub choćby chęć wzbogacenia się) i przedsiębiorczość jednostek miała się przekładać na powszechny dobrobyt i postęp. Owszem, widziałem i takie przypadki, które mogły mnie przekonać, że przedsiębiorcy zaspokajali ludzkie potrzeby: ktoś tam robił wędliny, ktoś miał fabrykę mebli, ktoś wydawał czasopisma – w każdym razie powstawało coś konkretnego, bez czego ludziom rzeczywiście żyłoby się chyba trochę gorzej. Rzadko jednak udawało mi się znaleźć wśród bogacących się biznesmenów ludzi, którzy stworzyli, upowszechnili czy wdrożyli do działania coś oryginalnego, jakieś idee, usprawnienia, produkty, których do tej pory nie było, a które posuwałyby świat do przodu i jakoś przyczyniały się do większego zadowolenia z życia.

Im więcej takich zestawień sobie po amatorsku analizowałem, tym silniejsze miałem wrażenie, że składają się one z postaci, które – trzymajmy się tej metafory – kupują działki rolne, a sprzedają budowlane. W żaden sposób nie byłem i wciąż nie jestem w stanie pojąć, jaka może być korzyść dla wspólnego dobra chociażby z tego, że jakiś sprzedawca samochodów – podajmy taki fajny przykład sprzed lat – zakolegował się z decydentami i kiedy policja wymieniała polonezy i żuki na auta zachodnie, sprzedał jej mnóstwo volkswagenów drożej niż kosztowały one w jego salonach. Czy dzięki jego przedsiębiorczości policja jeździ lepszymi samochodami? A gdyby nie on, to co, nie jeździłaby? Jaka byłaby szkoda dla policji, gdyby kupiła samochody taniej?

A dziś? Kto mi wyjaśni, jak przyczynia się do dobra wspólnego taki, powiedzmy, miliarder, pan Leszek Czarnecki, twórca Getin Banku i Open Finance? Instytucje te znane są ze sprzedawania produktów finansowych (takich jak polisolokaty) przez entuzjastycznych doradców finansowych, którzy zapominają wspomnieć klientom o takich drobiazgach, jak gigantyczne opłaty likwidacyjne czy odwołując się do ekonomicznej ezoteryki namawiają na finansowanie ich z kredytu. UOKiK nałożył za te praktyki na Getin Bank drobną karę finansową, lecz niewielka to pociecha dla pokrzywdzonych, którzy pikietują oddziały banków i nachodzą wszystkich świętych w nadziei na odzyskanie choć części „zainwestowanych” kapitałów.

Co do tego, że motywem powołania i istnienia tych instytucji jest – zgodnie z teoriami klasyków ekonomii – chciwość, nie mam najmniejszej wątpliwości, zwłaszcza kiedy słucham i czytam niekończące się świadectwa ich klientów. Lecz kto mi wyjaśni, w jaki sposób przyczyniają się one do powszechnego dobra i bogactwa narodu? Czy nie jest przypadkiem tak, że warunkiem istnienia i prosperowania takich instytucji – a więc i bogactwa jej właścicieli – jest niski poziom cywilizacyjny społeczności, w której działa? Czyli np. załamanie systemu opieki emerytalnej, brak zaufania do pomocy państwa i rodziny oraz powszechny strach przed nędzą na starość; zapaść wymiaru sprawiedliwości; niski poziom edukacji i wiedzy prawnej oraz finansowej; niski poziom wiedzy o manipulacjach psychologicznych; wiara w możliwość działania mechanizmów finansowych typu „pożyczę na 12%, na polisie zarobię 20% i będę 7% do przodu. A skoro instytucja może prosperować najlepiej w środowisku zacofanym, dlaczego miałaby być zainteresowana jego rozwojem, postępem, którego owoce dostępne będą dla wszystkich? Czy dla własnego dobra nie powinna raczej dołożyć wszelkich starań, aby żaden postęp w tej społeczności się nie dokonywał?

Albo – różnica skali ogromna, ale przykład smakowity – jak się do dobra wspólnego i do bogactwa narodów przyłożył niejaki Kamil Cebulski? W wielu mediach przedstawiany jest on dziś jako wzór do naśladowania dla młodych ludzi, niegdyś nastoletni milioner, dziś założyciel uczelni będącej kuźnią kadr polskiego biznesu, wpajającej studentom ducha przedsiębiorczości i organizator warsztatów z przedsiębiorczości dla licealistów i gimnazjalistów. Kamil Cebulski pierwszego miliona dorobił się, kiedy dostęp do internetu był drogi. Wpadł mianowicie na genialny pomysł: nagrywał strony internetowe na płyty i sprzedawał po 29,90. Tak jest! Dziś w naszym kraju przedsiębiorczości uczy i podstawy przyszłego postępu wykuwa facet, który internet nagrywał na płyty i sprzedawał.

A słynny ostatnio Marek Falenta, który zanim wpadł na bardziej ekstrawaganckie sposoby pomnażania pieniędzy, dorobił się (podobno) pół miliarda, handlując długami szpitali? Znów mam wrażenie, że teoria niewidzialnej ręki rynku działa jakby połowicznie: widzę tu oczywiście chciwość i przedsiębiorczość, ale nie mogę zrozumieć, w jaki sposób przekładają się one na „bogactwo narodów”, które ma być przesłanką dla stwierdzenia, że „chciwość jest dobra”. Ostatnio przeczytałem, że pan Falenta obraził się na rodaków i na państwo za niedostateczny entuzjazm okazany jego kreatywnym i niekonwencjonalnym metodom prowadzenia interesów. Zapowiedział, że przejdzie na biznesową emeryturę, a ludzie, którzy u niego pracowali, pójdą na zasiłek.

No i sam nie wiem, czy to źle, czy może jednak dobrze. Obiegowa prawda mówi, że to, iż przedsiębiorca zatrudnia ludzi, jest dla społeczeństwa korzyścią niezaprzeczalną. A ja bym jednak chciał, żeby mi ktoś udowodnił, obliczył na papierze lub w pamięci komputera, że społeczny bilans korzyści i strat rzeczywiście jest dodatni. Bo nie jestem wcale pewien, czy jako społeczeństwo wyszlibyśmy na tym gorzej, gdybyśmy pracownikom wysłanych na emeryturę panów Siemienasa, Czarneckiego, Falenty, Cebulskiego i jeszcze wielu podobnych pań i panów zaczęli płacić zasiłek w wysokości ostatniego wynagrodzenia za to tylko, że nie będą robić tego, co robili do tej pory. Niech siedzą w domu i oglądają seriale, niech grają w gry komputerowe albo uprawiają turystykę, tylko niech nie sprzedają działek budowlanych, nie handlują długami, niech nie manipulują kursami akcji, niech nie obsługują dziwnych policyjnych zakupów, niech nie wciskają ludziom polisolokat. Niech nie uczą przedsiębiorczości poprzez opiewanie korzyści, jakie może przynieść sprzedawanie internetu na płytach. Może właśnie społeczeństwo wyszłoby lepiej na tym, gdyby w miarę wcześnie wyszukiwało takich panów (i panie), zrzucało się na ich wille z basenami, rolls-royce’y, rolexy i jachty. Niech się opalają, piją drinki z palemką, jedzą bliny z kawiorem, byleby nic nie robili. Niech mi to ktoś obliczy czarno na białym!

Wesoły jasny dom smutnej czarnej pani

Dwa lata po uroczystych obchodach Roku Korczakowskiego – ogłoszonych na pamiątkę 70. rocznicy śmierci Starego Doktora – warto przypomnieć zmarłą dwa lata po nim Marynę Falską. Jego współpracownicę i dyrektorkę drugiego po Domu Sierot ośrodka realizującego korczakowski system wychowawczy, a także jedną z posągowych postaci polskiej lewicy.

Młodość heroiczna i tragiczna

7 lutego 1877 r. w Czaplinie na Podlasiu urodziła się Maria Rogowska. Jej ojciec dzierżawił majątek rolny w Dubnie, matka zajmowała się domem i liczną rodziną (urodziła trzech synów i pięć córek). Młoda Maria odebrała w domu dość staranne wychowanie i wstępną edukację, która wystarczyła jej do złożenia eksternistycznych egzaminów nauczycielskich i podjęcia pracy wychowawczyni, początkowo najprawdopodobniej w prywatnych domach.

Jeszcze w Dubnie uwielbiała swojego najstarszego brata Bronisława, działacza robotniczego i kulturalnego, który w Łodzi prowadził społeczną bibliotekę robotniczą, będącą także miejscem wielu działań kulturalnych, odczytów i spotkań robotników z inteligencją. Bronisław, odwiedzając rodziców, przywoził legalne i nielegalne publikacje, które podsuwał chłonnej i ciekawej świata siostrze. Pod koniec lat 90. XIX w. Maria zamieszkała w Warszawie u teściów Bronisława. Zaczęła pogłębiać swoją wiedzę poprzez uczestnictwo w wykładach Uniwersytetu Latającego oraz systematyczne samouctwo. Pracowała także w czytelniach Towarzystwa Dobroczynności, legalnych, jednak często rewidowanych i kontrolowanych przez policję, inwigilowanych przez szpicli i prowokatorów.

Rogowska wstąpiła do konspiracyjnej PPS. Używała pseudonimów partyjnych „Janina” i „Hilda”. Poznała wielu prominentnych działaczy partii, w tym Józefa Piłsudskiego, którego została bliską i lojalną współpracownicą. Zwróciła na siebie również uwagę carskiej policji i tajnych służb – prowadzono przeciw niej śledztwo, które oficjalnie zostało umorzone, wciąż jednak była inwigilowana. Władze wiedziały, że odwiedzała w Łodzi mieszkanie Piłsudskiego i jego żony Marii, używających wtedy fałszywego nazwiska Dąbrowskich. W lutym 1900 r. żandarmeria przypadkowo odkryła w tym mieszkaniu działającą od lat tajną drukarnię „Robotnika” i aresztowała wszystkich, którzy je odwiedzali, w tym Rogowską, która bez procesu przetrzymywana była przez kilka miesięcy w X Pawilonie warszawskiej Cytadeli. Później jeszcze kilkakrotnie wypuszczana, zatrzymywana i więziona m.in. na Pawiaku, w końcu w lipcu 1903 r. po procesie skazana została na 3 lata zesłania do Wołogdy w europejskiej części Rosji.

Po powrocie w 1905 r. natychmiast odnowiła kontakty partyjne i przystąpiła do pracy konspiracyjnej, wówczas, po wybuchu powstania, szczególnie potrzebnej, ale i niebezpiecznej. Wróciła też do legalnej pracy kulturalnej i nauczycielskiej. Ponieważ władze Towarzystwa Dobroczynności obawiały się policyjnych szykan i niechętnie patrzyły na zaangażowanych politycznie pracowników i czytelników, działacze PPS, z Bronisławem Rogowskim na czele, założyli Towarzystwo Czytelń Miasta Stołecznego Warszawy. Maria prowadziła jedną z czytelń przy ul. Szarej, współprowadziła inną przy ul. Żelaznej, jednocześnie zatrudniając się jako nauczycielka w szkole powszechnej V Oddziału Kultury Polskiej przy ul. Marszałkowskiej. Tam zapewne wstąpiła do Związku Nauczycielstwa Polskiego. Uczyła również w szkole dla ochroniarek (wychowawczyń małych dzieci) we Włochach.

W 1906 r. Rogowska poznała Leona Falskiego (pseudonim partyjny „Hipolit”). Był to dziesięć lat od niej starszy lekarz, działacz robotniczy, partyjny i niepodległościowy, organizator związków zawodowych wśród łódzkich włókniarek i włókniarzy, z wielkim autorytetem wśród towarzyszy i piękną kartą niezłomnego bojownika: przez cztery lata więziony na warszawskiej Cytadeli i Pawiaku, przez pięć lat zesłaniec syberyjski. Zapewne pod jego wpływem (a może także Marii Koszutskiej – „Wery Kostrzewy” – z którą oboje się przyjaźnili) Rogowska po rozłamie w partii wybrała PPS-Lewicę. W 1910 r. Rogowska i Falski pobrali się w Londynie. Ani w zaborze rosyjskim, ani w austriackim nie było wtedy ślubów cywilnych, a oboje – pryncypialni antyklerykałowie – nie chcieli słyszeć o ceremonii kościelnej. Falscy wrócili do kraju, ale wycofali się z pracy partyjnej i z konspiracji. Podobnie uczyniło wtedy wielu działaczy, zmęczonych ukrywaniem się i widzących, że efekty ich poświęcenia są mizerne wskutek represji i tendencji społecznych po powstaniu lat 1905–1907.

