przez Jarosław Górski | poniedziałek 28 kwietnia 2014 | opinie
Uwielbiam podróże pociągami, a już zwłaszcza wczesną wiosną, kiedy cieszy każde spojrzenie przez okno. Drzewa pokrywają się świeżusieńką zielenią, obiecując, że przytłumiony zimą świat już za chwilę będzie ciepły, pachnący, przyjazny. Tym razem cieszyłem się także tym, że jadę do jednego z naszych piękniejszych wielkich miast, w którym, choćbym miał pełne ręce roboty, wystarczy mi pobyć kilka godzin, żeby porządnie wypocząć. Kiedy na dworze zaczęło się już ściemniać, poszedłem na herbatę do wagonu restauracyjnego. Jedyne wolne miejsce znalazłem przy stoliku, przy którym elegancka pani w okularach poiła soczkiem niespełna trzyletnią dziewczynkę. Zapytałem, uśmiechnąłem się, przysiadłem, a że dziewczynka na to zaczęła przemawiać do mnie swoim zadziwiającym narzeczem, za chwilę zgadałem się i z panią, która okazała się jej babcią. I tak zaczęła się bardzo miła podróżna konwersacja i sympatyczna kolejowa znajomość. Jak to w takich sytuacjach bywa, opowiedzieliśmy sobie nawzajem sporo ciekawostek, nie przedstawiając się sobie nawet: ja dowiedziałem się, po co babcia z wnuczką jeździły do Warszawy, a ona, po co ja jadę do ich miasta. Póki co, wiedziałem tylko, że dziewczynka ma na imię Maja.
Dojechaliśmy, potem jeszcze przeszliśmy przez dworzec, rozmawiając, a ja – ponieważ wychodząc z domu, jak często, w ostatniej chwili, zapomniałem wziąć gotówki – po drodze podszedłem do wszystkich kolejnych bankomatów, z których każdy – co za pech – akurat nie działał. Trudno – pomyślałem na głos – kupię bilety na autobus, płacąc kartą. Rozmawiając, weszliśmy do dwóch dworcowych kiosków, ale – jak na złość – w każdym z nich można było płacić tylko gotówką. Zaniepokojony – do hotelu miałem naprawdę daleko – zapytałem uprzejmej współpasażerki o jakieś bankomaty w okolicy, ale ona machnęła ręką i uśmiechnęła się.
– Ależ po co ma pan szukać bankomatów – powiedziała. – Przystanek ma pan tuż przy wyjściu z dworca, kupię panu ten bilet. I drugi, żeby jutro mógł pan dojechać do centrum. Albo wie pan co? – dodała, widząc, że się waham. – Pożyczę panu dwadzieścia złotych, trochę gotówki więcej przyda się panu na wszelki wypadek. Pan ma jutro zajęcia tuż obok mojej pracy, wpadnie pan, odda. Proszę.
Podała mi banknot. I jeszcze zgrabną wizytówkę, na którą tylko rzuciłem okiem i sam podobnej nie mając, przedstawiłem się z imienia i nazwiska. Podziękowałem, kupiłem bilety, a potem babcia i wnuczka (musiały jeszcze chwilę zaczekać, aż odbierze je samochodem tata Mai) odprowadziły mnie do przystanku. Kiedy odjeżdżałem, spojrzałem jeszcze na nie. Moja współpasażerka wzięła wnuczkę na ręce, a Maja pomachała do mnie złożoną kolorową parasolką, która zza szyby autobusu wydała mi się bukietem kwiatów. Takie drobne wydarzenie – a takie krzepiące! Spotykają się zupełnie obcy ludzie, a nie rzucają się sobie od razu do gardła, nie przepychają się i nie warczą na siebie, za to cieszą się wspólnym, chociaż krótkim czasem, są dla siebie życzliwi i pomocni. Ufają sobie. Ludzie sobie ufają!
***
To spotkanie, rozmowa i miły gest współpasażerki napełniły mnie radością na cały następny ranek i wczesne popołudnie. Zajęcia, które prowadziłem, choć wymagające dużego skupienia i wysiłku umysłu, poszły mi jak z płatka – okazało się, że uczestniczyły w nich osoby bardzo zainteresowane tematem, było wiele pytań, które przerodziły się w otwartą dyskusję. Rozmawialiśmy w sali wykładowej, do której wkrótce zaczęli schodzić się słuchacze kolejnych zajęć. Kilka ciekawych osób zaprosiło mnie jednak do kawiarni na dokończenie rozmowy. Do miejsca pracy mojej znajomej z pociągu, mieszczącego się w efektownej kamienicy, starej, ale z czyściusieńką jasną fasadą, dotarłem tuż przed godziną piętnastą, uprzednio pobrawszy z bankomatu pieniądze, zakupiwszy ładną kopertę i kartkę, na której napisałem parę słów podziękowania. Tabliczka zawieszona przy ciężkich drewnianych drzwiach wejściowych skierowała mnie na trzecie piętro, które, jak się okazało, całe zajmowane było przez poszukiwaną instytucję. Instytucję – dodajmy – zajmującą się doradztwem w jakiejś hermetycznej (w każdym razie dla mnie) biznesowej specjalności.
Przez recepcjonistkę zostałem powitany przemiłym pytającym spojrzeniem. Powiedziałem, do kogo przychodzę i w jakiej sprawie. Rozmówczyni uniesieniem brwi godnym Noli Rae, brytyjskiej mistrzyni pantomimy, wyraziła przeogromne zmartwienie, że „pani prezes wyszła dosłownie dziesięć minut temu i już dzisiaj nie wróci”.
Ja także zmartwiłem się trochę, jednak chcąc pocieszyć recepcjonistkę, uśmiechnąłem się i zaproponowałem, że zostawię u niej kopertę z liścikiem i banknotem, a ona odda ją jutro pani prezes. Recepcjonistka jednak stwierdziła, że lepiej będzie, jeśli zostawię kopertę „u pani Agnieszki”. Zadzwoniła do wzmiankowanej, aby mnie zapowiedzieć, po czym zostałem skierowany do pokoju znajdującego się pośrodku długiego korytarza. Podszedłem, zapukałem, otworzyłem drzwi, zobaczyłem kilka stanowisk biurowych, przy których siedziały dwie kobiety i trzech mężczyzn. Jedna z pań, widocznie właśnie pani Agnieszka, wstała, dała mi ręką znak, podszedłem, uprzejmie wskazała mi krzesło i jednocześnie usiedliśmy.
– Pan ma przesyłkę do pani prezes – raczej stwierdziła, niż zapytała.
– Właściwie nie, nie przesyłkę, po prostu chciałem jej oddać dwadzieścia złotych, jestem jej winien…
– Ach, więc pan jest prywatnym znajomym pani prezes?
– Nie, nie jestem, właściwie wcale się nie znamy, spotkaliśmy się w pociągu…
– W pociągu?
– W pociągu. Pani prezes pożyczyła mi dwadzieścia złotych, właśnie…
– Ale pani prezes nic mi nie mówiła.
– Rozumiem, oczywiście – kiwnąłem głową potakująco. – Ale ja od pani prezes nic nie chcę, zostawię tylko dwadzieścia złotych i list. Czy mogłaby pani oddać? I podziękować ode mnie?
– No ale właśnie mówię, że ja nic nie wiem. Pani prezes nie mówiła, czy to było dwadzieścia złotych, czy ile.
Ach, na moment odebrało mi mowę, zmniejszyłem się troszeczkę, a mój wzrok mimowolnie powędrował ku ziemi. Musiało to zrobić wrażenie na pani Agnieszce, bo zaraz odezwała się pojednawczo:
– Nie, ja nic nie mówię, tylko nie chciałabym, żeby potem pani prezes miała do mnie pretensje. Albo żeby coś pomyślała, rozumie pan?
Nie rozumiałem, ale na wszelki wypadek zaproponowałem, trochę jakby obcym głosem, że przecież mogę zostawić zaklejoną kopertę z banknotem w środku. Że zostawię też numer telefonu, aby można było w razie czego rozstrzygnąć wszelkie wątpliwości. Jakby na dowód szczerości swoich intencji położyłem na biurku pani Agnieszki i kopertę, i banknot, które po dłuższej milczącej chwili ujęła dłoń świadcząca niezbicie o tym, że stylizacja paznokcia jest dziedziną sztuk pięknych, w której ojczyzna nasza wciąż stanowi prawdziwą światową potęgę, mimo że nasi jej mistrzowie porzucili już rozbuchany barok na rzecz harmonijnego klasycyzmu. Dłoń-arcydzieło uniosła kopertę na wysokość głowy (znakomicie świadczącej z kolei o rodzimych stylistach fryzur) i zamachała nią gestem subtelnym a pełnym wyrazu, jakby dłoń romantycznej damy machała chusteczką na pożegnanie kochanka wywożonego na Sybir.
– Tomek, jak sądzisz? – pani Agnieszka zagadnęła siedzącego naprzeciw niej przystojnego kolegę. Ten uniósł wzrok utkwiony dotąd w ekranie komputera, obrzucił przedmiot wątpliwości koleżanki wzrokiem zdradzającym profesjonalistę i znawcę, którego ekspertyzom ufać można bezgranicznie. Po czym wzruszył ramionami i orzekł:
– Ja wiem?…
I wrócił do powierzonych mu zadań, które z pewnością wykonuje rzetelnie.
– Ale zaczekaj – odezwała się znad najodleglejszego biurka pani w żakiecie koloru mleka z odrobiną kawy. – A skąd pani prezes będzie wiedziała, że to ty zakleiłaś kopertę? Że nie na przykład pan zostawił niezaklejoną, bo przecież zostawia się zwykle niezaklejoną, a ty coś tam tego, i nie zakleiłaś? Nawet nie, że pomyśli, że specjalnie coś tam, ale że pomyśli, że coś tam pomyliłaś czy coś?
Ów wywód zrobił wielkie wrażenie na pani Agnieszce, która bez słowa odłożyła kopertę i banknot i podsunęła je w moim kierunku.
– Ależ bardzo przepraszam – jęknąłem – ja chcę tylko oddać dwadzieścia złotych, nic więcej. Oddam i sobie pójdę…
– Niech pan przyjdzie jutro – koleżanka pani Agnieszki okazała się Salomonem. – Pani prezes już będzie.
– Dziś wieczorem wracam do Warszawy.
– To nie może pan zostać dzień dłużej?