Małżonkowie osiedlili się w Wołożynie, małym białoruskim miasteczku w połowie drogi między Lidą a Mińskiem. Niewiele wiadomo o tym, jak wyglądało wspólne życie Falskich. Wiemy tylko tyle, że oboje odnaleźli się w pracy dla białoruskiej, żydowskiej i polskiej biedoty Wołożyna. On – uwielbiany przez swoich pacjentów za ofiarność i bezinteresowność – leczył, ona uczyła. Rok lub dwa po ich przyjeździe do miasteczka Falska urodziła córeczkę Hanię. I wiemy, że wkrótce potem Leon Falski zmarł na tyfus, którym zaraził się podczas epidemii, niosąc pomoc chorym. Społeczność miasteczka pożegnała bohaterskiego lekarza – przekonanego ateistę i antyklerykała – po swojemu: wspaniałą i tłumną ceremonią pogrzebową, oczywiście religijną. Młoda wdowa uległa uczuciom ludzi i zgodziła się na taką uroczystość, jednak sama na nią nie przyszła. I ateizm, i antyklerykalizm traktowała pryncypialnie i poważnie, bez kompromisów.

Po pogrzebie, szukając dla siebie miejsca i utrzymania, wyjechała z dzieckiem do siostry Ludwiki do Kijowa, później do Moskwy, do drugiej siostry, Wiktorii, pod której opieką pozostawiła córeczkę, a sama udała się w podróż w poszukiwaniu zajęcia. W 1914 r. Hania najprawdopodobniej przeziębiła się i zmarła. Falska już do końca życia będzie nosiła żałobę po mężu i córeczce. A może, jak sugerował Igor Newerly, nosiła się na czarno i smutno już wcześniej, wdowieństwo tylko jakby zalegalizowało sposób bycia wypływający z jej głębokiego charakteru. Do końca życia pozostanie samotna.

Korczak jak deus ex machina

Czy Maria Falska, nazywana już wtedy przez znajomych i wychowanków panią Maryną, poznała Korczaka w grudniu roku 1915 w Kijowie, czy też znała go, choćby ze słyszenia czy z widzenia, jeszcze w czasach warszawskich? Środowisko lewicowych działaczy zainteresowanych wychowaniem nie było zbyt liczne, a Korczak był już znany i jako prozaik, autor „Dziecka salonu”, i jako publicysta, i jako lekarz-społecznik. Mogli poznać się na wykładach Uniwersytetu Latającego, oboje otarli się o środowisko sympatyków Edwarda Abramowskiego. Jednak właśnie kijowskie spotkanie miało stać się dla obojga początkiem twórczej znajomości.

Falska była wtedy kierowniczką internatu dla 60 polskich chłopców, przeważnie sierot wojennych, uczących się rzemiosła. Korczak, służący jako lekarz wojskowy w armii rosyjskiej, podczas kilkudniowego urlopu w Kijowie trafił do zakładu prowadzonego przez Falską. Musiało to być kilka wyjątkowo intensywnych dni, bo Korczak przekonał nie tylko kierowniczkę, ale i wychowanków do przyjęcia rozwiązań pedagogicznych, które zdążył już wypróbować podczas pracy w Domu Sierot. W zakładzie powstały więc samorząd, sąd, gazeta, do której każdy wychowanek i każdy wychowawca mógł napisać artykuł (wiele z nich napisała Falska).

Współpraca obojga pedagogów – co warto podkreślić, wobec częstego przedstawiania Falskiej jako osoby z kręgu Korczaka, realizatorki jego koncepcji – była od początku partnerska i równorzędna. Stary Doktor w Kijowie trafił przecież do instytucji prowadzonej przez panią Marynę już od ponad pół roku. Instytucji dobrze działającej mimo ogromnych trudności finansowych i organizacyjnych, mimo pracy z bardzo trudnymi, często zdemoralizowanymi wychowankami. Falska – rówieśnica Korczaka – była wówczas osobą w pełni ukształtowaną zarówno intelektualnie, jak i moralnie, doświadczoną w działaniu i w życiu. Przyjęcie metod Korczaka było jej decyzją, podjętą świadomie dla dobra wychowanków i zakładu. Kilka dni obecności Korczaka wystarczyło, by zaszczepić jego pedagogiczne pomysły, ponieważ grunt był podatny. Pamiętajmy, że były to lata, w których wielu wychowawców uważało, iż najlepszym środkiem pedagogicznego oddziaływania jest przemoc, a czas wojenny usprawiedliwiał ich nawet najbardziej drastyczne poczynania. Decyzją Falskiej, jeszcze przed zjawieniem się – niczym deus ex machina – charyzmatycznego doktora, kijowski zakład nie stał się kolejnym sierocińcem z militarnym drylem. Przyjęcie, wdrożenie i pielęgnowanie – gdy Korczak wyjechał, by powrócić pod koniec 1917 r. – nowatorskich i rewolucyjnych metod wychowawczych wymagało od kierowniczki internatu nadzwyczajnej odwagi i przekonania o ich skuteczności.

W roku 1918, po ewakuowaniu kijowskiego internatu do Warszawy, Falska przez jakiś czas pracowała w sierocińcu przy ul. Krochmalnej, ale tam i ona, i dochodzący z pobliskiego Domu Sierot na wizyty lekarskie Korczak nie mieli wpływu na przyjęte metody pracy.

Nasz Dom

Latem 1919 r. Wydział Opieki nad Dzieckiem lewicowej Centralnej Komisji Związków Zawodowych powierzył Falskiej zorganizowanie i kierownictwo pierwszej powołanej przez siebie placówki – Naszego Domu. Wydzierżawiona w Pruszkowie przy ulicy Cedrowej 14 kamienica niespecjalnie jednak nadawała się do tego celu. Mimo starań robotników remontujących i przystosowujących budynek do potrzeb schroniska nie było tam instalacji wodnej i kanalizacji, nie było dużych sal, w których dzieci mogłyby przebywać i bawić się w ciągu dnia, nie było jadalni. Dom pomimo tego należało koniecznie otworzyć jeszcze przed zimą. Kraj pełen był wojennych sierot i wciąż – wszak trwała wojna z bolszewikami – ich przybywało. Otwarcie nastąpiło 15 listopada 1919 r.

Gdy przyjechały dzieci do Naszego Domu – wspominała Falska w gazecie, którą w zakładzie prowadziła razem z Korczakiem i wychowankami – brakowało u nas ławek, stołów, nie było elektryczności; drzewa do pieców było mało, mało było żywności i chleba. Nie było szatni – nie było palt gdzie powiesić, rzeczy nie było gdzie schować1. Zakupione ze składek robotniczych zapasy węgla i drewna rzeczywiście były niewystarczające, nie było też wiadomo, kiedy uda się zdobyć następną dostawę (zapasów gotówki nie było prawie wcale), zimą więc palono w piecach bardzo oszczędnie, żeby w pewnym momencie nie zostać zupełnie bez opału. Podobne kłopoty były z zaopatrzeniem w żywność i dzieci oraz dorośli opiekunowie często nie dojadali. Szybko okazało się, że prowadzenie instytucji wychowawczej utrzymywanej wyłącznie z robotniczych składek to piękna idea, ale niezwykle trudna w realizacji.

Początki Naszego Domu wymagały także ogromnego wysiłku wychowawczego. Falska przyjęła system Korczakowski i zaczęła wraz z jego twórcą – przyjeżdżającym do Pruszkowa 1–2 razy w tygodniu – wdrażać go bez żadnego okresu wstępnego czy przejściowego. Sześćdziesiątka wychowanków, wśród których ponad ⅔ stanowili chłopcy, trafiła więc do świata, gdzie obowiązywały zasady zupełnie odmienne od tych, jakich doświadczyli w domach i na ulicy. Do świata, który z jednej strony ofiarował dzieciom fizyczne bezpieczeństwo, dach nad głową, skromne, ale pewne i bezwarunkowe utrzymanie, ofiarował – dla wielu z nich egzotyczne i wcale nie takie łatwe do zaakceptowania – szacunek i uwagę wychowawców, z drugiej jednak strony wymagał ciągłego samodoskonalenia, ciągłego przyglądania się sobie i relacjom ze światem, współtworzenia własnego środowiska.

Falska zamieszkała, podobnie jak Korczak w Domu Sierot na Krochmalnej, w pruszkowskiej siedzibie Naszego Domu. Jej mieszkaniem był jeden pokój, który wobec szczupłości miejsca w budynku i wykorzystania każdego wolnego skrawka miejsca do pracy z dziećmi – stał się także miejscem spotkań Rady Pedagogicznej, kancelarią oraz biblioteką zakładową. W ciągu dnia więc mógł tam wejść każdy, nie było mowy o minimalnej choćby intymności. Wieczorami, kiedy dzieci położyły się już spać, dyrektorka w swoim pokoju prowadziła dokumentację i zapiski, spisywała „momenty wychowawcze”, pedagogiczne casusy i spostrzeżenia. Prowadziła ogromną (niestety, ocalałą czy odnalezioną tylko w drobnym ułamku) korespondencję z wychowawcami i współpracownikami, także z tymi, których miała pod ręką. Pisanie było jej naturalnym sposobem komunikacji, również do dzieci lubiła pisać, i to zarówno teksty publikowane w gazecie Naszego Domu, takie, które były przeznaczone do publikacji w pismach dla dzieci (m.in. w prowadzonym przez Stefanię Sempołowską dwutygodniku „W słońcu”), jak i poufne listy do wychowanków.

Przyglądaj się sobie

Falska zachęcała także dzieci do spisywania własnych przemyśleń, refleksji, wrażeń. W Naszym Domu – podobnie jak w Domu Sierot Korczaka – prowadzony był systematycznie tzw. Kalendarz, czyli codzienny wieczorny zapis opowieści dzieci, które z jakichkolwiek powodów chciały utrwalić swoje przeżycia, przygody, sny czy przemyślenia. Opowieści dzieci spisywane były przez wychowawców (wiele z nich przez samą Falską) bez żadnych poprawek czy językowych korekt, dziecko mogło opowiadać, co chciało i jak długo chciało, mogło też bez podania przyczyny zrezygnować z opowiadania. Z opowieści wychowanków Naszego Domu wspominających własne, młodsze lata, powstała przejmująca książka „Wspomnienia z maleńkości”. Pisanie, a więc porządkowanie myśli i emocji, przyglądanie się im i poddawanie krytycznej refleksji, dzielenie się z innymi, miało pomagać dzieciom w nabywaniu samoświadomości, rozumieniu samych siebie i innych, obserwowaniu własnych przemian i postępów.

Bardzo wymowne jest powojenne świadectwo Leonarda Szczęsnego, wychowanka z lat 1922–25, który trafił do zakładu jako szczególnie zdemoralizowany i zbuntowany dziewięciolatek, z którym nie dawali sobie rady ani samotna matka, pracująca w wytwórni papierosów i dorabiająca wróżbiarstwem, ani wychowawcy. Z zachowanej dokumentacji możemy wnosić, że Falska wraz ze współpracownikami miała z małym Leonardem mnóstwo problemów. Chłopak wciąż podawany był do sądu za agresywne i złośliwe zachowania (i zmuszony w ten sposób do zrozumienia, że jego czyny i słowa oddziałują na innych ludzi), wciąż w plebiscytach oceniany przez współwychowanków jako „uciążliwy przybysz” (i w ten sposób otrzymujący jasną informację zwrotną na temat swoich relacji z innymi, a jednocześnie bolesną, choć niezbędną sugestię zmiany własnego postępowania). Samotnik i złośnik unikany przez kolegów, którym niejednokrotnie zalazł za skórę i którzy tylko złego się po nim spodziewali, łobuziak, a jednocześnie fantasta obdarzony wspaniałą wyobraźnią, dyktujący Falskiej do kalendarza (i uczący się w ten sposób rozpoznawania własnych emocji) jednym tchem i zdaje się bez świadomości zmiany statusu opowieści swoje dzienne przeżycia, sny i niestworzone historie, w jakich niby miał uczestniczyć. A przy okazji po prostu dziecko wyrwane z półświatka: nieporadne społecznie i językowo, myślące najprostszymi kategoriami ludzkiej dżungli.

I ten oto Leonard, po ćwierćwieczu (w 1948 r.), tak wspominał wpływ wychowawczyni na swoje życie: W tym czasie, kiedy byłem najbardziej dokuczliwy dla otoczenia, broniąc swej skóry przed zbawienną cywilizacją i przeobrażeniem mnie w człowieka, pani Maryna Falska była dla mnie najlepszą i najbardziej wyrozumiałą, jakby nie dostrzegając moich postępków. Nie zrażała się do mnie, okazując zawsze jednakowe uczucie. Jej zainteresowanie się moją osobą zaczęło mnie w końcu intrygować i otrzeźwiać stopniowo moją zapalczywość, budzić gdzieś w głębi ukryty wstyd i ambicję, zaczął się okres mojej poprawy. […] Pani Maryna Falska była […] nie tylko dobrym wychowawcą – psychologiem o subtelnej intuicji duchowej, który z wrodzoną delikatnością umiał rozpoznać charakter dziecka, wczuć się w proces jego przejawów duchowych, jego załamań i wzlotów psychicznych oraz jego samopoczucie, ocenić jego wartości moralne i duchowe, zrozumieć je, a znalazłszy drogę do duszy dziecka, nawiązać i utrzymać z nim kontakt, opanować je zwolna i umiejętnie podporządkować swej woli wychowawcy. […] Lubiłem ją i szanowałem jako dziecko, które ona zrozumiała i nauczyła patrzeć na świat śmiało otwartymi oczami2. Tutaj, jak sądzę, nie sama ocena wychowanka jest najlepszym świadectwem pedagogicznego kunsztu Falskiej, ale jej język. O „subtelnej intuicji duchowej” mówi przecież człowiek, który w dzieciństwie był troglodytą i który według potocznego przekonania powinien pozostać nim na zawsze.

W wielu świadectwach byłych, jeszcze pruszkowskich wychowanków przewija się obraz Falskiej jednakowo życzliwej wszystkim, choć szczególnie wiele czasu i uwagi poświęcającej tym kłopotliwym. Pani Maryna, podobnie jak Korczak, uważała, że wychowawca jest wyjątkowo potrzebny tym dzieciom, które mają kłopoty z samymi sobą i z relacjami z innymi. Jeśli wychowankowie nabędą już podstawowe umiejętności społeczne, przestaną być dla innych szczególnie uciążliwi, można dużą część pracy wychowawczej pozostawić ich rówieśnikom oraz im samym. To właśnie samowychowanie – a nie moralizatorstwo czy tym bardziej musztra – było według Korczaka i według zgodnej z nim Falskiej najskuteczniejszym działaniem pedagogicznym. A pani Maryna, która zdawała sobie sprawę z własnej skłonności do moralizowania i oceniania, w ramach samowychowania często właśnie powstrzymywała się od personalnej ingerencji w relacje między wychowankami, w ich wybory i życiowe poszukiwania, zachęcając ich tylko do autorefleksji i przestrzegania wspólnych reguł.

Bądź, kim jesteś

Po pięciu latach mozolnego pokonywania ciągłych finansowych i organizacyjnych trudności sytuacja zakładu zaczęła się odmieniać. Do Towarzystwa „Nasz Dom”, które powołano w 1921 r., gdy już wiadomo było, że składki związkowców nie będą wystarczały na utrzymanie placówki, wstąpiło sporo prominentnych weteranów niepodległościowej części PPS. To dzięki nim w 1925 r. dzieci z zakładu, wraz z wychowawcami, zostały zaproszone do warszawskiej Filharmonii na uroczysty koncert, którego honorowym słuchaczem był marszałek Piłsudski. Ze swojej loży wypatrzył dawną współpracownicę (a może ktoś mu ją wskazał?), zszedł do niej i przywitał się bardzo serdecznie. Kilka tygodni później prezydent Stanisław Wojciechowski odznaczył panią Marynę – właśnie za działalność konspiracyjną sprzed lat – najwyższym cywilnym odznaczeniem: Złotym Krzyżem Zasługi. A niedługo później do Towarzystwa „Nasz Dom” wstąpiła pani Aleksandra Piłsudska, druga żona Marszałka. To ona przejęła w Towarzystwie zadanie pozyskiwania środków na działalność zakładu, a jej starania – choć dwuznaczne zwłaszcza po zamachu majowym – były bezcenne dla samego istnienia Naszego Domu. Dzięki protekcji Piłsudskiej (a także pierwszej żony prezydenta Mościckiego – Michaliny Mościckiej) Towarzystwo otrzymało dochodową koncesję na prowadzenie hurtowni papierosów oraz składu soli. Sierociniec otrzymywał także z Urzędu Celnego skonfiskowane przemytnikom produkty żywnościowe i materiały niezbędne dla codziennego funkcjonowania. Udało się również szybko pozyskać fundusze, za które zakupiono na warszawskich Bielanach działkę pod nowy, już własny, nowoczesny – zaprojektowany w kształcie samolotu przez Zygmunta Tarasina – obszerny gmach. Jak podkreślali wychowankowie: dom był wesoły, jasny, chciało się w nim żyć. Zakład przeprowadził się tam w 1927 r.

Znamienne jest wspomnienie Leokadii Ambrzykowskiej, wieloletniej krawcowej Naszego Domu. W Pruszkowie [Falska – przyp. J.G.] cały dzień poświęcała dzieciom. Bardzo często bawiła się z nimi i wtedy zapominała, że jest osobą dorosłą. Kiedy dzieci urządziły chrzciny lalki i Maryna Falska była księdzem – ubrała się w kapę, spięła klamrą i trzymając w ręku gałązkę asparagusa, ochrzciła lalkę, dając jej imię Rozalia, potem urządziła przyjęcie, nakryła stół własnym prywatnym obrusem, tańczyła z dziećmi. Dzieci lubiły bardzo, jak pani Maryna tańczyła w kółeczku, bawiła się jak dziecko, zaśmiewając się szczerze. Później w Warszawie nie zauważyłam już tego. W Warszawie była bardzo poważna i często długo zamyślała się, paląc papierosa.

W pamięci mojej pozostała:

W Pruszkowie – wesoła, radosna.

W Warszawie – poważna, zamyślona, a zawsze wielka duchem i sercem, wielkim umiłowaniem dzieci i pracy nad dziećmi – człowiekiem idei3.

I wspomnienia wychowanków Naszego Domu zdają się potwierdzać to spostrzeżenie: o ile ci z Pruszkowa wspominają wychowawczynię jako pełną energii, żywą, roześmianą, to ci z Bielan, jak na przykład Bronisław Jarząbkowski, pamiętają już, że twarz miała przeważnie poważną, znużoną, bo naprawdę dużo pracowała nie tylko w dzień, ale i w nocy. Czesław Prokopczyk, wychowanek nie samego domu dziecka, ale przedszkola, które przy Naszym Domu działało podczas okupacji, oglądający Falską z pewnego oddalenia, wspominał po latach: Czarna pani o poważnej i surowej twarzy – była to właśnie pani Maryna Falska, cała ubrana na czarno, prócz sztywnych mankietów i kołnierzyka, które lśniły białością5.

W czasach bielańskich Falska także chętniej niż wśród maluchów przebywała wśród starszych dzieci i młodzieży, również wśród młodych wychowawców. Oczywiście mali wychowankowie wciąż mieli kontakt z dyrektorką, wciąż mogli liczyć na jej zainteresowanie i zwracać się do niej ze swoimi sprawami. Jednak wygląda na to, że sama Falska szukała towarzystwa właśnie młodych, doroślejszych już ludzi, z kontaktów z nimi czerpała energię i, rzadko uzewnętrznianą, radość. To chyba różniło ją od Korczaka, który czerpał radość z samego bycia z dziećmi, z przebywania w ich świecie, z obcowania z ich wyobraźnią i fantazją, a także – to wydaje mi się najistotniejsze – z dziecięcą nieświadomością krótkości, kruchości i tragizmu ludzkiego życia. Falska była intelektualistką, jej żywiołem była nie zabawa, nie wyobraźnia niedająca ująć się w karby, ale rozmowa, wymiana myśli, idei, rozważanie kwestii moralnych. Korczakowi przebywanie z dziećmi, zabawa, przestawianie się na dziecięcy sposób myślenia i przeżywania świata przychodziły lekko, Falska musiała się przełamywać. Korczak – można to tak ująć – sam był dzieckiem, a Falska nie. Korczak – to także istotne – sam podjął decyzję o tym, że zostanie wychowawcą, a decyzja ta wypływała z głębi niego. Falska jako kobieta nie mogła podejmować takich decyzji. Zawód pedagoga był jednym z niewielu wtedy dostępnych dla kobiet, zaczęła go wykonywać, bo nie miała szerokiego pola wyboru. Jednak skoro się tego podjęła i dojrzała jego społeczną i moralną doniosłość, to oddała mu całą swoją istotę, bez reszty. Oczywiście, dostrzegała wartość korczakowskich pomysłów, dostrzegała też wartość dzieciństwa i dziecięcej wrażliwości, ale intelektualnie i moralnie, nie instynktownie.

W niej już dziecka nie było, a im była starsza, tym mniej może miała sił do przeczenia swojej konstytucji, do działań, które nie wypływały wprost z niej, nie były zgodne z jej charakterem i temperamentem. A może po prostu zauważała, że takie działania wychowawcy, do których musi on naginać swoją osobowość i upodobania, które nie wypływają bezpośrednio z jego woli i miłości, ale są wyrozumowane, mogą uczynić więcej złego niż dobrego? Falska była osobą bardzo samoświadomą i bardzo – czasem boleśnie – szczerą wobec siebie i innych. Swoich wychowanków zachęcała do tego, aby byli tym, kim są, i nikogo nie udawali. Sama była właśnie tym, kim była. Tak charakteryzował ją Igor Newerly: Nigdy nie istniała po prostu i dla samej siebie. Epicki stan duszy, jak dawniej mawiano, był normalnym jej stanem. Musiała żyć, oddychać w klimacie wielkiej, czystej sprawy. I nie, żeby raz kiedyś, ale permanentnie, od zarania do końca. […] U Maryny każda rzecz, i czynność, wszystko było czemuś podporządkowane, było funkcją czegoś nadrzędnego. Pojawiało się to bezwiednie w pospolitych drobiazgach codzienności. Dla Maryny wszystko (idea, sprawa, przyjaźń) istniało bez najmniejszej skazy, albo nie istniało wcale6.

Dzieci wychowują dzieci

Różnice psychologiczne i osobowościowe dyrektorów mogły mieć wpływ na praktykę funkcjonowania obydwu zakładów. Oczywiście pewne wycofanie się pani Maryny z bliskiej i bezpośredniej pracy z maluchami wcale nie oznaczało ich porzucenia, a wręcz przeciwnie, mogło przynieść sporą wychowawczą korzyść zarówno im samym, jak i starszym dzieciom i młodzieży zakładu. W praktyce Naszego Domu – staraniem jego dyrektorki – wspaniale bowiem funkcjonował system wzajemnego wychowywania się dzieci, troski starszych o młodszych, zmniejszania się ingerencji dorosłego wychowawcy w życie domu i w relacje między dziećmi (choć oczywiście nie oznaczało to zmniejszenia się dostępności wychowawców dla dzieci). Dobrze ujął rzecz Prokopczyk: Musi w tym [w praktyce Naszego Domu i zamyśle Falskiej – przyp. J. G.] uderzać zbieżność z nowoczesną pedagogiką, upatrującą w środowisku ludzkim (dziecięcym) dominującą siłę oddziałującą, kształtującą i wychowującą człowieka (dziecko). […] Środowisko wychowawcze najmłodszego dziecka na terenie internatu to nie tylko wychowawca, to przede wszystkim jego najbliższe otoczenie składające się ze starszych kolegów, którzy są dla tego dziecka ucieleśnieniem jakichś ideałów, wartości, celów, powtarzających się na każdym niemal kroku życia codziennego. Tak więc, ta pozornie daleko poza najmłodsze dziecko wybiegająca działalność p. Maryny wracała jednak do niego, co prawda pośrednią, ale bardzo istotną i skuteczną drogą. Sygnalizowany na początku brak bezpośredniej i odczuwalnej przez przedszkolaków troski i dbałości osobistej ze strony p. Maryny okazuje się po prostu tylko innym typem opieki nad małym dzieckiem. Była to troska pogłębiona intelektualnie, oparta na mistrzowskim znawstwie procesu wychowania, jego komponentów i wymagań organizacyjnych, troska pełna poważnego traktowania dziecka. Nie chodziło o to, by dokonać czegoś ze względu na siebie, liczyła się tu tylko sprawa dziecka. Postawa p. Maryny dosyć wyraźnie, zwłaszcza w zestawieniu z dr. Korczakiem, pozbawiona była widocznych elementów emocjonalnych7.