– Kupiłem bilet, mam pracę, hotel drogi – poczułem się tak winny odrzucenia znakomitego rozwiązania, że wyrzuciłem z siebie litanię usprawiedliwień, którą zakończyłem szeptem: Przecież to nie jest nic wielkiego, ja chcę tylko zostawić dwadzieścia złotych.
– No tak, ale w razie czego, to pani prezes pomyśli, że to my tam coś. A pan sobie pojedzie!
– Boże! – szepnąłem i nie wiem, czy sprawił to wezwany, czy moja bezradna mina, ale pani Agnieszka kazała mi zaczekać, wyszła z pokoju i nie wracała dobre dziesięć minut, a każda z tych minut w mojej głowie rozciągała się w kwadrans. W końcu ukazała się w drzwiach.
– Pan dyrektor pana przyjmie – wskazała mi dłonią korytarz i odprowadziła do drzwi gabinetu. Zapukała i gestem zaprosiła mnie do wnętrza. Z fotela uniósł się lekko szpakowaty mężczyzna w okularach o oprawce tak cieniuteńkiej, jakby w ogóle jej nie było. I w garniturze dopasowanym i odprasowanym idealnie, jakby prasowano go na właścicielu.
– Znam sprawę – rzekł zdecydowanie właściciel garnituru, podchodząc i podając mi rękę, której istotnym elementem był ostry jak żyletka mankiet błękitnej koszuli ujęty gustowną spinką. – I myślę, że powinniśmy się razem zastanowić nad jej rozwiązaniem.
– Oczywiście – odetchnąłem z ulgą. – Zostawię pieniądze i liścik u pana i gdyby pan mógł ode mnie podziękować…
– Sugerowałbym jednak odmienne postępowanie – pan dyrektor splótł palce na wysokości piersi.
– Odmienne?
– Jest przecież tyle możliwości, adres pan zna, nazwisko pani prezes, są przecież wyspecjalizowane instytucje, zarówno publiczne, jak i prywatne…
– Mam wysłać pieniądze pocztą?
– Ja nie mówię, co pan ma zrobić. Sugeruję jedynie rozważenie różnych możliwych opcji.
– Ale czy nie mógłby pan po prostu przekazać przy okazji pani prezes…
– Samodzielnie nie mogę podjąć takiej decyzji. Chciałbym tylko zauważyć, że nasze biuro jest w zasadzie miejscem, w którym mogą przebywać wyłącznie osoby zatrudnione. Ewentualnie po uprzednim umówieniu.
– Czyli rozumiem, że nie mogę tu przebywać?
– Ja nie mówię, że pan nie może tu przebywać, ja przecież nic takiego nie powiedziałem. Ja tylko rozważam, czy pan może tu przebywać.
– Jak rozumiem, to znaczy, że mam stąd iść?
– Ja nie powiedziałem przecież ani razu, że pan ma stąd iść. Ja tylko się zastanawiam, czy pan nie powinien podjąć takiej decyzji.
Podjąłem zatem decyzję. Kiedy szybkim krokiem opuszczałem ulicę, przy której znajdowało się biuro, minął mnie samochód, w którym dostrzegłem moją współpasażerkę z pociągu. Odwróciłem się. Samochód zatrzymał się przy kamienicy, ona z niego wysiadła. W dłoni trzymała przedmiot, który w pierwszej chwili wziąłem za złożoną kolorową parasolkę, ale który po uważniejszym oglądzie okazał się nahajką. Weszła do bramy, a ja krokiem jeszcze szybszym poszedłem na dworzec. Pieniądze odesłałem pocztą.
przez Jarosław Górski | niedziela 16 marca 2014 | opinie
Od kilku lat ponad osiemdziesiąt procent dochodów czerpię z własnej twórczości: ze sprzedaży i użyczenia praw autorskich. Niestety, jeśli chcę – a chcę! – dalej robić to, co robię, a więc pisać, tłumaczyć, prowadzić wykłady i prelekcje, nie mam najmniejszej szansy na zatrudnienie na etacie.
Sen o ZUS-ie
Nie chcę prowadzić żadnej działalności gospodarczej – chcę zarabiać dzięki własnemu umysłowi, a nie dzięki wyzyskiwaniu pracy innych. Dlatego z wielką nadzieją czekam na tzw. ozusowanie i obłożenie składką zdrowotną umów autorskich i umów o dzieło. Skończą się okresy, których długości trwania nigdy nie mogę przewidzieć, kiedy mogę tylko modlić się, żeby nie przydarzyła mi się choroba i rujnujące pełnopłatne leczenie. Na stare lata coś może sobie na tym zusowskim koncie uzbieram i nie będę musiał spędzać wszystkich długich emeryckich dni na pozyskiwaniu surowców wtórnych, lecz może tylko te robocze. Gdyby zupełnie zabrakło zamówień, będę mógł liczyć, przynajmniej przez moment, na jakiś zasiłek.
Gdyby udało się obłożyć składkami wszystkie takie umowy, system osłony socjalnej mógłby objąć stopniowo całą rzeszę ludzi, którzy teraz zupełnie jej nie mają. A im ten system byłby silniejszy, tym bardziej i ja bym z tego korzystał. Oczywiście, pracodawcy i przedsiębiorcy w naszym kraju przyzwyczaili się już, że całe ryzyko i wszelkie finansowe straty przerzucają na pracownika lub słabszego podwykonawcę. Ozusowanie śmieciówek będzie więc zapewne oznaczało, że kwoty przelewane przez pracodawców na moje konto nieco zmaleją. Jednak w skali globalnej, gwarantowane przez państwo bezpieczeństwo socjalne daje pracownikom silniejszą pozycję w negocjacjach z pracodawcą, co z kolei może doprowadzić do wzrostu wynagrodzeń. Ktoś, kto nie boi się, że w razie utraty pracy znajdzie się po prostu na bruku bez środków do życia, ktoś, kto wie, że w razie choroby uzyska bezpłatną pomoc, a w razie wypadku odszkodowanie, może być w negocjacjach z pracodawcą bardziej hardy, odrzucać najgorsze czy poniżające propozycje pracy, znaleźć oddech na nieco dłuższe poszukiwania. To zresztą jedna z przyczyn, dla których wielu pracodawców woli płacić pracownikom więcej, ale zatrudniać ich na śmieciówkach, niż płacić mniej – i zatrudniać na umowę o pracę.
Tymczasem, jak widzę, trwają akcje pod hasłem „Nie dla nałożenia składek ZUS na artystów” (czy też twórców). Organizatorzy używają prostej arytmetyki: skoro składka ma wynosić około 20% wynagrodzenia, to tyle właśnie krwawy socjalistyczny reżim Tuska ukradnie artystom po to, żeby oni mieli mniej, a rząd więcej. Mówi się przy okazji takich akcji o tym, że artyści i ludzie żyjący z własnej twórczości mają w Polsce bardzo niskie dochody. Jako przyczynę tego wskazuje się pazerność państwa i gnębienie podatkami przedsiębiorców, którzy mogliby im zapewnić pracę. Czy rzeczywiście nędznej kondycji twórców w naszym kraju winna jest nadmierna ingerencja państwa?
Tanie dranie
Coraz częściej – od lat – spotykam się, i spotykają się moi znajomi żyjący z pióra lub piórka, z sytuacjami, w których niska cena czy wręcz gotowość do darmowej pracy jest jedyną zaletą twórcy. Do – dajmy na to – grafika dzwoni szef firmy reklamowej, stały odbiorca jego pracy: „Mam chętnego, który zrobi to co ty, tylko o połowę taniej”. Grafik: „Ale ja to zrobię lepiej”. Odbiorca: „Nie potrzeba lepiej. Może być gorzej, »ludożerka« i tak nie widzi różnicy. Płacę połowę. Bierzesz?”. Oczywiście ten, kto zgodzi się na pracę za połowę stawki, będzie bez szans w starciu z tym, kto zgodzi się na połowę tej połowy – kto zrobi jeszcze gorzej, bez polotu i pomysłu, małpując ograne grepsy. Ale nikomu nie będzie to przeszkadzało. Bo dalekosiężnym skutkiem takich sytuacji jest to, że „ludożerka” rzeczywiście coraz mniej widzi różnicę między porządnie a źle zaprojektowanym plakatem reklamowym. Między serialem telewizyjnym z dobrym scenariuszem i porządnie zagranym a takim, którego scenariusz „napisało samo życie”, a odegrali amatorzy płatni po 300 złotych za rolę. Między książką, którą napisał artysta, nad którą pracowali profesjonalni redaktorzy i korektorzy, a taką, którą popełnił nudzący się emeryt, a poprawiał bezpłatny stażysta.
Przyjmowanie przez twórców – jako własnej – perspektywy przedsiębiorców wyzyskujących ich pracę, zawsze obróci się przeciwko twórcom. Tym bardziej, jeśli mowa o polskich przedsiębiorcach, przekonanych o tym, że konkuruje się zawsze niską ceną, którą można uzyskać kosztem jakości, innowacyjności i dzięki wytresowaniu mało wymagającego odbiorcy. Ten model biznesowy sprawdził się w produkcji wędlin, których kilka kilogramów można uzyskać z jednego kilograma mięsa, a więc sprawdzi się także przy produkcji dóbr kultury. Będzie to tym łatwiejsze, że przy ocenie twórczości artystycznej nie da się zastosować obiektywnych, fizycznych miar. Im zaś gorszą produkcję kulturalną proponujemy – już od najmłodszych lat – człowiekowi, tym mniej będzie on wymagał od tych, którym za ich produkcję płaci.
Długotrwałe tresowanie mało wymagających odbiorców taniej w produkcji – choć niekoniecznie tanio sprzedawanej – twórczości kulturalnej już przynosi skutki. Przez wielu twórców przypisywane są one krwiożerczemu socjalistycznemu reżimowi Tuska, Kaczyńskiego lub Millera, który to reżim, poprzez nadmierną ekonomiczną ingerencję, powoduje uwiąd rynku i obniżenie stawek. Tymczasem dziś twórcy zarabiają tak mało m.in. dzięki swoim kolegom po fachu, którzy przez wiele lat, solidarnie z prywatnymi przedsiębiorcami, pracowali nad gustem rodaków. Psując go i sprowadzając do takiego właśnie poziomu, przy którym grafiką użytkową, literaturą popularną, projektowaniem przedmiotów codziennego użytku czy muzyką mogą zajmować się bezpłatni stażyści, a wizualną stronę miast czy literacki poziom czasopism pozostawić można bezpłatnemu przypadkowi. Solidarnie z wielkim i mniejszym biznesem, który, owszem, jeszcze jakiś czas temu płacił sporo (a i teraz potrafi jeszcze sypnąć groszem swoim apologetom), twórcy spychali twórczość do domeny wolnego rynku, który i w tej dziedzinie miał wszystko znakomicie uregulować. I rzeczywiście, uregulował, wychowując przy okazji całe pokolenie odbiorców niewymagających, bo nieczytających, łykających wszystko, co zobaczą w telewizji, nie czujących się źle we wstrętnych miastach zapaskudzonych wytryskami młodych kreatywnych z agencji reklamowych. „Ludożerka” rzeczywiście nie widzi różnicy, więc po co przepłacać?