Korczak o wiele bardziej niż Falska realizował i potrzeby wychowawcze, i swoją własną potrzebę ekspresji, życia, istnienia, w bezpośrednim, wręcz zmysłowym kontakcie wychowawcy z dzieckiem. Kontakcie – dodajmy – który zachodził na dziecięcych warunkach, a więc w którym należało dopuścić również sporą dozę spontaniczności, przypadkowości, a także – co istotne – wychowawczej niekonsekwencji. Dziecko fascynowało Korczaka między innymi dlatego, że żyło o wiele pełniej i o wiele bardziej niż człowiek dorosły, którego i własne, i zbiorowe doświadczenie uczyło tłumienia życia8. I w myśli, i w praktyce Korczaka nadrzędną wartością jest życie – życie wręcz biologiczne, tu i teraz, dla samego życia, dla chwili, w której jest przeżywane, dla radości uwalniania instynktu i woli, a co za tym idzie, także niedające się do końca ująć w karby, uporządkować, umoralnić – a więc wszelkie potrzeby wychowawcze są tej wartości podporządkowane. Falska w zasadzie zgadzała się z filozofią Korczaka, jednak – ujawniło się to zwłaszcza w bielańskim okresie – inaczej rozumiała rolę wychowawcy. A sam Korczak, nota bene, za to właśnie cenił Falską, że w ich współpracę wnosiła nie posłuszne wykonawstwo jego idei, ale ciągłą własną twórczość, trzeźwość oceny, a nawet, momentami bardzo surowy, wręcz brutalny krytycyzm. W latach 30. drogi obojga pedagogów co prawda rozeszły się, Korczak wycofał się z pracy w Naszym Domu, jednak – mimo że sam bardzo brutalnie nieraz wypowiadał się o innych placówkach opiekuńczych i ich personelu – nigdy nie wyraził się lekceważąco czy dyskwalifikująco o tym, w jaki sposób jego dawna współpracownica samodzielnie kontynuuje to, co zaczęli razem.

Dom otwarty na świat

Falska potrafiła – jak mało który wychowawca – spojrzeć na stworzoną przez siebie instytucję, na jej praktykę, a nawet ideowe fundamenty, z niezwykle brutalną przenikliwością. Jakiej trzeba intelektualnej i moralnej uczciwości, aby w liście do współpracownika (tu: młodego wychowawcy Jana Pięcińskiego) napisać choćby takie słowa: Jaką dziecinną zabawką, jakim szychem jest każdy „samorząd” szkolny czy internatowy w porównaniu z żywą mową życia środowiska przyrodzonego dziecku. Jakim sztucznym tworem. Im w lepszych warunkach internat postawiony, tym jest niebezpieczniejszy w znaczeniu wytwarzania specjalnej psychologii, że tak powiem, spożycia gotowego. Im lepsza techniczna organizacja, tym mniej daje sposobności do twórczego nastawienia się młodzieży. („Twórczego” – to nie jest określenie tu właściwe. Wytwórczego raczej. Aktywnego może). Nasz Dom jest specjalnie niebezpieczny. Poza granicami zakładu dzieci i młodzież czują możną opiekę. Zeszłoroczny „akt święcenia domu, który zgromadził najwyższych prawie dostojników państwa” – „64 samochodów – pisały mi dzieci – na placu stało”, jest b. wymownym i jaskrawym ujawnieniem tego niebezpieczeństwa wychowawczego.

[…] Nie można stworzyć wylęgarni „nowego człowieka”. Ogólne podłoże społeczne tworzy typ człowieka. W Naszym Domu w ramach istniejącego układu społecznego zajmuje pasywne stanowisko. Stąd młodzież, która przebyła wiele lat internatu naszego, jest bierna i bez tendencji powiązania się z życiem aktywnym na zewnątrz. Zainteresowań umysłowych także Dom nasz nie dawał do tej pory.

Nie lubię, gdy ktoś określa internat jako „małe społeczeństwo”. Społeczeństwo składa się ze spożywców i wytwórców. Nie do pomyślenia jest „społeczeństwo” samych spożywców. To nie jest nawet kolektyw. To zbiorowisko – luźnie z sobą powiązanych jednostek przypadkowo skupionych na jednym terenie9.

Zapewne te niewesołe refleksje stały się dla Falskiej i jej współpracowników impulsem dla otwierania Naszego Domu na zewnątrz, oferowania dziennej opieki i pomocy wychowawczej dzieciom niemających stałej pracy mieszkańców osiedla Zdobycz Robotnicza (i zapewne nie tylko ich – pod koniec lat 30. do Naszego Domu uczęszczało ponad 160 przedszkolaków z zewnątrz). Falska zamknęła zainicjowaną przez Korczaka eksperymentalną zakładową szkołę dla pierwszoklasistów, a otworzyła przedszkole dla robotniczych maluchów i świetlicę dla starszych dzieci. Zlikwidowała bursę dla dorosłych wychowanków, a latem zorganizowała w Naszym Domu półkolonie dla żoliborskich dzieci, niemających co ze sobą zrobić w czasie wakacji. Wychowankowie Naszego Domu obsługiwali czytelnię dla małych i dorosłych mieszkańców dzielnicy, wyświetlali sąsiadom filmy i przeźrocza, zapraszali na przedstawienia teatralne i koncerty zakładowej orkiestry. Codziennie trzydziestka biedniejszych dzieci spoza zakładu jadła z mieszkańcami Naszego Domu posiłki. Dom otwierał się, a Falska zauważała z entuzjazmem, że wychowankom wychodzi to na dobre.

Warto jednak pamiętać, że otwarcie Naszego Domu możliwe było dzięki bardzo dobrej kondycji finansowej Towarzystwa. Dokonywało się właśnie wtedy, gdy Dom Sierot Korczaka doświadczał ogromnych trudności finansowych i organizacyjnych. W czasach światowego kryzysu, który tak mocno dotknął Polskę, indywidualni donatorzy byli o wiele mniej hojni, ale dochody z koncesji tytoniowych i ilości towarów konfiskowanych przemytnikom rosły… Zupełnie inna sytuacja niż na początku działania Naszego Domu, który zaczynał od pruszkowskiej biedy, gdy Dom Sierot zaznawał względnego dostatku. Może ta różnica doprowadziła czy wzmogła niesnaski między Falską a Korczakiem? On wciąż potrzebował innowacji, eksperymentów, które – takie jak choćby szkoła dla maluchów – wobec biedy na Krochmalnej próbował forsować na Bielanach. Ona miała własną wizję Naszego Domu.

Jednak nawet kiedy w czasach okupacji zakład stracił dochody z koncesji i musiał – podobnie jak na początku działalności – liczyć na organizacje charytatywne (m.in. Radę Główną Opiekuńczą) i skromne dochody z kwest i zbiórek, jego mieszkańcy nie zamknęli się na świat zewnętrzny, ale właśnie jeszcze bardziej otworzyli. Zakładowa stołówka gościła więcej dzieci z Żoliborza, wciąż działały przedszkole i świetlice. Wielu starszych wychowanków wstąpiło do konspiracyjnych organizacji, o czym Falska zapewne wiedziała, choć ze względów bezpieczeństwa młodszych dzieci sama nie włączała się w podobne działania. Jednak Nasz Dom stał się schronieniem dla kilkanaściorga dzieci żydowskich, którym dyrektorka wyrobiła „aryjskie” papiery i fałszywe życiorysy, zadbała o to, by inni wychowankowie – w końcu także dzieci – w żaden sposób nie zdradzili się ze swoją wiedzą lub podejrzeniami. A kulminacją otwarcia Naszego Domu był czas powstania warszawskiego, kiedy to urządzono w nim powstańczy szpital i ochronę dla dzieci, które podczas walk zgubiły swoich opiekunów. Ręka w rękę pracowały w nich wychowawczynie i starsze wychowanki (starsi chłopcy i męscy wychowawcy przystąpili do oddziałów powstańczych, wielu z nich zginęło).

Maria Falska zmarła 7 września 1944 r., kiedy na Bielany weszli hitlerowcy i kazali ewakuować zakład. Dzieci z Naszego Domu, zanim odeszły znów do Pruszkowa, tym razem do obozu dla wychodźców z Warszawy, zbiły z desek trumnę, wykopały grób i pochowały swoją wychowawczynię.


Autor serdecznie dziękuje za pomoc i inspiracje pani Marcie Ciesielskiej z Archiwum Korczakowskiego.

Przypisy:

  1. Maria Falska, Nasz Dom. Zrozumieć, porozumieć się, poznać, wybór i opracowanie Marta Ciesielska, Barbara Puszkin, Warszawa 2007, t. 1, s. 140.
  2. Nasz Dom 1919–1989. Kronika, listy, wspomnienia, fotografie, oprac. Zofia Kowalska, Zygmunt Bobrowski, Warszawa 1989, s. 26.
  3. Tamże, s. 25.
  4. Tamże, s. 26.
  5. Czesław Prokopczyk, Nasz Dom. Wspomnienia i refleksje z przedszkola i internatu okresu okupacji, Korczakianum, Archiwum Korczakowskie Muzeum Warszawy, teczka 0409, s. 65.
  6. Igor Newerly, Żywe wiązanie, Warszawa 2001, s. 175.
  7. Prokopczyk, dz. cyt. s. 72–73.
  8. Pisałem o tym więcej w artykule Korczak, jakiego znać nie chcemy, „Nowy Obywatel” nr 6(57), jesień 2012.
  9. Maria Falska, dz. cyt. t. I, s. 268–272.
Zapomniane marzenie Stefana Żeromskiego

O czym nie powinno się rozmawiać z dziećmi

Dobre dwadzieścia lat temu, jeszcze w trakcie studiów, zaczynałem pracę nauczyciela-polonisty w sympatycznej podstawówce. Uczyłem w siódmych i ósmych klasach, ale często zdarzało się, że musiałem zastąpić koleżankę lub kolegę w klasie młodszej. Trafiło mi się kiedyś pilne zastępstwo u maluchów, w – jeśli dobrze pamiętam – drugiej klasie. Ponieważ dowiedziałem się o nim tuż przed rozpoczęciem lekcji, nie było mowy o jakimś przygotowaniu tematu czy konspektu – musiałem improwizować. O czym rozmawiać z takimi dzieciakami? Chwyciłem podręcznik jednego z nich i po przekartkowaniu znalazłem znany mi od dziecka wierszyk (jeszcze się wtedy w podręcznikach uchował) Juliana Tuwima „Wszyscy dla wszystkich”:

Murarz domy buduje,
Krawiec szyje ubrania,
Ale gdzieżby co uszył,
Gdyby nie miał mieszkania?

A że wierszyk pamiętałem ze szkoły, przypomniałem sobie nagle lekcję, w której przy okazji jego lektury, sam uczestniczyłem jako maluch. Moja wychowawczyni prosiła kolejne dzieci, by powiedziały, jaki zawód wykonują rodzice, później opowiedziały trochę o ich pracy, a każde inne dziecko mogło się zgłosić wtedy, kiedy stwierdziły, że zawód jego rodzica jest w jakiś istotny sposób powiązany z zawodem rodzica poprzednika. Kiedy więc jeden z moich kolegów opowiedział, że jego mama pracuje w sklepie i sprzedaje ludziom chleb i mleko, zgłaszała się koleżanka, której tata pracował jako zaopatrzeniowiec i rozwoził do sklepów towary samochodem, po nim kolega, którego z kolei tata pracował w warsztacie samochodowym itp. Kiedy dzieciom zabrakło inwencji w odnajdywaniu takich powiązań, wychowawczyni pomagała. Ponieważ mój ojciec jako nauczyciel-resocjalizator prowadził wtedy pracownię szkutniczą dla chuliganów z Woli i czasem mnie do pracy zabierał, ja – pamiętam – zgłosiłem się po opowieści koleżanki, której mama pracowała jako leśnik (tak mi się skojarzyło: las-drewno-łódki) opowiadałem (może zbyt długo), jak dłutem i strugiem profiluje się wręgi, gotuje klej stolarski, szyje na maszynie żagle, woduje łódkę i wiele podobnych historii. Pamiętam, że wszyscy opowiadaliśmy dumni z naszych rodziców.

No i powtórzyłem tę lekcję już jako nauczyciel. Wyszła tak sobie, dzieci coś tam poopowiadały, ale jakoś niechętnie odnajdywały wzajemne zależności różnych zawodów. No cóż – wytłumaczyłem sobie – gdzież tam mnie, człowiekowi bez doświadczenia w pracy z maluchami i bez znajomości klasy naśladować własną wychowawczynię. A poza tym to już nie były te czasy, kiedy rodzice zabierali dzieci do pracy. Te czasy właśnie się niedawno skończyły.

Kilka dni później zostałem poproszony do gabinetu dyrektorki szkoły. Oprócz niej siedziała tam już nauczycielka, którą zastępowałem i szkolna pani pedagog (słowa „pedagożka” wtedy jeszcze nie używano). Okazało się, że zostałem wezwany na dywanik w sprawie lekcji, którą przeprowadziłem. Dzieci poskarżyły się rodzicom, a rodzice dzwonili do szkoły z pretensjami. No bo jakże tak można: wypytywać dzieci przy innych dzieciach, czym zajmują się ich rodzice? Czyżbym nie wiedział – usłyszałem – że do naszej szkoły chodzą nie tylko dzieci jakichś ważnych i zamożnych osób, ale że większość uczniów ma rodziców zwyczajnych: robotników, ekspedientki, pielęgniarki albo motorniczych tramwajów? Przecież są tu także dzieci rodziców bezrobotnych i „różnej społecznej patologii”. Czy ja się przez moment chociaż zastanowiłem, co będą czuły takie dzieci, kiedy każe się im opowiadać, czym zajmują się ich rodzice, a zwłaszcza kiedy same będą słuchać, że rodzice innych dzieci robią wspaniałe kariery, świetnie zarabiają, że po prostu są lepsi od ich własnych rodziców. Tłumaczyłem się, że przecież ani przez moment nie rozmawiałem z dziećmi o tym, ile ich rodzice zarabiają i jakie kariery robią, ale o tym, na czym polega ich praca i jaki jest z niej wspólny pożytek. Że przecież wiersz Tuwima wciąż jest w podręczniku, a jak rozmawiać o jego przesłaniu, nie odwołując się do doświadczeń małych czytelników? Na próżno. Wysłuchałem sporo o swoim braku delikatności, a trochę i o tym, że mógłbym nieco więcej słuchać starszych i lepiej rozumiejących świat koleżanek, a nieco mniej się sprzeczać.

Niedawno rozmawiałem z kolegą polonistą, który wciąż uczy w szkole podstawowej. Opowiadał, że on i jego koledzy mają absolutny zakaz rozmawiania z uczniami o tym, jak który z nich spędzał wakacje. Kiedyś, dawno temu, to właściwie była reguła, że na pierwszych lekcjach po wakacjach zadawało się wypracowanie na temat „Moja wakacyjna przygoda”. Dzieciaki mogły napisać o czymś miłym, jeszcze przez chwilę pożyć atmosferą wakacji. Później czytało się te wypracowania głośno, przy całej klasie. Dziś – nie wolno. Argument ten sam: trzeba uniknąć licytacji i zawstydzania biedniejszych dzieci przez bogatsze. Inna koleżanka opowiadała, że z podobnej racji nie zaleca się na lekcjach rozmów z dziećmi o samochodach, modzie, stylu życia. Pamiętamy odżywającą od czasu do czasu dyskusję o szkolnych mundurkach, dzięki którym jakoby w szkole skończy się wywyższanie jednych dzieci ponad drugie, przechwalanie się drogimi ubraniami itp.

Wciąż budzą w nas oburzenie takie sytuacje, jak choćby segregacja dzieci na szkolnych stołówkach – dla biednych tylko zupa i ziemniaki, dla bogatych także mięso, garnirunek, deser i kompocik. Słyszałem o takim rozwiązaniu tego problemu, że aby biedniejsze dzieci nie czuły się gorsze, jadały obiady na innych przerwach niż bogatsze. Czasem, choć coraz rzadziej, oburzenie budzą wycieczki i zielone szkoły tylko dla niektórych, albo maturalne i gimnazjalne bale rujnujące uboższych rodziców niechcących dopuścić do tego, żeby ich dzieci poczuły się gorzej.

Ale może warto zadać pytanie, jaki jest ukryty, głębszy sens takich prorównościowych działań i postaw. Czy dzieci, z którymi w szkole nie będzie się – wspólnie, przy całej klasie – rozmawiać o tym, jaką pracę wykonują ich rodzice, jaka jest społeczna i finansowa sytuacja ich rodzin, będą w jakikolwiek sposób i przed czymkolwiek chronione? Przecież one – już pierwszoklasiści, już przedszkolaki – rozmawiają ze sobą i doskonale wiedzą, kim są i co robią rodzice kolegów, wiedzą też, może bez szczegółów, którzy zarabiają więcej, a którzy mniej, znają siłę swoich pieniędzy i pieniędzy w ogóle. I będą to wiedziały, będą się tym ekscytować i licytować, pewnie i z takiej przyczyny, że wyczują coś ekscytującego w temacie, na jaki z dziećmi nie rozmawia się głośno i oficjalnie.

Skoro z dziećmi, aby ich nie zawstydzać, nie wolno rozmawiać o tym, jaki zawód wykonują ich rodzice, to znaczy, i dla dzieci też to jest czytelne, że istnieją zawody zawstydzające. Że istnieją zawstydzające, choć przecież legalne sposoby zarabiania na chleb i istnieją takie, których się wstydzić nie trzeba. Zawstydzające to te, które przynoszą mizerny dochód, zaś dumnym można być z takich, które przynoszą dochód wielki. I nie wolno mówić o tym, podobno aby nie zniechęcać młodych ludzi do wysiłków i starań, że przecież często takie zawody i sposoby pozyskiwania środków do życia, które choć mają ogromną społeczną doniosłość, są fatalnie wynagradzane, a takie, których społeczną doniosłość wskazać trudno, bywają źródłem gigantycznych fortun. Że choćby pielęgniarki, listonosze, woźni szkolni, sklepowi sprzedawcy i sprzedawczynie czy robotnice i robotnicy w wielu fabrykach, choć żyją uczciwie i przykładają się do swojej pracy zarabiają grosze i wraz ze swoimi rodzinami żyją na pograniczu nędzy, a – powiedzmy – politycy wygrywający kilkadziesiąt razy z rzędu w ruletkę albo bankowcy namawiający swoich klientów na rujnujące polisolokaty mogą się cieszyć niebosiężnymi dochodami i takimże statusem. Biednyś – wstydź się! Oczywiście zrobimy wszystko, żeby oszczędzić ci wstydu, ale im więcej będzie tych starań, tym bardziej będziesz widział, jak zawstydzająca jest twoja bieda. Będziesz widział, że dla twojego dobra o pewnych twoich sprawach i kłopotach nie mówi się i nie pozwala mówić innym, zamiata się je głęboko pod dywan, a że pod dywanem one – choć już niewidziane – mają jeszcze lepsze warunki rozwoju, że buzują tam, tętnią, wzrastają, że domagają się ujścia, tym bardziej trzeba je jeszcze upchnąć kolanem. Przekaz taki: biednyś – wstydź się! – zapada głęboko w umysł i serce jako pewnik, jedna z uniwersalnych kategorii oglądu świata.

Warto by tutaj zastanowić się, czy zadaniem wychowawców jest kreować pozornie bezpieczne sztuczne środowisko dla swoich wychowanków, czy też raczej pomagać zrozumieć to istniejące rzeczywiście, nawet gdy wydaje się ono ogromnie skomplikowane i niesprawiedliwe. Przecież żyjemy w kraju o gigantycznych różnicach społecznych – dlaczego miałyby one być niewidzialne akurat w szkole i dla dzieci? Czy zamiast unikać z dziećmi niebezpiecznej i bolesnej rozmowy o modnych ciuchach – bo jeden ma lepsze i zmienia codziennie, a drugi ma dobre, markowe, ale tylko jedną zmianę, którą nosi, aż nie zedrze – nie byłoby lepiej właśnie z nimi o nich porozmawiać i wraz z nimi powiedzieć głośno: jedni mają ubrania droższe, inni tańsze, jedni mają rodziców bogatszych, inni biedniejszych, tak wygląda świat, w jakim żyjemy? Przecież tak wygląda. Może nie?

Czy to byłoby źle, gdyby zamiast zabraniać dzieciakom przechwalania się takim czy innym wyznacznikiem dziecięcego statusu, dać im jasny i oficjalny – bo płynący od autorytetu państwowej szkoły – komunikat: w szkole jest tak, jak w całym naszym kraju, są bogatsi, którzy na różne rzeczy mogą sobie pozwolić, i biedniejsi, którzy muszą obejść się smakiem. Czy to sprawiedliwe? Nie, ale tak jest. Nie jest tak?

Dlaczego nie masz? Dlaczego jesz w stołówce tylko zupę, nie jeździsz na wycieczki, nie masz takich rzeczy, jakie mają inni? Bo jesteś biedny. Taki właśnie jest świat, w którym żyjesz: są w nim ludzie bardzo bogaci, bogaci, tacy średni, biedni i bardzo biedni. Skoro świat jest właśnie taki, bieda musiała na kogoś trafić, trafiła na ciebie. Bo masz matkę pielęgniarkę, ojca woźnego w szkole, bo rodzice nie mogą znaleźć pracy, bo ojciec odszedł i nie chce płacić na dzieci, bo – i tak może być – rodzice nie starają się dostatecznie. Jesteś biedny, to nie masz, jasna sprawa. Jaka w tym twoja wina? Żadna. Czy rodzice są winni? Różnie może być. Jaka zasługa tych twoich kolegów, którzy mają? Żadna. Jaka zasługa ich rodziców? Różnie może być. Zazdrościsz? Pewnie, nie masz, to zazdrościsz. Ale wstydzić się nie ma czego. Jesteś z rodziny bogatej lub biednej, wiedz o tym, tak jak wiesz, że masz na imię Krzyś czy Kasia, jesteś dziewczynką lub chłopcem, masz lat osiem lub dziesięć, jesteś Polakiem, chodzisz do szkoły.

Czy to by było źle, gdyby człowiek, potem już dorastający i zupełnie dorosły, posiadał już umiejętność powiedzenia sobie: nie mam tego czy tamtego, co mają inni, bo jestem od nich biedniejszy? Czy to wstyd? Ależ skąd. Żyję w świecie i kraju, w którym są bogatsi i biedniejsi, tych biedniejszych jest więcej – trafiło na mnie. Nie mam, to zazdroszczę, chciałbym mieć to, czego nie mam, ale żaden wstyd nie mieć. Mimo takich i takich starań, a i z powodu takich i takich zaniechań, jestem biedny. Nie muszę się wstydzić, więc i nie muszę sobie wyobrażać siebie jako bogatego, wyobrażać, że kiedyś tam odegram się na tych, którzy widzieli moją biedę i mój wstyd. Nie jestem bogaczem in spe, nie wzbogacę się natychmiast, kiedy ktoś tam kogoś tam pogoni, kiedy każdy będzie mógł już bez przeszkód myśleć tylko o sobie. W świecie, w którym żyję, ktoś musi być biedny, dlaczego nie ja? To oczywiście niesprawiedliwe, ale ten świat taki jest, i dopóki taki będzie, będzie niesprawiedliwy. Inna kwestia, czy taki być musi. Mówi się, że zamożność bierze się z ciężkiej pracy i starań. Staram się, pracuję ciężko, ale – różnie może być. Różnie może być.

Judym, czyli pożytki z resentymentu

Rafałowi Bakalarczykowi

Stefan Żeromski, którego sto pięćdziesiątą rocznicę urodzin czcimy w tym, a dziewięćdziesiątą rocznicę śmierci w przyszłym roku, mimo że jako pisarz był nierówny, popadający w publicystykę, momentami rozwlekły, innym razem zbyt lakoniczny, miał pewną niezwykle ważną dla pisarza umiejętność, która w naszej współczesnej literaturze nie tylko nie jest pielęgnowana, ale wręcz została porzucona. Umiał mianowicie tworzyć bohaterów. Nie po prostu mniej czy bardziej wiarygodne literackie postaci, ale właśnie walczących z rzeczywistym, przyrodniczym i społecznym światem, a także z samymi sobą herosów, świadomych współtwórców i idei porządkujących ten świat, i samych siebie.

Bohaterowie Żeromskiego mieli niezwykłą moc trafiania do wyobraźni i życiowych aspiracji literackiej publiczności, a także uwalniania się ze stronic książek – oraz istnienia również w umysłach tych Polaków, którzy z jakichś względów nie zetknęli się z nimi za pośrednictwem druku. Czy istnieje w naszej literaturze bardziej jaskrawy przykład literackiego bohatera, którego postać tak mocno zakorzeniła się w masowej wyobraźni, a jednocześnie tak bardzo w swoich znaczeniach i ich odbiorze uwolniła się od literackiego ciała, niż doktor Tomasz Judym?