W takim kraju jak nasz, który sam sobie wyznaczył misję rezerwuaru taniej, nisko kwalifikowanej i niewymagającej siły roboczej dla drogiej, innowacyjnej Europy, biznes – wielki czy mały – nie ma żadnego interesu w tym, aby podnosić poziom artystycznych czy estetycznych aspiracji publiczności. Ma wręcz istotny interes w tym, żeby go obniżać, żeby wychowywać publiczność, która za możliwie największe pieniądze kupi produkt możliwie najniższej jakości, wymagający minimalnych nakładów. Interes biznesu jest więc całkowicie sprzeczny z interesem twórców. Ci ostatni wolą jednak urządzać akcje w stylu „Nie dla nałożenia składek ZUS na artystów”, niż szukać takich rozwiązań, które pozwoliłyby im zarówno bronić własnych interesów (także w starciu z biznesem), jak i wpływać na wychowanie publiczności potrzebującej produktów artystycznych wysokiej jakości, innowacyjnych i niepowtarzalnych.
Milczący sojusznik
Sojusznikiem twórców w działaniach na rzecz tak zdefiniowanego celu mogłoby być państwo. Mogłoby, gdyby twórcy zaczęli postrzegać ów byt nie jako potwora wysysającego ostatnie krople krwi z cherlawego i wiecznie skrzywdzonego biznesu, i nie (jakoś jedno z drugim godzą) jako skąpca, który śpi na bogactwach, a dotacji i stypendiów rozdawać na prawo i lewo nie chce, ale jako instytucję organizacji społecznej, powołaną m.in. po to, aby wspomagać obywateli w walce o ich interesy. Gdyby twórcy zechcieli się organizować nie tylko po to, aby należeć do prestiżowych organizacji i od czasu do czasu mieć możliwość zabłyśnięcia nazwiskiem pod jakimś listem otwartym, ale także po to, aby bronić swoich interesów oraz domagać się aktywnej roli państwa we wspieraniu rozwoju i bytu własnej grupy zawodowej.
Nie, nie chodzi mi tu o wspieranie dotacjami (choć i one są czasem potrzebne) czy państwowymi pensjami. Chodzi mi o aktywny udział w takim kształtowaniu społecznych potrzeb, które będzie skutkowało popytem na twórczość, innowacyjność, piękno.
Weźmy choćby głośną dziś – i dziwnie kontrowersyjną – sprawę bezpłatnego podręcznika dla młodszych klas szkoły podstawowej. Wiemy tylko tyle – i z tego się cieszmy – że taki podręcznik powstanie, że przygotowują go najlepsi metodycy. A przecież podręcznik dla maluchów będzie kształtował nie tylko wiedzę przewidzianą programem nauczania, ale i artystyczny smak, przyzwyczajenia i potrzeby estetyczne. Sprawa jest zbyt poważna, żeby zostawić ją metodykom. Spójrzmy, jakie kaskady kiczu, złego gustu literackiego i plastycznego wylewają się z innych podręczników przygotowywanych właśnie przez metodyków (pod dyktando komercyjnych wydawnictw). Przecież tu powinno się ogłosić wielki ogólnopolski konkurs – niechby metodycy ustalili kryteria! – na który poeci mający doświadczenie w twórczości dla dzieci nadsyłaliby wierszyki, prozaicy opowiadania i czytanki (nie tylko z polskiego; dlaczego świetni pisarze nie mieliby tworzyć tekstów przyrodniczych czy zagadek matematycznych?), a dramaturdzy scenki do odegrania. Niech zilustrują taki podręcznik najwybitniejsi nasi malarze i graficy, nie zdemoralizowani w komercyjnych wydawnictwach czy agencjach reklamowych schlebianiem dziecięcemu brakowi estetycznego wyrobienia, pewni wartości własnych pomysłów, które od małego odbiorcy wymagać będą jakiegoś wysiłku, pewni własnego gustu. Niechby taki podręcznik miał przemyślane – zaprojektowane przez najlepszych specjalistów – wizualne proporcje, kroje czcionki, elementy interaktywne, a nawet fakturę papieru.
Koszty takiego konkursu i stworzenia znakomitego artystycznego produktu nie podniosłyby jakoś specjalnie ogólnej sumy wydatkowanej na przedsięwzięcie (dzięki jego skali). I, podkreślam, nie to byłoby tutaj najważniejsze, że przy takim konkursie kilku czy kilkunastu artystów mogłoby sobie zarobić, choć to oczywiście też jest istotne. Chodziłoby o to, żeby państwo wzięło się poważnie za kształtowanie polskich gustów i potrzeb artystycznych już na etapie dzieciństwa. Byłaby to praca trudna, bo przecież trzeba by stoczyć wojnę z gigantyczną biznesowo-reklamową machiną, przyzwyczajającą już niemowlęta do kiczu i złego smaku. Jednak taka wojna jest konieczna, bo skutki oddania kulturalnej i estetycznej edukacji Polaków biznesowi widać gołym okiem już dziś.
Niech artyści projektują place zabaw, żłobki i przedszkola – od budynków, ogródków, przez meble, aż po zabawki. Niech na budynkach szkolnych powstają murale, a wewnątrz niech malarze zaprojektują kolory ścian. Dlaczego nie ma konkursów na lektury szkolne dla kolejnych klas podstawówki, gimnazjum czy liceum? Dlaczego sztućce i talerze w szkolnych stołówkach nie mogłyby być zaprojektowane przez znakomitych twórców, rozumiejących estetyczną chłonność młodych ludzi? (Oczywiście w kraju, w którym z premedytacją zarzyna się szkolne stołówki, bo trzeba dać zarobić drogim firmom cateringowym, brzmi to absurdalnie!)
Dlaczego w polskich urzędach państwowych – nie gabinetach ministrów, ale w biurach, do których przychodzą petenci, żeby załatwić jakąś sprawę – są takie brzydkie meble i takie nudne ściany? Przecież można by zlecić projekty krzeseł, biurek czy wieszaków na ubrania katedrom projektowania polskich uczelni artystycznych, a u młodych malarzy zamawiać niedrogie, ale porządnie namalowane obrazy.
Mamy przecież takie fantastyczne tradycje. Choćby z dwudziestolecia międzywojennego, kiedy wiecznie niedofinansowane i wydające każdy grosz na armię państwo polskie znajdowało jednak – wcale nie takie wielkie! – środki na zamawianie u wybitnych albo po prostu przyzwoitych artystów projektów gmachów – i wyposażenia – urzędów, szkół, szpitali czy dworców kolejowych, ale także transatlantyków czy pisemek dla dzieci.
Jestem pewien, że w takim, choć w części przyzwoicie wyglądającym kraju, w którym państwo szanuje, a nie tłamsi lub oddaje w dzierżawę biznesowi duchowe potrzeby obywateli, także od reklamy, kina, pism czy telewizji obywatele (a przynajmniej istotna ich część) zaczęliby wymagać czegoś więcej, niż tylko taniej w produkcji półamatorskiej papki. I że w takim kraju ozusowani w tę i z powrotem twórcy mieliby się o wiele lepiej, niż mają się dzisiaj. Jedno jest pewne – artyści przed obecną ciężka dla nich sytuacją uciekać powinni do przodu, ku jakiejś wizji, ku wzrostowi własnemu i tych, którzy z ich twórczością będą obcować, a nie tylko tych, którzy mogą na nich zarobić. Inaczej – dupy z nich, a nie artyści! Inaczej: niech sczezną!
przez Jarosław Górski | czwartek 23 stycznia 2014 | opinie
Akcja bojkotu sklepów i produktów firmy LPP, która aby uniknąć płacenia polskich podatków, przeniosła część swoich spółek na Cypr i do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, spotkała się z silnym odporem neoliberalnych publicystów i mediów. Między innymi na swoim blogu w internetowym piśmie „Liberté!” odezwał się Marcin Celiński, który liberalnym zwyczajem zwymyślał bojkotujących od użytecznych idiotów, zasugerował, że kierują się oni złą wolą lub ignorancją, a może i są na usługach wrednej konkurencji. Następnie zaś pouczył czytelników, że taka akcja z patriotyzmem nie ma nic wspólnego.
Cóż, Celiński ma prawo do patrzenia na świat i ludzi przez okulary własnej ideologii, choćby i takiej, z której błędami i wypaczeniami świat i ludzie muszą się borykać. Skoro jednak przyznamy mu także prawo do nazywania nas – mogę tak napisać, ponieważ sam akcję popieram czynnie i biernie – „użytecznymi idiotami”, to przyznajmy sobie prawo do nazwania roli, którą on sam odgrywa, chyba najadekwatniejszym mianem: szkodliwego mądrali. Bo Celiński gromiąc akcję wymierzoną nie w jakiegokolwiek człowieka (chybione porównanie LPP do badylarzy), ale w chciwość i nieodpowiedzialność wielkiej korporacji, atakuje też wolność oraz racjonalność konsumenckiego wyboru, a także wolność głośnego i zorganizowanego informowania innych o motywacjach własnego działania. Również zaprezentowane przez Celińskiego wyobrażenie patriotyzmu gospodarczego czy konsumenckiego uważam za szkodliwe i promujące zachowania o katastrofalnych skutkach nie tylko dla gospodarki, ale i dla wspólnoty.
Patriotyzm gospodarczy w żadnym razie nie polega na popieraniu zawsze i wszędzie tylko swojego i swojskiego – i podobnie nie oznacza bezmyślnego odrzucenia tego, co cudze. Wynika on właśnie z patriotyzmu jako takiego, który wcale też nie oznacza fanatycznego przywiązania do swojskości i pogardy czy nienawiści do tego, co obce. Patriota to człowiek świadom, że z krajem urodzenia i (lub) zamieszkania, ze wspólnotą współmieszkańców łączą go silne więzi, wymagające troski i pielęgnacji. Świadom także tego, że jego własna tożsamość – na którą składają się między innymi zwyczaje i upodobania, wrażliwość i wyobraźnia, status społeczny czy życiowe osiągnięcia – jest w dużej mierze współtworzona przez wspólnotę, w skład której wchodzą ludzie jemu podobni. I że ci właśnie ludzie także potrzebują wspólnoty – a więc również i jego – do budowania własnej tożsamości i realizowania swej życiowej twórczości. Wspólnota może w związku z tym istnieć dzięki wzajemnemu obdarowywaniu się jej uczestników, obdarowywaniu oczywiście nie wyłącznie (choć też) dobrami materialnymi, ale także niedającymi się w wulgarny ekonomiczny sposób wycenić wytworami ducha i kultury. Patriota będzie zatem miał świadomość własnych powinności wobec wspólnoty, której wiele zawdzięcza, ale i świadomość tego, że inni uczestnicy wspólnoty także powinni wywdzięczać się wspólnocie – a za jej pośrednictwem również jemu samemu – za dobra od niej otrzymane.
Patriota gospodarczy rozumie, że podatki i daniny – w tym podatki od zysku przedsiębiorstw – nie są wcale szykanami, którymi państwo z niewiadomych powodów dręczy ludzi przedsiębiorczych i twórczych, lecz stanowią środki niezbędne dla kontynuowania wspólnoty. One wspólnocie – i powołanym przez nią instytucjom, takim jak państwo czy mniejsze jednostki samorządu – po prostu się należą, jako ekwiwalent tych wszystkich materialnych i niematerialnych zasobów i osiągnięć wspólnoty, z których ludzie i instytucje prowadzący działalność gospodarczą czerpią całymi garściami, a bez których prowadzenie ich działalności byłoby niemożliwe czy bardzo utrudnione. I chodzi tu nie tylko o kosztowne sądy, policję czy straż pożarną, które strzegą bezpieczeństwa prowadzenia interesów, ale również w trudzie i znoju przez stulecia pracy całej społeczności wytwarzane przekonania, że nie wolno okradać nawet złodzieja i że pracownik winien jest porządną pracę nawet podłemu pracodawcy. Nie chodzi tu tylko o obliczalne koszty, jakie państwo poniosło na wykształcenie ludzi, których ręce i umysły będą teraz wyzyskiwane przez przedsiębiorców, ale także o tak niewymierne a doniosłe dobra tworzone wysiłkiem pokoleń jak język czy pojęcia, bez których prowadzenie jakiejkolwiek działalności gospodarczej byłoby niemożliwe. Patriota gospodarczy wobec tego wie, że podatki należą się wspólnocie, a kwestią negocjacji jest ich wysokość czy kształt. Niezadowolenie uczestnika wspólnoty z wyników tych negocjacji uprawnia go do domagania się ponownych ustaleń, ale nigdy nie zwalnia go z płacenia podatków.
Patriota gospodarczy rozumie też, że zarówno on sam, jak i inni uczestnicy jego wspólnoty występują w wielu społecznych rolach, które na siebie wzajemnie oddziałują i których nie da się rozdzielić. Kiedy więc w sklepie kupuje spodnie, pamięta – mimo że sprzedawcy zależy, aby o tym zapomniał – że bycie konsumentem nie jest jego istotą, ale właśnie jedną z jego ról, której nie da się oddzielić od roli obywatela, pracownika, członka wspólnoty lokalnej i narodu, empatycznego człowieka dobrze życzącego nie tylko sobie, ale także innym. Dlaczego zatem dokonując wyborów konsumenckich, nie miałby się kierować również przesłankami obywatelskimi, pracowniczymi czy po prostu ludzkimi?
Skoro płacąc pieniędzmi – za które przecież sam zapłacił komuś własną pracą, a więc czasem, życiem, którego każdemu z nas tak szybko ubywa – w sklepie z ubraniami, jako konsument zwraca uwagę na jakość i cenę swoich spodni, to dlaczego nie miałby się podobnie jak o fason, solidność szwów czy trwałość materiału troszczyć o ów okruszek szkolnej pracowni, uniwersyteckiego laboratorium, o ten skrawek strażackiej sikawki czy ułamek szczodrej ministerialnej dotacji dla liberalnego pisma „Liberté!” dołączone do swojego zakupu? Czy nie powinien, we własnym interesie, domagać się tego, aby niewielka (w Polsce w porównaniu z innymi europejskimi krajami naprawdę bardzo niewielka) część zysku z jego wydatku przyczyniła się jako podatek do wspólnego dobrobytu? Czy nie działa racjonalnie i we własnym, dobrze pojętym interesie pracownika, omijając – a więc bojkotując – sklepy należące do spółek, które mimo osiągania bajecznych zysków płacą swojemu personelowi głodowe stawki i w ten sposób przyczyniają się do zaniżania płac i poziomu życia w całym kraju? Z kim – racjonalnie i we własnym interesie – powinien się utożsamiać: czy z pracownikami, którzy będą opłacani najniżej i wtedy, gdy firma będzie przynosić straty, i wtedy, gdy będzie dawać niewyobrażalne zyski, czy właśnie z firmą – jak ją trafnie scharakteryzował Celiński – z istoty swojej także racjonalną, choć – dodajmy – pozbawioną empatii, zawsze dążącą do zysku, uciekającą tam, gdzie jej lepiej, nie mającą ojczyzny ani nie odczuwającą żadnych zobowiązań?
Pisze Celiński, że od firm nie można oczekiwać patriotyzmu – i ma rację. Z pewnością nie od spółek giełdowych, których rozproszeni właściciele oceniają ich skuteczność wyłącznie na podstawie kursów akcji i dywidend. Ale pod zły adres kieruje tę uwagę. Organizatorzy i uczestnicy bojkotu firmy LPP nie oczekują od niej patriotyzmu. Oczekują patriotyzmu od jej klientów a swoich rodaków, działają właśnie w tym celu, aby uświadomić im, czego mocą własnych zachowań konsumenckich mogą oczekiwać od nieludzkich tworów, zaprogramowanych wyłącznie na zarabianie pieniędzy. I dlatego właśnie nie piszą petycji do władz firmy – to nie miałoby sensu – lecz organizują konsumencki bojkot. Konsumenci, działając racjonalnie i we własnym, prywatnym i wspólnotowym interesie, są w stanie wpływać na wyniki finansowe spółek, ich kurs akcji, dywidendy – i w końcu na sposób prowadzenia biznesu. To właśnie selekcja firm pod kątem własnych, nie tylko konsumenckich, ale także obywatelskich, pracowniczych, rodzinnych czy ludzkich potrzeb, czyli bojkot – a nie kompulsywne zakupy czy płocha chęć upodobnienia się do fotoszopowych lalek z reklam – jest racjonalnym, odpowiedzialnym i patriotycznym zachowaniem konsumenckim każdego z nas.
Pisze też Celiński o tym, że to od rządzących powinniśmy domagać się, aby zapobiegali podobnym ucieczkom kapitału do rajów podatkowych. I także, częściowo, ma rację. Nie chcę nic insynuować samemu Celińskiemu, ale przyzwyczaiłem się już, że gospodarczy liberałowie widzą tylko jeden sposób takiego zapobiegania: obniżać podatki. To żadne rozwiązanie. LPP przeniosło część swoich spółek do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, gdzie podatek dochodowy wynosi 0%. Emirowie mogą sobie na to pozwolić, bo żyją z rabunkowej gospodarki ropą naftową, mogą rozdawać pieniądze poddanym, a ludźmi półniewolniczej i niewolniczej pracy po prostu się nie przejmują. Jakkolwiek więc polscy rządzący podatków by nie obniżali, zawsze znajdzie się kraj, w którym będą one niższe i do którego będą chciały uciec firmy dążące do „optymalizacji podatkowej”. Jednak gdybyśmy zaproponowali inne działania rządzących zmierzające do uniemożliwienia takich kombinacji, jakie zaprezentowała LPP, to czy jakiś szkodliwy mądrala nie grzmiałby o tłumieniu wolności gospodarczej?
„Wybraliśmy parlament, ten wybrał rząd – to do rządu należy kierować pytania, dlaczego miliony Polaków są na wyspach brytyjskich, a tysiące spółek na Cyprze” – pisze Celiński. Rządem nie jestem, ale wiem, że miliony Polaków są na Wyspach Brytyjskich właśnie dlatego, że tysiące spółek – także tych, z którymi interesy robi polskie państwo – są na Cyprze. I że w związku z tym naszego państwa nie stać choćby na przyzwoitą opiekę nad matkami z małymi dziećmi, które z tego powodu wolą rodzić w Anglii. Polacy wolą, żeby płacili im i traktowali według swoich standardów brytyjscy, a nie cypryjscy pracodawcy, podlegający brytyjskiemu, a nie cypryjskiemu prawu. A polskie spółki mogą być na Cyprze między innymi dlatego, że polscy konsumenci rzadko bywają gospodarczymi patriotami i po prostu nie interesują się, gdzie mają siedziby spółki, których produkty i usługi kupują. Błędne koło, które właśnie starają się przerwać uczestnicy bojkotu.
Oczywiście wcale nie uważam, że polski gospodarczy patriota to ktoś, kto kupuje wyłącznie produkty firm mających siedzibę w Polsce. Myślę, że chętniej kupi produkt firmy obcej, ale nieunikającej płacenia podatków i przyzwoicie traktującej pracowników w kraju swojej siedziby: na Ukrainie, w Bangladeszu, Chinach czy Anglii, niźli takiej, która reklamuje się jako polska, ale miga się od uczciwego regulowania swoich zobowiązań. Po prostu uzna, że lepiej, aby z jego zakupu skorzystała jakaś obca wspólnota – ludzie, z którymi może się w jakiś sposób utożsamić – niż żeby miał on finansować wyłącznie kolejne fanaberie właścicieli chorych z chciwości, z którymi nic kompletnie go nie łączy. Polacy szczególnie powinni sobie zdawać sprawę z tego, że promowanie w jakimkolwiek zakątku globu wyzysku i oszustwa wreszcie uderzy w nich rykoszetem. W końcu nasi rządzący, biznesmeni i różni szkodliwi mądrale wyobrażają sobie, że nasz kraj będzie konkurencyjny właśnie wtedy, gdy pozwolimy się wyzyskiwać i traktować gorzej niż inni, gdy bardziej niż inni obniżymy płace, podatki, cywilizacyjne oczekiwania.