Idealista poświęcający swoje prywatne szczęście dla dobra ogółu, romantyk-filantrop rezygnujący z miłości dla realizacji wzniosłych zadań, wspomożyciel najuboższych niemogący pogodzić się z krzywdą i nędzą, wzorzec polskiego inteligenta pamiętającego o swoich powinnościach wobec ludzi, którym się gorzej powiodło – takie poglądy na temat tej postaci utrwaliły się w naszej wyobraźni na tyle silnie, że u wielu czytelników powodują odruch poszukiwania w lekturze ich potwierdzeń. Osobną sprawą jest to, że dzisiaj nazwiska Judyma używa się raczej bez atencji, a jako określenie postawy nierozsądnej i niemądrej. W publicystyce częściej spotkamy się z ironicznymi niż poważnymi zastosowaniami tego nazwiska. W każdym razie mają być „Ludzie bezdomni” powieścią o zobowiązaniach jednostki wobec społeczeństwa i to ma być jakoby najistotniejszy problem samego Judyma. Tymczasem mnie po raz kolejny po lekturze tej hipnotyzującej – choć przecież fatalnie skonstruowanej, rwanej, złożonej z osobnych, ledwie się zazębiających i często porzucanych w najdziwniejszych momentach wątków – powieści owa kwestia wydaje się drugorzędna. Drugorzędna nie znaczy nieważna, ale wtórna wobec najistotniejszego problemu, jakim jest rozpaczliwa – choć wcale nie beznadziejna – niezgoda na warunki polskiego awansu społecznego.

Subtelny cham i szlachetne bicie po mordzie

Kwestia fatalizmu pochodzenia jest dla całej fabuły i dla postaci Judyma kluczowa, a już pierwszy rozdział bardzo wyraźnie to zarysowuje. Judym, spotykając w Luwrze czwórkę polskich pań z wyższej (choć przecież nie jakiejś niebosiężnej) sfery, doświadcza sztormu niezwykle gwałtownych i sprzecznych uczuć. Zaczęło się od tego, że poczciwa ziemianka-inteligentka pani Niewadzka, w dobrej wierze, poszukując wspólnych znajomych, zmusiła Judyma, aby wytłumaczył się ze swego pochodzenia. Jej trochę kurtuazyjne, a trochę może i szczere zainteresowanie podszyte było pewnością, że spotkany w muzeum, posługujący się przyzwoitą polszczyzną i francuszczyzną, nieobdarty i nieśmierdzący, a w dodatku tytułujący siebie doktorem człowiek musi być podobnego jak ona pochodzenia, i że będzie mu miło porozmawiać o swoich przodkach, pochwalić się wrodzonym statusem. Judym na pytanie o pochodzenie odpowiada z mimowolnym fasonem, a ani pani Niewadzka, ani jej podopieczne w żaden sposób nie okazują jakiejkolwiek niechęci nowemu znajomemu z powodu jego pochodzenia. Ba, nawet okazują mu niekłamany respekt i podziw na wieść, że doktorem udało się zostać synowi szewca-pijaka i degenerata, „człowiekowi z gminu”, który w dodatku nie ukrywa swojego rodowodu. Szanowna babcia nawet improwizuje na tę okazję wzniosłą przemowę.

A jednak Judyma ani jej słowa nie krzepią, ani nie wyprowadzają z zakłopotania. Bo nie może przecież bez naruszania reguł dobrego wychowania uświadomić szlachetnej staruszce, że jej pochwały i wyrazy szacunku, że nawet jej uprzejma konwersacja z młodym doktorem jak z równym sobie, nawet jej sympatia – to nic innego jak rewers klasowej pogardy. Z podobnym problemem będzie się zresztą stykał Judym ciągle; będzie spotykał na swojej drodze do awansu ludzi autentycznie szlachetnych, niewątpliwie moralnych i pełnych dobrych intencji, jednak zupełnie nierozumiejących – i broń Boże niechcących zrozumieć – że moralność bywa sługą klasowych interesów, a szlachetność i życzliwość jest jedną z form klasowej przemocy. Nie odwrotną wobec takich zjawisk jak stare dobre bicie po mordzie, lecz je uzupełniającą. Kiedy w końcu rozstaje się z nowo poznanymi znajomymi, doświadcza jednocześnie bardzo silnego przyciągania i dojmującej niechęci, potrzeby natychmiastowego zakończenia znajomości. Wspaniałość istot, które okazały mu życzliwość, wprawia go w jednoczesną euforię i nienawiść, pogardę wobec samego siebie.

O tym, jak ów splot uczuć istotny jest dla całego sposobu rozumowania i odczuwania głównego bohatera „Ludzi bezdomnych”, świadczy sposób jego opisania: publicystyczny, grubo ciosany, niemal nieporadny. Judym czuł, że wtargnął do towarzystwa tych pań. Rozumiał swą niższość społeczną i to, że jest w tej samej chwili szewskim synem tudzież aspirantem do „towarzystwa”. Odróżniał w sobie te obydwie substancje i do krwi gryzł dolną wargę. […] Każdy bystry ruch nogi wysmukłych panien był jak drgnienie muzyczne. Połyski ślicznych mantylek, rękawiczek, lekkich krez otaczających szyje, rozniecały w nim jakieś szczególne, nie tyle namiętne, ile estetyczne wzruszenie (s. 18)1.

Socjologiczny termin „niższość społeczna”, pojawiający się tuż obok zmysłowych i cielesnych szelestów, drgnień i połysków, zgrzyta jak nóż pociągnięty po szklanej powierzchni. Podobnie, psychologicznym („fałszywy wstyd”) i socjologicznym („osoby niskiej kondycji”) terminem o żywe zmysłowe tło zazgrzyta narrator, opowiadając o wrażeniach i rozterkach Judyma powracającego do Warszawy i odwiedzającego rodzinne rudery: Z dala już dostrzegł Judym bramę rodzinnej kamienicy i zbliżył się do niej z niemiłym uczuciem tak zwanego „fałszywego wstydu”. Trza było witać osoby niskiej kondycji. Teraz, gdy wrócił z zagranicy, było mu to przykro, bardziej niż kiedykolwiek (s. 37). A tak, pojęciowo, wprost i bez miejsca na domysły przedstawia narrator przygnębienie bohatera po nieudanym odczycie w salonie Czernisza: Były to myśli parweniusza, który trafem stanął u drzwi pałacu kultury. Tkwiła w nich przede wszystkim skryta pod maską miłości ubogich drapieżna zazdrość indywidualna względem cudzego bogactwa. Od wieków płonęła jak piekielny ogień w sercu przodków, była najsilniejszym, choć najskrytszym ich uczuciem. W duszy ostatniego potomka nie zionęła już z niej śmiertelna, ślepa zemsta, tylko wysnuwał się głęboki, rozległy żal (s. 91).

Przyjrzyjmy się także opisowi reakcji Judyma na wyproszenie z posiedzenia zarządu cisowskiego uzdrowiska: Ta odmowa [prawa do uczestniczenia w posiedzeniu – przyp. J.G.] nie tyle zmartwiła go, ile jakoś zdegradowała. Judym w ogóle łatwo ulegał złudzeniu, że w samej rzeczy nie ma prawa do mnóstwa przywilejów, które są udziałem innych ludzi. Obecną w nim była pamięć na rzeczy dawne, na pochodzenie i owo jak gdyby bezprawne wejście do życia stanów wyższych. Toteż po rozmowie z doktorem Węglichowskim doznał w głębi serca tego spodlenia dumy, tchórzostwa rozumnej woli (s. 253). I tu uczucia młodego lekarza nazwane są wprost, pojęciowo, kawa na ławę. Miłośnika literatury oczekującego od tekstu pewnego niedomówienia, furtki do własnej interpretacji czy nawet możliwości projekcji na bohatera własnych emocji fragment ten i przytoczone wyżej straszą. Ale zdaje się, że Żeromski cenę literackiego okropieństwa, spłaszczenia własnego bohatera – któremu nie dał odczuć całej nawałnicy najróżniejszych i najsprzeczniejszych emocji i motywacji, a kazał przeżywać uczucie tak oczywiste i tak wprost zdefiniowane – zapłacił świadomie za pewność, że jego intencja w konstruowaniu motywacji bohatera będzie tu odczytana wprost i bez odczytelniczych fantazji. To zgrzytanie w powieściach Żeromskiego zbyt prostych i szybkich, często publicystycznych, a często wręcz nieudolnych fragmentów trafnie opisał Julian Brun-Bronowicz: Wszystkie dygresje Żeromskiego i tylekroć wytykane mu wady konstrukcji powieściowej mają swe źródło w tej walce swobody twórczej z własnowolnie, z góry przyjętymi ograniczeniami. Z tego samego źródła pochodzą też nierówności odwrotne: jak gdyby zatrwożony nagle, że zmitrężył tyle czasu na włóczędze beztroskiej po czarownych manowcach, autor śpieszy gorączkowo ku swoim celom dydaktycznym, porzucając cenny balast sztuki2.

Właśnie z tego względu warto się im uważnie przyglądać i doszukiwać znaczeń szczególnie istotnych dla autorskiej intencji. Judym nie jest w stanie opanować kolejnych przypływów dojmującego uczucia klasowej (i wynikającej stąd wszelkiej) niższości. Co więcej: nie jest on także w stanie – co wielu innym aspirantom przychodzi bez trudu – wytworzyć w sobie żadnego mechanizmu pozwalającego jakoś odciąć się od tego uczucia lub wysublimować je w coś mającego pozory szlachetności. Ma z tym uczuciem ciągły kontakt i po długich zmaganiach godzi się z myślą, że nigdy się go nie pozbędzie.

Parweniusza miłość-niemiłość

Kolejne „wtargnięcie do towarzystwa tych pań”, już w Cisach, to następna okazja do przekonania się, że aspirujący do towarzystwa parweniusz jest jak ćma, która nie potrafi oprzeć się urokowi światła, mimo że ciało już zaczyna skwierczeć w płomieniu. Judym rozpoznaje własny resentyment w afekcie do panny Natalii, która chętnie okaże sympatię i odda niejeden taniec przystojnemu, wykształconemu erudycie, wytrwałemu w dążeniu do życiowych celów i niepozbawionemu także innych zalet. Będzie ona jednak witała dziwnymi, pełnymi boskiego wdzięku ruchami warg i nozdrzy, jakby czuła zapach każdego wyrazu i na każdym niby na róży przysłanej składała pocałunek (s. 152) słowa miglanca i krętacza, utrzymującego się z karcianych i pospolitych oszustw, zawodowego bawidamka Karbowskiego. Ma on nad Judymem tę jedną przewagę, że nie jest parweniuszem i do niczego nie musi aspirować. Judym musi boleśnie uświadomić sobie, że skoro „zazdrości wszystkiego” postaci tak śliskiej i płaskiej jak Karbowski, to w jego aspiracjach do wyższego świata potężną rolę odgrywa aspiracja do bycia śliskim i płaskim. Jednak Karbowski, mocą urodzenia i płynącej z tego życiowej lekkości, zawsze będzie uroczo śliski i płaski, a Judym, mocą urodzenia wymagającego od niego wciąż starań i mozołów, może być tylko obrzydliwie śliski i płaski.

Oczywiście Judym nie ma specjalnych złudzeń co do tego, że jego afekt do Natalii ma jakąś szczególnie subtelną miłosną naturę albo też jest prostym pożądaniem. On wie, że to piękne, pachnące, unoszące się jakby nad ziemią i szeleszczące koronkami stworzenie jest dla niego nie tyle uosobieniem kobiecego, co klasowego powabu. Bohater Żeromskiego wpisuje się tu w mający początek może w werteryzmie, a w naszej literaturze bardzo długo kontynuowany ciąg męskich literackich postaci, dla których klęska miłosna jest bolesnym dowodem na niemożliwość społecznego awansu. A więc Judyma ciągnie do Natalii jako do obiektu niedostępnego i symbolicznego, nie tyle wywołującego, ile potwierdzającego plebejski resentyment.