Gospodarczy patriota będzie jednak chętnie wspierał swoimi decyzjami konsumenckimi firmę, która, jak pisze Celiński, „się rozwija, a wraz z jej rozwojem zwiększa zatrudnienie, co za tym idzie daniny podatkowe, NFZ, ZUS”. No i – dodajmy już wbrew Celińskiemu – płaci pełny podatek dochodowy, bo nie jest absolutnie tak, że płacenie wypracowanych przez pracowników składek na ZUS czy NFZ zwalnia kogokolwiek od płacenia podatku od własnego zysku. Patriota gospodarczy wesprze tę firmę nie dlatego, że chce, aby to polski, a nie zagraniczny kapitalista mógł pławić się w luksusie, ale dlatego, że dzięki temu najbardziej skorzysta jego własna wspólnota. Taka postawa konsumencka jest racjonalna i równie racjonalny jest bojkot – a więc zorganizowane zaprzestanie wspierania decyzjami konsumenckimi firmy, która nie reguluje swoich zobowiązań wobec tych, dzięki którym może istnieć i osiągać zyski. Ma rację Celiński – wtedy skorzysta na tym firma spoza naszego kraju. Trudno. Niech skorzysta – byle taka, którą udało się zmusić do zachowania przyzwoitych standardów.
przez Jarosław Górski | piątek 6 grudnia 2013 | opinie
Sześćdziesiąta rocznica śmierci Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, poety nie tylko niezwykle sprawnego i oryginalnego, ale też jednego z wcale niewielu takich, którzy zdobyli serca i wyobraźnię bardzo szerokiej publiczności, będzie z pewnością okazją do przypominania raczej jego życiowych łamańców i zawirowań niż poezji. O poezji w ogóle niewiele się we współczesnych mediach mówi, a czasy, kiedy czytelnicy codziennych i cotygodniowych gazet rozpoczynali lekturę od poszukiwania wiersza ulubionego poety – na przykład właśnie Gałczyńskiego – już nie powrócą.
Chętnie się za to grzebie w biografii, wyciągając z niej elementy skandaliczne i płaskie, dopasowując wybitne postaci do wypalonego żywym żelazem w umysłach dzisiejszych odbiorców wzorca współczesnego celebryty. Publiczność także poddaje takie postaci politycznej i agenturalnej lustracji, a akurat Gałczyński, jako że zdarzyło mu się i w faszystowskim, i w komunistycznym łajnie przyzwoicie unurzać, nadaje się do takich operacji jak nikt inny. Ale ponieważ Gałczyńskiego przelustrowano już w tę i nazad setki razy, ponieważ jego pijackie, erotyczne i towarzyskie awantury także przewałkowano, ja na rocznicę jego śmierci poczytam sobie mało dziś pamiętany, a – jak sądzę – całkiem smakowity jego młodzieńczy (z 1928 r.) poemacik „Koniec świata. Wizje świętego Ildefonsa czyli satyra na wszechświat”.
Jak często u młodego Gałczyńskiego leciutki, przegadany, zagracony językowymi bibelotami, ornamentami, pełen groteskowej ezoteryki i dziwacznych imion, dźwięczący gimnazjalną łaciną przetykaną włoszczyzną. Oto na bolońskiej (Bolonia-Polonia, tu podobieństwo brzmień może być całkiem nieprzypadkowe) akademii astronom Pandafilanda wyliczył z biegu gwiazd, że za godzinę nastąpi koniec Ziemi, a może całego Kosmosu. Katastroficzna wizja naukowca-profety zostaje natychmiast zakrzyczana i odrzucona przez jego oświeconych kolegów, a on sam obrzucony obelgami i poddany środowiskowemu ostracyzmowi jako zdrajca oświeceniowych ideałów:
Skandal i granda!
On tu nas chciał omamić,
nabujać, skorrumpować,
zaidiotyfikować!
Poczekaj pan: kłamstwo plami,
nikt z czoła ci hańby nie zdejmie!
To mówiąc wyszli, stuknąwszy pulpitami,
jak w polskim sejmie.
Sytuacja znamienna i wiele mówiąca o tym, jak młody poeta postrzegał porządki i hierarchie tego świata. Pandafilanda to szarlatan, który musi ulec przemocy nudnych i aroganckich oświeconych mądrali.
Słowo o szarlatanach
Kwestia szarlatańska jest w twórczości Gałczyńskiego kluczowa. Oczywiście szarlatan w znaczeniu nadawanym temu słowu przez młodego poetę (np. w wierszach „Ulica szarlatanów” czy „Kryzys w branży szarlatanów”) to nie oszust wykorzystujący ciemnotę i naiwność gawiedzi dla zbijania majątku, ale wizjoner, może poeta, może mędrzec, a może tylko sprzedawca zapomnianych idei i magicznych mikstur (ocet siedmiu złodziei i babiloński kleik i poudre de pourlimpimpim), wiedzący więcej i przenikający spojrzeniem świat głębiej niż publika zwiedziona mirażem oświeceniowej pewności. A może także i oszust, ale taki, który wie doskonale, że istnieją wartości większe i wspanialsze niż banalna prawda i że prawdą nie należy się przejmować, kiedy zawadza ona marzeniom.
Oszust w rodzaju – skorzystam z okazji, by przypomnieć tę kolorową postać – nieszczęsnego kartografa-fantasty Józefa Michała Bazewicza (postaci autentycznej, zresztą spotykanej przez Gałczyńskiego w Małej Ziemiańskiej), który kochał kreślenie map i uważał, że niedostatki wiedzy geograficznej znakomicie można uzupełnić fantazją, bo przecież mapa do tego głównie służy, aby można było się w nią godzinami wpatrywać, przeżywać w wyobraźni najwspanialsze przygody i podróże w czasie i przestrzeni. Mapy Bazewicza, piękne, imponujące, cieszyły się ogromnym powodzeniem u publiczności tęskniącej za ogromem i pięknem świata, a przede wszystkim tej jego części, którą zwała ona swoją ojczyzną. Trwało to, dopóki konsylia uczonych geografów nie zakazały udostępniania tych map młodzieży, która przecież nie powinna z rozdziawionymi gębami marzyć i wyrywać się do podróży, ale przygarbiona w skupieniu, rzetelnie studiować izohipsy i izohiety. Bazewicz, barwny motyl uświetniający warszawskie ulice ekstrawaganckim emploi, został więc wraz ze swoją twórczością i barwnością strącony z wyżyn twórczego oszustwa w otchłań zawstydzenia i pospolitości, a młodziutki Gałczyński uczcił go, czyniąc przewodnikiem po infernalnych terytoriach swojego poematu „Piekło polskie” (1926) i lirycznie współczując zdegradowanemu wizjonerowi:
– Ktoś ty? – spytałem. – Jam jest Bazewiczem,
co jeografią na ziemi fałszował,
na ziemi byłem czymś, tu jestem niczem.
Teraz szczebluję do niebiańskich pował,
ale nie dojdę, jak nie doszedł Maron;
in terra doctoreram, tu – konował.
Szarlatana czeka więc sroga kara za to, że przyzwoici obywatele, którzy chcą żyć w świecie monochromatycznym, prostym i przewidywalnym, nie mogą tolerować obok siebie kogoś, kto całym sobą przypomina im, że świat bywa wielobarwny, skomplikowany i zadziwiający, czasem przerażający. Szarlatan fruwa to tu, to tam po świecie, w którym wszystko powinno mieć wytyczony kierunek oraz pęd. I dlatego czeka go dola motyla, którego prędzej czy później przejedzie samochód ciężarowy, a świadkowie tego wydarzenia będą mieli poczucie, że dokonała się sprawiedliwość:
Niepoważny stosunek do życia
figla ci w końcu wypłatał
nadmiar kolorów, brak idei
zawsze się kończą wstydem
i są wekslem bez pokrycia
mój ty Niprzypiąłniprzyłatał! („Na śmierć motyla przejechanego przez ciężarowy samochód” – 1929)
Gałczyński, oczywiście sam szarlatan, zawsze był przejęty losem szarlatanów, tych dziwaków, wariatów, alkoholików i poetów, narzucających się bliźnim z niezrozumiałym przekazem, których wszyscy mają serdecznie dosyć. Zawsze mówił o nich czule, z patosem, tym bardziej, im więcej lekceważenia i wzgardy dostawało im się od otoczenia. Dla poety, pijaka i awanturnika, któremu marnego końca życzyli zgodnie wszyscy bliżsi i dalsi znajomi, przygotował wniebowstąpienie godne świętego:
Zapachniały zefiry,
brzękły potrójne liry,
pierzchnęła tłuszcza.
Serce alkoholowe
unieśli aniołowie
na złotych bluszczach. („Śmierć poety” – 1930)
I zdaje się, że właśnie to przejęcie, to współczucie z szarlatanami aż do szarlatańskiej autoidentyfikacji, to był jeden z powodów tych paskudnych akcesów poety: najpierw do rodzimego faszyzmu, później do rodzimego stalinizmu. Pokrętny jak lot motyla umysł próbował z jednej strony odnaleźć taką autoidentyfikację, która pozwoli mu się w końcu poczuć nieodrębnym, niedziwacznym i najzwyczajniej w świecie silnym. Silnym skoro nie własną krzepą (bo tą przecież motyl-szarlatan pochwalić się nie może), to choćby brutalnością zbiorowości uzbrojonej w ideologię pozwalającą jej zapomnieć o skrupułach i wahaniach. Z drugiej strony – i o tym też warto pamiętać – zarówno polski (i nie tylko polski) faszyzm, jak i polski (i nie tylko polski) stalinizm miały dla szarlatanów, których nikt nie kocha, którzy są zawsze sami,propozycję miłosną, oczywiście oszukańczą, ale jakże inną od tej obojętności i wzgardy, którą obficie raczyły ich oświecone areopagi i mieszczańskie gawiedzi. Szarlatan, choć z awersją do pospolitego, mrówczego wysiłku, do życiowej przezorności i systematyczności, chciał się przecież czuć potrzebny, pożyteczny, sprawczy i chciał wierzyć, że uwodziciel umie go przemienić, wykorzystać dla ogólnego pożytku jego wizjonerstwo, że umie skanalizować jego wałęsanie się, pozbierać rozbiegane myśli i uspokoić rozedrgane nerwy.