Pułapki zaklętego wirydarza

Czy Judym porzucił miłość do Joasi, aby poświęcić się sprawie? On przecież patrzy na nią podobnie jak na Natalię, z tym jednak zastrzeżeniem, że jest mniej niedostępna niż tamta, jest czymś w rodzaju „nagrody pocieszenia” po cichej klęsce w batalii, której nie odważył się rozegrać (co zresztą także Judyma w ostatecznym rozrachunku od Joasi odstręcza). Jak z jednej strony prostolinijnie, z drugiej zaś tajemniczo informuje narrator: Judym nie pragnął Joasi jako kobiety, nigdy z niej w marzeniu nie zdzierał szat dziewiczych. Pachnące dymy błękitne otoczyły ją i zasłaniały od myśli pożądliwych. Nade wszystko, nad piękność, dobroć i rozum, kochał w niej swoją czy jej miłość, ów zaklęty wirydarz, gdzie człowiek wchodzący zdobywał nadziemską zdatność pojmowania wszystkiego (s. 301). Rzeczywiście, Judym nie potrafi rozdzielić tego, czy Joasia po prostu nie jest dla niego atrakcyjna, czy też paraliżuje go swoją – nie erotyczną! – etyczną doskonałością. Oddajmy jednak tutaj hołd siłom witalnym młodego mężczyzny, które w poszukiwaniu ujścia mają wszakże moc zarówno uzdrawiania z paraliżów, jak i czynienia kwestii atrakcyjności drugorzędną. Judym w końcu ujrzał w Joasi swoją żonę.

Siły witalne ustępują jednak rozwadze, gdy Joasia przyjeżdża do stęsknionego doktora i zdradza mu swój plan ułożenia im obojgu życia. Ona nie rozumie, bo nie może rozumieć, że wypowiadając marzenia o czystym i schludnym, ale skromnym mieszkanku, nakreśla przed ukochanym horyzont, a więc i nieprzekraczalny punkt dojścia, własnych aspiracji. Że właśnie w tej chwili odsłoniła przed nim szklaną ścianę, której nie przekroczą, jeśli będą przez życie szli razem. Jej się wydaje, że może Judyma do swojego stanowiska po prostu przekonać, bo nie rozumie, że rojenia jej ukochanego rozbijają w pył tę szklaną ścianę czystego domku, estetycznych mebelków oraz sprzętów i absolutnie nie mają charakteru intelektualnych spekulacji. Ona nie rozumie, że te rojenia wypływają nie – tak jak u niej – ze starannej szkolnej edukacji i salonowej ogłady, nie z filozoficznych czy religijnych przekonań albo z ideologicznego zaślepienia, lecz wprost z biologii, z twórczego instynktu, którego nie udało się stłumić ani ojcowskim pasem, ani doktorskim szyderstwem. I te rojenia nijak nie przystają do rojeń Joasi, czy może raczej natręctw, o tym, żeby pomagać biednym ludziom, żeby w ten sposób realizować jakąś powinność kogoś, komu się lepiej powiodło, wobec kogoś, komu się powiodło gorzej, czy też klasy wyższej wobec niższej.

Judym, obcując ze społecznym i dekoratorskim entuzjazmem Joasi, może sobie przypomnieć podobnie „czarującą każdym słowem i gestem”, podobnie entuzjastyczną doktorową Czerniszową: Była to swego czasu żywa bojowniczka emancypacji. Z biegiem czasu dzieci przychodzące na świat, obowiązki i stosunki usunęły ją od życia szerszego, ale nie zburzyły jej aspiracji i wierzeń. Do sprawy uczciwej zawsze przyłożyła ręki. Już to nie były dawne prace tchnące entuzjazmem, ale jeszcze tkwił w nich pewien umiarkowany zapał (s. 64). Judym wie, że przeznaczeniem Joasi jest stać się doktorową Czerniszową (o ile nie Węglichowską), a on sam przy niej – mocą klasowego fatalizmu – nieodwołalnie musi zostać doktorem Czerniszem. Życie z Joasią oznaczałoby nieuchronny społeczny awans rozumiany nie jako wzrost, ale właśnie jako emigracja z własnej kasty do kasty obcej, kasty żony, bez prawa powrotu i bez prawa zabrania ze sobą stamtąd czegokolwiek. Awans rozpoczynający się na skromnych, lecz estetycznych i higienicznych sprzętach domowych, zakończyłby się zapewne na organizowaniu brydżów, herbat i posiedzeń, na których miejscowe elity uzgadniałyby wspólne stanowisko w ważnych sprawach.

Oczywiście możliwy byłby też przeciwny obrót spraw. Taki mianowicie, że neurotyczny humanitaryzm Joasi zaprowadziłby ją na miejsce zmarłej przyjaciółki Stachy Bozowskiej i skłonił do złożenia z własnego życia pięknej i bezużytecznej ofiary przebłagalnej za winę zbyt dobrego urodzenia. Judym, gdyby był wtedy z nią, nie umiałby poradzić sobie ani z potęgą resentymentów prowadzących do takiej samozagłady, ani nie byłby w stanie obronić się przed kijem nabudowanych na nich istotnie szlachetnych uzasadnień, bo przecież jako aspirant do klasy szlachetnej powinien szlachetne argumenty przyjmować, a nie zbijać. Nota bene, zastanawiające jest, jak bardzo w naszej zbiorowej mitologii postać Judyma skontaminowała z postacią Stasi Bozowskiej, całkowicie od Judyma odmienną, kierującą się zupełnie sprzecznymi z jego motywacjami.

Judym oczywiście widzi w Joasi, guwernantce panienek z naprawdę dobrego domu, jej własny resentyment aspirantki do wyższego, do którego dodany jest jeszcze równie szlachetny, co resentymentowy zamiar ofiarowania się mężczyźnie z motłochu. To pomnożone jest jeszcze przez ów resentyment, którym według zoologicznego mizogina Nietzschego kobieta zawsze obdarzać będzie mężczyznę, a iloczyn tego wszystkiego pomnożony jeszcze przez resentyment chrześcijanki, która szuka okazji uspokojenia sumienia stroskanego dostrzeganym wszędzie wokół bezmiarem niesprawiedliwości, opętana jest obsesją moralnej czystości i natręctwem robienia czegoś dobrego dla innych. A jeśliby się te dwa olbrzymie resentymenty – Joasi i Judyma – jeszcze spotęgowały? Joasia jednakże, w przeciwieństwie do Judyma, wytworzyła w sobie mechanizm, który pozwala nie odczuwać własnego resentymentu jako przykrego, ale dostrzegać wyłącznie jego szlachetne sublimaty, i jeszcze krzepić się nimi. Jak pięknie uogólnia w swoim dzienniku tę warunkowość przyjęcia do wyższej kasty osoby z kasty niższej, która tak bardzo doskwiera Judymowi: Guwernantka, jako istota obca, zazwyczaj społecznie niższa, jest ciągle na cenzurowanym. Gdyby dała tylko powód do wzmianki – już po niej! Cenzura może być łaskawą, nawet życzliwą, nawet pochlebną, ale nie ustaje nigdy. Przy tym już to samo, że się zajmuje stanowisko trudne i niższe, a jest się częstokroć znacznie wyżej – tworzy i udelikatnia uczucie dumy, szlachetne uczucie, które jak kij służy do podparcia w chwili znużenia i do obrony przed wrogiem. Ono samo już jest hamulcem niemałym, kto wie, może całkowicie wystarczającym (s. 164).

W następnej linijce Joasia, przy okazji lektury wierszy Louise Ackermann, dostrzega śmieszność w kobiecie piszącej poezje. Jej rozważania o tym, że kobieta może być uznana jako poetka, wyłącznie gdy będzie współbasować męskim poetom, kiedy będzie mówić to, co oni już dawno powiedzieli, i kiedy, broń Boże, nie wychyli się w twórczości z jakimś spostrzeżeniem czy uczuciem odmiennym, są niemal lustrzanym odbiciem spostrzeżeń Judyma dotyczących awansu społecznego. Joasia widzi, że kobieta-pisarka musi szczególnie intensywnie kokietować rodzaj męski za pośrednictwem literatury, tak samo wyraźnie, jak Judym widzi konieczność kokietowania klasy wyższej przez aspiranta z motłochu. Joasia chciałaby uprawiać literaturę i pozostać kobietą, zatrzymać własną kobiecą tożsamość, perspektywę i zakorzenienie, tak jak Tomasz chciałby wykonywać zawód wymagający wykształcenia, intelektualnej finezji i wysokich kwalifikacji moralnych, ocalając własną tożsamość i spojrzenie na problemy tego świata człowieka gminu. I ona, i on widzą wartość własnego zakorzenienia, widzą też groteskowość i śmieszność wykorzenionych emigrantów, którzy nie będąc zakorzenionymi w środowisku, do którego aspirują, muszą szczególnie intensywnie i wbrew własnej istocie udawać, że są kimś, kim nie są i nigdy nie będą. Niestety, Joasia – mimo rzeczywistych i usilnych starań – nie jest w stanie zrozumieć zakorzenienia Judyma w motłochu, a on nie rozumie jej feminizmu i zakorzenienia w kobiecości.

To dziwne, jak bardzo jednakowo szkolne interpretacje „Ludzi bezdomnych” każą rozumieć słowa Judyma wypowiedziane podczas pożegnalnej rozmowy z Joasią: Nie mogę mieć ani ojca, ani matki, ani żony, ani jednej rzeczy, którą bym przycisnął do serca z miłością, dopóki z oblicza ziemi nie znikną te podłe zmory. Muszę wyrzec się szczęścia. Muszę być sam jeden. Żeby obok mnie nikt nie był, nikt mię nie trzymał (s. 403). Jest to jakoby dowód na to, że od teraz Judym będzie żył w celibacie, samotnie, bez poborów i bez własności, poświęcony wyłącznie walce z nędzą. Tymczasem on to mówi właśnie do Joasi, kończąc definitywnie dokładnie ten, a nie żaden inny związek. Nie byłoby wcale ani nieprawdopodobne, ani sprzeczne z jego głębokimi przekonaniami, gdyby niedługo związał się z inną kobietą i zamieszkał w domu solidniejszym niż ten z marzeń Joasi. Mówi jej, że nie może być z nikim, ale co miałby powiedzieć? Nie chce jednak być właśnie z nią, bo ona, ciągnąc go w stronę swoich mebelków i swojego humanitaryzmu, do swoich marzeń i wyobrażeń, nieuchronnie wstrzymałaby jego powrót tam, skąd przyszedł – do motłochu.

Medycyna i towarzystwo

Joasia wyobraża sobie, że Judym chce leczyć biednych, i wzrusza się, że to takie piękne, szlachetne i chrześcijańskie. Tymczasem Judym jako lekarz musi leczyć, ale uważa, że lepiej byłoby takich sytuacji uniknąć, i dlatego właśnie roi nie o sobie w sytuacji pomocy bliźniemu, nie o ludzkiej wdzięczności, nie o zapłakanych oczach chorych, którym przywrócił zdrowie, ale o Warszawie, w której udało się zlikwidować gruźlicę i tyfus. Wszelkie jego działania są nastawione właśnie na to, aby można było uniknąć leczenia chorych i aby oszczędzić chorym upokorzenia korzystania z pomocy lekarskiej, a lekarzom konieczności babrania się w ludzkich wydzielinach. Tu akurat sprzęgły się i przekonania Judyma wyrosłe z doświadczeń mieszkańca ulicy Ciepłej, i nabyta na krajowych i zagranicznych uczelniach wiedza medyczna, i jeszcze najzwyczajniejszy w świecie rozsądek człowieka wykorzenionego i mającego dystans do poglądów klas, do których ani już, ani jeszcze nie należy. Judym więc konsekwentnie upiera się przy tym, że naczelnym zadaniem lekarza jest właśnie profilaktyka, a samo leczenie jest najczęściej tylko łagodzeniem skutków zaniedbań. Judym to wie, jest pewien swojej wiedzy, ale wie również, że jeśli postara się zakorzenić w wyższej klasie, jeśli przeniesie się, czy to z własnego oportunizmu, czy z miłości do Joasi, do towarzystwa lekarzy-inteligentów, będzie musiał tę wiedzę porzucić i przyjąć, bardziej od nich gorliwie, jako swój – ich sposób widzenia problemu.

W żadnym razie darmowe leczenie kogokolwiek i składanie komukolwiek ofiary ze swojego życia nie jest częścią programu doktora Judyma. Jeśli Judym „ofiarę ducha” skłonny jest złożyć, to na ołtarzu własnego życia, i to ofiarę rozumianą tak, jak ją określił przywołany przez Korzeckiego Mickiewicz: Przez ofiarę ducha rozumiem czyn człowieka, który otrzymawszy prawdę, utożsamiwszy się z nią, roznosi ją, objawia, służy za jej organ, za twierdzę i za wojsko, nie zważając na spojrzenia, na głosy i rysy nieprzyjaciela (s. 367). Prawdą, którą Judym otrzymał, i z którą się utożsamił, jest fachowa wiedza medyczna. A po warszawskich i cisowskich doświadczeniach Judym wie, że człowiek jego proweniencji musi wybierać między czynnym, a więc w pracy, objawianiem i obnoszeniem tej wiedzy, a społecznym awansem, który nie dość że nigdy się w pełni nie dokona, to będzie wymagał od niego zaparcia się wiedzy, z którą się utożsamił, a więc zaparcia się samego siebie.