Apokalipsa permanentna
Ale wróćmy do Bolonii. Reakcja oświeconych mędrców na zapowiedź końca świata jest znamienna. Oni ani w żaden sposób nie weryfikują ustaleń profety, ani nie kompromitują jego metody, ale zamykają mu usta przemocą autorytetu. Nie próbują nawet spojrzeć na wyliczenia i wykresy, z których Pandafilanda wyciągnął przerażający wniosek, ale – ślepo posłuszni rektorowi Akademii – atakują samo postawienie problemu końca świata. Problemu, który jest z samej swojej istoty nieweryfikowalny (no bo jak metodami naukowymi stwierdzić, że do końca świata w istocie doszło) i nierozwiązywalny, a więc umysły oświeceniowe mogą tylko udawać, że problem nie istnieje, mogą moralnym terrorem i ostracyzmem zniechęcać szarlatanów do wypowiadania kwestii zbyt skomplikowanych. To także wielokrotna obserwacja Gałczyńskiego: kiedy oświeceniowa wyobraźnia, uzurpująca sobie przecież obiektywizm, natrafi na problem, z którym nie jest w stanie sobie poradzić, odwołuje się do autorytetu, do własnego przesądu, sprawę zakrzykuje obelgami miotanymi w tych, których kwestia przejmuje, lub zamiata pod dywan.
Tymczasem mija godzina i koniec świata przychodzi do Bolonii tak, jak to przepowiedział uczony szaleniec. Pierwszą plagą zwiastującą zagładę było pękanie luster. Pękały one w domach znamienitych obywateli miasta i to w taki sposób, że przeglądający się w nich nie rozumieli, że to lustra są popękane. Spojrzenie w pęknięte zwierciadło daje doskonałą iluzję własnej twarzy, która wydaje się pęknięta na dwoje. Ale może to nie jest iluzja? Może plaga polega właśnie na tym, że dotknięte nią lustra pozwalają spokojnym dotąd i pewnym własnej integralności obywatelom dostrzec to, że w istocie są rozcięci, rozdwojeni, że ich spójność, jedność ducha i materii, intencji i czynu była tylko złudzeniem, które właśnie zostało zdemaskowane.
Świat rozdwojonych ludzi opuszczają wartości, wzorce i punkty odniesienia, których bezkompromisowa jednoznaczność nie ma już tutaj racji bytu:
Więc widząc, co się święci,
z kościołów uciekli święci,
salwując się fugą niepiękną,jak lustra nie chcieli pęknąć.
Uniosły się trwożnie do góry
ładne gliniane figury
i poleciały do nieba.Nie ma świętych, gdy potrzeba.
Świat od tej pory pozbawiony będzie jakiejkolwiek hierarchii, jakiegokolwiek porządku, bo nie będzie miary, która pozwoliłaby odróżnić kosmos od chaosu. Skoro każdy postrzegający podmiot ma samoświadomość niespójności i rozszczepienia oraz świadomość umowności wszystkiego, co bezwzględne, postrzegany świat będzie teraz zupełnie nieprzewidywalny:
Koty, motyle i drzewa
tańczyły ze zgrozy w kółko,
skrzydła siwiały jaskółkom,
widziano krew na kamieniach.
Widziano, jak nawet rektor
ze strachu spuszczał zasłony
i płakał, jak narodzony,
a przecież nie był bylekto.
Oczywiście władze reprezentujące dawne hierarchie, w które już nikt nie wierzy, siłą inercji będą jeszcze próbowały na powrót wprowadzić porządek do świata pogrążającego się w upadku. Jeszcze policja będzie tłukła pałkami tłumy przerażone i zadziwione dokonującą się apokalipsą. Oczywiście wszelkie próby zahamowania chaosu powodują jeszcze większy rozgardiasz, uspokajanie sytuacji na siłę tylko wzmaga strach tłumów. Biczownicy próbujący wymodlić i na własnych plecach wykaleczyć odwleczenie upadku wzmagają tylko apokaliptyczną atmosferę, przybliżają nieuchronny koniec. Król, który przyzwyczaił się, że przy pomocy wydawanych telefonicznie poleceń może wpływać na bieg rzeczy i kształtować świat wedle własnej woli, próbuje teraz wydzwonić cofnięcie nieuchronnego, nie rozumiejąc, że przewody telefoniczne także pogrążyły się w chaosie i łączą zupełnie przypadkowych rozmówców. A więc, jak to często bywało w nie tylko greckich mitach, przepowiedzianą katastrofę przybliżają próby jej zapobieżenia. I jak to właśnie bywa w historii, wszelkie próby zapobieżenia przemianom powodują, że przemiany zaczynają lawinowo narastać. Konserwatyzm prowokuje rewolucję i sam staje się rewolucyjny, bo wszelkie próby cofnięcia zmian, które już nastąpiły, powodują erozję jakiegokolwiek porządku.
A groteskowość (groteska to przecież także element chaotyczny – to zaprzeczenie decorum estetycznych i etycznych przyzwyczajeń i przesądów) apokaliptycznego zamętu potęguje zachowanie obywateli Bolonii, którzy wbrew wszystkiemu starają się żyć tak jak dotąd, rzetelnie spełniać swoje obowiązki, być lojalnymi wobec wartości, które już upadły:
A za wojskiem, zgarbiony,
dziobaty, zamyślony,
w okularach, z miotełką
szedł towarzysz Mydełko;i miotełką z wikliny
czyścił ostatnie szyny,
i coś mruczał pod nosem,
jakieś tam słowa krztusił:
– Kosmos, panie, Kosmosem,
a porządek być musi.
Ale w rozpadającej się Bolonii istnieje także grupa ludzi, na których apokaliptyczny zamęt ani nie robi wrażenia, ani nie skłania ich do żadnej zmiany. Ci, którzy dotychczas nie wierzyli w Boga, mówią: Strachy na lachy! Na nich nie może zrobić wrażenia ucieczka świętych z kościoła, bo oni przecież widzieli umowność i konwencjonalność świętości. I jeszcze studenci witający zagładę starego świata z zabawą i radością:
Tylko weseli studenci
do strachu nie mieli chęci:
w tawernach winem obrosłych
kochankom pisali akrostych,
a co wstydliwsze kochanki
przez wina dzikiego listek
całowali w same usta.
Ładnie! ginie wszechświat wszystek,
a tutaj, panie, rozpusta.
Bo również konkretne zdrożności
przerabiali obustronne
i pili, kanalie, koniak,
i śpiewali,
i na gitarach brzdąkali:
„Evviva Bologna,
citta delie belledonne!”
Studenci to przecież motyle, lekkoduchy i szarlatani, zawsze żyjący poza ustalonym porządkiem i na marginesie porządnego świata. Żyjący życiem nie zawsze beztroskim, ale zawsze nieprzewidywalnym, którego kierunek i pęd nie został jeszcze wyznaczony. Studenci mogą się bawić, bo dla nich koniec świata nie jest niczym nadzwyczajnym. Oni na co dzień żyją w chaosie, więc zmiany albo nie zauważą, albo przywitają ją triumfalną pieśnią, bo ona niejako legalizuje ich wcześniej wyklinany sposób życia i widzenia rzeczywistości.
Polityka apokaliptyczna
Koniec świata, który nadszedł zgodnie z zapowiedzią, okazał się stanem permanentnym. Świat, co prawda,
jak łódź bez steru,
jak potworny kadłub „Tytanika”
zatonął w odmętach eteru.
Jednak nie oznacza to, że w tym momencie przestało istnieć cokolwiek. Otóż końcem świata okazał się właśnie chaos wywołany przez tego końca zapowiedź. Gałczyński opowiedział taką wizję szczególnie okrutną, w której świat ginie, ma świadomość ginięcia, a jednocześnie trwa. Jest to wizja z najstraszniejszych koszmarów ludzi, którzy raczej boją się nie tyle śmierci, która jest albo końcem wszystkiego, albo początkiem nowego porządku, lecz samego umierania, boją się właśnie strachu. Koniec świata jako stan, który się właściwie nie kończy, ale trwa, przenikając ludzkość świadomością nietrwałości i ulotności czegokolwiek.
I znów rzecz znamienna. Kiedy do wszystkich już doszło, że świat, taki jaki był, nawet nie tyle skazany jest na zagładę, co w rzeczy samej już tej zagładzie uległ (Ale kiedy bieg planet stał się krzywolinijny), obywatele Bolonii organizują przeciwko temu faktowi wiec protestacyjny. Znów wydarzenie groteskowe, bo protestować przeciw temu, co już nastąpiło, buntować się przeciwko mleku, które się rozlało, to z jednej strony niezwykle ludzkie, z drugiej zaś po prostu głupie. Jednak wiec świetnie oddaje apokaliptyczne zapętlenie: jest równocześnie i wyraz niezgody przeciwko upadkowi wszechświatowego ładu, i efekt tego upadku, bo przecież dokąd porządek istniał, protest był właśnie wprowadzaniem weń chaosu. Wszelki protest burzył porządek. A teraz protestuje się, paradoksalnie, w obronie porządku, co oczywiście ma taki efekt, że porządek tym bardziej się burzy. Antychaotyczny protest jest tak samo wszechogarniający jak chaos:
Wszyscy w nim udział wzięli:
mniejsi, więksi i mali,
czarni, żółci i biali,
parlamentarni mówce,
krawcy i brzuchomówce,
Szatani i Anieli.
A jeszcze komedianci,
a jeszcze policjanci,
i księża, i rabini,
siła, siła narodu.
A na czele pochodu
jechał rektor na świni;[…]Na samym końcu pochodu
szły pojednaczki narodów:
Międzynarodówki:
I, II i III,
IV, V i VI,
i VII!!!
Opis zgodnej manifestacji wszelkich sił społecznych i politycznych jest oczywiście znowu przewrotny, bo mimo zgodności haseł ukazuje kompletne rozbicie tych sił. Podziałów jest tak dużo, że właściwie nikt nie może czuć wspólnoty z nikim. Międzynarodówki – pojednaczki narodów – nikogo i niczego oczywiście nie jednają, bo same zdolne są tylko do kolejnych podziałów. To u Gałczyńskiego zresztą częsty motyw: całkowity rozpad wspólnoty na niezliczone polityczne i ideologiczne frakcje, z których każda zresztą głosi postulat całkowitej jedności. Świat w trakcie apokalipsy tak ma właśnie wyglądać, że skoro politykować wolno każdemu, polityczne podziały wnikną w każdą ludzką relację, każdą zatrują i zniszczą. Tak jak w niezwykle smakowitym, a niesłusznie zapomnianym wierszu, który warto przypomnieć, choćby z tego powodu, że i dzisiejszy czytelnik może się w nim odnaleźć:
RODZINKA
(żywy obraz propagandowo-przedwyborczy)
Ojciec w Szpicbródki poszedł ślady
lub, gdy o ważny zamach szło,
z bombami szedł na ambasady
sowieckie (tss!)… i PKO…
Zrównoważony facet. W domu
siedzi w niedzielę, trąbi czystą;
choć jest prezesem Ispołkomu
Paneuropejskich anarchistów.
Mama endeczka, hallerandka,
czterdzieści lat… katorgi carskie;
a dziś „Dla P. T. Korporantów
sklepik z deklami na Rymarskiej”.
Mama jest młodych drogowskazem,
wiadomo: Naród, Ziemia, Głębia:
lecz dobrze, kiedy jednak razem
forsa z ideą się zazębia.
A to rodzeństwo: Otóż bratek,
Olderman „Pterodaktylonii”
na „Macierz szkolną” robi „kwiatek”,
a na Rząd mówi: „ci masoni!”
Na zew powstaje niezmożony,
gdy trzeba zrobić judenhecę.
A nocą pisze felietony
i do „Gazetki”, i „ABC”.
Siostra jest panną (mój Ty Boże…),
zna stenografię, bardzo miła,
ale sub rosa trzeba to rzec,
iż troszkę się zrenegaciła:
nie znosi Polski faszystowskiej,
cekawistyczny głosi przełom!
Za to jej zrobił Niedziałkowski
bufet z koncesją w „Ateneum”.
Stryjcio – ludowiec. Sprytny wałkoń.
Zasady trochę ma wzruszone,
bo dziś na przykład jest za Chatką,
a jutro znów za Waleronem.
Wyrzeka na swą chłopską biedę,
przy ludziach ręki nie da bratu.
I skład prowadzi – Widok 7 –
skonfiskowanych makulatur.
*
Ale w niedzielę wszyscy oni –
jak finał w politycznym skeczu –
pełni humoru i harmonii,
choć ideowo sobie przeczą,
po wspólnym lunchu familijnym
(wóda, zagrycha, kwaśne grzybki)
chcą iść zwyczajem tradycyjnym
i… Żydów bić na Nowolipki. (1930)
W „Rodzince” każdy jest fanatycznie przywiązany do swoich ideowych wyborów, które jednocześnie w ogóle nie mają znaczenia dla niczyjego życia, kręcącego się z reguły wokół nędznych interesików. A wobec politycznego chaosu jedynym spoiwem łączącym – niby przecież bliskich sobie – ludzi jest nienawiść do Żydów, a więc obcych, innych, których nienawidzi się właściwie nie wiadomo za co.
Prorok płynnej rzeczywistości
I proszę teraz filologicznych purystów o wybaczenie odległości skojarzenia. Bo chciałbym porównać wizję świata ulegającego rozpadowi w poemacie Gałczyńskiego do takich wizji, które wyłoniły się o dziesięciolecia później, kiedy już było wiadomo, że zagłada może nastąpić nie tylko w profetycznych wyobrażeniach, ale całkiem realnie. Że może być nie tylko następstwem bożego gniewu, ale produktem przemysłowym i efektem inżynierii społecznej. Niech mi będzie wolno zestawić pobłyskujące świecidełkami metafor pajacowanie Gałczyńskiego z surową i oszczędną frazą Tadeusza Różewicza, bo nie o frazę mi tu chodzi, ale o wyobrażenie świata pozbawionego punktów stałych, a przepełnionego elementami, wszystko jedno czy sprawiedliwymi, czy występnymi, poruszającymi się jak plewa, którą wiatr rozmiata, w sposób niedający się przewidzieć.
Spadając uprawiamy nasze ogrody
spadając wychowujemy dzieci
spadając czytamy klasyków
spadając skreślamy przymiotniki
słowo spadanie nie jest
słowem właściwym
nie objaśnia tego ruchu
ciała i duszy
w którym przemija
człowiek współczesny
zbuntowani ludzie
potępione anioły
spadały w dół
człowiek współczesny
spada we wszystkich kierunkach
równocześnie
w dół w górę na boki
na kształt róży wiatrów (Tadeusz Różewicz, „Spadanie” 1963 r.)
Gałczyński mógł przewidywać istnienie takiej rzeczywistości na podstawie przesłanek tak wiotkich jak własne doświadczenie szarlatana, alkoholika i motyla. I tak jak boloński astronom Pandafilanda spotykał się z moralnym terrorem tych, których potrzeba stąpania po twardej ziemi czyniła impregnowanymi na wieści o tym, że świat się rozpada. Różewicz miał już twarde dowody na to, że do rozpadu świata doszło, że nigdy nie będzie on już porządny, zorganizowany horyzontalnie i wertykalnie, z wytyczonymi kierunkami poruszania się. My, czytelnicy dzisiejsi, może już nie potrzebujemy takich poetyckich przewidywań i diagnoz, ponieważ nasze doświadczenie życia w świecie pozbawionym bezwzględnych punktów odniesienia jest już ugruntowane, opisane przez socjologów, nazywających nasze środowisko życiowe „płynną rzeczywistością”, a nawet fizyków dowodzących istnienia ogromnej liczby wymiarów. Żyjemy w świecie, w którym wszystkie wartości są umowne tym bardziej, im bardziej traktowane poważnie czy fanatycznie. W świecie rozwalonym, w którym żyć się nie da, ale przecież jakoś się żyje. Ale może tym bardziej warto przyjrzeć się z podziwem dokumentom fantastycznej intuicji Gałczyńskiego – poety, w błazeńskich strofach przepowiadającego apokalipsę, która nadeszła, i z którą przyszło nam się zmagać.
Skrócona wersja tekstu ukazała się w „Magazynie Literackim Książki” nr 9/2013.
przez Jarosław Górski | wtorek 12 listopada 2013 | opinie
Na ostatnim Festiwalu Obywatela, poświęconym oporowi społecznemu, miałem okazję uczestniczyć w kilku świetnych rozmowach. Zastanawialiśmy się między innymi nad dwiema sprawami: dlaczego w naszym kraju, mimo że wielu z nas mocno daje się we znaki liberalny porządek, tak mało ludzi gotowych jest nie tylko czynnie protestować i działać na rzecz zmian, ale nawet głośno mówić o własnej krzywdzie? I jak to możliwe, że wrażliwi społecznie katoliccy i laiccy polscy inteligenci obejmujący najważniejsze stanowiska w oficjalnych i nieoficjalnych (choćby czwartej) władzach III RP, tak łatwo zgodzili się na przebudowę Polski w duchu najbardziej antyspołecznej neoliberalnej ideologii („Nie ma społeczeństwa – są mężczyźni i kobiety”, mówiła tejże ideologii matka założycielka)? Odnajdywaliśmy tak wiele przyczyn, istotne zjawiska zwykle są skomplikowane, że nie sposób ich choćby wymienić w krótkim felietonie. Dlatego pozwolę sobie przedstawić własny pogląd na sprawę, który według mnie łączy oba problemy.
Zacznijmy od naszych inteligentów dokonujących transformacji. W najczęstszych – oczywiście nie na Festiwalu, ale słyszanych w ogóle w publicznej przestrzeni – próbach wyjaśnienia ich motywacji, widzę awers i rewers od dawna w polskiej tradycji obecnego i bardzo toksycznego przekonania. Owe wyjaśnienia mówią albo to, że nie mieli oni innego wyjścia, bo tylko bolesne i szokowe rynkowe reformy zaaplikowane przez rząd mogły uratować gospodarkę zrujnowaną przez komunistów, albo że nas po prostu zdradzili i sprzedali. Wspomniane przekonanie mówi, że to właśnie zakorzenione inteligenckie elity lepiej niż sam lud wiedzą, co jest dla ludu dobre, że posiadają niezwykle silny imperatyw działania dla dobra wspólnego, że istnieje coś takiego jak inteligencki etos, który nakazuje działać zawsze w interesie wszystkich, także tych, którzy sami działać w swoim interesie nie są w stanie. Czasami działania szlachetnych elit wymagają koniecznych ofiar, ale im większe te ofiary, tym większy tragizm osób podejmujących decyzje oraz ciężar, który biorą oni na swoje barki. W zasadzie więc im ofiary większe, tym większy powinien być podziw dla odważnych decyzji. Lub odwrotnie: ponieważ prawdziwe elity kierować się powinny wyłącznie szlachetnymi pobudkami, a takie zawsze przynoszą ludowi korzyść, to wszelka krzywda i niesprawiedliwość świadczą o tym, że elity sprzeniewierzyły się swojemu posłannictwu, najpewniej po prostu zdradziły lub okazały się elitami fałszywymi, podszywającymi się pod te prawdziwe.
Na początku transformacji zadziałała właśnie tak w Polsce żywotna legenda prospołecznych inteligenckich elit, zawsze kierujących się moralnym imperatywem. Elit, którym lud – z istoty swojej niezdolny do zrozumienia zawiłości gospodarki, polityki czy administrowania – powinien powierzyć władzę oraz własny los. Wtedy to nawet związki zawodowe rozpinały „parasol ochronny” nad reformami, które miały pozbawić ich członków pracy i środków utrzymania. A wiara ludzi w szlachetne intencje i proludowe nastawienie inteligenckich przywódców często skuteczniej niż policyjna pałka gasiła liczne, choć rozproszone protesty społeczne.
Polska inteligencja jest formacją poszlachecką i niezwykle mocno pielęgnuje szlachecką wizję świata. Jej samoświadomość konstytuują dwie wartości: demokratyzm i przekonanie o służebnej roli w społeczeństwie. Obie wartości zresztą sprzeczne, ale w specyficzny sposób godzone.