Oczywiście, już w Warszawie często zdarza się Judymowi wypuścić przebadanego pacjenta bez honorarium, ale odbywa się to na takiej samej zasadzie jak machnięcie ręką na kolejną kradzież Walentowej lub jej córki dokonaną na doktorskich wiktuałach. Judym wie, że w nędznej dzielnicy użerać się trzeba z chłodem i stęchlizną gabinetu, z gospodynią-pijaczką, trzeba i z pacjentami wyłudzającymi darmowe wizyty, ale ani sobie nie poczytuje tego za zasługę, ani za powinność. A na razie z dwojga złego woli klepać biedę, użerać się z drobnymi oszustami, nie tracąc własnej perspektywy i oceny sytuacji, niż zbliżyć się towarzysko do „środowiska”, zyskać za to pacjentów, ale w zamian nieodwracalnie stracić prawo do rozumienia świata po swojemu. Bo środowisko od niego jako od przybysza z motłochu wymaga tego, aby dowiódł, że już motłochem nie jest, a więc że we wszystkim podziela punkt widzenia grupy, do której będzie teraz przynależał.

Podobnie jest i w Cisach. Tu także Judym nie deklaruje się jako zwolennik pracy za darmo, a to, co poczytuje mu się często za pracę pro publico bono, a więc prowadzenie szpitaliku, jest jedną z części obowiązków zapisanych w kontrakcie i z tego tytułu wynagradzanych. To, że Judym wykonuje obowiązki porządnie i zgodnie ze stanem swojej fachowej wiedzy, nie musi być przecież wcale dowodem jakiegoś nadzwyczajnego poświęcenia (jak bardzo trzeba nie znosić własnego zajęcia, aby tak sądzić?), ale właśnie Judymowego instynktu twórczości. Plan osuszenia stawów cisowskich też przecież nie rodzi się z jakiegoś nadzwyczajnego humanitaryzmu i umiłowania ludzkości, lecz z rzetelnej wiedzy lekarskiej. Gnijący szlam zagraża tak samo biednym, jak i bogatym pacjentom Judyma, i młody lekarz ryzykuje własną posadę nie z filantropijnej miłości do maluczkich, ale z przekonania, że lekarz pobierający pensję powinien nie tylko czy nie tyle leczyć, co chronić zdrowie pacjentów. To, co jest w tym postępowaniu bohatera nadzwyczajne, to nie – co się mocą tradycji Judymowi przypisuje – humanitaryzm czy filantropia, nie organicystyczne mrzonki Stachy Bozowskiej i Joasi Podborskiej, ale przymus rzetelnego wykonywania swoich obowiązków i ciągłego dowodzenia fachowych kompetencji.

Przymus, nota bene, wyrastający zarówno z niestłumionego instynktu pracy i twórczości, jak i z kompleksu chama, który wśród panów wciąż musi dowodzić, że nie jest od nich gorszy. To właśnie resentyment człowieka urodzonego na samym dnie każe mu na każdym kroku udowadniać sobie i innym własne prawo do istnienia na tym świecie i do zajmowania na nim jakiegokolwiek stanowiska ponad szczeniaka tłuczonego przez ojca czy ciotkę. Na każdym kroku dowodzić, że rzeczywiście nadzwyczajną pracą, wiedzą, fachowością, gigantycznymi zaletami charakteru i ducha zrekompensował w niewielkim stopniu brak zasługi dobrego urodzenia. Będzie tu siał, będzie pracował za tłum ludzi, będzie oddawał światu wszystko, co wziął od niego. Nie pożałuje ramion, nie będzie skąpił potu! Niechże wiedzą, jak się wywdzięcza ten z motłochu, kogo przyjmą do swej kultury, komu udzielą cząsteczki swych praw do czynu (s. 126).

Dialektyka awansu

Własne doświadczenia pozwoliły Judymowi zrozumieć paskudną dialektykę polskiego awansu z motłochu do klasy wyższej. Ów awans nie jest warunkowany żadnymi twardymi kryteriami, nie ma stałych i nienaruszalnych zasad, a jedynym i bezapelacyjnym jurorem jest tutaj towarzystwo. Jeśli więc ktoś taki jak Judym chce mówić własnym głosem o jakichś istotnych sprawach, to musi w tym celu wejść do środowiska umożliwiającego jakiekolwiek słyszalne mówienie, a żeby się do tego środowiska dostać, musi przyjąć bez zastrzeżeń głos tego środowiska. Jeśli chce zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą dbać o zdrowie ludzi, musi najpierw pozyskać przychylność środowiska, które z jednej strony posiada moc umożliwienia mu wykonywania zawodu, ale z drugiej strony wymaga od niego, aby robił to zgodnie z wyobrażeniami środowiska, a więc wbrew swojej najlepszej wiedzy. Oczywiście Judym może dla zbliżenia się do celu godzić się na coraz dalej idące kompromisy, ale w ten sposób, zbliżając się do swego celu, będzie się jednocześnie od niego oddalał. W końcu nie będzie już istotne, czy zbliża się do celu, czy oddala, bo po prostu utknie w ciepłym bagnie towarzystwa. Będzie się zgadzał na to, by ludzie powierzeni jego opiece chorowali i umierali pozbawieni opieki, po to, aby dzięki tej zgodzie mógł dbać o ich zdrowie. Oczywiście gdyby w którymś momencie spróbował wyrwać się z tego błędnego koła, panowie z towarzystwa zawsze znajdą sposób na „szewskiego synka”, aby go celnym spojrzeniem lub szyderstwem zdyscyplinować albo zmusić go szykanami, szeregiem drobnych ukłuć, upokorzeń, drażnień, ośmieszeń do ucieczki dobrowolnej… (s. 258).

Judym przekonuje się, że dzięki temu, iż aspirant z motłochu musi całkowicie wyzbyć się własnego punktu widzenia i gorliwie przyjąć poglądy klasy wyższej, elity mogą pozwolić sobie na kształtowanie wiedzy o motłochu jedynie na podstawie własnych wyobrażeń, bez konieczności poznawania spostrzeżeń tamtych. To tworzy między klasami nieprzenikalny mur niezrozumienia (i w narracji „Ludzi bezdomnych”, i w wypowiedziach samego Judyma często pada słowo „kasta”). Niemożliwe jest jakiekolwiek ulżenie doli motłochu, ponieważ on sam nie ma koniecznych dla tego zasobów: wiedzy fachowej, środków ekonomicznych, idei, natomiast pełne szlachetnych intencji elity wiedzę o potrzebach motłochu czerpią wyłącznie z własnych wyobrażeń – i dlatego mogą się oburzać na to, że dobrze opłacani robotnicy Zagłębia, zamiast oszczędzać pieniądze, kupują fatałaszki i pachnące mydełka. Nawet kiedy jakiemuś przedstawicielowi motłochu uda się zdobyć wykształcenie i ogładę, jego środowisko nie ma z tego żadnych korzyści, ponieważ natychmiast wsysa go niemająca z tym środowiskiem żadnego kontaktu klasa wyższa. Awans zdolnych jednostek jest więc dla motłochu przekleństwem, a nie szansą, gdyż całkowicie go wyjaławia.

Robotnik medycyny

Judym, mimo wzajemnych pretensji i nieporozumień, naprawdę szanuje swojego brata, Wiktora, który jest właśnie sobą, nawet gdy mu przychodzi płacić za to wysoką cenę. Chodzi w żakiecie nie dlatego, że pragnie udawać kogoś innego, że próbuje wykręcić się ze swojego świata, ale dlatego, że nie chce zakładać zgrzebnych ubrań, które jednoznacznie wskazują na poniżony status (Ubranie o wartości człowieka nie stanowi – wygłasza taką sentencję Judym i natychmiast czuje jej idiotyzm). Książki czyta nie dlatego, że imponują mu elity, których książka ma być atrybutem, ale dlatego, że z książek można wyczytać ciekawe rzeczy (czy coś takiego jest w stanie pomieścić się w główkach dzisiejszych propagatorów czytelnictwa?). Wiktor zabiera Tomasza do stalowni, tak jakby zdawał sobie sprawę, że tam, nagi i czarny od sadzy, zanurzający narzędzie w kipieli wrzącego żelaza, pokaże się bratu już nie w żakiecie, pretensjonalnym i groteskowym na robotniczych plecach, ale w istotnej swojej postaci – jako bóg. A Tomasz zapamięta tę epifanię.

Po raz kolejny ujrzy Judym podobnych bogów w kopalniach i hutach Zagłębia. Bogów, bo realizujących właśnie boską misję, za którą i sam Judym tęskni – misję twórczości, wyrywania przyrodzie i przemieniania mas bezcelowej i bezużytecznej materii w postać mającą sens. Praca robotników, choć źle płatna, choć wyniszczająca, fascynuje Judyma ze względu na konkretność i bezpośredniość. Robotnik wykonuje po prostu swoją robotę, robi to, co rzeczywiście potrzebne, efekty i wydajność jego pracy są niepodważalne, mierzalne. Tymczasem wysiłki inteligenta, choćby lekarza, tylko w pewnym stopniu są sensowne i twórcze, większa część z nich to bezpożyteczne zabiegi o utrzymanie się w towarzystwie, osiągnięcie w nim odpowiedniej pozycji, zyskanie uznania, rzadko kiedy za fachowe zasługi, najczęściej za towarzyską atrakcyjność. Judym rozumie, że znaczna część niechęci jego kolegów-lekarzy do wprowadzania jakichkolwiek usprawnień wynika nie z ich złej woli czy niedokształcenia, ale z tego, iż są oni tak zaaferowani zabiegami o własne społeczne miejsce, że pozostaje im już niewiele energii i cierpliwości do robienia czegokolwiek innego. On nie może się pogodzić z takim marnotrawstwem czasu, umiejętności i bezcennej życiowej energii, skoro wciąż przekonuje się, ile dzięki nim mógłby stworzyć. Chce w końcu przestać zajmować się głupotami.

Judym więc przekonuje się, że jego życiowe aspiracje wcale nie wymagają społecznego awansu. Wymagają, owszem, wykształcenia, wiedzy, energii i pasji, a to już udało mu się zdobyć. Co więcej, gdyby uległ tej potężnej pokusie emigracji do wyższej kasty, będzie zmuszony wyrzec się tych aspiracji, a przynajmniej bardzo poważnie je ograniczyć. Będzie też wciąż zatruwany własnym resentymentem, wciąż w pozycji lekko uniżonej, wciąż zmuszony do tego, aby być kimś innym, niż jest naprawdę. Zaczyna więc rozumieć – i zdaje się, podczas ostatecznej rozmowy z Joasią dochodzi to do niego w pełni – że wcale nie chce być lekarzem, a więc inteligentem, członkiem społecznej elity, lecz kimś, kto na razie i elitom, i motłochowi nie mieści się w głowie. On chce być kobietą piszącą poezję, robotnikiem w żakiecie wydającym pensję na pachnące mydełka, chamem czytającym książki i estetą z motłochu. Że chce właśnie wszystkiego tego, co mają przedstawiciele tamtej kasty, bez rezygnowania z najmniejszego kawałka samego siebie, bez porzucania czegokolwiek, co wyniósł z tego miejsca, w którym wyrósł.

Judym dokonuje więc na sobie bolesnej amputacji złudzeń aspiranta, pozwalającej jednak na zerwanie się z łańcucha resentymentu. I postanawia wśród tak samo jak on tęskniących do lepszego życia pracowników stalowni, gospodarstwa rolnego czy kopalni być pracownikiem służby zdrowia, różnym od nich tylko wykształceniem i rodzajem wykonywanej pracy, może też wysokością poborów, ale nie pozycją społeczną. Dzięki takiej decyzji będzie mógł nie wyjaławiać, ale wzbogacić środowisko, z którego się wywodzi. I jeśli awansować – to nie z niego, ale razem z nim, skoro jego własny awans jest niemożliwy bez zaparcia się siebie.

Przypisy:

  1. Wszystkie cytaty za wydaniem: Stefan Żeromski, Ludzie bezdomni, oprac. Irena Maciejewska, Wrocław – Warszawa – Kraków – Gdańsk – Łódź 1987.
  2. Julian Brun, Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek, Warszawa 1986, s. 27.