Inteligencki demokratyzm zakłada oczywiście równość wszystkich ludzi i świadomość, że własna uprzywilejowana pozycja nie dałaby się pogodzić z równością, gdyby nie to, że inteligencja jest klasą otwartą, do której dostęp mają wszyscy ci, którzy wyrwą się z ludowej ciemnoty i zacofania, a także, co niezwykle istotne, przyjmą inteligencki system wartości i sposób postrzegania świata. Do inteligencji więc każdy może i powinien dorosnąć, a że nie każdy dorasta, to jest oczywistym dowodem na to, że lud jednak jest ciemny i nieskory do oświecenia. Jest to dość prosta kalka demokratyzmu szlacheckiego, w którym jednak wyżej niż walory intelektualne cenione były militarne. W I RP żywe było przekonanie, że polska szlachta to po prostu ludzie najdzielniejsi i najszlachetniejsi, do których dostęp otwarty jest tym przedstawicielom ludu, którzy objawią dzielność i szlachetność w walce o wolność, tyle że niestety lud jest tak podły i tchórzliwy, iż wciąż jeszcze nie przeszedł przez szeroko otwarte wrota. Mickiewicz w tej rzekomej szlacheckiej inkluzywności, przetrąconej jakoby przez zaborców, widział dowód na to, że Polska była światową ojczyzną wolności:
„Król i mężowie rycerscy przyjmowali do braterstwa swego coraz więcej ludu; przyjmowali całe pułki i całe pokolenia. I stała się liczba braci wielka jako naród, i w żadnym narodzie nie było tylu ludzi wolnych i bracią nazywających się jako w Polsce. A na koniec król i rycerstwo dnia trzeciego maja umyślili wszystkich Polaków zrobić bracią, naprzód mieszczan, a potem włościan” („Księgi narodu polskiego”).
Przekonanie o służebnej roli i o moralnej powinności inteligencji wobec ludu wynikało oczywiście z poczucia winy potomków szlachty gnębiącej ten lud bez opamiętania. Ale także z odziedziczonego po protoplastach przekonania, że lud jest trwale niezdolny do samodzielnego bytu, pozbawiony własnych aspiracji, i że potrzebuje klasy dostarczającej wzorców zachowań i stylów życia tym nielicznym, którzy podejmują wysiłek awansu. Bo tak jak szlachcic w wieku XVII czy XVIII, tak polski inteligent w wieku XIX i XX siebie samego właśnie postrzegał jako miarę wszelkiego ludowego awansu i wyraziciela wszelkich szlachetnych ludzkich aspiracji. Był głęboko i szczerze przekonany, że w kraju tak ciemnym i zacofanym jak nasz musi istnieć klasa pielęgnująca wartości wysokie, które dziki i nieokrzesany lud z pewnością by zatracił, gdyby emancypował się według własnych pomysłów. Oczywiście najlepsi z inteligencji rzeczywiście gotowi byli do fantastycznych poświęceń i ofiarności dla ludu wtedy, gdy dotykała go obca przemoc. Jednocześnie jednak witano szyderstwem wszelkie objawy emancypacji niezgodnej z inteligenckim wzorcem: kiedy górnik zarabiał więcej niż naukowiec, rolnik, pozostając rolnikiem, stawiał murowany dom i kupował auto, na które nie było stać nauczyciela, robotnicze dzieci miały preferencje w przyjęciu na studia itp.
Miał więc, powtórzmy, polski inteligent jedyny pomysł na ludową emancypację: najlepszy z ludu może zostać inteligentem. Oczywiście był to sposób nieco tylko mniej zakłamany niż szlachecki: najlepszy z ludu może zostać szlachcicem. Bo przecież nie może istnieć naród złożony z samej szlachty ani społeczeństwo samych inteligentów. No ale taki pomysł miał kilka zasadniczych zalet: pozwalał po pierwsze zachować uprzywilejowaną pozycję społeczną i gospodarczą przy jednoczesnym głoszeniu demokratycznych idei, po drugie zachować przekonanie o własnej wyższości przy jednoczesnym poczuciu służebności. Po trzecie – upośledzeni byli sami sobie winni, bo przecież nie dorośli, nie dali się nauczyć, nie wykazali się…
I tu powrócę do naszej transformacji ustrojowej. Nie sądzę, żeby nasi społecznie wrażliwi katoliccy i laiccy inteligenci promujący Balcerowicza i jego antyspołeczne pomysły mieli złe intencje. W konspiracyjne teorie wierzę tylko o tyle, że wielka polityka jest zawsze uprawiana w konspiracji. Myślę, że oni zadziałali ze szczerym – choć pokrętną szczerością – przekonaniem, że to, co robią, jest dla ludu dobre. Że oni przecież nie chcą dla siebie żadnych korzyści, a wszystko to, co umysły mało subtelne uważają za korzyści – a więc władza, wpływy, sława, doświadczanie usłużności i uniżenia innych – to w istocie służba i ofiara z własnego życia, których lud nie jest w stanie właściwie docenić.
Zrobili znów paradoksalnie: z jednej strony przeciwko utrwalonym sposobom działania własnej klasy, które dowiodły już nieprzystawalności do nowych czasów, z drugiej zaś zgodnie z własnym etosem i zgodnie z wyrobionymi przez stulecia wzorcami postępowania. Tak jak ich przodkowie postanowili przekształcić anachroniczną szlachtę, tak oni postanowili przekształcić anachroniczną peryferyjną inteligencję. I powołać nową elitę, nowoczesną i pozbawioną peryferyjnego charakteru, dynamiczną i zdolną do skutecznego działania nie tylko w naszym polskim grajdołku, ale i w całym, wciąż zmniejszającym się świecie. Elitę oczywiście demokratyczną i życzliwą bliźnim, która, gdy tylko nasyci własne materialne aspiracje, natychmiast odczuje potrzebę służebności wobec tych, którym się gorzej powiodło. Pamiętam pewnego wrażliwego społecznie redaktora, który mówił, że jesteśmy zbyt biedni na rozwiązania socjalne, a będzie można je wprowadzać dopiero wtedy, gdy kapitalizm nas wzbogaci. I oczywiście miała to być elita inkluzywna, do której będzie mógł wejść każdy, kto tylko wykaże się odpowiednimi zdolnościami. Bo przecież każdy może założyć własny biznes, dorównać, a nawet prześcignąć tych, którzy do tego wyścigu wystartowali szybciej i lepiej wyposażeni. Przecież to tylko kwestia indywidualnych zdolności…
I rzeczywiście, elity naszej nowej Polski od samego początku robiły bardzo dużo, aby pokazać, że otwierają na oścież rodakom wrota emancypacji. Pracownikom wielu likwidowanych zakładów wypłacano spore odprawy i zachęcano do założenia własnego biznesu. Jak grzyby po deszczu powstawały uczelniane wydziały, a później całe wyższe szkoły kształcące menedżerów. W szkołach kosztem inteligenckiej literatury czy historii wprowadzono lekcje przedsiębiorczości. Bezrobotnym oferowano kredyty na otwarcie własnego zakładu fryzjerskiego lub sklepu, które mogą wszak stać się zaczątkami globalnych sieci. Milionerzy zawsze chętnie udzielają wywiadów i porad, jak żyć, aby znaleźć się na ich miejscu.
I znów mamy tu historyczną kalkę. Jeżeli mimo tak usilnie wspomaganej inkluzywności nowej elity mamy w Polsce tak wielu przegranych, to ma być to dowód na to, że są oni sami sobie winni. Że nie pozwalają siebie uczyć, nie chcą się starać, nie są dość kreatywni czy uczciwi. Tyle że taka inkluzywność i taki wzorzec społecznego awansu znów są nieco zakłamane. Bo nie może istnieć społeczeństwo, w którym wszyscy będą biznesmenami, gospodarka, w której pracować będą sami menedżerowie, miasto, w którym zawsze brakuje fryzjerów i małych sklepów. Jednocześnie bardzo ostro piętnuje się, a nawet karze wszelkie próby dążenia do własnej podmiotowości, które odbiegają od elitarnego wzorca, jak np. domaganie się przez pracowników wyższych wynagrodzeń czy szanowania ich czasu wolnego, obrona przez lokatorów własnych mieszkań, próby społecznego kontrolowania władz.
O ile inteligencki styl życia i etos dość szybko zanikają wśród elit (choć w melanżu z etosem menedżera-profesjonalisty i unijnego biurokraty są pielęgnowane np. w ekskluzywnych środowiskach tzw. NGO’sów), o ile zanikają uprzywilejowana pozycja i wysoki status inteligenckich zawodów (choćby nauczycieli), to jednak mit inteligencji jako klasy, która powinna objąć przywództwo, wcale nie zanikł. Przekonanie Polaków, że to właśnie inteligenckie elity powinny realizować dziejową misję przewodzenia narodowi (społeczeństwu), daje się zauważyć także i dziś, i to po wszystkich stronach politycznych barykad. Jedni wyrażają je tęsknotą za władzą takich intelektualistów, rozważnych i pozbawionych innych niż wzniosłe motywacji, jak Mazowiecki, Kuroń czy Geremek, którzy z pewnością doprowadziliby ojczyznę do stanu rozkwitu, gdyby im populizm i warcholstwo rodaków nie przerwały misji. Inni przekonaniem, że prawdziwe polskie elity, jako najbardziej ofiarna klasa, zostały wymordowane w dziejowych zawieruchach, ostatnio w Katyniu, Auschwitz i w stalinowskich katowniach, a ich miejsce zajęli uzurpatorzy przywiezieni na sowieckich tankach, podstępni wychrzczeni Żydzi lub ćwierćinteligenci ze społecznego awansu i dlatego władza należy się jedynemu ocalałemu prawdziwemu żoliborskiemu inteligentowi. Tęsknoty te wynikają, jak sądzę, właśnie z głębokiego przekonania Polaków, że ich własne życiowe aspiracje i cele powinni formułować inni: ludzie, których Opatrzność i urodzenie predestynowały do takich zadań.
I oczywiście żadne historyczne doświadczenia nie są w stanie przekonać nas, że prospołeczne elity to oksymoron. Że elity właśnie dlatego są elitami, ponieważ mają więcej niż inni władzy, wiedzy, własności, zasobów. A mogą mieć ich więcej wyłącznie dzięki temu, że inni mają ich mniej. Nie ma elit prawdziwych i fałszywych, bo jeśli elita jest elitą, to jest nią w istocie. Polskie przekonanie o tym, że życie społecznie powinno być zhierarchizowane, a dbałość o dobrobyt i powodzenie każdego z nas powierzone odrębnej klasie, jest tak silnie zakorzenione, że z trudem przebija się do naszej świadomości prosta prawda, iż klasy społeczne oprócz powinności mają swoje interesy, które z reguły sprzeczne są z interesami innych klas. A legendy o powinnościach często służą właśnie realizowaniu interesów. Przekonanie to jest dla nas zresztą wygodne: zwalnia nas od myślenia oraz od działań dla naszego własnego dobra, skoro jak na pobudkę śpiących rycerzy spod Giewontu czekamy na prawdziwe elity, które się w końcu nami dobrze zajmą.